Odwracanie kota ogonem

Popełnić błąd to ludzka rzecz. Uciekać od odpowiedzialności i kontynuować błędną strategię, to już tylko głupota. Niestety, cechuje ona środowiska lewicowe – także te, które próbują nas przekonać, że reprezentują „nową jakość” i wysokie standardy intelektualne.

Mam na myśli recepcję dwóch książek. Pierwsza to „Klęska »Solidarności«” Davida Osta, druga – „Co z tym Kansas?” Thomasa Franka. Obie mówią właściwie to samo, tyle że jedna o Polsce, druga zaś o sytuacji w USA. Ich główna teza brzmi mniej więcej tak: środowiska prawicowo-konserwatywne dokonały manipulacji w debacie publicznej, przenosząc środek ciężkości sporu z kwestii ekonomicznych na kulturowe („wartości”). Prawica, kierując „gniew ludu” na „odstępstwa od kulturowej normy”, pozyskuje poparcie wyborców wykluczonych ekonomicznie (pracownicy najemni, ubodzy, bezrobotni itd.), lecz zamiast prowadzić politykę zgodną z ich interesami, czyni wręcz przeciwnie – wspiera taki model gospodarki, który wykluczonych jeszcze bardziej wyklucza. Ci zaś, zamiast porzucić prawicę, wspierają ją nadal, gdyż wciąż ulegają wizji „kulturowego zagrożenia”. Obywatele-wyborcy, choć prawica nie oferuje im polepszenia sytuacji bytowej, uważają ją za swoich reprezentantów, gdyż broni przed tym, co postrzegają jako zjawiska wymierzone w ich styl życia i światopogląd. Mówiąc konkretniej: ubodzy co prawda tracą na liberalizacji kodeksu pracy, obniżaniu podatków dla bogaczy, likwidacji wielu świadczeń socjalnych itp., lecz mimo to popierają prawicę, która swoje neoliberalne poglądy przysłania „krucjatą” w obronie moralności: przeciwko prawom gejów, feminizmowi, liberalnej polityce karnej, aborcji itd. W efekcie, za „wierność wartościom” ubodzy płacą cenę „pustej miski”. Prawicowi demagodzy posługują się retoryką dotyczącą „wartości”, aby wyżyłować pracowników najemnych i odwrócić ich uwagę od sedna sprawy. Politykę skoncentrowaną wokół polepszenia sytuacji ekonomicznej społeczeństwa zastąpiły batalie kulturowe, dotyczące „ładu moralnego”.

Thomas Frank mówi o tym na przykładzie amerykańskiego stanu Kansas, który z punktu widzenia standardowych reguł politycznych powinien stanowić wyborcze zaplecze Demokratów, czyli (centro)lewicy. Tymczasem tamtejsi mieszkańcy, głównie niezamożni, w dużej mierze pracownicy najemni, niższe warstwy klasy średniej, bezrobotni, beneficjenci pomocy społecznej itp., od jakiegoś czasu udzielają poparcia neoliberalnej prawicy, czyli Republikanom. Ich faworyci wprowadzają po wygranych wyborach rozwiązania jeszcze bardziej korzystne dla wielkiego biznesu i elit finansowych, a pogarszające sytuację niższych warstw społeczeństwa. Te ostatnie, zamiast w kolejnych wyborach przegnać precz tych, którzy działają na ich szkodę – i to wymierną w dolarach i poziomie życia – popierają ich po raz kolejny, zwabieni hasłami o zwalczaniu „niemoralności”, „chaosu kulturowego” czy „machinacjach liberalnych [obyczajowo] elit”. To samo zdaniem Davida Osta miało miejsce w Polsce, gdy „Solidarność”, wyrastająca z masowego ruchu robotniczo-społecznego, po roku 1989 zamiast zwalczać neoliberalne reformy, wspierała je, odciągając uwagę społeczeństwa „tematami zastępczymi”: potępianiem aborcji, demaskowaniem „wrogów Polski” czy pomstowaniem na postkomunistów. W obu książkach schemat jest ten sam: zła, podstępna i wyrachowana prawica podrzuciła społeczeństwu kwestie moralne jako główny punkt sporu, zaś błędem lewicy jest co najwyżej przyjęcie takiej sytuacji za dobrą monetę (w USA) czy swoiste „zdradzenie” robotników przez lewicowo-liberalne elity, niegdyś związane z nimi (w Polsce).

Na szerszej płaszczyźnie, gdy analizujemy trendy światowe, nie zaś tylko polskie czy amerykańskie, mowa o problemie określanym jako „postpolityczność”. Czyli o zastąpieniu sporu o charakterze społeczno-ekonomicznym (progresja podatkowa, rola i wielkość sfery publicznej, pomoc socjalna, model gospodarki itp.) przez debatę o kwestiach kulturowych (moralność, wartości, styl życia, seksualność etc.). Jest to bez wątpienia słuszna obserwacja, zresztą oczywista, gdy porównamy „zawartość” obecnych debat publicznych z tymi, które miały miejsce np. 50 lat temu. Samo to, że ukazują się książki na ów temat, jest zjawiskiem pozytywnym, gdyż zwracają uwagę na zaburzenie proporcji. Powiedzmy to wprost: niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy uduchowieni i idealistyczni, najpierw musimy się najeść i mieć dach nad głową, abyśmy mogli się modlić, kultywować tradycje narodowe czy uczestniczyć w kulturze.

Jednak na tym kończą się zalety wspomnianych książek i dzisiejszych lewicowych lamentów. Zawarta jest w nich bowiem jedna całkowicie fałszywa teza. To nie prawica zmanipulowała świadomość wyborców i podrzuciła im tematy „lajfstajlowe” czy „seksualne”. Uczyniła to sama lewica, ładnych kilkadziesiąt lat temu, a dziś zbiera gorzkie owoce takiej postawy. Krytykowanie prawicy za to, że reprezentuje interesy raczej społecznych elit niż „dołów” i że broni „wartości” zamiast „pełnej miski”, ma taki sam sens, jak zgłaszanie pod adresem słońca pretensji o to, że świeci. Prawica robi od dziesiątków lat to samo – taka jest jej polityka, taka partyjna tradycja, takie oczekiwania zwolenników tej opcji. Nie musiała ona niczego zmieniać, niczym manipulować – po prostu była konsekwentna. Dokładnie odwrotnie jest natomiast z lewicą. Przez wiele lat reprezentowała klasowy, ekonomiczny interes społeczeństwa i jego niższych warstw, rozumiejąc, że tylko na gruncie materialnej stabilizacji możliwa jest kulturowa emancypacja i że bardziej tolerancyjne są społeczności „najedzone” niż „głodne”. Co więcej, spora część lewicy uważała, że jej zadaniem nie jest „wyzwalanie” nikogo na siłę – dbano o dobrą sytuację materialną robotników, uznając, że po pierwsze ich kultura i styl życia reprezentują pozytywne wartości, a po drugie, że to sami robotnicy powinni decydować, jak będą żyli, w co wierzyli itd.

To właśnie lewica, bez żadnego wkładu prawicy w ten proces, porzuciła swój etos i zamiast kwestii klasowych, na sztandar wciągnęła sprawy obyczajowe. Począwszy od lat 60. i młodzieżowej rewolty tamtej dekady, lewica coraz bardziej lekceważyła tematykę ekonomiczną. Stopniowo środek ciężkości jej zainteresowań przenosił się z praw pracowników najemnych na feminizm, mniejszości seksualne, styl życia i konsumpcji, imigrantów czy mniejszości etniczne („tolerancja”, „różnorodność”) itd. Im dłużej trwał ów proces, tym mniej było miejsca na kwestie socjalne, w wielu przypadkach zupełnie ustępujące tematyce „obyczajowej”. Ba, robotnicy i niższe warstwy społeczeństwa nierzadko byli przez lewicę uznawani za „reakcyjnych”, gdy okazało się, że nie nadążają z akceptowaniem wzorców i postaw podsuwanych przez awangardową elitę. Robotnik okazywał się „ksenofobem”, „drobnomieszczaninem”, „homofobem”, „zwolennikiem patriarchatu”, a przynajmniej nie dość gorliwie przyswajał najnowsze trendy kulturowe.

