Stanisław Thugutt: Ku lepszemu życiu. Rzecz o spółdzielczości [1935]

Stanisław Thugutt: Ku lepszemu życiu. Rzecz o spółdzielczości [1935]

W słowach możliwie krótkich i zwięzłych chciałbym przede wszystkim wyjaśnić wszystkim, którzy się tym interesują, co to jest spółdzielnia i co to jest spółdzielczość.

Wprawdzie niewielu jest chyba ludzi na świecie, którzy by nie znali przynajmniej z wyglądu spółdzielni, którzy by nie wiedzieli, że jest to sklep, biuro lub warsztat, maślarnia, rzeźnia lub kasa oszczędności, że się w nich sprzedaje lub kupuje towary, składa i pożycza pieniądze, wspólnie wyrabia jakieś produkty, na wspólny rachunek buduje domy itd.

Każdy też prawie wie, że nie są to sklepy, warsztaty i biura właścicieli prywatnych – kupców i przemysłowców – ani nie są państwowe, miejskie czy sejmikowe, ale należą do stowarzyszeń, których wszyscy możemy zostać członkami, bylebyśmy podpisali deklarację, wpłacili wpisowe i udział oraz zostali przyjęci przez zarząd. Ale też u wielu ludzi na tym się kończy ich wiedza o spółdzielni. A warto byłoby wiedzieć przynajmniej, jak są te stowarzyszenia zorganizowane, jak działają i po co powstają.

Jasnym jest, że takie stowarzyszenie jest spółką i przedsiębiorstwem. Spółką dlatego, że należy do wielu właścicieli, a przedsiębiorstwem – ponieważ prowadzi interesy, kupuje i sprzedaje i nawet sprzedaje drożej niż kupuje. Kiedy się jednak z tym stowarzyszeniem bliżej zaznajomimy, widzimy, że to jest osobliwa spółka i całkiem inne przedsiębiorstwo, niż wszystkie te, któreśmy dotychczas widzieli. Już przystępując na członka, dowiadujemy się, że wprawdzie musimy wpłacić udział, ale nie możemy tych udziałów wpłacić tyle, ile nam się podoba, albo na ile nam starczy pieniędzy, tylko tyle, ile pozwala statut, czyli wewnętrzne prawo, którym się rządzą stowarzyszeni i które sami sobie nadali. Wskutek tego różnice ilości posiadanych przez członków udziałów są dosyć nieznaczne, nie tak, jak np. w zakładanych przez kupców i przemysłowców spółkach akcyjnych, gdzie 99 członków może mieć po 1 udziale (jednej akcji), a setny – wszystkie pozostałe, choćby ich było kilka czy kilkanaście tysięcy.

Ale dopiero na walnym zgromadzeniu członków swojego stowarzyszenia-spółdzielni przekona się nowy członek naocznie, że nabycie większej ilości udziałów może być wyrazem jego dobrej woli, poza tym jest pożyteczne dla spółdzielni, która w ten sposób gromadzi własne fundusze i nie potrzebuje znikąd pożyczać obcych kapitałów, ale jemu samemu nie przynosi wielkiego pożytku. Czym bowiem jest walne zgromadzenie członków? Ustala ono, jak trzeba prowadzić przedsiębiorstwo i skoro wszyscy przecież nim rządzić nie mogą, wybiera szczupłe grono osób, które, jako zarząd, będą je prowadziły, załatwiając sprawy codzienne. Zarówno ustalenie sposobów prowadzenia przedsiębiorstwa, jak i wyboru zarządu dokonuje się przez głosowanie większością głosów. W spółce handlowej czy przemysłowej, krócej mówiąc – w spółce kapitalistycznej, głosują, co prawda, nie tyle ludzie-członkowie, ile udziały-akcje.

Kto ma więcej akcji, ten ma więcej głosów. Na nic tam się nie zda mądrość, doświadczenie, nawet życzliwość dla przedsiębiorstwa, przeważy zawsze wola tego, który ma więcej głosów. W spółdzielni wszyscy mają równy głos, a tym samym równą możność oddziaływania na bieg spraw w przedsiębiorstwie.

W ten sposób usuwa się możność przewodzenia bogatszych członków, którzy mają więcej udziałów, nad biedniejszymi, których stać tylko na jeden. Dlatego też kto by chciał rządzić innymi mocą swojego bogactwa, ten nie ma po co chodzić do spółdzielni i dlatego też mówimy, że spółdzielnia rządzi się demokratycznie.

Ale na tym walnym zgromadzeniu członków spółdzielni dzieją się inne jeszcze rzeczy, nie mniej osobliwe. Spółka kapitalistyczna, jeśli jest dobrze prowadzona i trafiła na pomyślne warunki, osiąga w ciągu roku zysk i ten zysk dzieli między członków stosownie do posiadanych akcji: kto ma 10 razy więcej akcji, na tego przypada 10 razy większa część zysku. My – spółdzielcy nie lubimy i nie używamy słowa „zysk”, ale w końcu roku mamy też nadwyżkę dochodów nad wydatkami. Podziału nadwyżki dokonuje także walne zgromadzenie, ale dokonuje go w sposób całkiem odmienny niż w spółce kapitalistycznej, nadwyżkę bowiem dzieli się między członków nie według posiadanych udziałów, ale według dokonanych przez nich ze spółdzielnią obrotów. To jest w spółdzielni czynność, która ją najbardziej odróżnia od kapitalistycznej spółki i kto jej nie rozumie, ten nie rozumie, po co spółdzielnia istnieje. Dlatego musimy tę sprawę zbadać do gruntu.

Przedsiębiorstwo kapitalistyczne zakłada się po to, żeby przynosiło zysk, jak najwięcej zysku. Jeżeli takie przedsiębiorstwo nie przynosi zysku i nie ma widoków, żeby go przynosiło w przyszłości, trzeba je zamknąć. Jego właściciel może być sknerą albo rozrzutnikiem, zdziercą albo człowiekiem miłosiernym, oszustem albo uczciwym, ale kapitał włożony przez niego w przedsiębiorstwo musi przynosić zysk tak jak krowa musi dawać mleko, jeśli nie ma być posłana na rzeź. Jedyną rzeczą, która łączy członka ze spółką akcyjną, jest tylko ten właśnie zysk. Taka spółka nie interesuje się członkiem, który – odwrotnie – często nie wie nawet, gdzie się znajduje i co produkuje przedsiębiorstwo, którego jest członkiem, i dlatego wspólnicy mają prawo wymagać, żeby włożony przez nich do przedsiębiorstwa kapitał przynosił jak największy zysk.

W spółdzielni i przez spółdzielnię nikt się nie stanie bogaczem, bo spółdzielnię zakłada się nie po to, żeby swoich niezamożnych członków przekształcała na milionerów, ale po to, żeby zaspokajała gospodarcze potrzeby ludzi. Potrzeby ludzkie są różne i dlatego różne są też rodzaje zaspokajających je spółdzielni. Jedni ludzie, potrzebując liczyć się z groszem, wydawanym na zakup potrzebnych do życia produktów, zakładają spółdzielnię spożywców, która im tych produktów dostarcza w dobrym gatunku i po możliwie najtańszej cenie. Inni – rolnicy – potrzebują zbyć korzystniej płody swego gospodarstwa – mleko, masło, jaja, zboże, drób albo bydło – i chcąc się bronić przed wyzyskiem kupującego od nich te rzeczy handlarza, sprzedają je wspólnie założonej w tym celu spółdzielni, a przed sprzedażą czasami je uszlachetniają, czyli przerabiają, np. mleko na masło, mięso na wędliny itp.; poza tym przez tę samą czy też przez inną spółdzielnię nabywają wszystko, czego im potrzeba do gospodarstwa: narzędzia, żelazo, skóry, powrozy, nawozy. Jeszcze inni, walcząc z lichwą mieszkaniową, budują wspólnie domy nie dlatego, żeby odnajmować je innym, ciągnąć stąd zyski, ale żeby w nich samym zamieszkać. Spółdzielnia kredytowa zaspokaja potrzeby tych, którzy chcą pożyczyć pewną sumę na udoskonalenie lub rozszerzenie swego przedsiębiorstwa albo chcą złożyć gdzieś swoje oszczędności. I tak dalej, a to dalej jest prawie nieograniczone, bo coraz to nowe rodzaje spółdzielni powstają dla zaspokojenia coraz to nowych potrzeb.

Zaspokajając potrzeby członków, spółdzielnia kupuje i sprzedaje. Jakkolwiek nie czyni tego dla zysku, nie może sprzedawać po cenach, po których kupuje, ani kupować po cenach, po których będzie sprzedawała, musi bowiem pewne sumy zatrzymywać z obrotu na wynajęcie lokalu, opłacenie pracowników, podatki, zepsucie i rozkruszenie się towarów oraz kradzieże i nadużycia, które mogą się zdarzyć. Sum tych z góry określić nie można, a w każdym razie byłoby tu łatwo popełnić niebezpieczną pomyłkę, za którą nie wiadomo, kto by w końcu zapłacił. Dlatego spółdzielnia sprzedaje i kupuje po cenach, jakie płacą i po jakich sprzedają przedsiębiorcy prywatni, inaczej mówiąc, po słusznych cenach rynkowych, z tą tylko różnicą, iż stara się, aby jej korzyść była jak najmniejsza i że nie uprawia żadnych spekulacji.

