Europeistyka

Uczeni europeiści utożsamiają społeczeństwo obywatelskie z organizacjami pozarządowymi i wolontariatem. Nic innego się nie liczy, nawet związki zawodowe.

Ciekawa jestem, czym były, zdaniem uczonych: bojkot angielskich towarów w Indiach, polskie państwo podziemne albo Pierwsza „Solidarność”. Odwoływanie się do historii jest niemodne, ale komercjalizacja i unifikacja jeszcze nie zdołały wyplenić bezinteresownej działalności dla wspólnego dobra. Niepoprawni Polacy wbrew regułom i teoriom nadal robią, co chcą, nie rejestrowani i nie kontrolowani. Działa sieć klubów „Gazety Polskiej”, obywatele bronią represjonowanych dziennikarzy i historyków, promują niepoprawne politycznie książki, organizują demonstracje, spotkania dyskusyjne i prelekcje, zbierają podpisy pod listami otwartymi i wnioskami o referendum, wspierają się w potrzebie, wymieniają poglądy i informacje.

Elity zamknięte w akademickich i politycznych gettach o tej działalności niewiele wiedzą, bo media są ślepe, a władza głucha. Jeśli coś dociera do opinii publicznej to w atmosferze skandalu, przedstawiane jako działanie anarchizujące życie publiczne i co najmniej nacjonalistyczne. Wystarczy przypomnieć reakcję na spontaniczną demonstrację patriotyzmu po tragedii smoleńskiej. Śledztwo obywatelskie jest potępiane i wyszydzane jako teorie spiskowe, a prośba do Amerykanów o wszczęcie śledztwa międzynarodowego to, zdaniem rządzących, zamach na autorytet i suwerenność polskiego państwa.

Oderwane od życia definicje i teorie uczonych można by bagatelizować, gdyby nie ich czytelny cel propagandowy. Rozwinięte społeczeństwo obywatelskie przedstawiane jest jako najwyższe stadium społecznego rozwoju, ponieważ ani władzy, ani systemowi neoliberalnemu organizacje pozarządowe nie zagrażają. Większość z nich nie jest niezależna. Wystarczy system finansowania i przydzielania lokali, aby promować grzecznych i eliminować krnąbrnych. Niektóre organizacje są wprost finansowane przez korporacje albo przez instytucje zewnętrzne.

Podręczniki zalecają, aby organizacje pozarządowe nie zajmowały się polityką i nie molestowały rządu. Ich zadaniem jest regulowanie stosunków między obywatelami. Idealnie byłoby, gdyby całe społeczeństwo zorganizowało się w celach charytatywnych, ponieważ państwo mogłoby pozbyć się obowiązków uciążliwych i obciążających budżet. Wzorcowe organizacje walczą z homofobią, ksenofobią, szowinizmem, nietolerancją, rasizmem, nacjonalizmem, antysemityzmem, faszyzmem, antyfeminizmem. Więcej grzechów nie pamiętam.

Teoretycznie mamy demokrację, ale politykę obywatele powinni pozostawić profesjonalistom, czyli zawodowym politykom. Od kontrolowania rządu jest opozycja parlamentarna. Pojęcie opozycji pozaparlamentarnej nie istnieje. Mamy tylko jedną partię opozycyjną atakowaną przez pozostałe tak, jakby była partią rządzącą. Kto miał wątpliwości, powinien przyjrzeć się koalicjom zawieranym w samorządach w celu odsunięcia PiS-u od podejmowania decyzji. Krytykowanie partii rządzącej jest z definicji niemożliwe, ponieważ jej jedynym celem jest obsadzanie stanowisk swoimi ludźmi. Partia bezideowa może składać obietnice, wycofywać lub zwyczajnie kłamać, byle skutecznie. PO jest wewnętrznie pusta, to atrapa. Nie da się krytykować plastikowej laleczki z pozytywką powtarzającą: zgoda, miłość, szczęście. Barbie jest najśliczniejsza.

Politycy zajmują się sobą, na politykę nie mają czasu. Nie mają też pola manewru. Prowadzenie polityki w interesie narodu jest potępione jako nacjonalizm. Po wprowadzeniu neoliberalnych zasad i wejściu Polski do UE gospodarka znikła z pola widzenia. Politykę gospodarczą zastąpiła makroekonomia realizowana przez instytucje finansowe. Polityka zagraniczna jest zbędna, ponieważ żyjemy wśród przyjaciół. Polityka obronna to anachronizm, wystarczy wyszkolenie kolejnych zmian na misje zagraniczne.

Świeżym pomysłem na łatanie dziury w budżecie jest sięganie do kasy prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych i państwowych lasów. Jaki jest kolor partii, która garnie kasę i prawą, i lewą ręką? Miałam nadzieję, że odpowiedź znajdę w Parlamencie Europejskim. PO i PSL są w bloku partii ludowych razem z chadekami. Kluby poselskie PE mają egzotyczne nazwy i opisane są tak mętnie, że nasze rodzime kameleony doskonale do nich pasują. Zorientowałam się tylko, że ludowa arka Noego maszeruje w pierwszym szeregu globalistów.

Ostatnio prezydent podkreślił przywiązanie do tradycji „okrągłego stołu”. Udekorował głównych aktorów Orderem Orła Białego, a generała Jaruzelskiego zaprosił na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. III RP wróciła do korzeni pod hasłem „nie wracajmy do historii, zgodnie maszerujmy do przodu”. Jeśli generał Jaruzelski to nie jest tył, lecz przód, to trzeba odkopać powielacze i co kto tam jeszcze ma zadołowane.

Nawet nie próbuję zgadnąć, co łączy europejskie kluby socjalistyczne. Bardzo możliwe, że tylko niechęć do Kościoła katolickiego i homofobów. Polską lewicę charakteryzuje szacunek dla elit PRL z agenturą na czele i zaufanie do Rosji, spadkobierczyni ojczyzny proletariatu.

Dziennikarz telewizyjny wyraził taką oto opinię: po opuszczeniu PiS-u przez posłów cywilizowanych, partia stoczy się na pozycje skrajnej prawicy, czyli Smoleńsk. Trzymając się tego języka i tej linii podziału PO stoczyła się na pozycje skrajnej lewicy powierzając śledztwo Rosji. Nie wróżę przyszłości tej polityce. Społeczeństwo obywatelskie prowadzi własne śledztwo. Chowanie głowy w piasek wobec światowego kryzysu ideologii neoliberalnej też długo już nie potrwa.

Pośród bieli, czerwieni…

Święto Niepodległości – czym jest? Rozpamiętywaniem dawnych cierpień, walki, pracy? Refleksją nad mizerią dnia dzisiejszego?

Znamy tę tezę, tak popularną w pierwszych latach wyzwolenia Polski – pisał w czasie międzywojnia PPS-owiec Adam Uziembło – że „wszyscy” wzięli udział w zdobywaniu wolności. Wszyscy – i ci, co tworzyli armię – siłę zbrojną narodu; i ci, co konspirowali dla niepodległości; i ci, co siedzieli na urzędach zaborców – bo przygotowywali kadry urzędnicze, niezbędne dla państwa; i ci, co służyli w policji rosyjskiej czy austriackiej; i ci, co byli w Legionach; i ci, co te Legiony zwalczali… Jednym słowem, wszyscy Polacy – wszyscy. Teza ta skwapliwie została przyjęta, zwłaszcza przez tych, którzy nic nie uczynili, oczywiście przede wszystkim dla uzyskania prawa do udziałów – że użyjemy słów Bogusława Radziwiłła z Potopu – w szarpaniu „postawu sukna”, jakim dla wszystkich wyzwolona ojczyzna się stała.