W najlepszym razie lewica uznała, że pracownicy najemni mogą być zaledwie jednym z wielu podmiotów tworzących zaplecze tego środowiska politycznego, obok rozmaitych grup bazujących na tożsamości nie ekonomicznej, lecz kulturowej czy po prostu seksualnej. W wielu przypadkach lewica poszła jednak znacznie dalej, uznając, że bliższe niż „zastygłe” środowiska robotnicze są jej młodzieżowe subkultury, liberalna obyczajowo część klasy średniej, najróżniejsze „wyluzowane” grupy bazujące raczej na wspólnym modelu konsumpcji niż definiowane wedle stosunku do posiadania środków produkcji czy miejsca w stratyfikacji klasowej.

Oczywiście swoje zrobiło też „samo życie”. W ostatnim półwieczu dokonały się ogromne przeobrażenia kulturowe, technologiczne, komunikacyjne itp., co wpłynęło na dotychczasowe podziały społeczne. Paradoksalnie jednak, lewica znacznie mniej uwagi poświęciła „nowym wykluczonym”, zajmując się głównie „nową elitą”. Nowe rozwiązania technologiczne czy kulturowe dokonały tego, czego bezskutecznie domagały się bojowe ruchy społeczne – to nie sufrażystki „uwolniły” kobiety z domów i „garów”, lecz uczynił to dynamiczny kapitalizm, potrzebujący dodatkowych pracowników i konsumentów. „Kura domowa” po prostu przegrała z „business woman” czy choćby z „wyzwoloną kobietą”. Zamiast przedstawiać gejów jako „zboczeńców” czy „dziwaków”, jak czyniono dawniej, kapitalizmowi bardziej na rękę jest dziś traktowanie ich jako pełnoprawnych konsumentów i stymulowanie ich dążeń do materialistycznego „spełnienia”. Różne kulturowe tabu i ograniczenia hamują rozwój kolejnych sektorów konsumpcji. Jeśli wielki kapitał i elity społeczne odwołują się do konserwatywnych wartości, to bardzo wybiórczo, w ramach reagowania na postawy dysfunkcjonalne z punktu widzenia stabilizacji systemu. Czasem promują np. „szeryfa”, który „rozprawi się z przestępcami”, ale żadnej ponadnarodowej korporacji czy elicie finansowej nie byłaby przecież na rękę reaktywacja surowego etosu rodem z Dzikiego Zachodu, opartego na niewielkiej konsumpcji, skromnym życiu, oszczędności i dbałości o wspólnotę kosztem wielu indywidualnych zachcianek.

Swoje zrobiła też kapitulacja lewicy przed narastającą od lat 70. inwazją neoliberalizmu i tendencji globalizacyjnych. Łatwiej było zajmować się „dyskryminacją gejów”, „równouprawnieniem kobiet” czy „tendencjami rasistowskimi” niż walką z coraz bardziej brutalnym wyzyskiem ekonomicznym i deregulacją rynku pracy. Tym bardziej, że do lamusa odeszły dotychczasowe wyraziste podziały społeczne i sposoby mobilizowania różnych grup. Nie było już jednego „proletariatu”, lecz zróżnicowane „subkultury” w łonie klasy robotniczej. Nie było też stabilnego etosu, lecz dynamiczne zmiany w jego obrębie, sprawiające, że dawną jedność postaw i świadomości pracowników najemnych zastąpiły znaczne różnice choćby pokoleniowe. Sam wyzysk też nie był już tak łatwy do zdefiniowania jak wtedy, gdy w jednym przedsiębiorstwie pracowało kilkadziesiąt tysięcy osób, a szefostwo w imię maksymalizacji zysków dokonywało zwolnień grupowych lub obniżki płac.

Wszystkie te czynniki złożyły się pospołu na to, że lewica z „klasowej” stała się „kulturową”. To ona zapoczątkowała proces dominacji „postpolityki”, wszczynając raczej batalie kulturowe niż ekonomiczne. Prawica nie tylko pozostała wierna sobie i koncentracji na „wartościach”, lecz szybko zrozumiała, że zmiana postawy lewicy jest dla niej niezwykle korzystna. O ile wcześniej lewica, mówiąc kolokwialnie, zwracała się do prawicy tak: „przestańcie gadać o chodzeniu do Kościoła, gdy ludziom nie starcza do pierwszego”, o tyle później ta sama lewica przekonywała już, że „nie ma alternatywy wobec wolnego rynku, więc pogadajmy o tym, dlaczego czepiacie się gejów”. Lewica przestała zagrażać ekonomicznym interesom elit finansowych, przestała mobilizować „gniew ludu”, a w dodatku jej postulaty obyczajowe nierzadko były postrzegane jako wymierzone w „małą stabilizację” niższych warstw społecznych. Te ostatnie zresztą, w efekcie niekorzystnych dla nich przeobrażeń gospodarczych, „usztywniły” swoje postawy – nie od dziś wiadomo, że „jak trwoga to do Boga” i że społeczeństwa mniej stabilne stają się bardziej podatne na postawy nietolerancyjne. To nie żaden spisek czy choćby strategia prawicy sprawiły, że pole bitwy przesunęło się z kwestii ekonomicznych na kulturowe. Próby zrzucenia z siebie odpowiedzialności za ten fakt nie zmienią sytuacji.

Tym bardziej, że lewica mówi „A”, lecz nie potrafi powiedzieć „B”. Jaki bowiem wniosek wyciągnęła z trafnego rozpoznania obecnej sytuacji? Czy postanowiła porzucić tematykę i retorykę „obyczajową” na rzecz „klasowej”? Skądże – ona postanowiła łaskawie sięgnąć po hasła „socjalne”, łącząc je z „moralnymi”. Trudno spodziewać się, że w efekcie takiej reorientacji cokolwiek ulegnie zmianie – jest to bowiem działanie spod znaku „jak zmienić wszystko, by wszystko zostało po staremu”.

Lewica nie rozumie – czy po prostu nie chce przyznać – że dziś gorszej sytuacji pracowników najemnych towarzyszy znacznie lepsza sytuacja różnych środowisk „kulturowych”. Współczesny rynek pracy jest z punktu widzenia robotnika gorszy niż ten z lat 50. czy 60. – o wiele bardziej niestabilny, wymagający ciągłych postaw przystosowawczych (mobilność przestrzenna, dokształcanie, ruchomy czas pracy itp.), dysponujący ogromną gamą środków „miękkiej represji” (rozbicie firmy na mniejsze oddziały, outsourcing czy całkowite przeniesienie produkcji za granicę), a jednocześnie pozbawiony silnego przeciwnika w postaci dawnego państwa narodowego i jego polityki fiskalnej czy celnej. Natomiast współczesna kultura jest w porównaniu z tą sprzed pół wieku o wiele bardziej sprzyjająca środowiskom „obyczajowym”. Dziś mało który polityk nowoczesnego państwa pozwala sobie na wypowiedzi jawnie homofobiczne, antykobiece czy rasistowskie, natomiast całe zastępy członków klasy politycznej nieustannie pouczają i strofują pracowników najemnych, bezrobotnych, beneficjentów pomocy socjalnej itp. Owszem, kolorowi imigranci czy kobiety na ogół są traktowani gorzej na rynku pracy, ale wynika to nie z tego, że bossowie biznesu mają rasistowskie czy patriarchalne poglądy, lecz dlatego, że grupy te, samoidentyfikując się poprzez odwołania do rasy czy płci, wykopują przepaść między sobą a resztą pracowników najemnych, który to podział liberalne elity jeszcze wzmacniają, bo zasada divide et impera jest im na rękę. Ciekawe dlaczego w wielkich mediach promowane są tożsamości płciowe, seksualne czy etniczne, lecz nie ma tam miejsca na popularyzowanie etosu wyrastającego choćby ze wspólnego miejsca pracy czy z zajmowania podobnej pozycji w strukturze klasowej.

