przez Krzysztof Wołodźko | sobota 6 stycznia 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
A także nad tym, czy ujawnianie faktów, dotyczących współpracy części duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej jest prawdą, która wyzwala, czy sidłami, w które pochwycono tę instytucję.
Kościół rzymskokatolicki jest zbyt ważny dla ogólnospołecznego porządku, by zamieszanie, jakie dotyka go za sprawą coraz skrupulatniejszego badania „białych plam” z najnowszej historii Polski traktować jako dotyczące jedynie zadeklarowanych katolików. Pomijając fakt, że teczki i kwity na ludzi Kościoła znakomicie poprawiają nastrój antyklerykałom, budząc równocześnie rozterki moralne, konflikty i niepokoje wśród samych katolików, trzeba zapytać: co dzieje się z instytucją, z której tradycją i nauczaniem Polacy wydają się być związani na dobre i złe? Co powoduje, że katoliccy, świeccy publicyści, a także część osób duchownych tak radykalnie występują przeciw postawie własnej hierarchii?
Sądzę, że kwestia lustracji jest w ich opisie raczej katalizatorem, niż sednem problemu. Posługując się pewnym uproszczeniem: spór między aktywną na niwie publicznej, społecznie zaangażowaną katolicką inteligencją (za jej przedstawiciela uznaję zarówno ks. Isakowicza-Zaleskiego, jak Piotra Semkę czy Pawła Milcarka, naczelnego pisma „Christianitas”) a kościelnymi urzędnikami jest przykładem konfliktu między tymi, którzy uważają się za obrońców czystości, prostoty, jednoznaczności nauczania zawartego w Ewangelii a tymi, którzy strzegą przede wszystkim kościelnej „racji stanu”, utożsamianej z hierarchią, bronią pozycji, która uległa zakwestionowaniu za sprawą dwuznacznej sytuacji osób wysoko postawionych w polskim Kościele. Gdy jedni mówią o osobistej odpowiedzialności poszczególnych hierarchów i tzw. kościelnych autorytetów za niegdysiejsze uwikłania, drudzy przypominają o procedurach, komisjach, niespiesznym trybie pracy kościelnych instytucji, decyzjach Watykanu i wypowiedziach papieża o „aroganckich sędziach przyszłości”.
Obie strony uważają, że chcą dobrze dla Kościoła i obie swoje racje z tym dobrem utożsamiają. Tym pierwszym o tyle łatwiej przychodzi krytyka, że nie dźwigają na sobie brzemienia tak znacznej władzy, obciążonej mnóstwem czysto ludzkich, prozaicznych zależności. Tym drugim o tyle łatwiej przychodzi ignorować, zbywać i odwlekać odpowiedź na zarzuty, że przyzwyczajeni są do takiego modelu sprawowania funkcji, w którym wysoko postawionym urzędnikom kościelnym okazuje się daleko idącą czołobitność. Długo nie byli oni również wystawiani na bezpośrednie głosy krytyki w takim stopniu, jak świeccy urzędnicy państwowi. Ale rosnąca nieufność i rozgorączkowanie Ludu Bożego kwestionuje ten „bizantyński” sposób sprawowania władzy przez hierarchów, burzy spokojne życie za bramą kurii, biskupich pałaców, zamkniętych dla Ludu Bożego sal konferencyjnych Episkopatu. I nie tyle przeszkadza tu sam sposób sprawowania urzędów, co podejrzenie, że służy on złym celom.
Za sprawą lustracji duchownych hierarchowie Kościoła w Polsce jak nigdy wcześniej przekonują się na własnej skórze, że w demokratycznym państwie nawet obywatele w sutannach i purpurze muszą liczyć się z niepochlebną oceną ze strony innych obywateli, z bezpardonową postawą mediów, z radykalizmem sądów wypowiadanych przez opinię publiczną. Gdy w kościele jedni stoją za ołtarzem, drudzy w ławkach – nie wypada stawiać pewnych zarzutów; świętość miejsca wzmaga poczucie tabu. Ale świecka przestrzeń, choćby medialna, nie stawia już takich symbolicznych barier. Coraz trudniej zatem przychodzi duchownym schować się za instytucjonalnym parawanem, skoro na forum publicznym wypowiadają się wierni, na światło dzienne wyciągając to, co bezpiecznie miało spoczywać w cieniu. Trudno też o stu procentowe posłuszeństwo przełożonym, gdy w stronę księdza lub zakonnika zewsząd wyciągają się mikrofony. W hierarchach musi budzić to nie tylko niepokój, ale i poczucie afrontu.
Najpewniej stąd te emocjonalne określenia, które ks. Zaleskiego opisywały jako „nadubowca”, „Gazetę Polską” jako „prawicową gadzinówkę”, a teczki nazwały „mrokami świata”. Prawda, która zdaniem Kościoła wyzwala, chwyciła jego hierarchów mocno w garść, a oni nie wiedzą, jak rozluźnić ten uścisk. Kościelni prominenci nie mają wielu sojuszników – media nie są stałe w uczuciach, co widać wyraźnie po zmienności tonów, jakie pojawiają się w opisie lustracji duchownych. Politycy, publicyści, intelektualiści katoliccy, rzadko związani z nurtem antylustracyjnym, mniej są skłonni wzruszać się niedolą i moralnymi rozterkami byłych agentów w sutannie, niż chcieliby tego hierarchowie. I nie chcą też milczeć o całej sprawie, niecierpliwią się i gniewają. Ten żywioł, „bunt” synów Kościoła wobec własnych pasterzy, oskarżenie o brak moralnego wydoskonalenia i niechęć do pokuty za grzechy, który przybrał kształt sporu o lustrację duchownych, jest wariacją na temat drzemiącego od zawsze w łonie Kościoła konfliktu między świeckimi, czasem też niższymi warstwami kleru a tymi, którzy faktycznie sprawują władzę, nie tylko/nie tyle duchową, co administracyjną.
Trudno dziś oprzeć się wrażeniu, że jako uczestnik „Okrągłego Stołu” hierarchia kościelna odniosła pyrrusowe zwycięstwo. Zagwarantowała sobie znaczny wpływ w życiu społecznym i politycznym (jednym z prezentów, jakie otrzymała od państwa była katecheza w szkołach, dziś traktowana na ogół jako niezbyt udany projekt), a dzięki charyzmatycznej osobie Jana Pawła II zachowywała też „rząd dusz”. Ale zbyt lekko przyszło to zwycięstwo – jeśli III RP była poronionym projektem, to i Kościół swą pozycję zbudował na lotnych piaskach kilku iluzji. Jedna z nich rozwiewa się na naszych oczach: teczki Kościoła, które miały zniknąć w ogniu, z piekła (nie)pamięci wracają na ziemię.
Postsolidarnościowa rewolucja moralna uderza rykoszetem w instytucję, która w mitologii narodowej uchodzi za matecznik „Solidarności”. Kryzys III RP spowodował, że warunki dyktuje nie propagandowa wizja Polski „pojednanej”, jaką wymarzył sobie i konsekwentnie promował Adam Michnik, czyniąc jej zakładnikiem znaczną część inteligencji, wyrosłej jeszcze w Polsce Ludowej – lecz przeciwny jej ruch „przywracania pamięci”. Po stronie tego właśnie ruchu opowiadają się blisko związani z katolicyzmem świeccy publicyści. Muszą jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że ich projekt duchowego samooczyszczenia Kościoła w Polsce, wyznania win i pojednania z Bogiem i wspólnotą – co gorsza wszystko to w tle zajadłej walki politycznej – może nie mieścić się w kalkulacjach hierarchów jako zbyt radykalny, godzący w wypracowany przez Kościół sposób bycia w państwie i pośród społeczeństwa. „Radykałowie” chcą ewangelicznej przejrzystości, wspólnoty wiernych i pasterzy zgodnej z chrystusowym nauczaniem; hierarchom pewnie też na tym zależy, ale nie za cenę zbytnich wstrząsów i naruszania ich pozycji, którą nie bez racji uznają za kluczową dla Kościoła (bo przecież oni są pasterzami, nie ci, którzy ich tak bezpardonowo krytykują).
Nie wiadomo, czy w tej sytuacji dobrze postawione pytania brzmią: czy można zataić niegdysiejszy grzech w imię spokojnej teraźniejszości i lepszej przyszłości? Czy ujawniać zło za wszelką cenę, nawet jeśli grozi to serią skandali, narażających Kościół na kompromitację? Może w ogóle nie ma takiej alternatywy? Bo odpowiedzi można udzielić jedynie wtedy, gdy dany projekt uzna się za większe dobro i zyska dla niego szerszą aprobatę. I właśnie z tym jest dziś największy kłopot. Po ujawnieniu tzw. listy Wildsteina, prymas Glemp twierdził, że ujawnianie zawartości teczek jest rzeczą korzystną dla życia publicznego. Po artykułach „Gazety Polskiej” na temat abp. Stanisława Wielgusa nazwał teczki „mrokami świata”. Nie jest to niestety budujące świadectwo nawet dla kogoś, kto z dystansu patrzy na Kościół. Dopóki lustracyjne potyczki toczyły się w obrębie instytucji państwowych, osób świeckich, prywatnych – był z nich wedle hierarchy pożytek. Gdy problem dotknął ludzi Kościoła – uderzono w patetyczny ton. Ale rzadko który problem znika tylko dlatego, że wyklina się go z kazalnicy. I dlatego sytuacja jest niełatwa dla Kościoła, a pośrednio – dla polskiego społeczeństwa. Bo jeśli prawda jest tak krępująca, czego można spodziewać się po kłamstwie?
przez Remigiusz Okraska | sobota 6 stycznia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Cały właśnie zakończony rok obfitował w rozważania na ten temat. 50. rocznica Października i „odwilży”, 30-lecie powstania KOR, 30. rocznica wydarzeń radomskich, 25-lecie wprowadzenia stanu wojennego, „zwykłe” kolejne rocznice powstania „Solidarności” i wydarzeń grudniowych na Wybrzeżu, do tego coraz bardziej nabrzmiały spór wokół „polityki historycznej” – to wszystko wywoływało dyskusje i sprawiało, że opinia publiczna była wręcz zanurzona w historii najnowszej. I bardzo dobrze, gdyż takie debaty nie tylko są niezbędne dla tożsamości narodowej, ale i stanowią coś zwykłego w wielu krajach, szczególnie tych o burzliwej niedawnej przeszłości.
Gorzej niestety z jakością tych rozważań, zdominowanych przez mity, osobiste przeżycia i fobie czy doraźne polityczne interesy. W mediach głównego nurtu oraz tych niszowych dominowały oceny skrajne, a często fałszywe, choć ich autorzy oczywiście stroili się w piórka obiektywnych. Ja nie będę udawał obiektywnego, ale spróbuję bez nadmiernych emocji zająć się kilkoma szczególnie często przywoływanymi tematami i argumentami dotyczącymi PRL-u. Gdy realny socjalizm odchodził do lamusa, miałem 13 lat, czyli wystarczająco niewiele, by nie być uwikłanym w osobiste wspominki; moja rodzina ani w PRL-u się nie „ustawiła” jako jego beneficjenci, ani też z nim heroicznie nie walczyła. Rzeczywistość III RP oceniam nader krytycznie, ale znam historię PRL-u na tyle dobrze, by nie postrzegać jej przez różowe okulary i nie twierdzić, że po roku 1989 z jakiegoś raju stoczyliśmy się na dno piekła. Oczywiście w felietonie nie sposób wyczerpać tematu tak obszernego i złożonego, dlatego też zajmę się tylko kilkoma opiniami na temat „minionej epoki” – zarówno powszechnymi, jak i budzącymi mój największy sprzeciw.
Zacznijmy od mitów „prawicowych”. Pierwszy i główny mówi, iż PRL był tworem całkowicie sztucznym, przyniesionym wbrew woli społeczeństwa na sowieckich bagnetach. Oczywiście nie sposób negować radzieckiego zamordyzmu, okrutnej i krwawej rozprawy z jego polskimi przeciwnikami, czy takich posunięć, jak totalne sfałszowanie wyników referendum z 30 czerwca 1946 r. Nie zmienia to faktu, że pod kuratelę Sowietów dostała się Polska wskutek decyzji zachodnich „sojuszników” – tych samych, którzy dzisiaj są ponoć gwarantem naszego bezpieczeństwa. W imię wdzięczności za kilkuletnie wykrwawianie się na wielu polach bitew i pod hitlerowską okupacją, przehandlowali Polaków Stalinowi. Nie zmienia też faktu istnienia po zakończeniu II wojny światowej całkiem sporego entuzjazmu i poparcia dla nowej władzy, które topniało dopiero po podjęciu wielu ideologicznie motywowanych działań, jak „bitwa o handel”, malejący zakres swobód obywatelskich, próby kolektywizacji wsi, cenzura itp. Rządy komunistów nie miałyby żadnych trwałych podstaw, gdyby bazowały tylko na terrorze, w kraju tak „anarchicznym” i zaprawionym w bojach z hitlerowskim okupantem.
Prawica nie chce zauważyć jednego znamiennego faktu – stałego przesuwania się „w lewo” nastrojów już od połowy lat 30. Zarówno sanacyjne władze, jak i większość opozycji wobec nich głosili hasła zorientowane coraz bardziej w lewo w sferze gospodarki, bo takie też były oczekiwania społeczne. Kapitalizm w wydaniu leseferystycznym, oparty na wysokim bezrobociu, marginalizacji znacznej części ludności, niestabilności ekonomicznej oraz dominacji wielkiego kapitału zagranicznego, był powszechnie krytykowany. Takie nastroje nasiliły się podczas okupacji, gdyż słabość Polski we wrześniu 1939 r. utożsamiano m.in. z mizerią ekonomiczną i niesprawiedliwością stosunków społecznych. Walkę z hitlerowcami prowadzono nie tylko w imię niepodległości – wolna Polska miała stać się Polską bardziej sprawiedliwą i „socjalną”. O takiej nowej Polsce mówi mnóstwo deklaracji programowych przyjętych za okupacji przez ludowców, socjalistów, a nawet stosunkowo centrowe nurty w AK. Gdy dziś dokonuje się odkłamywania historii sfałszowanej przez komunistów, których wizja wykluczyła np. Narodowe Siły Zbrojne, mamy do czynienia z jej kolejnym zakłamywaniem poprzez rugowanie silnych wątków lewicowych, obecnych w podziemiu antyhitlerowskim i polityce obozu londyńskiego. Nie pasują one bowiem do wizji historii, w której sowieccy namiestnicy wyłącznie za pomocą zamordyzmu zdobyli władzę w Polsce. Owszem, zamordyzm odegrał tu sporą rolę, ale nie mniejsze znaczenie miały nastroje społeczne. Wbrew udokumentowanej zmianie klimatu ideowego w tamtym okresie, prawica wmawia nam dziś, że w roku 1945 nasi rodacy za niczym innym nie tęsknili tak mocno, jak za powrotem szlachty, folwarków, bezrobocia, panoszącego się kapitału zachodniego, i w ogóle za Polską „panów i plebanów”.
Z tego pierwszego mitu wypływa kolejny, też „prawicowy”, ale o dziwo podzielany również przez część osób o poglądach lewicowych. Wedle niego, wszystkie bunty przeciwko PRL-owskiej władzy motywowane były szczerym, głębokim antykomunizmem, dążeniami niepodległościowymi, a nawet chęcią restauracji kapitalizmu. Dzisiejsza historiografia sławi zatem co prawda robotnicze zrywy roku 1956, 1970, 1976 i 1980, ale przedstawia je tak, jakby ich jedynymi postulatami były „górnolotne” kwestie niepodległości, manifestacje postaw religijnych oraz zajadły antykomunizm. Nie mówi się niemal wcale o tym, że większość z nich dotyczyła kwestii socjalnych, że o kapitalizmie nie było tam mowy, że akcentowano kwestie pracy, płacy, warunków zatrudnienia, poziomu konsumpcji oraz czegoś, co dziś jest tematem wyjątkowo niemodnym – samorządności pracowniczej i kontroli robotników nad procesem wytwórczym. W rzeczywistości znaczna część owych buntów miała charakter „antykapitalistyczny” – w tym sensie, w jakim władza „ludowa” była postrzegana jako wyzyskujący społeczeństwo dysponent środków produkcji. Rok 1956 był nie tylko silnym głosem sprzeciwu wobec zamordyzmu stalinowców, ale także erupcją żądań faktycznie socjalistycznych. Powstały wówczas ruch społeczny domagał się tyleż poluzowania cenzury i poszerzenia zakresu swobód obywatelskich, co i faktycznego udziału społeczeństwa w kontroli i zarządzaniu wypracowanym majątkiem – wspólnym, polskim, społecznym. Nie była to tylko nasza specyfika – bunt na Węgrzech również był zarówno antysowiecki, jak i na rzecz sprawiedliwości społecznej, w obu przypadkach, madziarskim i polskim, opartym na radach robotniczych.
Tak samo było w przypadku pierwszej „Solidarności”, tym ogromnym ruchu załóg zakładów pracy domagających się kontroli nad procesem produkcji i wypracowanym majątkiem, a za odrzuceniem uprzywilejowanej roli partyjnej „klasy próżniaczej”. W tym przypadku ów egalitarny głos, dopominający się o demokrację zarówno polityczną, jak i ekonomiczną, jest znakomicie udokumentowany. Sztandarowym jego wyrazem jest przyjęty przez NSZZ „Solidarność” w roku 1981 program „Samorządnej Rzeczpospolitej”, dzisiaj celowo spychany w zapomnienie i przemilczany. Wymowne jest to, że jego zapis nie jest dostępny w żadnej instytucji popularyzującej wiedzę o PRL, „zniknął” także z dokonanej przez IPN elektronicznej edycji archiwum „Tygodnika Solidarność”, nie wspominają o nim dzisiejsze władze tego związku zawodowego, choć chętnie epatują one innymi, znacznie mniej istotnymi dokumentami z przeszłości. Nic dziwnego – program ten zadaje kłam twierdzeniom, jakoby „Solidarność” była tylko ruchem niepodległościowym i prodemokratycznym (o jego prawicowości nie wspominając). Bardzo mocno kontrastuje on też z poczynaniami dawnych liderów Związku po roku 1989, wyraźnie pokazując, że dokonali zwyczajnej zdrady interesów tych, którzy wynieśli ich do władzy i obdarzyli zaufaniem. Współczesny dominujący nurt historiografii celowo zakłamuje obraz „Solidarności”, uwypuklając wątki katolickie, tradycjonalistyczne, prawicowe i liberalne. Oczywiście aspekt niepodległościowy czy chrześcijański tego ruchu społecznego był istotny, ale w sferze etosu i proponowanych rozwiązań gospodarczych bliższy raczej przedwojennej lewicy patriotycznej niż wizji prawicowo-liberalnej. Nie sposób tego bynajmniej wytłumaczyć tylko tym, że w PRL nie było możliwe mówienie o pewnych sprawach wprost i że stąd wziął się ów „socjalistyczny” sztafaż – zarówno charakter owego ruchu (opartego na robotnikach), jego metody działania (obrona tychże robotników i ich praw), jak i główne części składowe (środowisko dawnego KOR i Wolnych Związków Zawodowych), były bez wątpienia lewicowe.
Jeszcze inny prawicowy mit mówi, że gdyby nie nastanie władzy komunistycznej, Polska zamiast państwem zacofanym byłaby krainą płynącą mlekiem i miodem. To jednak kwestia mocno dyskusyjna. Komunizm w sensie etycznym (zamordyzm, brak swobód obywatelskich) oraz gospodarczym (niska wydajność, inwestycje podyktowane ideologią zamiast ekonomią, marnotrawstwo i przestarzałe technologie) zasługuje na raczej negatywną ocenę. Nie zmienia to faktu, że w PRL dokonała się znaczna modernizacja gospodarki i społeczeństwa, tym bardziej godna podziwu, że miała miejsce w kraju po prostu zrujnowanym pod względem infrastruktury i „zasobów ludzkich” przez II wojnę światową. Dziś można wyśmiewać „plany pięcioletnie” i „przodownictwo pracy”, ale niezbitym faktem jest to, że odbudowa kraju z dotkliwych zniszczeń wojennych, rozbudowa przemysłu i infrastruktury dokonały się w szybkim tempie. Być może każda inna rozsądna władza dokonałaby tego samego, ale bardzo wątpliwe jest to, czy podobny rozwój zapewniłby Polsce ustrój oparty na idealizowanym dziś kapitalizmie przedwojennym. Gdy obecnie rozpacza się np. nad likwidacją majątków szlacheckich, to warto dodać, że były one mało wydajne ekonomicznie i oparte na archaicznych wzorcach. Swoją drogą, warto uwzględnić przy ich zwrocie prawowitym posiadaczom nie tylko zapisy przedwojennych aktów własności, ale także ówczesne zadłużenie latyfundiów na rzecz skarbu państwa – jak wracać do realiów II RP, to z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Największym problemem związanym z uczciwą oceną PRL-u jest kwestia globalnego kapitalizmu. Otóż prawica zakłada, że gdyby nie komunizm, Polska rozwijałaby się „tak samo jak na Zachodzie”, a my dzisiaj mielibyśmy tutaj drugie Niemcy, Francję czy Wielką Brytanię. Jest to jednak bardzo wątpliwe. Otóż nasz kraj zaczął od Zachodu odstawać znacznie wcześniej niż w realnym socjalizmie – stało się tak już na etapie rewolucji przemysłowej. Można to tłumaczyć oczywiście dziedzictwem zaborów, ale i dwudziestolecie międzywojenne – mimo ogromnych wysiłków władz państwa – nie przyniosło znaczącego zmniejszenia dystansu wobec Zachodu. Polska w kapitalistycznym systemie globalnym była krajem półperyferyjnym, zorientowanym w swej strukturze przemysłu głównie na dostarczanie krajom centrum surowców, niskoprzetworzonych produktów oraz taniej siły roboczej. Jeśli dziś roimy sobie, że gdyby nie komuna, to mielibyśmy „jak na Zachodzie”, jest to myślenie życzeniowe kiepskiej jakości. Zachód bowiem wcale nie musiałby nas chcieć widzieć w roli równoprawnego partnera, gdyż oznaczałoby to utratę jego różnorakich korzyści. Zapewne w tej kwestii realizowałby on naszym kosztem tylko i wyłącznie własne interesy, tak jak uczynił to przehandlowując Polskę w Jałcie. Barierą rozwojową nie był wcale tylko komunizm – taka np. Grecja nigdy nie była w obozie sowieckim, lecz wcale nie jest tam tak, jak w Niemczech, Anglii czy Francji. Paradoksalnie, PRL był szansą na wyrwanie się z globalnego systemu zależności i wypracowanie odrębnej drogi rozwoju, poza niszczącą logiką półkolonialnego kapitalizmu – niestety, trzeba dodać, że szansą zmarnowaną przez ekonomiczne absurdy i popadnięcie w zależność tym razem od hegemona sowieckiego.
Kolejny mit, tym razem podzielany głównie przez lewicę, i to nie tylko post-PZPR-owską, mówi, że PRL był wspaniałym ucieleśnieniem ideałów lewicowych. Praca dla wszystkich, wysokie świadczenia socjalne, miliony tanich mieszkań, „dzieci robotników i chłopów” na wyższych uczelniach, darmowe żłobki i przedszkola, wczasy i kolonie. Oczywiście realny socjalizm dokonał wielu posunięć „socjalnych” – tyle tylko, że nie odbiegały one znacząco od polityki prowadzonej w tym samym okresie przez w zasadzie wszystkie jako tako rozwinięte kraje. Na Zachodzie niejednokrotnie musiano o nie walczyć, a ruch robotniczy był często represjonowany – to prawda, że władza strzelała do robotników nie tylko w kopalni „Wujek”, ale także np. we włoskich miastach przemysłowych. Problem w tym, że w PRL-u również musiano walczyć o zdobycze socjalne. Większość protestów społecznych wybuchała w obliczu drastycznych podwyżek cen żywności, a zdarzało się, że i ze zwykłego głodu. Za walkę o najzwyklejsze prawa pracowników, jak przestrzeganie zasad BHP, represjonowano nie tylko w III RP, ale także w PRL-u. Istniały też wówczas enklawy biedy – np. ze wspomnień działaczy KOR wynika, że gdy jeździli pomagać rodzinom radomskich robotników, to byli zszokowani nędznymi warunkami ich egzystencji. Sam z dzieciństwa pamiętam nieremontowane od lat, walące się budynki czy wręcz całe dzielnice w moim robotniczym mieście. Do dziś w „proletariackiej” i hołubionej przez władze PRL Łodzi można zobaczyć całe kwartały ulic, które ostatnie remonty pamiętają sprzed wojny, zaś 45 lat „państwa socjalnego” nie przyniosło ich mieszkańcom nawet takich „luksusów”, jak toaleta w każdym z mieszkań.
Gdy kilka linijek wyżej wspominałem, że mało realne było sprawienie, iż w Polsce mielibyśmy „jak na Zachodzie” w sensie poziomu życia i zamożności, nie zmienia to faktu, że przynajmniej częściowo ów Zachód naśladowalibyśmy w zgodzie z ogólnie przyjętymi regułami ekonomii i rozwoju społecznego, niezależnie od tego, kto po roku 1945 sprawowałby u nas władzę. Reformy rolne, masowe tanie budownictwo mieszkaniowe, bezpłatna oświata i służba zdrowia, awans społeczny, niwelowanie regionalnego zróżnicowania ekonomicznego – czyli ogólnie mówiąc polityka egalitarna – miały miejsce w każdym kraju europejskim. Opowieści o tym, że gdyby nie PRL, to w Polsce mielibyśmy powszechny analfabetyzm, wszawicę, kurne chaty, naftowe lampy, ogromne posiadłości jaśnie panów i czworaki ich poddanych, można włożyć między bajki, jako zupełnie nie uwzględniające ani realiów procesów modernizacyjnych na przestrzeni półwiecza, ani zasad zdemokratyzowanego kapitalizmu, który zatriumfował po II wojnie światowej. Oczywiście Polski nie byłoby stać na taki socjal, jak w Niemczech, ani na taki rozwój techniczny i przemysłowy, jak USA, ale wystarczy znów przywołać Grecję – o błyskawicznym rozwoju od zacofania i biedy do bogactwa państw skandynawskich nie wspominając – by ujrzeć problem w bardziej realnych kształtach.
Tu dochodzimy do mitu kolejnego. Otóż obrońcy PRL-u twierdzą, że cały ów postęp społeczny i egalitaryzm powojennego kapitalizmu zachodniego dokonał się wyłącznie „dzięki nam”, tzn. wskutek istnienia konkurencyjnego bloku wschodniego, służąc neutralizacji prosocjalistycznych oczekiwań rozbudzonych wśród zachodnich niższych warstw społecznych przez zdobycze sowieckiego ludu pracującego miast i wsi. Jest to wizja tyleż życzeniowa, co bardzo odległa od rzeczywistości. Owszem, samo powstanie ZSRR po rewolucji październikowej sprawiło, że Zachód zyskał konkurencję, a tamtejsze masy ludowe – nadzieję, podobnie stało się po stworzeniu całego bloku wschodniego. Jednak zmiany, jakie zaszły w łonie kapitalizmu po II wojnie światowej tylko w niewielkim stopniu wynikały z przejęcia się ex Oriente lux. Po pierwsze, w zasadzie już na początku lat 60. powszechnie zdawano sobie na Zachodzie sprawę, że system sowiecki nie zapewnia swoim obywatelom żadnych cudów nieznanych mieszkańcom krajów kapitalistycznych. Docierające wieści zza żelaznej kurtyny nie zawierały żadnego realnego przedmiotu godnego zazdrości. Nic dziwnego, skoro sowiecka cenzura zablokowała np. edycję „Gron gniewu”, gdyż opisana przez Steinbecka nędza amerykańskich biedaków zawierała m.in. opisy posiadania przez nich dóbr, o jakich radzieccy proletariusze mogli tylko pomarzyć. Po drugie, Zachód wiedział, że w konfrontacji z Sowietami dobrobyt własnych obywateli będzie znacznie mniej ważny niż potencjał militarny, jakim dysponują obaj gracze zimnej wojny. I to właśnie wyścig zbrojeń, nie zaś wyścig socjalu stał się ich głównym przedmiotem troski. USA wygrało z ZSRR nie zasiłkami socjalnymi – bo te Reagan likwidował zamiast przyznawać – lecz Pershingami, „gwiezdnymi wojnami” i wspieraniem przeróżnych contras jak świat długi i szeroki.