Społeczeństwo uwierzyło w to kłamstwo. Z wolna, im dalej w przeszłość odsuwają się czasy niewoli, które dla jednych były istotną gehenną, tułactwem, walką – dla innych „życiem o wiele łatwiejszym, spokojniejszym i dostatniejszym niż dziś” – tym łatwiej każdy urodzony przed wielką wojną zostaje pasowany na bojownika wolności. A jeżeli już komuś przydarzyło się założyć kawał straży pożarnej albo czytelenki – to staje się „nieugiętym żołnierzem”, co to „stał na posterunku”, co to „przez całe życie marzył…”. […] Kłamstwo oblało całą Polskę. I walka z nim jest bardzo trudna. […]

Ze względów praktycznych pożytek obalenia tego powszechnego zakłamania może być względny. Przecież na każde stanowisko znacznie odpowiedniejszy jest człowiek o odpowiednim przygotowaniu – niż zdarty w walce z caratem wykolejeniec. Głupstwem by było wypominanie inżynierowi, który świetnie buduje kolej czy port, że w czasach niewoli nie myślał o walce zbrojnej.

Ale sumienie narodowe, które się przez sztukę, literaturę objawia, musi być pod tym względem zupełnie świadome. Musi ono zajrzeć aż do dna duszy polskiej, musi ją przejrzeć do głębi – by wyplenić chwast nie w imię praktycznych korzyści czyichkolwiek, nie dla potępienia grupy czy odłamu, nie dla pognębienia ludzi, ale dlatego, byśmy mogli jasno i szczerze patrzeć w przeszłość, byśmy byli z jej rzeczywistością, nie z jakąś ckliwą legendą powiązani, byśmy nie stracili kontaktu z tradycją prawdziwą.

Tekst powyższy odnosi się do innych realiów, do innej niż dzisiejsza Polski i sytuacji historycznej. Jednak ze względu na swój „życiowy charakter”, na tę brutalną szczerość wobec rodaków, na jaką pozwala sobie Uziembło, na odrzucenie „ckliwej legendy” i postawienie jasno spraw polskich, zasługuje na pamięć. Bo i też radość ówczesnej niepodległości, tamtej, międzywojennej Polski, nie była radością pełną. I tym, co w miarę regularnie zaglądają choćby na Lewicowo.pl kwestii tych wyjaśniać od podstaw nie trzeba.

A dziś? Cóż, dziś też pewnie miłują Polskę ci, co kochali ją, gdy byli w SB, ORMO, PRON, Zjednoczeniu Patriotycznym „Grunwald”; co w ZMS zdobywali pierwsze szlify politycznego obycia; co się „życiowego pragmatyzmu” i „liczenia z realiami” uczyli jeszcze w PRL. Zresztą, obecnie ta „święta miłość kochanej ojczyzny” nie jest tak istotną kartą przetargową. Umęczone słowo „patriotyzm” wielu sobie odpuściło, bo życie, praca, płaca, kariera, kredyt jeden i drugi, obowiązki rodzinne i towarzyskie… Tymczasem „Jeszcze Polska”, „papież-Polak”, „Solidarność”, „ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, te trumny, co niby nami rządzą, a cholera wie, czyje – cóż, może to i ładne, może wzrusza, ale nieżyciowe przecież i jeść nie da ani dachu nad głową nie zapewni. Zresztą gdy patrzeć na gorzkie żale specjalistów od załamywania rąk nad „umęczoną ojczyzną”, co sami jeszcze rozmieniają ją na drobne z fachowością „zawodowych patriotów”, dziwić się trudno, że od „ojczyzny” takiej, ckliwej i rozmemłanej, fałszem i biznesikami podszytej, bardziej podobnej fantasmagorii niż krwi i ciału, ludzie odchodzą i o niej zapominają. Bo ile można słuchać o tych nieszczęściach, o krzywdach nieprzetrawionych, gdy nic, kompletnie nic – poza niemocą lub prywatą – z tego nie wynika? A z drugiej strony, ile można patrzeć na te obojętne, pewne siebie gęby, spoglądające wokół lekceważąco albo cwanie, bo się swojego już dochapały i nic więcej im nie trzeba, żadnego obowiązku, żadnej tożsamości, skoro w domu i w zagrodzie dostatek. „Mnie”, „moje”, „dla mnie” – to ich codzienny pacierz, modlitwa nieustająca.

A przecież trzeba pamiętać, trzeba w tej bieli i czerwieni widzieć i krew przelaną w pracy i w walce, i biel straszliwą, co się otwierała przed zesłańcami, gdy rąbali „z tymi co zostali w śniegach pnie zmarznięte na kamień”, tę biel, która jest znakiem czystości idei i pragnień, jakich dziś powszechnie się już nie rozumie i nie szanuje. Bo przeszło tamto wszystko i została raz jeszcze, w nowej odsłonie „radość z odzyskanego śmietnika” i złośliwie czasem powtarzane: „chcieliście Polski, no to ją macie”… No i mamy Polskę, choć znów jakby nie do końca tę wymarzoną, inną od tamtej, której pod powstańczym i wojennym niebem nucili nasi przodkowie swoje tęskne pieśni. Mamy Polskę chyba bardziej z „Poematu dla dorosłych”, niż z „Pierwszej Brygady”, bardziej Polskę pogrobowców Piaseckiego, niż synów i córek Dmowskiego, bardziej Polskę po Bierucie i Kiszczaku, niż Daszyńskim czy Pużaku. Polskę od lokalnych podróbek „Chicago Boys”, nie od Eugeniusza Kwiatkowskiego. Ale cóż, przecież i ona jest nasza i wyrzec się jej nie sposób, bo jest taka, a nie inna. Trzeba z nią żyć pod jednym dachem, pośród jej bieli i czerwieni, choć biel przybrudzona, a czerwień wyblakła. W inne ciało i krew, w inne kości, w inne niż nasze myśli – już jej nie odziejemy. I tylko o to można pytać, czy warto.

Tak, mimo wszystko, warto.

Czas na małe „es”?

Jeśli Piotr Duda spełni obietnice, „Solidarność” stanie się normalnym związkiem zawodowym. Zajmie się pracownikami, nie prawicą.

