przez Davis Bollier | poniedziałek 22 grudnia 2014 | opinie
Chroniąc lokalne puby, brytyjski rząd przeciwdziała stratom, jakie podczas kryzysu poniosły lokalne społeczności.
Dlaczego to inwestorzy mają zawsze korzystać na planach zagospodarowania przestrzennego, kiedy w grę wchodzi znane i lubiane miejsce czy budynek? Dlaczego znowu mielibyśmy ustępować przed świętym prawem rynku?
Wiadomość o tym, że w Anglii stworzono specjalną procedurę prawną, mającą zapobiegać rynkowemu „grodzeniu” lokalnych pubów [w oryginale: enclosure – słowo to w j. angielskim wyraźnie odsyła do tzw. ogradzania pól, procesu polegającego na wywłaszczaniu uboższych warstw z wartościowych dóbr na rzecz wielkich posiadaczy. Zjawisko to osiągnęło apogeum w okresie rewolucji przemysłowej, a więc podczas kształtowania się nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej w Anglii – przyp. tłumacza], jest bardzo krzepiąca. Mało tego, istnieje tam nawet urząd ministra (Community Pubs Minister), którego zadaniem jest ocenianie znaczenia pubów dla lokalnych społeczności i zabezpieczanie ich przyszłej działalności. Do tej pory około sto pubów wciągnięto formalnie na listę „dóbr społecznego znaczenia”.
Wiem, wiem, co powiedziałaby na to Margaret Thatcher: „Przeklęte interwencje państwa w działanie wolnego rynku!”. Na szczęście ostatnio tego rodzaju rynkowy fundamentalizm nieco osłabł. Na tyle, by Minister Pubów, Brandon Lewis – zasiadający przecież w parlamencie z ramienia konserwatystów! – wychwalał znaczenie lokalnych pubów dla naszej ekonomicznej, społecznej i kulturowej przeszłości, dla teraźniejszości i przyszłości. To dalej Lewis: Jak cenne są te lokale, wiemy od stuleci. Nie tylko jako miejsca, gdzie można wypić sobie pintę, ale także ze względu na to, że służą one lokalnym społecznościom i lokalnej gospodarce. Dlatego właśnie będziemy czynić wszystko, by wspierać je i chronić przed zamknięciem.
Sprawie tej poświęcił niedawno uwagę „The New York Times”. Od wybuchu kryzysu finansowego w 2008 roku działalność zakończyło 7000 pubów, pozostawiając niektóre lokalne wspólnoty w sytuacji nie do pomyślenia – życia bez własnego „local”, jak nazywają go miejscowi. Coś takiego stało się w londyńskiej Hampstead Village, gdzie – ku rozpaczy mieszkańców – grupa zewnętrznych inwestorów wykupiła trzystuletni pub Old White Bear, by przekształcić go w luksusowy dom z sześcioma sypialniami.
Około 2 tys. mieszkańców Hampstead podpisało petycję w sprawie uznania Starego Białego Niedźwiedzia za dobro społecznego znaczenia. Jeden z nich powiedział: Gdy wyrwiecie nam to serce, będziemy wszyscy albo włóczyć się po ulicach jak zombie, albo siedzieć w domach i nigdy więcej się nie spotkamy.
Jeśli jednak wspólnota zdoła zarejestrować swój lokal jako „dobro społecznego znaczenia”, a ten zostanie wystawiony na sprzedaż, miejscowi będą mieli prawo wstrzymania kupna zagrożonego pubu, sklepu, biblioteki czy boiska piłkarskiego do czasu przygotowania własnej formalnej oferty. Rząd przygotował nawet przewodnik „Understanding Community Right to Bid” (Jak korzystać ze wspólnotowego prawa do złożenia oferty) oraz pomaga ocenić szanse powodzenia „wspólnotowego wykupu”.
Podejrzewam, że nawet z pomocą rządu wykup i utrzymanie pubu mogą być trudne dla społeczności lokalnej. Mimo to wspaniałe jest samo istnienie formalnego prawa chroniącego dalekosiężny interes społeczny. A pojawienie się tego rodzaju precedensu to jawna zachęta do zabiegania o kolejne prospołeczne rozwiązania. Skoro rząd może hojnie obdarowywać inwestorów ulgami podatkowymi oraz dopłatami, dlaczego nie miałby udzielić znaczącego wsparcia finansowego zwykłym ludziom pragnącym wykupić swoje „dobro społecznego znaczenia”? Dlaczego to biznes miałby zgarniać wszystkie dotacje?
Jeśli zatem lokalność jest naprawdę ceniona, dlaczego nie wyposażyć wspólnot w środki obrony przed komercyjnymi inwestorami, których nie interesuje dobro wspólnoty i lokalnych ekosystemów? Wreszcie, dlaczego nie można okazać takiego samego szacunku mieszkańcom Indii, Kenii czy Indonezji, gdy tamtejszy odpowiednik lokalnego pubu znajdzie się na celowniku międzynarodowych inwestorów? Wszak rdzenni mieszkańcy pozbawieni „dóbr społecznego znaczenia” również mogą „włóczyć się po ulicach jak zombie”, gdy zostaną one wykupione, ogrodzone lub zniszczone.
W każdym razie bądźmy wdzięczni za ten prawny i polityczny precedens. Mamy teraz na czym budować wsparcie i pełne uznanie prawa wspólnot do własności dóbr, które są dla nich naprawdę ważne.
Davis Bollier
Tłum. Michał Wójtowski
Artykuł ukazał się pierwotnie na blogu Bolliers.org. Przedruk za „YES! Magazine”. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
przez Michał Wójtowski | poniedziałek 15 grudnia 2014 | opinie
Pani Joannie Zbierskiej – z wdzięcznością
Warto dobrze wsłuchać się w dzwonki, które codziennie rozbrzmiewają w polskich szkołach, bo coraz częściej dzwonią one na alarm. Nie pierwszym pewnie, ale wartym odnotowania głosem w tej dyskusji, był tekst Antoniego Michnika, który po ostatnich wyborach europarlamentarnych wskazał na genetyczny związek sukcesu ugrupowania Janusza Korwin-Mikkego z ideologią polskiej szkoły – radykalnym indywidualizmem, zanikiem myślenia w kategoriach dobra wspólnego, podsycaniem rywalizacji kosztem skłonności do współpracy, postrzeganiem świata społecznego w kategoriach ekonomizmu, gdzie obowiązują reguły gry o sumie zerowej, w której sukces jednych musi zasadzać się na porażce innych. Wreszcie, o czym Michnik także wspomina, mamy do czynienia z systemem odzwierciedlającym nierówności społeczne. Jaskrawy wyraz tej tendencji stanowi rozwój szkolnictwa prywatnego, w którym udział postrzegany jest jako wyznacznik sukcesu i wyższego statusu. Zgadzam się, że opis polskiej szkoły – i szerzej, systemu edukacji – jako laboratorium bezlitosnej rywalizacji, jest trafny. Wymaga jednak uzupełnienia. Majaczyło mi ono w głowie już wcześniej, ale wskutek ostatnich wydarzeń nabrało nareszcie wyraźniejszych kształtów.
Piszę te słowa wkrótce po tym, gdy Państwowa Komisja Wyborcza podała do publicznej wiadomości z mozołem obliczone wyniki wyborów samorządowych. Jeśli wybory są „źrenicą demokracji”, to te ostatnie dały okazję, by w tę źrenicę zajrzeć i przestraszyć się nie na żarty skalą zaniedbań i erozji godności instytucji publicznych. Nie trafiają do mnie zabarwione poczuciem wyższości i tanią uciechą drwiny tych, którzy z lubością przypominają słowa byłego ministra o „kupie kamieni”. Uważam, że pora naprawdę się zatrwożyć, nie zaś wekslować wszystko na tory kpin, w których szczytem refleksji są memy internetowe – równie efemeryczne, jak troska naszych dowcipnisiów o działanie państwa. A to właśnie państwo pozostaje głównym przegranym tych wyborów.
Kto je wygrał – trudno na pierwszy rzut oka ocenić. Jeśli jednak miałbym wskazywać zwycięzców, to wybór padłby na formację nie polityczną, lecz umysłową, która w państwie i jego obecności w życiu społecznym widzi wroga. Zwyciężył duch Janusza Korwin-Mikkego, ale on sam jest jedynie wierzchołkiem góry (niekoniecznie zresztą lodowej), która w neoliberalnych atlasach podpisywana jest nazwami Deregulacja, Tanie Państwo, a nawet Wolność. Góra ta nie wypiętrzyła się ani podczas ostatnich, ani poprzednich wyborów. Dopiero teraz jednak widać ją tak wyraźnie, bo zajęła wiele obszarów potencjalnej polityki państwa i, prawdę powiedziawszy, ma zarówno cechy góry, jak i depresji. Na dostępnych mi mapach zajmuje ona między innymi teren przynależny systemowi oświaty. Jej nazwy to: Abdykacja, Kapitulacja lub Walkower. Przywołaną wcześniej diagnozę Antoniego Michnika uzupełnić należy zatem o obserwację, że szkoła może wychowywać instytucjom państwowym wrogów nie tylko za sprawą jakiegoś podboju ideowego. Przyczyną pierwotną wydaje się wycofywanie się państwa z obszarów, gdzie powinno ono prowadzić świadomą i aktywną politykę społeczną.