Z tych różnic pomiędzy cenami kupna i sprzedaży zbiera się w każdej spółdzielni pewna suma. Jest ona, oczywiście, własnością członków, ponieważ spółdzielnia istnieje nie sama dla siebie, ale dla pokrywania ich potrzeb. Trzeba przeto zwrócić tę sumę członkom, ale gdybyśmy tak, jak w spółce akcyjnej, podzielili ją między członków w stosunku do wniesionych udziałów, uznalibyśmy, że najważniejszą rzeczą w spółdzielni jest kapitał, który nią rządzi, a nie ludzie, którzy zaspokajają w niej swoje potrzeby. Zresztą członkowie spółdzielni są zwykle ludźmi nie posiadającymi większych kapitałów, nie mogącymi liczyć na znaczne od nich dochody. Ich siłą nie jest kapitał, tylko chęć współdziałania dla wspólnego dobra. Członek, który wpłacił udział, zadeklarował przez to tylko gotowość współdziałania z innymi członkami dla poprawienia swojego oraz ich bytu. Jeżeli jednak nie dokonywał ze spółdzielnią żadnych obrotów, nic w niej nie kupował i nic w niej nie sprzedawał, żadnego współdziałania nie było, a członek taki pozostał „martwym” członkiem, któremu nic się od spółdzielni nie należy, oprócz skromnego oprocentowania wniesionego kapitału. Nie ma wobec tego żadnego powodu, żeby brał udział w podziale nadwyżki dochodów nad wydatkami, bo nie on się do powstania tej nadwyżki przyczynił, tylko ci członkowie, którzy nadpłacili, kupując w spółdzielni, albo którym spółdzielnia, kupując od nich, nie dopłacała. Toteż spółdzielnia, która dzieliłaby nadwyżkę dochodów w stosunku do udziałów, nie byłaby wcale spółdzielnią. Dodajmy też, że spółdzielnia, która ścierpi w swoich szeregach takich „martwych” członków, albo dokonuje obrotów z obcymi, nie wciągając ich na członków, jest źle urządzoną spółdzielnią, nie spełniającą swoich obowiązków.

Zanim walne zgromadzenie dokona podziału nadwyżki dochodów, odłożyć musi pewną jej część na fundusz zasobowy, czyli rezerwę, przeznaczoną na pokrycie możliwych strat w przyszłych latach. Rezerwę ze zwykłej ostrożności musi odkładać także i spółka kapitalistyczna, ale i tu zachodzi zasadnicza różnica, bo gdy w spółce akcyjnej rezerwa zostaje własnością członków i w razie rozwiązania spółki bywa między nich dzielona, w spółdzielni staje się ona własnością społeczną i gdyby spółdzielnia przestała istnieć, przechodzi na jakieś cele społeczne, członkowie zaś otrzymują tylko zwrot sum wpłaconych na udziały, o ile oczywiście starczy na to pieniędzy. Z tych też względów nazywają spółdzielcy tę odkładaną rezerwę funduszem społecznym.

A oto jeszcze dwie cechy spółdzielni, które je różnią od wszystkich innych przedsiębiorstw. Przede wszystkim drzwi jej są otwarte dla wszystkich, to znaczy przyjmuje ona na członka każdego uczciwego człowieka, który się zgadza z jej zasadami, a chociażby zobowiązuje się poddać jej statutowi, przepisom i zwyczajom. Przyjmując, nie pyta go ani o majątek, ani o przekonania polityczne czy społeczne, chce bowiem zaspokajać w zakresie swej działalności potrzeby wszystkich, a zwłaszcza te, które są najpilniejsze. Dodajmy jednak, że w praktyce jest spółdzielczość przede wszystkim ruchem klas pracujących, walczących o poprawę swojego bytu.

Poza tym, skoro, jak powiedzieliśmy wyżej, jest spółdzielnia stowarzyszeniem ludzi świadczących sobie wzajemnie pomoc, a nie spółką kapitałów szukających zysku, buduje ona swoją przyszłość, swój rozwój i moc raczej na wartości zrzeszonych przez siebie ludzi, niż na nagromadzonych środkach pieniężnych, środki te bowiem znajdzie z łatwością, jeżeli nie zawiedzie jej wierność członków dla wspólnie podjętej sprawy. Wobec tego, nie przestając ulepszać swojego przedsiębiorstwa, stara się spółdzielnia wychowywać moralnie i umysłowo swoich członków, tworząc z nich związaną mocnymi więzami gromadę idącą do wspólnego celu. Tym celem jest życie lepsze, czystsze, wolne zarówno od udręczeń nędzy, jak i od brudnych pokus chciwości.

Oto są cechy, które różnią spółdzielnię od wszystkich innych przedsiębiorstw i które są jej istotą zarazem. Wymieńmy je raz jeszcze w krótkości: demokratyczna organizacja, niskie oprocentowanie udziałów i w ogóle małe znaczenie kapitału, podział nadwyżki dochodów nad wydatkami stosownie do dokonanych ze spółdzielnią obrotów, otwarte dla wszystkich członkostwo oraz niewtrącanie się do sporów politycznych, czyli neutralność, a lepiej powiedziawszy – niezależność od partii politycznych, i kształcenie członków. W spółdzielniach spożywców, częściowo i w spółdzielniach rolniczych, dochodzi jeszcze sprzedaż za gotówkę, bez czego spółdzielnie byłyby w zależności od wierzycieli-dostawców, a członkowie łatwo by zapominali o rozsądku przy zaspokajaniu swych potrzeb. Spółdzielnia spożywców, która by udzielała kredytu, źle by wychowywała swoich członków.

***

Mówiłem dotąd, że spółdzielnia służy do zaspokajania potrzeb, że za jej pomocą ludzie pracy o twardych rękach i nie mniej twardym życiu walczą o poprawę swojego bytu.

Cóż ta walka dać może? Jakież w niej są widoki zwycięstwa, jeżeli z jednej strony stają olbrzymie kapitały, świetne urządzenia techniczne i wielkie zastępy specjalistów starannie szkolonych – a z drugiej tłum, który do obrony swoich praw do życia idzie z gołymi rękami.

Otóż ta walka wygląda bynajmniej nie tak beznadziejnie, jakby się komu mogło wydawać, ani odniesione w niej zwycięstwa nie są znowu tak małe.

Przede wszystkim wielkość zastępów, które walczą. W Polsce – w kraju biednym i dość zacofanym zarówno społecznie, jak gospodarczo – postępy spółdzielczości są mniejsze niż w wielu innych krajach. Ale i tu przecież spółdzielczość już coś znaczy. Ogólna ilość spółdzielni wynosi 11726 z 2 770 000 członków, nie licząc spółdzielni tzw. dzikich, które nie należą do żadnego związku rewizyjnego i których ilość nie jest dokładnie wiadoma. Związków rewizyjnych, które rewidują (badają) działalność spółdzielni związkowych, udzielają im porad technicznych i prawnych i reprezentują je wobec władz, jest u nas: 4 polskie, (Związek Spółdzielni Spożywców RP, zwany inaczej „Społem”, Związek Spółdzielni Rolniczych i Zarobkowo-Gospodarczych, Związek Spółdzielni i Zrzeszeń Pracowniczych RP i Związek Spółdzielni Wojskowych), 2 ukraińskie, 2 niemieckie i 2 żydowskie. Związek „Społem” jest zarazem hurtownią, zaopatrującą zrzeszone spółdzielnie w towary; obroty tej hurtowni w 1934 r. wyniosły 71 500 000 zł, produkcja zaś własnych fabryk w Kielcach, Włocławku i Sokołowie złotych 3 534 000. Jest to największe przedsiębiorstwo handlowe w Polsce.

Centrale spółdzielni rolniczych są z natury rzeczy mniejsze, choć ilość tych spółdzielni jest większa, niż jakichkolwiek innych. Jednak i tu obroty i kapitały sięgają wysokości rzadko spotykanych w przedsiębiorstwach prywatnych. Centrale spółdzielni mleczarskich i jajczarskich sprzedały w 1933 r. masła 6000 ton za przeszło 19 milionów zł (z czego zagranicę sprzedano prawie 1000 ton; masło spółdzielcze stanowi przeszło 90% ogólnego wywozu masła z Polski). Centralna Kasa Spółek Rolniczych kapitałów własnych ma 6,5 miliona zł, a pożyczek udzieliła w 1934 r. z górą 50 milionów zł.

Są to ogromne sumy w naszych skromnych, biednych stosunkach polskich. Zagranicą, zwłaszcza w bogatszych i bardziej rozwiniętych gospodarczo krajach Europy Zachodniej, spółdzielczość poszła już dużo dalej naprzód. Tak np. w Danii, małym kraiku, 9 razy mniejszym pod względem obszaru i liczby ludności od Polski, hurtownia tamtejsza dosięgła w swoich obrotach w 1933 r. sumy 178 milionów złotych, w tym przeszło 50 milionów złotych własnej produkcji; czysty dochód tej hurtowni wyniósł blisko 12 milionów zł.; liczba osób zatrudnionych w przedsiębiorstwach – 3356. Oprócz doskonale rozwijającej się spółdzielczości spożywców posiada Dania olbrzymią sieć spółdzielni rolniczych, przez które przechodzi prawie cała produkcja drobnych gospodarstw rolnych; nie tylko znakomicie pomnożyły one bogactwo kraju, ale podniosły ciemne dawniej i biedne chłopstwo duńskie na wysoki poziom kultury i zamożności. W Szwecji również świetnie rozwijający się ruch spółdzielczy rozbił już kilka karteli (zmów) przemysłowych, uciskających ludność wysokimi cenami, obniżając te ceny o kilkanaście, niekiedy o kilkadziesiąt procent. Dzisiaj spółdzielcze młyny, margaryniarnie i fabryki wyrobów gumowych są w Szwecji największymi tego rodzaju zakładami w kraju.

Przodującym odłamem spółdzielczości jest ruch angielski, najstarszy wśród wszystkich. Ilość spółdzielni spożywców jest tam wprawdzie stosunkowo niewielka (1150) i zmniejsza się od kilkunastu lat stale przez łączenie się spółdzielni ze sobą, ale liczba członków dochodzi już 7 milionów, co z rodzinami wynosi zapewne około połowy ludności (48 milionów). Spółdzielnie te miały w 1933 r. przeszło 5 miliardów zł obrotu, 3 hurtownie zaś (angielska, szkocka i angielsko- szkocka) miały ich blisko 2,75% miliarda. Hurtownie te posiadają dziś 194 fabryki i wytwórnie, niektóre bardzo znacznych rozmiarów, kopalnie węgla, własną flotę rybacką, wielkie gospodarstwo rolne i olbrzymie plantacje herbaty, której są największym sprzedawcą. Ilość osób zatrudnionych w tych zakładach wynosi 56 tysięcy, nie licząc robotników w plantacjach indyjskich.

