przez Alex Andreou | czwartek 16 lipca 2015 | opinie
Przepraszamy wszystkich marksistów świata za to, że Grecja odmówiła popełnienia rytualnego samobójstwa dla dobra sprawy. Musieliście bardzo cierpieć na swoich kanapach.
O europejskim czy nawet światowym pejzażu politycznym bardzo wiele mówi fakt, że wszystkie marzenia o socjalizmie zostały złożone na barkach młodego premiera małego kraju. Pojawiła się żarliwa, irracjonalna, niemal ewangeliczna wiara w to, że malutki kraj, tonący w długach i rozpaczliwie potrzebujący płynności finansowej, w jakiś magiczny sposób (którego nikt oczywiście nie jest w stanie sprecyzować) pokona globalny kapitalizm, uzbrojony jedynie w kamienie i patyki.
Gdy okazało się, że do tego nie dojdzie, zaczęło się odwracanie plecami. „Tsipras skapitulował”. „Zdrajca”. Złożoność międzynarodowej polityki została sprowadzona do hashtaga, który szybko zmienił się z #módlmysięzatsiprasa na #tsiprasmusiodejść. Świat domagał się kulminacji, wielkiego finału, hollywoodzkiego rozwiązania. Wszystko poza walką do ostatniej kropli krwi było nieakceptowalnym tchórzostwem.
Bardzo łatwo jest zachować ideologiczną czystość, jeśli nie ryzykujemy niczym – nie doświadczamy braku podstawowych produktów, klęski spójności społecznej, groźby wojny domowej, nie ryzykujemy życiem. Jak łatwo jest żądać zawarcia umowy, której z całą pewnością nie zaakceptowałby żaden kraj członkowski strefy euro. Jak łatwo jest podejmować odważne decyzje, gdy sam nie nadstawiasz karku, gdy nie odliczasz, tak jak ja, ostatnich dwudziestu czterech dawek leku, który zapobiega atakom choroby twojej matki.
Dwadzieścia dawek. Czternaście.
Osobliwą właściwością patologicznych krytyków jest skupianie się jedynie na tym, co zostało stracone, zamiast na tym, co zyskano. Taka mentalność powoduje również, że ta mała część każdego społeczeństwa, która wygląda swojej idealnej Socjalistycznej Utopii, równocześnie na wszystkie możliwe sposoby unika płacenia podatków.
Sam koncept „zdrady” Tsiprasa bazuje w dużej mierze na cynicznej nadinterpretacji wyników zeszłotygodniowego referendum. „OXI”, jak wmawiają nam krytycy, oznaczało „nie” dla jakiejkolwiek formy umowy, upoważniało do wdrożenia chaotycznego Grexitu. Nic z tych rzeczy. We wszystkich przemówieniach Tsipras podkreślał, że potrzebuje silnego „OXI”, by użyć go jako dźwigni, która umożliwi osiągnięcie lepszego rezultatu w negocjacjach. Czyżbyście to przeoczyli? Możecie oczywiście uważać, że nie osiągnął lepszego układu – i tu być może macie rację – ale sugerowanie, że referendum oznaczało upoważnienie dla Grexitu, jest wyjątkowo obłudne. A co z 38%, które zagłosowały „NAI”? Czy ich Tsipras nie reprezentuje?
Nie lękajcie się. Umowa tak czy siak może okazać się niewykonalna lub nie przejść przez grecki parlament. Syriza może wewnętrznie eksplodować, a Grexit zostać wymuszony przez tych, którzy od lat starają się do niego doprowadzić. Wtedy zobaczymy, jak wygląda wasze lepsze rozwiązanie.
Dwanaście dawek. Dziesięć.
Porozumienie, które osiągnął Tsipras (czy raczej to z niego, co do nas dociera) po 17-godzinnych negocjacjach, jest o wiele gorsze, niż mogliśmy sobie wyobrażać. Jest też o wiele lepsze, niż mogliśmy mieć nadzieję. Zależy to po prostu od tego, czy skupimy się na zyskach, czy na stratach. Stratą jest potworny pakiet cięć i oszczędności. Pakiet, o którym każdy, kto rozumie cokolwiek z polityki, wiedział, że i tak nadejdzie. Jedyna różnica polega na tym, że usłużny rząd, jakich mieliśmy wiele wcześniej, przyjąłby go bez walki o odszkodowania.
To, co udało się zyskać, to o wiele więcej pieniędzy, niż wcześniej mogliśmy sobie wyobrażać, na sfinansowanie średniookresowych celów i umożliwienie rządowi wprowadzenia jego programu, znaczący pakiet stymulacyjny, uwolnienie funduszy z Europejskiego Instrumentu Stabilności Finansowej (czego do tej pory odmawiano „dobremu rządowi” Samarasa) i zgoda na restrukturyzację długu poprzez transfer zobowiązań z MFW i EBC do Europejskiego Mechanizmu Stabilności. Ale to przecież nic, krzyczą krzykacze. Michael Gelantalis, analityk greckich mediów publicznych Ellinikí Radiofonía Tileórasi, szacuje, że tylko ostatni z punktów oznacza od ośmiu do dziesięciu miliardów euro odsetek mniej każdego roku. To mnóstwo pieniędzy.
Przez ostatnie kilka godzin usłyszałem, że Grecja „musi dokonać #Grexitu TERAZ”; że mamy „doskonały klimat i z łatwością osiągniemy samowystarczalność”; że powinniśmy „przyjąć bitcoin i stosować crowdfunding, żeby obejść monetaryzm”; że „USA przyślą nam lekarstwa”. Żadna z tych osób, oczywiście, nie sugeruje, że to powinno się zdarzyć w ich kraju. Tylko w Grecji, żeby mogli zobaczyć, co z tego wyjdzie. Większość z nich żyje w krajach rządzonych przez centrowe gabinety, które popierają politykę cięć i oszczędności, ale gwarantują stałą liczbę najnowszych iPadów w sklepach. Każdy z tych krajów zaś, bez wyjątku, z nożem na gardle wynegocjowałby lepszą umowę, byłby odważniejszy.
Moje pytanie do krytyków brzmi: jakie bitwy toczycie obecnie w swoim kraju, mieście, wsi? O jak wysokie stawki? Czy przypadkiem nie jesteście podobni twardogłowym ideologom cięć i oszczędności, którzy chcą eksperymentować na „zabawkowym kraju”, nażyciu milionów ludzi, żeby zobaczyć co się stanie?
Osiem dawek. Pięć.
Porażka Grecji, jeśli patrzymy na nią jak na bitwę w Helmowym Jarze, jest monumentalna i beznadziejna. To chwila, w której już „wszystko stracone”. Jeśli patrzymy na nią jak na potyczkę inicjującą o wiele większą wojnę, jest ogromnie cennym doświadczeniem. Wróg został wyciągnięty na otwartą przestrzeń, pokazał swoją siłę i słabości. Dostarczył informacji innym, Hiszpanom, Portugalczykom i Włochom, którzy upewnią się, że są lepiej przygotowani do walki. W tej bitwie walczyliśmy odważnie. I mądrze, bo Grecja przeżyje, żeby móc walczyć dalej.
Wybraliśmy dobrego, uczciwego i odważnego człowieka, który walczył jak lew przeciw niewyobrażalnie potężnym siłom i interesom. Wynik może nie jest takim męczeństwem, na jakie liczyliście. Ale na chwilę obecną wystarczy.
Alex Andreou
tłum. Mateusz Trzeciak
przez Piotr Wójcik | niedziela 12 lipca 2015 | opinie
Sporą naiwnością byłoby widzieć Greków wyłącznie w roli ofiary dramatu. Dlatego, obserwując jednostronne przedstawianie kryzysu greckiego w polskich mediach, dobrze byłoby nie popadać w drugą skrajność i nie tworzyć teorii, według których Bogu ducha winni Grecy zostali znienacka zaatakowani przez bezwzględną Trojkę. Nie ulega wątpliwości, że swoim beztroskim postępowaniem wyraźnie przyczynili się do załamania gospodarki, choć oczywiście nie był to jedyny powód kryzysu. Obecnie głównym problemem jest jednak to, że lekarstwo serwowane przez Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy okazało się gorsze od samej choroby.
