przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 9 czerwca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niemal zawsze, gdy mowa o tradycji, w użyciu jest liczba pojedyncza. Gdy zamkniemy oczy i pomyślimy „Polska”, pojawia się pewna ilość symboli, postaci, wizerunków – dla każdego z nas zapewne nieco innych. Gdyby ktoś zwrócił nam uwagę, że tego czy innego wydarzenia lub osoby brakuje w naszej wizji, być może skłonni bylibyśmy dołożyć je do zbioru o nazwie „tradycja”, choćby z zastrzeżeniem, że to jej „złe” oblicze. Jednak poza takimi ustępstwami, nadal uważamy, że istnieje coś takiego, jak jedna główna tradycja i ewentualnie jakieś „mniejszości”, sytuujące się na jej obrzeżach.
Jeszcze bardziej widać to w sferze publicznej. Gdy z płaszczyzny osobistych odczuć i wyobrażeń przeniesiemy się w sferę instytucji, mediów, oświaty, debat publicznych itp., okazuje się, że proces dominacji i uprawomocniania każdej tradycji odbywa się nieodmiennie kosztem innych – czy to przez intensywną promocję tej jednej, a przemilczanie innych, czy wręcz za pomocą zohydzania którejś z nich – a o dokooptowaniu żadnego elementu nie ma mowy, gdyż wszystkie wizje tradycji występują tam jako zbiory zamknięte. Jest to oczywiście pochodną walk o rząd dusz, o wpływy polityczne, o legitymizację poszczególnych opcji.
Na „wielką” tradycję składa się wiele pomniejszych, których dobra kondycja sprzyja dobrej kondycji całości. Tymczasem, w polityczno-medialnych sporach powodzeniu jednej z owych sub-tradycji towarzyszy nadwątlenie innych. W efekcie jakaś część zbiorowego dziedzictwa zatraca się, a jej „wyznawcy”, nie mając żywotnego punktu odniesienia, mimowolnie odsuwają się od polskości. Są to rzeczy dość oczywiste. Ale mam wrażenie, że nie do końca uświadamiamy sobie wymiar zjawiska. W każdym razie do mnie ten problem z całą mocą dotarł dopiero niedawno za sprawą dwóch dość przypadkowych zdarzeń.
Przygotowując tekst o Helenie Radlińskiej, czytałem poświęconą jej książkę Ireny Lepalczyk. Na końcu tej monografii znajduje się wkładka z fotografiami. Jedna z nich przedstawia fragment pokoju bohaterki książki, z portretem jej brata oraz kawałkiem regału. Na owym regale w oczy rzucił mi się od razu grzbiet jednego z leżących tomów. Charakterystyczny napis na nim zwrócił moją uwagę nie przypadkiem. Po prostu na półce stojącej teraz za moimi plecami leży taka sama książka. Nosi tytuł „Ludwik Krzywicki – praca zbiorowa poświęcona jego życiu i twórczości”, wydana została przez warszawski Instytut Gospodarstwa Społecznego w 1938 r. Kupiłem ów egzemplarz pół roku temu – przekreślone pieczątki świadczą, że kiedyś był w zbiorach Gminnej Biblioteki Publicznej Warszawa-Bemowo, a wcześniej lub później w prywatnych rękach, o czym świadczy dedykacja na karcie tytułowej. Brzmi ona: „Z wspomnieniami dawnych planów i marzeń – Wanda, 24 XII ‘53”.
I tak oto książka wydana przed wojną zdołała ją najpierw przetrwać, prawdopodobnie tuż po wojnie jeden z egzemplarzy uwieczniono na zdjęciu pokoju prof. Radlińskiej, kilka lat później jakaś Wanda podarowała komuś inny egzemplarz, następnie książka przeleżała gdzieś ponad pół wieku, aż pod koniec roku 2007 trafiła w moje ręce. Można zatem powiedzieć, że na przestrzeni 70 lat (1938-2008) mieliśmy do czynienia z podtrzymywaniem pewnego wycinka tradycji – książka o Krzywickim była dla kogoś ważna, ktoś co jakiś czas robił z niej użytek itp.
Ale właśnie w roku 2008 aż cisną się na usta pytania: kogo dziś obchodzi Krzywicki, kto poza garstką pasjonatów o nim pamięta, kto próbuje w jego książkach oraz w książkach o nim odnaleźć odpowiedzi, wskazówki, wizje… Ludwik Krzywicki jest co prawda obecny na kartach historii, tych najbardziej specjalistycznych, ale przecież trudno o nim mówić w kategoriach polskiej tradycji – żywej, twórczej, inspirującej. Kiedyś jeden z czołowych myślicieli polskiej lewicy, nieortodoksyjny interpretator Marksa, a jednocześnie wybitny naukowiec, autor niezliczonej ilości prac naukowych, o ogromnych zainteresowaniach i wręcz legendarnej pracowitości. Dziś nieobecny, zapomniany, bo i kto miałby go promować, skoro bliska mu opcja polityczna nie funkcjonuje lub ogranicza się do niszowych grupek, a polski tzw. obieg intelektualny z programową wręcz niechęcią traktuje tutejsze tradycje, ślepo zapatrzony w importowane nowinki z Zachodu. Krzywicki, który swego czasu inspirował spore zastępy Polaków oraz wpływał na ich wizje świata i ojczyzny, w zasadzie „nie istnieje”.
