przez redakcja | czwartek 2 października 2025 | aktualności
W poniedziałek pracownicy blokowali ulice, domagając się podwyżek.
Jak informuje Gazeta Krakowska, w poniedziałek miał w Chrzanowie miejsce protest pracowników firmy Valeo. Chcą oni w ten sposób zwrócić uwagę na swoje postulaty i takie poczynania zarządu firmy, które utrudniają walkę o prawa pracownicze.
Protest zorganizował Wolny Związek Zawodowy Sierpień ’80, a wspierali go działacze partii Razem. Związkowcy pozostają od dłuższego czasu w sporze z dyrekcją firmy. Pracownicy domagają się podwyżki zasadniczych pensji o 1000 złotych oraz wprowadzenia dodatku stażowego. Chcą też dopłat do posiłków pracowniczych i dojazdów do pracy, jak ma to miejsce w innych oddziałach tej samej firmy. Oczekują także przestrzegania 11-godzinnego dobowego odpoczynku, zapewnienie jednej wolnej niedzieli w miesiącu oraz ograniczenia nadmiernych nadgodzin.
Zarząd odrzuca te żądania oraz torpeduje działania związkowców. 15 września miało się w firmie rozpocząć referendum strajkowego, ale zarząd firmy nie udostępnił związkowcom wymaganej prawem listy zatrudnionych – jest ona niezbędna, aby wiedzieć, ile dokładnie wynosi liczbowo odsetek całej załogi, aby referendum było ważne. Chrzanowski oddział Valeo zatrudnia w sumie 2600 osób – zarówno bezpośrednio, jak i za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej, więc nie jest jasne, jaka liczba głosów jest wymagana, aby ewentualny strajk był legalny na mocy ważnego referendum.
Poniedziałkowa akcja protestacyjna była reakcją na postawę zarządu firmy. Związkowcy przez dwie godziny pieszo i samochodami blokowali duże rondo oraz drogę krajową nr 79. Chcą w ten sposób wymóc właściwe działania firmy oraz skłonić władze lokalne do nacisku na szefostwo Valeo, jednego z największych pracodawców w okolicy.
przez redakcja | środa 1 października 2025 | aktualności
W dużej firmie na Pomorzu rozpoczął się spór zbiorowy pracowników z zarządem.
Jak informuje Krajowy Sekretariat Budownictwa i Przemysłu Drzewnego NSZZ „Solidarność” rozpoczął się spór zbiorowy w firmie Dovista Polska w jej zakładzie w Wędkowach (gmina Tczew). Ta spółka i jej fabryka są częścią duńskiej Grupy VKR, do której należy znana marka Velux. Zakład wytwarza drewniane okna fasadowe z okładzinami aluminiowymi.
Pracownicy zrzeszeni w „Solidarnośc” domagają się od kilku miesięcy poprawy warunków zatrudnienia. Co ciekawe, ich postulaty nie obejmują podwyżek płac. – „W październiku 2024 roku zgłosiliśmy postulat zmiany w zapisach regulaminu pracy. Chcemy skrócenia okresu rozliczeniowego z czteromiesięcznego na dwumiesięczny i zmiany organizacji czasu pracy. U nas są soboty pracujące, a w zamian są dni wolne. Jednak system jest niesprawiedliwy i niekorzystny. Nie tylko dlatego, że pracownicy administracji nie muszą pracować w soboty, a produkcyjni tak. Obecny system wymusza urlopy w terminach takich, które pasują pracodawcy, nie pracownikom. Z góry pracownicy mają narzucone dni wolne. Grafik prac jest, ale o sobocie pracującej lub wolnej nieraz dowiadujemy się w piątek. Po trzecie domagamy się zmniejszenia limitu rocznego godzin nadliczbowych z 376 godzin do 200 w skali roku” – mówi Tomasz Muszyński, przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „S” w Dovista Polska.
Postulaty związkowców poparło niemal 700 pracowników na 1100 ogółu zatrudnionych w zakładzie. Mimo to „Związkowe propozycje nie zostały przyjęte. Podpisano protokół rozbieżności i do 15 września br. dyrekcja w Polsce miała czas na odniesienie się do postulatów. Brak pozytywnej reakcji na związkowe postulaty spowodował, że doszło do wywieszenia flag związkowych i banerów, a pracownicy założyli opaski związkowe” – przekazuje gdańska „Solidarność”.
Odpowiedzią związku na brak uwzględnienia jego postulatów jest formalne wszczęcie procedury sporu zbiorowego. Jutro odbędzie się spotkanie z mediatorem. Kolejne przewidziane prawem etapy sporu to referendum strajkowe i strajk.
przez redakcja | środa 1 października 2025 | klasyka, opinie
Sześć tygodni trwał strajk polityczny górników na Śląsku Cieszyńskim. Zamarła praca, całe zagłębie karwińskie i część polsko-ostrawskiego stało w ogniu walki o przyłączenie części Śląska, zajętego przez Czechów, do Polski. Gdyby żaden inny argument nie miał siły przekonywającej, ten wspaniały w swojej solidarności i ofiarności strajk, musiał otworzyć oczy najbardziej zaślepionym członkom komisji alianckiej. Sprawowali ci panowie, Francuzi, Anglicy, Włosi i Japończycy władzę na Śląsku jako komisja plebiscytowa, obserwowali wszystko, co się działo na Śląsku, ale mieli dyrektywy swoich rządów, żeby nie „krzywdzić” Czechów.
Przynależność Śląska do Czech była z góry przesądzona, ale o tych pociągnięciach dyplomatycznych nie wiedzieli górnicy, nie wierzyli, żeby taka niesprawiedliwość – jak często mówili – mogła się dokonać.
Całe zagłębie karwińskie zamieniło się w obóz wojenny. Kopalnie obsadziły posterunki żandarmerii czeskiej, strajkujący górnicy pilnowali, żeby do kopalń nie dostali się łamistrajkowie sprowadzeni ewentualnie z Czech. Napięcie dochodziło do ostatecznych granic wytrzymałości, bo i niedostatek dokuczał, zwłaszcza widok głodujących dzieci był niesłychanie bolesny.
Ale padło hasło: nie damy kopalń, nie wrócimy do pracy aż Śląsk [Cieszyński; podobnie w dalszej części tekstu – przyp. redakcji NO] nie połączy się z Polską.
Po napadzie czeskim w [styczniu] 1919 r. kopalnie znalazły się za linią demarkacyjną, władze na tym terenie wykonywali Czesi, mając silne oparcie w komisji alianckiej. Ludność żyła pod terrorem nie tylko władzy, ale i bojówek przede wszystkim, które robiły „przygotowania” do ewentualnego plebiscytu. Rozpowszechniali najfantastyczniejsze wiadomości o przyłączeniu Śląska do Czechosłowacji aż po Białkę decyzją Rady Ambasadorów; grozili, że porachują się z tymi wszystkimi, którzy opowiadają się za Polską.
Polska Rada Narodowa miała swoją siedzibę w Cieszynie na zamku. Prezydium, tymczasowy rząd, znało nastroje ludności, zwłaszcza hart i ofiarność górników budziły podziw. Kierownicy związku górników utrzymywali najściślejszy kontakt ze strajkującymi, starali się o utrzymanie spokoju, w interesie samej sprawy i z obawy, żeby akty rozpaczy nie pociągnęły większych ofiar.
Podczas obrad, jednego dnia w czerwcu 1919 r. otrzymało prezydium Rady Narodowej alarmującą wiadomość, że górnicy po burzliwych naradach postanowili zatopić kopalnie, bo jak wieść głosiła Śląsk otrzymają Czesi. Na kopalniach pracowała obsługa techniczna, przy pompach, wentylacjach itp. kolejno obejmowali służbę, bo tak było postanowione przez strajkujących; ściśle wykonywano wszystkie rozkazy. Socjaliści, członkowie prezydium Rady Narodowej, przywódcy klasy robotniczej całego Śląska, zdawali sobie sprawę, że nie ma czasu na dyskusję. Należało natychmiast wyjechać do Karwiny i na miejscu porozumieć się z mężami zaufania, żeby zapobiec katastrofie.
Zdecydowano, że pojadą Kłuszyńska i dr Kunicki. Samochodem dojechaliśmy do linii demarkacyjnej, tzn. do mostu na rzeczce Stonawie. Dzieliło nas jeszcze ze dwa kilometry do terenu kopalń. Tymczasem lotem błyskawicy rozniosła się wieść, że przyjechali towarzysze z Rady Narodowej. Otoczyli nas dobrzy znajomi górnicy, kobiety i gromada dzieci.
Rozpoczęły się rozmowy, strajkujący wytaczali swoje argumenty, podyktowane rozpaczą. Nasza rola była bardzo trudna, należało przekonać roznamiętnionych i gotowych na wszystko górników, że kopalnie to warsztat pracy w każdej sytuacji i nie może być mowy o zatopieniu kopalń. Kiedy doszliśmy do centrum Karwiny, już kilka tysięcy osób zebrało się na łączce i tam postanowiliśmy przemówić. Ustawiono beczkę z cementu, położono grubszą deskę i „weszłam” na tę trybunę. Nie powitano mnie oklaskami, głuchy pomruk przeszedł przez tłum.