Zachodni powojenny kapitalizm egalitarny wziął się z czegoś zupełnie innego niż rywalizacja z blokiem wschodnim. Powstał m.in. w efekcie silnej presji na władze i kapitalistów ze strony zorganizowanej klasy robotniczej, także tej pozostającej poza jakimikolwiek wpływami i inspiracjami ze strony partii komunistycznych (główne masowe partie socjalistyczne Zachodu oraz spora część tamtejszej radykalnej lewicy były wręcz antysowieckie). Jednak główną rolę odegrały dwa inne zjawiska, z których decydenci musieli wyciągnąć wnioski. Były to wielki kryzys gospodarczy lat 30. oraz II wojna światowa. To właśnie one uświadomiły wszystkim – rządzącym i społeczeństwom – że „dziki” kapitalizm nie działa dobrze, jest niestabilny, bezsilny wobec wyzwań, a także nie zapewnia optymalnego możliwego rozwoju. Wielki kryzys pokazał, że niekontrolowany kapitalizm nie jest sprawny i może powodować olbrzymie problemy społeczne – zrozumiała to także znaczna część samych kapitalistów, którzy mogą chcieć maksymalizować zyski, ale jednocześnie wiedzą, że tymże zyskom szkodzi na dłuższą metę brak stabilizacji. Już wówczas władze wielu państw zaczęły prowadzić politykę poskromienia wielkiego biznesu i wkomponowania go w całokształt stosunków społecznych. Amerykański New Deal oraz europejskie programy interwencjonizmu państwowego i systemów zabezpieczeń socjalnych są dowodem na to, że Zachód nie potrzebował sowieckiej presji, by dokonać znaczących korekt w swojej polityce społecznej i gospodarczej. Te tendencje znacznie wzmocniła wojna – unaoczniła ona, że państwa oparte na daleko posuniętym wolnym rynku są po prostu bezradne i niedostosowane do wymogów sytuacji wyjątkowych. Nie dysponują bowiem ani kontrolą nad sferą produkcji, ani też nie wytwarzają mechanizmów, które spajałyby społeczeństwo. Stąd wzięły się daleko posunięte reformy społeczne. Na przykład w Anglii szeroko zakrojony program na rzecz zmniejszania problemów społecznych (dążenie do pełnego zatrudnienia, powszechnej bezpłatnej opieki zdrowotnej, masowego taniego budownictwa) stworzył i zaczął wcielać w życie William Henry Beveridge w roku 1942, a więc wtedy, gdy ZSRR był w głębokiej defensywie i nikt nie myślał nie tylko o powstaniu w połowie Europy państw socjalistycznych, ale i o tym, że samo „pierwsze państwo robotników i chłopów” przetrwa hitlerowski podbój. Gdy tylko wojna minęła, a blok sowiecki dopiero się kształtował i losy wielu jego części nie były pewne, wszystkie państwa zachodnie wprowadziły wiele programów socjalnych, zmieniły system podatkowy na bardziej obciążający zamożne warstwy społeczeństwa, dokonały nacjonalizacji kluczowych dziedzin przemysłu itp. Kolejne kilkadziesiąt lat funkcjonowania „społeczeństw dobrobytu” było efektem tychże zdarzeń i decyzji, nie zaś urojonego wpływu ZSRR.
Na koniec zostawiłem sobie mit najbardziej smakowity, bo najgłupszy. Wedle jego wyznawców, w Polsce kapitalizm został wprowadzony w efekcie sprytnej, trwającej 10 lat polityki „Solidarności”, którą próbowali powstrzymać dzielni i szlachetni PZPR-owscy obrońcy socjalizmu, z generałem Jaruzelskim na czele. Taki „argument” można obalić już wtedy, gdy wspomnimy, że w większość demoludów nie było odpowiednika „Solidarności”, a kapitalizm wprowadzono tam równie sprawnie. Zrobiono to w podobny sposób, w niemal identycznym momencie, a za całym procesem stali czołowi przywódcy partii komunistycznych.
W Polsce to właśnie generał Jaruzelski jest twórcą kapitalizmu. Z tymi, którzy zafundowali nam ekonomiczne realia III RP, postanowił on podzielić się władzą – nie jest przypadkiem, że po okrągłym stole budowano kapitalizm w „dzikiej” wersji, a na niemalże czołowych działaczy opozycji antykomunistycznej namaszczono Leszka Balcerowicza, Waldemara Kuczyńskiego i Donalda Tuska, nie zaś Ryszarda Bugaja, Zbigniewa Romaszewskiego czy Andrzeja Gwiazdę. Z tymi ostatnimi generałowi Jaruzelskiemu mogłoby nie udać się bowiem kontynuowanie budowy grabieżczego kapitalizmu. Tak, kontynuowanie, gdyż ów system gospodarczy zaczęto tworzyć już około roku 1986, mocno przyspieszając za kadencji PRL-owskiego premiera (został nim na prośbę Jaruzelskiego) Mieczysława Rakowskiego i towarzyszącego mu jako minister przemysłu Mieczysława Wilczka (laureata Nagrody Kisiela dla wybitnych wolnorynkowców), autorów daleko posuniętej reformy gospodarczej. Do dziś wielu liberałów z łezką w oku wspomina, że takiego wspaniałego wolnego rynku jak wówczas, nie było już nigdy później. No i można wtedy było ukraść te pierwsze miliony, które po dziś dzień określają stratyfikację społeczną w naszym kraju. Oczywiście głównym problemem polskiego kapitalizmu nie jest jego „nomenklaturowe” oblicze, lecz sama natura współczesnej gospodarki rynkowej. To jednak, że Polska dołączyła do globalnego systemu i wprowadzono u nas neoliberalne zasady, jest efektem wspólnej pracy Balcerowicza i Jaruzelskiego. Obaj bardzo się starali, żeby w Polsce nie było żadnej „trzeciej drogi” czy choćby próby naśladowania doświadczeń skandynawskiego modelu socjalnego.
O lewicowym obliczu „Solidarności” już wspominałem. Nie był to u zarania ruch prokapitalistyczny i mało komu śniło się, że mógłby takim być. Liberalne wywody garstki opozycjonistów w rodzaju Kisiela były traktowane niczym kuriozum, a on sam oceniał „Solidarność” jako ruch głęboko socjalistyczny, niechętny prorynkowym zmianom (nawiasem mówiąc, to ówcześni opozycyjni liberałowie oczekiwali zmian na rzecz kapitalizmu w połowie lat 80. nie po „Solidarności”, lecz od Jaruzelskiego, składając mu propozycje, by w Polsce zrealizował to, co później wprowadzono w Chinach, czyli zachowanie monopolu partii w polityce przy jednoczesnych zmianach rynkowych w gospodarce). W łonie Związku rej wodzili tacy ekonomiści, jak Tadeusz Kowalik czy Ryszard Bugaj, których o miłość do liberalizmu trudno podejrzewać. Zupełnie nierynkowe były też oczekiwania milionów ludzi, którzy ten ruch współtworzyli. Stan wojenny pozwolił natomiast rozbić pierwszą „Solidarność” – zniszczył masowy, prosocjalny, egalitarny ruch społeczny oraz zmarginalizował tych działaczy Związku, którzy byli wierni pierwotnym ideałom. Wyizolowana elita podziemnej „Solidarności” nie tylko przestała być kontrolowana przez robotnicze masy. Stała się także obiektem wsparcia ze strony USA, które bynajmniej nie pomagały bezinteresownie. Od roku 1984 datuje się inwazja propagandy neoliberalnej w łonie opozycji antykomunistycznej – coraz więcej było tam pochwał Reagana i Thatcher, coraz więcej zachwytów wywodami Hayeka i Friedmana, a coraz mniej troski o prawa robotników, samorządność pracowniczą i socjalny model gospodarki.
Oczywiście liderzy „Solidarności” idealizowali zachodnie realia, choćby dlatego, że nie znali ich zbyt dobrze. Ale czynienie im zarzutu z tego, że „nie wiedzieli” o neoliberalizmie, jest cokolwiek absurdalne. Nie wiedzieli o nim bowiem w roku 1980 czy 1981 także ci krytyczni geniusze, którzy po upływie ćwierci wieku wiedzą wszystko na ten temat. Tak się bowiem składa, że neoliberalizm na początku lat 80. dopiero na Zachodzie raczkował. Jako trend intelektualny istniał na szerszą skalę od początku lat 70., zyskując popularność pod koniec tej dekady, a na początku następnej ani jeszcze nie zatriumfował, ani nikt nie znał jego pełnego oblicza. Gdy Thatcher próbowała w roku 1981 „zreformować” górnictwo brytyjskie poprzez zwolnienie 25 tys. pracowników, dostała takie baty, że jej rząd o mało nie upadł – jej zamiary powiodły się dopiero 4 lata później. Inny z czołowych twórców neoliberalizmu, Ronald Reagan, został prezydentem w roku 1980, a szczyt jego liberalnej polityki ekonomicznej przypada dopiero na połowę tej dekady. Doprawdy, twórcy „Solidarności” musieliby być jasnowidzami, żeby powołując się w roku 1980 na wzorce zachodnie nie mieć na myśli 35 lat praktyki spod znaku welfare state, lecz majaczący dopiero na horyzoncie kapitalizm w wersji drapieżnej.
A co z przywołanym w tytule Gierkiem? Nie wiem, czy Polska mogła w ogóle uniknąć realnego socjalizmu pod sowiecką kuratelą. Mimo iż bardzo krytycznie oceniam III RP, to daleki jestem od myślenia, że za PRL było lepiej. I dlatego, że obecne realia nie są aż tak straszne, jak odmalowują je „lewicowcy”, i dlatego, że PRL nie był taki fajny, jak usiłują nam oni wmówić. Przede wszystkim jednak dlatego, że ideały lewicowe to nie tylko pełna micha i reformy socjalne, ale także swobody obywatelskie – i są to kwestie nierozdzielne (w przeciwnym razie za ludzi lewicy należałoby uznać Hitlera czy Salazara). Oceniając PRL i mając na uwadze wszystkie wyżej opisane niuanse, uważam, że z tamtej epoki najlepsze dla Polski były rządy nie Gomułki czy Jaruzelskiego (za którego Bierut i inni poprzednicy wykonali mokrą robotę i tylko dlatego wymordował on mniej ludzi niż Pinochet), lecz Edwarda Gierka. Jego władza była bowiem wśród wszystkich PRL-owskich włodarzy najbliższa ideałom lewicowym i zdrowemu rozsądkowi. Poluzowano cenzurę i prześladowania inicjatyw opozycyjnych. Podobnie było w sferze kultury. Polityka masowego budownictwa mieszkaniowego oraz całkiem nowoczesnych jak na tamte lata inwestycji przemysłowych oznaczały duży skok modernizacyjny i zmniejszenie wielu barier rozwojowych, a zwykłym ludziom po prostu znacznie się polepszyło. I choć tamte czasy nie były wolne od różnych patologii i negatywnych zjawisk (od zadłużenia, przez przemysłową gigantomanię, po radomskie „ścieżki zdrowia”), to spośród całego PRL-u lata rządów Gierka można uznać za najbardziej udane.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 16 grudnia 2006 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
I niestrudzenie bombarduje hasłem: „Produkty z Biedronki polecają się na Święta”. Ciekawe, co myśli sobie Bożena Łopacka, gdy przypadkiem spojrzy na taką reklamę? Ciekawe, co myślą ci, którzy nie odważyli się, jak Bożena Taurogińska, wystąpić do sądu o należne pieniądze za nadgodziny przepracowane w „Biedronce”? Czy zaciskają pięści w bezsilnej złości? Płaczą? Wzruszają ramionami? Zmieniają kanał? A może wszystko im jedno, kto wciska im pseudo-świąteczny bełkot? Ciekawe też, o jakich to tradycjach myśli reklamodawca, Jeronimo Martins Dystrybucja?
Boże Narodzenie. Śpiewał Jacek Kaczmarski: „Znów się urodzi, umrze w cierpieniu, znowu dopali się świeca. Po ciemku wolność w Jego imieniu jeden drugiemu obieca”. Co prawda jego pieśń nazywa się „Wigilia na Syberii”, ale kto zabroni nucić ją pracownicom i pracownikom „Biedronki”? Oczywiście, po cichu, najlepiej poza czasem pracy. A zanucić warto, tym bardziej, że C. K. Norwid w wierszu „Syberie” taki dał opis: „Pod-biegunowi na dziejów-odłogu, / gdzie całe dnie / Niebo się zdaje przypominać Bogu: / »Zimno i mnie«. / Wrócicież kiedy? – i którzy? – i jacy? – / z śmiertelnych prób, / W drugą Syberię: pieniędzy i pracy, / Gdzie wolnym – grób! / Lub pierw, czy? obie takowe Syberie / Niewoli dwóch, Odepchnie nogą, jak stare liberie,/ Wielki-Pan Duch!”.
Wiem, że niedobrze jest brać dosłownie reklamę. A jeszcze gorzej – traktować serio wielkie słowa. Życie uczy nas sztuki konwenansów i zaleca, byśmy nadto nie obruszali się skrzeczeniem rzeczywistości. Trzeba raczej przygiąć karku i przyuczać się do konformizmu, który – niestety – bywa jedyną kindersztubą współczesnych Polaków. Aksjomat wiedzy o społeczeństwie: wartość człowieka da się wymiernie wyliczyć, np. przeliczyć na zarobki. Błogosławieni, którzy znaczą więcej, wyklęci – którzy znaczą mniej. By nie ciążyło im to zanadto, można powtarzać w kółko kilka sentymentalnych wzniosłości. Nieprzyjemną prawdę kamuflują czułe słówka. Ot, choćby: „Tradycja – rzecz święta”. Ciepło się robi na duszy, błogo, lżej. Świątecznie. Tylko człowiek to wciąż rzecz nie-święta, rzecz do wymiany, gdy zużyta lub niewygodna, gdy przestaje się opłacać. Godność takiego człowieka można mieć za nic, bo wielkie są szanse na to, że on sam się o nią tu, w Polsce, nie upomni.
„I porodziła syna swego pierworodnego, a uwinęła go w pieluszki i położyła go w żłobie, bo nie było im miejsca w gospodzie” (tłumaczenie x. Jakuba Wujka SJ) – opowiada ewangelista Łukasz. Niewierzącemu trudno jest snuć rozważania na ten temat. „Byleby świecy starczyło na noc, długo się czeka na niego, by jak co roku sobie nad ranem życzyć tego samego. Znów się urodzi, umrze w cierpieniu, znowu dopali się świeca. Po ciemku wolność w Jego imieniu jeden drugiemu obieca” – śpiewał Kaczmarski o Wigilii Polaków w niewoli, na Syberii. Przed oczami miał płótno Jacka Malczewskiego. Ja widzę obrazek znacznie szpetniejszy: logo, przedstawiające diablo z siebie zadowolonego owada w czerwonym pancerzyku w czarne kropki. I powtarzam, choć bez wiary, za Norwidem: „obie takowe Syberie / Niewoli dwóch, Odepchnie nogą, jak stare liberie, / Wielki-Pan Duch!”. To są moje życzenia dla „Biedronki”. Choć, kto wie, może to groźba karalna?
przez Remigiusz Okraska | sobota 2 grudnia 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Żałoba narodowa, specjalne dodatki gazet, wystąpienia polityków, pierwsze miejsce w radiowych i telewizyjnych „njusach”, błyskawiczne uruchomienie dodatkowych funduszy dla wdów i sierot po zmarłych, czarne tło witryn największych portali internetowych – takie były reakcje na tragiczną śmierć 23 górników w kopalni „Halemba” w Rudzie Śląskiej.
To wszystko, po pierwsze, może wywoływać niesmak, tak sztuczne i pełne hipokryzji są postawy wielu aktorów wydarzenia. Te same gazety, które nie raz i nie dwa szczuły społeczeństwo na górników jako „uprzywilejowanych, roszczeniowych nierobów”, dziś użalają się nad ciężką górniczą dolą. Ci sami „eksperci”, którzy wielokrotnie wzywali do przywrócenia kopalniom rentowności – oczywiście kosztem likwidacji „przywilejów” zwykłych górników, nie zaś przy pomocy rozpędzenia węglowej mafii ze spółek, zarządów, firm pośredniczących itd. – dziś mają gęby pełne frazesów, że na ludzkim życiu nie można oszczędzać. Ci sami politycy, których czołowe hasła wyborcze postulowały tzw. obniżkę kosztów pracy, dziś mają w oczach łzy, bo z powodu praktycznej realizacji tej chorej ideologii zginęły 23 osoby.
Nagle wszyscy doznali olśnienia. Decydenci dostrzegli, że szwankuje system przestrzegania zasad BHP i jego kontrola przez instytucje powołane w tym celu. Tak jakby wcześniej nie było to oczywiste. Jakby nie ginęli ludzie na budowach czy w halach fabrycznych. Jakby dużej skali patologii nie odnotowały już dawno nawet raporty tak skostniałej instytucji jak Państwowa Inspekcja Pracy. Jakby nie pisały o tym niektóre odważniejsze gazety i ich autorzy nie przekupieni jeszcze przez sektor public relations na usługach firm czy całych branż. Jakby statystyki kopalniane nie odnotowały rosnącej wypadkowości w górnictwie. Ocknęli się też związkowcy – właściwie każda z central zaczęła przekonywać, że już dawno alarmowała w sprawie lekceważenia zasad bezpieczeństwa w kopalniach i szafowania ludzkim życiem. Każda z nich posiada – mówili liderzy – stosy pism, które pozostały bez odpowiedzi. Być może to prawda. Prawdą jest też, że te same związki potrafiły robić zadymy dlatego, że nie podobał im się wiceminister gospodarki, lecz w analogiczny ostry sposób nie nagłośniły, iż w każdej chwili mogą zginąć ludzie, ich koledzy.
Po drugie, tragedia taka jak ta w „Halembie” skłania do szerszej refleksji i pytania zarazem. Czy w Polsce musi dojść do wielkiego nieszczęścia, żeby dostrzeżono oczywiste problemy? Czy musi się zawalić dach hali targowej i żywcem zmiażdżyć wielu ludzi, żeby zwrócono uwagę na oszczędności, brakoróbstwo i korupcję w budownictwie oraz na lekceważenie elementarnych norm w kwestii dbałości o stan techniczny takich obiektów? Czy uczennica molestowana w szkole na oczach całej klasy musi popełnić samobójstwo, żeby do decydentów – i samych rodziców – dotarło wreszcie, że w polskiej oświacie źle się dzieje? Czy musi zginąć 23 górników, żeby zwrócić uwagę na splot patologii w górnictwie? Wiem, że łatwiej wzywać do rozwiązania problemów niż uczynić to w praktyce, ale niżej podpisany – inaczej niż całe rzesze państwowych biurokratów i zawodowych ekspertów – nie bierze za to sporych pensji.
W tym wszystkim tkwi jednak ziarno nadziei. Śmierć górników i reakcje na nią pokazały, że nie jest z nami jeszcze tak źle. Okazało się, że po kilkunastu latach neoliberalnej propagandy, która przekonywała wielokrotnie o tym, jak to górnicy mają dobrze, społeczeństwo jednak nie zgłupiało i zdaje sobie sprawę, że praca w kopalni to nie tylko pensja wyższa od przeciętnej, ale także większy wysiłek i większe ryzyko. Ludzie mogą nie mieć dobrego zdania o górnictwie jako takim, ale też – poza niewielkim odsetkiem półgłówków – większość z nich ani myśli obwiniać o to zwykłych, dołowych górników. Mimo zmasowanych wysiłków, nie do końca udało się stosowanie zasady „dziel i rządź”, czyli napuszczanie pielęgniarek na górników, górników na hutników, hutników na nauczycieli, nauczycieli na kolejarzy, itd.
Ofiara „chopów z »Halymby«” poskutkowała jednak czymś jeszcze, dużo ważniejszym. Przywróciła do obiegu publicznego „ludzi pracy”. Tych wszystkich, którzy zarabiają na życie wysiłkiem własnych rąk. Tych, którzy zaprzeczają reklamowym wizjom, jakoby chleb brał się z Tesco, pieniądze z PKO BP, śruby z Castoramy, a ciepło i energia z Vantefalla czy innego STOEN-u. Przywróciła tych, bez których tego wszystkiego po prostu nie byłoby – bo taka jest prawda, niezależnie co roją salonowi panicze i ci, którzy pozwolili im wyprać sobie mózgi.
Oczywiście wiem, że „klasa robotnicza” nie jest taka jak dawniej. Że dziś równie często jak umorusany kombinezon robociarza ma ona śnieżnobiałą koszulę pracownika hurtowni. Ale ona jest. Jest na przekór liberalnym gogusiom, którzy uważają, że poza branżą reklamową, medialną i ubezpieczeniową nic nie jest nam potrzebne, bo wszystko taniej sprowadzimy z Chin. Jest na przekór tej lewicy, która w stołecznych kawiarniach debatuje za pieniądze od Michnika, jakie cierpienia przeżywa w ciemnogrodzkiej Polsce afroamerykański gej i jak się świetnie odnaleźli w nowej rzeczywistości Frasyniuk z Bujakiem, nie to co jakiś „frustrat” czy „nieudacznik” Andrzej Gwiazda. Jest też na przekór tej prawicy, która potrzebowała robotników do walki z komuną i potrzebuje ich dzisiaj do „sierpniowych” i „solidarnych” wyborczych wideoklipów, ale w swej głupocie chce np. zlikwidować pierwszomajowe Święto Pracy, bo jej się „źle kojarzy” – a kojarzy oczywiście z „komuną”, nie zaś z ponad stuletnią tradycją walk ruchu robotniczego o to, by takie sytuacje jak ta z „Halemby” się nie zdarzały.
Tragicznie zmarłym górnikom nic nie przywróci życia. Ważne jednak, żeby ich śmierć nie poszła na marne – żeby poprawiła dolę tych, którzy wciąż żyją i pracują, nie tylko we kopalniach. To zapewne będzie dla de facto zamordowanych robotników lepszym zadośćuczynieniem niż medialne i polityczne pustosłowie.
Remigiusz Okraska
P. S. Przy okazji polecam dwa teksty Aleksandra Boronia o patologiach w górnictwie:
Czarna rozpacz, czyli reformowanie górnictwa po polsku
Zmowa milczenia
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 2 grudnia 2006 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Grozi mu śmieszność, jeśli z ulicy wejdzie do studia, siądzie niezdarnie z przypiętym do swetra bezprzewodowym mikrofonem i zacznie mówić do kamery zdania chropowate jak świat, z którego przyszedł. „Ot, prostaczek” – powie jeden z pobłażliwym uśmiechem. „Cham i prostak” – warknie drugi, chowany na salonach. Trzeci z uciechy zatrze ręce.
„Człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Istniejących, że istnieją, a nieistniejących, że nie istnieją” – miał powiedzieć Protagoras z Abdery, sofista. Co znaczy, że człowiek jest miarą wszelkich bytów, w tym i drugiego człowieka? Znaczy to tyle, że człowiek nie pokazany w mediach nie istnieje, albo istnieje nieznacznie. Pokazany – nabiera treści, zyskuje formę, z abstrakcji zdaje przemieniać się w konkret czy choćby zwykły, poczciwy ogólnik. Z nicości przechodzi do istnienia. Nabiera wartości, staje się istotą godną uwagi, paru słów, a czasem i kilku zdań komentarza, dla których przecież w ogóle warto być dziś człowiekiem.
„Człowiek jest zwierzęciem politycznym” – napisał Arystoteles w swej „Polityce”. Takie określenie brzmi obecnie niejasno. Terminy: „polityk” i „polityka”, „polityczny” stały się w potocznej mowie synonimami wszelkich łajdactw, prywaty i korupcji, triumfu przekłamań i półprawd nad elementarną prawością i uczciwością. Zwierzę polityczne zamieniło się w polityczne monstrum. A to, co monstrualne, co przekracza właściwą miarę, bywa groźne. I śmieszne, bo karykaturalne. Z odejściem zwierzęcia politycznego triumfy święci człowiek nie-polityczny, człowiek-poczwarka, w grubym kokonie kryjący społeczny wymiar swojego istnienia.
Odkąd wiara w Boga i jego ziemskich pośredników przestała być powszechnym aktem, społeczeństwa Zachodu szukają nowych źródeł uprawomocnienia swych wizji rzeczywistości. Miejsce religijnych doktryn zajęły świeckie ideologie. Z reguły nie obiecują zbawienia wiecznego, ale wciąż mają w zanadrzu projekt powszechnej szczęśliwości. Fakt, że żyjemy na gruzach komunistycznej utopii, uodpornieni na jedną z politycznych form ideologii, wcale nie oznacza, że zaszczepiliśmy się przeciw wszystkim jej odmianom. I że sami dla siebie przestaliśmy być groźni jako istoty produkujące idee masowego rażenia. Nie wierzymy już w skrajnie racjonalistyczny mit budowy od podstaw aż po wierzchołek społeczno-politycznego uniwersum. Ale nie jest pewne, czy zrezygnowaliśmy z innych wizji, które myśl chcą oblec ciałem. Ideologie jawnie polityczne zastąpiły projekty kulturowo-ekonomiczne, subtelniejsze w sposobach podporządkowania sobie człowieka i społeczeństw, w których funkcjonuje.
W nieodległym czasie medialną furorę zrobili dwaj ludzie z peryferii, czy też z podziemi, bo tak dosłownie można przetłumaczyć łacińskie słowo suburbium, oznaczające przedmieścia metropolii. Jeden z nich, Krzysztof Kononowicz, kandydat na prezydenta Białegostoku, swą aparycją, naiwnością i nieskładnością wypowiedzi wzbudził ogólne rozbawienie zmieszane z poczuciem wyższości i dezaprobatą. Drugi, Hubert H., 31-letni bezdomny z warszawskiego Dworca Centralnego wsławił się na całą Polskę, gdy po pijanemu, w obecności funkcjonariuszy policji zrugał Lecha Kaczyńskiego i został oskarżony o znieważenie głowy państwa. Pierwszego podjęli w telewizyjnym studio Jacek Żakowski i Piotr Najsztub, drugiego uhonorował podobnym zaszczytem Tomasz Lis. Trudno na dobrą sprawę rozstrzygać, kto w tych spektaklach faktycznie grał błazna, kto kapłana, bo sytuacje tragikomiczne zwykły zapętlać się w węzły nie do rozsupłania. Jedno jest dla mnie pewne. Jeśli Kononowicz i Hubert H. są postaciami godnymi politowania, to o ile bardziej godny politowania jest świat, który się tym karmi i ci, co pokazują ich jak obwoźne dziwowisko, zapewniające chwilę rozrywki dla gawiedzi.
Tomasz Lis nie wykorzystał czasu antenowego, by Huberta H. zapytać o los bezdomnych i przyczyny ich wegetacji na marginesie społeczeństwa. Nie zaprosił do studia specjalistów, którzy mogliby dać analizę społecznych, środowiskowych, psychologicznych przyczyn i konsekwencji bezdomności. Byłoby to zbyt ambitne i nie pasujące do formuły programu pod patetyczną nazwą „Co z tą Polską?”. Zresztą, Hubert H. mógłby nazywać się zupełnie inaczej, inaczej wyglądać, itp. – ważne, że spełnił swoją rolę. Potrzebna była maska, a kto ją nosi – to już inna rzecz. Niewykluczone, że i Tomasz Lis mógłby nazywać się zupełnie inaczej i inaczej wyglądać, bo i on pełni jedynie swoją rolę w teatrze cieni, w którym prawda miesza się z fałszem, rzeczywistość z iluzją i szacunek dla prawdy z kuglarstwem. Na miejsce Lisa przyszedłby zaraz inny szczwany lis. Godne odnotowania, że ważny program publicystyczny ogranicza politykę do powtarzających się gadających głów partyjniaków i publicystów, a sytuację, którą można wykorzystać dla poważnej dyskusji o kondycji współczesnej Polski, zmienia w kiepski kabaret z podśmiechującym się głupkowato dla dodania sobie animuszu „bohaterem” quasi-politycznego skandalu.