Co ciekawe i co wiele mówi o poziomie polskiej debaty publicznej, najczęściej przywoływane przez naszych komentatorów przewinienia Greków są, delikatnie mówiąc, dość wątpliwe. Słynna grecka rozrzutność i wydatki na „rozbuchany socjal” na tle danych makroekonomicznych nie wyglądają już tak jednoznacznie. W 2007 roku (czyli ostatnim przed tamtejszą recesją) ogólne wydatki sektora finansów publicznych wyniosły tam 46,9 proc. PKB, więc nie odstawały wcale od reszty strefy euro, w której wskaźnik ten przeciętnie oscylował na poziomie 45,2 proc. Szczodrość sektora publicznego była w tym okresie dużo większa chociażby we Francji (52,2 proc. PKB) czy Austrii (49,1 proc.), nie mówiąc już o Szwecji czy Danii, które do strefy euro nie należą. Jak widać, nawet wyższy od greckiego poziom wydatków publicznych nie musi prowadzić do katastrofy, a w niektórych krajach północnej Europy jest wręcz fundamentem trwałego rozwoju. Oczywiście te same pieniądze można wydawać rozsądnie lub bezmyślnie – i zapewne na miejscu byłby postulat bardziej skutecznego pożytkowania środków publicznych przez Greków. Jednak polityka oparta na takim postulacie miałaby zupełnie inny charakter niż strategia, którą podpowiadają Grekom zachodnie instytucje, czyli „zaciskanie pasa”.
Kolejnym często przywoływanym zarzutem wobec Greków jest ich rzekome lenistwo. To zarzut bez mała zdumiewający z uwagi na fakt, że Grecy są narodem pracującym niemal najwięcej na świecie. Przeciętny Grek przepracowuje aż 2042 godziny w roku, co daje drugie miejsce wśród krajów OECD. Przy tym wyniku praca statystycznego Niemca wygląda wręcz mizernie (1371 godzin). Oczywiście ktoś mógłby stwierdzić, całkiem słusznie zresztą, że sama liczba godzin pracy niewiele mówi o jej efektach. Jest w tym sporo prawdy – można przecież przesiedzieć w pracy cały dzień i nic w tym czasie nie zrobić. Jednak uznanie za szczególnie leniwego takiego narodu, który pracuje prawie najdłużej spośród państw rozwiniętych, po prostu nie ma sensu. Żeby zupełnie zaprzepaścić taką liczbę godzin pracy, całe społeczeństwo musiałoby permanentnie bimbać, a chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna, że w gospodarce rynkowej, opierającej się w przeważającej mierze na nastawionych na zysk prywatnych firmach, mogłoby uchować się społeczeństwo złożone prawie w całości z nałogowych bumelantów. Grecy nie są rzecz jasna herosami pracy, jednak nazywanie ich leniwymi jest absurdalne.
Słaba efektywność pracy jest bez wątpienia jednym z dwóch głównych zarzutów, które można postawić Grekom. W 2008 r. produktywność grecka wynosiła 22,2 euro na godzinę, czym zdecydowanie odstawała od przeciętnej wartości dla strefy euro (35,9). Wchodzenie do jednego obszaru walutowego przy tak ogromnych różnicach w produktywności jest bardzo niebezpieczne, szczególnie dla kraju, który nie zamierza konkurować niskimi kosztami. Niska efektywność pracy niewątpliwie jest jednym z tych czynników, z powodu których Grecy cierpią najbardziej. Jednak teorie mówiące, że niska wydajność jest wynikiem małego przykładania się do pracy, są zupełnie oderwane od rzeczywistości. We współczesnym świecie za wydajność odpowiada przede wszystkim poziom technologiczny przedsiębiorstw, a nie podejście do pracy. Doskonale powinni wiedzieć o tym Polacy, którzy doświadczają tego podczas wyjazdów do pracy za granicę. Wystarczy posłuchać opowieści naszych emigrantów o Norwegach potrafiących pół dnia malować jedną ścianę, którą Polak ku zdumieniu miejscowych pomaluje lepiej w godzinę, albo o Francuzach, pracujących niczym w zwolnionym tempie, w piątki wychodzących o 12, a do obiadu w pracy pijących wino. A mimo to zarówno Norwedzy jak i Francuzi produktywnością biją nas na głowę – po prostu dzięki wysoko rozwiniętym przedsiębiorstwom i zaawansowanej organizacji pracy nie muszą wypruwać sobie żył. Za niską efektywność odpowiada więc zacofanie technologiczne firm, a nie lenistwo. A wyjściem z takiej sytuacji jest skok technologiczny i wzrost innowacyjności, a nie dokręcanie ludziom śruby.
Drugim zarzutem, który należy postawić Grecji, jest niska dyscyplina podatkowa. Unikanie podatków stało się tam wręcz sportem narodowym, na co jednym z dowodów jest tamtejsza eksplozja samozatrudnienia. Grecja stała się wręcz europejskim zagłębiem osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. W UE pod tym względem jest zupełnie bezkonkurencyjna – według OECD aż 37 proc. tamtejszej siły roboczej to samozatrudnieni. Drugie w kolejności Włochy mają ten wskaźnik na poziomie aż 12 pkt. proc. mniejszym. Nawiasem mówiąc, w czołówce są głównie kryzysowe kraje grupy PIGS oraz… Polska. Oczywiście taka forma działalności zarobkowej jest w tym kraju – tak jak i nad Wisłą – po prostu sposobem na płacenie niższych podatków, co w komplecie z innymi „pomysłowymi” rozwiązaniami optymalizacyjnymi doprowadziło do bardzo dużej dziury w finansach publicznych. O ile w wydatkach tego sektora Grecja trochę przewyższała średnią strefy euro, to w jego dochodach jest wyraźnie poniżej. Ogólne dochody sektora finansów publicznych w ostatnim, przedkryzysowym roku (2007) wyniosły tylko 40,2 proc. PKB przy średniej dla eurozony wynoszącej 44,7 proc. Jeśli ktoś chce mieć rozbudowany system świadczeń socjalnych oraz zabezpieczenia społecznego taki jak na zachodzie UE, to nie może mieć dochodów publicznych na poziomie krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Porządne państwo dobrobytu wymaga dyscypliny podatkowej, której na Peloponezie nie było. Musiało się to skończyć wysokim długiem publicznym, który przed rozpoczęciem akcji „ratunkowej” wynosił, bagatela, ok. 120 proc. PKB. Jest to zresztą zjawisko idące pod prąd dominującej wykładni wolnorynkowej, która wiedzie prym w krytyce Grecji. Widać przecież, że Grecy cierpią nie z powodu lenistwa, lecz z powodu swojej… przedsiębiorczości (masowe zakładanie firm) oraz dzięki wychwalanej w Polsce „zaradności” (optymalizacja podatkowa). Jeszcze bardziej zdumiewa, że ta krytyka Greków tak dobrze przyjęła się w Polsce, chociaż pod względem obu cech bardzo Greków przypominamy.
Problemy były więc głównie dwa – niska produktywność oraz wysoki dług publiczny w stosunku do PKB. Relację zadłużenia do PKB najprościej można zmniejszyć poprzez zwiększenie produktu krajowego. Natomiast zwiększenia wydajności można dokonać głównie dzięki skokowi technologicznemu. Spełnienie obu celów wymaga sporych wydatków – wzrost PKB wymaga zarówno inwestycji, jak i konsumpcji, natomiast rozwój technologiczny głównie nakładów na inwestycje (ale za to ogromnych). Nie da się zwiększyć PKB dławiąc popyt wewnętrzny. Nie da się dokonać skoku technologicznego drastycznie obcinając wydatki. To po prostu niemożliwe. Tymczasem dokładnie taką strategię Trojka narzuciła Grecji. Wyjściem Grecji z opisanego dołka miało być „zaciskanie pasa” na wszelkich możliwych polach – od popytu prywatnego (zmniejszanie płacy minimalnej, zwolnienia i obniżki płac w jednostkach publicznych, cięcia emerytur) do sektora publicznego (cięcia jego wydatków). Siłą rzeczy musiało to doprowadzić do pogłębienia lub przynajmniej utrwalenia jej problemów. PKB nie ma prawa rosnąć, gdy konsumpcja wewnętrzna drastycznie spada. Żaden przedsiębiorca nie zaryzykuje nakładów na inwestycje w lepszy i bardziej wydajny sprzęt, gdy nie ma najmniejszej nawet pewności, czy sprzeda swoje towary lub usługi, a nawet ma pewność, że ich nie sprzeda. To wydaje się oczywiste, jednak biurokraci z UE i MFW z jakiegoś tajemniczego powodu twierdzili inaczej. Konsekwencje tego były, jak przystało na Grecję, iście dramatyczne.