Zdawałam sobie sprawę z trudności, jakie należało przezwyciężyć, żeby trafić do uczuć tych zrozpaczonych ludzi. Przeważająca większość byli to nasi najbliżsi towarzysze długoletniej pracy, obdarzali nas, przywódców, zaufaniem, dopiero zupełnie wyjątkowa sytuacja doprowadziła do rozdźwięku. Już po części mojego przemówienia słyszałam, jak górnicy stojący koło „trybuny” mówili między sobą, że kopalnie będą w przyszłości ich własnością, bo będą należały do społeczności. Tak przecież zawsze nauczał socjalizm. Wyczułam zmianę nastroju, a kończyłam przemówienie już wśród oklasków i przyjacielskich okrzyków.
Z kolei przemawiał dr Kunicki, lekarz, znało go nawet każde dziecko tego rejonu, cieszył się zawsze uznaniem, górnicy kochali swojego towarzysza i doktora. Nie było już „muru chińskiego” między nami a górnikami, zrozumieli, że przyszli do nich świadomi odpowiedzialności przywódcy i przyjaciele. O zatopieniu kopalń, jako demonstracji górników na rzecz Polski, nie mogło być mowy, to stało się już pewnikiem. Udało się nam siłą argumentacji i co najważniejsze: zaufaniem i wiarą, jakie mieli górnicy do swoich towarzyszy, zapobiec katastrofie. Gdyby nawet nie udało się kopalń zatopić, mogło dojść do krwawych walk w całym Zagłębiu, bo strajkowało kilkanaście tysięcy górników i robotników z pokrewnych działów przemysłu, a kobiety brały także bardzo czynny udział w całej akcji.
Sprawiedliwości dziejowej staje się zadość, do Polski „przyjdą” kopalnie hr. Larisza, hr. Gutmana i innych baronów węglowych. „Przyjdą” z kopalniami nasi towarzysze, lud śląski, wielu z tych, którzy uczestniczyli w tym pamiętnym wiecu na łączce w Karwinie.
Dorota Kłuszyńska
Powyższy tekst Doroty Kłuszyńskiej pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik – centralny organ PPS”, nr 278/1938, 2 października 1938 r. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany. Publikujemy go w 87. rocznicę krótkotrwałego odzyskania Zaolzia przez Polskę.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: defilada polskich wojsk w Karwinie w październiku 1938; ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.
przez redakcja | poniedziałek 29 września 2025 | aktualności
Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, wielki koncern wstrzymuje budowę swojej fabryki w Polsce.
Jak informuje portal Puls HR, niemiecki koncern Bosch wstrzymuje budowę fabryki pomp ciepła w Dobromierzu w powiecie świdnickim w woj. dolnośląskim. Wartość inwestycji szacowano na 1,2 mld zł. Zakład miał ruszyć na początku 2026 r., a koncern zapowiadał utworzenie w nim 500 miejsc pracy.
Bosch uzasadnia swoją decyzję „rosnącą niepewnością polityczną i gospodarczą w Europie, która negatywnie wpływa na europejski rynek pomp ciepła”. Wzrost zapotrzebowania na pompy ciepła ma także być mniejszy i rosnąć wolniej niż uprzednio prognozowano. Koncern ma już fabryki pomp ciepła w Portugalii, Niemczech i Szwecji, których produkcja ma być wystarczająca wobec obecnego zapotrzebowania.
przez Michał Szymański | niedziela 28 września 2025 | opinie
Recesja (łac. recessio – „cofanie się” oraz recedere – „ustępować, cofać się”) to zjawisko makroekonomiczne polegające na znacznym zahamowaniu tempa wzrostu gospodarczego, skutkujące najczęściej spadkiem produktu krajowego brutto (PKB). W znaczeniu technicznym recesja definiowana jest jako spadek PKB przez co najmniej dwa kolejne kwartały.
Oficjalnie nie jesteśmy zatem w recesji.
Ale czy wszystko nie robi się droższe i gorsze? Co sprawia, że na horyzoncie nie jawi się żadne wyjście z kryzysu mieszkaniowego, a – analogicznie do myśli Marka Fishera – łatwiej nam wyobrazić sobie spadek cen mieszkań wywołany wybuchem wojny niż ten spowodowany realną polityką naszego państwa. Czekolada kosztuje prawie 10 zł. Kolejne zakłady zamykają swoje linie produkcyjne, pozbawiając mniejsze miasta miejsc pracy idących w kilka punktów procentowych wszystkich zatrudnionych. Czekolada waży o kolejne 10 g mniej. Informacje z rynku pracy wskazują na najmniejszą dostępną ilość ofert zatrudnienia od czasu pandemicznego załamania latem 2020 roku. Sok jabłkowy stanowi 20,1% składu coraz większej ilości napojów – jego idealnie wykalkulowaną ilość pozwalającą zaklasyfikować napój jako nektar (preferencyjna stawka podatku, brak opłaty cukrowej). Wszystko smakuje gorzej. Jesteśmy samotni i coraz mniej czasu poświęcamy na socjalizację z innymi. Ale nie ma gdzie się socjalizować, „trzecie miejsce” przestało istnieć. Nawet ciepła posadka grawitująca dookoła mitycznego pojęcia klasy średniej obciążona jest egzystencjalną pustką przywodzącą skojarzenia z rolą Edwarda Nortona z „Fight Clubu” i interludium „Happier Fittier” z albumu „OK Computer” zespołu Radiohead. Społeczne rozwarstwienie przyśpiesza, a jakiekolwiek marzenia o odwróceniu się tej tendencji jawią się jako dalece życzeniowe.
Od dawna wierzę – powtarzając za Yannisem Varufakisem – że giełdowe markery i makroekonomia są w dużej mierze oderwane od realiów życia człowieka funkcjonującego poza parkietami Wall Street. Rosnąca wartość rynkowych assetów nie odzwierciedla realnego wzrostu i rozwoju stojących za nimi firm, a jest jedynie rezultatem skrzętnej polityki rad nadzorczych, kooperacji z bankami i rosnącej ilości miliarderów lokujących w rynku swoje kapitały. To jednak relatywnie życzeniowa perspektywa. Lokowanie fortun w giełdę zakłada jakiekolwiek ryzyko, natomiast lokowanie ich w rynek mieszkaniowy, na którym przeciętny Jan Kowalski i John Smith konkurują z grupami pokroju BlackRock i Vanguard o dostęp do dachu nad głową, jawi się jako bezpieczniejszy biznes. Dobra kondycja gospodarki coraz częściej pokrywa się ze sloganem „bogaci mają dobrze”, a spowolnienie gospodarcze czy tytułowa recesja oznacza kłopoty wszystkich poza najbogatszymi.
Chciałbym – w kontrze do technicznych indykatorów zakładających, że recesja to dwa spadkowe kwartały – postawić przed czytelnikami ryzykowną tezę, że jednak jesteśmy w recesji. Recesji wszystkiego.
Czytelnicy Nowego Obywatela raczej dobrze znają tematykę i problematykę lat 90. i okresu transformacji. Epokę bezrobocia, szarej Polski i zaciskania pasa na szyi. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że czas szerokorozumianej transformacji, a także późniejszy okres dołączenia do Unii Europejskiej miały w sobie coś, czego bardzo nam dzisiaj brakuje.
Nadzieję.
Nadzieję na lepsze jutro, poczucie, że trudne czasy są wadium postawionym na poczet lepszej przyszłości. Era wyrzeczeń i ciężkiej pracy miała miarowo wprowadzać nas do świata Zachodu, a razem z nim przynieść poprawę warunków życia i swoisty awans cywilizacyjny. Nie sposób nie przyznać, że w dużej mierze udało się to zrealizować. Polska przez ostatnie dwie dekady zmieniła się nie do poznania. Mówiąc bardzo ogólnikowo, nie mamy czego się wstydzić w porównaniu z globalnym Zachodem. Jesteśmy jego integralną częścią. Ale co teraz?
Razem z awansem do pierwszej ligi (a przynajmniej ławki rezerwowych pierwszej ligi) straciliśmy namacalny cel. Już jesteśmy tym Zachodem, ale co z tego? Wyobrażenia o dobrobycie nie mają pokrycia w otaczającej nas rzeczywistości. Tej samej rzeczywistości, która cały czas organizuje castingi na najemców mieszkania oraz tej samej rzeczywistości, która płaci pracownikom sektora publicznego wynagrodzenia oscylujące w okolicach minimalnej krajowej. Tej samej minimalnej krajowej, która, biorąc pod uwagę koszty życia, od następnego roku spadnie, przywodząc na myśl waloryzacje emerytur z czasów „pierwszego Tuska”, gdy emerytury waloryzowano o kilka złotych.