Zakończony niedawno XXV zjazd delegatów NSZZ „Solidarność” przyniósł raczej nieoczekiwane zwycięstwo Piotra Dudy w starciu o stanowisko lidera Związku. Pozycja jego rywala, Janusza Śniadka, wydawała się dość mocna, w czasie poprzedniej kadencji nie popełnił większych błędów, można też mówić o stosunkowo dobrej kondycji „Solidarności”. Pozostaje ona nie tylko związkiem największym, ale i jedynym dynamicznym. Dość licznie powstają nowe komisje zakładowe – i to często w prywatnych firmach – ale i działania ogólnopolskie nabrały nowej jakości, zgodnej z duchem czasu, czego przykładami są kampanie społeczne „Czy IKEA jest OK?” (prawa pracowników ochrony z firm zewnętrznych) i „UśmiechniętaKasjerka.pl” (warunki pracy w sieciach handlowych). Gdy OPZZ wydaje się pogrążony w biurokracji i marazmie, a związki małe, jak „Sierpień ’80”, spalają się w bezproduktywnym „radykalizmie” i niszowym politykierstwie, „Solidarność” jako jedyna wydaje się mieć przynajmniej zalążki pomysłu na działanie skuteczne. Skuteczne, czyli zdolne pomóc pracownikom konkretnych branż, jak i zainteresować opinię publiczną problemami grup zawodowych czy wręcz całego świata pracy.

Oczywiście pewne rzeczy można zapewne było zrobić lepiej, ale w kontekście stale malejącego uzwiązkowienia, przy wciąż istniejącej chamskiej nagonce liberalnych mediów na związki zawodowe, przy trwającym od kilku lat kryzysie gospodarczym – kadencję Janusza Śniadka można uznać za całkiem udaną. Stąd też zwycięstwo Piotra Dudy jest nieco nieoczekiwane, aczkolwiek być może zwiastuje ono bardzo pozytywną tendencję. Wydaje się, że Śniadek padł ofiarą procesu, który lapidarnie opisuje powiedzonko o rewolucji pożerającej własne dzieci. Przed laty, przejmując fotel lidera po Marianie Krzaklewskim, zapoczątkował proces częściowego odpolitycznienia „Solidarności” i skoncentrowania się na tym, czemu związki zawodowe służyć z definicji powinny – na obronie interesów swoich członków i dbałości o jak najlepsze warunki dla ogółu pracowników najemnych.

Nie był jednak Śniadek w tej postawie konsekwentny, a niedawne wybory przegrał z kandydatem, który o zwycięstwo ubiegał się pod hasłami znacznie silniejszego niż dotychczas zerwania z zajmowaniem się przeszłością, „etosem” i polityką. W zamian zapowiedział skoncentrowanie się na teraźniejszości: na rozwiązywaniu bieżących problemów pracowników najemnych, na stworzeniu takiego związku, który będzie atrakcyjny dla młodszych pokoleń, a także na zmianach struktury organizacyjnej „Solidarności”, aby była lepiej dostosowana do wyzwań, jakie stwarza dynamiczna i niełatwa sytuacja współczesnego rynku pracy. Słuchając deklaracji Piotra Dudy, aż chciałoby się powiedzieć: nareszcie.

„Solidarność” jest specyficznym przypadkiem organizacji, która swojej historii zawdzięcza chyba tyle samo atutów, co i „kul u nogi”. Wywodząc własną przeszłość ze szlachetnego masowego ruchu zrodzonego w sierpniu roku 1980, może przedstawiać się w pięknych barwach, o co trudno zarówno w przypadku OPZZ-u, powołanego w stanie wojennym, jak i w przypadku związków niewielkich, które są – zazwyczaj słusznie – kojarzone z ambicjami i prywatnymi interesami rozmaitych watażków. Dawnym wydarzeniom zawdzięcza też „Solidarność” bardziej wymierny atut, jakim jest zwarta struktura Związku, podzielonego na regiony, nie zaś na branże – jest jednolitą całością, nie zaś zlepkiem sfederowanych podmiotów, jak OPZZ czy Forum Związków Zawodowych.

Ten medal ma jednak również drugą stronę. Historia „Solidarności” zawiera wiele poważnych błędów czy poczynań wątpliwych moralnie. Nawet okres „mityczny”, dotyczący czasów opozycji antykomunistycznej, nie jest wcale taki piękny, jak przedstawiają to liderzy Związku przy okazji rocznicowych obchodów. „Solidarność” została bowiem u schyłku „komuny” reaktywowana w oparciu o pewien „mord symboliczny”, jakim było odtworzenie władz i struktur w oparciu o pretorianów Wałęsy, przy lekceważeniu ostatniej legalnej i posiadającej powszechny mandat władzy Związku, czyli Komisji Krajowej wybranej przed stanem wojennym. Dlatego w nowy ustrój „Solidarność” wkroczyła bez sporej części historycznych liderów, jak choćby Andrzej Gwiazda czy Marian Jurczyk.

Ale chyba nie to jest najgorsze. Przede wszystkim specyficzna przeszłość „Solidarności”, jako tyleż związku zawodowego, co ruchu społecznego, sprawiła, że przez lata – nierzadko aż do dziś – w jej łonie funkcjonowało mnóstwo osób, które były zapewne szczerymi antykomunistami i wiernymi adeptami etosu „styropianowego”, natomiast ani trochę nie były działaczami związkowymi i wyznawcami etosu obrony pracowników. Na „etos Sierpnia” mogą się powoływać nie tylko skrajni liberałowie, jak Balcerowicz, Tusk czy Lewandowski, których na szczęście z „Solidarnością” nikt nie kojarzy już od dawna. O wiele dłużej byli z nią kojarzeni ludzie, których z każdego normalnego związku zawodowego powinno się wyrzucić na zbity pysk i jeszcze mocno kopnąć na pożegnanie.

Lista takich postaci jest długa, mnie szczególnie zapadł w pamięć niejaki Marek Kempski, swego czasu przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Facet ten, stojący na czele regionalnej struktury, w której niemałą część bazy członkowskiej stanowią górnicy, zapisał się w historii światowego absurdu tym, że w mediach wychwalał politykę Margaret Thatcher wobec ich brytyjskich kolegów. Polityka owa polegała na likwidacji w ciągu zaledwie kilku lat ponad 120 tysięcy miejsc pracy w górnictwie, a ostatecznie na całkowitej likwidacji tej branży w Anglii. Tacy ludzie jak Kempski są właśnie spadkiem „Solidarności” z czasów, gdy mniej była związkiem zawodowym, bardziej zaś ruchem antykomunistycznym. Było ich przez lata w Związku sporo, choć powinni być raczej w UPR-ze.

To właśnie uwikłanie Związku w przeszłość sprawiło, że popełniał on kolosalne błędy. Najpierw rozłożył słynny „parasol ochronny” nad „naszym rządem” w pierwszych, kluczowych latach transformacji ustrojowej. Efektem było nie tylko bezrobocie i likwidacja wielu zakładów pracy (czyli podkopywanie własnej bazy członkowskiej), ale także łatka związku zawodowego, który nie broni pracowników, lecz sprzyja antypracowniczym posunięciom władzy i pracodawców. Przede wszystkim jednak taka postawa oznaczała zgodę na neoliberalny model przeobrażeń ustrojowych – i to w czasie, gdy istniały jeszcze szanse, aby wybrać alternatywną ścieżkę.

