Anty-socjal

Toczący się właśnie spór o tzw. emerytury pomostowe to dobra okazja, by zastanowić się nad tym, jak powinna wyglądać polityka na serio prospołeczna i czym się ona różni od może efektownego, lecz nieefektywnego szastania finansami publicznymi, które koniec końców skutecznie obrzydzi wszelki „socjalizm”. A wręcz zaowocuje skrajnie liberalną reakcją, jak to miało miejsce w latach 70., gdy neoliberalni propagandyści celnie wypunktowali błędy popełnione przez apologetów państw opiekuńczych.

Wyjaśnię od razu, że jestem zwolennikiem – i to wielkim – emerytur pomostowych, choć z nieco innych powodów niż te, które legły u podstaw tego rozwiązania. Przyczyną wprowadzenia takich emerytur były w krajach rozwiniętych głównie względy medyczne. Istnieje całkiem sporo zawodów, które wiążą się ze znacznie szybszymi ubytkami zdrowotnymi niż u osób wykonujących inne prace. To zresztą „oczywista oczywistość” – wystarczy odrobina wyobraźni, aby pojąć, że wysiłek górnika nie jest podobny do siedzenia na biurowym fotelu. Podobnie jest nie tylko z pracami w ciężkich, szkodliwych, nienaturalnych warunkach, ale także w sytuacjach, w których narażeni jesteśmy na ponadprzeciętny stres: inna jest praca kierowcy samochodu dostawczego, inna zaś szofera karetki pogotowia. A ludzie nie tylko żołądki, ale też systemy nerwowe mają statystycznie równe.

Sęk w tym, że o ile istnieją zawody, w których przypadku nie ma wątpliwości, że wcześniejsza emerytura nie jest żadnym przywilejem, lecz powinna stanowić elementarne prawo, o tyle przyznanie go innym grupom zawodowym stanowi dobry argument przeciwko emeryturom pomostowym. Bo między bajki można włożyć opowieści, że praca nauczyciela, mającego około 2 miesięcy odpoczynku w skali roku, jest szczególnie uciążliwa w porównaniu choćby z osobą prowadzącą po całych dniach, niemal bez wyjeżdżania na urlop, punkt handlowy czy usługowy. Do tego dochodzi nie mniej ważny, lecz rzadko dyskutowany problem zróżnicowania w obrębie danej branży. Skala stresu i ryzyka jest odmienna w przypadku policjanta z wydziału przestępczości zorganizowanej czy choćby z tzw. prewencji, niż u brzuchatych panów z drogówki czy umundurowanej sekretarki na komendzie. Inna jest praca górnika dołowego, a inna też formalnego górnika, który jednak pod ziemię zjeżdża na godzinę w ciągu zmiany, prowadzić pomiary czy kontrolować stan robót. Jeśli dziś emerytura pomostowa przysługuje również temu drugiemu „górnikowi”, a na emeryturę przejść może każdy policjant z 15-letnim stażem pracy, to rozwiązanie takie nie ma nic wspólnego z troską o słabszych i poszkodowanych, lecz stanowi kreowanie uprzywilejowanej warstwy, która niczym sobie na takie traktowanie nie zasłużyła.

Gdyby mieć na uwadze jedynie te aspekty problemu, byłbym skłonny poprzeć odebranie uprawnień do wcześniejszych emerytur znacznej części zawodów dziś posiadających takową możliwość, a w wielu pozostałych uzależnić ich przyznawanie od orzeczeń lekarskich. I nie byłoby w tym niczego liberalnego – wręcz przeciwnie, wyłącznie chęć eliminacji drastycznych nierówności w traktowaniu różnych grup pracowników najemnych. Ale szczególnie w polskich realiach istnieje czynnik, który sprawia, że być może należałoby się zastanowić nad rozciągnięciem prawa do emerytur pomostowych na wiele kolejnych zawodów, znacznie więcej niż obecnie.

Mam na myśli charakter naszego rynku pracy. To prawda, że w zamożnych krajach pracuje się statystycznie dłużej niż w Polsce. I że myśli się tam o podniesieniu wieku emerytalnego. Ale, po pierwsze, w tych krajach bezrobocie wynosi 3 czy 6 procent, co oznacza, że zwolnieni z pracy w okolicach 50-tki nie są w sytuacji beznadziejnej, zwłaszcza, iż bezrobocie znacznie rzadziej niż u nas dotyka całe rodziny czy regiony. Działa tam także sprawna, państwowa opieka nie tyle socjalna, co aktywizacyjno-zawodowa, wsparta w dodatku rozmaitymi oddolnymi strukturami integracyjnymi, samopomocowymi, kształceniowymi itp. Tamtejszy nowoczesny rynek pracy jest na różne sposoby okiełznany instytucjonalnie oraz oswojony za pośrednictwem różnych podmiotów społecznych. Tymczasem w Polsce jest dokładnie odwrotnie – u nas utrata pracy już po 40-tce oznacza w bardzo wielu zawodach oraz w nie-metropolitalnych regionach po prostu wypadnięcie za burtę podczas sztormu. Tacy ludzie przegrywają konkurencję z młodymi, dynamicznymi, bardziej sprawnymi i wytrzymałymi. Nie istnieje też żaden sensowny system wsparcia zawodowego (przekwalifikowanie) i – co nie mniej ważne – psychologicznego. W sytuacji, gdy bezrobocie wynosi wciąż ok. 10%, a w wielu regionach jest dwukrotnie wyższe, redukcje zatrudnienia wśród osób w wieku średnio-starszym oznaczają prawdziwy dramat społeczny i osobisty. Ale nie tylko redukcje – na dzikim rynku pracy, w gospodarce szybkich przeobrażeń, którym nie towarzyszy dynamiczna zmiana sposobów wsparcia od państwa, samo nadążanie osób mających pracę za nowymi wymogami nie jest łatwe w przypadku 40-50-latków. W takich sytuacjach emerytury pomostowe dla ogółu pracujących mogłyby funkcjonować jako swego rodzaju szalupa ratunkowa, korzystniejsza z punktu widzenia kondycji społeczeństwa niż bezrobocie i towarzyszące mu patologie. Ale właśnie jako szalupa ratunkowa, chroniąca przed zatonięciem, nie zaś jako wygodny przywilej dla wybrańców, niedostępny innym, choćby znajdowali się w gorszej sytuacji – i właśnie tak należałoby skonstruować ów system.

