przez Remigiusz Okraska | środa 25 listopada 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Transformację ustrojową wedle recept z dorobku Chicago Boys, Thatcher i Reagana przeprowadziły u nas dzieci komunistów, zaczytane przez lata w Trockim, Abramowskim i Berlinguerze. Wspierał ich z Belwederu facet, który popularność zawdzięczał masowemu, głównie robotniczemu ruchowi o egalitarnych hasłach i dążeniach. Aby gniew ludu nie przeszkodził w całej operacji, zupki bezrobotnym rozdawał – niczym rasowy XIX-wieczny filantrop – wieloletni partyjny kumpel Balcerowicza, czyli człowiek, który do dziś uchodzi za ikonę konsekwentnej lewicowości.
Po kilku latach zastąpili ich w tym mało zbożnym dziele inni. Niedawni członkowie partii odwołującej się do Lenina i Marksa, teraz przodowali w prywatyzacji – sprzedaży byle komu, za byle jakie pieniądze – państwowych przedsiębiorstw, bo przecież „rynek wie lepiej”, a „klasa średnia to przyszłość Polski”. Oczywiście wiedzieli, że wolny rynek wymaga ofiar – dlatego do dziś opłakują nieodżałowanego pioniera biznesu, Ireneusza Sekułę.
W drugiej połowie dziewiątej dekady minionego już stulecia, pałeczkę przejęło ugrupowanie z „solidarnością” w nazwie, zbudowane na bazie związku zawodowego. I wprowadziło „reformy” o charakterze stricte liberalnym, nie mające nic wspólnego z solidaryzmem czy to społecznym, czy narodowym. Bez pardonu likwidowało należące do państwa przedsiębiorstwa, także te, które stanowiły bastiony kurczących się w błyskawicznym tempie związków zawodowych. Nawiasem mówiąc, wbrew namolnej propagandzie „obiektywnych” mediów oraz liderów związku zawodowego biznesmenów (o wymownej nazwie „Lewiatan”), do „wszechpotężnych” związków zawodowych należy mniej więcej co dziesiąty pracownik w Polsce, zaś one same nie istnieją w znakomitej większości firm. Co zresztą nie zmienia faktu, że polscy biznesmeni nie potrafią zazwyczaj wypracować zysków wyższych niż osiągane przez ich odpowiedników z Niemiec czy Skandynawii, gdzie związki mają do powiedzenia o wiele więcej niż u nas.
Za wspomniane działania rząd AWS był krytykowany przez lidera postkomunistów, którego bardzo oburzał widok emerytów szukających jedzenia w śmietnikach. Lider ten jednak, już jako ex-lider, zaledwie kilka lat później przekonywał na łamach skrajnie liberalnego tygodnika „Wprost”, że najlepszą receptą na rozwój społeczny jest… niski podatek liniowy. Pewnie chciał dobrze – jeśli zamożni zapłacą niższe podatki, to zostanie im więcej w portfelach, a zatem kupią więcej jedzenia, czyli więcej go też wyrzucą na śmietnik („co za dużo, to i świnia nie zeżre”, jak mówi ludowe przysłowie), więc emeryci się podtuczą. Wszak przypływ podnosi wszystkie łodzie, jak uczy nas niemalże taoistyczny aforyzm ze skarbnicy mądrości „Lewiatana”.
Po jeszcze kolejnej zmianie warty do władzy doszli miłośnicy „Polski solidarnej”. Ci z kolei, gdy tylko przestali serwować wyborcze spoty z lodówkami opróżnionymi przez liberałów (choć kto wie, czy nie ogołocili ich emeryci, zniecierpliwieni tym, że w śmietnikach nie przybywa rarytasów), postanowili obniżyć podatki najbogatszym. Bez żadnego sprzeciwu ze strony Prezydenta, ponoć bardzo wrażliwego społecznie, bo z żoliborskim powietrzem już w kołysce chłonął etos tamtejszej zaangażowanej inteligencji. Zapewne tam on i jego brat wchłonęli ideę, by problemy socjalne w XXI wieku rozwiązywać za pomocą becikowego. Wszak żadnych kompleksowych zmian w systemie zabezpieczenia społecznego „solidarny” rząd nie wprowadził.
Nie tylko politycy są w Polsce – tak to trzeba nazwać – schizofrenikami. Niedawno okazało się, że największy związek zawodowy – NSZZ „Solidarność”, postanowił złożyć hołd Jerzemu Buzkowi jako nowo wybranemu szefowi Parlamentu Europejskiego. Niepomna tego, że Buzek doprowadził do znaczącego skoku bezrobocia, a swoimi decyzjami mocno uszczuplił związkową bazę, „Solidarność” wydała oświadczenie o owym Buzku jako „człowieku o wielkiej wrażliwości społecznej, który doskonale rozumie problemy pracownicze”. To mniej więcej tak, jakby dojść do wniosku, że Józef Stalin doskonale rozumiał zasady demokracji i dbał o swobody obywatelskie. Bo przecież konstytucja ZSRR była deklaracją przestrzegania wszelkich zasad i swobód, a nawet obiecywała cuda.
À propos związków zawodowych. Są w Polsce ludzie, którzy wierzą, że wśród związków zawodowych te duże są złe, bo zbiurokratyzowane i skorumpowane, a pracowników naprawdę bronią tylko małe związki, zwane radykalnymi i bojowymi. No cóż, ja do kolekcji politycznych absurdów dołączyłem właśnie przypadek nieco odmienny. Otóż taki właśnie „radykalny” i „bojowy” związek zawodowy, o nazwie WZZ „Sierpień ‘80”, został niedawno ukarany przez sąd za to, że… bezprawnie zwolnił z pracy w swojej Komisji Krajowej kilka osób, w tym dziewczynę ciężko chorą na raka. Myślę, że „Sierpień ‘80”, który od lat bezskutecznie próbuje wprowadzić swoich ludzi do parlamentu, powinien teraz mieć już z górki. Widzę go w koalicji z Millerem i „Lewiatanem” – towarzystwo w sam raz dla związkowców łamiących kodeks pracy. A i nośne hasło wyborcze dla tego sojuszu się znajdzie, np. „Nie szukaj szczęścia w pracy – znajdziesz je na śmietniku”.
Na jakiekolwiek ideologiczne i praktyczne „wyprostowanie” polskiej polityki definitywnie straciłem natomiast nadzieję w ostatnich dniach. Stało się to za sprawą Platformy Obywatelskiej. Tym razem szok był jednak znacznie większy niż w przypadku wspomnianych wcześniej zdarzeń. Otóż PO, czyli partia, której szczerze nie cierpię i za doktrynę, i za praktykę, i za personalia – postanowiła promować rozwiązanie ze wszech miar pozytywne. Jej prominentni politycy oznajmili, że warto się zastanowić nad zmniejszeniem należności przekazywanych do Otwartych Funduszów Emerytalnych w ramach tzw. II filaru.
PO słusznie argumentuje, że po pierwsze państwowy ubezpieczyciel, czyli ZUS, jest lepszym gwarantem wypłacania emerytur niż prywatne firmy – z tego względu, że sama instytucja państwa ma charakter znacznie bardziej „długofalowy” niż choćby najbardziej stabilna firma prywatna. Po drugie, prywatne fundusze emerytalne wcale nie gwarantują wyższych świadczeń, bo nie dość, że ich celem jest maksymalizacja własnego zysku, nie zaś dbałość o emeryturę jakiegoś tam Kowalskiego (zresztą, jak wiemy, w Polsce emeryt i tak się wyżywi, na śmietniku), to w dodatku pieniądze ze składek inwestują w przedsięwzięcia tyleż ryzykowne, co podatne na ogólne trendy gospodarcze, jak choćby kryzys finansowy, który właśnie przeżywamy. Po trzecie wreszcie, w tych krajach, w których istnieją rozwiązania podobne do stosowanych w Polsce, zazwyczaj do OFE trafia mniejsza część składki (zatem świadczeniobiorca jest słabiej uzależniony od wahań zysków i poczynań prywatnych firm), niższy jest też poziom zysków, które ustawodawca pozwolił czerpać prywatnym ubezpieczycielom z pieniędzy obywateli (a zatem większe kwoty „pracują” na rzecz przyszłych emerytów i przypadną w udziale im zamiast OFE).
Różnych rzeczy się spodziewałem, ale nie tego, że partia otwarcie liberalna zaproponuje rozwiązanie zgodne z trendem, nazwijmy to, socjaldemokratycznym, odwołujące się wprost do zasady solidaryzmu społecznego i stanowiące odwrót od optyki indywidualistycznej, czy raczej – egoistycznej. Chyba mniejszy szok przeżyłbym, gdyby w Wigilię jakiś pies przemówił do mnie ludzkim głosem, co podobno może się zdarzyć, ale nie zdarzyło.