Jak układać nasz emocjonalny budżet domowy, jeśli nadzieja stała się towarem deficytowym? Permanentny stres spowodowany konfliktem zbrojnym na Ukrainie i mniej lub bardziej realistyczne widmo eskalacji konfliktu w stronę Polski i państw bałtyckich. Zapowiedzi cięć w sektorze publicznym i pogarszająca się kondycja rynku pracy. Opisywana wszędzie epidemia samotności. Proszę zastanowić się nad chociaż jednym czynnikiem, jedną rzeczą, która mogłaby napawać nas optymizmem. Zauważmy różnicę, która zaszła chociażby w dyskursie dotyczącym zmian klimatu. Mimo dużego oporu możemy odnotować malejącą popularność bezpośredniej negacji zmian klimatu – ale co z tego, skoro zastępuje je narracja o indywidualnej odpowiedzialności. „Może będzie gorzej, ale zrobię co mogę, żeby moja rodzina tego nie doświadczyła”, „Może będzie gorzej, ale mnie już wtedy nie będzie”. Przestajemy negować problemy, ale zamiast zastanawiać się nad systemowymi rozwiązaniami wszczepia nam się poczucie, że każdy musi nieść swój krzyż i odnaleźć się w nowej smutnej rzeczywistości. Zamiast wierzyć, że przyszłość przyniesie poprawę sytuacji pozostaje zakładać, że jeśli dam z siebie wszystko, to przyszłość nie zawali mi się na głowę.
Wykształcenie w industrialnym kompleksie edukacyjnym dalej się pauperyzuje. Studia, które wbijano do głów obecnej młodzieży, nie okazały się przepustką do dostatniego życia i stabilnej pracy – są w najlepszym wypadku wymogiem wstępnym znalezienia jakiejkolwiek pracy. Tak wielu nadmiernie wykwalifikowanych młodych ludzi musi pogodzić się z rozjazdem ich wykształcenia oraz wykonywaną pracą, a także wynikającą z tego frustracją. Frustrację tę podsyca fakt, że pomimo naszej gry pozorów jakoby to społeczeństwo opierało się na zasadach merytokracji realne wykształcenie i wiedza nie znaczą nic, jeśli nie są osadzone w materialnym, finansowym sukcesie. Stan posiadania i stan materialny stanowią jedyną metrykę sukcesu i co za tym idzie – kompetencji. Gdyby tego było mało – dorzućmy jeszcze sztuczną inteligencję, wszak wielkie firmy coraz dumniej chwalą się inwestorom planami dotyczącymi redukcji zatrudnienia i zastąpienia mniej wykwalifikowanej kadry (tej samej kadry, która jest prawdopodobnie zbyt wykwalifikowana do sprawowanych obowiązków) oprogramowaniami AI.
AI, które było sprzedawane nam jako narzędzie porównywalne z wynalezieniem internetu, w pierwszej kolejności przywodzi na myśl bota z infolinii, który usilnie robi wszystko, aby nie połączyć nas z konsultantem. Utopijna wizja przyszłości zakładała, że roboty i komputery będą wykonywały za nas większość pracy, a my skupimy się na piciu drinków z palemką, malowaniu obrazów i uczęszczaniu do klubów dyskusyjnych, ale póki co to właśnie przestrzeń kreatywna jako pierwsza padła ofiarą generatywnych modeli językowych.
Nie sposób nie dostrzec tragizmu Hayao Miyazakiego, twórcy słynnego japońskiego studia Ghibli, które stoi za kultowymi animacjami, jak chociażby „Mój sąsiad Totoro” i „Grobowiec świetlików”. Jego charakterystyczny styl padł ofiarą trendu, w którym każdy mógł przerobić swoje zdjęcie na podobiznę rodem z jego filmów. Masowość tego zjawiska sprawiła, że Miyazaki nazwał sztuczną inteligencję i jej brak poszanowania dla praw autorskich „obrazą dla samej egzystencji człowieka”. Sztuka, która od zawsze stanowiła przestrzeń wyrażania samego siebie i budowania emocjonalnej więzi z jej odbiorcami, jako pierwsza poległa w starciu z oprogramowaniem. Kogo miałby pozwać Miyazaki skoro sposób gromadzenia danych wykorzystywany przez AI jest zupełnie nietransparentny, a prawodawstwo jest kilka kroków za rozwojem technologii.
W jakiej sytuacji stawia to wszystkich aspirujących grafików, artystów i innych przedstawicieli sztuk pięknych, skoro nie sposób dzisiaj przejść po turystycznej części dużego miasta i nie dostrzec całej plejady wygenerowanych przez AI wydruków na koszulkach, logotypów i kawiarnianych potykaczy zapraszających nas na matcha latte czy jakikolwiek inny napój będący przedmiotem obecnej hiperkonsumpcyjnej fiksacji. Czy sprzedawane w dyskontach zeszyty z podobiznami rekina w trampkach i innych AI „brainrotów” są odbiciem stanu naszej kultury masowej? Co sprawia, że umiemy tak obojętnie przejść obok zjawiska „brainrotu” (z ang. brain – mózg, to rot – gnić) i nie dostrzegać w nim regresu, recesji naszej kultury. Kiedy w jednym z popularnych dyskontów zobaczyłem dubajską czekoladę (jak się okazało – wyrób czekoladopodobny) z wygenerowaną przez AI podobizną stworka Labubu – jednej z nowszych internetowych hiperfiksacji – coś we mnie pękło. Trudno mi sobie wyobrazić większe przemielenie wszystkich panujących mikrotrendów w bardziej jarmarczny produkt. Gdzie jest miejsce na nadzieję, skoro możemy bezpiecznie zakładać, że generatywne AI będzie coraz skuteczniejsze i coraz bardziej wszechobecne, a wynikające z tego korzyści przypadną wielkim firmom.
Opium ludu, o którym pisał Marks (i które tak często błędnie interpretujemy), podaje się nam na srebrnej tacy. Nieustanny przepływ informacji, media żerujące na naszej skłonności do polaryzacji i nieskończona ilość filmików do przesunięcia. Jesteśmy społecznie spacyfikowani, a mimo to musimy ciągle walczyć o utrzymanie się na powierzchni – w poczuciu winy, że używamy zbyt dużo telefonu, nie rozwijamy się (oczywiście w przestrzeni, która wymiernie wpływałaby na naszą wartość rynkową) i za mało czytamy. Na marginesie, w czasach, gdy wszystko musi mieć jakąś wymierną wartość – samo czytanie stało się czynnością niemal performatywną i zoptymalizowaną na pokazanie swojego statusu. Rosnąca popularność Goodreads pokazuje, że po co czytać, jeśli nie mógłbym dodać danej książki do swojego „portfolio”. Znana książka „Społeczeństwo spektaklu” nie straciła ani grama trafności zawartych w niej spostrzeżeń.
„Trzecie miejsce”, o którym wspomniałem wcześniej, również przestało istnieć. Koncepcja trzeciego miejsca zakłada przestrzeń spotkań i socjalizacji, która byłaby oderwana od rutyny na linii dom-praca. Kluby dyskusyjne, sklepy z płytami, gdzie lokalni pasjonaci mogliby porozmawiać o ich ulubionych albumach, amatorskie drużyny sportowe. Nasza rzeczywistość i wszechobecna gentryfikacja dowolnej aktywności sprawiają, że znalezienie trzeciego miejsca staje się niezwykle trudne – zwłaszcza, że coraz więcej z nich wymaga zainwestowania środków, wkupienia się w hobby. Przykro było mi usłyszeć opinię byłego szefa PZPN-u, który powiedział, że w dzieci w okolicach trzynastego roku życia często tracą szanse na rozwój w ramach klubów sportowych, ponieważ ich rodziców nie stać na ponoszenie związanych z tym kosztów. Równolegle do koncepcji trzeciego miejsca należy myśleć o hobby, zainteresowaniach. Te również wymagają coraz większego samozaparcia. Tyle lat powoływania się na slogan „przekuj swoje hobby w pracę, a nie będziesz musiał pracować ani dnia” doprowadziło do tego, że wiele zainteresowań już na starcie jawi się jako bezsensownych, bo zaszczepiono w nas poczucie, że każda kaloria naszej energii musi być wykorzystywana jak najbardziej efektywnie, a po co pisać, tworzyć i wymyślać, jeśli miałoby to trafić do szuflady i „nie odniosłoby sukcesu”.
Z każdym postępującym rokiem, pomimo niedookreślonej frustracji wynikającej z życia w systemie, który łamie naszego ducha, sytuacja wygląda coraz gorzej. Paradoksalnie, socjalizacji brakuje również w mediach, które w nazwie mają słowo „społecznościowe”. Czasy dawnego Instagrama minęły bezpowrotnie, a drobne posty z ogródka, zdjęcia swojego ulubionego kubka, pokazanie ulubionej muzyki zeszły na margines. Istnieje pewny lęk przed pokazaniem się zbyt bardzo, a paradoksalnie widzimy, że internetowe postaci wpuszczają nas do coraz to bardziej prywatnych sfer swojego życia. Słowo „cringe” (oznaczające ogólną żenadę, w kontrze do nonszalanckiego zdystansowania) od czasu, kiedy to w modzie jest doza pewnej pruderyjnej nonszalancji, stało się jedną z najbardziej bolesnych obelg, jakie może usłyszeć młody człowiek. Od lat odczuwam wpływ autocenzury, która każe mi zadawać sobie pytanie „Co ja mam takiego do powiedzenia, czego nie powiedział, nie pokazał jakiś znany influencer”. Aspekt społecznościowy wypadł z auta gdzieś po drodze i nie wiemy, jak go znaleźć.