Polityka „austerity” narzucona Grecji przez Trojkę, która miała przykładnie zacisnąć pas na jej cherlawym ciele, doprowadziła przede wszystkim do załamania PKB. W latach poprzedzających „pomoc” Trojki dla Grecji recesja była jeszcze umiarkowana – w roku 2008 wyniosła -0,8 proc. PKB, a w 2009 -4,4 proc. (w tym roku recesja np. w Estonii wyniosła -14,7 proc.). Od czasu, gdy Trojka zaczęła wdrażać „pakiety pomocowe”, recesja skoczyła dwukrotnie – w 2011 wyniosła -8,9 proc., a w 2012 r. -6,6. „Odchudzanie” sektora publicznego sprowadzało się do fali zwolnień, przez co bezrobocie skoczyło do ponad 25 proc., a odzyskiwanie konkurencyjności oparło się głównie na cięciach wynagrodzeń (np. obniżka płacy minimalnej), co skończyło się tym, ze w ostatnich latach płace realne w Grecji spadały o 5 proc. rocznie. Jak w takich warunkach budować prawdziwą konkurencyjność (technologiczną), nie do końca wiadomo. Nic więc dziwnego, że główny problem Grecji, czyli niska wydajność, jeszcze się pogłębił – produktywność spadła z 22,2 euro na godzinę w 2008 r. do 20,2 euro w roku 2013. Inaczej mówiąc, strategia Trojki, która powinna w pierwszej kolejności zadbać o wzrost greckiej produktywności, doprowadziła do jej spadku. Rzekomi Samarytanie z KE, EBC i MFW, zamiast wyciągnąć Grecję za uszy z jej kłopotów, jeszcze ją dobili. Co najlepsze, zrobili to przeznaczając na ten cel setki miliardów euro.
Od 2010 r. PKB Grecji spadł o 25 proc. W takiej sytuacji nie da się zmniejszać problemu długu publicznego. Nawet gdy wartość długu się zmniejsza, to szybko spadający produkt krajowy powoduje, że relacja zadłużenia do PKB rośnie, a więc staje się on coraz trudniejszy do obsługi. Nic więc dziwnego, że wszystkie pakiety pomocowe skończyły się tym, że dług publiczny Grecji z ok. 120 proc. PKB wywindowano w błyskawicznym tempie do poziomu niemal 180 proc. PKB. Spadek produktu krajowego drastycznie wpłynął także na pozostałe wskaźniki. Pomimo poczynienia wielkich oszczędności, wydatki sektora finansów publicznych w stosunku do produktu krajowego wzrosły aż do 60 proc. PKB w 2013 r., a więc skoczyły aż o kilkanaście punktów procentowych. Co najgorsze, terapia wstrząsowa zafundowana Grekom nie przyniosła nawet specjalnych widoków na poprawę. W 2014 r. „wzrost” PKB wyniósł marne 0,8 proc., chociaż po tak wielkich spadkach baza początkowa była na bardzo niskim poziomie – z reguły po bardzo głębokiej recesji odbicie wynosi czasem nawet kilkanaście procent, więc ten niecały jeden trudno nawet nazwać wzrostem.
Setki miliardów euro publicznych środków z tytułu „pakietów pomocowych” trafiły w przeważającej części do prywatnych wierzycieli Grecji, czyli głównie do banków zachodniej Europy. Ogromna publiczna pomoc przyniosła więc uspokojenie sektorowi finansowemu, jednak problem Grecji nie tylko pozostał, ale jeszcze się pogłębił. Tymczasem można było to przeprowadzić inaczej – długów wcale nie trzeba było umarzać, ale jedynie prolongować ich spłatę na dostatecznie długi okres. A pomoc dla Grecji, i to nawet mniejszej wysokości, skierować do realnej gospodarki (np. w postaci specjalnego funduszu unijnego), przeznaczając ją na nakłady inwestycyjne, by wzrosła wydajność greckich przedsiębiorstw. Uzyskana dzięki temu wartość dodana mogłaby zostać przeznaczona na spłatę zadłużenia, a nabyte bardziej efektywne środki produkcji zostałyby Grekom na lata. Oczywiście nie byłoby pewności, że to zadziała. Ale po pierwsze byłoby taniej, a po drugie UE mogłaby powiedzieć, że cokolwiek dla Grecji zrobiła. Bo na chwilę obecną tak naprawdę nie pomogła jej w żaden sposób. Tymczasem solidarność, na której podobno oparta jest Zjednoczona Europa, wymaga pomagania także tym, którzy wpadli w kłopoty w wyniku własnych błędów.
Piotr Wójcik
przez redakcja | czwartek 9 lipca 2015 | opinie
Niekończące się cięcia i oszczędności, które Europa narzuca ludowi greckiemu, po prostu nie działają. Grecja właśnie głośno powiedziała „nigdy więcej”. Finansowe żądania postawione przez Europę zmiażdżyły grecką gospodarkę, doprowadziły do masowego bezrobocia i załamania się systemu bankowego oraz sprawiły, że kryzys związany z zewnętrznym zadłużeniem jeszcze się pogłębił, a dług urósł do niespłacalnego poziomu 175 proc. PKB – co zresztą przewidywała większa część świata. Obecnie gospodarka jest w strzępach, wpływy z podatków ostro spadają, produkcja i zatrudnienie leżą odłogiem, a przedsiębiorstwa cierpią na dramatyczny brak kapitału.
Konsekwencje dla obywateli Grecji są ogromne: 40 proc. dzieci żyje obecnie w biedzie, śmiertelność niemowląt mocno wzrasta, a bezrobocie wśród młodych ludzi zbliża się do 50 proc. Korupcja, unikanie podatków i fałszowanie ksiąg księgowych przez poprzednie greckie rządy niewątpliwie przyczyniły się do powstania problemu długu. Grecy spełnili większość z żądań Merkel dotyczących cięć – obcięli pensje, ograniczyli wydatki rządowe, obniżyli emerytury, prywatyzowali, deregulowali, podnieśli podatki. Ale w ostatnich latach tak zwane programy dostosowawcze, narzucone Grecji i innym, posłużyły tylko powstaniu ogromnego kryzysu – na skalę, jakiej Europa nie widziała od lat 1929-33. Lekarstwo przepisane przez niemieckie ministerstwo finansów i Brukselę sprawiło, że pacjent wykrwawił się zamiast wyzdrowieć.
Nalegamy, by Kanclerz Merkel i Troika rozważyli zmianę kursu, aby uniknąć dalszych katastrof i umożliwić Grecji pozostanie w strefie euro. To, co dzieje się obecnie, to proszenie greckiego rządu, by przyłożył sobie broń do głowy i pociągnął za spust. Co smutne, kula wystrzelona z tej broni przekreśliłaby więcej niż tylko grecką przyszłość w Europie. Skutki uboczne dobiłyby strefę euro, postrzeganą jako światło nadziei, demokracji i dobrobytu, i mogłyby doprowadzić do dalekosiężnych gospodarczych konsekwencji dla całego świata.
W latach 50. Europa została ustanowiona na puszczeniu w niepamięć długów z przeszłości, szczególnie niemieckich, co miało ogromny wpływ na powojenny rozwój i wzrost. Dziś musimy zrestrukturyzować i zmniejszyć dług Grecji, dać gospodarce miejsce na oddech, by mogła ozdrowieć, oraz pozwolić Grekom spłacać zredukowane zadłużenie przez dłuższy czas. Nadszedł moment, by z ludzkiego punktu widzenia przemyśleć ponownie karzący i nieudany program cięć z ostatnich lat i wyrazić zgodę na znaczne zmniejszenie greckiego długu z połączeniu z bardzo potrzebnymi w tym kraju reformami. Nasz przekaz dla Kanclerz Merkel jest jasny: nalegamy, by podjęła pani energiczne działania przywódcze na rzecz Grecji i Niemiec, a także świata. Historia zapamięta panią i pani działania z tego tygodnia. Liczymy na panią w sprawie odważnych, hojnych działań na rzecz Grecji, które służyć będą Europie przez kolejne pokolenia.
