Sprytny jak filantrop

Sprytny jak filantrop

„Dobroczynne działania” Marka Zuckerberga to przebiegłe posunięcie, które pozwoli mu uniknąć płacenia podatków idących w miliardy dolarów. Facebook prawie ich nie odprowadza – a teraz jego założyciel również ich uniknie.

Na pierwszy rzut oka oświadczenie Marka Zuckerberga, założyciela Facebooka, że przeznaczy 99% własnych akcji przedsiębiorstwa – wartych około 45 miliardów dolarów – na działalność dobroczynną, wydaje się szczere. Inni znani miliarderzy, jak Warren Buffet czy Bill Gates, również obiecali, że ogromną część swoich majątków przekażą na takie cele. Jednak w rzeczywistości to sprytne ruchy, które pozwolą im uciec przed opodatkowaniem niewyobrażalnych fortun. Wraz z wychodzeniem na jaw faktów dotyczących nowej fundacji Zuckerberga, jego postępowanie coraz bardziej zaczyna wyglądać na wybieg podatkowy, a coraz mniej na działalność dobroczynną.

W odróżnieniu od fundacji non-profit Billa i Melindy Gatesów, nowo utworzona Inicjatywa Chan Zuckerberg (od nazwisk facebookowego potentata i jego żony, Priscilli Chan) jest spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (Limited Liability Company). Taki status pozwala na prowadzenie wszelkiej działalności – od inwestowania w sektor prywatny, przez finansowe wspieranie działalności dobroczynnej, po angażowanie się w politykę. Oświadczenie wydane przez Facebook potwierdza informacje na temat struktury nowego projektu Zuckerberga:
Inicjatywa Chan Zuckerberg będzie realizować swoją misję poprzez finansowe wspieranie organizacji non-profit, inwestycje w sektorze prywatnym oraz partycypację w debatach politycznych. Jej cel to wywarcie pozytywnego wpływu na obszary, gdzie występują duże potrzeby […] Wszelkie zyski pochodzące z inwestycji będą użytkowane w celu sfinansowania dodatkowych działań służących misji Inicjatywy.

Oświadczenie mówi również, że Zuckerberg zachowa kontrolę nad wszystkimi udziałami w Inicjatywie oraz w dającej się przewidzieć przyszłości będzie szefował organizacji. Robert W. Wood, dziennikarz „Forbesa”, twierdzi, że decyzja o zasileniu Inicjatywy akcjami giełdowymi, a nie gotówką, jest zręcznym krokiem biznesowym, stwarzającym dużo większe możliwości unikania opodatkowania:

Dlaczego akcje? Przekazując je na cele dobroczynne, ofiarodawca otrzymuje zależną od ich rynkowej wartości ulgę podatkową ze względu na działalność charytatywną. Wartość rynkowa i bazowa to dwie różne rzeczy, a różnica między nimi może oznaczać ogromne korzyści podatkowe. W przeszłości Zuckerberg przekazał setki milionów dolarów na działalność dobroczynną Silicon Valley Community Foundation. Oczywiście w akcjach, dzięki czemu uniknął podatku, który zostałby naliczony od wzrostu ich wartości. Facebook wszedł na giełdę w maju 2012. Ceną jednej akcji firmy była wtedy na poziomie 38 dolarów. Początkowo ich wartość spadła poniżej 20 dolarów, ale później wzrosła o ponad 25%, jeszcze zanim Zuckerberg dokonał wpłat na koniec roku. Ulga podatkowa Zuckerberga jest zależna od tej właśnie wartości rynkowej.

Alice Ollstein z portalu Think Progress napisała, że dzięki przekazaniu niemal wszystkich swoich akcji do spółki z.o.o, Zuckerberg oszczędzi co najmniej 20% podatku od zysków kapitałowych, który zostałby naliczony przy sprzedaży akcji. A Max, dziecko, które zainspirowało Zuckerberga do założenia Inicjatywy, zaoszczędzi miliony na podatku od dziedziczonych po ojcu nieruchomości. Jak tłumaczy Woods, darowizna na cele dobroczynne jest w rzeczywistości przelewaniem bogactwa z jednego konta na drugie – zwolnione z opodatkowania – pod pozorem dobroczynności.

W ostatecznym rozrachunku darowanie akcji oznacza, że zysk, który Zuckerberg wypracowałby przy ich sprzedaży, nigdy nie zostałby opodatkowany. Obdarowana organizacja może zatrzymać lub sprzedać akcje, ale jako spółka dobroczynna nie zapłaci podatku w przypadku pozbycia się ich, niezależnie od wysokości zysku. A Zuckerberg otrzyma zwrot podatku na podstawie wartości rynkowej przekazanych akcji, chroniąc kolejne miliardy zysków.

Tego typu strategia podatkowa nie jest właścicielowi Facebooka obca – jego pierwsza giełdowa oferta publiczna z 2012 roku była taką samą strategią. Dzięki ulgom, którymi objęte były „opcje na zakup akcji” (executive stock options), Facebook w pierwszym roku po wejściu na giełdę nie zapłacił ani centa podatków stanowych i federalnych. Jak donosi organizacja „Obywatele dla Sprawiedliwości Podatkowej” (Citizens for Tax Justice) w swoim raporcie z roku 2013, nie dość, że firma nie zapłaciła wcale podatku, to jeszcze dzięki konstrukcji swojej pierwszej oferty publicznej otrzymała 429 milionów zwrotu podatkowego.

Ten zwrot podatku dochodowego wynika z wykorzystania jednorazowej ulgi podatkowej, polegającej na możliwości odliczenia od podatku „opcji na zakup akcji” [prawo do wykupu przez pracowników firmy określonej liczby akcji po niższej cenie – przyp. red.]. Ulga obniżyła stanowe i federalne podatki dochodowe Facebooka o ponad miliard dolarów w 2012 roku, włączając w to zwrot podatku z poprzedniego roku w wysokości 451 milionów. Ale to nie koniec wszystkich opartych na „opcjach na akcje” zwolnień podatkowych, które wykorzystał Facebook przy okazji pierwszej oferty publicznej. Firma zyskała również prawo do przeniesienia na kolejny okres ulg podatkowych w wysokości 2,17 miliarda dolarów.

Niemiecki miliarder Peter Krämer dokładnie wie, o co chodzi w takiej „dobroczynności”, jak Inicjatywa Chan Zuckergerg. W wywiadzie udzielonym „Der Spiegel” w 2010 roku powiedział, że filantropia Warrena Buffeta i innych miliarderów, którzy obiecują przekazanie co najmniej 50% swoich majątków na cele dobroczynne, jest często jedynie wybiegiem umożliwiającym ucieczkę przed uczciwym opodatkowaniem: Tego typu inicjatywy w USA są bardzo problematyczne. Można odpisać sobie donacje dobroczynne od podatku. Bogaci podejmują więc decyzję, czy wolą ofiarować pieniądze organizacjom, czy płacić podatki. W ten sposób zajmują miejsce państwa. To nieakceptowalne.

„Der Spiegel”: Ale czy te pieniądze nie służą dobru wspólnemu?

Krämer: Chodzi o złą praktykę transferu władzy od państwa do miliarderów. To nie państwo decyduje, co jest dobre dla obywateli, tę rolę chcą przejąć bogacze. Taki rozwój sytuacji uważam za bardzo zły. Jakie prawo mają ci ludzie, żeby decydować, dokąd pójdą ogromne sumy pieniędzy?

