przez Anna Mieszczanek | wtorek 15 stycznia 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
W późnych latach 90. Aspire stanowiło przykład brytyjskiego przedsiębiorstwa społecznego. Firmę stworzyło dwóch absolwentów Oxfordu: Paul Harrod i Nark Richardson. Aspire zatrudniała osoby bezdomne w charakterze akwizytorów sprzedających produkty wytworzone zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu (Fair Trade). Do 2001 r. firma zarobiła 1,6 miliona funtów i była jednym z pierwszych przedsiębiorstw społecznych w Wielkiej Brytanii, które rozszerzyło swoją działalność poprzez franczyzę.
Harrod i Richardson byli przyjaciółmi z dzieciństwa. We dwójkę tworzyli w Oxfordzie studencki teatr i radio. Harrod studiował historię, Richardson psychologię. Byli również wolontariuszami w licznych organizacjach charytatywnych zajmujących się bezdomnymi. Stwierdzili wówczas, że wiele programów poniosło porażkę, gdyż skupiało się bardziej na symptomach bezdomności niż na jej przyczynach. Byli przekonani, że zapewnienie bezdomnym płatnego zatrudnienia i szkoleń będzie bardziej skuteczne niż oferowanie żywności i schronienia.
Po ukończeniu studiów w Oxfordzie w 1998 roku, Harrod i Richardson wrócili do rodzinnego Bristolu (Anglia), aby wypróbować ten nowy sposób pomagania osobom bezdomnym. „W rzeczywistości nie chcieliśmy prowadzić firmy” – mówił Harrod. „Jednak skoro oferowaliśmy zatrudnienie, uważaliśmy, że musimy stworzyć firmę mającą szansę utrzymania się na rynku”.
Wcześniej Harrod pracował w niepełnym wymiarze godzin, jako akwizytor katalogowej firmy Betterware (znana marka w Wielkiej Brytanii). Dzięki temu doświadczeniu poznał zarówno zasady funkcjonowania firmy katalogowej, jak i umiejętności wymagane od akwizytorów. Umiejętności tych, w większości, mogły nauczyć się również osoby bezdomne.
Tworząc Aspire, Harrod i Richardson przystosowali model firmy katalogowej w ten sposób, aby dostosować go do swoich społecznie sprawiedliwych celów. Postrzegali wynagrodzenie, uzależnione od sprzedaży za niesprawiedliwe, dlatego oferowali swoim pracownikom pensję stałej wysokości, bez względu na ilość sprzedanego towaru. Chcieli pomagać zarówno ludziom z innych krajów, jak i tym, którzy zamieszkują Wielką Brytanię. Dlatego zdecydowali się na sprzedaż produktów uzyskiwanych zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu, takich jak drobne artykuły gospodarstwa domowego, biżuteria, upominki. Wyroby te pochodziły głównie od zajmujących się Sprawiedliwym Handlem organizacji Traidcraft i Oxfam.
Ponieważ Aspire nie była nastawiona na zysk i w dużej mierze opierała się na wolontariuszach, była w stanie utrzymać się na rynku. Działała więc z sukcesem, aż tu nagle…
…pod koniec 1999 roku Harrod i Richardson zaprosili do Aspire doradcę Terrance’a Roslyna Smitha, który dołączył do grupy zarządzającej. W przeciwieństwie do założycieli firmy, Smith był zaangażowany w wiele projektów związanych z przedsiębiorstwami społecznymi. Doszedł on do wniosku, wraz z twórcami Aspire, że przedsięwzięcie musi rozwijać się, aby odnieść sukces.
I już w lipcu 2003 roku firma zbankrutowała.
Skrótu tego, co działo się pomiędzy zaproszeniem do grupy zarządzającej doradcy biznesowego a owym bankructwem, dokonałam oczywiście tendencyjnie, żeby – jak mówi Janek Pospieszalski, który zamienił kontrabas w Voo Voo na mikrofon w TVP – pokazać tendencję.
Tendencja globalnej gospodarki jest taka, że ma być rozwój. Ta tendencja jest sprzeczna z tendencją gospodarki na ludzką miarę, która ma służyć ludziom – żeby po prostu mieli z czego żyć.
Inna tendencja globalnej gospodarki, wynikająca z tendencji wymuszającej rozwój jest taka, że trzeba się z tym rozwojem i wypracowywaniem zysku strasznie spieszyć, bo inni nas prześcigną i dla nas zabraknie.
Ta znów tendencja sprzeczna jest z podstawową tendencją demokracji, która wymaga czasu dla zaprezentowania własnych potrzeb i – potem – dla znalezienia kompromisowych rozwiązań godzących te zróżnicowane potrzeby.
Nasze życie płynie między tymi tendencjami. A my stajemy się specjalistami od godzenia wody z ogniem. Lub ofiarami tych tendencji, które akurat zyskują większą moc.
Cala nadzieja w tym, że jak już tendencje nazwane, łatwiej zdecydować, którą z nich chcemy wzmacniać swoim pojedynczym działaniem.
Trudno w to uwierzyć, ale od każdego naszego działania coś naprawdę zależy. Nie na darmo wszyscy dreamerzy świata wciąż śpiewają: come together.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
* Tekst znajduje się tutaj:
http://www.ekonomiaspoleczna.pl/x/325066
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Remigiusz Okraska | wtorek 15 stycznia 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Co jakiś czas przez Polskę przetacza się utrzymany w histerycznym tonie spór o to, kto jest godny wsparcia i wiarygodny jako podmiot współtworzący obywatelską rzeczywistość. Dzieje się tak najczęściej wówczas, gdy chodzi o pieniądze publiczne. Media lewicowe i liberalne są oburzone, że dotację państwową otrzymały (lub choćby starają się o to) środowiska prawicy, a media tej właśnie opcji – że wsparto lewicę. Czy będzie to dotacja dla Młodzieży Wszechpolskiej, czy dla Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, czy dla gejów i feministek, czy dla stowarzyszenia tradycyjnych katolików – repertuar jest zawsze ten sam. „To skandal! Im się nie należy” – przekonują w identycznym tonie przedstawiciele obu opcji, odmawiając swoim przeciwnikom czerpania środków z budżetu.
Ale nie tylko o pieniądze budżetowe tu chodzi – odmawiają im także prawa do samego istnienia, a przynajmniej kwestionują zasadność materialnych podstaw tegoż. Media liberalne bardzo przejmują się pochodzeniem darowizn dla Radia Maryja, wciąż sugerując, że są one jakieś „lewe” – a to z rzekomo zagarniętej zbiórki na ratowanie Stoczni Gdańskiej, a to od polonijnego biznesmena uwikłanego pół wieku temu – znów rzekomo – we współpracę z nazistami. Z kolei media katolicko-narodowe na tej samej zasadzie piętnują nie-budżetowe źródła finansowania środowisk lewicowych, mniejszości seksualnych lub ekologów. Można się dowiedzieć, że są oni wspierani przez Sorosa, Agorę czy innych „nieprawomyślnych” lub „zagranicznych” darczyńców. Tego typu wywody obu stron sporu pojawiają się często wraz z towarzyszącą im sugestią, że gdyby nie te „trefne” pieniądze, to dana inicjatywa nie mogłaby funkcjonować, jest więc skażona swoistym grzechem pierworodnym.
O finansowaniu różnych środowisk z budżetu nie ma co zbyt wiele pisać, bo tutaj motyka nieustannie przygania gracy. Lewica krytykuje dotacje dla grup prawicowych, lecz bez zażenowania finansuje swoich pupilków, gdy akurat ma wpływ na rozdział państwowych środków. Prawica czyni dokładnie tak samo. Nie ma żadnej różnicy w kwestii skali zjawiska i stosowanych metod, choć obie opcje lubią moralizować i przedstawiać się jako uczciwe i przyznające dotacje wyłącznie wedle merytorycznego klucza. Tego typu uznaniowe dysponowanie publicznym groszem dotyczy nie tylko aspektu politycznego. Nie raz bywało w Polsce tak, że np. ministerstwo środowiska rozdzielało dotacje na te same „neutralne” działania (np. edukacja ekologiczna) nie wedle jakości składanych wniosków czy dorobku ich autorów, lecz bez cienia zażenowania przydzielało je tylko tym organizacjom, które były miłe i spolegliwe wobec aktualnego szefa resortu. Każdy, kto choć otarł się o problematykę wsparcia dla tzw. NGO’sów (organizacje pozarządowe) z jakiejkolwiek instytucji publicznej, ten dobrze wie, że z uczciwością, bezstronnością i merytoryczną oceną zasadności dotacji można się spotkać nie jako z regułą, lecz raczej wyjątkowo. Cały ten system wymagałby sporego przewietrzenia.
Nie to jednak wydaje mi się najbardziej istotne w omawianym temacie. Otóż wspomniane pyskówki dotyczące tego, kto, komu i za co płaci – już nie z budżetu, lecz ze środków prywatnych sponsorów czy fundacji – zawierają jeden niebezpieczny motyw. Spoza aspektu finansowego przeziera coś znacznie bardziej istotnego: odmawianie różnym środowiskom prawa do funkcjonowania jako integralnych elementów tego, co określa szlachetny, lecz w Polsce zupełnie wyświechtany termin „społeczeństwo obywatelskie”. Nie kwestionuję faktu, że warto, a nawet należy się bacznie przyglądać finansowemu aspektowi działania różnych środowisk – temu, „kto za to płaci” i w jakim celu to czyni. Nic dobrego jednak nie wynika z utożsamienia „niesłusznych” (czyli innych niż nasze) poglądów jakiejś grupy z posiadaniem przez nią takiego czy innego sponsora. Innymi słowy: nieuczciwe jest podważanie czyjegoś zaangażowania społecznego oraz szczerości wyznawanych poglądów poprzez sugestie, że „ktoś” za to płaci i tylko – oraz właśnie – dlatego są one takie, jakie są.
Jest oczywiste, że pieniądze mają znaczny wpływ na postawy ludzkie. Jednak sprowadzanie całego problemu różnic ideowych i światopoglądowych do tego, że naszym adwersarzom „ktoś za to płaci”, jest kopaniem dołka, w który samemu wpadnie się prędzej czy później. Nie chodzi wcale o oczywisty fakt, że owa broń jest obusieczna i nam też ktoś może zarzucić „trefne” źródła finansowania. Znacznie gorsze jest niszczenie w ten sposób „mentalnej tkanki” autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Ono bowiem, jeśli ma być żywym, pełnym werwy organizmem, musi pulsować setkami i tysiącami inicjatyw o przeróżnych wizjach, poglądach i metodach działania, nawet sprzecznych i wzajemnie skonfliktowanych. Taka zaś jego wersja, w której istnieją wyłącznie „słuszne” i „godne” inicjatywy, jest de facto atrapą. Nie odzwierciedla bowiem faktycznego społecznego zróżnicowania poglądów, a także konfliktów i ścierania się różnych wizji. To ostatnie zjawisko, jeśli tylko przybiera cywilizowaną postać i rozsądnie zakreślone granice, jest czymś pozytywnym z punktu widzenia rozwoju społecznego, zapobiegając stagnacji, kostnieniu i degeneracji rozmaitych struktur i instytucji. Co więcej, wykluczanie „niesłusznych” inicjatyw odcina sporą część obywateli od możliwości otrzymania lekcji wspólnego działania, powiększając za to skalę i zasięg marazmu.
Gdyby wcielić w życie wizje społecznego zaangażowania, jakie wyłaniają się z ataków mediów lewicowych i prawicowych, to otrzymamy sytuację, w której rozkwitają i są wspierane przedsięwzięcia jednej opcji ideowej, a brakuje lub istnieją w rachitycznej postaci te wyrastającej z odmiennego światopoglądu. Z góry można więc założyć, że znaczna część społeczeństwa, nierzadko jego połowa albo i więcej, otrzymuje wprost komunikat: macie siedzieć cicho i nic nie robić, nie ma dla was miejsca w przestrzeni publiczno-kulturowej. Oczywiście i na szczęście, życie biegnie innym torem i ani myśli podporządkować się fanatycznym zwolennikom którejś z opcji. Jednak ich ciągłe wzajemne nagonki tworzą złą atmosferę dla rozbudzenia społecznej aktywności. Czy to feministki, czy nacjonaliści, ciągle słyszą połajanki pod swoim adresem i napotykają kwestionowanie zasadności własnego zaangażowania publicznego.
W polskich realiach jest to tym bardziej szkodliwe, że mamy nie nadmiar, lecz daleko posunięty niedobór aktywności społecznej. Gdybyśmy byli Szwajcarią lub USA, moglibyśmy sobie do woli wybrzydzać i marudzić, że takie czy inne podmioty sfery „obywatelskiej” nam nie odpowiadają. Jednak w Polsce każdy, kto współtworzy klimat niesprzyjający rozwojowi inicjatyw społecznych, działa po prostu na szkodę kraju. Gdy jest to dziennikarz specjalizujący się w pisaniu donosów na „złe” inicjatywy wedle zapotrzebowania z redakcji, trudno oczywiście wymagać, aby zachowywał się inaczej. W 99% przypadków osobom z tego środowiska jest zapewne obojętne, czy faktyczne społeczeństwo obywatelskie istnieje oraz w jakiej znajduje się kondycji. Współczesne wielkie media mają charakter elitarno-oligarchiczny i ciężko w nich natknąć się na kogoś, kto serio traktowałby te ideały, które kiedyś przyświecały każdemu porządnemu dziennikarzowi. Gdy jednak do nagonek na samo prawo publicznego działania grup obywateli zjednoczonych jakąś ideą przyłącza się osoba aktywna w inicjatywie o podobnej formie, lecz innej opcji ideowej, jest to wyjątkowo szkodliwe i krótkowzroczne.
Szkodliwe – gdyż w ten sposób psuje ona wózek, na którym wspólnie, nawet jeśli wbrew własnej woli, jadą. Istnienie prężnej, tętniącej energią i aktywnością struktury społeczeństwa obywatelskiego, jest na rękę każdemu, kto nie zamyka się w czterech ścianach i gronie najbliższych, lecz chce aktywnie współkształtować warunki życia własnego i swojej wspólnoty. Im więcej jest stowarzyszeń, fundacji i instytucji współpracujących z nimi, niezależnych mediów obywatelskich, wypracowanych reguł i mechanizmów działania, a także – odbiorców takiej aktywności, tym lepsze warunki istnieją dla kolejnych tego typu przedsięwzięć, niezależnie od ich przesłania ideowego.
Myślenie wykluczające „niesłuszne” środowiska z obywatelskiego „obiegu” jest też krótkowzroczne. Nie bierze pod uwagę faktu, że ilość osób angażujących się w takie inicjatywy jest i będzie ograniczona. Czy to z powodu cech charakterologicznych, czy z uwagi na zainteresowania, czy też wskutek sytuacji życiowej, część osób nie bierze i nie będzie brała aktywnego udziału w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego. W zależności od warunków, liczba ta jest w danym kraju większa lub mniejsza, ale nawet w najbardziej sprzyjającym otoczeniu i przy rozbudzonej aktywności nie obejmie ona całości, a zapewne nawet przeważającej części populacji. Jeśli wykluczymy którąś – obojętnie jaką – opcję ideową z możliwości podejmowania inicjatyw, to w efekcie zmniejszamy także szanse na rozwój własnej. Do działań społecznych rzadko lub wcale włączają się osoby całkowicie bierne. Z trwających już kilkanaście lat obserwacji realiów organizacji pozarządowych wnioskuję, że znacznie częściej spotkać można w grupie lewicowej „konwertytę”, czyli kogoś, kto dawniej działał w prawicowej, i odwrotnie, niż kogoś, kto nigdy nie zajmował się taką aktywnością. Oczywiście nie dotyczy to młodzieżowego „narybku”, który dopiero zaczyna swoją przygodę z działalnością społeczną, ale i w tym przypadku bardzo często rolę czynnika motywacyjnego odgrywa przykład działalności rodziców, rodzeństwa czy kolegów z klasy lub podwórka. Blokując jeden z kanałów postaw społecznikowskich, uniemożliwiamy wielu osobom rozbudzenie takich pasji, nabycie stosownych kompetencji, wdrożenie się w procedury i zasady działania. Podcinamy gałąź, na której sami siedzimy. O tym, że wyrządzamy szkodę jakości życia publicznego w Polsce – nie trzeba już wspominać.
Jak najdalszy jestem od hołdowania naiwnym hasłom w stylu „kochajmy się!”. Istotą demokracji jest nie tylko wypracowanie całej serii konsensusów, lecz także istnienie nieustannych konfliktów, ścieranie się sprzecznych interesów, wizji i poglądów. Jest zrozumiałe, że każda zorganizowana grupa chce dla siebie „wyrwać” jak najwięcej, narzucić innym to, co uważa za słuszne. Ustawodawcy, władze wykonawcze, instytucje publiczne i inne podmioty mają obowiązek dbać o to, aby konfliktom nadać cywilizowaną postać, sensowne ramy i chronić elementarne interesy przegranych. Jednak my sami, zorganizowani obywatele, też powinniśmy starać się o zachowanie „pola gry” w jak najlepszym stanie. Bez wątpienia, używając metafor wojennych, jedna strona konfliktu ma prawo strzelać do drugiej. Jeśli jednak na terytorium, które stało się przedmiotem sporu, zdetonujemy bombę atomową, wówczas zwycięstwo okaże się pyrrusowe, bo podbite ziemie zostaną na wiele lat skażone.
W kraju rachitycznej, wątłej i niemrawej aktywności społecznej, w kraju, gdzie niezwykle trudno nakłonić ludzi nawet nie tyle do pomocy innym, lecz do walki o własne prawa i interesy, w kraju powszechnego zniechęcenia i narzekania – ostatnia potrzebna rzecz, to odmawianie nielicznym inicjatywom społecznym prawa do działania tylko dlatego, że nie podoba nam się ich światopogląd czy źródła finansowania. Feministki, geje, piewcy kosmopolityzmu, Rodzina Radia Maryja, stowarzyszenia „homofobów”, nacjonaliści itd., itp., wszyscy oni zasługują na prawo do nieskrępowanego publicznego działania i pozyskiwania środków finansowych, jeśli tylko nie łamią obowiązującego prawa. Odbudowa podstawowej tkanki społeczeństwa obywatelskiego to kluczowe zadanie na dziś w państwie tak straszliwie spustoszonym pod tym względem. Jeśli tego nie uczynimy, to w nieskończoność będą w Polsce rządziły kolejne kohorty oligarchów, wyalienowanych ze społeczeństwa, w żaden realny sposób nie poddanych kontroli, przypominających sobie o nas tylko wtedy, gdy mamy zapłacić podatek i oddać głos w (pseudo)wyborach.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Niezależnie od tego, jak bardzo religijnym społeczeństwem są Polacy, trudno nie spostrzec, że porządkiem świętowania zawładnął biznes. W biznesie zaś chodzi o pieniądz, nie o sacrum, więc około-świąteczne formy oddziaływań na potencjalnych klientów są przyjemnie trywialne i absolutnie niezobowiązujące. W tym kluczu Boże Narodzenie to okazja do chwili dobrego samopoczucia, (iluzji) finansowej beztroski, nieco bardziej kosztownej konsumpcji, nie zaś do – brzydko mówiąc – głębszych refleksji. Okolicznościowy święty Mikołaj, a także jego renifery, to funkcjonariusze reklamy, którzy z chrześcijaństwem mają tyle wspólnego, co diabeł ze święconą wodą.
Co prawda „altruizm” i „empatia” oraz tym podobne pozytywy, podtrzymujące tkankę społeczną i przypominające nam, żeśmy ludźmi, wciąż są na tyle niezbędne, że trzeba dla nich wygospodarować nieco miejsca, dlatego jak co roku o tej porze można tu i ówdzie spotkać odzianych w czerwień osobników ze sztucznymi brodami, jak czają się w miejscach publicznych na bliźnich, szczególnie na dzieci i ładne dziewczęta, by wręczyć im świątecznego cukierka. Taka okolicznościowa ciągutka ma nam, zaganianym i troszku poirytowanym przedświąteczną atmosferą, zapewnić chwilę wiary w ludzkość: że jesteśmy dla siebie dobrzy, że się przynajmniej lubimy, jeśli nawet nie kochamy, że w ogóle miło jest być człowiekiem i cieszyć się nadchodzącą Wigilią. I w ogóle: ho, ho, ho! – jak powiada poczciwy Santa Claus, figura radosnego konsumpcjonizmu, która w wolnej Polsce przyjęła się znacznie lepiej, niźli w zniewolonej Died Maroz.
Właściwie, jeśli o mnie chodzi, to chromolę takie święta. Ludzie w tramwajach nerwowi, na chodnikach nerwowi, w miejscach użyteczności publicznej – także nerwowi. Nie mówiąc o tłoku na pocztach i wyciągających się zewsząd puszkach na datki. Wszyscy chcą, żebym był dla nich dobry i szczodry, a tego nawet moje lewackie serce długo nie zniesie. Nie mówiąc o portfelu. W telewizji przybywa filmów na wszelkie możliwe sposoby poniewierających świętym Mikołajem i „Opowieścią wigilijną” Dickensa. Jak wiadomo, nadmiar wszelkich wartości prowadzi do ich inflacji – czyli w pewien sposób – braku. To może paradoks, a może nawet czysty absurd: ale im bardziej się robi wokół świątecznie, tym mniej jest świątecznie. By zacytować zdanie z powieści pewnego geja (w ramach nigdy nieustającej walki z homofobią): „jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?”. No właśnie. Nie zachwyca. Mierzi. Żenuje. Irytuje.
I jeszcze te świąteczne kartki, smsy, maile i mmsy. To już nawet nie święty Mikołaj, ale roznegliżowana panienka, (teraz dzieci zamykają oczy) goła dupa z wielkim biustem uśmiechająca się kusząco, z nieodmiennym napisem: „Wesołych Świąt”. No a co to są te Wesołe Święta? Niemal dokładne przeciwieństwo wszystkiego, czym się nas kusi w ramach przedświątecznej oferty. No ale może to przesada? W końcu robimy co możemy, by dać znać bliźnim, że o nich pamiętamy, formy są nam po części narzucone – jesteśmy w swojej masie zakładnikami tej ufundowanej na marketingu kultury, o którą ponoć walczyły pokolenia Polaków, pragnących wybić się na niepodległość. A że to PRL-owski ustrój miał nas niegdyś wyzwolić od dominacji pieniądza, to i nie dziwota, że mamona i wszystkie rzeczy, które jej są, teraz biorą odwet za dziesięciolecia utajonego, prowadzonego w pohańbieniu żywota. Ho, ho, ho! – przytaknie gruby amerykański imperialista, co zamiast cygara we wrednym pysku ma stuletni zarost i minę zażywnego staruszka, który żywot spędził w dobrobycie, a przy okazji jest koroną wszelkich cnót. Co najwyżej ogląda świerszczyki w toalecie. Albo podgląda renifery w stajni. Tfu, chciałem rzec, dogląda reniferów w stajni.
“So this is a Christmas” – jak śpiewał John Lennon – “War is over, Hare Rama if you want it”, i tak dalej, i tym podobne. Chyba za dużo tego Kristmasa wokół nas. Poprzedzone Adwentem Boże Narodzenie, jak się zdaje, prowadzi żywot utajony, w podziemiu. Kościoły, w których odprawia się roraty, znów są po części katakumbami. Tam słowa i rzeczy, biblijne opowieści o oczekiwaniu na nadejście Boga i człowieka, mają swój prawdziwy sens. Można by rzec żargonem nieco filozoficznym: stamtąd można się jeszcze wydobyć z platońskiej jaskini świata, niczym wąskim, wąziutkim przejściem ku prawdziwej jasności. Zaczerpnąć odrobinę dobra, która przywraca sprawom właściwy sens. Ocala piękno, ale i nie skrywa szpetoty, naszej, ludzkiej szpetoty, którą tak umiejętnie maskujemy w dzień powszedni.
W nielubianej przez pogromców religijnej ciemnoty kruchcie, święty Mikołaj jest świętym, Boże Narodzenie jest narodzeniem Boga i człowieka, zawołanie „Wesołych Świąt” rzeczywiście oznacza radość. Tam człowiek odzyskuje swoją historię, która okazuje się być czymś więcej niż pochodem nie napawających bynajmniej większym optymizmem stuleci i tysiącleci. Tam wreszcie człowiek, chcąc nie chcąc, odzyskuje jako taki kontakt z pięknem polskiej mowy i jej tradycjami. Ba, staje się istotą ponadczasową, powtarza słowa, które niegdyś wypowiadali biblijni prorocy: „Spuście nam na ziemskie niwy, Zbawcę z niebios, obłoki”.
Nadchodzące Święta mają dwa przepiękne momenty: łamanie się opłatkiem i puste nakrycie przy wigilijnym stole. Wszyscyśmy z tym oswojeni i bodaj nikt nie może nam tego zabrać. Nawet Santa Claus, gdyby podniósł rękę na te znaki, ryzykowałby jej odrąbaniem, że twórczo nawiążę do klasyka polskiej myśli i praktyki politycznej. Stare, uświęcone zwyczajem pokoleń znaki, których nie trzeba reklamować, które nie są na sprzedaż, które nie przestaną być modne w następnym sezonie. Przeżywaliśmy je jako dzieci, uczestniczyliśmy w nich jako ludzi młodzi i oby towarzyszyły nam też na starość. To są znaki naszego człowieczeństwa, skądinąd trudne znaki – oznaczają otwartość, ufność, gościnę, nawet odwagę, jeśli serio potraktować puste talerze. Santa Claus któregoś dnia zaczopuje się w kominie i kopnie w kalendarz, renifery zwieją do tajgi lub trafią do rzeźni; kto wie, może nawet prawa rynku przestaną znaczyć, ile znaczą i zastąpią je inne formy ideologii – my pozostaniemy z opłatkiem i oczekiwaniem na (nie)spodziewanego gościa. Oby nigdy zamiast pustego miejsca nie towarzyszyła nam w ten czas pustka – czego sobie i Drogim Czytelnikom życzę.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Drogie kobiety!
Piszę do was z małej litery i z kuchni, czyli z miejsca, w którym powinnam być. 14 grudnia gazety podały podały, że nasze emerytury – o 35 procent niższe niż emerytury mężczyzn – będą niższe o kolejne 15 procent.
Naprawdę przesadziłyśmy. Nie wolno tak traktować mężczyzn. To nie jest sprawiedliwe. Musimy zaprzestać prześladowania mężczyzn samym faktem naszego istnienia. Musimy się w końcu usunąć.
Mężczyźni z takim trudem rządzą światem. Tyle mają z tym kłopotów. Nie powinnyśmy stwarzać im dodatkowych problemów. Same widzicie: i profesor Marek Góra, twórca systemu emerytalnego, i Jeremi Mordasewicz, przedsiębiorca z Lewiatana, i nawet cały Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, martwią się teraz kwestią naszych emerytur. Zaraz będzie się też tym problemem martwił i zajmował swój cenny czas Doradca Pana Premiera do spraw społecznych, Pan Michał Boni. A może i sam Premier pochyli nad tym kłopotem swoje zapracowane czoło. Nie możemy dłużej godzić się na to, by przez nas mieli tyle zmartwień!
Musimy wreszcie jasno przyznać, że te okropne kobiety, które nazwały siebie feministkami i wywalczyły dla nas sto lat temu prawa wyborcze i prawo do nauki – popełniły błąd. Nie powinnyśmy mieć żadnych praw. Uznajmy wreszcie, że one się nam naprawdę nie należą i zwróćmy je prawowitym właścicielom – mężczyznom. Jesteśmy przecież gorszym gatunkiem człowieka i powinnyśmy uszanować to miejsce w szeregu, które wyznaczyła nam natura.
***
Robię właśnie to, do czego jestem przeznaczona. Gotuję na parze rybę, bo dziecko ma chory żołądek i nie może smażonego. Laptopa, na którym piszę do was ten list, przyniosłam do kuchni, żeby mi się ryba nie rozgotowała. Wiem, iż ten komputer mogę mieć dlatego, że jakiś światły mężczyzna go zbudował, inny dostarczył do sklepu, inny jeszcze – sprzedał. A rybę mogłam kupić dlatego, że jeszcze jeden światły mężczyzna ciężko dla mnie pracował nad ustawą o zabezpieczeniu społecznym i tylko dzięki niemu teraz, kiedy jestem chora, po 30 latach pracy dostaję z ZUS-u 459 złotych minus podatek.