Heiner Flassbeck, b. sekretarz stanu w niemieckim Ministerstwie Finansów
Thomas Piketty, profesor ekonomii, Paris School of Economics
Jeffrey Sachs, profesor ekonomii rozwoju, zdrowia i zarządzania publicznego, dyrektor Earth Institute na Columbia University
Dani Rodrik, profesor w katedrze międzynarodowej gospodarki politycznej, Fundacja Forda, Harvard Kennedy School
Simon Wren-Lewis, profesor polityki gospodarczej, Blavatnik School of Government, University of Oxford
***
Powyższy list-apel ukazał się 7 lipca 2015 r. na łamach dziennika „The Guardian”. Tłumaczyła Magdalena Komuda.
przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 5 lipca 2015 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda, opinie
30 czerwca upłynął termin zakończenia negocjacji rządu Grecji z Komisją Europejską. Grecja mogłaby kontynuować zadłużanie państwa w instytucjach finansowych pod warunkiem „wdrożenia programów dostosowania strukturalnego”. Premier zapowiada referendum w tej sprawie. Komentatorzy skupiają się na ocenie zręczności polityków, ale pojawiają się też opinie kwestionujące neoliberalną receptę na rozwój gospodarczy.
W ożywionej dyskusji na temat sytuacji Grecji dominuje pogląd, że państwo było źle rządzone, co doprowadziło do kryzysu zadłużenia, a społeczeństwo gwałtownie protestuje, ponieważ chce nadal żyć na kredyt.
Nikt nie wspomina o dużych wydatkach związanych z organizacją Olimpiady w Atenach, które przyczyniły się do zapaści finansowej państwa. W Polsce nie mówi się o tym, ponieważ zbyt oczywista jest analogia do Euro 2012. Sława autostrad i eurostadionów jako sukcesu finansowego i cywilizacyjnego nieco zbladła. Dopiero Brazylijczycy wyciągnęli wnioski z doświadczeń poprzedników i organizowali protesty przeciw mistrzostwom.
W Polsce nie mówi się też o greckich armatorach, którzy rejestrują greckie statki w egzotycznych rajach podatkowych. Ciekawa jestem, kto potrafi wskazać Vanuatu na mapie. W Europie lepiej znany jest Cypr, popularny raj podatkowy armatorów. Według nowomowy neoliberalnej unikanie płacenia podatków nazywa się „optymalizacją podatkową”. Pusta kasa państwowa to zmartwienie polityków, którzy nie potrafią prowadzić takiego biznesu, jakim jest państwo. Rząd Grecji odrzucił korzystną ofertę sprzedaży kilku wysp na Morzu Egejskim. Polskim politykom spieszy z pomocą armia samorządowców pana Kukiza, doświadczonych gospodarzy, wspierana przez ekonomistów z Centrum im. Adama Smitha. Może uda się sprzedać kolumnę króla Zygmunta równie korzystnie, jak Polskie Nagrania…
Warto jeszcze wyjaśnić, co to jest „dobre rządzenie”, którego zabrakło w Grecji. Intuicyjnie wiemy, że to „system Tuska”, ale sięgnijmy do źródeł. Bank Światowy i OECD nieustannie troszczą się o polityków, wdrażając zasady „dobrego rządzenia”. „Optymalny program” pozwala ciąć wydatki na cele społeczne przy „minimalnym ryzyku politycznym”, czyli ryzyku protestów społecznych.
W 2003 r. prywatny właściciel dobrze prosperującej fabryki kabli w Ożarowie zamknął fabrykę. Prawdopodobnie chodziło o zlikwidowanie konkurencji dla importu kabli francuskich, ale są to tylko nasze domysły. Załoga protestowała, szukała wsparcia w rządzie, parlamencie, kościele. Pamiętam, że przyjechał wtedy do Ożarowa poseł Zbigniew Ziobro, wyraził poparcie zdesperowanym pracownikom, obiecał interwencję, ale nic to nie pomogło. Prawo własności jest święte. Pracownicy dzień i noc trzymali straże przed budynkiem, aby nie dopuścić do wywiezienia maszyn. Prawa własności broniły firma ochroniarska i policja. W dramatycznych okolicznościach blokada została pokonana przemocą i fabryka znikła. Protest był głośny w całej Polsce. Powstał OKP – Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, wydawał nawet własne pismo pt. „Walka trwa”, ale ta inicjatywa ratowania miejsc pracy też upadła, jak wiele innych w tamtym czasie.
W numerze z grudnia 2003 pisma OKP trafiliśmy na trop prowadzący do interesującego opracowania autorstwa Christiana Morrisona pt. „Polityczna wykonalność programów dostosowawczych”. Jest to rzetelna praca naukowa oparta na badaniach i danych statystycznych z kilkudziesięciu zadłużonych państw zmuszonych przez banki do cięcia wydatków. Można ją znaleźć w serii „Political Economy Notebook” OECD.
Szokujący jest cynizm dobrych rad, jak „dobrze rządzić”. Podam kilka przykładów za pismem OKP.
„Jeśli pracownicy najemni przedsiębiorstw prywatyzowanych są dobrze zorganizowani, mogą skutecznie przeciwstawić się decyzji rządu (o prywatyzacji czy masowych zwolnieniach z pracy). Pożądana byłaby wszelka polityka osłabiająca tego rodzaju interesy zawodowe – z gospodarczego punktu widzenia usunęłaby ona przeszkody stojące na drodze wzrostu, a pod względem politycznym rząd uzyskałby swobodę działania – bezcenną w okresie przystosowawczym. Ktoś mógłby zgłosić zastrzeżenie, że taka polityka wywoła opór, ale lepiej, żeby rząd stoczył walkę na tym polu w sprzyjającej koniunkturze gospodarczej niż w sytuacji kryzysowej, gdy jest osłabiony”.
„W przypadku wdrażania programu dostosowawczego, rząd może zrekompensować spadek popularności, spowodowany cięciami wydatków budżetowych, stosując w obliczu zaburzeń represje”.
„W trudnej koniunkturze, w której mogą być potrzebne siły porządkowe, odradza się znoszenie premii dla sił porządkowych”.
„Cięcia wydatków budżetowych na inwestycje zwykle nie wywołują żadnych reakcji, nawet gdy są bardzo ostre”.
„Jeśli zmniejsza się wydatki na ich (służb publicznych) utrzymanie, należy wystrzegać się zmniejszania ilości świadczonych usług, można natomiast sobie pozwolić na obniżanie ich jakości. Np. można zmniejszyć środki na utrzymanie szkół czy wyższych uczelni, lecz niebezpieczne byłoby zmniejszenie liczby uczniów czy studentów. Rodzice zareagują gwałtownie na odmowę przyjęcia swoich dzieci do szkół czy na studia, ale nie na stopniowy spadek jakości nauczania”.
„Stopniowo i w odpowiednich chwilach szkoła może wprowadzać odpłatność za naukę lub zlikwidować nauczanie pewnych przedmiotów. Należy to robić krok za krokiem”.
„Jeśli przy wdrażaniu programu dostosowawczego rząd ma posiadać odpowiednie pole manewru, powinien mieć poparcie jednej czy dwóch wielkich partii, a nie w koalicji małych partii, co oznacza, że wybierając parlament, należy preferować ordynację większościową, a nie wybory proporcjonalne (w najgorszym razie doradza się kombinacje obu tych systemów)”.
Dziesięć lat temu słuchacze traktowali informacje o wspieraniu niewidzialnej ręki rynku przez przemoc i politykę rządu jak bajki o żelaznym wilku. Wróciliśmy do tematu, ponieważ ekonomiści i pani premier wciąż mówią nam o dobrym rządzeniu, które PO opanowała perfekcyjnie, oraz straszą przykładem Grecji.
Joanna Duda-Gwiazda
1 lipca 2015 r.
przez Michał Wójtowski | poniedziałek 29 czerwca 2015 | opinie
W ciągu ostatnich miesięcy często bywam w piwnicy. Sukcesywnie opróżniam kartony, wyjmuję z nich książki i przenoszę na trzecie piętro. Zawirowania życiowe sprawiły, że wiele spośród nich biorę do ręki po raz pierwszy od dziesięciu lat. Oprócz waloru sentymentalnego, opróżnianie piwnicy ma i tę zaletę, że natrafiam czasem na ciekawe, mocno przykurzone, archeologiczne znaleziska, do których – jak pamiętam – nie miałem niegdyś dość serca i cierpliwości. Należy do nich praca Krzysztofa Kicińskiego „Wizje szkoły w społeczeństwie posttotalitarnym”. Rzecz została wydana w 1993 roku, zaś podstawę zawartych w niej rozważań o kierunkach zmian polskiej szkoły stanowią wywiady prowadzone w środowisku nauczycielskim u zarania transformacji, w roku 1991 (warto nadmienić, że Kiciński kontynuował w ten sposób swe badania sprzed roku 1989).