System, w którym żyjemy, to zbiór naczyń połączonych, a dziejowy pesymizm stanowi – powtarzając za Žižkiem – „spontaniczną, bezrefleksyjną ideologię” naszych czasów. Kultura, gospodarka, praca i świat naszych wewnętrznych przeżyć są ze sobą nierozerwalne. Im bardziej świadomi będziemy opresyjności systemu, w którym żyjemy, tym większa jest nasza szansa na wyrażenie wobec niego sprzeciwu. Wierzę, że nie możemy się poddawać i popaść w rezygnację – powinniśmy wiedzieć, że nie jesteśmy w tym sami – niezależnie od tego, jak bardzo próbuje nam to wmówić indywidualistyczna narracja. Kultywowanie wspólnoty jawi się jako najlepsze lekarstwo w czasach społecznej atomizacji. Ciepła rozmowa z panią ekspedientką, poznanie swoich sąsiadów, mecz w piłkę z obcymi na lokalnym Orliku – budowanie małych wspólnot potrafi być remedium na egzystencjalną pustkę. Życzyłbym wszystkim i samemu sobie więcej odwagi w nawiązywaniu relacji z innymi, drobnych pogawędkach oraz wrzuceniu do internetu piosenki, którą napisałem. Nawet jeśli jest taka sobie.
I mniej smartfona, zdecydowanie mniej smartfona. Na tyle, na ile jest to możliwe.
Michał Szymański
Grafika w nagłówku tekstu: Adina Voicu from Pixabay
przez redakcja | niedziela 28 września 2025 | aktualności
Kolejny polski zakład ma zostać zlikwidowany.
Jak informuje portal Next.gazeta.pl, grupa Apator zamierza zlikwidować jeden ze swoich zakładów – produkcję w spółce zależnej FAP Pafal w Świdnicy. Zakład wytwarza urządzenia pomiarowe i liczniki energii elektrycznej.
16 września zarząd grupy Apator poinformował o zamiarze likwidacji spółki FAP Pafal z siedzibą w Świdnicy. Decyzję zaakceptowała rada nadzorcza, a w październiku ma ją podtrzymać walne zgromadzenie akcjonariuszy. Zakład w Świdnicy ma odpowiadać za niespełna 2 proc. przychodów grupy Apator. Zakład istnieje od roku 1897 i w 2024 roku przyniósł zysk.
Spółka zatrudnia obecnie około 100 osób, z czego zakład w Świdnicy ma 24 pracowników. Prawdopodobnie wszyscy oni stracą zatrudnienie.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Macdriver (Bartek Wawraszko) – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1803641
przez redakcja | niedziela 28 września 2025 | aktualności
W Krakowie dwie korporacje planują duże redukcje zatrudnienia.
Niewesołe wieści płyną z Krakowa. Dwa polskie oddziały dużych globalnych korporacji planują znaczne zmniejszenie zatrudnienia w tym mieście.
Tamtejszy oddział wielkiego piwowarskiego koncernu Heineken planuje likwidację części etatów i przeniesienie ich do swojego nowego centrum w Indiach. W Hajdarabadzie planowane jest zatrudnienie 3000 osób. Zagraża to krakowskiego centrum usług wspólnych tej firmy, które zatrudnia około 2000 ludzi. Nie jest jasne, ile osób straci pracę, ale szacunki mówią, że krakowski oddział zwolni od 500 do 700 osób.
Podobnie dzieje się w krakowskim oddziale koncernu paliwowego Shell. Tamtejszy Shell Business Operations zatrudnia ponad 5 tys. osób. Redukcja zatrudnienia ma objąć co najmniej 250 osób. Natomiast pogłoski krążące wśród pracowników firmy mówią, że zagrożonych w krakowskim oddziale może być nawet 800 etatów.
przez redakcja | sobota 27 września 2025 | aktualności
Minister Klimczak ukrywa raport o wykluczeniu komunikacyjnym za 4 miliony złotych.
Poseł Michał Moskal (PiS) ostro krytykuje Ministerstwo Infrastruktury za systematyczne ukrywanie kluczowego raportu o wykluczeniu komunikacyjnym w Polsce, który kosztował podatników ponad 4 miliony złotych. Mimo że analiza została zakończona w kwietniu, a raport został dostarczony do ministerstwa 30 czerwca, kierownictwo resortu pod wodzą ministra Dariusza Klimczaka nadal odmawia jego upublicznienia, używając absurdalnych biurokratycznych wymówek.
„To jest skandaliczne lekceważenie obywateli, którzy sfinansowali ten raport z własnych podatków. Ministerstwo traktuje społeczeństwo jak małe dzieci, które rzekomo nie są w stanie zrozumieć wyników badań dotyczących ich własnych problemów komunikacyjnych” – mówi poseł Michał Moskal, autor dwóch interpelacji w tej sprawie.
Ukrywany przez ministerstwo dokument to „Analiza skali wykluczenia komunikacyjnego na obszarze Polski wraz z rekomendacjami zmian legislacyjnych w kontekście publicznego transportu zbiorowego” – projekt zainicjowany przez poprzedniego Ministra Infrastruktury Andrzeja Adamczyka w 2021 roku w ramach programu GOSPOSTRATEG. Badanie realizowane przez konsorcjum polskich uczelni pod kierownictwem Politechniki Poznańskiej miało dostarczyć kluczowych danych o problemie dotykającym miliony Polaków, szczególnie mieszkańców obszarów wiejskich.
Wykluczenie komunikacyjne oznacza brak dostępu do transportu publicznego, który uniemożliwia lub znacznie utrudnia dotarcie do pracy, szkoły, lekarza czy urzędów. Według wstępnych szacunków problem ten dotyczy około 28 procent mieszkańców kraju, czyli ponad 10,5 miliona osób. Na obszarach wiejskich sytuacja jest jeszcze dramatyczniejsza – tam wskaźnik wykluczenia sięga aż 54 procent, co oznacza, że ponad połowa mieszkańców wsi ma poważne problemy z dostępem do transportu publicznego.
W odpowiedzi na interpelacje posła Moskala podsekretarz stanu Piotr Malepszak przedstawił serię karkołomnych argumentów mających usprawiedliwić ukrywanie raportu. Ministerstwo twierdzi między innymi, że „publikacja niepełnych danych lub niewłaściwa interpretacja wyników może doprowadzić do podejmowania nieuzasadnionych działań negatywnie wpływając na skalę wykluczenia komunikacyjnego”. Resort argumentuje także, że raport liczący „ponad 1 770 stron opracowania bez załączników” wymaga tak długiej analizy, że nie można go upublicznić nawet po kilku miesiącach od otrzymania.
„Te argumenty to czysta manipulacja i arogancja. Ministerstwo sugeruje, że obywatele są za głupi, żeby zrozumieć wyniki badań, które sami opłacili. A jednocześnie kłamie, twierdząc że ustawa o dostępie do informacji publicznej nie zobowiązuje do udostępnienia dokumentów finansowanych z budżetu państwa” – komentuje ostro poseł Moskal.
Szczególnie oburzające jest stanowisko ministerstwa wobec prawnych obowiązków informacyjnych. Podsekretarz Malepszak fałszywie twierdzi, że stwierdzenie posła o obowiązku udostępnienia dokumentów finansowanych z budżetu państwa „nie znajduje potwierdzenia w przepisach”. To oczywista nieprawda – ustawa o dostępie do informacji publicznej jasno określa, że dokumenty wytworzone za środki publiczne powinny być dostępne dla obywateli.
Ministerstwo stosuje także manipulacyjną retorykę, sugerując że „nie wyklucza przedstawienia wyników prac w formie prezentacji”, podczas gdy poseł jednoznacznie domaga się dostępu do pełnego raportu, a nie okrojonej prezentacji przygotowanej przez urzędników według ich widzimisię.
W odpowiedziach Ministerstwa Infrastruktury uderzająca jest całkowita nieobecność konkretnych terminów upublicznienia raportu. Podsekretarz Malepszak wielokrotnie używa wymijających sformułowań jak „po szczegółowej analizie danych”, „po formalnym zaakceptowaniu” czy „po podjęciu tej decyzji przez Kierownictwo resortu”.
Najgorszym aspektem całej sprawy jest całkowite zlekceważenie przez ministerstwo społecznej wagi problemu wykluczenia komunikacyjnego. Problem ten dramatycznie wpływa na życie milionów Polaków, ograniczając ich możliwości rozwoju zawodowego, dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej czy uczestnictwa w życiu społecznym. Ministerstwo tymczasem traktuje ten dramatyczny problem społeczny jako przedmiot biurokratycznych gier i politycznych manipulacji.