Nie na moją głowę pogłębione i szczegółowe raporty, jestem wszak tylko byłym uczniem i byłym nauczycielem, który trochę w szkole i okolicach przeżył i zobaczył. Najpierw, jeszcze w liceum, widywałem moich nauczycieli sprzedających z łóżek polowych biustonosze. Widywałem też znakomitych wychowawców i nauczycieli matematyki, którzy odchodzili ze szkoły do banku, bo mieli dwójkę dzieci. Działo się to na początku lat 90., gdy trwoniono w systemie oświaty kapitał talentu i doświadczenia, który powinien procentować przez wiele lat. Patrzyłem zatem (choć może jeszcze wtedy jej nie widziałem) na zdradę, której ofiarą padli nauczyciele jako grupa zawodowa – spauperyzowana i upokorzona, złożona na ołtarzu transformacji wraz z innymi przedstawicielami profesji inteligenckich.
Nieco później, już na studiach, widywałem źle opłacanych wykładowców, którzy z czasem obejmowali kolejne katedry w szkołach wyższych jedynie z nazwy, obsługujących pozornych beneficjentów boomu edukacyjnego. W tym samym czasie specjalizacje nauczycielskie na studiach wyższych postrzegane były przez większość studentów jako absolutna ostateczność na ścieżce kształcenia zawodowego. Wreszcie, na przełomie wieków, państwo nasze przeprowadziło reformę systemu edukacji, przekazało finansowanie szkół samorządom i wprowadziło kolejne regulacje zasad awansu zawodowego nauczycieli.
Co z tej reformy wynikło, wiemy dziś doskonale. Pracę szkoły poddano rachunkowi ekonomicznemu, gdzie niska cena stała się najważniejszym kryterium. Nic więc dziwnego, że w małych miejscowościach samorządy decydowały o zamykaniu placówek, w większych zaś wiele szkół przekazuje się podmiotom prywatnym lub stwarza warunki, w których szkolnictwo niepubliczne zajmuje uprzywilejowaną pozycję. Jednocześnie do obłędu doprowadzono biurokrację, formalizm i suchą kwantyfikację w procesie kształcenia. Dotyczy to w równej mierze nauczycieli – zbierających zaświadczenia i wypełniających dokumentację szkolną – jak i uczniów, którzy od najmłodszych lat rozwiązują testy, zdają egzaminy, składają podania i, poddani presji rywalizacji, gryzą paznokcie.
W trakcie wprowadzania reform stało się jasne, że proces kształcenia dehumanizuje się, a relacje nauczyciela i ucznia podlegają uprzedmiotowieniu. W warunkach wyścigu szczurów „tanie państwo” oznacza w szkole redukcje zatrudnienia, przepełnienie klas, brak przestrzeni dla samorealizacji uczniów i nauczycieli, dla sztuki nauczania, dla głębszego związku nauczyciela i ucznia. Sztuka niepostrzeżenie stała się usługą, uczenie się – współzawodnictwem i skrupulatnie kalkulowaną inwestycją, szkoła – zatłoczoną edukacyjną siłownią.
Stało się jednak coś jeszcze. Neoliberalna doktryna doprowadziła do tego, że w społecznym obrazie zawodu nauczycielskiego pojawia się coraz wyraźniejsze przekonanie, że jest to obsypywany podwyżkami darmozjad, cieszący się niesłusznymi przywilejami wynikającymi z zapisów Karty Nauczyciela. Wiedzę o pokładach niechęci do nauczycieli czerpać można z lektury forów internetowych, z podsłuchiwania rozmów w autobusach, ale także z rzekomo ambitnej prasy, gdzie przez długie lata „rozbudowane przywileje nauczycielskie” przedstawiano jako nieledwie główne źródło zła w systemie edukacji i – posłużmy się tą kalką – jego nieprzystosowania do wymogów współczesnego, elastycznego rynku pracy. O Karcie Nauczyciela oraz o jakości pracy objętych jej przepisami pracowników można i należy dyskutować, jak o wszystkim, co dotyczy sposobu funkcjonowania państwa i jego instytucji. Jednak w tym przypadku dyskusja przekształca się częstokroć w nagonkę, tym łatwiejszą do przeprowadzenia, im więcej na rynku pracy „elastyczności”, wymuszanej ręką wolnego rynku, twardą i niekoniecznie niewidzialną.
Kosztów takich nagonek, które uderzają również w innych urzędników, nie można wycenić, można się ich jedynie domyślać i je szacować. Nauczyciel, zdegradowany finansowo w latach 90., bywał później deprecjonowany moralnie. Jeśli uzyskiwał kolejne stopnie awansu zawodowego i zyskiwał większe zarobki, stawał się dla systemu finansowania oświaty ciężarem, a dla posługujących się neoliberalnym dyskursem – pasożytem.
Te procesy przenikały do jądra jego pracy, gdzie zdarzało mu się doświadczać poniżenia. I nie chodzi tu koniecznie o zakładanie na głowę kosza na śmieci. Uczniowie są ludkiem pojętnym i często okrutnym, niektórzy wiedzą, o czym rozmawiają i ile zarabiają ich rodzice. Trudno się dziwić erozji autorytetu nauczyciela w świecie, gdzie zawartość portfela uznawana jest za wartość najwyższą. Dyskomfort musiało pogłębiać to, że przytłoczony biurokracją i obsesją przygotowywania do testów nauczyciel miał coraz mniej czasu na osobiste spełnianie się w zawodzie i samokształcenie, do którego jest przecież zobowiązany.
Ale nauczyciel to nie tylko osoba, nie tylko zawód. Nauczyciel jest urzędnikiem. W życiu młodych ludzi właśnie on jest pierwszą instancją państwa, z którą się spotykają. A jakość spotkania ma niebagatelne znaczenie dla autorytetu tego ostatniego. Niestety, szkoła finansowo zdegradowana, szkoła „taniego państwa”, szkoła z przeceny, może oznaczać, że w powszechnym odbiorze na przecenę trafi także samo państwo, a wszelkie instytucje „utrzymywane z moich zbyt wysokich podatków” staną się łatwym celem dla wszelkich neoliberalnych populizmów.
Skądinąd, skoro już o populizmach mowa, nie ulega dla mnie wątpliwości, że próby budowania autorytetu szkoły, nauczyciela i państwa za pomocą przymusowego ubierania uczniów w mundurki, montowania kamer monitoringu oraz sankcji karnych, jak przed kilkoma laty, przez swoją doraźność i karykaturalność jedynie pogorszyły sytuację. Niestety, podobny pośpiech i doraźność obserwowaliśmy niedawno przy okazji wprowadzania ujednoliconego podręcznika dla klas pierwszych. Ten krok, wart docenienia, bo podważający dominację komercji w dziedzinie oświaty i świadczący o dostrzeżeniu popełnionych wcześniej błędów, rokuje dobrze, ale nie może być ostatnim. Kolejne uwidocznią, miejmy nadzieję, że państwo energicznie kształtujące publiczną oświatę działa w interesie wszystkich obywateli, także słabszych.
Ilekroć, tak jak teraz, myślę o kryzysie szkoły i państwa, przypomina mi się zdanie wypowiedziane przez francuskiego męża stanu Leona Gambettę. Wiedział on dobrze, jak wygląda kryzys państwa. Oglądał go z niecodziennej perspektywy, bo z gondoli balonu, którym jesienią 1870 r. uciekał z Paryża oblężonego przez Prusaków. Mając w pamięci tamtą traumę, formułował po latach postulat wynikający z jej przemyślenia: „Prawdziwym zwycięzcą pod Sedanem był pruski nauczyciel; nauczyciel francuski ma wygrać wojnę następną”. Z tego gruntu wyrosła reforma francuskiego szkolnictwa, oparta na paradygmacie republikańskiej edukacji obywatelskiej i laickości, kształtowana przez państwo, a później – wyraźnie oddzielająca sfery edukacji publicznej i prywatnej. Francuski system oświaty do dziś opiera się na zbudowanych wówczas podstawach. Byłem przez siedem lat nauczycielem we Francji i – proszę mi wierzyć – system ten, pomimo trudności, działa. A ja sam wyniosłem z niego i to wspomnienie, że nauczyciel francuski potrafi walczyć, także strajkiem, o szkołę, w której wolność, równość i braterstwo są nie tylko hasłami, lecz poważnie traktowanymi celami. Potrafi i chce, bo czuje się szanowany i społecznie chroniony, jeśli nawet nie zawsze jest dobrze opłacany.