Tymczasem, zamiast ludzkiego głosu u psa, zaistniało na kanwie pomysłu PO coś zgoła przeciwnego, mianowicie ujadanie w wykonaniu ludzi. Ujadali nie tylko UPR-owscy ultraliberałowie, aktywni w rozmaitych politycznych pyskówkach odwrotnie proporcjonalnie do poparcia i znaczenia swojej partyjki, zawsze gotowi bronić „świętej własności prywatnej” i pomstować na państwo, nawet jeśli są gołodupcami zatrudnionymi w urzędzie gminnym. Do tego dyżurnego chóru dołączyli tym razem liczni zwolennicy PiS-u – nie tylko z jego liberalnego skrzydła, złożonego głównie właśnie z ex-upeerowców, ale także tacy, którzy werbalnie deklarowali się jako „solidaryści”, przeciwni „liberałom-aferałom” z PO.
Przez prawicowe fora internetowe przetoczył się jazgot spod znaku „Tusk kradnie nasze emerytury!!!”. Mojej na razie nie ukradł, za to pewien OFE obłowił się już nieco na składkach, które w imię wolnego rynku, przeciwstawionego „państwowemu molochowi”, muszę pod groźbą paragrafu przekazywać prywatnej firmie, do której nie mam żadnego zaufania i która, jak mniemam, pokaże mi gest Kozakiewicza, gdy za kilka dekad zostanę emerytem. No ale od czego są śmietniki, dam sobie radę.
W tym jazgocie pojawił się wątek rozsądny, wskazujący, że majstrowanie przy składkach emerytalnych ma służyć tuszowaniu rosnącego problemu z deficytem w zasobach budżetowych. Święty Boże, pomyślałem, świat byłby cudowny, gdyby dobre rzeczy robiono w nim zawsze z mądrymi intencjami, wyłącznie ze szlachetnych pobudek, w sposób przemyślany i rozsądny. Ale tak przecież nie jest. Największe zdobycze socjalne i zarazem cywilizacyjne zawdzięczamy tyleż pomysłom i wysiłkom porządnych ludzi, co i skutkom strasznych wydarzeń. Najpierw cały świat musiał pogrążyć się w nieoczekiwanym krachu o nazwie Wielki Kryzys, z takimi jego „atrakcjami” jak masowe bezrobocie, nędza, a nierzadko wręcz głód, aby nastąpiła po nim epoka etatyzmu, interwencjonizmu w gospodarkę oraz wzięcia przez państwo odpowiedzialności za los obywateli, gdy sami sobie z nim nie radzą, a śmietniki świecą pustkami. Przez znaczną część globu musiała się przetoczyć hekatomba II wojny światowej, żeby po niej nastąpiła odbudowa społeczna i gospodarcza, która w stosunku do realiów sprzed roku 1939 była prawdziwym skokiem do rogu obfitości i bezpieczeństwa. Tak już jest świat urządzony, że ludzie rzadko są mądrzy przed szkodą, a dobre pomysły z kart „utopijnych” rozważań wchodzą do praktyki politycznej dopiero wtedy, gdy już gorzej być nie może.
Nawet gdyby Tusk i spółka chcieli wprowadzić wspomniane zmiany w systemie emerytalnym w imię najgorszych intencji, to każdy faktyczny „solidarysta” powinien je poprzeć. Oznaczają bowiem odejście od mechanizmów indywidualistyczno-rynkowych na rzecz rozwiązań wspólnotowo-solidarnych. Tusk kiedyś rządzić przestanie, zaś zmiany w systemie ubezpieczeń emerytalnych – pozostaną.
Jakkolwiek uważam rządy PO za szkodliwe i chciałbym, żeby zakończyły się jak najszybciej, to wobec deklarowanego przez Tuska liberalizmu nie jestem zaskoczony ich przebiegiem. Zaskakują mnie natomiast – pozytywnie – decyzje idące, choćby mimochodem, pod prąd doktryny egoistyczno-prywatyzacyjnej. Jeśli zaś alternatywą wobec PO ma być PiS, który opowiada „solidarne” bajki, a prowadzi liberalną politykę gospodarczą, zaś jego zwolennicy zapluwają się w obronie OFE, to serdecznie dziękuję, ale nie skorzystam.
Wiem już, że polska polityka nie ma nic wspólnego z logiką, z odpowiedzialnością za słowa, z konsekwentnymi postawami, z powszechnie przyjętymi wzorcami ideowymi. Ale to jeszcze nie powód, żeby głosować wbrew swoim przekonaniom, a przede wszystkim – wbrew własnym interesom. Jeśli liberał Tusk zamierza zminimalizować ryzyko, że na emeryturze będę penetrował śmietniki, to niech już lepiej rządzi on niż „solidaryści” solidarni z interesami OFE, nie zaś z moimi.
przez Andrzej Gwiazda | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Prezentujemy opinię Andrzeja Gwiazdy, członka Kolegium IPN, o planowanych zmianach w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej. Z racji na wagę poruszonej w nim sprawy, prosimy o kolportowanie tekstu za pomocą dostępnych metod – e-mailowo, poprzez przedruki na innych stronach internetowych, na blogach itp.
Projekt zmian ustawy o IPN, zgłoszony przez posła Chlebowskiego, przewiduje uchylenie lub zmianę około 40 istotnych przepisów, w tym likwidację Kolegium IPN i zastąpienie go Radą IPN. W dotychczasowej dyskusji najwięcej uwagi poświęcono właśnie tej propozycji oraz zmianom silnie osłabiającym niezależność i pozycję Prezesa IPN, a tym samym niezależność całego Instytutu.
Jedyną jednoznacznie korzystną zmianą jest ustawowe wykluczenie anonimizacji w udostępnianych dokumentach.
Najbardziej niebezpieczną propozycją jest uchylenie ust. 2 w art. 5. Art. 5 precyzuje jakie służby i instytucje, „w rozumieniu ustawy”, zalicza się do organów bezpieczeństwa państwa. Ustęp 1 tego artykułu wymienia czternaście takich służb i instytucji komunistycznego państwa polskiego. Natomiast ustęp 2 rozszerza to pojęcie na „organy i instytucje cywilne i wojskowe państw obcych o zadaniach podobnych do zadań organów, o których mowa w ust.1.”.
Uchylenie ust. 2 Art. 5 w zasadniczy sposób zmienia podstawowe zadania IPN określone w Art. 1. – „ewidencjonowanie, gromadzenie, przechowywanie, opracowywanie, udostępnianie i publikowanie dokumentów organów bezpieczeństwa państwa”, (podkreślenie – A. G.).
Wprawdzie w gestii IPN pozostają nadal dokumenty „organów bezpieczeństwa Trzeciej Rzeszy i ZSRR”, jednak dotyczy to tylko zbrodni: nazistowskich, komunistycznych, wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości i pokojowi. W sprawie postępowania nie kwalifikującego się do kategorii zbrodni, art. 1. odwołuje się do art. 5. Tego artykułu, z którego poseł Chlebowski zamierza wykreślić przepis pozwalający IPN zajmować się działaniami służb państw obcych. Powstaje pytanie, co IPN ma zrobić z dokumentami dotyczącymi służb takich, jak np. niemiecka Stasi, rumuńska Securitate i im podobnych, oraz działaniami Gestapo, NKWD, KGB, które nie mieszczą się w wymienionych kategoriach zbrodni. Nowa ustawa nie pozwalałaby nawet takich dokumentów przechowywać.
Uchylenie ust. 2 art. 5. spowoduje, że funkcjonariusze i współpracownicy „organów” państw obcych, na pytanie lustracyjne powinni odpowiedzieć: „Nie współpracowałem”. Rezydent KGB będzie mógł zostać prezesem IPN lub prezydentem RP.
Autorzy projektu zmian ustawy chcą wyłączyć z „organów bezpieczeństwa państwa” urzędy cenzury oraz urzędy do spraw wyznań (Art. 5, ust. 1. pkt. 13 i 14).
Organy cenzury, jakkolwiek nie popełniały bezpośrednich zbrodni, wypełniały zadanie ukrywania i pochwały tych zbrodni. Cenzura, w przeciwieństwie do instytucji wymienionych w pkt. 1-12, skierowana była nie przeciw osobom lub grupom, lecz przeciwko całemu narodowi. Cenzura nie tylko uniemożliwiała swobodę wypowiedzi jednostkom, np. literatom. Cenzura, działając niejawnie, przez blokowanie informacji okłamywała całe społeczeństwo, co kwalifikuje jej działania jako łamanie praw człowieka.
Wyłączenie urzędów do spraw wyznań uważam za błędne, lecz ocenę pozostawiam czytelnikom.