„Wykluczenie komunikacyjne to nie jest abstrakcyjna kategoria statystyczna do ukrywania w szufladach urzędników. To konkretni ludzie, którzy nie mogą dojechać do pracy, dzieci, które nie mogą dotrzeć do szkoły, chorzy, którzy nie mogą dostać się do lekarza, starsi, którzy są odcięci od świata. A minister Klimczak i jego zespół robią z tego materiał do ukrywania przed społeczeństwem” – podkreśla z emocjami poseł.
Poseł Moskal zapowiada zdecydowane dalsze działania w celu wymuszenia na ministerstwie publikacji raportu. „Nie odpuścimy tej sprawy ani o milimetr. Obywatele mają święte prawo wiedzieć, za co płacą swoimi podatkami. Będziemy używać wszystkich dostępnych narzędzi parlamentarnych, aby zmusić ministerstwo do przestrzegania prawa” – deklaruje stanowczo poseł.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | sobota 27 września 2025 | aktualności
Zakład produkujący tradycyjne wyroby został zamknięty.
Nagle zapadła decyzja o likwidacji spółdzielni mleczarskiej i jej zakładu produkcyjnego w Lidzbarku Welskim. Lokalne władze dowiedziały się o tym z mediów. Pracę straciła cała załoga – 17 zatrudnionym nagle wręczono wypowiedzenia z pracy.
Zakład funkcjonował ponad 100 lat. Wytwarzał głównie Ser Welski, który w 2007 roku został wpisany na listę produktów tradycyjnych Warmii i Mazur. Spółdzielnia od kilku lat miała problemy, jednak katastrofalny okazał się dla niej ubiegły rok, w którym miała ponad milion złotych strat. Nie pomogło wsparcie, którego udzieliła gmina, oferująca zakładowi ulgi podatkowe i umorzenie części zadłużenia podatkowego.
przez redakcja | czwartek 11 września 2025 | aktualności
Władze Poczty Polskiej zamierzają wypchnąć kilka tysięcy osób na umowy śmieciowe.
Jak informuje Onet, władze Poczty Polskiej zamierzają wypchnąć kierowców i kurierów tej firmy na samozatrudnienie w formule B2B. Zmiany miałyby dotyczyć 4000 osób.
To ciąg dalszy „restrukturyzacji” Poczty. W ramach tego procederu nowy zarząd firmy z nadania neoliberalnego rządu przeprowadził już liczone w tysiącach zwolnienia grupowe, likwiduje placówki i skraca godziny ich otwarcia, wywiera presję na „dobrowolne” odchodzenie z pracy itp. Teraz dojdzie do tego uśmieciowienie warunków zatrudnienia.
Władze Poczty planują wypchnięcie kierowców i kurierów firmy na umowy typu B2B, czyli „współpracę” z osobami, które zamiast zatrudnienia na etatach, będą zakładały własne jednoosobowe firmy. Zdaniem szefostwa Poczty da to kurierom „większą samodzielność dzięki elastyczności formuły współpracy”.
Takie zamiary ogłoszono na spotkaniu przedstawicieli władz Poczty ze związkami zawodowymi. Marcin Gallo, wiceprzewodniczący pocztowej „Solidarności”, mówi Onetowi: „Zmiany mają dotknąć nie tylko kurierów dostarczających paczki dla klientów, ale także kierowców odpowiadających za wewnętrzny transport przesyłek w Poczcie. Umowy B2B na takich stanowiskach są pogorszeniem warunków pracy. Taki pracownik nie będzie miał zagwarantowanego urlopu. Nie będzie objęty Zakładowym Funduszem Świadczeń Socjalnych, który daje zabezpieczenie jemu i jego rodzinie w sytuacjach kryzysowych. Taki pracownik, gdy będzie chciał spędzić ze swoją rodziną urlop, będzie musiał zagwarantować zastępstwo na swoje miejsce, co będzie dla niego kolejnym kosztem”.
Robert Czyż, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Poczty, komentuje: „Ten model biznesowy jest bardzo wyzyskujący dla pracowników. W Poczcie od paru lat mamy już do czynienia z outsourcingiem usług polegających na dostarczaniu paczek do klienta. Ale nie spodziewaliśmy się, że to samo spotka kierowców stanowiących krwiobieg Poczty”.
przez redakcja | czwartek 11 września 2025 | aktualności
Francuski właściciel likwiduje swój zakład w Polsce.
Jak informuje portal Bankier.pl, wraz z końcem roku zakończy swoje istnienie zakład Tarkett Polska w Orzechowie w Wielkopolsce. Francuski producent podłóg podjął decyzję o likwidacji działalności wytwórczej w Polsce.
Zakład działał od połowy lat 90. Był jednym z głównych pracodawców w okolicy. Wraz z zamknięciem zakładu pracę straci cała jego załoga – 211 osób. Produkcja zostanie przeniesiona z Polski do Serbii. Na razie żadne zmiany nie są planowane w drugim z polskich zakładów firmy – w Jaśle.
przez redakcja | środa 10 września 2025 | aktualności
Czwarty miesiąc z rzędu wzrosło bezrobocie.
Z nowych danych GUS wynika, że w sierpniu 2025 znów wzrosło bezrobocie. Wyniosło ono w tym miesiącu 5,5% wobec 5,4% miesiąc wcześniej. To czwarty z rzędu miesiąc wzrostu bezrobocia, całkowicie wbrew wieloletniej tendencji spadku tego wskaźnika latem, gdy rusza wiele prac sezonowych. W skali roku bezrobocie wzrosło o 0,4 punktu procentowego. Najwyższe bezrobocie jest w woj. podkarpackim, gdzie wyniosło w sierpniu 8,9%.
W ciągu miesiąca liczba bezrobotnych wzrosła o 26,6 tys. osób. Cała liczba bezrobotnych to już 857,3 tys. osób. Oznacza to jej wzrost w ciągu roku o 11% i ponad 85 tys. osób.
Sytuacja jest tym gorsza, że stale maleje liczba wolnych miejsc pracy. Z danych GUS wynika, że na koniec II kwartału 2025 roku było o 5,2% mniej wolnych miejsc pracy niż rok temu. W liczbach bezwzględnych jest ich 95,7 tys., czyli o 15,1 tys. mniej niż przed rokiem. Na przestrzeni 12 miesięcy przybyło wolnych miejsc pracy tylko w dwóch województwach – podlaskim i pomorskim. We wszystkich pozostałych ubyło ich.
przez redakcja | środa 10 września 2025 | aktualności
W stolicy protestowali pracownicy więziennictwa.
Jak informuje portal Tysol.pl, w Warszawie odbyła się dzisiaj Ogólnopolska Manifestacja Więzienników. Protestujący demonstrowali przez Kancelarią Premiera RP, siedzibą Ministerstwa Sprawiedliwości oraz budynkiem Sejmu. Domagali się poprawy warunków zatrudnienia i spełnienia obietnic, które otrzymali dawno temu.
Przewodniczący Rady Krajowej Sekcji Służby Więziennej NSZZ „Solidarność” Andrzej Kołodziejski mówił, że formacja jest „niedoetatyzowana”. Jego zdaniem w służbie brakuje 2500 pracowników. Oznacza to dla zatrudnionych konieczność brania licznych nadgodzin – w skali roku wynoszą one 2 miliony godzin. Kolejna kwestia to niskie płace, które nie tylko są niekorzystne dla pracowników, ale także sprawiają, że ten zawód nie przyciąga wystarczającej liczby nowych osób.
Protestujący zwracają także uwagę na brak dodatku mieszkaniowego dla personelu Służby Więziennej, czyli osób, które są przenoszone w różne miejsca kraju w zależności od potrzeb kadrowych. Taki dodatek był obiecywany od dawna, a ministerstwo sprawiedliwości zobowiązało się do jego wprowadzenia w porozumieniu ze związkami, zawartym 13 marca 2025 roku. Od tamtej pory nie spełniono obietnicy. Związkowcy czują się oszukani.
przez Michał Rydlewski | środa 10 września 2025 | opinie
Pandemia Covid-19 nie jest już obiektem szczególnego zainteresowania. Medialnie temat przestał istnieć z dniem ataku Rosji na Ukrainę. W tym sensie memy ironicznie komentujące koniec pandemii dzięki Putinowi nie są bezzasadne. Miliony Ukraińców przejechało lub pozostało w Polsce i raczej nikt nie pytał o szczepienia, nikt nie zwracał uwagi na maseczki. Przestano informować o zgonach, statystykach szpitalnych, zachorowaniach, szczepieniach. Była pandemia i nie ma pandemii – powstaje zatem wrażenie, że była ona zagrożeniem zdecydowanie przesadzonym, choć owa przesada związana jest przecież nie z sytuacją faktyczną, lecz z medialną reprezentacją. To jest nie tylko z obecnością w mediach, ale i z odpowiednim przedstawieniem: obrazami, statystykami, paskami w telewizji etc.
Czy jeśli media o czymś przestają informować, to staje się to już nieważne? Czy dalej istnieje tak samo, jak gdyby dalej było relacjonowane? Co i jak zmienia medialna widzialność?