Oczywiście wiem, że byłoby to kosztowne, nie sądzę jednak, że aż tak bardzo. Po pierwsze, ludzie niekoniecznie rezygnują z pracy, gdy mogą to uczynić – pracują nadal choćby dlatego, że zarabiają więcej niż otrzymają emerytury albo dlatego, że lubią pracować, czy też z przyzwyczajenia i chęci utrzymywania kontaktów międzyludzkich. Po drugie, bo bezrobocie też jest z punktu widzenia państwa kosztowne, podobnie jak z punktu widzenia prywatnego biznesu (więcej osób bez dochodów to mniej klientów).

Przy okazji emerytur pomostowych pojawia się jednak problem znacznie szerszy. Gdy myślę o ideałach lewicowych czy prospołecznych, mam przed oczami obraz takiego społeczeństwa, w którym troszczymy się o równe szanse i warunki bytowania dla wszystkich, a pomoc kierujemy do naprawdę słabszych, aby podciągnąć ich w górę. Tymczasem obserwując rozmaite środowiska wymachujące symbolicznym „czerwonym sztandarem”, mam wrażenie, że chodzi im o coś zupełnie innego – o to, by każda grupa, która określi się jako słabsza i pokrzywdzona (bez konieczności uzasadnienia tegoż), mogła bez pardonu wyrwać z budżetu dowolne środki, bez oglądania się na inne grupy. Każdy strajk, każda „eskalacja żądań”, zasługują w oczach takich środowisk na wsparcie. W moich nie zasługują.

Znam grupy zawodowe pracujące w trudniejszych i mniej stabilnych warunkach niż nauczyciele, którzy oprócz zagospodarowania dwóch miesięcy wakacji i przepracowania 18 godzin pensum (tak, wiem, zdarza się, że pracują nie 18, lecz 35 godzin – tylko co z tego?) muszą sprawdzić klasówki w domu czy przygotować się do zajęć. Z drugiej wszakże strony, wiem, że ci sami nauczyciele zarabiają przeciętnie mniej niż słabiej wykształcone pielęgniarki, które w nieskończoność „eskalują protesty płacowe”, a przede wszystkim znacznie gorzej niż lekarze zatrudnieni na trzech „etatach” (każdy po 2-3 godziny) w placówkach państwowych i prywatnych, regularnie „odchodzący od łóżek pacjentów”, bo pensja rzędu 8-15 tysięcy złotych nie pozwala im „żyć godnie”. Wiem też i to, że wśród nauczycieli są stale dokształcający się poloniści i historyczki, muszący zapanować nad „trudną młodzieżą”, ale są też wuefiści, którzy od lat prowadzą zajęcia wedle znanego systemu „mata” – przychodzi taki facet, rzuca piłkę i mówi: mata i grajta, ale się nie pozabijajta. Wiem też, że w nocy pracują nie tylko niektórzy hutnicy i kolejarze, ale także np. część sprzedawców, dziennikarzy i taksówkarzy. Ponadprzeciętny stres towarzyszy nie tylko pracy policjanta, ale także niektórym działaniom pracowników prywatnych agencji ochroniarskich. I tak dalej. Tym niemniej, bardzo krytycznie oceniam stosowanie zasady „dziel i rządź” i napuszczanie jednych grup zawodowych na inne, aby przypadkiem nie powiedziały jednym, silnym głosem, że domagają się tego i tego, i potrafiły wspólnie to wywalczyć. Dlatego poza wyjątkowymi przypadkami nie odmawiam prawa do strajku pielęgniarkom, zaś skargi nauczycieli na swą ciężką pracę staram się zrozumieć mimo wspomnianych wątpliwości.

Coraz częściej jednak nachodzi mnie myśl, że w systemie, który istnieje w Polsce, najsłabsi i najbardziej potrzebujący pomocy nie tylko jej nie otrzymują, ale nawet nie stają się przedmiotem zainteresowania rozmaitych środowisk, które teoretycznie zajmują się ich wspieraniem. Nie mówię nawet o grupkach, które na „wywalczaniu” tego i owego budują własną popularność i próbują ugrać swoje trzy grosze – sztandarowym przykładem może tu być znany z niedawnej bezcelowej okupacji biura poselskiego Tuska związek zawodowy „Sierpień ‘80”, coraz bardziej wyspecjalizowany w żerowaniu na różnych problemach społecznych i robieniu sobie autoreklamy ich kosztem. Niestety, na tę grę pozorów dają się nabierać także grupy i osoby, których szczerość poglądów prospołecznych nie ulega wątpliwości. Gdyby na serio potraktować ich deklaracje, okazałoby się, że w Polsce 80% społeczeństwa, analizowanego wedle dowolnego kryterium (branże, regiony czy wysokość dochodów), wymaga natychmiastowego wsparcia z budżetu.

Skala biedy i marginalizacji jest w naszym kraju znaczna, ale jeśli ktoś uważa, że pomóc należy niemal wszystkim, to w efekcie nie pomoże nikomu. Nie tylko dlatego, że nie udźwignie tego żaden budżet, nawet bardziej zasobny niż polski i nawet wtedy, gdy wszystkich „burżujów” obłożymy podatkiem dochodowym w wysokości 99%. Przede wszystkim nie uda się to dlatego, że wsparcie bazujące na ideałach równości i sprawiedliwości ma sens wyłącznie wtedy, gdy trafia do naprawdę potrzebujących. W przeciwnym razie zamiast wcielenia w życie tychże ideałów, mamy nowe przywileje i promowanie cwaniactwa. Tymczasem słabość, ale także wygodnictwo różnych środowisk prospołecznych w Polsce polega na tym, że nikt nie zastanawia się, komu i jakiego wsparcia należałoby udzielić.