Gdy „Solidarność” w końcu wypowiedziała posłuszeństwo „naszemu rządowi”, uczyniła to nie tyle w imię obrony interesów pracowniczych, co w ramach zwrotu w prawo. Walczyła nie tyle z Balcerowiczem, co z Suchocką, nie tyle o prawa pracowników i prospołeczny model gospodarczy, lecz o zakaz aborcji, przeprowadzenie lustracji i z urojonym spiskiem elit przeciwko Kościołowi, narodowi, wartościom chrześcijańskim itp. Zamiast być skuteczną reprezentacją interesów pracowniczych – stała się główną siłą w obozie antykomunistycznej prawicy.

Nie chodzi bynajmniej o to, że organizacje pracowników nie powinny angażować się w politykę – mrzonką jest wizja apolitycznych związków zawodowych. Jednak zaangażowania takie powinny dotyczyć problematyki pracowniczej i społeczno-gospodarczej. Nie ma nic złego w tym, że „Solidarność” ze swoją przeszłością i tradycją jest związkiem chadeckim, że odwołuje się do wartości chrześcijańskich czy antykomunizmu. Staje się to problemem wtedy, gdy sprawy obyczajowo-kulturowe czy dotyczące przeszłości są główną i/lub najbardziej wyrazistą, medialną sferą działania związku oraz swoistą osią jego orientacji wobec bieżących wydarzeń. Związek, który urządza manifestacje przeciwko aborcji, którego liderzy zajmują się „intronizacją Chrystusa Króla” i zapisami o „wartościach chrześcijańskich” w Konstytucji, a jednocześnie bardzo niemrawo walczy o ochronę miejsc pracy, o standardy socjalne i o prospołeczne oblicze reform – to groteska. Związek, który atakuje rząd za „postkomunizm”, nawet gdy postkomunista Grzegorz Kołodko podejmował decyzje bardzo rozsądne na tle poprzedników-„etosiarzy”, a jednocześnie wspiera polityków antykomunistycznych, choć są skrajnymi liberałami – to absurd.

Związek zawodowy ma zrzeszać możliwie wielu pracowników i dbać o ich prawa, nie zaś narzucać im poglądy na kwestię aborcji albo nakłaniać do emocjonowania się teczkami SB. Jeśli jacyś członkowie związku – choćby nawet znaczna ich większość – chcą się zajmować tego rodzaju zagadnieniami, to istnieje cała paleta dostępnych struktur poza nim: partie polityczne, stowarzyszenia, ruchy społeczne itp. Ktoś powie: każdy może zmienić związek na taki, jaki mu odpowiada. Po pierwsze, nie w każdym zakładzie są dwa związki, po drugie tak się też stało: z „Solidarności” odchodzili nie tylko ludzie jej „lewego skrzydła” (było ich niemało, bo Związek przed rokiem 1989 wcale nie był – wbrew dzisiejszym mitom – ideologicznym monolitem spod znaku prawicy), ale także wielu „centrystów” czy po prostu osoby krytyczne wobec tak daleko posuniętych uwikłań politycznych. Nie zawsze mogły iść do konkurencji, bo nie trzeba być prawicowcem, żeby nie móc się przełamać do wstąpienia do OPZZ. Stąd też wiele osób w ogóle „wypadło” z działalności związkowej – jeśli dziś uzwiązkowienie w Polsce obejmuje zaledwie 7-8% pracowników, to oprócz wielu przyczyn strukturalnych inną jest to, że ich macierzysty, a zarazem największy w kraju związek zajmował się nie tym, czym powinien.

Apogeum uwikłania w kwestie z przeszłości i zarazem w skręt w prawo przypadło na okres rządów Akcji Wyborczej Solidarność. Wówczas to w znacznej mierze dzięki strukturom i finansom związku zawodowego, w parlamencie największą grupę stanowili religijni antykomuniści ze styropianową przeszłością. Co z tego mieli pracownicy najemni? Ogromny skok bezrobocia, spadek poziomu życia, prywatyzacyjne szaleństwo, dewastację ważnych branż (likwidacja wielu kopalń) i chybione „cztery reformy”, z których przynajmniej jedna – systemu emerytalnego – jest dla ludzi pracy i ich zabezpieczenia na starość po prostu szkodliwa. Co z tego miał Związek? Wylewane nań – w znacznej mierze zasłużenie – kubły pomyj, fatalny wizerunek, odpływ członków i utratę zaufania pracowników, dewastację części „bazy” (nie ma silnych związków zawodowych bez istnienia przedsiębiorstw i wysokiego poziomu zatrudnienia) oraz alergiczne reakcje na słowo „Solidarność” ze strony wielu osób.

Na szczęście przyszło opamiętanie. Krzaklewskiego, którego nazwisko w dziejach związków zawodowych powinno być symbolem hańby i obłędu, zastąpił na stanowisku lidera „Solidarności” Janusz Śniadek. Ten z kolei powinien w przyszłości otrzymać medal za to, że w ostatniej chwili uratował Związek przed całkowitym blamażem – zatrzymał i odwrócił negatywne trendy. Osiem lat jego władzy oznaczało powrót do zasadniczych zadań związków zawodowych. Jeśli dziś Piotr Duda wydaje się lepszy niż Śniadek, to nie dlatego, że ten drugi był zły, lecz ponieważ był za mało dobry. Czy to ze względu na poglądy, czy z uwagi na istniejący układ sił w Związku, Śniadek zrobił wiele, ale nie wszystko, co zrobić należało.

Wciąż za dużo było „etosu”, wspominków, święcenia sztandarów, mszy za ojczyznę, a przede wszystkim – takiego uwikłania w politykę, które nie było wyznaczane przez interesy społeczne, lecz przez stosunek do przeszłości czy „wartości chrześcijańskich” albo przez orientację wobec podziałów w łonie „obozu posierpniowego”. „Solidarność” podczas kadencji Janusza Śniadka zbyt słabo wyzwoliła się z błędów popełnionych po roku 1989. Zamiast być prospołeczna – choćby w duchu nauki społecznej Kościoła – była przede wszystkim prawicowa, co prowadziło do aliansów z prawicą mniej lub bardziej liberalną. Zamiast wspierać ugrupowania, które podejmują działania korzystne dla pracowników najemnych, Związek wspierał tych, którzy mocniej akcentowali antykomunizm – jakby w epoce globalizacji i szalejącego neoliberalizmu problemem był jakiś komunizm. Przykładowo, „Solidarność” była niezwykle oburzona – i słusznie – gdy za rządów PO doprowadzono do upadku polskich stoczni, tyle że niestety była znacznie mniej oburzona, gdy wcześniejszy rząd PiS-u nie robił nic, aby owemu upadkowi zapobiec. Co więcej, w miarę zaostrzania się sporu politycznego, Związek coraz wyraźniej stawał po stronie PiS-u, co groziło popadnięciem w te same jałowe i szkodliwe koleiny, które znamy z czasów AWS-u.