Dziś jeszcze przesyłam swoje wezwanie do kobiet przy pomocy e-maila. Ale wiem, że powinnam zamknąć wszystkie swoje internetowe konta. Powinnam przestać zaśmiecać sieć, w której mężczyźni rozwiązują swoje poważne, globalne problemy. Od jutra przestanę – tego wymaga ode mnie obywatelska odpowiedzialność. Uważam też, że wszystkie powinnyśmy zamknąć kobiece strony internetowe, a także zlikwidować niepotrzebne kobiece organizacje – stwarzamy nimi w świecie tylko tłok i bałagan.
Od dziś powinnyśmy też wszystkie zgodzić się co do tego, żeby nie wysyłać więcej żadnych, ale to absolutnie żadnych pism do polityków z jakimikolwiek żądaniami. Przejrzyjmy na oczy i zgódźmy się: nie wolno nam robić takich rzeczy! Przeszkadzamy tylko mężczyznom poważnie zajmować się sprawami świata. Zajmujemy ich cenny czas. Musimy ich za to przeprosić!
Ja przepraszam i od dziś jestem mężczyznom wyłącznie wdzięczna. I wzywam Was Wszystkie: Wy też bądźcie wdzięczne!
Zrzeknijmy się prawa do emerytur! Po co nam one? Te o 35 i jeszcze 15 procent mniejsze niż męskie emerytury, przekażmy solidarnie na ich męskie, zasłużone konta emerytalne. Już dziś! Aby jutro mężczyźni odpoczywali na emeryturach z poczuciem, że na ten odpoczynek w pełni zasłużyli. A my zejdźmy ze sceny publicznej! Przestańmy utrudniać im życie!
Przestańmy chodzić na wybory – tyle mają potem kłopotu z liczeniem naszych głosów. Zwolnijmy miejsca w szkołach – niech w małych klasach zdobywają wiedzę potrzebną do wywoływania światowych wojen i rozwiązywania problemów. To jest przecież najważniejsze. To prawdziwa praca, która popycha świat do przodu. Nie możemy tego dłużej nie dostrzegać!
Znajmy swoje miejsce w szeregu i trzymajmy się tego miejsca! Popełniłyśmy ogromny błąd uznając, że świat potrzebuje nas tak samo jak ich. Czas przejrzeć na oczy. Tak, jak jest oczywiste że mamy siedzieć w kuchni i opiekować się naszymi dziećmi, równie oczywiste jest i to, że za całą zapłatę powinno nam starczyć to, że możemy czuć wdzięczność wobec panów. Tak, możemy wnieść nasz mały, zgodny z miejscem, które nam przeznaczono, wkład w to, żeby działało prawo i sprawiedliwość i żeby żyło się lepiej. Wszystkim.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
P. S. Ryba wyszła pyszna.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wśród środowisk, które krytykują nie tyle ten czy inny rząd lub opcję polityczną, lecz cały „system”, często pojawia się opinia – czy raczej zarzut – że bierność społeczna jest efektem „ogłupienia” Polaków. Przekonują, że obywatele naszego kraju są łatwowierni, naiwni, zbyt mało krytyczni, dają się zwodzić ładnym słówkom i hasłom rzucanym pod publiczkę, a propaganda establishmentu robi im wodę z mózgu. Jedynie garstka przenikliwych buntowników nie dała się omamić. To ci „oświeceni” demaskują knowania reżimu oraz organizują przeciwko niemu rachityczne 100-osobowe demonstracje, które toną w morzu obojętności.
Czy rzeczywiście tak jest? Na pewno podobny osąd nie należy do całkowicie pozbawionych sensu. Można bez problemu wskazać, że w krajach np. Europy Zachodniej krytyczna reakcja społeczeństwa na wiele działań rządu, klasy politycznej czy lobby wielkiego biznesu, jest znacznie bardziej powszechna niż w Polsce. Nie ma w zasadzie znaczenia, o jaki problem chodzi – czy będzie to „interwencja zbrojna” w jakimś „złym” kraju, czy rządowe plany zmniejszenia zabezpieczeń socjalnych. Pojedyncze marsze antywojenne czy demonstracje przeciwko „reformom” gromadzą setki tysięcy uczestników, czyli tyle, ile uzbierałyby w skali roku razem wzięte wszystkie polskie protesty na dowolne tematy.
Jeszcze bardziej wymowne będzie porównanie Polski do Stanów Zjednoczonych, które zazwyczaj traktujemy jako kraj odmóżdżonych tłuściochów, po całych dniach zajadających się hamburgerami przed telewizorem z głupawymi filmami. W USA istnieją jednak tysiące prężnych inicjatyw społecznych, krytycznych wobec Wielkiego Rządu lub Wielkiego Biznesu. Bardzo radykalne czasopisma osiągają tam kilkudziesięciotysięczne nakłady, sprzedawane całkowicie poza „kioskową” siecią dystrybucji, wyłącznie w prenumeracie pocztowej. Społeczeństwo żywo reaguje na zjawiska, które mu się nie podobają – tysiące osób na rozmaite sposoby „knują” przeciwko rozmaitym decyzjom czy wydarzeniom. Na tym tle Polacy wypadają nader mizernie.
Oczywiście takie porównania są ułomne, gdyż nie biorą pod uwagę setek przyczyn składających się na odmienną sytuację różnych społeczeństw. Można wskazać choćby na to, że kultura społeczno-polityczna USA i państw Europy Zachodniej kształtowała się dłużej i w znacznie bardziej sprzyjających warunkach niż w naszym kraju. To, co u nas dopiero raczkuje lub z mozołem się odradza, tam ma wieloletnie tradycje i solidne zaplecze w postaci wzorców kulturowych i stosownych instytucji. Można dodać też, że lepsza jest sytuacja materialna tamtejszych społeczeństw, a o aktywność obywatelską łatwiej, gdy nie trzeba walczyć o elementarne podstawy bytu.
W tym wszystkim są jednak pewne kwestie problematyczne. Otóż w różnorakich sondażach opinii publicznej Polacy wcale nie wypadają tak źle. Przeciwko szczególnie szkodliwym postaciom, działaniom i decyzjom – weźmy choćby Leszka Balcerowicza, inwazję na Irak czy niesławne „cztery reformy” AWS-u – opowiada się większość społeczeństwa. Podobnie jest z poparciem udzielanym np. tak zohydzanym przez media i stronniczo przedstawianym zdarzeniom, jak rolnicze blokady dróg czy demonstracje górnicze. Znaleźć można oczywiście także kontrprzykłady, choćby bardzo wysokie poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej, zbieżne z – no właśnie – wyjątkowo nasiloną propagandą. Ale w tym przypadku utrzymująca się wysoka, a nawet rosnąca akceptacja dla integracji europejskiej pokazuje, że społeczeństwo autentycznie uznało, iż taki wybór leży w jego interesie. Zdarzają się co prawda kurioza – Polacy najbardziej w Europie ufają np. dziennikarzom – ale trudno z takich specyficznych i dziwacznych trendów wyciągać wioski o braku krytycznego myślenia.
Nie ma powodów, by uznać, że Polacy w swej masie są wyjątkowo „ogłupieni” czy podatni na propagandę. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę, że w kluczowych kwestiach panuje u nas zgoda wszystkich znaczących podmiotów ponad politycznymi podziałami, że debata publiczna jest mizerna i toczy się w z góry ustalonych ramach, że brak w niej poważnych środowisk alternatywnych (media często i chętnie nagłaśniają opinie np. Centrum im. A. Smitha – ciekawe, czy podobnie traktowałyby Centrum im. J. Keynesa albo im. W. Röpkego, gdyby takowe istniały?).
Problemem jest natomiast chyba coś innego niż brak krytycyzmu. Postawię tezę – czysto „felietonową”, a więc popartą jedynie własnymi obserwacjami i intuicją – że Polaków cechuje krytycyzm nadmierny, przeradzający się w jałowe krytykanctwo, z którego nie wynika żadna publiczna aktywność. To ostatnie z kolei jest pochodną cechującego Polaków braku zaufania do siebie nawzajem. Wcale nie jest tak, że wyjątkowo podatni na różnoraką propagandę są mieszkańcy kraju nad Wisłą. Polacy bardzo krytycznie i nieufnie oceniają wiele wywodów i działań autorstwa „onych”. Tyle że nieufności wobec establishmentu towarzyszy brak zaufania względem niemal wszystkich innych środowisk i podmiotów. Trudno w takich warunkach o prężne, zbiorowe działanie, bo opiera się ono na poczuciu wspólnoty, na choćby minimalnym przekonaniu o jednym celu większej grupy.
Pokazują ten problem także różnorakie sondaże. Okazuje się, że Polacy w niewielkim stopniu ufają sobie wzajemnie. Mamy zaufanie do kilku „poważnych” instytucji, a przede wszystkim do członków rodziny. Natomiast niewielkie jest do „obcych” – znajomych, mieszkańców tego samego miasta czy dzielnicy, członków tej samej branży czy grupy zawodowej itp. Niezbyt ufamy też organizacjom społecznym, poza najbardziej znanymi, zajmującymi się „ckliwą” tematyką, z liderami prezentowanymi w mediach w pozytywnym świetle. Poza najbliższym kręgiem rodzinnym i towarzyskim oraz odległymi instytucjami, w Polsce istnieje poważny kryzys zaufania wobec różnych struktur i środowisk „średniego szczebla”.
Gdyby wziąć pod uwagę opinie wypowiadane w prywatnych rozmowach, nasi rodacy wcale nie są bezkrytyczni wobec struktur władzy i kapitału. Oczywiście część osób nabiera się na piękne słówka i takież koszule czy krawaty polityków, inni wierzą w to, że Konfederacja Pracodawców Prywatnych składa się z filantropów, którzy prawa pracownicze chcą ograniczać po to, aby Polska była krajem płynącym mlekiem i miodem. Nie sądzę jednak, żeby odsetek takich osób był znacząco większy niż w dowolnym kraju. Za to znakomita większość ma jakieś „ale” a to do rządu, a to do instytucji, które działają źle „za nasze pieniądze”, a to do biznesu – „wiadomo, że” reklamy kłamią, hipermarkety oszukują na czym tylko mogą, a szef-pracodawca to kawał łotra i cwaniaka. Problem w tym, że są to na ogół wywody bez większej wartości, przyjmujące postać pomstowania przed telewizorem czy przy butelce. Bo gdy pada propozycja wspólnego rozwiązania jakiegoś, niewielkiego choćby, problemu, wówczas okazuje się, że potencjalni sojusznicy też są w taki czy inny sposób podejrzani i niegodni zaufania.
I znów można by doszukiwać się przyczyn takiego stanu rzeczy w przeróżnych zjawiskach i wydarzeniach z przeszłości odległej lub całkiem niedawnej. Tradycji zbiorowego działania nie mamy zbyt wiele. Autentyczne społeczeństwo obywatelskie istniało ostatnio w międzywojniu, też zresztą mocno krępowane sanacyjnym centralizmem, a nierzadko zamordyzmem. W PRL-u społecznikostwo wtłaczano w sztywne, biurokratyczne formy, częstokroć zależne od woli i humoru kacyka któregoś szczebla, z kolei inicjatywy opozycyjne przybierały postać bądź to wielkich zrywów i buntu, bądź konspiracyjnej tajnej roboty. Poza okresem solidarnościowego „karnawału” trudno w ostatnich dziesięcioleciach wskazać tradycje normalnego zbiorowego działania, a tamte doświadczenia trudno uznać za ponadczasowe, skoro oparte były na nieistniejącym już modelu dwubiegunowego podziału oraz wyrazistym wspólnym wrogu.
Z „Solidarnością” wiąże się bez wątpienia inna istotna przyczyna braku zaufania. Ruch ten wyzwolił ogromne nadzieje i oczekiwania, a jego liderzy zgromadzili ogromny kapitał społecznego zaufania. Co z tym zrobili, to mniej więcej wiadomo. Skończyło się albo blamażem szybkim i totalnym, jak w przypadku Lecha Wałęsy, albo rozłożoną na raty utratą wiarygodności, jak w przypadku środowiska Unii Wolności i „Gazety Wyborczej” (ta ostatnia zachowała część dawnej pozycji „procentowej” tylko dlatego, że tracąc jedne grupy zwolenników, zyskała inne – Adam Michnik nie jest już „idolem” robotników i „przyjacielem ludu”, lecz bożyszczem części klasy średniej i wyalienowanej ze społeczeństwa inteligencji humanistycznej, często bardzo interesownej i związanej z „michnikowcami” rozmaitymi zależnościami).
W Polsce skompromitowało się też mnóstwo podmiotów, które powinny absorbować i organizować społeczną energię. Od liderów związków zawodowych, którzy okazywali się najlepszymi kumplami i sojusznikami nie pracowników, lecz pracodawców, przez bohaterów jednego epizodu, którzy popularność i zaufanie roztrwaniali niemal natychmiast, ulegając pokusie indywidualnej kariery (tak było z kobietą, która dzielnie walczyła z wyzyskiem w hipermarketach, a później uznała, że koniecznie musi zostać posłanką), kończąc zaś na tzw. organizacjach pozarządowych, w których kwitnie nieróbstwo i cwaniactwo, zaś one same częstokroć są prywatnymi folwarkami liderów i miejscem zatrudniania ich koleżków, kuzynów czy małżonków. To wszystko prawda, a ludzie mają prawo nie ufać autorom takich wyczynów i podejrzliwie traktować inicjatywy im podobne.
Swoje robi też polityczna wojna wszystkich ze wszystkimi. Nie ma sensu kultywować naiwnej wizji, w której podziały polityczne są całkiem nieistotne, a światopogląd autorów jakiejś inicjatywy jest zupełnie bez znaczenia. Problem polega jednak w Polsce na tym, że nawet najbardziej „niepolityczne” działania i sfery aktywności zostają uwikłane w przepychanki ideologiczno-partyjne. Zwykła chęć uczczenia pamięci o Powstaniu Warszawskim będzie części środowisk „śmierdziała prawicą”, a chęć skutecznej ochrony skrawka przyrody inni uznają za „lewacką ekologię”. W ten sposób już na starcie wprowadza się atmosferę podejrzliwości i węszenia „kto za tym stoi”. Widziałem na własne oczy tego typu zachowania w tak, zdawałoby się, niewinnych przypadkach, jak próba stworzenia placu zabaw i ochrona parku przed zamianą w podziemny parking.
Na wyższym poziomie eskalowanie postaw „politycznych” też robi swoje. Lewica, szczególnie ta radykalna, namiętnie węszy odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne, akceptując tylko tych, którzy spełniają kryteria czystości ideologicznej w stu procentach. Dochodzi tu do tak kuriozalnych sytuacji, jak – przykład autentyczny – wymuszenie przy pomocy nagonki na wieloletnim działaczu pewnej organizacji, na co dzień nie zajmującej się w ogóle sprawami „obyczajowymi”, udziału w tzw. paradzie równości. W ten sposób miał on zdjąć z siebie odium ciążących od dawna podejrzeń, iż ulega „konserwatywnej hegemonii ideologicznej”. Na prawicy jest dokładnie tak samo, jednak paranoja na punkcie tropienia heretyków – aczkolwiek robi ona to zazwyczaj w bardziej kulturalny sposób niż lewackie sekty – zostaje tu spotęgowana tzw. realizmem politycznym. Jeśli ktoś nie wie, na czym on polega w omawianej kwestii, to skrótowo informuję, że w wersji utylitarnej i niezbyt wysublimowanej chodzi o kultywowanie przekonania, że wszystko ma drugie dno, nikt niczego nie robi całkiem bezinteresownie, a jeśli np. krytykujemy jakąś instytucję, to tylko po to, aby wygryźć stamtąd kogoś i zająć jego miejsce. W efekcie zamiast rozsądnej ostrożności i czujności, mamy permanentną podejrzliwość, która w dodatku urasta do rangi cnoty i kunsztu politycznego.
Wszystkie te czynniki i zjawiska, zebrane w całość, skutkują daleko posuniętą atrofią mobilizacji społecznej. Polacy są podejrzliwi wobec wielu negatywnych zjawisk, procesów i instytucji, ale jeszcze bardziej wobec siebie nawzajem. To znakomicie paraliżuje aktywność obywateli, zdolność wspólnego działania i inicjowanie struktur oporu. Ułatwia za to napuszczanie jednych na drugich, stosowanie zasady „dziel i rządź”, wpuszczanie społecznej energii w kanał domysłów, rozliczeń, nieustannego analizowania wiarygodności itp. Gdyby Polacy cechowali się ponadprzeciętną podatnością na propagandę, to mizerne przejawy aktywności społecznej traktowaliby z obojętnością lub wchodziliby z nimi w polemikę pełną ideologicznego zacietrzewienia. Tymczasem w ich postawach dominuje właśnie ton nieufności: o co im chodzi – na pewno o pieniądze, coś kombinują, za darmo by tego nie robili, ktoś ich podpuścił, skąd mają tyle czasu na takie protestowanie itd., itp. Takie komentarze dotyczą przeróżnych spraw, powtarzane są niczym mantra w dowolnym przypadku. Jeśli ktoś zajmuje się czymś wykraczającym poza indywidualną karierę, życie rodzinne i rozrywkę, nie tyle jest dziwaczny lub nie ma racji, lecz w oczach komentatorów najczęściej jest właśnie podejrzany.
Nie zamierzam nikogo przekonywać do całkowitego porzucenia podejrzliwości. Jest ona potrzebna także wtedy, gdy zaistniałe wspólne inicjatywy mogą skręcić w niewłaściwym kierunku lub paść łupem różnych „złych ludzi”. Namawiam jednak do refleksji nad tego rodzaju powszechną podejrzliwością i krytykanctwem. Dziś nie tyle potrzeba wielkiej idei, jasno wytyczonego celu czy dużych środków finansowych na puszczenie w ruch maszynerii tego, co oznacza wyświechtany termin społeczeństwa obywatelskiego. Potrzeba odbudowy zaufania oraz nabrania dystansu wobec podejrzliwości. Jak to zrobić – nie wiem. Wiem natomiast, że im dłużej będzie dominowała logika spod znaku „człowiek człowiekowi wilkiem”, tym więcej osobników z tego stada zostanie zagryzionych. I każdy z nas może być następną ofiarą.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 29 listopada 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Kontekst historyczny znany, postać również, takoż zarzuty wobec niej; kariera polityczna w III RP nie mniej oczywista dla każdego średnio zorientowanego Polaka. Lech Wałęsa budzi, budził i będzie budzić emocje swoich rodaków. Stał się marką. Dobrze sprzedającą się marką. Dziennikarze, którzy z nim rozmawiają, w swoich słowach i gestach mieszają zachwyt z mniej lub jawną ironią, jeśli nie szyderstwem. Trudno powiedzieć, czy do Wałęsy to dociera, bo sprawia wrażenie mocno w sobie rozkochanego. No ale ma prawo do tej miłości: mógł być dziś dożywającym swoich dni, schorowanym emerytem czy rencistą, stojącym w długich kolejkach do lekarzy, smętnie spoglądającym na odcinek renty/emerytury, patrzącym z rezygnacją w ekran telewizora w swoim skromnie urządzonym M-2 lub M-3, a jest historycznym Lechem Wałęsą. I niech mu wyjdzie na zdrowie.
Lech Wałęsa za spore pieniądze postanowił uświetnić obchody dziesięciolecia francuskiego hipermarketu Carrefour w Polsce. Jak wiadomo, hipermarkety to koła zamachowe polskiej gospodarki i wzór cnót wszelkich w relacjach pracownik (szczególnie ten najniższego szczebla) – pracodawca, o wysokich zarobkach nie wspominając. Nie mówiąc już o niezwykłej wprost łatwości założenia związku zawodowego w hipermarkecie. Carrefour nie pozostaje tutaj w tyle. O taką Polskę walczył Lech Wałęsa, więc nic też dziwnego, że dobrze się czuje w otoczeniu ludzi, którzy ją tak urządzają. Tym bardziej, że obiecano mu wynagrodzenie. Jak sam przyznał „Życiu Warszawy”: „Oczywiście, że mi zapłacili. Za taki występ dostaję od dziesięciu do stu tysięcy euro. Ja zarabiam po parę milionów w ten sposób. Myśli pani, że za trzy tysiące złotych ja bym był w stanie żyć?”.
Lech Wałęsa żyć musi (godnie!), dlatego na dziesięciolecie Carrefoura palnął mówkę na temat „Odpowiedzialności w biznesie”. Temat jak znalazł między wódkę i zakąskę, czy jak się zwie tego typu konsumpcja w wyższych sferach. W zasadzie nie ma powodów do zdziwień i zaskoczeń. Oburzać też się szczególnie nie warto, bo nawet jeśli człowiek się irytuje, to dla zdrowia lepiej sprawę rozbroić sarkazmem. Przecież nikt tak wiele od Wałęsy nie wymaga: prosta, czysta, mówiona robota. Ponoć nawet twórcza, bo Wałęsa mógł powiedzieć co chce, w czym, jak wiadomo, celuje od lat. A przecież gotówkodawcy mogli sobie zażyczyć skakania przez mur, podawania nogi, wspólnego śpiewania z Jean-Michel Jarrem, czy nawet, kto wie, rajdu motorówką. Albo i picia wódki z ludźmi honoru.
Ale nic z tych rzeczy: chodziło tylko, by swą osobą usankcjonować praktyki pewnej szacownej firmy, która tak wiele dobrego zrobiła dla Polaków i pewnie, jeśli jej tylko pozwolić, zrobi jeszcze więcej. A Lech Wałęsa, cóż, w klapie obok Matki Boskiej znajdzie się pewnie jeszcze miejsce dla logo francuskiego hipermarketu. To by nawet do siebie w tym kontekście pasowało, wszak, co powtarzam nie od dziś, żyjemy w państwie godnym kaplic w hipermarketach.
Właściwie to zastanawia mnie tylko jedno. W naszym pięknym kraju nie brak autorytetów, dookreślanych epitetem „moralne”. Autorytety te nie szczędzą rąk i atramentu oraz papieru, gdy tylko komu w Polsce dzieje się krzywda, gdy zostanie popełniona gruba, polityczna niestosowność, czy wręcz – jak to miało miejsce ostatnimi laty – gdy narodowi zajrzał w oczy kaczofaszyzm. Autorytety moralne piszą i gardłują w zaciszu gabinetów oraz w salonach mediów czy jakichkolwiek innych placówek, na jakie zostały pchnięte. Z oczu wyziera im smutek i zgorszenie, pałają świętym (albo świeckim) oburzeniem i w ogóle spalają się w imię słusznych racji. Serca im biją jak dzwony i cały naród wie, że nie musi pytać, komu te dzwony tak biją, bo przecież właśnie jemu: czy to na trwogę, czy na zwycięstwo, czy na ochotę. Wówczas opinia publiczna popada w ekstazę, damy mdleją nad bezami i w ogóle wszystkim jest dobrze, a najlepiej tym, którzy żyją z tego bicia serc (bo przecież nie piany).
Co mnie zatem zastanawia? I nawet trochę smuci, bo pomimo złośliwości żal mi czasem tych naszych autorytetów moralnych i nawet tęsknię za takimi, których na kilometr nie czuć układzikami. Ano, myślę o tym, czemu nikt na poważnie nie podniósł kwestii, czy Wałęsie wypada pojawiać się w pewnych miejscach, fetować z niektórymi osobami, swoją obecnością uspokajać sumienia ludzi, którzy na to nie zasłużyli. Powiem więcej: czy wolno mu się sprzedawać za pieniądze, robić z siebie małpę w cyrku, dawać się wreszcie ośmieszać i wykorzystywać ludziom, którzy w dupie mają odpowiedzialność w biznesie, za to świetnie wiedzą co to public relations i ile zarobili, np. na głodowych pensjach swoich polskich pracownic i pracowników. Czy Lechowi Wałęsie, jeśli traktować jego mit serio (a przecież właśnie do tego przekonują nas autorytety), wolno było pojawić się w takim towarzystwie? I co się stało z etosem „Solidarności”, co się stało z tą demokratyczną ponoć, niepodległą Polską, co się stało z jej elitami, że nie ma komu wstawić się za rzeszą pracowników wszystkich hipermarketów, w których ostatecznie ugodziło zachowanie Wałęsy?
Przestrzeń publiczna potrzebuje symboli, czytelnych symboli, jasnej wizji tego, co dobre, co złe, co wypada, a czego czynić nie należy, jeśli się jest choćby kimś takim jak Lech Wałęsa, jeśli walczyło się kiedyś w imię klasy robotniczej, jeśli się z niej czerpało siły i od niej zyskiwało polityczny, społeczny mandat. I także ci wszyscy, którzy dziś, w 2007 roku, mogą czerpać korzyści z pracy pracowników najemnych, z fizycznej lub umysłowej słabo opłacanej pracy swoich podwładnych, by budować fortuny własne, swoich firm, instytucji i korporacji, którzy wreszcie mogą publicznie zabierać głos i robić za recenzentów rzeczywistości – niech pamiętają, że zawdzięczają to nie tylko swoim zdolnościom, ale czasom tamtej Solidarności i tym ludzkim masom, którym ona niegdyś dawała nadzieję.
Gdy zatem Lech Wałęsa na imprezie Carrefoura za grube pieniądze fraternizuje się z wyzyskiwaczami – to czy nie powinien zabrzmieć dzwon na trwogę? Może powinien. Tylko że dawno pękło w nim serce.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 29 listopada 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Przypomniała mi o tym radiowa Trójka – już po wyborach, a jeszcze przed tworzeniem nowego rządu, w senne niedzielne popołudnie, podczas którego nie wydarzało się tradycyjne w Polsce polityczne mordobicie. Wysłuchałam wiadomości – o tym, że 15 organizacji z Anglii stowarzyszyło się, żeby ratować las Sherwood. 180 hektarów starych dębów jeszcze zostało. Było więcej. 15 organizacji zaczyna więc akcję ratunkową. „Rzeczpospolita” podała tego samego dnia, że organizacje te „w grudniowym konkursie Wielkiej Loterii (BIG Lottery) chcą wygrać 50 mln funtów (70 mln euro) na ten cel. Loteria jest filią brytyjskiej Loterii Krajowej, sponsorującej wiele rozmaitych inicjatyw”.
Jeśli 15 organizacji nie wygra na loterii, napisze pewnie wspólny wniosek o grant do Unii Europejskiej w ramach jakiegoś lokalnego partnerstwa, pilnując terminów a także – o, to nawet najbardziej – formalnych wymogów właściwych wnioskom grantowym. Ten wniosek oceni kilkunastu lub kilkudziesięciu unijnych urzędników na różnych szczeblach: lokalnych, ponadlokalnych, regionalnych. Jeśli procedury zostaną spełnione, 15 organizacji być może dostanie unijny grant na ratowanie dębów, w cieniu których Robin Hood krył się przed zakusami niecnego Szeryfa. Tym samym za pieniądze podatnika z Langwedocji czy Katalonii uratujemy zapewne jakiś fragment starego angielskiego lasu. I wilk będzie syty, i Manchester City – jak mawia mój znajomy.
Tylko czy to ma sens?
Dlaczego nie zadbały o ten las jakieś – utrzymywane za pieniądze podatników – władze? Dlaczego nie zadbały o stworzenie prawa, które uniemożliwiałoby wycinanie starych dębów, skoro wiadomo, że trzeba je chronić?
Po co właściwie wybieramy sobie w Europie od paru setek lat posłów do parlamentów? Narodowych, a teraz i brukselskich? Czy nie po to właśnie, żeby dbali o dobro wspólne? Jeśli nie dbają – po co nam oni?
Zdaje się, że zbudowaliśmy i utrzymujemy system, który służy tylko działaniu tegoż systemu.
Godząc się na istnienie i finansowanie państw oraz na taki a nie inny system wyłaniania reprezentantów Narodów, tworzymy obywatelom komfortowe warunki do stowarzyszania się przeciwko nie-działaniom władz, które ci właśnie obywatele wybierają.
Czy to ma sens? To sensu nie ma.
Hmm, ale ja w tym żyję. Podobnie jak 15 angielskich organizacji, które zapewne za jakiś czas zasiądą do pisania wniosków o unijny grant. A także liczni wyborcy w krajach unijnych, którzy w słodkich przerwach między wyborami a tworzeniem rządów zwolnieni są z obowiązku przysłuchiwania się politycznym mordobiciom o różnym poziomie natężenia.
W pustej przestrzeni zawsze ma szanse pojawić się jakaś ożywcza myśl. Mnie – poraziła.