Na obronę Zuckerberga można przywołać jego zapewnienia, że Inicjatywa przeznaczy fundusze na zapewnienie wszystkim podstawowej opieki zdrowotnej, zapobieganie, leczenie lub ograniczanie występowania większości istniejących chorób w ciągu następnych stu lat oraz fundowanie „spersonalizowanych” programów edukacyjnych online. W ubiegłomiesięcznym raporcie dla U.S. Uncut pisałem jednak, że poprzednia ofensywa Zuckerberga na polu filantropii powiązanej z sektorem edukacji oznaczała m.in. wpompowanie 100 milionów dolarów w program Chrisa Christiego, będący zasadniczo grabieżą szkół publicznych. Pieniądze zostały przeznaczone na zatrudnienie konsultantów opłacanych kwotą tysiąca dolarów dziennie, zwolnienie tysiąca nauczycieli i ośmiuset osób personelu pomocniczego oraz zamykanie szkół publicznych przy jednoczesnym otwieraniu prywatnych. Działania te były szeroko krytykowane w wielu programach informacyjnych.

Tłumaczenie Mateusz Trzeciak, współpraca Magda Komuda

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się 3 grudnia 2015 r. na portalu U.S. Uncut, http://usuncut.com. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Nadmierna troska – oto przekleństwo klasy pracującej

Dlaczego właściwie wszyscy zaakceptowaliśmy podstawową logikę pokryzysowych cięć oszczędnościowych? Ponieważ wszelka solidarność jest od pewnego czasu postrzegana jako zagrożenie.

Nie mogę zrozumieć, czemu ci ludzie nie wzniecają zamieszek na ulicach – słyszę od czasu do czasu od osób o wysokim statusie materialnym i społecznym. Mówią to jakby z niedowierzaniem: Ostatecznie my protestujemy ile sił w płucach, gdy tylko ktokolwiek spróbuje pozbawić nas możliwościom płacenia niższych podatków; gdyby groził nam głód albo bezdomność, to pewnie palilibyśmy banki i obracali w perzynę budynki parlamentu. Co w takim razie jest nie tak z tymi ludźmi?

To dobre pytanie. Można by pomyśleć, że rząd, który narzuca takie „reformy” najsłabszym bez gruntownego uzdrowienia gospodarki, popełnia polityczne samobójstwo. Tak się jednak nie dzieje – rząd dalej rządzi, a ludzie akceptują logikę kryzysu. Dlaczego? Czemu politykom obiecującym tylko kolejne trudności, wyrzeczenia i cierpienie klasa robotnicza odpowiada potakiwaniem i przyzwoleniem, a nawet czynnym wsparciem dla ich pomysłów?

Sądzę, że właśnie owo niedowierzanie, o którym była mowa, stanowi część odpowiedzi. Klasa robotnicza, jak się nam bez końca przypomina, może być mniej skrupulatna pod względem przestrzegania prawa oraz zasad przyzwoitości niż „lepsi od niej”. Jednak nie ma ona na swoim punkcie takiej obsesji, jak klasa wyższa. Jej przedstawiciele bardziej troszczą się o swoje rodziny, przyjaciół i wspólnoty, na ogół są także przynajmniej odrobinę sympatyczniejsi.

Zjawisko to, przynajmniej w pewnym stopniu, wynika z uniwersalnego prawa socjologii. Feministki już dawno zauważyły, że ci, którzy znajdują się na samym dole pełnego nierówności układu społecznego, bardziej przejmują się tymi, którzy są na szczycie, niż ci „z góry” troszczą się o „dół”. Kobiety w każdym zakątku świata przejmują się mężczyznami bardziej (i wiedzą na ich temat więcej) niż mężczyźni nimi; ludzie o czarnym kolorze skóry bardziej wczuwają się w opinie białych, pracownicy – pracodawców, a biedni bogatych.

Ludzie są istotami współodczuwającymi i tym bardziej współczują innym, im więcej o nich wiedzą. Bogaci i sprawujący władzę mogą jednak pozwolić sobie na to, by nie dbać o innych i nic o nich nie wiedzieć. Wiele najnowszych badań psychologicznych wskazuje na to, że ci, którzy urodzili się w rodzinach należących do klasy robotniczej, wypadają w testach mierzących ocenianie cudzych uczuć dużo lepiej niż członkowie bogatych klas. Nic w tym, poniekąd, dziwnego. W końcu w „posiadaniu władzy” chodzi właśnie o brak konieczności zwracania uwagi na to, co ludzie wokoło myślą i czują. Ci, którzy mają władzę, zatrudniają innych, by za nich to robili.

A kogo zatrudniają? Głównie potomków klasy pracującej. Dziś, jak sądzę, tak mocno chcemy kojarzyć ten termin z ludźmi pracującymi w fabryce, że aż zapomnieliśmy, na czym tak naprawdę polega praca większości ludzi.

Nawet w czasach Marksa i Dickensa w społecznościach robotniczych zatrudniano o wiele więcej pokojówek, pucybutów, śmieciarzy, kucharek, pielęgniarek, dorożkarzy, nauczycieli, prostytutek i handlarzy warzywami niż górników, robotników tekstylnych czy pracowników odlewni żeliwa. Dzisiaj tym bardziej robotnicy wykonują pracę postrzeganą jako „kobiecą”, polegającą na dbaniu o innych, doglądaniu ich i zaspokajaniu zachcianek, uspokajaniu, wyprzedzaniu życzeń i myśli przełożonych, a także na opiece i nadzorze nad roślinami, zwierzętami czy przedmiotami. O wiele więcej przedstawicieli klasy robotniczej wykonuje takie czynności, niż pracuje przy pomocy młotka, dźwigu, obrabiarki lub żniwiarki.

Nie chcemy o tym pamiętać nie tylko dlatego, że większość pracowników to kobiety (bo w ogóle większość ludzkości jest płci żeńskiej), ale także dlatego, że mamy wypaczoną wizję tego, czym zajmują się mężczyźni. Całkiem niedawno strajkujący pracownicy londyńskiego metra musieli wyjaśniać oburzonym podróżnym: sprawdzanie biletów to nie jest jedyna aktywność bileterów. Większość czasu w pracy spędzają oni na udzielaniu wyjaśnień, naprawianiu zepsutych przedmiotów, szukaniu zgubionych dzieci i opiece na starymi, chorymi i zagubionymi pasażerami.

Gdy się nad tym zastanowić: czy nie na tym właśnie polega życie? Wzajemność jest istotą człowieczeństwa. Pracujemy najczęściej dla siebie nawzajem, dla wspólnej korzyści, a właśnie klasa robotnicza pracuje najwięcej. Jest więc, i zawsze była, klasą troszczącą się o innych. Ale jej członkom trudno się do tego publicznie przyznać, skoro ci, którzy korzystają z ich pracy opiekuńczej, wciąż deprecjonują wartość wzajemnej troski.

Jako dziecko z rodziny robotniczej mogę zaświadczyć, że to z tej troskliwości jesteśmy dumni. Wciąż słyszeliśmy, że praca jest wartością samą w sobie, kształtuje charakter i inne cnoty, ale nie wierzyliśmy w to. Większość z nas uważała, że lepiej unikać pracy, jeśli inni nie mają z niej jakiejś korzyści. I właśnie z takiej pożytecznej pracy, czy było to budowanie mostów, czy opróżnianie nocników, byliśmy dumni. Byliśmy także dumni z wzajemnej troski o siebie. To właśnie odróżniało nas od bogaczy, którzy, jak widzieliśmy, niechętnie zajmowali się nawet opieką nad własnymi dziećmi.