Rozwój spółdzielczości ogarnął już dziś cały świat, nie wyłączając krajów na pół dzikich. Ogólna ilość spółdzielni wynosiła w 1931 roku 731 256 ze 166 milionami członków (licząc z rodzinami, około ¼ ludności świata). Co ważniejsze, w całym szeregu krajów – Anglii, Francji, Szwajcarii, Szwecji, Danii, Holandii – ruch spółdzielczy idzie niepowstrzymanym pędem naprzód, przezwyciężając kryzys i przeszkody, stawiane mu przez wrogów, powiększając ciągle ilość członków, obroty i zakłady. W Londyńskiej Spółdzielni Spożywców, największej spółdzielni świata, w styczniu roku bieżącego dzienny przyrost członków wynosił przeszło 1000 osób. Tylko w Niemczech, gdzie spółdzielczość spożywców została niejako upaństwowiona, ruch ten cofnął się znacznie.

***

Pozostaje do wyjaśnienia, skąd się ten cały potężny ruch wziął, gdzie i kiedy się narodził, kto wynalazł ten cudowny sposób, przy którego pomocy ludzie pozbawieni środków, stosunków i kapitałów, ludzie, którzy się przedtem ciężko potykali z nędzą, potrafili stworzyć tak olbrzymią organizację i tak znacznie przez nią polepszyć swój byt.

Powiedzieć, że spółdzielczość powstała z niczego, byłoby nieścisłym, stworzyli ją bowiem ludzie, wiemy nawet, kto i kiedy ją stworzył. Nie byli to ani wielcy mężowie stanu, ani nawet sławni uczeni, ale szarzy ludzie z tłumu, jakich miliony po wszystkie czasy pracują i cierpią. Stworzyli ją w obronie swojego prawa do słusznej zapłaty za pracę, do życia, które by było czymś lepszym niż życie źle utrzymanych zwierząt pociągowych. Uczynili to w walce z przemocą i wyzyskiem. Od najdawniejszych początków życia ludzi na świecie byli słabi i silni, krzywdzeni i krzywdzący, ci, którzy cichą, mrówczą pracą dźwigali ludzkość na coraz to wyższy stopień cywilizacji, i tacy, którzy, wierząc tylko w siłę, odbierali innym owoc ich pracy, kształtowali prawa dla swojego wyłącznie zysku i swojej wygody. W tej walce słabi zginęliby dawno, gdyby nie spostrzegli się, iż największej nawet sile drapieżców można przeciwstawić skutecznie zbiorową siłę, powstałą z połączenia sił małych. Napaści i gwałtowi opierała się wzajemna pomoc i wzajemna obrona i nie zawsze zwycięstwo było po i stronie tych, którzy wierzyli w przemoc. To dążenie do wzajemnej pomocy było źródłem, skąd wypłynęła spółdzielczość, która jest niczym innym, jak walką z przemocą kapitału i z jego przywilejami.

Nie znaczy to, co prawda, żeby spółdzielnie istniały tak dawno, jak cierpienie i praca – od samego początku dziejów ludzkości, zaczęły się one bowiem w obecnej postaci rozwijać dopiero w ciągu ubiegłego stulecia. Dawniej nie było ich, bo nie było warunków, w których mogłyby powstać. Na wsi za czasów poddaństwa zbyt mało było wolnych ludzi, którzy mogliby dysponować swoją osobą i swoim majątkiem; wieś zresztą żyła niemal wyłącznie produktami swej pracy, nie stykając się z innymi osadami. W miastach żyli ludzie porozbijani na oddzielne stany (duchownych, rycerzy, kupców, rzemieślników itd.), niewspółdziałające ze sobą; handlem zresztą mógł się zajmować tylko kupiec, a wytwarzaniem potrzebnych innym przedmiotów – tylko rzemieślnik.

Dopiero sto kilkadziesiąt lat temu warunki zasadniczo się zmieniły. Na wsi, coraz bardziej wolnej na zachodzie Europy, rolnicy nie żyli już niemal wyłącznie jak dawniej, z płodów swoich gospodarstw, ale zaczęli je sprzedawać na rynek i kupować tam to, co im było potrzebne. W mieście rozwijający się potężny przemysł gromadził wielkie masy robotników źle płatnych i nędznie żyjących, dla których ceny codziennie potrzebnych do życia produktów były sprawą najwyższej wagi. Wieś, sprzedając czy kupując na targu, potrzebowała coraz więcej pieniędzy, w mieście klasy pracujące potrzebowały wyższych zarobków albo niższych cen tego, co kupowały. Tu i tam nędza była olbrzymia.

Zjawili się ludzie, którzy zaczęli tłumaczyć, że przyczyną tej nędzy jest wyzysk stosowany przez kapitalistów. Posiadając w ręku kapitał w postaci narzędzi pracy, płacili oni robotnikom mniej niż warta była ich praca, towary zaś sprzedawali po cenach nadmiernie wysokich. Położenie ludzi biednych – niekapitalistów – pogarszali pośrednicy, którzy przeprowadzali towary od fabrykanta aż do rąk tego, który je dla swoich potrzeb czy dla swego spożycia nabywał, albo skupowali u rolników ich płody na sprzedanie ich miejskim spożywcom i kupcom. W obu wypadkach pośrednicy ci – hurtownicy, drobni kupcy, ajenci – kazali sobie drogo płacić za swoje usługi, a płacił najwięcej ten, kto, nie mając sam kapitału, nie mógł się obejść bez ich usług.

W tych warunkach nasuwał się prosty wniosek: najlepiej być samemu swoim własnym kupcem i fabrykantem. Nie mogło być jednak mowy o zakładaniu na własną rękę sklepów lub fabryk, bo tylko nieliczni ludzie mogli coś odłożyć z głodowych zarobków, zaczęto więc zakładać spółki i zaczęto od sklepu, jako od przedsiębiorstwa najłatwiejszego do założenia. Takie sklepy powstawały w Anglii, najbardziej podówczas uprzemysłowionym kraju świata, o wielkiej ilości ludności robotniczej już pod koniec osiemnastego wieku; z powodu wadliwej organizacji prawie wszystkie przestawały one istnieć już po paru latach. Dopiero w 1844 r. w małym mieście angielskim Rochdale założyło 28 robotników tkackich z groszowych przez rok zbieranych składek „Spółdzielnię Sprawiedliwych Pionierów”. Istnieje ona do dziś dnia, rozwinąwszy się z nędznego kramiku, otwieranego parę razy tygodniowo i sprzedającego zaledwie 4 towary – do olbrzymiego przedsiębiorstwa o 90 sklepach i kilku własnych wytwórniach; statut wszakże, jaki sobie nadała z początku, pozostał do dziś dnia bez mała bez zmian i posługuje się nim dziś na całym świecie jako wzorem olbrzymi ruch spółdzielczy spożywców.

Na wsi nieco odmienne pod względem organizacji, ale podobne co do celów spółdzielnie zaczął tworzyć w kilkanaście lat później Raiffeisen, burmistrz w małym miasteczku niemieckim. Ponieważ najpilniejszą potrzebą wsi było wyrwanie się z sideł lichwy i zdobycie środków na polepszenie swojej gospodarki, na zakup bydła, nasion i narzędzi, były to spółdzielnie kredytowe, zbierające drobne oszczędności członków i udzielające im niewielkich pożyczek na określone cele. Ponieważ spółdzielnie były małe i biedne, rękojmią zwrotu składanych w nich funduszów była nieograniczona odpowiedzialność (całym swoim majątkiem) członków za długi stowarzyszenia, podczas gdy w spółdzielniach spożywców członkowie odpowiadają najczęściej tylko do wysokości udziałów. Ta nieograniczona odpowiedzialność była konieczna tym więcej, że początkowo spółdzielnie Raiffeisena – u nas zwane kasami Stefczyka – nie miały wcale udziałów członkowskich, a i dziś mają je bardzo niewielkie. Obecnie oprócz pierwotnej kasy oszczędności i pożyczek istnieją inne formy organizacji spółdzielczej na wsi, a mianowicie spółdzielnie wspólnych zakupów potrzebnych rolnikowi przedmiotów i zbytu jego płodów, tzw. stowarzyszenia rolniczo-handlowe (w zachodniej Polsce zwane „Rolnikami”), spółdzielnie wspólnego przerobu mleka, owoców, mięsa itd., stowarzyszenia budowlane i inne, których ilość rośnie bez przerwy.

Wielkie udziały miały od początku spółdzielnie trzeciego rodzaju – rzemieślnicze i kupieckie. Członkowie ich, mieszkańcy większych miast, w odróżnieniu od mieszkańców wsi i proletariatu fabrycznego rozporządzali większą ilością gotówki i potrzebowali też znaczniejszej pomocy. Nie znając się zwykle między sobą, nie mogli pożyczać sobie tak, jak rolnicy, jedynie „na uczciwość”. Ich spółdzielnia, która nazywa się bankiem ludowym, wymaga od nich przy pożyczce weksla, poręczenia innych członków, a przede wszystkim dużego wkładu. Ten rodzaj spółdzielni, utworzony w połowie zeszłego stulecia w Niemczech przez Schulzego z Delitzsch, był bardzo trzeźwy, nie bawił się w idealizmy, nie dążył w swych celach do zmiany ustroju, a tylko członków swoich chciał po prostu przekształcać na mniejszych i większych kapitalistów, podczas kiedy tamte typy spółdzielni – spożywców i rolnicze – dążyły przede wszystkim do wyciągnięcia ich z nędzy, a potem do usunięcia wyzysku, który był przyczyną tej nędzy. Spółdzielnie rzemieślniczo-kupieckie, tzw. spółdzielnie klas średnich, przybierają też oprócz kredytowych różnorodne formy: stowarzyszeń dla zakupu surowców, zbytu wyrobów, czysto handlowe – zakupu towarów dla zrzeszonych kupców. Niekiedy prócz nazwy i statutu spółdzielnie te nic wspólnego nie mają z właściwą spółdzielczością, z jej duchem i dążeniami.