Piotr Najsztub i Jacek Żakowski również postąpili zgodnie z regułami tej sztuki, która każe niżej postawionych od siebie potraktować jak głupców zapewniających chwilę odprężenia. Żakowski już wcześniej, na falach radia TOK FM, nie ukrywał swej opinii wobec Kononowicza. Miłośnikowi Jacka Kuronia, jak najbardziej społecznie wrażliwemu publicyście, w głowie nie mogło się pomieścić, jak ktoś taki ma czelność zawracać ludziom w głowie. W jednym Żakowski ma rację: Kononowicz nie jest materiałem na prezydenta Białegostoku, ani w ogóle na polityka. Tyle że nie w tym rzecz. Kononowicz był podczas przedwyborczej kampanii samorządowej jedną z nielicznych – słyszanych przez ogół – osób reprezentujących tzw. prowincję. Tymczasem oglądając telewizję, można było odnieść wrażenie, że wybory samorządowe odbywają się nie „w terenie”, a w stolicy, gdzie oswojeni przez media politycy wyższego szczebla opowiadali dziennikarzom, jak bardzo zależy im na „małych ojczyznach” i sprawach „zwykłych ludzi”. Ale – gwoli prawdy – człowiek z peryferii mógł przebić się do tego uładzonego, na poły spreparowanego świata i zostać tam chwilę dłużej jedynie jako maskotka, albo szturchany palcem wiejski głupek, któremu żartownisie dali do ręki drewniany miecz i założyli na głowę koronę z kartonu obłożonego pozłotą. Czy skończył się czas trybunów ludowych, skoro można pokazywać jedynie ich karykatury?
Człowiek, jakim znamy go z naszego podwórka, przestał być – en masse – zwierzęciem politycznym, także dlatego, że nie ma kto już uczyć go tej trudnej sztuki. Co prawda Arystoteles twierdził, że jest to cecha rodzajowi ludzkiemu przyrodzona, ale dobrze wiemy, że drugą naturą jest przyzwyczajenie, to zaś kształtuje kultura. Od niej zaś, tu i teraz, nie możemy zbyt wiele oczekiwać. Ani kultura polityczna, ani medialna nie wdrażają człowieka do życia politycznego w klasycznym tego terminu znaczeniu – brak im zaplecza w kulturze jako takiej. Żyjący w XVII w. Tomasz Hobbes, traktowany jako jeden z prekursorów nowoczesnego myślenia o państwie, uważał że naturalnym stanem człowieka jest „wojna wszystkich ze wszystkimi” – permanentny konflikt, gdzie naczelną relacją jest droga od i ku zniewoleniu jednych przez drugich. Opis ten nieźle oddaje kondycję nowoczesnych społeczeństw, m.in. ze względu na aberracyjny charakter narastającej konkurencji (hobbesowski fizjologiczny egoizm) i rozbicie wspólnoty, co prowadzi do zamknięcia poszczególnych, drobnych grup w izolowane kasty, wzajem się pożerające i dążące do absolutnej dominacji jedna nad drugą.
Proces ten utrudnia powstanie szerokiego, społecznego konsensusu, bo wspólne dobro zamienia się w abstrakcję albo iluzję, którą łatwo, zbyt łatwo można manipulować. A wtedy dynamiczne życie społeczne przemienia się w fikcję, imitują je wyspecjalizowane w tym instytucje. Co możemy przeciwstawić iluzji i jej funkcjonariuszom? Człowieka nie nazbyt poddanego retuszom. Choć i tak pozostaje obawa, że i on nie sprosta zadaniu i nie uda mu się być człowiekiem.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 14 listopada 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Lider endecji nie należy do moich ulubieńców. Ani on, ani jego obóz polityczny nie są mi bliscy w sensie ideowym. Doktryna Narodowej Demokracji kojarzy mi się z myśleniem w wąskich kategoriach nacjonalistycznych, z nieodłączną dla takich „klimatów” manierą ekskluzywizmu, podejrzliwości, węszenia zagrożeń. Nawet jeśli pojawiały się w łonie endecji bardziej godne uwagi osoby czy pomysły, to raczej na obrzeżach niż w centrum tego środowiska. Ale i one to już w większości przypadków tylko historyczna ciekawostka, gdyż w obecnych realiach są anachroniczne.
Nie zmienia to faktu, że Roman Dmowski był postacią zasłużoną dla naszego kraju. Mało kto z poważnych znawców tematu odmawia mu niewątpliwych dokonań na polu odzyskania niepodległości czy udziału w ukonstytuowaniu się – po długim okresie rozbiorów – nowoczesnego narodu polskiego. To wystarczająco wiele, by autor „Myśli nowoczesnego Polaka” miał pomnik w Warszawie.
Niestety, nawet w kwestii oceny przeszłości trwa nie tyle spór, co brutalna wolnoamerykanka. Przeciwnicy postawienia pomnika argumentowali, że Dmowski był antysemitą, jako taki nie zasługuje więc na uhonorowanie. To byłby argument niezbyt mądry, ale przynajmniej do przyjęcia. Pewna obsesja na punkcie „narodu wybranego” i jego domniemanych knowań rzeczywiście cechowała Dmowskiego. Nie da się jej wytłumaczyć wyłącznie ówczesnymi realiami, jak chcieliby to uczynić bezkrytyczni miłośnicy Pana Romana. Nawet biorąc poprawkę na realny konflikt interesów ekonomicznych między częścią polskich Żydów a częścią „rdzennych” Polaków, mający miejsce w międzywojniu, należy pamiętać, że można było ów problem analizować bez uciekania się do wulgarnych antysemickich wywodów, co czynili np. liderzy ruchu ludowego. Natomiast ewidentnym nadużyciem jest to, w jaki sposób przedstawia się ów antysemityzm Dmowskiego. Przeciwnicy jego pomnika porównują lidera endecji z niemieckimi hitlerowcami, a jego antyżydowskie wypowiedzi z potwornym ludobójstwem – Holocaustem.
Szczytem tego typu chamskich zagrywek była akcja tzw. zasłonięcia pomnika, dokonana dzień przed oficjalnym jego odsłonięciem. Akcję zorganizowano 9 listopada, w rocznicę… nazistowskich pogromów Żydów, które przeszły do historii pod nazwą Nocy Kryształowej. Jak podały media, uczestnicy akcji mieli transparent z napisem „Noc Kryształowa – pamiętamy”. Jedna z organizatorek, Alina Cała, historyczka z Żydowskiego Instytutu Historycznego, występująca tym razem w roli kandydatki Zielonych 2004 do warszawskiej rady miasta, powiedziała, że Dmowski miał wpływ na pogromy antyżydowskie w latach 30. Jakby tego było mało, dwa dni później tzw. nieznani sprawcy obrzucili pomnik farbą, a w jego okolicy wymalowali swastyki. Należy z uznaniem przyjąć wyrazisty dowód, że wywody p. Całej padły na podatny grunt. Dobrze wiedzieć, że jej ideowi pobratymcy stosują metody iście faszystowskie – jakby nie patrzeć, mniej należy się obawiać poglądów nieżyjącego Dmowskiego, niż takich wyczynów żyjących „nieznanych sprawców”. Normalnemu człowiekowi jest raczej obojętne, czy bandyta jest faszystą, czy antyfaszystą – bandyta to bandyta, także ten prawdopodobnie zainspirowany przez p. Całą.
Pani Cała jako historyczka powinna znać tę zasadę współczesnej humanistyki, która przestrzega przed pochopnym stosowaniem wobec wydarzeń z przeszłości ocen i kategorii, które pojawiły się dopiero po tychże wydarzeniach. Antysemityzm Dmowskiego był nie tylko czymś zupełnie innym niż antysemityzm hitlerowców, bo wypływał z uzasadnień – pal już licho, czy sensownych – natury kulturowej i ekonomicznej, nie zaś biologicznej i rasistowskiej. Był inny nie tylko dlatego, że Dmowski, inaczej niż Hitler, nie wzywał do mordowania Żydów. Przede wszystkim był inny, bo „przedhitlerowski” i potępianie go dziś z pozycji wiedzy i wrażliwości epoki „po Holocauście” jest pozbawione sensu. Gdyby chcieć stosować takie metody wobec innych, to np. Winston Churchill nie powinien mieć w Anglii pomników, bo u zarania władzy Adolfa Hitlera określał on lidera NSDAP mianem dobrego polityka i męża stanu. A co zrobić z takimi osobami, które popierały eugenikę i były zwolennikami przymusowej sterylizacji osób „niepełnowartościowych”, skoro w tym gronie znaleźć można np. prezydentów USA Theodore’a Roosevelta i Woodrowa Wilsona czy znanego pisarza Herberta G. Wellsa?
Ale nawet nie w tym rzecz. Dmowski bez wątpienia powinien być krytykowany za swoje faktyczne przewiny i błędy. Jednak stosując takie standardy, jakie proponują przeciwnicy postawienia pomnika lidera endecji, okazałoby się, że mało kto zasługuje na pomnik czy choćby uznanie. Z postaci historycznych np. Józef Piłsudski uznany mógłby zostać za terrorystę-rzezimieszka i agenta, Czesław Miłosz za komunistycznego dyplomatę, zaś ze współczesnych Adam Michnik za specjalistę od szemranych rozmów z Rywinem i Gudzowatym. Nie wiem, czy mielibyśmy choć z pięć osób godnych pomnika.
Dmowski zrobił dla Polski więcej dobrego niż złego – i zasługuje na pomnik właśnie z tego powodu, nie zaś dlatego, że był człowiekiem idealnym. Całkiem niedawno z tego samego powodu uważałem, że na ochronę przed zniszczeniem zasługuje pomnik Ludwika Waryńskiego (zobacz tutaj). A przecież nie mam za grosz sympatii komunistycznych. Nie przyszło mi jednak do głowy odmówić Waryńskiemu prawa do pomnika, ani to, by przy okazji całej sprawy ględzić o sowieckim komunizmie Stalina i oskarżać twórcę Wielkiego Proletariatu o odpowiedzialność za system gułagów.
Dmowski nie był politykiem „kryształowym” – jednak krytykowanie go poprzez próbę skojarzenia poczynań lidera endecji z nazistowską Nocą Kryształową jest zagrywką łotrów. Łotrów, którzy nie zasługują nie tylko na pomniki, ale nawet i na to, by im napluć w twarz.
przez redakcja | środa 1 listopada 2006 | Zbigniew Romaszewski
„Starszym Państwu” poświęcam.
Ostatnie i kilka nadchodzących lat to okres jubileuszy. 25-lecie „Solidarności”, 25-lecie stanu wojennego, 30-lecie KOR, za chwilę bliskie memu sercu 25-lecie Radia „Solidarność”, 30-lecie ROPCiO itd., itd. Słabo już pamiętamy i mało się mówi o 50-leciu „Po prostu”, 50-leciu Października, 50-leciu Powstania Węgierskiego. Mimo iż jubilaci, czyli uczestnicy wydarzeń, są już nieco zmęczeni ilością uroczystych akademii, a często denerwuje ich fałsz utrwalonych stereotypów, to jednak otrzymują jakąś satysfakcję. Najczęściej jedyną, jaką miała im do zaoferowania III RP. Dlatego też w pełni popieram inicjatywę Prezydenta Kaczyńskiego odznaczania ludzi zasłużonych w walce o wolną i demokratyczną Polskę, a bardzo nie podoba mi się pomysł młodych historyków grzebania w ich prywatnym życiu dla potrzeb tabloidów. Świętymi nie byli i wcale do tego nie aspirowali – aspirowali do godnego życia w wolnym kraju. Jak odpowiada Radio Erewań: „To prawda, że Piotr Czajkowski był homoseksualistą, ale nie tylko za to go cenimy”…
Nadmiar rocznic może nieco męczyć również tych, którzy nie są nimi osobiście zainteresowani, ale chyba niesłusznie, bo historia realizuje się również dziś i dotyczy wszystkich. Przemilczanie historii najnowszej i patrzenie w przyszłość, lansowane przez Aleksandra Kwaśniewskiego (który rzeczywiście we własnej przeszłości nie posiada zbyt wielu aktywów) czy Unię Wolności, oderwało społeczeństwo tak daleko od korzeni, że dziś nie bardzo jest w stanie przypomnieć sobie drogę, którą przeszło, uzmysłowić popełnione błędy, ustalić własną tożsamość, wyznaczyć cele na przyszłość.
Tak więc korzystając z okazji warto sobie przypomnieć przebytą drogę i uzmysłowić, co osiągnęliśmy, a co straciliśmy, które z naszych marzeń stały się realnością, które oczekują na konsekwentną realizację, a które okazały się idealizmem. Sądzę, że właśnie do tego celu powinny służyć jubileusze, zresztą wzorce osobowe też się mogą przydać społeczeństwu.
Czerwiec 1976 roku przyniósł zapowiedź podwyżek cen, bunt robotników Radomia i Ursusa, brutalne represje wobec uczestników protestu, a także wycofanie się władz z zapowiedzianych podwyżek. Jednocześnie organizacja masowych wieców, na których społeczeństwo miało potępiać warchołów i wspierać czerwonych władców postawiła najzwyklejszych szarych ludzi przed moralnym dylematem: solidarność czy podłość.
Potępiać osoby, które wywalczyły to, że rodziny mogły nadal wiązać koniec z końcem zamiast popadać w skrajną nędzę, popierać władzę, która w imię abstrakcyjnych idei zamierzała do tego doprowadzić – to przekraczało dotychczasowe wyobrażenia przeciętnego obywatela i uświadamiało mu, jak dalece jest upokarzany. Nic też dziwnego, że kiedy na odbywającym się pod koniec lipca pokazowym procesie domniemanych przywódców strajku ursuskiego pojawiła się grupa ludzi, którzy zamierzali wyrazić solidarność z oskarżonymi i chcieli organizować pomoc dla ich rodzin, spotkało się to ze społecznym uznaniem.
Społeczeństwo, które nie znalazło w sobie siły, by zareagować na wydarzenia 1970 roku na Wybrzeżu (do dziś znamy tylko listy zabitych, a nie słyszałem, by ktoś spróbował ustalić zakres represji sądowych), tym razem z dużą sympatią odniosło się do tych, którzy mieli odwagę powiedzieć, że są solidarni z „warchołami”. Kiedy w Instytucie Fizyki PAN zbierałem pieniądze na pomoc dla represjonowanych, nie było nikogo, łącznie z sekretarzem POP (podstawowej organizacji partyjnej), kto odmówiłby składki.
Nie był to wybuch spontanicznej aktywności społecznej, jak w roku 1980, ale na pewno można mówić o życzliwości społeczeństwa wobec tych, którzy tę aktywność przejawiali. Oczywiście jest to problem, w jakim miejscu ustawimy granicę aktywnego uczestnictwa w ruchu opozycyjnym, ale sądzę, że do momentu powstania „Solidarności” liczba osób, które świadomie identyfikowały się z opozycją, mogła wynosić w całej Polsce 2-5 tysięcy, a ilość ludzi sporadycznie wspierających ruch mogła być dziesięcio-dwudziestokrotnie większa. W lipcu 1980 r., po strajku lubelskim, mimo okresu wakacyjnego nie mieliśmy większych kłopotów z rozkolportowaniem 70 tys. okolicznościowego nakładu „Robotnika”. To była kadra przyszłej „Solidarności” i podziemia stanu wojennego.
W lutym 1977 r. wyszli na wolność prawie wszyscy – za wyjątkiem pięciu lub sześciu osób – uczestnicy wydarzeń czerwca 1976. Komitet Obrony Robotników zaistniał w świadomości społecznej, a ponadto było nam, środowisku KOR-owskiemu, ze sobą dobrze. Poznałem Mirka Chojeckiego, Antka Macierewicza, Jacka Kuronia. Każda nowa znajomość była olśnieniem. Są na świecie ludzie, którzy myślą podobnie i nie boją się mówić o swoich przekonaniach. Postanowiliśmy działać dalej, poszukiwaliśmy dróg poszerzenia swojej wolności. Nie było to proste. Zamordowanie Staszka Pyjasa i Staszka Pietraszki, zaaresztowanie „młodego” KOR-u, głodówka w kościele Św. Marcina – to wszystko poprzedziło amnestię z lipca 1977 roku. W końcu wszyscy (również robotnicy Radomia i Ursusa) byli na wolności.
Działać. Zmieniać świat. Zmieniać system.
Był to moment, w którym chyba najwięcej mamy do zawdzięczenia „Starszym Państwu”. To właśnie oni przenieśli z XIX i początków XX wieku w nasze czasy misję polskiego inteligenta, polskich elit. Misję odpowiedzialności za Kraj i społeczeństwo. To oni uczyli nas kultury politycznej (jak w życiu, niektórzy uczniowie okazali się bardziej, inni mniej zdolni). Oni zapobiegali popełnieniu przez nas nieodwracalnych błędów. Oni cementowali środowisko i zapobiegali jego rozpadowi na zwalczające się frakcje polityczne. Profesor Edward Lipiński, ks. Jan Zieja, Antoni Pajdak, Aniela Steinsbergowa, dr Józef Rybicki, Adam Szczypiorski, Jan Kielanowski, Ludwik Cohn, Wacław Zawadzki, wreszcie pośrednicy między „starym” i „młodym” KOR-em – Halina Mikołajska i Jan Józef Lipski.
To dzięki nim byliśmy w stanie przekazać swój pozytywny dorobek w ręce „Solidarności”.
Chcieliśmy działać politycznie. Dziś to wygląda bardzo egzotycznie, ale to głównie z inicjatywy blisko wówczas współpracujących ze sobą Adama Michnika i Antoniego Macierewicza powstała koncepcja stworzenia czasopisma „Głos” i zbudowania wokół niego ruchu demokratycznego jako formacji politycznej. „Stary” KOR miał stanowić swego rodzaju parasol ochronny. Powstała deklaracja programowa (chętnie bym ją podpisał i dzisiaj), powstał ruch demokratyczny. Problem był tylko jeden: do ruchu demokratycznego wpisali się również prawie wszyscy „Starsi Państwo”, zabezpieczający nas od jałowego politykierstwa, a ponadto autorom pomysłu starczyło koncyliacyjności jedynie na wydanie pierwszego numeru „Głosu”. Przy drugim nastąpił konflikt, który zresztą w mniejszym lub większym stopniu ciążył na działalności KSS „KOR” do końca, a w kontaktach towarzyskich nawet do dziś.
Piszę o tym mało znanym epizodzie, ponieważ jest on znamienny w procesie tworzenia ruchów społecznych. Cierpi na niego opozycja białoruska, ukraińska, kubańska. Nam udało się tego uniknąć. Postawa „Starszych Państwa” i sukces osiągnięty w działaniach pozytywnych doprowadziły do tego, że KOR po dokooptowaniu młodszych działaczy przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej KOR – instytucję animującą i w miarę swych możliwości chroniącą rodzące się inicjatywy społeczne. Na ten właśnie okres datuje się powiedzenie Jacka Kuronia: „Zamiast palić komitety, zakładajmy własne”.
Właściwie KSS KOR to nie była jedynie organizacja skupiająca 34 członków, lecz większe środowisko niezależnych inicjatyw społecznych. Spośród tych inicjatyw tylko Biuro Interwencji było autoryzowane przez KSS KOR, reszta korzystała z bardzo szerokiej autonomii o różnym stopniu identyfikacji z KSS KOR. Były to niewątpliwie środowiska współpracujące ze sobą, uczestniczące w inicjatywach koordynowanych przez KSS KOR i broniące się wspólnie przed zagrożeniami, jakie niósł ze sobą opresyjny system totalitarny.
W środowiskach robotniczych działał „Robotnik” i Wolne Związki Zawodowe, wśród rolników Komitety Samoobrony i „Placówka”, w środowiskach studenckich Studenckie Komitety Solidarności, wśród inteligencji Uniwersytet Latający i Towarzystwo Kursów Naukowych, do tego skupiony wokół „Nowej” ruch wydawniczy – Biuletyn Informacyjny, „Głos”, „Puls”, „Spotkania”, „Zapis”, ponad sto tytułów wydawnictw książkowych, wreszcie skoncentrowane na problemach praw człowieka i niesieniu pomocy poszkodowanym Biuro Interwencji.
Wbrew panującym stereotypom, środowisko KOR-owskie uczestniczyło w tworzeniu Komitetów Samoobrony Ludzi Wierzących i organizowaniu petycji w sprawie transmitowania w radiu Mszy Świętej. W oparciu o rodzące się inicjatywy usiłowano odbudować społeczną infrastrukturę demokratycznego państwa. Jak i kiedy upadnie komunizm – nie wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy jednak na pewno, że odbudowa tej infrastruktury jest rzeczą niezbędną.
Nestor KSS KOR, Profesor Lipiński, kiedy narzekaliśmy na trudności gospodarcze, mówił, że ekonomiczne odbudowanie kraju to stosunkowo prosty i nie najtrudniejszy problem koniunktur międzynarodowych. Zasadniczym problemem jest długotrwałość procesu odbudowy demokratycznego społeczeństwa, który będzie się ciągnąć latami. Dziś widzimy, że miał pełną rację. Możemy się tylko pocieszać, że nam lepiej lub gorzej udaje się przesuwać po tej trudnej drodze do przodu, a taka np. Rosja już od 15 lat nie jest w stanie ruszyć się z miejsca.
Dziś warunki technicznego funkcjonowania ruchu społecznego zmieniły się w sposób niewyobrażalny. Faktem jest jednak, że dwustuletnia niewola wytworzyła w Polsce unikalną kulturę funkcjonowania w podziemiu, kulturę budowania społecznego oporu. Doświadczenia naszych rodziców, dziadków, mimo iż pochodzą z różnych okresów, stworzyły pewne doświadczenia funkcjonujące w narodowej tradycji.
Co do tego doświadczenia dołożył KOR? W moim przekonaniu cztery rzeczy, które wydają się oczywiste, lecz często się o nich zapomina.
Po pierwsze: ruchy społeczne powstają na gruncie impulsu moralnego, który jako jedyny ma możliwość dotarcia do szerokich rzesz społeczeństwa. Wytworzenie takiego impulsu leży poza granicami intelektualnych spekulacji. Powstanie i rozwój KOR-u były wynikiem potrzeby solidarności w społeczeństwie, a powstanie „Solidarności” to wynik wizyty Jana Pawła II, nauczającego o potrzebie prawdy i odwagi.
Po drugie: ruch, który ma doprowadzić do szerokich przemian społecznych, a nie do zdobycia władzy, musi bazować na działaniach pozytywnych, a nie wyłącznie na kontestacji. Ruch taki musi mieć za podstawę tworzenie zjawisk zupełnie konkretnych, akceptowanych przez wszystkich, a nie jałowy spór wokół wyspekulowanych różnic politycznych.
Po trzecie: rozwijający się ruch społeczny musi dysponować szeroką paletą bardzo prostych zadań, które są w stanie wykonywać praktycznie wszyscy jego uczestnicy. Każdy, kto podzielał potrzebę zmiany systemu, niezależnie od swego statusu społecznego, mógł funkcjonować w środowisku KSS-KOR. Każdy potrafi zbierać pieniądze, rozwozić pomoc, kręcić powielaczem, kolportować bibułę czy rozrzucać ulotki. Brak takich zadań to dziś poważna słabość partii politycznych. Odbywająca się raz na 3-4 lata kampania wyborcza, w której masz działać, żeby kogoś innego wybrano, to zbyt mało dla integracji środowiska.
Po czwarte: w krajach, w których ruch tworzy się w warunkach ciągłych represji, zasadą musi być stworzenie względnego poczucia bezpieczeństwa dla uczestników ruchu. Ludzie często podejmują ryzyko nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do poczucia bezpieczeństwa, które jest się w stanie im zapewnić, ale muszą wiedzieć, że nie zostaną zapomniani, a oni i ich bliscy dostaną dostępną w konkretnych warunkach pomoc. Górników, którzy rozpoczynali strajki w 1988 r. nie interesowało, jak długo będą one trwały, czy będą do nich strzelać, czy będą ich bić. Interesowało ich, czy prowadzona przeze mnie i żonę Komisja Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność” będzie w stanie wypłacić ich żonom i dzieciom zasiłki strajkowe, które zapewnią im przeżycie podczas strajku. To nie materializm – to poczucie odpowiedzialności.
Z perspektywy 30 lat warto zadać pytanie, co się stało z ideałami które nam wtedy towarzyszyły, co się stało z wrażliwością społeczną, ze społeczeństwem obywatelskim, z solidarnością. Rzeczywiście niewiele z tego zostało, ale trzeba to wszystko odbudowywać, w społeczeństwie o innej świadomości, bo tylko te wartości są w stanie tworzyć wspólnotę.
Zniszczenie solidarności międzyludzkiej, tej przez małe „s”, to chyba największa zbrodnia. Po stanie wojennym już wszyscy, łącznie z PZPR i SB, wiedzieli, że komunizm musi upaść, bo jest całkowicie anachronicznym systemem, nie odpowiadającym na współczesne potrzeby. Wiadomo było, co należy obalić, ale mało kto wiedział, co należy zbudować. Wszelkie pomysły, które miały rozszerzać sferę wolności, budować podmiotowość obywatelską, odnosiły się do świata dwubiegunowego, z zafiksowanym na zawsze Związkiem Radzieckim i realnym socjalizmem, daj Boże z ludzką twarzą.
Jeśli wiedzieliśmy coś o kapitalizmie, to raczej w wersji „państwa dobrobytu” Galbraitha czy Keynesa – oglądanego oczyma tych szczęśliwców, którzy je widzieli – niż systemu produkującego również nierówności i kryzysy gospodarcze. Podobnie jak ludy pierwotne wyniszczone przez zarazki przyniesione przez Europejczyków, byliśmy zupełnie pozbawieni odporności na wirusa liberalizmu.
Przyszło nam budować Kraj w zupełnie innym świecie niż ten, który sobie wyobrażaliśmy. Przemiany w Polsce zmieniły świat, obaliły komunizm, tego nikt sobie nie wyobrażał. Kiedy we wrześniu 1989 r. podczas wizyty w Waszyngtonie rozmawiałem z zastępcą Sekretarza Stanu, Eagleburgerem i usiłowałem mu przedstawić jakie globalne problemy gospodarcze powstaną po rozpadzie ZSRR i jaką rolę powinny odegrać wtedy Stany Zjednoczone, ten słuchał mnie uprzejmie, ale tak jakbym przybył z Księżyca. Może jedyną osobą, która coś z tego rozumiała był Lane Kirkland, przewodniczący związku zawodowego AFL-CIO, który usiłował przekonywać do umiędzynarodowienia „Solidarności”. Ale wtedy nikt tego nie pojmował.
Na postawie elit zaciążył nie tyle postkomunizm, ile coś, co określa się jako „ukąszenie heglowskie”, a więc wiara w istnienie obiektywnych praw historii i wyniesione z marksizmu uznawanie praktyki jako kryterium prawdy. Komunizm przegrał z kapitalizmem, a więc nie niósł prawdy. Prawdę – i to jak zawsze jedynie słuszną i naukową – niósł więc ze sobą odbudowany w latach 80. liberalizm. Jeśli w imię prawdy można było przeprowadzić kolektywizację i doprowadzić do Wielkiego Głodu na Ukrainie, to dlaczego nie można by doprowadzić z dnia na dzień do likwidacji PGR-ów, stanowiących obrazę gospodarki wolnorynkowej. W takim wypadku marginalizacja ponad 2 milionów ludzi nie mogła stanowić przeszkody. Ziemia jakiś czas poleży odłogiem, a potem za odpowiednio niewygórowaną cenę trafi we „właściwe” ręce. Podobnie z mieszkaniami zakładowymi. Cóż z tego, że były one zbudowane ze środków socjalnych załóg, cóż z tego, że dla milionów ludzi stanowią jedyny dorobek wyniesiony z PRL-u. Przeprowadzenie setek tysięcy prywatyzacji, ze sporządzeniem indywidualnych aktów własności jest dużo trudniejsze niż sprzedanie mieszkań wraz z najemcami po 5 zł za metr kwadratowy nowym właścicielom. I można by tak długo. Kiedy doktryna dominuje rozum, wówczas budzą się upiory…
Tak głębokiego kryzysu nie da się przełamać przez składanie deklaracji patriotycznych. Zresztą gdyby ktoś próbował odejść od doktryny, jak np. rząd Jana Olszewskiego, to zawsze jeszcze istnieje intryga polityczna, prowokacja czy też niezawodne, nienaruszone od czasów PRL-u służby specjalne.
Kiedy alienują się elity, społeczeństwo nie jest w stanie przeciwstawić się naporowi propagandy i materialnego szantażu.