Orientacja seksualna czy płeć nie zamykają dziś drogi – przynajmniej oficjalnie – na żadne stanowiska w biznesie, nauce, mediach, kulturze i w sferze publicznej. Natomiast zróżnicowanie dochodów między bogatymi a biednymi jest kilkadziesiąt razy większe niż ćwierć czy pół wieku temu, podobnie jak formalne i nieformalne bariery wynikające z tego. Mówienie o sojuszu i wspólnocie interesów gejów i bezrobotnych jest zupełnie pozbawione sensu. I nie zmienia tego fakt, że wśród homoseksualistów też występuje bezrobocie – bo gej identyfikuje się bardziej ze swoim stylem życia niż z pozycją zawodowo-klasową, dlatego też to nie heteroseksualny bezrobotny jest przezeń postrzegany jako towarzysz wspólnej walki. Mogą zaistnieć takie doraźne sojusze, ale i one raczej podkopują powrót do polityki klasycznie lewicowej niż wspierają ten proces.

Pewien konserwatyzm klasy pracującej jest bowiem faktem. Mówią o nim wszelkie badania socjologiczne. Lewica jednak błędnie interpretuje ów konserwatyzm, bądź to akceptując, bądź krytykując pogląd, jakoby robotnik był rozmodlonym ksenofobem potępiającym aborcję i homoseksualizm. Tymczasem konserwatyzm niższych warstw społecznych rzadko przybiera charakter „ideologiczny”, nie stanowi spójnego, całościowego zestawu poglądów. Częściej przejawia się natomiast w cenieniu stabilizacji kulturowej, niechęci wobec pochopnych zmian, przywiązaniu do środowiskowych postaw i stylu życia. Przeciętny robotnik czy bezrobotny nie spędza pół dnia z różańcem w ręku, ale chrzci dzieci i posyła je do komunii, a jeśli nie przyjmuje księdza po kolędzie, to raczej dlatego, że mierżą go faktyczne czy domniemane „wybryki” kleru niż z tego powodu, że naczytał się ateistycznych broszur. Przeciętny robotnik nie tropi na swoim osiedlu gejów i nie urządza ich pogromów, ale jednocześnie pomysł adoptowania dzieci przez homoseksualistów wydaje mu się co najmniej dziwaczny. Przeciętny bezrobotny nie jest krwiożerczym nacjonalistą, ale wzrusza się, gdy podczas występu reprezentacji odgrywają hymn – i trudno mu zostać sojusznikiem kogoś, kto posługuje się sloganami typu „patriotyzm to idiotyzm” lub uważa celebrowanie pamięci o Powstaniu Warszawskim czy Piłsudskim za przejaw „faszyzmu”. Bezrobotny nie musi uważać, że „baba nadaje się tylko do garów”, ale raczej nie przekonamy go, iż warunkowany płciowo i kulturowo podział ról społecznych jest całkowicie bez sensu.

Lewica jest tymczasem przekonana, że wystarczy do mocno eksploatowanej tematyki obyczajowej dołożyć trochę „ekonomii i socjalu”, aby odzyskać niższe warstwy społeczne z rąk prawicy. Nic z tego. Oczywiście jednostkowe przypadki tego typu są możliwe, a domorośli stratedzy cieszą się, gdy na niszowej feministycznej Manifie pojawi się delegacja górników z równie niszowego związku zawodowego. Ale naiwne jest przekonanie, że w masowej skali polscy górnicy czy hutnicy zbratają się z twórcami „sztuki nowoczesnej”, doktorantami spędzającymi czas na debatach o patriarchacie lub z bywalcami stołecznych gejowskich klubów. To są po prostu zupełnie inne światy, nie tylko w sferze kultury, ale również ekonomii – nawet jeśli doktorant nie zarabia więcej niż robotnik wykwalifikowany, to dalszy ciąg „kariery zawodowej” prawdopodobnie będzie oznaczał niewielkie zmiany lub stagnację u robotnika oraz znaczący rozwój u doktoranta.

Nie wystarczy zatem, że lewica dołoży do postulatów obyczajowych hasła socjalne, „zmiksuje” to i spróbuje przyciągać różne grupy społeczne. Co więcej, gdy na serio zacznie stawiać postulaty ekonomiczne, w sposób zagrażający interesom kapitału, to zniknie z wielkich mediów i salonów, które dziś chętnie ją zapraszają, by epatowała aborcją, egocentrycznymi polemikami czy w najlepszym razie odwołaniami do „modelu skandynawskiego”, pozbawionymi jakichkolwiek konkretów i postulatów dotyczących polskiego „tu i teraz”. Zresztą, wystarczy spojrzeć, jak ta salonowa lewica reagowała choćby na wyborcze sukcesy Samoobrony – pierwszego tak znaczącego ruchu plebejsko-rewindykacyjnego w Polsce – i przypomnieć jej ówczesny jazgot o „populizmie”, niczym nie różniący się od jazgotu neoliberałów z „Wprost” i Business Centre Club, by sprawdzić szczerość „socjalnych” deklaracji tej lewicy, która pyta „co z tym Kansas?”.

Gdyby lewica wyciągnęła wnioski „z Kansas”, powinna nie tyle całkowicie porzucić tematykę kulturową, ile znacząco zmienić zawartość tego katalogu swoich postulatów. Wyrazistemu, czy wręcz bojowemu akcentowaniu postulatów ekonomicznych, stanowiących sedno programu politycznego, powinny towarzyszyć odwołania do tych wartości, które są istotne dla klas niższych i środowisk wykluczonych. Lewica powinna odebrać prawicy monopol na patriotyzm, powinna nie wstydzić się przyznać, że w życiu ludzi istotną rolę odgrywa np. rodzina czy praktyki religijne, że niższe warstwy społeczeństwa pragną raczej stabilizacji niż kolejnych eksperymentów kulturowych. Przede wszystkim lewica powinna zrozumieć, że w sferze światopoglądowej dokonała się olbrzymia zmiana. O ile kiedyś wielki kapitał, burżuazja i elity społeczne były w większości konserwatywne obyczajowo, a w dodatku zainteresowane kultywowaniem zastanego porządku, o tyle dzisiaj jest zupełnie inaczej – stanowią one nierzadko awangardę „postępu” i stymulują rozliczne, głębokie zmiany w sferze kultury. W sytuacji, gdy kobiety były traktowane jako maszyny rozpłodowo-kuchenne, gdy orientacja homoseksualna stanowiła przyczynę poważnych represji, gdy kolor skóry był podstawą napiętnowania człowieka, wówczas lewica miała moralny obowiązek upominać się o równe traktowanie takich grup. Dziś wszelkie podstawowe prawa takich środowisk są już dawno zagwarantowane ustawami i innymi regulacjami, sprzyjają im dominujące trendy kulturowe, a one same mają wpływowych obrońców w postaci współczesnych ugrupowań liberalnych-burżuazyjnych.

