przez Remigiusz Okraska | czwartek 3 lipca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Prawdę mówiąc, obecna wrzawa wokół Lecha Wałęsy wydaje mi się coraz bardziej niesmaczna. Bynajmniej nie dlatego, żebym wierzył w krystaliczną czystość noblisty. Nie dlatego też, abym miał coś przeciwko badaniu esbeckich archiwów bez taryfy ulgowej. Albo przeciwko ujawnianiu kapusiów. Nie, nie widzę żadnych – ani etycznych, ani politycznych – powodów, żeby funkcjonowała jakakolwiek święta krowa, której przeszłości nie można poddawać analizie. W przypadku Wałęsy jest to tym bardziej konieczne, że w ciągu ostatnich kilku dekad wątek jego domniemanej współpracy z SB pojawiał się w obiegu publicznym wielokrotnie. I to w dodatku – o czym „zapominają” dzisiejsi obrońcy czci ex-prezydenta – nie tylko za sprawą „oszołomów” i „frustratów”. Wątpliwości wobec podejrzanych uwikłań Wałęsy wyrażał podobno już w czasie solidarnościowego „karnawału” choćby Jacek Kuroń. Gdyby chodziło o anonimowe plotki dotyczące, dajmy na to, wiejskiego proboszcza czy małomiasteczkowego biznesmena, można by machnąć ręką. Jeśli jednak tego rodzaju wątpliwości pojawiają się wobec postaci tak istotnej w najnowszych dziejach kraju, to tym bardziej należy się zająć owym problemem.
W całej sprawie TW „Bolka” widzę jednak aspekt, który każe się zastanowić nie nad Wałęsą, lecz nad wieloma jego obecnymi przeciwnikami. Gdy bowiem obserwuje się ilość krytyki czy po prostu obelg padających pod adresem Wałęsy, nie sposób nie zadumać się nad kondycją Polaków – tych samych, którzy Wałęsę przez lata uwielbiali, oklaskiwali, nosili na rękach, a następnie masowo poparli w wyborach prezydenckich. Wałęsa nie spadł z nieba – skrywanie jego prawdopodobnej współpracy z SB nie zmienia faktu, że wszelkie jego inne wady były od dawna widoczne, jawne i znane wszystkim tym, którzy nie mieli na oczach klapek ślepej miłości do „naszego Lecha”. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że ci, którzy na niego dziś najgłośniej pomstują, to te same osoby, które najdłużej i najmocniej wierzyły w geniusz Wałęsy.
Rozpatrując problem na płaszczyźnie ogólnej, lider „Solidarności” został nim nie na mocy boskiego werdyktu, lecz ze społecznego nadania. Nawet gdyby przyjąć za prawdziwe najbardziej skrajne i niekorzystne dla Wałęsy wersje wydarzeń, czyli pojawiające się sugestie, że jego współpraca z SB nie zakończyła się wcale w roku 1976, lecz trwała znacznie dłużej, a „służby” promowały „swojego człowieka” jeszcze w trakcie formowania i istnienia „Solidarności”, to nawet ta mało prawdopodobna wersja wydarzeń nie zmienia faktu, że popularność Wałęsy była w znacznej mierze spontaniczna i autentyczna. Nawet biorąc poprawkę na potencjalne – co nie znaczy, że faktycznie zaistniałe! – możliwości manipulacji nastrojami członków i sympatyków „Solidarności”, żaden esbek nie chodził i nie wbijał im pałką do głów kultu „Lecha”.
Wręcz przeciwnie. Polacy wielbili Wałęsę już wtedy, gdy „Solidarność” rozwijała się żywiołowo, a esbeckie próby manipulacji nastrojami społecznymi ponosiły fiasko – co przyznają także przeciwnicy Wałęsy – wskutek niesamowicie rozwiniętej jawności i demokracji wewnątrzzwiązkowej. O ile po wprowadzeniu stanu wojennego owa demokracja zanikła, a „Solidarność” przekształciła się w organizację kadrową, z niejawnym i skomplikowanym procesem decyzyjnym, o tyle w latach 1980-81 to wszystko działo się na oczach i przy udziale setek tysięcy ludzi. Oczywiście reżim komunistyczny mógł próbować rozmaitych manipulacji, mógł w taki czy inny sposób wspierać bardziej wygodną dla siebie grupę działaczy „Solidarności” przeciwko innym jej grupom, ale jeśli odrzucimy wątpliwej jakości teorię o totalnej manipulacji i „reżyserii” zdarzeń na niesamowitą skalę, to nie sposób uznać, że Wałęsę na szczyty wynieśli esbecy, nie zaś działacze, także szeregowi, opozycji antykomunistycznej.
W mojej – czysto intuicyjnej – ocenie, decydującą rolę odegrali nie esbecy, lecz Polacy. A konkretnie dwie przypadłości, których istnienie wydaje mi się faktem niemożliwym do precyzyjnego zbadania, lecz widocznych gołym okiem nie raz i nie dwa. Po pierwsze, Polacy lubią miłe słówka, lubią, gdy ktoś opowiada im to, co chcą usłyszeć. Wałęsa pasował do tej roli znakomicie – z jego postawą wyrażoną po latach formułą „za, a nawet przeciw”, z jego dość prymitywnymi, ale nierzadko celnymi bon motami i frazeologią idealną na wiecowe „podbijanie serc”, z jego brakiem konkretów formułowanym w nader… konkretnym języku. „Lechu” miał talent ludowego polityka i przywódcy tłumów, a w Polsce zostało to zwielokrotnione przez społeczne oczekiwania. Czy to w czasach pierwszej „Solidarności”, czy później, gdy obiecywał każdemu po 100 milionów. Nawet w swoim skrajnym egocentryzmie, wyrażonym najpełniej w przekonywaniu, że „to ja obaliłem komunę”, jest on bardzo polski, przypominając np. wódczane przechwałki wielu naszych rodaków.
Druga zaś kwestia, która w moim odczuciu ułatwiła wyniesienie Wałęsy na wyżyny, to nasza narodowa niezdolność do działań długofalowych. Polacy są idealnym odzwierciedleniem biblijnego wezwania „obyś był zimny lub gorący”. Wielokrotnie pokazaliśmy, że stać nas na wielkie zrywy i bohaterskie czyny. Tyle, że ich dopełnieniem jest marazm i obojętność, gdy już opadnie pierwszy zapał lub minie zagrożenie. Ci sami ludzie, którzy – jestem pewien – w obliczu np. napaści z zewnątrz znów biliby się do ostatniej kropli krwi nawet w sytuacji ogromnej przewagi wroga, są w realiach pokoju niezdolni do tego, żeby odmówić sobie dwóch piw miesięcznie i masowo wpłacać choćby po 5 zł, aby stworzyć trwały niezależny ruch społeczny czy polityczny, bez łaski sponsorów i konieczności dwuznacznych uwikłań. Poza „stanami podwyższonej bojowości”, mizernie wychodzą nam spokojne, stonowane, lecz wytrwałe działania. Oczekujemy natomiast, że jakiś geniusz, jakiś Wódz, dokona cudu, odmieni wszystko bez naszego udziału – kolejne wydania tego swoistego kultu jednostki przetaczają się przez polską ziemię z zadziwiającą nieodmiennością, ponad politycznymi podziałami, od Piłsudskiego, przez Andersa, Gomułkę, Gierka, Jana Pawła II, Wałęsę, Kwaśniewskiego itd. Jaka jest najczęstsza reakcja Polaków na jakikolwiek problem ujawniony w mikro- lub makroskali? „Ktoś powinien coś z tym zrobić!”. Nie my, nie wspólnym wysiłkiem, nie razem – ktoś. Tu także Wałęsa ze swoim wybujałym ego, ale także z wyraziście autorytarnymi poglądami, idealnie trafił w zapotrzebowanie społeczne. Po co mamy starać się my, skoro on oferował nam to swoje nieustanne ja, ja, ja…
Cechy Wałęsy bardzo kontrastują z postawami jego konkurenta o pozycję lidera pierwszej „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdy. Myślę, że właśnie dlatego Andrzej ową rywalizację przegrał. Po pierwsze, mówi on ludziom to, co myśli, nie zaś to, co oni chcą usłyszeć – i nierzadko są to rzeczy niemiłe, surowe, biegnące w poprzek utartych schematów. Po drugie, Andrzej jest autentycznym demokratą – uważa, że nie żaden cudotwórca, lecz my sami, wspólną pracą, powinniśmy odmienić Polskę na lepsze, że jak sobie pościelimy, tak się wyśpimy. Wspominam o tym nieprzypadkowo. Dziś bowiem, w ogniu sporu o „Bolka”, można zaobserwować wiele cudownych nawróceń. Gdyby na serio potraktować np. komentarze na forach internetowych, można by uznać, że Wałęsa był od dawien dawna podejrzewany przez ogromną ilość Polaków o różne podłe sprawy, zaś Gwiazda cieszył się przez lat niekwestionowanym szacunkiem i wielkim poparciem społecznym.
Ale przecież wszyscy wiemy, że Wałęsa wysoko wygrał z Gwiazdą w wyborach na stanowisko lidera pierwszej „Solidarności”. Gdy w okolicach „okrągłego stołu” mnóstwo osób fetowało powrót „Lecha” z podziemnego zmarginalizowania, wokół Gwiazdy skupiła się zaledwie garstka osób kwestionujących zarówno sam „okrągły stół”, jak i swoisty „zamach stanu”, jakim było budowanie nowej „Solidarności” przez drużynę zauszników Wałęsy, z pominięciem wielu tych, których przed stanem wojennym delegaci Związku wybrali do Komisji Krajowej. Gdy kilka lat później Wałęsa zasiadał w Belwederze, ciesząc się jeszcze całkiem sporym poparciem społecznym, Gwiazda nie zdołał w wyborach 1993 r. zarejestrować ogólnopolskich list Komitetu Wyborczego „Poza Układem”. Dziś jednak Gwiazda jest wychwalany przez tych, których spora część przynajmniej do połowy lat 90. wielbiła Wałęsę. Wielbiła, bo miał Matkę Boską w klapie, był „za, a nawet przeciw”, obiecywał po 100 milionów, „tymi ręcami obalił komunizm” itd.
Oczywiście można powiedzieć, że gdyby podejrzenia w kwestii TW „Bolka” znano wcześniej, to rozwój sytuacji wyglądałby inaczej. Albo gdyby była lustracja. Albo gdyby „układ” dopuścił Gwiazdę do mediów w roku 1989 na taką samą skalę, na jaką zaoferował to Wałęsie czy Michnikowi. Być może coś by to zmieniło, ale prawdę mówiąc nie sądzę, że w istotnym stopniu. Wystarczy bowiem spojrzeć na to, kim są dzisiejsi krytycy Wałęsy i ile oni zrozumieli z tego wszystkiego. Ich zarzuty wobec domniemanego „Bolka” koncentrują się na współpracy z SB, a z nowszych wydarzeń dotyczą współudziału w odwołaniu rządu Jana Olszewskiego lub „wspierania lewej nogi”, czyli planu wzmocnienia postkomunistów za prezydentury Wałęsy. Wniosek z tego taki, że gdyby Wałęsa nie współpracował z SB, wsparł rząd Olszewskiego i dobił „lewą nogę”, wszystko byłoby OK. Matka Boska w klapie, 100 milionów dla każdego i certyfikat niewinności z IPN-u wystarczyłyby do tego, żeby atakowany „Bolek” mógł być wciąż wielbionym „Lechem”.
Żeby krytykować Wałęsę, nie trzeba oryginałów czy kopii jego domniemanych donosów z lat 70. Nie trzeba też wspierania „lewej nogi”. W zupełności wystarczą te jego poczynania, na które krytycy nie zwracają uwagi. Czyli poparcie dla prywatyzacji w wersji, która nie uwzględniała ani interesów narodowych, ani sytuacji milionów ludzi-pracowników. Czyli lekceważenie społeczeństwa i jego opinii o kształcie nowej Polski. Czyli wspieranie takiego modelu gospodarki i polityki, które musiały poskutkować szybką i głęboką oligarchizacją. Czyli przedkładanie pustosłowia i tanich gestów nad realne i konkretne decyzje mające na celu dbałość o dobro wspólne. O tym, że Wałęsa jest postacią szkodliwą, znacznie bardziej przesądza jego wsparcie dla Balcerowicza niż domniemane pisanie donosów na kolegów ze stoczni, choć oczywiście to drugie jest bardziej obrzydliwe w kategoriach moralnych.
Sęk w tym, że dzisiejszym krytykom Wałęsy przeszkadza właśnie TW „Bolek”, nie zaś wspólnik Balcerowicza. Czyni to krytykę Wałęsy zupełnie jałową, bo w najlepszym razie prowadzi ona do konstatacji, że wyrzucanie ludzi na bruk z mieszkań i masowe bezrobocie nie byłyby złe, gdyby tylko realizowali to „dzieło” ludzie z IPN-owskim świadectwem moralności. Tak zresztą na serio myśli mnóstwo przeciwników Wałęsy – ich zdaniem, cały ten bandycki, latynoski model kapitalizmu, zainstalowany w Polsce po roku 1989, jest zły wyłącznie dlatego, że wcielali go w życie esbecy oraz dawni funkcjonariusze partyjni. Aha, no i ekipa Michnika, która zatrudniła Maleszkę i lekceważyła „ochronę życia poczętego”. Gdyby ten sam syf zafundowali nam „prawdziwi Polacy”, nieskażeni ukąszeniem esbeckim, rozmodleni i zaczytani w farmazonach Michalkiewicza czy innego speca od demaskowania „obcych knowań”, wszystko byłoby w porządku…
Niedawno w „Rzeczpospolitej” Rafał Ziemkiewicz przypomniał mimochodem prostą, lecz nadal jakby nieobecną prawdę. Taką, że bracia Kaczyńscy, dziś przedstawiani jako główni oponenci „Bolka”, nie tylko w kluczowym momencie go wspierali, ale przede wszystkim zwalczali konkurencyjną wizję nowej Polski, którą reprezentował właśnie Gwiazda. Zacytujmy fragment tekstu Ziemkiewicza, bo sam bym tego lepiej nie ujął niż ulubieniec prawicowych czytelników: „w chwili, gdy wśród ludzi »Solidarności« dokonywał się fundamentalny podział na tych, którzy mieli rządzić wolną Polską, i tych, którzy zostali z niej »wyślizgani«, Kaczyńscy nie znajdowali się po stronie Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz i Krzysztofa Wyszkowskiego, o Kornelu Morawieckim nie mówiąc. Przeciwnie, brzemiennej w skutki decyzji Wałęsy, aby nie zwoływać legalnych władz »Solidarności« z roku 1981, ale tworzyć pod historyczną nazwą nowy związek z działaczy mu posłusznych, Jarosław Kaczyński bronił nawet wtedy, gdy od dawna był już z pierwszym prezydentem III RP śmiertelnie pokłócony (co jednak nie dziwi, bo bronił swoich ówczesnych wyborów). Przypominanie tego, co po latach udało się załagodzić orderami Orła Białego, nie jest dziś braciom Kaczyńskim na rękę”.
Nie jest to na rękę nie tylko Kaczyńskim, ale także wielu dzisiejszym krytykom „Bolka” i autorom peanów na cześć Gwiazdy. Bo to właśnie oni w kluczowym momencie wspierali Wałęsę przeciwko Gwieździe – nie dlatego, że nie wiedzieli o agenturalnej przeszłości „Lecha”. Dlatego, że ów „Lechu” oferował im to, czego chcieli: wielkie obietnice, żadnych wymagań, trochę sloganów i Matkę Boską w klapie. Gwiazda oferował im coś wręcz przeciwnego.
Cieszę się, że IPN-owskie akta wydobywane są na światło dzienne, że spadają maski, że skończyło się zamiatanie brudów pod dywan. Ale jeśli jedynym skutkiem ma być to, że ci, którzy dali się nabrać Wałęsie, teraz dadzą się nabrać komuś podobnemu, lecz lepszemu tylko dlatego, że nie donosił na kolegów i nie wspierał „lewej nogi”, to całe to zamieszanie nie ma żadnego sensu. Bo lekcja ze sporu Gwiazda – Wałęsa to nie jest lekcja o wyższości porządnego człowieka nad kapusiem. To lekcja o wyższości samodzielnego myślenia, krytycyzmu i społecznej aktywności nad stadnymi odruchami, lenistwem intelektualnym i wiarą w idola, który zrobi coś za nas. Jeśli z tego wszystkiego zostanie tylko pomstowanie na agentów i zapatrzenie w nowego, tym razem nieuwikłanego Wodza, to wniosek będzie wyłącznie jeden. Taki mianowicie, że na głupotę i naiwność nie ma lekarstwa – nawet w IPN-ie.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 9 czerwca 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Narodowe powstanie kibiców piłki nożnej stało się faktem, rozpoczęło się EURO 2008. W mediach i na ulicach naszych miast przybyło bieli i czerwieni. Wielkie koncerny, czy to warzące piwo dla mas, czy to preparujące hamburgery, czy to produkujące chipsy lub zajmujące się finansami, stroją się w patriotyczne piórka, czyniąc z narodowych barw świetnie sprzedający się sportowy gadżet. Na zbiorowych uniesieniach można nieźle zarobić, umiejętnie podsycana euforia sprawia, że ludzie chętniej sięgają do portfeli. Łopotanie flag i dźwięk hymnu oraz okolicznościowych przyśpiewek nieźle się komponują z szelestem banknotów. Nawet obecny trener polskiej drużyny uległ pokusie, by przed EURO 2008 dorobić sobie w reklamie…
Trudno w tych dniach nie być kibicem i trudno nie czuć sympatii i zainteresowania losami polskiej jedenastki. Tym bardziej, że przecież wszyscy, jakeśmy Polakami, świetnie znamy się czy to na polityce, czy na sporcie. Że o pogodzie nie wspomnę. Bynajmniej, nie jesteśmy jako naród odosobnieni w tym poczuciu swoich wysokich kompetencji, taki już urok współczesności, oswojonej z myślą o szczególnych znaczeniu tzw. głosu opinii publicznej (inna sprawa, na ile słusznie). Taki jej urok i taki wymóg: trzeba mówić, trzeba wyrażać opinie, trzeba plotkować, trzeba uczestniczyć w masowych rozrywkach i – że tak powiem – narracjach.
Teraz przyszedł czas na opowieści o piłce nożnej, dyskusje przy stołach i przed telewizorami, w knajpach i tramwajach, na czatach, blogach i mainstreamowych mediach o piłkarskich agonach. Mówić, pisać, łopotać flagą, wymachiwać biało-czerwonymi rekwizytami. Ubierać się w polskie barwy. Wyczekiwać zwycięstw i z goryczą komentować ewentualne (i wcale prawdopodobne) porażki. Hej, kto Polak, na mistrzostwa!
Interesujące, na ile jest to zjawisko oddolne, spontaniczny zachwyt sportową walką i kunsztem drużyn i zawodników, na ile szczery jest w swych patriotycznych uczuciach ów biało-czerwony tłum, a na ile wszystko to jest wynikiem z premedytacją tworzonych w biurach ekonomistów, piarowców, marketingowców projektów, wyliczony na duży zysk. Trudno tę proporcję oddać w procentach, bo przecież całość zjawiska jest konglomeratem mnóstwa czynników. Dla mnie osobiście: nieco schizofrenicznym. Choć jestem wybitnie „niedzielnym kibicem”, to jednak z dużą przyjemnością i – nie ukrywam – z przejęciem myślę o występach polskiej drużyny i życzę jej jak najlepiej. Myślę sobie wtedy, że to „nasi”, choć na dobrą sprawę zapominam o nich pięć minut po zakończeniu meczu. Wiem jednak, że są tacy, którzy te widowiska zroszą rzęsistymi łzami: a to radości, a to smutku. Ewentualnie potężnym kacem. Z drugiej jednak strony, uśmiecham się złośliwie, gdy widzę przybranych w okolicznościowe biało-czerwone koszulki pracowników sieci fast-foodów albo telewizyjne reklamy piwnego cieńkusza (by nie nazwać tego mocniejszym słowem). Od tego mają Dodę, Krzysztof Ibisza, Mariusza Max-Kolonko i kogo tam jeszcze.
Nie lubię zatem, gdy ktoś wrabia mnie w patriotyczne uniesienia, za które każe sobie jeszcze płacić i wymusza uczestnictwo w stadnych odruchach. Nie dlatego, że są one z natury gorsze od wysublimowanego indywidualizmu tych, co to „nie lubią tłumu”. Ale dlatego, że nie chcę się czuć trybikiem show-bizu, z premedytacją przystrojonego w narodowe szatki. Sport – tak, przerwy reklamowe – nie, emocje – jak najbardziej, gadżety – nie. Tyle mogą zrobić od siebie w trosce o tzw. idee olimpijskie i szacunek dla biało-czerwonych barw. Choć, z drugiej strony, barwy te są naszym wspólnym dobrem, a kultura masowa jednym z nielicznych medium, dzięki któremu mogą przemówić dziś nam z całą siłą do wyobraźni. Bo trudno wyobrazić sobie stadion, na którym gra polska drużyna bez czytelnych znaków obecności naszych kibiców. I tu znów dopada mnie niepewność: może czasem trzeba dać się wrobić w patriotyzm? Taki od wrzasku, piwska i dobrej, choć i męczącej zabawy.
przez Anna Mieszczanek | poniedziałek 9 czerwca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Ale i trwają w pewnym sensie razem, choć wciąż jeszcze okopani po różnych stronach swoich barykadek. Co napawa mnie nadzieją.
Jakiś czas temu nie wytrzymało kilku blogowiczów z portalu www.salon24 – gdzie właśnie blogować zaczyna także Obywatel. Po kłótni odeszli do swojego forum: www.tekstowisko.com. W Tekstowisku też się potem pokłócili i co poniektórzy, nawet ci, co tekstowisko zakładali, powracali do Salonu24. Niektórzy będąc już w Tekstowisku, komentowali jednak dalej teksty w Salonie, ludzie z Salonu zaglądali też do Tekstowiska. Sytuacja zrobiła się w końcu taka, że teksty sporej grupy autorów pojawiają się jednocześnie w Salonie i Tekstowisku. Tak jakby sama różnica poglądów czy stylów działania nie była wystarczającym powodem do tego, żeby przestać istnieć we wspólnej przestrzeni. Bo i nie jest!
Ja siedziałam w Salonie, choć blisko mi było do tych, co poszli robić Tekstowisko. Próbowałam się więc i do Tekstowiska zarejestrować – z opcją, że w Salonie też zostaję – ale maszyna tekstowiskowa mnie wciąż nie przyjmowała, krzycząc, że hasło nie takie albo adres e-mailowy zły. Widać maszyna uznawała, że należy być albo po jednej, albo po drugiej stronie. Ale w końcu, z miesiąc temu, udało mi się i także moje teksty pojawiają się teraz jednocześnie w obu portalach. Ufff…
Wszystko co wyżej było po to, żeby przywołać interesujący tekst z Tekstowiska właśnie. Parę dni temu ezekiel napisał swoją Receptę na demokrację, w której pysznie i skrótowo zdiagnozował sytuację w polskiej polityce.
Polityczność stała się domeną marketingu. Dzisiejsza polityka jest produktem. Dzisiejsza polityka jest wirtualna. Kwestie w niej poruszane to, jak to nazwał Sadurski [w tekście „salonowym” – przypis AM], a przed nim specjalna jednostka jednego z tabloidów, która sama na siebie mówi „Tematy z dupy wzięte”. /…/ Słynny bon mot Libermana „wszyscy kłamią, ale to nie jest ważne, bo i tak nikt nikomu nie wierzy” realizuje się na Wiejskiej, na konferencjach prasowych, w Pałacu Elizejskim, w Białym Domu. Kochający Tusk i jego nienawistny dziadek z Wehrmachtu rechoczą nam w twarz. A stojący za nimi specjaliści od marketingu wypełniają kieszenie kilogramami złotówek pochodzącymi z naszych podatków. Kieszenie tym cięższe, im głośniejszy rechot. /…/
Dzisiejsza demokracja jest soczewką gnuśnego społeczeństwa. Wyemancypowaliśmy i przez tą emancypację dialektycznie zamknęliśmy się na powrót w więzieniu. Jest to więzienie podkultury i konsumpcji, która pożera łapczywie to, co tylko może. Tu spełnia się mroczny sen Tocqueville’a. Rewolucja ma w zwyczaju pożerać własne dzieci, a demokracja znowu zjada własny ogon. Autentyczność ekspresji została zawłaszczona przez wielkie korporacje, a polityczność przez PR.