Uchylenie art. 7 definiującego dokument w rozumieniu ustawy jest niedopuszczalne. Nie istnieje uniwersalna, powszechna definicja „dokumentu”. Każdy dział działalności intelektualnej definiuje ten termin stosownie do swej specyfiki. Według słownika, na potrzeby nauki „dokument” definiuje się zgodnie z treścią art. 7. Uchylenie tego artykułu spowoduje dowolność w uznaniu, co jest dokumentem. W księgowości dokumentem jest to, co da się zaksięgować, w zagadnieniach prawnych za dokument uważa się „pisemny ślad czynności prawnej” i takiego rozstrzygnięcia należy się spodziewać, gdy spory o definicję dokumentu zostaną skierowane do sądu. Pozwoli to sparaliżować pracę IPN, co wydaje się celem tej zmiany.
Omówiłem na początek najbardziej bulwersujące propozycje zmian, by zwrócić na nie uwagę. Te propozycje w tak oczywisty sposób pokazują intencje ich autorów, iż każdy może je właściwie ocenić.
Kolejne zmiany nie są już tak oczywiste. Niektóre propozycje na pierwszy rzut oka mogą się wydawać słuszne, inne pozbawione znaczenia. Aby zorientować się w ich prawnych i praktycznych skutkach, konieczne jest poświęcenie dużej ilości czasu, „surfowania” po gąszczu odwołań od jednego do kilku nieraz innych artykułów, ustępów, punktów, które z kolei też odwołują się do jeszcze innych. W wyniku tych rajdów prawnych, nic nie znacząca z pozoru zmiana urasta do poziomu dywersji narodowej lub okazuje się tylko bublem prawnym, bublem logicznym lub kosmetyką bez znaczenia. Do oceny skutków prawnych niektórych przepisów konieczna jest znajomość warunków i środowisk, w których te przepisy będą realizowane.
Każdy projekt ustawy musi być poddany pod publiczną dyskusję. Obowiązek uzasadnienia celowości i słuszności projektu ciąży na autorze. Znaczącym błędem projektu jest uchylenie się jego autorów od tego obowiązku.
Wyklucza to równorzędną dyskusję, gdyż zmusza krytykującego do przypisywania autorom intencji i celów. Jest to dla dyskutanta sytuacja niewygodna, gdyż stwarza wrażenie stronniczości i braku obiektywizmu. Błędy wynikające z ignorancji autora, mogą być potraktowane jako wynik złej woli lub celowe zastosowanie manipulacji. W ocenianym projekcie możemy znaleźć wiele przykładów niedbalstwa i niekonsekwencji, które pozwalają przypisać autorom złą wolę.
Podam na końcu kilka takich przykładów. Teraz jednak zajmę się ważniejszymi propozycjami zmian, jak również tym, czego w projekcie zabrakło.
Proponowane zmiany ustawy ignorują zasadę niezależności IPN. Jej fundamentem jest niezależność pracowników IPN, szczególnie na stanowiskach kierowniczych. W art. 9 czytamy: „Prezes IPN w sprawowaniu swego urzędu jest niezależny od organów władzy państwowej”.
Warunkiem niezależności jest w pierwszym rzędzie brak wszelkich przesłanek mogących budzić podejrzenie o nawet bardzo luźną współpracę z „organami bezpieczeństwa państwa”, wymienionymi w art. 5. Art. 11. precyzuje warunki ochrony IPN przed przedostaniem się do niego współpracowników „organów bezpieczeństwa państwa”.
Uważam, że art. 11. powinien uwzględniać również przypadki, w których ujawnienie informacji o współpracy nastąpiło w czasie pełnienia funkcji.
Projekt zmian ustawy konsekwentnie ignoruje zabezpieczenia. Nawet proponując nowe stanowiska lub funkcje, pomija konieczność „lustracji” kandydatów.
Drugim warunkiem niezależności IPN, jest zabezpieczenie przed wpływami koterii politycznych. Kluczem do takiej niezależności jest niezależność Prezesa IPN. Proponowane zmiany w art. 10 ust. 1, art. 13, art. 15, art. 23, ust. 2, oraz w art. 24a, tak silnie osłabiają pozycję prezesa IPN i otwierają tak wiele dróg korporacyjnej i politycznej presji, że w sumie stają w jawnej sprzeczności z art. 9 o niezależności Prezesa IPN.
Nowa treść art. 10. przewiduje, że Prezes IPN powoływany jest przez sejm większością 3/5 głosów, natomiast odwoływany jest zwykłą większością! Taka asymetria procedury powoływania i odwoływania Prezesa poddaje go tak silnej presji politycznej, iż w praktyce czyni Prezesa IPN klientem aktualnie większościowej, jawnej lub ukrytej koalicji sejmowej.
Nowy art. 24a dodaje dwa tory odwołania Prezesa, przez odrzucenie rocznego sprawozdania: przez Sejm oraz przez Radę IPN. Zmiana ustawy nie precyzuje, czy Prezes składa Sejmowi i Radzie identyczne sprawozdanie, czy różne. Nie określa też skutków prawnych przypadku, gdy Sejm sprawozdanie Prezesa przyjmie, natomiast Rada odrzuci.
Nowa treść art. 15 likwiduje Kolegium IPN i zastępuje je Radą IPN. Kolegium liczy 11 członków, Rada ma mieć tylko 9, co wydaje się bez znaczenia. Za to Rada miałaby nieco szersze kompetencje niż Kolegium, w szczególności ograniczałaby kompetencje Prezesa.
Członkowie Rady IPN mieliby być powoływani: dwóch przez Prezydenta spośród czterech kandydatów desygnowanych przez Krajową Radę Sądownictwa, dwóch przez Senat i pięciu przez Sejm spośród odpowiednio 4 i 10 kandydatów przedstawionych przez zgromadzenie elektorów. Po dwóch elektorów wybierają Rady wydziałów uczelni, mających prawo nadawania tytułu doktora habilitowanego w dziedzinie historii.
Proponowane zmiany w art. 15 z pozoru mają uniezależnić kierownictwo IPN od bieżących interesów ugrupowań politycznych. Pobieżna nawet analiza propozycji wskazuje, że miałyby skutek przeciwny. Andrzej Urbański zauważył, że zmiany w art. 15 przekształcają IPN z instytucji państwowej w instytucję silnie uzależnioną od korporacji.
Tak dotychczas atakowane „upolitycznienie” IPN, czyli mianowanie prezesa i kolegium przez wybieranych w wyborach powszechnych Prezydenta, Sejm i Senat, odzwierciedlało w możliwie wierny sposób wolę narodu co do działań IPN. Proponowane zmiany ubezwłasnowolniają pochodzące z powszechnych wyborów władze, ograniczając ich rolę do akceptacji kandydatów, przedstawionych przez instytucje o charakterze korporacyjnym, które nie podlegają społecznej kontroli i same dla siebie tworzą hierarchię stanowisk. Rozwiązanie takie powoduje rozmycie odpowiedzialności. Ani uczeni historycy delegujący elektorów, ani sami elektorzy nie czują się odpowiedzialni za swe decyzje, gdyż wyznaczają tylko kandydatów, a wyboru dokonuje Sejm i Senat. Senatorzy i posłowie też nie czują się odpowiedzialni, gdyż w swych decyzjach są ograniczeni do wyboru spośród kandydatów, których im narzucono. Osobnym zagadnieniem jest delegowanie kandydatów przez Radę Sądownictwa, z których Prezydent może wybrać członków Rady IPN. Taka procedura ma uzasadnienie w przypadku prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Zastosowanie jej dla mianowania członka Rady IPN jest pozbawione sensu. Jest to w dodatku propozycja dezawuująca, a nawet obraźliwa dla urzędu Prezydenta RP.
Prezydent, posłowie i senatorowie mogą nie mianować przedstawionych im kandydatów, uruchamiając karuzelę delegowania elektorów i wyznaczania kandydatów tak długo, aż zmuszą elektorów do zapytania partii politycznych, kogo mają przedstawić jako kandydatów, czyli wrócić do procedury obecnej.
Z drugiej strony, korporacje naukowe mogą zbojkotować ustawę, tak jak zbojkotowały ustawę nakazującą złożenie oświadczeń lustracyjnych. Wtedy Radę wybiera się tak, jak teraz Kolegium.
Podniesienie wymagań minimalnego stopnia naukowego z magistra na doktora, nie ma większego znaczenia, choć w odbiorze społecznym podnosi prestiż Rady.
Natomiast praktyczne ograniczenie składu Rady do zawodu historyka, słuszne jest tylko z pozoru. Historia ma wiele działów, których wybitni specjaliści mogą mieć wątłą wiedzę z działów, którymi się nie zajmują. Szczególnym działem historii jest historia najnowsza. Jest to dział, którego znakomita większość historyków starannie unika, nie tylko z obawy narażenia się politykom, ale przede wszystkim z powodu dynamiki rozwoju tego działu, w którym często pojawiają się nowe fakty, dezawuujące ustalone poglądy i wykonane prace. Na wydziałach historycznych uniwersytetów panuje powszechna niechęć, żeby nie powiedzieć pogarda czy wrogość wobec adeptów historii najnowszej. Dlatego specjaliści z historii najnowszej najczęściej pracują na wydziałach innych niż historyczne. Mają więc małą szansę na członkostwo w Radzie IPN.