To właśnie dlatego najważniejszą burżuazyjną cnotą jest oszczędność, podczas gdy najważniejszą cnotą klasy robotniczej jest solidarność. Jednak właśnie dlatego klasa robotnicza jest dzisiaj zagrożona. Były czasy, gdy troska o własną społeczność równała się trosce o całą klasę robotniczą. W tamtych czasach ważny był dla nas „postęp społeczny”. Dziś widzimy rezultaty nieustającej wojny z samą ideą udziału świata pracy w polityce oraz z ideą społeczności robotniczej. Większość ludzi pracy nie wyobraża sobie innego wyrażenia swojej troski, niż poprzez skierowanie jej ku abstrakcyjnym pojęciom, takim jak „nasze wnuki” albo „naród”, tudzież poprzez jingoistyczny patriotyzm, czy też odwoływanie się do idei zbiorowego poświęcenia.

Skutkiem jest odwrócony porządek. Dekady politycznej manipulacji wypaczyły sens solidarności społecznej, którą teraz uważa się za dopust boży. Nasza troska została wykorzystana przeciwko nam. I prawdopodobnie tak już pozostanie, chyba że lewica, która twierdzi, że mówi głosem pracowników, poważnie i na dłuższą metę zastanowi się nad tym, czym dziś właściwie jest praca i co, zdaniem tych, którzy ją wykonują, stanowi jej największą wartość.

David Graeber

Tekst ukazał się 26 marca 2014 r. na stronie internetowej „The Guardian”. Przedruk za zgodą autora.

Rodzina na cudzym, czyli o polityce mieszkaniowej Thatcher i spółki

Rodzina na cudzym, czyli o polityce mieszkaniowej Thatcher i spółki

Dziennikarskie śledztwo, przeprowadzone przez tabloid „Daily Mirror” przy współpracy ze związkiem zawodowym GMB, ujawniło ogromną skalę patologii na brytyjskim rynku mieszkaniowym.

Wprowadzony ustawą Housing Act w 1980 roku przez rząd Margaret Thatcher program Right to Buy (Prawo do Wykupu) umożliwiał najemcom lokali komunalnych ich zakup na własność po obniżonej cenie. Program cieszył się dużym zainteresowaniem, osiągając szczyt popularności w 1984 roku. Według danych, które „Daily Mirror” uzyskał od gmin w całej Wielkiej Brytanii na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej, 1/3 wykupionych na podstawie Right to Buy mieszkań znajduje się obecnie w rękach osób prywatnych, które czerpią dochody z ich wynajmu.

Ian Gow, bliski współpracownik i sekretarz Margaret Thatcher, był ministrem odpowiedzialnym za mieszkalnictwo w rządzie torysów wprowadzającym Right to Buy. Nadzorował powstawanie i przebieg tego programu. W 1990 roku został zabity w ataku bombowym przeprowadzonym przez IRA. Jego syn, multimilioner Tyron Charles Gow, jest potentatem na rynku mieszkaniowym. Wraz z żoną Karin dysponują aktualnie ogromną, trudną do oszacowania ilością dawnych mieszkań komunalnych. Tylko na jednym osiedlu w South London mają co najmniej 40 lokali, których wartość może sięgać nawet 10 milionów funtów.

– Nie dałoby się tego zmyślić. Rodzina jednego z torysowskich ministrów, który nadzorował Right to Buy, okazuje się posiadaczami setek sprywatyzowanych mieszkań. Program Thatcher był ruchem umożliwiającym wykorzystanie budynków komunalnych dla prywatnych zysków – mówi sekretarz generalny związku GMB, Paul Kenny.

Gmina London’s Wandsworth sprzedała w ramach Right to Buy 24 000 lokali. Tylko w niespełna 16 tysiącach przypadków zachowała własność nieruchomości. 39% nowych właścicieli podaje inny adres do korespondencji, co jasno świadczy o tym, że kupowali mieszkania w celu ich wynajmu na rynku prywatnym.

Tylko w jednym byłym bloku komunalnym w Sherfield Gardens na 120 mieszkań aż 62 wynajętych lokali jest zarejestrowanych na osoby zamieszkałe gdzie indziej. Właścicielem 35 z nich jest Charles Gow, a 5 posiada jego żona.

Według informacji uzyskanych od gminy Wandsworth, dziewięćdziesięciu pięciu nowych właścicieli posiada 5 lub więcej takich lokali. Rekordzista ma ich 93, drugi na liście 32. Ustalenia związku GMB sugerują, że rekordzistą jest właśnie Charles Gow.

Urzędowe dane katastralne pokazują, że syn torysowskiego ministra zaczął nabywać dawne komunalne lokale w Sherfield Gardens w roku 1996, po 100 000 funtów każdy. Jego firma, KCG, oferuje dziś do wynajęcia czteropokojowe mieszkania w Sherfield Gardens za 1500 funtów miesięcznie. Każde z nich jest warte około 300 tysięcy funtów.

Charles Gow, który mieszka w wartym 2,5 miliona funtów domu w Esher, odmówił podania informacji o tym, jak wiele byłych lokali komunalnych posiada: Wasze dane są zaniżone. Ale zapłaciłem za nie cenę rynkową, prowadzę biznes. Nie wywołacie we mnie poczucia winy.

Patologie bywają jeszcze głębsze. Inwestorzy nabywali prawa własności do dawnych mieszkań komunalnych poprzez fundusze zarejestrowane w raju podatkowym na Wyspach Normandzkich. Dwie siostrzane spółki zarejestrowane w Guernsey mają szeroką ofertę wynajmu dawnych lokali komunalnych: Chelsea Estates Ltd. posiada 38 byłych domów komunalnych w Wandsworth, a Birkett Estates Ltd. ma ich 19. Są one kontrolowane przez byłego inwestora wysokiego ryzyka Alexa Birketa Smitha i jego brata Jamesa. Związek GMB odnalazł powiązania – ich żony są bezpośrednimi właścicielkami 27 kolejnych lokali w Wandsworth, co oznacza, że tylko jedna zamożna rodzina posiada prawie 100 dawnych mieszkań komunalnych w stolicy.

– Wasze dochodzenie pokazuje, dlaczego miliony ludzi zostały wypchnięte na drogi rynek prywatnego wynajmu, podczas gdy kilku szczęśliwców świetnie sobie radzi – mówi Toby Lloyd z mieszkaniowej organizacji charytatywnej Shelter. – Problem z Right to Buy polega na tym, że sprzedane lokale nie zostały w żaden sposób zastąpione. To nie był program zwiększający prywatną własność mieszkań – to był program zmniejszający zasób komunalny. Gminy nie mogły budować nowych mieszkań za pieniądze uzyskane ze sprzedaży.

Informacje uzyskane przez „Daily Mirror” i GMB na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej pokazują, że w niektórych gminach blisko połowa sprywatyzowanych mieszkań komunalnych jest w rękach osób prywatnych, czerpiących zyski z wynajmu. „Daily Mirror” publikuje wyniki swojego dochodzenia w momencie, gdy kryzys mieszkaniowy w Wielkiej Brytanii osiąga punkt szczytowy. Tylko w ciągu ostatniej dekady prywatny sektor wynajmu zwiększył się dwukrotnie. Osiem i pół miliona mieszkanek i mieszkańców Wysp Brytyjskich wynajmuje mieszkania na rynku prywatnym – to 1/6 brytyjskich gospodarstw domowych. Pięć milionów ludzi oczekuje na mieszkania socjalne, a liczba oddawanych mieszkań nie ma szans zaspokoić palących potrzeb społecznych.