(http://tekstowisko.com/post-nowoczesny/54840.html#comment-560799)
Napisałam ezekielowi, że diagnoza pyszna tak bardzo, że aż mu zazdroszczę, że nie ja ją napisałam. Bo zazdroszczę. I złoszczę się, że duzi, dorośli ludzie wciąż robią wodę z młodych mózgów. Z Instytutu Przywództwa Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego dostałam właśnie zaproszenie na Eksperckie warsztaty dla liderów społeczno-politycznych. Weekendowe, a jakże. I czytam te ciężkie głupoty podawane do wierzenia młodym, wchodzącym w świat polityki:
/…/ Instytut Przywództwa jest profesjonalną jednostką edukacyjną Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Misją Instytutu jest upowszechnianie wiedzy o przywództwie i związanej z nim etyce oraz kreowanie liderów. Instytut działa pod patronatem Sekretarza Generalnego Rady Europy pana Terry’ego Davisa. Celem /…/ jest kształcenie profesjonalnych i silnych moralnie liderów politycznych, aby Polska mogła kontynuować umacnianie swoich struktur i mechanizmów demokratycznych. /…/ Celem warsztatów jest przekazanie rzetelnej wiedzy na temat etycznego i skutecznego przywództwa politycznego, jak również społecznego i biznesowego. /…/ Program szkolenia /…/ obejmuje cztery kluczowe zagadnienia:
– Wprowadzenie do marketingu politycznego
– Teoria i ćwiczenia z wystąpień publicznych
– Zastosowanie Neurolingwistycznego Programowania (NLP) w polityce
– Praca z kamerą i mikrofonem
Marketing i NLP – biblie, bez znajomości których wstyd dziś zabierać się do publicznego działania. A co to jest to Neurolingwistyczne Programowanie? Jakby ktoś nie wiedział, zacytuję ze strony www.nlp.pl
NLP zaczęło powstawać we wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy Richard Bandler, matematyk i terapeuta Gestalt, oraz John Grinder, wówczas dobrze zapowiadający się profesor lingwistyki, rozpoczęli badania nad pracami trójki wybitnych terapeutów, powszechnie uznawanych za ekspertów w swoich dziedzinach. Ekspertami, których pracę obserwowali Bandler i Grinder byli: twórca terapii Gestalt Fritz Perls, terapeutka rodzinna Virginia Satir oraz prawdziwy mistrz w dziedzinie medycznej hipnozy dr Milton H. Erickson. Pomimo, że każda z tych osób używała pozornie różnych metod, uważano, że wszyscy uzyskują nieomalże „magiczne rezultaty” w pracy z pacjentami. /…/ w badaniach opierano się nie na tym, co Perls, Satr i Erickson myśleli, że robią, lecz na zaobserwowanych w rzeczywistości wzorach zachowania oraz strukturach lingwistycznych używanych przez nich w trakcie pracy. /…/ Bandler i Grinder osobiście przetestowali te wzory, aby sprawdzić, czy uda im się osiągnąć takie same rezultaty. Gdy okazało się, że uzyskali zbliżone wyniki, opracowali procedury pozwalające nauczyć tego inne osoby. /…/ NLP jest zestawem technik, postaw wobec świata oraz metodologii… które umożliwiają ludziom zmienianie, wzbogacanie oraz eliminowanie zachowań tak, jak tego chcą. /…/ NLP jest także podstawą dynamicznie rozwijającej się w USA i Kanadzie dziedziny określanej mianem „technologii Motywacyjnych”, stosowanych przez największe firmy i organizacje. Z usług doradców motywacyjnych korzystają tam narodowe zespoły olimpijczyków, szefowie największych koncernów, a nawet kolejni prezydenci USA.
I tak to wiedza, która wyrosła z obserwacji pracy trójki genialnych terapeutów, pomagających ludziom w kłopotach, włożona w łapki nieodpowiednie staje się tym, czym brzytwa włożona w ręce małpy.
Z dwojga złego wolę jednak małpy. Z Janerką Lechem. Już mamy dość, już mamy dość, już mamy dość, już mamy dość… Wtedy idziemy do ZOO!
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 9 czerwca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niemal zawsze, gdy mowa o tradycji, w użyciu jest liczba pojedyncza. Gdy zamkniemy oczy i pomyślimy „Polska”, pojawia się pewna ilość symboli, postaci, wizerunków – dla każdego z nas zapewne nieco innych. Gdyby ktoś zwrócił nam uwagę, że tego czy innego wydarzenia lub osoby brakuje w naszej wizji, być może skłonni bylibyśmy dołożyć je do zbioru o nazwie „tradycja”, choćby z zastrzeżeniem, że to jej „złe” oblicze. Jednak poza takimi ustępstwami, nadal uważamy, że istnieje coś takiego, jak jedna główna tradycja i ewentualnie jakieś „mniejszości”, sytuujące się na jej obrzeżach.
Jeszcze bardziej widać to w sferze publicznej. Gdy z płaszczyzny osobistych odczuć i wyobrażeń przeniesiemy się w sferę instytucji, mediów, oświaty, debat publicznych itp., okazuje się, że proces dominacji i uprawomocniania każdej tradycji odbywa się nieodmiennie kosztem innych – czy to przez intensywną promocję tej jednej, a przemilczanie innych, czy wręcz za pomocą zohydzania którejś z nich – a o dokooptowaniu żadnego elementu nie ma mowy, gdyż wszystkie wizje tradycji występują tam jako zbiory zamknięte. Jest to oczywiście pochodną walk o rząd dusz, o wpływy polityczne, o legitymizację poszczególnych opcji.
Na „wielką” tradycję składa się wiele pomniejszych, których dobra kondycja sprzyja dobrej kondycji całości. Tymczasem, w polityczno-medialnych sporach powodzeniu jednej z owych sub-tradycji towarzyszy nadwątlenie innych. W efekcie jakaś część zbiorowego dziedzictwa zatraca się, a jej „wyznawcy”, nie mając żywotnego punktu odniesienia, mimowolnie odsuwają się od polskości. Są to rzeczy dość oczywiste. Ale mam wrażenie, że nie do końca uświadamiamy sobie wymiar zjawiska. W każdym razie do mnie ten problem z całą mocą dotarł dopiero niedawno za sprawą dwóch dość przypadkowych zdarzeń.
Przygotowując tekst o Helenie Radlińskiej, czytałem poświęconą jej książkę Ireny Lepalczyk. Na końcu tej monografii znajduje się wkładka z fotografiami. Jedna z nich przedstawia fragment pokoju bohaterki książki, z portretem jej brata oraz kawałkiem regału. Na owym regale w oczy rzucił mi się od razu grzbiet jednego z leżących tomów. Charakterystyczny napis na nim zwrócił moją uwagę nie przypadkiem. Po prostu na półce stojącej teraz za moimi plecami leży taka sama książka. Nosi tytuł „Ludwik Krzywicki – praca zbiorowa poświęcona jego życiu i twórczości”, wydana została przez warszawski Instytut Gospodarstwa Społecznego w 1938 r. Kupiłem ów egzemplarz pół roku temu – przekreślone pieczątki świadczą, że kiedyś był w zbiorach Gminnej Biblioteki Publicznej Warszawa-Bemowo, a wcześniej lub później w prywatnych rękach, o czym świadczy dedykacja na karcie tytułowej. Brzmi ona: „Z wspomnieniami dawnych planów i marzeń – Wanda, 24 XII ‘53”.
I tak oto książka wydana przed wojną zdołała ją najpierw przetrwać, prawdopodobnie tuż po wojnie jeden z egzemplarzy uwieczniono na zdjęciu pokoju prof. Radlińskiej, kilka lat później jakaś Wanda podarowała komuś inny egzemplarz, następnie książka przeleżała gdzieś ponad pół wieku, aż pod koniec roku 2007 trafiła w moje ręce. Można zatem powiedzieć, że na przestrzeni 70 lat (1938-2008) mieliśmy do czynienia z podtrzymywaniem pewnego wycinka tradycji – książka o Krzywickim była dla kogoś ważna, ktoś co jakiś czas robił z niej użytek itp.
Ale właśnie w roku 2008 aż cisną się na usta pytania: kogo dziś obchodzi Krzywicki, kto poza garstką pasjonatów o nim pamięta, kto próbuje w jego książkach oraz w książkach o nim odnaleźć odpowiedzi, wskazówki, wizje… Ludwik Krzywicki jest co prawda obecny na kartach historii, tych najbardziej specjalistycznych, ale przecież trudno o nim mówić w kategoriach polskiej tradycji – żywej, twórczej, inspirującej. Kiedyś jeden z czołowych myślicieli polskiej lewicy, nieortodoksyjny interpretator Marksa, a jednocześnie wybitny naukowiec, autor niezliczonej ilości prac naukowych, o ogromnych zainteresowaniach i wręcz legendarnej pracowitości. Dziś nieobecny, zapomniany, bo i kto miałby go promować, skoro bliska mu opcja polityczna nie funkcjonuje lub ogranicza się do niszowych grupek, a polski tzw. obieg intelektualny z programową wręcz niechęcią traktuje tutejsze tradycje, ślepo zapatrzony w importowane nowinki z Zachodu. Krzywicki, który swego czasu inspirował spore zastępy Polaków oraz wpływał na ich wizje świata i ojczyzny, w zasadzie „nie istnieje”.
Drugie dające mi do myślenia zdarzenie było w sumie podobne, choć jednocześnie odmienne w pewien dość znaczący sposób. Nieco przypadkowo zabrałem do pociągu i przeczytałem wydaną w podziemiu, powielaczową broszurkę z esejem Adama Michnika „Rozmowa w Cytadeli”, z roku 1983. Powiem to od razu: lektura „Rozmowy…” może przyprawić o palpitacje serca osoby przyzwyczajone do standardów dzisiejszej publicystyki redaktora „Gazety Wyborczej”, przepełnionej pogardą i poczuciem wyższości wobec swych przeciwników, portretowanych w bardzo czarnych barwach. Jest to bowiem esej niezwykle „empatyczny” i to w dodatku wobec tradycji ideowej, która sytuuje się na antypodach „michnikowszczyzny”, mianowicie – endeckiej. Czytelnicy „Gazety Wyborczej”, karmieni dziś czarną legendą polskiego nacjonalizmu, mieliby spore problemy z recepcją tego tekstu sprzed ćwierćwiecza. Ale nie tylko oni – także dzisiejsza prawica, szczególnie ta młoda i zapalczywa, nie zdołałaby zapewne ułożyć w swoich schematycznych, czarno-białych głowach faktu, że Michnik pisze o Dmowskim w znacznej mierze afirmatywnie, a wręcz krytykuje antyendeckie stereotypy swego środowiska.
Znów jednak ciśnie się na usta pytanie: kto z obozu lewicowo-liberalnej inteligencji byłby dziś w stanie napisać, czy choćby bez nadmiernych emocji przeczytać taki tekst. Pamięć o tradycji myśli endeckiej jest w Polsce znacznie bardziej żywa niż o wspomnianym Krzywickim. Jeszcze silniejszą pozycję ma przecież autor „Rozmowy w Cytadeli” – przez sporą część inteligencji darzony wręcz świeckim kultem. Ale ani wyznawcy, ani Mistrz, przywoływany przez nich przy byle okazji jako „młot na Ciemnogród”, nie sięgają dziś po ten tekst, a tym bardziej po podobny sposób analizowania odmiennych niż ich własna idei politycznych.
Nie istnieje zatem kolejny ważny element polskiej tradycji intelektualno-politycznej: krytyczna, lecz w sumie przychylna analiza dorobku endecji, dokonana przez kogoś z zupełnie innego obozu politycznego. Oczywiście sami „narodowcy” też nie sięgają po ten tekst – a sądzę, że jego przypomnieniem wprawiliby Michnika, a zwłaszcza jego zwolenników w dużo większe zakłopotanie niż używając prymitywnych zarzutów o UB-eckiej przeszłości jego brata czy jeszcze bardziej prymitywnie odmawiając jemu samemu „polskości”.
Takich przykładów można by znaleźć więcej, o kilku zresztą wspominałem w poprzednich felietonach. Z polskiej świadomości i debaty intelektualnej wyrugowano takie choćby tradycje, jak lewica patriotyczna, lewicowo-demokratyczna „frakcja” w ruchu ludowym czy lewicowo-syndykalistyczno-patriotyczny nurt w pierwszej „Solidarności”; patrząc z innej strony – z niemałym trudem, ale na niszową skalę odgrzebano spod zwałów zapomnienia nacjonalistyczne środowisko Sztuki i Narodu. Oczywiście wszystkie te tradycje nie zostały całkiem zniwelowane. Istnieją niewielkie grupki ich epigonów, jest trochę naukowców-pasjonatów, którzy w małych wydawnictwach publikują kilkusetstronicowe monografie o Moraczewskim czy emigracyjnym PPS-ie, czasem ktoś – np. taki dziwoląg jak ja – przypomni którąś z tych postaci czy grup w artykule prasowym. Ale poza tym swoistym gettem czy niszą, nie ma dla nich miejsca w debacie publicznej.
Oczywiście tak zapewne było do pewnego stopnia zawsze. Coś zapominano, coś przeoczono, coś zostawało przygniecione pomówieniami i tendencyjnymi ocenami. Tym razem jednak jest znacznie gorzej. Po pierwsze, PRL przerwał ciągłość zarówno ideową (cenzura, białe plamy historii), jak i personalną (zamordowanie, zmuszenie do emigracji lub uniemożliwienie działalności publicznej przedstawicielom kilku opcji politycznych). Po drugie, na zasadzie reakcji na to zjawisko, po 1989 r. mamy do czynienia z neofickim zapałem przypominania jednych, a przemilczania innych opcji ( pisałem tu niedawno, że IPN chętnie propaguje wiedzę o „narodowym podziemiu zbrojnym”, ale już niekoniecznie o tej części ruchu ludowego, która nie zgodziła się na dyktat komunistów). Po trzecie, dziś polityczna debata odbywa się za pośrednictwem masowych (i to bardzo) mediów – opcje obecne w nich ulegają dodatkowemu wzmocnieniu i popularyzacji, zaś nieobecne są jeszcze bardziej marginalizowane i spychane w niepamięć.
To wszystko ma swoje skutki. Przede wszystkim zubaża polskość, bo z jej dostępnej, znanej i popularnej wersji wyklucza ważne elementy. To z kolei ogranicza rozwój intelektualny, bo nie znamy wielu ciekawych wzorców i skazani jesteśmy na wysiłek swoistego odkrywania Ameryki wiele lat po Kolumbie. A wreszcie – skutkuje niemożnością odnalezienia się w „obiegu” politycznym tych osób, które mają pecha nie utożsamiać się z popularnymi opcjami. Co w Polsce ma zrobić osoba o poglądach prospołeczno-lewicowych, lecz zarazem niezainteresowana roztrząsaniem problemów gejów i lesbijek lub zachwytami nad Chavezem? Albo ortodoksyjny katolik, który nie jest wyznawcą „świętej własności prywatnej” i nie wierzy, że niewidzialna ręka rynku rozwiązuje wszelkie problemy? Albo ktoś, kto chciałby dowartościować wieś i „Polskę B”, lecz niekoniecznie w towarzystwie wiecznych „działaczy” z PSL-u, którzy trzęsą gminą nieprzerwanie – choć zmieniając szyldy – od czasów wczesnego Gomułki?
Tak, wiem, to banał – tradycja składa się z wielu tradycji. Banał, niestety, bardzo często zapominany. Wolterowi przypisuje się deklarację, że choć nie zgadza się z czyimiś poglądami, to oddałby życie za możliwość ich głoszenia przez tego kogoś. Z tradycją jest dokładnie tak samo: nie zgadzając się z wieloma jej „odłamami”, warto dbać o to, aby mogły one istnieć, a nawet rozkwitać. Bo zyskuje na tym, nie zaś traci, ta jedna, wspólna tradycja.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Łopotały biało-czerwone flagi, skwierczały grille, opustoszałymi ulicami rządziła wcale przyjemna cisza.
13 maja dotarł do mnie rachunek za prąd. Data nadania: 5 maja bieżącego roku. Nie wysłano go z drugiego końca Polski, ale z miasta, w którym mieszkam. Jakim cudem trwało to tak długo, to już słodka tajemnica Poczty Polskiej. Tajemnica, która wprawia mnie w bezbrzeżne zdumienie i zmusza do przykrej konstatacji, że coś tu jest cholernie nie tak. Nie jest to zresztą konstatacja dotycząca tylko tej firmy. Powszechnie spotykanym odczuciem, dotykającym wielu znanych mi ludzi jest to, że polskie instytucje robią wszystko, by nas do siebie zniechęcić. O ile mogło to być zrozumiałe w PRL-u, gdzie w zasadzie każde zło można było zrzucić na „onych”, po blisko dwudziestu latach III RP nie pozostaje nic innego, jak uważnie przyjrzeć się samym sobie.
Nie dziwię się zwolennikom teorii liberalnych, postulujących jak najszersze ograniczenie kompetencji państwa i jego biurokratycznej struktury. Ja sam, gdy rok w rok przeżywam takie lub inne perypetie z Urzędem Skarbowym, mam jak najszczerszą chęć, by wszystkich tych urzędników, niesympatycznych albo/i niekompetentnych, traktujących petenta jak intruza, szlag trafił. Albo przynajmniej, żeby ci funkcjonariusze pokracznego Lewiatana dali święty spokój zarówno mi, jak i zarobionym przeze mnie pieniądzom. Ale cóż, zwycięża instynkt samozachowawczy, który podpowiada, że trzeba zgodzić się na istniejące „reguły gry”, by nie wpakować się w jeszcze gorszą kabałę. Bo przeciętny człowiek wobec ludzi reprezentujących Instytucje jest tylko mało znaczącym elementem, dodatkiem do przepisów, okólników, załączników, sterty papierów i masy znacznie ważniejszych obowiązków, jakie spoczywają na barkach (ludzi) Instytucji. Państwo to wciąż Oni – schowani w gmachach i pokojach, do których zwykły śmiertelnik nie ma dojścia. Oni, którzy od lat reformują służbę zdrowia i szkolnictwo, zreformowali system emerytalny i zrobili niemal wszystko, by skutecznie walczyć z reprodukcją. Gdy zatem myślę o Onych, budzi się we mnie czasem nie tylko arcy-liberał, ale i anarchista. Jak najbardziej bakuninowski, odczuwający atawistyczną radość na myśl o zniszczeniu Molocha.
W jednym z felietonów, pomieszczonych w wydanej właśnie przez „Obywatela” książce „Poza układem”, Joanna Gwiazda pisze: „wyhodowaliśmy cud natury – cielę z dwoma głowami: państwo »socjalistyczne« jeśli chodzi o ściąganie haraczu ze społeczeństwa i »liberalne«, jeśli za miarę liberalizmu przyjmiemy brak świadczeń dla społeczeństwa. Ani ono socjalistyczne, ani liberalne, tylko zwyczajnie złodziejskie /…/” („List otwarty do czytelnika prawicowca”, s. 156). Jeśli mierzyć ostatnich 20 lat liczbą afer, gospodarczych przekrętów to faktycznie trudno oprzeć się wrażeniu państwa, które żeruje na dziesięcioleciach ludzkiej pracy. Obywatele nie pozostają dłużni: powszechne praktyki zatrudniania na czarno, emigracja, wykorzystywanie każdej luki prawnej, każdej niekonsekwencji lub niezborności, łapówkarstwo – podjazdowa wojna między Molochem a obywatelami trwa w najlepsze. Parafrazując Sienkiewicza: nieufność i niechęć zatruły krew pobratymczą. O ile bowiem Polak może być dumny (a przynajmniej bywa) ze swego poczucia narodowego, ze swojej historii i tradycji narodowych, o tyle na co dzień własne państwo jest mu obojętne, czy – ściśle mówiąc – zachowuje wobec niego bezpieczny dystans, modląc się, by go przy jakiejś okazji nie dopadło. Ale Moloch dorwie cię nawet na urlopie: gdy, np. przejazd i tak marną, choć jak najbardziej płatną autostradą, przypomina tor z przeszkodami.
Stąd tytułowy, majowy „patriotyzm grilla”, który w gruncie rzeczy polega na tym, by na kilka dni uciec od rzeczywistości i mieć święty spokój, ewentualnie pomachać biało-czerwoną chorągiewką, sycąc duszę podniosłymi hasłami. I bodaj nic tak nie jednoczy Polaków (choć z osobna), jak patriotyzm grilla. Czy to zły patriotyzm? Bynajmniej, w sam raz na dzisiejsze czasy, w sam raz dla ciężko zarobionych ludzi. Najbardziej ludzki, bez przymieszki hipokryzji państwa, które ma jak najmniej racji po temu, by nakłaniać Polaków do bardziej wzniosłych form patriotyzmu. Lepszy dobry piknik niż myśl, że do miłości ojczyzny nakłaniają cię ludzie, którzy niemal nic oprócz pustych obietnic dla ciebie nie mają. Nic oprócz obietnic i często opresywnych, dysfunkcyjnych instytucji i rozwiązań ustrojowych.
Tu jednak pojawia się jeszcze jeden kłopot. Bo „Oni” to w gruncie rzeczy my sami, w naszych instytucjonalnych funkcjach. Wielokrotnie miałem okazję spotykać się z ludźmi, którzy jako urzędnicy, działacze polityczni itp. persony reprezentujące Lewiatana z tych lub innych przyczyn utrudniają życie swoim bliźnim i skutecznie zniechęcają Polaków do własnego państwa. Prywatnie bywają mili, uczynni, wyrozumiali; prywatnie sami mają setki i tysiące powodów, by narzekać na absurdy polskiego życia i sytuacje, w których uczestniczą i prawa, które współtworzą. Prywatnie boleją i pomstują na jeszcze innych Onych; prywatnie bezradnie załamują ręce, albo obiecują, że zrobią co się da, „w miarę swoich możliwości”. Prywatnie, w ramach patriotyzmu grilla, obficie polanego alkoholem, są jak do rany przyłóż i skłonni nieba bliźniemu przychylić. Ale cóż, przychodzi chwila, gdy znów muszą przeistoczyć się w Onych. Jest w tym jakiś tragizm, albo i tragikomizm, która sprawia, że cała rzeczywistość społeczno-polityczna nabiera tragikomicznego wymiaru. Szczęściem, Polak potrafi i jakoś żyje, kształci się, a nawet bogaci i wychowuje dzieci z tym garbem na plecach, któremu imię dzisiejsza Polska.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Łatwiej się złościć, że ci inni tacy okropni i głupi i robią wszystkie te złe rzeczy, których my nie lubimy i musimy przeciwko nim protestować.
Tybetańskie flagi, z którymi demonstruje Zachód przeciwko łamaniu praw człowieka w Tybecie, produkowane są w Chinach. Robotnicy, którzy mieli je na swojej taśmie produkcyjnej, zobaczyli je w transmisji telewizyjnej, pomyśleli, że przecież nie po to je produkowali, żeby świat nie lubił teraz Chin i donieśli na własnego szefa władzom komunistycznym, ale jednak i nieco otwartym na liberalny wolny rynek. Szef prawdopodobnie już siedzi, podobnie jak tybetańscy mnisi.
Jak mógł się zdarzyć absurd tak piramidalny, a jednocześnie jak w soczewce skupiający wszystkie główne wady naszego ociekającego hipokryzją, najlepszego ze światów?
Nie zdarzyłby się w zewnętrznym świecie, gdyby w naszych głowach po innych ścieżkach biegały sobie krasnoludki przenoszące informacje między neuronami. Obecnie owe krasnoludki ułożyły informacje – z których składamy skalę naszych wartości – w naszych głowach w piramidę, na szczycie której zalega wartość pod nazwą „Zysk”.
Zysk jest wartością naczelną dla cywilizacji informacyjno-technicznej XXI wieku.
Gdyby krasnoludki naniosły mułu informacyjnego nieco inaczej, gdyby na szczycie piramidy ułożyła się na przykład wartość pod nazwą „Prawa Człowieka” czy „Godność Pojedynczej Osoby” – chińscy robotnicy nie musieliby donosić na swojego szefa, a on płaciłby podatki swojemu komunistyczno-liberalnemu państwu od całkiem innej produkcji, nie od wytwarzania flag z napisem „Wolny Tybet”. Mógłby, na przykład, produkować koszulki z napisem „Pojedyncze jest ważne” albo drukować Kartę Praw Podstawowych, żeby edukowali się obywatele Europy. Na to byłoby zapotrzebowanie, więc nawet coś by zarobił.
Gdyby inna wartość niż ZYSK zaległa na szczycie piramidy, nikomu nie przyszłoby do głowy w świetle jupiterów zarabiać wielkich pieniędzy na zawodach sportowych i jeszcze czynić z tego wzór do naśladowania dla innych. Nikt nie wykorzystywałby wolnych teoretycznie mediów, żeby uzasadniać jak wielki skok ku demokracji wykonają Chiny, gdy tylko zetkną się ze świetlaną Olimpiadą. Przywódcy krajów europejskich nie przestraszyliby się, że ich kraje stracą za dużo pieniędzy, kiedy chińskie rynki zamkną się przed nimi.
Oczywiście, wszystko przez krasnoludki.
Należałoby je postawić przed jakimś krasnoludzkim trybunałem. Osądzić. Ściąć. I iść dalej zarabiać pieniądze bez tego cholernego dysonansu poznawczego, że niby to… a jednak… całkiem co innego.
Chyba, żeby krasnoludki poddać reedukacji. Niekoniecznie w chińskich obozach pracy. We własnej głowie.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Remigiusz Okraska | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Powyższe slogany słyszymy nieustannie z radia i telewizji, czytamy je w gazetach, książkach i na monitorze komputera. Rynek, prywatna własność, konkurencja – o tak, to podobno zawsze działa świetnie. Reszta wręcz przeciwnie – nie działa wcale. „Żadnych eksperymentów” – wrzeszczą liberalni fanatycy. Wrzeszczą dlatego, aby zagłuszyć fakty, które podważają ich wywody. Aż tu nagle, w samej „Gazecie Wyborczej”, która zapewne po śmierci Balcerowicza zażąda jego beatyfikacji, znalazłem niepozorną notkę. W proch i pył rozbija liberalne wywody.
Notka ukazała się 9 kwietnia w dziale gospodarczym, pod tytułem „Miasta sprzedają tańsze paliwa”. Zacytujmy w całości, bo warto:
W Polsce powstają kolejne stacje benzynowe prowadzone przez spółki komunalne. Przez obniżenie marży na sprzedaży paliw udaje im się zmusić konkurencję do obniżek cen.