Spółdzielniami, które budziły niegdyś wielkie nadzieje, są spółdzielnie wytwórcze, w których zrzeszeni robotnicy lub rzemieślnicy wyrabiają na wspólny rachunek jakieś towary. Nadzieje te przeważnie jednak zawiodły, bo spółdzielniom takim brak było zwykle kapitału i fachowego kierownictwa, co przyczyniało się do ich upadku. Większym powodzeniem cieszą się w niektórych przynajmniej krajach spółdzielnie pracy, których członkowie podejmują się wykonywania wspólnie jakichś robót, dróg, kanałów, budowy domów itp. z cudzego materiału i na cudzy rachunek.

W Polsce ruch spółdzielczy zaczął się rozwijać w drugiej połowie zeszłego stulecia, naprzód jako spółdzielnie kredytowe w zaborze pruskim, później w Małopolsce i od 1905 r. w znaczniejszych rozmiarach w byłej Kongresówce. Twórcami i pierwszymi kierownikami spółdzielczości kredytowej w Wielkopolsce byli: ks. Szamarzewski i później ks. Wawrzyniak. W Małopolsce spółdzielnie rolnicze stworzył trudem całego życia Franciszek Stefczyk, spółdzielczość spożywców w Kongresówce zakładali Romuald Mielczarski i późniejszy Prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski. Szerzył idee spółdzielcze w swoich gorąco odczutych i pięknie pisanych książkach i broszurach – Edward Abramowski; jego „Idee społeczne kooperatyzmu” i „Kooperatyzm jako sprawa wyzwolenia ludu pracującego” polecam gorąco i dziś jeszcze do czytania, chociaż były pisane przed 30 laty.

Wszyscy ci działacze traktowali spółdzielczość, nie tylko jako sposób na nędzę, ale przede wszystkim jako budowanie w najcięższych czasach niewoli podstaw przyszłej, wolnej już Polski.

Każdy z tych rodzajów spółdzielni ma za bezpośredni cel przez zaspokojenie potrzeb gospodarczych swoich członków polepszyć ich byt albo polepszyć warunki ich pracy. Cel ten jest dziś równie ważny, jak nim był 90 lat temu, w chwili powstawania pierwszych spółdzielni. W ciągu tego okresu panujący w życiu gospodarczym świata kapitalizm osiągnął wprawdzie olbrzymie zdobycze. Powstały nowe całkiem gałęzie produkcji, dające pracę milionom ludzi, zakwitły pustynie, dźwignęły się olbrzymie miasta, pełne wspaniałych gmachów, skróciły się odległości, zniknął bez mała czas w okresie samolotów i radia. Ale dola człowieka pracującego pozostała prawie bez zmian. Robotnik pracuje wprawdzie o połowę krócej, ale jada i mieszka w czasach kryzysu nie lepiej niż dawniej. Rolnik nie tylko nie osiąga procentu od kapitaliku, który włożył w swą gospodarkę, ale nie wyrabia nawet zapłaty za swoją pracę. Nędza cofnie się dopiero wówczas, kiedy po zelżeniu kryzysu zmniejszy się milionowa armia bezrobotnych i choć trochę wzrosną zarobki.

Ale właśnie wraz z rozwojem kapitalizmu rosną i coraz częstsze stają się kryzysy. Dwa są główne powody tak złego stanu rzeczy. Pierwszym jest zły podział dochodu społecznego. Dzięki pracy robotników, rolników, majstrów, inżynierów, czasem także i właścicieli przedsiębiorstw, jeżeli w nich czynnie pracują, całe społeczeństwo osiąga w danym roku taką a taką sumę dochodów. Ale kiedy na robotników i rolników wypada tego dochodu społecznego część poniżej wartości ich pracy, na przedsiębiorców wypada więcej niż mogą zużyć na swoje potrzeby. Tę niespożytą na swoje potrzeby część dochodu zużywają oni na zakładanie nowych przedsiębiorstw, na wyrabianie nowych towarów, które im dają nowe dochody i tak dalej, w zasadzie bez końca. Koniec wyłania się dopiero wówczas, kiedy pewnego dnia towarów okazuje się za dużo a nabywców, obranych ze wszystkich pieniędzy – zbyt mało; wtedy fabryki stają, wszyscy bankrutują i rozpoczyna się kryzys, który jest skutkiem bezplanowej gospodarki, drugiej przyczyny katastrof gospodarczych.

Żadnej z tych dwóch przyczyn nie da się usunąć w panującym obecnie ustroju kapitalistycznym, w ustroju, w którym każde działanie obliczone jest na zysk, rychło przeradzający się w wyzysk. Ustroju, w którym jak gdyby pod wpływem szału majątek zdobywa się już nawet nie dla użycia, ale dla samego powiększania go.

Ustrój ten po tylu odniesionych zwycięstwach załamuje się dzisiaj pod przekleństwem swojego grzechu pierworodnego – chciwości.

Spółdzielczość od samego początku swego istnienia jest zaprzeczeniem tego ustroju. Gromadziła skrzętnie bogactwo społeczne, ale nie tworzyła bogaczy. Tamowała w miarę sił swoich zdzierstwo i wyzysk, na swój własny przynajmniej teren nie dopuszczając chciwości. Nie zdobywa dla siebie miejsca na świecie przemocą, ale, nie czekając na zasadnicze zmiany, buduje już dzisiaj swój nowy, całkiem odmienny świat. To jest źródłem jej dotychczasowego rozkwitu, to jest zadaniem jej postępów w przyszłości.

W tę przyszłość spółdzielczość może patrzeć spokojnie. Jakikolwiek byłby koniec obecnego kryzysu, jedno jest pewne, że ustrój kapitalistyczny doszedł swego przekwitu i że będzie musiał szybko czy powoli ustępować miejsca innym sposobom gospodarki społecznej. Jak dotychczas, znamy tylko trzy odmienne od dzisiejszego ustroju kapitalistycznego sposoby gospodarowania: gospodarkę państwową, samorządową oraz spółdzielczą. Prawdopodobnie wszystkie trzy przyjdą one do głosu, dzieląc pomiędzy siebie gospodarkę narodu. Podział musiałby nastąpić dlatego, iż spółdzielczość prawdopodobnie nie będzie mogła podjąć się prowadzenia wszystkich rodzajów wielkiego przemysłu, nie będzie mogła np. budować linii kolejowych ani wyrabiać wielkich maszyn. Odwrotnie jednak, państwo, które by chciało zaspokajać wszystkie gospodarcze potrzeby ludzkie, podjęłoby się zadania ponad swoje siły. Gospodarka państwowa sprowadza się z konieczności do rządów biurokracji, która może być mądra czy głupia, uczciwa czy sprzedajna, ale rządzi kosztownie i bardzo często wcale nie widzi człowieka, którym rządzi, jego potrzeb i cierpień. Oprócz tego nie znajdując przeszkód w swoim działaniu, staje się wkrótce zarozumiałą, gdyż sądzi, że umie wszystko i tylko ona coś umie.

Wydobywać z człowieka utajone w nim siły twórcze, kształcić go do przezwyciężania największych nawet trudności, przyuczać go do zgodnego współżycia w gromadzie, bez poniewierania interesami i godnością innych ludzi – umie tylko spółdzielczość. I dlatego w każdym ustroju, w każdych okolicznościach będzie ona miała swoje słowo do powiedzenia.

Nie to jest najbardziej ważne, czy i kiedy spółdzielczość będzie sprawowała rządy nad gospodarką społeczną, czy będzie musiała dzielić się władzą z innymi organizacjami – państwem, samorządem, związkami zawodowymi. Najważniejsze jest to, żeby ideały spółdzielcze przeniknęły na wskroś całe życie społeczne, żeby usunąć z życia to, co jest dla niego trucizną – wyzysk i krzywdę.

Stanisław Thugutt

Powyższy tekst to cała broszura, wydana staraniem Towarzystwa Kooperatystów, Nakładem Związku Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1935. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł. O Stanisławie Thugutcie więcej można przeczytać tutaj.

Prof. Monika Kostera: Ironiści mimo woli

Prof. Monika Kostera: Ironiści mimo woli

Dobrosława ma niepełnosprawne dziecko, które wychowuje samotnie. Jest bardzo dobrą pracowniczką – sumienną, rzetelną – ale potrzebuje pewnej swobody organizowania sobie czasu pracy. Są takie dni, gdy musi zawieźć córeczkę na rehabilitację i potem ją stamtąd odebrać. Spóźnienie chętnie odpracowałaby innego dnia. Opowiedziała o tym swojej szefowej, Dobromile, ale, oprócz zapewnienia, że na pewno się problemowi przyjrzy, nie osiągnęła żadnego widocznego efektu. Mijały miesiące, świat nie stawał się miejscem dogodniejszym do życia dla osób z niepełnosprawnymi dziećmi. Dobrosława zdecydowała, że pora zaprosić szefową na obiad, przedstawić jej małą Dobrochnę, może to wywoła w niej ludzki odruch. Tak zrobiła. Spędziły we trzy sympatycznie czas. Dobromiła była głęboko poruszona sytuacją Dobrosławy i Dobrochny. Od tej pory zawsze starała się uzgadniać z nią czas pracy indywidualnie i dbała o to, by nie „wrzucano” jej zadań, wydłużających czas pracy, za to przydzielała takie, które można było wykonać w domu.