Ostatecznie zawiodła również „Solidarność”, zawiedli robotnicy. To przecież załogi nie potrafiły się przeciwstawić rozkradaniu ich zakładów pracy przez pączkujące spółki nomenklaturowe. Przychodził dyrektor-kumpel i mówił: „Nie mogę wam zapłacić więcej, bo musiałbym zapłacić popiwek. Ale zrobimy to tak. Ja założę spółkę, tę pracę zlecimy spółce, a wykonacie ją wy na swoich zakładowych maszynach. Wtedy jako właściciel będę wam mógł zapłacić tyle, ile wam się należy”. I ludzie szli na to. Zakład upadał, pracownicy szli na bruk, a właściciel kwitł. Wcale nierzadko nie musiała temu towarzyszyć zła wola, mogło to być tylko poszukiwanie wyjścia z nieznanej sytuacji, a wir życia wciągał głębiej.
Były próby integrowania załóg i przejmowania przez nie przedsiębiorstw. Na przykład spółkę pracowniczą próbowali założyć pracownicy wrocławskiego „Polifarbu” czy trykociarki z płockiego „Cotexu”, ale wszyscy oni słyszeli „NIE” i natrafiali na nieprzekraczalną barierę biurokracji, doktrynerstwa, głupoty, korupcji.
Dziś stajemy ponownie przed problemem, jak odbudować demokratyczne państwo świadomych obywateli. Czy można ograć oszustów nie odwołując się do oszustwa. Jak dotrzeć do obywateli, gdy media znalazły się w rękach twórców liberalnego ładu. Czy można pójść na skróty i nie zabłądzić. Jak nie ulec wszechogarniającemu zniechęceniu, cynizmowi i demoralizacji.
Nam 30 lat temu udało się odpowiedzieć na równie beznadziejnie brzmiące pytania. Dziś stawiamy te pytania młodszym, a my będziemy pomagać radą i doświadczeniem. Za kolejnych 30 lat to wy będziecie się zastanawiać nad popełnionymi błędami i robić rachunek sumienia. Życzę, abyście osiągnęli przynajmniej tyle satysfakcji, ile udało się nam osiągnąć, odzyskując suwerenną Polskę.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 29 października 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Klęska koalicji rządzącej nie będzie spowodowana sporami i przepychankami w jej łonie, czyli rozbieżnymi interesami i silnymi osobowościami liderów PiS, Samoobrony i LPR. Dojdzie do niej, bo w kluczowych kwestiach nie nastąpi przełom. Na to nie ma bowiem żadnego pomysłu.
Idea „Polski solidarnej” wskazywała na solidarność społeczną, jako przeciwieństwo dominującego dotychczas myślenia w kategoriach indywidualistyczno-liberalnych oraz postkomunistyczno-kastowych. Nie mam przesłanek, by zakładać, że owa idea czy też slogan były od początku obliczone na naiwną klientelę wyborczą. Pewne jest jednak, że w praktyce niewiele z tego wyszło. Najsłabszym elementem rządowej układanki jest PiS. O ile z niedawnych, bo zaledwie sprzed roku, wypowiedzi braci Kaczyńskich można było wnioskować, iż prezentują ciekawą syntezę kulturowego konserwatyzmu z gospodarczym socjaldemokratyzmem, a to wszystko mocno podlane nowoczesnym (tak!) sosem idei Pierwszej „Solidarności”, o tyle dziś już trudno mieć w tej kwestii jakiekolwiek złudzenia. PiS in action okazał się w ideowym i praktycznym sensie naśladowcą szkodliwych pomysłów neokonserwatywnych/neoliberalnych.
Jeśli czołowa liberalna twarz PO, Zyta Gilowska, została ministrem finansów, a Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha szefem rady nadzorczej ZUS-u, to oczywiście można tłumaczyć ów fakt chęcią zaprowadzenia dyscypliny budżetowej itp. Ale kiepska to wymówka, bo sprawa jest jasna – zarówno w sensie symbolicznym, jak i w kwestii konkretnych decyzji oraz sposobu myślenia o gospodarce i budżecie, oznacza to wyraźne opowiedzenie się za neoliberalnym kursem a la Leszek Balcerowicz. Stwierdzenie, że są to po prostu fachowcy, którzy będą realizowali politykę rządu, byłoby zabawne, gdyby nie dotyczyło tak istotnej sfery rzeczywistości. Nie ma bezstronnych fachowców, bo ekonomia – wbrew rojeniom głupków i ględzeniu propagandzistów – nie jest nauką ścisłą. Trudno też oczekiwać, by tacy starzy wyjadacze jak Gilowska i Gwiazdowski nie potrafili na płaszczyźnie ekonomicznej wodzić za nos braci Kaczyńskich i ich otoczenia. Gdyby chcieć realizować politykę prospołeczną i dać sygnał faktycznej zmiany kursu, ministrem finansów powinien zostać Ryszard Bugaj, a szefem ZUS-u np. Janusz Szewczak.
Spójrzmy, przykładowo, jak pojmowana jest polityka społeczna. Niedawno mogliśmy obserwować paniczne reakcje liderów PiS na plotkę, że Samoobrona domaga się przyznania bezterminowego zasiłku dla bezrobotnych w wysokości 800 zł miesięcznie. Oczywiście można się spierać o zasadność samej kwoty – w zestawieniu z pensjami w Polsce jest ona wysoka, choć patrząc na realia kosztów życia w dużym mieście wcale nie taka wielka. Inna sprawa, że ci, którzy twierdzą, iż tak wysoki zasiłek demoralizuje, jako niewiele niższy niż płaca minimalna, zapominają dodać, że demoralizujący – i to jeszcze jak – jest przede wszystkim poziom płac w Polsce. Nie da się ukryć, że płacić komuś za miesiąc pracy np. 1000 zł, to tak, jakby napluć mu w twarz – ów człowiek po opłaceniu rachunków za mieszkanie i media oraz zrobieniu podstawowych zakupów (żywność, odzież, środki higieniczne etc.) zostaje w zasadzie z pustym portfelem. Z kolei sam bezterminowy zasiłek byłby, owszem, demoralizujący w kraju, gdzie ofert pracy mielibyśmy nadmiar, i to rozmieszczonych w miarę równomiernie, nie zaś skoncentrowanych w kilku regionach i metropoliach. Natomiast w sytuacji chronicznego braku miejsc pracy – dzisiejszy chwilowy boom niczego tu w dłuższej perspektywie nie zmienia – nie tylko demoralizująca, ale wręcz wołająca o pomstę do nieba jest sytuacja, w której zaledwie 1/7 bezrobotnych otrzymuje wsparcie w postaci zasiłku, i to przez krótki okres 6-18 miesięcy.
Na dyskusję zasługuje także wiele innych kwestii związanych z rozwiązaniem proponowanym przez Samoobronę, jak choćby mechanizmy dyscyplinujące bezrobotnych do podejmowania pracy, czy też przewinienia, które skutkowałyby utratą świadczeń. Nie zmienia to jednak faktu, że bezterminowy zasiłek dla bezrobotnych jest bardzo sensownym mechanizmem solidaryzmu społecznego. Nie jest to kwestia wyłącznie zabezpieczenia biologicznego przetrwania, ale także chęć zapewnienia wszystkim pracującym poczucia bezpieczeństwa (co pozytywnie skutkuje w takich kwestiach, jak poszukiwanie lepszej pracy czy relacje między pracownikami a pracodawcami), zaś bezrobotnym umożliwienia uniknięcia społecznej stygmatyzacji. Nie jest też prawdą, że budżetu „nie stać” na takie zasiłki. Po pierwsze, są znaczne możliwości przesuwania środków z innych wydatków, czyli mamy do czynienia z ustaleniem priorytetów w wydatkach „społeczeństwa solidarnego”, nie zaś z jakąś mission impossible. Po drugie – znaczne polepszenie siły nabywczej bezrobotnych poskutkowałoby szybkim wzrostem konsumpcji, a co za tym idzie zwiększeniem podatkowych wpływów do budżetu. Po trzecie zaś, dzisiejszy brak wsparcia dla nich już jest kosztowny – nie tylko „wprost”, w postaci zapomóg z opieki społecznej, ale także w formie kosztów reakcji na patologie, od nałogów po wandalizm i ciężką przestępczość – a w perspektywie długofalowej będzie generował ogromne wydatki, o dotkliwych stratach w biologicznej i kulturowej substancji „solidarnego” społeczeństwa nie wspominając.
Należy też dodać, że bezterminowy zasiłek byłby świetnym instrumentem polityki prorodzinnej – nie tylko zabezpieczając warunki do posiadania potomstwa w ogóle, ale i umożliwiając matkom (a może i ojcom) spokojne wychowanie dziecka przez kilka lat, zamiast gnania do jakiejkolwiek pracy, by przeżyć. Mógłby też stać się sposobem na rozsądną liberalizację rynku pracy, pozwalając firmom lepiej reagować na wahania koniunktury – pracownika łatwiej byłoby zwolnić, ale jednocześnie nie byłoby to dla niego tragedią, gdyż stały i przyzwoity zasiłek umożliwiłby normalne życie i spokojne poszukiwanie kolejnej posady.
PiS zamiast tego zaproponował działania, które w zasadzie można porównać do XIX-wiecznej filantropii, z tą różnicą, że łaskawym darczyńcą zamiast Pana Przedsiębiorcy stał się Pan Urzędnik. Co zrobił „solidarny” rząd? Postanowił nakarmić dzieci w szkołach oraz wesprzeć, na wniosek i przy współpracy LPR, rodzące matki jednorazowym datkiem, zwanym „becikowym”. To oczywiście lepsze niż nic i trudno człowiekowi o zdrowych zmysłach krytykować karmienie głodnych dzieci. Łatwo jednak dostrzec schizofreniczny wymiar całej sytuacji. Otóż ci sami ludzie, którzy zasiłki dla bezrobotnych krytykują jako utrwalające uzależnienie od pomocy państwowej, promują takie uzależnienie w kwestii znacznie bardziej fundamentalnej, czyli napełniania dziecięcych brzuszków. Nie trzeba być „socjałem” – można być nawet liberałem – by dostrzec, że znacznie bardziej normalnym i humanitarnym rozwiązaniem jest sytuacja, w której bezrobotni rodzice kupują dziecku pożywienie (a także ubrania, obuwie, podręczniki, zabawki etc.) za pieniądze z zasiłku, niż gdy to samo dziecko jest dokarmiane przez państwo na oczach zamożniejszych rówieśników.
O „becikowym” z kolei można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że rozwiązuje jakiś problem. Nie robi tego w sferze tzw. prorodzinnosci, bo nikt rozsądny nie zdecyduje się na potomka przy jednorazowym wsparciu na tak mizernym poziomie. Nie czyni tak również w kwestii pomocy społecznej. Trafia wszak do ludzi o różnym statusie materialnym (w tym także do zamożnych), nie przysługuje natomiast tym ubogim, którzy dzieci mieć nie chcą lub nie mogą, co przypomina raczej nagradzanie dobrze aportującego psa przez jego właściciela niż równe traktowanie przez państwo swoich obywateli. Zresztą cała polityka rządzącej ekipy zdaje się być dyktowana ideologią „rozpłodową”, traktując osoby bezdzietne jako gorsze – świadczy o tym pojawiający się ostatnio pomysł dodatkowego opodatkowania tych właśnie obywateli.
Trudno taką politykę nazwać choćby liberalną – ona jest anachroniczna. Nowocześni liberałowie twierdzą, że nie należy dawać ryby, lecz wędkę. Mają rację – istotnie, samo rozdawanie jałmużny nie rozwiązuje żadnego problemu, a wręcz pogłębia go. Wędką powinny być nowe miejsca pracy, czyli – tu już możemy dać sobie spokój z liberalnymi teoriami – aktywna polityka państwa w sferze gospodarczej, niekoniecznie w „prostackiej” formie dotacji, lecz np. jako nakłady na naukę czy innowacje, albo różne metody faworyzowania inwestycji „pracochłonnych”. I w tej kwestii PiS również niewiele dokonał. Ileśset tysięcy ludzi wyjechało na Zachód do pracy, trafiła się akurat dobra koniunktura gospodarcza (zawsze się taka trafia po fazie stagnacji), do Polski płyną niespotykane wcześniej kwoty z UE na wsparcie wielu sfer, w tym tak zaniedbanych, jak rolnictwo czy infrastruktura na prowincji. I tylko tyle. Sam rząd nie zrobił niczego konkretnego. Gdy pierwsza „solidarna” minister finansów, Teresa Lubińska, powiedziała kilka słów prawdy o takich – nazwijmy to po imieniu – g… wartych inwestycjach jak hipermarkety, to szybko pożegnała się ze stanowiskiem. A tego rodzaju „biznesy” są zupełnie bezproduktywne, jeśli nie wręcz szkodliwe z punktu widzenia dobrobytu Polski i jej obywateli.
Z kolei jedyną dziedziną gospodarki, w której rząd przedsięwziął faktyczne kroki, jest budowa autostrad. Pomijam w tym miejscu ekologiczne i społeczne aspekty inwestycji tego rodzaju, bo to temat na osobny artykuł. Faktem jednak pozostaje – zapisanym od kilku lat nawet w dokumentach tak „betonowej” i technokratycznej instytucji, jak Komisja Europejska – że nie zachodzi żaden wyraźny i niekwestionowany związek między budową autostrad a rozwojem gospodarczym danego kraju czy regionu. Biorąc pod uwagę ogromny koszt inwestycji oraz ich główne przeznaczenie (tranzyt towarów przez Polskę na linii Europa – Rosja), znacznie bardziej korzystne z punktu widzenia poprawy poziomu życia byłoby wyasygnowanie tej kwoty na gruntowne remonty już istniejącej infrastruktury drogowej i kolejowej. „Solidarny” rząd bardziej się jednak martwi, czy niemiecki TIR wygodnie dotrze do Rosji, niż tym, czy polski prowincjonalny przedsiębiorca zawiezie furgonetką swoje produkty do hurtowni odległej o 50 km, bez ryzyka urwania podwozia, a polski pracownik będzie mógł szybko i sprawnie dojechać pociągiem do firmy w sąsiednim miasteczku.
Osobna sprawa to oczywiście fetyszyzowanie wskaźników koniunktury, w tym nie tylko wspomnianego malejącego poziomu bezrobocia, ale także rosnącego PKB. Znów jest to coś, co tak naprawdę niewiele mówi o sytuacji w kraju. Wiadomo np. już bezspornie, że rosnące PKB nie musi przekładać się na wzrost poziomu zamożności czy poprawę kondycji ogółu społeczeństwa. Najbardziej wymownym przykładem są tu Stany Zjednoczone, gdzie nieustanny, znaczny wzrost PKB od wielu lat, nie zmienia faktu, iż znaczna część społeczeństwa dotknięta jest tam spadkiem siły nabywczej i obniżką płac realnych – większość owoców wzrostu gospodarczego skonsumowała wąska elita finansowa, nie zaś zwykli ludzie. Dlatego też zachwyty nad rosnącym PKB nie mają żadnej wartości dopóki nie wiemy, komu i jak bardzo polepszyło się dzięki temu – czy zyskali szeregowi pracownicy firm prywatnych, zatrudnieni w budżetówce i emeryci, czy może ci, którzy dotychczas już i tak byli nieźle sytuowani?
Gdzie mamy więc tę „Polskę solidarną”? Może w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego? A skądże – tu bezrefleksyjnie powtarza się fałszywe neokonserwatywne tezy, że wystarczy surowo karać przestępców, aby zapanował porządek. Tak jakby większość przestępstw popełniano z nudów, nie zaś wskutek biedy, braku perspektyw czy z powodu przyswajania złych wzorców osobowych w patologicznym środowisku. Oczywiście bandytów trzeba surowo karać bez żadnego pobłażania, by zapewnić społeczeństwu elementarne warunki bezpieczeństwa, a w szkołach choćby i odizolować kilku łobuzów, aby uniknąć zdemoralizowania całych klas. Ale jeśli minister sprawiedliwości neguje sam sens resocjalizacji skazanych, a minister edukacji uważa, że dzieci „złe” należy masowo oddzielać od „dobrych”, to nie jest to żadna „Polska solidarna”, lecz Dziki Zachód. Takich anty-solidarnych postaw i działań można by wymienić więcej – choćby w polityce zagranicznej (bezsensowne i kosztowne krwawe awantury na polecenie USA) czy zmianie stawek podatkowych, na których zyskali najzamożniejsi – ale już starczy.
Przyczyną takiego stanu rzeczy jest anachronizm ideologii PiS oraz obrana przez jego przywódców droga ku hegemonii na prawicy. Anachronizm ów jest dwojaki. Pierwszy ma oczywiście korzenie w biografii braci Kaczyńskich, ukształtowanych w latach walki z komunizmem, a później zmagających się z postkomuną. Nie zamierzam negować wielu faktycznych patologii III RP, związanych z brakiem konkretnego i stanowczego rozliczenia się z ludźmi i mechanizmami PRL-u. Bez wątpienia należy dokonać lustracji, ujawnić agenturę w polityce, mediach i gospodarce, wyjaśnić podejrzane aspekty działań postkomunistów, zwłaszcza ich niejawnych struktur. Być może nawet należy dokonać tego w pierwszej kolejności – moja wiedza o kulisach problemu jest niepomiernie mniejsza niż Prezydenta i Premiera, więc trudno mi wyrokować, czy najpierw mają być „rozliczenia”, czy może gospodarka lub socjal. Jednak ogólna wymowa wielu wypowiedzi i stanowisk PiS-owskiego trzonu obozu rządzącego nie pozostawia wątpliwości, że od wielkości do śmieszności jest tylko krok. Jeśli bowiem całą nędzę i rozpacz III RP tłumaczą brakiem lustracji lub działalnością WSI, to niestety widać wyraźnie, że poza myśleniem życzeniowym nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Już tylko przykład sąsiedniej NRD, gdzie lustracja była pełna i szybka, a bogate zachodnie Niemcy władowały w ów kraj miliardy marek, pokazuje, że sednem sprawy nie są agenci, układ i czerwona pajęczyna, lecz dużo poważniejsze procesy i zjawiska o wymiarze globalnym.
Tu dochodzimy do drugiej płaszczyzny anachronizmu PiS. Otóż zamiast Porozumienia Centrum, czyli partii nieufnej zarówno wobec prawicowego liberalizmu gospodarczego, jak i przesadnego konserwatyzmu kulturowego, mamy dziś liderów tamtego ugrupowania na czele „wielkiej partii prawicowej”. W jej szeregach nie tylko stricte politycznych, ale i w zapleczu eksperckim (może nawet bardziej w nim), można znaleźć całe mnóstwo postaci jakby żywcem skopiowanych z neokonserwatywnej matrycy. Mam na myśli zwolenników Busha, Thatcher i Reagana, praktykujących pokazowy katolicyzm oraz odnajdujących sens życia – choć być może chodzi tu o odwrócenie uwagi od faktycznych problemów – w wojowaniu z gejami, feministkami, pornografią, prezerwatywami, Islamem, podatkami progresywnymi itp. problemami, które nękają Polskę dniem i nocą. Ten intelektualny folklor, z racji na swoją „siłę rażenia”, wspartą dodatkowo przez podobną opcję LPR (której liderzy wychwalają Thatcher i wojują z teorią ewolucji), znacząco wpływa na publiczny wizerunek i linię programową partii, a mam też wrażenie, że pod jego presją sami Kaczyńscy zaczynają przechodzić na coraz bardziej jałowe pozycje. Paradoksalnie, najlepiej w obozie rządzącym wypada „chamska” i „głupia” Samoobrona. To właśnie jej liderzy znacznie więcej rozumieją ze współczesnego świata, bliżsi są myśleniu solidarnemu niż neoliberalnemu, nie zostali też naznaczeni przesadnym przywiązywaniem wagi do jałowych schematów antykomunizmu.
Cała kwestia ma jednak szerszy, globalny wymiar. Dzisiejsza lewica więcej rozumie z realiów naszego świata, ale nie ma pomysłów jak to zmienić, brakuje jej także zakorzenienia w społeczeństwie. Prawica zaś posiada oparcie w „ludzie”, który potrafi mobilizować atrakcyjnymi dla niego hasłami, lecz z kolei zupełnie nie radzi sobie z analizą rzeczywistości. Lewica prze do przodu, lecz jest małą grupką wyizolowanych intelektualistów, za którą nie podąża żaden tłum. Prawica ma za sobą masy, ale potrafi wraz z nimi jedynie dreptać w kółko. Można krytycznie oceniać sporą część analiz, a zwłaszcza propozycji autorstwa takich myślicieli, jak Žižek, Hardt, Wallerstein czy Bauman, ale w ich rozprawach widać próbę zrozumienia zmieniającego się świata i wypracowania rozwiązań adekwatnych do sytuacji. Z kolei myśl – jeśli można ją tak w ogóle nazwać – neokonserwatywna jest wobec realiów bezradna. Wywody Kagana, Scrutona, Sormana czy Legutki to po prostu, bez względu na reklamowy szum czy tytuły naukowe autorów, obraza dla elementarnej wiedzy o procesach społecznych i problemach współczesnego świata. Jeśli „na prawo” pojawi się jakiś faktycznie twórczy i odważny myśliciel, to – jak np. John Gray – sam ucieka z tak jałowego środowiska, w dodatku jest przez nie traktowany jako zdrajca i wyrzutek. No ale nie wymagajmy, żeby liderzy PiS czytali i rozumieli Graya, skoro nie dociera do nich nawet większość tego, co pisze „zakolegowana” Jadwiga Staniszkis…
Zamiast „rewolucji moralnej” będzie więc stagnacja banalna. Gdy do ogólnej niemocy prawicy w definiowaniu problemów dodamy polską manierę ślepego – bazującego na kompleksach – naśladownictwa oraz intelektualne uwikłanie w problemy z epoki minionej, to pewne jest, że nie czeka nas żadna całościowa zmiana na lepsze. Kaczyńscy mają jakieś pomysły na rozwiązanie problemów „z wczoraj”, ale niewiele mają ich „na dziś”, a jeszcze mniej „na jutro”. Nie będzie rządu przełomu – będzie rząd dreptania w kółko. Nie wystarczy mieć armat – kadr, poparcia społecznego i szumnych zapowiedzi. Muszą jeszcze być one celne.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 12 października 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wśród zgiełku dotyczącego tego, czy PiS „zblokuje” się w listopadowych wyborach samorządowych z Samoobroną i LPR, a PO z PSL, zaś SLD z SDPl i Demokratami, zupełnie zatraca się problem całkiem inny. Ten mianowicie, czemu powinny służyć wybory samorządowe. To chyba oczywiste, że służyć powinny demokracji lokalnej i ludowładztwu na najniższym, lecz podstawowym, rudymentarnym poziomie. Zamiast tego, służą promocji ogólnopolskich szyldów – nie są to wybory samorządowe, lecz partyjny skok na władzę w lokalnych społecznościach.
I nikt nie widzi w tym niczego złego. Odgórne próby kształtowania demokratycznego ładu na najniższym poziomie stają się przedmiotem krytyki tylko wtedy, gdy partia rządząca zamierza uchwalić rozwiązania prawne, które będą korzystne dla niej, mniej przychylne natomiast dla konkurentów z opozycji. Nikt jednak nie protestuje w sytuacji, gdy już dawno istnieją w ordynacji wyborczej zapisy dyskryminujące lokalne inicjatywy, a korzystne dla podmiotów ogólnopolskich. Żadna partia nie powie o tych zapisach złego słowa, bo wszak to właśnie im zawdzięczają rozciągnięcie sfery własnych wpływów także tam, gdzie „wielka polityka” powinna mieć dostęp mocno ograniczony.
O pierwszym problemie już wspomniałem. Media ekscytują się rozgrywkami między partiami w kontekście nadchodzących wyborów samorządowych. Czy PiS zyska, czy może straci? Czy PO da mu nauczkę? Czy LPR, Samoobrona i PSL uratują się dzięki nim przed dalszą degradacją? Czy postkomuniści dostaną od wyborców premię za jedność i sojusz z liberałami-etosiarzami? Jednym słowem: kto „weźmie” samorządy. Ten ostatni zwrot – powszechnie używany przez media i polityków – najlepiej obrazuje skalę degrengolady w myśleniu o społecznościach lokalnych i wyłanianiu ich przywództwa. Efekt jest taki, że język debaty o samorządności oraz sposób myślenia o niej kształtowany jest przez ogólnopolskie, głównie stołeczne podmioty, co sprawia, że zatraca się podstawowy sens lokalnej polityki.
Gdyby na tym można było poprzestać opisując problem zawłaszczania sfery „dolnej” przez „górną”, to pół biedy. Jest jednak znacznie gorzej. Regulacje dotyczące wyborów do samorządu lokalnego zawierają bowiem zapisy, które jawnie i w świetle prawa dyskryminują oddolne inicjatywy wyborcze. Już na starcie stawiają je szczebel niżej od podmiotów ogólnopolskich.
Co mówi ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw? W dziale I, o nazwie „Przepisy wspólne”, czytamy w Art. 78.: „1. Komitetom wyborczym, które zarejestrowały listy kandydatów w ponad połowie okręgów w wyborach do wszystkich sejmików województw, przysługuje również prawo do nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych w programach ogólnokrajowych Telewizji Polskiej i Polskiego Radia.; 2. Łączny czas nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych wynosi 15 godzin w Telewizji Polskiej i 20 godzin w Polskim Radiu”. Mówiąc wprost: jeśli lokalne komitety wyborcze wystawiają kandydatów do sejmiku wojewódzkiego w jednym lub kilku okręgach wyborczych, to ich jedyną bronią w walce o poparcie są własne materiały propagandowe, wytworzone za środki finansowe tegoż komitetu. Kontrkandydaci tychże komitetów, startujący z list zarejestrowanych w ponad połowie okręgów, oprócz własnych materiałów wyborczych mają do dyspozycji łącznie 35 godzin darmowej reklamy w publicznych mediach ogólnopolskich. Jak to się przekłada na równe szanse obu podmiotów – zwłaszcza w epoce, gdy radio i TV są jednymi z głównych narzędzi kształtowania opinii publicznej – nie trzeba chyba tłumaczyć.
To nie koniec. Art. 76. tej samej ordynacji mówi, iż: „Komitetom wyborczym, których listy kandydatów zostały zarejestrowane, przysługuje, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, prawo do nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych przez terenowe oddziały Telewizji Polskiej – Spółka Akcyjna i przez spółki publicznej radiofonii regionalnej /…/” . Niby tym razem mamy równość. Tak się jednak składa, że publiczna telewizja i radio nie mają oddziałów lokalnych, lecz jedynie regionalne, na poziomie województwa, sporadycznie w niektórych miejscach kraju posiadając swe dodatkowe ośrodki w większych miastach nie-wojewódzkich (głównie w byłych ośrodkach tego typu, sprzed reformy administracyjnej). W praktyce oznacza to, że o ile w wyborach do sejmików wojewódzkich wszyscy kandydaci mają szanse przedstawić swoje programy i pomysły potencjalnym wyborcom, o tyle publiczna telewizja i radio nie zaprezentują nam wszystkich kandydatów np. do rad gmin. Dowiemy się z nich tylko tyle, że takie czy inne duże podmioty – zarejestrowane w skali ponadlokalnej – zachęcają nas do głosowania na ich kandydatów w wyborach do m.in. tychże rad gmin. Znów więc w praktyce duży może więcej.
Co jeszcze ciekawego mówi nam ordynacja? Ano to, w artykule 79., iż: 1. Niezależnie od czasu przyznanego na nieodpłatne rozpowszechnianie audycji wyborczych każdy komitet wyborczy może, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, odpłatnie rozpowszechniać audycje wyborcze w programach publicznych i niepublicznych nadawców radiowych i telewizyjnych.; /…/ 5. Czas przeznaczony na rozpowszechnianie odpłatnych audycji wyborczych nie jest wliczany do ustalonego odrębnymi przepisami dopuszczalnego wymiaru czasu emisji reklam”. Widzimy więc, że komitety duże, ponadlokalne, oprócz darmowej promocji w mediach publicznych, mogą się do woli reklamować za pieniądze w tychże mediach, a także w prywatnych gazetach, rozgłośniach i stacjach, plus oczywiście za pomocą wszelkich innych materiałów, jak plakaty, ulotki czy billboardy.