O ile jeszcze w roku 2005 można było z pozycji prospołecznych popierać kampanię wyborczą PiS-u i Lecha Kaczyńskiego, na serio, zdawałoby się, głoszących hasło „Polski solidarnej” przeciwko koncepcjom i interesom liberałów z PO, o tyle w roku 2010 nie ma to już żadnego sensu. „Polska solidarna” okazała się wabikiem na naiwnych, bo w praktyce PiS był solidarny wyłącznie z bogatymi (którym znacząco obniżono podatki), co nie powinno dziwić, gdy „twarzami” tego, pożal się Boże, solidaryzmu stali się Zyta Gilowska i Paweł Poncyljusz. Dziś natomiast PiS nawet nie udaje już, że chciałby realizować politykę gospodarczą i społeczną znacząco różną od tej w wydaniu PO, z tą może różnicą, że prywatyzację „złodziejską” ma zastąpić „uczciwa”, choć i to nie jest pewne. Sednem politycznego sporu staje się cały ten zestaw, który świetnie znamy z czasów AWS – walka z „Układem”, niekończące się spory o lustrację, „ochrona życia” i wyścigi w tym, kto bardziej czapkuje biskupom. Tymczasem związek zawodowy powinien być zainteresowany np. tym, aby instytucjonalnie ograniczyć wyzysk pracowników, nie zaś wiarą w bajeczki, że biznesmen, który nie współpracował z SB, będzie ich z natury rzeczy wyzyskiwał mniej niż ten, któremu w rozkręceniu biznesu pomagali faceci z WSI.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby „Solidarność” była związkiem chadeckim, żeby pamiętała o swej antykomunistycznej przeszłości i żeby ze swego „sierpniowego” etosu była dumna. Ale nie to jest sednem związku zawodowego – jest nim skuteczna obrona pracowników najemnych i walka o taki model gospodarki, który sprzyja zarówno im, jak i innym, jeszcze słabszym grupom społecznym (np. bezrobotnym) w starciu z interesami Kapitału. Deklaracje Piotra Dudy złożone podczas wyborczej batalii i po jej zakończeniu, a także uchwały programowe przyjęte przez XXV Krajowy Zjazd Delegatów – m.in. krytyczne wobec liberalnego „uelastyczniania” zasad pracy, deklarujące solidarność z bezrobotnymi, postulujące globalizację solidarności i ochronę interesów ludzi pracy na forum europejskim, akcentujące konieczność „ekspansji” Związku w nowych, „trudnych” sektorach (np. wielkie sieci handlowe i firmy usługowe) – dają nadzieję na to, że „Solidarność” wkroczy na nową drogę. Na drogę, którą powinna podążać od roku 1989. Drogę solidarności – tej przez małe „es”, autentycznej solidarności słabszych i wyzyskiwanych.

Duperele i inne

Los zrządził, że przez długi czas nie mogłam śledzić sytuacji w Polsce i na świecie. Czas był gorący, spodziewałam się dużych zmian. Kiedy zaczęłam czytać, słuchać, oglądać – odniosłam wrażenie, że czas stanął w miejscu.

Rząd nadal nie może rozwinąć skrzydeł, bo wszędzie czai się złowrogi PiS. Premier się ośmiesza, ale po napadzie na biuro PiS w Łodzi nikomu nie jest do śmiechu. Po tamtym morderstwie wystarczyło parę godzin, aby napad na PiS przedstawić jako atak na całą klasę polityczną. Nawet Miller poczuł się zagrożony. Konie kują, a żaba nogę podnosi.

W Polsce zrobiło się ciasno i duszno. Licencje na miłość i nienawiść zostały rozdane. Przepustką do obozu miłości europejskiej, postępowej, optymistycznej – jest nienawiść do nienawiści, czyli do tych, którzy pamiętają Smoleńsk i zadają pytania dotyczące śledztwa. Nie szukam niszy ekologicznej dla normalnego felietonu, bo jej nie ma.

Stwierdziłam u siebie objawy zastraszenia. Są trochę nietypowe, ponieważ w przeciwieństwie do większości Polaków nie boję się Jarosława Kaczyńskiego. Nie boję się nawet Donalda Tuska. To czego się boję, to symbioza Platformy z bezpieką. Np. muchomory i brzozy żyją w symbiozie. Nic o sobie nie wiedzą, a obok siebie rosną lepiej. Gdyby poszukać genezy kolejnych oskarżeń o łamanie przez PiS praw człowieka, zasad demokracji i awanturnictwo polityczne, znajdujemy lustrację, zdemaskowanie Lecha Wałęsy, rozwiązanie WSI i zagrożenie interesów Rosji. Platforma nawet tego nie ukrywa. To nie jest walka o władzę. Platforma ma pełnię władzy, robi co chce, ale nie panuje nad historią. Nie spocznie, dopóki Jarosław Kaczyński nie ukorzy się, nie przyzna, że jego brat stracił życie na własne życzenie. Trudno racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego to jest takie ważne. Polecam film „Oto jest głowa zdrajcy”, historię Tomasza Morusa.

Katastrofa w Smoleńsku kojarzy mi się z procederem piratów. Fałszywymi sygnałami nawigacyjnymi doprowadzić statek do rozbicia, szczątki zatopić w morzu, a ciała ofiar ukryć w zalutowanych trumnach. Ta interpretacja to mój autorski pomysł, Jarosława Kaczyńskiego znam z widzenia.

Komisja pani Anodiny pracowała pełną parą i w odpowiednim czasie wszystkiego się dowiemy. Wzorowy obywatel nie narzeka, czeka, cieszy się z nowych chodniczków w Smoleńsku, wybudowanych na cześć Pierwszych Dam Polski i Rosji. Oglądamy niekończący się spektakl szukania drugiego dna w samobójczej śmierci Barbary Blidy i wykrywania zaniedbań w śledztwie w sprawie Olewnika. Pracują komisje sejmowe. Jak to pogodzić z bezczynnością w sprawie Smoleńska?

Wiara w rzetelne śledztwo rosyjskie nie ma żadnych podstaw, a w sprawie tej katastrofy nie można liczyć na zbiorową amnezję. Tkwi w pamięci jak cierń, który mogłoby usunąć tylko wiarygodne śledztwo.

W serwisach dominują nieszczęśliwe wypadki, katastrofy i informacje o ofiarności społeczeństwa. Początkowo cieszyły mnie akcje pomocy, ale teraz nie mogę już tego słuchać. Powodzianie nadal są bez dachu nad głową, dzieci mdleją z głodu, a młodzież z prowincji może studiować jeśli dostanie stypendium z jakiejś zbiórki. Równocześnie organizuje się uniwersytety dla przedszkolaków. Państwa nie ma. Komuna była państwem policyjnym, ale studiować mógł każdy, dopóki nie rozdawał ulotek.

Po katastrofie ekologicznej w Zatoce Meksykańskiej mamy katastrofę na Węgrzech w dorzeczu Dunaju. W obu przypadkach przyczyną jest pogoń za zyskiem korporacji uwolnionych od kontroli państwa. Ale o tym się nie mówi. Do Polski nie docierają dyskusje nad ważnymi problemami światowego systemu. Jesteśmy zieloną wyspą, czyli zaściankiem.

W komentarzach uderza powierzchowność. Nawet tragiczna w skutkach katastrofa prywatnego busa dowożącego ludzi do pracy nie wywołała problemu likwidacji transportu publicznego. Kolej praktycznie przestała działać. W dyskusjach o bezpieczeństwie na drogach piesi występują w roli zawalidrogi. Nie ma poboczy, nie ma chodników nawet na terenach zabudowanych. Dyskutuje się tylko o autostradach.