Zadaniem lewicy w takich realiach nie jest obrona „mniejszości” (co nie znaczy, że ma popierać ataki na nie), ani polityka skoncentrowana na „tożsamości”. Jest nim natomiast reprezentowanie interesów „wyklętego ludu ziemi”. A to oznacza nie tylko korzystne dlań postulaty ekonomiczne, ale także akceptację światopoglądu i systemu wartości pracowników najemnych, bezrobotnych, wykluczonych itp. W przeciwnym razie lewicy pozostanie wyłącznie biadolenie, że jej potencjalny elektorat jest sprawnie rozgrywany przez prawicowych orędowników „wartości”. Lewica, której „twarzami” są Jacek Żakowski, Kazia Szczuka czy Wilhelm Sasnal jest skazana na to, że będzie pytać „co z tym Kansas?”. Pytać bezradnie i do usr… śmierci.

Co za ludzie!

Pomijam tu kwestię formy i treści (dez)informacji podawanych przez te portale. I tak najważniejsze są tam krzykliwe tytuły i obrazki. Zdumiało mnie co innego: poziom chamstwa, agresji i braku jakichkolwiek hamulców etycznych u tzw. komentatorów. O wulgarności i nagminnych problemach z ortografią – nie wspomnę. Tak sobie myślę: gdyby dziś Dante pisał „Boską komedię”, w którym kręgu piekielnym umieściłby internautów? I czy możliwe, byśmy mieli w sobie tak mało kindersztuby i zwykłej przyzwoitości?

Jak wyglądałby Polaków portret własny, któremu jako model służyłby tzw. przeciętny internauta. Byłaby to zapewne postać szpetna i wredna, z mordą swarliwą, ustami wykrzywionymi w butnym albo złośliwym uśmieszku, tępym wzrokiem ignoranta absolutnie przekonanego do swoich racji. Twarz durnia z pięścią zaciśniętą w kułak, gdy akurat nie wystukuje swoich złotych myśli na klawiaturze.

Oczywiście, przesadzam. Zdaję sobie sprawę, że wśród przeciętnych zjadaczy internetowych wieści są ludzie kulturalni, subtelni, życzliwi światu i bliźnim. Jak zwykle, nikną gdzieś w cieniu, są ledwo słyszalnym kontrapunktem pośród kakofonii sieciowych wrzasków. Chamowi zawsze jest łatwiej: swoją (ir)rację potrafi wyartykułować dosadnie i bez jakichkolwiek skrupułów. Jak powiada młodzież: taki lajf.

Zastanawia mnie najbardziej, skąd w nas tyle złości i agresji. Przecież ci ludzie, których ordynarność drażni mój zmysł estetyczny (i etyczny) w Internecie, są zapewne tymi samymi osobami, które mijam codziennie na ulicy, w tramwaju, w sklepach, na uczelni i w kościele. Tak, anonimowo łatwiej przychodzi wyładować złość, bez jakiegokolwiek skrępowania użyć słów i argumentów, które byłoby wstyd wypowiedzieć w obecności drugiego człowieka. Może więc Internet jest formą terapii (choć nie wiem, czy to dobre słowo), stwarzającą możliwość odreagowania codziennych kłopotów, stresów i zmartwień. Może ów tępy brutal, walący pięścią w stół jak niegdyś tow. Chruszczow w mównicę ONZ, jest małym, zalęknionym człowieczkiem, trzęsącym się ze strachu przed sobie podobnymi istotami. Może ma szefa skurczysyna, może nieprzyjemnego sąsiada, może dzieli łoże z Ksantypą, a jego dzieci są gorsze niż siedem egipskich plag. I gdy siada, biedny, przed komputerem, czuje się nagle jak pan i władca wirtualnej przestrzeni. Wszystko to być może, choć brzydko jest wdawać się w analizę bliźniego swego zapośredniczonego (via internet).

Możliwe, że Sieć ujawnia nasze prawdziwe oblicza, zaś na sądzie ostatecznym będziemy rozliczani z naszych nicków. I okaże się, żeśmy bardziej istnieli na niby, niźli faktycznie. Żeśmy cali byli nickami, słowami, emotikonami, linkami itp., itd. Żeśmy całe życie zmarnotrawili na wirtualną agresję, durnotę i chamstwo. W sumie głupio być sądzonym za wirtualny żywot, rzecz jednak w tym, że prawdziwe są nasze palce i myśli, którymi rzygamy na monitor.

Zresztą, pomijając eschatologię (wersja dla niewierzących): to jednak jakieś dziwne i straszne, marnować tyle czasu na internetowy zgiełk. Przecież można by w tym czasie popatrzeć na drzewo, niebo, na staruszka przechodzącego ulicą. Można by się (jak najbardziej bezproduktywnie) zamyślić, uciąć sobie drzemkę, popatrzeć, czy na półce nie stoi jakaś dawno nie czytana książka, napisać staromodny list do rodziców, wsadzić go do staromodnej koperty i pójść wysłać na równie staromodną (by nie powiedzieć: archaiczną) pocztę. Wszystko to można zrobić, miast sączyć jad bliźniemu swemu i zapluwać się wirtualną śliną.

Cóż, zostawiam drogich czytelników z tymi uwagami, pocieszając się myślą, że korzystający z Internetu czytelnicy „Obywatela” mają w życiu ważniejsze sprawy i większe ambicje, niźli żywot internetowego trolla.

Zamknij oczy i patrz!

W demokracji wielu rządzących troszczy się o swoje dobro. Politeia, to ustrój, w którym wielu rządzących troszczy się o prawdziwe dobro ogółu. Kiedy stary Arystoteles ze Stagiru (384-322), greckiej kolonii u wybrzeży Tracji, pisał tak w swojej Polityce, igrzyska olimpijskie ku czci Zeusa odbywały się co cztery lata już od trzech wieków. Na czas igrzysk zaprzestawano wojen, a w trwających konfliktach ogłaszano „święty rozejm” na 2 miesiące.

Kiedy baron Pierre de Coubertin – francuski historyk i pedagog, umierał w 1937 r. w Genewie, mógł być dumny, że zainicjował wznowienie międzynarodowej, sportowej rywalizacji. I pewnie szczęśliwy myślał o zaprojektowanej przez siebie olimpijskiej fladze, na której pięć kolorowych, splecionych ze sobą kół, symbolizujących poszczególne kontynenty, miało pokazywać zarazem różnorodność, jak i jedność ludzi zamieszkujących Ziemię.

Z inicjatywy barona, w roku 1896 przywrócono igrzyska olimpijskie. Coubertin uważał sport nie tylko za sposób okazywania czci bogom czy środek hartowania ciała, ale przede wszystkim za uniwersalną metodę wychowania współczesnego człowieka w duchu pokoju. Ale nie udało mu się zawrzeć w dokumentach komitetu olimpijskiego wymogu wstrzymywania wojen na czas igrzysk. Dlatego od 1896 r. Igrzyska nie odbyły się trzy razy: w roku 1916 z powodu I wojny światowej, w 1940 i 1944 z powodu kolejnej wojny światowej.

Kilka lat temu MKOL powierzył Chinom organizowanie Igrzysk. I dziś my, zwyczajni ludzie, próbujemy zjeść elegancko tę żabę, która jednak jadalna nie jest. Nasi przywódcy przekonują nas, że tak prosta decyzja jak bojkot olimpiady – np. przez kraje Unii Europejskiej – jest niemożliwa. Władze Chin ostrzegły bowiem, że w grę wchodzą losy wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem – jak podaje „Dziennik”, informując jednocześnie, że przynajmniej premier Tusk nie pojedzie na uroczystość otwarcia.

Wielomiliardowe kontrakty, duże pieniądze do zarobienia, dużo nowych rzeczy, które dzięki olimpiadzie w cieniu ginącej Lhassy my, konsumenci, będziemy mogli zakupić, gdy tylko reklamodawcy je nam zareklamują.