Gminne stacje paliw działają już w Rzeszowie, Płocku czy Białymstoku, o podobne właśnie walczą kierowcy z Gorzowa, Opola i Kielc. Zasada działania jest prosta, na miejskiej działce stację buduje spółka komunalna i sprzedaje benzynę z małą marżą, co kompensuje sobie wielkością obrotów. Reakcją na takie rozwiązanie jest często obniżenie cen paliw u konkurencji nawet w całym mieście.
Dwa lata temu w Rzeszowie prezydent miasta Tadeusz Ferenc zabiegał, by ceny za litr benzyny spadły poniżej 4 zł. Obliczono, że tamtejsze Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne stać na obniżenie marży na własnej stacji. Kiedy marża spadła, w ciągu tygodnia obroty stacji się potroiły, a konkurenci zareagowali natychmiast. Teraz paliwo PB 95 można tam kupić nawet za 3,98 zł na kilku małych stacjach i przy hipermarketach, a wielkie koncerny paliwowe obniżyły ceny do 4,14 zł. Miasto planuje budowę kolejnej własnej stacji.
Do podobnej decyzji inne samorządy nakłania też Białystok. – W listopadzie uruchomiliśmy swoją stację i na razie udało nam się ukształtować ceny w najbliższej okolicy. W tym roku będziemy mieli ponadmilionowy zysk. Za te pieniądze kupimy nowe autobusy i zbudujemy dwie kolejne stacje – mówi Dariusz Ciszewski, prezes Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Białymstoku.
Mechanizm nie do końca sprawdził się za to w Płocku, gdzie mieści się paliwowy koncern PKN Orlen. Choć miejska stacja pęka w szwach, obniżki cen w całym mieście są minimalne.
Koniec cytatu. Dodajmy, że komunalna stacja w Płocku, choć nie doprowadziła do obniżenia cen w mieście, jest dochodowa (czyli miasto zarabia), a jej klienci – mieszkańcy miasta – płacą mniej za benzynę, czyli oszczędzają.
Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że owe stacje podważają rzekomo żelazną regułę, iż własność publiczna jest zawsze gorsza niż prywatna i że musi być nieskuteczna, marnotrawna itd. Oczywiście nietrudno zrozumieć, że w Polsce, po niemal półwiekowej przygodzie z fatalnie działającymi upaństwowionymi punktami handlowymi czy usługowymi, wciąż żywe są obawy przed skutkami eksperymentów. Nietrudno również zrozumieć neoficki zapał w wychwalaniu wolnego rynku i własności prywatnej. Gdybyśmy mieli to od dawna, mniej byłoby zachwytów, więcej natomiast krytycyzmu. Ale niewiedza czy zapalczywość zwolenników rynku nie mają mocy sprawczej w kwestii zmiany rzeczywistości – od ich ględzenia komunalne stacje benzynowe nie przestaną generować zysków, oferować tańszego paliwa i nierzadko zmuszać konkurencję do obniżki cen.
Co ciekawe, tego typu eksperymenty gospodarcze trudno skrytykować z pozycji rozsądnego zwolennika wolnego rynku. Jednym z argumentów najczęściej używanych przez liberałów jest bowiem stwierdzenie, że konkurencja prywatnych podmiotów, nastawionych na zysk, gwarantuje konsumentowi optymalne zaspokojenie potrzeb. W tym przypadku tak właśnie jest mimo nie-prywatnej działalności! Klient otrzymuje niższą cenę za taki sam produkt, nie ponosząc żadnych dodatkowych kosztów, skoro stacje benzynowe są rentowne i nie trzeba do nich dopłacać z miejskiego budżetu.
Łatwo zgadnąć, jaki będzie zarzut wobec takiej formy własności i jej usług. Otóż dowiemy się, że zadaniem władz miejskich nie jest mnożenie sfer działalności i wkraczanie tam, gdzie z powodzeniem poradzi sobie sektor prywatny. Ilu dodatkowych urzędników należałoby zatrudnić, żeby nadzorowali zaangażowanie miasta czy gminy np. w pieczenie chleba, sprzedaż piwa, wyświetlanie filmów i dostarczanie wielu innych produktów? Oczami wyobraźni widzimy zapewne setki biurokratów maszerujących zwartym szeregiem do wciąż rozbudowywanych – trzeba ich pomieścić! – budynków urzędowych.
No dobrze, ale właściwie w czym problem? Po pierwsze, zadaniem władz lokalnych jest tworzenie lepszych warunków życia mieszkańców. Jeśli gminna stacja benzynowa czy piekarnia są w stanie dostarczyć tańsze produkty, to mieszkańcy ewidentnie na tym korzystają. Po drugie – skoro te formy działalności generują zysk, to wypracowują środki zarówno na rozmaite wydatki budżetowe, jak i na pensje dla dodatkowych pracowników, którzy muszą „ogarnąć” całość spraw związanych z takimi inicjatywami. Po trzecie – jeśli, jak w przypadku benzyny, skutkują obniżeniem cen, to obalają tezę, że tylko konkurencja prywatnych podmiotów na wolnym rynku pozwala osiągnąć możliwie najlepszy efekt z punktu widzenia konsumentów. Wygląda wręcz na to, że dopiero ingerencja w ów rynek ze strony podmiotu nie-prywatnego przywróciła faktyczną konkurencję.
Pójdźmy krok dalej. Bez trudu można znaleźć wiele sfer działalności, które dotyczą spraw ważniejszych niż płyn napędzający samochody. Z droższą benzyną da się żyć, natomiast znacznie trudniej funkcjonować w realiach np. drogiej żywności czy lekarstw. Dlaczego nie miałby istnieć komunalny sklep spożywczy, który zamiast wikłać się w układy z hurtowniami, skupowałby płody rolne bezpośrednio od okolicznych rolników, a bardziej zaawansowane produkty – od ich nieodległych wytwórców? Pominięcie kosztów marży hurtowej i dążeń do maksymalizacji zysku pozwoliłoby obniżyć ceny i sprawić, by mieszkańcy wydawali mniej na żywność. Komunalna apteka mogłaby natomiast oferować leki z mniejszą marżą, a w dodatku tylko tańsze produkty zamiast ich odpowiedników, które kosztują dwa razy drożej wyłącznie dlatego, że mają inną nazwę (najlepiej z końcówką „-ex”) i bardziej kolorowe opakowanie oraz słodszą powłoczkę tabletki.
Nie uważam, by wolny rynek czy własność prywatna były złe zawsze i wszędzie. Wręcz przeciwnie – sądzę, że słabość wielu „etatystycznych” koncepcji gospodarczych, a zwłaszcza ich praktycznych form, wynika z fanatyzmu ich twórców, będącego lustrzanym odbiciem tego, który cechuje postawę (neo)liberałów. Rozumiała to zresztą ta część krytyków kapitalizmu, która nie skompromitowała się wcieleniem w życie systemu będącego przeciwieństwem swoich teoretycznych założeń i obietnic. Czy przedwojenna Polska Partia Socjalistyczna opowiadała się za upaństwowieniem ogółu przedsiębiorstw? A skąd – optowała za gospodarką trójsektorową, czyli współistnieniem własności prywatnej, spółdzielczej i państwowej, a właściwie to za czterosektorową, bo podmioty komunalne też były w tych kręgach nierzadko przywoływane jako osobny, niezależny element układanki. Podobnie było z wszystkimi udanymi realizacjami koncepcji socjaldemokratycznych w krajach Zachodu – tam obecność różnych form własności zaowocowała nie tylko niespotykanym w dziejach poziomem, powszechnością i tempem rozwoju społecznego (tzw. złota trzydziestka, czyli 30 powojennych lat), ale również rozszerzeniem swobód jednostek oraz ugruntowaniem demokracji, czyli czymś dokładnie odwrotnym niż komunistyczne dziadostwo i zamordyzm.
To zresztą „realny socjalizm” pospołu z ideologiczną ofensywą neoliberalizmu sprawił, że wszelkie dyskusje o alternatywach gospodarczych traktowane są podejrzliwie, a wyznawcy wolnego rynku mogą do woli wykrzykiwać: „Żadnych eksperymentów”. W Polsce widać to doskonale. Nasz kraj przed wybuchem II wojny światowej daleki był od ideału. Nawet biorąc poprawkę na zaledwie 20-letni staż odrodzonego państwa, można mówić o wielu błędach, zmarnowanych szansach i niepodjętych inicjatywach. Ale okres międzywojnia jest jednocześnie najlepszym przykładem bzdurności hasła „żadnych eksperymentów”. Polska była bowiem wtedy – patrząc z obecnej perspektywy – jednym wielkim eksperymentem! Kilka milionów osób zrzeszały samopomocowe kasy oszczędnościowo-kredytowe. Wiele tysięcy ludzi pracowało w licznych spółdzielniach, jeszcze więcej – korzystało z ich usług. W znacznej ilości miast istniały banki komunalne, które dzięki finansowemu zaangażowaniu władz lokalnych oferowały – tak jak dzisiaj czynią to wspomniane stacje benzynowe – usługi dla sporych grup klientów na zasadach korzystniejszych niż prywatne podmioty komercyjne. Spółdzielczy Instytut Naukowy był powszechnie szanowaną instytucją naukowo-badawczą, a katedry spółdzielczości istniały na kilku państwowych uniwersytetach. Znanych działaczy spółdzielczości, np. Franciszka Stefczyka, powoływano na znaczące państwowe stanowiska w sferze gospodarczej, a wieloletnia działalność w „eksperymentach” spółdzielczych nie przeszkadzała piastować najwyższych godności, jak było w przypadku prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. „Eksperymenty” nie były żadnym dziwactwem, lecz dokonywały się w blasku fleszy i pochwał, jak choćby budowa obiektów Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
Tego wszystkiego nie zniszczył kapitalizm. Zniszczyła to komuna, która nie tylko rozbiła materialną bazę alternatywnych form własności i nowatorskich sposobów zaspokajania ludzkich potrzeb. Zdewastowała ona także ideologiczną nadbudowę takich działań. To, co wspólne, okazało się niczyje, można było je do woli niszczyć, eksploatować czy lekceważyć. Efekt jest taki, że znacznie więcej pochwał pod adresem własności prywatnej i komercyjnego wolnego rynku słychać w Polsce niż w dowolnym kraju, gdzie owe mechanizmy i idee są znacznie bardziej ugruntowane. A ile osób wie, że przyjaźniejszy klimat dla spółdzielczości jest w liberalnych Stanach Zjednoczonych niż w Polsce, gdzie ponoć pełno mamy homo sovieticus, którzy niechęć wobec kapitalizmu wyssali z mlekiem matki.
Oczywiście swoje zrobiła też postawa polskiej, pożal się Boże, lewicy. Gdy już łaskawie porzuci ona tematykę aborcyjno-gejowsko-feministyczno-antyklerykalną, względnie – dostrzeże, że od czasu XIX-wiecznej mobilizacji proletariatu co nieco się na świecie zmieniło, sięga po tematykę ekonomiczną. Niestety, jest z tym więcej kłopotów niż pożytku. Kilku podstarzałych fanatyków i zapatrzonych w nich studentów chciałoby upaństwowić i kontrolować wszystko, mniej więcej w stylu Lenina z okresu przed wprowadzeniem NEP-u. Inni z kolei uważają, że niezależnie od realiów kulturowych, powinniśmy naśladować pomysły meksykańskich Zapatystów albo którejś z innych aktualnie modnych inicjatyw – im bardziej egzotycznych, tym lepiej. Obrazu dopełniają mózgowcy z „Krytyki Politycznej”, która wzbogaciła merytoryczny poziom polskiej lewicy tak bardzo, że przez ponad 5 lat działania zdołała w kwestiach gospodarczych sformułować „program” brzmiący mniej więcej tak: „ma być jak w Szwecji lub w Finlandii”. Zapewne ta Szwecja i Finlandia spadną Polakom z nieba jako prezent od Ducha Dziejów.
Efekt jest taki, że środowiska, od których należałoby oczekiwać inspiracji w dziedzinie alternatyw gospodarczych, nie mają zielonego pojęcia ani o polskich tradycjach takich inicjatyw, ani o istniejących udanych – co nie znaczy doskonałych – przykładach tego, że oprócz prywatnej własności i kapitalistycznej konkurencji można działać inaczej. Czytam od lat chyba wszystkie polskie periodyki mniej lub bardziej lewicowe i na palcach mógłbym policzyć pochodzące z nich informacje o sprawnych polskich spółkach pracowniczych, spółdzielniach, grupach producenckich, barterze bezgotówkowym itp. A gdy opublikują jakąś teoretyczną rozprawę na ten temat, to koniecznie musi być to coś napisanego na drugim końcu świata, a w swej naiwności i utopijności bijącego na głowę nawet najsłabsze spośród rozpraw klasyków polskiej myśli kooperatywnej: Mielczarskiego, Chmielewskiego, Wojciechowskiego, Thugutta czy Rapackiego. Wszyscy oni są przekonani, że „inny świat jest możliwy” – ale gdy zapytamy ich, jak miałby wyglądać ten inny, niekapitalistyczny porządek, otrzymamy zestaw sloganów na poziomie licealisty.
Komunalne stacje benzynowe pokazują nie tylko to, że nie-prywatne może być skuteczne i sprawne. Uświadamiają one, że możliwe, a nawet potrzebne są rozmaite eksperymenty, które ochronią społeczeństwo przed wadami rynku oraz usprawnią proces optymalnego zaspokajania ludzkich potrzeb. Jak widać na tym konkretnym przykładzie, już sprawdzonym w praktyce, podmioty publiczne, w dodatku nie nastawione na maksymalny zysk, mogą pełnić pozytywną rolę. Między zamordystycznym, niewydolnym komunizmem a wadliwym wolnym rynkiem istnieje miejsce na rozmaite szczeble pośrednie.
„Żadnych eksperymentów”? Naprawdę tak sądzicie, drodzy liberałowie? No to płaćcie więcej za benzynę na prywatnych stacjach – macie przecież wolny wybór.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nic też dziwnego, że od kilku lat przez miasto przemaszerowują pod tęczowymi flagami seksualni rewizjoniści i mistrzowie podejrzeń, dekonspiratorzy i demistyfikatorzy pruderii, obłudy i obyczajowego zaścianka. Tak będzie i w tym roku. I właściwie nie chciałoby mi się już o tym mówić ni pisać, bo sprawa z roku na rok budzi we mnie coraz większe znudzenie i obojętność, gdyby nie pewna – skądinąd zabawna – informacja z programu tegorocznych obchodów walki z ciemnotą i kołtunerią w imię wszystkiego, co światłe i postępowe, a przy tym związane – excusez le mot – z poczciwym ciupcianiem. Tak to już bowiem utarło się na nowej lewicy, że walczy z kapitalizmem głównie genitaliami. Brzydko mówiąc: pieprzy kapitalizm z całych sił. Choć mam spore obawy, że – mówiąc obrazowo – cała para idzie w gwizdek.
Zatem w ramach tegorocznego festiwalu seksualnie wyzwolonych „Kultura dla tolerancji” będzie można zobaczyć reklamowaną jako „wydarzenie specjalne” wystawę zdjęć zatytułowaną nowocześnie, bo z angielska: „Cumfaces”. Będzie tam można zobaczyć portrety ludzi przeżywających orgazm. Szczerze mówiąc, oglądanie gęb bliźnich w chwili erotycznego uniesienia wydaje mi się tyleż niesmaczne, co zabawne – to trochę tak jak z Gargantuą i Pantagruelem. No ale widać zaliczam się do strasznych mieszczan, o których zaraz będzie mowa. Otóż ulotka reklamująca to śmiałe wydarzenie artystyczne głosi, iż „efektem [zmagań z płcią i obiektywem] jest cykl prac, które wyciągają seksualność z mieszczańskiej sypialni i śmiało wprowadzają ją w przestrzeń publiczną”.
Tak zatem nowa lewica ożywia stary mit strasznych, purytańskich, pruderyjnych, kołtuńskich mieszczan i przeciwstawia jej świeżość swej ideologii. Co prawda ta świeżość trąci myszką starej, poczciwej dekadencji, no ale umówmy się, że dekadencja zawsze jest cool, a mieszczanie to zacofańcy, egzystujący w strefie mroku zbędnych tabu, intymności i poczucia, że po to wymyślono alkowę, by nie czynić jej rzeczą publiczną. Cyganeria zwyczajowo wie jednak lepiej, czego ludziom do szczęścia potrzeba. Trzeba ich epatować wyzwoloną sztuką, by wreszcie sami doznali wyzwolenia i oczyszczenia. Ku czemu i po co? To właśnie jest dla mnie niejasne.
Rzecz jasna, sztuka współczesna na usługach lewicy jest sztuką społecznie zaangażowaną. Wrażenia estetyczne (choć z zasady nie grzeszy ich nadmiarem) są tu narzędziem i pretekstem dla przekazania ideologii, która nie tylko ma interpretować świat, ale i go zmieniać. Rzecz jasna, na lepsze. Straszni mieszczanie, ze swymi uprzedzeniami i zabobonami, ze swym mniej lub bardziej rozwiniętym systemem moralnym i etycznym, wyniesionym choćby z religii, nadają się jak znalazł na ilustrację z propagandowego opowiadanka: raz jako chłopiec do bicia, dwa (jedno nie przeczy drugiemu) jako przedmiot kaznodziejskich starań i wysiłków nowej lewicy.
Zastanawia mnie, jaki zbawienny skutek społeczny ma przynieść tego rodzaju „wydarzenie artystyczne”? I cóż mamy zawdzięczać wywleczeniu seksu z mieszczańskiego łoża na oczy szerszej widowni? Wyzwolenie i szczęście zapewne. Tu jednak zaczyna się pewien kłopot: jakie wyzwolenie, jakie szczęście? Mam przykre wrażenie, że cały ten projekt niewiele różni się od pogadanek seksuologów z pism dla nastolatków i świerszczyków dla pryszczatych młodzieńców: spełnij się, bądź bezpruderyjny itp. Oto wielki, wspaniały projekt społeczny na poziomie snu erotomana. Nikt nie odmawia erotomanom marzeń, ale – bądźmy szczerzy – nie jest to wizja akceptowalna na poziomie ludzkiej wspólnoty. Coraz więcej seksu w przestrzeni publicznej – jeśli to rozumie nowa lewica przez wolność, jaką proponuje ogółowi, to obawiam się, że jej projekt upadnie znacznie szybciej niż ktokolwiek może się tego spodziewać. Stanie się po prostu nudny i jałowy, przestanie szokować i absolutnie nie będzie odpowiadał na jakiekolwiek faktyczne zagrożenia i bolączki społeczne.
No chyba że o czymś nie wiem, że coś pomijam. Może takie „kumfejsy” (że pozwolę sobie ukuć taki termin na potrzeby tego felietonu) mogą realnie przyczynić się do zmniejszenia przypadków pedofilii, molestowania seksualnego (w rodzinach, miejscach pracy, na uczelniach, w polityce)? Może wywierają jakieś dobroczynne skutki w relacjach międzyludzkich? O niczym takim nie wiem, dlatego traktuję je jako stricte ideologiczny projekt formacji idącej na jałowym biegu, której popularność, jak sądzę, wynika przede wszystkim z tego, że znajduje dla siebie grunt i poklask w intelektualnie miałkiej, treściowo nijakiej, jałowej i znudzonej sobą kulturze masowej.
Bo nie oszukujmy się: nowa lewica, z całą swą obsesyjną walką o seksualną emancypację i epatowaniem widza/czytelnika ekscesami, nie jest niczym rewolucyjnym, ni odkrywczym. Bazuje na znudzeniu konsumenta odpowiednio sformatowanego przez współczesne środki prania mózgu, który w przerwach między pracą a snem przerzuca kanały TV, surfuje po Sieci i szuka choćby cienia mocniejszych wrażeń. I to jest właśnie jego wyzwolenie: rozrywka. Tudzież rozrywka bardziej wyrafinowana, z polorem czegoś intelektualnie pogłębionego, zaangażowanego i – rzecz jasna – modnego, a zatem słusznego: „kumfejsy”. Tu dochodzimy do paradoksu: człowiek nie przestaje być strasznym mieszczaninem nawet wtedy, gdy rozprawia publicznie o seksualnej rewolucji. Mało to wokół nas „wyzwolonych” hipokrytów?
Odczuwam jednak pewną obawę, że może po prostu jestem staroświecki i kompletnie nie wyznaję się na nowoczesności i nic a nic nie pojmuję z jej dobrodziejstw. I zamiast krzyczeć: „Pornografowie wszystkich płci, łączcie się!”, wieczorami obłudnie zasłaniam zasłony. I że czuję wstyd. Czy jestem mniej szczęśliwy i mniej wyzwolony od tych, co w parku uchylają poły długich płaszczy? Nie wiem. Ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić społeczeństwo zdominowane przez sympatycznych panów w długich płaszczach. Choćby wychowanych w/na kulturze dla tolerancji.
Krzysztof Wołodźko
P. S. I jeszcze jedno, choć to nie fair, bo to argument ad personam. Zastanawia mnie, ilu z tych piewców „wyzwolenia seksu” zdecydowałoby się na miłość w miejscu publicznym. Może trzeba by na tę okoliczność przepytać organizatorów i czołowe postacie rodzimej nowej lewicy. Można by sprzedawać bilety, a środki z nich uzyskane przeznaczyć na jakiś godny cel…
przez Anna Mieszczanek | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Tego, że zaplątała się nasza nieufna europejska demokracja. Do tego stopnia, że tylko o jednym procencie naszych własnych podatków wolno nam decydować samodzielnie.
O pozostałych 99 procentach decydują tradycyjnie nasi przedstawiciele, wybierani w sposób, który obywateli nie satysfakcjonuje, ale który satysfakcjonuje przedstawicieli obywateli. Właśnie przeczytałam, że sztandarowy pomysł naszych przedstawicieli z Platformy – okręgi jednomandatowe – odkłada się do lamusa z powodu nacisków naszych przedstawicieli z PSL-u. Po raz kolejny znika szansa na to, żeby obywatele zyskali nieco więcej wpływu na przestrzeń publiczną, a tym samym na sposób, w jaki nasi przedstawiciele dysponują naszymi podatkami. Który obywateli raczej nie satysfakcjonuje, rzecz jasna.
A jednak Duch Dziejów robi postępy.
W zamierzchłych czasach peerelu walczyło się z władzą o socjalizm z ludzką twarzą. Miarą postępu dziejowego jest fakt, że obecnie obywatele mogą już walczyć z władzą o ludzką twarz parku miejskiego.
To się dzieje naprawdę. Już mi się nie chce w kółko pisać tego samego: że władzę sobie sami wybieramy, że ją sami opłacamy. A potem, jak zwykle:
„Mieszkańcy protestują od ponad roku. Wytykają władzom dzielnicy, że dotychczasowe spotkania miały charakter informacyjny, a nie konsultacyjny. – Zwołali nas, pokazali plany i kazali się cieszyć z rewitalizacji parku – krytykuje Maria Środoń”. Z warszawskiej Ochoty, tym razem.
„– Brak konsultacji społecznych to był błąd – przyznaje Maurycy Seweryn, wiceburmistrz dzielnicy. – Ale park potrzebuje rewitalizacji, a pieniądze daje na to miejskie Biuro Ochrony Środowiska – przypomina /…/ Wskazówki biura określają, jak mają wyglądać warszawskie parki /…/ Ci, którzy odpoczywają w parku, nie dają za wygraną. W sobotę przyszło tam kilkadziesiąt osób z wózkami i bez. Po dyskusji postanowili założyć stowarzyszenie, które będzie walczyło o »park z ludzką twarzą«”. (http://miasta.gazeta.pl:80/warszawa/1,34862,5097981.html)
Obywatele! Potrzebujemy jakiejś Siostry Miłosierdzia! Może być nawet bez twarzy.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Popełnić błąd to ludzka rzecz. Uciekać od odpowiedzialności i kontynuować błędną strategię, to już tylko głupota. Niestety, cechuje ona środowiska lewicowe – także te, które próbują nas przekonać, że reprezentują „nową jakość” i wysokie standardy intelektualne.
Mam na myśli recepcję dwóch książek. Pierwsza to „Klęska »Solidarności«” Davida Osta, druga – „Co z tym Kansas?” Thomasa Franka. Obie mówią właściwie to samo, tyle że jedna o Polsce, druga zaś o sytuacji w USA. Ich główna teza brzmi mniej więcej tak: środowiska prawicowo-konserwatywne dokonały manipulacji w debacie publicznej, przenosząc środek ciężkości sporu z kwestii ekonomicznych na kulturowe („wartości”). Prawica, kierując „gniew ludu” na „odstępstwa od kulturowej normy”, pozyskuje poparcie wyborców wykluczonych ekonomicznie (pracownicy najemni, ubodzy, bezrobotni itd.), lecz zamiast prowadzić politykę zgodną z ich interesami, czyni wręcz przeciwnie – wspiera taki model gospodarki, który wykluczonych jeszcze bardziej wyklucza. Ci zaś, zamiast porzucić prawicę, wspierają ją nadal, gdyż wciąż ulegają wizji „kulturowego zagrożenia”. Obywatele-wyborcy, choć prawica nie oferuje im polepszenia sytuacji bytowej, uważają ją za swoich reprezentantów, gdyż broni przed tym, co postrzegają jako zjawiska wymierzone w ich styl życia i światopogląd. Mówiąc konkretniej: ubodzy co prawda tracą na liberalizacji kodeksu pracy, obniżaniu podatków dla bogaczy, likwidacji wielu świadczeń socjalnych itp., lecz mimo to popierają prawicę, która swoje neoliberalne poglądy przysłania „krucjatą” w obronie moralności: przeciwko prawom gejów, feminizmowi, liberalnej polityce karnej, aborcji itd. W efekcie, za „wierność wartościom” ubodzy płacą cenę „pustej miski”. Prawicowi demagodzy posługują się retoryką dotyczącą „wartości”, aby wyżyłować pracowników najemnych i odwrócić ich uwagę od sedna sprawy. Politykę skoncentrowaną wokół polepszenia sytuacji ekonomicznej społeczeństwa zastąpiły batalie kulturowe, dotyczące „ładu moralnego”.