Pytania, jakie zadawano nauczycielom, dotyczyły głównie sposobów wyjścia poza odziedziczony po PRL model szkoły indoktrynującej i krępującej wolność, a także takiej jej przemiany, aby stała się instytucją odpowiadającą wizji państwa demokratycznego. Postawiono więc, przykładowo, kwestie granic ingerencji szkoły w postawy światopoglądowe uczniów, pytano o model socjalizacji, partnerstwo i paternalizm, zróżnicowanie podręczników szkolnych, kształcenie obywatelskie, ale też o stosunek państwa i nauczycieli do szkolnictwa niepublicznego. Wyniki badań pozwalały sformułować tezy o istnieniu w środowisku nauczycieli wyraźnie zarysowanego podziału na zwolenników postaw partnerskich i stosunku paternalistycznego, a więc na frakcję „reformatorską” i „zachowawczą”, przy czym – wprost i między wierszami – wskazywano na korelację tych postaw z posttotalitarnym dziedzictwem ancien regime’u. W wywiadach można jednak było także dostrzec, na poziomie obecności ideologii w systemie szkolnym, obawy przed zmianami, jakie wynikły z dekretu ministerialnego o nauczaniu religii.
Mniejsza jednak o ideologiczne spory z zamierzchłych czasów, jako że badania wykazały coś jeszcze. Otóż nauczycielom, nawet tym „z pasją”, oraz szkołom, nawet tym „z klasą”, niebywale mocno doskwierało coś innego. Z jednej strony degradacja majątkowa personelu, z drugiej – degradacja materialna instytucji. Dlatego właśnie wielu nauczycieli, także tych najbardziej rzutkich i entuzjastycznych, powątpiewało w możliwość pozytywnych zmian lub, po prostu, przytłoczonych codziennymi zmaganiami, nie miało do nich głowy. Pytanie, ile potencjału reformatorskiego ugrzęzło w czasach górnolotnych zamierzeń i przyziemnej nędzy, jest retoryczne. Warto jednak postawić je na nowo. Oprócz książek z piwnicy mamy wszak gazety oraz portale, gdzie w ostatnich miesiącach i tygodniach natrafiłem na dwa teksty odkurzające problematykę podnoszoną przed ćwierćwieczem.
Ratujmy dzieci!
Kilka tygodni temu wpadł mi w oko artykuł poświęcony różnym formom edukacji pozasystemowej. Złożyły się nań historie rodziców, którzy bądź to zabrali swoje dzieci ze szkoły tradycyjnej, bądź też zdecydowali, by ich tam nigdy nie posyłać. Wybrali natomiast szkoły demokratyczne lub nauczanie domowe, sami podejmując trud edukacji potomków. Tytuł artykułu sformułowano z pewną rezerwą, podkreśloną znakiem zapytania – „Koniec tradycyjnej szkoły?”. O wiele mniej zniuansowane są z kolei tezy wywiadu, jakiego „Uważam Rze” udzielił amerykański psycholog Peter Gray, którego poglądy na szkołę systemową dobrze streszcza tytuł „Szkoła to więzienie”.
Mamy zatem do czynienia z dwiema wypowiedziami z odległych obszarów mapy prasowej. Ich wymowa jest jednak zbieżna i daje się zasadniczo sprowadzić do dwojakich odniesień do rzeczywistości edukacyjnej. Odniesieniem negatywnym jest tu model „szkoły tradycyjnej”, „systemowej”, czyli – po skonkretyzowaniu miłych dla wolnościowego ucha frazesów – szkoły publicznej. Miałaby się ona opierać na staromodnej dyscyplinie, rywalizacji, hamowaniu indywidualnej samorealizacji oraz zinstytucjonalizowanej przemocy skierowanej przeciw wolności uczniów. Przy tym wszystkim miałby to być model edukacji nie tylko sprzeczny z ideałami demokratycznymi, ale też nieefektywny, gdyż niedostosowany do współczesności, w której źródła wiedzy są łatwo dostępne i zdecentralizowane. Takiej krytyce „tradycyjnego” modelu edukacji towarzyszy propozycja pozytywna, którą stanowią szkoły demokratyczne lub tzw. unschooling (nauczanie domowe), a więc formy znoszące opresję, by zastąpić ją w edukacji wolnością, demokratycznymi procedurami i efektywnością.
Mój synek za półtora roku skończy sześć lat i pójdzie do szkoły. Mógłbym więc uchodzić za idealnego adresata wspomnianych artykułów. Jako rodzice obawiamy się, niepokoimy, lękamy. A trudno chyba znaleźć kogoś, kto ze „szkoły systemowej” nie wyniósł jakichś urazów, nie doświadczył niesprawiedliwości lub przemocy – fizycznej lub psychicznej. Lęk jest potężnym narzędziem społecznej obróbki, szczególnie w sytuacji, gdy może sycić się rzeczywistymi niedomaganiami polskiego systemu edukacji. Skierowanie potencjału lęku przeciw szkole publicznej, odmalowanej w najczarniejszych barwach, jest więc zadaniem dziecinnie łatwym, jak ideologiczne mnożenie agresji przez opresję i zniewolenia przez więzienie. Dlatego, jako przedmiot urabiania, mówię: „Sprawdzam!”.
Demokracja czy segregacja?
Peter Gray, któremu tak łatwo przychodzi nazywanie szkoły systemowej więzieniem, przywołuje jako przykład sukcesu szkolnictwa demokratycznego amerykańską Sudbury Valley School. Sukcesy absolwentów, ich samorealizacja oraz demokratyzm wewnętrzny mają, jak się okazuje, swoją cenę. Roczne czesne za naukę jednego dziecka wynosi 8700 dolarów, za rozmowę wstępną rodzice płacą dolarów 50, tydzień próbny kosztuje zaś 250 dolarów. Nie są to kwoty bagatelne nawet po wzięciu poprawki na większą zamożność społeczeństwa amerykańskiego. Ustawiają one poprzeczkę na wysokości dostępnej dla klasy średniej. W Polsce wysokość czesnego w szkołach niepublicznych, włączając w to demokratyczne, również wyklucza z udziału w takiej formie kształcenia zdecydowaną większość dzieci. Jest rzeczą oczywistą, że demokracja, która opiera się na segregacji majątkowej, zasługuje jedynie na miano deklaratywnej. I nie zmienią tego żadne zniżki lub dobroczynne zbiórki, mające na celu dokooptowanie do wyselekcjonowanej majątkowo grupy dzieci spoza niej. Wymierne bariery finansowe i konsekwencje ich istnienia to tylko jedno z oblicz segregacji społecznej. Innym, o wiele mniej wymiernym, ale pociągającym za sobą podobne konsekwencje, jest różnica potencjałów kulturowych. Zobaczymy ją najwyraźniej, gdy weźmiemy pod lupę zjawisko nauczania domowego.
Dość często przeglądam oferty pracy dla nauczycieli. Od jakiegoś czasu znajduję wśród nich propozycje zatrudnienia guwernerów i guwernantek. Słowa te, które pobrzmiewają echem odległych czasów, wróciły do łask i użycia. Często oznaczają osobę dyspozycyjną przez niemal cały tydzień, o nienagannych manierach, znającą w mowie i piśmie języki obce, realizującą podstawę programową, podającą zdrowe posiłki i otrzymującą wynagrodzenie w wysokości kilku tysięcy złotych. Takie guwernantki i tacy guwernerzy wychowali Polsce całe pokolenia elit społecznych i kulturalnych, które wywodziły się ze szlacheckich dworków. Dziś zapewne nie pracują w dworkach, ale ich misja będzie podobna. Tym, których nie stać na wydatek kilku tysięcy miesięcznie oraz zapewnienie stancji, lecz pragnących podarować swym dzieciom jak najlepsze miejsce w społecznej hierarchii, pozostają właśnie unschooling i nauczanie domowe. Finansowanie takiej formy nauczania jest możliwe przy spełnieniu – w zmiennych proporcjach – dwóch warunków. Po pierwsze, warunku względnej zamożności lub pracy w wolnym zawodzie, która pozwoli rodzicom zrezygnować lub ograniczyć obowiązki zarobkowe. Po drugie, konieczne jest tu posiadanie – w zastępstwie lub jako uzupełnienie dobrej sytuacji finansowej – dużego kapitału wiedzy i kwalifikacji. W skali społeczeństwa znaczna jego część została zgromadzona w trakcie wieloletniej i często finansowanej z publicznych środków „edukacji systemowej”. Kapitał ten (znamy to zjawisko z innych dziedzin życia społecznego) jest w ten sposób wyprowadzany z domeny publicznej do domeny prywatnej, chociaż fakt ten nie pozostawi żadnych śladów w postaci faktur i bankowych przelewów.