Co by z taką myślą zrobił Robin Hood?
przez Remigiusz Okraska | czwartek 29 listopada 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Jest takie środowisko, które nosi nazwę Polska Partia Pracy, będące polityczną „wypustką” śląskiego związku zawodowego Sierpień 80. Szerszej publiczności PPP jest mało znana. Uważniejszym obserwatorom sceny politycznej kojarzy się z regularnym uzyskiwaniem wyników wyborczych poniżej 1%. Osobom jeszcze bardziej wnikliwym z tym, że w dwóch ostatnich wyborach – parlamentarnych i samorządowych – wystawiała kandydatów, o których kandydowaniu nie wiedzieli nawet oni sami (tak było w 2006 r. w woj. lubuskim, a niedawno na Opolszczyźnie). W ostatnim wyścigu wyborczym PPP dała się też poznać z innego krętactwa, tym razem w wielu okręgach wystawiając osoby o znanych nazwiskach, aby wyborca błędnie skojarzył je z kimś popularnym. Ten rodzaj żerowania na cudzej sławie i dorobku przybierał różne formy – od groteski, gdy kandydatka PPP na Podbeskidziu nazywała się Małysz, przez cwaniactwo, gdy listę tej partii w stolicy otwierał Borowski, po zwykłe, delikatnie mówiąc, sukinsyństwo, jak w Gdańsku, gdzie legendarnego lidera „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdę, usiłował podrabiać lider listy PPP, Jarosław Gwiazda. Takich przypadków na listach PPP było w całym kraju kilkadziesiąt, a w większości z nich „znanego” kandydata przysłano z drugiego końca Polski, więc o żadnym przypadku nie ma tu mowy. Była to celowa strategia oparta na oszustwie i próbie manipulowania nastrojami wyborców. Tu i ówdzie zresztą przyniosła zamierzony efekt – najlepsze wyniki wśród ogólnie mizernego poparcia tej partii otrzymali w Krakowie niejaki Stanisław Ziobro (podrabiający wiadomo kogo), a w Katowicach – Klemens Uszok (żerujący na popularności prezydenta Katowic, Piotra Uszoka).
Takich „sukcesów” PPP ma na koncie jeszcze całkiem sporo. Na przykład od ponad roku wydaje, za pieniądze wspomnianego związku Sierpień ’80, gazetę „Trybuna Robotnicza” (nazwa zainspirowana – tak twierdzą wydawcy – tytułem bardzo zakłamanego dziennika, wydawanego pod patronatem PZPR przez prawie cały PRL), którą anonsowano jako „lewicowy tygodnik opinii”. Skończyło się na mizernej gazetce, której poziom przywodzi na myśl raczej „Fakt”. Z tą różnicą, że w „Fakcie” nie zdarzają się tak często błędy ortograficzne i co kilka numerów nie drukują czołobitnych wywiadów z własnym sponsorem (tym w TR jest Bogusław Ziętek, jako przewodniczący zarazem PPP, jak i Sierpnia ’80), a brukowiec choć brukowiec, to i tak doborem tematów i różnorodnością opinii przewyższa partyjny biuletyn. Ten rzekomy „tygodnik opinii” osiąga sprzedaż na poziomie „aż” kilku tysięcy egzemplarzy. Gdyby ktoś nie wiedział, to w kategorii tygodników ogólnopolskich taki poziom czytelnictwa wywołuje wyłącznie uśmiech politowania. Zasięg tego pisemka dobrze obrazują także wyniki jego inicjatyw. Gdy w wakacje „Trybuna Robotnicza” ogłosiła apel poparcia dla głośnego w całym kraju strajku pielęgniarek, popieranego przez grubo ponad połowę Polaków, uzbierała pod nim… 143 głosy.
Całe to towarzystwo nie byłoby warte zawracania sobie nim głowy, gdyby nie to, że mimo wyżej opisanych faktów i zagrywek (łatwych do sprawdzenia w epoce Internetu), uroiło sobie, iż ma prawo ferować wyroki i rozliczać wszystkie inne środowiska, oczywiście sugerując przy okazji, że samo jest bez skazy. Nie dość, że PPP i jej przybudówki namolnie autoreklamują się jako najprawdziwsza lewica w Polsce – na co machnąłbym ręką, bo takie przekomarzanie się jest dobre dla dzieci z piaskownicy – to w dodatku osoby z tego środowiska nie ustają w zarzucaniu innym organizacjom i pismom a to „tworzenia propisowskiej pseudolewicy”, a to „sprzedania się Samoobronie”, a to „sympatyzowania ze skrajną prawicą”. Abstrahując od szczegółów tego typu donosów, przeważnie kłamliwych lub przynajmniej opartych na manipulacji, obficie produkowanych przez ludzi związanych z PPP, można im odpowiedzieć: i kto to mówi?
Wszelkie dyskusje o „prawdziwości” czyjejś lewicowości, nonkonformizmie i niesprzedajności są najczęściej jałowe, znamionując postawy sekciarskie, paranoję lub brudne porachunki. Bywają też zasłoną dymną dla faktycznych postaw osób oskarżających. W Polsce w piętnowaniu innych środowisk za „faszyzm”, „współpracę z prawicą” itp. brylują osoby, które same, owszem, kolaborują. Tyle, że ze skrajnymi liberałami, służąc im jako psy gończe, mające atakować wszystkich tych, którzy zakwestionują interesy nie tyle niekonkretnych „wielkich koncernów” czy dobroczynne skutki „globalizacji”, lecz po imieniu nazwą negatywne zjawiska, decyzje i procesy zachodzące tutaj i teraz w interesie ich sponsorów. Ten radykalizm na pokaz przyjmuje postaci tak groteskowe, że nietrudno o parsknięcie śmiechem.
Chyba najbardziej dobitnym przykładem jest bardzo, ale to bardzo lewicowe i radykalne wydawnictwo Książka i Prasa. Na łamach kilku jego gazet możemy regularnie znaleźć tyrady przeciwko kapitalizmowi, peany na cześć rewolucji i partyzantek zbrojnych, laurki o Trockim i Guevarze oraz gromy ciskane na „prawicowych kolaborantów z wielkim kapitałem” itp. A zaraz obok tego wywiad z Aleksandrem Smolarem z Fundacji Batorego (trudno o bardziej symboliczną instytucję w kwestii promocji w Polsce neoliberalnego modelu), obrona Adama Michnika przed niesprawiedliwymi atakami „oszołomów” etc. Nasi niezwykle bojowi antykapitaliści przed ostatnimi wyborami promowali Lewicę i Demokratów, przekonując, że „LiD to hit” i że należy „pójść w LiD”.
Nic dziwnego, że ten straszliwie groźny radykalizm, te zajadle antykapitalistyczne tyrady, okraszone zdjęciami bojowników w kominiarkach i z karabinami, jakoś niespecjalnie budzą grozę na liberalnych salonach. A wręcz przeciwnie – owi pogromcy neoliberalizmu są regularnie promowani w „Gazecie Wyborczej” tuż obok hagiograficznych wywodów na temat Leszka Balcerowicza i jego „cudu” gospodarczego, a w głównej siedzibie SLD, dziś zjednoczonego z ex-Unią Wolności, kolportowane jest na dużą skalę ich super-wywrotowe pismo „Le Monde Diplomatique”.
Jak widać, licytowanie się w radykalizmie z takimi postaciami jest groteskowe. Oni są radykalni – tyle że w gębie. Przekomarzanie się z nimi w kwestii lewicowości jest jałowe, bo należałoby je prowadzić w konkurencji z ludźmi, którzy bardzo głośno krzyczą, ale nic poza tym nie robią. Czyli byłaby to dyskusja nie o efektywności, lecz o efektowności. Jako człowiek ceniący konkretną robotę, nie odczuwam potrzeby konkurowania z takim pajacowaniem. „Obywatela” od początku interesowało nie to, co ktoś opowiada, lecz co i jak robi. W efekcie popieraliśmy te inicjatywy i osoby, które podejmowały sensowne działania, nawet jeśli czyniły to pod niezbyt nam miłymi nazwami czy w imię niezbyt mądrych uzasadnień. Krytykowaliśmy też kierowanie się sloganami i etykietkami zamiast oceną realnych interesów i skutków.
Owszem, zdarzało się nam chwalić prawicę, gdy jej reprezentanci proponowali rozwiązania bardziej prospołeczne niż „lewicowcy” z SLD. Owszem, nasi ludzie publikowali w prasie prawicowej – tyle tylko, że głosili tam nie pochwały nieskrępowanego rynku czy nacjonalizmu, lecz przeciwnie, wskazywali na wady takich poglądów. Owszem, odcinaliśmy się niejednokrotnie od kurczowego trzymania się podziału na lewicę i prawicę, gdyż uważamy, że ważniejsze od koloru sztandarów są rzeczywiste czyny i decyzje, a w polskich realiach ten podział jest tym bardziej fałszywy, że „lewicę” reprezentują u nas byli SB-cy i kapusie, cyniczni milionerzy pokroju Urbana czy zwolennicy podatku liniowego w stylu Leszka Millera. Ani się tego nie wstydzimy, ani nie wypieramy – owszem, wolimy Zbigniewa Romaszewskiego niż generała Kiszczaka, podobnie jak Andrzeja Gwiazdę niż Jacka Kuronia, bo to ludzie Kiszczaka strzelali do strajkujących robotników z ostrej broni, a ludzie Kuronia zafundowali Polsce skrajny liberalizm gospodarczy, nierówności społeczne i kilka milionów bezrobotnych. I nie zmienią tego faktu żadne donosy o „wysługiwaniu się prawicy” czy „ciągotkach faszystowskich”, obficie produkowane przez naszych „przyjaciół” siedzących w kieszeni Agora SA i SLD.
Jednak o ile zarówno my, jak i wiele innych środowisk może spokojnie znosić takie zagrywki i głupkowate oskarżenia ze strony „prawdziwej lewicy” opłacanej przez neoliberałów, o tyle w przypadku, gdy zaczynają się tym zajmować najmniej odpowiedni ludzie, warto powiedzieć kilka słów. A do tych ludzi należy wspomniana Polska Partia Pracy, która szczególnie groteskowo wygląda w roli arbitra oceniającego czyjąś lewicowość. Wystarczy przypomnieć kilka łatwych do sprawdzenia faktów – dziś bardzo starannie przemilczanych przez liderów PPP – aby stwierdzić, że kto jak kto, ale właśnie oni powinni milczeć jak grób w kwestii oskarżeń i podejrzeń o „wysługiwanie się prawicy”, „faszyzm”, „współpracę z Samoobroną, skompromitowaną udziałem w prawicowej koalicji” itp. Gdyby bowiem ich samych zacząć z tego rozliczać, to przy odrobinie honoru i uczciwości powinni popełnić zbiorowe harakiri.
Zobaczmy, jak wygląda „konsekwentna lewicowość” Polskiej Partii Pracy. Skąd się w ogóle wzięło to ugrupowanie? Powstało w roku 2001 na bazie ówczesnej koalicji wyborczej „Alternatywa”. W skład „Alternatywy” oprócz związku zawodowego Sierpień ’80 (liderzy Daniel Podrzycki i Bogusław Ziętek) wchodziły m.in. takie „lewicowe” ugrupowania, jak KPN-Ojczyzna, Narodowe Odrodzenie Polski (NOP) oraz część Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (grupa rozłamowa, reprezentująca głównie prawe, „radiomaryjne” skrzydło partii). Była to prawica, przy której PiS to formacja centrowa. O NOP wystarczy powiedzieć, że to ugrupowanie odwołuje się wprost do tradycji przedwojennej „Falangi”, pochwalało apartheid, regularnie publikuje w swoich czasopismach wywody Davida Irvinga i było wydawcą pierwszej w Polsce książki negującej zagładę Żydów, jej skalę i metody hitlerowców – była to pozycja pod wymownym tytułem „Mit holocaustu”.
Dla liderów Sierpnia ’80 nie był to bynajmniej pierwszy taki sojusz. Rok wcześniej, przy okazji wyborów prezydenckich, poparli oni generała Tadeusza Wileckiego, kandydata Stronnictwa Narodowego, które kilka miesięcy później było głównym konstruktorem Ligi Polskich Rodzin. Ich sojusznikiem w manewrach zmierzających do stworzenia ugrupowania ponoć „konsekwentnie lewicowego”, był Mariusz Olszewski. W roku 1997 został on posłem z listy AWS, rekomendowanym przez ZChN. Odszedł z AWS i jako bardzo bliski współpracownik Jana Łopuszańskiego utworzył Koło Poselskie Porozumienia Polskiego, a następnie z KPN-owcami współtworzył Klub Parlamentarny Alternatywa. Był bardzo aktywnym parlamentarzystą, z trybuny sejmowej kilkakrotnie stając w obronie Radia Maryja.
Klub Parlamentarny Alternatywa w sojuszu z Sierpniem ’80 szukał sojuszników nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Jednego z nich znalazł we Francji. Był to Front Narodowy Jean-Marie Le Pena, czyli ugrupowanie, które „prawdziwa lewica” od zawsze nazywa rasistowskim i neofaszystowskim. Kontakty były owocne – wiosną 2001 r. przybył do Polski zastępca Le Pena w FN, Bruno Gollnisch. Spotkał się właśnie z posłami Alternatywy oraz z liderami Sierpnia ’80, którzy podejmowali go z honorami. Entuzjastyczna relacja z wizyty ukazała się w czasopiśmie tego związku – „Kurierze Związkowym”. Czytamy tam: „Trzeba mieć nadzieję, że spotkania takie jak z profesorem Bruno Gollnischem w KWK Wujek ugruntuje wśród społeczeństwa Polskiego przekonanie, że myślenie o własnym narodowym interesie i zachowaniu politycznej oraz gospodarczej suwerenności, nie jest odosobnione. Jest tylko skutecznie zagłuszane przez realizujące ponadnarodowe interesy, euroentuzjastycznie nastawione media”. Wkrótce nastąpiła rewizyta – tym razem Sierpień ’80 wysłał delegację umundurowanych górników na demonstrację Frontu Narodowego w Paryżu. Zaiste lewicowa wycieczka.
Czy to wszystko przeszkodziło „antyfaszystom” i „prawdziwym lewicowcom” we współpracy z Sierpniem ’80 i PPP? Ależ skąd. Ludzie zwykle tropiący „kolaborację z faszystami” do siódmego pokolenia wstecz, tym razem doznali nagłej amnezji. Sojusznicy Le Pena i NOP-u doznają cudownej metamorfozy po wyborczej porażce i ze skrajnej prawicy idą na skrajną lewicę. A ta, choć zapalona w tropieniu faszyzmu i „faszyzmu”, nigdy nie wybaczająca nawet najmniejszych przejawów współpracy z prawicą, tym razem momentalnie zapomina, wybacza i przemilcza to, co zwykle powoduje u niej ogrom histerii, rozliczeń i oburzeń. Choć związki Ziętka i spółki ze skrajną prawicą były jawne i silne jeszcze w latach 2001-2002, to już w 2005 do PPP i Sierpnia ’80 na całego lgnie radykalna lewica. Laurki na cześć tych formacji publikuje portal lewica.pl, współpracuje z nimi lewicowo-radykalny związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, liderzy świeżo nawróconej lewicy są wychwalani przez „kawiorową lewicę” stołeczną, niemal wszystkie środowiska mikrolewicy i wielu znanych „antyfaszystów” (szczególnie warszawscy, wrocławscy, poznańscy i górnośląscy) paradują bez wahania i zażenowania u boku szefa PPP i Sierpnia ’80 Ziętka oraz jego zastępcy Olszewskiego. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ze związkowej kasy, hojnie sypane inicjatywom mikrolewicy. Drobiazgowy „antyfaszyzm”, podobno stanowiący sedno światopoglądu tych ludzi, przehandlowano momentalnie.
Do tej kolekcji „konsekwentnie lewicowych” faktów warto dołożyć kolejną ciekawostkę personalną. Otóż niejaki Zbigniew Marcin Kowalewski, jeden z „mózgów” PPP i czołowy publicysta polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”, równie chętnie rozliczający inne grupy i osoby z niedostatecznej lewicowości oraz z rzekomej kryptoprawicowości, też dziwnym trafem ma słabość do bardzo specyficznych poszukiwań ideowych. Wymieńmy tylko dwa najbardziej znamienne przykłady. Już kilkanaście lat temu promował on kuriozalną tezę, że ukraińska zbrojna formacja nacjonalistyczna, UPA, ewoluowała w pozytywną stronę „rewolucyjnego nacjonalizmu”, a wręcz stanowiła dobry punkt wyjścia do działań o charakterze lewicowym. Na łamach trockistowskiego pisma „Dalej!” pisał o tej formacji: „/…/ doszedłem do wniosku, że UPA była bardzo typowym ruchem narodowowyzwoleńczym. Przez 45 lat każdemu, kto usiłowałby dochodzić prawdy o UPA groziło zmiażdżenie przez państwowy aparat (nie tylko) ideologiczny pod zarzutem, że stara się rehabilitować lub gloryfikować kolaborantów reżymu hitlerowskiego. Oswoiłem się z tą groźbą do tego stopnia, że zarzut ten nie robi już na mnie żadnego wrażenia”. Odważny lewicowiec Kowalewski za nic miał zatem powszechnie znane fakty, jak uprzednia kolaboracja części twórców UPA z hitlerowcami, wcześniejsza przynależność części członków UPA do dywizji SS-Galizien, antysemityzm, zaawansowany szowinizm itp.
Takie wywody wywołały wówczas oburzenie prof. Ludwika Hassa, nestora polskiego trockizmu, byłego więźnia stalinowskich gułagów, który zaprotestował przeciwko tak jednostronnemu „odkłamywaniu” historii UPA. Kowalewski nadal trwał przy swoich fascynacjach, a w polemice z prof. Hassem przywołał inny bardzo wymowny wzór do naśladowania. Oprócz rehabilitacji „narodowowyzwoleńczej” UPA, lewica powinna jego zdaniem zrozumieć fenomen „czarnego nacjonalizmu”, reprezentowanego przez amerykańską formację Naród Islamu (Nation of Islam). Kowalewski zaczął bowiem promować w latach 90. właśnie tzw. czarny nacjonalizm. Jego zdaniem, potężną i obiecującą siłą antykapitalistyczną w USA są Afroamerykanie. Kowalewski w jednej ze swoich broszur nie omieszkał w całkiem pozytywnym świetle zaprezentować jednego z czołowych działaczy murzyńskiego nacjonalizmu, Louisa Farrakhana. Jest to lider wspomnianego Narodu Islamu – sekty religijno-politycznej, skupiającej głównie Czarnych z uboższych warstw społecznych. W obszernym wywodzie Kowalewskiego można co prawda znaleźć drobne wzmianki o antysemityzmie Farrakhana, ale giną one wśród długich wywodów o tym, jaką dobrą robotę on i Naród Islamu robią wśród murzyńskiej młodzieży i kierują ją ku rewolucji antykapitalistycznej. Tymczasem Farrakhan jest znany z tak kuriozalnych wypowiedzi, jak np. taka, że Żydzi to „krwiopijcy, prosto z synagogi Szatana, z religią z rynsztoka”, „Żydzi opanowali handel niewolnikami i wstrzykują czarnym niemowlętom AIDS” itp. Nation of Islam wierzy też w „żydowski spisek” – organizacja ta prowadziła w amerykańskich campusach kolportaż „Protokołów Mędrców Syjonu”, opatrzonych agresywnym antysemickim komentarzem.
Na końcu wyliczanki weźmy na tapetę jeszcze jeden wątek. Otóż ludzie związani z PPP bardzo ostro skrytykowali niedawno sojusz z Samoobroną, jaki zawarła część ugrupowań lewicowych pod wodzą Piotra Ikonowicza. W swojej krytyce twierdzili oni, że Samoobrona po pierwsze nie jest lewicowa, a po drugie – skompromitowała się wspólnymi rządami z prawicą. „Zapomnieli” jednak wspomnieć, że liderzy Sierpnia ’80 już kiedyś chętnie dogadywali się z nielewicową Samoobroną. W roku 2000 wraz z Samoobroną i wspomnianym gen. Wileckim, Sierpień 80 utworzył Blok Ludowo-Narodowy, który jednak szybko się rozpadł wskutek wybujałych ambicji personalnych liderów każdej z grup go tworzących. „Zapomnieli” też dodać, że zanim Ikonowicz zdecydował się na sojusz z Lepperem, oni sami prowadzili z Samoobroną rozmowy na temat wspólnego startu w wyborach 2007. Do zgody nie doszło, gdyż – jak powiedział mi jeden z czołowych polityków Samoobrony, biorący w tych rozmowach bezpośredni udział – PPP zażądała zbyt wielu „dobrych” miejsc na wspólnych listach. Gdy Samoobrona, prowadząca rozmowy z kilkoma środowiskami radykalnej lewicy, porozumiała się z Ikonowiczem, wówczas ludzie z PPP przypuścili na niego zajadły atak.
Jak wspomniałem, licytowanie się w tym, kto jest najprawdziwszą i najbardziej konsekwentną lewicą, uważam za pozbawione sensu. Nie uważam też, że fiksacja na punkcie „czystości ideologicznej” to cecha godna kultywowania. Pamiętam, że liderzy Sierpnia ‘80 nie tylko paradowali z zastępcą Le Pena, ale także dzielnie bronili interesów pracowników w różnych zakładach. Nie przeszkadza mi, że ktoś domagał się z trybuny sejmowej traktowania Radia Maryja nie gorzej niż innych rozgłośni, bo to zarówno uczciwe, jak i rozsądne (można RM krytykować za różne rzeczy, ale nie należy zapominać, że to jedno z niewielu dużych mediów, które miało odwagę ukazać także ciemne strony liberalizmu gospodarczego i podważyć fałszywą propagandę sukcesu, towarzyszącą polskiej transformacji). Nie przeszkadza mi również współpraca z Janem Łopuszańskim, bo mimo oczywistych różnic ideologicznych pamiętam, że jako jeden z niewielu posłów miał on odwagę głosować przeciwko poparciu Polski dla barbarzyńskich bombardowań Serbii przez NATO. Nie uważam, by współpraca z KPN-em stanowiła grzech śmiertelny, gdyż była to formacja antyliberalna gospodarczo, a sojusz z nią pokazuje właśnie, jak kalekie i fałszywe jest bezmyślne posługiwanie się etykietkami lewicy i prawicy. Nie mam nic przeciwko poszukiwaniom ideowym, nieszablonowym pomysłom i postawom, a wręcz wielokrotnie do nich zachęcałem, bo na tym polega wolność przekonań i słowa, a takie postawy prowadzą do wypracowania nowych rozwiązań zamiast bezmyślnego powtarzania dawno zużytych dogmatów i sekciarskich formułek. Jestem też w stanie zrozumieć, że liderzy związku zawodowego – oraz każdy inny człowiek – mogą błądzić i niejednokrotnie mylić w swoich ocenach i sojuszach, co nie przekreśla ich raz na zawsze. A wreszcie – uważam, że ludzie mają prawo do zmiany poglądów i postaw, i że nie należy w nieskończoność wypominać im błędów z przeszłości.
Ale trzeba pamiętać o jednym. Otóż jeśli tacy ludzie chcą, żeby ich traktować właśnie po ludzku, bez zaciekłości i pamiętliwości, to oni sami powinni innych traktować w identyczny sposób. Jeśli natomiast ekipa z byłymi posłami AWS-u w składzie zaczyna rozliczać kogoś z „kolaboracji z prawicą”, jeśli niedawny sojusznik NOP-u i Le Pena oskarża innych o ciągoty faszystowskie, jeśli niedoszły koalicjant Samoobrony traktuje kilka tygodni później sojusz z tą partią jako zdradę i skandal, jeśli ktoś, kto wybielał UPA i promował Farrakhana zaczyna węszyć u innych „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” – to warto sprowadzić go na ziemię, a innym przypomnieć to i owo.
Bo można od biedy znieść zapał neofity – nie należy natomiast pokornie znosić wybryków troglodyty.
Remigiusz Okraska
Post scriptum z roku 2019: Polska Partia Pracy uległa rozwiązaniu w roku 2017. W wywiadzie „pośmiertnym” jej lider Bogusław Ziętek zrobił psikusa liberalno-lewicowym „antyfaszystom” i pochwalił politykę PiS.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 8 listopada 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Jedną z ulubionych książek rodzimych antykomunistów, „Opium intelektualistów” Raymonda Arona, otwierają dwa cytaty. Karol Marks: „Religia jest westchnieniem istoty przygniecionej nieszczęściem, duszą świata bez serca, tak jak jest duchem epoki bez ducha. Jest opium dla ludu”. Simone Weil: „Marksizm nie jest niczym innym niż religią, w najbardziej nieczystym sensie tego słowa. Ma on w szczególności tę cechę wspólną z wszelkimi niższymi formami życia religijnego, że używa go stale, według jakże słusznego wyrażenia Marksa, jako opium dla ludu”.
Ideologia jest perwersyjną wersją religii. W porządku ziemskim obiecuje to wszystko, co judaistyczna/chrześcijańska ortodoksja zastrzega dla rzeczywistości nadprzyrodzonej. Unicestwienie zła, jego ostateczne odrzucenie i zapomnienie przez rodzaj ludzki – oto pilnie strzeżona tajemnica, którą komunizm zamierzał wydrzeć religii. I tu objawia się potęga złudzenia, której zwykle nie jest w stanie sprostać nawet potęga smaku: człowiek poddany rygorom ideologii traktuje rzeczywistość jako niemal doskonale modalną. Jeśli teraźniejszość nie może sprostać przyjętym kryteriom, to przyszłość jawi się jako ich niekwestionowalne spełnienie. Wyznawca jest przekonany (choć przekonanie to przynależy bardziej do porządku wiary, niż tego, co określamy mianem „naukowej pewności”), że świat, jaki postrzega, zło jakie się w nim dokonuje, niewspółmierność tego, co głosi z tym, co istnieje – może już tu znaleźć ostateczne wytłumaczenie. Słowo może stać się ciałem, choć ciało doznaje straszliwych katuszy; katuszy, które potrafi wymienić dziś każdy sztubak.
Złudzenie jest także kategorią historyczną. Bodaj jedną z najpoważniejszych. Stąd dziejowa amnezja tych, którzy – opisując komunizm w perspektywie mitologii narodowej – zatrzymują się na pejoratywnych opisach, zamykających akces doń w określeniach „zdrada”, „podłość” czy „głupota”. Te epitety są jednak w większości przypadków rzutowaniem w przeszłość własnych namiętności ideowych/politycznych. Bynajmniej, nie znaczy to, że są one gorsze (czy lepsze) od namiętności tych, którzy przed dziesięcioleciami opowiedzieli się za (sowieckim) komunizmem. Są jednak znacznie bardziej nudne, konformistyczne, bezpieczne, lecz mają tę wzniosłą legitymację moralną, która ich zwolennikom pozwala stawiać się w jednym szeregu z Kardynałem Stefanem Wyszyńskim i księdzem Jerzym Popiełuszko.
Oczywiście, trudno za pomocą stricte racjonalnych argumentów pojąć, z jakich przyczyn dla wcale znacznej części wschodnich Europejczyków (Polaków, Niemców, Żydów, Rosjan) wcielany w życie komunizm okazał się tak atrakcyjną propozycją. Bodaj każdy z tych piewców sowieckiej rzeczywistości mógł przy odrobinie intelektualnego wysiłku dowiedzieć się z pewnych źródeł, co dzieje się w „ojczyźnie światowego proletariatu”. Zaś ci, co byli najbliżej, którzy w sercu i pamięci mieli smak Rosji, okrutnej, a przecież o wiele łagodniejszej niż sowiecka, mieli pewność zupełną co do wydarzeń rozgrywających się za wschodnią granicą. A mimo to wszyscy oni mieli nadzieję. Mieli wiarę. Mieli miłość. Z tych trzech największa była wiara: w wypełnienie dziejowej sprawiedliwości, w historiozoficzne usprawiedliwienie świata, który oczom niewtajemniczonych wydawał się okrutny i bezrozumny. Ale czy to, co uchodzi za głupstwo dla świata, nie jest mądrością w oczach Historii?