Żyję w demokracji – chcę w politei. Chcę mieć wpływ na dobro ogółu. I nie za bardzo mogę.

Owszem. Podpisałam mądry apel do premiera, sformułowany przez Krystynę Straczewską o powołanie, zgodnie z intencją Jego Świątobliwości Dalajlamy, międzynarodowej misji obserwacyjnej w sprawie łamania praw człowieka w Tybecie oraz międzynarodowej komisji, mediującej pomiędzy rządem Chin a przedstawicielami społeczności tybetańskiej.

Jak podpisywałam – było 600 podpisów. Kilka dni później – 40 tysięcy! Te podpisy zbierają do końca marca na stronie www.tybet2008.pl

Czy mogę coś jeszcze? Zanim zaleje mnie fala niepotrzebnych mi rzeczy z tych wielomiliardowych kontraktów Unii z Pekinem? W zasadzie nie.

Chociaż? Hej, hej panie i panowie reklamodawcy, którzy – obsługując efekty wielomiliardowych kontraktów – w zasadzie rządzicie naszym światem. Jest jednak coś, co mogę i co zrobię.

Mogę wam publicznie obiecać, że nie obejrzę ani kawalątka żadnej transmisji z chińskiej olimpiady.
Ani otwarcia.
Ani zamknięcia.
Ani żadnej konkurencji.

Nie będę się zatem – nawet niechcący – wpatrywać w loga firm sponsorujących olimpiadę. Ani nawet przypadkiem na żadne logo nie spojrzę, zanim ręka z pilotem chciałaby mnie przenieść do innego kanału, kiedy będziecie się reklamować przed albo po transmisji. I będę się bardzo pilnować, żeby wyłączać wszelkie migawki z olimpiady w programach informacyjnych.

Nie. To nie będzie dziecinne zamykanie oczu i udawanie, że skoro nie patrzę – tego nie ma. Wiem, że to jest.

Ale chcę, żebyście wiedzieli, że świadomie zamykam oczy i odmawiam przyglądania się imprezie, która musi się odbyć tylko dlatego, że Wy musicie zarobić swoje wielkie pieniądze.

Ani stary Grek ze Stagiru ani francuski baron nie zaakceptowaliby Waszej postawy. Wiem to. Więc jeśli ktoś jeszcze chce odmówić udziału w reklamowym święcie, niech podpisze się pod prostym zdaniem:

Nie chcę uczestniczyć w takiej olimpiadzie i nie będę oglądać transmisji.

I już.

Anna Mieszczanek

Fot. autorki Zosia Zija

______________

Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj

Tanie gadanie

Ten liberalny slogan jest bardzo popularny, ciesząc się – przynajmniej w teorii – uznaniem chyba wszystkich znaczących sił politycznych. To, że jest powszechnie nadużywany, a każda ekipa, która przejmie ster władzy, szybko rezygnuje z zapowiadanych oszczędności, nie stanowi przy tym wcale największego problemu. Wręcz przeciwnie – kwoty, jakie na swoje zachcianki przeznaczają z państwowej kasy jej aktualni „zarządcy”, to w skali całego budżetu mało znaczący drobiazg. Oczywiście zarówno slogan o tanim państwie, jak i lamenty o „horrendalnych wydatkach” z publicznego skarbca, cieszą się popularnością. Są użyteczne w jałowych pyskówkach polityków, przesłaniając ich miałkość oraz brak zaangażowania w problemy znacznie ważniejsze. Przydają się także różnym leniwym mędrkom, którzy przed telewizorami czy przy kieliszku pomstują na „onych” z rządu i sejmu, choć sami nigdy nie kiwnęli palcem w sprawach publicznych choćby na skalę małego miasteczka. Jeszcze bardziej w rozliczaniu z „taniego państwa” lubują się tabloidy – o, to prawdziwa woda na ich młyn: „Poseł X poleciał rządowym samolotem na prywatne spotkanie”, „Pani Y zamówiła dowóz wody mineralnej taksówką za pieniądze z urzędu”, „Asystent premiera zapłacił służbową kartą za schabowego” itp. Oburzajmy się!

W ten sposób omijamy sedno sprawy. Oczywiście, iż „grosz publiczny” należy oszczędzać, a apanaże posłów i rządowych biurokratów są na tyle wysokie, że za prywatne wydatki powinni płacić właśnie z nich, nie zaś z państwowej kasy. Oczywiście, iż bezczelność wielu „reprezentantów społeczeństwa” nie zna granic i uważają oni, że kampanie wyborcze służą oszukiwaniu głosujących frajerów, których kosztem można później przez kilka lat żyć wygodnie i beztrosko. Oczywiście, że w wielu instytucjach publicznych panuje nieróbstwo, prywata i kumoterstwo, że tworzy się dla krewnych i znajomych posady, które nie są związane z realną i niezbędną pracą, a na innych etatach pracują ludzie o wydajności niższej o połowę niż w przeciętnej firmie prywatnej. Ale na tym te oczywistości w kwestii „taniego państwa” się kończą.

Koniec owej wyliczanki oznacza, że jeśli odłożymy na bok wywody polityków i wrzask tabloidów, to niewiele zostanie z owej gadaniny o „tanim państwie”. Owszem, można i należy zaoszczędzić co nieco na nonszalanckich wydatkach klasy rządzącej. Warto również pozbyć się nierobów z instytucji publicznych. Należy też przemyśleć wiele budżetowych wydatków, bo niektóre z nich na pewno są pozbawione sensu. Czy te zmiany sprawią jednak, że otrzymamy w efekcie państwo naprawdę tanie?

Otóż nie. Z tego prostego powodu, że w Polsce na sporą część niepotrzebnych czy za dużych wydatków publicznych przypada znacznie większa ilość sfer niedofinansowanych, nierzadko drastycznie. Jeśli z urzędów i instytucji budżetowych zwolnimy leniuchów, którzy otrzymali te posady po znajomości, to na ich miejsce będziemy musieli przyjąć zapewne nieco mniej nowych, wydajnych osób, ale jednocześnie trudno oczekiwać, żeby osoby naprawdę pracowite i zaangażowane w swoje obowiązki zechciały na dłuższą metę zajmować stanowisko, na którym pensja u szczytu „kariery” dobija do 1500 zł. Pomijając rzadkie przypadki wielkiej pasji czy indywidualnych preferencji, większość takich osób przy pierwszej lepszej okazji ucieknie do prywatnych firm, choćby dlatego, że zmusi je tzw. konieczność życiowa, czyli np. koszty wychowania dzieci, spłaty kredytu, chęć egzystencji na poziomie choć ciut wyższym niż wegetacja od wypłaty do wypłaty. Koniec końców, jeśli instytucje publiczne miałyby zacząć działać naprawdę sprawnie, to prawdopodobnie kwoty wydatkowane na ten cel należałoby raczej zwiększyć niż zmniejszyć w stosunku do obecnych.

Nad wizjami „taniego państwa” nie warto byłoby się poważnie zastanawiać, gdyby nie fakt, że mają one drugie dno. Jeśli przyjrzeć się temu, kto najczęściej je głosi i w jakim „otoczeniu” występuje ów termin, wtedy okazuje się, że sprawa jednak jest warta komentarza. Otóż orędownikami „tanich państw” są głównie środowiska wierzące w liberalne mity – mity nie tylko szkodliwe, ale i zupełnie pozbawione sensu, zwłaszcza w takich realiach technologiczno-gospodarczo-społecznych, jak obecne. Roztaczane przez nich wizje zbrodni tej miary, co prywatny przelot służbowym samolotem albo zapłacenie z rządowych funduszów za lunch, są typowym przykładem prymitywnego liberalnego populizmu, który chce nam obrzydzić samą instytucję państwa i jego funkcje. Tymczasem „tanie państwo” – to państwo słabe, niesprawne. Jeśli coś nam takie państwo zapewni, to nie tyle oszczędności – lub co najwyżej niewielkie – lecz regres cywilizacyjny i znaczne dodatkowe wydatki na takie usługi, które dotychczas miały status publicznych.