Propozycja powierzenia głównej roli w kształtowaniu działalności IPN korporacjom, które niedawno w sposób zorganizowany zbojkotowały ustawę lustracyjną, zdumiewa i nasuwa obawy o bezstronność w ten sposób wyłonionej Rady i przedstawionego przez tę Radę kandydata na Prezesa. Tym bardziej, że postanowienia nowego art. 15. nie przewidują „lustracji” ani elektorów, ani wybranych przez nich kandydatów do Rady IPN. Tak więc: Rady wydziałów, które odmówiły poddania się „lustracji” wybiorą niesprawdzonych według art. 11 elektorów, ci przedstawią równie niesprawdzonych kandydatów. Dopiero po wyborze członków Rady przez Prezydenta, Senat i Sejm zadziałają przepisy art. 11 i może się okazać, że nie mogą oni pełnić tej funkcji.
Projekt zmian ustawy o IPN, oprócz omówionych ważnych zmian, zaskakuje ilością błędnych propozycji, a także stwierdzeń, które z pozoru cieszą. Omówienie wszystkich zajęłoby co najmniej drugie tyle tekstu. Podam więc kilka krótkich przykładów.
W art. 36 czytamy: „Dokumenty … których odnalezienie nie wymaga kwerendy … udostępniane są w ciągu 7 dni”. To zbyt piękne. Czytam jeszcze raz i okazuje się, że dotyczy to tylko instytucji państwowych. Dla nas, szaraczków, oznacza to wypchnięcie na koniec kolejki.
W art. 30 znajdujemy jeden przepis, nakazujący udostępniać oryginały dokumentów oraz drugi, nakazujący usunąć z udostępnianych oryginałów dane „wrażliwe”. Spełnienie obu nakazów wymaga zniszczenia oryginałów. Tenże art. 30 jakby na kpinę wymaga zatajenia wyznania, poglądów filozoficznych, pochodzenia etnicznego i rasowego!
Szczytem ignorancji jest wymaganie, by Prezes IPN w ciągu pół roku opublikował „szczegółowy i kompletny inwentarz archiwum IPN”. Zasób IPN stanowi stos o wysokości 86 km. Jego inwentarz będzie liczył zdaniem specjalistów-archiwistów kilkanaście tysięcy stron. Opracowanie go zajmie co najmniej kilka lat.
W opinii zespołu prawników projekt nie daje podstaw do dalszych prac legislacyjnych.
Andrzej Gwiazda
Powyższy tekst ukazuje się w ramach współpracy Autora z pismem „Obywatel” (Andrzej Gwiazda jest członkiem Rady Honorowej pisma). Z racji na wagę poruszonej w nim sprawy, prosimy o kolportowaniu tekstu za pomocą dostępnych metod – e-mailowo, poprzez przedruki na innych stronach internetowych, na blogach itp.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Wchodziłem w dojrzałość w czasach, gdy publicystyczną karierę robiły terminy „X Generation” albo „pokolenie nic”. Przeważały opinie, że pokolenie to w zupełności zostanie sformatowane przez media i rynek, że nie będzie czuło potrzeby pamięci i będzie mu z tym nieźle. Miało to być pokolenie bezwzględnych reguł rynku, imprez, gadżetów, otwartości i nijakości. Pokolenie o tyle kosmopolityczne, że bez własnej, narodowej tożsamości, bo ta miała być już zbędna. Pokolenie niczym zbiorowy Zelig, które przystosowuje się do otaczających je realiów, by ukołysane „zbiorową narracją” społeczeństwa konsumpcji mogło odnaleźć jeśli nie sens istnienia, to przynajmniej motywację do obracania się w kieracie III RP.
Lata mijały, pokoleniu przybywało doświadczeń. Z chłopaczków i dziewcząt dzieci z czasów PRL przemieniały się w licealistów, uczniów techników i zawodówek. Nie mieli już tyle szczęścia, co nieco starsi od nich, którzy kończyli studia i zasysał ich rynek spragniony „nowych ludzi”. Byli jeszcze zbyt młodzi. Szli do pracy, na studia, albo jedno i drugie. Dojrzewając, śpiewali „panie Waldku, pan się nie boi…”, wybierali (albo i nie) przyszłość z Aleksandrem Kwaśniewskim, oglądali triumf i upadek AWS, triumf i upadek SLD. Oglądali na własne oczy przaśny kapitalizm początku lat 90., blitzkrieg koncernów na polski rynek. Dojrzewali niejako pod dyktando najbardziej opiniotwórczej gazety w Polsce. Wyjeżdżali z kraju za chlebem, nielegalnie i legalnie. I właściwie mieli święty spokój od Historii, z którą jeszcze za ich dzieciństwa zmagali się starsi. Nic ciekawego, w gruncie rzeczy. Publicystyczna przepowiednia powinna się spełnić w stu procentach. A jednak…
Może to kwestia perspektywy, może środowiska, ale mam całkiem przyjemne wrażenie, że plus-minus trzydziestoletni nie dali dorobić sobie gęby „pokolenia bez tożsamości”. Że jednak w jakiejś mierze zawiedli proroków publicystyki. Trzydziestoletni nie zapomnieli o swoim kraju/państwie, czy też (to już oczywiście kwestia jednostkowa) „wrócili do Polski”. Na różne sposoby. W ideowej, intelektualnej debacie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku ich coraz mocniej słyszany i obecny głos nie stroni od spraw ojczyzny. Niezależnie od tego, czy są bardziej z prawa, czy bardziej z lewa, mniej lub bardziej świadomie musieli (a często też chcieli) opowiedzieć się wobec Polski jako swojego kulturowego, historycznego, społecznego dziedzictwa. Bo z horyzontu ich doświadczeń nie dało się jednak wyretuszować ojczyzny, choć jak powiada poeta „gorzki to chleb jest, polskość”. To pokolenie, które kuszono „lepiej i piękniej”, a z pewnością subtelniej niż poprzednie, zaczęło, czasem wręcz natrętnie, interesować się własnymi dziejami, własną tożsamością, tradycjami ideowymi, ustrojowymi, religijnymi. To pokolenie, które miało zająć się po prostu sobą i świetlaną przyszłością, wcale się nie wykorzeniło, nie wyobcowało z polskości.
W niedawno emitowanym przez TVP2 dokumencie „Fantazmaty Powstania Warszawskiego” Jan Klata wspominał, że gdy spotyka się ze swoimi rówieśnikami z zagranicy, wyrażają zdziwienie, dlaczego on, jako Polak, interesuje się przeszłością swojego narodu. Oni uważają to za brzemię, dyskomfort. Klata konkludował, że z jego perspektywy to im czegoś brak. Banalne, ktoś powie, naiwne. Może nawet, doda inny, fatalne, że jesteśmy jednak wciąż tacy cholernie historyczni, że nie pozwalamy sobie na luksus zapomnienia. I że jesteśmy niepoprawni, bo już następne pokolenie, które dopiero za 10-20 lat w pełni dojdzie do głosu, zabawia się w polskość, gdy tyle ciekawszy rzeczy do zrobienia.
Wierni trzydziestoletni, to brzmi patetycznie, to brzmi pretensjonalnie. Ale rzecz nie w tym, by nadymać się wielkimi słowami. Po prostu widzę wokół siebie ludzi, którzy myślą o Polsce i przez Polskę. Tworzą własne projekty, publikują w prasie wysokonakładowej, piszą powieści, są dziennikarzami, prawnikami, biznesmenami, redaktorami, wykładowcami, kapłanami, reżyserami, widać ich w telewizji, radio, są w Internecie. Mają różne pasje, różne sposoby na życie i zarabianie. Bynajmniej nie są święci, bo nie święci garnki lepią. Ale są wierni, choć kilkanaście lat temu przepowiadano im zgoła inny los. Dlatego nie ufam prorokom. Ani tym, co wybierają przyszłość, ani tym, co z egzaltacją wypłakują swoje jeremiady. Ufam trzydziestoletnim, bo okazali się na tyle krnąbrni, by pozostać Polakami…
przez Anna Mieszczanek | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Kto by się tym przejmował, skoro dopiero co poleciało na odpowiedzialną wojnę w parlamencie ćwierć rządu, kolejne ćwierć przestało rządzić, a jutro może się okazać, że papierów z CBA jest dość, żeby wymieść resztę.
No tak. Ale moje życie toczy się tu, a nie tam. Więc może poranne pytanie o los byłego prezesa jednak ma sens?