Stosunek do pandemii podzielił polskie społeczeństwo. Szczególną rolę odegrało podejście do nieobowiązkowych szczepień, które stały się papierkiem lakmusowym przynależności do dwóch obozów. Nawet na Tinderze można było oznaczyć, czy jest się zaszczepionym czy też nie, co stanowiło informację nie tylko medyczną, lecz światopoglądową. Pytanie „Szczepiłeś się?” było podobne pytaniu „Na kogo głosowałeś?”, gdyż od razu zdradzało, czy jesteś zabobonnym ciemnogrodem bojącym się oświecenia w postaci nauki, czy też przykładnym obywatelem ufającym tejże nauce. „Szurią” bazującą na teoriach spiskowych o działaniach koncernów farmaceutycznych, która na pomocą swojego nieprofesjonalnego rozumku niepotrzebnie drąży temat czy też racjonalnym odbiorcą najnowszych osiągnięć medycyny mających na celu ratowanie życia. Linia podziału była prosta: mądrzy – głupi, odpowiedzialni – nieodpowiedzialni.
Cały kłopot w tym, że kwestia stosunku do pandemii oraz szczepień nie jest taka prosta. Nie przebiega tylko na linii wiedza naukowa – niewiedza, prawda – nieprawda, autorytety medyczne – laicy. Gdyby to było takie proste, kontrowersja prawdopodobnie nigdy by się nie pojawiła. Wszak każdy chce dysponować rzetelną wiedzą, w tym naukową, i na jej podstawie podejmować racjonalne decyzje. Za takim ujęciem sprawy, tj. że jest ona prosta i trudno zrozumieć osoby niechcące się zaszczepić, stoi przekonanie, że tym ludziom brakuje wiedzy, że są niezdolni do rozpoznania i samodzielnego i krytycznego zbadania prawdy. Słowem: że są głupi, gdyż nie trafiają do nich argumenty naukowe. W takim razie należy im się tylko ironiczny gest politowania oraz wyśmianie marnych kompetencji poznawczych.
Nic bardziej mylnego!
Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że nauka, w tym jej dziedzina, jaką stanowi medycyna, wraz z odpowiednimi technologiami, nie jest wyizolowana od kontekstu społecznego, w którym funkcjonuje. Jest nie tylko jego wytworem, lecz jest uwikłana w złożoną sieć relacji z innymi aktorami życia społecznego, w tym także szeroko rozumianych mediów i przynależnych im form komunikacji wraz z ich specyfiką.
Po drugie nauka toczy walkę o swój status i możliwości wyjaśniania świata oraz odpowiednią komunikację, która leży nie tylko w jej gestii, ale także państw oraz korporacji medycznych, w których instytucjonalnie jest ona tworzona (naukowiec nie działa w samotności we własnym garażu). Powinna być zatem zdolna do rzetelnego prezentowania swoich dokonań i odpowiedzialnego składania obietnic względem pokładanych w niej nadziei na lepszą przyszłość ludzkości. Należy pamiętać, że wraz z postępem technologicznym idą także konsekwencje, nad którymi nauka nierzadko nie panuje. Nie jest to zjawisko nowe, gdyż nauka od początku swojego nowożytnego istnienia wzbudzała kontrowersje. Kłopot w tym, że dzięki demokratyzacji nowych mediów oraz ich interaktywnej specyfice, sytuacja historycznie rzecz biorąc staje się znacznie trudniejsza niż dotychczas, gdyż trudniej ten przekaz kontrolować, co może mieć różne skutki, w tym także negatywne.
Jeśli lepiej zrozumie się ową społeczną sieć aktorów i jej fluktuację, która odbywa się w mediach i poprzez media, lepiej zrozumie się – wcale nie tak dziwne z tego punktu widzenia – powstanie ruchu antyszczepionkowców czy osób sceptycznych wobec szczepień, tj. nieprzekonanych, niekoniecznie antyszczepionkowców. Uwzględniając zmediatyzowanie współczesnej wiedzy i sposoby jej funkcjonowania, ale także wytwarzanie obszarów niewiedzy oraz wątpliwości i kontrowersji można nawet stwierdzić, że powstanie środowisk antyszczepionkowców oraz sceptyków nie jest niczym dziwnym. A wręcz dziwnym byłby ich brak.
Dlaczego część ludzi jest sceptyczna i nieufna wobec wiedzy naukowej, której prawdziwość w przypadku pandemii była żyrowana przez państwo? Dlaczego ludzie się nie szczepią? Dlaczego, tj. na podstawie jakich przekonań, wiedzy, obrazu świata społecznego, podejmują, a zasadzie nie podejmują działania odpowiedniego, tj. pożądanego przez państwo?
Przyczyn może być bardzo wiele. Zwrócę szczególną uwagę tylko na te, które są bezpośrednio lub pośrednio związane z mediami oraz komunikacją.
Pierwsza przyczyna to rozmycie się pojęcia eksperta i utrata autorytetu nauki. Influencerzy czy vlogerzy mogą mieć znacznie większy wpływ niż profesor medycyny. Nie o rację zatem idzie, tj. o siłę argumentu, lecz o argument siły w postaci zasięgów, klikalności i wszelkich zasobów w postaci widzialności. To one są zdolne narzucać temat dyskusji oraz tego, co w ogóle jest dyskutowane. Ekspert, np. profesor wirusologii, najczęściej nieprzyzwyczajony do mówienia do laików w sposób zrozumiały (zazwyczaj mówi do takich jak on profesjonalistów zaznajomionych z odpowiednią terminologią), będzie miał problem ze skutecznym dotarciem do innych odbiorców. Szczególnie, że logika komunikacyjna coraz bardziej wymusza lapidarność: od telewizji po Tik-Tok. Ekspert nie potrafi inaczej się komunikować i nie jest to jego wina, gdyż programy kształcenia uniwersyteckiego w ogóle takich kwestii nie uwzględniają – będzie zaraz o tym mowa.
Komunikacja internetowa oraz najbardziej popularne jej formy są nie tylko wtórno-oralne, lapidarne, ale także nastawione na emocje. Filmik zrozpaczonej matki pokazującej swoje chore dziecko jest o wiele więcej „wart” niż informacyjny komunikat eksperta i jego statystyki. Wylękniona matka, i trudno jej się dziwić, zapyta: czy i mojemu dziecku może się to przydarzyć? Skupienie się na wyjątkach, a nie regule, powoduje utratę konsensusu względem podstawy komunikacji, tj. podzielany obraz świata, w tym skuteczności i działania medycyny konwencjonalnej.
Te trzy czynniki nie wzmacniają analitycznego, pogłębionego i krytycznego namysłu, albowiem liczy się przekaz krótki, wyrazisty, emocjonalny. Słowem, istotna jest zdolność przyciągania uwagi, którą badacze określają mianem atencjonalizmu. Pojęcie to interesująco opisują Alexander Bard i Jan Söderqvist w mało niestety znanej książce „Netokracja. Nowa elita władzy i życie po kapitalizmie”. Wiążą je z późnym kapitalizmem, albowiem uwaga, jak wcześniej posiadanie ziemi (feudalizm) czy kapitału (wczesny kapitalizm), jest dzisiaj podstawowym zasobem.
Nawiasem mówiąc, to o uwagę właśnie walczą korporacje medialne, aby potem móc je wykorzystywać za pomocą algorytmów w celu zarządzania naszą uwagą, a koniec końców, wiedzą i decyzjami: od wyboru treści kulturalnych, potrzebne towary, które musimy kupić, po decyzje polityczne.
Kluczowy jest tutaj fakt, że zdolność przyciągania uwagi, swoista ekonomia uwagi, wpływa na to, co ludzie myślą, a to, co myślą, wpływa na ich decyzje. Uwaga to nic innego jak siła oddziaływania, wygrywanie w narzucaniu swojej narracji i poglądów kosztem uzasadnionej lub nieuzasadnionej naukowo treści samego przekazu. Kto stworzy rozleglejszą sieć skupiającą uwagę, niezależnie od prawdziwości treści, ten wygra – nauka działa jak polityka. Nie jest zatem istotne, kto ma rację, ale kto zgromadzi mocniejszych sojuszników, np. w postaci orędowników wolności wyboru, braku zaufania do koncernów medycznych i systemu ochrony zdrowia. W tym sensie np. siła antyszczepionkowych blogów jest silna słabością instytucjonalnej nauki, która nie potrafi zdobyć takiej uwagi.
Problem ten od razu naprowadza na drugą przyczynę, a jest nią niedocenienie i zaniedbanie przez polską naukę kwestii popularyzacji wiedzy naukowej, zarówno przez humanistów, jak i przedstawicieli nauk medycznych.