Jeśli przyjrzymy się rozwojowi nie tylko przez pryzmat wzrostu PKB, który jest miernikiem bardzo wybiórczym, to okaże się, że państwa sprawne, zapewniające swoim obywatelom wysoki materialny poziom życia oraz „niematerialną” jakość życia, to w zasadzie same „drogie państwa”. Czyli takie, które na obywateli, a przede wszystkim na prywatne firmy nakładały znaczne podatki oraz tworzyły rozbudowany aparat administracyjny do zadań związanych z wydatkowaniem tych pieniędzy. Jeśli zsumujemy takie zdobycze, jak wysoki poziom życia (czyli zamożność obywateli), jego upowszechnienie (żadna sztuka mieć najwięcej milionerów – sztuką jest najmniejsza liczba biedaków), wysokiej jakości podstawowe usługi (opieka zdrowotna, edukacja, mieszkalnictwo, zabezpieczenie na starość i w czasie choroby) oraz dbałość o kwestie pozamaterialne (kultywowanie tożsamości narodowej, wspieranie kultury wysokiej, zachowanie zabytków, ochrona środowiska, stabilizacja życiowa i ład społeczny), to okaże się, że w największym stopniu są one pospołu zapewniane przez „drogie państwa”.

Niemcy, Francja, Kanada, Japonia, Szwecja, Dania, Finlandia, Norwegia, Holandia, w nieco mniejszym stopniu Włochy, Hiszpania i kilka innych krajów – to „państwa drogie”, a jednocześnie oferujące swoim obywatelom najwyższą jakość życia, gdy bierzemy pod uwagę powszechną zamożność oraz niematerialne aspekty egzystencji. Nawet rzekome wyjątki – bardziej liberalne Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – nie są żadnymi wyjątkami. Spora część dobrobytu tych krajów i ich stabilizacji społecznej to w ciągu ostatniego wieku efekt keynesowskich strategii, zapoczątkowanych przez New Deal Roosevelta oraz programu reform socjalnych Beveridge’a, kontynuowanych przez Partię Pracy. Rozwój społeczny i gospodarczy USA i Wielkiej Brytanii bazował przez około 40 lat (od mniej więcej połowy lat 30. do połowy lat 70.) na rozwiązaniach nie mających nic wspólnego z „tanim państwem”. A i dziś, po szaleństwach reaganomiki i thatcheryzmu, pomału, lecz stale rehabilituje się tam udział instytucji publicznych w oferowaniu obywatelom wielu niezbędnych dóbr i usług, niezbyt dostępnych na wolnym rynku mimo zaoszczędzenia kilku funtów czy dolarów przez tzw. podatników.

Rozbudowane, aktywne struktury państwa nie są, jak czasem próbują przekonywać krytycy etatyzmu, swego rodzaju fanaberią zamożnych krajów, które lekkomyślnie postanowiły „przejeść” bogactwo, gromadzone przez wiele lat. Jest dokładnie odwrotnie – przykład wszystkich czterech krajów skandynawskich pokazuje, że wprowadzenie „drogiego państwa” pozwoliło ubogim, marginalnym, w znacznej mierze chłopskim narodom na błyskawiczne, trwające zaledwie kilka dekad, dogonienie największych potęg ekonomicznych, a następnie przegonienie ich. Trudno byłoby natomiast znaleźć kraj, który tak wysoki poziom życia zapewnił w tak krótkim czasie ogółowi swoich mieszkańców dzięki „taniemu państwu”. Nawet chętnie przywoływana przy tej okazji Irlandia nie jest „tanim państwem”. Stosunkowo niskim podatkom towarzyszy tam wiele form ingerencji w stosunki ekonomiczne i społeczne, o jakich w Polsce możemy tylko pomarzyć. Wystarczy porównać, jak niekorzystnie na irlandzkim tle wypada nasz system pomocy społecznej dla osób wykluczonych z rynku pracy albo ochrona praw pracowników najemnych, by między bajki włożyć opowieści o „irlandzkim liberalnym cudzie gospodarczym”. Jeśli Irlandczycy coś zawdzięczają liberalizmowi, to tylko tyle, że ominęli mielizny najbardziej topornych, nieefektywnych i przestarzałych form etatyzmu i „socjalu”.

Za agitacją na rzecz „taniego państwa” kryje się dążenie liberalnego lobby do stworzenia państwa, owszem, taniego, lecz dla najzamożniejszej części społeczeństwa. To znaczy takiego, w którym finansowa oligarchia będzie w niewielkim stopniu zasilała budżet i partycypowała w zagwarantowaniu reszcie społeczeństwa przyzwoitych usług publicznych. Oczywiście z punktu widzenia osób zamożnych jest to racjonalne posunięcie – całe te wywody o „kosztownym państwie”, „niewydolnej biurokracji”, „rozdętych wydatkach budżetowych” itp., mają na celu zohydzenie państwa jako takiego. Wówczas oni sami będą płacili znacznie mniejsze podatki, a koszty funkcjonowania państwa zostaną w jeszcze większym stopniu przerzucone na niezamożnych. W dodatku, za te usługi, które zapewnia lub mogłoby zapewniać – przy zmianie dotychczasowej polityki – państwo, trzeba będzie zapłacić z własnej kieszeni podmiotom należącym do najbogatszych.

Powstaje zatem pytanie, czy nam – zwykłym ludziom – opłaca się „tanie państwo”. Czyli takie, które nie zdoła sfinansować swoim obywatelom porządnej jakości plomb dentystycznych, o leczeniu poważniejszych schorzeń nie wspominając, nie zapewni im edukacji na przyzwoitym poziomie, mieszkania każe nabywać po horrendalnych cenach na 40-letnie, mordercze kredyty oraz zmusi wszystkich do zakupu samochodu, bo kolejowe i tramwajowe szyny rozlecą się ze starości, uniemożliwiając korzystanie z takich środków lokomocji. To „tanie państwo” będzie oczywiście miało wystarczająco dużo środków na finansowanie wojskowych „misji stabilizacyjnych” na drugim końcu świata, na policję pilnującą dziesięciu procent jaśnie państwa przed „motłochem”, na wydatkowanie miliardów złotych na autostrady, którymi tiry wielkich firm będą woziły produkty jeszcze większych koncernów – bo redukcji akurat tych wydatków nie przewiduje przecież żadna z wizji „taniego państwa”. Oszczędzać można przecież na dożywianiu ubogich dzieci, na komunikacji publicznej, na leczeniu, oświacie…

Wybór między „tanim państwem” a „drogim państwem” oznacza wybór między naśladowaniem Brazylii lub Finlandii. Czyli między krajem ogromnego rozwarstwienia społecznego, bezkarnej oligarchii finansowej, wyalienowanej klasy politycznej, wysokiej przestępczości, dużych obszarów biedy, a krajem ze ścisłej cywilizacyjnej czołówki: znakomitej edukacji, przyzwoitej służby zdrowia, egalitaryzmu społecznego przy zapewnieniu znacznego stopnia zamożności, bezpieczeństwa i ładu społecznego, sprawnych instytucji publicznych i rozwiniętych mechanizmów wpływu obywateli na decyzje władz.