Powyższy tekst jest omówieniem artykułu Nicka Sommerlanda pt. „Great Tory housing shame: Third of ex-council homes now owned by rich landlords”, opublikowanego na stronie internetowej „The Mirror”.

Za, a nawet przeciw. Filozofia polityczna III RP

Za, a nawet przeciw. Filozofia polityczna III RP

Lech Wałęsa nie jest bohaterem mojej bajki ideowej i politycznej, ale nie mogę ustrzec się myśli, że jest najtrafniejszym aforystą naszej liberalno-prawicowo-postkomunistycznej transformacji. Jego słynne „za, a nawet przeciw” dobrze oddaje ducha rodzimej polityczności, czyli polskich postaw względem klasy politycznej i dominujących wyobrażeń społecznych.

Za, a nawet przeciw. Czy jesteś za sprawnym i sprawiedliwszym państwem, które dba nie tylko o interesy bogatych, bogatszych i najbogatszych? Ależ tak, oczywiście – odpowie z reguły wielomilionowy głos opinii publicznej. Czy jesteś za likwidacją OFE? Nie, nie, nie, wara państwu od naszych pieniędzy! To ZUS nas okrada! Czy jesteś za tym, by rozwój kraju odbywał się równomiernie, z uwzględnieniem potrzeb Polski B? Rzecz jasna. Czy jesteś za tym, by państwo ingerowało w zachodzące w skali kraju procesy gospodarcze i prowadziło efektywną politykę społeczno-gospodarczą? No nie wiem, przecież to socjalizm, potrzebujemy urynkowienia, prywatyzacji, a poza tym najbardziej zagrażają nam islamiści. Czy jesteś za tym, by państwo polskie było miejscem, gdzie przeciętny Polak i Polka oraz ich rodziny mogą prowadzić godne życie? Oczywiście, inaczej zostanie nam tyko dalsza emigracja zarobkowa. Czy chcesz, by w swojej polityce rządy uwzględniały także interesy pracowników najemnych, gorzej zarabiających warstw społeczeństwa, by także bogatsi więcej dokładali się do wspólnej kasy? Znów ten socjalizm, socjalizm, socjalizm i neokomunizm!

Czy Twoim zdaniem trwa wygaszanie Polski i zwijanie państwa na prowincji? Tak! To wszystko efekty zbrodniczej polityki Platformy Obywatelskiej! Czy należy dofinansować instytucje publiczne i naciskać na władze lokalne i samorządowe, żeby sprawniej dbały o dobro wspólne? Hmmm. Teraz, gdy już odzyskaliśmy Polskę, będziemy walczyć o wartości i zdrowie moralne polskiej rodziny, państwo nie może troszczyć się o wszystko, a przynajmniej nie na socjalistyczną modłę. Czy bolejesz nad umęczoną ojczyzną? Z piersi krwawię nad jej podłym losem! Czy przeniosłeś biznes do Czech, by uniknąć ozusowania w Polsce? Oczywiście, chcę żyć godnie! Czy nie przeszkadza ci, że Jarosław Gowin był w rządzie Platformy Obywatelskiej, a teraz jest prominentnym politykiem nowego obozu rządzącego? Pomarańcza, jak widzę, z Malty – wyśmienita!

Za, a nawet przeciw… Ktoś powie, że przerysowuję. Cóż, w kraju, gdzie do Sejmu pod antysystemowymi hasełkami dostało się pospolite ruszenie ludzi, których pod względem programu często właściwie nic nie łączy, poza tym, że dostrzegli swoją szansę na poselski stołek w sukcesie charyzmatycznego showmana zbijającego na dość powszechnej frustracji i politycznym infantylizmie części elektoratu niezły kapitalik, nie jest to wcale przerysowana teza. Naprawdę na uwagę zasługuje fakt, że z list lidera pospolitego ruszenia, który w studiach telewizyjnych z mądrą miną wymawiał co rusz słowo „neokolonializm”, dostał się do sejmu szef Unii Polityki Realnej. Oczywiście, nie każdemu synapsy łączą się w taki sposób, by mógł spostrzec, że radykalny liberalizm gospodarczy jest najlepszą metodą na wzmacnianie i ugruntowanie neokolonialnego kształtu naszego państwa. Dla wielu to nieistotny szczegół.

I nawet jeśli w tym szczególe siedzi jakiś diabeł, to nie każdy spostrzeże, że bies z cwaną miną mruga okiem do wtajemniczonych. Marną pociechę stanowi fakt, że to tylko poseł/posłowie opozycji. Czas płynie szybko, a jeśli nowe trendy się ugruntują, to wkrótce nowe pokolenie gospodarczych rozbójniczych liberałów zastąpi w polityce to starsze. To dobry temat na osobny felieton: list starego diabła do młodego, list Leszka Balcerowicza do Ryszarda Petru, Janusza Korwin-Mikke do Bartosza Jóźwiaka. Jakie byłyby w nim rady? Jakie pomysły na Polskę? Jakie strategie dla sektora bankowego? Jakie koncepcje utylizacji „ludzkiego śmiecia”?

Za, a nawet przeciw… I znów szczegół: goniec firmy kurierskiej, który mówi, że będzie głosował na Nowoczesną. Przecież Nowoczesna, czytałem ostatnio nie raz i nie drugi, to powrót do programowych źródeł Platformy Obywatelskiej. Czyli do czego? Do prawdziwego liberalizmu gospodarczego, którego tak haniebnie wyrzekł się rząd Donalda Tuska. Czym jest w Polsce realny liberalizm gospodarczy? Jego symbolem jest choćby prywatyzacja emerytur, jeden z najgorszych pomysłów na rozwiązanie problemu z reorganizacją świadczeń emerytalnych w epoce niżu demograficznego. Na dysfunkcję i koszty społeczne, na czele z perspektywą radykalnego obniżenia przyszłych świadczeń, nie trzeba było długo czekać. Donald Tusk musiał odkryć w sobie socjaldemokratę, bo finanse państwa nie zniosły dobrodziejstw reformy wprowadzonej przez Buzka. Symbolem tego „prawdziwego liberalizmu” jest także wizja taniego państwa, która w praktyce oznaczała jedno: ośmiorniczki dla establishmentu i zamrożenie płac w budżetówce na długie lata, stopniowe, ale konsekwentne uśmieciowienie stosunków pracy w administracji państwowej, coraz dalej idący rozziew między dobrostanem wąskiej elity politycznej a bieda-zarobkami całej rzeszy ludzi, niższych urzędników, na których barkach spoczywa architektura publiczna.