Przytoczone słowa Gambetty wpadły mi w ucho po raz pierwszy dawno temu, na lekcji historii. Rzucone en passent przez nauczycielkę łączącą cechy erudytki, pruskiego belfra i Sokratesa. Dziś może zostałaby ze szkoły zwolniona, bo trzymała uczniów krótko, zawracała im głowy bezużyteczną wiedzą, niewpisującą się w tzw. klucz, a zamiast przygotowywać do egzaminów – uczyła. Odeszła ze szkoły po półtora roku tak, jak się w niej pojawiła – bez zapowiedzi, pozostawiając najlepsze wspomnienia i długi wdzięczności. Dziś wliczam do nich wyniesione z lekcji przekonanie, że polski nauczyciel także wygrywał swoje wojny i niejedną jeszcze może wygrać. Bo nie tylko Francuzi wyciągali w przeszłości wnioski ze swoich klęsk i niepowodzeń. Polska historia roi się od nich, ale nie brakuje w niej także nauki wyciąganej z porażek. Zastanawiające jest, jak często odpowiedzią na narodowe klęski były inicjatywy edukacyjne. Komisja Edukacji Narodowej, tajne komplety, poradniki dla samouków, strajki szkolne, latające uniwersytety – to wszystko działo się często w sytuacjach zagrożenia lub upadku własnej organizacji państwowej, a więc w warunkach skrajnie trudnych. Dziś nasza sytuacja jest lepsza o tyle, że narzędzia kształtowania polityki instytucji publicznych mamy w zasięgu ręki. Wobec ich kryzysu i rozkwitu antypaństwowych populizmów przypomnijmy sobie o etosie polskiego nauczycielstwa oraz państwowotwórczej roli edukacji, bo wielokrotnie już nauczyciel zastępował wszystkich urzędników, a szkoła – całe państwo.
Na początek powinniśmy jednak otrzeźwieć i przypomnieć sobie, że klasa szkolna to przyszłe społeczeństwo. I że państwo musi zapracować w niej na szacunek – prowadząc politykę nie tylko symboliczną, ale i społeczną. Jeśli wycofa się z klasy szkolnej, ryzykuje wymazanie się z przyszłości. Dlatego nie stać nas ani na tanie państwo, ani na tanią szkołę. Państwo musi wrócić do szkoły, zająć miejsce, które opuściło, i wyraźnie powiedzieć: „Obecny!”.
przez Łukasz Stec | poniedziałek 8 grudnia 2014 | opinie
Czy nie-emigranci mogą zrozumieć emigrantów? Czy polskie myślenie o emigracji zawsze będzie mieć cechy systemu zero-jedynkowego, w którym te dwie cyfry wiążą się albo ze zmywakiem, albo z milionem dolarów?
W 2008 r. na ekranach polskich kin pojawił się film „Lejdis” Tomasza Koneckiego. Jedyna scena z tej produkcji, jaka utkwiła mi w pamięci, to fragment, kiedy jedna z bohaterek poznając pewnego mężczyznę dowiaduje się, że ten przez kilka lat mieszkał w Londynie i pyta go z lekką pogardą w głosie: Zmywak? Jej rozmówca pracował w Anglii jako grafik komputerowy, a sama scena dość wyraziście przedstawiła jedną z dwóch dominujących percepcji emigracji w Polsce. To podejście, według którego emigracja wiąże się wyłącznie z takimi słowami jak „zmywak”, „porażka”, „ucieczka”, „nieudacznik”. Tu emigrantem może być tylko osobą, której „nie wyszło” w płynącej mlekiem i miodem krainie nad Wisłą, przez co zmuszona była wyjechać do kraju obcego i okropnego, w którym zresztą nie mieszka, lecz „siedzi”. Na gruncie semantycznym bardzo często stosowane wyrażenia typu „Tomek siedzi w Londynie”, „Anka siedzi w Stanach” są ciekawe, choć proste w interpretacji, w dość wyrazisty sposób wiążąc emigrację z czymś, na co jest się skazanym, czymś, czego doświadcza się za karę, lub mówiąc wprost – z więzieniem.
W ten nurt wpisać można również swego czasu bardzo popularny w polskich mediach temat „eurosieroctwa”. Socjolodzy szybko określili go mianem siania paniki moralnej, opartej na generalizowaniu pewnych pojedynczych przypadków, a następnie ich wyolbrzymianiu.
Istnienie tej silnej tendencji w pisaniu o zjawisku emigracji nie może dziwić. Przyczyn jego pojawienia się można szukać zarówno na gruncie psychologicznym, jak i społeczno-politycznym. Uprawiające przez ostatnie lata propagandę sukcesu polskie media przestały opisywać rzeczywistość, a zaczęły stwarzać ją na nowo. Za przykład może tu posłużyć materiał informujący użytkowników pewnego bardzo popularnego portalu o tym, że w krakowskich hotelach i hostelach można zarobić więcej niż w ich odpowiednikach w Dublinie. Tak się składa, że osobiście znałem pracowników branży hotelarskiej w obu zestawianych miastach. Zwykły recepcjonista w Dublinie zarabiał równowartość ok. 7 tys. złotych, natomiast menedżer hostelu w Grodzie Kraka – 900 złotych na umowę zlecenie. Potrzeba zatem niezwykłej wyobraźni lub jakiejś równoległej, alternatywnej matematyki, by sytuację tę przedstawić dokładnie odwrotnie. Tezy równie absurdalne pojawiały się w ramach rządowych akcji mających skłonić emigrantów do powrotu nad Wisłę. Jednym z głównych punktów programu było porównywanie cen różnych produktów w Polsce i w Londynie. W zapomnienie poszły kwestie zarobków, nie mówiąc o kulturze pracy czy relacji pracodawca-pracownik. Mało tego, zapomniano, że w Polsce droższe są chociażby odzież, samochody, komputery czy sprzęt RTV. Nagle atutem Polski miała być niższa niż w Anglii cena… marchewki. Argument w sam raz, kiedy zabraknie pod ręką kija.
Podobnie było w przypadku przedstawiania kryzysu w Europie Zachodniej. Obecnie temat przestał być w Polsce tak nośny, jednak sposób prezentowania go przez długi czas trwale uformował przekonania części mieszkańców naszego kraju. Wedle tej wizji Polska jest krajem stabilnym, konsekwentnie zmierzającym ku arkadyjskiej szczęśliwości, a Europa Zachodnia to ziemia niepewna, targana wewnętrznymi konfliktami z mniejszościami etnicznymi spoza kontynentu i zmagająca się z upiornym kryzysem ekonomicznym.
O ile dostrzegam jeszcze istnienie wśród współobywateli obaw przed emigracją i stereotypów o przerażającym życiu na obczyźnie, o tyle wątpię, czy ktokolwiek jeszcze wierzy w istniejącą w Polsce Arkadię lub choćby nawet normalność tego miejsca. Tu po prostu ludzie tak przyzwyczaili się do życia w kryzysie, że nawet nie zwracają już na niego uwagi. Od 1939 roku było wystarczająco dużo czasu.
przez Tereza Stöckelová | poniedziałek 1 grudnia 2014 | opinie
Wbrew temu, co głosi znany mit o niewidzialnej ręce, wolny rynek nie jest źródłem innowacyjności. Kluczowym graczem w zakresie innowacji technologicznych i gospodarczych jest państwo.
Włoska ekonomistka Mariana Mazzucato w zeszłym roku opublikowała książkę, w której broni państwa jako kluczowego gracza w zakresie innowacji technologicznych i ekonomicznych. W swej empirycznie ugruntowanej analizie polemizuje przede wszystkim z rozpowszechnionymi mitami, głoszącymi, że inicjatorem innowacji i „wytwórcą bogactwa” społeczeństwa jest w pierwszym rzędzie sektor prywatny. Zabiera tym samym głos w debacie na temat pożądanego stopnia redystrybucji. W tej debacie państwo niejednokrotnie zostaje zredukowane zaledwie do roli regulatora redystrybuującego bogactwo wytworzone przez innych graczy społeczno-ekonomicznych. Zdaniem Mazzucato, innowacyjność oraz dystrybucję zasobów – które we współczesnej ekonomii są analizowane i ujmowane oddzielnie – należy zacząć badać oraz zarządzać nimi w ścisłym powiązaniu, jak czynili David Ricardo lub Karol Marks. Właśnie takie podejście – a nie jedynie często przywoływane przez lewicę przejście od gospodarki finansowej do „realnej” – może rozwiązać współczesne problemy gospodarczo-polityczne państw zachodnich.
Prywatyzacja zysków
Spójrzmy na jeden z przykładów. Jest nim firma Apple, którą często podaje się jako przykład ducha przedsiębiorczości, gorliwej pilności i niewyczerpanej wyobraźni jednostki i jej prywatnego przedsięwzięcia – jak ujmuje to słynne powiedzenie Steve’a Jobsa: Stay hungry, stay foolish [dosł. Pozostań nienasycony, pozostań niemądry; zawsze odczuwaj ciekawość, by osiągnąć więcej i nauczyć się więcej – fraza zachęcająca do utrzymania stanu umysłu otwartego na uczenie się nowych rzeczy, innowacyjność w myśleniu – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. Mazzucato jednak pokazuje, że wszystkie kluczowe technologie, na których bazuje święta trójca apple’owskich kasowych hitów: iPod, iPhone oraz iPad, czyli Internet, GPS, mikroelektronika oraz ekran dotykowy, były przez kilka dekad rozwijane dzięki decydującemu udziałowi środków publicznych. Autorka książki nie zamierza odmawiać firmie zasług w sposobie wykorzystania innowacji technologicznych, lecz domaga się uznania zasadniczej roli państwa w stymulowaniu innowacyjności oraz przekonuje, by z tego faktu wywieść konsekwencje ekonomiczno-polityczne.