Polscy lewicowcy uwielbiają powoływać się na skandynawski system socjalny. Ja też go cenię, bo zapewnia najwyższy poziom życia na świecie i stabilizację społeczną. Ale ten system działa sprawnie bynajmniej nie dlatego, że na prawo i lewo rozdaje zasiłki. Owszem, zdarzają się tam patologie i nadużycia, ale jednocześnie całość bazuje na uczciwości beneficjentów pomocy, rzetelnych analizach ich sytuacji, a także na sprawnej kontroli. Tymczasem każdy, kto zetknął się z polską tzw. pomocą społeczną lub wie, co kryje się za oficjalnymi wskaźnikami bezrobocia i biedy, wie, że u nas spora część zapomóg trafia w kieszenie nie biedaków, lecz cwaniaków, a znaczna ilość formalnie bezrobotnych ma pracę na czarno i zarabia nierzadko lepiej niż „etatowcy”. Efekt jest taki, że ci, którzy naprawdę potrzebują wsparcia, otrzymują ochłapy, bo tyle zostaje po „równym” rozdzieleniu dostępnej puli.

Taki system to nie socjalizm – to idiotyzm. Zamiast umożliwić przezwyciężenie biedy, on tę biedę konserwuje – wsparcie jest o wiele za małe i niedostosowane do tego, żeby wyrwać kogokolwiek z zaklętego kręgu wykluczenia i wegetacji. W najbliższym numerze „Obywatela” będziemy pisali o tym, jak w Polsce wygląda kwestia mieszkań komunalnych. W teorii miały one zapewniać ubogim dach nad głową i stabilizację bytową, twardy grunt pod nogami. W praktyce jednak raz przyznany lokal jest zajmowany przez daną osobę do końca życia, nawet jeśli w międzyczasie wzbogaciła się ona znacznie. Albo kupuje go ona za 3% wartości rynkowej, bo władze miejskie tylko taki pomysł – sprzedaż za grosze – mają na zagospodarowanie tych zasobów. W tym czasie setki rodzin czekają na jakikolwiek kąt, bo nie stać ich na zakup żadnego, a inni, trochę zamożniejsi, zadłużają się na 40-letni lichwiarski kredyt, by kupić 35 metrów kwadratowych własnego „em”. To ma być wsparcie potrzebujących i sprawiedliwość? Nie, to absurd do kwadratu i rażąca niesprawiedliwość.

Gdy lewica na całym świecie dokonuje analiz, prowadzi badania, tworzy projekty, pyta fachowców – u nas nie odczuwa takiej potrzeby. Zamiast tego prześciga się w wykrzykiwaniu żądań i przebieraniu nóżkami, kto pierwszy poprze kolejny „bojowy protest”. Zamiast solidnej, merytorycznej pracy nad określeniem źródeł biedy i wykluczenia, mamy buńczuczne oświadczenia i „solidaryzowanie się ze słusznymi postulatami”, jakie by one nie były. Nie jest ważne, kto najbardziej potrzebuje pomocy i w jakiej formie – serca wszelkiej maści „wrażliwców społecznych” najłatwiej, wręcz automatycznie, można podbić głośnym i emocjonalnym wrzeszczeniem. Jest tylko jeden problem – ci naprawdę słabi, biedni i wykluczeni, rzadko kiedy mają siłę, by głośno wrzeszczeć…

„Radykalizm” tych, którzy popierają każdy protest bez analizowania jego sensu, przyczyn i skutków, przypomina małego, słabego psa, który zza ogrodzenia szczeka ile sił, ale po wypuszczeniu za furtkę podkula pod siebie ogon i zmyka przed własnym cieniem. Prawdziwi radykałowie nie muszą się licytować w wydawaniu bojowych oświadczeń i w ultra-rewolucyjnej propagandzie. Wystarczy im, że robią rzeczy sięgające sedna problemów. Niedawno odwiedziła Polskę obywatelka Argentyny, Rosa, pracownica fabryki ceramicznej Zanon, w której robotnicy przejęli władzę i sami prowadzą produkcję, osiągając lepsze wyniki (wielkość produkcji i wysokość zysków) niż w czasach, gdy zakładem zarządzał „pan i władca” prywatny właściciel, inwestor zagraniczny. Zacytuję fragment wywiadu, którego Rosa udzieliła „Obywatelowi” (ukaże się on w nr 44), a który znakomicie kontrastuje z mentalnością polskich radykalnych pyskaczy. Na pytanie Piotrka Bielskiego, jak ocenia rządy centrolewicowego prezydenta Argentyny, Rosa odpowiedziała tak: „Kirchner osłabił silny w Argentynie ruch bezrobotnych. Wprowadził zasiłki, dzięki czemu »kupił« sobie część z nich. Jesteśmy przeciwni wypłacie zasiłków i bierności – jesteśmy za tym, żeby dążyć do stworzenia możliwości pracy dla każdego”. Rosa opowiada też, że bez pardonu wyrzucono z fabryki tych, którzy kradli wspólne mienie lub bumelowali.

Jeśli polskie środowiska prospołeczne zaczną kiedyś mówić takim właśnie głosem, jak Rosa – nie zaś głosem napuszonych „bojowych deklaracji”, to może nie tylko zmierzą się z sednem problemów, ale nawet i zdobędą poparcie pozwalające się z nimi zmierzyć skutecznie.