Po katastrofie smoleńskiej Platforma sprawnie obsadziła wszystkie stanowiska swoimi ludźmi, ale na tym wyczerpał się jej pomysł na rządzenie. Od wygranej batalii o zmianę ustawy o IPN minęło już wiele miesięcy, a Rady, która ma zastąpić Kolegium i przedstawić kandydata na prezesa, wciąż nie ma. Przypuszczam, że ostatecznie prezesa wyznaczy Sejm. Nieporadność PO mnie zaskoczyła. Sprawne rozgrywanie sytuacji politycznych nie zastąpi rządzenia. Opinia publiczna jest epatowana nowymi pomysłami, które potem są porzucane.

Telewizja dostosowała się do polityki, jest niewiarygodnie nudna. Pojawia się jakiś hit, wszystkie stacje powtarzają w kółko kilka nieistotnych informacji i pojawia się hit następny. Na szyldzie sklepu w Małopolsce widziałam napis: „Duperele i inne”. Jeśli do hitów dodamy reklamy i tzw. rozrywkę, w telewizji same duperele. Istotnych treści, czyli innych – na lekarstwo.

W całej Europie trwają rozruchy społeczne. Telewizja pokazuje migawki z walk ulicznych nie siląc się na żadną analizę. Wszystko wskazuje na to, że cierpliwość społeczeństw do zaciskania pasa wyczerpała się. W Polsce przeszło dwa miliony ludzi żyje w nędzy, ale nie buntują się, śledzą losy Palikota, Kalisza, dopalacze, in vitro i sukcesy Platformy w walce z PiS.

Mimo przygnębiającej atmosfery i niepomyślnych prognoz dla Polski, jestem dobrej myśli. Spędziłam kilka tygodni w Polsce południowej. Z dala od metropolii i autorytetów ludzie są przytomniejsi i bardziej życzliwi. Walcząc o byt mniej czasu i uwagi poświęcają politycznemu maglowi. Nadzieję widzę w Polsce prowincjonalnej.

Dwa bratanki – mądry i głupi

Jeśli Polacy i Węgrzy są bratankami, my jesteśmy tym znacznie mniej udanym. Oni właśnie likwidują Otwarte Fundusze Emerytalne.

Premier Węgier, Viktor Orbán, właśnie zapowiedział likwidację prywatnych funduszy emerytalnych. Początkowo rząd, któremu przewodzi, deklarował czasowe ograniczenie wpłat z budżetu do OFE, w ramach zmniejszania deficytu finansów publicznych. Nie było w tym niczego szczególnie rewolucyjnego, gdyż po podobne rozwiązanie sięgnęły w obliczu kryzysu ekonomicznego inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Łotwa i Litwa zmniejszyły wysokość składek przekazywanych funduszom, Estonia zaprzestała czasowo przekazywać je w ogóle, Rumunia wycofała się z planowanej podwyżki ich wysokości, Słowacja pozwoliła wszystkim chętnym na rezygnację z przynależności do OFE i powrót do państwowego systemu ubezpieczeń.

Szef węgierskiego rządu początkowo deklarował zawieszenie przekazywania składek OFE do końca roku 2011, jednak obecnie mowa o całkowitej likwidacji tego rozwiązania. „Tylko państwo jest w stanie zapewnić ludziom godziwą emeryturę” – miał powiedzieć Orbán, porównując fundusze do hazardzistów, którzy w dążeniu do zysków ryzykują wielkie kwoty, tyle że nie swoje.

Tu warto poczynić pewną dygresję. Słowa premiera Węgier o hazardzistach są najbardziej zwięzłą metaforą neoliberalizmu. Zwolennicy tzw. wolnego rynku, którego notabene świat nigdy nie widział (nawet w epoce tzw. dzikiego kapitalizmu, czyli w XIX wieku, państwo pozostawało bardzo aktywne w dziedzinie polityki gospodarczej, a jednym z głównych aktorów owego „wolnego” rynku były kanonierki Jej Królewskiej Mości Imperium Brytyjskiego), lubują się w argumencie, że dziś wszędzie i wszystko reguluje państwo. Przekonują oni, że jeśli coś „nie działa”, winny nie jest rynek, lecz jego niedobór, że wszystko, co złe, od państwa pochodzi, że rynku krytykować nie można, bo wszak go nie ma. Argumentacja ta jest bliźniaczo podobna do wywodów ortodoksyjnych komunistów, którzy przekonują, że „prawdziwego” komunizmu nigdy nie było, że mieliśmy tylko „błędy i wypaczenia”. Zwolennicy Adama Smitha i Lwa Trockiego podają sobie ręce.

Owszem, wolnego rynku w postaci idealnej nigdy nie było od czasu, gdy wyszliśmy z jaskiń. Są tylko różne formy interwencjonizmu państwa w gospodarkę. Sęk w tym, po co państwo to robi. W systemach socjalno-demokratycznych (model europejski, model skandynawski, państwo opiekuńcze) czyni tak w imię poprawy doli ogółu obywateli, zmniejszenia nierówności społecznych i powszechnego awansu cywilizacyjnego. W modelu liberalnym państwo również jest na wiele sposobów aktywne w sferze gospodarczej, tyle że po to, aby zwiększać różnice majątkowe i zmniejszać równość szans rozwojowych między bogatą elitą a „dołami” społecznymi – przy czym owe „doły” obejmują, jak to było w USA przez lata rządów neokonserwatystów, również klasę średnią, stale ubożejącą. Nawiasem mówiąc, model liberalny ma wiele wspólnego z tzw. realnym socjalizmem, w którym polityka państwa również służyła wąskiej kaście, z tą różnicą, że oligarchię biznesową zastąpiła partyjna klika.

Neoliberalizm nie jest liberalizmem takim, jaki istnieje w wywodach Adama Smitha i autorów libertariańskich czytanek. To liberalizm realny, tj. taki, w którym „zły” jest interwencjonizm państwa, gdy służy uboższym, „dobry” zaś wtedy, gdy potęguje potęgę już potężnych. Państwo ma nie przeszkadzać wielkiemu biznesowi w osiąganiu coraz większych zysków, natomiast powinno pokrywać koszty wszelkich „skutków ubocznych” jego działań. Czy będą to wojny o ropę, żeby paliwowi giganci mogli zarabiać, czy finansowanie policji, aby chroniła zamożnych przed „wyrzutkami społecznymi”, czy dotacje dla banków upadłych wskutek ryzykownych operacji, czy pokrywanie kosztów dewastacji środowiska – za to wszystko płacą biedni ze swoich podatków, bo podatki dla bogaczy są coraz mniejsze, a ich dochody coraz lepiej ukryte. Noam Chomsky nazwał to bardzo trafnie: uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków.