Wiem, wiem, to wszystko są nieroby, nieudacznicy, którzy dawno powinni „założyć firmę”, żeby nauczyć się życia, zamiast wygrzewać „ciepłe państwowe posadki”. A dodajmy, że logika wystarczająca, by urządzić republikę bananową, jest często przedstawiana jako arcypatriotyczna i racjonalna, operuje najgłupszymi obowiązującymi dziś stereotypami, których wyznawcy uważają się za politycznych nonkonformistów. Ile razy musiałem wysłuchiwać ludzi, nawet starszych, żyjących jako tako tylko dzięki temu, że państwo jeszcze jest w stanie wypełniać swoje elementarne obowiązki, a równocześnie ostentacyjnie uprzedzonych względem drobnych urzędników, często zagonionych robotą, źle opłacanych niskiego szczebla administratorów struktur publicznych. Rzadko kogo obchodzi, gdy zetknie się z urzędniczą niekompetencją, jak bardzo selekcję negatywną (owszem, występującą) w administracji stymulują niskie pensje i duży rozziew między zarobkami niżej i wyżej postawionych urzędników. Jak państwo sądzicie, ku jakiemu modelowi funkcjonowania państwa będziemy zmierzać, jeśli w politycznym i społecznym myśleniu na ten temat nic się nie zmieni, jeśli za lat kilka jeszcze większe wpływy uzyskają okołokorwiniści i „PO-Nowoczesny” establishment po liftingu? Ano, ku jeszcze bardziej niefunkcjonalnemu. Zresztą, póki co i tak istotniejsze jest pytanie, co z tym wszystkim zrobi Prawo i Sprawiedliwość. Jeśli o mnie chodzi, to kulturalnie mogę poczekać sto dni z oceną bieżącej sytuacji.

Za, a nawet przeciw. Jarosław Gowin powiada, że to skandal, iż państwo odbiera dzieci ubogim rodzinom. Jak zaznacza poseł wielopartyjny, są to przecież nierzadko dzieci z rodzin „zdrowych moralnie”. Zatrzymajmy się na moment przy stygmatyzującym swądzie tej wypowiedzi, która każe się nam domyślać, że w przypadku „nizin społecznych” „zdrowie moralne” jest na tyle niepewne, iż trzeba jasno na nie wskazać, by oddzielić dobre owieczki od parszywych owiec. Bieda w Polsce, w znacznym stopniu dzięki realnym liberałom, zawsze miała złą markę. Od początku transformacji otrzymaliśmy wiele przykładów, że wykluczanie ludzi, którym strukturalnie nowy ład dał się we znaki, odbywało się przy użyciu nośnych insynuacji: to rozpita, leniwa hołota, co to ani firmy nie założy, ani roboty nie poszuka. Ile osób spośród tej hołoty, ilu ludzi z tych nizin na emigracji zarobkowej odnalazło się jako pełnoprawni pracownicy, którzy ułożyli sobie życie na obczyźnie, choć nie tak rzadko za cenę rozpadu rodzin – opinia publiczna raczej się nie dowie. Zresztą, opinia publiczna w Polsce coraz częściej jest od tego, żeby „j…ć islamistów”, krzyczeć „ZUS na okrada” i przedstawiać jako cudowne lekarstwo na patologie społeczno-gospodarcze hasełka „zausz firmę”, a nie od tego, żeby racjonalnie opisywać rzeczywistość.

To już nie jest tak, że to tylko „telewizja kłamie”, że z wozów TVN rozpyla się miraże, że Lis i Kraśko wychodzą z kątów i szczają nam do garnków jak te mrożkowe karzełki – więc nic się nie udaje. To jest tak, co dobrze widać po jakości debaty internetowej, w której nikt już przecież nie przeszkadza mówić ludowi własnym głosem, że schizofrenia narodowa, dysfunkcjonalne „za, a nawet przeciw” to standard. Kto na tym wygra? Wielki kapitał. Kto przegra? Większość Polaków, czasem nawet ci, którzy potrafią rozpychać się łokciami. Bo pękną im kości i skóra na łokciach, gdy spotkają silniejszych od siebie, albo gdy z przyczyn różnych nie będą już mogli wywiązywać się ze swoich finansowych zobowiązań względem skrajnie urynkowionego świata.

Ale wróćmy do tych dzieci odbieranych ubogim rodzicom właśnie z powodu biedy. To oczywiście bardzo źle, jeśli takie sytuacje mają miejsce. Ale przecież cały ten porządek rzeczy nie wziął się znikąd. On wziął się właśnie z ulubionej ekonomii politycznej naszych pobożnych i bezbożnych liberałów, wedle której system wsparcia socjalnego jest właściwie dla patologii i powinien być jak najmocniej okrojony. On się wziął z tego, że przez dekady transformacji filozofia państwa nie opierała się na harmonijnym poszukiwaniu rozwiązań godzących rzeczywistość rynkową ze sprawnymi strukturami publicznymi i przemyślaną polityką społeczną, lecz na ciągłym szukaniu oszczędności, okazji do cięć i jeszcze większej taniości. Ktoś się na tym oczywiście nieźle obłowił – dla reszty są kredyty. Na marginesie: podobno coraz większa liczba Polaków ogłasza upadłość konsumencką. Cóż, skoro w bardzo wielu miejscach kraju coraz trudniej o stabilną pracę za godziwe pieniądze, to musiało się tak stać. Tylko że cały ten obszar odnoszący się do klasy-ledwo-wiążących-koniec-z-końcem, którzy zdążyli „się obkupić” (zatem wygląda, że sobie nieźle radzą) właściwie jest słabo widoczny. Dopiero gdzieś na skraju rzeczywistości, jako zły symptom, na który można się gromko oburzać, przy okazji znów kopiąc „złych urzędników”, pojawiają się dzieci odbierane ubogim rodzicom. Ale nie patrzmy na to osobno: to są tylko różne aspekty zjawisk generowanych w obrębie całej wspólnoty politycznej, społecznej i kulturowej, nazywanej III RP.

Za, a nawet przeciw. Sojusz Lewicy Demokratycznej znalazł się za parlamentarną burtą. Nie ukrywam, że wyrażałem radość z tego powodu. Przede wszystkim dlatego, że chciałbym, by polska lewica była wreszcie kojarzona z Pużakiem, Ciołkoszami, Pragierem, a nie z Bierutem, generałami Kiszczakiem i Jaruzelskim. Nie ukrywam, że polityczna porażka Leszka Millera (i jego kolegi Janusza Palikota) wydaje mi się odpowiednią karą dla tych cyników. Ale do wyobraźni przemówiła mi wypowiedź stałego współpracownika „Nowego Obywatela”, Rafała Bakalarczyka, mocno zaangażowanego w sprawy rodziców i opiekunów niepełnosprawnych dzieci. Przypomniał on w komentarzu do wyników wyborów, że wraz z upadkiem SLD z Sejmu zniknie Tadeusz Tomaszewski. Jak stwierdził Bakalarczyk, poseł Tomaszewski był jednym z nielicznych, którzy zajmowali się sprawami wykluczonych opiekunów, którzy interesowali się losem tych ludzi i wypełniali wobec nich pewne publiczne/parlamentarne zobowiązania.

Nie wykluczam, że w szeregach SLD było nieco więcej takich osób, które dbały o wykluczonych, o sprawy pracownicze, współpracowały ze związkami zawodowymi, traktowały poważnie swoją lewicowość w wymiarze społecznym. Oni także „poszli za burtę”. Jeśli byli tacy – zupełnie serio należą się im podziękowania. Ale konieczne jest dopowiedzenie: największą winą postkomunistów jest fakt, że to, co powinno być rdzeniem działalności lewicowej formacji, w przypadku SLD stanowiło jakiś odprysk, coś mało istotnego w ogólnej formule tego ugrupowania. Jeśli o mnie chodzi, byłbym skłonny wybaczyć postkomunistom ich postkomunizm, gdyby przez długie lata III RP byli rzeczywistymi socjaldemokratami, socjalistami, niechby nawet socjalliberałami. Ale oni stworzyli strukturę niemal doskonale bezideową, czy raczej ideowo identyczną z filozofią realnego liberalizmu – tak dalece, że „płaczą” dziś po Millerze nader pragmatyczni postkorwiniści pokroju Łukasza Warzechy. A mają oni swoje powody, by obawiać się ewentualnych sukcesów „neokomunistów” z partii Razem.