Po Coca-Cola błogo, różowo

Bynajmniej nie zawdzięczam tej sztuki kontaktom z zaświatami. Zdobyłem dwa roczniki „Tygodników Powszechnych” z lat 1986-1987. Arcyciekawa lektura, bo można się z niej na własne oczy przekonać o absurdach schyłkowego PRL, łgarstwach Jerzego Urbana i ówczesnych smutkach i radościach przeciętnego polskiego inteligenta.

Niemal w rozrzewnienie wpędził mnie jeden z felietonów Kisiela na temat McDonalda. Znakomity publicysta, którego nazwisko przez wszystkie przypadki odmienia się jeszcze dziś, choć tyleż nabożnie, co rzadko, tyle z atencją, co bez głębszych przemyśleń, niemal czołobitnie podkreśla w tym tekście zalety McDonalda. Mówi, że schludnie, czysto, że obsługa mało gada a szybko robi, że nie ma kolejek, że niedrogo a smacznie, że bez względu na to, gdzie on, Kisiel, akurat przebywa, to jedzenie smakuje zawsze tak samo, a przy tym gadać z nikim nie trzeba, bo człowiek je, czyta sobie tę załganą zachodnią prasę i jest mu błogo, jak tylko może być błogo Polakowi wypuszczonemu z PRL-owskiego półświatka na wielki świat.

Bynajmniej, nie ironizuję, niemal dosłownie, choć bez takiego talentu referuję zachwyty i uniesienia Kisielewskiego. Każdy, kto pamięta jeszcze cokolwiek z Polski Ludowej, wie, że tego typu zachwyty nad Zachodem stanowiły wtedy w Polsce chleb powszedni i były w dobrym tonie. I nawet ci, co nie jeździli wówczas nigdzie, albo tylko na wczasy do Bułgarii, wiedzieli, że na Zachodzie panuje dolce vita. I niechby tylko skończyć z komuną, to u nas, dzięki Wielkiemu Bratu, Papieżowi, Wałęsie oraz na mocy rekompensaty wielowiekowych krzywd moralnych też tak zaraz będzie. Trudno zatem dziwić się Kisielowi, który mimo że miał głębszy ogląd i zrozumienie tych spraw, to i tak przygnębiony polską rzeczywistością tamtych lat pod niebiosa zachwalał dobrobyt a la McDonald. „Po Coca-Cola błogo, różowo” – można zażartować złośliwie a posępnie, cytując Adama Ważyka.

Czasem odnoszę wrażenie, że w Polsce żyje kilka roczników, 30-, 40-, 50-latków, mniej lub bardziej świadomych epigonów Kisiela. Nie naśladują go w tym, co było w nim dobre, rzetelne, nonkonformistyczne i prawe, ale w tym, co dotyczy „naiwnego liberalizmu”. Stefan Kisielewski był dzieckiem swoich czasów. Mimo najszczerszych chęci, nie mógł – przynajmniej na papierze, bo co działo się w głowie, tego nie wiem – opisać zachodniego kapitalizmu, prymatu globalnych koncernów z całym bagażem zagrożeń i słabości, jakie generują i jakie są ich udziałem. Niedogodności ekonomiczne i kulturowe realnego socjalizmu były dlań tak dojmujące, że przy nich każda wzmianka o słabościach zachodniego systemu musiała jawić się jako szyderstwo, głupstwo lub dzieło aparatu propagandy. Bo też reżimowe media czasów PRL pełne były krokodylich łez, wylanych nad losem bezdomnych z Włoch, bezrobotnych z Niemiec i pobitych pałami przez policję w Anglii. A wtedy z konieczności i z przekory nie brano tego serio. Bo Zachód miał być i był owym rajem na ziemi, do którego nie wpuszczają nas źli Sowieci i ich tutejsi namiestnicy.

Dziś mamy już McDonalds’a, zachodnie banki (niemal wyłącznie zachodnie), zachodnie koncerny motoryzacyjne, karty kredytowe, czekoladki, kremy, papier toaletowy, owoce cytrusowe, hipermarkety, sprzęt RTV i AGD, itp. Ale czy wciąż nam po Coca-Cola błogo, różowo? Jaki dziś traktować ten w jakiś sposób naiwny, kisielowy liberalizm/kapitalizm? Wszak za niego także trzeba zapłacić sporą cenę. I rzecz nie w tym, że jak mówi stare, polskie przysłowie: „bez pracy nie ma kołaczy”.

Sedno sprawy kryje się w tym, że znamy już nie tylko fasadę, ale wiemy też, a przynajmniej podejrzewamy, co dzieje się za kurtyną. Wiemy, dlaczego obsługa w McDonalds jest taka szybka i „grzeczna”; nie zachwyca nas już tak bardzo, że jedzenie (nie tylko w McDonald) niemal wszędzie smakuje tak samo; że programy telewizyjne, wykupione na licencję stanowią kiepską zwykle kliszę zachodnich produkcji. Wiemy już, że choć Wałęsa, Papież i straty moralne poniesione w ciągu wieków, to zachodni pracodawca nikomu wyższej pensji nie wypłaci, skoro opłaca mu się płacić znacznie mniej. Wiemy, że Wielki Brat może i nas kocha, ale i tak przy offsecie traktuje jak pierwszego lepszego idiotę. Wiemy, że Zachód to nie tylko dobrobyt, ale i bieda i konflikty społeczne, a tzw. wolny rynek nie rozwiązuje problemów jak dobra wróżka, za dotknięciem swej czarodziejskiej różdżki. Po prostu – o czym przekonujemy się na szczęście na własnej skórze – inna jest skala i rodzaj problemów, inne wyzwania, inne sposoby opisywania rzeczywistości, inne strategie.

Dlatego śmieszą mnie epigoni Kisiela, co każdą krytykę kapitalizmu i liberalizmu zbywają stwierdzeniem: no przecież mamy już McDonaldy.

Żadnych Szwajcarów, proszę

Politycy potrafią skompromitować co tylko się komu zamarzy. Właśnie kompromitują ideę referendum.