OFE są wręcz modelowym przykładem realnego liberalizmu. Państwo ustawowo zmusza ogół obywateli do przekazywania ogromnych kwot prywatnym funduszom. Cały proces jest skonstruowany tak, że „darczyńcy” w zasadzie niczego nie mogą żądać w zamian ani na nic konkretnego liczyć – wystarczył jeden kryzys gospodarczy, który zresztą nasz kraj nieco ominął, abyśmy dowiedzieli się, że wartość aktywów zgromadzonych w OFE przez dekadę ich istnienia, zmalała o… W zasadzie nie wiadomo o ile, bo to wszystko jest mocno niejasne, ale mowa o utracie nawet połowy środków. Prywatny biznes dostaje od nas olbrzymie kwoty, kontrola nad nimi jest niewielka, prowizje za obsługę tych pieniędzy spore (wyższe niż w ZUS-ie) i w zasadzie nienegocjowalne, a spodziewane korzyści – co najmniej enigmatyczne.

Co będzie, jeśli jakiś OFE na przestrzeni lat zbankrutuje i powie to, co oznajmiły klientom i społeczeństwu amerykańskie banki: „nie mamy pieniędzy na wasze roszczenia”? Że co? Że ZUS też jest niepewny? Nic nie wiadomo, żeby w ciągu ostatnich kilku dekad jakieś poważne państwo na serio zbankrutowało, za to bankructw prywatnych firm było całkiem sporo. W dodatku państwo posiada instrumenty, dzięki którym niedobory wpływów w jednej dziedzinie może rekompensować dochodami z innych źródeł. Ot, choćby podnieść podatki bogatym.

O tym, że OFE nie mają sensu z punktu widzenia interesu społeczeństwa, lecz służą jedynie interesom biznesowej oligarchii, wiedzą fachowcy. Nie miejsce tu na długie wywody – mówiła o tym w wywiadzie dla „Obywatela” prof. Józefina Hrynkiewicz już ponad 4 lata temu, zaś nowsze spojrzenie na tę kwestię można znaleźć tutaj. Decyzja Viktora Orbána jest więc ze wszech miar sensowna.

Jest ona także bardzo wymowna w kontekście porównawczym. Historia najnowsza Polski i Węgier jest bowiem podobna, a obecny szef węgierskiego rządu to ulubieniec znacznej części naszej rodzimej prawicy liberalnej. Orbán był wielokrotnie komplementowany przez czołowych polityków i ideologów nadwiślańskiej prawicy – antykomunista, piewca „wartości chrześcijańskich”, niezłomny bojownik z węgierskim „układem” (synteza postkomuny i części „opozycji demokratycznej”), polityk proamerykański i antyrosyjski. Peany na jego cześć drukowała „Rzeczpospolita”, książkę Orbána wydała „Fronda” itd. Wypisz, wymaluj: węgierski „trzeci bliźniak”.

Istnieje taki termin, jak „mąż stanu”, używany zazwyczaj na wyrost, w dodatku kryteria za nim stojące są niejasne i czysto uznaniowe. Ogólnie mówiąc, odnosi się on do tych polityków, którzy w imię interesu społecznego/narodowego potrafili podejmować decyzje nie tylko idące pod prąd postawom z głównego nurtu, ale także takie, które były wbrew poglądom ich własnego zaplecza politycznego. Viktor Orbán nie jest politykiem z „mojej bajki” – nie ta orientacja ideowa oraz wiele decyzji, których bym nie poparł. Nie wiem, czy zasługuje on na określenie „mąż stanu”, wiem natomiast, że potrafi wykroczyć poza schematy własnego środowiska, gdy uzna, że będzie to dobre dla ojczyzny, narodu, społeczeństwa.

Natomiast w Polsce tym środowiskom, które tkwią w przekonaniu o własnej wyjątkowej wartości, nieomylności, szlachetności i wizjonerstwie, nic takiego się nie zdarza. Są albo papugami (bądźmy tacy jak Ameryka), albo mechanicznymi anty-papugami (jeśli coś popiera UE, Niemcy lub Rosja, to my jesteśmy przeciw), albo zakładnikami sztampowych poglądów własnego środowiska i elektoratu. Viktor Orbán zaczynał jako gospodarczy liberał. Gdy zorientował się, że tego rodzaju poglądy są zasłoną dymną dla drenażu Węgier jako państwa oraz przeważającej części węgierskiego społeczeństwa, odszedł od nich. Już wcześniej miał na koncie posunięcia prospołeczne (m.in. likwidacja opłat za leczenie szpitalne, wprowadzonych przez tamtejszą… centrolewicę), teraz zaś demontuje złodziejstwo zwane OFE. W Polsce natomiast wyborczym hasełkom o „Polsce solidarnej” towarzyszyła Zyta Gilowska w rządzie i znacząca obniżka obciążeń fiskalnych dla bogatych podatników, a o jakichkolwiek choć trochę rewolucyjnych decyzjach, w rodzaju likwidacji OFE, nie było nawet mowy.

Jeśli więc Polak i Węgier to dwa bratanki, my jesteśmy tym głupszym.

Palikot na prezydenta?

Wywiad-rzeka z Januszem Palikotem („Ja, Palikot”) jest o tyle interesujący, że pokazuje mniej widowiskowe oblicze sposobu myślenia tego polityka.

Cezary Michalski pytał posła Platformy m.in. o prawicę. Padła odpowiedź:

„Najpierw przez lata zbierali w każdych wyborach ponad 50 procent głosów, ale ponieważ dzielili je na kilkanaście partii, politycy prawicowi stanowili w Sejmie mniejszość. Potem był rzekomy sukces, czyli AWS, będący eksperymentem bycia ze sobą razem. Jednak ceną za to były pomysły na intronizację Chrystusa-Króla, staroświecki klerykalizm, obsesyjny antykomunizm (…). Potem nadszedł PiS z Kaczyńskim, który zbudował pierwszą stabilną prawicową partię, ale za cenę sprowadzenia prawicowości do jej karykatury, do kształtu, którym sam się zawsze brzydził. Prawicowi intelektualiści biją mu brawo, ale przecież Kaczyński nie okazał się przywódcą, przeciwnie, to radykalne żywioły zbudowały mu partię i podyktowały program. Kaczyński jest dziś zakładnikiem, a nie liderem. Kaczyński doprowadził prawicowość do tego, że jest niezdolna do przetrwania. Gdyby stworzył partię umiarkowaną i budował koalicję z radykałami, byłaby w tym polityczna zręczność, ale Kaczyński zrobił coś odwrotnego – wszystko, co wartościowe na prawicy, pozwolił zabrać Tuskowi, a sam wziął odpadki. I ludzkie, i programowe.

A mniejsze środowiska? Np. konserwatyści?
Mili ludzie, ale politycznie wielkie dzieci. Kto dziś uprawia politykę mówiąc tylko o wartościach rodzinnych, autorytecie czy roli tradycji. Przecież to co najwyżej literatura. (…) Konserwatyści stali się, nie tylko w Polsce, bezobjawowi, oni nawet nie próbują ingerować w rzeczywistość, oni stylizują się na znaki sprzeciwu. Ubierają się inaczej, mówią inaczej, chodzą po niszowych programach, wierzą, że w ten sposób stają się elitą. Nic dziwnego, że każdy używa ich jak mu wygodnie.