Co do Razem, to mam tylko jedną, prostą nadzieję. Opiszę ją krótko: że to nie będzie partia „za, a nawet przeciw”.

Miejska spirala zadłużenia

Październik 2015. W Warszawie nie trzeba długo czekać na mieszkania komunalne. Tak przynajmniej głosi tytuł artykułu Małgorzaty Zubik z Gazety Wyborczej. Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy i homme fatale stołecznej polityki mieszkaniowej, podchwytuje temat i deklaruje, że opisana sytuacja „jest efektem konsekwentnie realizowanej polityki lokalowej od 2008 roku, kiedy przyjęto po raz pierwszy w historii warszawskiego samorządu kompleksowy program dot. mieszkań komunalnych”…

Ponad 420 milionów długów czynszowych, zaległości w opłatach więcej niż połowy lokatorów z ponad 80-tysięcznego zasobu mieszkaniowego miasta, pozorne programy pomocowe i czynsze regulowane wyższe niż opłaty w większości wspólnot i spółdzielni. Jeśli, jak twierdzi wiceprezydent Olszewski, jest to wynik celowego działania urzędników, to w ciemno można zlikwidować odpowiedzialne za ten stan Biuro Polityki Lokalowej.

Skąd ten dług?

Warszawska Wola. Jedna z dzielnic o największej liczbie mieszkań komunalnych. Ponad 127 milionów zadłużenia na koniec 2014 r. Już w 2005 r. Roman Burdecki, ówczesny dyrektor Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami Dzielnicy Wola m.st. Warszawa, a obecnie naczelnik Wydziału Lokalowego na Woli, alarmował, że długi czynszowe ma ponad połowa miejskich lokatorów. W wywiadzie, którego udzielił „Trybunie”, mówił wręcz, że długi te to „bomba z opóźnionym zapłonem”. Czynsz regulowany był wtedy na poziomie dwu złotych za metr.

W 2008 r. władze Warszawy postanowiły tę bombę odpalić – dokładniej mówiąc zrobili to wiceprezydent Andrzej Jakubiak razem z Biurem Polityki Lokalowej, forsując tzw. urealnienie czynszów, co oznaczało skokową podwyżkę stawek ze wspomnianych dwóch złotych do sześciu. Projekt przyklepali miejscy radni, uchwalając Wieloletni Program Gospodarowania Zasobem Mieszkaniowym m.st. Warszawy.

Nie był to jednak koniec pułapek na niezamożnych lokatorów. W programie przewidziano czynsz karny, który znacznie przewyższał standardowe opłaty. W 2011 r. ten karny czynsz, czyli tzw. odszkodowanie, był już trzykrotnością czynszu regulowanego. Kogo nie było stać na dwa złote, płacił więc sześć, a potem w szybkim trybie lądował z odszkodowaniem sięgającym osiemnastu złotych. Zadłużeni lokatorzy tracili tytuł do lokalu (bez prawa do lokalu zamiennego lub socjalnego), a zatem nie mogli skorzystać z dodatku mieszkaniowego. Zmyślnie zaprojektowana przez urzędników spirala długów wciągnęła ponad połowę lokatorów komunalnych.

Odszkodowanie – podatek od biedy

Przyjrzyjmy się uważniej, czym jest wspomniane odszkodowanie. Wynika ono z art. 18 Ustawy o ochronie praw lokatorów. Osoby zajmujące mieszkanie bez tytułu prawnego mają płacić właścicielowi odszkodowanie równe wysokości czynszu, jaki właściciel mógłby uzyskać, gdyby ponownie wynajął ten lokal. Jednak, wbrew inwencji warszawskich urzędników, odszkodowanie nie może być dowolnie kształtowane. Pisała o tym m.in. Ewa Bończak-Kucharczyk:

„Niektórych właścicieli w ustalaniu wysokości czynszu, jaki mogą pobrać, czasami ograniczają przepisy. Ograniczenia takie dotyczą jednostek samorządu terytorialnego, które są obowiązane wynajmować zgodnie z zasadami uchwalonymi przez ich organy stanowiące oraz stosować stawki czynszu wynikające z uchwał organów wykonawczych tych jednostek albo z zarządzenia wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, chyba że w dokumentach tych przewidziano możliwość wynajęcia próżnych lokali w trybie przetargu albo inne przypadki stosowania rynkowego czynszu”.

Karne czynsze stosowane są i w innych miastach – np. w Lublinie 200% zwykłego czynszu – wywołując podobne szkody społeczne. Co do ich lichwiarskiego charakteru nie miała wątpliwości większość zakładów gospodarki nieruchomościami, bo przynajmniej w kilkunastu sprawozdaniach przeczytać można uwagi podobne do tych ze Sprawozdania ZGN Wola za rok 2014:

„[…] sytuację pogorszyły podwyżki stawek czynszu wprowadzone w 2009 r. na podstawie Uchwały Nr XLI/1272/2008 Rady Miasta Stołecznego Warszawy z dnia 2 października 2008 r. w sprawie uchwalenia wieloletniego programu gospodarowania mieszkaniowym zasobem m.st. Warszawy na lata 2008-2012 oraz podwyższone w 2010 r., w sprawie ustalenia stawek czynszu za 1 m² powierzchni użytkowej w lokal mieszkalnych, których właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. W wyniku podwyżek wielu lokatorów utraciło prawo do lokalu dotychczas zajmowanego, ponieważ nie byli wstanie dokonywać opłat, ale nadal zamieszkują w tych samych lokalach.

Maksymalna stawka za bezumowne korzystanie z lokalu odpowiadała 3% wskaźnika przeliczeniowego kosztu odtworzenia 1 m² powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych określonego przez Wojewodę Mazowieckiego dla województwa mazowieckiego. Stawka odszkodowania za bezumowne korzystanie z lokalu została zwiększona od stycznia 2009 roku o ok. 490%”.

W 2012 r. w Warszawie, dzięki staraniom organizacji lokatorskich, czynsz karny został usunięty z nowego programu. Pozostały milionowe długi, których legalność jest co najmniej wątpliwa, jednak bez wahania można wskazać ich źródło – to szkodliwe decyzje polityczne.

Śliska pomocna dłoń

W 2014 r. Warszawa ogłosiła program restrukturyzacji zadłużenia. Do 21 września lokatorzy mogli zgłaszać swój udział. Przykro patrzeć na ten niepoważny, „promocyjny” charakter programu, który ma przecież zmierzyć się z problemem społecznym dotyczącym kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. Dość obłudnie wyglądają też ubolewania urzędników Biura Polityki Lokalowej, że Warszawiacy nie spieszą skorzystać z pomocy.

Uchwała to kolejny przykład absolutnego braku konsultacji ze stroną społeczną. Spotkania dotyczące polityki mieszkaniowej, na których tego typu pomysły miały być omawiane, nie odbywają się od ponad roku. Odgórnie preparowane „kompleksowe” rozwiązania, nie działają w wielu polskich miastach – na papierowe, a często szkodliwe pomysły zdecydowała się i Warszawa.