Przykładowo, badacze z zakresu nauk humanistycznych oraz społecznych (etnologii, socjologii, kulturoznawstwa, psychologii społecznej, politologii) piszą artykuły oraz książki z myślą o parametryzacji. Tworzą wszak naukę, która musi być recenzowana, ukazywać się w odpowiednich czasopismach oraz wydawnictwach (lista wydawnictw jest co jakiś czas aktualizowana). Ich język jest stosunkowo hermetyczny, jasny dla kręgu wtajemniczonych, słowem trudny do przebrnięcia dla kogoś spoza kręgu adeptów wykształcenia ogólnohumanistycznego. Nie idzie tutaj o brak inteligencji, lecz o (nie)umiejętność mówienia pewnym językiem. Polska nauka istnieje dla polskiej nauki. Książki, szczególne te na stopień, tj. doktorat czy habilitację, wręcz nie powinny być zrozumiałe dla ogółu społeczeństwa, gdyż podważałoby to elitarną pozycję piszącego. Ci „malutcy” nie mogą rozumieć – właśnie po to, aby uświadamiać sobie każdorazowo, że są malutcy. Niewielu jest badaczy, którzy chcą pisać innym językiem, tj. zrozumiałym dla ludzi spoza swojej dyscypliny, nie każdy potrafi tak pisać i nie wszyscy są do tego odgórnie przymuszani. Uważam że ta sytuacja sprzyja po części samym badaczom, gdyż ich tezy nie są poddawane szerszej weryfikacji, na którą zwykle reagują alergicznie. Jeśli już niektórzy z nich piszą „dla ludzi”, to zawsze pojawia się zarzut nienaukowości czy zarzut publicystycznego tonu, a przecież pisanie humanistyki nie musi być pisaniem szyfrem (warto docenić pisanie Anglosasów). Nikt, np. na uniwersytecie, nie uczy badaczy dobrej popularyzacji swojej wiedzy, z tego względu nie trafia ona do publicznego, szerszego obiegu. Siłą rzeczy nie wchodzi także na rynek wydawniczy, który promuje to, co będzie się sprzedawało, a co nie oznacza, że ma swój merytoryczny poziom. Z tego bezpiecznego i zacisznego miejsca można się poznęcać nad jakąś popularnonaukową książką, jakimś autorem-amatorem albo dziennikarzem naukowym, jak np. Łukasz Łamża, tudzież poznęcać się nad popularnością wybranych kanałów czy podcastów.
Trzecia przyczyna to brak kształcenia dziennikarzy naukowych. Specjalności takie na kierunku, jakim jest dziennikarstwo oraz komunikacja społeczna, albo nie istnieją, albo są likwidowane. Kształci się bowiem pod rynek, a nie pod społeczne potrzeby.
To o tyle dziwne, że w czasie pandemii spora część ludzi poszukiwała brakującej lub w niesatysfakcjonujący sposób przekazywanej wiedzy naukowej. Z tego względu mieliśmy do czynienia z powstawaniem różnych cyfrowych kanałów skupionych na problematyce naukowej.
Ponadto od prowadzącego kurs dziennikarstwa popularnonaukowego wiem, że nawet gdy studenci piszą dobre prace, to nie chcą ich nigdzie wysyłać w celu publikacji. Mało kto z nich wiąże bowiem swoją przyszłość z tą dziedziną dziennikarstwa. Szkoda, że ich prace licencjackie i magisterskie zakurzą się w cyfrowym archiwum uniwersyteckim, przeczytane jedynie przez promotora i recenzenta. Na palcach jednej ręki policzyłbym osoby, które podjęły trud przerobienia tych prac na artykuły naukowe lub/i popularnonaukowe.
Brak porządnego dziennikarstwa naukowego łączy się z także ze słabą obecnością w publicznej telewizji wysokiej jakości programów edukacyjno-naukowych oraz popularnonaukowych. Czy nie jesteśmy w stanie stworzyć współczesnego odpowiednika „Sondy”?
Piąta przyczyna wynika z faktu, że jeśli raz pewne przekonanie weszło w medialny obieg, trudno je zatrzymać oraz sprawić, aby ludzie przestali w nie wierzyć. Tak było w przypadku powiązania szczepionek z autyzmem oraz tzw. efektem Mozarta. Przekonania, które wydają się nam mieć jakieś naukowe uzasadnienie, często są błędne właśnie dlatego, że na pewnym etapie zdobywania wiedzy uznaliśmy je za fakt i nigdy więcej ich nie weryfikujemy. Czy niejedzenie czarnej końcówki od banana jest zasadne? Czy naprawdę nie można mieszać alkoholi? Czy koty „lubią” mleko? Czy rosół pomaga na przeziębienie? Jesteś pewien, że Twoje odpowiedzi są poparte naukowo?
Wynika to także z faktu, że mało kto z nas jest ekspertem w jakiejś dziedzinie. Każdy z nas jest w większości dziedzin laikiem, który musi bazować na zaufaniu do ekspertów, gdyż nie ma ani kompetencji ani czasu sprawdzać wszystkiego na własną rękę – życie stałoby się wtedy koszmarem. Ponadto nauka się zmienia – wystarczy porównać wiedzę o autyzmie sprzed dziesięciu lat z dzisiejszą, o „płciach mózgu” i neuroseksizmie, feromonach i różnych wymysłach psychologii ewolucyjnej.
Już te pięć przyczyn pokazuje, że daleko posunięty sceptycyzm względem wiedzy naukowej nie jest samym problemem wiedzy naukowej, ale całej złożonej i heterogenicznej sieci różnych aktorów, co już dawno temu opisał Ludwik Fleck, polski badacz mechanizmów wytwarzania i przekazywania wiedzy naukowej. Zmediatyzowanie wiedzy, utrata informacyjnego monopolu państwa oraz spadek autorytetu nauki muszą skutkować pokawałkowaniem wiedzy oraz swoistym chaosem informacyjnym.
Jeśli dodać do tego medialno-komunikacyjnego obrazu takie przyczyny, jak brak zaufania do państwa i innych ludzi (neoliberalny trening zrobił swoje), swoiste „korumpowanie nauki” (pisał o tym Sheldon Krimsky w książce pod tym tytułem), w tym także organów odpowiedzialnych za kontrolę firm farmaceutycznych, indywidualizm i troskę o własne zdrowie „tak, jak ja je pojmuję”, stan ochrony zdrowia, popularność „medycyny alternatywnej”, podsycane przez popkulturę technolęki – to nie ma się co dziwić, że część ludzi odmawia zaszczepienia się. Oni nie są głupi. Robią to, do czego byli latami warunkowani. Tego nie da się mentalnie cofnąć na pstryknięcie palcem. Sceptycy nie wzięli się znikąd. Wyjścia w takiej sytuacji są dwa: albo przymusowo szczepić obywateli, analogicznie jak to robiono w poprzednim ustroju i uznać, że zakres paternalizmu państwa jest tutaj uzasadniony, co oznacza, że państwo wie lepiej niż obywatel, albo opracować odpowiednią strategię komunikacji społecznej.
Znamy przyczyny społecznego sceptycyzmu. Trzeba teraz potrafić tej sytuacji zaradzić, a nie pomstować z wyżyn elitarnego dyskursu na „szurię”, bo to tylko pogłębia problem. Państwo polskie nie po raz pierwszy okazało się absolutnie bezradne wobec przekazania swoim obywatelom rzetelnej wiedzy dotyczącej jakiegoś zjawiska czy faktu. Z pandemii nie wyciągnięto żadnych medialno-komunikacyjnych wniosków. To bardzo źle wróży na przyszłość, szczególne, że nie widać żadnej chęci naprawy tego stanu rzeczy.
dr Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.
przez redakcja | wtorek 9 września 2025 | aktualności
Zaostrza się konflikt płacowy w polskich strukturach sieci Kaufland.
Jak informuje portal WP Finanse, narasta spór o podwyżki płac w Kauflandzie. Związkowcy z OPZZ Konfederacja Pracy domagają się podwyżek płac o 1200 zł od 1 stycznia 2026. Uzasadniają to brakiem poważnych podwyżek od dawna, rosnącymi kosztami życia i niskimi płacami w tej sieci handlowej.
Niemiecki koncern odrzuca ich żądania: „W naszej ocenie postulat podwyżek w wysokości 1200 zł dla wszystkich pracowników od stycznia 2026 r. jest nierealny do zrealizowania – zarówno ze względu na obecne uwarunkowania ekonomiczne, jak i standardy obowiązujące w branży handlowej”.
Związkowcy zapowiadają, że w razie niespełnienia ich postulatów rozpoczną przewidziany prawem spór zbiorowy. Kolejnym krokiem może być strajk. Rozmowy na temat podwyżek odbyły się w lipcu, a kolejne, sierpniowe, nie doszły do skutku z winy zarządu firmy.
Wojciech Jendrusiak, przewodniczący OPZZ Konfederacja Pracy w Kauflandzie, twierdzi, że sieć oferuje niskie płace. Na przykład w Żywcu już po uwzględnieniu premii nieznacznie przekracza płacę minimalną, a w stolicy, gdzie premia jest wyższa, już z nią wypłata wynosi około 4,5 tys. netto.
przez redakcja | wtorek 9 września 2025 | aktualności
Niewielkie lokalne polskie sieci handlowe tworzą sojusz zakupowy.