Nazwijmy to raz jeszcze potęgą złudzenia, któremu siły przydawał katastroficzny nastrój epoki. I ogromne wyczucie krzywdy ludzkiej, straszliwej dysproporcji między światem i warunkami życia bogatych i biednych, nędzy, która dziś jest już dla nas niepojęta jako powszedni sposób życia całych społeczności. I niechęć do sanacyjnej Polski, jej instytucji i praw, jej niczym nie usprawiedliwionego triumfalizmu wobec rozszalałych żywiołów. Akces wielu młodych inteligentów był odruchem moralnego sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości, sprzeciwu opartego na ideologii, której dobrodziejstwa miały się okazać wysoce problematyczne i tragiczne. Był też oznaką, o czym mówią wprost świadkowie epoki, wykorzenienia albo wyobcowania z poczucia lojalności narodowej, kulturowego braku utożsamienia z Polską oficerów, kleru i mieszczan. Czekali zatem na dzień gniewu, który musiał nadejść i tak czy inaczej stać się zaczątkiem nowego świata. Ale gdy mit przestaje być możliwością i przepoczwarza się w realną politykę, wówczas poddani potędze złudzenia chcąc nie chcąc stają się odpowiedzialni za swoje wybory. A ubóstwiona Historia nie wstawia się za swoimi wyznawcami – roztapia się w banalności zła i dobra.
Dlaczego felieton na tak oklepany temat? Komunizm, antykomunizm, opowieści starszych państwa i młodych narwańców na usługach polityki historycznej – to wszystko już znamy, jesteśmy za lub przeciw. Ale co zrozumieliśmy z potęgi złudzenia? Ono jest treścią każdej ideologii, jest także treścią demokratycznej polityki, przyczyną sprawczą wydarzeń, moralnym usprawiedliwieniem działań, a także warunkiem sine qua non tego, co zwie się pragmatyzmem. Dlaczego tak jest? Bo polityka, jaką znamy, choć wydaje się tylko cieniem minionych potęg, jest świetnie zamaskowanym dziełem propagandy, mitem o jedności, pokoju i dobrobycie. Owszem, ma swoich kontestatorów i zaprzańców, ale także oni są skazani na własne złudzenia. A rzeczywistość? Powstaje jako starcie wielu iluzji, nieustający, wciąż korygowany kompromis między zakładnikami złudzeń.
Oczywiście, bardzo nieprzyjemna jest ta myśl, żeśmy tylko narzędziami fantasmagorii. I dość nieprawdopodobna wobec gęstej sieci wydarzeń, instytucji, ludzkich zachowań, zwanych rzeczywistością. Trudna do przyjęcia ze względu na ludzką wolność, godność, odpowiedzialność za własne czyny. I może to jest najdziwniejsze i najstraszliwsze na tym świecie, który św. Augustyn określał mianem „krainy, gdzie wszystko jest inaczej”: ponosimy odpowiedzialność za własne i cudze złudzenia, niczym za zerwanie owocu z drzewa poznania dobrego i złego. Lecz kto nie pozna złudzeń, zawsze będzie dzieckiem.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 8 listopada 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Dzięki temu widać wyraźniej niż dotąd, że polska demokracja trwa tylko dzięki instytucjom stworzonym odgórnie. I chwała Panu. Ale dzięki temu samemu widać też wyraźniej niż dotąd, że demokratyczne instytucje i wybory raz na jakiś czas tworzą demokrację ledwie fasadową. Bo co z tego, że wybieram sejm i senat, skoro nie mam wpływu na to, jacy ludzie pojawiają się na listach kandydatów. I jeśli nie mam na kogo głosować, mogę tylko na wybory nie pójść albo pójść i oddać głos nieważny – co w tych wyborach wybrało zaskakująco wielu z nas, bo aż 2,4% głosujących. 335 tysięcy ludzi.
Przyszedł więc chyba czas na zakorzenianie demokracji na samym dole. Czas na przekonanie ludzi, że tylko realny wpływ każdego z nas na życie społeczności może demokratyczny system uczynić żywym, a nie malowanym.
Dla mnie, najważniejszym dziś pytaniem jest: Jak sprawić, żeby Obywatele chcieli i mogli mieć realny wpływ na życie całej społeczności? To wielkie pytanie rozbija mi się na kilka mniejszych.
– W jaki sposób wyłaniać kandydatów do sejmu i samorządów?
– Jaka powinna być najlepsza dla naszej młodej demokracji ordynacja wyborcza?
– Jak wymusić na rządzących zawarcie czegoś w rodzaju nowej umowy społecznej, w której obywatele wspólnie określą, w jaki sposób będą wydawane ich podatki, ustalą priorytety, na które przeznaczą w odpowiednich proporcjach swoje pieniądze. Powiedzą, ile chcą wydać na ochronę zdrowia, bezpieczeństwo, edukację, finansowanie partii politycznych i organizacji pozarządowych.
– Jak wypromować współpracę zamiast nieustającej walki i rywalizacji i jak zmusić rządzących do rozwiązywania problemów poprzez dochodzenie do kompromisów i konsensusów zamiast dotychczasowego przyjmowania rozwiązań wedle woli silniejszego?
– Co powinno się znaleźć na liście decyzji obowiązkowo konsultowanych w referendach z całym społeczeństwem po uczciwej i trwającej ustalony czas publicznej debacie: czy tylko udział w wojnie i sojuszach wojskowych – czy wszelkie kwestie ważne społecznie i wzbudzające spory?
– Jak rządzący mają nas bronić przed swoją własną manipulacją?
– Jak ograniczyć marketing polityczny, który z wyborów robi tylko medialne widowisko?
***
Demokracja nie spadła nam z nieba – drogą powolnych prób i błędów ewoluowała, by stać się systemem gwarantującym obywatelom reprezentację. Ale dziś, pozostając w przekonaniu, że działamy w demokracji, funkcjonujemy w stanie pełzającej wojny wszystkich ze wszystkimi. Przez ostatnie dwa lata wrogów definiował nam PiS. Teraz, wykształciuchy, odebrawszy pole, zrobią – zapewne – to samo.
Tak się dzieje, ponieważ każdy dostrzega tylko swoje. I to jest w porządku, bo od zobaczenia wyraźnie własnego interesu zaczyna się demokratyczna zabawa. Ale tylko się zaczyna.
Jeśli za dostrzeżeniem własnego interesu nie idzie także dostrzeżenie interesów – skomplikowanie poplątanych – otoczenia, w którym wszyscy wspólnie żyjemy, to zamieniamy demokrację w siłową przepychankę. I widzimy wszystko w wersji zero-jedynkowej. Moherowy beret czy przyjaciel Adama Michnika będzie albo totalnie dobry, albo totalnie zły. Podobnie: liberał, postkomunista, ekolog, zwolennik lustracji.
Niby używamy w dyskusjach argumentów, ale tak naprawdę szukamy tylko tego, co potwierdzi naszą siłę i da nam przewagę. Nad tym wrednym przeciwnikiem. Który ma swoje wredne interesy.
Tak się dzieje, ponieważ przyzwyczailiśmy się myśleć, że demokracja to rządy większości. Może i miało to sens przy mniejszym zróżnicowaniu społeczeństw, przy wyraźniej dyskryminowanych grupowych interesach. Teraz sensu już nie ma.
Niby to wiemy. I dlatego tylko raz na cztery lata dajemy sobie „oficjalny” czas na prezentację wyłącznie własnych punktów widzenia. Po to, żeby zaprezentowane zostały wyraźnie. Po to – taka jest w każdym razie oficjalna wersja – żeby ludzie mogli dokonać wyboru: do tego mi bliżej, do tego dalej. Potem, kiedy już każdy się opowie za jakąś opcją, kiedy wiadomo niby jaka jest większość – teoretycznie powinien przyjść czas na spokojne i dbające o interesy różnych grup rządzenie: dzielnicą, miastem, państwem. Ale nie przychodzi.
Nikt nie widzi, że ma przed sobą cztery lata pracy na wspólną rzecz. Widać tylko tyle, że już za cztery lata kolejne wybory, które muszę wygrać ja, moja opcja, moje stanowisko. Bo jak nie wygra, to nastąpi koniec świata.
Więc walczymy. No bo przecież mało czasu do następnych wyborów.
Ale właściwie po co w takiej sytuacji mam chodzić do wyborów? Jeśli ja krzyczę tylko „moje!, moje”, podobnie krzyczeć będzie sąsiad z domu obok, z innego miasta, z drugiego końca Polski. Tak naprawdę każdy z 30 milionów wyborców potrzebowałby własnego reprezentanta, którym w dodatku sam umiałby być najlepiej. No i co możemy zrobić? Bić się o to „moje”, każdy z każdym? – bo przecież nikt nie ustąpi.
Bo wszyscy są przekonani, że wołanie „moje” jest w demokracji najważniejsze.
Aż w końcu zorientujemy się, że od lat stoimy w tym samym miejscu, jakby nas ktoś przykleił klejem do glazury. Włosy posiwiały, zmarszczki na twarzy – ale klej trzyma. Ważne, że to nasz własny klej, prawda?
A może potrzebujemy jednak bardziej zrównoważonego rozwoju? Nie tylko w odniesieniu do środowiska przyrodniczego?
Może musimy sobie napisać na lustrze, że człowiek jest już tak zrobiony, że owszem, musi wiedzieć jaki jest jego interes, jego stanowisko, jego opcja. Ale JEDNOCZEŚNIE potrzebuje się czuć częścią jakiejś całości. Potrzebuje przynależeć do wspólnoty a nie tylko do części, czyli (pars-partis) partii.
Liberalny czy konserwatywny, chadecki czy socjaldemokratyczny – wygrać wybory, w których obywatele rzeczywiście będą mieli realny wybór, może zapewne tylko taki twór, który dbając o interesy poszczególne i traktując KAŻDY Z NICH NA RÓWNI, będzie PROGRAMOWO szukać ich równowagi z interesem tak ulotnym, jak interes wspólny.
***
Teoretycy i praktycy negocjacji już dawno odeszli od strategii wyszarpywania dla siebie największego kawałka tortu. Dziś już wiadomo, że najefektywniejsze są negocjacje nastawione na współpracę – kiedy staramy się powiększyć wspólny tort, który mamy do podziału. A nawet dodajemy do niego jeszcze ciasto jogurtowe i koktajl truskawkowy. Najlepiej z wisienką na czubku.
Żądam wisienki!
przez Remigiusz Okraska | czwartek 8 listopada 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Ów slogan widniejący nad bramą piekieł w „Boskiej komedii” Dantego dobrze opisuje sytuację, którą mamy w Polsce po 21 października. I bynajmniej nie mam na myśli przede wszystkim zwycięstwa opcji skrajnie liberalnej, choć i to musi budzić niepokój. Wynik wyborów oraz związane z nim zjawiska obrazują problemy dużo poważniejsze niż to, że przez kilka lat będą rządzić „aferałowie”.
Wybory świadczą przede wszystkim o umacnianiu się polityczno-medialnej oligarchii. Nie, nie tej bynajmniej, którą PiS straszył w wystąpieniach swoich liderów. Nie chodzi o żaden „powrót III RP”. Jest coś znacznie gorszego. Mamy do czynienia z postępującą monopolizacją sceny politycznej przez kilka podmiotów, które zasilane ogromnymi dotacjami z budżetu już na starcie, bez żadnej dyskusji programowej, zyskują ogromną przewagę nad wszelką konkurencją – po prostu zasłonią ją billboardami i zagadają spotami wyborczymi. W dodatku to właśnie im sprzyjają wielkie media. Wszelkie ugrupowania spoza układu, zwłaszcza „radykalne” i „awanturnicze”, nie mają żadnych szans, by choć trochę poważniej zaznaczyć swoją obecność na scenie politycznej. „Wielka polityka” będzie się więc coraz bardziej kręciła w zaklętym kręgu tych samych dobrze znanych, od lat zużytych postaci oraz ich wiernych przybocznych, swoistych następców tronu w partyjnych dynastiach. Wszelkie ruchy będą się odbywały w obrębie tego środowiska – „nową jakością” będą kolejne wersje UW-bis, PC-bis, KLD-bis i PZPR-bis.
Wybory z 21 października okazały się triumfem polityki reklamowo-telewizyjnej oraz tzw. dobrego wrażenia, jakie na głosujących zrobili liderzy poszczególnych partii. Jeszcze bardziej niż we wszystkich poprzednich wyścigach o elekcję ważne było to, czy przywódca partii jest miły i „wyważony”, a spór programowy bazował na tandetnych sloganach. PiS straszył powrotem liberałów, tak jakby sam przez dwa lata w poważniejszym stopniu odszedł od wytycznych polityki liberalnej. PO obiecywała drugą Irlandię, tak jakby sukces Zielonej Wyspy miał cokolwiek wspólnego z polską syntezą prymitywnego liberalizmu gospodarczego i peerelowskiej spuścizny. PSL jak zwykle obiecywał, że dogada się z każdym, tak jakby jego elektoratowi – głównie rolnikom i mieszkańcom prowincji – było obojętne, jakie rozwiązania przyjmie nowy parlament. A główne media i LiD straszyli triumfem autorytaryzmu i wzywali do „obrony demokracji”, tak jakby coś wspólnego z demokracją miało kilkanaście lat III RP, w której niepodzielną władzę w gospodarce i świecie opinii sprawowała świta Michnika.
Jednak wyborcy dali się na to nabrać – i to wyjątkowo licznie jak na polskie realia. Efektem jest brak w nowym parlamencie ugrupowań „skrajnych”. Totalną klęskę poniosły Samoobrona i LPR, które w stosunku do czasów swej świetności zanotowały mniej więcej dziesięciokrotnie mniejsze poparcie. Mimo szumnych zapowiedzi swych liderów, sromotnie przegrała także Polska Partia Pracy, po raz kolejny zyskując wynik niespełna 1-procentowy. I bynajmniej nie ma się z czego cieszyć, nawet jeśli – jak niżej podpisany – nie sympatyzujemy zbytnio z żadną z tych partii. Wbrew potocznej opinii, serwowanej głównie przez zwolenników liberalizmu politycznego, zdrowa demokracja nie jest bowiem taką, w której nie ma miejsca na „skrajności”. Wręcz przeciwnie – obecność w dyskursie publicznym partii podważających konsensus pokazuje, że z demokracją wszystko jest w porządku, bo toczy się w niej ożywiona debata, artykułowane są sprzeczne stanowiska i postulaty, pojawiają się nowe idee i propozycje, a różnorodne grupy społeczne mają wyrazicieli swoich poglądów. Skrajności i radykalizmu można było – i należało to czynić – bać się w czasach, gdy naziści i komuniści wprost postulowali samą likwidację parlamentaryzmu i swobód obywatelskich. Ale w dzisiejszej Europie takie obawy i porównania są zupełnie ahistoryczne i pozbawione sensu, świadcząc bądź to o kretynizmie, bądź o cwaniactwie tych, którzy się nimi posługują.
Obecność Samoobrony, LPR i PPP w parlamencie byłaby oznaką znakomitego zdrowia polskiej sceny politycznej, nie zaś jej choroby. Byłoby tak również dlatego, że partie owe wnosiły jako jedyne jakieś merytoryczne treści i postulaty do toczonej debaty. Nie zawsze mądre i merytorycznie uzasadnione, lecz bazujące na czymś więcej niż slogany; stawiające ważkie pytania, nawet jeśli udzielające kiepskich odpowiedzi. Można nie zgadzać się np. z pomysłem szkolnych mundurków autorstwa Romana Giertycha, ale oznacza to spór o wartości i metody wychowawcze. Można nie podzielać anachroniczno-gierkowskiej wizji gospodarki proponowanej przez PPP, ale jest ona wyłomem w jednomyślnym naśladowczym liberalizmie. Można nie mieć zaufania do programu Andrzeja Leppera, streszczonego w haśle „Balcerowicz musi odejść”, ale jego partia była przynajmniej symbolicznym reprezentantem tych warstw społecznych i środowisk, których zadowoleni ideolodzy i propagandyści „polskiej drogi do kapitalizmu” w ogóle nie raczyli dostrzegać jako współobywateli. Gdyby te trzy partie nie znalazły się w Sejmie dlatego, że przegrały uczciwą debatę o celach i sposobach rozwoju Polski, nie byłoby problemu. One przegrały jednak z billboardami, sloganami, ładnymi i łatwymi skojarzeniami, z chamskimi nagonkami i ironiczno-głupkowatymi komentarzami, z przemilczaniem i marginalizowaniem, z medialnymi zarządcami masową wyobraźnią.
Warto wspomnieć też o nowym fetyszu powyborczych komentatorów, czyli wysokiej frekwencji. Mamy tu ciekawy paradoks. Te same media, które niejednokrotnie potępiały populizm np. Leppera, teraz zachwycają się faktem, że spora ilość Polaków ruszyła do urn właśnie po wyjątkowo populistycznie brzmiących zachętach. Całe elita polityczno-kulturowa straszyła nas niemalże końcem świata, jeśli nie zagłosujemy. Albo nadal miał rządzić zamordystyczny PiS, a szwadrony śmierci z CBA wciąż rozstrzeliwać posłanki opozycji, albo cała armia tajnych współpracowników SB znów pieczołowicie tkać nitki ledwo co naderwanego Układu. Nic dziwnego, że trochę więcej ludzi niż zwykle ruszyło na wybory.
Pytanie jednak samo ciśnie się na usta: i co z tego? Wyższa frekwencja byłaby czymś godnym uwagi i pochwały, gdyby oznaczała większe zaangażowanie w życie publiczne. Tymczasem każdy, kto zajmuje się tą „działką” w Polsce, może stwierdzić coś dokładnie przeciwnego. Rośnie liczba ludzi zdegustowanych polityką. Partie przyciągają nie sympatyków-idealistów, lecz karierowiczów, a te z nich, które nie oferują personalnych profitów, najczęściej przypominają sektę z nieomylnym guru na czele i zaślepionymi, „betonowymi” wyznawcami. Organizacje pozarządowe – poza kilkoma rozreklamowanymi przez media i zajmującymi się tematyką „chwytającą za serce” – tchną martwotą, będąc miejscem etatowej pracy garstki ich liderów, nie zaś ośrodkiem koncentracji społecznej energii i zaangażowania. Stale maleje ilość czasopism ideowo-politycznych wszelkich opcji – stare upadają, nowe szybko kończą żywot, a spora część istniejących zamienia się w blade kopie wysokonakładowych dzienników i tygodników, zamiast być miejscem pogłębionej debaty i refleksji. Dużych czasopism o wyrazistej linii politycznej też jest coraz mniej, a ich nakłady spadają – mamy za to wciąż potężniejszy „klan” nijakich, niezbyt różniących się od siebie wielkich gazet, w których zresztą można przeczytać teksty tych samych autorów. Na spotkania dyskusyjne czy pokazy „zaangażowanych” filmów przychodzi w dużych miastach po kilkadziesiąt osób, z których znakomitą większość stanowią emeryci i studenci. Podobne ilości uczestników gromadzą demonstracje i pikiety, poza tymi, które odgórnie zrobi jakaś wielka partia lub centrala związkowa. Do tego dochodzi swoista specjalizacja – co z tego, że ileś osób w całym kraju robi sensowe rzeczy, skoro nie wyściubiają oni nosa poza swoje opłotki ani nie próbują współpracować; często zresztą nie mają nawzajem pojęcia o swoim istnieniu. Ekolodzy są tylko od ekologii, działacze rolniczy widzą jedynie problemy upraw i hodowli, związkowców interesują prawa pracowników w ich zakładzie, ale już nie w sąsiednim, katolicy nie dogadają się z ateistami, a feministki ze środowiskiem, które nie rozpatruje każdego problemu przez pryzmat płci. Nie ma też elementarnej solidarności. Kto dziś jest w stanie uwierzyć, że ćwierć wieku temu w kraju nad Wisłą górnicy strajkowali w imieniu lekarzy, aby tamci nie musieli odchodzić od łóżek chorych – dziś lekarze odchodzą od tych łóżek bez wahania, a górników mają za roszczeniowy motłoch, który ciągle chce coś zabrać „podatnikom”.
W efekcie niemal cała działalność publiczna jest mizerna, z wyjątkami, które dotyczą spraw „niekontrowersyjnych” (czyli nie naruszają niczyich interesów) lub są na rękę wielkim graczom – co to komu szkodzi, że Owsiak kupi sprzęt szpitalowi, a Caritas nakarmi bezdomnych, skoro w ten sposób państwo będzie miało mniej „klientów” na głowie. Nie ma w Polsce żadnego ożywienia politycznego, choć tak orzekli pożal się Boże analitycy, dla których wyznacznikiem aktywności społecznej jest to, że Polacy w ostatnich miesiącach często rozsyłali e-mailowo żarty o Kaczorach, Donaldzie i Aleksandrze Filipińskim. Mamy natomiast marazm i atrofię publicznego zaangażowania – i z każdym rokiem zjawisko to przybiera większe rozmiary.
Świetnie to widać nie tylko wtedy, gdy owa „aktywność” sprowadza się do chwilowych zrywów, najczęściej niewiele kosztujących (kartka wrzucona do urny, SMS wysłany „w szczytnym celu”, nałogowe bicie piany na forach internetowych), ale także po stosunku społeczeństwa do różnych inicjatyw. Chyba jeszcze nigdy w historii Polski nie było tak jak dzisiaj, gdy różnej maści społecznicy są powszechnie uważani albo za frajerów, albo wręcz oskarża się ich o utajone niecne interesy – „bo przecież za darmo by tego nie robili”. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest mnóstwo, podobnie jak winnych, lecz nie zmienia to faktu, że nie istnieje u nas żadne społeczeństwo obywatelskie, a nawet jego silne zalążki. Wszelkie inicjatywy, poza stworzonymi przez elitę i/lub namolnie reklamowanymi przez wielkie media, toną w bagnie obojętności, podejrzliwości, malkontenctwa i krytykanctwa.
Wybory Anno Domini 2007 są nie tyle przełomem, co raczej ostatnim gwoździem do trumny. Oznaczają one zablokowanie – finansowe, medialne, kadrowe – kanałów artykulacji interesów społecznych. Nie ma co liczyć nawet na tak elementarny bunt społeczny, jak obrona interesów ekonomicznych. Niezadowoleni – i często najbardziej aktywni – wyjadą do pracy zagranicę, środki pomocowe z Unii zapchają usta pozostałym, a postępująca atomizacja społeczna, liberalna propaganda i atmosfera wzajemnej podejrzliwości sprawią, że niezadowoleni będą usiłowali wyrwać coś ze wspólnej kasy dla siebie kosztem reszty – czy to wspólnie (jak grupy branżowe), czy w pojedynkę. Bardziej wymagającym lub wrażliwym zaserwuje się banialuki o „pokoleniu JP2”, „wartościach rodzinnych” albo „europejskiej modernizacji” i „nowoczesnych standardach”.
Chciałbym się mylić.
przez Anna Mieszczanek | środa 17 października 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Z jednego październikowego dnia:
W TVN: rozemocjonowany, zgodnie z europejskim formatem Kuba Wojewódzki, z Pawłem Kukizem, który trochę się o sobie i życiu dowiedział, bo wpadł w poważną chorobę i musiał się z niej – z siebie dawnego – wyleczyć.
Wojewódzki nie może zaakceptować, że ktoś głosuje na Kaczyńskiego – musi go uznać za durnia.
Wielu porządnych zwolenników PiS-u nie może sobie wyobrazić, że ktoś nie głosuje na PiS – uważają go za durnia.
Kukiz mówi trzeźwo: chciałbym, żeby wygrała Platforma, ale jak wygra PiS – zaakceptuję. I będę wreszcie wiedział, jaki jest mój kraj. Jaki jest naprawdę. Jakie opinie w nim przeważają. Dlatego zresztą namawia, żeby iść na wybory i głosować.
Projekt „Zabierz babci dowód” w internecie.
Bo babcie głosują moherowo. Ktoś na to wpadł. Miał, na pewno, dobre intencje.
Internetowy salon24.pl – dyskusje, z których wiele, może nawet większość, skupia się, zacietrzewia, dławi, gotuje, ponieważ wciąż ktoś tam chce zmieniać drugiego. Jeśli masz inny pogląd niż ten, kto akurat cię przeczytał, najczęściej wywołasz wściekłą, i to od razu wściekłą na ciebie osobiście, falę wrogich komentarzy.
Jakby było tak, że skoro pokazuje się głos inny niż mój – nie mogę przejść nad tym do porządku, muszę zareagować, zareagować natychmiast, muszę ten inny głos natychmiast zniszczyć, unicestwić i muszę bić się o to do ostatka. Bo jak tego nie zrobię, to…
To co? To nie zostanę zauważony ze swoim istnieniem? Moje – inne – poglądy zostaną niezauważone? Boję się, że inni mnie nie zauważą, wiec i ja innych nie zauważam z ich innymi poglądami, tylko od razu każę im te poglądy zmienić, żeby były takie jak moje? A jak ten inny nie chce poglądów zmieniać – ja, ze swoimi, innymi poglądami, biję się o to do utraty tchu? To co, że słowami. Energia w nich taka, jakby bomby wodorowe latały.
Co powoduje miotaczami bomb – na przykład – salonowych? Dziecięca nadzieja, że jeśli wszystko na świecie będzie tak samo jak u mnie w głowie, to wreszcie będę bezpieczny? A jak nie będzie tak ja u mnie w głowie – to będzie znaczyło, że wkoło sami wrogowie i trzeba iść na wojnę, żeby niszczyć innego? I, że trzeba się na tej wojnie zatracić – bo nie może być tak, żeby inni z ich innym niż moje zdaniem żyli tu obok mnie. Przecież mnie zniszczą z moją innością.
Czy to wciąż to samo dziedzictwo pokoleń? Pod zaborami, pod władzą czerwonych, pod władzą pierwszych solidarno-europejskich? Pokoleń bez ojców, z których wielu zostało w Katyniu? Z matkami, które musiały – same przerażone – dać dzieciom gwarancję bezpieczeństwa na długie życie w świecie?
Nikt tego narodu nigdy nie słuchał. Pod zaborami, pod władzą czerwonych, pod władzą pierwszych solidarno-europejskich. Wszyscy mu coś kazali. Aż naród zaparł się w sobie i mówi: koniec, musi być tak, jak ja chcę!
Tyle, że naród nie jest shomegenizowany. Jeden – z narodu – myśli tak, drugi myśli inaczej. Każdy się zaparł, że teraz wreszcie jego racja będzie wysłuchana i zauważona.
I jak się naród nie pozabija i nie znienawidzi wzajemnie, to przejdzie do następnego etapu. W którym zauważy, że jedni i drudzy, każdy ze swoją innością, ma prawo tu być. Bo i tak już tu jest.
To się chyba nazywa rozwój. Że Naród się rozwija. Na razie siedzi Naród w piaskownicy i krzyczy do każdego innego niż on: idź sobie! Życzę więc sama sobie – ale jak ktoś chce to i jemu, innemu, też – spotkania na kolejnych urodzinach. Takich, gdzie będzie tort ze świeczkami i lody, i gdzie zaśpiewamy sobie sto lat: mohery i aksamitne kapelusze przy jednym stole.
A potem spokojnie wybierzemy sobie rząd i zajmiemy się życiem. Które jest krótkie i piękne.
P.S. Dziękuję salonowi24.pl, Kubie Wojewódzkiemu i pomysłodawcom akcji „babciowej” za tę lekcję.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 17 października 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Stare wykształciuchy schodzą ze sceny, by ustąpić miejsca japiszonom idei i propagandy. Wykształciuch jest karykaturą inteligenta. Stworzeniem moralnie i politycznie podejrzanym, rodzajem pasożyta wegetującego w trzewiach organizmu państwowego kosztem jego zdrowia. Istotą wyobcowaną z ducha narodowego, niechętną prawdzie, kultywującą jedynie interesy i język własnej koterii, zatruwającą ojczysty krwioobieg swoim jadem. Jest wynikiem nieudanego eksperymentu społeczno-politycznego, który zaczął się hen, przed dziesięcioleciami, a po transformacji ustrojowej przeszedł lekką mutację, by dostosować się do rzeczywistości. Taki właśnie jest wykształciuch w oczach swoich przeciwników: typ niesympatyczny, podejrzany i godny pogardy.
Skazą na definicji wykształciucha jest jednak to, że od początku nosiła na sobie brzemię upolitycznienia. Nie był to termin „bezinteresowny poznawczo”, ale taktyczny zwrot, dystynkcja wyróżniająca jeszcze jednego zbiorowego przeciwnika IV RP. Co prawda sympatyzujący z moralną rewolucją myśliciele próbowali nieco zobiektywizować, unaukowić wykształciucha, osadzić go w historyczno-kulturowym kontekście, nawiązać do Sołżenicyna, ale bez większych skutków. „Wykształciuch” nie po to był potrzebny, by go nadto sublimować i dookreślać na gruncie historii idei. Zaczął więc żyć własnym, pogmatwanym i niejasnym życiem, wyskakując tu i ówdzie jak diabeł z pudełka, by śmieszyć, tumanić, przestraszać.