Thomas Frank mówi o tym na przykładzie amerykańskiego stanu Kansas, który z punktu widzenia standardowych reguł politycznych powinien stanowić wyborcze zaplecze Demokratów, czyli (centro)lewicy. Tymczasem tamtejsi mieszkańcy, głównie niezamożni, w dużej mierze pracownicy najemni, niższe warstwy klasy średniej, bezrobotni, beneficjenci pomocy społecznej itp., od jakiegoś czasu udzielają poparcia neoliberalnej prawicy, czyli Republikanom. Ich faworyci wprowadzają po wygranych wyborach rozwiązania jeszcze bardziej korzystne dla wielkiego biznesu i elit finansowych, a pogarszające sytuację niższych warstw społeczeństwa. Te ostatnie, zamiast w kolejnych wyborach przegnać precz tych, którzy działają na ich szkodę – i to wymierną w dolarach i poziomie życia – popierają ich po raz kolejny, zwabieni hasłami o zwalczaniu „niemoralności”, „chaosu kulturowego” czy „machinacjach liberalnych [obyczajowo] elit”. To samo zdaniem Davida Osta miało miejsce w Polsce, gdy „Solidarność”, wyrastająca z masowego ruchu robotniczo-społecznego, po roku 1989 zamiast zwalczać neoliberalne reformy, wspierała je, odciągając uwagę społeczeństwa „tematami zastępczymi”: potępianiem aborcji, demaskowaniem „wrogów Polski” czy pomstowaniem na postkomunistów. W obu książkach schemat jest ten sam: zła, podstępna i wyrachowana prawica podrzuciła społeczeństwu kwestie moralne jako główny punkt sporu, zaś błędem lewicy jest co najwyżej przyjęcie takiej sytuacji za dobrą monetę (w USA) czy swoiste „zdradzenie” robotników przez lewicowo-liberalne elity, niegdyś związane z nimi (w Polsce).
Na szerszej płaszczyźnie, gdy analizujemy trendy światowe, nie zaś tylko polskie czy amerykańskie, mowa o problemie określanym jako „postpolityczność”. Czyli o zastąpieniu sporu o charakterze społeczno-ekonomicznym (progresja podatkowa, rola i wielkość sfery publicznej, pomoc socjalna, model gospodarki itp.) przez debatę o kwestiach kulturowych (moralność, wartości, styl życia, seksualność etc.). Jest to bez wątpienia słuszna obserwacja, zresztą oczywista, gdy porównamy „zawartość” obecnych debat publicznych z tymi, które miały miejsce np. 50 lat temu. Samo to, że ukazują się książki na ów temat, jest zjawiskiem pozytywnym, gdyż zwracają uwagę na zaburzenie proporcji. Powiedzmy to wprost: niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy uduchowieni i idealistyczni, najpierw musimy się najeść i mieć dach nad głową, abyśmy mogli się modlić, kultywować tradycje narodowe czy uczestniczyć w kulturze.
Jednak na tym kończą się zalety wspomnianych książek i dzisiejszych lewicowych lamentów. Zawarta jest w nich bowiem jedna całkowicie fałszywa teza. To nie prawica zmanipulowała świadomość wyborców i podrzuciła im tematy „lajfstajlowe” czy „seksualne”. Uczyniła to sama lewica, ładnych kilkadziesiąt lat temu, a dziś zbiera gorzkie owoce takiej postawy. Krytykowanie prawicy za to, że reprezentuje interesy raczej społecznych elit niż „dołów” i że broni „wartości” zamiast „pełnej miski”, ma taki sam sens, jak zgłaszanie pod adresem słońca pretensji o to, że świeci. Prawica robi od dziesiątków lat to samo – taka jest jej polityka, taka partyjna tradycja, takie oczekiwania zwolenników tej opcji. Nie musiała ona niczego zmieniać, niczym manipulować – po prostu była konsekwentna. Dokładnie odwrotnie jest natomiast z lewicą. Przez wiele lat reprezentowała klasowy, ekonomiczny interes społeczeństwa i jego niższych warstw, rozumiejąc, że tylko na gruncie materialnej stabilizacji możliwa jest kulturowa emancypacja i że bardziej tolerancyjne są społeczności „najedzone” niż „głodne”. Co więcej, spora część lewicy uważała, że jej zadaniem nie jest „wyzwalanie” nikogo na siłę – dbano o dobrą sytuację materialną robotników, uznając, że po pierwsze ich kultura i styl życia reprezentują pozytywne wartości, a po drugie, że to sami robotnicy powinni decydować, jak będą żyli, w co wierzyli itd.
To właśnie lewica, bez żadnego wkładu prawicy w ten proces, porzuciła swój etos i zamiast kwestii klasowych, na sztandar wciągnęła sprawy obyczajowe. Począwszy od lat 60. i młodzieżowej rewolty tamtej dekady, lewica coraz bardziej lekceważyła tematykę ekonomiczną. Stopniowo środek ciężkości jej zainteresowań przenosił się z praw pracowników najemnych na feminizm, mniejszości seksualne, styl życia i konsumpcji, imigrantów czy mniejszości etniczne („tolerancja”, „różnorodność”) itd. Im dłużej trwał ów proces, tym mniej było miejsca na kwestie socjalne, w wielu przypadkach zupełnie ustępujące tematyce „obyczajowej”. Ba, robotnicy i niższe warstwy społeczeństwa nierzadko byli przez lewicę uznawani za „reakcyjnych”, gdy okazało się, że nie nadążają z akceptowaniem wzorców i postaw podsuwanych przez awangardową elitę. Robotnik okazywał się „ksenofobem”, „drobnomieszczaninem”, „homofobem”, „zwolennikiem patriarchatu”, a przynajmniej nie dość gorliwie przyswajał najnowsze trendy kulturowe.
W najlepszym razie lewica uznała, że pracownicy najemni mogą być zaledwie jednym z wielu podmiotów tworzących zaplecze tego środowiska politycznego, obok rozmaitych grup bazujących na tożsamości nie ekonomicznej, lecz kulturowej czy po prostu seksualnej. W wielu przypadkach lewica poszła jednak znacznie dalej, uznając, że bliższe niż „zastygłe” środowiska robotnicze są jej młodzieżowe subkultury, liberalna obyczajowo część klasy średniej, najróżniejsze „wyluzowane” grupy bazujące raczej na wspólnym modelu konsumpcji niż definiowane wedle stosunku do posiadania środków produkcji czy miejsca w stratyfikacji klasowej.
Oczywiście swoje zrobiło też „samo życie”. W ostatnim półwieczu dokonały się ogromne przeobrażenia kulturowe, technologiczne, komunikacyjne itp., co wpłynęło na dotychczasowe podziały społeczne. Paradoksalnie jednak, lewica znacznie mniej uwagi poświęciła „nowym wykluczonym”, zajmując się głównie „nową elitą”. Nowe rozwiązania technologiczne czy kulturowe dokonały tego, czego bezskutecznie domagały się bojowe ruchy społeczne – to nie sufrażystki „uwolniły” kobiety z domów i „garów”, lecz uczynił to dynamiczny kapitalizm, potrzebujący dodatkowych pracowników i konsumentów. „Kura domowa” po prostu przegrała z „business woman” czy choćby z „wyzwoloną kobietą”. Zamiast przedstawiać gejów jako „zboczeńców” czy „dziwaków”, jak czyniono dawniej, kapitalizmowi bardziej na rękę jest dziś traktowanie ich jako pełnoprawnych konsumentów i stymulowanie ich dążeń do materialistycznego „spełnienia”. Różne kulturowe tabu i ograniczenia hamują rozwój kolejnych sektorów konsumpcji. Jeśli wielki kapitał i elity społeczne odwołują się do konserwatywnych wartości, to bardzo wybiórczo, w ramach reagowania na postawy dysfunkcjonalne z punktu widzenia stabilizacji systemu. Czasem promują np. „szeryfa”, który „rozprawi się z przestępcami”, ale żadnej ponadnarodowej korporacji czy elicie finansowej nie byłaby przecież na rękę reaktywacja surowego etosu rodem z Dzikiego Zachodu, opartego na niewielkiej konsumpcji, skromnym życiu, oszczędności i dbałości o wspólnotę kosztem wielu indywidualnych zachcianek.
Swoje zrobiła też kapitulacja lewicy przed narastającą od lat 70. inwazją neoliberalizmu i tendencji globalizacyjnych. Łatwiej było zajmować się „dyskryminacją gejów”, „równouprawnieniem kobiet” czy „tendencjami rasistowskimi” niż walką z coraz bardziej brutalnym wyzyskiem ekonomicznym i deregulacją rynku pracy. Tym bardziej, że do lamusa odeszły dotychczasowe wyraziste podziały społeczne i sposoby mobilizowania różnych grup. Nie było już jednego „proletariatu”, lecz zróżnicowane „subkultury” w łonie klasy robotniczej. Nie było też stabilnego etosu, lecz dynamiczne zmiany w jego obrębie, sprawiające, że dawną jedność postaw i świadomości pracowników najemnych zastąpiły znaczne różnice choćby pokoleniowe. Sam wyzysk też nie był już tak łatwy do zdefiniowania jak wtedy, gdy w jednym przedsiębiorstwie pracowało kilkadziesiąt tysięcy osób, a szefostwo w imię maksymalizacji zysków dokonywało zwolnień grupowych lub obniżki płac.
Wszystkie te czynniki złożyły się pospołu na to, że lewica z „klasowej” stała się „kulturową”. To ona zapoczątkowała proces dominacji „postpolityki”, wszczynając raczej batalie kulturowe niż ekonomiczne. Prawica nie tylko pozostała wierna sobie i koncentracji na „wartościach”, lecz szybko zrozumiała, że zmiana postawy lewicy jest dla niej niezwykle korzystna. O ile wcześniej lewica, mówiąc kolokwialnie, zwracała się do prawicy tak: „przestańcie gadać o chodzeniu do Kościoła, gdy ludziom nie starcza do pierwszego”, o tyle później ta sama lewica przekonywała już, że „nie ma alternatywy wobec wolnego rynku, więc pogadajmy o tym, dlaczego czepiacie się gejów”. Lewica przestała zagrażać ekonomicznym interesom elit finansowych, przestała mobilizować „gniew ludu”, a w dodatku jej postulaty obyczajowe nierzadko były postrzegane jako wymierzone w „małą stabilizację” niższych warstw społecznych. Te ostatnie zresztą, w efekcie niekorzystnych dla nich przeobrażeń gospodarczych, „usztywniły” swoje postawy – nie od dziś wiadomo, że „jak trwoga to do Boga” i że społeczeństwa mniej stabilne stają się bardziej podatne na postawy nietolerancyjne. To nie żaden spisek czy choćby strategia prawicy sprawiły, że pole bitwy przesunęło się z kwestii ekonomicznych na kulturowe. Próby zrzucenia z siebie odpowiedzialności za ten fakt nie zmienią sytuacji.
Tym bardziej, że lewica mówi „A”, lecz nie potrafi powiedzieć „B”. Jaki bowiem wniosek wyciągnęła z trafnego rozpoznania obecnej sytuacji? Czy postanowiła porzucić tematykę i retorykę „obyczajową” na rzecz „klasowej”? Skądże – ona postanowiła łaskawie sięgnąć po hasła „socjalne”, łącząc je z „moralnymi”. Trudno spodziewać się, że w efekcie takiej reorientacji cokolwiek ulegnie zmianie – jest to bowiem działanie spod znaku „jak zmienić wszystko, by wszystko zostało po staremu”.
Lewica nie rozumie – czy po prostu nie chce przyznać – że dziś gorszej sytuacji pracowników najemnych towarzyszy znacznie lepsza sytuacja różnych środowisk „kulturowych”. Współczesny rynek pracy jest z punktu widzenia robotnika gorszy niż ten z lat 50. czy 60. – o wiele bardziej niestabilny, wymagający ciągłych postaw przystosowawczych (mobilność przestrzenna, dokształcanie, ruchomy czas pracy itp.), dysponujący ogromną gamą środków „miękkiej represji” (rozbicie firmy na mniejsze oddziały, outsourcing czy całkowite przeniesienie produkcji za granicę), a jednocześnie pozbawiony silnego przeciwnika w postaci dawnego państwa narodowego i jego polityki fiskalnej czy celnej. Natomiast współczesna kultura jest w porównaniu z tą sprzed pół wieku o wiele bardziej sprzyjająca środowiskom „obyczajowym”. Dziś mało który polityk nowoczesnego państwa pozwala sobie na wypowiedzi jawnie homofobiczne, antykobiece czy rasistowskie, natomiast całe zastępy członków klasy politycznej nieustannie pouczają i strofują pracowników najemnych, bezrobotnych, beneficjentów pomocy socjalnej itp. Owszem, kolorowi imigranci czy kobiety na ogół są traktowani gorzej na rynku pracy, ale wynika to nie z tego, że bossowie biznesu mają rasistowskie czy patriarchalne poglądy, lecz dlatego, że grupy te, samoidentyfikując się poprzez odwołania do rasy czy płci, wykopują przepaść między sobą a resztą pracowników najemnych, który to podział liberalne elity jeszcze wzmacniają, bo zasada divide et impera jest im na rękę. Ciekawe dlaczego w wielkich mediach promowane są tożsamości płciowe, seksualne czy etniczne, lecz nie ma tam miejsca na popularyzowanie etosu wyrastającego choćby ze wspólnego miejsca pracy czy z zajmowania podobnej pozycji w strukturze klasowej.
Orientacja seksualna czy płeć nie zamykają dziś drogi – przynajmniej oficjalnie – na żadne stanowiska w biznesie, nauce, mediach, kulturze i w sferze publicznej. Natomiast zróżnicowanie dochodów między bogatymi a biednymi jest kilkadziesiąt razy większe niż ćwierć czy pół wieku temu, podobnie jak formalne i nieformalne bariery wynikające z tego. Mówienie o sojuszu i wspólnocie interesów gejów i bezrobotnych jest zupełnie pozbawione sensu. I nie zmienia tego fakt, że wśród homoseksualistów też występuje bezrobocie – bo gej identyfikuje się bardziej ze swoim stylem życia niż z pozycją zawodowo-klasową, dlatego też to nie heteroseksualny bezrobotny jest przezeń postrzegany jako towarzysz wspólnej walki. Mogą zaistnieć takie doraźne sojusze, ale i one raczej podkopują powrót do polityki klasycznie lewicowej niż wspierają ten proces.
Pewien konserwatyzm klasy pracującej jest bowiem faktem. Mówią o nim wszelkie badania socjologiczne. Lewica jednak błędnie interpretuje ów konserwatyzm, bądź to akceptując, bądź krytykując pogląd, jakoby robotnik był rozmodlonym ksenofobem potępiającym aborcję i homoseksualizm. Tymczasem konserwatyzm niższych warstw społecznych rzadko przybiera charakter „ideologiczny”, nie stanowi spójnego, całościowego zestawu poglądów. Częściej przejawia się natomiast w cenieniu stabilizacji kulturowej, niechęci wobec pochopnych zmian, przywiązaniu do środowiskowych postaw i stylu życia. Przeciętny robotnik czy bezrobotny nie spędza pół dnia z różańcem w ręku, ale chrzci dzieci i posyła je do komunii, a jeśli nie przyjmuje księdza po kolędzie, to raczej dlatego, że mierżą go faktyczne czy domniemane „wybryki” kleru niż z tego powodu, że naczytał się ateistycznych broszur. Przeciętny robotnik nie tropi na swoim osiedlu gejów i nie urządza ich pogromów, ale jednocześnie pomysł adoptowania dzieci przez homoseksualistów wydaje mu się co najmniej dziwaczny. Przeciętny bezrobotny nie jest krwiożerczym nacjonalistą, ale wzrusza się, gdy podczas występu reprezentacji odgrywają hymn – i trudno mu zostać sojusznikiem kogoś, kto posługuje się sloganami typu „patriotyzm to idiotyzm” lub uważa celebrowanie pamięci o Powstaniu Warszawskim czy Piłsudskim za przejaw „faszyzmu”. Bezrobotny nie musi uważać, że „baba nadaje się tylko do garów”, ale raczej nie przekonamy go, iż warunkowany płciowo i kulturowo podział ról społecznych jest całkowicie bez sensu.
Lewica jest tymczasem przekonana, że wystarczy do mocno eksploatowanej tematyki obyczajowej dołożyć trochę „ekonomii i socjalu”, aby odzyskać niższe warstwy społeczne z rąk prawicy. Nic z tego. Oczywiście jednostkowe przypadki tego typu są możliwe, a domorośli stratedzy cieszą się, gdy na niszowej feministycznej Manifie pojawi się delegacja górników z równie niszowego związku zawodowego. Ale naiwne jest przekonanie, że w masowej skali polscy górnicy czy hutnicy zbratają się z twórcami „sztuki nowoczesnej”, doktorantami spędzającymi czas na debatach o patriarchacie lub z bywalcami stołecznych gejowskich klubów. To są po prostu zupełnie inne światy, nie tylko w sferze kultury, ale również ekonomii – nawet jeśli doktorant nie zarabia więcej niż robotnik wykwalifikowany, to dalszy ciąg „kariery zawodowej” prawdopodobnie będzie oznaczał niewielkie zmiany lub stagnację u robotnika oraz znaczący rozwój u doktoranta.
Nie wystarczy zatem, że lewica dołoży do postulatów obyczajowych hasła socjalne, „zmiksuje” to i spróbuje przyciągać różne grupy społeczne. Co więcej, gdy na serio zacznie stawiać postulaty ekonomiczne, w sposób zagrażający interesom kapitału, to zniknie z wielkich mediów i salonów, które dziś chętnie ją zapraszają, by epatowała aborcją, egocentrycznymi polemikami czy w najlepszym razie odwołaniami do „modelu skandynawskiego”, pozbawionymi jakichkolwiek konkretów i postulatów dotyczących polskiego „tu i teraz”. Zresztą, wystarczy spojrzeć, jak ta salonowa lewica reagowała choćby na wyborcze sukcesy Samoobrony – pierwszego tak znaczącego ruchu plebejsko-rewindykacyjnego w Polsce – i przypomnieć jej ówczesny jazgot o „populizmie”, niczym nie różniący się od jazgotu neoliberałów z „Wprost” i Business Centre Club, by sprawdzić szczerość „socjalnych” deklaracji tej lewicy, która pyta „co z tym Kansas?”.
Gdyby lewica wyciągnęła wnioski „z Kansas”, powinna nie tyle całkowicie porzucić tematykę kulturową, ile znacząco zmienić zawartość tego katalogu swoich postulatów. Wyrazistemu, czy wręcz bojowemu akcentowaniu postulatów ekonomicznych, stanowiących sedno programu politycznego, powinny towarzyszyć odwołania do tych wartości, które są istotne dla klas niższych i środowisk wykluczonych. Lewica powinna odebrać prawicy monopol na patriotyzm, powinna nie wstydzić się przyznać, że w życiu ludzi istotną rolę odgrywa np. rodzina czy praktyki religijne, że niższe warstwy społeczeństwa pragną raczej stabilizacji niż kolejnych eksperymentów kulturowych. Przede wszystkim lewica powinna zrozumieć, że w sferze światopoglądowej dokonała się olbrzymia zmiana. O ile kiedyś wielki kapitał, burżuazja i elity społeczne były w większości konserwatywne obyczajowo, a w dodatku zainteresowane kultywowaniem zastanego porządku, o tyle dzisiaj jest zupełnie inaczej – stanowią one nierzadko awangardę „postępu” i stymulują rozliczne, głębokie zmiany w sferze kultury. W sytuacji, gdy kobiety były traktowane jako maszyny rozpłodowo-kuchenne, gdy orientacja homoseksualna stanowiła przyczynę poważnych represji, gdy kolor skóry był podstawą napiętnowania człowieka, wówczas lewica miała moralny obowiązek upominać się o równe traktowanie takich grup. Dziś wszelkie podstawowe prawa takich środowisk są już dawno zagwarantowane ustawami i innymi regulacjami, sprzyjają im dominujące trendy kulturowe, a one same mają wpływowych obrońców w postaci współczesnych ugrupowań liberalnych-burżuazyjnych.
Zadaniem lewicy w takich realiach nie jest obrona „mniejszości” (co nie znaczy, że ma popierać ataki na nie), ani polityka skoncentrowana na „tożsamości”. Jest nim natomiast reprezentowanie interesów „wyklętego ludu ziemi”. A to oznacza nie tylko korzystne dlań postulaty ekonomiczne, ale także akceptację światopoglądu i systemu wartości pracowników najemnych, bezrobotnych, wykluczonych itp. W przeciwnym razie lewicy pozostanie wyłącznie biadolenie, że jej potencjalny elektorat jest sprawnie rozgrywany przez prawicowych orędowników „wartości”. Lewica, której „twarzami” są Jacek Żakowski, Kazia Szczuka czy Wilhelm Sasnal jest skazana na to, że będzie pytać „co z tym Kansas?”. Pytać bezradnie i do usr… śmierci.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 28 marca 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Pomijam tu kwestię formy i treści (dez)informacji podawanych przez te portale. I tak najważniejsze są tam krzykliwe tytuły i obrazki. Zdumiało mnie co innego: poziom chamstwa, agresji i braku jakichkolwiek hamulców etycznych u tzw. komentatorów. O wulgarności i nagminnych problemach z ortografią – nie wspomnę. Tak sobie myślę: gdyby dziś Dante pisał „Boską komedię”, w którym kręgu piekielnym umieściłby internautów? I czy możliwe, byśmy mieli w sobie tak mało kindersztuby i zwykłej przyzwoitości?
Jak wyglądałby Polaków portret własny, któremu jako model służyłby tzw. przeciętny internauta. Byłaby to zapewne postać szpetna i wredna, z mordą swarliwą, ustami wykrzywionymi w butnym albo złośliwym uśmieszku, tępym wzrokiem ignoranta absolutnie przekonanego do swoich racji. Twarz durnia z pięścią zaciśniętą w kułak, gdy akurat nie wystukuje swoich złotych myśli na klawiaturze.
Oczywiście, przesadzam. Zdaję sobie sprawę, że wśród przeciętnych zjadaczy internetowych wieści są ludzie kulturalni, subtelni, życzliwi światu i bliźnim. Jak zwykle, nikną gdzieś w cieniu, są ledwo słyszalnym kontrapunktem pośród kakofonii sieciowych wrzasków. Chamowi zawsze jest łatwiej: swoją (ir)rację potrafi wyartykułować dosadnie i bez jakichkolwiek skrupułów. Jak powiada młodzież: taki lajf.
Zastanawia mnie najbardziej, skąd w nas tyle złości i agresji. Przecież ci ludzie, których ordynarność drażni mój zmysł estetyczny (i etyczny) w Internecie, są zapewne tymi samymi osobami, które mijam codziennie na ulicy, w tramwaju, w sklepach, na uczelni i w kościele. Tak, anonimowo łatwiej przychodzi wyładować złość, bez jakiegokolwiek skrępowania użyć słów i argumentów, które byłoby wstyd wypowiedzieć w obecności drugiego człowieka. Może więc Internet jest formą terapii (choć nie wiem, czy to dobre słowo), stwarzającą możliwość odreagowania codziennych kłopotów, stresów i zmartwień. Może ów tępy brutal, walący pięścią w stół jak niegdyś tow. Chruszczow w mównicę ONZ, jest małym, zalęknionym człowieczkiem, trzęsącym się ze strachu przed sobie podobnymi istotami. Może ma szefa skurczysyna, może nieprzyjemnego sąsiada, może dzieli łoże z Ksantypą, a jego dzieci są gorsze niż siedem egipskich plag. I gdy siada, biedny, przed komputerem, czuje się nagle jak pan i władca wirtualnej przestrzeni. Wszystko to być może, choć brzydko jest wdawać się w analizę bliźniego swego zapośredniczonego (via internet).
Możliwe, że Sieć ujawnia nasze prawdziwe oblicza, zaś na sądzie ostatecznym będziemy rozliczani z naszych nicków. I okaże się, żeśmy bardziej istnieli na niby, niźli faktycznie. Żeśmy cali byli nickami, słowami, emotikonami, linkami itp., itd. Żeśmy całe życie zmarnotrawili na wirtualną agresję, durnotę i chamstwo. W sumie głupio być sądzonym za wirtualny żywot, rzecz jednak w tym, że prawdziwe są nasze palce i myśli, którymi rzygamy na monitor.
Zresztą, pomijając eschatologię (wersja dla niewierzących): to jednak jakieś dziwne i straszne, marnować tyle czasu na internetowy zgiełk. Przecież można by w tym czasie popatrzeć na drzewo, niebo, na staruszka przechodzącego ulicą. Można by się (jak najbardziej bezproduktywnie) zamyślić, uciąć sobie drzemkę, popatrzeć, czy na półce nie stoi jakaś dawno nie czytana książka, napisać staromodny list do rodziców, wsadzić go do staromodnej koperty i pójść wysłać na równie staromodną (by nie powiedzieć: archaiczną) pocztę. Wszystko to można zrobić, miast sączyć jad bliźniemu swemu i zapluwać się wirtualną śliną.