Jak informują Wiadomości Handlowe, powstaje sojusz zakupowy zrzeszający niewielkie lokalne polskie sieci handlowe. Kilkanaście podmiotów zakłada spółkę, która umożliwi im wspólne negocjacje z producentami i lepsze warunki dzięki większym zamówieniom. To z kolei ma pozwolić zaoferować konsumentom niższe ceny i umożliwić konkurowanie z wielkimi zagranicznymi sieciami handlowymi.
W skład sojuszu zakupowego wejdą Gram Sadeccy, Paleo-1, Polska Grupa Zakupowa Kupiec, Passa i Tomi Markt oraz pomniejsze podmioty. Gram Sadeccy posiada niemal 40 sklepów, Paleo-1 ma ich siedem, Polska Grupa Zakupowa obejmuje 416 sklepów, Passa to 90, a Tomi Markt 18.
Grupa zakupowa czeka na decyzję Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jesienią 2024 r. powstał już podobny podmiot, zrzeszający Topaz, Polską Grupę Supermarketów, Społem Białystok i SPS Handel.
przez redakcja | poniedziałek 8 września 2025 | aktualności
Nowe dane GUS przynoszą szereg złych wieści.
Najnowsze tendencje na rynku są niekorzystne, a w dodatku negatywny trend dotyczy kilku obszarów zatrudnienia.
Po pierwsze, w lipcu 2025 bezrobocie wzrosło miesiąc do miesiąca do 5,4% z poziomu 5,2% w czerwcu. Sam wzrost wskaźnika to nie wszystko. W sierpniu ogólna liczba zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 830,8 tys. osób, choć miesiąc wcześniej było to 797 tys. Liczba nowych bezrobotnych wyniosła do końca lipca 108,4 tys., podczas gdy do końca czerwca było to 85,3 tys.
To nie koniec złych wieści. Po drugie bowiem wzrosła skala zwolnień grupowych. Od 1 stycznia do 25 sierpnia br. pracę w procedurze zwolnień grupowych straciło w Polsce 18,9 tys. osób. To o 38% więcej niż w analogicznym okresie roku 2024, choć już tamten rok był rekordowy pod tym względem od wielu lat.
Po trzecie, skala ogłoszonych zamiarów zwolnień grupowych objęła od stycznia do lipca 2025 roku aż 85,4 tys. osób, czyli znacznie więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku.
Po czwarte w lipcu tegoroczna liczba bezrobotnych, którzy stracili pracę z powodu decyzji pracodawcy, a nie własnej, wyniosła już 258,7 tys. osób, czyli o 26 tys. więcej niż w analogicznym okresie roku 2024.
Po piąte, w Polsce szybko przybywa osób długotrwale bezrobotnych. Osoby nie mogące znaleźć zatrudnienia dłużej niż sześć miesięcy to już ponad 476 tys. To tendencja wzrostowa, choć w poprzednich latach notowano w tej kategorii corocznie kilkuprocentowe spadki. Przybywa także osób bezrobotnych co najmniej rok oraz dwa lata. Obecnie jest ich już ponad 300 tys., choć przed rokiem było ich 293 tys.
Po szóste, stale rośnie bezrobocie wśród osób młodych i wynosi w Polsce w tym momencie już 12,7% w kategorii osób do 25. roku życia.
przez redakcja | niedziela 7 września 2025 | aktualności
Liderka związku zwolniona z pracy – związek reaguje.
Jak informuje portal Tysol.pl, trwa konflikt między szefostwem firmy Omega Trade a „Solidarnością”. Firma zwolniła z pracy przewodniczącą struktur zakładowych związku. Jest to działanie bezprawne, gdyż liderzy związku podlegają ustawowej ochronie przed wyrzuceniem z pracy.
Liderka zakładowej „Solidarności” pracowała w markecie Mrówka w Nowej Soli. Sprawa bezprawnego zwolnienia trafiła już do sądu. Oprócz tego związkowcy przeprowadzili akcje ulotkowe przed dwoma z trzech okolicznych marketów Mrówka prowadzonych przez firmę Omega Trade – w Nowej Soli i Świebodzinie.
Związkowcy domagają się przywrócenia swojej liderki do pracy i zaprzestania szykanowania działaczy związkowych. Zielonogórskie struktury regionalne związku piszą: „Nie pozwolimy zastraszać pracowników i związkowców z NSZZ Solidarność. Solidarność naszą siłą. I tak wygramy”.
przez redakcja | czwartek 4 września 2025 | aktualności
Już jutro protest pracowników terminalu kontenerowego.
Jak informuje portal Tysol.pl, w piątek odbędzie się protest pracowników Baltic Hub Container Terminal w Gdańsku – największego terminala kontenerowego nad Bałtykiem. Związkowcy zrzeszeni m.in. w „Solidarności” domagają się polepszenia warunków zatrudnienia.
Związkowcy krytykują: proceder nieprzedłużania umów o pracę; ograniczenie możliwości udzielania ustawowych dni wolnych krwiodawcom za oddawanie krwi (pracodawca sugeruje oddawanie krwi tylko w dni wolne od pracy) oraz podważaniu zwolnień lekarskich; zwolnieniu pracownika z 18-letnim stażem tylko za brak „dyspozycyjności” podyktowany względami zdrowotnymi (L4), pomimo że pracownik zatrudniony jest w warunkach szczególnych i o szczególnym charakterze; pozbawiania pracowników prawa do emerytury pomostowej poprzez nieopłacanie składek na Fundusz Emerytur Pomostowych przez pracodawcę na wybranych stanowiskach; zwiększanie skali zatrudnienia poprzez Agencje Pracy Tymczasowej kosztem pozbywania się własnych pracowników; pozbawiania pracowników obsługujących suwnice RMG dodatków i zastępowania ich – przy pomocy aneksów do umowy o pracę – mniej korzystnymi warunkami, które są zmieniane bez zgody pracowników pomimo wcześniejszych ustaleń.
Krytykowane zachowania władz firmy mają miejsce od kilku miesięcy i nastąpiły po zmianie zarządu przedsiębiorstwa. Wszystko to ma miejsce mimo znakomitych wyników portu i rekordowych przeładunków. Odpowiedzią na takie zachowanie władz firmy jest protest pracowników zrzeszonych w związkach zawodowych.
przez redakcja | środa 3 września 2025 | aktualności
Z programu Kolej Plus wypadło następne miasto. Przyjęta przez radę ministrów w sierpniu 2025 r. uchwała z aktualizacją rządowego programu uzupełniania infrastruktury kolejowej mówi o rezygnacji ze zgłoszonego przez samorząd województwa dolnośląskiego przedsięwzięcia mającego na celu powrót kolei do liczącej 16 tys. mieszkańców Bogatyni: „Odstąpienie od realizacji projektu z uwagi na znaczny wzrost szacowanych kosztów robót budowlanych oraz brak oczekiwanego efektu w stosunku do przewidywanych nakładów finansowych. Nieprzelotowy charakter linii kolejowej uniemożliwia wykonywanie połączeń innych niż regionalne” – zapisano w rządowej uchwale.
Jeszcze w czerwcu 2025 r. na posiedzeniu sejmowej komisji infrastruktury, które było poświęcone weryfikacji Kolei Plus, pełnomocnik zarządu spółki PKP Polskie Linie Kolejowe ds. przygotowania inwestycji Rafał Banaszkiewicz informował, że z programu wykreślono tylko Turek w Wielkopolsce oraz Jastrzębie-Zdrój na Śląsku, będące największym polskim miastem pozbawionym kolei. Przedstawiciel PKP PLK, referując w sejmie rozpoczętą po zmianie rządu weryfikację programu Kolej Plus, wówczas nawet nie zająknął się, że zagrożone jest też przywrócenie kolei do Bogatyni. – „Następny projekt, który przygotowujemy, to jest połączenie Zgorzelec – Bogatynia. Tu trwają prace projektowe” – mówił posłom.
Warte 8,4 mln zł prace projektowe zostały zlecone przez PKP PLK w sierpniu 2023 r. – w zawartej wówczas umowie termin ich zakończenia ustalono na sierpień 2026 r. Następnie miał zostać wybrany wykonawca rewitalizacji linii kolejowej. Pociągi miały wrócić do Bogatyni w 2029 r. Położona w Worku Turoszowskim na południowo-zachodnim skraju Polski Bogatynia to drugie pod względem liczby mieszkańców miasto województwa dolnośląskiego, do którego nie da się dojechać koleją (największe są 21-tysięczne Polkowice).
Do Bogatyni pociągi pasażerskie przestały kursować w kwietniu 2000 r. – zlikwidowano je w ramach największego cięcia połączeń, które objęło 1028 km linii w całej Polsce. Do 1992 r. z Bogatyni kursował bezpośredni pociąg do Warszawy. Na 41-kilometrowy ciąg ze Zgorzelca do Bogatyni, który miał zostać objęty przedsięwzięciem w ramach programu Kolej Plus, składają się głównie czynne odcinki: na 20 km prowadzony jest ruch pasażerski i towarowy, a na 19 km tylko ruch towarowy. Całkowitej odbudowy wymaga liczący 2 km odcinek od kopalni węgla brunatnego w Turoszowie do centrum Bogatyni.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/138 wrzesień-październik 2025), https://www.zbs.net.pl