Skoro Apple czerpał korzyści z rozwoju i badań finansowanych przez amerykańskich podatników, to co oddaje im w zamian? Zwyczajową odpowiedzią na to pytanie są miejsca pracy wytwarzane przez firmy odnoszące sukces oraz płacenie podatków od zysku. W czasach globalizacji rynku pracy i hipermobilności kapitału taka odpowiedź jednak nie przekonuje. Mazuccato podkreśla, że w samych Stanach Zjednoczonych Apple wytwarza stosunkowo mało miejsc pracy, co więcej – są to miejsca słabo opłacane. Według obliczeń ekonomistki, w 2012 r. wartość rocznych dochodów dziewięciu top menedżerów spółki była równa wartości rocznych dochodów 15 tysięcy pracowników sprzedaży. Jeśli zaś chodzi o podatek dochodowy, to tutaj firma wykazała się dużą dawką innowacyjności przede wszystkim w tym, jak unikać obowiązku płacenia podatków lub jak radykalnie zaniżyć ich wysokość.
Mazuccato nie opisuje wspomnianych zjawisk po to, by wywoływać skandal związany z Apple. Spółka bowiem nie robi nic szczególnie wyjątkowego, a jedynie uosabia pewien systemowy problem, który w pewnych sektorach gospodarki (np. w przemyśle farmaceutycznym) jest o wiele poważniejszy. Współczesna polityka wspierania badań, rozwoju i innowacyjności funkcjonuje – podobnie jak świat finansów – z jednej strony na zasadzie uspołeczniania kosztów, strat i ryzyka, a z drugiej na zasadzie prywatyzacji zysków. Nawet jeśli pominiemy kwestię sprawiedliwości społecznej i skupimy się wyłącznie na ekonomii, należy postawić pytanie, skąd państwo ma w takich warunkach pozyskiwać środki wspierające badania i rozwój nowych przełomowych technologii (dziś przede wszystkim pilnie potrzebnych źródeł zrównoważonej energii).
Lata pracy, dojrzewania i dostrajania
Co należy robić, by słowa Jobsa o nienasyceniu i braku mądrości nie spełniły się w swym najgorszym, dosłownym sensie? Jak państwa mogą się wyswobodzić ze śmiertelnej pętli uspołeczniania kosztów i prywatyzacji zysków? Rozwiązanie z pewnością nie polega na okrajaniu budżetów i wycofywaniu się ze wspierania badań, rozwoju i innowacyjności na ich decydujących etapach. W przełomowych innowacjach technologicznych drugiej połowy XX wieku państwa odegrały zasadniczą rolę. To właśnie one określały wizje i programy, do których później nawiązywały prywatne spółki i z których, w razie sukcesu, czerpały korzyści. Prywatne firmy oraz kapitał wysokiego ryzyka nie są bowiem tak skłonne do podejmowania śmiałych przedsięwzięć, jak często chętnie deklarują. Podczas gdy innowacje wymagają lat pracy, dojrzewania i dostrajania, kapitał korporacyjny jest „niecierpliwy” i wycofuje się, jeśli stosunkowo szybko nie pojawiają się zyski.
Włoska ekonomistka przeprowadza argumentację na dwóch płaszczyznach. Należy przede wszystkim skończyć z reprodukowaniem mitów o skostniałym i nieudolnym państwie, które hamuje innowacyjność, a najwyżej potrafi jej nie przeszkadzać. Tego rodzaju dyskurs jest niebezpieczny, ponieważ odstręcza od państwa potencjalnie zdolnych i w najlepszym tego słowa znaczeniu przedsiębiorczych pracowników. Zdaniem Mazzucato, najbardziej skuteczne gospodarki kapitalistyczne charakteryzują się koegzystencją z aktywnym państwem, które nie boi się ryzykownych inwestycji. Jednak to sektor prywatny, który w końcu wprowadza innowacje na rynek, zazwyczaj rości sobie prawo nie tylko do finansowego, lecz także do symbolicznego uznania.
Równie ważne są wszakże bezpośrednie korzyści finansowe, które powinny stać się udziałem państwa. Jakie rozwiązania wchodzą w grę, skoro polityka podatkowa nie wystarcza? Mazzucato proponuje trzy rozwiązania, jednocześnie podkreślając, że nadal znajdujemy się na samym początku debaty. Pierwsze polega na „złotej akcji”, która gwarantowałaby państwu udział we własności intelektualnej patentów powstałych dzięki wsparciu budżetów publicznych, oraz na narodowym „funduszu innowacji”, do którego spływałyby zyski z wydawanych licencji. Drugie rozwiązanie polega na „pożyczkach zależnych od przyszłych dochodów” udzielanych firmom, podobnie jak ma to miejsce choćby w Wielkiej Brytanii w przypadku pożyczek studenckich na pokrycie czesnego. Jeżeli państwo bezpośrednio wspiera prywatne firmy na pewnym etapie badań, rozwoju i komercjalizacji innowacji, jak dziś często się dzieje, to w razie sukcesu projektu powinno mieć bezpośrednie prawo do części zysku w postaci spłaty pierwotnego finansowego wsparcia lub też w postaci akcji danej spółki (w ten właśnie sposób Finlandia uzyskała udziały w spółce Nokia). Trzecim rozwiązaniem jest dalszy rozkwit zarządzanych przez państwo banków rozwoju, które obecnie z powodzeniem działają w Niemczech, Brazylii czy Chinach.
Imitacja mitów czy strategii zakończonych sukcesem?
Zarówno w Czechach, jak i w innych krajach europejskich, od wielu lat trwa debata na temat pożądanej formy polityki innowacyjnej i publicznego wsparcia badań i rozwoju. Zwykle przedstawiciele firm prywatnych zabiegają o to, by podnosić wysokość finansowego wsparcia pochodzącego z budżetów publicznych (np. z rządowych agencji rozwoju lub Ministerstwa Gospodarki), a jednocześnie ograniczyć wsparcie dla „bezużytecznych” badań podstawowych. Natomiast pracownicy akademiccy zatrudnieni w publicznych instytucjach badawczych i na uniwersytetach są zazwyczaj przeciwni wspieraniu podmiotów prywatnych, argumentując, że państwo powinno w pierwszym rzędzie finansować badania podstawowe oraz ewentualnie współpracę sektora publicznego z przemysłem. Co do takiej, w dużej mierze jednostronnej debaty mogą wnieść analizy Mariany Mazzucato oraz innych autorów, do których ona nawiązuje? W pierwszej kolejności państwo musi zacząć odgrywać rolę aktywnego pioniera i motoru napędowego innowacyjności. Wsparcie ze strony państwa nie może ograniczać się tylko do badań podstawowych – powinno oferować taką możliwość na wszystkich etapach skomplikowanego procesu innowacji. Jednocześnie należy rozwijać konkretne mechanizmy pozwalające na to, by część zysków z projektów wspieranych przez państwo, które zakończyły się sukcesem, przekazać z powrotem do budżetów publicznych (np. rządowe agencje rozwoju mogłyby funkcjonować w trybie pożyczek zależnych od przyszłych dochodów).
Mazzucato nie jest antykapitalistką – w swoim zainteresowaniu wartościami ekonomicznymi pozostaje czystej krwi ekonomistką, czym niewątpliwie będzie drażnić niejednego lewicowca. Z kolei poprzez burzenie mitów o produktywności sektora prywatnego i autonomii rynku zadaje bolesne rany mitom obecnym na prawicy. Z reakcji na jej książkę, które można znaleźć tak w dzienniku „Independent”, jak i w pismach „Financial Times” czy „Economist”, a także z faktu, że jest konsultantką aktualnego rządu oraz gabinetu cieni w Wielkiej Brytanii oraz instytucji unijnych, zdaje się wynikać, że ostatecznie muszą traktować ją poważnie wszystkie obozy. My także, we własnym interesie, powinniśmy to zrobić.
Tereza Stöckelová
Tłum. Krzysztof Kołek
Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie www.a2larm.cz – czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 24 listopada 2014 | opinie
To był początek transformacji. Świetny czas dla nastolatka. Żyło się nagle lepiej, żyło się weselej. W małym wiejskim sklepie spożywczym, który w poprzednich latach miewał problemy nawet z zaopatrzeniem w chleb (na zapisy) i mięso (na kartki) pojawiło się nagle mnóstwo śmieciowych zachodnich słodyczy. Realny socjalizm ustępował pod naporem żelków Haribo, powszechnie dostępnych bananów, spodni „marmurków” i polskiej edycji pisma „Bravo”. Wolność zmaterializowała się także w postaci genitaliów płci obojga, malowanych przez uczącą się (życia) młodzież na ścianach dworca PKP w Czempiniu. Blakły za to na murach, mało już ważne, graffiti z Leninem z fryzurą punkowca i osowiałym generałem w ciemnych okularach. Raptem prawie wszystko było prawie wszystkim wolno – wypożyczać pornole w wyrosłych jak grzyby po deszczu punktach z pirackimi kasetami wideo, organizować akademie na 11 listopada, głośno wyklinać komuchów i solidaruchów, popierać Stanisława Tymińskiego, przywozić z Zachodu stare samochody, bogacić się. Wolno też było sprzedawać z łóżek polowych szybko psujące się azjatyckie dwukasetowe magnetofony, które wciągały taśmę jak rockowa gwiazda kreski. Wolno było stracić pracę bez reakcji odpowiednich, zmurszałych instytucji. Było to na tyle zachwycające, że w euforii masowo zwalniano ludzi, którzy z nadzieją czekali właśnie na swoje sto milionów.