Równo miesiąc krąży w przestrzeni międzyplanetarnej moja prośba do Rzecznika ZUS o podanie linka do pewnego dokumentu:
http://www.pojedyncze.salon24.pl/126631,to-samo-pytanie-do-rzecznika-zus-po-raz-trzeci
Rzecznik jest w sumie rzeczowy – już po ośmiu dniach odpowiedział, że linka nie poda, bo raportu nie ma w sieci. Dalsza korespondencja dotyczy więc przekazania samego raportu. W e-mailu obiecał, że poszuka. Ale nie poszukał. Może już tam nie pracuje? Kto by nad tym wszystkim zapanował w końcu? Kto by zapamiętał.
„Przedwieczorny”, komentując w salonie24 pomysł Igora Janke, żeby coś obywatelskiego zrobić z rządowymi aferami, pisze:
http://jankepost.salon24.pl/130232,nie-dajmy-sie-robic-w-bambuko
„Podobnie jak media zajmujemy się jakimiś bieżącymi sprawami i po jakimś czasie przechodzimy do następnych, stare, często ważne, pozostawiając bez kontynuacji. Czy nie warto założyć czegoś w rodzaju zakładki do spraw, które warto śledzić i kontynuować.
Przydałoby się.
Pierwszy do zakładki mógłby być tekst o aresztowaniu prezesa ZUS-u. Mogę to monitorować i uzupełniać. „Tylko po co?” – wisi mi nad głową tytuł blogu Krzysztofa Leskiego z salonu 24. A może by to i po coś było?
Bo przecież należy realizować swoje pomysły. Należy także wierzyć swoim marzeniom oraz powtarzać: We can. Wtedy dostajemy Nobla.
– „Nie możemy tolerować świata, w którym terror jądrowego holocaustu stanowi zagrożenie” – mówi, słusznie zresztą, noblista Obama, prowadzący wciąż przynajmniej dwie wojny. I pozwalający, by szef NASA wywalał w Księżyc półtorej tony trotylu w postaci eksperymentalnego walnięcia małą bombką. W końcu szukamy tam wody:
http://wiadomosci.onet.pl/2057772,16,strzelili_w_ksiezyc_10-kilometrowa_chmura_pylu_widzielismy_krater,item.html
Co tam jacyś poeci, raz, dwa, trzy durnie śpiewający:
„Oto w ciszy spada gwiazda przez miliony świetlnych lat pędzi gdzieś niemiłosiernie żeby zatrzeć własny ślad pewnie już się rodzi wariat który zmieni gwiazdy bieg lub wykopią na niej dziurę a to wróży raczej źle”
My, Ludzkość, możemy wszystko. We can.
Ale może jednak należy wierzyć noblistom? Niezależnie od dziedziny, w której ich uhonorowali? Taki Saramago na przykład. W ostatniej powieści pt. „Miasto białych kart”, którą znam na razie tylko z recenzji Ryszarda Kozika w papierowej „Wyborczej”, podsuwa nam świetny pomysł.
„Nagle, bez żadnej zapowiedzi, agitacji ani skoordynowanej akcji 70 procent wyborców wrzuca do urn białe kartki. Dostają szanse poprawy, czyli powtórkę wyborczą, gdy jednak jej nie docenią – tym razem ponad 80 procent kart w urnach jest biała – przychodzi pora na bardziej zdecydowane środki. Do akcji wkraczają służby specjalne, wprowadzony zostaje stan oblężenia, a w końcu politycy postanawiają ukarać niewdzięczników najsurowiej jak potrafią: władze (a wraz z nimi wojsko czy policja) opuszczają stolicę. Radźcie sobie sami!”.
Och, jakbym chciała, żeby nasi też się obrazili i wyprowadzili. Przedtem musielibyśmy im wrzucić do urn te białe kartki. Pomysł jak pomysł – jeszcze dwa lata temu wszyscy krzyczeli, że to nieobywatelskie nie iść na wybory albo iść z pustą kartką. Teraz coraz więcej w Internecie miejsc, gdzie ten pomysł wydaje się sensowny:
http://civicspace.wordpress.com/2009/06/09/wybralem-nie-glosowalem/
http://stokwiatow.salon24.pl/129211,obywatele-dla-bojkotu
***
Gdyby moi politycy się wyprowadzili. Gdyby przestali do mnie wysyłać te swoje sprzeczne komunikaty. Że wszyscy niewinni, więc wszyscy muszą odejść.
Gdyby zostawili miejsce jakimś normalnym ludziom, którzy by się zajęli ordynacją wyborczą, wydawaniem publicznych pieniędzy na służbę zdrowia czy bezpieczeństwo.
Żeby jutro największy szpital na Pomorzu nie zamykał drzwi przed pacjentami i nie pozywał NFZ do sądu za to, że nie chce mu płacić za nadplanowe (w październiku!) leczenie pacjentów: „Szpitale w całym kraju wielokrotnie pozywały NFZ, domagając się pieniędzy za tzw. nadwykonania, czyli leczenie chorych ponad ustalony limit. Teraz chodzi o coś innego – będą prosić sąd, żeby ustalił wysokość podstawowego kontraktu, bo same nie mogą dojść do porozumienia z Funduszem”
(http://wyborcza.pl/1,75248,7108686,Sad_ma_zmusic_NFZ_do_kontraktu.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=2015058)
Żeby ktoś ogarnął wreszcie, że nie ma nic tajemniczego w tym, że codziennie w Warszawie płoną miejskie autobusy. Że zwolnienie dyrektora nic nie pomoże, skoro „kilka lat wcześniej firma popełniła błąd, zwalniając w ramach cięcia kosztów ponad 500 z 1,5 tys. pracowników zaplecza technicznego. /…/ Lepsze efekty mają zaś przynieść zakupy urządzeń diagnostycznych wyższej jakości”
(http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34905,7113363,Dlaczego_warszawskie_autobusy_wciaz_plona_.html?utm_source=Nlt&utm_medium=Nlt&utm_campaign=1077927).
Żeby sąd pracy, który już od dwóch lat ocenia, czy jestem zdrowa, czy chora, nie wzywał mnie po raz piąty do biegłego lekarza, tym razem każąc mi jechać na 8.30 rano z Pragi na Kabaty, bo właśnie zmieniła się koncepcja i lekarze nie będą przyjmować w sądzie, lecz w dowolnych przychodniach na terenie całego miasta. To, że poprzednim razem biegły na badanie w ogóle nie przyszedł, a jeszcze innym razem czekałam na niego godzinę, aż w końcu sobie poszłam – sądowi nie stanowi. Sąd może mnie ukarać karą grzywny, jeśli się nie podporządkuję. Jakby co, zrobię zbiórkę publiczną na te grzywnę chyba. Jak ktoś chętny, już się może zgłaszać. Tymczasem kontynuuję sobie listę pobożnych życzeń:
Żeby urzędnicy, pracujący za pieniądze podatników, mieli zwyczajne poczucie przyzwoitości i żeby – skoro już płacą sobie ponad miarę – potrafili się do tego przyznać, a nie ukrywać dochody przed radnymi i dziennikarzami. Ukrywają to, mimo że: „Wynagrodzenie i premie polityków jednak podlegają ujawnieniu na zasadach przewidzianych w Ustawie o dostępie do informacji publicznej”. Część danych udało się zdobyć jednemu radnemu. Zajęło mu to pół roku. Dowiedział się, że premie wynosiły od 8 do 11 tys. zł. Ale nie wiadomo było, który burmistrz ile dostał. Prezydent Miasta nie chce tego ujawnić”
(http://radio.wolnemedia.net/).
***
„Trzynaście milionów Włochów – 22 procent ludności – mieszka w regionach, które są całkowicie kontrolowane przez mafię /…/. Produkt krajowy brutto w czterech opanowanych przez nią regionach niższy jest o ponad czterdzieści procent od średniej krajowej. Tam popełniana jest połowa przestępstw o charakterze mafijnym, a jedną czwartą samorządów lokalnych steruje świat przestępczy. – »Mafia zmieniła się« – zauważył Beppe Pisanu, przewodniczący włoskiej parlamentarnej komisji do walki z mafią, analizując raport instytutu Censis. – »Prosperuje bez rozgłosu, unika wielkich zbrodni, woli skoncentrować się na interesach i polityce, umiejętnie dozując zastraszanie i przemoc« – mówił. – »W rezultacie współzawodniczy z państwem« – podkreślił. Przykład tego można było obserwować kilka dni temu w Neapolu, gdzie grupa pracowników zwolnionych z zakładu oczyszczania miasta protestowała z transparentem na cześć klanu tamtejszej kamorry, który do niedawna kontrolował wysypiska śmieci pod Wezuwiuszem”
(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7101844,13_milionow_Wlochow_w_rekach_mafii___Ubostwo_nie_rowna.html).
***
Na stronie www.petycje.pl było do tej pory 16 milionów wejść, choć pozostawiono tylko 500 tysięcy podpisów pod petycjami.
***
Prezydent podpisał Traktat Lizboński, ale posłowie PiS-u idą już do Trybunału Konstytucyjnego z podejrzeniem, że to będzie bezprawne.