Ten rodzaj prywatyzacji publicznego, przy zachowaniu wszelkich pozorów decyzji indywidualnych, oddolnych i opartych na wolnym wyborze, ma swoje społeczne konsekwencje, których zasięg nie ogranicza się do bezpośrednio zainteresowanych rodziców i dzieci. O ile taka wizja demokratyzacji edukacji będzie się urzeczywistniać lub ostatecznie powiedzie się, uczniowie nieuprzywilejowani finansowo lub kulturowo zostaną pozbawieni kontaktu z tymi, których odpowiednio wyposażeni rodzice zdecydowali się na różne formy walki ze „szkolną opresją”. Finansowa baza i kulturalna nadbudowa, działające ręka w rękę i wołające o pluralizm i demokratyzację, doprowadzić mogą do usankcjonowania segregacji. Diagnoza szkoły-więzienia, tak chętnie wygłaszana przez krytyków publicznego systemu edukacji, nie straci ważności, a problem sam z siebie nie zniknie. Rzecz w tym, że w aspołecznym świecie, którego bojowy okrzyk brzmi „Ratuj się, kto może!”, będzie to już problem cudzy.
Uprzywilejowani nie będą już musieli trapić się poziomem edukacji mniej uprzywilejowanych, dzieci z lepszych i gorszych domów poznawać wzajemnie swych światów, zaś nauczycielskie ziarno uda się wreszcie oddzielić od plew. Przy okazji niejako dokonuje się swoista, wyprzedzająca stygmatyzacja tych uczniów, którzy w więzieniu pozostaną. Bo skoro pozostają i reprodukować będą tę więzienną mentalność, tak obcą awangardzie zmian, to może lepiej zainstalować kamery monitoringu, wstawić solidniejsze kraty i wzmocnić ogrodzenie?
Czego można nauczyć się w więzieniu?
Straszenie więzieniem nie przekonują mnie jakoś, może dlatego, że nie spełniamy kryteriów pozwalających na skorzystanie z alternatyw. Moglibyśmy ostatecznie, z marnymi szansami powodzenia, ubiegać się o kredyt lub, odwołując się do kapitału zgromadzonej wiedzy, uczyć syna w domu. Co prawda i tak wpadłby w końcu w łapy więziennych klawiszy, bo domowa edukacja nie zwalnia z egzaminów klasyfikacyjnych. Dlatego też, obok obywatelskiego niepokoju o segregacyjne konsekwencje podkopywania szkolnictwa publicznego, warto mieć na uwadze coś jeszcze.
Wielu z nas, być może wszyscy, wynieśliśmy ze szkoły trudne doświadczenia, może nawet, jak wypada dziś mówić, traumy. Stykaliśmy się z agresją i niesprawiedliwością, miewaliśmy w szkole różnych kolegów, koleżanki, nauczycieli i nauczycielki. Oni byli prawdziwi, doświadczani wszystkimi zmysłami i całą psychiką. W żadnym razie nie byli to ludzie, których poznawało się przez szybę samochodu lub ekranu komputerowego czy telewizyjnego. Oczywiście, zderzenia z takimi przeszkodami bywały nieprzyjemne. Ale wiem też, że okazały się one bardziej kształcące od stosów psychologicznych podręczników oferujących lekkostrawny budyń osobistego rozwoju i nieskrępowanej samorealizacji. Życie w szkole, która stawia opór, gdzie opresja i agresja są z konieczności i mimo wszelkich starań obecne, ma tę zaletę, że świat poznajemy takim, jaki jest i będzie po wyjściu ze szkoły w dorosłość. Jeśli naszą ambicją nie jest pozostanie w granicach grodzonych osiedli i innych sztucznych baniek społecznych, szkoła tradycyjna działa jak szczepionka i wzmacnia organizm. Pozwala też na naukę nazywania niesprawiedliwości niesprawiedliwością, a agresji – agresją.
O wiele mniej dziś oczywiste jest zaś to, że szkoła stawiająca granice ostro, szkoła rozumnie opresyjna – daje młodszym dzieciom poczucie bezpieczeństwa, zaś w starszych kształtuje postawy oporu i buntu. Wystarczy rozejrzeć się po świecie, by zrozumieć, jak bardzo są nam one dziś potrzebne. Odwołując się do słów pewnego działacza, można wszak zapytać, jak możliwe jest to, by w kraju tak bardzo rozwarstwionym i niesprawiedliwym demonstracje przypominały niedzielne spacery? Nam i naszym dzieciom, którym przyjdzie żyć w świecie, gdzie trudno spodziewać się powitalnych kobierców rozwijających się pod stopami, przyda się i taka szkoła demokratyczna. Taka, w której namacalne przejawy społecznej niesprawiedliwości nie będą tabu wypychanym na margines, zaś ich stała, napominająca obecność doprowadzi wreszcie do powstania takiej kultury demokratycznej, gdzie postawy buntu i niezgody nie będą jedynie dziwactwami lub przedmiotem kpin z palących opony.
„Odszkolnienie” po polsku – doktryna szoku na raty
Bywa, że rzeczywistość bezlitośnie natrząsa się z reformatorów, spełniając ich życzenia w osobliwy sposób. Dotyczy to także krytyków polskiego systemu oświaty. W 1976 roku ukazał się pierwszy przekład książki Ivana Illicha „Deschooling society” („Społeczeństwo bez szkoły”). Autor głosił, że szkoła nie służy wyrównywaniu szans, lecz konserwuje hierarchie i nierówności, wtłaczając do głów uczniowskich zbędną wiedzę oraz ideologię status quo. Należałoby więc zastąpić ją czymś w rodzaju policentrycznej, zdemokratyzowanej sieci wymiany wiedzy i doświadczeń, która ukształtuje społeczeństwo prawdziwie wolne. Nie potrafię oprzeć się pokusie przytoczenia współczesnej recenzji Małgorzaty Szpakowskiej: Bronię szkoły. Najbardziej konserwatywnej, upupiającej, ogłupiającej. Nienadążającej za życiem, wpędzającej w kompleksy, powracającej w koszmarnych snach. Bronię jej nie dlatego, że jest dobra. Bronię jej, ponieważ to, co proponują reformatorzy, jest o całe niebo gorsze. Gorsze, ponieważ wyzwolicielski utopista proponował, zdaniem recenzentki, likwidację niezbędnego społecznie wspólnego kodu kulturowego, nie proponując w zamian nic na tyle wiarygodnego, by mogło zagwarantować społeczną spójność.
Książkę Illicha w roku 2010 wydano w nowym przekładzie pod tytułem „Odszkolnić społeczeństwo”. Wstęp napisał Piotr Laskowski, zaś tom zamykał wywiad Jana Sowy ze Zbigniewem Liberą. Zadziwiające, jak mało spostrzegawczy byli autorzy polskich dopisków do projektu Illicha. Brak spostrzegawczości wynikał zapewne stąd, że wzrok mieli skierowany ku wyżynom najszczytniejszych ideałów. Gdyby bowiem skierowali spojrzenie nieco niżej, dostrzegliby bez trudu odszkolnienie najzupełniej dosłowne, polegające na likwidowaniu setek placówek edukacyjnych.
Jak wiemy, proces ten nie został zahamowany i prowadzi, szczególnie na prowincji, do regresu cywilizacyjnego. Tym dziwniejsze jest, że również dziś krytycy szkoły-więzienia zdają się zupełnie ignorować ów przyziemny, materialny sens unschoolingu i deschoolingu. Ktoś bardzo podejrzliwy mógłby nawet pomyśleć, że ślepota taka wpisuje się , chcąc nie chcąc, w schematy doktryny neoliberalnej.
Nauczyciele z książki Kicińskiego, narzekając na nędzę szkół i własną, coś niecoś musieli przeczuwać. Młoda polska demokracja sprzed ćwierćwiecza musiała być bardzo oszczędna, dlatego wielką zmianę szkolnictwa karmiła wielkimi ideami, skąpiąc przy tym materialnych środków. Wielkie idee przybierały najczęściej kształt reform podstaw programowych, wprowadzenia gimnazjów, nowych przedmiotów szkolnych, przekazywania zarządzania szkołami samorządom, zmiany zasad awansu zawodowego, niekonsekwentnie przeprowadzonej skolaryzacji sześciolatków, najpierw uwolnienia, następnie zaś centralizacji rynku podręczników. Powstawał zatem swoisty chaos, w którym jedynymi pewnikami były niedofinansowanie, niepewność i wzajemne pretensje uczniów, nauczycieli, rodziców. W takich warunkach obróbka lękiem przed szkołą systemową działała i działa znakomicie.