A co pan myśli o czołowych politykach?
Polscy politycy nie wiedzą, do czego jest państwo. Balcerowicz sądził, że jest to narzędzie do zaprowadzenia racjonalnej utopii. Wałęsa widział w nim berło dla wodza »Solidarności«, Kwaśniewski równie narcystycznie widział w państwie instrument odzyskania postkomunistycznej dumy. Krzaklewski chciał użyć państwa do złożenia hołdu Kościołowi i polskiej historii, Kaczyński próbował państwem przeorać umysły. Te dwie dekady to seria wielkich nieporozumień. Z drugiej strony, oni byli samoukami, nie zastali normalnego państwa i sensownej polityki, każdy z nich powoli odkrywał, o co chodzi (…).

Jest pan konserwatystą?
Jeśli pyta pan, czy chcę adopcji dzieci dla par homoseksualnych, albo czy uważam aborcję za naturalny sposób rozwiązywania problemu niechcianej ciąży, to jestem konserwatystą.

Liberałem?
Chętnie dam gejom związek partnerski a kobietom – mimo mej niechęci do aborcji – prawo do decyzji.

Prawicowcem?
Nie znoszę tej patriotycznej dyscypliny. Tego zmuszania wszystkich do stałego, czynnego kochania ojczyzny. Tych tysięcy rocznic, które trzeba obchodzić. To jest dramatycznie defensywne. (…)

Krytykuje pan wszystkie generalnie projekty polityczne.
Krytykuję te projekty, które zamieniają politykę w teorię (…).”

Nie byłoby powyższego cytatu, ani tego felietonu, gdyby nie myśl, że Janusz Palikot – pomijając tu jego kostium błazna i zimnego drania – uosabia w polskiej polityce pewną tendencję, która może się nasilać. W dużym skrócie wiąże się ona z przejściem od polityki opartej na „wielkich narracjach” i mitologii narodowej, do kultu pragmatyzmu i demitologizacji państwa/narodu. Wiąże się to także z założeniem, że współczesne polskie społeczeństwo swoje rozumienie np. roli Kościoła w życiu publicznym przeżywa inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Inaczej także podchodzi do kwestii etycznych czy aksjologicznych, dogmatów związanych czy to z życiem rodzinnym (mniejsza liczba dzieci, wzrastająca liczba rozwodów), czy to ze sferą seksualną; wydaje się wręcz stawać nieco indyferentne moralnie.

Wbrew pozorom, problem ten nie dotyczy wyłącznie „młodych, wykształconych, z wielkich miast”. Jest to szerszy proces, związany z przyswojeniem wzorców czerpanych z Zachodu, choćby za pośrednictwem popkultury. Także procesy społeczno-ekonomiczne, generujące większą mobilność, a także tymczasowość form egzystowania w społeczeństwie, wymuszają istotne zmiany. I to bynajmniej nie ze względu na atrakcyjność bądź siłę oddziaływania doktryn liberalizmu obyczajowego czy Nowej Lewicy. Idzie raczej o to, że płytsze zakorzenienie w lokalnych strukturach społecznych pociąga za sobą mniej zobowiązujące uczestnictwo w stabilnych, z natury bardziej konserwatywnych wzorcach kulturowych i etycznych. Trudno być autentycznym tradycjonalistą żyjąc na walizkach, często zmieniając pracę, w której spędza się czasem więcej niż pół dnia; w obliczu niepewności jutra, bez bycia-u-siebie.

Nie można zatem wykluczyć, że chcąc nie chcąc nasza prawica, także za sprawą zmiany pokoleniowej, będzie coraz bardziej upodabniała się – w swoim głównym, najsilniej oddziałującym realnie nurcie – do swojego odpowiednika na Zachodzie, który z polskiej perspektywy jest przez wielu konserwatystów odbierany wręcz jako lewicowy. Charakterystyczna jest tu opinia Palikota na temat związków partnerskich homoseksualistów, czy jego podejście do aborcji. Jest to zapowiedź polityki kompromisu, który dziś jeszcze może być nie do przyjęcia. Jednak o doktrynach politycznych poszczególnych partii decyduje także elektorat, jego stosunek m.in. do wyżej wspomnianych kwestii. Jeśli będzie się on stawał coraz bardziej obojętny (jeśli nie wprost przyzwalający), wtedy ów model liberalnej centroprawicy, jaki dziś uosabia Janusz Palikot, stanie się faktem. I nie ulega wątpliwości, że jego medialny sposób bycia jest swego rodzaju sondą, zapuszczaną w świat wyobrażeń społecznych: co jest już do przyjęcia, co – jeszcze nie. Popularność, jaką cieszy się polityk rządzącej, mainstreamowej partii bodaj nie tylko wśród jej elektoratu, daje do myślenia.

Przeobrażenia społeczne w Polsce są faktem. Hierarchia kościelna, co pokazuje nie tylko jej rozdarcie w sprawie krzyża z Krakowskiego Przedmieścia czy problemy z dziwnymi typami w Komisji Majątkowej, ma spory problem sama ze sobą i z własnym wizerunkiem – także, a może przede wszystkim, na prawicy. Jeśli istnieją jak dotąd silne, środowiskowe, czasem wręcz towarzyskie powiązania między wyższym duchowieństwem a politykami, to przecież nie musi to oznaczać, że będzie tak już zawsze. I tu postać Palikota pokazuje, jak można atakować kler bez większej szkody dla siebie. A co, jeśli za lat kilka, kilkanaście politycy uznają, że nie potrzebują już wsparcia Kościoła w swoich zabiegach o popularność wśród Polaków? Bez złudzeń: rozstaną się z nim w mniej lub bardziej kulturalny sposób.

Zagadnienia te nie dotyczą jedynie prawej strony sceny politycznej, ale mają charakter ogólnospołeczny. Dziś może brzmieć to baśniowo, ale można sobie wyobrazić polskich polityków na prawicy jawnie deklarujących homoseksualizm, odcinających się od tzw. mitologii narodowej czy wprost odżegnujących się od Kościoła. Przecież już dziś, zdaniem części polityków i publicystów, związanych choćby ze środowiskiem „Christianitas”, lojalność prawicy wobec (nauki) Kościoła pozostawia wiele do życzenia. I trudno odmówić im racji. Utożsamienie prawicowości z Kościołem rzymskokatolickim dla wielu jest przede wszystkim wygodnym narzędziem politycznym i dopiero wtórnie wiąże się z recepcją jego doktryny.

Gdyby model prawicy, który już w jakimś stopniu realizuje się m.in. w Platformie Obywatelskiej stał się faktem, stawiałoby to nowe wyzwania także przed lewicą. Dla części z niej, co interesujące, byłby to problem z kategorii: „być albo nie być”. Bo o co miałaby walczyć lewica obyczajowa z wyemancypowaną, podobną sobie „nową prawicą”? Chyba że o hasła jeszcze dalej idącej „emancypacji”. W gruncie rzeczy czyniłoby to te formacje trudnymi do odróżnienia, faktycznie post-politycznymi bytami. Z drugiej strony, może wtedy wreszcie na serio potraktowano by spory o charakterze ekonomicznym, socjalnym, klasowym, gdyby Nowa Lewica straciła ten punkt odniesienia, który dziś czyni ją tak popularną i „awangardową”. Cóż, trudno orzec; być może przekonamy się o tym za prezydentury Janusza Palikota.

Krzysztof Wołodźko