Ktoś powie – i co w tym złego? To, że komitety ponadlokalne są na ogół komitetami partyjnymi. Duże partie polityczne otrzymują na swą działalność dotacje z budżetu państwa – wystarczy w wyborach parlamentarnych zdobyć powyżej 3% głosów, by te pieniądze dostać. Oprócz tego państwo pokrywa w niemałej kwocie wydatki na zaplecze dużych partii „w terenie”, w postaci biur poselskich i senatorskich. W wyborach lokalnych stają więc naprzeciwko siebie dwojakie podmioty: zamożne, finansowane w znacznej mierze z budżetu partie polityczne oraz niewielkie, lokalne inicjatywy, które mogą liczyć jedynie na środki własnych członków i sympatyków, a struktury i zaplecze (choćby lokale na zebrania) opłacać ad hoc z tychże środków.
To wszystko, co opisałem, gdyby ktoś jeszcze nie dostrzegł, nazywane jest równością praw. Zaiste, ciekawa to równość. Inicjatywy, które powinny być „solą tej ziemi”, tzn. powstawać oddolnie i naprawdę lokalnie w celu zdobycia wpływu na własną społeczność i zasady jej funkcjonowania, są jawnie dyskryminowane w wyborach samorządowych. Nikt z „wielkich” polityków się na to nie oburza, łącznie z rzekomymi miłośnikami decentralizacji państwa. Palcem w tej sprawie nie kiwnął Rzecznik Praw Obywatelskich. Nie spędza to snu z powiek różnej maści „uzdrawiaczom” ordynacji. Problemem dotyczącym większości, jeśli nie wszystkich obywateli, nie interesują się wszelacy specjaliści od „antydyskryminacji”.
Oczywiście partie nie są przybyszami z kosmosu. Część z nich ma silne, autentyczne struktury lokalne i sympatyków aktywnych politycznie na najniższych szczeblach podziału administracyjnego. W niektórych miejscowościach są one zapewne jednymi z niewielu form faktycznego zaangażowania obywateli w życie publiczne. Mają one także prawo starać się o wpływy polityczne w samorządach, choćby po to, żeby polityka centralna, ogólnopolska, mogła zostać „przełożona” na lokalne, odczuwane przez ogół obywateli, konkrety. Nie zmienia to jednak faktu, że polityka lokalna nie powinna być polityką partyjną. Choćby dlatego, że mnóstwo kwestii na poziomie społeczności lokalnych ma charakter „pozapolityczny”. Albo dlatego, że mnóstwo osób ze świetnymi pomysłami i zaangażowanych w działania na rzecz swoich miejscowości, nie ma ochoty na funkcjonowanie w łonie partii – obecna ordynacja już na starcie skazuje ich na gorszą pozycję w walce o to, kto będzie władał „na dole”.
Całkowita eliminacja wpływu odgórnych inicjatyw na lokalne realia to postulat zapewne utopijny, a także szkodliwy. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli polityka samorządowa nadal będzie zdominowana przez ogólnopolskie nazwy, pomysły i pieniądze, o demokracji lokalnej będzie można mówić jedynie z przymrużeniem oka. Stosunek wobec obecnie istniejących, wyżej wskazanych, daleko posuniętych wad ordynacji wyborczej, jest znacznie lepszym miernikiem tego, jak dana osoba czy inicjatywa postrzega kwestię faktycznego społeczeństwa obywatelskiego, niż cała związana z tym terminem atrapa w postaci górnolotnych deklaracji, wzniosłych haseł, mądrych konferencji i jeszcze mądrzejszych opasłych tomów z receptami na to, jak „ożywić społeczności lokalne”. Najpierw przestańcie je tłamsić, a wtedy dopiero zobaczymy, czy w ogóle istnieje problem ich odgórnego ożywiania.
przez Remigiusz Okraska | środa 27 września 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niedawno opublikowany przez „Życie Warszawy” zapis rozmów Jacka Kuronia z pułkownikiem-esbekiem Lesiakiem wywołał prawdziwą burzę. Długo można by o tym pisać, ale w kwestii PRL-owskiej przeszłości ograniczę się do kilku uwag, by później przejść do tego, co interesuje mnie bardziej.
Po pierwsze, nie czuję się upoważniony do oceny tego, co Kuroń robił „za komuny”. Sądzę też, że ludzie w moim wieku i młodsi, a więc tacy, którzy na własnej skórze nie poznali tamtych realiów jako osoby dorosłe, nie powinni zabierać głosu na podobny temat. Dziś łatwo jest potępiać, ganić, mądrzyć się i demonstrować odwagę – bo nic to nie kosztuje. Ktoś, kto choć raz nie dostał milicyjną pałą, nie miał w mieszkaniu esbeckiego kipiszu i nie spędził w celi choć „48”, powinien ugryźć się w język zanim oskarży Kuronia o zdradę, tchórzostwo, zaprzaństwo itd. W tej kwestii zgadzam się z osobami, które wyrażały oburzenie, gdy młodzi posłowie LPR-u dywagowali na temat odebrania Orderu Orła Białego współautorowi listu otwartego do Partii.
Nie zgadzam się natomiast z opiniami, że Kuroń powinien być w ogóle nietykalny, traktowany niczym świętość. Nie tylko on bowiem siedział w więzieniu, przeżywał rewizje i szykany – inne osoby zaangażowane w opozycję antykomunistyczną mają pełne prawo kwestionować zasadność i krytycznie oceniać wymowę nie tylko rozmów Kuronia z SB, ale i każdy inny aspekt jego działalności. A że część z nich ocenia bardzo krytycznie, wiadomo od dawna, zanim opinia publiczna poznała zapis wspomnianych rozmów.
Po trzecie, napawa mnie niesmakiem dwulicowość obrońców Kuronia. Dziś są oburzeni, gdy ktoś kwestionuje jego „świętość”, podważa autorytet, wątpi w geniusz i czyste intencje. Jacek – mówią – tyle dla Polski zrobił, tyle wycierpiał, tak się poświęcał, a teraz podli, mali i zawistni ludzie go opluwają. A ja się pytam, i też nie ukrywam swego oburzenia, jakim prawem różni „przyjaciele Jacka” opluwali po roku 1989 bez pardonu i bez zażenowania ludzi tej miary, co Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz, Kornel Morawiecki czy Jan Olszewski? Krytyka Kuronia jest traktowana jako niemalże zbrodnia przeciwko ludzkości – nie było jednak wedle tych samych osób niestosowne, gdy jakieś gnojki na pensji u Michnika wylewały kubły pomyj na szlachetnych ludzi, czyniąc z nich niemalże wariatów, nienawistników, wykolejeńców, mącicieli itp.
Po czwarte, nie widzę najmniejszego powodu, by Kuroń czy ktokolwiek inny pozostawał poza nawiasem zainteresowania historyków tylko dlatego, że wedle pewnej grupy jest on legendą. Albo można badać cokolwiek się zechce, albo są jakieś zakazy formalne lub umowne – i wtedy wracamy do realiów PRL-u właśnie. Doprawdy, zabawne, że w świecie, w którym można, a w pewnych kręgach wręcz wypada kwestionować istnienie Pana Boga, nie można powiedzieć złego słowa o Jacku Kuroniu…
Jak się jednak rzekło na wstępie, mniejsza o przeszłość PRL-owską. Dziś słyszę, że mam wybierać między „Polską Kaczyńskich” a „Polską Kuronia”. Przed takim wyborem stawiają mnie liderzy SLD, SdPL i Demokratów.pl, czyniąc to na użytek kampanii wyborczej, a wtórują im dziennikarze głównych mediów prywatnych. Cóż to jest jednak ta „Polska Kuronia”? Ano właśnie – w tym momencie kończą się żarty, a zaczynają schody. Zapewne beneficjenci III RP, do niedawna sprawujący realną władzę polityczną, mający ogromne wpływy w biznesie i dzierżący rząd dusz, są z „Polski Kuronia” zadowoleni. Ale trzeba doprawdy wiele, bardzo wiele tupetu, aby polecać ją zwykłym ludziom.
„Polska Kuronia” to bowiem ta Polska, w której około 20% obywateli w wieku produkcyjnym zostało pozbawionych pracy, czyli w większości przypadków także środków do życia. To Polska, w której ludzie biedni byli przez kumpli Kuronia traktowani jako ofermy i łajzy, same sobie winne. To ta Polska, w której dzieci w Bieszczadach, w byłym woj. słupskim, na Suwalszczyźnie i w wielu innych regionach – po prostu nie miały co jeść. To Polska, do której powróciły biedaszyby, stanowiące zjawisko szokujące dla jakiegokolwiek „zachodniego” cudzoziemca odwiedzającego region wałbrzyski. To Polska, w której dziesiątki zakładów przemysłowych uznano za nierentowne, co nie przeszkodziło, by wielu cwaniaków dorobiło się sporych fortun na ich rozdrapaniu. To Polska, w której tolerancją wycierano sobie gęby, ale każdy, kto kwestionował wywody liberalnych mędrków był nazywany oszołomem, faszystą czy po prostu wariatem. To Polska, w której autorytetami moralnymi byli przez lata późniejsi partnerzy Lwa Rywina w tzw. negocjacjach biznesowych. To Polska, w której za miesiąc ciężkiej pracy płaciło się 700 zł, albo i nie płaciło wcale, gdy taki akurat był kaprys Jaśnie Pana Pracodawcy. To Polska, w której państwowa policja na usługach prywatnego biznesmena pacyfikowała protest robotników w Ożarowie. Itd.
To właśnie była Polska Kuronia. W niej premier Mazowiecki wysłał policję, by rozbiła transporterami opancerzonymi blokady drogi pod Mławą, zorganizowane przez Solidarność Rolników Indywidualnych. W niej płk. Lesiak, już jako pozytywnie zweryfikowany oficer UOP, zajmował się rozbijaniem „niewygodnych” ugrupowań politycznych różnych – wbrew bzdurnej, obiegowej opinii o „inwigilacji prawicy” – opcji, m.in. Polskiej Partii Socjalistycznej, wówczas jeszcze będącej szansą na lewicę niekomunistyczną. W niej kumple Kuronia z „Gazety Wyborczej”, w imię wolności słowa i pluralizmu, odmówili zamieszczenia płatnych (sic!) ogłoszeń wyborczych komitetu „Poza Układem”, tworzonego przez Annę Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdę. To była Polska Kuronia.
I proszę nie opowiadać bajek, że na taką Polskę byliśmy skazani po 45 latach „komuny” – przykład leżących po sąsiedzku Czechu świadczy, że nie byliśmy, że można to było zrobić inaczej, lepiej. Ale trzeba było chcieć – Kuroń zaś, niczym filantrop z liberalnych opowiastek, wolał rozdawać zupy niż tworzyć sprawiedliwsze społeczeństwo. Mówić dziś większości społeczeństwa, że powinna wybrać „Polskę Kuronia” to tak, jakby napluć im w twarz.
Co więcej, jakby już mało było tej obłudnej farsy, w ramach obrony dobrego imienia Jacka Kuronia wyciągnięto z lamusa jego jakże mile brzmiące hasło „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. To piękne wezwanie, ale może ktoś z obrońców Kuronia zechce się zainteresować tym, jak jego idol pojmował owo hasło po roku 1989, gdy już negocjacje z „komuchami” – mniejsza o to, od kiedy trwające – zakończył sukcesem. Od kilkunastu reprezentantów różnych środowisk słyszałem, iż to właśnie Kuroń był u zarania III RP jednym z głównych oponentów oddolnych, niezależnych inicjatyw obywatelskich. Do niego właśnie, mając na uwadze dysydencką legendę, ujmujący sposób bycia i ideały głoszone przez lata, zgłaszali się ci, którzy na serio pojmowali wolność i myśleli, że skoro komuna wreszcie upadła, to można będzie stworzyć nową, lepszą Polskę. Zgłaszali się do Kuronia zwolennicy samorządu robotniczego, akcjonariatu pracowniczego, niehierarchicznych form edukacji, różnego rodzaju wolnościowych koncepcji samorządowych itp. Nie chodzi o to, że Kuroń ich nie poparł – być może zdawał sobie sprawę z utopijności takich rozwiązań w ogóle lub w tamtym okresie. Z relacji owych ludzi wiem jednak, że Kuroń okazywał im pogardę, a wręcz zwalczał ich. Oni nie chcieli palić komitetów, chcieli zakładać własne. Kuroń wolał natomiast popierać plan Balcerowicza, reformy wedle zaleceń Banku Światowego oraz tworzenie zrębów nowej oligarchii. Do opowieści o oddolnych inicjatywach wrócił dopiero po kilkunastu latach – wtedy, gdy jego ultraliberalna partia „etosiarzy” wylądowała na śmietniku, a społeczna energia zamiast w zakładaniu komitetów znalazła ujście w poparciu dla Samoobrony i LPR. Zdegustowani waleniem głową w mur, postawili tym razem na taran.
Nie mam pretensji do Jacka Kuronia, że popełniał błędy. To normalna rzecz, każdemu się zdarza, choć również każdy powinien zostać z nich rozliczony. Pretensję mam do tych, którzy kreują go na świętego, choć takowym nie był, a oni są zapewne w jeszcze mniejszym stopniu. Mam pretensję do tych, którzy proponują mi wybór „Polski Kuronia”. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycony „Polską Kaczyńskich” i mógłbym obecnej ekipie sporo zarzucić. Wiem jednak na pewno, że Polska nie tylko Kuronia, ale też Olejniczaka, Borowskiego i Frasyniuka była Polską złą i nie zasługuje na żadną obronę.
przez Remigiusz Okraska | piątek 8 września 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Powyższe zestawienie należy do tzw. kontrowersyjnych. Bo przecież „owsiakowcy” nie lubią „rydzykowców” i vice versa. Ale jeśli spojrzeć pod podszewkę zjawiska i odrzucić oklepane opinie, łatwo dostrzec, że więcej ich łączy niż dzieli. Łączą kwestie „klasowe”. Uczestnicy pielgrzymki Rodziny Radia Maryja i Przystanku Woodstock pochodzą z bardzo podobnych środowisk społecznych. To głównie reprezentanci „Polski B” – tych miejscowości, regionów, warstw i klas, które na różne sposoby są marginalizowane i lekceważone, dla których nie ma zbyt wiele miejsca w przestrzeni publicznej, o których nie troszczą się ani masowe media, ani wielki biznes, ani luminarze obecnego porządku.
Słuchacze Radia Maryja to w opinii mainstreamu zacofańcy, banda ciemniaków, tacy podludzie w Nowym Wspaniałym Świecie. Wierzą w zabobony, na które nie ma miejsca w XXI wieku. Myślą w prostych kategoriach dobra i zła, nie zaś wedle kanonów pluralizmu i tolerancji. Ich zachowania polityczne i sposoby artykulacji przekonań są „brutalne” – dalekie od atmosfery salonowych debat, gdzie grzeczni chłopcy i starsi panowie z warszawki różnią się pięknie, jedni są „lewi” a drudzy „prawi”, lecz wszyscy biorą pensję od Rapaczyńskiej, Wildsteina i Axela Springera.
Z kolei uczestnicy Przystanku Woodstock, choć milej widziani przez establishment, bo bliżsi mu na płaszczyźnie kulturowej, też nie są jego pupilkami. Nie ma z nich wielkiego pożytku, ponieważ nie dysponują wielką siłą nabywczą. To nie jest klientela stołecznych modnych klubów ani tzw. target wielkich firm odzieżowych czy muzycznych. To dzieciaki z mizernym kieszonkowym lub ich nieco starsi koledzy z miesięczną pensją między 600 a 900 zł, albo i bez jakiejkolwiek pensji.
Jedni i drudzy to „inny świat” – mieszkańcy peryferyjnych blokowisk, małych miasteczek i wiosek, często kiepsko wykształceni, bez znajomości i „pleców”, mocno osadzeni w realiach, które na salonach pojawiają się wyłącznie za pośrednictwem ckliwych reportaży w „Dużym Formacie” czy krzykliwych i sentymentalnych zarazem programów Elżbiety Jaworowicz.
Uczestnicy Przystanku Woodstock wierzą, że drużyna o. Rydzyka chciałaby wszelkich „odmieńców” palić na stosach. Słuchacze Radia Maryja są zaś przekonani, że „owsiakowcy” to banda hedonistycznych degeneratów. Oczywiście, że różnice między tymi grupami istnieją, choć na potrzeby interesów elit są mocno wyolbrzymiane i podsycane. Młodzież z Woodstocku buntuje się, bo taka jest natura młodzieży. Elity muszą jednak dbać o to, aby buntowała się „właściwie”, to znaczy tak, aby niewiele zrozumiała z dzisiejszego świata. Młodzież „owsiakowa” wierzy więc, że w Polsce głównym problemem jest urojony faszyzm, nie zaś realne pensje w wysokości 800 zł. Wierzy też, że za wszystkie nieszczęścia odpowiadają o. Rydzyk, Lepper i bracia Kaczyńscy. Co by to było, gdyby zrozumiała, że brak perspektyw i bezrobocie zafundował im Balcerowicz, nie zaś Kaczyńscy, że to nie Rydzyk, lecz Michnik jest właścicielem potężnego i bezkarnego medialnego imperium, że myślenie salonowych liberałów pokroju Witolda Gadomskiego jest dużo bardziej prostackie niż Leppera.
„Rydzykowcy” również dają się nabierać różnym hochsztaplerom, wierząc, że sedno sprawy tkwi w „obcości” wielkiego kapitału, nie zaś przede wszystkim w samych jego mechanizmach, obojętnie, czy będzie stała za nimi ponadnarodowa oligarchia, czy „układ” liberalno-postkomunistyczny, czy jakiś „prawdziwie polski” biznesmen. Dają sobie też wmawiać, że patriotyzm i przywiązanie do Polski polega na pustosłowiu, czołobitności wobec o. Rydzyka, obnoszeniu się z wizytami w kościele oraz pomstowaniu na „Gazetę Wyborczą” i SLD.
Nie trzeba wiele bystrości, aby dostrzec, iż ci, którzy wycierają sobie gębę tolerancją, są całkowicie nietolerancyjni dla swoich przeciwników. Nie trzeba być bardzo wnikliwym, aby zauważyć, że Monika Olejnik, która w tym roku odwiedziła młodzież na Woodstocku, nie jest żadną obiektywną dziennikarką, lecz pozbawioną skrupułów pracownicą liberalnej machiny propagandowej. Z drugiej strony, nie trzeba wiele bystrości, aby zauważyć, że seks nieletnich, narkotyki i alkohol nie potrzebują Woodstocku – wystarczą „porządne” dyskoteki, jakich pełno w każdym mieście. Dopóki „alternatywna młodzież” będzie widziała w Radiu Maryja złowieszczy faszyzm, a „Nasz Dziennik” w Przystanku Woodstock tylko demoralizację, dopóty liberalny establishment będzie zacierał ręce i cieszył się, że tak łatwo udaje się stosować odwieczną sztuczkę o nazwie divide et impera.
A co by było, gdyby tak oba środowiska się zreflektowały? Nie mówię, że powinny się pokochać. Ale mogłyby dostrzec, że wiele łączy je nie tylko w kwestii usytuowania w strukturze klasowej, czy – rozpatrując rzecz w kategoriach bardziej nowoczesnych – w schemacie „centrum – peryferie”. Mogłyby zauważyć, że również ich interesy grupowe są bardzo podobne. Bo jedni mogą nienawidzić „faszyzmu”, a drudzy „demoralizacji”, ale po pielgrzymce i Przystanku wrócą do tych samych bloków, miasteczek i wsi. Wrócą tam harować za 800 zł, siedzieć na bezrobociu (w tych regionach wyłącznie „strukturalnym”) lub kończyć szkoły produkujące bezrobotnych oraz pracowników 800-złotowych. Jednych i drugich czeka to, co John Steinbeck odmalował tak przejmująco w powieści o „Ameryce B” – „Gronach gniewu”: bieda, upokorzenie, wykluczenie, poniewierka za wyśnionym lepszym życiem.
Steinbeck pisał: „Ci ludzie, którzy są pewni wszystkiego i nie poczuwają się do żadnego grzechu to skurwysyny, i gdybym był Panem Bogiem, to kopniakiem w tyłek wyrzuciłbym ich z nieba. Nie ścierpiałbym takich”. Właśnie tacy ludzie napuszczają „owsiakowców” i „rydzykowców” na siebie. Może warto zrobić im psikusa i spuścić solidne manto, zamiast wyżywać się we wzajemnych atakach?
przez Remigiusz Okraska | środa 23 sierpnia 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Oczywiście doskonale rozumiem wielką satysfakcję różnych środowisk po ujawnieniu plamy na życiorysie niemieckiego pisarza. Grass należał do czołowych moralizatorów, wielokrotnie brał udział, a nawet przewodził medialnym kampaniom spod znaku grzebania w życiorysach i rozliczania różnych ludzi z błędów popełnionych w przeszłości. Szczególnie głupio wygląda, gdy ktoś czyni coś, co potępiał u innych. W tym konkretnym przypadku groteska jest wyjątkowa – były żołnierz Waffen SS zaangażowany w wieloletnie tropienie pozostałości i odradzających się przejawów faszyzmu. Jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus, „tego nie wymyślił Hašek” – to wymyśliło samo życie.
Nic dziwnego, że „sprawa Grassa” nie tylko oburzyła, lecz także sprawiła satysfakcję wielu środowiskom. Taką satysfakcję przeżywam ostatnio dość często również ja i znam jej słodki smak. Nie będę robił szczegółowego przeglądu, wspomnę tylko o kilku przypadkach „tematycznych”.
Oto np. stowarzyszenie ATTAC-Polska było kiedyś prężną inicjatywą antyglobalistów, skupiającą ludzi z różnych środowisk. Dziś jest niewielką grupką głównie skrajnych lewicowców, bo z organizacji tej „znikło” całkiem sporo działaczy, często w atmosferze zarzutów o sympatie skrajnie prawicowe. To zarzut z gatunku takich, których nie trzeba udowadniać, a jego siła rażenia jest ogromna. W ramach rozgrywek we wspomnianym ATTAC-u pojawiły się rewelacje o tym, kto gdzie publikował 10 lat temu, kto się z kim spotkał 5 lat temu, co się komu wydaje, a o kim ktoś coś – niekoniecznie prawdziwie, ale jednak – powiedział. Oczywiście sami zainteresowani i ich deklaracje nie miały tu nic do rzeczy. Sądy kapturowe tym się różnią od normalnych, że nie obowiązuje w nich ani prawo do obrony, ani też zasada domniemania niewinności. Skazać więc można każdego za cokolwiek, jeśli tylko ktoś inny ma w tym jakiś interes, nie posiada natomiast skrupułów.
Te starannie zaplanowane kampanie oszczerstw dotknęły m.in. „Obywatela”. Naszą „zbrodnią” było to, iż – zgodnie z intencjami, jakie przyświecały stworzeniu pisma – obok autorów o poglądach lewicowych drukujemy także teksty prawicowców, a polityczną poprawność i etykietki przyklejane przez liberalny establishment jego wrogom, mamy po prostu gdzieś. Tymczasem ci sami puryści, którzy nas i innych oskarżali niedawno o „faszyzm”, obecnie intensywnie współpracują ze związkiem zawodowym „Sierpień ‘80” i Polską Partią Pracy (PPP). To ciekawy sojusz, bo liderzy związku i partii zaledwie kilka lat temu umizgiwali się do skrajnego prawicowca z Francji, Jean Marie Le Pena oraz tworzyli sojusz wyborczy z ultranacjonalistami z Narodowego Odrodzenia Polski. Obecne szefostwo polskiego ATTAC zachłystywało się oburzeniem na „Obywatela”, jednak dziś paraduje na wspólnych demonstracjach np. z wiceszefem PPP, Mariuszem Olszewskim, który nie dość, że zaliczył epizod „lepenowski” i „nopowski”, to w dodatku był wieloletnim działaczem oraz posłem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Jak łatwo sprawdzić, liderzy wspomnianych sojuszniczych formacji ATTAC-u współpracowali z „faszystami” znacznie intensywniej niż my. No i co? No i nic. Nie tylko są równi i równiejsi, ale w dodatku ci równiejsi mogliby się przyzwoitości uczyć chyba nawet od pań lekkich obyczajów.
Podobną satysfakcję odczuwam, gdy w „Midraszu”, miesięczniku polskich Żydów, czytam, że czasopismo „Rewolucja” zamieszcza – zdaniem redakcji „Midrasza” – cytuję: „publikacje antysemickie”. Mam tę satysfakcję, gdyż owa „Rewolucja” jest wydawana przez Fundację Książka i Prasa, której ludzie w ramach wspomnianej nagonki w łonie ATTAC przewodzili potępianiu „Obywatela”, będąc autorami kilku donosów zawierających ordynarne manipulacje. Ba, z wydawnictwem, które odpowiada za edycję czasopisma z publikacjami – wedle „Midrasza” – antysemickimi, współpracuje sam Rafał Pankowski, jeden z czołowych polskich „miotaczy” oskarżeń o antysemityzm. Jak widać, z tą czujnością „antyfaszystowską” bywa bardzo różnie – dziwnie łatwo przymyka się na nią oko, gdy chodzi o własnych kumpli czy sponsorów.
Wznosząc się o kilka stopni wyżej i wracając do głównego wątku, z satysfakcją czytam, jak Michnik Adam poucza Wałęsę Lecha. Redaktor „Gazety Wyborczej” tłumaczy, że ex-prezydent nie powinien postponować Grassa. Wiele osób popełnia w młodości błędy, jednak nie powinny one przekreślać człowieka na całe życie. To interesująca deklaracja, gdyż gazeta Michnika Adama jak dotychczas chętnie rozliczała swoich przeciwników z błędów młodości.
Kilka miesięcy temu na przykład opisała w alarmistycznym tonie, jak pewien poseł Samoobrony, w wieku lat bodajże siedemnastu – dokładnie 12 lat temu, w dodatku w celach zarobkowych, jak twierdzi sam zainteresowany – przetłumaczył z języka obcego jakąś broszurkę narodowo-socjalistyczną. Artykuł w „Wyborczej” sugerował nie tylko, że poseł Mateusz Piskorski był wówczas zadeklarowanym hitlerowcem, lecz również i to, że podobne ciągotki nie są mu obce aż po dziś dzień. Sęk w tym, że poseł ów obecnie ma poglądy raczej lewicowe niż prawicowe, a od wielu, wielu lat nie zdradza ani cienia sympatii dla hitleryzmu. Ponieważ jednak „Gazeta Wyborcza” nie lubi Samoobrony, to czemuż nie pogrzebać w domniemanych błędach młodości jej działaczy.
Podobne przykłady, będące przyczyną trudnej do pohamowania Schadenfreude, mógłbym wymieniać dalej. Nie dziwi mnie więc, że wpadka Grassa wywołała tyle satysfakcji – ledwo skrywanej za oburzeniem – wśród wielu ludzi i środowisk. Nie zamierzam jednak w tym nastroju pozostawać, ani też podkręcać go i wyzłośliwiać się nad Grassem. Grzebanie się w obrzydliwej hipokryzji kilku wspomnianych grupek również pozwoliłem sobie wykonać po kilku latach dość cierpliwego znoszenia wielu chamskich ataków z ich strony (opisałem zaledwie wierzchołek góry lodowej).
Na co dzień zamiast takiego bagienka zdecydowanie wolę te ideały i standardy, które popularyzował i własnym przykładem poświadczał George Orwell. Zamiast wspierania prymitywnej szermierki przy pomocy „argumentów” spod znaku czyjegoś pochodzenia, sytuacji osobistej, wytykania błędów z lat dawno minionych etc., autor „Folwarku zwierzęcego” akcentował uczciwość w rozpatrywaniu racji swoich oponentów. Bywało wielokrotnie tak, że choć identyfikował się z lewicą, potrafił przyznać rację konserwatystom, a nawet ostro skrytykować w takich sporach ludzi ze swojego obozu politycznego, jeśli tylko używali naciąganych i fałszywych argumentów. Co prawda Orwell już od dawna nie może nam tych zasad przypominać na bieżąco, ale takie sytuacje, jak obecna „afera Grassa”, prowokują do ponownego przemyślenia jego postawy. Bo problem ten – inaczej niż autor „Roku 1984” – jest nieśmiertelny, a mam wrażenie, że wręcz się nasila.