Drugie dające mi do myślenia zdarzenie było w sumie podobne, choć jednocześnie odmienne w pewien dość znaczący sposób. Nieco przypadkowo zabrałem do pociągu i przeczytałem wydaną w podziemiu, powielaczową broszurkę z esejem Adama Michnika „Rozmowa w Cytadeli”, z roku 1983. Powiem to od razu: lektura „Rozmowy…” może przyprawić o palpitacje serca osoby przyzwyczajone do standardów dzisiejszej publicystyki redaktora „Gazety Wyborczej”, przepełnionej pogardą i poczuciem wyższości wobec swych przeciwników, portretowanych w bardzo czarnych barwach. Jest to bowiem esej niezwykle „empatyczny” i to w dodatku wobec tradycji ideowej, która sytuuje się na antypodach „michnikowszczyzny”, mianowicie – endeckiej. Czytelnicy „Gazety Wyborczej”, karmieni dziś czarną legendą polskiego nacjonalizmu, mieliby spore problemy z recepcją tego tekstu sprzed ćwierćwiecza. Ale nie tylko oni – także dzisiejsza prawica, szczególnie ta młoda i zapalczywa, nie zdołałaby zapewne ułożyć w swoich schematycznych, czarno-białych głowach faktu, że Michnik pisze o Dmowskim w znacznej mierze afirmatywnie, a wręcz krytykuje antyendeckie stereotypy swego środowiska.
Znów jednak ciśnie się na usta pytanie: kto z obozu lewicowo-liberalnej inteligencji byłby dziś w stanie napisać, czy choćby bez nadmiernych emocji przeczytać taki tekst. Pamięć o tradycji myśli endeckiej jest w Polsce znacznie bardziej żywa niż o wspomnianym Krzywickim. Jeszcze silniejszą pozycję ma przecież autor „Rozmowy w Cytadeli” – przez sporą część inteligencji darzony wręcz świeckim kultem. Ale ani wyznawcy, ani Mistrz, przywoływany przez nich przy byle okazji jako „młot na Ciemnogród”, nie sięgają dziś po ten tekst, a tym bardziej po podobny sposób analizowania odmiennych niż ich własna idei politycznych.
Nie istnieje zatem kolejny ważny element polskiej tradycji intelektualno-politycznej: krytyczna, lecz w sumie przychylna analiza dorobku endecji, dokonana przez kogoś z zupełnie innego obozu politycznego. Oczywiście sami „narodowcy” też nie sięgają po ten tekst – a sądzę, że jego przypomnieniem wprawiliby Michnika, a zwłaszcza jego zwolenników w dużo większe zakłopotanie niż używając prymitywnych zarzutów o UB-eckiej przeszłości jego brata czy jeszcze bardziej prymitywnie odmawiając jemu samemu „polskości”.
Takich przykładów można by znaleźć więcej, o kilku zresztą wspominałem w poprzednich felietonach. Z polskiej świadomości i debaty intelektualnej wyrugowano takie choćby tradycje, jak lewica patriotyczna, lewicowo-demokratyczna „frakcja” w ruchu ludowym czy lewicowo-syndykalistyczno-patriotyczny nurt w pierwszej „Solidarności”; patrząc z innej strony – z niemałym trudem, ale na niszową skalę odgrzebano spod zwałów zapomnienia nacjonalistyczne środowisko Sztuki i Narodu. Oczywiście wszystkie te tradycje nie zostały całkiem zniwelowane. Istnieją niewielkie grupki ich epigonów, jest trochę naukowców-pasjonatów, którzy w małych wydawnictwach publikują kilkusetstronicowe monografie o Moraczewskim czy emigracyjnym PPS-ie, czasem ktoś – np. taki dziwoląg jak ja – przypomni którąś z tych postaci czy grup w artykule prasowym. Ale poza tym swoistym gettem czy niszą, nie ma dla nich miejsca w debacie publicznej.
Oczywiście tak zapewne było do pewnego stopnia zawsze. Coś zapominano, coś przeoczono, coś zostawało przygniecione pomówieniami i tendencyjnymi ocenami. Tym razem jednak jest znacznie gorzej. Po pierwsze, PRL przerwał ciągłość zarówno ideową (cenzura, białe plamy historii), jak i personalną (zamordowanie, zmuszenie do emigracji lub uniemożliwienie działalności publicznej przedstawicielom kilku opcji politycznych). Po drugie, na zasadzie reakcji na to zjawisko, po 1989 r. mamy do czynienia z neofickim zapałem przypominania jednych, a przemilczania innych opcji ( pisałem tu niedawno, że IPN chętnie propaguje wiedzę o „narodowym podziemiu zbrojnym”, ale już niekoniecznie o tej części ruchu ludowego, która nie zgodziła się na dyktat komunistów). Po trzecie, dziś polityczna debata odbywa się za pośrednictwem masowych (i to bardzo) mediów – opcje obecne w nich ulegają dodatkowemu wzmocnieniu i popularyzacji, zaś nieobecne są jeszcze bardziej marginalizowane i spychane w niepamięć.
To wszystko ma swoje skutki. Przede wszystkim zubaża polskość, bo z jej dostępnej, znanej i popularnej wersji wyklucza ważne elementy. To z kolei ogranicza rozwój intelektualny, bo nie znamy wielu ciekawych wzorców i skazani jesteśmy na wysiłek swoistego odkrywania Ameryki wiele lat po Kolumbie. A wreszcie – skutkuje niemożnością odnalezienia się w „obiegu” politycznym tych osób, które mają pecha nie utożsamiać się z popularnymi opcjami. Co w Polsce ma zrobić osoba o poglądach prospołeczno-lewicowych, lecz zarazem niezainteresowana roztrząsaniem problemów gejów i lesbijek lub zachwytami nad Chavezem? Albo ortodoksyjny katolik, który nie jest wyznawcą „świętej własności prywatnej” i nie wierzy, że niewidzialna ręka rynku rozwiązuje wszelkie problemy? Albo ktoś, kto chciałby dowartościować wieś i „Polskę B”, lecz niekoniecznie w towarzystwie wiecznych „działaczy” z PSL-u, którzy trzęsą gminą nieprzerwanie – choć zmieniając szyldy – od czasów wczesnego Gomułki?