Nie jest tajemnicą, że komunalny zasób mieszkaniowy w Warszawie jest poważnie zagrożony reprywatyzacją. Nie wiadomo, ile mieszkań trafi w prywatne ręce – może to być dziesięć procent, może być połowa, a może być większość. Z odpowiedzi na interpelację wynika, że tylko na Woli problem może dotyczyć ponad 1500 mieszkań.

Od lat władze Warszawy udają, że kiedy kamienica trafi w prywatne ręce, lokatorzy przestają być lokatorami komunalnymi, a miasto nie ma wobec nich żadnych zobowiązań. Co to oznacza dla zadłużonych lokatorów? Jeśli podpiszą wniosek o restrukturyzację, czyli w praktyce uznają swój dług, a ich mieszkanie znajdzie się w kamienicy, która zostanie zwrócona, nie tylko stracą dach nad głową, ale zostaną z trudnym do spłacenia obciążeniem finansowym. Warto przypomnieć, że zadłużenia okresowe (takie jak czynsz) przedawniają się po trzech latach. Może się zatem okazać, że lokator poprzez ugodę zwiększy, a nie zmniejszy swój potencjalny dług, bowiem podpisanie porozumienia oznacza uznanie również długów przedawnionych.

Problemu osób długotrwale zadłużonych nie rozwiązuje drugi komponent „kompleksowego” miejskiego programu – możliwość odpracowania długów czynszowych. Metoda ta sprawdza się jedynie w przypadku stosunkowo niewysokich, krótkoterminowych zadłużeń, jako działanie prewencyjne. W tym miejscu przytoczyć można opinię warszawskiego Biura Porad Obywatelskich, realizującego projekt „Długi – wspólny problem”: „z dotychczasowych doświadczeń doradców wynika, że Zarządy Gospodarki Nieruchomościami, a szczególnie Ośrodki Pomocy Społecznej kierują do udziału w projekcie »Długi – wspólny problem« osoby z długotrwałym i dużym zadłużeniem, dla których aktywne metody pokonywania problemu zadłużenia czynszowego przewidziane w Modelu Aktywizacji Dłużnika nie mają już zastosowania. Zarządy Gospodarki Nieruchomościami powinny zatem dokonać analizy aktualnych przypadków zadłużenia i kierować do porad osoby, którym można jeszcze pomoc w ramach MAD. W tym celu konieczne będzie zintensyfikowanie kontaktów z ZGNami, tak, aby do Biura docierały przypadki zadłużenia na niewielkie kwoty. Stwierdzono, że reakcje powinny wywołać zadłużenia na kwoty rzędu 1500 zł z okresu nie dłuższego niż 3 miesiące, bowiem tylko wtedy można realnie myśleć o rozłożeniu na raty czy oddłużaniu, a szybka reakcja da dłużnikowi możliwość uniknięcia popadnięcia w spiralę zadłużenia”.

Reguły postępowania urzędników wobec lokatorów zamieszkujących „nielegalnie”, na przykład w wyniku wypowiedzenia umowy najmu za zadłużenie, są wyjątkowo brutalne – ich wniosków o mieszkanie po prostu się nie uznaje. Poważny kłopot mają też osoby bez meldunku.

Zresztą, jak wynika z doświadczenia organizacji lokatorskich, uzasadnienia odmowy przyznania lokalu mogą być kuriozalne. Biedny nie dostanie przydziału, bo jest za biedny, co urzędowo brzmi np. tak: „[…] Wykazane przez Panią dochody świadczą, że znajduje się Pani w niedostatku. Zachodzi więc domniemanie że nie będzie Pani w stanie uiszczać czynszu i innych opłat związanych z utrzymaniem lokalu mieszkalnego. W związku z powyższym Zarząd Dzielnicy nie zakwalifikował Pani do udzielenia pomocy mieszkaniowej”. A niepełnosprawny, bo mu będzie w mieszkaniu niewygodnie – „zamieszkanie przez Pana w placówce dla bezdomnych umożliwi zakwalifikowanie na listę osób oczekujących na lokal socjalny. Należy jednak mieć na uwadze fakt, że w Pana sytuacji zdrowotnej zamieszkiwanie w lokalu socjalnym byłoby bardzo trudne bowiem są to pojedyncze izby, w starych kamienicach, pozbawione urządzeń technicznych takich jak gaz czy CO”.

Co zatem z lokatorami-nielokatorami pozbawionymi prawa najmu, mieszkającymi na zasadach skłotersów? Plan wydaje się prosty. Miasto chce się ich pozbyć, eksmitując do noclegowni, a tych, którzy będą grzeczni – do pomieszczeń tymczasowych. Politykę tę w zgrabnych słowach ujął jeden z urzędników uczestniczących w niedawnej eksmisji na bruk: „jak się delikwenta pozbędziemy z mieszkania, to mamy go w… głębokim poważaniu”. Miasto liczy, że jeśli z grona uprawnionych do starania się o mieszkania komunalne i socjalne wypchnie się jak największą liczbę osób, będzie to można przedstawić jako sukces i pochwalić się skróceniem kolejek oczekujących.

Preteksty i dyscyplina

Gdy patrzymy na pozorność działań naprawczych oraz antyspołeczną politykę czynszową w latach 2009-2013, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z teatrem, podczas gdy faktyczne intencje projektantów systemu są zupełnie inne.

Jak wskazywała w swoich pracach Dominika Polańska, wiele zrobiono, by przedstawić lokatorów komunalnych jako pewien margines społeczny, niesłusznie uprzywilejowany, niemoralny, niewypełniający podstawowych obowiązków (płacenie czynszu). W takim duchu tworzone są przepisy lokalne, choćby wspomniana wyżej uchwała restrukturyzacyjna, do której załącznikiem jest prosty formularz zawierający tylko trzy punkty: jeden dotyczy wysokości bieżących opłat, drugi – zadłużenia, a trzeci to „informacja zarządcy dotycząca: a. dewastacji lokalu, b. wykraczaniu przeciwko porządkowi domowemu”. Ten ton od lat obowiązuje też praktycznie we wszystkich mediach.

Stygmatyzacja osób zadłużonych, to nie tylko brak wrażliwości społecznej, ale też świadomy czarny PR, przydatny w musztrowaniu lokatorów i reszty społeczeństwa. Lokatorzy komunalni są bowiem zaprzeczeniem istniejącego porządku, który polega na „uczciwym spłacaniu kredytów hipotecznych”, parafrazując słowa dziennikarki „Metro” z wywiadu z Joanną Erbel. Płacenie czynszów niższych niż „rynkowe” jest rebelią, która zagraża planom dalszego rozwoju mieszkalnictwa w stylu pańszczyźnianym. Dlatego logiczna i konsekwentna polityka miejska polega na wmawianiu opinii publicznej, że mieszkanie musi być drogie – zarówno to na wynajem, jak i na własność, a lokator komunalny to odpad poprzedniego systemu.

Opracował Kolektyw Warszawskich Organizacji Lokatorskich

Otwórzmy przybyszom drzwi polskiej szkoły

Otwórzmy przybyszom drzwi polskiej szkoły

Dwadzieścia lat temu w Cité Scolaire Internationale w Lyonie zaczęła działać w ramach francuskiego szkolnictwa publicznego pierwsza sekcja polska. W kolejnych latach dołączyły do niej analogiczne placówki w Strasburgu i dwie w Paryżu. Miałem szczęście i zaszczyt przez kilka lat pracować w sekcji polskiej w Lyonie i z radością odnotowuję tutaj ten jubileusz. Ale o sekcjach polskich w szkolnictwie francuskim wspominam nie tylko z przyczyn jubileuszowych i osobistych. Myślę, że historia ich powstania i działania zawiera dla nas cenne sugestie jak możemy radzić sobie w Polsce z dwoma równoczesnymi kryzysami migracyjnymi.