Oczywiście nie mam na myśli tego, że Polska zamieni się w kraj slumsów-faveli, narkotykowych gangów i policji strzelającej do demonstracji niezadowolonego społeczeństwa. Na pewno jednak przy wprowadzaniu rozwiązań spod znaku „taniego państwa” nie uda się nam ani dogonić w rozwoju żadnego z „drogich państw”, ani nawet zapewnić ogółowi społeczeństwa takich warunków życia, w których strach przed utratą pracy, chorobą czy egzekucją niespłaconego długu nie paraliżuje wszelkiej aktywności wykraczającej poza wyścig szczurów. „Drogie państwo”, choć przy niedostatecznej społecznej kontroli nabiera z czasem pewnych wad, m.in. w postaci nadmiernej biurokracji czy marnotrawstwa, to państwo przyjazne obywatelom, oferujące stabilizację i pozwalające na wyrwanie się z kieratu notorycznej harówki. „Tanie państwo” to iście arystokratyczne przywileje garstki zamożnych oraz spychanie całej reszty społeczeństwa do roli pariasów.

Jest to tym bardziej widoczne właśnie w takich czasach, jak nasze, gdy wiele z dotychczasowych „naturalnych” ograniczeń i gwarancji, związanych z silnym państwem narodowym i „zakotwiczeniem” kapitału, zostało zmiecionych przez mechanizmy i realia globalizacji i konkurencji na światowym rynku. W czasach, gdy niespotykana potęga finansowa oraz technologiczna (choćby najnowsze lekarstwa albo techniki manipulacji genetycznych) znalazły się w rękach prywatnych koncernów, nie poddanych społecznej kontroli. W czasach, gdy coraz bardziej kruszą się tradycyjne formy życia, jak rodzina, społeczność lokalna czy zbiorowość religijna.

Liberałowie lubują się w opowiastkach o tym, że omnipotentne państwo i jego straszliwi biurokraci sprawili, iż ludzie są bezradni, niesamodzielni, pozbawieni inicjatywy – i że tylko wolny rynek może im pomóc stanąć znów na nogach i wziąć w ręce ster własnego życia. Są to bajki dla naiwnych. Bezradność człowieka wynika przede wszystkim z liberalnego kultu egoistycznego indywidualizmu, przy jednoczesnym rozbiciu przez przeobrażenia gospodarcze i technologiczne tego społecznego „otoczenia”, w którym do niedawna funkcjonowała większość ludzi. Liberalne gawędy o XIX-wiecznym kapitalizmie zawierają obraz sytuacji, w której państwu niezbyt, czy wręcz minimalnie rozbudowanemu towarzyszyła indywidualna aktywność. Nie wspominają jednak o tym, że ówczesne społeczeństwo nie było zbiorem zatomizowanych jednostek, lecz zbiorowością pełną „mikroelementów” w postaci rodzin, sąsiedztw, społeczności lokalnych i religijnych, organizacji zawodowych itp. To właśnie one w znacznej mierze kompensowały skutki wolnego rynku, dając człowiekowi oparcie w szerszym kręgu wsparcia i współpracy.

Dziś jednak to wszystko istnieje w formie szczątkowej – nie dlatego, że państwo tak bardzo ingerowało w życie społeczne, iż zniszczyło owe pośrednie struktury. To głównie promowane przez rynek rozwiązania organizacyjne i technologiczne oraz wzorce kulturowe i styl życia sprawiły, że człowiek stał się monadą, dryfującą samotnie wśród milionów podobnych sobie, nawiązując nietrwałe relacje, które zrywa pod byle pretekstem lub z powodu rozmaitych konieczności (choćby w efekcie wychwalanej przez liberałów „mobilności społecznej”). Nie ma sensu roztkliwiać się nad światem, który odszedł, nic nie pomogą lamenty nad „starymi dobrymi czasami”. Ale warto mieć świadomość, że na placu boju zostały tylko dwa silne podmioty – wielki i coraz bardziej wszechogarniający Rynek oraz kurczące się, nadwerężone, lecz wciąż silne i całkiem sprawne państwo (czy też związki państw, jak np. Unia Europejska).

„Tanie państwo” oznacza więc, że jednostka zostanie pozostawiona bez żadnej pomocy i wydana na pastwę potężnych struktur Kapitału. „Drogie państwo” oznacza, że owszem, czasem zezłości nas leniwy biurokrata lub wścibski Urząd Skarbowy – ale jednocześnie nie będziemy na tym świecie sami, lecz zyskamy oparcie w Państwie, które temuż Kapitałowi może nałożyć kaganiec.

Rzeczpospolita byle jaka

Rok temu, może nieco później, zrobiono na mojej ulicy nowy chodnik. Położono nową kostkę brukową, podwyższono krawężnik, kanaliki ściekowe zabezpieczono specjalną blachą, która dzięki równomiernie umieszczonym otworom zapobiegała gromadzeniu się wody na powierzchni chodnika. Chodziło się po tym chodniku elegancko i w poczuciu cywilizacyjnego awansu całej okolicy. Choć słowo „chodziło” niezbyt wiernie oddaje sytuację. Częściej się przemykało, i nadal przemyka, bo większość chodnika zwyczajowo zawłaszczają dla siebie kierowcy samochodów, czy to osobowych, czy dostawczych. Tuż obok mnie w ubiegłej kadencji regularnie parkował pewien senator i jego petenci. Bynajmniej, nie poczytuję sobie tego za powód do dumy.

Po jakimś czasie zauważyłem, że w miejscu, gdzie parkują cięższe wozy, chodnik się kruszy, a blaszane zabezpieczenia bądź powypadały i zniknęły, bądź uległy daleko idącym odkształceniom. Z czasem się z tym oswoiłem: śliczny chodnik w szybkim tempie poszarzał i spowszedniał, w czym zapewne pomogły mu mniej lub bardziej „wypasione” dwuślady. Kilka dni temu, wracając do domu spostrzegłem, że blaszane zabezpieczenia zniknęły – na ich miejsce położono rury odpływowe i całość zamurowano. Mniej to estetyczne, ale pewnie bardziej funkcjonalne. Rozwiązanie na miarę Rzeczpospolitej byle jakiej.

W tym miejscu ktoś powie, że dobrze się stało, że to bardziej pragmatyczne i dłużej wytrzyma pod naporem aut. Zgoda. W ogóle uważam, że z estetyką w przestrzeni publicznej nie należy w Polsce przesadzać (i jak się zdaje, większość ma w tej opinii podobne zdanie). Przystanki tramwajowe i autobusowe powinny być wykonane z blachy zbrojonej albo żelbetonu (bo i tak zaraz ktoś je zniszczy); to samo winno dotyczyć środków komunikacji masowej – prosto, solidnie, przaśnie. Bez zbędnych fanaberii dla plebsu, który i tak tego nie doceni. To samo w państwowych urzędach. Ślicznie i higienicznie to może być na strzeżonych osiedlach, w inteligentnych wieżowcach i wnętrzach limuzyn. Chamstwo, niestety (piszę to pół żartem, choć i z gorzkim poczuciem prawdy tych słów) nie zasłużyło na poczucie ładu i piękna wokół siebie. W ogóle, „przestrzeń publiczna” to jak się zdaje dla wielu jakiś przesąd. Ładnie i czysto to może (choć nie musi) być w domu. Na ulicy wolno nam wszystko i za nic nie jesteśmy odpowiedzialni. Ani za swoje psy, które – proszę wybaczyć – srają gdzie popadnie, ani za stosy walających się wokół koszy ulotek reklamowych, ani za butelki przy drogach, ani za wszechobecne pety.