Co się mamy wzorować na jakichś Szwajcarach, którzy mają średnio 50 referendów w roku. Wiadomo do czego ich to doprowadziło: skrajna bieda i totalny brak bezpieczeństwa narodowego.

U nas, prezydent chce rozpisać referendum w kwestii szpitali i ZOZ-ów, ale zdaje się, że nie bardzo wie, o co ma Naród zapytać. Zaś politycy poza-prezydenccy oraz biegający od jednych do drugich dziennikarze, wrzeszczą, że to populizm i nie wypada mieć w liberalnej Europie takich pomysłów. Demokracja demokracją ale porządek musi być, prawda?

Platforma próbuje przepchnąć swoją wersje reformy służby zdrowia w sejmie i szuka większości. PiS odmawia współpracy. Co nazywa się u nas demokratycznym uprawianiem polityki.

Tylko nasz pomysł jest znakomity, wierzę w to głęboko – mówi do telewizora minister urzędujący, Ewa Kopacz. Ich pomysł jest zły, wierzcie mi – mówi do tego samego telewizora minister były, profesor Religa. Dlaczego mamy wierzyć jednej pani albo drugiemu panu? Dlatego, że nie ma innego wyjścia.

Dlatego, że świat przepisów i finansów, które dotyczyłyby służby zdrowia, jest tak skomplikowany, że normalny człowiek nie może się w tym połapać. Musi komuś uwierzyć, jeśli chce być zwolennikiem jednej albo drugiej opinii.

Może jeszcze stanąć po stronie zdrowego rozsądku. Ale jak? Rozsądek prosi o jakieś argumenty. Chciałby wiedzieć. Co jest plusem jednego rozwiązania, a co minusem? Co jest plusem drugiego rozwiązania, a co minusem? Dlaczego właściwie rząd za pieniądze podatników nie może uczciwie przedstawić im argumentów za jednym i za drugim rozwiązaniem? Przecież zwykle każde rozwiązanie ma plusy i minusy.

Czy naprawdę nie ma w wielki gmaszysku w Alejach Ujazdowskich nikogo, kto potrafiłby rozumem ogarnąć kwestię służby zdrowia z takiej właśnie perspektywy? Żeby uczciwie przedstawić argumenty Narodowi?

Bierze się, proszę panów, flipchart i kolorowe flamastry. Zaprasza się licealistów tuż przed maturą, którym szare komórki pracują na pełnych obrotach i są w stanie realnie ocenić plusy i minusy każdego projektu, przejrzawszy wcześniej dorobek pisany ekspertów. Się to kręci byle kamerą. A potem bardzo się prosi prezesa publicznej telewizji, żeby w ramach czasu przeznaczonego dla premiera albo prezydenta puścił to zamiast orędzia na stojąco lub siedząco, z flagą lub bez. W godzinnym programie telewizyjnym.

Ale premier z prezydentem wolą się bić na referendum. Mają czas.

Premier Tusk stara się uchodzić za fajnego, choć odpowiedzialnego za Polskę faceta, któremu jest nawet przykro, że tak się musiał z prezydentem nieładnie bawić w samoloty do Brukseli. Ale mówi też: na referendum w sprawie prywatyzacji czy komercjalizacji szpitali się nie zgodzę.

Jeszcze niedawno starał się uchodzić za fajnego, choć odpowiedzialnego za Polskę faceta, ale mówił, że nie zgodziłby się nigdy na referendum w sprawie tarczy antyrakietowej.

W kwestii euro w ogóle nic nie było o fajnych facetach ani o referendum, tylko datę wprowadzenia nowej waluty premier podał. Chociaż jak jeszcze nie był premierem, to zapewniał, że Platforma będzie dążyła do referendów w ważnych społecznie sprawach.

Czekam aż Premier powie, że tak mu się odmieniło przez posła Palikota: że jak Naród sobie wybiera takich posłów, to rzeczywiście trudno mu zaufać w kwestii zdrowia czy bezpieczeństwa.

Ciekawe, czy premier już na to wpadł?

Jeśli nie wpadł, to może dlatego, że czyta właśnie „Doktrynę szoku” Naomi Klein i martwi się, co to będzie jak Naród też przeczyta i w końcu zrozumie, co się kryje za niewidzialną ręką rynku.

Cała nadzieja premiera w tym, że u nas ludzie mało czytają. Co innego Szwajcarzy.

Dwa (niestety) w jednym

Moim prywatnym – przyznaję – perwersyjnym hobby stało się kolekcjonowanie we własnej głowie absurdów polityczno-ideowych. Czytając gazety, słuchając wypowiedzi, przeglądając strony internetowe i fora dyskusyjne, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jakaś złośliwa siła wyższa postanowiła tak wymieszać różne pomysły, postawy i stanowiska, by przypominały groch z kapustą. A w polskich warunkach postanowiła w owym garncu namieszać wyjątkowo mocno.

Weźmy kilka kwestii.

Lustracja – jej zwolennik jest automatycznie określany jako prawicowiec, nierzadko skrajny. Dlaczego jednak osoba o poglądach lewicowych miałaby popierać zdrajców donoszących na własnych kolegów oraz umundurowanych bandziorów, którzy owe donosy wykorzystywali do niszczenia niezależnych inicjatyw społecznych? Lewica w perspektywie historycznej była za jawnością, za demokracją, za niezależnymi, oddolnymi działaniami społeczeństwa. Była po stronie słabych, krzywdzonych, przeciwko zamordystycznym watażkom i ich pomagierom. To raczej prawica lubowała się w elitaryzmie, zakulisowych zagrywkach, w polityce opartej na intrygach, nie miała zaufania wobec demokracji i spontanicznych inicjatyw społecznych.