Tak, wiem, to banał – tradycja składa się z wielu tradycji. Banał, niestety, bardzo często zapominany. Wolterowi przypisuje się deklarację, że choć nie zgadza się z czyimiś poglądami, to oddałby życie za możliwość ich głoszenia przez tego kogoś. Z tradycją jest dokładnie tak samo: nie zgadzając się z wieloma jej „odłamami”, warto dbać o to, aby mogły one istnieć, a nawet rozkwitać. Bo zyskuje na tym, nie zaś traci, ta jedna, wspólna tradycja.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Łopotały biało-czerwone flagi, skwierczały grille, opustoszałymi ulicami rządziła wcale przyjemna cisza.
13 maja dotarł do mnie rachunek za prąd. Data nadania: 5 maja bieżącego roku. Nie wysłano go z drugiego końca Polski, ale z miasta, w którym mieszkam. Jakim cudem trwało to tak długo, to już słodka tajemnica Poczty Polskiej. Tajemnica, która wprawia mnie w bezbrzeżne zdumienie i zmusza do przykrej konstatacji, że coś tu jest cholernie nie tak. Nie jest to zresztą konstatacja dotycząca tylko tej firmy. Powszechnie spotykanym odczuciem, dotykającym wielu znanych mi ludzi jest to, że polskie instytucje robią wszystko, by nas do siebie zniechęcić. O ile mogło to być zrozumiałe w PRL-u, gdzie w zasadzie każde zło można było zrzucić na „onych”, po blisko dwudziestu latach III RP nie pozostaje nic innego, jak uważnie przyjrzeć się samym sobie.
Nie dziwię się zwolennikom teorii liberalnych, postulujących jak najszersze ograniczenie kompetencji państwa i jego biurokratycznej struktury. Ja sam, gdy rok w rok przeżywam takie lub inne perypetie z Urzędem Skarbowym, mam jak najszczerszą chęć, by wszystkich tych urzędników, niesympatycznych albo/i niekompetentnych, traktujących petenta jak intruza, szlag trafił. Albo przynajmniej, żeby ci funkcjonariusze pokracznego Lewiatana dali święty spokój zarówno mi, jak i zarobionym przeze mnie pieniądzom. Ale cóż, zwycięża instynkt samozachowawczy, który podpowiada, że trzeba zgodzić się na istniejące „reguły gry”, by nie wpakować się w jeszcze gorszą kabałę. Bo przeciętny człowiek wobec ludzi reprezentujących Instytucje jest tylko mało znaczącym elementem, dodatkiem do przepisów, okólników, załączników, sterty papierów i masy znacznie ważniejszych obowiązków, jakie spoczywają na barkach (ludzi) Instytucji. Państwo to wciąż Oni – schowani w gmachach i pokojach, do których zwykły śmiertelnik nie ma dojścia. Oni, którzy od lat reformują służbę zdrowia i szkolnictwo, zreformowali system emerytalny i zrobili niemal wszystko, by skutecznie walczyć z reprodukcją. Gdy zatem myślę o Onych, budzi się we mnie czasem nie tylko arcy-liberał, ale i anarchista. Jak najbardziej bakuninowski, odczuwający atawistyczną radość na myśl o zniszczeniu Molocha.
W jednym z felietonów, pomieszczonych w wydanej właśnie przez „Obywatela” książce „Poza układem”, Joanna Gwiazda pisze: „wyhodowaliśmy cud natury – cielę z dwoma głowami: państwo »socjalistyczne« jeśli chodzi o ściąganie haraczu ze społeczeństwa i »liberalne«, jeśli za miarę liberalizmu przyjmiemy brak świadczeń dla społeczeństwa. Ani ono socjalistyczne, ani liberalne, tylko zwyczajnie złodziejskie /…/” („List otwarty do czytelnika prawicowca”, s. 156). Jeśli mierzyć ostatnich 20 lat liczbą afer, gospodarczych przekrętów to faktycznie trudno oprzeć się wrażeniu państwa, które żeruje na dziesięcioleciach ludzkiej pracy. Obywatele nie pozostają dłużni: powszechne praktyki zatrudniania na czarno, emigracja, wykorzystywanie każdej luki prawnej, każdej niekonsekwencji lub niezborności, łapówkarstwo – podjazdowa wojna między Molochem a obywatelami trwa w najlepsze. Parafrazując Sienkiewicza: nieufność i niechęć zatruły krew pobratymczą. O ile bowiem Polak może być dumny (a przynajmniej bywa) ze swego poczucia narodowego, ze swojej historii i tradycji narodowych, o tyle na co dzień własne państwo jest mu obojętne, czy – ściśle mówiąc – zachowuje wobec niego bezpieczny dystans, modląc się, by go przy jakiejś okazji nie dopadło. Ale Moloch dorwie cię nawet na urlopie: gdy, np. przejazd i tak marną, choć jak najbardziej płatną autostradą, przypomina tor z przeszkodami.
Stąd tytułowy, majowy „patriotyzm grilla”, który w gruncie rzeczy polega na tym, by na kilka dni uciec od rzeczywistości i mieć święty spokój, ewentualnie pomachać biało-czerwoną chorągiewką, sycąc duszę podniosłymi hasłami. I bodaj nic tak nie jednoczy Polaków (choć z osobna), jak patriotyzm grilla. Czy to zły patriotyzm? Bynajmniej, w sam raz na dzisiejsze czasy, w sam raz dla ciężko zarobionych ludzi. Najbardziej ludzki, bez przymieszki hipokryzji państwa, które ma jak najmniej racji po temu, by nakłaniać Polaków do bardziej wzniosłych form patriotyzmu. Lepszy dobry piknik niż myśl, że do miłości ojczyzny nakłaniają cię ludzie, którzy niemal nic oprócz pustych obietnic dla ciebie nie mają. Nic oprócz obietnic i często opresywnych, dysfunkcyjnych instytucji i rozwiązań ustrojowych.