Po kilku latach Dobrosława znów zaprosiła swoją szefową na obiad. Dobromiła opowiedziała jej wtedy pewną historię: wiele lat temu, gdy jeszcze była początkującą menedżerką, firma, w której pracowała, miała wakat na atrakcyjnym stanowisku i zgłosiło się wiele kandydatek i kandydatów. W czasie rozmów kwalifikacyjnych na prowadzenie wyszła pewna młoda kandydatka, Ludmiła. Jednak pojawił się kontrkandydat, czarny koń – Zbysław, który błyskawicznie wszystkich oczarował. Nie miał wprawdzie tak wysokich kwalifikacji, jak Ludmiła, ale za to obiecywał wszystkim cuda-niewidy. Gdy go zatrudnią, będzie się uczył języków obcych na własny koszt w prywatnym czasie, będzie pomagał kolegom i koleżankom w trudnych projektach jako wolontariusz, ba, będzie pomagał im nosić ciężkie kserokopie raportów. Uśmiechał się przy tym szeroko i miał okrągłe różowe policzki. Podbił serca całego szefostwa, a najbardziej oczarował właśnie ją, Dobromiłę, bo zapewniał, że posiada szczególne powołanie do organizowania dokumentacji projektów i robi to zawsze z czystą żywą przyjemnością. Po krótkiej dyskusji zatrudniono Zbysława, a Ludmile podziękowano. „To były dobre, tłuste czasy”, ciągnęła Dobromiła, „człowiek od razu załapał się na prawdziwy etat”.

Jednak Zbysław od pierwszego dnia pracy miał w nosie muchy, a obyczaje wielkopańskie. Nie tylko nie pomagał kolegom i koleżankom nosić ciężarów, ale zaśmiał się im w twarz, gdy poprosili o pomoc w ogarnianiu dokumentów. Właściwie, można powiedzieć, niemal natychmiast zraził do siebie wszystkich współpracowników. Dobromiła przeglądała ze smutkiem podanie i CV Ludmiły, wracała myślami do tej rozmowy i zastanawiała się, co mogła zrobić lepiej i mądrzej, by nie wdepnąć w to, hmm, jak by to elegancko ująć – ekskrementalne grzęzawisko. Tymczasem zaprosiła Zbysława na dywanik. Wyjawiła mu, co myśli o jego stylu pracy i współpracy. Użyła twardej szefowskiej mowy. Zapytała, co miał na myśli, obiecując gwiazdkę z nieba każdemu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Usłyszała w odpowiedzi: „no co, przecież to była rozmowa kwalifikacyjna, wiadomo”.

„I tak”, zakończyła swą opowieść Dobromiła, „buc wkręcił się do pracy, a porządna osoba została na lodzie. W końcu złapaliśmy go na oszustwie w rozliczaniu wydatków i facet poleciał. Ale Ludmiły już nam się nie udało pozyskać. Więc, wie pani, na takich doświadczeniach uczyłam się, że ludzie kłamią i w dodatku uważają, że to normalne. To nie jest tak, że ja pani problemy ignorowałam. Ja po prostu taka ironistka jestem”.

Dobromiła jest dobra i miła. Chętnie pomaga i wspiera, ale jest ostrożna i nie ufa pracownikom, bo życie nauczyło ją, że zarządzanie korporacją to nie staroświecki mecz w duchu fair play. Wręcz przeciwnie, to raczej wolna amerykanka, tyle że nawet bez zasady o braku zasad – wszyscy czekają na naiwnego uczestnika, który przyjmie grę w dobrej wierze i którego będzie można, w związku z tym, porządnie oszkapić, okpić i okantować. Ale nie o to chodzi w tym felietonie. Chodzi o coś innego – Dobromiła, podobnie jak bardzo wiele osób, jest ironistką z konieczności i dla mody. Co to właściwie znaczy?

Wcale nie chodzi mi o to, by się wspólnie popastwić nad postacią ironisty autorstwa amerykańskiego filozofa Richarda Rortyego. To postać godna szacunku i wcale interesująca propozycja, zwłaszcza jeśli jest się etosowym liberałem (choć nie jestem takowym, ani, jak podejrzewam, nie jesteś, mój drogi Czytelniku, moja droga Czytelniczko). Postawa ironiczna polega na zachowywaniu dystansu do zjawisk politycznych, intelektualnej gracji zamiast emocjonalnego chwytania haseł, idei i wartości. Taka postawa, zdaniem filozofa, podcina u korzeni totalitaryzmy i autokratyczne systemy opierające się na zniewalającym dogmatyzmie i przekonaniu o absolutnej słuszności jakiegoś jednego punktu widzenia. Ironista ma ciągłą wątpliwość do przekonań oraz, używając języka filozofa, do słowników, których używa. Zdaje sobie sprawę z niekompletności wszelkich słowników – nikt nie jest w stanie z absolutną pewnością udowodnić wyłączności swoich racji. Co więcej, bycie ironistą oznacza trzeźwość umysłu wobec słowników innych – istnieje różnica między słownikami, przekonaniami, a rzeczywistością jako taką. Taka postawa, według Rorty’ego, właściwa jest liberałom, czyli osobom dystansującym się od okrucieństwa. Liberalna ironistka to ktoś rozumiejący, że nie posiada dostępu do „prawdy prawdziwej” i że można budować solidarność między ludźmi wyłącznie na powstrzymywaniu się od przemocy i zniewolenia.

Nie z tą postawą zamierzam dyskutować, bo, jak powiedziałam, sama liberałką nie będąc, mam jednak szacunek dla liberałów etosowych. Drażni mnie natomiast moda na „postawę ironiczną”, panująca wcale nie tylko w naszym kraju od wielu dziesięcioleci, moda mająca swoje źródła w neoliberalnym kapitalizmie i jego perwersjach. Modna postawa to nie tyle niezgoda na okrucieństwo, co zdystansowanie i sarkazm, heheszkowanie, zbywanie wszelkich kwestii dowcipaśnym komentarzem, wreszcie, pogarda dla wszelkich objawów cudzego zaangażowania, przekonania, oddania. Nawet w środowiskach twórczych i naukowych widywałam takie zachowania, zawsze akcentowane lotną, intelektualną wyższością. Inny zawsze jest śmieszny, kwestia „śmieszne takie” wypowiadana bywa z rozważną, pełną rozkoszy powagą. Najzabawniejsi są oczywiście ci, którzy nie rozumieją „żartów”, nie widzą, że śmiejemy się z nich. Takim prześmichujkom zazwyczaj towarzyszą zimne, trzeźwe oczy. Przecież nawet ironia musi być wykonywana ironicznie, nie można, broń Boże, śmiać się całą gębą.

W czasach dyskretnego uroku postmodernizmu obowiązywało powszechne przekonanie, że ironia wybawi nas przed zniewoleniem, także tym spowodowanym neoliberalną ofensywą. Postawa ironiczna miała zabezpieczyć przed opętaniem obłędem, roznoszonym przez wszelkiej maści zarządzaczy i ewangelizatorów zyskowności, przed ubiznesowieniem służby zdrowia, korporatyzacją uniwersytetów. Jak w powieści Kundery, nasz żart miał mieć moc wywrotową, tyle że, stosowany na skalę masową i z błogosławieństwem wiodących nas ku świetlanym czasom klas średnich, miał rzeczywiście wstrząsnąć w posadach światem. Tak, ten styl, którego tu używam, to ironia. Może nawet sarkazm. Czegoś się nauczyłam w ciągu tych kilkudziesięciu lat. Nie tylko tego, że ironia absolutnie nic nie wnosi, nie wyzwala, nie zabezpiecza przed zniewoleniem. W neoliberalnym świecie określa kilka charakterystycznych postaw: chęć oszukania innych; lub obawę przed zostaniem oszukanym; lub poczucie wyższości wynikające z cynizmu i braku zaangażowania, sprawiających, że osoba nie ma nic wielkiego do stracenia w świecie. Współczesna ironia to maska. Za jej pomocą staramy się oddzielić od świata, któremu nie wierzymy i którego nie chcemy dopuścić zbyt blisko siebie. I coś w tym jest – ironia nadaje się do roli maski i muru, ale przecież nie tylko.

Ironia pochodzi od starogreckiego słowa eirōneía, oznaczającego mniej więcej udawanie, że jest coś, czego nie ma lub że nie ma czegoś, co jest. Jest figurą retoryczną przeciwstawiającą to, co na powierzchni zdaje się być czymś innym i to, co w istocie i głębi rzeczywiście jest. Pojawia się jako styl narracji, szczególnie w komediach, ale także w dowcipach i w sarkastycznej reakcji. Ironia może zarówno ukrywać, jak i ujawniać, szczególnie, gdy humor polega na śmianiu się „do góry” z tych, którzy są uprzywilejowani i mają władzę nad innymi. Wreszcie, ironię stosował Sokrates, udając, że czegoś nie wie i nie rozumie, i doprowadzając w ten sposób do ujawnienia jakiejś ukrytej głębokiej prawdy. Ironia wcale nie musi oznaczać zgody na zakłamanie świata, wręcz przeciwnie. Może być wyrazem radykalnej niezgody na fałsz, kłamstwo, bufonadę i chytre rozgrywanie partyjek pokera w ciemno przez zachwyconych sobą królów w negliżu.

Angażuje mnie to do głębi mojego bardzo serio serca, bo jestem przekonana, że istnieje coś takiego, jak prawda. Nie jest ani obiektywna, ani relatywna. Profesor prawa i aktywista społeczny Peter Gabel w swojej książce „Desire for mutual recognition” pisze, że prawda jest tym, co łączy wnętrze z zewnętrzem, więzią społeczną. Powszechna w naszych czasach społeczna alienacja polega na odcięciu społecznego wymiaru człowieka od jego samego, wykreowanie liberalnego podmiotu jako „wolnego i niezależnego”. Tym samym odrywa się osobę od jej prawdy, gdyż prawda jest więzią i rzeczywiście traci się wówczas kompas. Każda oderwana autonomiczna monada unosi się swobodnie w próżni; liberalna społeczność to zestaw odrębnych, samostanowiących jednostek przypominających szybujące balony, z których każda musi kierować się czymś innym, niż moralny kompas (który w tej rzeczywistości nie istnieje): prawem, regulaminem, procedurą, monitoringiem. Nie znaczy to, że zasady są alienujące – Gabel podkreśla, że problem polega na zastąpieniu relacji przepisami w późnym kapitalizmie, na uczynieniu z przepisów czegoś w rodzaju relacji, tyle że z abstrakcyjnymi nakazami, nie ludźmi – a więc relacji zastępczych. Społeczną wzajemność obecności zastępuje sieć wyalienowanych ról, powiązanych zestawem racjonalnych uwarunkowań.