Księżyc jeszcze wisi na niebie.
Naprawdę – trudno nie wierzyć w nic.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Czy wróg mojego wroga staje się moim przyjacielem, sojusznikiem? W działalności społeczno-politycznej stajemy wobec takiego dylematu bardzo często. Nierzadko w związku z niekorzystną sytuacją. Ot, choćby obecnie, gdy trwają rządy neoliberałów. Oczywiście na PO można się oburzać o to, że minister obiecał swoim kolegom jakiś intratny zapis w ustawie. Są to jednak sprawy drugorzędne. Jasne, że takie sytuacje należy piętnować, choćby w imię dobrego samopoczucia, które daje status obywatela państwa nie będącego republiką bananową. Jednak „afera hazardowa” to tzw. małe miki w porównaniu z wyprzedażą za śmieszne pieniądze publicznych przedsiębiorstw, tym razem już nie „resztówek” ani „komunistycznego skansenu”, lecz firm nowoczesnych i bardzo dochodowych, jak KGHM. „Afera hazardowa” to również nic ważnego w porównaniu z planami demontażu publicznej służby zdrowia, zwanego jej komercjalizacją. Bo ustawę, na mocy której Rysiek, Zdzisiek czy Heniek zarobią nawet wiele milionów, można zmienić za kilka lat. Nikt natomiast tak łatwo nie odzyska kontroli nad sprzedanym KGHM, nie odbuduje stoczni przekształconych w eldorado deweloperów, nikt na powrót nie stworzy publicznej służby zdrowia, jeśli przehandlowana zostanie sieć budowanych przez wiele dekad placówek medycznych.
Stąd też, w takich sytuacjach pojawia się idea, że sprzymierzyć się można choćby z diabłem, byle tylko wraz z nim powstrzymać negatywne zjawiska. Obecnie mowa na przykład o nieformalnym sojuszu – a być może nawet przyszłej koalicji rządowej – PiS i SLD przeciwko poczynaniom „platformersów”. Taki sojusz nie jest całkowicie nierealny, a na pewno byłby mniejszym złem niż trwający liberalny skok na dobro wspólne. Jednak trudno ów scenariusz traktować poważnie w kategoriach innych niż doraźne. Oba ugrupowania nie tylko są zakładnikami podziałów historycznych, ale także własnych „frakcji”. W przypadku SLD różnej maści kamerdynerów „Gazety Wyborczej” i „salonu”, natomiast w PiS-ie – silnego środowiska konserwatywnych neoliberałów, czyli durnowatych facecików, którzy w kwestii prywatyzacji niczym nie różnią się od PO, a jedynie chcą wolny rynek „wzbogacić” o pomstowanie na gejów, aborcję i wszelkiej maści „bezbożników”. Inna rzecz, że „zdolność koalicyjną” PiS-u już widzieliśmy w praktyce, a zawdzięczamy jej to, że „Polska Solidarna” w wykonaniu liberałki Zyty Gilowskiej i rozmodlonego – też liberalnego gospodarczo – bawidamka Marcinkiewicza, zakończyła się oddaniem Platformie władzy z co najmniej dwuletnim wyprzedzeniem.
Tego rodzaju faktyczne lub urojone przegrupowania w ramach politycznej „bieżączki”, dają asumpt do snucia teorii o potrzebie głębszego, ideowego przełomu. W jego ramach miałoby się dokonać zbliżenie różnych osób i środowisk „prosocjalnych” ponad dotychczasowymi tradycjami ideowymi i afiliacjami organizacyjnymi. Niedawno w różnych środowiskach pewnym echem odbiła się deklaracja europosła PiS, Tadeusza Cymańskiego, który skrytykował dominację liberałów w swoim ugrupowaniu, wezwał do powrotu do haseł „solidarnych”, a podobno nawet zadeklarował, że nie wstydziłby się, gdyby za poglądy prospołeczne został nazwany socjalistą. Domorośli stratedzy zaczęli już nawet obliczenia: Cymański i fatamorganowa „socjalna” frakcja PiS-u + „przaśno-betonowe” skrzydło SLD (Napieralski i spółka) + resztki Samoobrony + Radio Maryja + jakieś lewackie grupki, które niezbyt mocno akcentują postulaty obyczajowe = Wielki Front Obrony Przed Liberałami. Marzenia ściętej głowy, w dodatku raczej pustej.
Niejednokrotnie w „Obywatelu” pokazywaliśmy, że gdy porzuci się polityczne etykietki, to podobne poglądy w wielu ważnych sprawach społeczno-gospodarczych głoszą osoby sytuujące się od Sasa do Lasa. Szczególnie w Polsce, gdzie scena polityczna jest całkowicie zaburzona historią ostatnich 5-6 dekad, trudno o normalność – brak tu zarówno konsekwentnej lewicy, jak i prospołecznej, solidarystycznej prawicy, a nasze „ekstrema” w postaci ugrupowań populistycznych miotają się od lewej do prawej ściany niczym obłąkane (jak Samoobrona czy Polska Partia Pracy). Dlatego też, jeszcze bardziej niż w „normalnych” politycznie krajach, ludzi o poglądach nieliberalnych gospodarczo można spotkać w Polsce niemal w każdy ugrupowaniu. Gdyby nie podziały historyczne oraz oczywiście ambicje personalne, nietrudno wyobrazić sobie porządną socjaldemokrację z Kołodką, Bugajem i Ikonowiczem oraz prospołeczną chadecję z Romaszewskim, Olszewskim i Januszem Wojciechowskim, które wspólnie tworzą prospołeczną koalicję rządową. A z pozycji radykalnie socjalnych krytykują ich, lecz w kluczowych kwestiach po cichu wspierają populiści z partii pod wspólnym kierownictwem Leppera, Ziętka i Gabriela Janowskiego. A Donald Tusk gra w tym czasie w piłkę w Sopocie, wozi kolegom paczki do więzienia i wraz z Jarosławem Kaczyńskim organizuje sympozja pod hasłem „Zaczęło się w Gdańsku, skończyło w Belwederze – blaski i cienie konserwatywnego liberalizmu”.
Taki scenariusz jest jednak zupełnie nierealny. Długo by pisać o przeszkodach personalnych, środowiskowych, historycznych i innych, zresztą oczywistych dla każdej rozgarniętej osoby. Cymański może nie wstydzić się słowa „socjalista”, ale wstydzi się jego elektorat, zaś Radio Maryja czy „Gazeta Polska” nie nagłośnią takiej kandydatury, bo popieranie kogokolwiek z „socjalizmem” na ustach oznaczałoby mentalną wojnę domową wśród słuchaczy i czytelników, nawet jeśli byłby to socjalista „nasz” i „pobożny”. Dlatego nie zaistnieje tego rodzaju sojusz nawet doraźny, mogący dać szansę dużemu elektoratowi socjalnemu na stworzenie siły czy to obronnej wobec obecnej dominacji liberałów, czy w dłuższej perspektywie wręcz ofensywnej, mogącej nie tylko np. uratować KGHM przed prywatyzacją, ale choćby stworzyć silny koncern stoczniowy, zarabiający na produkcji statków tak, jak zarabiają wspierane przez państwo koncerny niemieckie czy japońskie.
A tym bardziej nie zaistnieje podobny sojusz na płaszczyźnie ideowej, nie nastąpi żaden przełom w tej kwestii. Tego rodzaju sojusz nie zaistnieje dlatego, że wspólny wróg i podobnie negatywna ocena jakichś zjawisk to zdecydowanie za mało, aby stworzyć trwałą płaszczyznę współpracy i porozumienia. To banał, ale warto go napisać: potrzebny jest nie wspólny wróg, lecz wspólny pozytywny cel, nie jedność w nienawiści, lecz podobne, choć niekoniecznie identyczne definiowanie lepszej przyszłości i wartości umożliwiających jej stworzenie.
Kiedyś myślałem podobnie, jak dzisiaj czynią to lewicowcy przyklaskujący prawicowemu „socjałowi” Cymańskiemu. Że wróg jest wspólny i że przeciwko niemu warto się zjednoczyć nawet z diabłem. Jesienią roku 1999 współorganizowałem nawet w Wałbrzychu tzw. Kongres Opozycji Antysystemowej, który zgromadził kilkadziesiąt osób z całej Polski, z przeróżnych mikro-środowisk, od anarchistów i trockistów, po neopogan-nacjonalistów i monarchistów-konserwatystów, wszystko to wsparte silną reprezentacją radykalnych ekologów. Na łamach gazetek tych środowisk publikowałem teksty o „sojuszu ekstremów” i o jedności niezbędnej w obliczu wspólnego wroga. Bo oczywiście mieliśmy wspólnego wroga: neoliberalną globalizację, NATO kilka miesięcy wcześniej bombardujące Serbię, planowany akces do Unii Europejskiej, którą w bezbrzeżnej naiwności 23-latka uważałem wówczas za twór znacznie gorszy niż polityczna mafia rodzimego chowu. Oczywiście nic z tego nie wyszło, zarówno dlatego, że zero pomnożone przez zero nadal daje zero, jak i właśnie wskutek tego, że wspólny wróg to za mało.