Wykształciucha szybko polubili i przekuli na własną broń przeciwnicy rządzącej jeszcze partii. Obelgę zamienili w dumny sztandar ludzi niepokornych wobec kaczystowskiego reżimu. Wypowiadając to słówko, mrugają znacząco okiem: „wiemy, żeś inteligent pełną gębą, ale przyjmij na siebie tę nazwę jako znak ideowo-politycznego namaszczenia i wtajemniczenia, wspólnoty interesów”. I błyskawicznie przybyło osobników ostentacyjnie obnoszących się z mianem wykształciucha – kalumnia zamieniła się w komplement, środowiskowy znak rozpoznawczy, określający choćby miłośników życia i twórczości Adama Michnika. Inni zaś, choć nie tak jasno zdeklarowani światopoglądowo, czy nawet pogubieni w meandrach historii, polubili „wykształciucha” z przekory, albo pod wpływem poczucia fatalizmu i rezygnacji, przyzwyczajeni do dyshonorów ze strony władzy i społeczeństwa, wcale częstych pod tą szerokością geograficzną.
Taka sytuacja jeszcze bardziej rozjuszyła politycznych/ideowych japiszonów, często młodych, dwudziesto-, trzydziestokilkuletnich Don Kichotów moralnej rewolucji. Oni to bowiem, po części w ramach pokoleniowego buntu, współ-wyznaczają i rozpowszechniają standardy myślenia o swoich starszych kolegach, zramolałych w służbie PRL-owi i III RP inteligento-wykształciuchach. Oni to uważają się za depozytariuszy świadomości niczym nie sfałszowanej, arcypatriotycznej i suwerennej, tyleż spragnieni prawdy, co władzy, jej profitów i dobrobytu zasłużonego w ramach nienazwanego wprost aktu „sprawiedliwości dziejowej”. Inteligent-wykształciuch, który inaczej definiuje własną samoświadomość i poczucie lojalności, to w świetle ich założeń postać umysłowo nieuczciwa, tożsamościowo podejrzana, której miejsce jest na śmietniku historii.
I gdzie tu prawda? Między bezkrytycznym samouwielbieniem i apoteozą wykształciucha a jego całkowitym potępieniem leży szerokie pole dla interpretacji. Przede wszystkim problem polega na tym, że krytycy wykształciuchów, definiując ich jako sieroty po Polsce Ludowej albo współpracowników i współuczestników elit zawłaszczających III RP, nie zauważają, że byli/są oni (o ile nie należeli do wąskiej grupy pierwszoplanowych beneficjentów transformacji) takimi samymi ofiarami przemian ustrojowych, jak tzw. zwykli ludzie, za którymi chętnie wstawiają się obecni prominenci. Nie widzą także, iż środowiska inteligenckie, wychowywane/edukowane jeszcze w PRL-u, przy całej złożoności swoich biografii i różnorodności życiowych wyborów nie były w swej masie demiurgami, ale zakładnikami historii, z całym brzemieniem obiektywnie istniejących uwarunkowań i możliwości.
Dziś polityczne japiszony, wzajem sobie potakując, ciesząc się poparciem i protekcją swoich starszych kolegów, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za ponoszone słowa i nie muszą obawiać się niczego z tego, co ongiś było udziałem wykształciuchów. Dana im jest łaska późnego urodzenia i korzystając z tego przywileju wyciągają swoje małoduszne wnioski wobec wykształciucha jako podmiotu zbiorowego. Nie budzi ich współczucia ta rzesza rodaków, częstokroć oszukiwana w nie mniejszym stopniu, niźli „zwykli ludzie”, poddawana manipulacjom i praniu mózgu, ratująca się – często bezwiednie – przed duchowym, tożsamościowym kryzysem w grupach wzajemnej adoracji. Nie budzi ich współczucia ani głębszej refleksji ta małomiasteczkowa albo wiejska inteligencja, która swój awans społeczny zawdzięcza Polsce Ludowej, bo akurat w innej żyć nie mogła, a pozwoliła sobie na luksus posiadania życiowych ambicji.
Owszem, ta inteligencja zwróciła się na początku lat 90. ku Unii Wolności – ale jaki promil tych ludzi mógł znać wszystkie niuanse politycznych kompromisów, planów transformacji, podejmowanych decyzji i poglądów faktycznie głoszonych przez „wierchuszkę”? Zresztą, i tak dość szybko zdała sobie sprawę, że jest samotna. A małomiasteczkowy wykształciuch, choćby wiele rozmyślał o tolerancji, zachodnich standardach demokracji itp. głoszonych wszem i wobec dobrodziejstwach, a przy tym pomstował na rodzimy ciemnogród, to i tak ciężko pracował za grosze w swojej szkole, obserwując z przerażeniem, że ubywa mu z roku na rok resztek szacunku, jaki mniej lub bardziej sztucznie podtrzymywano w PRL.
Dziś, rozważając kwestie czysto formalne, wynikające ze zmiany ustrojowej, o wiele łatwiej jest być inteligentem. Ale szczerze mówiąc, nie widać wielu kandydatów do tej grupy: ani w centrum, ani po lewej, ani po prawej stronie. Dziś w modzie jest ideowo-polityczny japiszon, albo japiszon pragmatyczny, spec od manipulacji wyobraźnią, pragnieniami i przekonaniami. Taki japiszon może nosić za politykami teczkę, albo udzielać się w mediach. Może być młodym pracownikiem IPN-u albo doradcą wysokiego urzędnika państwowego. Od wykształciuchów różni go to, że jest jeszcze za młody, by przeżyć jakikolwiek głębszy ideowy, duchowy kryzys, nie ma też żadnych wątpliwości co do swojej misji. Nie żywi złudzeń, że służy jedynej prawdzie. Jest w fazie wschodzącej: dopiero za 30-40 lat usłyszy podobne zarzuty, jakie dziś stawia tym, których za swoimi mentorami określa mianem wykształciuchów. Pewnie będzie zaskoczony, o ile wcześniej nie spocznie w trumnie.
Nie ma sensu przystawać do towarzystwa tych, którzy z premedytacją wykorzystują wykształciuchów do własnych celów, na siłę poprawiając im samopoczucie i zbiorowo rozgrzeszają każde ich głupstwo i przewinę. Z drugiej jednak strony: ideowo-polityczne japiszony ze swymi niewinnymi buźkami i wcale pokaźnym arsenałem polityczno-koteryjnych psikusów i słownych manipulacji również nie zasługują na większe zaufanie. Kto czyni się zakładnikiem jakiejkolwiek ideologii, ten choćby miał buzię cherubinka, musi budzić nieufność, tym bardziej, gdy kroczy w triumfalnej pozie. Zwycięzcy są zawsze bardziej niebezpieczni niż przegrani. Przynajmniej do czasu, gdy historia nie pobruździ im twarzy zmarszczkami i nie przygnie sumień do ziemi. Wtedy jednak ktoś inny krzyknie im w twarz: wykształciuchy!
przez Remigiusz Okraska | środa 17 października 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Jeśli odrzucimy obiegowe slogany polityczne, a przyjrzymy się stojącym za nimi tezom i działaniom partii czy innych podmiotów, mamy szansę dostrzec podziały nieco inne niż schemat lewicy i prawicy. Będą to w dodatku podziały znacznie ważniejsze.
Kiedyś, mówiąc umownie, lewica reprezentowała biednych i wykluczonych, a prawica zamożniejszych i włączonych w główny nurt społeczeństwa i jego etosu kulturowego. Prawica opowiadała się za tradycyjnymi postawami, lewica zaś uważała, że należy je zredefiniować w imię ideałów nowych, lepszych i bardziej wzniosłych. Dziś nie zostało z tego wiele poza sloganami. Oczywiście oba te obozy nadal podkreślają swoje „klasyczne” posłannictwo. Lewica twierdzi, że broni słabych i upokorzonych, prawica akcentuje przywiązanie do „starych dobrych czasów” i ich dziedzictwa. Ale w praktyce niewiele z tego wynika.
Znaczna część lewicy przypomina w krajach wysokorozwiniętych kogoś, kto kręci się w kółko. Sporo wysiłków tego środowiska koncentruje się bowiem na sprawach już dawno wygranych. Weźmy choćby feminizm, wolność światopoglądową, rasizm czy prawa homoseksualistów. W zasadzie w żadnym z „cywilizowanych” krajów nie istnieją już realne bariery, które kobietom, gejom i lesbijkom, innowiercom czy osobom innego koloru skóry uniemożliwiałyby takie samo życie, jak reszcie społeczeństwa. Oczywiście zdarzają się – nie na gruncie prawa czy wzorców kulturowych, lecz w realnych zachowaniach różnych środowisk – postawy niechęci wobec takich osób. Ale w skali ponadjednostkowej trudno mówić o realnych dolegliwościach czy dyskryminacji. Nawet jeśli homoseksualista zostanie pobity ze względu na swą orientację, kobieta potraktowana prymitywnym seksistowskim żartem, a czarnoskóry otrzyma gorszą posadę niż biały, są to zdarzenia o skali marginalnej lub stale malejącej, zgodnie też potępiane na gruncie oficjalnego prawa, powszechnych wzorców kulturowych oraz postaw zwyczajowych.
Środowiska, które dawniej padały ofiarą realnych prześladowań lub przynajmniej niedogodności, dziś są w skali masowej w sytuacji o niebo lepszej, w zasadzie nie różniącej się od tak czy inaczej pojmowanej większości. Jeśli gdzieś nie spełniono ich oczekiwań, to chyba tylko tam, gdzie postulaty rozbijają się o barierę nie tyle „zacofania” postaw większości, co o logicznie i biologicznie uwarunkowane wątpliwości. Tak dzieje się np. w przypadku braku zgody na adopcję dzieci przez pary homoseksualne, zwłaszcza męskie. Jednak nawet te – przyjmijmy na moment, że są one realne – przejawy dyskryminacji, są w dzisiejszej kulturze i porządku prawnym rekompensowane wieloma przywilejami dla środowisk mniejszościowych. Rozwiązania prawne oraz nieformalne wzorce są bardziej „uczulone” na problemy i odczucia różnych grup mniejszościowych niż na podobne dolegliwości „milczącej większości”. Łatwiej otrzymać środki finansowe na wsparcie grup homoseksualnych niż na afirmację seksualności heteroseksualnej. Prościej zasłużyć na grzywnę lub wyrok za „homofobię” niż za „heterofobię”, bardziej wyrozumiale traktuje się postawy rasistowskie w wydaniu czarnych niż białych, większe konsekwencje grożą szydzącym ze stylu życia mniejszości niż z zachowań powszechnych. Nawet w popkulturze „odmienność” przynosi większe profity niż przeciętniactwo. Bilans utrudnień i ułatwień wychodzi więc przynajmniej na zero, a sporo faktów przemawia za tym, że nierzadko rozmaite środowiska chronione przed dyskryminacją mają de facto lepiej niż „normalsi”, stając się swoistymi świętymi krowami.
Wydawałoby się, że w takiej sytuacji – ewidentnie osiągniętego celu – współczesna lewica nie tyle zwiększy zainteresowanie prawami kobiet, gejów czy mniejszości etnicznych, lecz zmniejszy ilość czasu, środków i uwagi poświęcanych tym środowiskom. Nic z tego – od ładnych kilku dekad są one wciąż „na topie”, a „walka o prawa” przypomina sytuację z piosenki o tym, że nie chodzi o złapanie króliczka, lecz o niekończącą się gonitwę za nim. W każdym razie trudno dziś na serio powiedzieć, że główny nurt lewicy krajów wysokorozwiniętych zajmuje się przede wszystkim grupami osób faktycznie wykluczonych społecznie, wyzyskiwanych, prześladowanych i marginalizowanych.
Nie wynika to przy tym wcale z faktu, że obecna sytuacja ekonomiczna czy kulturowa jest zupełnie odmienna niż wtedy, gdy kształtowały się zręby lewicowych programów. Owszem, w tzw. pierwszym świecie nie ma już takiego proletariatu fabrycznego, jak w czasach Marksa. Ale przecież wielkość szeregów pracowników najemnych – tych poddanych wyzyskowi, alienacji, a przynajmniej pozbawionych możności decydowania o sobie na płaszczyźnie miejsca zatrudnienia – wcale nie jest znacząco mniejsza niż w XIX wieku. Zmieniła się tylko ich „lokalizacja” – zamiast fabryk przemysłowych zaludniają oni biura usługowe. Ich sytuacja formalno-prawna, ochrona ustawowa czy status społeczny są oczywiście lepsze niż przed wiekiem, ale w ostatnich dekadach – inaczej niż w przypadku gejów, Afroamerykanów czy „wyzwolonych” kobiet – ulegają one pogorszeniu.
Neoliberalizm i globalizacja sprawiły, że pracownik najemny ma dziś gorzej niż 30 lat temu – mniejsza pewność utrzymania etatu, niższe są wzrost wynagrodzeń i wysokość płacy realnej, brak reprezentacji politycznej. Nie sposób wyobrazić sobie dziś znaczącej i poważnej siły politycznej, która zabiegałaby np. o odebranie kobietom praw publicznych lub przywrócenie segregacji rasowej. Natomiast na porządku dziennym są sytuacje, w których politycy głównego nurtu nie tylko zgadzają się, ale wręcz zachęcają do obniżania standardów zatrudnienia, zmniejszenia zakresu pomocy socjalnej czy deprecjonowania statusu społecznego pracowników najemnych. Lewica miałaby więc nadal co robić, gdyby tylko chciała zmagać się z realnymi problemami spod znaku wykluczenia i wyzysku.
Weźmy dla odmiany współczesną prawicę i jej deklaracje o obronie tradycji. Tu problem jest nieco bardziej złożony niż w przypadku lewicy, która bardziej jawnie odwróciła się od „starych” grup odniesienia. Prawica teoretycznie jest taka, jak dawniej – ma pełne usta frazesów o obronie rodziny, narodu, naturalnych postaw i stylu życia, nierzadko sięga też po otoczkę religijną. Ale także ona – podobnie jak lewica – skapitulowała przed „koniecznościami” narzucanymi przez wzorce neoliberalne.
Uderzające jest to, że prawica stała się bardzo prorynkowa wtedy, gdy z punktu widzenia obrony tradycyjnych wartości przestało to mieć jakikolwiek sens. Można było zrozumieć gospodarczy liberalizm prawicy wtedy, gdy różnorakie lewicowe eksperymenty ekonomiczne cechowały się inżynierią społeczną i w imię sztucznych, nowych wizji rozbijały tradycyjny, dotychczasowy porządek. Wówczas można było uznać rynek za mniej szkodliwy i niejako bardziej naturalnie wymuszający zmiany społeczne. Z takich właśnie pozycji np. niemieccy ordoliberałowie krytykowali niektóre pomysły socjaldemokratów i zwykłych chadeków, wskazując na negatywne skutki uboczne centralizacji przemysłu czy zbyt silnej ingerencji państwa w sektor firm prywatnych.
Dziś jednak liberalna gospodarka nie ma żadnej znaczącej konkurencji o anty-rynkowym obliczu. Natomiast w epoce globalizacji to właśnie wolny rynek stał się główną siłą rozbijającą dotychczasowy ład kulturowy, wprowadzającą chaos w stabilne społeczności oraz dewastującą „oswojony” styl życia. Żadne decyzje władzy centralnej nie mają obecnie takiej mocy sprawczej w kwestii zmiany ludzkich postaw w skali makro, jak czynią to „spontaniczne” procesy zachodzące w ramach gospodarki wolnorynkowej. Weźmy choćby zjawiska, które prawica uznaje za patologie i potępia w czambuł, jak np. pornografia czy narkotyki. Jeśli państwo przyzwala na istnienie takich zjawisk, uznając, że sprawą swobodnego wyboru jest to, jakie obrazki ktoś ogląda i jakie substancje zażywa, to nie istnieje przecież poważniejsze zaangażowanie władzy żadnego kraju w celowe i nasilone promowanie takich zachowań. Za to zarówno pornografię, jak i narkotyki skutecznie promuje wolny rynek – legalny, jak w przypadku wydawnictw pornograficznych, czy mafijny, jeśli chodzi o narkotyki. Prawicowcy starannie pomijają fakty niewygodne dla ich wizji, ukazując z lubością np. kraje skandynawskie jako te, które odgórnie promują „zgniliznę moralną” przy pomocy ustaw i innych instrumentów formalnych. Pomstowaniu na „niemoralny socjalizm” towarzyszy jednak zupełne przemilczanie tego, że większość tych samych zjawisk rozkwita na jeszcze większą skalę bez pomocy państwa w wolnorynkowych Stanach Zjednoczonych.
Ale zostawmy „patologie”, czyli ulubiony temat prawicy. Wolny rynek dokonuje ogromnych przeobrażeń w sferze postaw społecznych na wielu innych płaszczyznach, które choć mniej „niemoralne”, w równie wielkim, a nawet znacznie większym stopniu podkopują tradycyjny system wartości. Kryzys rodziny, religii, kultury wysokiej czy obyczajów dokonuje się przy znacznym udziale sektora komercyjnego. Promuje on taki etos, który zapewnia większy zbyt oferty handlowej niż dotychczasowa etyka. W interesie rynkowych bossów leży to, żeby postawy oparte na skromności, umiarze i obowiązkach zastąpić etosem spod znaku „róbta co chceta”. Człowiek wyzbyty ograniczeń kulturowych i społecznych jest idealnym konsumentem – nie ma on bowiem żadnych powodów, poza niedoborami finansowymi, aby rezygnować z oferty dostarczanej przez rynek. Im bardziej jest „wolny”, tym bardziej można go wciągnąć w sieć kolejnych gadżetów, stylów życia i wyborów konsumpcyjnych.
W takim świecie nie ma miejsca na żadną trwałą tożsamość, na stałą identyfikację z grupą odniesienia wymagającą poświęceń – możliwa jest co najwyżej chwilowa moda na „tradycyjne” produkty, na przejściową fascynację „wartościami chrześcijańskimi” czy „rodzinnymi”, które porzuci się wtedy, gdy nastanie nowa moda, a kolejne podniety wyprą z rynku dotychczasowe. Nie ma większego znaczenia, czy na liście bestsellerów książkowych znajdzie się pamiętnik striptizerki lub poradnik New Age, czy któraś z papieskich encyklik lub rozważania kardynała Dziwisza – dopóki każdorazowo będzie to tylko chwilowa fascynacja, stymulowana reklamą.
Współczesny wolny rynek, który „wydostał” się z ograniczeń wspólnotowych – czy to lokalnych, czy w obrębie państwa narodowego – wywraca do góry nogami stabilizację społeczną na jeszcze inne sposoby. Inwazja dokonuje się nie tylko w sferze symbolicznej, na gruncie oferty konsumpcyjnej, lecz także w znacznie bardziej namacalny sposób. Nie da się abstrahować od biologicznych i psychologicznych uwarunkowań człowieczeństwa. Inaczej funkcjonuje się np. w małej „oswojonej” wspólnocie, a inaczej w chaotycznej, „pulsującej” zbiorowości. Mniej podatna na różnorakie patologie i problemy będzie rodzina, której członkowie mają pewną, stałą posadę w jednym miejscu, bardziej zaś taka, na której realia rynku pracy wymuszają ciągłą mobilność przestrzenną, częste przekwalifikowanie się jej członków czy okresowe bezrobocie. Inaczej funkcjonuje wspólnota, która nawet za cenę spowolnienia rozwoju ekonomicznego zyskuje „małą stabilizację”, niż taka, która może się pochwalić szybkim wzrostem PKB, a jednocześnie jest wydana na łaskę i niełaskę „inwestorów”, dziś lokalizujących fabrykę w Wielkopolsce, a za 5 lat przenoszących ją na Ukrainę.
Prawica neoliberalna zdaje się jednak zupełnie nie rozumieć takich uwarunkowań, zastępując zmierzenie się na serio z problemami tandetnym moralizatorstwem i ślizganiem się po ich powierzchni. Tego rodzaju konserwatystom wydaje się, że rozwiązaniem jest zbudowanie kaplic w centrach handlowych, produkowanie przez Disneya banalnych filmów o rodzinkach i dzieciaczkach oraz wycofanie pornografii z oferty Wal-Marta. Tymczasem kluczowe z punktu widzenia faktycznego kultywowania tradycyjnego stylu życia jest to, że centra handlowe wypierają różnorodne lokalne punkty usługowe i transferują zysk do odległych central, że tandetny komercyjny banał, wspierany zmasowaną i nachalną reklamą, opanowuje umysły dzieci i rodziców, a Wal-Mart jest czołowym ośrodkiem promocji konsumpcyjno-hedonistycznego stylu życia.
Lewica zamiast wykluczonymi i wyzyskiwanymi zajęła się problemami bzdurnymi i wspieraniem tych, których sytuacja jest całkiem niezła. Prawica natomiast upatruje rozwiązania problemów w takich strukturach i zjawiskach, które te problemy generują i potęgują. Obie postawy nie są jednak przypadkowe, nie stanowią chwilowego zagubienia czy wypadku przy pracy. Wydaje się, że są one w znacznej mierze pochodną kapitulacji obu tych tendencji ideowych przed liberalizmem i apoteozą praw jednostki. Zarówno socjalizm, jak i konserwatyzm w znacznej mierze porzuciły perspektywę wspólnotową, ulegając forsowanemu przez liberalizm indywidualizmowi, stawiającemu na pierwszym miejscu potrzeby jednostek lub niewielkich grup.
Ma to swoje przyczyny historyczne. Nowoczesna lewica wyciągnęła wnioski z okropieństw komunizmu, a prawica to samo uczyniła z faszyzmem. Można oczywiście w nieskończoność rozkładać oba totalitaryzmy na czynniki pierwsze, odżegnywać się od ich związków z „klasycznymi” ideałami humanistycznego socjalizmu czy religijnego konserwatyzmu, kwestionować prawicowość hitleryzmu oraz lewicowość stalinizmu. Nie zmieni to jednak faktu, że oba te reżimy stanowiły „uskrajnienie” części wątków zawartych w socjalizmie i konserwatyzmie. To, co Majakowski wyraził z aprobatą w słowach „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”, stało się ponurą rzeczywistością obu totalitaryzmów, w tym zarówno sensie, że pojedyncza osoba była tam zupełnie nieistotna i bezradna, jak i w takim, który Hannah Arendt sportretowała na przykładzie Eichmanna, ukazując człowieka jako malutki, w zasadzie bezwolny trybik ogromnej śmiercionośnej maszyny. W tym sensie bardzo dobrze, iż lewica i prawica przemyślały negatywne doświadczenia płynące z eskalowania myślenia w kategoriach „jedności”. Sęk w tym, że słusznie potępiając faszyzm i komunizm, wylano z kąpielą dziecko wspólnotowości i zbytnio zaufano perspektywie liberalnej.
Oczywiście na dzisiejsze postawy ludzi składa się o wiele więcej czynników niż „zdrada” dokonana przez lewicę i prawicę – choćby takich, jak ogromne przeobrażenia technologiczne, które stymulowały liczne zmiany w strukturze społecznej i stylach życia. Jeśli w ciągu kilku godzin ogromne masy ludzi przemieszczają się o tysiące kilometrów w przeróżnych kierunkach, nagminne są wirtualne kontakty ze znajomymi z drugiej półkuli, a przycisk pilota w ułamku sekundy dostarcza nam obrazów życia w zupełnie innych realiach niż nasze, to oczywiście nie jest możliwe, że nienaruszone pozostaną dotychczasowe punkty odniesienia i identyfikacje. Świat musiał się zmienić i nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem ani bezproduktywnie wzdychać za „starymi dobrymi czasami”. Jednak o ile pewne zmiany były nieuchronne jako skutki uboczne – nie zawsze zresztą negatywne – przemian w innych dziedzinach, o tyle część przeobrażeń dokonała się w pełni celowo i przy braku oporu.
Lewica i prawica doznały porażki, gdyż tak jak kilka dekad wcześniej zaakceptowały twierdzenie, iż „jednostka niczym”, tak teraz równie bezmyślnie skapitulowały przed liberalną wykładnią mówiącą, że „jednostka wszystkim”. Na takim gruncie są bezradne wobec zachodzących zmian, a także niezdolne do obrony tych wartości i grup, które były ich głównym historycznym punktem odniesienia. Teoretycznie socjaliści i konserwatyści nadal odwołują się do porządku wspólnotowego – jedni do społeczeństwa, drudzy do narodu. Ale w praktyce opowiadają się za perspektywą indywidualistyczną lub stają się lobby reprezentującymi cząstkowe odłamy wspólnoty, nierzadko kosztem interesów jej innych odłamów.
Lewica upodobała sobie rozmaite mniejszości, dowodząc, że zajmowała się ich prawami zawsze. Nie dodaje jednak, że dawniej broniła np. mniejszości seksualnych czy etnicznych, ale jednocześnie wymagała od nich wzajemności wobec grup większościowych oraz akceptacji pewnego minimum światopoglądowego i identyfikacji ze „wspólną sprawą”. Dziś natomiast lewica przekonuje, że „wszyscy” powinni bronić np. gejów przed dyskryminacją, lecz od samych gejów nie wymaga tego, aby wsparli walkę o prawa rolników czy pracowników najemnych oraz nie traktowali „większości” jako obiektu pogardy (bo jest „Ciemnogrodem”) lub jako dojnej krowy, która ma im zapewniać wymierne i symboliczne przywileje.
Prawica, choć bardziej kamufluje porzucenie etosu wspólnotowego, czyni podobnie. Uważa, że jej zadaniem jest przychylanie nieba przedsiębiorcom i spełnianie ich zachcianek, a jednocześnie wszelkie próby zobowiązania tych podmiotów do świadczeń na rzecz wspólnoty traktuje jako karygodny zamach na swobody rynkowe.
Jeszcze bardziej widoczny jest ten absurd w tzw. polityce prorodzinnej. Po pierwsze, mamy do czynienia z dziwaczną konstrukcją prawicowych punktów odniesienia – są to bowiem jedynie naród i rodzina. Naród, czyli byt stosunkowo niekonkretny i płynny, zwłaszcza w epoce mobilności, przenikania się wpływów kulturowych i istnienia niemal całkowitej swobody w kwestii autoidentyfikacji. Z kolei rodzina jest nie tylko – jak mawiano w PRL-u – podstawową komórką społeczną, lecz także komórką najsłabszą. Nie ma ona bowiem, bez oparcia w innych strukturach, w zasadzie żadnego wpływu na procesy zachodzące w skali ponadjednostkowej. Wspieranie wyłącznie rodzin przypomina dbałość o poszczególne kulki, bez dbałości o łożysko, w którym one tkwią. Tymczasem prawica koncentrując się na rodzinie, niemal całkowicie zaniedbuje wszelkie inne rodzaje wspólnot – zawodowych, terytorialnych, a nawet religijnych (te są doceniane tylko wtedy, gdy można je wykorzystać do jakiegoś celu, np. mobilizacji wyborczej).
Po drugie, apoteozie rodziny, rozumianej wyłącznie jako para małżeńska z małymi dziećmi, towarzyszy niemal zupełny brak zainteresowania dla problemów innych osób – czy to rodzin bezdzietnych, czy z dziećmi już dorosłymi, czy samotnych lub żyjących w nieformalnych związkach. Tak jakby te formy były tworzone przez ludzi z definicji gorszych i mniej wartościowych z punktu widzenia życia społecznego. A przecież istnieją setki rodzajów aktywności równie znaczących, jak wychowanie dzieci oraz dziesiątki rodzajów wspólnot, które na równi z rodziną mogą i powinny tworzyć struktury zdrowej społeczności.
Po trzecie zaś, polityka prorodzinna w wykonaniu współczesnej prawicy nacechowana jest sprzecznościami, jeśli nie schizofrenią. Z jednej strony mamy becikowe, czyli budżetowe finansowe wsparcie narodzin dziecka, co motywowane jest m.in. tym, że reprodukcja biologiczna stanowi podstawę zapewnienia podstaw bytu obecnych dorosłych, gdy staną się emerytami. Ale w tym samym czasie prawica podejmuje decyzje skutkujące „indywidualizacją” systemu emerytalnego i postępującym sprywatyzowaniem, a więc „odwspólnotowieniem” innych istotnych sfer, np. lecznictwa, zakładów opiekuńczych itp. W efekcie całe społeczeństwo finansuje rodzące się dzieci, nie mając żadnej pewności, że one kiedyś sfinansują potrzebujących członków tegoż społeczeństwa – większy sens w kwestii zapewnienia sobie oparcia na starość ma chyba nawet gra w totolotka…
Ta wręcz obsesyjna koncentracja uwagi i wysiłków prawicy na rodzinie wydaje się kamuflażem porzucenia perspektywy naprawdę wspólnotowej. Dokładnie to samo można powiedzieć o lewicowej fiksacji na punkcie „tożsamości” marginalnych grupek mniejszościowych. Można tu zresztą podejrzewać także – zapewne podświadome – dążenie do odróżnienia się od liberałów, którzy realizują podobną politykę. Gdyby nie prawicowe slogany o „wartościach rodzinnych” oraz lewicowe o „obronie wykluczonych”, oba te środowiska nie różniłyby się nawet werbalnie od liberalnego centrum, hołubiącego jednostkę i indywidualne preferencje, tak jak nie różnią się od niego już dawno w kwestii systemu wartości, punktów odniesienia i proponowanych rozwiązań.