Cóż, zostawiam drogich czytelników z tymi uwagami, pocieszając się myślą, że korzystający z Internetu czytelnicy „Obywatela” mają w życiu ważniejsze sprawy i większe ambicje, niźli żywot internetowego trolla.
przez Anna Mieszczanek | piątek 28 marca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
W demokracji wielu rządzących troszczy się o swoje dobro. Politeia, to ustrój, w którym wielu rządzących troszczy się o prawdziwe dobro ogółu. Kiedy stary Arystoteles ze Stagiru (384-322), greckiej kolonii u wybrzeży Tracji, pisał tak w swojej Polityce, igrzyska olimpijskie ku czci Zeusa odbywały się co cztery lata już od trzech wieków. Na czas igrzysk zaprzestawano wojen, a w trwających konfliktach ogłaszano „święty rozejm” na 2 miesiące.
Kiedy baron Pierre de Coubertin – francuski historyk i pedagog, umierał w 1937 r. w Genewie, mógł być dumny, że zainicjował wznowienie międzynarodowej, sportowej rywalizacji. I pewnie szczęśliwy myślał o zaprojektowanej przez siebie olimpijskiej fladze, na której pięć kolorowych, splecionych ze sobą kół, symbolizujących poszczególne kontynenty, miało pokazywać zarazem różnorodność, jak i jedność ludzi zamieszkujących Ziemię.
Z inicjatywy barona, w roku 1896 przywrócono igrzyska olimpijskie. Coubertin uważał sport nie tylko za sposób okazywania czci bogom czy środek hartowania ciała, ale przede wszystkim za uniwersalną metodę wychowania współczesnego człowieka w duchu pokoju. Ale nie udało mu się zawrzeć w dokumentach komitetu olimpijskiego wymogu wstrzymywania wojen na czas igrzysk. Dlatego od 1896 r. Igrzyska nie odbyły się trzy razy: w roku 1916 z powodu I wojny światowej, w 1940 i 1944 z powodu kolejnej wojny światowej.
Kilka lat temu MKOL powierzył Chinom organizowanie Igrzysk. I dziś my, zwyczajni ludzie, próbujemy zjeść elegancko tę żabę, która jednak jadalna nie jest. Nasi przywódcy przekonują nas, że tak prosta decyzja jak bojkot olimpiady – np. przez kraje Unii Europejskiej – jest niemożliwa. Władze Chin ostrzegły bowiem, że w grę wchodzą losy wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem – jak podaje „Dziennik”, informując jednocześnie, że przynajmniej premier Tusk nie pojedzie na uroczystość otwarcia.
Wielomiliardowe kontrakty, duże pieniądze do zarobienia, dużo nowych rzeczy, które dzięki olimpiadzie w cieniu ginącej Lhassy my, konsumenci, będziemy mogli zakupić, gdy tylko reklamodawcy je nam zareklamują.
Żyję w demokracji – chcę w politei. Chcę mieć wpływ na dobro ogółu. I nie za bardzo mogę.
Owszem. Podpisałam mądry apel do premiera, sformułowany przez Krystynę Straczewską o powołanie, zgodnie z intencją Jego Świątobliwości Dalajlamy, międzynarodowej misji obserwacyjnej w sprawie łamania praw człowieka w Tybecie oraz międzynarodowej komisji, mediującej pomiędzy rządem Chin a przedstawicielami społeczności tybetańskiej.
Jak podpisywałam – było 600 podpisów. Kilka dni później – 40 tysięcy! Te podpisy zbierają do końca marca na stronie www.tybet2008.pl
Czy mogę coś jeszcze? Zanim zaleje mnie fala niepotrzebnych mi rzeczy z tych wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem? W zasadzie nie.
Chociaż? Hej, hej panie i panowie reklamodawcy, którzy – obsługując efekty wielomiliardowych kontraktów – w zasadzie rządzicie naszym światem. Jest jednak coś, co mogę i co zrobię.
Mogę wam publicznie obiecać, że nie obejrzę ani kawalątka żadnej transmisji z chińskiej olimpiady.
Ani otwarcia.
Ani zamknięcia.
Ani żadnej konkurencji.
Nie będę się zatem – nawet niechcący – wpatrywać w loga firm sponsorujących olimpiadę. Ani nawet przypadkiem na żadne logo nie spojrzę, zanim ręka z pilotem chciałaby mnie przenieść do innego kanału, kiedy będziecie się reklamować przed albo po transmisji. I będę się bardzo pilnować, żeby wyłączać wszelkie migawki z olimpiady w programach informacyjnych.
Nie. To nie będzie dziecinne zamykanie oczu i udawanie, że skoro nie patrzę – tego nie ma. Wiem, że to jest.
Ale chcę, żebyście wiedzieli, że świadomie zamykam oczy i odmawiam przyglądania się imprezie, która musi się odbyć tylko dlatego, że Wy musicie zarobić swoje wielkie pieniądze.
Ani stary Grek ze Stagiru ani francuski baron nie zaakceptowaliby Waszej postawy. Wiem to. Więc jeśli ktoś jeszcze chce odmówić udziału w reklamowym święcie, niech podpisze się pod prostym zdaniem:
Nie chcę uczestniczyć w takiej olimpiadzie i nie będę oglądać transmisji.
I już.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Remigiusz Okraska | piątek 28 marca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Ten liberalny slogan jest bardzo popularny, ciesząc się – przynajmniej w teorii – uznaniem chyba wszystkich znaczących sił politycznych. To, że jest powszechnie nadużywany, a każda ekipa, która przejmie ster władzy, szybko rezygnuje z zapowiadanych oszczędności, nie stanowi przy tym wcale największego problemu. Wręcz przeciwnie – kwoty, jakie na swoje zachcianki przeznaczają z państwowej kasy jej aktualni „zarządcy”, to w skali całego budżetu mało znaczący drobiazg. Oczywiście zarówno slogan o tanim państwie, jak i lamenty o „horrendalnych wydatkach” z publicznego skarbca, cieszą się popularnością. Są użyteczne w jałowych pyskówkach polityków, przesłaniając ich miałkość oraz brak zaangażowania w problemy znacznie ważniejsze. Przydają się także różnym leniwym mędrkom, którzy przed telewizorami czy przy kieliszku pomstują na „onych” z rządu i sejmu, choć sami nigdy nie kiwnęli palcem w sprawach publicznych choćby na skalę małego miasteczka. Jeszcze bardziej w rozliczaniu z „taniego państwa” lubują się tabloidy – o, to prawdziwa woda na ich młyn: „Poseł X poleciał rządowym samolotem na prywatne spotkanie”, „Pani Y zamówiła dowóz wody mineralnej taksówką za pieniądze z urzędu”, „Asystent premiera zapłacił służbową kartą za schabowego” itp. Oburzajmy się!
W ten sposób omijamy sedno sprawy. Oczywiście, iż „grosz publiczny” należy oszczędzać, a apanaże posłów i rządowych biurokratów są na tyle wysokie, że za prywatne wydatki powinni płacić właśnie z nich, nie zaś z państwowej kasy. Oczywiście, iż bezczelność wielu „reprezentantów społeczeństwa” nie zna granic i uważają oni, że kampanie wyborcze służą oszukiwaniu głosujących frajerów, których kosztem można później przez kilka lat żyć wygodnie i beztrosko. Oczywiście, że w wielu instytucjach publicznych panuje nieróbstwo, prywata i kumoterstwo, że tworzy się dla krewnych i znajomych posady, które nie są związane z realną i niezbędną pracą, a na innych etatach pracują ludzie o wydajności niższej o połowę niż w przeciętnej firmie prywatnej. Ale na tym te oczywistości w kwestii „taniego państwa” się kończą.
Koniec owej wyliczanki oznacza, że jeśli odłożymy na bok wywody polityków i wrzask tabloidów, to niewiele zostanie z owej gadaniny o „tanim państwie”. Owszem, można i należy zaoszczędzić co nieco na nonszalanckich wydatkach klasy rządzącej. Warto również pozbyć się nierobów z instytucji publicznych. Należy też przemyśleć wiele budżetowych wydatków, bo niektóre z nich na pewno są pozbawione sensu. Czy te zmiany sprawią jednak, że otrzymamy w efekcie państwo naprawdę tanie?
Otóż nie. Z tego prostego powodu, że w Polsce na sporą część niepotrzebnych czy za dużych wydatków publicznych przypada znacznie większa ilość sfer niedofinansowanych, nierzadko drastycznie. Jeśli z urzędów i instytucji budżetowych zwolnimy leniuchów, którzy otrzymali te posady po znajomości, to na ich miejsce będziemy musieli przyjąć zapewne nieco mniej nowych, wydajnych osób, ale jednocześnie trudno oczekiwać, żeby osoby naprawdę pracowite i zaangażowane w swoje obowiązki zechciały na dłuższą metę zajmować stanowisko, na którym pensja u szczytu „kariery” dobija do 1500 zł. Pomijając rzadkie przypadki wielkiej pasji czy indywidualnych preferencji, większość takich osób przy pierwszej lepszej okazji ucieknie do prywatnych firm, choćby dlatego, że zmusi je tzw. konieczność życiowa, czyli np. koszty wychowania dzieci, spłaty kredytu, chęć egzystencji na poziomie choć ciut wyższym niż wegetacja od wypłaty do wypłaty. Koniec końców, jeśli instytucje publiczne miałyby zacząć działać naprawdę sprawnie, to prawdopodobnie kwoty wydatkowane na ten cel należałoby raczej zwiększyć niż zmniejszyć w stosunku do obecnych.
Nad wizjami „taniego państwa” nie warto byłoby się poważnie zastanawiać, gdyby nie fakt, że mają one drugie dno. Jeśli przyjrzeć się temu, kto najczęściej je głosi i w jakim „otoczeniu” występuje ów termin, wtedy okazuje się, że sprawa jednak jest warta komentarza. Otóż orędownikami „tanich państw” są głównie środowiska wierzące w liberalne mity – mity nie tylko szkodliwe, ale i zupełnie pozbawione sensu, zwłaszcza w takich realiach technologiczno-gospodarczo-społecznych, jak obecne. Roztaczane przez nich wizje zbrodni tej miary, co prywatny przelot służbowym samolotem albo zapłacenie z rządowych funduszów za lunch, są typowym przykładem prymitywnego liberalnego populizmu, który chce nam obrzydzić samą instytucję państwa i jego funkcje. Tymczasem „tanie państwo” – to państwo słabe, niesprawne. Jeśli coś nam takie państwo zapewni, to nie tyle oszczędności – lub co najwyżej niewielkie – lecz regres cywilizacyjny i znaczne dodatkowe wydatki na takie usługi, które dotychczas miały status publicznych.
Jeśli przyjrzymy się rozwojowi nie tylko przez pryzmat wzrostu PKB, który jest miernikiem bardzo wybiórczym, to okaże się, że państwa sprawne, zapewniające swoim obywatelom wysoki materialny poziom życia oraz „niematerialną” jakość życia, to w zasadzie same „drogie państwa”. Czyli takie, które na obywateli, a przede wszystkim na prywatne firmy nakładały znaczne podatki oraz tworzyły rozbudowany aparat administracyjny do zadań związanych z wydatkowaniem tych pieniędzy. Jeśli zsumujemy takie zdobycze, jak wysoki poziom życia (czyli zamożność obywateli), jego upowszechnienie (żadna sztuka mieć najwięcej milionerów – sztuką jest najmniejsza liczba biedaków), wysokiej jakości podstawowe usługi (opieka zdrowotna, edukacja, mieszkalnictwo, zabezpieczenie na starość i w czasie choroby) oraz dbałość o kwestie pozamaterialne (kultywowanie tożsamości narodowej, wspieranie kultury wysokiej, zachowanie zabytków, ochrona środowiska, stabilizacja życiowa i ład społeczny), to okaże się, że w największym stopniu są one pospołu zapewniane przez „drogie państwa”.
Niemcy, Francja, Kanada, Japonia, Szwecja, Dania, Finlandia, Norwegia, Holandia, w nieco mniejszym stopniu Włochy, Hiszpania i kilka innych krajów – to „państwa drogie”, a jednocześnie oferujące swoim obywatelom najwyższą jakość życia, gdy bierzemy pod uwagę powszechną zamożność oraz niematerialne aspekty egzystencji. Nawet rzekome wyjątki – bardziej liberalne Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – nie są żadnymi wyjątkami. Spora część dobrobytu tych krajów i ich stabilizacji społecznej to w ciągu ostatniego wieku efekt keynesowskich strategii, zapoczątkowanych przez New Deal Roosevelta oraz programu reform socjalnych Beveridge’a, kontynuowanych przez Partię Pracy. Rozwój społeczny i gospodarczy USA i Wielkiej Brytanii bazował przez około 40 lat (od mniej więcej połowy lat 30. do połowy lat 70.) na rozwiązaniach nie mających nic wspólnego z „tanim państwem”. A i dziś, po szaleństwach reaganomiki i thatcheryzmu, pomału, lecz stale rehabilituje się tam udział instytucji publicznych w oferowaniu obywatelom wielu niezbędnych dóbr i usług, niezbyt dostępnych na wolnym rynku mimo zaoszczędzenia kilku funtów czy dolarów przez tzw. podatników.
Rozbudowane, aktywne struktury państwa nie są, jak czasem próbują przekonywać krytycy etatyzmu, swego rodzaju fanaberią zamożnych krajów, które lekkomyślnie postanowiły „przejeść” bogactwo, gromadzone przez wiele lat. Jest dokładnie odwrotnie – przykład wszystkich czterech krajów skandynawskich pokazuje, że wprowadzenie „drogiego państwa” pozwoliło ubogim, marginalnym, w znacznej mierze chłopskim narodom na błyskawiczne, trwające zaledwie kilka dekad, dogonienie największych potęg ekonomicznych, a następnie przegonienie ich. Trudno byłoby natomiast znaleźć kraj, który tak wysoki poziom życia zapewnił w tak krótkim czasie ogółowi swoich mieszkańców dzięki „taniemu państwu”. Nawet chętnie przywoływana przy tej okazji Irlandia nie jest „tanim państwem”. Stosunkowo niskim podatkom towarzyszy tam wiele form ingerencji w stosunki ekonomiczne i społeczne, o jakich w Polsce możemy tylko pomarzyć. Wystarczy porównać, jak niekorzystnie na irlandzkim tle wypada nasz system pomocy społecznej dla osób wykluczonych z rynku pracy albo ochrona praw pracowników najemnych, by między bajki włożyć opowieści o „irlandzkim liberalnym cudzie gospodarczym”. Jeśli Irlandczycy coś zawdzięczają liberalizmowi, to tylko tyle, że ominęli mielizny najbardziej topornych, nieefektywnych i przestarzałych form etatyzmu i „socjalu”.
Za agitacją na rzecz „taniego państwa” kryje się dążenie liberalnego lobby do stworzenia państwa, owszem, taniego, lecz dla najzamożniejszej części społeczeństwa. To znaczy takiego, w którym finansowa oligarchia będzie w niewielkim stopniu zasilała budżet i partycypowała w zagwarantowaniu reszcie społeczeństwa przyzwoitych usług publicznych. Oczywiście z punktu widzenia osób zamożnych jest to racjonalne posunięcie – całe te wywody o „kosztownym państwie”, „niewydolnej biurokracji”, „rozdętych wydatkach budżetowych” itp., mają na celu zohydzenie państwa jako takiego. Wówczas oni sami będą płacili znacznie mniejsze podatki, a koszty funkcjonowania państwa zostaną w jeszcze większym stopniu przerzucone na niezamożnych. W dodatku, za te usługi, które zapewnia lub mogłoby zapewniać – przy zmianie dotychczasowej polityki – państwo, trzeba będzie zapłacić z własnej kieszeni podmiotom należącym do najbogatszych.
Powstaje zatem pytanie, czy nam – zwykłym ludziom – opłaca się „tanie państwo”. Czyli takie, które nie zdoła sfinansować swoim obywatelom porządnej jakości plomb dentystycznych, o leczeniu poważniejszych schorzeń nie wspominając, nie zapewni im edukacji na przyzwoitym poziomie, mieszkania każe nabywać po horrendalnych cenach na 40-letnie, mordercze kredyty oraz zmusi wszystkich do zakupu samochodu, bo kolejowe i tramwajowe szyny rozlecą się ze starości, uniemożliwiając korzystanie z takich środków lokomocji. To „tanie państwo” będzie oczywiście miało wystarczająco dużo środków na finansowanie wojskowych „misji stabilizacyjnych” na drugim końcu świata, na policję pilnującą dziesięciu procent jaśnie państwa przed „motłochem”, na wydatkowanie miliardów złotych na autostrady, którymi tiry wielkich firm będą woziły produkty jeszcze większych koncernów – bo redukcji akurat tych wydatków nie przewiduje przecież żadna z wizji „taniego państwa”. Oszczędzać można przecież na dożywianiu ubogich dzieci, na komunikacji publicznej, na leczeniu, oświacie…
Wybór między „tanim państwem” a „drogim państwem” oznacza wybór między naśladowaniem Brazylii lub Finlandii. Czyli między krajem ogromnego rozwarstwienia społecznego, bezkarnej oligarchii finansowej, wyalienowanej klasy politycznej, wysokiej przestępczości, dużych obszarów biedy, a krajem ze ścisłej cywilizacyjnej czołówki: znakomitej edukacji, przyzwoitej służby zdrowia, egalitaryzmu społecznego przy zapewnieniu znacznego stopnia zamożności, bezpieczeństwa i ładu społecznego, sprawnych instytucji publicznych i rozwiniętych mechanizmów wpływu obywateli na decyzje władz.
Oczywiście nie mam na myśli tego, że Polska zamieni się w kraj slumsów-faveli, narkotykowych gangów i policji strzelającej do demonstracji niezadowolonego społeczeństwa. Na pewno jednak przy wprowadzaniu rozwiązań spod znaku „taniego państwa” nie uda się nam ani dogonić w rozwoju żadnego z „drogich państw”, ani nawet zapewnić ogółowi społeczeństwa takich warunków życia, w których strach przed utratą pracy, chorobą czy egzekucją niespłaconego długu nie paraliżuje wszelkiej aktywności wykraczającej poza wyścig szczurów. „Drogie państwo”, choć przy niedostatecznej społecznej kontroli nabiera z czasem pewnych wad, m.in. w postaci nadmiernej biurokracji czy marnotrawstwa, to państwo przyjazne obywatelom, oferujące stabilizację i pozwalające na wyrwanie się z kieratu notorycznej harówki. „Tanie państwo” to iście arystokratyczne przywileje garstki zamożnych oraz spychanie całej reszty społeczeństwa do roli pariasów.
Jest to tym bardziej widoczne właśnie w takich czasach, jak nasze, gdy wiele z dotychczasowych „naturalnych” ograniczeń i gwarancji, związanych z silnym państwem narodowym i „zakotwiczeniem” kapitału, zostało zmiecionych przez mechanizmy i realia globalizacji i konkurencji na światowym rynku. W czasach, gdy niespotykana potęga finansowa oraz technologiczna (choćby najnowsze lekarstwa albo techniki manipulacji genetycznych) znalazły się w rękach prywatnych koncernów, nie poddanych społecznej kontroli. W czasach, gdy coraz bardziej kruszą się tradycyjne formy życia, jak rodzina, społeczność lokalna czy zbiorowość religijna.
Liberałowie lubują się w opowiastkach o tym, że omnipotentne państwo i jego straszliwi biurokraci sprawili, iż ludzie są bezradni, niesamodzielni, pozbawieni inicjatywy – i że tylko wolny rynek może im pomóc stanąć znów na nogach i wziąć w ręce ster własnego życia. Są to bajki dla naiwnych. Bezradność człowieka wynika przede wszystkim z liberalnego kultu egoistycznego indywidualizmu, przy jednoczesnym rozbiciu przez przeobrażenia gospodarcze i technologiczne tego społecznego „otoczenia”, w którym do niedawna funkcjonowała większość ludzi. Liberalne gawędy o XIX-wiecznym kapitalizmie zawierają obraz sytuacji, w której państwu niezbyt, czy wręcz minimalnie rozbudowanemu towarzyszyła indywidualna aktywność. Nie wspominają jednak o tym, że ówczesne społeczeństwo nie było zbiorem zatomizowanych jednostek, lecz zbiorowością pełną „mikroelementów” w postaci rodzin, sąsiedztw, społeczności lokalnych i religijnych, organizacji zawodowych itp. To właśnie one w znacznej mierze kompensowały skutki wolnego rynku, dając człowiekowi oparcie w szerszym kręgu wsparcia i współpracy.
Dziś jednak to wszystko istnieje w formie szczątkowej – nie dlatego, że państwo tak bardzo ingerowało w życie społeczne, iż zniszczyło owe pośrednie struktury. To głównie promowane przez rynek rozwiązania organizacyjne i technologiczne oraz wzorce kulturowe i styl życia sprawiły, że człowiek stał się monadą, dryfującą samotnie wśród milionów podobnych sobie, nawiązując nietrwałe relacje, które zrywa pod byle pretekstem lub z powodu rozmaitych konieczności (choćby w efekcie wychwalanej przez liberałów „mobilności społecznej”). Nie ma sensu roztkliwiać się nad światem, który odszedł, nic nie pomogą lamenty nad „starymi dobrymi czasami”. Ale warto mieć świadomość, że na placu boju zostały tylko dwa silne podmioty – wielki i coraz bardziej wszechogarniający Rynek oraz kurczące się, nadwerężone, lecz wciąż silne i całkiem sprawne państwo (czy też związki państw, jak np. Unia Europejska).
„Tanie państwo” oznacza więc, że jednostka zostanie pozostawiona bez żadnej pomocy i wydana na pastwę potężnych struktur Kapitału. „Drogie państwo” oznacza, że owszem, czasem zezłości nas leniwy biurokrata lub wścibski Urząd Skarbowy – ale jednocześnie nie będziemy na tym świecie sami, lecz zyskamy oparcie w Państwie, które temuż Kapitałowi może nałożyć kaganiec.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 2 marca 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Rok temu, może nieco później, zrobiono na mojej ulicy nowy chodnik. Położono nową kostkę brukową, podwyższono krawężnik, kanaliki ściekowe zabezpieczono specjalną blachą, która dzięki równomiernie umieszczonym otworom zapobiegała gromadzeniu się wody na powierzchni chodnika. Chodziło się po tym chodniku elegancko i w poczuciu cywilizacyjnego awansu całej okolicy. Choć słowo „chodziło” niezbyt wiernie oddaje sytuację. Częściej się przemykało, i nadal przemyka, bo większość chodnika zwyczajowo zawłaszczają dla siebie kierowcy samochodów, czy to osobowych, czy dostawczych. Tuż obok mnie w ubiegłej kadencji regularnie parkował pewien senator i jego petenci. Bynajmniej, nie poczytuję sobie tego za powód do dumy.
Po jakimś czasie zauważyłem, że w miejscu, gdzie parkują cięższe wozy, chodnik się kruszy, a blaszane zabezpieczenia bądź powypadały i zniknęły, bądź uległy daleko idącym odkształceniom. Z czasem się z tym oswoiłem: śliczny chodnik w szybkim tempie poszarzał i spowszedniał, w czym zapewne pomogły mu mniej lub bardziej „wypasione” dwuślady. Kilka dni temu, wracając do domu spostrzegłem, że blaszane zabezpieczenia zniknęły – na ich miejsce położono rury odpływowe i całość zamurowano. Mniej to estetyczne, ale pewnie bardziej funkcjonalne. Rozwiązanie na miarę Rzeczpospolitej byle jakiej.
W tym miejscu ktoś powie, że dobrze się stało, że to bardziej pragmatyczne i dłużej wytrzyma pod naporem aut. Zgoda. W ogóle uważam, że z estetyką w przestrzeni publicznej nie należy w Polsce przesadzać (i jak się zdaje, większość ma w tej opinii podobne zdanie). Przystanki tramwajowe i autobusowe powinny być wykonane z blachy zbrojonej albo żelbetonu (bo i tak zaraz ktoś je zniszczy); to samo winno dotyczyć środków komunikacji masowej – prosto, solidnie, przaśnie. Bez zbędnych fanaberii dla plebsu, który i tak tego nie doceni. To samo w państwowych urzędach. Ślicznie i higienicznie to może być na strzeżonych osiedlach, w inteligentnych wieżowcach i wnętrzach limuzyn. Chamstwo, niestety (piszę to pół żartem, choć i z gorzkim poczuciem prawdy tych słów) nie zasłużyło na poczucie ładu i piękna wokół siebie. W ogóle, „przestrzeń publiczna” to jak się zdaje dla wielu jakiś przesąd. Ładnie i czysto to może (choć nie musi) być w domu. Na ulicy wolno nam wszystko i za nic nie jesteśmy odpowiedzialni. Ani za swoje psy, które – proszę wybaczyć – srają gdzie popadnie, ani za stosy walających się wokół koszy ulotek reklamowych, ani za butelki przy drogach, ani za wszechobecne pety.