Może wreszcie należałoby wprowadzić do polityki i debaty publicznej nieco rozsądku i dobrej woli. Nie wierzę w świat bezkonfliktowy. Nie mam nic przeciwko ostrym sporom, a wręcz przeciwnie – uważam je za kwintesencję faktycznej demokracji. Ale jakoś nieszczególnie utopijna wydaje mi się taka sytuacja, kiedy media wszelkich opcji politycznych zajmują się w znacznie większej mierze merytorycznymi argumentami swoich przeciwników oraz ich równie merytorycznym odpieraniem. Rezygnują natomiast z wyciągania im mało istotnych błędów młodości, z grzebania w życiu osobistym, z bezmyślnego obrzucania epitetami (lewak, faszysta, populista, liberał, komuch, katol, itd.), z preparowania – za pomocą przemilczeń czy wyrywania z kontekstu – fałszywej wizji ich poglądów. Oczywiście nie zawsze można tak uczynić. Trudno pomijać np. 30-letnią karierę w ramach PZPR jakiegoś faceta, który dziś przybiera pozę bojownika wolności i swobód obywatelskich. Równie trudno nie dostrzegać licznych świństewek paniusi, która kreuje się na arcykatolicką ostoję moralności. Ale na pewno można sprawić, żeby tego rodzaju kwestie nie stanowiły clou debaty publicznej.
Nie ma powodów, by nie wierzyć, że służba w SS była dla nastoletniego Güntera Grassa faktycznie błędem młodości, a sam pisarz swą wieloletnią działalnością dał dostateczne świadectwo, iż z owego błędu dawno wyrósł. Nie uważam, aby autora „Blaszanego bębenka” należało okładać ciosami potępień i wyrzutów. Chciałbym jednak, żeby na tej samej zasadzie zakończyć ocenianie dorobku Heideggera przez pryzmat przejściowej fascynacji hitleryzmem, a Sartre’owi przestać wypominać podobną wpadkę ze Stalinem. Nie chodzi o to, by udawać, że takie fakty nie miał miejsca. Wystarczy, że o nich wiemy, lecz nie powinny stanowić argumentu w sporze z całokształtem koncepcji filozoficznych czy poglądów politycznych owych myślicieli. W przeciwnym razie zamiast debat mamy denucjacje, zamiast demokracji – wojny gangów.
Ludzie błądzą, mylą się, robią głupstwa, mają swoje słabości, lekkomyślnie wybierają różne „drogi na skróty”. Wszyscy ludzie – także niżej podpisany, także ci, którzy o głowę przerastają mnie intelektem, prawością charakteru i odpornością na rozmaite pokusy. Nie ma potrzeby przymykać na to oczu – nie ma też potrzeby przekreślać żadnego człowieka na całe życie. A przede wszystkim nie powinno się zamieniać życia publicznego w nieustający pokaz różnych mało istotnych brudów, wyciąganych skąd się da i chyba tylko w takim celu, aby stworzyć przeświadczenie, że dokoła są same łotry. I taką lekcję warto chyba wyciągnąć ze „sprawy Grassa”.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 31 lipca 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska, nr 75 (lato-jesień 2017)
Niedawno podczas obchodów 30. rocznicy robotniczego, antykomunistycznego buntu roku 1976, zorganizowanych w Ursusie, jeden z mówców nazwał dawnych twórców Komitetu Obrony Robotników „garbatonosymi szczurami, które wypełzły na styropian i twierdzą, że to oni są twórcami Solidarności”. Po tej antysemickiej aluzji dodał jeszcze, że robotniczy zryw zawłaszczyli „syjoniści”, którzy dorwali się do władzy i zepchnęli szerokie rzesze społeczeństwa w otchłań nędzy.
Takie brednie słyszę często. Docierają do mnie w postaci odezw i apeli „prawdziwych Polaków”. Natrafiam na nie podczas przeglądania „patriotycznych” stron internetowych. Ich wymowa jest zawsze podobna: dobry, zdrowy zryw super-polskiej „Solidarności” zepsuli, zdradzili i wykoleili źli Żydzi. Ci Żydzi, którzy rzekomo czyhali na polskie dokonania, to – według głosicieli takowych teorii – mniej więcej środowisko dzisiejszej „Gazety Wyborczej”.
Szczytem takiego „patriotycznego” absurdu był list, jaki otrzymałem, gdy rok temu organizowaliśmy niezależne obchody 25. rocznicy powstania „Solidarności”. Jego autor proponował, byśmy obchody „uświetnili” wystawieniem dramatu „Zmartwychwstanie” autorstwa Lusi Ogińskiej, w reżyserii Bohdana Poręby. Nie znam owego dramatu, więc o samym „Zmartwychwstaniu” nie powiem nic – ani złego, ani dobrego. Jednak autor listu proponował ni mniej ni więcej, aby rocznicę powstania antykomunistycznej „Solidarności” uczcić reżyserskim dziełem byłego lidera i twórcy antysemickiego stowarzyszenia „Grunwald”. Tego samego „Grunwaldu”, który w swych działaniach popierał „narodową” frakcję partii komunistycznej, a „Solidarność” zwalczał zajadle od samego początku. Równie dobrze można by na uczczenie obchodów rocznicy powstania Armii Krajowej zaprosić jakiegoś gruppenführera SS.
Nie jestem w stanie powiedzieć dobrego słowa o „Gazecie Wyborczej” czy o tej części dawnego KOR-u i „Solidarności”, która później utworzyła Unię Wolności i jej przeróżne polityczne, gospodarcze i kulturalne odnogi. To oni promowali skrajnie neoliberalny model gospodarczy, którego skutkiem jest upadek wielu gałęzi przemysłu i bezrobocie setek tysięcy osób, pozbawionych wraz z rodzinami środków do życia. To im zawdzięczamy tak szkodliwą strukturę własności banków, mediów czy sektora energetycznego, jakiej nie spotkamy w żadnym innym normalnym państwie. To oni przekonywali nas, że patologie wolnego rynku są nieuniknione i dotykają wyłącznie nieudaczników i półanalfabetów. To ludzie tego środowiska odpowiadają za kastowy system kooptacji członków polskiej elity politycznej, gospodarczej i kulturalnej, na szczęście od niedawna ulegający pewnej destabilizacji. To środowisko zrobiło po roku 1989 najwięcej dla zeszmacenia ideałów Sierpnia, choć to właśnie oni powinni bronić ich najmocniej. To oni wreszcie są przykładem wyjątkowch w skali cywilizowanego świata pogardy i arogancji okazywanych reszcie społeczeństwa, która „nie dorosła” do światłych standardów salonowych mędrków.
Nie chcę tu powiedzieć, że wszelkie nieszczęścia trapiące Polskę są efektem działań diabolicznych „michnikowców”. Ale skala problemów wynikających bezpośrednio z decyzji i poczynań tego środowiska jest ogromna. I jest to kwestia nie tyle już nawet czyjejś moralnej zdrady, dorwania się do władzy czy forsy. To przede wszystkim problem wielu ludzkich tragedii, przegranych losów, zablokowania możliwości normalnego życia na kilka pokoleń do przodu itp.
Jednak to wszystko nie jest pochodną tego, że ktokolwiek z owego środowiska jest Żydem (faktycznie lub wedle czyichś urojeń) czy „syjonistą”. Ocenianie ludzi przez pryzmat ich prawdziwego lub domniemanego pochodzenia jest obrzydliwe moralnie. Nikt z nas nie wybiera, kim się urodzi, nie ma też na świecie żadnej nacji, która byłaby „genetycznie” gorsza od innych. Taka argumentacja jest w dodatku wyjątkowo karygodna w tym konkretnym miejscu na ziemi, w którym kilkadziesiąt lat temu z przyczyn rasistowskich zamordowano miliony osób – nie tylko Żydów, ale także Polaków, bo i naszych przodków „nadludzie” uznali za gorszych i bardziej podatnych na różne szkodliwe ciągotki.
Wielokrotnie występowałem publicznie przeciwko nadużywaniu oskarżeń o antysemityzm i ciągotki faszystowskie. Mówiłem i pisałem, że to swoista wunderwaffe różnych cwaniaków, którzy chcą odwrócić uwagę od własnych niecnych postępków oraz załatwić przeciwnika w sposób najprostszy, a przy tym wyjątkowo chamski. Nie był to w Polsce problem urojony – media establishmentu w niemal jednym rzędzie stawiały najbardziej paranoicznych tropicieli spisków żydowskich oraz osoby, które były zupełnie wolne od takich obsesji, lecz nie godziły się na liberalny dyktat ideowy (wystarczy wspomnieć w tym miejscu Jarosława Marka Rymkiewicza, Cezarego Michalskiego czy Ryszarda Legutkę). Do dziś uważam, że oskarżenie adwersarza o faszyzm to w większości przypadków próba ucieczki przed rzetelną odpowiedzią na jego argumenty. Sam problem faszyzmu ma charakter marginalny i rozdmuchiwany jest dla celów czysto politycznych, o osobistych karierach i porachunkach tzw. antyfaszystów nie wspominając. Zresztą na własne oczy widziałem, że wiele metod z arsenału faszystów (jak cenzura, sądy kapturowe, odpowiedzialność zbiorowa, kampanie oszczerstw i pomówień) stosują środowiska, które tolerancją i wolnością wycierają sobie usta na każdym kroku.
Przeciwny jestem także jakimkolwiek tabu w relacjach polsko-żydowskich, i to „w obie strony”. Czy będzie to sprawa domniemanego udziału Polaków w zbrodniach popełnianych na Żydach podczas okupacji i po jej zakończeniu – nie mam aż tak idealistycznego obrazu naszego kraju, by z góry zakładać, że na pewno nie znalazły się tu żadne męty i łotry, zwłaszcza w czasach wojennego i powojennego rozprężenia moralnego. Czy będzie to kwestia zwrotu mienia pożydowskiego – po 60 latach, w sytuacji, gdy większość dawnych właścicieli nie żyje, a ich potomkowie nie mieszkają już tutaj, w dodatku w kraju tak biednym. Czy będą to wciąż dość rozpowszechnione wśród prostego ludu najbardziej paranoiczne stereotypy o Żydach – zetknąłem się z nimi zbyt wiele razy, by udawać, że wszystko jest OK. Czy będzie to dorabianie Polakom gęby krwiożerczych antysemitów lub wręcz sojuszników nazistów, pomijając wielowiekową tradycję tolerancji na naszych ziemiach oraz wielką skalę pomocy Żydom podczas wojny. I tak dalej – o tym wszystkim powinno się swobodnie dyskutować, bez wiszącej nad interlokutorami groźby oskarżeń o antysemityzm lub „zdradę narodową”. Ani Żydzi nie powinni być traktowani jak święte krowy, ani Polacy nie powinni być uznawani za nosicieli samych cnót.
Nie zmienia to jednak faktu, że argumenty faktycznie antysemickie zasługują na jednoznaczne potępienie. Kanalie są wśród Polaków, kanalie są wśród Żydów, kanalie są wśród Rosjan, Amerykanów czy Szwajcarów – w podobnych proporcjach, w podobnej skali szkodliwości. Ewidentne zło, będące efektem poczynań ekipy Michnika nie ma podłoża „semickiego” czy „syjonistycznego”. Nawet jeśli zostawimy na boku powyższe argumenty natury moralnej, wywody o „garbatonosych szczurach” (do złudzenia przypominające propagandę hitlerowską) nie mają żadnego sensu logicznego. Pochodzenie redaktora „Gazety Wyborczej” jest powszechnie znane, on sam wielokrotnie mówił o swoich żydowskich korzeniach. I co z tego wynika, skoro równie „podejrzany” biogram ma Ludwik Dorn, jedna z czołowych postaci opozycji anty-michnikowskiej, która patologie naszej rzeczywistości potępiała już wtedy, gdy większość obecnych „prawdziwków” w swym kretynizmie głosowała bez najmniejszej refleksji na Mazowieckiego lub Wałęsę z Wachowskim. Jaki sens mają wywody o konflikcie „syjonistów” z „prawdziwymi Polakami”, skoro „genetycznej polskości” nie można odmówić takim czołowym postaciom obozu Michnika, jak Balcerowicz czy Kuroń?
Na tym właśnie polega problem. Ludzie, którzy pracowicie tropią spiski żydowskie, grzebią w życiorysach do siódmego pokolenia wstecz, tłumaczą świat za pomocą rasowo-genetycznych formułek, tak naprawdę wyrządzają krzywdę przede wszystkim samym sobie. Bo nie rozumieją zupełnie nic. Może się oczywiście zdarzyć jakiś spisek autorstwa przedstawicieli dowolnej nacji. Jeśli jednak ktoś uważa, że problemy zachodzące w skali Polski – o świecie nie wspominając – tłumaczyć można przez pryzmat czyjegoś pochodzenia (zresztą „żydowskość” to termin, który niczego nie tłumaczy, bo między ortodoksyjnie religijnym Żydem-judaistą a „genetycznym” Żydem zeświecczonym istnieje ogromna przepaść), ten przypomina człowieka, który chciałby przepłynąć ocean w łupinie od orzecha.
Nic dziwnego, że idolem takich środowisk stają się „myśliciele” pokroju Stanisława Michalkiewicza, którego teksty roją się od „antysyjonistycznych” aluzji. Michalkiewicz przeciwko ekipie Michnika wyciąga „argumenty” spod znaku pochodzenia dziadków czy ojców jej członków, a jednocześnie jest jednym z liderów Unii Polityki Realnej, której propozycje gospodarcze są o wiele gorsze niż najbardziej szkodliwe pomysły Balcerowicza. Ale przecież pan Stanisław tak dużo i barwnie pisze o „starozakonnych” i „Sanhedrynie”, że jego „antysyjonistyczni” wielbiciele, zaczadzeni tego rodzaju „mądrościami”, gotowi są poprzeć swego ulubieńca nawet wtedy, gdy chciałby im założyć na szyję sznur. Być może na czysto polskim, prawdziwe narodowym sznurze niektórym dynda się przyjemnie…
Myślenie w kategoriach interesu zbiorowego nie jest ani anachronizmem, ani jakimś Ciemnogrodem. Staje się nimi dopiero wtedy, gdy zamiast oceny zasług lub błędów konkretnych ludzi czy środowisk zaczyna przybierać formę prostackich teorii rasowych i wyznaniowych. Odmawiam udziału w takiej grze. Odmawiam jako człowiek z kraju chrześcijańskiego, czyli kultury, która opiera się m.in. na stwierdzeniu „nie masz Żyda ani Greka”, lecz konkretnych ludzi z ich wadami i pomyłkami, z osobistą odpowiedzialność za życiowe decyzje. Odmawiam jako Polak, bo znam zbyt wiele „czystych etnicznie” kanalii i zbyt wielu porządnych ludzi „obcego pochodzenia”.
Odmawiam więc udziału w nagonce na Michnika jako Żyda czy „syjonistę”. On i jego środowisko zasługują na surowe rozliczenie z tego, co zrobili. Ale jeśli takim rozliczeniami zajmują się antysemici, a ich „argumenty” dotyczą pochodzenia etnicznego – staję w obronie ludzi, których nie cierpię i przez których miałem wątpliwą przyjemność być atakowanym.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 10 lipca 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Minister środowiska, prof. Jan Szyszko, wydał zgodę na budowę nowej kolei linowej na Kasprowy Wierch. W ten sposób zezwolił na jedną z bardziej szkodliwych inwestycji w miejscach przyrodniczo cennych w Polsce. Ale w tej decyzji chodzi nie tylko o to jedno miejsce. Jest ona wyrazem szerszego trendu, który cechuje środowiska zwące się konserwatywnymi. Nie szanują wartości, choć uwielbiają sobie wycierać nimi gębę.
Kolejkę na Kasprowy zbudowano w międzywojniu. Dokonało się to dzięki politycznym szwindlom – pomysłodawca, niejaki Bobkowski, był zięciem prezydenta Mościckiego. Przeciwko tej inwestycji protestowały setki osób ze świata nauki i kultury, w tym tak zasłużone dla Polski, jak np. prof. Władysław Szafer, nestor krajowej ochrony środowiska. Do dymisji na znak protestu podała się wówczas cała Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Nie mogło być inaczej, gdyż Tatry to zarówno jeden z najcenniejszych ekosystemów w Polsce (a Kasprowy Wierch to z kolei swoista „perła w koronie” tatrzańskiej przyrody), jak i symbol troski o takie dziedzictwo. To właśnie nasze najwyższe góry były pierwszym obszarem, który zyskał ochronę w postaci regulacji ustawowych oraz stał się przedmiotem licznych działań społeczników.
Kolejka jeździ do dzisiaj. Jeździ, choć jej wpływ na przyrodę jest szkodliwy, co bezspornie wykazały liczne badania najlepszych krajowych fachowców-przyrodników, jak choćby prof. Zdzisław Mirek z Instytutu Ochrony Przyrody PAN. Negatywne skutki masowego – bo taki on właśnie jest, skoro kolejka wwozi na szczyt Kasprowego 180 osób na godzinę – ruchu turystycznego są potwierdzone nie tylko analizami naukowymi, lecz także widoczne gołym okiem. Wystarczy obejrzeć wydeptaną kopułę szczytu góry, zdewastowane stanowiska kosodrzewiny (chronionej prawem) czy smar wsiąkający w ziemię u podnóża podpór kolejki; wystarczy popatrzeć na hałaśliwe hordy – większość z nich to pasażerowie kolejki, nie zaś piesi turyści, co można bez trudu stwierdzić, gdy tylko spojrzymy na ich odzież i obuwie. Przypominam: to nie jest pierwszy lepszy punkt widokowy, nijaka górka, jakich wiele – to jedno z najcenniejszych miejsc przyrodniczych w Polsce, samo serce parku narodowego (najwyższa prawna forma ochrony), ekosystem niezwykle wrażliwy na ingerencję.
Ale na tym nie koniec – za mało było kilkudziesięciu lat zmasowanej presji. Od mniej więcej dekady trwają starania, żeby podwoić dotychczasową wydajność kolejki. Już nie 180, lecz 360 pasażerów na godzinę ma wjeżdżać na Kasprowy. Argument jest oczywisty – obecnie często trzeba stać w długiej kolejce, aby dostać się na szczyt. A przecież ludziom „się należy” – myśląc w ten sposób, można równie dobrze wzywać do tego, żeby na Wawelu wybito w zabytkowych murach kilka dodatkowych wejść, a chętnych wpuszczać tam bez żadnych ograniczeń, im więcej, tym lepiej, niechby mieli wszystko zadeptać i roznieść w proch i pył.
Oczywiście „dobro ludzi” to jedno. Faktycznie iluś tam „turystów” jest przekonanych – skoro się ich na okrągło o tym przekonuje – że mogą wejść wszędzie, w dowolnej ilości, wedle zachcianek. Ale nie tylko o nich tu przecież chodzi. Większa przewozowość kolejki to podwojenie sprzedaży biletów, czyli większy zysk firmy Polskie Koleje Linowe S.A. Używa ona argumentu, że urządzenie trzeba wyremontować, bo jest stare. Być może trzeba – tylko dlaczego nie wyremontować go bez zwiększania mocy? Ano dlatego, jak twierdzi PKL, że tylko większe przyszłe zyski pozwolą uczynić wydatki na remont racjonalnymi – ale dlaczego społeczeństwo mają obchodzić biznesplany i rentowność jakiejś kliki? Ciekawy jest też zabieg słowny, gdyż cały czas mówi się o „przebudowie” lub „remoncie”. Faktycznie jednak będzie miała miejsce budowa całkiem nowej kolei.
Przeciwko rozbudowie kolejki na Kasprowy są wszystkie istotne organizacje ekologiczne w Polsce (i te „radykalne”, i te „ugodowe”), znakomita większość znanych krajowych naukowców-przyrodników, również rozmaite sondaże wykazały, że przeważająca część opinii publicznej wcale nie życzy sobie takiej ingerencji w serce Tatr. Sama inwestycja dokonuje się jeśli nie z ewidentnym pogwałceniem prawa, to przynajmniej przy jego żenującym, widocznym naginaniu. Kolejne rządy jednak nie storpedowały inicjatywy PKL-u – grzecznie wydają pozytywne opinie, odrzucają zastrzeżenia, przemilczają protesty społeczne, lekceważą argumenty wybitnych specjalistów.
Kilkanaście dni temu dokonała się kolejna odsłona tego procesu. Minister Środowiska wydał zgodę na budowę kolei linowej, wieńcząc w ten sposób ciąg licznych cząstkowych decyzji, które przybliżały do celu zwolenników inwestycji. Prace budowlane ruszą lada moment. Co prawda organizacje ekologiczne zaskarżyły cały proceder do Unii Europejskiej, ale szczerze mówiąc przypomina mi to pisanie na Berdyczów – co najwyżej Polska zapłaci jakieś kary, z naszych wspólnych pieniędzy, a kolejka i tak będzie funkcjonowała.
Decyzja ministra nie jest zaskoczeniem. Gdy kilka lat temu zbieraliśmy podpisy naukowców pod apelem przeciwko rozbudowie kolejki, skierowanym do jednego z poprzednich szefów tego resortu, prof. Szyszko jako jeden z nielicznych uznanych specjalistów od ochrony środowiska odmówił sygnowania dokumentu, argumentując to mętnie brakiem alternatyw i koniecznością „rozwoju lokalnej społeczności”. Dodam, że apel ów podpisało ponad stu wybitnych naukowców o bardzo różnych sympatiach politycznych – można powiedzieć, że w ostatnich latach była to jedna z niewielu tego typu inicjatyw, która dokonała się ponad tradycyjnymi podziałami, stanowiąc piękny wyraz troski o dobro wspólne i polskie dziedzictwo.
Argumenty przeciwko budowie kolejki są znane – kolejne rządy otrzymywały opinie, analizy, petycje, apele. Ukazały się liczne publikacje prasowe, głos przeciwko inwestycji zabierano w pracach naukowych, na konferencjach przyrodniczych, odbyły się demonstracje itp. Nikt z decydentów nie może powiedzieć, że błędne i szkodliwe rozwiązania popiera wskutek niewiedzy czy nieświadomości. Nie ma też wyboru typu „albo – albo”, bo przeciwnicy budowy kolejki twierdzą, że skoro już funkcjonuje, to niech zostanie wyremontowana, lecz bez zwiększania mocy przewozowych. Nikt więc nic nie straci – ani lokalna społeczność nagle nie zbiednieje, ani starcy, kobiety w ciąży i niepełnosprawni nie zostaną pozbawieni możliwości wjazdu na Kasprowy. Spółka PKL też nie straci, po prostu dłużej potrwa proces zwrotu kosztów inwestycji. Jeśli natomiast nie zwiększy się przewozowości, to bezcenna tatrzańska przyroda nie ucierpi znacznie bardziej niż dotychczas. Wydawałoby się więc, że problemu nie ma i kto jak kto, ale minister środowiska nie powinien w imię interesu prywatnej firmy zezwalać na takie zamiary.
Jak wspomniałem na wstępie, cała sprawa ma jednak szerszy wymiar niż spór między biznesmenami-technokratami a obrońcami przyrody. Jest to bowiem spór o wartości. Spór o dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe (czym są Tatry w polskiej kulturze – nie muszę chyba tłumaczyć), o pojmowanie dobra wspólnego, o przestrzeganie prawa, o respektowanie opinii publicznej. Nie jest to spór „prawaków” z „lewakami”, choć ekologów często przedstawia się jako tych ostatnich, co konserwatystów zwalnia, we własnym mniemaniu, z rozpatrywania ich argumentów. Lewakami nie byli ani pierwsi obrońcy tatrzańskiej przyrody, jak prof. Szafer czy Jan Gwalbert Pawlikowski, ani nie są nimi ich dzisiejsi następcy (życzyłbym sobie, aby prawicowy minister Szyszko odwoływał się tak głęboko do tradycji chrześcijańskiej czy patriotycznej, jak czyni to czołowy przeciwnik rozbudowy kolejki, wspomniany prof. Mirek).
Polską rządzi ekipa, która sferę wartości akcentuje nader często, swoją tożsamość budując m.in. na symbolicznej opozycji wobec adeptów „anty-wartości”. Mamy więc wzniosłe hasła, celebrowane z rozmachem rocznice, mamy epatowanie historią, tradycją i wezwania do wierności im, w szkołach będą „wychowywać patriotycznie”. Nie wymagam od władzy cudów. Wiem, że na wszystko trzeba czasu, a kadencja parlamentu jest krótka, zaś łaska elektoratu na pstrym koniu jeździ. Wiem też, że przedwyborcze hasła i obietnice to jedno, a realna praktyka rządowa to coś odmiennego. Wiem wreszcie i to, że w polityce chęci a możliwości nie są tym samym, bo każda, nawet najsilniejsza władza zderza się z przeróżnym „oporem materii”. Ale w tym konkretnym przypadku problem nie tkwi w niekorzystnym układzie sił. Gdyby rządzący chcieli zablokować rozbudowę kolejki na Kasprowy, to zrobiliby to jedną decyzją. A pomstowania prowincjonalnych biznesmenów z PKL-u i płacze kilku podstawionych góralskich histeryczek naprawdę nie powinny być w tym dziele żadną przeszkodą. Nie jest to też poważna kalkulacja polityczna – ilość „elektoratu” na Podhalu to nie jest coś, o co warto się bić.
Idzie zatem o pojmowanie wartości. Z „Ziemi obiecanej” pamiętam wywód jednego z fabrykantów: „myśl dużo o robotnikach, to nic nie kosztuje”. No właśnie, mów dużo o wartościach, to też nic nie kosztuje. Co gorsza, wartości stają się coraz częściej zasłoną dymną dla poczynań mocno wątpliwych lub wręcz wstrętnych. W „Roku 1984” genialny Orwell nazwał Ministerstwem Prawdy instytucję, która zajmowała się kłamstwem i manipulacją na ogromną skalę. Ale nawet on nie przewidział tego, co dla nas jest codziennością. Dziś do „obozu wartości” należy amerykański prezydent, który jest tak bardzo chrześcijański i demokratyczny, że wprowadza pokój i swobody obywatelskie w Iraku kosztem już ponad 100 tysięcy zabitych osób; niedawno jego humanistyczni i postępowi koledzy z Europy w podobny sposób bronili wartości spod znaku praw człowieka, bombardując Serbię. Nawet skompromitowany i zakłamany komunizm, którego propaganda często jest słusznie symbolem manipulacji, nie wpadł na to, by bezlitosne i totalnie destruktywne inwazje na jakieś kraje nazywać „humanitarnymi interwencjami”.
U nas jest to samo, a polscy patrioci-konserwatyści bardzo szybko podłapują najnowsze zagraniczne trendy. Pomniki Papieża-Polaka, Powstanie Warszawskie, Świątynia Opatrzności Bożej, ulice imienia Reagana, „obrona cywilizacji zachodniej” przed klubem Le Madame. I kolejka na Kasprowy, i niszczejące prowincjonalne pozostałości dawnych epok, i domy kultury z kursami aerobiku czy taekwondo (na nic więcej nie ma forsy), i autostrady przez parki narodowe, i hipermarkety w starych centrach miast, i biblioteki z niemal samymi Harlequinami, i reklamy na bezcennych zabytkach, i głupkowata komercyjna szmira w publicznej TV.
Wartości nie trzeba bronić przed jakimś urojonym zakulisowym spiskiem kosmopolito-luzaków czy przed wyizolowanymi ze społeczeństwa jawnymi grupkami warszawskich modnisiów. Większość ludzi intuicyjnie czuje – nawet i bez „wychowania patriotycznego” – że należy szanować to, co odziedziczyliśmy po naszych przodkach, zarówno ich dzieła, jak i idee. Wartości trzeba natomiast bronić przed tymi, którzy wycierają sobie nimi gęby i na tym ich zainteresowanie tą sferą się kończy.
Nie wiem, jakich wartości broni tak naprawdę minister Szyszko. Wiem natomiast, że nie są to te same wartości, jakich broniłem wtedy, gdy przed zakopiańskim sądem stanąłem za udział w blokadzie ruchu kolejki na Kasprowy, która to akcja miała zwrócić uwagę na barbarzyńskie pomysły PKL-u. Na standardowe pytanie sędziego, czy żałuję swego czynu, odpowiedziałem, że nie żałuję i że gdy zajdzie potrzeba, to zrobię to samo jeszcze raz. Minister Szyszko jest z partii, która ponoć broni patriotyzmu i dziedzictwa kulturowego. Nie jest on jednak na pewno moim sojusznikiem. A w dodatku muszę się wstydzić, że choć mówimy o tym samym, to bez mrugnięcia okiem robi on takie świństwa.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 27 czerwca 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Największym zwycięstwem dawnych włodarzy PRL było po roku 1989 przekonanie społeczeństwa, że reprezentują oni lewicę. W kolejnych latach takim sukcesem – już oczywistym – było „wykoszenie” całej konkurencji i zmonopolizowanie lewej części sceny politycznej przez postkomunistów. Skutek jest taki, że lewicy w Polsce nie ma – lewicy autentycznej, prosocjalnej, zakorzenionej w społeczeństwie oraz w tutejszym klimacie kulturowym.