Antykomunizm – znów jest to postawa postrzegana jako prawicowa. Co ma zrobić zwolennik takiej lewicy, która zawsze była antykomunistyczna, krytycznie oceniała bolszewików, rewolucję październikową, ZSRR, PRL, a nierzadko za takie poglądy zapłaciła wysoką cenę – śmierci w komunistycznym więzieniu, jak Kazimierz Pużak, lub wieloletniej emigracji, jak Adam Ciołkosz? Co wspólnego komunistyczny zamordyzm, oparty na odebraniu wszelkich swobód obywatelskich oraz na wszechwładzy partyjnych „samych swoich”, ma wspólnego z lewicowymi ideałami wolności, demokracji, równości?

Ekologia – ta dla odmiany jest przedstawiana jako lewacka oraz oparta na „lekceważeniu życia ludzkiego kosztem jakichś żyjątek”. Doprawdy, nie wiem, co ochrona środowiska, w którym żyją wszak także ludzie, ma wspólnego z lekceważeniem interesów człowieka. A co ochrona cennych obszarów przyrodniczych czy krajobrazu ma wspólnego z materialistyczną lewicowością? I dlaczego obrona tej części dziedzictwa – wszak w tych konkretnych realiach przyrodniczych żyje i kształtuje się wspólnota narodowa – jest sprzeczna z wartościami deklarowanymi przez prawicę?

Wolny rynek – ideologia typowo liberalna, uwielbiana jednak przez prawicę, nierzadko tę „twardą”. Co jednak wspólnego ma z etosem wspólnotowym wychwalanie indywidualizmu, który nader często przybiera postać egoizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi (konkurentami)? Czy wydajność ekonomiczna jest ważniejsza niż inne aspekty „zdrowego” bytowania wspólnoty, których kosztem nierzadko się ona zwiększa? Czy wolnorynkowi konserwatyści wiedzą, że mało kto tak wielbił kapitalizm, jak Karol Marks? Oczywiście chciał on jego obalenia, ale jednocześnie uważał, że kapitalizm jest potężnym taranem, który znakomicie rozbija dawne społeczeństwo i niszczy „zacofane” struktury, wszystko przekształcając w materialną wymianę.

Swobody obyczajowe – postulat typowo liberalny, stawiający w centrum uwagi indywidualne preferencje i zachcianki, bez oglądania się na wolę i postawę większości. Tymczasem dziś nikt bardziej nie przejmuje się jednostkową ekspresją i prawami różnych małych grupek niż lewica – ta sama lewica, która dawniej miała na uwadze interes większości, problemy dotyczące mas, a np. homoseksualizm uważała w najlepszym razie za nieistotną ekstrawagancję.

Można wyliczankę ciągnąć długo, ale po co? Oczywiście bez trudu można wyjaśnić część przyczyn tego pomieszania z poplątaniem. Choćby zjawiskami historycznymi – pojawienie się i ekspansja komunizmu sprawiły np., że lewica zaczęła być kojarzona z zamordyzmem zamiast z demokracją, a w sytuacji całkowitego braku swobód gospodarczych prawica uznała, że lepszy nadmiar rynku niż nadmiar państwa w gospodarce. Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że dziś najpopularniejsze są takie „zestawy” poglądów i postaw, które trudno zrozumieć nie tylko na gruncie polityki, ale także logiki.

Nie wystarczy krytykować Jaruzelskiego i stan wojenny – trzeba jeszcze wychwalać Pinocheta i zamordyzm jego junty. Nie wystarczy uznać masakry w kopalni „Wujek” za godną najwyższego potępienia – trzeba też popierać Margaret Thatcher i jej rozprawę z angielskimi górnikami, której efektem było kilkadziesiąt tysięcy bezrobotnych i zapaść całych regionów. Nie wystarczy poprzeć ujawnienia i rozliczenia agentów SB – należy jeszcze dopatrywać się ich podstępnych działań w każdym współczesnym zjawisku społecznym. Nie wystarczy uznać, że zależność, a raczej poddaństwo Polski względem ZSRR było haniebne i szkodliwe – trzeba jeszcze wielbić USA, przyklaskiwać wszelkim ich działaniom a niedostatecznie gorliwych nazywać wyłącznie „ruskimi agentami”. Nie wystarczy krytyka PRL-owskich absurdów gospodarczych – konieczny jest jeszcze bałwochwalczy kult wolnego rynku, popieranie prywatyzacji wszystkiego i wiara w to, że pracowici i odpowiedzialni sobie świetnie radzą, a reszta to lenie, swoiści „podludzie”, którymi nie warto się przejmować lub w najlepszym razie zostawić na łasce Caritasu i datków Romana Kluski. Nie wystarczy krytykować prześladowań Kościoła w PRL-u – trzeba jeszcze być dewotą i uznawać, że Kościół ma rację zawsze i wszędzie, zaś wszelkie jego postulaty są korzystne dla Polaków. Nie wystarczy uznać, że pewna doza konserwatyzmu zabezpiecza społeczeństwo przed szkodliwym chaosem – trzeba jeszcze uznawać prezerwatywy za wynalazek samego Szatana, a wprowadzenie obowiązkowych zerówek traktować jak przejaw wielkiego spisku przeciwko rodzinie. Nie wystarczy traktowanie z przymrużeniem oka niektórych dziwactw środowisk ekologicznych – trzeba jeszcze popierać wylewanie betonu gdzie się da. Nie wystarczy dystans wobec „Gazety Wyborczej” i krytyka jej roli na polskim rynku mediów – trzeba jeszcze z wypiekami na twarzy śledzić neokonserwatywne łgarstwa „Rzeczpospolitej” i zachwycać się najgłupszą nawet opinią, jeśli tylko jest krytyczna wobec Michnika i spółki. Nie wystarczy uznanie wartości państwa narodowego i obrona jego prerogatyw – trzeba jeszcze średnio co półtora roku rozdzierać szaty z okazji kolejnego domniemanego rozbioru Polski przez „eurosodomę” lub „Unię Jewropejską”.