Rzeczpospolita byle jaka to istne terytorium tragikomedii. Bywa komiczna, gdy zalany w sztok pasażer pociągu usiłuje podać konduktorowi bilet, u stóp przetacza mu się butelka wódki (kupiona w tymże dalekobieżnym pociągu), a przedstawiciel instytucji państwowej udaje, że nic nie widzi i nic nie czuje. Jest tragiczna, gdy na warszawskim moście zdarza się tragedia, bo zmotoryzowane święte krowy rozwijały tam prędkość 200 km/h. Skąd się biorą takie święte krowy? To proste: ileż razy oglądaliście w TV rodzime sławy różnego kalibru, opowiadające o tym, jak to przekraczały prędkość w swoich samochodach i zatrzymała je policja… Co było dalej? Wszystko wyjaśnia puszczone do nas z ekranu oko. Rzeczpospolita byle jaka nie szanuje praw. Żadnych. Nie liczy się z ludźmi, chyba że mogą przynieść jej korzyść lub się ich boi, albo dla jakichś przyczyn podziwia. Ale wszystko to ostatecznie gra pozorów, obliczona na krótko.
Dlatego muszą – na nieszczęście wielu – zastępować ją ostatecznie prawa natury. One powodują, że niszczeje niedawno położony chodnik i one sprawiają, że ludzie mają kogo przedwcześnie odwiedzać na cmentarzach. Nie mają względu na nic: ani na tych, co męczą się z rzeczywistością, cierpią lub giną, bo zawinili, ani na tych, co się męczą, cierpią i giną, bo znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie w tym pięknym kraju, nazwanym przeze mnie Rzeczpospolitą byle jaką. Jej barwy to wszechogarniająca szarzyzna, w jej godle zwykły, uliczny brud, a hymnem siarczyste przekleństwa. Rzeczpospolita byle jaka niewiele bowiem odróżnia się od stanu natury, tyle że tej natury zdeprawowanej przez człowieka, w której nie ma już nic z sielskości. Bliżej jej do natury wielkiego śmietniska, na którym najlepiej żyje się szczurom. A kto jest obywatelem Rzeczpospolitej byle jakiej? Zbyt często, niestety, my wszyscy.
przez Anna Mieszczanek | niedziela 2 marca 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Ogólnopolski Związek Zawodowy Miast i Wsi „Rybnik 90” wygrywa przetargi na pranie górniczych ubrań. Są konkurencyjni – piorą za połowę tego, co chcą inni.
„Jak to możliwe? Rybnik 90 nie zatrudnia pracowników na etat. Po wygraniu przetargu – już w 13 kopalniach – dotychczasowi pracownicy pralni mają do wyboru: albo wstępują do związku, podpisują umowę, że pracują jako wolontariusze i idą na bezrobocie, albo wylatują z roboty. Wolontariusze dostają wtedy z pośredniaków zasiłek – w zależności od miast 450-550 zł – a związek nie musi płacić za nich składek do ZUS-u. Dodatkowo Rybnik 90 obiecuje wolontariuszom, że co miesiąc da im co najmniej 500 zł zapomogi. – Zapomoga nas przekonała, bo razem z »kuroniówką« dostajemy tyle, ile byłoby na umowie o pracę – przyznają nam związkowcy, którzy zgodzili się na taki układ. Proszą o anonimowość ,bo boją się stracić pracę”.
Przez związek przewinęło się 200 takich wolontariuszy.
Kierownictwo kopalń jest zadowolone. Inspektorat Pracy w Katowicach uważa, że „związek nie powinien podpisywać z członkami umów o wolontariacie. Można je bowiem zawierać tylko w przypadku pracy na rzecz instytucji użyteczności publicznej, jak np. hospicjum czy szpital. – Działanie związku jest więc nie tylko nieetyczne, ale też niezgodne z przepisami”. Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach przypomina, że „jeżeli wypłacane wolontariuszom zapomogi są opodatkowane, to nie powinni oni zostać zarejestrowani jako bezrobotni”. Prokuratura w Rybniku sprawę bada, a szef doradców premiera i były minister pracy i polityki socjalnej, Michał Boni, rzecz całą komentuje jednym zdaniem: „takie działanie związku to granda i jest ono nieuczciwe”.
Pewnie jest.
Nieuczciwe jest jednak i to, że państwo ustala wysokość zasiłku dla bezrobotnych na poziomie 450-500 złotych i zabrania ludziom, którzy dostają ten zasiłek, podejmowania jakiejkolwiek pracy – pod groźbą odebrania zasiłku. Gdyby zasiłek wynosił – powiedzmy – dwa tysiące, ok, rozumiałabym zakaz zarabiania. Ale to nie są dwa tysiące.
Za 450-500 złotych przeżyć się, w zasadzie, nie da. Państwo, czyli posłowie uchwalający w ustawie taki a nie inny mechanizm wyliczania zasiłku – musi to wiedzieć. Ale zachowuje się jak klasyczny monopolista. Dyktują warunki, z którymi nie ma jak dyskutować.
Jaką funkcję pełni w takiej postaci zasiłek? Uspokaja sumienie posłów, którym może się wydawać, że załatwili sprawę.
Nie załatwili. Stworzyli pułapkę. Weźmiesz 450 złotych – nie wolno ci zarobić jakkolwiek. Jak zarobisz – stracisz zasiłek. Że dalej nie będziesz miał pracy, bo zarobiłeś tylko na jakimś zleceniu – nas to nie obchodzi. Masz być posłuszny. A jak nie będziesz – wylatujesz z systemu.
Co by się stało, gdyby przepisy pozwalały osobie dostającej zasiłek legalnie zarabiać, jeśli na przykład zdarza się okazja? Szef związku zawodowego z pewnością nie kombinowałby z podpisywaniem umów wolontariackich i z udzielaniem fikcyjnych zapomóg, które są tylko inną formą wynagrodzenia za pracę.
Wiem, są dyżurne badania, z których wynika, że ci źli i nieuczciwi obywatele zawsze będą się starali oszukać państwo i pomoc społeczną. Badania pokazują, że zwykle jest takich nieuczciwych około 5 procent. I to jest traktowane jako powód do traktowania pozostałych 95 procent jak potencjalnych oszustów. No a rzeczywistość działa wedle zasady samosprawdzających się przepowiedni. Krok po kroku i wszyscy są już oszustami.
Zapewne 5 procent wolontariuszy z tej związkowej pralni czuje się świetnie wiedząc, że oszukało system opieki społecznej. Ale zapewne pozostałe 95 procent wolontariuszy, odbierając swoją zapomogę, czuje się źle. Wiedzą, że proceder, w którym biorą udział, nie jest uczciwy. Mają jednak mało komfortowy wybór: być uczciwym za 450 złotych lub nieuczciwym za dwa razy więcej.
Umówmy się: tysiąc złotych miesięcznie to nie są pieniądze, które by satysfakcjonowały jakiegokolwiek posła.
Jeśli 95 procent wolontariuszy pralni poświęca dla takich pieniędzy własne poczucie komfortu, jaki daje uczciwość, to znaczy, że ci ludzie nie znajdują innego sposobu na to, żeby jakoś przeżyć.
Na szczęście, na szczęście, mamy unijne programy inwestowania w kapitał ludzki i zarządzania grupami zagrożonymi marginalizacją. Mnożą się nam jak grzyby po deszczu dobre praktyki w tej sprawie, które są przedmiotem licznych konferencji w ładnych wnętrzach. Z ledwie co założonych spółdzielni socjalnych i wsi tematycznych powstają już doktoraty i habilitacje na poważnych uczelniach. Rosną nowe strony internetowe i odbywają się szkolenia dla dziennikarzy, którzy będą opisywać świetlaną przyszłość dawnych bezrobotnych. Przewodniczącego związku Rybnik weźmie w swoje łapki prokuratura, proceder się ukróci i będzie dobrze.
Ja bym tego człowieka poprosiła raczej o ekspertyzę na temat radzenia sobie w permanentnej sytuacji kryzysowej.
No ale ja tu tylko sprzątam.
*http://www.gazetawyborcza.pl:80/1,75248,4970630.html?nltxx=2015058&nltdt=2008-02-28-06-06
przez Remigiusz Okraska | niedziela 2 marca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
W debacie wokół książki „Strach” J. T. Grossa, niejako mimochodem pojawił się pewien bardzo istotny wątek, który oczywiście przeszedł niemal niezauważony przez tzw. opinię publiczną. Prof. Andrzej Friszke, pisząc w „Gazecie Wyborczej” o krytykach Grossa (głównie o Marku Janie Chodakiewiczu i jego książce „Po Zagładzie”), poświęcił część artykułu takiej kwestii: „Warto zwrócić uwagę na czarno-biały obraz politycznego podziału społeczeństwa, jaki wyłania się z pracy Chodakiewicza, a także publikacji wielu innych autorów związanych z IPN. Po jednej stronie są rządzący komuniści, po drugiej – antykomunistyczni partyzanci /…/. W tej perspektywie nie istnieje Polskie Stronnictwo Ludowe – milionowa partia, która dźwigała główny ciężar oporu wobec komunistycznej dyktatury. /…/ IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej” (cały artykuł tutaj).
Na taką opinię zareagował rzecznik IPN-u, Andrzej Arseniuk, pisząc m.in.: „Historyk Andrzej Friszke na łamach »Gazety Wyborczej«, kontynuując dyskusję wokół książki Jana T. Grossa (»Gross i chłopcy narodowcy« 23-24.02.2008 r.), napisał, iż »IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej«, koncentrując się rzekomo na historii Narodowych Sił Zbrojnych. Jest to twierdzenie nieprawdziwe, niekompetentne i zaskakujące jak na byłego członka Kolegium IPN, za którego kadencji ukazały się dwa tomy materiałów konferencyjnych »Represje wobec wsi i ruchu ludowego« czy prace regionalne, jak »Kolektywizacja rolnictwa w regionie łódzkim«” (całe oświadczenie tutaj)
Życie pisze doprawdy dziwne scenariusze. Na przykład taki, że oto muszę stanąć po stronie „Gazety Wyborczej”, czy raczej tekstu opublikowanego na jej łamach. Dzieje się tak pomimo iż przez wiele osób jestem traktowany jako „zoologiczny antymichnikowiec”. Sama „Gazeta” raczyła poświęcić mi przeczytany przez kilkaset tysięcy osób tekst, mówiący, że jestem groźnym faszystą – takim, jakimi ten dziennik lubi straszyć swoich czytelników, a więc kimś, kto mniej więcej co trzy dni zjada liberalne niemowlę na drugie śniadanko.
W dodatku muszę zająć stanowisko krytyczne wobec IPN-u, a zatem, chcąc nie chcąc, przyłączyć się do przodującej w atakach na tę instytucję sitwy „okrągłostołowej” i postkomunistów. I znów robię to, mimo iż przez ładny kawałek czasu krytykowałem (i krytykuję nadal) te środowiska polityczne, które przy „okrągłym stole” dogadały się, jak rządzić Polską – a efekty tychże rządów uważam za scenariusz dla Polski chyba najgorszy z możliwych, zarówno w aspekcie gospodarczym, jak i kulturowym i politycznym. Robię tak również pomimo tego, że postkomuniści potraktowali mnie podobnie jak „Wyborcza” – ich główny dziś organ, tygodnik „NIE”, będący wyrazicielem opinii środowiska esbecko-szmaciakowatego, redagowany przez rzecznika prasowego zbrodniczej junty gen. Jaruzelskiego, również zaprezentował mnie w całkiem sporym nakładzie jako – jakżeby inaczej – groźnego faszystę. Tak, w stylu tych, którzy co trzeci dzień zjadają na drugie śniadanie rumianego, PRL-owskiego emeryta.
Te wszystkie daleko idące różnice między mną a redaktorami szmatławców traktujących IPN jako jednego z czołowych wrogów, nie zmieniają smutnego faktu – w tym konkretnym sporze rację ma prof. Friszke. Ale zabieram głos nie dlatego, że owa wymiana zarzutów między Friszke a IPN-em jest szczególnie ważna. Bo sama w sobie nie jest. Istotna jest natomiast kwestia, która pojawia się niejako w tle sporu. Tą kwestią jest sposób prezentowania niedawnej historii przez IPN oraz sympatyzujących z nim polityków, dziennikarzy i inne osoby publiczne, kształtujące świadomość Polaków.
We wspomnianym sporze prof. Friszke ma rację na poziomie elementarnych faktów. Argumenty rzecznika IPN-u można włożyć między bajki. Tak się szczęśliwie składa, że mam na półce wspomniane przezeń książki, mające jakoby dotyczyć „historii PSL-u w latach 40-tych”. I wystarczy je przekartkować, by dowiedzieć się, że pan rzecznik, delikatnie mówiąc, nagina fakty. Książka pt. „Kolektywizacja rolnictwa w regionie łódzkim” niemal w ogóle nie odnosi się do PSL-u, z tego prostego powodu, że gdy rozpoczęto kolektywizację wsi w Polsce, PSL jako niezależna partia, opozycyjna wobec Sowietów i ich lokalnych namiestników – już w zasadzie nie istniał. Dwa tomy materiałów konferencyjnych pt. „Represje wobec wsi i ruchu ludowego” też trudno uznać za spełniające postulat prof. Friszke – tom II obejmuje lata 1956-1989, zatem niemal w ogóle nie dotyczy lat 40-tych. Tom I z kolei, owszem, zawiera kilka tekstów na wspomniany temat – ale to zaledwie około 2/3 zawartości książki liczącej niewiele ponad 300 stron. Po pierwsze zatem, Friszke ma rację – IPN nie opublikował ani jednej książki poświęconej w całości historii PSL-u w latach 40-tych. Po drugie – opublikowane przez IPN materiały na ów temat (w kilku różnych książkach i Biuletynie IPN), nie są nawet wstępem do poważnego i wyczerpującego omówienia tematu, stanowiąc zaledwie drobny przyczynek do tej pracy.
Problem nie tkwi jednak tylko w prezentacji historii PSL-u. Jeśli przejrzymy ofertę wydawniczą IPN-u, bez trudu dostrzeżemy tam znacznie większą lukę czy też białą plamę. Jeszcze mniejszą ilość analiz poświęcono bowiem np. polskiej lewicy antykomunistycznej – tej części PPS, która nie zgodziła się na „sojusz”, czyli wcielenie do PZPR pod wodzą PPR. A było to w skali kraju, bagatela, około 200 tysięcy osób, które nie zaakceptowały „zjednoczenia”; byli to także tacy wybitni działacze Polskiej Partii Socjalistycznej, jak Kazimierz Pużak, Zygmunt Zaremba, Tomasz Arciszewski, Adam Pragier czy Adam i Lidia Ciołkoszowie. Taka tematyka niemal w ogóle nie pojawia się w publikacjach IPN-u, jest jej jeszcze mniej niż tekstów poświęconych PSL-owi.
Są za to wydane przez IPN książki: „Konspiracja antykomunistyczna i podziemie zbrojne w Wielkopolsce w latach 1945-1956”, „Stanisław Sojczyński i Konspiracyjne Wojsko Polskie” (monografia słynnego partyzanta „Warszyca”), „»Dobić wroga«. Aparat represji wobec podziemia zbrojnego na Śląsku Cieszyńskim i Żywiecczyźnie (1945-1947)”, „Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956”, „Operacja »Sejm« 1944-1946” (o likwidacji przez UB partyzantki antykomunistycznej w Polsce południowo-wschodniej), „Aparat bezpieczeństwa państwa wobec środowisk narodowych na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim w latach 1945-1956”, „Chronić i kontrolować. UB wobec środowisk i organizacji konspiracyjnych młodzieży na Lubelszczyźnie (1944-1956)”, „Podziemie poakowskie w województwie śląsko-dąbrowskim w latach 1945-1947”, „O Polskę Wolną i Niezawisłą (1945-1948). WiN w południowo-zachodniej Polsce (geneza – struktury – działalność – likwidacja – represje)”, „»Zostańcie wierni tylko Polsce…«. Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1944-1947)”, „Podziemie niepodległościowe w województwie białostockim w latach 1944-1956”, „Ludzie podziemia AK-WiN w Polsce południowo-zachodniej (1945-1948)”, „Ostatni leśni 1948-1953”, „Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie w latach 1945-1948”, „Rozpracowanie i likwidacja rzeszowskiego Wydziału WiN w dokumentach UB (1945-1949)”, „Żołnierze porucznika Wądolnego. Z dziejów niepodległościowego podziemia na ziemi wadowickiej 1945-1947”, „Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie 1939-1944”, „Kryptonim »Orzeł«. Warszawski Okręg Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w dokumentach 1947-1954”, „Okręg Krakowski Zrzeszenia »Wolność i Niezawisłość« 1945-1948. Geneza, struktury, działalność”.
Niepodległościowe podziemie zbrojne, jak widać, ewidentnie fascynuje autorów związanych z IPN-em. Ale to przecież nie jedyny obszar ich zainteresowań. Oprócz oczywistych tematów, związanych z ważnymi wydarzeniami w historii PRL-u (czerwiec ’56, grudzień ’70, „Solidarność” itp.), kolejną preferowaną działkę tematyczną stanowi Kościół. Oto kilka wybranych tytułów książek spod znaku IPN: „Operacja: Zniszczyć Kościół”, „Niezłomni. Nigdy przeciw Bogu. Komunistyczna bezpieka wobec biskupów polskich”, „Władze komunistyczne wobec Kościoła katolickiego w Łódzkiem”, „Z dziejów Kościoła katolickiego w Wielkopolsce i na Pomorzu Zachodnim”, „Represje wobec duchowieństwa górnośląskiego w latach 1939-1956 w dokumentach”, „Represje wobec Kościoła katolickiego na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie 1945-1989”, „Do prześladowania nie daliśmy powodu… Materiały z sesji poświęconej procesowi Kurii krakowskiej”. I tak dalej, nie będę Was zanudzał kolejną wyliczanką.
Gdyby komuś było mało tych atrakcji, może jeszcze przeczytać inną książkę sygnowaną przez IPN: „Ziemianie wobec okupacji 1939-1945”. A jeśli ktoś interesuje się naprawdę kluczowymi kwestiami z niedawnej przeszłości, tego na pewno usatysfakcjonuje lektura jedynie 287 stron rozprawy pt. „Urząd Bezpieczeństwa w powiecie Lwówek Śląski (1945-1956)”. Co tam jakiś PSL – mamy w ofercie kilkadziesiąt pozycji o podziemiu zbrojnym. Co tam PPS – poczytajcie o ziemianach i ich troskach. Co tam śmierć Pużaka w komunistycznym więzieniu – wszak wydano kilka rozpraw o represjach wobec Kościoła… I jeśli ktoś liczy na to, że oczywista tendencyjność IPN-u i jego „skręt w prawo” nie są widoczne gołym okiem, ten chyba jest przekonany, że ma do czynienia z idiotami, którzy nie potrafią ani czytać, ani myśleć. A może coś przeoczyłem i Pan Rzecznik Prasowy oświeci mnie i wskaże stosowne publikacje w bogatej ofercie IPN-u? Mam na półce jakieś 50 pozycji z dziedziny „polska powojenna lewica patriotyczna”, ale żadnej z nich nie sygnuje IPN. Bo i po co miałby to robić – przy odrobinie szczęścia można na internetowych aukcjach nabyć np. „Wojnę i konspirację” Zaremby, londyńska edycja z roku 1957, w całkiem przystępnej cenie, tak od 100 do 150 zł. Wydatek w sam raz na kieszeń np. emeryta, który w młodości załapał się na działalność w PPS-ie. Albo dla studenta z niezamożnej rodziny…
Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko publikowaniu książek o antykomunistycznym podziemiu zbrojnym. A wręcz przeciwnie – cieszę się z każdego takiego wydawnictwa, bo pozwala ono odkłamać 45 lat cenzury i fałszowania faktów oraz brednie wciąż funkcjonujących w „obiegu naukowym” pseudohistoryków z PZPR-owskiego nadania. Cały problem w tym, że ta cenzura i fałszowanie nie dotyczyły wyłącznie historii podziemia antykomunistycznego czy Kościoła, ale w równie wielkiej mierze ich ofiarą padł niezależny ruch ludowy i socjalistyczny. I dlatego nie może być zgody, aby państwowa instytucja, finansowana z podatków obywateli o przeróżnych poglądach politycznych, zajmowała się propagowaniem wiedzy o tak jednostronnie wybranych wydarzeniach i postawach z przeszłości.
Jest to tym groźniejsze zjawisko, że w sukurs IPN-owi idą inne podmioty – państwowe i prywatne. O ile po roku 1989 wielokrotnie przypominano zbrojne podziemie antykomunistyczne, o tyle wzmianki o niezłomnej części PPS-u były sporadyczne. Pomnika doczekał się „Ogień”, ale nie Pużak. W publicznej TV łatwiej natrafić na film czy program o „żołnierzach wyklętych” niż o Adamie Ciołkoszu. Bez trudu kupimy w ambitniejszych księgarniach książki i albumy o Narodowych Siłach Zbrojnych, ale ze świecą tam szukać opracowań o Arciszewskim. Ile razy, słysząc modne w ostatnich latach peany na cześć Powstania Warszawskiego, mieliśmy okazję dowiedzieć się, że jedną z czołowych jego sił politycznych i bojowych stanowili socjaliści z PPS-u? Czy ofiarą bandytów z UB padli tylko członkowie formacji zbrojnych obozu narodowego, czy może także np. komendant VI Okręgu Batalionów Chłopskich, pułkownik „Zawojna”, czyli Narcyz Wiatr, przed wojną więzień Berezy Kartuskiej, antykomunista, lecz jednocześnie działacz lewego skrzydła ruchu ludowego, zastrzelony na krakowskich Plantach w biały dzień? Czy tyle samo wysiłku, ile włożono w poszukiwania miejsca pochówku „Warszyca”, poświęcono wyjaśnieniu okoliczności śmierci lewicowego ludowca i antykomunisty, Władysława Kojdera, uprowadzonego z domu przez UB i odnalezionego w lesie z 30 kulami w ciele?
Oczywiście nie wątpię, że wielu autorów czy to książek wydanych przez IPN, czy artykułów prasowych, czy scenarzystów filmów dokumentalnych, to osoby szczerze i autentycznie zainteresowane tematyką podziemia zbrojnego, przeszłości ruchu narodowego czy relacji między władzami PRL a Kościołem. Nie zmienia to jednak faktu, że w efekcie otrzymujemy obraz tendencyjny. A problem nie dotyczy bynajmniej przeszłości, lecz jak najbardziej związany jest z tym, co dzieje się tutaj i teraz.
Paradoksalnie, ta prawicowa tendencyjność w „pisaniu historii”, najbardziej na rękę jest postkomunistom i liberałom. Postkomunistom m.in. dlatego, że popycha w ich kierunku tych wszystkich, którzy mają lewicowe poglądy i nawet jeśli krytycznie oceniają PRL, to obca jest im myśl, że mieliby utożsamić się z wizją przeszłości, w której czołową rolę odgrywają Narodowe Siły Zbrojne, major „Łupaszka”, ziemianie i biskupi polscy. Tacy ludzie – a znam ich sporą ilość osobiście – albo wybierają postkomunistów jako „mniejsze zło”, albo wręcz, zwłaszcza młodsi z nich, nawet nie mają pojęcia, że w Polsce istniała po wojnie silna tradycja lewicy antykomunistycznej, która została brutalnie zdławiona przez sowiecką agenturę i zwykłe szumowiny wycierające sobie gębę hasłami lewicowymi.
Z kolei liberałom taka propaganda pozwala wyprzeć ze społecznej świadomości i kart historii tę niewygodną dla nich prawdę, że skrajnie wolnorynkowych „reform”, korzystnych dla wąskiej grupy społecznej, w dodatku przeprowadzonych na mocy porozumienia z postkomunistami, dokonali w Polsce zwykli zdrajcy. Bo środowisko, umownie mówiąc, „Gazety Wyborczej” to przecież ludzie, którzy zanim zaczęli wprowadzać „plan Balcerowicza”, przez wiele lat odwoływali się do tradycji lewicy patriotycznej. Adam Michnik, nim został obrońcą Kiszczaka, nie raz odwoływał się do tradycji Pużaka i Ciołkoszów. Jacek Kuroń, zanim stał się ministrem w ultraliberalnym rządzie, a politykę społeczną sprowadził do rozdawania zupy, przez wiele lat powoływał się na prospołeczny etos PPS-u. Komitet Obrony Robotników był oczywiście środowiskiem łączącym różne tradycje, ale wyraźnie zaznaczała się w nim tendencja spod znaku lewicy patriotycznej, w sensie zarówno ideowym, jak i personalnym (tzw. stary KOR to m.in. Aniela Steinsbergowa, Ludwik Cohn, Antoni Pajdak, a z młodszych m.in. Jan Józef Lipski). Pierwsza „Solidarność” nie była tylko zrywem antykomunistycznym, domagającym się transmitowania mszy świętej w radio i kolejnych pielgrzymek Papieża-Polaka, ale także – o czym dziś mówi się coraz rzadziej – egalitarnym ruchem obrony praw pracowników i ich sytuacji bytowej.
Oczywiście nie można dzisiejszym liberałom odmówić prawa do zmiany poglądów. Sęk w tym, że swoją pozycję po roku 1989 zawdzięczają oni poparciu społecznemu, udzielonemu nie za obnoszenie się z wizjami podatku liniowego, cięć socjalnych i „restrukturyzacji przemysłu”, lecz opartemu na własnej legendzie z tych lat, gdy byli obrońcami robotników i liderami masowego, głównie pracowniczego ruchu społecznego. To właśnie im najbardziej na rękę jest sytuacja, w której tradycje lewicy patriotycznej są zapomniane, ponieważ, po pierwsze, nikt ich samych nie rozliczy z tego, co niegdyś głosili, a po drugie – nie powstanie w Polsce żadna lewica konkurencyjna wobec ich „okrągłostołowych” partnerów z SLD lub niezależna towarzysko i finansowo od środowiska „Gazety Wyborczej”.