Tu jednak pojawia się jeszcze jeden kłopot. Bo „Oni” to w gruncie rzeczy my sami, w naszych instytucjonalnych funkcjach. Wielokrotnie miałem okazję spotykać się z ludźmi, którzy jako urzędnicy, działacze polityczni itp. persony reprezentujące Lewiatana z tych lub innych przyczyn utrudniają życie swoim bliźnim i skutecznie zniechęcają Polaków do własnego państwa. Prywatnie bywają mili, uczynni, wyrozumiali; prywatnie sami mają setki i tysiące powodów, by narzekać na absurdy polskiego życia i sytuacje, w których uczestniczą i prawa, które współtworzą. Prywatnie boleją i pomstują na jeszcze innych Onych; prywatnie bezradnie załamują ręce, albo obiecują, że zrobią co się da, „w miarę swoich możliwości”. Prywatnie, w ramach patriotyzmu grilla, obficie polanego alkoholem, są jak do rany przyłóż i skłonni nieba bliźniemu przychylić. Ale cóż, przychodzi chwila, gdy znów muszą przeistoczyć się w Onych. Jest w tym jakiś tragizm, albo i tragikomizm, która sprawia, że cała rzeczywistość społeczno-polityczna nabiera tragikomicznego wymiaru. Szczęściem, Polak potrafi i jakoś żyje, kształci się, a nawet bogaci i wychowuje dzieci z tym garbem na plecach, któremu imię dzisiejsza Polska.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Łatwiej się złościć, że ci inni tacy okropni i głupi i robią wszystkie te złe rzeczy, których my nie lubimy i musimy przeciwko nim protestować.
Tybetańskie flagi, z którymi demonstruje Zachód przeciwko łamaniu praw człowieka w Tybecie, produkowane są w Chinach. Robotnicy, którzy mieli je na swojej taśmie produkcyjnej, zobaczyli je w transmisji telewizyjnej, pomyśleli, że przecież nie po to je produkowali, żeby świat nie lubił teraz Chin i donieśli na własnego szefa władzom komunistycznym, ale jednak i nieco otwartym na liberalny wolny rynek. Szef prawdopodobnie już siedzi, podobnie jak tybetańscy mnisi.
Jak mógł się zdarzyć absurd tak piramidalny, a jednocześnie jak w soczewce skupiający wszystkie główne wady naszego ociekającego hipokryzją, najlepszego ze światów?
Nie zdarzyłby się w zewnętrznym świecie, gdyby w naszych głowach po innych ścieżkach biegały sobie krasnoludki przenoszące informacje między neuronami. Obecnie owe krasnoludki ułożyły informacje – z których składamy skalę naszych wartości – w naszych głowach w piramidę, na szczycie której zalega wartość pod nazwą „Zysk”.
Zysk jest wartością naczelną dla cywilizacji informacyjno-technicznej XXI wieku.
Gdyby krasnoludki naniosły mułu informacyjnego nieco inaczej, gdyby na szczycie piramidy ułożyła się na przykład wartość pod nazwą „Prawa Człowieka” czy „Godność Pojedynczej Osoby” – chińscy robotnicy nie musieliby donosić na swojego szefa, a on płaciłby podatki swojemu komunistyczno-liberalnemu państwu od całkiem innej produkcji, nie od wytwarzania flag z napisem „Wolny Tybet”. Mógłby, na przykład, produkować koszulki z napisem „Pojedyncze jest ważne” albo drukować Kartę Praw Podstawowych, żeby edukowali się obywatele Europy. Na to byłoby zapotrzebowanie, więc nawet coś by zarobił.
Gdyby inna wartość niż ZYSK zaległa na szczycie piramidy, nikomu nie przyszłoby do głowy w świetle jupiterów zarabiać wielkich pieniędzy na zawodach sportowych i jeszcze czynić z tego wzór do naśladowania dla innych. Nikt nie wykorzystywałby wolnych teoretycznie mediów, żeby uzasadniać jak wielki skok ku demokracji wykonają Chiny, gdy tylko zetkną się ze świetlaną Olimpiadą. Przywódcy krajów europejskich nie przestraszyliby się, że ich kraje stracą za dużo pieniędzy, kiedy chińskie rynki zamkną się przed nimi.
Oczywiście, wszystko przez krasnoludki.
Należałoby je postawić przed jakimś krasnoludzkim trybunałem. Osądzić. Ściąć. I iść dalej zarabiać pieniądze bez tego cholernego dysonansu poznawczego, że niby to… a jednak… całkiem co innego.
Chyba, żeby krasnoludki poddać reedukacji. Niekoniecznie w chińskich obozach pracy. We własnej głowie.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Remigiusz Okraska | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Powyższe slogany słyszymy nieustannie z radia i telewizji, czytamy je w gazetach, książkach i na monitorze komputera. Rynek, prywatna własność, konkurencja – o tak, to podobno zawsze działa świetnie. Reszta wręcz przeciwnie – nie działa wcale. „Żadnych eksperymentów” – wrzeszczą liberalni fanatycy. Wrzeszczą dlatego, aby zagłuszyć fakty, które podważają ich wywody. Aż tu nagle, w samej „Gazecie Wyborczej”, która zapewne po śmierci Balcerowicza zażąda jego beatyfikacji, znalazłem niepozorną notkę. W proch i pył rozbija liberalne wywody.
Notka ukazała się 9 kwietnia w dziale gospodarczym, pod tytułem „Miasta sprzedają tańsze paliwa”. Zacytujmy w całości, bo warto:
W Polsce powstają kolejne stacje benzynowe prowadzone przez spółki komunalne. Przez obniżenie marży na sprzedaży paliw udaje im się zmusić konkurencję do obniżek cen.
Gminne stacje paliw działają już w Rzeszowie, Płocku czy Białymstoku, o podobne właśnie walczą kierowcy z Gorzowa, Opola i Kielc. Zasada działania jest prosta, na miejskiej działce stację buduje spółka komunalna i sprzedaje benzynę z małą marżą, co kompensuje sobie wielkością obrotów. Reakcją na takie rozwiązanie jest często obniżenie cen paliw u konkurencji nawet w całym mieście.