W ten piękny czas podróżowałem z rodzicami pociągiem do Leszna albo Poznania. W niebiesko-żółtej jednostce z wiśniowymi obiciami z dermy dosiadła się do nas kobieta, jak się okazało – lekarz stomatolog. Ucięła sobie kolejową rozmówkę z moją matką, nauczycielką, i od słowa do słowa zeszło na stan uzębienia uczniów. Były to czasy, gdy powszechna fluoryzacja i wizyty lekarza i pielęgniarki powoli odchodziły w przeszłość, pewnie nie tylko w mojej podstawówce. Pani stomatolog stwierdziła, że to żaden problem, bo teraz każdego będzie już stać pójść prywatnie do dentysty i leczyć zęby. Na grzeczną uwagę, że są przecież rodziny, których jednak na to nie stać, lekarka odparła: „zawsze jest jakaś patologia”.
Atmosfera zrobiła się nieco ciężkawa, a przynajmniej ja, w sile swoich trzynastu czy czternastu lat, poczułem się zirytowany. Bo z jednej strony wiedziałem co to „patologia” na pegeerowskiej wsi, z drugiej coś mi w tej argumentacji mocno nie pasowało. Pani wysiadła gdzieś po drodze, pozostawiając rodzinę homosovieticusów z dobrą nowiną o kapitalizmie, który odbije się pozytywnie na uzębieniu narodu. I z nadzieją, że ze zdrowymi siekaczami, kłami, przedtrzonowymi i trzonowymi każdy porządny obywatel wgryzie się w świeżą dostawę perspektyw i nowych możliwości.
Ale co z tą „patologią”? Po tylu latach chyba już można napisać. Dobrze pamiętam zwłaszcza rodzinę pełną płowowłosych dzieci, chłopców i dziewczynek, których głowy po wizycie szkolnej higienistki zawsze zabarwione były na mocny fiolet. To był efekt użycia jakiegoś środka przeciw wszawicy. Wielkie, sine plamy na głowach – dobitne potwierdzenie stygmatyzacji, dość regularnie doprawianej docinkami rówieśników. A zatem: biedna rodzina szeregowego pracownika PGR. Nie wiem, czy był tam alkohol w ilościach większych niż w innych domach. Ojca, chyba jedynego żywiciela rodziny, dość szybko zwolniono, gdy PGR upadał. I jeszcze jedno: mieliśmy w okolicy tzw. piaskownię, miejsce wydobycia piasku, strome zbocze z gliniankami, żółtawo-mętnymi oczkami wodnymi, w których latem kąpały się dzieciaki, choć rodzice i nauczyciele ostrzegali przed tym miejscem. Któregoś dnia masy piasku przysypały jedno z tych dzieci o blond-fioletowych włosach i nie udało się go odratować. Jak byśmy przenieśli się do jednej z nowelek XIX-wiecznych pozytywistów.
Druga rodzina miała bogatą przeszłość kryminalną – Milicja Obywatelska (a później policja) znała dobrze zarówno ojca, jak i dorastających synów. Przesiedlani z miejsca na miejsce, wreszcie trafili w nasze okolice. Kilkoro dzieci. Ojciec – wysoki mężczyzna. Matka – zaszczuta, przedwcześnie postarzała kobieta. Alkohol, noże, bójki, kradzieże. Powszechna niechęć małej społeczności. Pewnego razu, w środku zimy, nocą, dwie małoletnie dziewczynki zapukały do drzwi dyrektora okolicznej szkoły podstawowej. Ich ojciec się do nich dobierał, nie pierwszy raz.
To było dobrych dwadzieścia lat temu. Dzieci zmieniły się w dorosłych. Stare biedy stopniowo przybrały nowe formy, do wyobraźni społecznej weszły i nabrały „mocy urzędowej” terminy takie jak wykluczenie, rozwarstwienie, wyuczona bieda, strukturalne bezrobocie. Wstydliwe aspekty transformacji, z którymi wciąż sobie nie poradziliśmy – podobno dlatego że mamy za mało kapitalizmu w kapitalizmie. Dentystka pewnie dawno już nie jeździ podmiejskimi pociągami. Żyje się jej teraz jeszcze lepiej, żyje się jeszcze weselej. A dzięki jej wytężonej pracy na rzecz wolnorynkowej stomatologii dzieci pewnie nie mają już socjalistycznych dziur w zębach ani peerelowskiej próchnicy. Przynajmniej niektóre dzieci. Przynajmniej niektórzy dorośli.
III Rzeczpospolita okrzepła. Podział na bogatych i biednych, bogatszych i biedniejszych, najbogatszych i najbiedniejszych, stał się istotną częścią polskiego krajobrazu. A wraz z tym podziałem przyjęły się społeczne i państwowe strategie, które sprawiły, że III RP stała się Trzecią Rzeczą Wykluczającą. Jeśli cię nie stać na prywatne przedszkole, opiekunkę dla dziecka i trzypokojowe mieszkanie – twój problem. Jeśli twoje dzieci nie dojadają – to twój problem. Jeśli źle się urodziłeś – twój problem. Jeśli stoisz w bardzo długiej kolejce do lekarza – twój problem. Jeśli z przerażeniem obserwujesz, że znikają połączenia kolejowe i autobusowe, dzięki którym miałeś w miarę sensowny dojazd do pracy – twój problem. Jeśli zarabiasz grosze w małej pipidówce, której nie chcesz opuścić, bo to twój świat – twój problem. Jeśli nie jesteś dość elastyczny i nie umiesz, nie chcesz rozpychać się łokciami – twój problem. Jeśli w wielkim mieście oglądasz codziennie cudzy luksus w drodze do najtańszego spożywczaka – twój problem. Jeśli wiesz, że musisz być posłuszny i dyspozycyjny aż do granic głęboko frustrującego podporządkowania cudzej woli, aż do przekroczenia granicy, za którą twoja żona/twój mąż i dzieci będą traktować cię w domu jak gościa, bo przez najbliższe dekady masz do spłacenia kredyty – to wyłącznie twój problem. A może jesteś „patologią”?
Tu ktoś powie: ale przecież istnieje prawdziwa patologia i prawdziwy margines. Czy na tych ludzi także mamy łożyć nasze ciężko zarobione pieniądze, my, ludzie zaradni, zapracowani, którym niedziałające państwo chce zabrać ile wlezie? Co nas obchodzą dzieci z małżeństw kryminalistów albo nieudaczników życiowych? Co nas obchodzi ten świat kilka pięter niżej, skoro mamy swoje problemy i swoje, nie do końca zrealizowane, ambicje, a w dodatku codziennie prześladuje nas socjalizm? My chcemy więcej wolnego rynku, dzięki któremu z całą pewnością biedniejszym też się coś dostanie. A poza tym taki już jest ten świat, więc nigdy więcej komunizmu.
Tego typu argumentacja jest dziś niemal wszechobecna i stanowi jeden z istotnych motywów blokujących dyskusję o innych modelach polskiej transformacji/modernizacji. Ale tu pojawia się kwestia znacznie bardziej istotna. Otóż błędem byłoby uznać, że złemu realnemu liberalizmowi Trzeciej Rzeczy Wykluczającej przeciwstawiać zamierzam dobry PRL-owski realny socjalizm. Cały dramat polegał na tym, że z lat 80. wychodziliśmy z bardzo mocno zdewastowaną przestrzenią społeczną i instytucjonalną. Pomocowe funkcje państwa już wówczas były nieefektywne i biurokratyczne (i oczywiście głęboko niedofinansowane), choć możemy dziś żałować, że tak łatwo rozmontowano to, co zasługiwało na uratowanie – jak np. powszechną opiekę lekarską w szkołach.
Całościowo mogło się wtedy wydawać, że państwo jest (nad)opiekuńcze, choć w istocie jego „logistyka” względem ubogich i najuboższych oraz zdolności redystrybucyjne pozostawały daleko w tyle za osiągnięciami i rozwiązaniami stosowanymi w państwach dobrobytu Europy Zachodniej i Skandynawii. Bardzo niski był także poziom samopomocy społecznej, a na terenach pegeerowskich (i nie tylko tam) z oczywistych przyczyn bardzo słabe były też organizacje obywatelskie. Gdy do tego wszystkiego dołożył się szok transformacji, spowodowało to wielkie osamotnienie całych połaci kraju, któremu towarzyszyła stygmatyzacja ze strony wielkomiejskich elit. A ponieważ wtedy niemal wszyscy mieli stosunkowo niewiele, to mogło się wydawać, że w latach 80. istniała polityka na rzecz społeczno-gospodarczego egalitaryzmu. Ale tak naprawdę był to system masowej pauperyzacji, poza którym pozostawała tylko stosunkowo nieliczna grupa beneficjentów schyłkowego PRL – zarówno partyjnych, jak i tych, którzy reprezentowali sektor prywatny, mocno zresztą powiązany z państwem licznymi układami środowiskowo-rodzinnymi.