Z drugiej strony: nie wystarczy negatywnie oceniać dyskryminację obywateli ze względu na preferencje seksualne – należy jeszcze zachwycać się „kulturą gejowską”, a prześladowania tej grupy, choćby były urojone, uznawać za kluczowy problem ludzkości. Nie wystarczy krytykować kapitalizm i domagać się solidarności społecznej – trzeba jeszcze czcić Jacka Kuronia (partyjny wspólnik Balcerowicza) i uznawać Kazię Szczukę za modelowy przykład lewicowej wrażliwości. Nie wystarczy uznać, że wolny rynek generuje nierówności społeczne – trzeba zachwycać się gomułkowskim czy PRON-owskim zamordyzmem, bo wtedy „każdy miał pracę i mieszkania dawali”. Nie wystarczy być przeciwnikiem polityki USA – trzeba jeszcze wychwalać najbardziej wariackie i antypatyczne inicjatywy, jeśli tylko są przeciwne „imperializmowi amerykańskiemu” oraz wierzyć, że zamachu na WTC dokonał Bush do spółki z Mossadem. Nie wystarczy uważać, że ochrona środowiska to istotne wyzwanie – trzeba jeszcze jako nieodłączną część proekologicznych inicjatyw traktować promowanie wojowniczego feminizmu oraz wierzyć w to, że nikt tak nie służy „zielonym” ideom, jak „Gazeta Wyborcza”, bo przecież między reklamami samochodów zamieściła tekst Wajraka, że to niefajnie, gdy owe samochody z reklam pojadą akurat przez Dolinę Rospudy. Nie wystarczy nie być klerykałem – trzeba jeszcze wygłaszać opinie o współczesnej wszechmocnej Inkwizycji, wierzyć, że każdy ksiądz to złodziej lub pedofil, no i postrzegać o. Rydzyka jako demiurga polskiej rzeczywistości. Nie wystarczy niechęć wobec wojowniczego nacjonalizmu i grzebania w etnicznych życiorysach – trzeba jeszcze węszyć wszędobylskie spiski skrajnej prawicy, wzmianki o narodzie traktować jako zapowiedź powtórki z Auschwitz oraz z zapałem przekonywać, że „patriotyzm to idiotyzm”. Nie wystarczy dystans wobec „silnego państwa” i „odnowy moralnej” – trzeba jeszcze wisieć u brukselskiej klamki i uważać, że dobry pan komisarz ucywilizuje tutejszy ludek za pomocą głaskania po główce i prawienia morałów. Nie wystarczy krytyczne spojrzenie na „tradycyjne wartości”, a zwłaszcza na ich prawicową karykaturę – trzeba jeszcze wierzyć, że rodzina to przeżytek, że nic tak nie poszerza horyzontów jak palenie marihuany, a zakazy są po to, aby je łamać. Nie należy też wierzyć w ani jedno zdanie z „Gazety Polskiej”, a szczególnie z książek Cenckiewicza, za to Żakowskiego i Kingę Dunin trzeba traktować jako źródło prawdy objawionej i krynicę mądrości.

Ten kraj jest nasz i wasz. Głupota, dogmatyzm i pomieszanie pojęć plują nam w twarz.

Dla kogo Polska?

Raz po raz wraca kwestia świętowania 1 maja. I tak poseł Jarosław Gowin z Platformy Obywatelskiej zastanawia się na łamach „Dziennika”, czy 1 maja nie zastąpić \wolnym dniem 6 stycznia (święto Trzech Króli). Pracownicze święto o lewicowej proweniencji widać niezbyt pasuje do III RP. I widocznie stanowi przeżytek w świecie pełnym dobrodziejstw ekonomicznego darwinizmu.

Do niedawna byłem przekonany, że Święto Pracy jest bezpieczne jako święto państwowe. Ale coraz częściej mam co do tego obawy. Prawoskrętne, liberalne elity polityczne nie mają wszak żadnego interesu w pielęgnowaniu pamięci o tym święcie. Jest im obce: ideowo i mentalnie. Szczególnie widać to w rozsianych po Internecie wypowiedziach młodszych przedstawicieli ugrupowań politycznych. Kult neoliberalnej ekonomii i pieniądza, chwała rosnącego PKB, stały się dogmatami, których niemal się nie kwestionuje w politycznym i gospodarczym mainstreamie. Kwestia wyzysku, mobbingu, braku terminowych wypłat, ograniczania praw pracowniczych kosztem biznesu, to tematy tabu: ośmieszane lub zbywane wzruszeniem ramion. Oczywiście, niszowe środowiska lewicy będą protestować, ale coraz łatwiej wyobrazić mi sobie sejmową większość, która znosi 1 maja jako święto państwowe.

Z drugiej strony: lewica sama ponosi odpowiedzialność za ten stan rzeczy. Po pierwsze: obchody pierwszomajowe w gronie towarzyszy z SLD/SdPL to zwykle partyjne agitki, pełne taniego sentymentalizmu wobec czasów PRL. I chyba nikt uczciwie myślący nie jest w stanie wzruszać się nadto dobrobytem czasów Edwarda Gierka czy szczerym, ideowym socjalizmem towarzysza Gomułki. Owszem, zawsze można przespacerować się z alterglobalistami czy młodymi lewakami, przymykając oko na piewców Trockiego czy osobników w koszulce z „Che”. Bo już tak jest na tym łez padole, że nie zawsze można sobie wybrać sojuszników. I w tej akurat kwestii wolałbym stanąć w szeregu z lewakiem-trockistą, niźli z Jarosławem Gowinem i jego politycznymi krewnymi i znajomymi. Nie przekonuje mnie nawet argument z jeszcze jednego kościelnego święta podniesionego do rangi imprezy ogólno-państwowej. Świąt katolickich w kalendarzu mam dość – 1 maja tylko raz w roku. I doprawdy, nie samą religią żyje człowiek. Potrzeba jeszcze pracy i chleba. I choćby jednego dnia, w którym można o tym mówić publicznie, z nadzieją, że puszczą to w mainstreamowych mediach.