Dwa lata temu w Rzeszowie prezydent miasta Tadeusz Ferenc zabiegał, by ceny za litr benzyny spadły poniżej 4 zł. Obliczono, że tamtejsze Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne stać na obniżenie marży na własnej stacji. Kiedy marża spadła, w ciągu tygodnia obroty stacji się potroiły, a konkurenci zareagowali natychmiast. Teraz paliwo PB 95 można tam kupić nawet za 3,98 zł na kilku małych stacjach i przy hipermarketach, a wielkie koncerny paliwowe obniżyły ceny do 4,14 zł. Miasto planuje budowę kolejnej własnej stacji.
Do podobnej decyzji inne samorządy nakłania też Białystok. – W listopadzie uruchomiliśmy swoją stację i na razie udało nam się ukształtować ceny w najbliższej okolicy. W tym roku będziemy mieli ponadmilionowy zysk. Za te pieniądze kupimy nowe autobusy i zbudujemy dwie kolejne stacje – mówi Dariusz Ciszewski, prezes Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Białymstoku.
Mechanizm nie do końca sprawdził się za to w Płocku, gdzie mieści się paliwowy koncern PKN Orlen. Choć miejska stacja pęka w szwach, obniżki cen w całym mieście są minimalne.
Koniec cytatu. Dodajmy, że komunalna stacja w Płocku, choć nie doprowadziła do obniżenia cen w mieście, jest dochodowa (czyli miasto zarabia), a jej klienci – mieszkańcy miasta – płacą mniej za benzynę, czyli oszczędzają.
Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że owe stacje podważają rzekomo żelazną regułę, iż własność publiczna jest zawsze gorsza niż prywatna i że musi być nieskuteczna, marnotrawna itd. Oczywiście nietrudno zrozumieć, że w Polsce, po niemal półwiekowej przygodzie z fatalnie działającymi upaństwowionymi punktami handlowymi czy usługowymi, wciąż żywe są obawy przed skutkami eksperymentów. Nietrudno również zrozumieć neoficki zapał w wychwalaniu wolnego rynku i własności prywatnej. Gdybyśmy mieli to od dawna, mniej byłoby zachwytów, więcej natomiast krytycyzmu. Ale niewiedza czy zapalczywość zwolenników rynku nie mają mocy sprawczej w kwestii zmiany rzeczywistości – od ich ględzenia komunalne stacje benzynowe nie przestaną generować zysków, oferować tańszego paliwa i nierzadko zmuszać konkurencję do obniżki cen.
Co ciekawe, tego typu eksperymenty gospodarcze trudno skrytykować z pozycji rozsądnego zwolennika wolnego rynku. Jednym z argumentów najczęściej używanych przez liberałów jest bowiem stwierdzenie, że konkurencja prywatnych podmiotów, nastawionych na zysk, gwarantuje konsumentowi optymalne zaspokojenie potrzeb. W tym przypadku tak właśnie jest mimo nie-prywatnej działalności! Klient otrzymuje niższą cenę za taki sam produkt, nie ponosząc żadnych dodatkowych kosztów, skoro stacje benzynowe są rentowne i nie trzeba do nich dopłacać z miejskiego budżetu.
Łatwo zgadnąć, jaki będzie zarzut wobec takiej formy własności i jej usług. Otóż dowiemy się, że zadaniem władz miejskich nie jest mnożenie sfer działalności i wkraczanie tam, gdzie z powodzeniem poradzi sobie sektor prywatny. Ilu dodatkowych urzędników należałoby zatrudnić, żeby nadzorowali zaangażowanie miasta czy gminy np. w pieczenie chleba, sprzedaż piwa, wyświetlanie filmów i dostarczanie wielu innych produktów? Oczami wyobraźni widzimy zapewne setki biurokratów maszerujących zwartym szeregiem do wciąż rozbudowywanych – trzeba ich pomieścić! – budynków urzędowych.
No dobrze, ale właściwie w czym problem? Po pierwsze, zadaniem władz lokalnych jest tworzenie lepszych warunków życia mieszkańców. Jeśli gminna stacja benzynowa czy piekarnia są w stanie dostarczyć tańsze produkty, to mieszkańcy ewidentnie na tym korzystają. Po drugie – skoro te formy działalności generują zysk, to wypracowują środki zarówno na rozmaite wydatki budżetowe, jak i na pensje dla dodatkowych pracowników, którzy muszą „ogarnąć” całość spraw związanych z takimi inicjatywami. Po trzecie – jeśli, jak w przypadku benzyny, skutkują obniżeniem cen, to obalają tezę, że tylko konkurencja prywatnych podmiotów na wolnym rynku pozwala osiągnąć możliwie najlepszy efekt z punktu widzenia konsumentów. Wygląda wręcz na to, że dopiero ingerencja w ów rynek ze strony podmiotu nie-prywatnego przywróciła faktyczną konkurencję.
Pójdźmy krok dalej. Bez trudu można znaleźć wiele sfer działalności, które dotyczą spraw ważniejszych niż płyn napędzający samochody. Z droższą benzyną da się żyć, natomiast znacznie trudniej funkcjonować w realiach np. drogiej żywności czy lekarstw. Dlaczego nie miałby istnieć komunalny sklep spożywczy, który zamiast wikłać się w układy z hurtowniami, skupowałby płody rolne bezpośrednio od okolicznych rolników, a bardziej zaawansowane produkty – od ich nieodległych wytwórców? Pominięcie kosztów marży hurtowej i dążeń do maksymalizacji zysku pozwoliłoby obniżyć ceny i sprawić, by mieszkańcy wydawali mniej na żywność. Komunalna apteka mogłaby natomiast oferować leki z mniejszą marżą, a w dodatku tylko tańsze produkty zamiast ich odpowiedników, które kosztują dwa razy drożej wyłącznie dlatego, że mają inną nazwę (najlepiej z końcówką „-ex”) i bardziej kolorowe opakowanie oraz słodszą powłoczkę tabletki.