Oczywiście obecna sytuacja jest też na rękę prawicy. Marginalizowanie tradycji niezależnego, lewicowego, lecz antykomunistycznego ruchu ludowego i socjalistycznego, pozwala jej kreować taki obraz teraźniejszości, w którym jedynym przeciwnikiem pozostaną „niemoralni” postkomuniści i ci wszyscy, którzy z nimi tak czy inaczej kolaborują. A także taki obraz przeszłości, której jedynym godnym spadkobiercą pozostają oni sami, czyli ludzie odwołujący się do „bojowego” katolicyzmu, wolnego rynku, elitaryzmu itp. W tym obrazie nie ma miejsca na coraz silniejsze w międzywojniu PPS i Stronnictwo Ludowe, na liczny udział socjalistów w AK, na masowe Bataliony Chłopskie, na powszechne w czasie wojny opinie o klęsce wrześniowej jako porażce „Polski pańskiej, ziemiańskiej i plebańskiej”, na lewicowy zwrot nastrojów społecznych w czasie okupacji, na niekomunistyczną wizję egalitarnej i prospołecznej Polski po wyzwoleniu (jeśli ktoś nie wierzy, niech przeczyta „Program Polski Ludowej”, przygotowany w 1941 r. w Londynie przez PPS-owca Zarembę i ludowca Miłkowskiego).
George Orwell proroczo napisał w „Roku 1984”: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”. W takim ujęciu problemu, jaki nakreśliłem, jest tylko zdrowa prawica mniej lub bardziej liberalna (zwłaszcza, że z tradycji piłsudczykowskiej i endeckiej pozostały dziś w obiegu głównie hasła kulturowo-obyczajowe, znikły natomiast ich niegdysiejsze wizje socjalnej czy solidarystycznej gospodarki) oraz podli, niemoralni postkomuniści i ich centrowi pomagierzy. Wszelkie spory ideowe można zatem bez trudu sprowadzić do nieustannego, jałowego wałkowania tematu aborcji, lustracji, praw homoseksualistów i stosunku wobec Kościoła. I tak oto nieważna jest kwestia nakładów na pomoc socjalną, wysokość stawek podatkowych, prywatyzacja, rola własności państwowej (bo o takim „dziwactwie” jak spółdzielczość i gospodarka trójsektorowa, nawet nie ma sensu i z kim rozmawiać), zakres i znaczenie sfery publicznej, sposób reakcji na globalizację gospodarczą itp. Wybór społeczeństwa ogranicza się do wyboru między liberałami, którzy modlą się często lub wcale, między mającymi korzenie w KOR-ze lub w PZPR, między liberalnym Tajnym Współpracownikiem a liberalną ofiarą jego donosów, ewentualnie między liberałem, który miał dziadka w Wehrmachcie lub tym, który miał dziadka w Legionach.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 7 lutego 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Mowa tu o Eugenio Pacellim, papieżu Piusie XII, który sprawował swój urząd w latach 1939-1958. Ciążą na nim zarzuty obojętności wobec Holocaustu, losów narodu polskiego pod okupacją i – last but not least – rzekomego sprzyjania Hitlerowi. Nie zamierzam podawać tutaj papieskiej apologii, chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka (zapomnianych) faktów i na ich podstawie wysnuć nieco szerszą refleksję o „niewdzięczności pamięci”. Tego rodzaju namysł wciąż może być dla nas przydatny, bo historia, nie mniej niż niegdyś, choć może w bardziej wyrafinowany sposób, wydaje się być „sędziwą damą” na usługach różnorakich wydziałów propagandy i akwizytorów niezobowiązujących uogólnień.
Tuż po wojnie Pius XII powszechnie uznawany był za obrońcę Żydów, jedną z niewzruszonych moralnie postaci czasów II wojny światowej. Człowieka, który całkiem sprawnie radził sobie w niezwykle dramatycznych okolicznościach. Wiele osób – choćby kard. Sapieha – miało dopiero z czasem uświadomić sobie trud i dobrą wolę papieża. Jednak stosunkowo szybko do dzieła przystąpiła sowiecka propaganda, bynajmniej nie bezinteresowna (mówiąc eufemistycznie) w swych ideowo-politycznych relacjach wobec papiestwa. A gdy w latach 40. namiestnik Watykanu zajął własne stanowisko wobec problemów relacji Izraela i Palestyny, uznając, iż konflikt między nimi wymaga poszanowania praw obu stron konfliktu, obróciła się przeciwko niemu także część środowisk żydowskich. Jednak wydarzeniem bodaj najważniejszym – z punktu widzenia światowej opinii publicznej – dla ugruntowania się „czarnej legendy” Piusa XII jest sztuka teatralna „Namiestnik”, napisana przez komunizującego za młodu Rolfa Hochhutha. Jej pierwsze wydanie ukazało się nakładem wydawnictwa, które było ekspozyturą radzieckiego wywiadu, powołaną do życia przez gen. Iwana Agajantsa, specjalisty KGB w dziedzinie dezinformacji. Najprawdopodobniej także dokumenty, na podstawie których powstał „Namiestnik”, zostały spreparowane przez KGB i wywiad rumuński. Papież Rolfa Hochhutha to człowiek sprzyjający Hitlerowi, obojętny, jeśli nie wrogi wobec eksterminowanego narodu żydowskiego i innych nacji niszczonych przez hitleryzm.
Czy rzeczywiście papież, a pośrednio Watykan był jednym z trybów, a przynajmniej bezwolnym pionkiem w hitlerowskim dziele zagłady? Warto przypomnieć – in extenso – fragment opublikowanej także po polsku książki pióra Israela Zolli, wielkiego rabina Rzymu, później nawróconego na katolicyzm. Opisuje on na jej kartach historię, jaka rozegrała się w Wiecznym Mieście we wrześniu 1943 roku: „Wehrmacht bronił się jeszcze, trzymając Rzym przez ponad dziesięć miesięcy. Ataków na Żydów ze strony Niemców nie udało się uniknąć. Gestapo musiało rozumować w ten sposób: ponieważ ciało i krew żydowska są jak najgorszej natury, nadają się jedynie do krematorium, ale ich złoto?! Zgodnie ze starożytną maksymą pecunia non olet następuje rozkaz: oddać pięćdziesiąt kilogramów złota w ciągu doby, w przeciwnym wypadku zabierzemy trzystu zakładników. Odbywa się posiedzenie plenarne rady /…/. Rankiem około siódmej zjawia się u mnie doktor Pierantoni: »Niech Pan idzie do Watykanu i pożyczy piętnaście kilogramów złota«. Zgadzam się. Jest też doktor Fiorentino z samochodem. Jestem nędznie ubrany. »Wejdziemy – mówi Pierantoni – przez bramę pocztową. Watykan jest otoczony przez agentów gestapo. Będzie pana oczekiwać zaufana osoba. Aby uniknąć okazywania dokumentów osobistych z pieczątką rasa żydowska, będzie pan zawsze przedstawiany jako inżynier wezwany w sprawach budowlanych«. /…/ Poszedłem /…/. Niebawem znalazłem się blisko szefa Skarbca, a potem szefa Sekretariatu Stanu. Watykan faktycznie wydał już kilkakrotnie miliony, by umożliwić zbiegłym Żydom dalszą ucieczkę [podkreślenie – K. W.]. Odzywam się zatem w ten sposób: »Widzicie zatem, że Nowy Testament nie zaniedbuje Starego. Wspomóżcie także mnie. Osobiście zaangażuję się w zwracanie długu i chociaż jestem biedny, gwarantuję, że Żydzi z całego świata złożą na moje ręce kontrybucję i dług oddam«. Zarówno szef, jak i kardynał byli wzruszeni. Szef Skarbca wyszedł i wrócił po kilku minutach. Rozmawiał z papieżem. »Niech pan przyjdzie przed pierwszą. Biura będą puste, będzie tylko dwóch lub trzech urzędników. Będą czekać, by wręczyć panu paczuszkę. Należy zostawić pokwitowanie odbioru w formie zwykłego bileciku. Przejdzie pan bez trudności«. »Podziękowanie dla Jego Świątobliwości«” (Israel Zolla, „Byłem rabinem Rzymu”, Kraków 2007, ss. 215-216).
Nie miałoby sensu powracanie do tych przebrzmiałych wydarzeń, gdyby nie smutna lekcja, jakiej wciąż nam udzielają. „Czarna legenda” papiestwa – a pośrednio katolicyzmu – dotycząca czasów II wojny światowej jest dziś przez wiele opiniotwórczych środowisk traktowana jako niepodważalny fakt. Natomiast rzeczywisty obraz zdarzeń, w który wpisuje się przytoczona opowieść Israela Zolli, zdaje się być zamazany, ignorowany, źle widziany. Historia jest zakładniczką zarówno cynizmu propagandy, jak potocznych opinii, które miarodajności nabierają dzięki temu, że są bezkrytycznie powtarzane i propagowane. Starożytni powiadali: nie znać historii to zawsze być dzieckiem. Kim jednak staje się ten, kto zna tylko jej stronniczą, wybrakowaną wersję? I staje się jej bezkrytycznym wyznawcą? W najlepszym razie – ignorantem. W najgorszym – potworem, zdolnym w przyszłości dokonać kolejnych zbrodni i fałszerstw. Pytanie zresztą, czym może skończyć się to przewartościowanie problematyki II wojny światowej, której jesteśmy świadkami, a którego bodaj jedną z pierwszych ofiar padł Pius XII.
Niestety, wciąż uczestniczymy w historycznych kuglarstwach. Zdaje się także, że nawet co do naszych najnowszych dziejów nie ma jednej historii, ale wiele wybiórczych opowieści, czy to na użytek politycznych sekt, czy opiniotwórczych towarzystw wzajemnej adoracji. Czym jest dziś miara rzeczy, czy istnieje szczera chęć uznania przekonań i rozumowań innych niż własne? Myśleniem rządzi wielki kwantyfikator: zły jest Kościół, źli są Żydzi, źli są lewacy, źli są prawicowcy, złe feministki, złe Stany Zjednoczone, zła Rosja. Zaś na co dzień to zupa bywa za słona. Stąd zarówno historia powszechna, jak i powszednia zdane są na pastwę uogólnienia, uproszczenia, łatwych wymówek i sądów używanych dla wyjaśnienia złożonych sytuacji. Czasem dokonuje się to z premedytacją, czasem – bezrefleksyjnie: myśl turkocze radośnie po wyżłobionych w mózgu koleinach.
Los Piusa XII brzmi jak memento: nie wydawajmy łatwych sądów o świecie, tym bardziej nie czyńmy tego ze złej woli, bo i my i nasi idole paść mogą ich ofiarą. A nie tak łatwo obrócić w proch pomniki, bynajmniej nie ze spiżu uczynione.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 7 lutego 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Drogi Michale,
jeśli dobrze pamiętam, jak się widzieliśmy ostatni raz, był późny wieczór, środek Warszawy, ulica Okólnik. Właśnie zebrał się pierwszy raz po latach stanów wojennych i po-wojennych zespół „Tygodnika Solidarność”. Pan Tadeusz jeszcze nie był premierem, Małgorzata Niezabitowska jeszcze nie była jego rzeczniczką, a Jan Dworak jeszcze nie szefował publicznej telewizji. Ja właśnie wydałam zrobioną dla podziemnej Karty książkę o Marcu ‘68 roku, a za nagrodę z Fundacji Polcul wyglazurowałam – dumna jak paw – łazienkę. Na tym zebraniu kąpaliśmy się wszyscy razem w pianie z wielkich nadziei na to, że wreszcie będzie normalnie. Rok był 89.
18 lat później Ty zostałeś doradcą premiera Tuska do spraw społecznych i cieszysz się – w prasowym wywiadzie („GW” z grudnia) – że zusowi wreszcie się coś udało. Że udał mu się, mianowicie, system rent okresowych, który eliminuje nieuczciwych i powoduje, że nie marnują się podatnicze pieniądze.
Ta właśnie radosna opinia jest głównym powodem mojego listu do Ciebie. Listu pół-otwartego, bo napisać całkiem otwarcie co naprawdę czuje ktoś, kto jest chory, dostał się w tryby przyznające okresowe renty i domaga się poszanowania własnej godności – to byłby donos na siebie samego o planowanie złych czynów. Formuła pół-otwarta uchroni mnie przed niechybnymi trudnymi do zniesienia następstwami.
Empatia pożądana
Ponieważ zachorowałam, od trzech lat kontaktuję się nieustająco z zusem, jestem więc prawdziwym ekspertem. Mam dwa grube segregatory pism, które zus przysłał do mnie przez ten czas i pism, którymi ja na nie odpowiadałam oraz trzeci segregator, w którym chowam – jak największe skarby – mnóstwo papierów od lekarza rodzinnego, nie rodzinnego, szpitalnego i jakiego tylko się chce, ponieważ te skarby – wyłącznie w oryginale – są przedmiotem mielenia machiny przyznającej okresowe renty.
Trzech czwartych tego, co zus do mnie napisał – nie rozumiem. A przecież czytam grube książki, a nawet je piszę. Gdy przychodzi kolejny polecony, a jakże, z pieczątką zus – wpadam w panikę. Dlatego wnoszę, by do któregoś z ważnych urzędowych rejestrów wpisać nową jednostkę chorobową: fobię zus-owską lub fobię biurokracyjną. Symbol F-zus lub F-b. Druk: zus zla lub zus bla, bla, bla. Wielu lekarzom oszczędziłoby to czasu przy diagnozowaniu pacjentów.
Może moje kontakty z zusem byłyby łatwiejsze, gdyby ucięło mi rękę albo nogę. Ale chyba nie. Ciągle czytam albo oglądam w programach interwencyjnych historie, których zawartość da się streścić tytułem artykułu z Dziennika: Zus zmusza kalekę do pracy. Może byłoby mi łatwiej, gdybym chorowała na społecznie akceptowalną „poważną” chorobę typu rak. Ale i to chyba nie – dziennikarze opisali tych historii na pęczki. Clou jest choćby w dziennikowym tekście pod tytułem Zus czekał, aż jej mąż umrze. Żeby – rzecz jasna – nie zapłacić renty choremu na raka.
Ale jest jak jest. Ani jeszcze nie „zeszłam” ani nie mam wyrazistej choroby somatycznej, a tylko pojawiające się co czas jakiś biedne, choć wymagające szpitala, psychosomatyczne komponenty. Tu serce szaleje, tu jakieś zapalenia żołądka, tu alergia – na zmianę. Mnóstwo proszków na to, które kosztują mnóstwo pieniędzy. Niezmienna tylko depresja, na którą też proszki. I nie-spanie przed kolejną wizytą w zusie.
Nie oczekuję więc od Ciebie zrozumienia, bo wiem, że to skomplikowane. Oczekuję jedynie próby empatycznego wyobrażenia sobie, jak może się czuć chory i coraz bardziej zmęczony człowiek, wessany w tryby zusowskiej machiny. Niby władz umysłowych nie stracił, a jednak czuje się nie a propos, jak niemowlę. Rozsypały mu się ze stresu stare mechanizmy obronne, pozwalające jakimś cudem znosić absurdy życia społecznego przez 15 lat transformacji, a nowe dopiero się wykształcają. To trwa. Na to potrzeba czasu. Ale zus, drogi Michale, czasu Ci nie da, bo ma bardzo dobrze działający system rent okresowych.
Obywatele pod specjalnym nadzorem
Co pół roku będziesz się musiał stawiać na żądanie, po to, by sprawdzono wiarygodność Twoją i Twojego lekarza, który zna Cię i leczy. Przecież możecie być w zmowie i oboje kłamać, żeby wyłudzić.
Zaufanie zaufaniem, ale porządek musi być, prawda?
Zus będzie Ci więc mówił, że jesteś zdrowy, Ty się będziesz odwoływał. Zanim tryby machiny rozpatrzą odwołanie i wezwą Cię znów przed oblicze, nie będziesz miał z czego żyć. Potem, hurtem przyślą Ci pieniądze za kilka miesięcy, bo jednak po odwołaniu lekarz orzecznik zgodzi się, że ci się należy. No i zaraz po tym znów wypadnie termin okresowego sprawdzenia, czy jesteś chory czy nie, bo system rent okresowych działa świetnie. Pójdziesz do lekarza. On Ci napisze, że jesteś chory. Ledwo zdążysz się ucieszyć, a już dostaniesz pocztą pismo, że zus odwołał się od decyzji własnego orzecznika, bo uważa inaczej. Znów nie masz za co kupić lekarstw. Potem znów możesz sobie zrobić mały zapas, bo dostaniesz znów hurtem, kilka rent za pół roku. Potem znów wypadnie Ci kolejny termin stawienia się przed oblicze systemu sprawdzającego zasadność przyznania rent okresowych. Ja się tak bujam ze trzy lata Ciekawa jestem, ile czasu Ty byś wytrzymał.
Zus wygląda pewnie na bardzo przyjemną i nieźle zorganizowaną instytucję, jeśli przyglądać się mu z perspektywy kawy w gabinecie prezesa albo trenera szkolenia, który uczy pracowników zusu, jak mówić petentom dzień dobry i patrzeć miedzy brwi, kiedy owi są zdenerwowani. (Dziennik)
Z perspektywy plastikowego krzesełka, na którym w korytarzu zasiadają chorzy ludzie, by mogły przed nimi defilować urzędniczki z tonami papierów, stukające obcasikami różnych gabarytów – widok nie jest już tak przyjemny.
Przypuszczam, że Tobie nie zdarzyło się siąść po tej drugiej stronie – na krzesełku pod drzwiami lekarza orzecznika zusu. Nie wiesz jak to jest, kiedy lekarz Ci się nie przedstawia, kiedy na wizytówce na drzwiach widnieje nazwisko kobiety, a ty wchodzisz i widzisz faceta lub odwrotnie. Nie wiesz jak może być, kiedy, zwiedziony miłym tonem pytania co panu dolega, zaczynasz swoją trudną opowieść i słyszysz gromkie: niech się pan weźmie w kupę i idzie do roboty. Nie wiesz jak to jest, kiedy jakaś kobieta czy facet w białym kitlu – znaczy lekarz – nie patrzy nawet na ciebie przez kwadrans. Patrzy w Twoje papiery, patrzy w Twoje wezwanie do poważnego lekarza orzecznika, ogląda Twój dowód osobisty i za każdym razem przepisuje obowiązkowo Pesel. Patrzy na twoje ręce, nogi czy brzuch, bo przecież Cię bada. Ale na Ciebie – nie spojrzy. Omija Cię wzrokiem.
Groźby w majestacie prawa
Ale przecież zus o Ciebie dba. Ma całkiem dobry system prewencji rentowej. Choć nie wiem co byś zrobił, gdyby trzy razy kazali Ci jechać do sanatorium, ty trzy razy prosiłbyś o zmianę terminu i miejsca na wygodniejszy dla Ciebie – bo dziecko chore, bo jakieś trudne rodzinne sprawy. No i pokój chciałbyś w tym sanatorium jednoosobowy, a oni Ci dają miejsce w trójce. Ty ich prosisz – a oni swoje. Że masz się podporządkować. I za każdym razem na papierze, który przysyła Ci zus, widnieje wyraźnie, że jak pacjent nie będzie współpracować – czyli mieć własne wymagania – to świadczenie, czyli renta, może być cofnięte. Poprosisz, żeby Ci podali urzędową drogę odwołania od ich sanatoryjnej decyzji – dowiesz się, że odwołać się nie można, bo przecież to orzecznik orzekł.
Jakieś prawa człowieka czy pacjenta? Jakieś prawo wyboru lekarza? Zapomnij. Tu jest niby wolny kraj, ale jak się wpatrzysz – to zobaczysz, że nie całkiem.
Wymuszanie bezrobocia i wyłudzanie składek
Nie wiesz jak to jest, kiedy próbujesz w tym bałaganie trwać, próbujesz nie zamknąć firmy, bo przecież masz nadzieję, że w końcu wszystko będzie dobrze i wrócisz do pracy. Przecież prezes zusu nie zamyka go, kiedy choruje, to i ja nie zamknę – myślisz. Ale orzecznik wie lepiej od Ciebie, że powinieneś już dawno tę firmę zamknąć, bo tak to wyglądasz na wyłudzacza.
Nie wiesz jak to jest, kiedy przypadkiem, na korytarzu przed sekretariatem, dowiadujesz się, że jak się odwołujesz od jakiejś zusowskiej decyzji i np. nie masz przedłużonej renty, to – hura, hura – nie musisz płacić za firmę (która nie przynosi dochodu, ale niestety istnieje) wszystkich składek zusowskich, lecz tylko jedną, zdrowotną. Czy może chorobową. To zdaje się różnica ale ja do tej pory tego nie łapię. Nie wiesz jaka to radocha!
Nie wiesz też, że nie zwrócą ci tej składki zapłaconej od działającej na własną zgubę firmy, jeśli przedłużą Ci rentę. Co tam, z radości, że masz chwilę spokoju, chętnie zapłacisz za ten sam okres dwa razy. W końcu jesteś krezusem. Masz rentę. Na pewno wiesz jaka jest średnia wysokość renty w Polsce. Mnie się nawet nie chce sprawdzać.
Jak się poczujesz lepiej i chciałbyś pomału wrócić do pracy – na razie na pół etatu – to owszem, będziesz mógł. Ale składki na zus musisz zapłacić całe.
Ich Troje
Nie zdarzyło Ci się też pewnie stanąć przed komisją złożoną z trzech obcych Ci osób – nie wiesz kto to jest, bo przecież się nie przedstawią. Jedna czyta Twoje papiery, druga Cię pyta po raz trzydziesty w ciągu trzech lat, czy masz jeszcze firmę, czy już ją zamknąłeś, trzecia pisze coś na maszynie, więc nie słyszysz tej drugiej osoby. Spędzasz tam 17 minut, z zegarkiem w ręku, w czasie których oni zdążyli także obejrzeć Twój dowód i przepisać Pesel, pouczyć, że przysługuje Ci zwrot kosztów dojazdu, ale przecież za taksówkę Ci nie zwrócą, fanaberie masz, oraz obruszyć się, że odmawiasz rozebrania się do majtek, bo Ci przeszkadza brak parawanu i ostre światło. No i po tych 17 minutach wywalą Cię na korytarz, żebyś poczekał i posiedział na krzesełku, z płaszczem na kolanach, bo wieszaka nie ma – po co, przecież to zus, a nie kawiarnia. No i mówią Ci, że masz wrócić do pracy, a jak zapytasz dlaczego?, odpowiedzą Ci, że nie ma obiektywnych przesłanek które by stwierdzały niezdolność, a subiektywne ich nie interesują. No.
To wrócisz pewnie do domu, wypłaczesz się przez telefon swojemu lekarzowi, który przecież wie co ci jest, bo rozmawiał z Tobą długie godziny. Potem weźmiesz proszki na uspokojenie i napiszesz kolejne odwołanie.
Niekompatybilność
W międzyczasie zus przyśle Ci kolejną decyzję, w której domagać się będzie zwrotu nienależnie pobranego świadczenia. Bo zus policzy Twoje dochody inaczej niż urząd skarbowy. Dla zus dochodem jest nie to, co rzeczywiście zarobiłeś, ale to, od czego masz obowiązek zapłacić składkę gdy masz tę cholerną firmę, która nie przynosi dochodu, bo Ty chorujesz i nie pracujesz. Twój psi obywatelski obowiązek to odprowadzić składki do zus od najniższej krajowej pensji. Ta najniższa pensja to około 1500 zł. I to jest twój dochód, choć go na oczy nie zobaczyłeś, bo przecież chorujesz i nie zarabiasz. Taki polski Paragraf 22, którego nawet Orwell by nie wymyślił, drogi Michale. A jak to opowiesz młodemu prawnikowi, którego poprosisz o pomoc w napisaniu odwołania, bo już nie masz na to siły, to Cię zapyta: paragraf jakiej ustawy?
No jak to jakiej? Polskiej. Przez polski Parlament przyjętej. I przez zus realizowanej.
Ludzie polegają na tym, że czują
Nie wiem jak Ty byś się z tym wszystkim czuł. Ja się czuję upokorzona. I wściekła. Choć o wściekłości nie napisze, bo po to – jak pamiętasz – list jest pół-otwarty. Domyśl się, proszę, jak wielka może być ta wściekłość.
Na ścianie mogę sobie powiesić mój dyplom Polculu, żeby sobie przypomnieć jak kiedyś było miło. Teraz jestem tylko petentem zusu. Teraz, dla zusu, którego kształt i Ty współtworzyłeś – jestem tylko potencjalnym oszustem, który chce coś wyłudzić.
Dziennikarze pocieszają: Molocha nie trzeba się bać. 80-letnia łodzianka właśnie wygrała w sądzie z ZUS-em. (Dziennik)
Sama też chętnie się pocieszam, że po to przecież mamy demokratyczne państwo prawa, żeby od każdej głupiej decyzji można się było odwołać nie do kacyka z kace, tylko do niezawisłego sądu. Więc powinnam się cieszyć. Oddawać do sądów kolejne durne decyzje i cieszyć się, czekając na wygraną. To dlaczego ja się nie cieszę?
Po pierwsze dlatego, że jestem w złej formie. No, chory człowiek jestem. Oczekuję – jeśli nie wsparcia ze strony instytucji, która po to powstała, żebyśmy my, obywatele, nie byli bez pomocy w razie życiowych kłopotów – to przynajmniej traktowania mnie z należytym szacunkiem i nie powodowania dodatkowych stresów.