Dlaczego SLD nie jest lewicą? Formacja ta w prostej linii wywodzi się z PZPR, która od faktycznych ideałów lewicowych była odległa o lata świetlne. Gdy dziś wspomina się PRL jako epokę, w której była praca dla wszystkich, budowano osiedla mieszkaniowe, a robotnicy jeździli na wczasy, to bynajmniej nie świadczy to o lewicowości ówczesnego systemu. Lewica to bowiem nie tylko pełna micha – to także wolność, równość i braterstwo. W PRL-u była cenzura, więźniowie polityczni, represje, ZOMO, strzelanie do robotników, przywileje dla partii i jej lizusów itp. Gdyby papierkiem lakmusowym lewicowości miały być wyłącznie nowe osiedla mieszkaniowe lub niewielkie bezrobocie czy choćby znaczny udział państwa w gospodarce, to lewicowcami równie dobrze mogliby się mienić Salazar czy Hitler.
Ale lewica to nie tylko wymiar socjalny, lecz równie istotny bagaż postulatów humanistycznych. Ich realizacji PRL zaś nie gwarantował i nawet nie miał takiego zamiaru. Można długo debatować o wadach i zaletach minionego ustroju, a także o tym, czy możliwa była – w obliczu krachu II RP, wojny światowej oraz potęgi Sowietów – inna droga dla Polski. Można wskazać zdobycze PRL-u w kilku dziedzinach, które dziś są obrazem nędzy i rozpaczy. Nie można natomiast zwać tamtego porządku lewicowym. Ludzie, którzy dziś odwołują się do realnych czy urojonych zdobyczy epoki gierkowskiej lub postrzegają wprowadzenie stanu wojennego jako decyzję zgodną z interesem państwa, powinni być pełnoprawnym partnerem debaty o losach Polski. Nie są to natomiast ludzie, którzy reprezentują etos lewicy.
Formacja post-PZPR-owska nie opiera się jednak wyłącznie na wspominkach o „złotych latach” PRL-u. Innymi wyznacznikami jej rzekomej lewicowości są tzw. sprawy obyczajowe. To już nie jest siermiężny skansen – to nowoczesna Europa. Aborcja, geje, lesbijki, antyklerykalizm – to ponoć kolejne dowody na to, że postkomuniści stanowią lewicę. I w pewnym sensie tak jest faktycznie, bowiem znaczna część współczesnych środowisk lewicowych uważa, że takie postawy stanowią samo sedno ideałów lewicy.
Warto jednak zapytać, czym się w takim razie różnią od liberałów, którzy równie mocno akcentują oraz akceptują podobne postawy. Ba, akceptuje je także część konserwatystów, bo taka np. Margaret Thatcher dała się poznać jako zwolenniczka aborcji, lider hiszpańskich konserwatystów – Aznar – wielokrotnie popierał środowiska homoseksualne, zaś za ścisłym rozdziałem Kościoła od państwa opowiada się gros francuskiej prawicy. Warto zapytać również o to, jak obrona lewicowego ideału równości i obrony przed prześladowaniami ma się dziś do sytuacji mniejszości seksualnych, które w krajach Zachodu nie tylko nie są pozbawione równych praw, ale wręcz mają symboliczne i realne przywileje (istnieją wszak np. wyroki sądowe za tzw. homofobię – nie słyszałem natomiast, by jakiś homoseksualista został skazany za heterofobię).
Lewicowość określają dwie podstawowe kwestie. Pierwsza to model gospodarczy, który zapewnia godne warunki życia jak największej liczbie obywateli i stale dąży do minimalizowania obszarów biedy i wykluczenia. Druga to tworzenie społeczeństwa „przyjaznego” w sferze kulturowej – oferującego szanse rozwoju i samorealizacji osobom o różnych preferencjach i światopoglądach, poszerzającego pole wolności, minimalizującego nietolerancję. W obu tych kwestiach ważna jest jednak kwestia barier. Lewica ogranicza egoistyczne postawy zamożnych – poprzez np. progresywne podatki – ale także dba o to, by któraś z gorzej sytuowanych grup nie skoczyła nagle na wyższy szczebel kosztem grup innych. Lewica broni postaw, które większość społeczeństwa chciałaby prześladować na zasadzie „widzimisię”, ale jednocześnie dba o to, by mniejszości nie stały się „świętymi krowami”, a ich pomysły nie zdezintegrowały życia zbiorowego.
Taką lewicą nie jest obóz postkomunistyczny, nawet gdy abstrahujemy od jego korzeni polityczno-ideowych i całego bagażu zamordystycznych poczynań z lat 1945-1989. W kwestiach gospodarczych SLD i okolice popierały większość skrajnie rynkowych rozwiązań – od szaleńczej prywatyzacji, po ustawy umożliwiające eksmisje lokatorów na bruk. I nie była to żadna „konieczność”, lecz świadomy udział w pewnym procesie – warto pamiętać, że skrajnie liberalny „plan Balcerowicza” był swoistą kontynuacją, przynajmniej w wymiarze ideowym, niewiele wcześniejszego „planu Wilczka i Rakowskiego”. Postkomuniści są w sferze gospodarczej antylewicowi.
Są tacy również wtedy, gdy na siłę forsują „modernizacyjne” pomysły obyczajowe, bez zwracania uwagi na wolę większości oraz na to, czy w Polsce dokonuje się jakaś faktyczna dyskryminacja formalno-prawna np. ateistów czy lesbijek. Bo tylko takiej dyskryminacji lewica powinna zapobiegać, nie zaś zmuszać społeczeństwo do akceptacji i zachwytów nad postawami, które są mu obce. Innymi słowy – lewica powinna domagać się surowego zwalczania tego, że ktoś z powodu wyznania, pochodzenia czy orientacji seksualnej jest dyskryminowany w pracy, w szkole czy w urzędzie; podobnie wtedy, gdy osoby takie stają się obiektem realnych prześladowań ze strony większości. Nie jest natomiast zadaniem lewicy zmuszanie ogółu katolickiego społeczeństwa, aby np. w imię ochrony garstki ateistów rezygnowało z nauki religii w szkołach; nie jest jej zadaniem także indoktrynacja mająca na celu propagowanie przekonania, że homoseksualizm jest cool.
Lewica powinna być więc za socjalnym modelem gospodarki, stawać w obronie realnie prześladowanych i wykluczonych, ale także akceptować przekonania ogółu społeczeństwa. Cały problem w tym, że znacznie więcej osób o takich poglądach można znaleźć we współczesnej Polsce nie w łonie lewicy, lecz po prawej stronie sceny politycznej. Skutkiem wspomnianego na wstępie „desantu” postkomunistów na lewicę było zepchnięcie „na prawo” znacznej części ludzi o poglądach lewicujących. Po pierwsze, jeśli lewicą nazwali się ci, którzy niewiele wcześniej strzelali do robotników, to z kolei tacy, którzy tychże robotników bronili, nierzadko z narażeniem życia, nie chcieli być kojarzeni z lewicowością, bo musieliby w wymiarze symbolicznym grać w jednej drużynie ze swoimi przeciwnikami. Po drugie, jeśli ktoś uważał, że nie można być prospołecznym i jednocześnie atakować wzorce dominujące w społeczeństwie, ten nie mógł się przyłączyć do formacji, które w imię obrony mniejszości promowały postawy sprzeczne z opinią większości Polaków. Jedni lewicowcy poszli więc „na prawo” ze względów biograficznych, a inni przegrali walkę o lewicę – bądź to kapitulując w obliczu układu sił, bądź też tańcząc tak, jak im zagrało SLD. Mamy więc sytuację, w której niedawni obrońcy robotników są dziś zwani prawicowcami, a sympatycy wojskowej junty Jaruzelskiego czy partyjni kumple kreatur pokroju Moczara – to lewica.
Oczywiście nie stało się tak wyłącznie z winy postkomunistów. „Lewica solidarnościowa” uległa dezintegracji częściowo na własne życzenie. Jeden z jej odłamów – środowisko Adama Michnika i Jacka Kuronia – bez zażenowania porzucił lewicowe ideały i wybrał poparcie dla liberalnych przeobrażeń. Zamiast „chleba i wolności”, Michnik i Kuroń wybrali „plan Balcerowicza” i rozdawanie zupek szybko rosnącej rzeszy bezrobotnych. Część lewicowej opozycji porzuciła dawne ideały mniej otwarcie, wybierając posady w radach nadzorczych i cytowanie Miltona Friedmana, bo zapewniało to profity. Byli i tacy, którzy prywatnie pozostali wierni swoim poglądom, ale niewiele z tego wynika, bo silniejsze od przekonań politycznych są zależności towarzysko-koteryjne. Jeszcze inni próbowali „zagospodarować” część sił postkomunistów – trudno powiedzieć, czy kierując się naiwnością, czy swoiście pojmowanym realizmem, ale w obu przypadkach nie odnieśli żadnych sukcesów, zostali natomiast sprawnie przemieleni przez SLD-owską machinę.
To wszystko sprawiło, że hegemonia postkomunistów na lewicy jest wielka i nic nie wskazuje na to, aby miała ulec znacznemu osłabieniu. Jeśli zresztą pojawiają się jakieś zalążki alternatywy dla niej, to budzą one uśmiech politowania i niesmak. Taki charakter ma środowisko skupione wokół pisma „Krytyka Polityczna”, które nie dość, że akcentuje głównie postulaty obyczajowe (i to w wersjach skrajnych), to w dodatku ma tak silne związki z liberalnym establishmentem, iż bez jego poparcia w zasadzie nie zaistniałoby na poważniejszą skalę w dyskursie publicznym.
Podobnie dzieje się z bardziej „prospołeczną” Polską Partią Pracy. Choć dziś szermuje ona lewicowymi hasłami i „rozlicza” inne formacje z ich realizacji, trudno to traktować poważnie. Jej liderzy bowiem zaledwie kilka lat temu zawiązywali wyborcze sojusze ze skrajną prawicą i równie mocno co dziś lewicową, szermowali wówczas retoryką ocierającą się o nacjonalizm. Obecnie liderzy PPP popierają prawa kobiet, gejów oraz uczniów nie lubiących ministra Giertycha, choć przed kilkoma laty interesowała ich niemalże nacjonalistyczna krytyka Unii Europejskiej i współpraca z Le Penem. Zarówno zmianę poglądów, jak i obecny, dość zabawny neofityzm można byłoby zrozumieć, gdyby nie to, że trudno się oprzeć wrażeniu, iż stoi za nimi zwykła chęć załatwienia sobie kilku sejmowych posad – nie wyszło na gruncie nacjonalizmu, to może wyjdzie pod hasłami lewicy. Nie ma jednak żadnej pewności, iż ludzie tego rodzaju za kilka lat nie staną się dla odmiany np. miłośnikami liberalizmu gospodarczego, a do listy swoich sojuszników dołączą po Narodowym Odrodzeniu Polski i Komunistycznej Partii Polski jakiejś marginalnej partyjki prorynkowej. Nie chroni przed tym „robotniczy” charakter ugrupowania, bazującego na niewielkim związku zawodowym. Wystarczy przypomnieć sobie liberalne wyczyny związkowych liderów w ramach AWS, by przestać wierzyć w to, iż „klasowy” rodowód jest ze swej natury skuteczną szczepionką na pokusy kolaboracji i zdrady. Jeśli ktoś zachowuje się jak chorągiewka już wtedy, gdy wieje słaby wietrzyk poparcia i wpływów, to co zrobiłby, gdyby wiatr przybrał na sile?
Potrzebna jest lewica, która zamiast tęsknić za Gierkiem i Jaruzelskim oraz małpować modne zachodnie rozwiązania, stanie na gruncie poważnej i konsekwentnej polityki prospołecznej, potrafiąc się zakorzenić w klimacie kulturowym współczesnej Polski. Chodziłoby o lewicę nawiązującą do tradycji przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej – o lewicę patriotyczną, demokratyczną (w sensie aktywnego tworzenia lub przywracania różnych form partycypacji społeczeństwa w życiu publicznym), konsekwentnie krytykującą wolny rynek, potrafiącą mobilizować „lud” przez zrozumiały dla niego język i odwołanie do jego systemu wartości. Środowiska zajmujące się z jednej strony obroną SB-ków, z drugiej zaś „prześladowanych” gejów – nie tylko nie są lewicą, ale wręcz paraliżują rozwój faktycznej lewicy, robiąc dobrą robotę na rzecz liberalnej prawicy.
Skąd wziąć tę nową, porządną lewicę? W Polsce wciąż żyją i zajmują się działalnością publiczną ludzie, którzy bliscy byli ideałom dawnego PPS, własnymi czynami poświadczyli gotowość i odwagę w obronie prześladowanych, a w dodatku nadal wierni są prospołecznym poglądom. Problem w tym, że wskutek owego absurdalnego podziału po roku 1989, sytuują się oni głównie na prawicy. Takie osoby są reprezentantami „lewicy na prawicy” – choć mają możliwość działania, to ich opcja jest stłamszona, oni sami zaś muszą ciągle poruszać się na prawicowym gruncie i licytować się ze swoimi partyjnymi kolegami w czołobitności wobec wąsko pojmowanej tradycji bogoojczyźnianej.
W ten sposób nie tylko umacnia się hegemonia postkomunistów na lewicy, ale także coraz bardziej kurczy szansa na rozwój autentycznej formacji prospołecznej – przeciwnej presji wolnego rynku, lecz szanującej odczucia większości społeczeństwa. W efekcie coraz mniej ludzi uważa, że możliwa jest lewica, która stawałaby po stronie wyzyskiwanych, a jednocześnie nie wstydziłaby się postawy patriotycznej czy odwołań do chrześcijaństwa. Monopol na patriotyzm zyskuje z kolei prawica, która sprzyja rozwiązaniom rynkowym.
Głównym „brakiem” polskiej sceny politycznej wydaje mi się nieobecność formacji, która odwoływałaby się zarazem do doświadczenia PPS-u i „Solidarności”. Formacji, w której znalazłoby się „lewe skrzydło” opozycji antykomunistycznej – Andrzej Gwiazda, Jan Olszewski, Zbigniew Romaszewski, Ryszard Bugaj, Tadeusz Kowalik etc. Czy taka lewica jest w Polsce możliwa w sensie sukcesu politycznego? Być może nie ma na to żadnych szans w krótkiej perspektywie – jeśli jednak nie powstanie ona szybko, to prawdopodobnie później nie powstanie wcale, gdyż nie będzie miał kto ocalić pamięci i ideałów tego sztandaru, na którym biel i czerwień są równie ważne.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 15 czerwca 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Młodzieżowe demonstracje przeciwko Romanowi Giertychowi, świeżo upieczonemu ministrowi edukacji, toną w oparach gazu. Nie jest to jednak łzawiący gaz rozpylany przez faszystowską policję na usługach zbrodniczego reżimu. To GazWyb – ideologia liberalnej oligarchii. 
Niczego innego się nie spodziewałem. Polska młodzież jest przerażająco konformistyczna i podatna na propagandę. Im lepiej wykształcona, tym – pomijając nieliczne wyjątki – mniej samodzielna w myśleniu. To najbardziej wierny elektorat Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej. To grupa, której czołobitność wobec rynkowych sloganów i prymitywnych liberalnych teorii bije wszelkie rekordy. Dla tych ludzi bezrobotni to leniwi nieudacznicy, górnicy mają mnóstwo przywilejów za swoją lekką i niepotrzebną pracę, a zglobalizowany kapitalizm to raj na ziemi. Jeśli nawet nie są liberalni, to są spod znaku tej „lewicy”, która za główny problem trapiący kraj nad Wisłą uważa brak przywilejów dla homoseksualistów – co wychodzi na jedno, bo „prawa gejów” w niczym nie przeszkadzają doktrynerom i promotorom wolnego rynku.
Kiedyś studenci byli grupą najbardziej krytyczną, potrafiącą doszukiwać się „drugiego dna” w sloganach propagandy – czy to kapitalistycznej na Zachodzie, czy komunistycznej u nas. Ba, w carskiej Rosji słowo „student” było ponoć po wsiach i małych miasteczkach synonimem wywrotowca. Dziś nie pozostało po tym zupełnie nic.
Polscy studenci ostatnich lat nie potrafili się zmobilizować do działania nie tylko w kwestiach ogólnopolitycznych, ale nawet w tych, które dotyczyły ich bezpośrednio. Gdy Platforma Obywatelska forsowała pomysł odpłatności za studia, nie przeszkodziło jej to cieszyć się wśród młodzieży akademickiej znacznym poparciem. Gdy poprzedni, ponoć lewicowy, rząd wprowadził przepisy, które sprawiły, że część studenckich stołówek zamknięto, a w innych znacznie podrożały posiłki – jedyną reakcją było kilka niemrawych pikiet.
Teraz jednak młodzież licealna i studencka postanowiła się zbuntować. Stała się oto rzecz straszna, gdyż ministrem edukacji został Roman Giertych. Lider Ligi Polskich Rodzin nie zdążył jeszcze nic zrobić na ministerialnym stanowisku, a na ulice polskich miast wyległa zrewoltowana młódź. Nie cierpi ona Giertycha w sposób „naturalny”. Przez kilka poprzednich lat mogła bowiem w swoich ulubionych gazetach codzienno-wyborczych czytać, iż to groźny człowiek – taki prawie faszysta, wnuk „zoologicznego antysemity”, ideowy spadkobierca okropnej endecji itp., itd. Nic więc dziwnego, że w obliczu takiej narodowej tragedii, młodzi nonkonformiści wyszli na ulice.
Nie mam dla Giertycha żadnych sympatii. Tradycja endecka jest mi zupełnie obca, przegrywając pod niemal każdym względem z propaństwową postawą piłsudczyków, lewicowym patriotyzmem PPS-u czy ideologią międzywojennego ruchu ludowego. Nacjonalizm uważam za doktrynę nader ograniczoną, a w dzisiejszych czasach także anachroniczną. Ale „gazwyborczy” demonstranci wcale nie wydają mi się lepsi, a wręcz myślę, że w długofalowej perspektywie jest to środowisko znacznie bardziej szkodliwe niż LPR.
Bez trudu można wykpić większość haseł i postulatów przeciwników Giertycha. O jego zamiarach wobec polskiego systemu edukacji trudno coś powiedzieć, bo niewiele zadeklarował, a jeszcze mniej na razie zrobił. Trudno zatem protestować przeciwko czemuś tak enigmatycznemu – jeśli już, to wypadałoby się wstrzymać do pierwszych konkretów, czyli, jak sądzę, do okresu przynajmniej powakacyjnego. Wtedy protesty być może miałyby jakiś sens i uzasadnienie – w chwili obecnej trudno nawet udawać, że mają one cokolwiek wspólnego z faktyczną troską o system edukacji.
Z kolei mówienie o zagrożeniu światopoglądowej neutralności szkoły brzmi śmiesznie, gdy pamiętamy, że podobnych obaw nie zgłaszano wtedy, gdy ministerialne stanowiska zajmowały np. osoby znane z poglądów krytycznych wobec katolicyzmu. A przecież żyjemy bądź co bądź w kraju, którego ogromna większość obywateli deklaruje się jako katolicy właśnie. Jak Kali ukraść, to dobrze – jak Kalemu ukraść, to źle.
Idźmy dalej – nawet jeśli Roman Giertych jest politykiem związanym z tradycją zawierającą także niezbyt chlubne postawy czy wątki, to jednak jakoś nie przypominam sobie, żeby równie chętnie grzebano w przeszłości i ideowych korzeniach poprzednich ministrów. A byli wśród nich np. tacy, którzy swego czasu należeli do partii mającej na koncie brutalną antysemicką czystkę roku 1968, w efekcie której wygnano z Polski jakieś, bagatela, 15-20 tysięcy Żydów; byli tam też kumple i obrońcy umundurowanych bandytów, którzy nie mieli zahamowań, by wysyłać wojsko na protestujących robotników. Rozumiem, że Romana Giertycha obciążają czyny i poglądy jego ojca, dziadka i przedwojennej endecji, zaś ministrów z ramienia SLD nie obciążają wydarzenia roku 1956, 1968, 1976 i 1981. Zaiste, ciekawa logika.
Mniejsza jednak o grzebanie w przeszłości. Ciekawsza jest teraźniejszość. Ta teraźniejszość, w której „buntowniczą” młodzież wspiera cała liberalna oligarchia. Bo to właśnie jej nie na rękę jest sytuacja, w której rządzą – nieważne, czy dobrze, czy źle – Kaczyńscy, Lepper i Giertych, przez lata kreowani na wrogów i zwariowanych krytyków najwspanialszego ustroju z możliwych. Oligarchia jest wściekła, bo utraciła kontrolę nad wieloma obszarami życia społecznego oraz monopol na kształtowanie opinii publicznej. I oczywiście chciałaby odzyskać utracone pole – nic w tym dziwnego, lepiej rządzić niż być rządzonym – obojętnie w jaki sposób.
Niestety, młodzi buntownicy nie tylko nie mają zmysłu politycznego, który uratowałby ich przed chodzeniem na pasku tejże oligarchii. Oni nie mają także, za przeproszeniem, jaj. Gdyby je mieli, to zanim wyszli na ulice przeciwko Giertychowi (mnie to nie przeszkadza, bo protesty są naturalnym składnikiem demokracji), zrobiliby to wcześniej już ładnych kilka razy przeciwko innym, dużo bardziej szkodliwym osobom i rozwiązaniom.
Jeśli przyszłością znacznej części polskiej młodzieży będzie mycie garów w Londynie czy na Cyprze, to nie jest to bynajmniej wina Giertycha i „wychowania patriotycznego”. To wina liberalizacji gospodarki, dewastacji sfery publicznej, tolerowania patologii w samej nauce i jej finansowaniu, pauperyzacji rodziców dzisiejszych studentów itp. A przeciwko temu polska młodzież niemal nie kiwnęła palcem, w każdym razie nie w takiej skali i z takim zapałem, z jakim teraz protestuje przeciwko Giertychowi. Zaczadzenie GazWyb-em jest tak silne, że uniemożliwia nawet sensowną ocenę własnych interesów. No to myjcie, drodzy „zbuntowani” studenci i licealiści, te garnki w Londynie, bo na niewiele więcej zasługujecie…
przez Remigiusz Okraska | czwartek 1 lipca 2004 | Zbigniew Romaszewski
ze Zbigniewem Romaszewskim rozmawiają Remigiusz Okraska i Andrzej Zybała
Ciągle natrafiamy na Pańskie nazwisko jako tego, który alarmuje, apeluje, prosi, pomaga. Jako dziecko był Pan w hitlerowskim obozie pracy, młodość w stalinizmie, kilkadziesiąt lat komuny – czy ta wrażliwość na pomiatanie ludźmi ma korzenie w Pańskiej biografii?
Z.R.: Dla mojej świadomości podstawowe znaczenie miały tradycje rodzinne żony, związane z niepodległościowym PPS, a także polityczna szkoła Komitetu Obrony Robotników. W wypadku tzw. „starego” KOR-u było to wyjątkowe doświadczenie zetknięcia się ze spuścizną starej, polskiej, liberalnej inteligencji. Byli to m.in. prof. Edward Lipiński, wybitny ekonomista, który jako w pełni dorosły człowiek witał odrodzenie Rzeczpospolitej w 1918 r., uczestniczący jako kapelan w wojnie 1920 roku ks. Jan Zieja, uczestnik moskiewskiego „procesu szesnastu” Antoni Pajdak, działacze polityczni II Rzeczpospolitej – Adam Szczypiorski i Ludwik Cohn, Aniela Steinzbergowa – wybitny adwokat, obrońca przed wojną w procesie strajkujących w Sempericie, po wojnie obrońca Kazimierza Moczarskiego, dowódca warszawskiego Kedywu AK płk. Józef Rybicki, spółdzielca i bibliofil Wacław Zawadzki, wybitny biolog prof. Jan Kielanowski i wreszcie najmłodsi ze starego KOR-u, których świadomość dojrzewała już we wczesnym PRL-u, nasz przyjaciel Jan Józef Lipski i wielka i mądra artystka Halina Mikołajska.
Ludzi tych dzieliło bardzo wiele, od stosunku do religii poczynając, na poglądach politycznych kończąc, ale łączyła niezwykle silna więź – etos polskiego inteligenta, a więc patriotyzm, poczucie odpowiedzialności za Kraj i Naród, tolerancja dla zapatrywań innych niż własne. Obca im była poprawność polityczna, letniość poglądów, a przy tym charakteryzowała ich niebywała umiejętność budowania konsensusu. Przy całej namiętności sporów pamiętam może 4-5 przypadków, gdy stanowisko KSS-KOR było głosowane i to w warunkach, gdy sprzeciw zgłaszało zaledwie kilka osób. Myślę, że to właśnie „stary” KOR przeniósł na grunt lat 70. XIX-wieczne idee działania pozytywistycznego, przekonanie, że działalność polityczna musi mieć korzenie w konkretnych działaniach na rzecz społeczeństwa.
Mówię o tym tyle, bo sądzę, że w ogromnej mierze tym właśnie ludziom zawdzięczam swoją tożsamość polityczną. Oczywiście jest to ocena subiektywna i obraz KOR-u w oczach innych uczestników może być inny. Co innego mogło być dla nich ważne, inaczej mogli widzieć nasze działania. Dzisiaj gdzie indziej jest Adam Michnik, gdzie indziej Antek Macierewicz, gdzie indziej Andrzej Celiński, Jacek Kuroń, a jeszcze gdzie indziej ja, ale w KSS-KOR potrafiliśmy działać wspólnie.
Wśród części Polaków narasta nostalgia za PRL-em jako okresem względnego bezpieczeństwa socjalnego. Zapomina się jednak o nieefektywności i totalitarnym charakterze tego systemu. Pan działał w KOR-ze, w 1980 r. założył Komisję Helsińską, która monitorowała przestrzeganie praw człowieka. Był Pan za tę działalność więziony i wyrzucony z pracy. Czy naprawdę było wtedy tak dobrze, jak to się niekiedy przedstawia?
Z.R.: Że nie było dobrze to sprawa oczywista. Gdyby rzeczywiście było dobrze, to nie byłoby czerwca 1956 r. w Poznaniu, grudnia 1970 r. na Wybrzeżu, czerwca 1976 r. w Radomiu i Ursusie, nie byłoby również sierpnia 1980 r. i „Solidarności”, która w ciągu kilku miesięcy skupiła 10 milionów ludzi.
Myślę, że nostalgia za PRL-em ma dwa źródła: psychologiczne i społeczno-ekonomiczne. Pierwsze opiera się na selektywności ludzkiej pamięci. Ludzie wolą pamiętać rzeczy przyjemne i zapominać nieprzyjemne, np. od mecenasa Siła-Nowickiego z trudem można było wydobyć jak przebiegało śledztwo, jak siedział w celi śmierci, ale sypał rozmaitymi anegdotkami z życia więziennego we Wronkach, o którym wiemy, że było koszmarem.
Drugie źródło tej nostalgii ma związek ze strukturami społeczno-gospodarczymi III RP. Należy zdawać sobie sprawę, że represjom politycznym podlegała stosunkowo niewielka grupa osób. Nawet z represjami stanu wojennego, internowaniami (pomijam okres stalinizmu) było to 10-15 tys. ludzi. Stan wojenny i racje moralne oczywiście spolaryzowały społeczeństwo i doprowadziły do tego, że wreszcie uznano, iż tak dalej być nie może, ale to ostatnie lata. Wszystko poprzednie jawi mi się jako szara, bezpieczna i beznadziejna bylejakość. A dodajmy do tego, że 2 mln ludzi było w PZPR, co oznacza, że wraz z rodzinami ok. 6 mln ludzi miało relatywnie wygodne życie i perspektywę kariery. Nic też dziwnego, że w pierwszych, na poły wolnych, wyborach do urn poszło jedynie 60% wyborców.