Nie uważam, by wolny rynek czy własność prywatna były złe zawsze i wszędzie. Wręcz przeciwnie – sądzę, że słabość wielu „etatystycznych” koncepcji gospodarczych, a zwłaszcza ich praktycznych form, wynika z fanatyzmu ich twórców, będącego lustrzanym odbiciem tego, który cechuje postawę (neo)liberałów. Rozumiała to zresztą ta część krytyków kapitalizmu, która nie skompromitowała się wcieleniem w życie systemu będącego przeciwieństwem swoich teoretycznych założeń i obietnic. Czy przedwojenna Polska Partia Socjalistyczna opowiadała się za upaństwowieniem ogółu przedsiębiorstw? A skąd – optowała za gospodarką trójsektorową, czyli współistnieniem własności prywatnej, spółdzielczej i państwowej, a właściwie to za czterosektorową, bo podmioty komunalne też były w tych kręgach nierzadko przywoływane jako osobny, niezależny element układanki. Podobnie było z wszystkimi udanymi realizacjami koncepcji socjaldemokratycznych w krajach Zachodu – tam obecność różnych form własności zaowocowała nie tylko niespotykanym w dziejach poziomem, powszechnością i tempem rozwoju społecznego (tzw. złota trzydziestka, czyli 30 powojennych lat), ale również rozszerzeniem swobód jednostek oraz ugruntowaniem demokracji, czyli czymś dokładnie odwrotnym niż komunistyczne dziadostwo i zamordyzm.
To zresztą „realny socjalizm” pospołu z ideologiczną ofensywą neoliberalizmu sprawił, że wszelkie dyskusje o alternatywach gospodarczych traktowane są podejrzliwie, a wyznawcy wolnego rynku mogą do woli wykrzykiwać: „Żadnych eksperymentów”. W Polsce widać to doskonale. Nasz kraj przed wybuchem II wojny światowej daleki był od ideału. Nawet biorąc poprawkę na zaledwie 20-letni staż odrodzonego państwa, można mówić o wielu błędach, zmarnowanych szansach i niepodjętych inicjatywach. Ale okres międzywojnia jest jednocześnie najlepszym przykładem bzdurności hasła „żadnych eksperymentów”. Polska była bowiem wtedy – patrząc z obecnej perspektywy – jednym wielkim eksperymentem! Kilka milionów osób zrzeszały samopomocowe kasy oszczędnościowo-kredytowe. Wiele tysięcy ludzi pracowało w licznych spółdzielniach, jeszcze więcej – korzystało z ich usług. W znacznej ilości miast istniały banki komunalne, które dzięki finansowemu zaangażowaniu władz lokalnych oferowały – tak jak dzisiaj czynią to wspomniane stacje benzynowe – usługi dla sporych grup klientów na zasadach korzystniejszych niż prywatne podmioty komercyjne. Spółdzielczy Instytut Naukowy był powszechnie szanowaną instytucją naukowo-badawczą, a katedry spółdzielczości istniały na kilku państwowych uniwersytetach. Znanych działaczy spółdzielczości, np. Franciszka Stefczyka, powoływano na znaczące państwowe stanowiska w sferze gospodarczej, a wieloletnia działalność w „eksperymentach” spółdzielczych nie przeszkadzała piastować najwyższych godności, jak było w przypadku prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. „Eksperymenty” nie były żadnym dziwactwem, lecz dokonywały się w blasku fleszy i pochwał, jak choćby budowa obiektów Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
Tego wszystkiego nie zniszczył kapitalizm. Zniszczyła to komuna, która nie tylko rozbiła materialną bazę alternatywnych form własności i nowatorskich sposobów zaspokajania ludzkich potrzeb. Zdewastowała ona także ideologiczną nadbudowę takich działań. To, co wspólne, okazało się niczyje, można było je do woli niszczyć, eksploatować czy lekceważyć. Efekt jest taki, że znacznie więcej pochwał pod adresem własności prywatnej i komercyjnego wolnego rynku słychać w Polsce niż w dowolnym kraju, gdzie owe mechanizmy i idee są znacznie bardziej ugruntowane. A ile osób wie, że przyjaźniejszy klimat dla spółdzielczości jest w liberalnych Stanach Zjednoczonych niż w Polsce, gdzie ponoć pełno mamy homo sovieticus, którzy niechęć wobec kapitalizmu wyssali z mlekiem matki.
Oczywiście swoje zrobiła też postawa polskiej, pożal się Boże, lewicy. Gdy już łaskawie porzuci ona tematykę aborcyjno-gejowsko-feministyczno-antyklerykalną, względnie – dostrzeże, że od czasu XIX-wiecznej mobilizacji proletariatu co nieco się na świecie zmieniło, sięga po tematykę ekonomiczną. Niestety, jest z tym więcej kłopotów niż pożytku. Kilku podstarzałych fanatyków i zapatrzonych w nich studentów chciałoby upaństwowić i kontrolować wszystko, mniej więcej w stylu Lenina z okresu przed wprowadzeniem NEP-u. Inni z kolei uważają, że niezależnie od realiów kulturowych, powinniśmy naśladować pomysły meksykańskich Zapatystów albo którejś z innych aktualnie modnych inicjatyw – im bardziej egzotycznych, tym lepiej. Obrazu dopełniają mózgowcy z „Krytyki Politycznej”, która wzbogaciła merytoryczny poziom polskiej lewicy tak bardzo, że przez ponad 5 lat działania zdołała w kwestiach gospodarczych sformułować „program” brzmiący mniej więcej tak: „ma być jak w Szwecji lub w Finlandii”. Zapewne ta Szwecja i Finlandia spadną Polakom z nieba jako prezent od Ducha Dziejów.