Jednak zarówno z punktu widzenia politycznej identyfikacji, jak i przede wszystkim potrzeb społecznych, socjaliści i konserwatyści powinni od liberałów odróżniać się nie namiastkami perspektywy wspólnotowej, lecz jej dobitnym i pozbawionym strachliwości wyartykułowaniem i realizacją. Tak, jak błędna i szkodliwa była opcja spod znaku „jednostka niczym”, tak równie zgubny, choć nie w tak widowiskowy i zbrodniczy sposób, jest etos cechujący się zawołaniem „jednostka wszystkim”. Ta eskalacja indywidualizmu uderza bowiem w same podstawy polityki konserwatywnej i socjalistycznej oraz w interesy ich historycznych podmiotów. Nie da się bowiem na gruncie skrajnego liberalizmu, zarówno światopoglądowego, jak i ekonomicznego, kultywować ani ideałów egalitarnych, ani tradycyjnych wartości.
Liberalizm, nieskrępowany ani z lewa, ani z prawa, prowadzi w oczywisty sposób wprost do społeczeństwa zarazem coraz bardziej skrajnych nierówności, jak i coraz bardziej dynamicznych zmian, wyznaczanych wyłącznie kolejnymi falami mód i zachcianek kreowanych przez rynek. Co więcej, prowadzi też do egoizmu i atomizacji społecznej tak wielkich, że na ich gruncie nie będzie możliwa jakakolwiek zmiana. Socjalizm i konserwatyzm będą mogły przybrać wyłącznie karykaturalne postaci: batalii zorganizowanych grup interesów o doraźne łupy (nierzadko wyszarpane kosztem równie lub jeszcze bardziej słabych grup) oraz tworzenia chwilowych wysepek, czy raczej gett „tradycji” na oceanie coraz większego chaosu i barbarzyństwa.
Kiedyś socjalizm i konserwatyzm były największymi wrogami. Dziś ich wspólnym wrogiem jest liberalizm. I jeśli tego nie dostrzegą, spełnią się słowa poety z wiersza dla dzieci: „Na nic wasze swary głupie, wszystkie wnet zginiecie w zupie”.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 2 października 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Rozmyślając nad treścią tego felietonu, stawiałem sobie zadanie ambitne: naszkicować koncepcję „melancholii politycznej” jako doświadczenia trapiącego od lat, nas Polaków, ludzi niezakorzenionych w sferze publicznej i zatopionych w polityczno-historycznej apatii, obywatelskim smutku i niemożności. Chciałem też zadać pytanie, jak kształtują się relacje między polityczną melancholią a demagogią. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że nawet formuła felietonu nie pozwala na tak daleko idącą spekulację. Bo to, że doskwiera mi melancholia polityczna, nie znaczy, że ogół współobywateli odczuwa to samo. Wszak machają do mnie z telewizora bliźni strojni w polityczne barwy, którzy – jak sądzę – wprost tryskają energią polityczną w drodze ku lepszej, jak zwykle, przyszłości.
Ograniczę zatem studium politycznej melancholii do introspekcji, co najwyżej pozwalając sobie tu i ówdzie na niewinne uogólnienia. Zacznę od tego, że kampanii wyborczej oczekiwałem z jako takim zainteresowaniem i pewnym ożywieniem intelektualnym. Że pójdę do wyborów – nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości: wszak ojczyzna to nasz wspólny, zbiorowy obowiązek. Zawczasu, niejako intuicyjnie, określiłem, które partie nie wchodzą w zakres mego zainteresowania, po czym cierpliwie oczekiwałem jakimi propozycjami programowymi, jako potencjalnego wyborcę, zaszczycą mnie pozostałe ugrupowania. Jako niepoprawny i zdeklarowany mięsożerca uwielbiam bowiem kiełbasę wyborczą.
Pewnego deszczowego dnia, tuż po wyjściu z tramwaju, ochlapał mnie samochód, przejeżdżający z nadmierną prędkością uliczką pełną dziur w asfalcie. Zezłoszczony, pomyślałem cokolwiek demagogicznie, że ktokolwiek wygra te i następne wybory, to i tak te cholerne samochody będą wciąż na mnie chlapać, wjeżdżając pełną parą w dziury w połatanym niechlujnie asfalcie. Przypomniałem sobie równocześnie, że przy pięciokilometrowym odcinku drogi nieopodal mojej rodzinnej miejscowości stoją trzy skromne krzyże, każdy oznaczający śmiertelne ofiary. Trzy trupy na pięć kilometrów wąskiego paska zdeformowanego przez koleiny asfaltu, po którym od dobrych kilkunastu lat pędzą TiR-y – oto arytmetyka postępu. Myśli te, choć z czasem odpłynęły, to jednak zatruły mi smak kampanii wyborczej i – niczym kamyczek w bucie lekkomyślnego piechura – zaczęły jątrzyć się melancholią. Bynajmniej, nie znaczy to, że przyjąłem za swój argument Donalda Tuska o 13 tysiącach upolitycznionych ofiar wypadków drogowych w ciągu ostatnich dwóch lat. Zacząłem raczej rozmyślać, czy aby jedyny pożytek, jaki obywatele czerpią z rodzimych karteli partyjnych, to pląsający w telewizji poseł. Oczywiście, szybko zdałem sobie sprawę, że to także jest myśl demagogiczna.
Czas płynął, w polityce wrzało jak w kotle trzech wiedźm i z przerażeniem spostrzegłem, że przybywa we mnie myśli demagogicznych, a ja sam pogrążam się w melancholii. Ubywało mi entuzjazmu, decyzja wyborcza nie zyskiwała na klarowności, myśli rozpraszały się w nieokreślonym smutku i byle jakich, niedoprecyzowanych sądach. Poczęła mnie dręczyć jakaś nieokreślona tęsknota, która – jak to w przypadku melancholii bywa – nie ma jasno określonego celu, przez co nie wiadomo, czy tęskni się za czymś, co było, czy za tym, co ma nadejść. Tęskni się i pogrąża w cichej desperacji niejako bezinteresownie, dla samej tęsknoty i smutku.
I oto na moich oczach PiS toczył oligarchomachię w dekoracjach wyborczych spotów. Aleksander Kwaśniewski zatoczył się w czasoprzestrzeni od Kijowa od Charkowa. Na moich oczach „Samoobrona” z sobie tylko przyrodzoną zdolnością ujęła w klamrę ideową różnorodność polskiej lewicy. Jan Maria Rokita pod osłoną małżonki wykonał zgrabny taktyczny manewr na z góry upatrzone pozycje. A ja, mimo tego bogactwa zdarzeń i ferii ideowych potyczek pogrążałem się w melancholii, nie mogąc w tym wszystkim znaleźć miejsca dla siebie. Jakby odebrana mi była zdolność utożsamienia się z tym światem, w którym uczestnictwo jest przecież znakiem mej obywatelskiej podmiotowości, znakiem możności wyboru i współodpowiedzialności za ojczyznę. A przynajmniej jako taki zwykł się przedstawiać – i w tym względzie dopadły mnie myśli demagogiczne i przykre.
Na dodatek, w pewien melancholijny wieczór sięgnąłem po „Złą godzinę” Marqueza i tam na własne nieszczęście trafiłem na zdanie: „zmienił się rząd, obiecywał spokój i bezpieczeństwo i z początku wszyscy w to wierzyli. Ale urzędnicy nadal są ci sami”. Słowa te również odczytałem nader demagogicznie, myśląc o tych wszystkich sympatycznych i kompetentnych oraz absolutnie nieskorumpowanych urzędnikach niższego, średniego, wyższego szczebla, którzy odporni są na zmiany władzy, ewentualnie ulegają lekkim przepoczwarzeniom kadrowym, by od lat sprawnie zarządzać publicznym dobrem. Są to czasem ludzie, z którymi spotkanie nie wiedzieć czemu przyprawia o ból głowy zwykłych zjadaczy chleba.
Właściwie nie jestem pewien, czy jest dla mnie jeszcze nadzieja przed najbliższymi wyborami, by wyrwać się z melancholii. Werble partyjne grają do boju, elektoraty się mobilizują, w powietrzu aż świszczy od walki o lepszą Polskę, a ja melancholijnie patrzę na pacjentów wywożonych z likwidowanego częstochowskiego szpitala i czekam debaty między Kaczyńskim a Kwaśniewskim. Melancholijnie i jak najbardziej demagogicznie myśląc, że nic to, k…, nie zmieni.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 2 października 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Pastwienie się nad prymitywizmem myślenia neoliberalnego nie należy do zajęć twórczych ani ciekawych. Prostactwo tej wizji uderza w ogóle, a szczególnie w wykonaniu najbardziej aktywnych pracowników wolnorynkowego pionu propagandowego. Człowiek obcujący z wywodami prof. Winieckiego czy Witolda Gadomskiego ma poczucie, że poglądy neoliberalne zajmują szczytowe miejsce na podium fanatyzmu i braku autorefleksji, konkurując chyba tylko z ortodoksyjnym komunizmem. Jak mawia Ryszard Bugaj, w przypadku głosicieli takich poglądów odczuwamy wrażenie, że mają oni „bezpośredni kontakt z Historią” – to znaczy wiedzą, jak ten świat został raz na zawsze poukładany, co się stanie, jakie powinny być żelazne reguły postępowania zawsze i wszędzie. Na wątpliwości nie ma u nich miejsca.
Gdyby nie ogromna forsa, jaką beneficjenci tego absurdalnego systemu wydają na autopromocję – wszak „wolne” i „niezależne” media liberalne żyją głównie z reklam wielkich firm, więc nie podważą nigdy na serio ich interesów – mało kto byłby w stanie uwierzyć w te bajki. Liberałowie są przekonani, że ich poglądy są logiczne, naukowe i zdroworozsądkowe, lecz jednocześnie nie mogą zrozumieć, że gdyby takie faktycznie były, to nie istniałyby tak wielkie rzesze ludzi wątpiących w owe „oczywistości”.
Bywają jednak sytuacje, w których propaganda liberalna osiąga tak wysoki poziom absurdu, że staje się swoim zaprzeczeniem. Niedawno znalazłem właśnie coś takiego. Oto w „Rzeczpospolitej” z 18 września, w dziale ekonomicznym, tuż obok siebie zamieszczono dwie niepowiązane informacje. Po „sklejeniu” w jedną całość stanowią wymowny przykład fałszywości liberalnej wizji gospodarki i społeczeństwa.
Pierwsza dotyczy państwowych dotacji dla górnictwa. Nietrudno zgadnąć, jaka jest poetyka artykułu. Dowiadujemy się, że znów władowano w te okropne kopalnie mnóstwo budżetowych pieniędzy. Czytamy, że „Spółki węglowe dostaną w najbliższych siedmiu latach prawie 2,7 mld zł wsparcia z budżetu. Dotychczas państwo wpompowało już w nie ok. 42 mld złotych. Dodatkowe miliardy dla spółek węglowych to efekt hojności posłów i senatorów, którzy przegłosowali pomoc zapisaną w ustawie o strategii dla górnictwa na lata 2007-2015”. Oprócz tego mamy oklepane zwroty i opinie: „nieustanne dopłaty”, „stare, tradycyjne górnictwo”, „dopłacać będziemy miliardy złotych” itp. Nic nowego – o górnictwie wszystkie „obiektywne” media trąbią od lat to samo.
Tuż obok tej połajanki pod adresem „budżetożernego” górnictwa zamieszczono inny tekst. Czytamy w nim: „27 mln zł dotacji z budżetu dostanie koncern Toshiba, który zbudował fabrykę na Dolnym Śląsku. Łączna wartość pomocy publicznej dla tej inwestycji sięgnie 84 mln zł”. Tym razem ton tekstu jest diametralnie różny. To już nie jest górnictwo – przestarzałe, niepotrzebne, nierentowne. To przyszłościowa, nowoczesna i dochodowa branża – produkcja telewizorów. Ani słowa potępienia pod adresem budżetowego rozdawnictwa. Wręcz przeciwnie, autor tekstu uspokaja nas, cytując wypowiedź ministra gospodarki: „Całość pomocy ma się zwrócić w ciągu trzech lat”.
Liberalizm jest podobny do przysłowiowej łaski pańskiej, która na pstrym koniu jeździ. To samo zjawisko ocenia on całkiem różnie. Rozdawnictwo budżetowych środków jest złe, gdy wspiera państwowe kopalnie. Jest natomiast dobre, gdy pieniądze trafiają do zagranicznego koncernu. Autorzy i redaktorzy nie mają nawet cienia wątpliwości, nie widzą sprzeczności, nie próbują się zastanowić nad zupełnym brakiem logiki tych wywodów. Chcą, by państwo nie dało ani grosza na „niesłuszne” przedsięwzięcia gospodarcze, wspierało zaś hojnie te „słuszne”. Słuszne są prywatne i zagraniczne. Niesłuszne – państwowe i polskie.
Tu pozwolę sobie na dygresję. Otóż doskonale wiem, że „prawdziwy” liberalizm oznacza brak jakichkolwiek dotacji – zarówno dla Toshiby, jak i dla górnictwa. Tak jest w teorii, czy raczej w utopii. Takiego liberalizmu świat bowiem nigdy nie widział na większą skalę (a może raczej widział, ale w epoce jaskiniowej i plemiennej) i ma on tyle wspólnego z rzeczywistością, co rajskie wizje komunizmu Marksa z ponurym „realnym socjalizmem” ZSRR. Liberalizm w praktyce oznacza właśnie nie rezygnację z dotacji w ogóle, lecz wspieranie wybrańców, którymi zawsze okazuje się wielki prywatny biznes.
Na pierwszy rzut oka wszystko jest tu rozsądne. Kopalnie wydają się przestarzałe, nierzadko przynoszą straty finansowe, wydatki na nie są znaczne. Fabryka telewizorów jest nowoczesna, będzie rentowna, a dotację otrzyma stosunkowo niewielką. Ale czy aby na pewno tak to wygląda? Owszem, kopalnie dostały na przestrzeni kilkunastu lat około 40 miliardów złotych – Toshiba w ciągu trzech lat otrzyma 84 miliony. Różnica, zdawałoby się, kolosalna. Perspektywa zmienia się, gdy weźmiemy pod uwagę inne wskaźniki. Otóż w fabryce telewizorów pracuje około 700 ludzi, planowane jest zwiększenie tej liczby do tysiąca. Tymczasem kopalnie zatrudniają obecnie mniej więcej 120 tysięcy osób. Czyli około 120 razy więcej niż Toshiba. Podobnie jest z zatrudnieniem u kooperantów i dostawców – tu górnictwo znów daje utrzymanie znacznie większej liczbie osób. Idąc dalej, nieporównywalne są również przychody budżetu z obu źródeł. Milczeniem pomija się bowiem fakt, że nierentowne kopalnie płacą podatki dokładnie tak samo, jak rentowne prywatne firmy, a nawet rzadziej niż tamte korzystają z rozmaitych ulg i zwolnień fiskalnych. W każdym razie, budżet otrzymuje od górników znacznie więcej podatków niż od TV-Japończyków.
To nie koniec. Weźmy pod uwagę wizję krachu obu porównywanych podmiotów. Likwidacja fabryki Toshiby, choć dotkliwa dla okolicy, oznacza kłopoty raptem kilku tysięcy osób (pracownicy, kooperanci i ich rodziny). Nawet w regionie o trudnej sytuacji ekonomicznej jest to grupa, która ma szansę odbić się od dna. Wyobraźmy sobie natomiast likwidację kopalń. Oznacza to, że w jednym województwie pracę traci 120 tysięcy osób, do tego kooperanci i rodziny – razem ogromna rzesza ludzi. Nawet w regionie prężnym ekonomicznie oznacza to wielkie problemy nie tylko gospodarcze, ale i społeczne. Nagle placówki handlowe i usługowe tracą wiele tysięcy klientów dysponujących pensjami. Pojawiają się zaległości w opłatach za mieszkanie, prąd i gaz – mniej przychodów mają więc spółdzielnie mieszkaniowe i firmy. Nagle placówki pomocy społecznej zyskują wiele tysięcy podopiecznych, nie mających za co żyć. W ślad za bezrobociem i niepewnością (szukanie nowej pracy, niemożność spłaty kredytów itp.) pojawiają się, jak zwykle w takich sytuacjach, różnorakie patologie społeczne. Więcej jest przestępstw, należy zatem zwiększyć środki dla policji. Ludzie biedni i znerwicowani częściej chorują, trzeba więc podnieść nakłady na służbę zdrowia. W obiegu „prywatnym” jest mniej gotówki, za to budżet musi wyłożyć jej więcej, choć najpierw traci część wpływów podatkowych z powodu zamknięcia kopalń.
To nie koniec problemów nasuwających się w efekcie porównania Toshiby i kopalń. Owszem, można powiedzieć, że górnictwo nie należy do branż nowoczesnych. Nawet sam jego wizerunek raczej odpycha niż budzi zaufanie – brud, czerń, nie to co nowoczesne i sterylnie czyste hale fabryki telewizorów, zbudowane z plastiku, szkła i aluminium. Ale górnictwo polskie jest, wbrew mitom, całkiem niezłe w skali światowej z punktu widzenia stosowanych technologii, dzięki czemu zresztą jest stosunkowo bezpieczne w porównaniu z kopalniami w wielu krajach. Co więcej, towarzyszy mu rozbudowana infrastruktura – to setki trwałych budynków, kilometry rur z gazem i wodą, linie przesyłowe prądu, bocznice kolejowe, drogi samochodowe itp. Górnictwo jest inwestycją o „twardym” charakterze – jego dotowanie oznacza wydatki na wieloletnią substancję przemysłowo-techniczną, która współtworzy ogólną infrastrukturę regionu. Fabryka telewizorów to natomiast „miękka” inwestycja – kilka hal z prefabrykatów, postawionych w pośpiechu na terenie elementarnie przygotowanym do tego celu. Nie oznacza ona żadnego szerzej pojętego rozwoju danego miejsca. Dziś jest – jutro może jej nie być. Budżetowe pieniądze wydane na kopalnie wiążą się z inwestowaniem w wieloletni potencjał gospodarczy regionu i jego zaplecze techniczne. Mamy pewność, że w dowolnej chwili, w przypadku zmniejszenia koniunktury, nikt tego wszystkiego nie zlikwiduje w kilka miesięcy i nie wywiezie TIR-ami choćby na Ukrainę czy do Turcji, bo tam będą niższe koszty pracy czy większy rynek zbytu. Natomiast dotując z budżetu fabrykę telewizorów, wspieramy de facto wielką niewiadomą i coś zupełnie nietrwałego.
Idźmy dalej i porównajmy znaczenie obu dotowanych podmiotów dla całokształtu życia gospodarczego i społecznego w Polsce. Czy to się komuś podoba, czy nie, górnictwo stanowi główne zaplecze energetyczne kraju. I co więcej, nie widać dla niego realnej alternatywy. Zasoby ropy i gazu ziemnego kurczą się w skali światowej w szybkim tempie, ich ceny wciąż rosną. W dodatku oba te surowce energetyczne w przeważającej mierze musimy importować, będąc w efekcie uzależnionymi od rozmaitych kaprysów dostawców, a gdy w grę wchodzi także polityka – od gry interesów i ścierających się wpływów. Posiadanie znacznych złóż węgla i możliwości wydobywczych oznacza większe bezpieczeństwo energetyczne, co przekłada się na fundamenty życia każdego obywatela: zapewnienie dostaw prądu dla mieszkań i gmachów publicznych, produkcję energii dla gospodarki i wiele innych elementarnych potrzeb. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której górnictwa w Polsce nie ma, ogromne dodatkowe kwoty musimy przeznaczyć na zakup ropy i gazu, których dostawca – Rosja, postanawia nas szantażować, a ceny na rynku światowym idą znacznie w górę z powodu jakiegokolwiek kryzysu na Bliskim Wschodzie. Węgiel nie jest pierwszym lepszym surowcem, który można w dowolnej chwili zastąpić w równie dowolnej ilości czymś innym, bez narażania się na dodatkowe koszty, kłopoty i ryzyko perturbacji. Nie można go też łatwo w dowolnej chwili zacząć wydobywać „od nowa” – budowa nowej lub rozruch starej kopalni to ogromny wydatek, a wydajne, wykwalifikowane i doświadczone zastępy górników nie spadną z nieba na zawołanie. Tymczasem telewizory nie są ani produktem kluczowym dla trwania społeczeństwa, ani nie ma problemu z ich zakupem w dowolnej ilości za granicą po zwykłej, nie wywindowanej cenie, podobnie jak nie ma żadnych kłopotów z szybkim wybudowaniem nowej fabryki sprzętu RTV.
Kolejny wątek całej sprawy dotyczy kwestii własności i ukierunkowania dotacji. Pieniądze w budżecie pochodzą głównie z podatków płaconych przez obywateli Polski. Ci obywatele, co oczywiste, tworzą i finansują państwo po to, by dbało o wspólne dobro. Cóż dziwnego czy złego zatem w tym, że polskie państwo wspiera finansowo polskie państwowe kopalnie? Co więcej, można się zastanowić, dlaczego to samo państwo wspiera prywatny japoński biznes. Od biedy można uznać, że to ostatnie wsparcie uzasadnione jest zatrudnieniem w fabryce Toshiby kilkuset obywateli Polski. Jednak wówczas zupełnie bzdurne i pozbawione logiki stają się pretensje, że to samo państwo dotuje miejsca pracy dla 120 tysięcy innych swoich obywateli.
Wbrew pozorom, nie uważam, aby górnictwo miało być jakąś świętą krową, która zasługuje na nieograniczone dotowanie z budżetu. Przedsiębiorstwa państwowe nie mogą działać wbrew elementarnym regułom dotyczącym wydajności pracy, konkurencyjności itp. Ani kopalnie, ani żadne inne zakłady nie powinny być łupem politycznych łowców posad, oferować super-przywilejów, marnotrawić środków finansowych, być finansową studnią bez dna czy stanowić zaplecza lub przykrywki dla niejasnych interesów i przekrętów (o czym w przypadku kopalń mówi się od dawna). Powiem więcej – odpowiedzialność w przypadku dysponowania publicznymi środkami powinna być większa i surowiej egzekwowana niż w sektorze prywatnym. To wszystko nie zmienia faktu, że neoliberalna wizja problemu nie jest warta funta kłaków.
Jak wspomniałem, krytyka mielizn myślenia liberalnego nie jest zajęciem zbyt twórczym i pasjonującym. Jednak rozłożenie takich sloganów propagandowych na czynniki pierwsze nie tylko pokazuje brak w nich logiki, ale także coś znacznie gorszego. Otóż liberalizm spod znaku wychwalania dotacji dla Toshiby i pomstowania na dotowanie kopalń jest po prostu stronniczym i oczywistym stawaniem na straży interesów japońskich przeciwko interesom polskim. Świadomym czy nie – trudno ocenić. Pewne jest jednak, że nie powinno mieć miejsca w gazecie będącej częściową własnością Skarbu Państwa. Jeśli już jakiś budżet powinien mieć udział w tej propagandzie, to nie polski, lecz japoński.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 10 września 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Media prawicowe roją się od rozważań o wpływach lewicy i liberałów na instytucję Kościoła oraz na debatę poświęconą kwestiom religijnym. Wedle nich, wpływy te są ogromne i destrukcyjne, sięgając samych szczytów hierarchii oraz sedna doktryny religijnej. Oprócz zewnętrznych zagrożeń chrześcijaństwa, równie ważne, a nawet ważniejsze – przekonują oni – są negatywne tendencje wewnętrzne. W tej wizji problemu zło czai się w środku Kościoła, a jego rozsadnikiem są różnorakie środowiska nie dość – wedle tej teorii – prawowierne. Co zaś jest prawowierne, najlepiej wiedzą katolicy-prawicowcy.
Zło jest stopniowalne i wielorakie. Dla jednych jego uosobieniem będzie liberalny czy „postępowy” nurt katolicyzmu, w rodzaju „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”, a zwłaszcza ci jego przedstawiciele, którzy czynnie współpracują ze środowiskami nielubianymi przez prawicę. Dla innych będzie to ekumenizm religijny lub próby zmiany stosunku wobec środowisk dotychczas „wyklinanych” (np. homoseksualiści). Dla kolejnych – nowoczesne metody ewangelizacji bądź wykorzystanie w praktyce Kościoła (choćby oprawa Mszy Świętej) różnych nowych rozwiązań. Jeszcze inni oburzą się na „lewackie” inspiracje w nauczaniu społecznym kilku ostatnich papieży. Są i tacy, którzy kwestionują zasadność i prawomocność samego II Soboru Watykańskiego, zarzucając mu „zaledwie” zbytnie naginanie katolickiego kanonu w kwestii dogmatyki i liturgii, albo nie bawiąc się w takie niuanse i sugerując, że podczas jego obrad silnie zaznaczyły się wpływy dostojników Kościoła, inspirowanych bolszewizmem i wątkami masońskimi.
Nie będę tu szczegółowo zajmował się kwestią zasadności tych zarzutów. Z jednej strony, wierni mają prawo do zaniepokojenia takimi czy innymi zjawiskami w łonie Kościoła. Z drugiej, część tych teorii bliska jest zwykłej paranoi oraz ociera się o uzurpowanie prawa do wyrokowania o kwestiach, których rozstrzyganie nie należy do zwykłych członków wspólnoty katolickiej, lecz do odpowiednich instytucji kościelnych. Nawiasem mówiąc, widać tu zwykłą niekonsekwencję, a może raczej cwaniactwo. Prawicowi katolicy często formułują pod adresem swych liberalnych odpowiedników sugestię, że Kościół i chrześcijaństwo nie są „koncertem życzeń” i że jeśli komuś nie odpowiada stosunek kleru czy hierarchów do np. praw homoseksualistów, wówczas powinien wystąpić z Kościoła, nie zaś próbować go zmieniać wbrew dotychczasowej tradycji i wykładni wiary. Jednocześnie sami kwestionują wiele decyzji i zmian sygnowanych przez osoby powołane na mocy tradycji do ich podejmowania.
Ważniejsze od rozstrzygania, jakie zmiany katolicyzmu są uprawnione – do czego zresztą nie mam ani kompetencji, ani prawa – wydaje mi się właśnie wskazanie na hipokryzję uzurpatorów oraz niebezpieczeństwo ich działań. Czynią oni bowiem dokładnie to samo, co z taką pasją krytykują – samozwańczo przyznają sobie prawo do decydowania o tym, jaki ma być Kościół. Co więcej, będąc lustrzanym odbiciem swoich ideowych przeciwników, zagrażają zarówno jedności katolicyzmu, jak i jego doktrynalnemu obliczu. Potępiając „kato-lewicę”, jak nazywają chrześcijańskie środowiska „liberalno-postępowe”, sami tworzą „kato-prawicę”, która traktuje Kościół i chrześcijaństwo czysto instrumentalnie, a z jego doktryny wybiera tylko to, co jest dla niej wygodne.