Poza tym sytuacja materialna społeczeństwa wcale nie jest tak dobra, jak to nam usiłują wmówić media sterowane przez elity. Dopiero niedawno, 2-3 lata temu udało nam się osiągnąć średnią płacę realną z 1988 r. Oczywiście porównywanie płac realnych z roku 1988 i 2000 może rodzić tysiące zastrzeżeń, należy jednak zdawać sobie również sprawę z tego, że średnia płaca realna daje dość słabe wyobrażenie o zamożności społeczeństwa, ponieważ nic nie mówi o rozwarstwieniu społecznym. W Polsce aktualnie ponad 60% ludności żyje poniżej minimum socjalnego. Kontrast takiej rzeczywistości z wzorcami konsumpcji lansowanymi przez media może tylko pogłębiać frustracje społeczne. Jednakże o niezadowoleniu społecznym decyduje nie tyle niski poziom zaspokojenia potrzeb materialnych ludności, ile rosnące poczucie zagrożenia. 20% bezrobocia, a szczególnie 40% wśród młodzieży do 24 roku życia, to tykająca bomba zegarowa, której wybuch opóźniają jedynie nadzieje na pracę w Europie Zachodniej.
Wiele osób zastanawia się, czy cena przemian systemowych nie okazała się zbyt wysoka. Gdy w 1989 r. komuna upadła, mało kto spodziewał się, że wkrótce zaczną zamykać fabryki, nędza ogarnie całe regiony (np. węglowe zagłębie wałbrzyskie), a rząd premiera Mazowieckiego wyśle transportery opancerzone na rolników blokujących drogi.
Z.R.: Myślę, że transformacja zabrnęła w ślepy zaułek. W wyniku transformacji nawiązaliśmy kontakt z wolnym światem, obciążając się jego problemami, a jednocześnie nie byliśmy w stanie rozwiązać tych problemów, które otrzymaliśmy w spadku po PRL-u. Wydaje się, że takim symbolem fałszywego kierunku przemian w naszym kraju było hasło wyborcze Unii Demokratycznej z 1991 r.: „Po pierwsze gospodarka”. Nieprawda. Po pierwsze człowiek, bo to gospodarka jest dla człowieka, a nie człowiek dla gospodarki.
Zasadniczą słabością neoliberalizmu jest oderwanie polityki społecznej od polityki gospodarczej. Polityka gospodarcza ma się rozwijać niezależnie od państwa, poddana jedynie uniwersalnym prawom rynku. Powiada się, że gospodarka państwowa jest nieefektywna – to oczywiście prawda, każdy zdaje sobie sprawę, że dużo łatwiej jest coś wyłudzić od państwa niż od prywatnego właściciela. Poza tym, i to chyba najważniejsze, trudno państwu startować w takiej konkurencji, w której jedynym kryterium efektywności jest maksymalizacja zysku, bo zadaniem państwa jest realizacja całej gamy wartości niezbędnych do funkcjonowania współczesnego społeczeństwa. Sądzę, że holistyczna polityka społeczno-gospodarcza jest możliwa. Najlepszym dowodem są państwa skandynawskie, łączące skuteczną politykę społeczną z jednym z lepszych w Europie wskaźników rozwoju gospodarczego. Wyalienowanie się gospodarki skutkuje spustoszeniami w sferze społecznej, czego świadkami jesteśmy obecnie w Polsce.
Jak to się stało, że dawni doradcy związkowi i obrońcy robotników przeobrazili się w miłośników M. Thatcher i skrajnego monetaryzmu, w wykonawców zaleceń Banku Światowego? Jak i dlaczego zmarginalizowano zwolenników innych rozwiązań? Jak doszło do tego, że monopol na wrażliwość społeczną zaczęli mieć dawni aparatczycy PZPR? Czy był możliwy inny przebieg transformacji, a jeśli nie, to dlaczego?
Z.R.: Odpowiedź na to pytanie to materiał na potężne dzieło… Generalnie za patologizację postaw polskiej inteligencji obwiniałbym rezygnację z odpowiedzialności za działania publiczne, brak kompetencji i wyobraźni, poczucie niższości i klientelizm wyniesiony z PRL-u. Fakt, że nie przeprowadzono lustracji i dekomunizacji to jedynie przykłady instrumentów, które właściwie użyte mogłyby przywrócić społeczeństwu poczucie sprawiedliwości i godności. Jeśli nie dokonuje się ocen, to niszczy się system wartości wyznawanych przez społeczeństwo.
Znamienna jest tu manipulacja jakiej dokonano ze słowami „lewica” i „prawica”. Po 1956 r. komuniści byli w Polsce na wymarciu. Dwa miliony członków PZPR to ludzie, którzy złożyli akces do władzy, kariery, lepszego życia. I cóż się dzieje? W roku 1990 sprawnie rozwiązują oni PZPR i zawiązują SDRP, potem SLD i stają się lewicą. Oportunizm, koniunkturalizm, karierowiczostwo uzyskują rangę ideologii. To już nie przywary charakteru, ale w tolerancyjnym państwie demokratycznym równouprawniony światopogląd. Jak taka zaraza nie miała się przenieść na środowiska postsolidarnościowe? Dla odróżnienia się, wmówiono ludziom “Solidarności”, że są prawicą.
Bardzo często zapomina się, że ludzie, którzy powiedzieli „nie” komunie, byli odsunięci od wszelkich funkcji publicznych. Gdzie mieli nabywać doświadczenie w kierowaniu państwem? Gdy po 1989 r. wkroczyli do urzędów, znaleźli się tam samotni w środowisku doświadczonych, pełnych czołobitności biurokratów, którzy przeżyli niejeden komunistyczny rząd. Jak mogli podjąć z nimi ostrą merytoryczną polemikę, kiedy o meritum posiadali jedynie mgliste pojęcie? Musieliby przyznać, że nie są fachowcami i że rozstrzygające znaczenie ma zdrowy rozsądek. A co mieli zrobić z wielkim poparciem całego świata? Próżność to wielka siła sprawcza, szczególnie gdy poglądy nie są poparte rzeczywistą wiedzą. Na tym polegała katastrofa AWS. Na przywódcach, którzy nie posiadali świadomości swoich merytorycznych ograniczeń i przyjmowali każdą prawdę objawianą im przez panów Balcerowicza i Geremka, a popieraną przez „życzliwy Zachód”. „Uznanie Zachodu” to bardzo istotne źródło wielu dramatycznych pomyłek. Dziś wiele mówi się o korupcji i jest ona faktem, ale mało zwraca się uwagi na korupcję intelektualną. Na to, że za względny byt i uznanie można wyzbyć się swoich poglądów, można się okłamywać, wreszcie można zostać pożytecznym idiotą, który swoim „prof. dr” będzie sygnował materiały propagandowe, np. na temat Unii Europejskiej.
Uleganie ciągłej presji, aby pospiesznie prywatyzować, to przecież negacja nie tylko praw rynku, ale również zdrowego rozsądku. W kraju, w którym brak kapitału, rzucenie na rynek całego majątku inwestycyjnego musiało doprowadzić do drastycznego obniżenia jego wartości. Żaden zdrowy na umyśle człowiek nie sprzeda przecież ostatniej połatanej, dla niego bezcennej kapoty za 2 zł jeśli nie stać go na nową. Oczywiście głównym beneficjentem tak prowadzonej wyprzedaży państwa był kapitał zachodni, ale nie tylko – utworzyła się kolejka nomenklaturowych Szmaciaków, których aspiracje również musiały być zaspokojone.
Coraz częściej mówi się o odpowiedzialności za obecny stan kraju. Polska stała się krajem korupcji, rosnącej pogardy elit wobec „motłochu”, krajem dezintegracji społecznej i zaniku aktywności obywatelskiej. Pozbyła się swojego majątku, a gospodarka nie jest przygotowana do konkurencji rynkowej. Kto za to odpowiada?
Z.R.: Za państwo odpowiadają nie tylko elity, ale również tzw. zwykli obywatele, którzy w wyborach decydują, kto będzie nimi rządził. To bardzo znamienne, ale 4 czerwca 1992 r., kiedy odwoływano rząd Jana Olszewskiego, na 7 milionów telewidzów transmisji obrad Sejmu, tylko jeden pijany mężczyzna zdecydował się demonstrować pod budynkiem parlamentu. Sądzę, że brak reakcji społeczeństwa stanowił przyzwolenie na sprowadzenie polityki do „walki buldogów pod dywanem”.
Najbardziej niebezpieczne jest to, że obywateli przekonano, iż polityka jest brudna i nie należy się do niej mieszać. Jacy są politycy każdy widzi, ale generalny atak dezawuujący polityków, parlament i państwo, to w rzeczywistości otwieranie drogi dla rządów jedynej racjonalnej siły, jaką stanowi kapitał. Jeśli nie przekonamy ludzi, żeby aktywnie włączyli się do polityki, kontrolowali swych reprezentantów, świadomie prezentowali swoje żądania, korzystali z demokracji, to rządy nieuchronnie przejmie oligarchia, a ludność będzie mogła oglądać swoje ulubione seriale – dopóki będzie ją stać na opłacenie prądu.
Pańska postawa zadziwia: sprawiedliwość społeczna i domaganie się lustracji; obrona mniejszości narodowych i krytyka pochopnego obwiniania Polaków za zbrodnię w Jedwabnem; krytyka kapitalizmu i antykomunizm; tolerancja i akcentowanie tożsamości narodowej. To wszystko nijak nie pasuje do „polskiej normy”.
Z.R.: Lustracja jest w moim przekonaniu aktem sprawiedliwości społecznej, bo nie widzę żadnego powodu, dla którego ktoś, kto czerpał korzyści z tłumienia wszelkich przejawów demokracji i patriotyzmu, miał się nagle stać ich wiarygodnym i bezinteresownym rzecznikiem. Niech żyje, niech pracuje, niech mu się powodzi, ale niech nie buduje demokracji, bo już dowiódł, że na tym mu nie zależy.
Być może nie znam dostatecznie polskiego społeczeństwa, ale w 1989 r. problem antysemityzmu uważałem za przezwyciężony. Wybory wygrała bezapelacyjnie opozycja i nikt nikogo nie pytał o pochodzenie. Nigdy mnie to szczególnie nie interesowało, ale mogę powiedzieć, że pochodzenie żydowskie nie miało żadnego wpływu na wyniki wyborcze w 1989 r., w tym rzekomo antysemickim kraju. A to, że dziś jest inaczej wiązałbym z głęboko niesprawiedliwym akcentowaniem polskiego antysemityzmu. Myślę, że taka niesprawiedliwość budzi odruchy sprzeciwu. Dziś nastroje antysemickie opadły, ale sądzę, że kolejna kampania walki z antysemityzmem może je na nowo rozbudzić. Na fali odpowiedzialności Polaków za Jedwabne musi pojawiać się jednak pytanie o rolę Żydów w instalacji systemu komunistycznego w Polsce. Mechanizmy są dość oczywiste, odpowiedzialność też, dlaczego więc badanie tego problemu obłożone jest anatemą antysemityzmu, a odpowiedzialność Polaków za Jedwabne uważa się za udowodnioną? Myślę, że bydlaki są w każdym narodzie, bo taka jest po prostu kondycja człowieka – należy dążyć do eliminacji ich wpływów, a nie do budowania narodowych stereotypów.
Krytyka kapitalizmu dobrze łączy się z antykomunizmem i ma podstawę w mojej niechęci do każdego doktrynerstwa. Trudno mi wyobrazić sobie inną gospodarkę niż opartą zasadniczo na rynku, ale rynek z rozpraw Adama Smitha nie ma nic wspólnego z funkcjonującym współcześnie rynkiem wielkich korporacji. Zagrożenie rynku monopolami przewidywał też Hayek, ale był przekonany, że rynek jest w stanie to przezwyciężyć. Dziś wiemy, że stało się inaczej i procesy monopolizacji narastają. W tych warunkach neoliberalne doktryny mają tyle samo wspólnego ze Smithem, co Związek Radziecki Breżniewa z falansterami Fouriera.
Nie widzę również żadnej sprzeczności pomiędzy tolerancją a akcentowaniem tożsamości narodowej. Usilnie nam się to wmawia, ale to dość podła nieprawda. Sądzę, że właśnie tolerancja stanowiła jeden z ważnych wyznaczników polskości. W końcu to jednak w Polsce Żydzi znaleźli swe schronienie. W Polsce płonęło najmniej stosów z innowiercami. W Polsce, gdy Henryk Walezy zaprzysięgał Artykuły Henrycjańskie i zawahał się przy gwarancjach tolerancji religijnej, to właśnie polski biskup katolicki położył rękę na koronie i powiedział „albo wszystkie, albo żadne”. A nasz odwet w stosunku do ciemiężców? We wszystkich powstaniach i rewolucjach jeśli ich stracono kilkudziesięciu, to i tak dużo. I jak to porównywać z rewolucją angielską czy francuską, z inkwizycją hiszpańską? Dręczy mnie pytanie, komu zależy, żeby społeczeństwo polskie było pozbawione wiedzy o tradycjach polskiej tolerancji. Niestety we współczesnej Polsce największym powodzeniem cieszą się megalomania narodowa i zaściankowy kosmopolityzm. Myślę, że obydwie służą temu samemu – kompensowaniu kompleksów wynikających z zaniżonej oceny narodowej.
Jeśli to wszystko nie pasuje do „polskiej normy”, to trzeba tę normę zmienić i nie będę na to żałował wysiłków.
W Senacie zasiada Pan już piątą kadencję, mimo że cztery razy startował z nienajlepszych pozycji. Jaka jest recepta na taki sukces? Nie ma Pan wielkich pieniędzy na kampanie, nie stosuje zagrań pod publiczkę, media Pana nie rozpieszczają…
Z.R.: Rzeczywiście, nie dysponuję wielkimi funduszami, a w polityce pieniądze odgrywają coraz większą rolę, decydując o jej patologiach. Ponieważ kampania wyborcza jest kosztowna, więc poszukujesz pieniędzy. Jeśli je znajdziesz, to oczywiście uzależniasz się i ostatecznie bardziej reprezentujesz tych, którzy pieniądze dali, niż tych, którzy na ciebie głosowali. W ten sposób zarówno większość parlamentarna, jak i opozycja reprezentują raczej mniejszość dysponującą pieniędzmi, niż większość, która nimi nie dysponuje. W takich warunkach wybory powodują jedynie wymianę układu politycznego, pozostawiając główne kierunki polityki społeczno-gospodarczej niezmienionymi. Trudno taką sytuację uznać za zgodną z podstawową zasadą demokracji, którą jest równość obywateli: „jeden człowiek – jeden głos”.
W roku 1996 zaproponowałem taki system finansowania partii politycznych: każdy obywatel wypełniając PIT deklarowałby, że określoną część podatku (każdy taką samą) przeznacza na najbliższą jego sercu partię. Pieniądze te i składki partyjne stanowiłyby jedyne źródło utrzymania partii politycznych. Ich wolumen byłby dostateczny dla prowadzenia nie tylko kampanii wyborczej, ale również studiów programowych. Jednocześnie partie musiałyby z równym szacunkiem odnosić się do emerytki i do notabli zajmujących czołowe miejsce na liście najbogatszych ludzi w Polsce. System taki powodowałby realną presję społeczeństwa na polityków i zapobiegałby ich alienacji. Sądzę, iż obecność w Senacie zawdzięczam przede wszystkim ordynacji większościowej, pozwalającej wybierać ludzi, a nie abstrakcyjne programy. W wyborach takich dużo większą rolę odgrywa rozpoznawalność nazwiska, a mniejszą intrygi polityków. Choć nie podzielam entuzjazmu zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych, to uważam, że ich wprowadzenie do obsadzenia znaczącej liczby mandatów w Sejmie mogłoby stanowić ożywczy prysznic dla usychającej polityki. Zwiększenie zależności posłów od wyborców i pewne uniezależnienie ich od aparatu partyjnego układającego listy, konieczność budowania przez partie struktur terenowych – na pewno poprawiłoby wiarygodność elit politycznych. Jednak system jednomandatowych okręgów wyborczych bardzo łatwo przemienia się w casting (np. Jolanta Kwaśniewska, Schwarzenegger).
W połowie kwietnia założył Pan nową formację. Co chcecie wnieść w krwioobieg polskiej polityki? Przyjęliście nazwę “Suwerenność, Praca, Sprawiedliwość” – dlaczego?
Z.R.: Po pierwsze, jeśli do wyborów idzie 40% ludzi, to znaczy, że pozostałym 60% czegoś brakuje. Po drugie, fenomen popularności Leppera powinien nas skłaniać nie do histerycznej krucjaty przeciw populizmowi, lecz do racjonalnej analizy, które aspiracje społeczeństwa mogą być zaspokojone i jak to zrobić. Po trzecie, fundamentalistyczny neoliberalizm staje się powoli jedynym naukowym światopoglądem, a to już skądś znam i trzeba powiedzieć mu „nie”. Po czwarte, mamy dość nowoczesną koncepcję partii i należałoby spróbować ją zbudować.
Współczesne partie mają strukturę hierarchiczną i ich działalność uwidacznia się dopiero podczas kampanii wyborczych mających wynieść przywódców do władzy. Przez pozostały czas funkcjonują jedynie partyjne elity. My chcielibyśmy tę sytuację zmienić, a okres między wyborami wypełnić aktywnością społeczną „Grup działania” – tak nazywa się nasza podstawowa komórka organizacyjna. Przedmiotem zainteresowania poszczególnych grup mogą być samorządy, spółdzielnie mieszkaniowe, edukacja, małe i średnie przedsiębiorstwa, wymiar sprawiedliwości itp. Grupy działania zajmujące się podobną tematyką budowałyby na terenie całej Polski sieć kontaktów stanowiącą podstawę organizacji partii. Sieci takie korzystałyby z bardzo szerokiej autonomii. Oczywiście, szczególnie w okresach wyborczych musiałyby się ujawniać struktury terytorialne, ale ich rola, podobnie jak władz krajowych, miałaby charakter bardziej integracyjny niż władczy. Tak więc będzie to partia o przewadze powiązań poziomych nad pionowymi.
Nazwa partii… Suwerenność – w akcie akcesyjnym do Unii Europejskiej zrezygnowaliśmy z części naszej suwerenności i dlatego ze szczególną pieczołowitością powinniśmy odnosić się do tego, co nam pozostało. UE postrzegamy ciągle jako wspólnotę ojczyzn, od której będziemy się domagać respektowania naszego interesu narodowego. Dlatego też wszelkie próby federalizacji uważamy za przedwczesne i szkodliwe. Nie mamy nic przeciwko temu, aby narody Europy ze sobą współpracowały i solidarnie się wspierały. To bardzo ważne w globalizującym się świecie, sterowanym przez korporacje kapitałowe. Jednakże pomysł, że w momencie przyjmowania bardzo słabo przygotowanych państw jednocześnie mówi się o wzmocnieniu rygorów europejskości przez konstytucję, świadczy raczej o chęci dominacji niż o integrującej współpracy. Pomysł taki może raczej stać się podłożem nierozwiązywalnych konfliktów niż zbliżyć narody. W ten sposób niecierpliwość panów Chiraca, Schrödera i Fischera może zniszczyć to, co latami budowali Schumann, Adenauer czy de Gasperi.
Praca – obecnie nie widzimy ważniejszego problemu. Praca to nie tylko sposób zapewnienia podstaw bytu materialnego, ale również czynnik określający tożsamość człowieka i istotę człowieczeństwa. Brak pracy, to wykluczenie i degradacja. Przeraża nas wysokie bezrobocie. W najbliższym czasie na Zachód ruszy fala młodzieży, która przekona się, że nikt tam na nią nie czeka, że nawet jeśli znajdą pracę, to drastycznie kłócącą się z ich aspiracjami – i wrócą. Politycy muszą znaleźć rozwiązanie problemu miejsc pracy, nawet jeśli będzie to godzić w interesy zamożnych obywateli i międzynarodowych korporacji. Inaczej każda stabilność będzie zagrożona. Nie wierzymy również, że może się to odbyć bez udziału państwa. Dlatego też będziemy domagali się celowej i przemyślanej polityki gospodarczo-społecznej, która postawi sobie za najważniejszy cel przezwyciężenie bezrobocia.
Sprawiedliwość – to reforma struktur organizacyjnych wymiaru sprawiedliwości, a przede wszystkim: wzmocnienie pozycji ministra sprawiedliwości, wyeliminowanie negatywnych zjawisk generowanych w strukturach korporacyjnych, zwiększenie dostępności i sprawności funkcjonowania sądów. Najistotniejsze w naszej wizji sprawiedliwości jest to, że stanowi ona jedną z ważniejszych wartości demokracji, dla której prawo stanowione jest jedynie instrumentem realizacji, a nie wartością samą w sobie. Bardzo istotnym środkiem realizacji sprawiedliwości jest zdrowy rozsadek i odwołująca się do niego opinia publiczna. Przy całym szacunku dla prawa stanowionego, łatwo zauważyć, że nie ma ono możliwości opisania wszelkich przejawów życia. Przynajmniej raz w tygodniu trafiają do mnie konkretne sprawy będące wyrazem krzyczącej niesprawiedliwości, a jednocześnie nienaprawialne w ramach obowiązującego prawa. Wymogi formalne prawa stanowionego często uniemożliwiają realizację tego, co uważalibyśmy za sprawiedliwe. Często twierdzi się, że wszystko, co nie jest zakazane przez prawo, jest dozwolone. Pytam się zawsze zwolenników takiej tezy, co by sądzili, gdyby ich żony lub córki uprawiały prostytucję, która nie jest przecież w Polsce zakazana. Poza sferą wyznaczonego przez prawo przestępstwa istnieje cała, niezwykle obszerna i zróżnicowana sfera świństwa. Społeczeństwo ma obowiązek się przed nią bronić. Służy temu opinia publiczna, wolność słowa i społeczny ostracyzm wobec osób naruszających powszechnie akceptowane dobre obyczaje.
Deklarujecie, że wśród członków SPS będą się znajdowali głównie społecznicy – działacze inicjatyw obywatelskich. Jak chcecie ich skłonić do współpracy w dobie apatii i rozczarowania? Czy jest miejsce na partię wyrastającą z ruchów społecznych, gdy coraz częściej o wynikach wyborów decydują nakłady na kampanie i wpływy w środkach masowego przekazu?
Z.R.: To problem bardzo trudny. Nie ulega jednak wątpliwości, że są ludzie, czasem całe środowiska, które wkładają ogromny wysiłek w bezinteresowne działanie na rzecz społeczeństwa. Trzeba ich przekonać, że razem można więcej. Nasze hasła to: „Polityka nie musi być brudna” i „Więcej współpracy, mniej konkurencji”. Jeśli do tego dodamy dużą autonomię części składowych ruchu oraz jego sieciowy charakter, to sądzę, że z czasem się on rozwinie. Zasadniczy problem to hierarchia celów, które niekoniecznie idą ze sobą w parze. Sukces wyborczy czy solidne podstawy organizacyjne? Nadrzędne znaczenie ma dla nas zbudowanie ruchu, który jest w stanie w sposób dojrzały przyjąć ewentualny sukces. Zwycięstwo wyborcze, udział w rządzeniu, to dla niedojrzałych ruchów początek końca. Budujemy więc społeczną aktywność, budujemy współpracę, dyskutujemy programy, a kiedy przyjdzie sukces może będziemy przygotowani, żeby go skonsumować.
Akcentujecie łączenie wątków socjalnych z konserwatyzmem kulturowym. Która z tych tendencji ma być silniejsza? Jak usytuowałby Pan SPS na osi lewica-centrum-prawica?
Z.R.: Konserwatyzm kulturowy i wrażliwość społeczna to rzeczy dające się pogodzić. W ten sposób odbieram nauki Jana Pawła II. Myślę, że właśnie wrażliwości społecznej papieża można przypisać wiele bezpardonowych ataków na Jego konserwatyzm. Obecne silne struktury kościoła katolickiego to istotna przeszkoda w szerzeniu liberalnego darwinizmu.
Największym problemem ruchów społeczno-politycznych jest zbudowanie harmonii, odnalezienie punktu równowagi pomiędzy sprzecznymi interesami różnych części społeczeństwa. Trzeba jeszcze pamiętać, że równowaga ta jest dynamiczna i przesuwa się wraz ze zmianami cywilizacyjnymi świata. Jak z tego wynika, politykę widzę wielowymiarowo i zupełnie nie wyobrażam sobie, gdzie się umieścić na jednowymiarowej osi lewica-prawica. Dla swoich potrzeb określamy się jako chrześcijańska lewica, ale od razu dodajemy, że na to, by z nami współpracować nie trzeba być ani katolikiem, ani lewicowcem – trzeba chcieć działać.
Jakie pomysły macie Państwo na uporanie się z wyzwaniami, przed jakimi stoi Polska? Chodzi głównie o pozycję w Unii Europejskiej, marną kondycję gospodarki (pozbawionej lokalnego kapitału), zdolność radzenia sobie z destrukcją sfery publicznej.
Z.R.: Pierwsza sprawa to stworzenie jasnej wizji gospodarczej i konsekwentna jej realizacja w oparciu o odbudowany autorytet państwa. Niewidzialna ręka rynku spatologizowanego przez monopol nie załatwi tego za nas. Restrukturyzacja i modernizacja gospodarki NRD pochłonęła bez zgody i wiedzy Brukseli ponad 600 mld euro, nie widzę więc żadnego powodu, dla którego pomoc państwa w procesach restrukturyzacyjnych miałaby wymagać każdorazowej zgody Komisji Europejskiej. Po wtóre – otwarta gospodarka, a w szczególności akces do UE, pozbawiły państwo instrumentów ochrony własnego rynku. W tych warunkach, przy słabości kapitałowej polskich przedsiębiorstw, rynek ten może zostać bardzo łatwo zdominowany przez kapitał zagraniczny. Jedyną obroną przed tym może być świadoma i zorganizowana współpraca polskich przedsiębiorców i realna pomoc państwa skierowana do małych i średnich przedsiębiorstw (polityka podatkowa). Po trzecie – uświadomienie Radzie Polityki Pieniężnej, że jej odpowiedzialność nie dotyczy wyłącznie celu inflacyjnego, a rozciąga się również na problemy rozwoju gospodarczego i bezrobocia. Emisja papierów wartościowych NBP zdejmująca z rynku kredytowego ok. 24 mld zł jest działaniem powodującym podrożenie kredytów, działaniem całkowicie sprzecznym z interesami małych i średnich przedsiębiorstw, a tym samym z możliwością kreowania nowych miejsc pracy. Po czwarte – przykład budowy autostrad świadczy najdobitniej o tym, jak doktrynerska prywatyzacja inwestycji strukturalnych jest nieefektywna z punktu widzenia obywateli i jak dalece służy ona drenażowi środków publicznych. Jeśli chodzi o destrukcję sfery publicznej, to zapobiec jej może jedynie świadomy nadzór obywateli. Oczywiście musi on mieć oparcie w odpowiednim ustawodawstwie, ale sedno tkwi w kształtowaniu postaw obywatelskich i to jest naszym celem.
SPS mówi o aktywnej roli państwa w gospodarce. Jak jednak chcecie się uporać z problemem żerowania na państwie różnych grup interesu – chodzi o to, co prof. Staniszkis nazywa “kapitalizmem politycznym” czy “kapitalizmem sektora publicznego”. Jak sprawić, żeby pieniądze publiczne służyły ogółowi społeczeństwa, nie zaś różnym lobbies?
Z.R.: Walka z “kapitalizmem politycznym” to problem efektywnej kontroli społecznej i zdrowych mechanizmów politycznych. Trzeba przekonać obywateli, że państwo jest na pewno ich, że to oni dają pieniądze na jego funkcjonowanie, że mają prawo wiedzieć, co się z tymi pieniędzmi dzieje i że powinni z tego prawa korzystać. Poza sferą obronności i walki z przestępczością, wszelkie dysponowanie środkami publicznymi powinno być jawne. Dotacje, gwarancje kredytowe, umorzenia podatkowe, obrót majątkiem publicznym itp. nie mogą być otoczone tajemnicą prywatności i wiedza o nich powinna być dostępna zwykłym obywatelom, czyli tym, których pieniądze decydują o możliwości podejmowania takich działań.
Był Pan jednym z działaczy pierwszej “Solidarności”. Co z tamtego ruchu wydaje się Panu ponadczasowe na progu XXI wieku?
Z.R.: Dla mnie “Solidarność” była empirycznym dowodem, że możliwe jest zbudowanie społeczeństwa funkcjonującego w oparciu o rzeczywistą solidarność międzyludzką. Na XXI wiek, który zapowiada się jako wiek bezwzględnej, indywidualnej walki o byt, „Solidarność” to wielka nauka. Bardzo współczuję tym, którzy nie mieli okazji żyć w solidarnym społeczeństwie i będę dokładał wszelkich wysiłków, aby im takie doświadczenie zapewnić.
Dziękujemy za rozmowę.
Maj 2004