Efekt jest taki, że środowiska, od których należałoby oczekiwać inspiracji w dziedzinie alternatyw gospodarczych, nie mają zielonego pojęcia ani o polskich tradycjach takich inicjatyw, ani o istniejących udanych – co nie znaczy doskonałych – przykładach tego, że oprócz prywatnej własności i kapitalistycznej konkurencji można działać inaczej. Czytam od lat chyba wszystkie polskie periodyki mniej lub bardziej lewicowe i na palcach mógłbym policzyć pochodzące z nich informacje o sprawnych polskich spółkach pracowniczych, spółdzielniach, grupach producenckich, barterze bezgotówkowym itp. A gdy opublikują jakąś teoretyczną rozprawę na ten temat, to koniecznie musi być to coś napisanego na drugim końcu świata, a w swej naiwności i utopijności bijącego na głowę nawet najsłabsze spośród rozpraw klasyków polskiej myśli kooperatywnej: Mielczarskiego, Chmielewskiego, Wojciechowskiego, Thugutta czy Rapackiego. Wszyscy oni są przekonani, że „inny świat jest możliwy” – ale gdy zapytamy ich, jak miałby wyglądać ten inny, niekapitalistyczny porządek, otrzymamy zestaw sloganów na poziomie licealisty.
Komunalne stacje benzynowe pokazują nie tylko to, że nie-prywatne może być skuteczne i sprawne. Uświadamiają one, że możliwe, a nawet potrzebne są rozmaite eksperymenty, które ochronią społeczeństwo przed wadami rynku oraz usprawnią proces optymalnego zaspokajania ludzkich potrzeb. Jak widać na tym konkretnym przykładzie, już sprawdzonym w praktyce, podmioty publiczne, w dodatku nie nastawione na maksymalny zysk, mogą pełnić pozytywną rolę. Między zamordystycznym, niewydolnym komunizmem a wadliwym wolnym rynkiem istnieje miejsce na rozmaite szczeble pośrednie.
„Żadnych eksperymentów”? Naprawdę tak sądzicie, drodzy liberałowie? No to płaćcie więcej za benzynę na prywatnych stacjach – macie przecież wolny wybór.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nic też dziwnego, że od kilku lat przez miasto przemaszerowują pod tęczowymi flagami seksualni rewizjoniści i mistrzowie podejrzeń, dekonspiratorzy i demistyfikatorzy pruderii, obłudy i obyczajowego zaścianka. Tak będzie i w tym roku. I właściwie nie chciałoby mi się już o tym mówić ni pisać, bo sprawa z roku na rok budzi we mnie coraz większe znudzenie i obojętność, gdyby nie pewna – skądinąd zabawna – informacja z programu tegorocznych obchodów walki z ciemnotą i kołtunerią w imię wszystkiego, co światłe i postępowe, a przy tym związane – excusez le mot – z poczciwym ciupcianiem. Tak to już bowiem utarło się na nowej lewicy, że walczy z kapitalizmem głównie genitaliami. Brzydko mówiąc: pieprzy kapitalizm z całych sił. Choć mam spore obawy, że – mówiąc obrazowo – cała para idzie w gwizdek.
Zatem w ramach tegorocznego festiwalu seksualnie wyzwolonych „Kultura dla tolerancji” będzie można zobaczyć reklamowaną jako „wydarzenie specjalne” wystawę zdjęć zatytułowaną nowocześnie, bo z angielska: „Cumfaces”. Będzie tam można zobaczyć portrety ludzi przeżywających orgazm. Szczerze mówiąc, oglądanie gęb bliźnich w chwili erotycznego uniesienia wydaje mi się tyleż niesmaczne, co zabawne – to trochę tak jak z Gargantuą i Pantagruelem. No ale widać zaliczam się do strasznych mieszczan, o których zaraz będzie mowa. Otóż ulotka reklamująca to śmiałe wydarzenie artystyczne głosi, iż „efektem [zmagań z płcią i obiektywem] jest cykl prac, które wyciągają seksualność z mieszczańskiej sypialni i śmiało wprowadzają ją w przestrzeń publiczną”.
Tak zatem nowa lewica ożywia stary mit strasznych, purytańskich, pruderyjnych, kołtuńskich mieszczan i przeciwstawia jej świeżość swej ideologii. Co prawda ta świeżość trąci myszką starej, poczciwej dekadencji, no ale umówmy się, że dekadencja zawsze jest cool, a mieszczanie to zacofańcy, egzystujący w strefie mroku zbędnych tabu, intymności i poczucia, że po to wymyślono alkowę, by nie czynić jej rzeczą publiczną. Cyganeria zwyczajowo wie jednak lepiej, czego ludziom do szczęścia potrzeba. Trzeba ich epatować wyzwoloną sztuką, by wreszcie sami doznali wyzwolenia i oczyszczenia. Ku czemu i po co? To właśnie jest dla mnie niejasne.
Rzecz jasna, sztuka współczesna na usługach lewicy jest sztuką społecznie zaangażowaną. Wrażenia estetyczne (choć z zasady nie grzeszy ich nadmiarem) są tu narzędziem i pretekstem dla przekazania ideologii, która nie tylko ma interpretować świat, ale i go zmieniać. Rzecz jasna, na lepsze. Straszni mieszczanie, ze swymi uprzedzeniami i zabobonami, ze swym mniej lub bardziej rozwiniętym systemem moralnym i etycznym, wyniesionym choćby z religii, nadają się jak znalazł na ilustrację z propagandowego opowiadanka: raz jako chłopiec do bicia, dwa (jedno nie przeczy drugiemu) jako przedmiot kaznodziejskich starań i wysiłków nowej lewicy.
Zastanawia mnie, jaki zbawienny skutek społeczny ma przynieść tego rodzaju „wydarzenie artystyczne”? I cóż mamy zawdzięczać wywleczeniu seksu z mieszczańskiego łoża na oczy szerszej widowni? Wyzwolenie i szczęście zapewne. Tu jednak zaczyna się pewien kłopot: jakie wyzwolenie, jakie szczęście? Mam przykre wrażenie, że cały ten projekt niewiele różni się od pogadanek seksuologów z pism dla nastolatków i świerszczyków dla pryszczatych młodzieńców: spełnij się, bądź bezpruderyjny itp. Oto wielki, wspaniały projekt społeczny na poziomie snu erotomana. Nikt nie odmawia erotomanom marzeń, ale – bądźmy szczerzy – nie jest to wizja akceptowalna na poziomie ludzkiej wspólnoty. Coraz więcej seksu w przestrzeni publicznej – jeśli to rozumie nowa lewica przez wolność, jaką proponuje ogółowi, to obawiam się, że jej projekt upadnie znacznie szybciej niż ktokolwiek może się tego spodziewać. Stanie się po prostu nudny i jałowy, przestanie szokować i absolutnie nie będzie odpowiadał na jakiekolwiek faktyczne zagrożenia i bolączki społeczne.