System publicznej oświaty, mimo nieustannego potrząsania i oszczędności, jeszcze jakoś się trzyma. O tym, by zmniejszać liczebność klas, utrzymać zatrudnienie i na nowo przemyśleć kształcenie nauczycieli – jakoś ostatnio cicho. Zapewne dlatego, że wymagałoby to długofalowej, zorientowanej na przyziemny konkret i dobrze finansowanej państwowej strategii. Na północy Europy znalazłyby się też zapewne takie modele edukacji publicznej, z których warto skorzystać. Zamiast tego słyszymy z różnych stron bajki o szkole demokratycznej i unschoolingu, które miałyby wyprowadzić dzieci, oczywiście nie wszystkie, z edukacyjnie niewydolnego publicznego więzienia. Być może jestem złym tatą, skoro chciałbym posłać syna do publicznej szkoły. Jednak, uwierzcie mi, rozpaczliwa nadzieja z jednej strony, z drugiej zaś obawy podejrzliwych przemawiają do mnie znacznie mocniej niż straszenie więziennym klawiszem i pruskim kapralem.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 22 czerwca 2015 | opinie
Wiele już powiedziano o kontrowersyjnej kampanii Fundacji Mamy i Taty „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Jej obrońcy zwracali uwagę, że sukces życiowy i poczucie samorealizacji mogą okazać się pułapką i przeszkodą dla macierzyństwa. Krytycy udowadniali za to, że odkładanie macierzyństwa/ojcostwa „na potem” nie sprowadza się z reguły do sugestii zawartych w kampanijnym spocie. A to dlatego, że przytłaczająca część polskich kobiet i wielu potencjalnych rodziców broni się przed dziećmi (często wyczekiwanymi, w tym dramat!) wcale nie dlatego, że zwiedzali stolicę Kraju Kwitnącej Wiśni, ocierali z ust okruszki po śniadaniach w paryskich kawiarniach, albo wygodnie urządzali się w swoich apartamentach, loftach i posiadłościach.
Niewykluczone, że nie byłoby tak wielkiego zamieszania, gdyby prezes Fundacji Mamy i Taty, Paweł Woliński, poprosił twórców kampanii o opatrzenie filmu krótkim opisem: „spot przeznaczony tylko dla osób odpowiednio zamożnych”. Podobną informację powinien zawierać inny ze spotów tej fundacji, „Pomyśl o dziecku!”, w którym oglądamy dziewczynkę stwierdzającą: „fajnie mieć kucyka, ale siostrę fajniej”, a z offu słychać męski głos: „Im nas więcej – tym weselej. Pomyśl o dziecku!”. Jeśli wziąć pod uwagę dane zawarte w niedawnym raporcie Głównego Urzędu Statystycznego, wskazujące, że aż 27 proc. gospodarstw domowych z więcej niż trójką potomstwa żyje poniżej progu skrajnego ubóstwa, rzecz przestaje budzić ciepły uśmiech. Dodajmy, że próg skrajnego ubóstwa to wydatki poniżej 540 zł miesięcznie dla osoby samotnie gospodarującej lub 1458 zł dla gospodarstwa czteroosobowego.
Na marginesie: w spocie „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” to kobieta nie chce mieć dziecka, a w spocie drugim, „Pomyśl o dziecku”, to mężczyzna zachęca do posiadania potomstwa. Nawet jeśli to tylko zbieg okoliczności, to rzecz jawi się interesująco – egoizm kobiet plus troska i zachęta ze strony mężczyzny. Tyle że w rzeczywistości to polskie kobiety są często zarządcami gospodarstw domowych, to na ich głowach i ramionach spoczywa troska o to, żeby często niewielkie domowe budżety pozwoliły związać koniec z końcem. Dla twórców kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” bogata kobieta jest osobą, której trzeba przypomnieć (może nie bez racji), że może być matką. Jednak dla bardzo wielu polskich kobiet ich zdolności menedżerskie, ich samoorganizacja, umiejętność strukturyzowania otaczającego je świata mają zupełnie inny wymiar, niż troska o piękne urządzenie luksusowego wnętrza.
Rzecz nie tylko w tym, że panie wysyłają panów do sklepu z listą zakupów. I nie tylko w tym, że często mieszkania kobiet-wdów są schludne, a mężczyzn-wdowców zabałaganione. Nawet nie tylko w tym, że kobieta „musi mieć czas” i na dom, i na pracę, a jeszcze dobrze by było, żeby wyglądała jak top modelka. I również nie w tym, że – choć oczywiście nie jest tak zawsze – to kobieta musi łączyć doglądanie chorego dziecka z innymi obowiązkami, domowymi i zawodowymi, bo taka jest „jej naturalna rola”. Są i inne sprawy. Czas jakiś temu prof. Elżbieta Tarkowska opowiadała „Nowemu Obywatelowi”: Do znudzenia powtarzam przykład z moich badań przeprowadzonych w połowie lat 90. Matka ośmiorga dzieci mówiła, że każdego dnia zamyka się na klucz w łazience, ponieważ musi się skupić i zastanowić, co im dać do jedzenia. Śniadanie jest dla większości z nas rzeczą banalną, w ogóle nie zwracamy na nie uwagi. Natomiast w przypadku biednych rodzin to samo śniadanie urasta do problemu, który wymaga namysłu, wysiłku, strategicznego myślenia.
Prof. Tarkowska wskazywała na coś jeszcze: na ogromną wyobraźnię i kreatywność tych kobiet, które wcale nie odwiedzają Tokio, Paryża ani Szanghaju, a własny kucyk dla dziecka to dla nich wizja równie prawdopodobna jak to, że polecą na Marsa. Robienie czegoś z niczego to sztuka, w której biedne kobiety są mistrzyniami. Dlatego właśnie szybko się starzeją, chorują. Mówię głównie o kobietach, ponieważ jedną z postaci zjawiska feminizacji ubóstwa jest często przejmowanie przez nie odpowiedzialności za to, żeby potrzeby rodziny były zaspokojone. Kobiety nie tylko wykonują prace domowe, ale także pożyczają, zwracają się o pomoc, kupują na kredyt. W rzeczonych badaniach była również pozycja „nicnierobienie” – okazało się ono domeną mężczyzn.
To sprawy wstydliwe, bo wcale nie dotyczą one jedynie zdecydowanie uboższej części społeczeństwa, a stanowią pewien kulturowy schemat, który mężczyźnie daje pozycję „żywiciela rodziny”, a kobiecie „strażniczki domowego ogniska”. W rzeczywistości często kobiety pełnią obie te funkcje, co najwyżej czasami „biorąc sobie wychodne”. I szkoda, że obrońcy kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”, często rekrutujący się z grupy „aspirujących do klasy średniej”, nie chcą dostrzec tych różnic między samodzielnością zawodową i „wyuczonym egoizmem” kobiet ze spotu a znacznie powszechniejszym losem Matek Polek, które muszą zdążyć ze wszystkim: to tańsza siła robocza pośród taniej siły roboczej. Ale nikt nie tworzy kampanii społecznych zwracających uwagę na ich sytuację. Nie jest tak, że krytycy kampanii Fundacji Mamy i Taty nie zrozumieli intencji jej twórców – za to twórcy kampanii sprawiają wrażenie absolutnie impregnowanych na świat bez kucyków, bez apartamentów i bez podróży na antypody naszej rzeczywistości.