Są oczywiście pewne stałe ramy doktryny katolickiej oraz praktyki Kościoła w kwestiach zarówno zasad kultu religijnego, jak i postępowania wobec poza-konfesyjnych zjawisk i problemów współczesnego świata. Katolicyzm ma długą tradycję i wielokrotnie potwierdzane zasady wiary i dogmatyki, których nie można zmieniać ot tak sobie, na czyjeś życzenie czy zawołanie. Rzeczywiście, Kościół nie jest koncertem życzeń, a jego hierarchowie – chłopcami na posyłki rozmaitych grup interesu. Nie zmienia to faktu, że Kościół przez wieki był organizmem żywym, ewoluującym i określającym się zarówno wobec zmiennych zjawisk, jak i tego, co dopiero, czasem zupełnie znienacka, pojawiło się w toku biegu dziejów. Czy były to nowe prądy intelektualne, czy nowatorskie wynalazki techniczne o dalekosiężnych skutkach, czy procesy społeczne – Kościół wypracowywał swoje stanowisko w oparciu o szczegółowe rozpoznanie sytuacji, nie zawsze kierując się tradycją, gdyż często chodziło o zjawiska bezprecedensowe w dziejach. Co więcej, nierzadko na przestrzeni zaledwie kilku dekad znacząco zmieniało się oblicze danego problemu. Inne aspekty określały „kwestię robotniczą” pod koniec XIX wieku, w realiach „dzikiego” kapitalizmu, inne zaś w epoce powojennych ustabilizowanych welfare states. Inne były zagrożenia związane z kulturą konsumpcyjną w epoce niedoborów produktów oraz istnienia licznych barier w dostępie do nich, inne zaś są one w czasach, gdy w sporej części globu bieda oznacza nie brak pożywienia czy dachu nad głową, lecz dystans w kwestii posiadanych dóbr realnych i symbolicznych wobec tych, którzy mają ich jeszcze więcej.
Kościół katolicki okazał się instytucją trwałą, potrafiącą przetrwać kolejne epoki i ogromne zawirowania dziejowe między innymi dlatego, że umiejętnie łączył wierność fundamentom doktryny z adaptacją do pojawiających się wyzwań i przeobrażeń. Gdyby chciał być zbiorowością, której członkowie drżą z obawy przed każdą kolejną „nowinką” i nie potrafią zmienić swej pozycji ani o centymetr, nigdy nie zyskałby ogromnych wpływów i znaczenia. Byłby zapewne czymś na kształt Amiszów – ortodoksyjnej sekty dziwaków, sympatycznej, ale jednocześnie w oczywisty sposób „bezpłodnej” w kwestii mierzenia się z wyzwaniami realnego świata. Terminem, który najlepiej określa charakter Kościoła, wydaje się być „rewolucja konserwatywna” – próbuje on dokonać daleko idących zmian w obliczu świata i duszach poszczególnych ludzi, rozumiejąc jednak, że są pewne granice, poza którymi zmiany przestają mieć wartość lub obracają się we własne przeciwieństwo. Mówiąc inaczej: nie wszystko jest możliwe, ale wiele można zmienić.
Kościół sytuuje się poza dychotomią lewicy i prawicy. Z jednej strony, jest rewolucyjny – bo bez wątpienia taki właśnie charakter miał Chrystusowy bunt przeciwko pogańskiej „realpolityce” oraz ufundowany na nim Kościół, nowa wspólnota wiernych, ukonstytuowana ponad dotychczasowymi tradycyjnymi podziałami, np. etnicznymi czy warstwowymi. Z drugiej strony, jest konserwatywny, gdyż trafnie rozpoznając wiele ograniczeń natury ludzkiej (znakomicie symbolicznie wyrażonych w doktrynie o grzechu pierworodnym), zaleca ostrożność wobec zbyt śmiałych planów, wizji i rozwiązań w świecie doczesnym. Zagrożeniem dla Kościoła są tyleż postulaty zbyt liberalne, usiłujące go zepchnąć na pozycję całkowitej spolegliwości wobec wymogów „ducha czasu” i zmieniających się trendów, jak i zbyt konserwatywne, próbujące uczynić zeń strukturę skostniałą, przenikniętą duchem oblężonej twierdzy.
„Kato-prawica” usiłuje nas przekonać, że jedynym zagrożeniem dla Kościoła jest zbytnie uleganie różnym „nowinkom” – doktrynalnym, obyczajowym, formalnym, społecznym. Kreśli ona obraz lewicowo-liberalnych spisków i knowań, mających sprawić, że katolicyzm stanie się zupełnie pogodzony z dzisiejszą „cywilizacją śmierci”. O ile jednak taki obraz zjawiska nosi pewne – choć nie aż tak wielkie – znamiona prawdy w odniesieniu do najbardziej rozwiniętych krajów świata, o tyle w Polsce, wbrew namolnej propagandzie, jest to problem marginalny, a wpływy „kato-lewicy” pozostają wśród ogółu wiernych znikome. Jeśli coś zagraża polskiemu katolicyzmowi, to bynajmniej nie liberalno-chrześcijańska rubryka w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodnik Powszechny” czy kilka niszowych periodyków, bo ich wpływ na wiernych jest znikomy. Tym zagrożeniem jest natomiast raczej ogólna bylejakość polskiej formacji religijnej i „pokazowy” charakter kultu religijnego. Swoje robi także naiwność i prymitywizm sporej części kleru, oceniającego postawy wiernych w kategoriach czysto ilościowych, np. wedle częstotliwości udziału w nabożeństwach, nie zaś według znajomości prawd wiary oraz stosowania się w codziennym życiu do zasad moralności chrześcijańskiej (tę ostatnią zresztą sprowadza się głównie do kwestii seksualnych – zatem za dobrego katolika uchodzi typek gardłujący przeciwko pornografii, który jednocześnie w swej firmie traktuje pracowników jak niewolników). Wydaje mi się nawet, że większym zagrożeniem niż „postępowe” środowiska chrześcijańskie, jest dla polskiego Kościoła właśnie „kato-prawica”. Ona bowiem ma większy wpływ na wiernych.
Czytając polską prasę prawicową, dowiemy się głównie o konflikcie czy wręcz fundamentalnej sprzeczności między katolicyzmem a nurtami lewicowymi. Przypominają więc nam one, że różne lewicowe ugrupowania i teorie zostały mniej lub bardziej dobitnie potępione przez Watykan – czy to marksizm, czy teologia wyzwolenia. Dowiemy się też, że chrześcijaństwo było wyłącznie prześladowane przez wszelkie „postępowe” ruchy i zrywy społeczne – rewolucja francuska, meksykańska i październikowa, wojna domowa w Hiszpanii, wszędzie tam tysiące zamordowanych katolików obciążają sumienia „postępowców” i w efekcie raz na zawsze wyjaśnia to ponoć prawdziwe cele i zamiary środowisk nie-prawicowych. Z tej wizji nie dowiemy się jednak, iż choć Kościół odrzucił marksizm, to jego doktryna społeczna bardzo poważnie potraktowała problem kapitalistycznego wyzysku i bynajmniej nie uznała, że jest to kwestia wydumana. Nie dowiemy się także, iż oprócz rzeczywistych konfliktów – nierzadko krwawych i zbrodniczych – między różnymi emanacjami tendencji lewicowych a chrześcijaństwem, istniały także przykłady zgoła odmienne, jak choćby silnie chrześcijańskie inspiracje wielu środowisk socjalistycznych na płaszczyźnie idei czy konkretnych inicjatyw (choćby amerykański ruch skupiony wokół pisma „Catholic Worker”).
Historia katolicyzmu to nie tylko odcięcie się od najbardziej skrajnych nurtów teologii wyzwolenia, ale także liczne encykliki społeczne, mocno krytykujące kapitalizm, czy całe nauczanie Jana Pawła II o godności pracy ludzkiej, konieczności szacunku i przestrzegania praw pracowników najemnych i społecznej odpowiedzialności posiadaczy środków produkcji. Tymczasem jeśli „kato-prawica” zachwyca się np. Gilbertem Chestertonem, to jedynie jako wspaniałym obrońcą wiary i Kościoła, przemilczając równie istotny wymiar jego rozważań, czyli konsekwentną, wieloaspektową krytykę tzw. wolnego rynku i przypisanych mu jako reguła – nie zaś wyjątki – negatywnych tendencji.
O ile część „kato-prawicy” przypomina groteskową sektę – tęskniącą za św. Inkwizycją, przywróceniem monarchii, ustanowieniem „religii państwowej” i „zdelegalizowaniem” liturgii mszalnej w językach narodowych – o tyle jej bardziej cywilizowana część ma znaczne wpływy w mediach i od lat skutecznie urabia opinię publiczną. To doprawdy paradoksalne, a raczej przerażające, że w ojczyźnie Papieża-Polaka, na cześć którego wiwatowały milionowe tłumy i któremu postawiono setki pomników jak kraj długi i szeroki, niemal wszystkie czasopisma katolickie propagują prymitywną ideologię wolnorynkową w sferze gospodarczej, a w kwestiach kulturowych jak papuga powtarzają bzdurne slogany wymyślone przez jankeskich troglodytów.
Sączą one czytelnikom wywody o błogosławieństwach wolnego rynku – jeśli go krytykują, to najwyżej za to, że bywa „niemoralny” (bo oferuje np. pornografię), nie zaś za oparte na wyzysku i pogardzie stosunki pracy, nie za propagowanie myślenia materialistycznego i skrajnie utylitarnego (a przecież to właśnie na takim podłożu wyrasta później pornografia czy akceptacja aborcji), nie za to, co w Biblii określano mianem „kultu Złotego Cielca”. Jeśli piszą o patologiach społecznych, to wyłącznie przez pryzmat błędów poszczególnych jednostek, nie zaś piętnując istniejące uwarunkowania systemowe, które niezwykle silnie oddziałują na społeczeństwo, znacznie ułatwiając jego członkom popełnianie grzechów.
Jako remedia również nie są proponowane rozwiązania długofalowe, sięgające sedna problemu i oparte na poszanowaniu godności człowieka. Ot, dobry szeryf pozamyka i wystrzela złych przestępców, Caritas łaskawie nakarmi głodne dzieci, a biznesmen-filantrop w ramach kaprysu zakupi nowy ambulans dla szpitala. Natomiast za prostytutki trzeba się dużo modlić, żeby przestały zarabiać ciałem i zechciały „żyć godnie”, pracując na kasie w hipermarkecie za 1000 zł miesięcznie. Tak w skrócie wygląda polska katolicka refleksja społeczna – jest to mieszanka XIX-wiecznych zabobonów ekonomicznych oraz „odkryć” neokonserwatywnych amerykańskich think-tanków, które wielki biznes opłaca za głoszenie bzdur korzystnych dla niego. Czy będzie to popularny katolicki tygodnik „Gość Niedzielny”, czy chrześcijańsko-prawicowa publicystyka „Rzeczpospolitej”, czy periodyki intelektualne tego środowiska, zawsze jest to podobny zestaw banałów i propagandowych hasełek. A rzecz dzieje się w kraju, z którego pochodził Jan Paweł II – tymczasem dowolna z jego encyklik społecznych ma wymowę pozwalającą ten zestaw „kato-prawicowych” idiotyzmów odesłać tam, gdzie jest jego miejsce i skąd pochodzi, czyli wprost do diabła.
„Kato-lewicowcy” przedstawiają siebie nierzadko jako katolików heterodoksyjnych, poszukujących odpowiedzi nawet kosztem stuprocentowej wierności doktrynie. Tak też są oceniani przez swoich oponentów i krytyków – jako „zdrajcy”, „odstępcy” i „mąciciele”. Natomiast „kato-prawicowcy” na każdym kroku podkreślają, że stanowią opokę Kościoła, że ani na jotę nie odejdą od kanonu wiary. W kwestii „kato-prawicy” można zatem z pozycji kogoś, komu leży na sercu dobro Kościoła, sformułować taką prośbę: chroń nas Boże od przyjaciół, bo z wrogami sami sobie poradzimy.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 10 września 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Hasło „rewolucji moralnej”, z którym zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska, szły do ostatnich wyborów, było jedynym w historii III Rzeczpospolitej liczącym się projektem politycznym, alternatywnym wobec zastanej rzeczywistości. Wizja uzdrowienia polskiej sfery publicznej i przewartościowania priorytetów społeczno-politycznych okazała się na tyle nośna, że stała się bezdyskusyjnym punktem odniesienia w debacie medialnej i chętnie używanym argumentem zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników. W wyobraźni protagonistów nieistniejącej IV RP rewolucja moralna zawisła jak miecz Damoklesa nad wszechobecnym Układem. Z kolei sceptycy i zdeklarowani przeciwnicy traktowali ją jako dopust Boży, polityczne monstrum puszczone przez radykałów na żywioł bez kagańca. Dwa ostatnie lata dały tym ostatnim sporo okazji do szyderstw, przynoszących tym większą satysfakcję, że pozwalały zapomnieć o licznych „dobrodziejstwach” III RP, które zgotowali swoim rodakom.
Dziś odtrąbiono już zmierzch rewolucji moralnej i rychły powrót do demokratycznej świetności minionych czasów. Do jej przyzwoitości i wysokich standardów, do tych chwalebnych dni, gdy społeczeństwo obywatelskie rozkwitało w pełnej krasie po miastach, wsiach i miasteczkach. Tak, to była piękna epoka, przerwana raptem przez populistów i klerofaszystów. A jeśli były błędy i wypaczenia? Fraszka wobec zbrodni dwóch ostatnich lat!
Oczywiście, powyższy opis jest przerysowany. Także dlatego, że na dobrą sprawę rewolucji moralnej nie było. Ten projekt, zarysowany w sumie dość pobieżnie, przygotowany naprędce po podsycanej przez media kompromitacji rządu Millera, scalający kilka koncepcji z dziedziny politologii, filozofii polityki i socjologii, oparty na doświadczeniu politycznym kilku postsolidarnościowych polityków, miał wszystkie wady i zalety raczkującej wizji. Tylko propagandziści partyjni PiS mogli wierzyć, lub podawać do wierzenia, że ich projekt jest zapięty na ostatni guzik i nie ma możliwości jakiejkolwiek pomyłki, że będą działać ze sprawnością automatów, bezbłędnie rozpoznając, gdzie dobro i zło i niczym najsprawniejszy chirurg dokonywać operacji na żywej tkance polskiej państwowości, by przywrócić organizm do pełnej sprawności. Szybko jednak się okazało, że pacjent wierzga i – mówiąc obrazowo – nie wszystkim jego członkom odpowiada zafundowana terapia. I że rewolucja moralna nie odbywa się w sterylnych warunkach. Zaś politycy Prawa i Sprawiedliwości niedwuznacznie zaczęli dawać do zrozumienia, iż nie do końca odpowiadają im pomocnicy w podjętym przez siebie dziele: nie dość czyści jak na wymarzoną IV RP.
To, co było chwalebnym wyzwaniem rewolucji moralnej, rzuconym zastanej rzeczywistości, miało się też okazać jej piętą achillesową. Jasno zadeklarowana konieczność prowadzenia integralnej, etycznej polityki w służbie państwa/społeczeństwa, przeciwstawionej zepsuciu III RP, była przecież swoistym novum. Jednak bezpośrednie odwołanie do kategorii dobra i zła w programie partii niesie ze sobą ryzyko ich upolitycznienia, instrumentalizacji; wtedy też łatwo o utożsamienie dobra z własną opcją ideowo-polityczną i zepchnięcie przeciwnika w otchłań zła. Tu już nie ma miejsc na dialog, każdy kompromis określa się mianem „zgniłego”. Sytuacja zyskuje z pozoru na klarowności, czy jednak różni się od tej wersji polityki, w której o wszystkim przesądza interes własnej koterii? Dobro na usługach polityki traci swoją bezinteresowność, przestaje służyć ogółowi, by zamienić się w wygodny pretekst dla mniej lub bardziej jasnych poczynań. A przeciwnik wcale sprawnie potrafi to wykorzystać. I on posługuje się orężem obiektywizmu i słusznej racji.
Co jednak ciekawe, bezpośrednim przeciwnikiem na niwie publicznej dla partii koalicyjnych (czy też samego PiS) nie były bynajmniej ugrupowania opozycyjne. Platforma, sfrustrowana niespodziewaną porażką, miotała się bezsilnie między werbalną agresją (by odróżnić się od PiS) a ugodowością (by odróżnić się od SLD), zaś po-PRL-owska lewica musiała szukać wytchnienia i uprawomocnienia dla dalszej egzystencji w ramionach największego Narcyza polskiej sceny politycznej: środowiska Unii Wolności. Wyobraźnia społeczna pozostałaby pod kontrolą piewców rewolucji moralnej, gdyby nie skonfliktowana z nimi część mediów. One to de facto przez ostatnie dwa lata pełniły rolę skutecznej opozycji. Wałęsa, Tusk, Frasyniuk, Olejniczak, Geremek, Osiatyński, a później także Kwaśniewski – plejada gwiazd przygasłych lub niedoszłych znalazła schronienie za medialną barykadą, zbyt słaba, by samodzielnie przeciwstawić się triumfującym rewolucjonistom. Którzy przecież, prawdę mówiąc, kuleli od początku, rozdzierani koniecznością niechcianej koalicji, co rusz wieszcząc przedterminowe wybory. A jednak – byli konsekwentni. Rewolucja moralna stała u bram. Ba, zajrzała nawet za wrota III RP, choć pewnie nie z tym wdziękiem, jaki wymarzyli sobie jej miłośnicy. To, co było, wystarczyło jednak, by w mediach ukazać ją Polsce i światu jako ni to groźnego, ni to strasznego potworka.
Nie ma się co łudzić – jesteśmy zakładnikami własnej historii, nasza klasa polityczna nie zstąpiła tutaj z nieba. Idee w zderzeniu z ziemią odkształcają się, poddane tutejszym prawom. Oczywiście, inną rzeczą jest ocenić, co zrobiono, co można było zrobić i co warte było, jest i będzie zmiany. Nawet jeśli wstęp do rewolucji moralnej w wykonaniu PiS to krok raczkującego dziecka, to przecież nie da się już twierdzić, wbrew oczywistym faktom, że możliwy jest tylko jeden model transformacji, zaaplikowany Polsce po 1989 roku. Powstał rzeczywisty punkt odniesienia, nośna idea, polityczna perspektywa, która przecież dopiero co zaczyna swój żywot. Oczywiście, nie brak takich, którzy z chęcią by o niej zapomnieli, bo dobrze wiedzą, że nie przyniesie im nic dobrego. I zrobią wiele, by potraktować ją jako rzecz chybioną i zaprzeszłą. Dlatego nie mamy właściwie zbyt dużego pola wyboru: za albo przeciw, mimo wszystkich niuansów i zastrzeżeń.
Dziś jednak – i to chyba jest największym niepowodzeniem wstępu do moralnej rewolucji – jej kontury zatarły się za sprawą niejasności politycznych sporów i decyzji podejmowanych przez rządzących. Także dzięki mrówczej pracy tych, którzy od początku grali na ośmieszenie całego projektu. Jasne kryteria etycznej polityki rozmyły się na oczach widowni i pozostało to wrażenie, które Polacy dobrze już poznali: partyjnych gierek, korzystania z aparatu państwa do własnych potrzeb, triumfalizmu nieudaczników i totumfackich władzy. Nawet jeśli jest to obraz nie do końca prawdziwy, to jednak ma swoją siłę oddziaływania i trzeba się z nim liczyć. A sceptycyzm, najzdrowsza postawa wobec świata, który często znamy z trzeciej ręki, nie pozwala bezkrytycznie ufać moralnym rewolucjonistom oraz ich zaciężnym kadrom różnych szczebli. Widać jednak, że III RP, jaką ją znamy i doświadczamy, ciągle budzi nieprzyjemne skojarzenia i nieufność sporej części elektoratu. A IV RP nie jest jedynie projektem garstki polityków, jako tako realizowanym przez ostatnie lata, ale czymś oczekiwanym przez wcale liczną rzeszę Polaków. Na naszych oczach kończy się najprawdopodobniej pierwsza próba, z której trzeba wyciągnąć wnioski. Wstęp do rewolucji jest być może w pośpiechu zabazgraną notatką, wsuniętą w karty polskiej historii. Co nie znaczy, że nie stanie się kiedyś osobnym rozdziałem. Ale co do tego nie ma żadnej pewności. Choć lepsza taka niepewność, niż poddanie się myśli, że najlepiej nam było za Geremka.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 14 sierpnia 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
30 kwietnia 1982 r. Bronisław Łagowski wygłosił na Uniwersytecie Jagiellońskim wykład zatytułowany „Filozofia rewolucji czy filozofia państwa?”. Okazją było zbliżające się święto 1 maja. Łagowski mówił: „Nasz kraj wraz z innymi krajami socjalistycznymi uczestniczy w pewnej przygodzie historycznej, upajającej jednych i przerażających drugich, która to przygoda wydaje mi się niezwykła i bez precedensu w skali dziejów powszechnych. Panujący u nas ustrój w swoich rozstrzygających zasadach nie ukształtował się – jak to z reguły w dziejach społeczeństw bywało – na drodze ewolucji, nie metodą prób i błędów, nie poprzez wiekowe konflikty i kompromisy, lecz został stworzony od razu – mówię o jego rozstrzygających założeniach – jako teoria, jako ideologia. /…/ Twórcą tej ideologii był intelektualista z Nadrenii, z prastarego miasta Trewiru, przechowującego pamięć średniowiecznych millenaryzmów i mesjanizmów. Ten to myśliciel stał się naszym Solonem i Likurgiem, naszym i całej Słowiańszczyzny”.
I twierdził dalej: „Są słowa, które dla samych skojarzeń, jakie wywołują, przyjemnie jest słyszeć: słowa takie, jak »wolność«, »demokracja«… Są inne słowa, które ze względu na same skojarzenia wydają się przynosić niedobre wieści. Takim słowem jest na przykład »konserwatyzm«. Proponowałbym osłabić nieco uprzedzenia w stosunku do tego słowa, jak też w stosunku do tego, co oznacza. Przede wszystkim nie powinniśmy sądzić, że konserwatyzm jest największym złem, jakie się może zdarzyć naszemu państwu i aparatowi władzy tego państwa. Konserwatyzm w pewnym sensie jest nieunikniony i naturalny w dobrze funkcjonującym państwie”.
Trzeba dziś mocno wysilić wyobraźnię (najlepiej wspartą rzeczową wiedzą), by zrozumieć, jakie emocje i jakie myśli musiało wzbudzić wśród słuchaczy to filozoficzne i polityczne „credo” Łagowskiego. Wykład, który miał uświetnić pierwszomajowe święto, był wszak apoteozą konserwatyzmu, niepozbawionego elementów liberalnych, określonego mianem „filozofii państwa” i przeciwstawionego „filozofii rewolucji”, czyli de facto temu wszystkiemu, co legitymizowało władzę w krajach bloku wschodniego od ich powstania. Gdzieś u źródeł tej filozofii, której przeciwstawił się Łagowski, trwał wszak mit Października 1917 r., oficjalnie nie do podważenia w ówczesnym czasie. Mową władzy był – przynajmniej deklaratywnie – język lewicy, język „ludzi pracy”, język „mas ludowych”, pełen sloganów o budowaniu „socjalistycznej przyszłości”. W Polsce trwał stan wojenny, który miał pomóc władzy odzyskać kontrolę nad życiem społeczeństwa. Świeża była pamięć pierwszej „Solidarności”, w znacznej mierze ruchu lewicowego, tyle że na przekór oficjalnej „lewicowości” korumpującego się państwa. I oto, wobec tych żywiołów, Łagowski głosił zerwanie z rewolucyjną utopią marksizmu, kultem anty-rynkowości i proponował rehabilitację „homo oeconomicus”, który „działa według zasady rzeczywistości i kieruje się głównie egoizmem”. Moralność rewolucyjna traktuje taką jednostkę jako chorą – twierdził Łagowski – podczas gdy to ona stanowi źródło ekonomicznej wydajności. Człowiek musi być wolny od ideologii, także po to, by móc zbudować silne państwo.
Ów stary tekst z minionej epoki wciąż wyznacza miejsce profesora w filozoficznym i społeczno-politycznym uniwersum. Niegdysiejszy publicysta „Tygodnika Powszechnego”, dzisiejszy felietonista związanego z Sojuszem Lewicy Demokratycznej „Przeglądu” nie przestał być konserwatywnym liberałem, który – przynajmniej deklaratywnie – za swój obowiązek uważa trzeźwe, nieuprzedzone myślenie, niezależne od panujących mód intelektualnych. Traktując niezwykle poważnie swe związki z Oświeceniem (jego konserwatyzm jest pozbawiony elementu religijnego, metafizycznego, opiera się raczej na uznaniu racji historycznych, czy wręcz historiozoficznych), z niezwykłą nieufnością traktuje ogólnonarodowe mity, którymi karmi się świat polityki i wyobraźnia społeczna, uznając je raczej za zabobony krępujące niedojrzałe ludy, niźli wzniosłe opowieści narodów poznających swój byt.
W jego publicystyce ta awersja wobec mniemań i namiętności ogółu, niejednokrotnie wyrażana dość brutalnie, choć z elegancją, wiąże się z troską o los państwa, wpisuje się w dziejową wizję, która nie wyklucza żadnego etapu historycznego w życiu Polski. To sprawia, że nie jest cynikiem, ale raczej – w swej twórczości – człowiekiem żyjącym nadzieją, że da się połączyć pragmatyzm, technokratyzm władzy z pewną moralną klasą jej sprawowania. I tu rodzi się smutek nieistniejącego świata: bo polska polityka nie może zaoferować Łagowskiemu tego, co traktuje z taką powagą. Jego sojusz z post-PRL-owskimi epigonami lewicy, wbrew temu, co twierdzą oponenci profesora, wynika nie tyle z poczucia tożsamości z byłymi przywódcami aparatu partyjnego PZPR, co z przekonania, że to właśnie w tym środowisku, które uczyło się władzy nieco dłużej, można znaleźć choć trochę historycznej, geopolitycznej, ekonomicznej „trzeźwości myślenia”, politycznego realizmu, który ratuje państwo przed szaleństwem mitologii. Przynajmniej taki pogląd wydaje się przezierać z kart jego publicystyki. Ale może to być wizja fałszywa: dziś nie jest już tak oczywiste, kto w Polsce uprawia „real politik”, a kto żywi się jedynie sentymentami rodem z III RP, nakazującymi czcić tylko jeden paradygmat polityczny.
Jako student wydziału filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego uczestniczyłem przed kilkoma laty w znakomitym kursie z filozofii polskiej, prowadzonym przez prof. Łagowskiego. Autor „Filozofii politycznej Marucego Mochnackiego” jest znawcą rodzimej myśli filozoficznej. Tym bardziej przykre jest wrażenie, że Łagowski-myśliciel coraz bardziej zatraca się w publicystycznej doraźności. Jego teksty sprzed lat, zebrane w tomach „Co jest lepsze od prawdy?” (1986), „Liberalna kontrrewolucja” (1994), „Szkice antyspołeczne” (1997) mają o wiele większy ciężar gatunkowy niźli teksty zebrane w ostatnio wydanym tomie „Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej. Rozważania”. A może filozofia polityki i kultury, wizja jedności tych światów, oparta na konserwatyzmie i klasycznym liberalizmie, które Łagowski tak umiejętnie łączył w całość jako wykładowca i autor dawniejszych tekstów, musi odejść w cień pod naporem publicystycznego opisu świata, w którym wciąż tak mało trwałości? Może wszystko, co najważniejsze, zostało już przez Łagowskiego opowiedziane? I pozostaje jedynie to niedowierzanie, gorycz krytyki, z którą filozof stara się podzielić ze światem, by nie pozwolić mu zapomnieć o jego iluzjach? Także w imię własnych, niespełnionych iluzji?
W kwietniu tego roku w krakowskiej restauracji „Chimera” odbyła się konferencja naukowa z okazji 70-tej rocznicy urodzin profesora. Zgromadziła wcale liczną rzeszę uczestników i znakomitych panelistów, na czele z prof. Andrzejem Walickim i Henrykiem Woźniakowskim z Wydawnictwa „ZNAK”. Znamienne, że do Łagowskiego przyznają się tak ludzie związani z konserwatyzmem, także katolickim, jak i zadeklarowani liberałowie (na czele z prof. Walickim). Jego uczniowie wspominali zajęcia z profesorem z lat 80-tych, gdy jako członek PZPR (pozostał nim do końca) głosił wykłady pozbawione cienia nowomowy. Łagowski opowiadał studentom o Tukidydesie, Makiawelim, Monteskiuszu, Hobbesie, tak by dać życie ich ideom, by znajdowały swoje miejsce w teraźniejszości pomimo upływu wieków i zmienionego kontekstu dziejowego. To charakterystyczne dla Łagowskiego: żadnej myśli nie traktuje jako obcej, choć nie każdą jest wstanie uznać za swoją.
Jako myśliciel jest o wiele bardziej „wielkoduszny”, niż jako publicysta. Z tym, że ową drugą rolę pełni coraz częściej. Na dobrą sprawę Łagowski ma bodaj tylko dwóch wrogów: są nimi socjalizm i anarchia, niosące w sobie zarzewie „zbiorowych urojeń”. Mocą niezbadanych wyroków historii (i całkiem przyziemnych okoliczności społeczno-politycznych) jego przeciwnicy, jak mniema, usadowili się po prawej stronie sceny ideowo-politycznej. Czy można wymierzyć większy policzek myślicielowi, który przedstawia się jako konserwatysta? Nie sądzę. I także to stało się pewnie przyczyną takich a nie innych wyborów Łagowskiego po 1989 roku.