No chyba że o czymś nie wiem, że coś pomijam. Może takie „kumfejsy” (że pozwolę sobie ukuć taki termin na potrzeby tego felietonu) mogą realnie przyczynić się do zmniejszenia przypadków pedofilii, molestowania seksualnego (w rodzinach, miejscach pracy, na uczelniach, w polityce)? Może wywierają jakieś dobroczynne skutki w relacjach międzyludzkich? O niczym takim nie wiem, dlatego traktuję je jako stricte ideologiczny projekt formacji idącej na jałowym biegu, której popularność, jak sądzę, wynika przede wszystkim z tego, że znajduje dla siebie grunt i poklask w intelektualnie miałkiej, treściowo nijakiej, jałowej i znudzonej sobą kulturze masowej.
Bo nie oszukujmy się: nowa lewica, z całą swą obsesyjną walką o seksualną emancypację i epatowaniem widza/czytelnika ekscesami, nie jest niczym rewolucyjnym, ni odkrywczym. Bazuje na znudzeniu konsumenta odpowiednio sformatowanego przez współczesne środki prania mózgu, który w przerwach między pracą a snem przerzuca kanały TV, surfuje po Sieci i szuka choćby cienia mocniejszych wrażeń. I to jest właśnie jego wyzwolenie: rozrywka. Tudzież rozrywka bardziej wyrafinowana, z polorem czegoś intelektualnie pogłębionego, zaangażowanego i – rzecz jasna – modnego, a zatem słusznego: „kumfejsy”. Tu dochodzimy do paradoksu: człowiek nie przestaje być strasznym mieszczaninem nawet wtedy, gdy rozprawia publicznie o seksualnej rewolucji. Mało to wokół nas „wyzwolonych” hipokrytów?
Odczuwam jednak pewną obawę, że może po prostu jestem staroświecki i kompletnie nie wyznaję się na nowoczesności i nic a nic nie pojmuję z jej dobrodziejstw. I zamiast krzyczeć: „Pornografowie wszystkich płci, łączcie się!”, wieczorami obłudnie zasłaniam zasłony. I że czuję wstyd. Czy jestem mniej szczęśliwy i mniej wyzwolony od tych, co w parku uchylają poły długich płaszczy? Nie wiem. Ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić społeczeństwo zdominowane przez sympatycznych panów w długich płaszczach. Choćby wychowanych w/na kulturze dla tolerancji.
Krzysztof Wołodźko
P. S. I jeszcze jedno, choć to nie fair, bo to argument ad personam. Zastanawia mnie, ilu z tych piewców „wyzwolenia seksu” zdecydowałoby się na miłość w miejscu publicznym. Może trzeba by na tę okoliczność przepytać organizatorów i czołowe postacie rodzimej nowej lewicy. Można by sprzedawać bilety, a środki z nich uzyskane przeznaczyć na jakiś godny cel…
przez Anna Mieszczanek | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Tego, że zaplątała się nasza nieufna europejska demokracja. Do tego stopnia, że tylko o jednym procencie naszych własnych podatków wolno nam decydować samodzielnie.
O pozostałych 99 procentach decydują tradycyjnie nasi przedstawiciele, wybierani w sposób, który obywateli nie satysfakcjonuje, ale który satysfakcjonuje przedstawicieli obywateli. Właśnie przeczytałam, że sztandarowy pomysł naszych przedstawicieli z Platformy – okręgi jednomandatowe – odkłada się do lamusa z powodu nacisków naszych przedstawicieli z PSL-u. Po raz kolejny znika szansa na to, żeby obywatele zyskali nieco więcej wpływu na przestrzeń publiczną, a tym samym na sposób, w jaki nasi przedstawiciele dysponują naszymi podatkami. Który obywateli raczej nie satysfakcjonuje, rzecz jasna.
A jednak Duch Dziejów robi postępy.
W zamierzchłych czasach peerelu walczyło się z władzą o socjalizm z ludzką twarzą. Miarą postępu dziejowego jest fakt, że obecnie obywatele mogą już walczyć z władzą o ludzką twarz parku miejskiego.
To się dzieje naprawdę. Już mi się nie chce w kółko pisać tego samego: że władzę sobie sami wybieramy, że ją sami opłacamy. A potem, jak zwykle:
„Mieszkańcy protestują od ponad roku. Wytykają władzom dzielnicy, że dotychczasowe spotkania miały charakter informacyjny, a nie konsultacyjny. – Zwołali nas, pokazali plany i kazali się cieszyć z rewitalizacji parku – krytykuje Maria Środoń”. Z warszawskiej Ochoty, tym razem.
„– Brak konsultacji społecznych to był błąd – przyznaje Maurycy Seweryn, wiceburmistrz dzielnicy. – Ale park potrzebuje rewitalizacji, a pieniądze daje na to miejskie Biuro Ochrony Środowiska – przypomina /…/ Wskazówki biura określają, jak mają wyglądać warszawskie parki /…/ Ci, którzy odpoczywają w parku, nie dają za wygraną. W sobotę przyszło tam kilkadziesiąt osób z wózkami i bez. Po dyskusji postanowili założyć stowarzyszenie, które będzie walczyło o »park z ludzką twarzą«”. (http://miasta.gazeta.pl:80/warszawa/1,34862,5097981.html)
Obywatele! Potrzebujemy jakiejś Siostry Miłosierdzia! Może być nawet bez twarzy.