Po latach uważam, że była to inicjatywa całkowicie chybiona i niepotrzebna. I to bynajmniej nie dlatego, że wskutek udziału w niej stałem się bohaterem kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset donosów (z „Gazetą Wyborczą” na czele), bo przecież „współpracowałem z faszystami”, lecz z uwagi na to, że większość uczestników owego spotkania nie wyciągnęła z niego żadnych sensownych wniosków i jeśli nie stali się zwykłymi apolitycznymi drobnomieszczanami, to zazwyczaj, poza nielicznymi przypadkami, pogrążali się coraz bardziej w swych ideologicznych szajbach, zamiast się z nich choć częściowo wyzwolić. Nie wstydziłem się wówczas spotkać z tymi ludźmi (bo tylko faktyczni mentalni faszyści, nawet jeśli zwący się anarchistami czy wolnomyślicielami, uważają, że z kimś nie należy w ogóle rozmawiać), tak jak nie wstydzę się, że jakiś Domosławski wycierał sobie mną gębę w weekendowym wydaniu organu orędowników „planu Balcerowicza” (wstydziłbym się raczej, gdyby mnie ów organ chwalił za cokolwiek).
Natomiast wstydzę się swojej naiwnej wiary w to, że chciałem cokolwiek zbudować z ludźmi, z którymi niewiele mnie łączyło. Tamten „sojusz” nie miał sensu właśnie dlatego, że rozmawialiśmy o wspólnym wrogu, zamiast zapytać się nawzajem o to, jak wyobrażamy sobie wspólny ład po – oczywiście czysto hipotetycznym, bo aż tak oderwani od rzeczywistości nie byliśmy – owego wroga pokonaniu. Albo chociaż o to, dlaczego nie podobają nam się wspomniane bombardowania Serbii przez NATO – czy dlatego, że to zwykłe barbarzyństwo i militarystyczna hucpa, czy z powodu umiłowania „męża stanu” Miloševicia, czy może z uwagi na to, że operacja na Bałkanach była nie w smak rosyjskiej ambasadzie w Polsce i jej tutejszym podwykonawcom. Kto pyta – nie błądzi. Kto nie pyta – traci czas.
Zrozumienie tej prostej prawdy – że wspólny wróg to za mało – zajęło mi jeszcze kilka lat. W duchu takiego „porozumienia ponad podziałami” utworzyliśmy „Obywatela”, który początkowo był właśnie zbieraniną – tyle że personalną, nie organizacyjną – wszelkich możliwych ekscentryków ideowych, błąkających się po obrzeżach przeróżnych środowisk. Choć tym razem większy nacisk położyliśmy na podobieństwa – czy to ideowe, czy „techniczne” (jak np. różne postulaty ekologiczne) – to nadal dominowało nie to, co chcielibyśmy osiągnąć, lecz krytyka tego, czego nie lubimy. Fikcję „wspólnej sprawy” spod znaku niechęci wobec neoliberalizmu, niszczenia środowiska i oligarchizacji życia publicznego musieliśmy jednak porzucić, gdy okazało się, że kilku naszym ex-kolegom przeszkadza nie tyle dziki kapitalizm, co upadek „starego dobrego” realnego socjalizmu, że lekarstwa na rządy oligarchów upatrują nie w przywróceniu demokracji, lecz w (re)sentymentalnych westchnieniach za „mężami stanu” pokroju Gomułki, Jaruzelskiego i Miloševicia, że zły nie jest współczesny system finansowy, lecz „głupota ludzi, którzy biorą kredyty”. I tak dalej. Kto nie pyta, ten błądzi…
Wróg mojego wroga nie jest moim przyjacielem. Wspólnota wrogości to zdecydowanie za mało, a sojusze „ekstremów” to w najlepszym przypadku sojusze chwilowe, taktyczne, czasem potrzebne dla rozwiązania konkretnego problemu, nic więcej. Takie stanowisko nie oznacza sekciarstwa i wiary w jedyną słuszną drogę. Nadal uważam, że etykietki „lewicy” i „prawicy” więcej zaciemniają niż rozjaśniają, zwłaszcza w polskich realiach, a w przypadku rozmaitych „ideowców” i „ortodoksów” zazwyczaj maskują niejasne interesy i powiązania lub przerośnięte ego, jeśli nie poważniejsze problemy natury psychologicznej. Nadal sądzę, że ważniejsze są faktyczne postawy i poczynania niż slogany i deklaracje. Nadal wydaje mi się, że człowiek pewny swoich przekonań nie powinien bać się ich konfrontować z racjami innych ludzi, a takich konfrontacji boi się jedynie smutny, zakompleksiony tchórz i miernota, nawet jeśli pozujący na rewolucyjnego herosa lub elitarnego twardziela. Nadal podtrzymuję pogląd, że należy rozmawiać ponad podziałami i że ideowo-polityczne „dziewictwo” jest na rękę wyłącznie specjalistom od wcielania w życie zasady „dziel i rządź”. Nadal mam w dupie donosicieli rozliczających mnie z opublikowania tekstu „faszysty” lub „komunisty” – jeśli „faszysta” lub „komunista” mają coś mądrego i inspirującego do powiedzenia, to będę to publikował, wbrew wszelkim paniom Dulskim, szczególnie tym, które wolnością słowa i pluralizmem wycierają sobie usta, lecz trzęsą portkami, aby nie naruszyć jakiegoś tabu własnego środowiska.
Ale dziś pytam przede wszystkim nie o to, przeciwko komu i czemu występuje dana osoba lub grupa. Dziś interesuje mnie, co proponuje w zamian, do jakich wartości się odwołuje. Dlatego moim sojusznikiem będzie raczej umiarkowany chadek, który uznaje, że społeczeństwo ma prawo stanowić o sobie i wybrać do parlamentu zwolenników podwyższenia podatków, niż radykalny socjalista-etatysta, który przekonuje, że w sumie za Lenina i Trockiego nie było tak źle, a demokracja nie jest przecież dla „wrogów ludu”. Dlatego bliższy jest mi taki członek „rozmemłanych” Zielonych 2004, który potrafi odłożyć na bok – jako kwestię drugorzędną – przekonanie o konieczności zagwarantowania gejom prawa do zawierania małżeństw, lecz w umiarkowany sposób promuje rozwiązania ekologiczne, niż radykał, który sugeruje, że problemy ekologiczne rozwiązałaby eugenika. Dlatego wolę kogoś, kto był przez całe życie w PZPR, lecz wspierał samorząd pracowniczy w 1956 r. i „struktury poziome” w 1980 r., niż styropianowego etosiarza, który w podziemiu wydawał broszurki Hayeka i Friedmana a po wyborach 1989 uznał, że robotnicy głosujący na niego to roszczeniowe bydło spod znaku homo sovieticus, bo nie potrafili zostać biznesmenami zanim zlikwidowano ich zakład pracy. I dlatego wolę będącego moim przeciwieństwem prawicowego, ultrakatolickiego i w ogóle „kołtuńskiego” związkowca „Solidarności” z Podkarpacia, który uważa, że prywatne nie musi być lepsze niż państwowe i że rynek nie załatwia wszystkich problemów, niż „lewicowego”, bliskiego mi w sensie gustów kulturowych faceta z warszawki, który kiedyś był w PPS-ie, a dziś na łamach „Wyborczej” czy „Polityki” szydzi z „socjalu”, bo to przecież passé, to nie w stylu Zapatero i Blaira. Dlatego wolę feministkę, która angażuje swój czas i energię w inicjatywy tworzące klimat kulturowy bardziej przyjazny matkom i ich dzieciom, niż prawicowych mędrków, którzy na zmianę „bronią życia poczętego” i chcieliby kobiety wygnać do kuchni, bo tak twierdzi ich guru Korwin-Mikke. Dlatego z dwojga złego wolę karierowiczów z „Krytyki Politycznej”, którzy lansują się w gazecie Michnika, ale przynajmniej werbalnie optują za gospodarczym „modelem skandynawskim”, niż „niezłomnych” radykałów, którzy temuż Michnikowi zarzucają nie wspieranie Balcerowicza, lecz świństwa w wykonaniu przyrodniego brata lub matki, a głosują na PO w nadziei na obniżenie „złodziejskich i socjalistycznych” podatków.