U początków III RP przyjęto, że prędzej czy później to rynek przejmie lub zastąpi funkcje pomocowe, niwelujące choćby skutki coraz powszechniejszego bezrobocia. Ludzie zaczną się bogacić, a wtedy – przekonywano – zniknie wiele kłopotów, bo niemal każdego będzie stać na „kupienie sobie” wyjścia z problemów. Z drugiej zaś strony – bardzo doraźnie i dla uspokojenia społecznych nastrojów – zaproponowano słynną kuroniówkę oraz protezy rozwiązań socjalnych, czyli wczesne emerytury i renty (te ostatnie później zaczęto ludziom masowo odbierać).
Co do swojej zasady ta filozofia wciąż powszechnie obowiązuje w Polsce. Polityka społeczna jest doraźna i nieprzemyślana, a wiara w samodiagnozujące się i samonaprawiające mechanizmy rynkowe przemawia do wyobraźni polityczno-partyjnej i ogólnospołecznej. Stąd też logika, wedle której państwo polskie coraz mniej wymaga od wąskiej grupy beneficjentów przemian (coraz więcej im oferując), a coraz mniej ma do zaproponowania pracownikom najemnym, rolnikom i innym najliczniejszym grupom społecznym. A że równocześnie przepływ unijnych środków finansowych umożliwia markowanie działalności urzędów pracy, można odnieść wrażenie, że polityka społeczna wciąż istnieje. Z tym że jej realna nieefektywność i fasadowość dodatkowo pogłębia niezadowolenie Polaków z własnego kraju. Bo ostatecznie Trzecia Rzecz Wykluczająca prowadzi przede wszystkim politykę wypychania poza obręb swojego zainteresowania i troski coraz większą części społeczeństwa. I stąd też gniew ludzi z prawie-klasy-średniej, np. ojców i matki z rodzin wielodzietnych, którzy wciąż nie są dość biedni, by załapać się na ochłapy socjalu i nie dość bogaci, aby bezpiecznie odetchnąć na swoim. Drażni ich, że nie mogą zapewnić dzieciom tego wszystkiego, co w ich wyobrażeniu powinno być w zasięgu portfeli. Dlatego z reguły chcą dla siebie więcej ulg, bez refleksji, że o wiele szerszym problemem jest polski system antydystrybucji. W Trzeciej Rzeczy Wykluczającej otrzeć się o beznadzieję jest naprawdę łatwo i same tylko ulgi niewiele pomogą w sytuacji większego zagrożenia. Wystarczy na kilka miesięcy wypaść z rynku pracy, albo przez nieco dłuższy czas nie załapać się na sensowną podwyżkę. Nie pytaj przeto, kto jest patologią, bo w takich warunkach i ty możesz nią zostać.
A co z dziećmi i młodzieżą z rodzin dotkniętych przemocą i nałogami, kryminalnym piętnem? Co z samotnymi matkami i ojcami z bardzo różnych grup społecznych, którzy muszą pogodzić rodzicielstwo z radzeniem sobie w takich realiach społeczno-gospodarczych i kulturowych? Tu jedyną odpowiedzią ze strony państwa jest w gruncie rzeczy prywatyzacja pomocy, czyli znów brak kompleksowych rozwiązań, które – przykładowo – wiązałyby samopomoc społeczeństwa obywatelskiego z dalekosiężnymi rozwiązaniami proponowanymi przez bardziej odpowiedzialne państwo. Przykładowo, rzadko mówi się u nas o tym, że w Norwegii jedną z najważniejszych organizacji prowadzących we współpracy z instytucjami publicznymi działalność na rzecz wykluczonych jest YMCA. Dodatkowo skutecznie wmówiono Polakom, że przecież model skrajnie urynkawiający rzeczywistość jest powszechnie akceptowanym na Zachodzie standardem, co w najlepszym razie jest naiwnym wyobrażeniem, a w najgorszym – cynicznie rozpowszechnianym kłamstwem.
Na koniec dwa cytaty. Pierwszy z „Dziecięcej choroby liberalizmu”, pióra Rafała Wosia. Książka ta stanowi ewenement w rodzimej publicystyce gospodarczej – rzecz napisana dobrze i lekko, bez naleciałości ideologicznych żargonów, a przy tym mocno na bakier z oficjalnymi, neokolonialnymi sloganami. Na jej kartach czytamy: jeden z najważniejszych argumentów przeciwników polskiego państwa dobrobytu brzmi tak: budować na Wisłą państwa opiekuńczego nie warto, bo sam bogaty Zachód od tego odchodzi. Dowodem mają być cięcia wydatków rządowych w krajach południa Europy czy Wielkie Brytanii. Tymczasem pogłoski o śmierci zachodniego państwa dobrobytu są mocno przesadzone. Jest dokładnie odwrotnie. Najlepiej przez kryzys przechodzą te gospodarki, które mają sprawne państwa socjalne – poddane tylko lekkiemu liftingowi – takie jak Niemcy czy Szwecja. Tamtejsze reformy były zmianami racjonalizatorskimi, nie zaś podważeniem całego fundamentu. I jeszcze jeden cytat z portalu ObserwatorFinansowy.pl: Prof. Ha Joon Chang z Cambridge University w książce „23 rzeczy, których nie mówią ci o ekonomii” pisze, że jego zdaniem duży poziom bezpieczeństwa socjalnego nie tylko nie rozleniwia ludzi, ale sprawia, że są oni bardziej otwarci na zmiany. Akademik porównuje to do jazdy samochodem z dobrymi hamulcami. Tylko wówczas pojedziemy nim szybko, gdy będziemy pewni, że możemy szybko wyhamować. Zdaniem prof. Changa to właśnie wysoki poziom zabezpieczenia socjalnego jest jednym z głównych powodów, dla którego większość krajów skandynawskich rozwijała się w ostatnich latach szybciej, niż USA, gdzie ochrona przed zwolnieniem jest na niskim poziomie. Na przykład w latach 2000-2008 średni wzrost PKB był w Szwecji na poziomie 2,4 proc. rocznie, w Finlandii 2,8 proc. a w USA 1,8 proc.
Gospodarka i wskaźniki to jedno. W polskich warunkach jakakolwiek zmiana będzie możliwa dopiero wtedy, gdy nadający ton debacie publicznej i wyobrażeniom społecznym głosiciele sloganów o wolnym rynku jako samoregulującym się generatorze ogólnego dobrobytu zrozumieją, że to właśnie ich ulubiona ideologia stoi u źródeł Trzeciej Rzeczy Wykluczającej.
przez Piotr Wójcik | wtorek 18 listopada 2014 | opinie
Okazuje się, że w czymś jesteśmy naprawdę dobrzy. Istnieje konkurencja, w której Polska należy do ścisłej światowej czołówki. Jako wolnorynkowi neofici od 25 lat mamy kompleks bycia docenianymi w kapitalistycznym wyścigu, dlatego z uwagą śledzimy wszelkie rankingi i analizy, które potwierdzą skuteczność naszych starań. I właśnie dlatego hucznie obchodzimy każdy skok o kilka pozycji w corocznym raporcie Doing Bussiness, wskazujący, że zagranicznym korporacjom jeszcze łatwiej jest zarabiać w naszym kraju wielkie pieniądze. Z tego samego powodu pieszczotliwie celebrujemy każdy ciepły artykuł o nas w „The Economist”, dzięki któremu możemy się przekonać, że jesteśmy prymusem przemian w naszym trudnym regionie, sprawiającym od lat głównie problemy. Nic dziwnego, że gdy pojawiła się na horyzoncie konkurencja, która leży jak najbardziej w naszym zasięgu, jest w sumie dosyć prosta, a jednocześnie w globalnych zawodach niezwykle istotna, postanowiliśmy być w niej najlepsi. Jaka to konkurencja? „Ustanawianie reżimu elastyczności”. W skrócie – uelastycznianie.