Rzeczpospolita byle jaka to istne terytorium tragikomedii. Bywa komiczna, gdy zalany w sztok pasażer pociągu usiłuje podać konduktorowi bilet, u stóp przetacza mu się butelka wódki (kupiona w tymże dalekobieżnym pociągu), a przedstawiciel instytucji państwowej udaje, że nic nie widzi i nic nie czuje. Jest tragiczna, gdy na warszawskim moście zdarza się tragedia, bo zmotoryzowane święte krowy rozwijały tam prędkość 200 km/h. Skąd się biorą takie święte krowy? To proste: ileż razy oglądaliście w TV rodzime sławy różnego kalibru, opowiadające o tym, jak to przekraczały prędkość w swoich samochodach i zatrzymała je policja… Co było dalej? Wszystko wyjaśnia puszczone do nas z ekranu oko. Rzeczpospolita byle jaka nie szanuje praw. Żadnych. Nie liczy się z ludźmi, chyba że mogą przynieść jej korzyść lub się ich boi, albo dla jakichś przyczyn podziwia. Ale wszystko to ostatecznie gra pozorów, obliczona na krótko.

Dlatego muszą – na nieszczęście wielu – zastępować ją ostatecznie prawa natury. One powodują, że niszczeje niedawno położony chodnik i one sprawiają, że ludzie mają kogo przedwcześnie odwiedzać na cmentarzach. Nie mają względu na nic: ani na tych, co męczą się z rzeczywistością, cierpią lub giną, bo zawinili, ani na tych, co się męczą, cierpią i giną, bo znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie w tym pięknym kraju, nazwanym przeze mnie Rzeczpospolitą byle jaką. Jej barwy to wszechogarniająca szarzyzna, w jej godle zwykły, uliczny brud, a hymnem siarczyste przekleństwa. Rzeczpospolita byle jaka niewiele bowiem odróżnia się od stanu natury, tyle że tej natury zdeprawowanej przez człowieka, w której nie ma już nic z sielskości. Bliżej jej do natury wielkiego śmietniska, na którym najlepiej żyje się szczurom. A kto jest obywatelem Rzeczpospolitej byle jakiej? Zbyt często, niestety, my wszyscy.

Ja tu sprzątam

Ogólnopolski Związek Zawodowy Miast i Wsi „Rybnik 90” wygrywa przetargi na pranie górniczych ubrań. Są konkurencyjni – piorą za połowę tego, co chcą inni.

„Jak to możliwe? Rybnik 90 nie zatrudnia pracowników na etat. Po wygraniu przetargu – już w 13 kopalniach – dotychczasowi pracownicy pralni mają do wyboru: albo wstępują do związku, podpisują umowę, że pracują jako wolontariusze i idą na bezrobocie, albo wylatują z roboty. Wolontariusze dostają wtedy z pośredniaków zasiłek – w zależności od miast 450-550 zł – a związek nie musi płacić za nich składek do ZUS-u. Dodatkowo Rybnik 90 obiecuje wolontariuszom, że co miesiąc da im co najmniej 500 zł zapomogi. – Zapomoga nas przekonała, bo razem z »kuroniówką« dostajemy tyle, ile byłoby na umowie o pracę – przyznają nam związkowcy, którzy zgodzili się na taki układ. Proszą o anonimowość ,bo boją się stracić pracę”.

Przez związek przewinęło się 200 takich wolontariuszy.

Kierownictwo kopalń jest zadowolone. Inspektorat Pracy w Katowicach uważa, że „związek nie powinien podpisywać z członkami umów o wolontariacie. Można je bowiem zawierać tylko w przypadku pracy na rzecz instytucji użyteczności publicznej, jak np. hospicjum czy szpital. – Działanie związku jest więc nie tylko nieetyczne, ale też niezgodne z przepisami”. Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach przypomina, że „jeżeli wypłacane wolontariuszom zapomogi są opodatkowane, to nie powinni oni zostać zarejestrowani jako bezrobotni”. Prokuratura w Rybniku sprawę bada, a szef doradców premiera i były minister pracy i polityki socjalnej, Michał Boni, rzecz całą komentuje jednym zdaniem: „takie działanie związku to granda i jest ono nieuczciwe”.

Pewnie jest.

Nieuczciwe jest jednak i to, że państwo ustala wysokość zasiłku dla bezrobotnych na poziomie 450-500 złotych i zabrania ludziom, którzy dostają ten zasiłek, podejmowania jakiejkolwiek pracy – pod groźbą odebrania zasiłku. Gdyby zasiłek wynosił – powiedzmy – dwa tysiące, ok, rozumiałabym zakaz zarabiania. Ale to nie są dwa tysiące.

Za 450-500 złotych przeżyć się, w zasadzie, nie da. Państwo, czyli posłowie uchwalający w ustawie taki a nie inny mechanizm wyliczania zasiłku – musi to wiedzieć. Ale zachowuje się jak klasyczny monopolista. Dyktują warunki, z którymi nie ma jak dyskutować.

Jaką funkcję pełni w takiej postaci zasiłek? Uspokaja sumienie posłów, którym może się wydawać, że załatwili sprawę.

Nie załatwili. Stworzyli pułapkę. Weźmiesz 450 złotych – nie wolno ci zarobić jakkolwiek. Jak zarobisz – stracisz zasiłek. Że dalej nie będziesz miał pracy, bo zarobiłeś tylko na jakimś zleceniu – nas to nie obchodzi. Masz być posłuszny. A jak nie będziesz – wylatujesz z systemu.

Co by się stało, gdyby przepisy pozwalały osobie dostającej zasiłek legalnie zarabiać, jeśli na przykład zdarza się okazja? Szef związku zawodowego z pewnością nie kombinowałby z podpisywaniem umów wolontariackich i z udzielaniem fikcyjnych zapomóg, które są tylko inną formą wynagrodzenia za pracę.

Wiem, są dyżurne badania, z których wynika, że ci źli i nieuczciwi obywatele zawsze będą się starali oszukać państwo i pomoc społeczną. Badania pokazują, że zwykle jest takich nieuczciwych około 5 procent. I to jest traktowane jako powód do traktowania pozostałych 95 procent jak potencjalnych oszustów. No a rzeczywistość działa wedle zasady samosprawdzających się przepowiedni. Krok po kroku i wszyscy są już oszustami.

Zapewne 5 procent wolontariuszy z tej związkowej pralni czuje się świetnie wiedząc, że oszukało system opieki społecznej. Ale zapewne pozostałe 95 procent wolontariuszy, odbierając swoją zapomogę, czuje się źle. Wiedzą, że proceder, w którym biorą udział, nie jest uczciwy. Mają jednak mało komfortowy wybór: być uczciwym za 450 złotych lub nieuczciwym za dwa razy więcej.

Umówmy się: tysiąc złotych miesięcznie to nie są pieniądze, które by satysfakcjonowały jakiegokolwiek posła.

Jeśli 95 procent wolontariuszy pralni poświęca dla takich pieniędzy własne poczucie komfortu, jaki daje uczciwość, to znaczy, że ci ludzie nie znajdują innego sposobu na to, żeby jakoś przeżyć.

Na szczęście, na szczęście, mamy unijne programy inwestowania w kapitał ludzki i zarządzania grupami zagrożonymi marginalizacją. Mnożą się nam jak grzyby po deszczu dobre praktyki w tej sprawie, które są przedmiotem licznych konferencji w ładnych wnętrzach. Z ledwie co założonych spółdzielni socjalnych i wsi tematycznych powstają już doktoraty i habilitacje na poważnych uczelniach. Rosną nowe strony internetowe i odbywają się szkolenia dla dziennikarzy, którzy będą opisywać świetlaną przyszłość dawnych bezrobotnych. Przewodniczącego związku Rybnik weźmie w swoje łapki prokuratura, proceder się ukróci i będzie dobrze.

Ja bym tego człowieka poprosiła raczej o ekspertyzę na temat radzenia sobie w permanentnej sytuacji kryzysowej.

No ale ja tu tylko sprzątam.

 

*http://www.gazetawyborcza.pl:80/1,75248,4970630.html?nltxx=2015058&nltdt=2008-02-28-06-06