Okazjonalne sojusze różnych, nierzadko znacząco odmiennych środowisk, będą się zdarzały – i bardzo dobrze, bo w rozwiązaniu konkretnego problemu jest to postawa sensowniejsza niż sekciarska „czystość ideologiczna”. Natomiast jeśli miałyby się zdarzyć poważniejsze, bardziej trwałe, ideowe przegrupowania i przełomy, to nie w oparciu o krytykę czegokolwiek, np. liberalizmu gospodarczego, lecz na bazie spójnej i wspólnej wizji alternatywnej. Tadeusz Cymański i jemu podobni nie staną się socjalistami wskutek deklaracji, że państwo powinno zwiększyć wydatki socjalne i mniej prywatyzować, bo to jeszcze nie jest socjalizm. Socjalistą stałby się Cymański, gdyby uznał, że ideałem, do którego należy dążyć m.in. przy pomocy polityki socjalnej, jest egalitaryzm społeczny, a w sferze gospodarczej – uznanie, że prywatna własność środków produkcji nie jest jedyną skuteczną, że to nie doraźny zysk jest miarą rozwoju ekonomicznego, że gospodarka ma służyć potrzebom ogólnospołecznym. Ale nawet gdyby Cymański stał się takim właśnie umiarkowanym socjalistą, to wcale nie znaczy, że wartościowymi dlań partnerami są tacy „socjaliści”, którzy tęsknią za gomułkowskim zamordyzmem lub wielbią Che Guevarę, a papierkiem lakmusowym lewicowości czynią nienawiść wobec Kościoła i drobnych kupców albo uwielbienie dla mniejszości seksualnych i inżynierii społecznej.
Myśląc o sojuszach i przełomach ideowych, powinniśmy na margines debaty odłożyć niechęć wobec liberalizmu, Balcerowicza, prywatyzacji, Michnika itd., itp. Powinniśmy natomiast pytać, co nas łączy i jakie mamy punkty odniesienia. Czy jesteśmy za autentyczną demokracją i samorządnością obywateli, czy też po prostu chcemy odsunąć liberałów od władzy przy użyciu dowolnych środków, nawet za cenę zamordyzmu. Czy jesteśmy za wolnością słowa dla wszystkich, również dla naszych wrogów, czy jedynie domagamy się tej wolności dziś, gdy jesteśmy słabi, a gdybyśmy byli silni, to zamknęlibyśmy cenzurą usta naszym krytykom. Co nam najbardziej przeszkadza w Unii Europejskiej – nadmierna biurokracja dla zwykłych ludzi i liberalizowanie reguł dla wielkich koncernów czy jej „bezbożność” i zmniejszanie zakresu suwerenności państw członkowskich (dzięki czemu w Polsce np. uratowano Dolinę Rospudy przed jakże suwerennym zabetonowaniem). Jak wyobrażamy sobie silne państwo – jak niezależną na arenie międzynarodowej Szwajcarię, która pyta obywateli o zdanie w tysiącach spraw i wciela ich wolę w życie, czy jak Wielką Brytanię z czasów Thatcher, która za pomocą państwowej policji krwawo tłumiła strajki związkowych górniczych „warchołów”, żeby swoim kolesiom z firm naftowych i gazowych zrobić miejsce na rynku energetycznym. Jaki jest nasz ideał sprawiedliwego i egalitarnego społeczeństwa – taki, jak demokratyczna Finlandia i Szwecja, czy w postaci tęsknot za „polską drogą do socjalizmu” spod znaku Gomułki i Moczara. I jeszcze wiele takich pytań powinniśmy zadać sobie i potencjalnym sojusznikom zanim staniemy się faktycznymi sojusznikami.
Oczywiście można tych pytań nie zadawać, łudząc się wspólnotą celu z ludźmi złączonymi z nami krytyką czegoś lub kogoś i wierząc, że droga na skróty zaprowadzi nas w sensowne miejsce. Nie zaprowadzi – w ten sposób trafimy w miejsce, w którym można jedynie szukać straconego czasu.
przez Anna Mieszczanek | piątek 18 września 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Mają problem: dali obywatelom ulgi podatkowe i teraz Toyota, Honda oraz Mitsubishi sprzedają coraz więcej samochodów hybrydowych i z napędem elektrycznym. Środowisko – naturalne – zadowolone, przestraszeni za to niewidomi. Ponieważ te samochody jeżdżą cicho.
Gdyby u nas dali takie ulgi – zresztą może już nawet dali, kto to wie, przecież w naszych przepisach podatkowych nie orientuje się chyba nawet ministerstwo finansów – też byśmy pewnie kupowali takie samochody. I polscy niewidomi mieliby taki sam problem, co japońscy.
Co w tej sytuacji robią Japończycy? PAP podaje, że
Rząd japoński poinformował we wtorek o powołaniu grupy ekspertów – przedstawicieli przemysłu motoryzacyjnego, związków niewidomych oraz organizacji konsumenckich – mającej znaleźć rozwiązanie. Sugeruje się wyposażanie samochodów elektrycznych w urządzenie emitujące dźwięk podobny do tego, jaki wydają samochody z tradycyjnymi silnikami spalinowymi. Inny pomysł to jakiś charakterystyczny dźwięk podobny np. do telefonów komórkowych. Jest też mowa o wyposażaniu takich samochodów w czujniki radarowe, które wykrywałyby pieszych i automatycznie uruchamiały dźwiękowe sygnały ostrzegawcze… Na razie eksperci zbierają opinie różnych środowisk, a konkretne propozycje mają przedłożyć pod koniec roku.
Co w podobnej sytuacji zrobiliby polscy politycy?
Najpierw przyleciałby do jakiegoś studia telewizyjnego poseł na „P” z modelem samochodu hybrydowego w skali 1:2, nasadzonym na głowę. Machając rękoma wystawionymi przez atrapę przedniej szyby, krzyczałby, że prezydent nie rozumie słowa „hybrydowy” i że to skandal, który powinna zbadać specjalna sejmowa komisja.
Potem wystąpiłby do narodu minister na „B” i mając za plecami prezentację komputerową wielkości boiska do siatkówki, przekonywałby naród, że w strategii na najbliższe 30 lat problem ten został przewidziany, ale ponieważ od kupowania samochodów hybrydowych nie rozwiąże się problem emerytur dla przyszłych pokoleń, przeszedłby do promocji kolejnej kontroli zwolnień lekarskich w ZUS-ie.
Poseł brat prezydenta zarzuciłby mu następnego dnia działanie wbrew interesowi narodowemu i zażądał poddania się okresowym badaniom lekarskim przez lekarzy orzeczników z ZUS.
W czasie tych kontr-merytorycznych zabaw słownych związki zrzeszające osoby z upośledzeniem wzroku wysłałyby kilka memoriałów do ministerstw, komisji sejmowych oraz premiera, ale żaden z adresatów nie znalazłby czasu na odpowiedź, bo czasy, gdy odpowiadano w terminie wynikającym choćby z KPA na supliki obywateli, dawno się skończyły, tylko obywatele się zagapili i wciąż coś tam posyłają bez sensu.
Na zakończenie kampanii mającej na celu rozwiązanie palącego problemu społecznego wystąpiłby w imieniu organizacji pracodawców jeden pan Jeremi na „M”, który ostatnio chce zabrać renty wdowom (co jest moim ulubionym ostatnio motywem felietonowym) i zażądałby podejścia do kwestii merytorycznie, co wyrażałoby się prawnym zakazem poruszania się osób niewidomych po ulicach w godzinach 00:00 – 24:00.
Dlaczego Japończycy mogą powołać grupę złożoną z ekspertów, przedstawicieli przemysłu, związków niewidomych oraz organizacji konsumenckich, żeby te cztery grupy razem szukały rozwiązań? Co takiego jest w tych Japończykach, że szukają rozwiązania problemu racjonalnie?
I co takiego jest w nas, że zwykle nie potrafimy nawet problemu porządnie zdefiniować, tylko od razu dzielimy się na kilka obozów, z których każdy ma swoje zdanie, najczęściej nijak nie związane z kwestią stanowiącą problem.
Że ja przesadzam? Że u nas nic takiego by się jednak nie mogło zdarzyć?
Otwieram gazetę, w której 16 września 2009 czytam:
Stewardesa LOT-u wyprosiła dwoje niewidomych z samolotu. Przepisy zabraniają zabierania na pokład więcej niż dwóch niepełnosprawnych – o sprawie pisze „Rzeczypospolita”. – „Załoga naprawdę nie miała innego wyjścia” – tłumaczy Andrzej Kozłowski, rzecznik PLL LOT. – „W samolotach obsługujących linie krajowe obowiązuje tzw. instrukcja operacyjna wydana przez EuroLOT (regionalnego przewoźnika należącego do LOT – red.). Zakazuje ona zabierania na pokład więcej niż dwóch niepełnosprawnych. Decydują o tym względy bezpieczeństwa. /…/ Między polskimi miastami latają niewielkie maszyny. Na ich pokładzie jest tylko jedna stewardesa. W razie zagrożenia mogłaby mieć problem z obsługą dużej grupy niepełnosprawnych.
Jaka powinna być pointa tego tekstu?
Mózg mi się zlasował. I dlatego pointy nie będzie.