W naszym cudownie liberalnym systemie, który wszystko przelicza na pieniądze, nie umiem na razie wyliczyć, ile pieniędzy straciłam przez to, że kolejni lekarze orzecznicy czy członkowie zusowskich komisji traktowali mnie jak oszusta, którego trzeba na czymś przyłapać. O ile dłużej – przez to właśnie – biorę jakieś proszki i nie wracam do zwykłej formy? Bo co wrócę – to kolejny papier z zusu powoduje kolejną małą zapaść. Z którą jakoś tam się da uporać – ale to trwa. Tracę na to czas. Tracę pieniądze, których w tym czasie nie zarabiam. Ale w końcu jakiś prawnik mi to policzy. I wtedy poproszę zus o zwrot. Może nawet z odsetkami, tak przez zus ulubionymi.
Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego się nie cieszę, że mam prawo się z zusem procesować, tylko wręcz przeciwnie.
Mam, otóż, poczucie, że budując to nasze wyśnione państwo prawa, wybudowaliśmy sobie sami klatkę, w której zgodnie z procedurami i niespójnymi absurdalnymi przepisami, więzimy – patrząc jak się szamocze – coś tak nieprzeliczalnego na pieniądze, jak godność ludzkiej, pojedynczej osoby.
Na polskim styku liberalnego z katolickim, pod ciężarem procedur i artykułów ustaw coraz bardziej niezrozumiałych dla zwykłych ludzi – pada ostatecznie mit mojej młodości. Że pojedynczy człowiek i jego godność muszą być najważniejsze. I że trzeba o to solidarnie dbać.
Gdybym to wiedziała na tym zebraniu „Tygodnika”…
Gdybym to wiedziała wcześniej, jak mnie weryfikowali w stanie wojennym…
Być może nie poszłabym tą drogą, którą poszłam. I innych bym przestrzegała: ludzie, którzy macie głupawe nadzieje na lepszy świat po polskim komunizmie – nie idźcie tą drogą. I jedźcie lepiej na Filipiny, bo tu nie ma czego szukać. Albo siedźcie w domach razem z waszymi psami – Sabami i kotami o nieustalonych imionach. Zresztą, róbta co chceta, tylko nigdy nie liczta na zaklad ubezpieczeń społecznych i konsekwentnie piszta te nazwe z małych liter. Omijajta go szerokim łukiem. Lub żądajta odszkodowań. To w końcu Wasze pieniądze.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Remigiusz Okraska | czwartek 7 lutego 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Na pierwszy rzut oka, hasło „solidarność społeczna” wywołuje pozytywne odczucia. Większość społeczeństwa kojarzy je z takim systemem gospodarczym i konkretnymi rozwiązaniami, które oznaczają, iż lepiej sytuowani troszczą się o tych, którzy radzą sobie gorzej. Już rdzeń owego terminu – „solidarność” – nacechowany jest swego rodzaju „ciepłem” i troską. „Solidarność społeczna” to pewien ideał etyczno-ustrojowy, któremu przyklaśnie mnóstwo osób z prawa i z lewa, inspirowanych rozmaicie pojmowanymi ideałami zarówno humanistyczno-socjalistycznymi, jak i katolicko-narodowymi. Niemal odruchowo kojarzymy go bowiem z ładem wspólnotowym i myśleniem w kategoriach prymatu interesu zbiorowości nad jednostkowymi egoizmami. Lewicowcom owa solidarność przypominać będzie trzeci człon zawołania „wolność, równość, braterstwo”. Prawicowcom zaś skojarzy się z biblijnym wezwaniem „Jedni drugich brzemiona noście” (z listu św. Pawła do Galatów), powtórzonym przez Jana Pawła II w słynnej homilii wygłoszonej w Gdańsku 12 czerwca 1987 r.
Oczywiście skrajnie lewicowy malkontent przypomni, że do tradycji jego obozu należy raczej walka klas niż solidaryzm. Z kolei malkontent skrajnie prawicowy oznajmi, że owszem, solidaryzm jak najbardziej, ale żaden społeczny, lecz narodowy. Będą też, co jasne, malkontenci liberalni, którzy albo solidaryzm krytykują jako taki, albo uznają, że powinien on funkcjonować w postaci wyłącznie dobrowolnej – gdy ktoś chce solidaryzować się z innym, niechże go wesprze z własnej kieszeni, nie czyniąc z tego powszechnej zasady ustrojowej. Tymi ostatnimi nie warto się zajmować, choćby – zostawiając na boku argumenty natury moralnej, które do nich nie docierają – z tego względu, że nawet bardziej rozwinięte gatunki zwierząt uznają konieczność wymuszenia pewnych zachowań dla dobra całej wspólnoty. Wyższość szympansów nad skrajnymi liberałami polega na tym, że nie wierzą one w bzdurne teorie o „niewidzialnej ręce rynku”, która wystarczy dla zapewnienia zbiorowości optymalnych warunków bytowania. Inni ludzie też nie są tak naiwni, dlatego też absolutnie wolny rynek istniał ostatnio w epoce jaskiniowej.
Wróćmy jednak do zwolenników solidarności społecznej. Spór między nimi dotyczy najczęściej metod i zakresu powszechnego solidaryzowania się członków społeczeństwa. Mało kto wierzy już, że w zaawansowanym technologicznie i skomplikowanym społeczeństwie można zostawiać np. ciężko i przewlekle chorych na łasce jakiejś formy filantropii. O ile jednak część uczestników sporu uznaje, że państwo powinno finansowo gwarantować, powiedzmy, przeszczep wątroby, ale już nie plomby na zębach, o tyle inni przekonują, że brak budżetowego finansowania owych plomb sprawi, iż osoby ubogie będą miały jamę ustną w fatalnym stanie. Są to jednak spory techniczne, dotyczące stopnia finansowej wydolności państwa, jego priorytetów oraz poziomu odpowiedzialności człowieka za własny los. W tych sporach, nierzadko głośnych i zajadłych, nie kwestionuje się jednak samej zasady naczelnej.
Warto dodać, że solidarność społeczna nabrała takiej pozytywnej mocy znaczeniowej nie przypadkiem. O jej powodzeniu zadecydowało samo życie, a konkretnie niebywałe osiągnięcia tzw. państw opiekuńczych w kwestii gwarantowania społeczeństwu nie tyle nawet dobrobytu, co bezpiecznej stabilizacji. Kilkadziesiąt powojennych lat to w niemal każdym cywilizowanym kraju okres rozkwitu gospodarczego i społecznego, a zarazem praktyczne potwierdzenie skuteczności i sensu idei solidarności społecznej. Oczywiście państwa opiekuńcze nie zawsze wywiązały się ze swoich zadań w stu procentach, przytrafiły im się także pewne „błędy i wypaczenia”, lecz i tak można ów okres uznać za swoisty złoty wiek krajów, które wprowadziły owe rozwiązania. W tych z nich, które na drodze do dobrobytu zaszły najdalej, niewiele zmieniła nawet późniejsza ofensywa neoliberalizmu. Tu i ówdzie, jak np. w krajach skandynawskich, uległy zmianie formy opiekuńczości, na mniej zbiurokratyzowane i „sztywne” (dlatego w Danii bardzo łatwo zwolnić pracownika, żeby firmom umożliwić reagowanie na cykle koniunktury, ale jednocześnie ów pracownik ma zapewniony wysoki zasiłek oraz konkretną pomoc państwa w zdobyciu nowego etatu). Gdzie indziej, np. na Wyspach Brytyjskich, niedawne szaleństwa liberalnych „reform”, są dziś stopniowo korygowane, a opiekuńczość wraca do łask, dostosowując się do nowych realiów kulturowych, instytucjonalnych i społecznych.
Państwa opiekuńcze przywołałem nieprzypadkowo. Wydaje się bowiem, że zasada solidarności społecznej największy sens ma w krajach o stosunkowo podobnym poziomie dochodów ludności oraz przy aktywnych wysiłkach instytucjonalnych na rzecz egalitarnego podziału bogactwa narodowego. Wówczas rzeczywiście „jedni drugich brzemiona noszą”, wspierając tych, którym obecnie z jakiegoś względu powodzi się gorzej oraz umożliwiając wciąż istniejącym grupom zmarginalizowanym znaczne zmniejszenie dystansu wobec wyższych szczebli drabiny dochodów. W krajach pozbawionych polityki egalitarnej i nękanych drastycznymi różnicami społecznymi/majątkowymi, wezwanie do solidarności społecznej oznacza nierzadko coś zgoła odmiennego. Prowadzi do wspierania zamożnych przez ubogich.
Świetnie widać to na przykładzie stale powracającego postulatu wprowadzenia odpłatności za studia. Zwolennicy rozwiązań prospołecznych niejako odruchowo bronią bezpłatnego korzystania ze szkolnictwa wyższego. Uważają, że odpłatność jest na rękę zamożnej mniejszości, która chce się wymigać od finansowania wspólnego dobra, jakim jest bezpłatna nauka młodzieży z rodzin ubogich. I rzeczywiście, w społeczeństwie stosunkowo egalitarnym, gdzie dominującą grupą byłaby warstwa osób o przyzwoitych dochodach, a zbiorowości ubogich i zamożnych stanowiłyby niewielki procent ogółu, obrona bezpłatnych studiów byłaby postulatem sensowym. W kraju dużych nierówności społecznych i o sporej zbiorowości osób o niskich dochodach, postulat bezpłatnych studiów nie stanowi natomiast bynajmniej rozwiązania „prospołecznego”. Wręcz przeciwnie – tak naiwnie pojmowana równość i „solidarność społeczna” oznaczają zgodę na ugruntowanie nierówności. W efekcie bowiem wcale nie dzieje się tak, że zamożni partycypują w kosztach nauki ubogich i wspierają ich w osiąganiu lepszego wykształcenia. Jest odwrotnie – to ubodzy finansują zamożnym bezpłatne kształcenie.
Są dwa aspekty tego problemu. Po pierwsze, ubogich jest w Polsce znacznie więcej niż zamożnych. Nawet progresja podatkowa, w naszym kraju zresztą niewielka, zwłaszcza gdy oprócz sztywnych stawek podatkowych uwzględnimy rozmaite ulgi i przywileje (a to dla przedsiębiorców, a to dla zawodów zwanych wolnymi czy „artystycznymi”, a to opodatkowanie towarów luksusowych), nie zmienia faktu, że większość wpływów budżetowych pochodzi od osób niezamożnych – ubogich i przeciętnie sytuowanych – jako płatników podatków bezpośrednich lub jako tych, na których producenci, handlowcy i usługodawcy przerzucają koszt pośrednich obciążeń podatkowych. Pieniądze na wydatki budżetowe pochodzą w znacznej mierze od „szarej masy”, nie zaś od garstki „królów życia”.
Po drugie, znacznie większa presja w kwestii podejmowania studiów dotyczy młodzieży z rodzin, gdzie istnieją tradycje zdobywania wyższego wykształcenia, a te rodziny są statystycznie zamożniejsze od niewykształconych, choć oczywiście w tej ostatniej kwestii znajdziemy sporo wyjątków. Co więcej, siłą rzeczy to właśnie rodziny zamożniejsze stać w większym stopniu na bezpłatną edukację swoich pociech. Ta bezpłatna edukacja wcale nie jest bowiem bezpłatna. Pięcioletnie studia dzienne oznaczają o 5 lat późniejsze wejście na normalny rynek pracy (nawet zakładając możliwość dorabiania w trakcie nauki, nie będzie to praca pełnoetatowa), czyli odsunięcie w czasie osiągania dochodów. W dodatku same studia też kosztują. Pół biedy, gdy ktoś mieszka w ośrodku akademickim – wtedy wystarczy bilet miesięczny i wydatki na inne koszta (kserokopie, zakup podręczników itp.). Ale gdy dochodzi koszt wyjazdu do innego miasta, wówczas w grę wchodzi wynajem mieszkania, zakup żywności, podróże do domu rodzinnego itd. W efekcie bezpłatne studia kosztują sporo – nie dość, że młody człowiek nie zarabia na siebie, to jeszcze wspomniane wydatki poboczne dochodzą na skromnym poziomie do tysiąca złotych miesięcznie. Jest oczywiste, że rodzina niezamożna może sobie na taki „luksus” pozwolić rzadko, a jeśli nawet, to za cenę bardzo dużych wyrzeczeń.
Stąd też młodzież niezamożna najczęściej wybiera studia zaoczne. W tygodniu pracują, w weekendy studiują. To ostatnie robią za pieniądze nie tylko spore, ale i stanowiące niemałą część budżetu swoich uczelni. Nie chcę powiedzieć, że na studiach dziennych spotkamy wyłącznie dzieci bogatych rodziców, które przez 5 lat pędzą na ich koszt „bananowy” żywot. Jednak na podstawie własnych obserwacji mogę stwierdzić, że studia dzienne – bezpłatne – są w znacznie większej mierze wybierane przez młodzież nie tyle może bogatą, co przyzwoicie sytuowaną, zaś studia zaoczne – jak najbardziej płatne – chcąc nie chcąc wybiera młodzież mniej zamożna, jeśli oczywiście w ogóle jakiekolwiek studia wybiera.
I tak oto rzekoma solidarność społeczna, polegająca na bezpłatnych studiach, oznacza, że ubożsi finansują bogatym zdobywanie wyższego wykształcenia. Ktoś, kto nie ma znacznych dochodów, sponsoruje studia – z podatków własnych lub rodziców – komuś, kogo rodzice mają dochody na tyle duże, iż stać ich na 5-letnią edukację dzieci. Gdy niezamożna młodzież nie podejmuje studiów, na studia zamożnych płacą podatki jej rodzice i ona sama, jeśli podejmie pracę. Gdy niezamożna młodzież studiuje zaocznie, to za bezpłatne dzienne studia zamożnych płaci niejako trzy razy: raz z podatków rodziców, drugi raz z podatków własnych, a trzeci raz finansując uczelnię z czesnego.
Nie jest to bynajmniej jedyny taki przypadek. Wiele „równościowych” rozwiązań staje się swoją karykaturą w społeczeństwie znaczących nierówności. Jeśli „becikowe” przyznajemy wszystkim rodzicom świeżo urodzonych dzieci, to wspieramy finansowo w równym stopniu tych, którzy jedzą kaszankę i tych, którzy jedzą kawior. Jeśli wprowadzamy procentowe ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych, to ubodzy posiadacze czworga dzieci zaoszczędzą np. 700 zł, a ich zamożni odpowiednicy – 7 tysięcy. Jeśli likwidujemy podatek spadkowy, to jedni za darmo przekażą następcom M-3 w blokowisku, a inni – dwie wille i cztery limuzyny. Jeśli „cały naród buduje autostrady”, tzn. finansuje je z budżetu, to korzystają z nich przede wszystkim ci, którzy po pierwsze mają samochody, po drugie – ich styl życia i pracy opiera się na częstym podróżowaniu, po trzecie wreszcie – korzystny dla nich jest taki system gospodarki, którego istotnym elementem jest transport towarów na znaczne odległości. Innymi słowy: korzysta na nich ktoś, kto sprowadza lub wysyła TIR-y pełne towarów, ale nie ktoś, kto piecze chleb na lokalny rynek lub sprzedaje kapustę na targu. Takie przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność. Myślę jednak, że powyższe wystarczą do ukazania braku sensu w tak pojmowanej solidarności społecznej, która stanowi własne przeciwieństwo – zamiast wsparcia mniej zamożnych przez bogatych, strumień gotówki płynie w dokładnie przeciwnym kierunku.
Dlatego też hasło „solidarności społecznej” należy traktować z dystansem do czasu, aż nierówności majątku i dochodów zostaną mocno „spłaszczone”, mniej więcej do stanu znanego z Niemiec, Francji czy Skandynawii. Gdy dziś zwolennicy pogłębiania tych nierówności zaproponują np. wprowadzenie odpłatności za wyższe studia, gdyż ma to być ponoć sprawiedliwe i uczciwe, powinniśmy im odpowiedzieć tak: niezamożni za studia (zaoczne) już płacą lub w ogóle nie korzystają tego luksusu – teraz najwyższy czas, żeby zaczęli za nie płacić także zamożni. Innymi słowy, „bezpłatność” i „równość” nie są w obecnym systemie korzystne dla tych, którzy są w gorszej sytuacji. Oni wprost i bez cienia zażenowania powinni przejąć liberalne hasła „nierówności” i „odpłatności” – i skierować je przeciwko swoim adwersarzom. Nierówność? Proszę bardzo – niech bogaci płacą znacznie wyższe podatki (bez żadnych ulg)! Odpłatność – jak najbardziej, niech ludzie o pełnych portfelach płacą za każdą usługę publiczną, czas skończyć z „darmowymi obiadami”! Zamiast kurczowo trzymać się idei bezpłatnych studiów czy służby zdrowia, powinniśmy jasno i twardo postawić żądanie, żeby osoby zamożne płaciły za korzystanie z tych usług.
Zapewne zapytacie, jak to zrobić. Odpowiedź jest prosta: przegłosujmy bogatych – nas jest więcej. W dodatku jest nas na tyle dużo, że możemy sobie pozwolić na lekceważenie zachowawczych i bojaźliwych hasełek. „Solidarność społeczna”? Proszę bardzo, ale najpierw stwórzmy dla niej warunki. Na dziś dość już solidaryzowania się głodnych z sytymi.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 15 stycznia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nie będzie to felieton o książce „Strach”. Nie znam jej i prawdopodobnie nie poznam, nie wystarczy mi czasu ni chęci. Zdążyłem jednak zapoznać się już ze sporą liczbą prasowych komentarzy i medialnych doniesień, a także internetowych dyskusji. Przerażająco czarno-białych, ogłupiająco jednowymiarowych, w których przeważającymi uczuciami są albo złośliwa satysfakcja z powodu soli sypanej na polskie rany, albo święte oburzenie, podszyte – przepraszam za mocne słowa – zoologicznym wręcz antysemityzmem, na który nakłada się antykomunistyczny/antylewicowy resentyment. Kolejna z publicznych debat (które dziś coraz częściej i z coraz większą intensywnością znajdują swe miejsce w Internecie) przypomina magiel. Z tą różnicą, że w maglu przynajmniej solidnie zajmowano się odzieżą.
To prawda, nie raz, nie dwa służymy jako Polacy za chłopca do bicia tzw. światowej opinii publicznej w sprawie antysemityzmu. Myślę, że ten przeklęty przez nowożytną historię i przeczołgany przez totalitaryzmy skrawek Europy jest dla Zachodu i części (nie tylko amerykańskich) środowisk żydowskich doskonałym panaceum na własne wyrzuty sumienia i kłopoty z pamięcią historyczną. Nigdy specjalnie nie liczono się z naszymi opiniami, a lata zamknięcia w PRL-u i bynajmniej niełatwy światopoglądowo czas przejścia do III RP, nie ułatwiły nam zadania. Są państwa, instytucje, środowiska, opinie, które uznaje się za miarodajne i są takie, które funkcjonują w drugiej, albo i trzeciej lidze. My z pewnością nie graliśmy (i bodaj wciąż nie gramy) w Lidze Mistrzów. Inni lepiej od nas, za większe pieniądze, z lepszą infrastrukturą i kadrami grają swoimi ideami. Przykre i pewnie niesprawiedliwe, ale sprawiedliwość wbrew pozorom nie jest akurat tą wartością, którą przelicza się międzynarodowe relacje.
Odnoszę jednak przykre wrażenie, że nie ułatwiamy sobie bynajmniej zadania, traktując książkę Grossa z tym histerycznym zacietrzewieniem, bliskim niemal chęci publicznego linczu. Bynajmniej, nie uważam, że Rosjanie, Chorwaci czy Turcy in gremio zareagowaliby z większą klasą na publikacje dotyczące drażliwych zagadnień w ich dziejach. Nie obchodzą mnie nawet reakcje Żydów na ich wewnętrzne czy ogólnoludzkie problemy z historią. Kultura społeczna nie na tym polega, by własne problemy egzorcyzmować, powiadając: „tamci robią jeszcze gorzej”. Interesuje mnie przede wszystkim polskie społeczeństwo i jego dobrostan. I choć z pewnością wielu się z tym nie zgodzi, sądzę, że warunkiem koniecznym dla pogłębienia własnej świadomości narodowej będzie uznanie całej złożoności procesów historycznych, narodowościowych, społecznych, ekonomicznych, politycznych, ideologicznych, które wegetują zapoznane w zaułkach białych plam.
Książka Grossa jest stronnicza. Owszem. Kłopot w tym, że nawet w dziedzinie czysto naukowej nie ma książek stuprocentowo obiektywnych. Jedynym bytem obiektywnym w sposób zupełny jest – z definicji – Absolut. On jednak, o ile mi wiadomo, nie wydaje książek ani w ZNAK-u, ani w żadnej z narodowo-katolickich oficyn. Skazując nas tym samym na lekturę książek spłodzonych przez byty nie mniej od nas ułomne, choć często nieporównywalnie inteligentniejsze i bardziej pracowite. Książka Grossa jest celowo stronnicza – doda ktoś. I owszem, także tego nie można wykluczyć, choć dociekanie ludzkich intencji bez znajomości osoby zawsze jest jedynie hipotezą.
Rzecz jednak w tym, że nawet jeśli książka Grossa jest stronnicza i pisana ze złą wolą, albo w imię czyjegoś interesu, to i tak, chcąc nie chcąc, stanowi jeszcze jeden wektor, jeszcze jedną płaszczyznę i punkt odniesienia w tym – ostatecznie wcale niezgorszym – porządku rzeczy, określanym mianem pluralistycznego. Umożliwia dyskusję. Ale kłopot w tym, że debaty nie ma. Istnieje – póki co – ciąg zniechęcających monologów, prowadzonych przez środowiska i osoby absolutnie wzajem impregnowane na argumenty adwersarzy, pilnie strzegące wyznaczonych linii demarkacyjnych, broniące ustanowionego przez się status quo niczym świętej relikwii własnych koncepcji. Szczęściem dla każdego z nas dostęp do wszystkich tych opinii jest dziś powszechnie dostępny.
Jedno jest dla mnie pewne. Polacy mordowali i wydawali Niemcom Żydów. Niemcy mordowali wszystkie nacje, skupiając się ze szczególnym okrucieństwem na tych, które z racji rasistowskich założeń uznali za „rasy niższe”. Żydzi wydawali Niemcom i Żydów i Polaków, a pewnie też przedstawicieli innych narodów. Liczba motywów dla tych obrzydliwych czynów była niezmierna i tak niezgłębiona, jak niezgłębiony może być człowiek, szczególnie w czasach pogardy i wszechogarniających ideologii. Nie jestem historykiem, nie będę na udowodnienie powyższych tez przytaczał fakty garściami. Każdy czytelnik przy odrobinie wysiłku może do nich dotrzeć. Mam jednak na udowodnienie swej tezy argument podstawowy, z niedoskonałości natury ludzkiej, która tyleż jest metafizyczna, co empiryczna, bo potwierdza ją codzienne doświadczenie każdego z nas. Owa niedoskonałość, zło, niegodziwość, zdolność do występku, są jednymi z nielicznych, przyznaję ze smutkiem, uniwersalnych doświadczeń ludzkości. Chcąc nie chcąc, nie mogę zatem wykluczyć, że i w książce Jana Tomasza Grossa zawarte jest przykre, jątrzące ziarno prawdy na temat mojego narodu. Ot, strachy na Lachy: nieco z bujdy i mitu, nieco z rzeczywistego lęku, przyczajonego na skraju świadomości.
Niestety, dla powyżej wyłożonych skrótowo przyczyn obawiam się, że Jan Tomasz Gross zwyciężył, zwyciężył nad naszym zdrowym rozsądkiem, a pośrednio – poczuciem przyzwoitości. Czy zrobił to w sposób nieprzyzwoity i krzywdzący? Nie byłoby w tym nic nowego pod słońcem: jedno zło świetnie współgra z innym. Z pewnością jednak dał jeszcze jeden argument przeciwko tym z nas, którzy zrobią wszystko, by wybielić obraz własnego narodu i wszelką odpowiedzialność zepchnąć na innych: Żydów, komunistów, Niemców czy po prostu nie-Polaków. Ostatecznie, i on i my przyczyniamy się do kolejnego zwycięstwa historycznego zła. I nie ma dla tego żadnego dobrego usprawiedliwienia, nie znajdzie go nawet najbardziej dyspozycyjna wobec naszej świadomości społecznej i aparatu państwa prokuratura.
Pozwolę sobie na górnolotność: być może ten rodzaj zła wyrzuca się jedynie modlitwą i postem. Ale – jak wiadomo – żaden „prawdziwy Polak” na to nie pójdzie. Nawet gdyby faktycznie pewien rodzaj szczerego i odważnego uznania własnego współuczestnictwa w zbrodni miałby być faktycznym świadectwem naszej wielkości. Nie myślę tu bynajmniej o manierze politycznie poprawnego przepraszania wszystkich za wszystko przy nadarzającej się okazji. Raczej – paradoksalnie – o dumnym uznaniu tak wielkości, jak i słabości własnej historii: przede wszystkim ze względu na dobro własnej kultury narodowej.
Krzysztof Wołodźko
P. S. Rozumiem, że jest wielu ludzi, którzy z przyczyn biograficznych czy rodzinnych nie mogą przemóc w sobie np. antyżydowskich resentymentów. Nie mnie to oceniać. Ale nie mam żadnego zrozumienia dla dwudziesto-, trzydziestoletnich „prawdziwych Polaków”, którzy z radykalnej, rzekomo iście narodowej „polityki historycznej” uczynili treść swego światopoglądu. Są równie przydatni dla Polski, co Jan Tomasz Gross.