Wolny rynek oferuje nie tylko mechanizm dystrybucji i wymiany, ale też legitymizacji, uprawomocnienia porządku społecznego, który pozbawiony został autentycznej wzajemności. Już Karol Marks zwrócił uwagę na to, że sprzedawca i kupujący to maski przytwierdzone do aktorów społecznych, przykrywające ich społeczną alienację w kapitalizmie. I tak, jak balony, unosimy się wobec i względem siebie, zamiast istnieć w pełni w obecności Drugiego. Instytucje społeczne w późnym kapitalizmie, w tym także rodzina, stały się inkubatorami alienacji, zauważa Gabel. Tymczasem od narodzin człowiek ma potrzebę być widzianym przez Drugiego w sposób, który w pełni rozpoznaje i uznaje nasze człowieczeństwo i jednocześnie potrzebuje zaoferować Drugiemu takie właśnie uznanie jego czy jej człowieczeństwa.

Gabel jest głęboko krytyczny wobec kapitalizmu i stanu alienacji, w jaki wprawił on ludzkość, ale nie jest pesymistą. Uważa, że impuls społeczny powoli rozsadza skorupę kapitalistycznego pseudo-społeczeństwa. Widać to choćby w ruchach społecznych, które animowane są tym impulsem niczym żywiołem. Aktywizm rozmraża kapitalistyczny porządek i pali konstrukty mające zastępować więzi. Prawda objawia się w obliczu Drugiego, skomentowałby to, być może, francuski filozof Emmanuel Lévinas. Orientuje nas na niepodważalny nakaz i niezbywalną odpowiedzialność wobec drugiej osoby, przywraca więź, która jest prawdą, wskazuje na to, co jest na zewnątrz, a tym samym pozwala nam odnaleźć to, co w środku – nasze ludzkie serce.

Tak jak Dobromiła odnalazła je bez żadnego wysiłku, siedząc za stołem u Dobrosławy.

prof. Monika Kostera

Ofiara – nie sumienia, lecz wolnego rynku

Ofiara – nie sumienia, lecz wolnego rynku

Gdyby pracownik zwolniony z IKEI za zwalczanie LGBT cytatami z Biblii poprosił mnie jako związkowca o ochronę, udzieliłbym mu jej z najczystszym sumieniem, mimo zupełnie odmiennych poglądów. Biedak nie padł ofiarą żadnej poprawności politycznej ani z powodu tego, że dyskryminuje LGBT i sprzeciwia się tolerancji. Zwolniono go, bo nie wykonywał strategii marketingowej swojej firmy.

W debacie publicznej nie wspomniano słowem, że ta strategia, jak każdy inny marketing, jest cyniczna i wcale nie ma na celu promowania akceptacji osób LGBT, lecz wykorzystanie haseł budzących emocje. Byłbym ostatnim naiwniakiem, gdybym uwierzył, że korporację walczą o wolność i tolerancję, chyba że to coś na kształt wyboru pryczy w gułagu, który chcą nam stworzyć. Czy ktoś pamięta niedawną ohydną reklamę pewnej sieci sklepów AGD i jej hasło „Na protesty i strajki najlepsze są bajki”? Tak podczas strajku nauczycieli sieć zachęcała rodziców do zakupu bajek na CD dla dzieci, których nie było czym zająć podczas strajku. Nie słyszałem głosów wielkiego oburzenia, przeciwnie, dało się usłyszeć rechot i szczucie na strajkujących. Tym bardziej dziś nie uwierzę nikomu, kto będzie organizował szturm moralny za lub przeciw zwolnieniu pracownika w IKEI rzekomo za poglądy. Zwolniono go, bo „tak działa wolny rynek”.

Prztyczek w nos należy się tu wielce konserwatywnej prawicy, która z wielkim zapałem walczy o tzw. wartości, cokolwiek rozumie pod tym pojęciem. Ale równie zapalczywie, o ile nie bardziej, broni wolnego rynku i świętego prawa własności. Kochana prawico, właśnie dostajecie między oczy niewidzialną pięścią wolnego rynku, gdyż pewna korporacja uznała, że na hasłach LGBT da się zarobić i tylko jeden szary człowieczek, wierząc w puste hasła swoich przywódców, stanął na drodze korporacji, która go rozdeptała. Nie skrzywdziły go ciemne siły lewactwa, lecz korporacja, prywatna firma. Kiedy „ciemne siły lewactwa” od lat krzyczały, że trzeba wziąć korporacje za twarz, nie pozwolić, by wszystko stało się towarem, to wy staliście po jednej stronie z Balcerowiczem, broniąc jak niepodległości prawa korporacji do robienia wszystkiego, co im się podoba.

Lewica z kolei musi wziąć pod uwagę kilka rzeczy, zanim zacznie klaskać rączkami i nóżkami, że zwolniono homofoba. Przede wszystkim był on pracownikiem fizycznym i nie obchodziłoby nikogo, co ma do powiedzenia o LGBT, gdyby nie obowiązująca strategia marketingowa firmy. Tak samo jak nikogo nie obchodzi to, co my, pracownicy, myślimy o wyzysku, przywilejach bogaczy, nierówności i niesprawiedliwości. Ten pracownik nie pracował w dziale opiniotwórczym, nie był osobą publiczną jak urzędnik, nauczyciel czy dziennikarz, od których organ prowadzący wymaga określonej postawy ideologicznej. Ten pracownik był od roboty na zyski korporacji. Pies z kulawą nogą nie zwracał pewnie uwagi na to, co mówił wcześniej, aż tu nagle, zupełnym przypadkiem, wywołał moralne oburzenie. Właśnie w tygodniu LGBT.

Bez wahania zdecydowałbym się na reprezentowanie tego pracownika, nie tylko dla jego dobra, ale także dlatego, że jest to okazja, żeby obnażać obłudę, cynizm i podwójną moralność dzikiego kapitalizmu, który wszystko sprzeda – czyli oficjalną ideologię wbijaną nam do głów od 30 lat. Ten przykład świetnie ilustruje także naiwność tych, którzy podcinają gałąź, na której siedzą, bo jest to bardzo dobra lekcja rozpoznawania konfliktu interesów oraz świetna okazja do nauki rozpoznawania, czym jest interes pracowniczy i jak należy go określać.

Jarosław Niemiec

Kapitalizm i zdrowie psychiczne

Kapitalizm i zdrowie psychiczne

Na pierwszy rzut oka, choroba psychiczna wydaje się pewnym magicznym środkiem przeciwko gorzkim regułom kapitalistycznej produktywności. Trudno bowiem budować afektywne relacje ze swoim miejscem pracy, kiedy nie umie się zbudować takiej relacji nawet z samą sobą. Idąc dosyć prostym tokiem rozumowania, środowiska opieki psychiatrycznej, chcąc zadbać o inkluzywność, powinny być, przynajmniej do pewnego stopnia, antykapitalistyczne.

Nie potrafię być produktywna

Temat pogarszającego się zdrowia psychicznego Polaków powoli przebija się do mainstreamu – poza publikowanymi rokrocznie na medycznych portalach popularnonaukowych statystykami, psychiatrzy (w większości dziecięcy) zapraszani są do radia, telewizji czy na łamy poczytnych czasopism. Tłumaczą tam rodzicom – nierzadko sfrustrowanym i totalnie zdezorientowanym – że choroba ich dziecka to nie wyjątek, informując „przy okazji”, że na kompleksową opiekę nie mają co liczyć ani oni, ani osoba chora. Portale zajmujące się regularnym ocenianiem sytuacji zdrowia psychicznego w kraju bardzo często wskazują typowe problemy neoliberalizmu jako jednoznaczne przyczyny wzrostu zachorowań na depresję i stany depresyjne. Czytamy więc, że „Pogarszająca się kondycja zdrowia psychicznego nie jest tylko właściwością Polski, we wszystkich bowiem krajach europejskich obserwowany jest ten proces, choć my, niewątpliwie płacimy również koszty transformacji ustrojowej. Migracja mieszkańców wsi do miast i związane z tym bardzo trudne procesy adaptacyjne czy umowy śmieciowe przy jednoczesnym zaciąganiu kredytów to czynniki życia w permanentnym stresie. Brak poczucia bezpieczeństwa, zawodowa i pracownicza niepewność, brak ekonomicznej stabilności – wszystko to często rodzi przekonanie o bezradności i beznadziejności, wywołuje poczucie nieprzydatności zdobytego wykształcenia, posiadanych umiejętności, bezwartościowości i frustrację związaną z nietrafnością dokonywanych życiowych wyborów, obniża naszą samoocenę. Rodzi się w nas przekonanie, że na nic nie mamy wpływu, i że wszystko dzieje się niezależnie od naszych wysiłków, prowokuje apatię, tendencje do rezygnacji i izolacji”.

Nie trzeba być wybitnym lewicowym teoretykiem, żeby stwierdzić, iż promocja rygorystycznej produktywności nie jest rozwiązaniem. Byłaby nim jednak próba zdefiniowania przyczyn nowej „choroby cywilizacyjnej” jako leżących raczej na gruncie systemowego projektowania całego systemu socjoekonomicznego. Walka z depresją (będąca niewątpliwym priorytetem chorujących na nią 1,5 mln Polaków i Polek) mogłaby mieć wysoki potencjał bycia jednocześnie walką z ideologiczną warstwą neoliberalizmu w ogóle. Zakładanie jednak, że dość silnie skoncentrowana kapitalistyczna machina jest w stanie ulec rosnącej presji statystyk mówiących o 16 samobójstwach dziennie lub, o zgrozo, twierdzenie, że kapitalizm ma w głowie najlepszy interes chorych, jest ewidentnie naiwne.