Z perspektywy czasu taki obrót spraw jasno zdaje się zapowiadać tekst profesora z 1991 roku: „List otwarty do Trzydziestolatków”. Łagowski niedowierzał ludziom „Solidarności”, niedowierzał początkującym politykom opozycji, którzy wówczas, na gruzach rozpadającego się ustroju, przychodzili do władzy. Podejrzewał, że tkwią w kajdanach uproszczeń i mitów zarówno anty- jak i stricte PRL-owskich. Ale czy ze względu na ludzi władzy konserwatysta ma prawo obrażać się na państwo? Czy nie powinien szukać państwowotwórczego sensu w ich działaniach, pomimo własnych sympatii?
Posługując się pewną metaforą: oto stara bolączka filozofów, którzy starają się wychować (a przynajmniej nie żałują im dobrych rad) na władców nie swoje dzieci: światy mędrców, ludów i polityków rządzą się własnymi prawami, zderzają się ze sobą albo ignorują, a nawet gdy znajdują przez chwilę wspólny język, to tylko po to, by zrozumieć, w jak niewielkim stopniu wzajem się pojmują. Filozof zatem, by uczynić swą mowę bardziej zrozumiałą dla „tamtych”, czyni krok w ich kierunku. I może dlatego właśnie myśliciel przybrał maskę publicysty, dookreślając swoje miejsce ideowo-polityczne – by przez tę wyrazistość, przez powszedniość słowa, rezygnującego z nadto wysublimowanej hermeneutyki znaczeń wzbogacić dyskurs publiczny o własny głos. Tak, by uczynić mniej nieznośnym smutek nieistniejącego świata. I sprawić, by mógł choćby po części zaistnieć.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 14 sierpnia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Rządy braci Kaczyńskich miały w zamierzeniu przerwać wreszcie okres swoistej wielkiej smuty, kiedy to po roku 1989 zamiast wymarzonej wspaniałej Polski wszystko było nie tak. Żyliśmy w krainie wszechstronnego absurdu, którego poszczególne przypadki mogłyby z powodzeniem trafić do jakiejś światowej księgi rekordów i zająć tam poczesne miejsce.
Dawni komuniści stali się czołowymi zwolennikami wolnego rynku. Dawni SB-cy – obrońcami swobód obywatelskich. Dawni partyjni koledzy Czesława Kiszczaka, autora osławionej akcji „Hiacynt” – orędownikami praw mniejszości seksualnych. Dawni kumple Moczara – przeciwnikami antysemityzmu. Dawny wrażliwy społecznie Jacek Kuroń dał się poznać jako zwolennik liberalizmu i wspólnik Balcerowicza. Symbol antykomunistycznej opozycji, Adam Michnik, został politycznym przyjacielem generała Jaruzelskiego. „Gazeta Wyborcza”, czyli środowisko dawnego „Tygodnika Mazowsze”, okazała się pracodawcą agenta SB Lesława Maleszki, nawet po jego zdemaskowaniu. Szemrane interesy Jana Kulczyka zyskały certyfikat wiarygodności od ojców paulinów z symbolicznego klasztoru na Jasnej Górze. Największym przyjacielem Polski jawili się Niemcy, którzy od kilku stuleci, dziwnym trafem, zapisywali się na kartach historii w zgoła odmiennej roli. Rosnące wskaźniki biedy i wykluczenia społecznego oznaczały „wzrost gospodarczy” i „doganianie Europy”. Jednobrzmiący chór masowych mediów był „pluralizmem”, zaś brutalne nagonki na wszelkich przeciwników – „tolerancją”. Wyprzedaż strategicznych przedsiębiorstw i banków przedstawiana była jako „polska racja stanu”. Masowa, planowa likwidacja wielu zakładów pracy stanowiła wyraz „etatyzmu” i „nadmiernej ingerencji państwa w gospodarkę”. 40-złotowe zasiłki z opieki społecznej były przejawem „postawy roszczeniowej” i „mentalności socjalistycznej”. Tę wyliczankę można ciągnąć niemal w nieskończoność, ale szkoda zdrowia i czasu.
Wydawało się, że owa sytuacja nie będzie miała końca, a teatr absurdu potrwa przynajmniej kilka dekad. Gdy dziś słyszę opinie, że w Polsce nie da się żyć, a jedynym wyjściem wobec sytuacji politycznej i ekonomicznej jest emigracja do Anglii czy Szwecji, to przypominają mi się nastroje panujące wśród moich przyjaciół i znajomych na przełomie wieków. My też wówczas chcieliśmy wyjeżdżać, nie widząc tu dla siebie miejsca w obliczu, zdawałoby się, niemożliwej do przezwyciężenia hegemonii – jak trafnie określił to Cezary Michalski – „jednej partii [SLD] i jednej gazety [„Wyborczej”]”. Bo i co innego można było uczynić? Autentyczna lewica mogła tylko tęsknie wzdychać, rozpamiętując początki Unii Pracy, mającej szansę stać się formacją faktycznie prospołeczną i antykomunistyczną zarazem. Autentyczna prawica zaś mogła ronić łzy na wspomnienie rządu Jana Olszewskiego. A jednym i drugim zbierało się na wymioty, gdy widzieli, że za szyldem „społeczeństwa obywatelskiego” czai się stado cwaniaków żyjących z grantów Fundacji Batorego, otrzymywanych na mentalną tresurę „Ciemnogrodu” i wciskanie społeczeństwu kitu, że podstawowym problemem dzikiego kapitalizmu są niedostateczne zachwyty nad paradami gejów i lesbijek. I rzeczywiście, wielu z nas wyjechało, inni uciekli w prywatność, jeszcze inni zaczęli przechodzić do obozu wroga – a garstka pozostałych nawet nie miała do nich pretensji. Bo z tonącego okrętu uciekają szczury, lecz ci, którzy wraz z łajbą idą na dno, mają bardzo umiarkowaną satysfakcję…
I wtedy stał się cud. Gdy okazało się, że „Przychodzi(ł) Rywin do Michnika” i rozpętała się afera związana z próbami regulacji mediów, cieszyliśmy się jak dzieci. Nie dlatego przecież, że jej takie postacie, jak Czarzasty czy Jakubowska były bohaterami naszej bajki, lecz z tego powodu, że ich faktyczne czy urojone geszefty zachwiały potężnym gmachem. Podobną radość sprawiły nam wyniki wyborcze Samoobrony i LPR-u w roku 2001. Również nie dlatego, że Andrzej Lepper jawił się komuś z nas jako mąż stanu i mąż opatrznościowy zarazem, ani dlatego, by zbieranina neoendeckich dziwolągów węszących obce spiski dawała nadzieję na stworzenie sensownej alternatywy systemowej. Wystarczyło nam to, że wszechwładza liberalnej elity doznała uszczerbku, choćby był on tylko symboliczny. W takiej Polsce znów chciało się żyć, bo wreszcie można było w niej oddychać pełną piersią.
A później było tylko lepiej. Post-peerelowski ancien regime sypał się jak domek z kart. Były skandale, wyroki, komisje śledcze. Były sondaże opinii publicznej. W szerokim obiegu pojawiły się tezy spychane przez lata na margines jako „teorie spiskowe”. Napiętnowanie w „Gazecie Wyborczej” już nie przekładało się na powszechny środowiskowy ostracyzm wobec ofiar nagonki. Prysł mit kapitalizmu, który tuż tuż, jeszcze trochę, już za rogiem, objawi się jako kraina dobrobytu. Gdy tak wielka część społeczeństwa znalazła się za burtą, gdy w niemal każdej rodzinie ktoś pozostawał bez pracy, nie dało się już wmawiać, że to efekt niedostatecznego wdrożenia zasad wolnego rynku, a bezrobotnymi są wyłącznie lenie i nieudacznicy. Coś pękło, coś się skończyło – ten tytuł głośnego tekstu Jacka Żakowskiego okazał się dobrze oddawać sytuację o kilka lat późniejszą niż ta, którą opisywał oryginał.
I wtedy stał się drugi cud. Pojawił się zarówno nowy język ideologicznego opisu rzeczywistości, jak i sukces ugrupowań politycznych, które go sformułowały. Jałowe ględzenie o „komunie” i „wartościach chrześcijańskich” oraz ich antytezach ustąpiło miejsca zdefiniowaniu konfliktu w kategoriach klasowych. Spór „Polski solidarnej” z „Polską liberalną” nie tyle odrzucał kulturowy wymiar konfliktu, ile wzbogacał go wreszcie o kategorie ekonomiczne. We właściwym świetle ukazywał polskie realia – kraju, w którym toczy się bitwa między elitą liberalną gospodarczo i obyczajowo, a „Ciemnogrodem”, który nie tylko jest wyzyskiwany ekonomicznie, ale również poddawany opresji kulturowej. Już sama zmiana języka opisującego podziały społeczne była ważnym wydarzeniem. Jednak prawdziwym przełomem stała się zbudowana na tym fundamencie przemiana – jak się wkrótce okazało, niestety krótkotrwała – w dziedzinie realnej polityki.
Tuż przed wyborami roku 2005 było oczywiste, że w nowym parlamencie silną pozycję będą miały właśnie „solidarny” PiS oraz populistyczno-lewicowa Samoobrona. Ale nikt nie spodziewał się tego, co zdarzyło się później. Jak dziś pamiętam, że wielu z nas szło oddać głos na PiS tylko po to, żeby w planowanej koalicji rządowej właśnie ta partia miała możliwie jak najsilniejszą pozycję, bo liberałowie-aferałowie z PO jawili się jako ogromne zagrożenie ekonomicznych interesów „szarego człowieka”. Nikt z nas nie spodziewał się wtedy, że możliwy jest zupełnie inny scenariusz.
Koalicja z Samoobroną oznaczała nie tylko – choć i to było czymś bardzo ważnym – faktyczne przezwyciężenie anachronicznego podziału wyznaczanego stosunkiem do PRL i zastąpienie go teraźniejszymi wyzwaniami. Była ona przede wszystkim nadzieją na to, że bracia Kaczyńscy serio potraktowali „klasowy” wymiar antagonizmów politycznych w Polsce. Nawet dokooptowanie LPR-u, znacznie słabiej akcentującego kwestie ekonomiczne, a wręcz ocierającego się o liberalizm gospodarczy, pozwalało mieć nadzieję na kurs rządowego okrętu w dobrym kierunku. Co prawda „kapitalizm narodowy” to ideologia raczej krótkowzroczna, ale zawsze mniej szkodliwa niż reprezentowanie interesów burżuazji kompradorskiej i ponadnarodowej oligarchii finansowej w wykonaniu liberałów „bezprzymiotnikowych”. Do pełni szczęścia brakowało chyba tylko pozyskania antyliberalnego PSL-u, a przede wszystkim – co stanowiło trudność natury obiektywnej – obecności w Polsce bardziej „miejskiej” niż Samoobrona lewicy patriotycznej. Taki Rząd Jedności Narodowej, oparty na krytyce liberalizmu i neutralizowaniu jego skutków, byłby największym szczęściem Polski od roku 1918. Jednak koalicja PiS – SO – LPR i tak była wielkim powodem do radości, tym większym, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej realną wizją był „Prezydent Tusk” i „premier z Krakowa”, ucieleśniający najgorsze cechy chamskiego liberalizmu oraz paniczykowatej dulszczyzny.
W Polsce miała dokonać się sanacja. Jednak, jak wspomniałem, myśliciel z Trewiru dostrzegł tę prawidłowość, że historia powtarza się jako farsa. Z sanacyjnych rządów Piłsudskiego bracia Kaczyńscy wzięli to, co najgorsze, pomijając jej pozytywne aspekty. Jest to tym bardziej dotkliwe, że o ile Marszałek miał wśród przeciwników naprawdę porządne osoby i wartościowe partie, a ówczesny spór dotyczył raczej strategii i metod politycznych oraz ambicji personalnych i temperamentów, o tyle dzisiaj PO i współczesny „Centrolew” to poza nielicznymi wyjątkami zbieranina albo miernot i durniów, albo łotrów, albo bezideowych cwaniaków.
Dwuletnia rzeczywistość rządów właśnie zdemontowanej koalicji stała przede wszystkim pod znakiem bezradności. Zamiast realizacji egalitarnej polityki otrzymaliśmy kontynuację kursu liberalnego, którego symbolem stały się nazwiska Gilowskiej w roli ministra finansów i Gwiazdowskiego jako szefa ZUS. Nie wprowadzono rozwiązań całościowych, systemowych, typowych dla polityki „socjaldemokratycznej”, kładąc nacisk na okazjonalne prezenty w rodzaju becikowego czy symbolicznych podwyżek zasiłków socjalnych, czyli zabiegi przepełnione duchem paternalistyczno-filantropijnym. Niewiele poza szumnymi zapowiedziami wyszło ze zwiększenia ochrony praw pracowników najemnych, za to pracodawcy dostali kilka kolejnych prezentów, jakby mało było ich dotychczasowej wszechwładzy. Interesy wielkiego kapitału nie zostały naruszone nawet odrobinę, czego wymownym świadectwem jest utrzymanie możliwości zmuszania zatrudnionych przez hipermarkety do harówki w niedziele. W kraju ogromnych różnic społecznych bogaci dostali prezent w postaci likwidacji podatku spadkowego, żeby owe dysproporcje pogłębić i utrwalić na lata.
Ekonomiczna „baza” została w rękach liberałów, wbrew temu, co stało się przyczyną wyborczego sukcesu PiS, czyli zdefiniowaniu konfliktu w kategoriach ekonomicznych. Nacisk położono na kwestie polityczne i kulturowe. W tym właśnie należy upatrywać fiaska koalicji. Liderzy obozu władzy przedstawiają problem – zwłaszcza post factum – jako starcie uczciwych i konsekwentnych „szeryfów” z całymi zastępami łotrów i oszustów, skupionych zarówno w opozycji, jak i w partnerskiej do niedawna Samoobronie. Ale jeśli odrzucimy tę propagandę, to okazuje się, że konflikt przebiegał między obsesyjnym poruszaniem się w sferze mitów przez liderów PiS, a konkretnymi, twardymi oczekiwaniami Samoobrony w kwestii prowadzenia polityki prospołecznej. To, co wydawało się przezwyciężone w trakcie kampanii wyborczej, wróciło z impetem po zwycięskim marszu ku władzy. Tworzenie „Polski solidarnej” ustąpiło miejsca tropieniu agentów, spisków, powiązań, patologicznych struktur, demaskowaniu, ujawnianiu itp. Spory w koalicji okazały się kłótnią między pragmatykami a idealistami. Zwykle mam dla idealistów wiele sympatii, ale nie wtedy, gdy poza ideałami nie widzą realnego świata, a one same zmieniają się w mity i obsesje.
Oczywiście część „demaskatorskich” działań PiS była i jest potrzebna. Nie ma wątpliwości, że Polska post-komunistyczna jest w wielu istotnych dziedzinach przeżarta patologicznymi układami i że sporą część newralgicznych miejsc systemu politycznego, gospodarczego czy medialnego obsadzili reprezentanci przeróżnych szkodliwych grup interesu – i tych, których korzenie sięgają dalekiej przeszłości, i tych powstałych już w „nowej rzeczywistości” demokratycznej Polski. Bezpardonowa rozprawa z nimi byłaby nie tylko pożądana z punktu widzenia jakości i celowości działań państwa – usprawniając jego struktury, nakierowując je na służenie dobru wspólnemu, torpedując żerowanie na publicznym groszu. Byłaby istotna także pod względem symbolicznym, obnażając wiele mitów i dętych autorytetów, rozbijając system wzajemnego poklepywania się po plecach i stosowania zasady „ręka rękę myje”. Problem polega jednak na tym, że w praktyce politycznej PiS-u takie działania stały się jedyną sferą zainteresowania jego liderów.
Tymczasem spora część społeczeństwa zamiast igrzysk chce chleba, czy raczej – konkretów odczuwalnych i przekładających się na ich codzienne życie. Nie rozplątywania „szarej sieci” w biznesie, lecz skutecznego systemu pomocy bezrobotnym i wykluczonym społecznie. Nie spektakularnych aresztowań lekarzy-łapówkarzy, lecz łatwo dostępnych i porządnych publicznych usług medycznych. Nie rozliczania oficerów WSI, lecz sprawnej i konkretnej pracy policji przeciwko złodziejom samochodów, stadionowym chuliganom czy parkowym bandziorom. Nie tropienia afer korupcyjnych, lecz potanienia horrendalnie drogich i trudno dostępnych mieszkań. Oczywiście patologie agenturalno-łapówkarsko-lobbystyczne należy zwalczać bez pardonu, ale to nie one stanowią sedno rzeczywistości społecznej.
Władza PiS okazała się bezradna – mniejsza o to, czy z powodów ideologicznych, biograficznych czy jeszcze jakichś innych – wobec większości problemów, jakie trapią społeczeństwo. Liderzy tej partii nie rozumieją, że rola wszelkich patologii jest być może znaczna, ale to nie one określają sedno i charakter zachodzących zjawisk. Słuchając ich wypowiedzi można dojść do wniosku, że żyjemy na malutkiej wyspie, otoczonej zewsząd ogromnym oceanem, bez styczności z innymi zbiorowościami. A przecież wystarczy spojrzeć na kraje Zachodu – gdzie nigdy nie było komunizmu, zaś struktury władzy są o wiele bardziej przejrzyste niż u nas, podobnie jak styk polityki z biznesem – albo na te kraje postsocjalistyczne, gdzie rozliczenia poprzedniego systemu i ujawnienia agentów dokonano już dawno temu (byłe NRD, Czechy), by przestać wierzyć w to, że wszelkie polskie nieszczęścia wynikają z dziedzictwa PRL-owskiej przeszłości czy grzechów okresu transformacji. Doprawdy, nie wiem czy śmiać się, czy raczej płakać, gdy widzę ludzi, którzy w obliczu inwazji skomplikowanych problemów epoki globalizacji, neoliberalizmu i gospodarczego neokolonializmu szukają panaceum na wszelkie nieszczęścia w lustracji, rozbijaniu „układów” i tropieniu personalnych powiązań…
Nic dziwnego, że polityka oparta na tak krótkowzrocznych i błędnych przesłankach nie przynosi spodziewanych efektów. Prawdziwy problem pojawia się jednak dopiero w momencie, gdy zamiast wyciągnąć wnioski z porażek i błędów, zaleca się intensyfikację dotychczasowych działań, wierząc, że gdy będą one jeszcze „prawdziwsze”, wówczas przyniosą rezultaty. Ta szlachetna głupota przypomina mi idealistów komunistycznych. Oni na wszelkie wady realnego komunizmu reagują nie refleksją nad założeniami wyjściowymi i ich sensem, lecz wezwaniami do powrotu do źródeł. Bracia Kaczyńscy i ich ekipa robią dokładnie to samo – gdy coś nie gra, to zamiast weryfikacji swojej ideologii, uważają oni, że problem w zbyt „słabym” jej wdrażaniu. Za mało zdemaskowanych agentów, za mało śledztw, za mało ujawnionych powiązań, zbytnia pobłażliwość w stosowaniu przyjętych zasad…
O ile jednak ortodoksyjni komuniści kultywują swoje dziwactwa w małych grupkach, o tyle PiS czyni to na skalę całego państwa. Pokłosiem takiej ideologii jest niemożność rozpoznania przyczyn własnych błędów – widzi się tylko, że „coś tu nie gra”, jednak nie rozumie dlaczego. Stąd zamiast zmian w samej ideologii, jest tylko zmiana w jej stosowaniu. Rażą mnie publicystyczne porównania obecnej władzy do zamordyzmu bolszewickiego, ale jest coś na rzeczy w wykpiwaniu wywodów Kaczyńskich jako przypominających stalinowską tezę, że w miarę postępów socjalizmu walka klas się zaostrza. Bo tak to właśnie działa w partii politycznej, która przemienia się w ideologiczną sektę z nieomylnymi guru. Świetnie to było widać na przykładzie, zdawałoby się, pozapolitycznego sporu o Dolinę Rospudy. Rządzący, zamiast spokojnie posłuchać argumentów drugiej strony i najzwyczajniej w świecie zmienić szkodliwy wariant przebiegu tej trasy, będący zresztą przecież spadkiem po poprzednich rządach (co można było w dodatku wykorzystać propagandowo), potraktowali czysto techniczny spór jako ideologiczny i polityczny atak na samych siebie. Dowiedzieliśmy się więc o spisku ekologów i „Gazety Wyborczej” – spisku nie tylko w tej konkretnej sprawie, ale mającego na celu zahamowanie wręcz całego rozwoju Polski, nie wiadomo zresztą w zasadzie na czyje zlecenie, Brukseli, Berlina czy Putina, bo w obiegu krążyły różne wersje.
Władza oparta w tak skrajnym stopniu na ideologii nie przyjmuje bowiem do wiadomości, że mogła się pomylić, dokonać złej oceny sytuacji, a jej oponenci mogą od czasu do czasu mieć rację. Z władzą tak motywowaną nie opłaca się – gdy jest dostatecznie silna – wchodzić w spór. Nie dość, że postawi na swoim w tej konkretnej sprawie, to jeszcze w myśl zasady „na złość babci odmrozimy uszy”, popełni czym prędzej identyczny błąd w podobnych dziesięciu czy stu przypadkach, żeby zagłuszyć ewentualne wątpliwości własne i społeczeństwa. W tej logice bowiem każdy, kto kwestionuje cokolwiek z teorii i praktyki politycznego hegemona, staje się od razu jego śmiertelnym wrogiem, którego należy zniszczyć.
Oczywiście byłoby głupotą sądzić, że w polityce przeciwnicy dają rządzącym same cenne wskazówki i chodzi im wyłącznie o wspólne dobro. Jednak idealizm podniesiony do rangi absolutu sprawia, że nigdy nie próbuje się nawet rozważyć argumentów drugiej strony, a każde odstępstwo od głównego wzorca traktowane jest jako krecia robota o dalekosiężnych diabelskich celach. Dlatego też Samoobrona, która nie odwoływała się do tej samej ideologii „antyagenturalnej”, lecz kładła nacisk na wspólny – jak się jej jeszcze wówczas zdawało – mianownik „Polski solidarnej”, w naturalny sposób z sojusznika stała się wrogiem. W koalicji nie było już rozbieżnych ocen i różnic w akcentowaniu tych samych kwestii, lecz „warcholstwo” i „torpedowanie działań rządu”. Andrzej Lepper z „trudnego partnera” zmienił się w „przestępcę”, a jego partia w „element patologicznego układu” czy „obrońców III RP”.
Rzekoma afera łapówkarska w ministerstwie rolnictwa nie była żadnym momentem zwrotnym. Wystarczyło uważnie wsłuchać się we wcześniejsze – i to o dobrych kilka miesięcy – wypowiedzi liderów PiS, by wiedzieć, że drogi obu partii się rozchodzą, a każdy pretekst do zakończenia współpracy będzie dobry. Warto przypomnieć rozważania o zablokowaniu przestępcom możliwości kandydowania do parlamentu, niedwuznacznie wymierzone w Leppera, a padające z ust prominentnych polityków PiS. W tych wywodach pomijano oczywisty fakt, że Lepper – cokolwiek by nie sądzić o jego stylu uprawiania polityki – nie został skazany za żadne przestępstwo kryminalne, lecz za działalność publiczną spod znaku obywatelskiego nieposłuszeństwa. Człowiek, który blokował egzekucje komornicze zadłużonych gospodarstw, wysypał na tory przemycane zboże, albo w oparciu o dostępne sobie informacje formułował oskarżenia polityczne wobec polityków i biznesmenów, jest postacią kontrowersyjną i niekoniecznie godną poparcia, ale nie jest złodziejem, łapówkarzem, mordercą czy defraudantem. Gdyby to wszystko chcieć wpisać do katalogu z napisem „przestępstwa”, to przestępcami okazaliby się Mahatma Gandhi, Nelson Mandela czy Wojciech Drzymała – i nie zmienia tej oceny nawet fakt, że były to postaci sympatyczniejsze niż lider Samoobrony.
Lepper musiał stać się obiektem napaści nie dlatego, że dokonał czynów wątpliwych prawnie lub moralnie, lecz z powodu odmiennej oceny sytuacji i podejmowanych priorytetów. To nie jest żaden spór personalny między uczciwym szeryfem a rzezimieszkiem, ani też walka partii „czystej” z „podejrzaną”, lecz konflikt między tymi, którzy hasło „Polski solidarnej” potraktowali jako wyborczy wabik, a tymi, którzy do dziś traktują je serio. Nie mam przy tym na myśli tego, że socjalne propozycje Samoobrony są trafne, a przedstawicielom owej partii na pewno nie zdarzyły się kolizje z prawem czy zasadami etycznymi. Logika wydarzeń wskazuje jednak, że taki sam los, jaki spotkał Leppera, stałby się – choć zapewne pretekst byłby inny – udziałem każdego innego koalicjanta czy nawet kogoś z PiS-u, gdyby i oni zamiast położenia nacisku na tropienie agentów i demaskowanie „układów” zażądali wywiązania się z obietnic prowadzenia polityki prospołecznej. A gdy chce się uderzyć psa, to kij zawsze się znajdzie.
I PiS ten kij znalazło. Jest on bardzo wątpliwej jakości. Nawet pomijając wszelkie zastrzeżenia i duże znaki zapytania wobec akcji CBA i stosowanych przez nią metod, trudno uwierzyć, aby oskarżanie Leppera o chęć przyjęcia łapówki miało sensowne podstawy. Zawrotna nie była kwota, którą minister rolnictwa miał otrzymać. Tym bardziej, gdy mówimy o człowieku, który po latach funkcjonowania w roli folkloru politycznego dostał się wreszcie na salony, zyskując poważną szansę pozostania tam do końca życia. Lepper biorąc łapówkę w tym momencie, musiałby być skończonym idiotą, a przecież cała jego kariera pokazuje, że mimo braków w wykształceniu i obyciu, jest to człowiek inteligentny. Dla jednorazowego przypływu gotówki, której kwota może budzić zazdrość zwykłego śmiertelnika, ale przecież nie człowieka ze szczytów władzy, ryzykowałby on nie tylko odpowiedzialność karną, lecz także zakończenie kariery politycznej. Czyniłby to w dodatku jako lider partii, która na celowniku mediów i przeciwników politycznych znajduje się nieustannie, a on sam wnikliwie obserwowany i poddawany analizom jest jak mało która inna osoba w Polsce. Naprawdę trudno w to uwierzyć.
To wszystko nie byłoby warte analizy, gdyby nie skutki takiego obrotu sprawy. A skutki owe to kres marzeń o „Polsce solidarnej” oraz o istotnym zwrocie w kwestiach społeczno-gospodarczych. Wszystko wskazuje na to, że choć nie czeka nas powrót do realiów sprzed „afery Rywina” i wyborów roku 2001, to nie ma także szans na zakwestionowanie neoliberalnej ścieżki, którą podąża Polska po roku 1989. Czy będą to samodzielne rządy PO, czy jej koalicja z LiD-em, czy też powrót PO-PiS-u, tak czy tak w kwestiach „bazy” czeka nas tylko zmiana na gorsze. Obecna partia władzy szybko porzuciła hasła solidarystyczne, potwierdzając przy okazji, że nigdy nie traktowała ich serio i nie rozumiała nawet, na czym taka polityka miałaby polegać. Paradoksalnie, dla PiS-u koalicja z PO jako silniejszym partnerem byłaby idealnym rozwiązaniem – pomijając spory ambicjonalne i animozje personalne, bracia Kaczyńscy mogliby w tym układzie zająć się tym, w co wierzą i poza co ich horyzonty nie wykraczają. Liberałowie z PO mogliby w spokoju prowadzić politykę korzystną dla finansowej oligarchii, byleby robili to z „czystymi rękoma” (jak ich idolka Margaret Thatcher), a PiS nie przeszkadzałby im w tym wcale, w najlepsze tropiąc agentów, rozliczając przeszłość, promując „wartości chrześcijańskie”, „walcząc z przestępczością” itp. Lepszego prezentu – poza samodzielnymi rządami, co jest nierealne – partia braci Kaczyńskich nie mogłaby otrzymać od losu.
Sęk w tym, że to, co dobre dla PiS-u, niekoniecznie jest dobre dla Polski. Zwłaszcza dla „Polski solidarnej”.