Mniej więcej od lat 80. XX wieku (a w zasadzie to już od drugiej połowy 70.) zachodnia gospodarka zmieniła swój paradygmat. Jej głównym motywem i zasadą przestało być już zaspokajanie potrzeb całej społeczności, a stało się osiąganie przeróżnych „wymiernych celów”, zawartych w liczbach, wykresach i tabelkach, takich jak poziom inflacji czy tempo wzrostu PKB. Przy okazji nadal zaspokaja się potrzeby, jednak są to potrzeby dużo bardziej wybujałe i najczęściej dotyczą już tylko wąskich grup ludzi. Coraz bardziej wyśrubowane cele potrzebowały nowego wymiaru efektywności, a ten wymagał pełnej elastyczności – tak, aby już nigdy żadna minuta opłacanej pracy nie zmarnowała się pod postacią relaksującej chwili patrzenia się w sufit czy spokojnego wypicia ciepłej kawy. Powstało więc zjawisko pracy just-in-time, dostarczanej w idealnym momencie i w idealnych proporcjach, a opłacanej tak, by broń Boże nie przepłacić ani dolara. Wraz z nim pojawiły się tabuny prekariuszy, czyli ludzi całe dnie siedzących jak na szpilkach z ręką na telefonie, czekających na łaskawy znak od pracodawcy, że dziś mogą przyjechać popracować w takim i takim czasie, ale muszą stawić się na miejscu równo za półtorej godziny. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, to niech popracuje choćby miesiąc za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej. Ten odczłowieczony system wyprodukował tabuny ludzi żyjących od zlecenie do zlecenia, bez jakiejkolwiek możliwości długoterminowego planowania, nie mówiąc już o takich fanaberiach jak założenie rodziny czy rozwój zawodowy. Ewentualnie, jak już naprawdę dobrze pójdzie, pracują na dwuletniej umowie o pracę, którą w każdej chwili pod byle pretekstem mogą stracić z dwutygodniowym wypowiedzeniem, trwając w napięciu aż do ostatniego dnia umowy – bo oczywiście nikt im wcześniej nie zdradzi, jakie są plany firmy wobec nich. To właśnie jest prekariusz – człowiek poddany reżimowi tymczasowości i elastyczności pod dyktando współczesnej gospodarki, której cele już dawno oddzieliły się od potrzeb większości ludzi.
Od czasu nastania jedynowładczych rządów efektywności wszelkie postulaty wskazujące na potrzebę stabilizacji zatrudnienia są szybko zbywane argumentem mówiącym, że na takich zasadach zatrudniać się nie da, bo „wymagania rynku nie pozwalają”, „sytuacja jest zbyt zmienna” itd. Mało kto zwraca uwagę na niewygodny fakt, że przez okres kilkudziesięciu lat po wojnie jakoś się dało – praca była stabilna, pracownicy spokojni o swój o byt, a gospodarka miała się świetnie. Nie przynosiła ona jednak wtedy tak bajońskich sum pracownikom sektora finansowego, szefom międzynarodowych korporacji czy innym CEO, dyrektorom generalnym, wykonawczym etc. A to wyżej wymienionych wyjątkowo uwierało, więc ochoczo skorzystali z szansy, jaką dała im globalizacja, by zainspirować procesy, które zmieniły ten stan. Swoją drogą: w którym kierunku jako ludzkość idziemy, skoro argument egzystencjalny („tak się nie da żyć!”) przegrywa sromotnie z argumentem rentowności („nie ma na to pieniędzy”)?
Właśnie w tej konkurencji staliśmy się zawodnikiem klasy światowej. We wszystkich rankingach badających elastyczność zatrudnienia nasz kraj plasuje się w ścisłej czołówce, a w wielu z nich prowadzi. Najpopularniejszym wskaźnikiem mierzącym elastyczność jest odsetek pracowników pracujących na umowach terminowych – są to umowy cywilnoprawne, umowy o pracę tymczasową i umowy o pracę na czas określony. W najnowszej edycji raportu OECD Employment Outlook nasz kraj jest na drugim miejscu na świecie i na pierwszym miejscu w UE. Aż 26,9 proc. wszystkich zatrudnionych w Polsce stanowią pracownicy terminowi. Wyprzedza nas jedynie… Chile, którego model gospodarczy ukształtowali przed laty liberalni ekonomiści ze szkoły chicagowskiej. W tym kraju odsetek pracowników terminowych wynosi 29,7 proc. Cały cywilizowany świat jest daleko za nami. Z państw UE najbliżej nas jest Hiszpania (23,1 proc.), w której sytuacja na rynku pracy uchodzi za wyjątkowo tragiczną. Następna jest Portugalia (21,5 proc.), a więc kolejny kraj przechodzący w ostatnim czasie ogromne kłopoty gospodarcze. W pozostałych krajach UE wskaźnik ten wynosi poniżej 20 proc, a w stabilnych i prężnych gospodarkach nie przekracza nawet 10 proc. (np. w Danii jest to 8,8 proc., w Austrii 9,2 proc.). Nie musimy jednak porównywać się z państwami skandynawskimi. W Czechach pracownicy terminowi stanowią zaledwie 9,6 proc. zatrudnionych, na Słowacji 7 proc., a na Węgrzech 10,8 proc.
Najbardziej druzgocąca jest jednak dynamika i kierunek, w jakim zmierzamy. Pod tym względem jesteśmy zupełnie bezkonkurencyjni. O ile w innych krajach prekaryzacja przebiega stopniowo, gdyż wciąż w wielu obszarach gospodarki spotyka się z oporem pracowników, to w wolnorynkowo neofickiej Polsce rozpędziła się do tempa Usaina Bolta. W latach 1998-2012 odsetek umów terminowych w naszym kraju wzrósł aż o 22,2 pkt. proc. Jeszcze w 1998 r. umów takich było zaledwie 4,7 proc. Tempo iście sprinterskie, zwłaszcza na tle reszty peletonu. W Unii Europejskiej w konkurencji prekaryzowania obywateli na czas drugie miejsce ma Słowenia ze wzrostem… 12,7 pkt. proc. – a więc niemal 10 pkt. proc. za nami! Trzecia Holandia ma już wynik tylko jednocyfrowy – 6,5 pkt. proc. Jak widać odsadzamy resztę świata w tempie oszałamiającym. Jeśli je utrzymamy, to za kilkanaście lat wszyscy będziemy prekariuszami. Marnym pocieszeniem jest, że będą nimi także pożyteczni idioci, którzy z amerykańskim uśmiechem na ustach wspierają ten model, twierdząc, że umowa śmieciowa jest najlepszym wstępem do stabilnej i dobrej pracy. Gdy po 15 latach nadal będą pracować na umowie zlecenie z niespecjalnie wysoką stawką, może dotrze do nich, w jak wielkim błędzie tkwili. Na refleksję będzie już wtedy jednak trochę zbyt późno.
Umowa śmieciowa jako wstęp do dalszej kariery to właśnie jeden z mitów upowszechnianych przez zwolenników prekaryzacji społeczeństwa. Nawet jeśli gdzieś na świecie ta idiotyczna teza się potwierdza, to na pewno nie w Polsce. Wręcz przeciwnie, jesteśmy przykładem tego, że najlepszą drogą do zostania prekariuszem jest już podpisanie pierwszej umowy śmieciowej. Wśród państw OECD jesteśmy na drugim miejscu za Hiszpanią pod względem liczby pracowników pracujących na umowie terminowej przez ponad trzy lata. Stanowią oni u nas 17,4 proc. wszystkich zatrudnionych. Według OECD tylko 35 proc. zatrudnionych w Polsce na umowach terminowych ma szanse na stabilne zatrudnienie w ciągu trzech lat. Potwierdzają to polskie badania POLPAN, które sprawdziły jak przebiegały kariery osób pracujących w 2008 r. na umowach cywilnoprawnych. Okazuje się, że po 5 latach, czyli w 2013 r., 58 proc. z nich wciąż pracowało na umowie śmieciowej lub wcale, 5 proc. przeszło na samozatrudnienie, a etat w ciągu 5 lat zdobyło jedynie 37 proc. W środowisku badaczy rynku pracy krąży już opinia, że dużo łatwiej o etat będąc bezrobotnym, niż pracując na umowie cywilnoprawnej. I niech każdy o tym pamięta, podpisując pierwszą lub kolejną umowę zlecenie. Jeśli tylko sytuacja materialna na to pozwala, lepiej poszukać pracy trochę dłużej, niż wchodzić przy pierwszej okazji w tryby elastycznego zatrudnienia, gdyż wyjść z nich może być bardzo trudno.
Kolejnym wymiarem zjawiska prekaryzacji pracy jest odsetek samozatrudnionych w ogólnej liczbie zatrudnionych. W tej dziedzinie także jesteśmy w ścisłej czołówce, w towarzystwie, które chluby nam nie przynosi. Wokół nas znowu są same kraje z grupy PIGS, a więc te przeżywające obecnie największe problemy w UE. Liderem samozatrudnienia w UE jest Grecja – tam aż 36,8 proc. zatrudnionych pracuje na samozatrudnieniu. Kolejne Włochy to odsetek 25,1 proc. Na trzecim miejscu jesteśmy już my, z wynikiem 22,4 proc., a za nami jest Portugalia. W rozwiniętych, stabilnych gospodarczo krajach ten odsetek jest zwykle jednocyfrowy – nawet w USA, które przecież uchodzą za Mekkę przedsiębiorczości, wynosi on zaledwie 6,8 proc. Wskaźnik ten jest dużo niższy także w większości krajów naszego regionu – np. na Węgrzech wynosi 11,7 proc. Oczywiście zaraz ktoś może zakrzyknąć, że przecież samozatrudnieni to żaden prekariat, lecz prężni przedsiębiorcy biorący sprawy w swoje ręce. Wolne żarty – przymusowe wysyłanie pracowników na samozatrudnienie to jeden z bardziej popularnych sposobów prekaryzowania tylnymi drzwiami, a więc pozbawiania pracowników elementarnych praw w postaci chociażby płatnego urlopu czy przerzucania na nich ryzyka do tej pory ponoszonego przez pracodawcę. A także obciążania ich całą masą dodatkowych obowiązków, takich jak samodzielne rozliczanie się z fiskusem czy z ZUS-em.