Mindfullness i warsztaty przedsiębiorczości

Można zatem w dzisiejszej psychiatrii dopatrywać się nowej przestrzeni „nie-skapitalizowanej” – szkoda byłoby zarazem jednak uznać ten stan rzeczy za niezmienny, szczególnie w kontekście ideologii spod znaku „Waloryzuj wszystko”. Nie znaczy to oczywiście (wbrew teoriom spiskowym niektórych kinderanarchistów), że leki mają podprogowe zadanie stłumić trzeźwość umysłu i uczynić z niego narzędzie podatne baronom ekonomicznym. Połączenie między kapitalizmem i opieką psychiatryczną leży głównie (lub między innymi) w możliwości implementacji konkretnych rozwiązań systemowych.

Nowoczesny neoliberalizm, czyli (luźno szacując) ten po 2010 roku, zdaje się bardzo cenić swój hipsterski pazur i otoczkę positive mindset, dokonując tym samym bardzo opłacalnej manipulacji. Narzuca bowiem absurdalne standardy Pracownika Idealnego również tym, którzy z takich czy innych przyczyn pozostają wykluczeni z grona pracujących. Wszystkie nowoczesne podejścia do psychiatrii mogą jednocześnie stać w kontrze do systemu, jak i stać się apoteozą promowanych przez niego metod. Cała pozytywna otoczka towarzysząca dzisiejszym „przyjaznym” korporacjom sygnowanym znakami typu „fair trade” jest tego najbardziej oczywistym przykładem. Rosnąca popularność coachingu, warsztaty techniki mindfullness, presja na odczuwanie psychicznego komfortu w miejscu pracy, kolorowa i zachęcająca stylizacja przestrzeni, w której ta praca się odbywa, czy wreszcie ziejące z każdego instagramowego profilu z cytatami motywacyjnymi pozytywne spojrzenie na świat (i na pracę) są przykładem nowoczesnych technologii, które pozwalają na łączenie szczytnych intencji troski o komfort i zdrowie pracownika, z próbami wrzucenia go na powrót w trybiki ideologiczne, z których wypadł przez zaburzenia czy „ogólne poczucie beznadziei”.

W takiej optyce odpowiedzialność za wyłączenie się z życia społecznego i zawodowego leży zatem po stronie chorego – kapitalizm stwarza ci, przyszła pracownico, najlepsze możliwe warunki do pracy, a ty świadomie decydujesz się alienować gdzieś we własnym wynajmowanym mieszkaniu. Następuje zatem pewne przesunięcie kategorialne – ze względu na prowadzone w miejscach pracy warsztaty na przykład „akceptacji siebie i swoich słabości” rozmywa się cenne systemowe spojrzenie na pogarszającą się ogólnospołeczną kondycję zdrowia psychicznego.

Rozwiązanie

Śledząc mnożące się statystyki na temat zdrowia psychicznego Polaków bardzo łatwo natknąć się na przykładowe próby rozwiązania sytuacji, przynajmniej na poziomie czynników społecznych, gdzie „zaniedbania są tak duże, że wymagają radykalnych działań i współodpowiedzialności sektorów i podmiotów, z różnych obszarów. Konieczna jest wielodyscyplinarna organizacja ochrony zdrowia psychicznego, wykraczająca daleko poza ramy czysto medyczne i działania Ministerstwa Zdrowia. Wszystkie polityki państwa, strategie gospodarcze, ekonomiczne, społeczne, edukacyjne i kulturalne powinny uwzględniać perspektywę zdrowia psychicznego”.

Powraca tutaj częściowo nadzieja na psychiatrię, której priorytetem nie będzie poszukiwanie coraz bardziej fancy metod wzmacniania dyscypliny w miejscu pracy.

W świecie kapitalistycznym nadal warto walczyć o niezależną psychiatrię. Czy jest ona możliwa – nie wiem. Do pewnego stopnia na pewno można pogrywać sobie z mechanizmami rynkowymi oczekując zmian w społecznym postrzeganiu niezdolności do funkcjonowania w uberproduktywnym systemie. Jako osoba chora i lewicowa mam szczerą nadzieję, że istnieje moment w neoliberalnej rzeczywistości, w którym osoby niepasujące do trybików postfordystycznych modeli pracy będą w stanie zrozumieć, że nie całość problemu leży w ich neurotransmiterach, a warunki codziennej niepewności na pewno nie pomagają we wracaniu na zdrową i komfortową drogę życia codziennego. Pomoc wzajemna zamiast samodoskonalenia – brzmi słodko, może utopijnie, może nie. Oby nie.

Weronika Pazdan

Piotr Wójcik: Dwie Polski

Piotr Wójcik: Dwie Polski

Przyjęło się uważać, że Polska jest jedna. Tak się ją analizuje w debatach, tak się o niej mówi w serwisach informacyjnych, tak o niej myślą zagorzali patrioci, dla których Polska to jest, a przynajmniej powinna być, jedna wielka wspólnota. To jedno z większych przekłamań, które swobodnie funkcjonują w debacie publicznej. Niezwykle jednolita etnicznie Polska jest, nawet po fali imigracji zarobkowej do kraju nad Wisłą w ostatnich latach, poprzecina głębokimi rowami klasowymi i terytorialnymi. Efektem tego są bardzo duże różnice w standardzie i stylu życia mieszkańców różnych części kraju, różnych części miast, a także miast i wsi. Są one zazwyczaj przemilczane w wiodących mediach – z jednej strony jako niewygodne, z drugiej jako niezauważane. Celebryci medialni zamknięci w swoich bańkach towarzyskich zerkają co najwyżej na wskaźniki ekonomiczno-społeczne dla całego kraju, wywodząc z tego różne teorie, często błędne. Żeby zerknąć nieco głębiej, musieliby „wyjść ze swojej strefy komfortu”, a to przecież sprawdza się tylko w spotkaniach kołczingowych, ewentualnie w indywidualnych karierach zawodowych i gierkach towarzyskich. Kształtować swój światopogląd lepiej w sposób bezpieczny, nie wychodząc poza utarte ścieżki, żeby przypadkiem nie doznać jakiegoś nieprzyjemnego dysonansu poznawczego.

Bułgaria i Dania w jednym kraju

Nawet najbardziej prymitywny wskaźniki dobrobytu, jakim jest PKB na głowę, ale w skali regionalnej, pokazuje, że podmiot o nazwie „Polska” to co najmniej dwa odrębne byty. Istniejące formalnie w jednych granicach, występujące obok siebie, ale mające przynajmniej tyle samo różnic, co podobieństw. Polska jako całość osiągnęła poziom rozwoju około 70 procent średniej unijnej. Problem w tym, że aż pięć polskich województw nie osiągnęło nawet połowy średniej unijnej, a kolejne cztery przekroczyły ją o kilka punktów procentowych. Przykładowo województwo lubelskie osiągnęło poziom rozwoju równy 47 procentom średniej UE, a więc jest mniej rozwinięte niż Bułgaria, najbiedniejszy kraj UE. Mniej więcej na poziomie Bułgarii znajdują się województwa podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie oraz warmińsko-mazurskie. Za to województwa dolnośląskie oraz wielkopolskie są już mniej więcej na poziomie Portugalii, a Mazowsze jako całość jest o 5 pkt. proc. zamożniejsze od Francji. Oczywiście dla województwa mazowieckiego wskaźnik ten zawyża Warszawa, która samodzielnie osiągnęła poziom rozwoju ok. 140 proc. średniej UE (dwukrotnie wyższy niż całego kraju). Gdyby Warszawa była odrębnym krajem, a są przecież w UE państwa o podobnej liczebności, byłaby zamożniejsza od Holandii, Niemiec czy Danii.

Oczywiście w Niemczech, Danii czy Holandii również są obszary biedniejsze, zaniżające wskaźnik PKB dla całego kraju. Gdybyśmy porównali Warszawę z samą Kopenhagą, Amsterdamem czy Monachium (bo już nie z Berlinem, od którego „nasza” stolica jest zamożniejsza, przynajmniej według parytetu siły nabywczej), to miasta te okazałyby się zdecydowanie bogatsze. Nie zmienia to faktu, że tak wielkiego rozziewu między poziomem rozwoju stolicy a resztą kraju nie ma nigdzie indziej w UE, poza Słowacją i Rumunią.

Od dobrobytu po biedę

GUS opublikował niedawno raport „Regionalne zróżnicowanie jakości życia w 2018 r.”. W niektórych obszarach różnice regionalne są jeszcze bardziej drastyczne – na przykład w zakresie sytuacji dochodowej gospodarstw domowych. W województwie mazowieckim 27 proc. gospodarstw domowych zakwalifikowanych jest do grupy wysokich dochodów, a 9 proc. do grupy relatywnego ubóstwa. W dolnośląskim 20 proc. gospodarstw domowych ma wysokie dochody, a 10 proc. jest dotkniętych ubóstwem relatywnym. W pomorskim to odpowiednio 18 proc. i 11 proc. Tymczasem na tak zwanej ścianie wschodniej sytuacja jest idealnie odwrotna. W województwie lubelskim sytuacja dochodowa 26 proc. gospodarstw domowych kwalifikuje je do grupy ubóstwa relatywnego, a zaledwie 7 proc. do grupy o wysokich dochodach. W podkarpackim 19 proc. rodzin dotyka ubóstwo relatywne, a wysokimi dochodami może się pochwalić jedynie 8 proc. rodzin. W podlaskim to odpowiednio 18 proc. i 9 proc.

Różnice w sytuacji materialnej potwierdzają także dane subiektywne z wspomnianego opracowania, czyli poziom zadowolenia z zarobków. W województwie łódzkim ze swoich dochodów zadowolonych było jedynie 33 proc. mieszkańców, a w podkarpackim, lubelskim i podlaskim 36 proc. Tymczasem w dolnośląskim 48 proc., pomorskim 47 proc., a w śląskim 46 proc.

Bardzo duże różnice w poszczególnych regionach występują także na rynku pracy. W III kwartale 2018 roku stopa bezrobocia liczona według metody BAEL wyniosła w Polsce 3,8 proc. Jednak już na poziomie województw różnice były nawet kilkukrotne. W województwie wielkopolskim wyniosło ono zaledwie 1,5 proc., a więc jak w czasach tak zwanego złotego wieku kapitalizmu po II wojnie światowej. Również w małopolskim (2,5 proc.) oraz opolskim (2,6 proc.) było ono na poziomie bezrobocia naturalnego. Jednak już w województwie podkarpackim (6,5 proc.) oraz lubelskim (6,4 proc.) było ono na poziomie odczuwalnego problemu. W tych województwach stopa bezrobocia była ponad czterokrotnie wyższa niż w Wielkopolsce.