Swoją drogą, miałem Jarosława Gowina za człowieka konsensusu, który szanuje idee inne od własnych. Okazuje się jednak, że ze swoim katolickim konserwatyzmem świetnie wpisuje się w neoliberalny program własnej partii. Gdy jego koledzy od rana do wieczora powtarzają mantry o prywatyzacji, on swoją wypowiedzią, sugerującą zniesienie Święta Pracy, stwarza im zaplecze ideologiczne. W sumie: intelektualista, więc właściwy człowiek na właściwym miejscu z właściwym poglądem na określone sprawy. Święto Trzech Króli – no cóż, katolickie święta nikomu w Polsce nie wadzą, są poniekąd ideowo neutralne, przejrzyste, oswojone; Święto Pracy jak widać coraz częściej staje kością w gardle. I myślę, że nie w tym rzecz, iż jest „przeżytkiem” PRL-u. Bynajmniej, raczej przeszkadza swoją nieznośną aktualnością.

Do najbliższego 1 maja jeszcze kilka miesięcy. Byłoby dobrze, gdyby – jeśli ataki na Święto Pracy zaczną się nasilać – środowiska lewicowe rozpoczęły debatę na temat tego dnia i jego znaczenia we współczesnej Polsce. Przebić się do mainstreamu z własnymi argumentami, wymóc na posłach SLD jasne deklaracje, przypomnieć Polakom, po co im właściwie to święto. Ostatecznie to oni mogą okazać się największymi sojusznikami lewicy w tej materii. Owszem, w znacznej mierze nie ze względów ideowych, ale choćby dlatego, żeśmy polubili majowy długi weekend. Nie oszukujmy się: rzadko kto grillując będzie rozmyślał o kwestiach socjalnych, prawach pracowniczych i sprawiedliwości społecznej. Rzecz nie w tym, by zjadaczy chleba przerabiać – że tak szumnie powiem – w niebieskich proletariuszy (co wychodząc z fabryk trzymają skrzydła jak skrzypce). Rzecz w tym, by dać ludziom w długi weekend po prostu odpocząć, a przy okazji powiedzieć coś ważnego o Polsce z naszych, lewicowych pozycji. Bo to nie jest tylko kraj dla Jarosława Gowina, ani dla jego politycznych kumpli z PO, którym nawróceni na neoliberalizm Trzej Królowie mieliby przynieść w darze mirrę, kadzidło i złoto.

Bajki robotów – rzecz jasna, pacyfistów

Rozgorączkowane Duchy Wojny i Cynizmu tego lata zatrzymały się dłużej nad Gruzją. Ale krążą wokół nas od zawsze. Jeśli nawet oddalą się na trochę od Ameryki, gdy Obama wygra wybory i zakwestionuje strategię osi zła Busha Juniora, przysiądą zapewne na dłużej gdzieś nad Rosją. Gruzja to ledwie preludium.

Są bajki, które karmią Ducha Wojny. Ja pokarmię Ducha Pokoju. To ważne, jakie bajki sobie opowiadamy. Oto bajka:

Któregoś popołudnia przylecieli z Kosmosu Obcy. We trzech. Mieli wielkie błękitne oczy i byli zupełnie łysi.

Mieli pełne plenipotencje, żeby w imieniu Wszechświatowego Porządku zrobić u nas kontrol: ustalić, czy wciąż zabijamy się nawzajem, a jeśli tak, to pomóc nam w zaprzestaniu tego procederu, który w całym Kosmosie był już bardzo nie en vogue. Pomyśleli, że jak odsapną po podróży, pójdą szukać kompetentnych.

Długo szukać nie musieli – ledwie siorbnęli popołudniowej herbaty i już dostali jądrową rakietą od tłuściutkich pułkowników z pewnej wojskowej bazy, którym wyszło na radarach, że Obcy przypuścili atak na Ziemian.

Strzepnęli więc z siebie popiół po wybuchu, bo rakietom się nie kłaniali i nic się ich nie imało, i połączyli się telepatycznie z ONZ i firmą Google, która w swoich archiwach przechowuje prawie wszystko o każdym pojedynczym obywatelu naszego świata.

– Sondaż zrobimy ogólnoziemski – zawołali wszyscy trzej jednocześnie. – Pytanie będzie tylko jedno. Proste, żeby każdy zrozumiał. Ano takie:

Czy chcesz, żeby obok twojego domu toczyła się wojna – z zabijaniem twojej rodziny przy pomocy bomb z powietrza, rozwalaniem sąsiadów z karabinów maszynowych z ziemi i podpalaniem sklepów warzywniczych oraz mięsnych w sposób dowolny.

ONZ jakoś się nie mógł zebrać, ale chłopaki w szortach od Googla szybko się uwinęli i już po śniadaniu były wyniki sondażu.

No i prawie nikt nie chciał, żeby wojna była koło jego domu. Jak już, to u dalekich sąsiadów, ale lepiej, żeby w ogóle nie. Bo to głupota jest i marnotrawstwo wszystkiego.

Tylko kilka setek biznesmenów, co dobrze zarabiali na wojnie oraz pułkowników z generałami, co ich do wojny wychowali, no i parę setek specjalistów od prania mózgów powiedziało, że wojna jest wszystkim bardzo potrzebna.

– No to dobrze – powiedzieli trzej Obcy jak jeden mąż. – Tym generałom z biznesmenami i tymi od prania mózgów trzeba dać jeden stan w Ameryce. No, jakoś się dogadacie, który. I niech się tam między sobą zabijają, jak potrzebują. A reszta niech siada do obiadu, bo życia szkoda.

Dopilnowali czego tam było trzeba i polecieli do Wszechświatowego Porządku zdać relację.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, poza tymi w tym jednym stanie. Ale to już inna historia.