Najlepszym dowodem na to, że przeciętny polski samozatrudniony to nie żaden przedsiębiorca, lecz zwyczajny prekariusz, jest raport Global Enterpreneurship Monitor 2013, badający przedsiębiorczość w poszczególnych krajach na świecie. Jego wyniki wykazują, że pod względem odsetka przedsiębiorców, którzy zostali zmuszeni do założenia firmy (sytuacją na rynku pracy lub wprost szantażem pracodawcy), Polska znów znajduje się na podium, z wynikiem 47 proc. Inaczej mówiąc, prawie połowa polskich „przedsiębiorców” wcale nie chciała być przedsiębiorcami. I na dobrą sprawę duża część nadal nimi nie jest – trudno uznać za przedsiębiorcę chociażby pielęgniarkę kontraktową, która cały czas pracy spędza w jednym szpitalu. Najciekawsze jednak jest otoczenie, w jakim znaleźliśmy się wśród liderów przymuszania do samozatrudnienia. Przedstawię pierwszą szóstkę, by każdy mógł się napawać tym widokiem: Macedonia (61 proc.), Bośnia (59 proc.), Polska (47 proc.), Filipiny (44 proc.), Malawi (44 proc.), Jamajka (41 proc.). Jak widać pod pewnymi względami jesteśmy już pełnoprawną częścią trzeciego świata.
Prekaryzacja społeczeństwa wiąże się, jak wspomniałem, z pozbawieniem go elementarnego zabezpieczenia socjalnego. Trudno nazwać prekariuszem Duńczyka, który co prawda umowę o pracę ma dość elastyczną, ale zabezpieczenie na wypadek bezrobocia ma na poziomie niewyobrażalnym dla Polaka. A gdy już straci pracę, to odpowiednie instytucje publiczne wręcz rzucą się, aby możliwie szybko znaleźć mu dobrą pracę. Tymczasem w Polsce Urzędy Pracy służą niemal wyłącznie do rejestracji bezrobotnych. Podobnie żałośnie wygląda sam poziom zabezpieczenia społecznego – aż ok. 85 proc. bezrobotnych w Polsce nie ma prawa do zasiłku. I jest to właśnie konsekwencja m.in. stopnia sprekaryzowania polskiej siły roboczej. Żeby dostać zasiłek, trzeba bowiem przepracować w ciągu 18 miesięcy przynajmniej 365 dni, opłacając składki od co najmniej równowartości pensji minimalnej. W takiej sytuacji prekariusze, których zatrudnienie z reguły nie jest na tyle stabilne (a nawet jeśli, to zwykle opłacają niewystarczające składki, np. od swojej najniższej umowy zlecenie), mogą jedynie pomarzyć o zasiłku. Jeśli nawet jakimś cudem nasz prekariusz wywalczy zasiłek, to jego wysokość jest śmiesznie niska. Przeciętny Polak tracąc zatrudnienie, momentalnie traci więc grunt pod nogami. Według wspominanego raportu OECD Employment Outlook 2014, przeciętny zasiłek wynosi w Polsce… 19 proc. ostatniej pensji. Nietrudno się domyślić, że jesteśmy na szarym końcu wśród państw tej organizacji. W Czechach zasiłek wynosi 32,5 proc. ostatniej pensji, a na Węgrzech 33,7 proc. Nie wspominając już o Finlandii (79 proc.) czy Niemczech (62,7 proc.).
Ale cóż właściwie z tego, że tak się daliśmy sprekaryzować – mógłby ktoś zapytać. Co złego w poddaniu się reżimowi elastyczności? Otóż bardzo wiele. Reżim elastyczności i tymczasowości niesie ze sobą mnóstwo negatywnych skutków zarówno społecznych, jak i, wbrew pozorom, także ekonomicznych. Ludzie pozbawieni elementarnej stabilności nie są w stanie planować życia, odkładają na święty nigdy założenie rodziny, a także zaniedbują działalność obywatelską – nie mają na nią po prostu siły psychicznej, ochoty ani czasu, który w związku z niestabilnym zatrudnieniem jest poszatkowany i trudno mieć nad nim kontrolę. Na prekaryzacji cierpią więc zarówno demografia, jak i demokracja. Prekariusze nie są też w stanie planować rozwoju zawodowego, gdyż nigdy nie wiedzą, jakie umiejętności będą im potrzebne np. za rok. W oczywisty sposób traci na tym tzw. krajowy kapitał ludzki. Poszerzanie kompetencji jest w takiej sytuacji obarczone sporym ryzykiem – może się okazać tylko stratą czasu, który lepiej wykorzystać na poszukiwanie nowych zleceń lub branie dodatkowych ponad normę, na wypadek przestoju w przyszłości. Żyjący w stałym napięciu, prekariusze tracą także ochotę na obcowanie z kulturą wysoką czy rozwijanie bliskich relacji z przyjaciółmi. To zaś prowadzić może do spadku kapitału kulturowego czy wręcz do społecznej anomii. Niektóre z tych zagrożeń jeszcze przed nami (w końcu jesteśmy prekaryzowani dopiero kilkanaście lat), ale wiele z ich symptomów możemy dostrzec już dzisiaj. Problemy demograficzne czy brak zaufania społecznego, to diagnozy stawiane w debacie publicznej tak często, że nawet nie ma sensu ich powtarzać. Warto jednak pamiętać, że są one wynikiem m.in. panującego w naszym kraju reżimu elastyczności. Elementem tego samego obrazka jest inny fakt, który całkiem niedawno wyszedł na światło dzienne: aż 60 proc. Polaków w wieku 18-34 lat mieszka z rodzicami. Unijna średnia wynosi 48 proc.
Równie długo można wymieniać negatywne skutki prekaryzacji w sferze gospodarczej. W społeczeństwie prekariuszy spadają wydajność i jakość pracy, a przecież paradoksalnie właśnie zwiększeniem efektywności motywowane jest uelastycznianie zatrudnienia. Pracownicy nie mają motywacji, by poszerzać swoje kompetencje w danym miejscu zatrudnienia, skoro za 2 miesiące mogą być już gdzie indziej. Do tego pracownik żyjący w ciągłym napięciu i niepewności pracuje mniej wydajnie. A że polscy pracownicy żyją w napięciu, to wiemy choćby z nieocenionego OECD Employment Outlook – pod względem odczuwania stresu w pracy Polska znów jest w niechlubnej czołówce. Aż 53 proc. polskich pracowników stresuje się w pracy. Przed nami są jedynie Grecja (58 proc.) i Turcja (67,5 proc.). W europejskich krajach o najwyższej wydajności ten odsetek drastycznie spada – w Finlandii wynosi 22,1 proc., w Norwegii 18,2 proc., a w Szwecji zaledwie 14,7 proc.
Elastyczne zatrudnienie może być też przeszkodą dla rozwinięcia się w kraju bardziej skomplikowanej działalności gospodarczej, nastawionej chociażby na produkcję wysokiej techniki czy innowacje. Do tego celu niezbędne jest nie tylko planowanie w dłuższym terminie, ale też wieloletnie budowanie zespołu zdolnego do podejmowania wymagających wyzwań. Tymczasem reżim elastyczności skłania raczej do zarabiania na ograniczaniu liczby ludzi na zmianie, niż do poszukiwania nowych produktów. Nasza skrajnie nieinnowacyjna gospodarka jest tego doskonałym przykładem. Pod względem liczby patentów europejskich udzielonych przez EPO, wynik naszego kraju jest bez mała zawstydzający. W roku 2013 Polska była autorem… 95 patentów. W rankingu państw jesteśmy między Barbadosem (100) a Wyspami Dziewiczymi (84). Na tle takich państw jak Niemcy (13425 patentów), Francja (4910) czy Włochy (2353) wynik Polski wygląda jak pomyłka drukarska.
Elastyczność zatrudnienia nie leży w interesie ani społeczeństwa, ani gospodarki, a już na pewno nie samych zatrudnionych. Oczywiście wciąż będziemy jednak poddawani „proelastycznej” propagandzie, która będzie nam próbowała wmawiać, że to wszystko dla naszego dobra, że dzięki temu staniemy się nowocześni i dorośniemy do wymagań współczesnej gospodarki, a kariera zawodowa dzięki umowie zlecenie stanie przed nami otworem. To nieprawda. Zamiast rozwoju osobistego dostaniemy degradację psychiczną i kulturową, a zamiast kariery kolejne kilka lub kilkanaście lat na śmieciówie. Wiedząc to wszystko, wystrzegajmy się umów śmieciowych jak ognia. Jeśli tylko mamy jeszcze możliwość trochę dłuższego poszukiwania pracy, to nie podpisujmy umowy cywilnoprawnej, a jeśli już sytuacja nas do tego zmusi, to jak najszybciej z niej uciekajmy. Nie dajmy sobie wmówić, że lepsza praca na umowie cywilnoprawnej niż żadna. Nie dajmy się sprekaryzować.