A przecież rzecz nie tylko w biedzie. Nawet przy przeciętnych polskich zarobkach trudno znaleźć pieniądze na prawdziwego konika dla swojej pociechy. Nie mówiąc już o tym, że dane GUS i Eurostatu potwierdzają, że Polacy żyją w przeludnieniu. Na tzw. przeciętnego Polaka/przeciętną Polkę przypada 26,3 m kw. powierzchni mieszkaniowej, gdy statystyczny Duńczyk ma ich dwa razy więcej (50 m kw.), a Niemiec – o dwie trzecie więcej. Cytuję za „Nowym Obywatelem”: Nad Wisłą na mieszkańca przypada jeden pokój, a średnia europejska to 1,6 pomieszczenia. 45 proc. obywateli mieszka w za małych mieszkaniach, przy średniej dla Europy wynoszącej jedynie 17 proc. Gorzej niż w Polsce jest tylko w Rumunii i na Węgrzech. Jeszcze słabiej przedstawia się sytuacja podziału metrażu pomiędzy osoby w mieszkaniach wynajmowanych – Polacy aż w trzech przypadkach na cztery (73 proc. badanych) mieszkają w za małych pomieszczeniach, gdyż wynajmują niewielkie pokoje, często z kimś współdzielone. Jako typowy Krzysztof patrzę zatem na wspomniany wyżej spot i dziwię się niepomiernie: „ale skąd, psiakość, kucyk?”. A przecież wszystko jest jasne: to spot tylko dla bogatych. I to powinno być jasno powiedziane.
Błędem byłoby jednak sądzić, że tylko rodzimi bogaci i bogobojni na tyle odkleili się od typowo polskich realiów, że epatują społeczeństwo własnymi klasowymi przekonaniami i przesądami, mniej lub bardziej subtelnie przekonując maluczkich, że są to wzorce uniwersalne i normatywne. Warto przypomnieć głośną wypowiedź sprzed kilku lat, autorstwa liberalnej feministki Magdaleny Środy. Wywiad z nią ukazał się w „Magazynie Świątecznym”, w czasie gdy trwał właśnie Kongres (Bogatych i Wyzwolonych) Kobiet. Agnieszka Kublik pyta: Wie pani, jak trudno jest kobietom łączyć pracę w domu z karierą zawodową? Na co jej rozmówczyni: Przecież łączyłam i łączę. Nie jest trudno. Kublik ripostuje: Nie? Pani pierze, prasuje, zmywa, gotuje… Ale trudno zbić z pantałyku Magdalenę Środę: Pierze pralka, prasować nie trzeba, gotować uwielbiam. A sprząta mi pewna pani. Szach mat, proszę państwa, szach mat, szanowne prekariuszki, które pewnie nigdy nie doczekacie się, że sprzątać wam będzie „pewna pani”. Szach mat, matki, które zarabiacie tyle, że na „pewną panią” musiałybyście wydać własną pensję, a może jeszcze coś dorzucić z pensji męża, partnera czy konkubenta. Szach mat i dla „pewnej pani”, która – jako służąca – musi sprzątać i u siebie, i u liberalnej feministki. Temat na wypracowanie (o ile w szkołach takie tematy są jeszcze omawiane): porównaj ścieżki kariery zawodowej Magdaleny Środy i „pewnej pani”, wskazując na determinanty ekonomiczne, klasowe, środowiskowe, kulturowe i społeczno-gospodarcze.
Przyznam szczerze: myślę, że to naprawdę sympatycznie mieć kucyka. Jeszcze sympatyczniej jest mieć i kucyka, i rodzeństwo. Cieszy mnie i to, że są w Polsce kobiety, przed którymi otworem stoją Tokio, Paryż i znaczne sukcesy zawodowe. Dlaczego by nie? Rozumiem i to, że ktoś chce przypomnieć tym kobietom, że mogą też być matkami. Ale nie zgadzam się na to, żebyśmy jako społeczeństwo byli zakładnikami najbogatszych. Choć, niestety, już jesteśmy. Tak urządzony jest ład społeczno-gospodarczy III Rzeczpospolitej.
Rozwarstwienie, szczelny podział klasowy to nie jest tylko problem ekonomiczny. To kwestia języka, obyczajów, perspektyw, szans na przyszłość, definiowania problemów i przedstawiania antidotum na nie. Świat bogatych rządzi się własnymi prawami – jest w nim większe przyzwolenie choćby na prywatną opiekę zdrowotną i edukację, na racjonalne – z punktu widzenia interesów bogatych – żądanie mniejszych obciążeń podatkowych, często też na bezkarność wobec fiskusa. Jest w tym świecie przyzwolenie na narastanie różnic między obszarami bogactwa i biedy. Jest w nim chęć odseparowania się od ogółu za wieloma już zamkniętymi drzwiami, za murami, za kordonami prywatnej ochrony, za barierami, które tworzy próg dochodów. Jest w tym świecie także znacznie więcej miejsca na nieznany ogółowi (z własnego doświadczenia) komfort życia, z którym wiążą się i pewne przyjemności, i możliwości działania i odpoczynku, i pewne zagrożenia.
Świat bogatych to łatwiejszy dostęp do polityki, większy wpływ na legislację, znacznie szersze możliwości wzmocnienia kapitału kulturowego własnej rodziny, zatroszczenia się o los swoich dzieci. To również lepszy dostęp do środków masowego przekazu, to możliwość opłacenia odpowiednich kampanii, spotów, billboardów itp. Przeciętni Polka i Polak skazani są zwykle na samych siebie, ponieważ oferta publiczna jest coraz skromniejsza, a często skierowana już jedynie do rzeczywiście najuboższych, a i to w formie rzuconego ochłapu. Polityczne oddziaływanie większości społeczeństwa jest znacznie słabsze niż oddziaływanie jego części nielicznej, ale uprzywilejowanej przez bogactwo. Skromnie żyjące matki, skromnie żyjący ojcowie, skromnie żyjące rodziny są prawie nieobecni w naszej debacie publicznej. Kto ma mówić w ich imieniu? I kto ich wpuści do telewizyjnych studiów, do redakcji opiniotwórczych gazet, kto im da pieniądze na dużą kampanię w nowych mediach i na billboardy?
Nie bez wpływu na to wszystko jest fakt, że niezależnie od wykonywanych zawodów, niezależnie od wahań w zarobkach, niezależnie od miejsca zamieszkania – ta znacznie większa część społeczeństwa jest zorganizowana znacznie gorzej niż kluby, koterie, lobby i sitwy najbogatszych. Trudno się w tym kontekście dziwić, że „antysystemowy” ruch w Polsce w kwestiach społeczno-gospodarczych bazuje na przekonaniu, że „liberalizm dla bogatych” wreszcie rozwiąże bolączki społeczne tej biedniejszej części społeczeństwa. Przecież wkurzony Paweł Kukiz jest człowiekiem jak na polskie realia naprawdę majętnym, a jego „wyobrażenia społeczne” i recepty na gospodarkę i państwo są do tego adekwatne. No chyba że duży dom z basenem i całkiem sporym areałem to rodzima norma…
Bogaci nie potrzebują państwa, a przynajmniej nie w taki sposób, jak ludzie zarabiający znacznie mniej. Mogą to państwo ominąć, tak jak mija się prowincjonalną Polskę z zamkniętymi dworcami kolejowymi, pełną dziurawych i wąskich dróg, podróżując pociągiem klasy premium z jednej metropolii do drugiej. Mówiąc publicystycznym skrótem: bogaci żyją w innej czasoprzestrzeni, w alternatywnym świecie. Ale dyktują swoje warunki, przekazują swoje wyobrażenia, nauczają i pouczają. Podstarzały bon vivant Janusz Korwin-Mikke, prorok liberalizmu po polsku, jest najwymowniejszym tego przykładem.
Cały kłopot w tym, że często ta znacznie skromniej żyjąca część społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy, że logika bogactwa i racjonalność bogatych to nie jest ich własna logika i racjonalność. Dla wielu ludzi Kukiz, czyli burżua po polsku, jest „zwykłym, wkurzonym facetem”, „swojakiem” wściekłym na oderwaną od polskich realiów klasę polityczną. Ale to zwykły humbug – taki sam żart jak kucyk w każdym polskim domu. Nie wykluczam, że Kukiz raz po raz odczuwa wkurzenie, bo wściec się każdy może. Nie wykluczam, że Środa świetnie łączy życie rodzinne z zawodowym – tylko że ich świat nie jest światem znacznej części polskiego społeczeństwa. Niestety, jak długo w polskim życiu publicznym myślenie klasowe będzie leżało odłogiem, tak długo będziemy skazani na „jedynie słuszne” opowieści bogatych.
Póki co mamy swoją własną wieżę Babel. Języki już pomieszano, ale mowa bogatych znaczy więcej. Wyrobnicy, najemnicy, biedni dźwigający w górę coraz większe ciężary na coraz bardziej elastycznie zgiętych plecach, przynaglani, by wznosić kolejne piętra cudzego dobrobytu, słuchają tej mowy, próbują w niej mówić, uznając ją za własną. I w tym ich nieszczęście i kolejne lata w niewoli.