Duże różnice w stopie bezrobocia widać także między miastem a wsią. W prawie każdej grupie wiekowej stopa bezrobocia na wsi jest przynajmniej o kilka punktów procentowych wyższa. W najmłodszej grupie wiekowej w miastach bezrobotni stanowią nieco ponad 20 procent, za to na wsi niemal 35 procent. W województwach podkarpackim, świętokrzyskim oraz lubelskim ponad 25 procent świeżo upieczonych absolwentów ma problemy ze znalezieniem pracy, tymczasem w wielkopolskim i śląskim mniej niż 15 procent.

Trzy lata robią różnicę

Oczywiście ta przepaść między poszczególnymi regionami Polski w poziomie rozwoju i w sytuacji gospodarczej przekłada się na standard życia i wskaźniki społeczne. Widać to chociażby po przeciętnej długości życia, która zależnie od regionu Polski różni się nawet o kilka lat. Przykładowo mężczyźni w województwie łódzkim żyją przeciętnie 71,9 lata, a w warmińsko-mazurskim 73 lata. Tymczasem w małopolskim 75,4 lat, a więc 3,5 roku dłużej niż w łódzkim. W województwie pomorskim mężczyźni żyją przeciętnie trzy lata dłużej niż w łódzkim i dwa lata dłużej niż w warmińsko-mazurskim. Trzy lata to może się wydawać niedużo, ale to różnica taka, jak między Polską a Wielką Brytanią albo Danią.

Także poziom patologii społecznych w poszczególnych województwach bywa diametralnie różny. Zwolennicy ekonomii liberalnej zwykle twierdzą, że patologie społeczne są powodem złej sytuacji materialnej, prawda jest jednak zupełnie inna. To zła sytuacja materialna wpływa na ekspansję patologii społecznych. Ludzie bez większych perspektyw życiowych próbują ratować samopoczucie używkami, najczęściej alkoholem, co oczywiście często jeszcze bardziej ich pogrąża, ale to zła sytuacja materialna jest pierwsza, a nie szczególna skłonność do nałogów wśród ubogich. Nic więc dziwnego, że w zakresie osób zarejestrowanych w poradniach dla osób z zaburzeniami na tle alkoholowym przodują województwa mniej rozwinięte. W województwie małopolskim w poradniach zarejestrowanych są 352 osoby z problemami alkoholowymi na 100 tys. mieszkańców, a w pomorskim zaledwie 228 osób. Tymczasem w podlaskim aż 548 osób, w warmińsko-mazurskim 507 osoby, a w łódzkim 502.

Na Mazurach nie postudiujesz

Olbrzymie różnice widać także w poziomie wykształcenia, szczególnie pod względem wykształcenia wyższego, co pokazuje wskaźnik skolaryzacji dla szkolnictwa wyższego. W Małopolsce studiuje aż 53 procent osób w wieku studenckim, na Mazowszu 48 proc., a w Wielkopolsce 42 procent. Tymczasem na Warmii i Mazurach zaledwie 19,5 proc., na Podkarpaciu 23 procent, a w województwie świętokrzyskim 21 procent. Te czasem ponad dwukrotne różnice to prawdziwa przepaść. W Polsce różnice w wykształceniu wynikają nie tylko z miejsca zamieszkania, ale przede wszystkim z wykształcenia rodziców. A te także są bardzo duże między poszczególnymi województwami. Na Pomorzu aż 9 procent rodziców respondentów miało wyższe wykształcenie w momencie, gdy pytany miał 14 lat, a w Zachodniopomorskim 8 procent. Tymczasem na Warmii i Mazurach rodziców z wyższym wykształceniem miało zaledwie nieco ponad 3 procent pytanych, a w świętokrzyskim niecałe 5 procent.

Polska jest krajem o niezwykle dużych różnicach regionalnych. Rozpatrywanie sytuacji ekonomiczno-społecznej w Polsce jako całości prowadzi do wielu mylnych wniosków, które jednak bywają bardzo wygodne dla tych, którzy je wysuwają. Polsce potrzeba jak najszybciej polityki regionalnej z prawdziwego zdarzenia, która zasypie olbrzymie różnice w rozwoju między naszym rodzimym centrum a peryferiami. Polityka ta musi uwzględniać zarówno deglomerację, jak i ekspansję usług publicznych na prowincji, szczególnie komunikacyjnych, ale nie tylko (także w sferze służby zdrowia czy edukacji). Deklaratywnie wydaje się tym zainteresowany Robert Biedroń, tylko że deglomeracji w swoim programie na stronie Wiosny poświęcił jeden akapit, a komunikacji publicznej dwa. Tymczasem świeckiemu państwu pięć akapitów, a nowoczesnej przedsiębiorczości aż osiem. Widać więc, jakim problemom rzeczywiście nadaje wiodącą rangę. Najprawdopodobniej mieszkańcy polskiej prowincji będą jeszcze czekać lata, aż ktoś się nią zajmie naprawdę poważnie.

Piotr Wójcik

Kto chce zniszczyć dialog społeczny?

Kto chce zniszczyć dialog społeczny?

W mediach pojawiła się informacja, dość bezkrytycznie przyjmowana, o pomyśle okrągłego stołu w sprawie oświaty. Jest to pomysł szkodliwy, perfidny i podważający sens Komisji Trójstronnej i całego dialogu społecznego. Strajk nauczycieli, jakkolwiek go oceniać, jest sporem zbiorowym o płace, a więc typową procedurą opisaną w prawie o sporach zbiorowych. Tymczasem proponuje się, żeby w ów spór zaangażować jakieś inne strony. Jakie to inne strony poza pracownikiem, zatrudniającym i stroną rządową występują w sporze zbiorowym? Żadne, ale strona rządowa, ta sama, która obiecała odbudowanie dialogu społecznego, proponuje udział rodziców, co już zakrawa na działanie destrukcyjne i manipulacyjne.

Z pozoru niewinny pomysł nosi w sobie znamiona działań antydemokratycznych i antyzwiązkowych. Jeśli związki zawodowe nie podniosą larum, łącznie z „Solidarnością”, to po raz kolejny zostaną zmarginalizowane i osłabione.

Dlaczego należy takie pomysły tępić siarką i żelazem? Po pierwsze należy sobie odpowiedzieć, kim są przedstawiciele rodziców, kto ich wybrał i upoważnił do reprezentowania milionów rodziców w Polsce. Czy pani Elbanowska ma taki mandat, czy ktokolwiek, kto przyjedzie na obrady „okrągłego stołu” jako „przedstawiciel rodziców”, wygrał jakieś wybory? Parę milionów rodziców nie zmieści się nawet na Stadionie Narodowym. Jak więc traktować to „przedstawicielstwo”? Wychodzi na to, że jako dywersję na tyłach.

Rząd został wybrany w wyborach powszechnych, reprezentacja związkowa również jest wybierana spośród związkowców, „przedstawicielstwo rodziców” nie. Jeśli ktoś chce poważnie zrobić taki „okrągły stół”, powinien zorganizować wybory wśród członków szkolnych rad rodzicielskich od szczebla gminy aż po województwa i wtedy można rozmawiać, ale nie o nauczycielskich płacach, lecz o systemie oświaty. Rozmowy o płacach to rozmowy między stronami stosunku pracy z udziałem odpowiednich organów państwa do tego upoważnionych i nikim innym. Tymczasem niejaki Janusz Mikke, któremu przewodniczący Piotr Duda zapowiedział obicie twarzy (i słusznie) za nawoływanie do strzelania do związkowców, zasiada do rozmów o płacach nauczycieli. Jest to ośmieszenie idei dialogu społecznego.

Drugą, obok destrukcji zasad dialogu społecznego, wadą pomysłu „okrągłego stołu” jest jego dywersyjny charakter. Wystarczy sobie wyobrazić, że w negocjacjach płacowych między kolejarzami a rządem wezmą udział pasażerowie, często niezadowoleni z usług kolei i zaczną mówić, że podwyżki się nie należą, bo kolej źle działa. W sporze zbiorowym pielęgniarek dopuścimy do głosu pacjentów, w sprawach płacowych pracowników handlu – klientów sklepów itd. I z góry wiadomo, że będą to ludzie niezadowoleni, którzy wezmą odwet za swoje niezadowolenie za pomocą zwalczania żądań płacowych pracowników branży niespełniającej ich wymagań.

Trzeba sobie jasno powiedzieć: stroną do negocjacji i kierowania roszczeń uczniów i ich rodziców są organy prowadzące placówki edukacyjne – od gmin aż po władze centralne – a nie związki zawodowe pracowników oświaty, bo te nie są od organizacji systemu edukacji, lecz od ochrony praw pracowników. I tak samo w innych branżach. Wpychanie konsumentów w negocjacje płacowe wygląda mniej więcej tak: instytucja lub organ jest stroną stosunku pracy wobec swoich pracowników oraz stroną w stosunku do konsumentów czy usługobiorców, są to dwa zupełnie osobne stosunki prawne. Taka instytucja musi negocjować i z jedną, i z drugą stroną, a jeśli ktoś wpada na pomysł, żeby dwie strony, wobec których ma jakieś osobne zobowiązania, posadzić przy stole i kazać im się dogadywać między sobą, to mówi „wy się teraz bijcie między sobą a ja umywam ręce”. „Divide et impera” – brzmi znajomo.

Dialog społeczny, komisja trójstronna, związki zawodowe – wszystkie te instrumenty i procedury, które trzeba wypracowywać w mozole, żeby pracownicy mogli wyrażać swoje interesy i dążenia, mogą zostać bardzo szybko zdemolowane takimi „okrągłymi stołami” zanim jeszcze zaczną na dobre funkcjonować.

Jarosław Niemiec