W 1995 roku we Francji europejski entuzjazm był jeszcze całkiem żywy, podobnie jak pewna sympatia dla kraju „Solidarności”. Nie brakowało także polskich emigrantów, którzy dbali, by ich dzieci mówiły po polsku i uczestniczyły, nawet na obczyźnie, w rodzimej kulturze. Dzięki zbiegowi tych szczęśliwych okoliczności i wielkiej pracy pani Joanny Bonnard, udało się utworzyć pierwszą lyońską sekcję polską, która funkcjonuje do dziś obok sekcji niemiecko- i anglojęzycznej, a także włoskiej, hiszpańskiej, japońskiej, portugalskiej i chińskiej. Wielokulturowy wachlarz bywa znacznie okazalszy w pozostałych francuskich szkołach międzynarodowych.

Celem działania sekcji międzynarodowych jest dwujęzyczność i dwukulturowość uczniów pobierających w nich naukę. Każdy z nich przechodzi zwykły kurs publicznej szkoły francuskiej, ale w ramach tego samego planu zajęć i w tym samym budynku uczy się w języku sekcji literatury, historii i geografii kraju pochodzenia. Cały cykl, obejmujący szkołę podstawową, gimnazjum i liceum, kończy się międzynarodową maturą uznawaną przez szkoły wyższe na całym świecie.

Dla polskiej emigracji we Francji, a jej pozycja społeczna nie jest tam szczególnie wysoka, istnienie sekcji polskiej było ogromną szansą na zdobycie wykształcenia francuskiego na bardzo wysokim poziomie. Sprzyjało to integracji w nowym kraju, przy jednoczesnym zachowaniu związków z kulturą polską. Myślę też, że przy odpowiednim wsparciu ze strony państwa polskiego zarówno nauczyciele, jak i uczniowie sekcji mieliby szansę odegrać ważną rolę w kształtowaniu wizerunku Polski we Francji, w pewnej perspektywie – być może nawet swoistego lobby. Sam jednak miałem okazję przekonać się, że szansa ta była traktowana przez polskie władze taniego państwa jako kolejne nieznośne obciążenie finansowe.

Tymczasem władze francuskie nie szczędziły, przynajmniej początkowo, środków na szkoły z sekcjami zagranicznymi. Przypadek Lyonu był tu specyficzny, bowiem szkoła międzynarodowa powstała w odpowiedzi na umieszczenie w mieście siedziby Interpolu. Plan władz miasta polegał jednak i na tym, by szkoły międzynarodowe stały się częścią infrastruktury potrzebnej dla ściągania cudzoziemców do jednostek badawczych, laboratoriów, ale również – inwestorów zagranicznych. Posyłając dzieci do międzynarodowej szkoły, wiązali się na dłużej z krajem, do którego przyjeżdżali z biznesem i pieniędzmi. Założyć można, że inny był także ich stosunek do miejscowych pracowników i obowiązków podatkowych, widzieli bowiem, że mają do czynienia z państwem traktowanym serio.

We francuskich szkołach międzynarodowych widzę jednak coś więcej, niż tylko składową projektu rozwoju. Widzę w nich to, co do niedawna mogło uchodzić za ważny składnik polskich autostereotypów. Polska gościnność, państwo bez stosów, wielonarodowa Rzeczpospolita – z satysfakcją się tym wszystkim przez lata łechtaliśmy. Teraz jednak wiemy już z pewnością, że są to autostereotypy niewarte funta kłaków.

Nie pierwszy raz okazało się, że gdy świat naprawdę się zatrzęsie, nasze wirtualne państwo-minimum nie potrafi przedstawić żadnej spójnej odpowiedzi na rzeczywisty kryzys, oddając pole lękom i odruchom ksenofobicznym. Nie powinno to dziwić, skoro brakuje jakiejkolwiek wizji działania.

Dlatego wypada docenić starania Związku Nauczycielstwa Polskiego, Polskiej Akcji Humanitarnej oraz Fundacji na rzecz Różnorodności Społecznej. Organizacje te wystosowały 21 września wspólny, dotyczący kryzysu uchodźczego list otwarty do minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Sygnatariusze nawołują w nim do podjęcia pilnych działań, które przygotują polską edukację do przyjęcia dzieci uchodźców. Deklarują przy tym uruchomienie na własną rękę stosownych konsultacji i studiów.

To ważny głos, ponieważ nie tylko pozwala wstydzić się trochę mniej. Jednocześnie – wobec powodzi emocjonalnych wypowiedzi – jest to stanowisko, które akcentuje rolę instytucji państwa. Państwa, które wcześniej czy później będzie musiało mierzyć się z tym, co nieuniknione. Bo przecież nie chodzi tu tylko o dzieci z Syrii lub Afryki, ale też o te przybywające z rodzicami zza naszych wschodnich granic oraz te, które w zgoła innych okolicznościach przybywają tu z zachodu Europy. Nieuniknione jest zaś to, że Polska przestanie być wkrótce, posłużmy się tym koszmarnym określeniem, „krajem jednolitym narodowo”. Zasadnicze pytanie brzmi, co zamierzmy z tym zrobić i jak tę wielokulturowość wyzyskać i rozsądnie wprowadzić do naszego systemu edukacyjnego.

Warto przy tym pamiętać, że wszelkie pomysły na to, by umiędzynarodowić naszą edukację zrodzą się w sytuacji nędzy edukacji istniejącej. Być może integrowanie przybyszów będzie tym właśnie impulsem, które wyrwie rządzących z błogiej drzemki o tanim państwie i taniej edukacji. Budujmy więc projekt śmiały, bo potencjalnych zysków można wymienić niemało.

Polska poniosła w ostatnim czasie poważne straty wizerunkowe, zarówno za sprawą rządzących, jak i tych, którzy rozpętali na ulicach i w internetowych kanałach nasze małe piekiełko nienawiści do obcych. Zapłacimy za to wszyscy, bo gęba egoistycznych ksenofobów, raz przyprawiona, pozostanie z nami na dłużej. Tym ważniejsze jest, by również na użytek międzynarodowego wizerunku kraju potraktować edukację wielokulturową jako jeden z priorytetów. Po drugie, nie warto chyba z młodych Ukraińców lub Syryjek robić na siłę Polaków i Polek. O wiele bardziej owocna wydaje mi się metoda zastosowana we Francji. Kształćmy więc dwukulturowych i dwujęzycznych obywateli polskich – to lepsze od przymusowej asymilacji. Po trzecie, stwórzmy na wzór francuski szkoły z sekcjami międzynarodowymi. Ich zalety byłyby z grubsza podobne. W warunkach polskich chodziłoby nie tylko o integrację imigrantów zarobkowych, ale też o ściągnięcie do kraju uczonych i inwestorów. Być może dobra szkoła publiczna z sekcjami międzynarodowymi okaże się lepszą zachętą niż niskie podatki i Specjalne Strefy Ekonomiczne. Istniejące obecnie szkoły międzynarodowe mają charakter prywatny i służą raczej izolacji, nie zaś integracji. Warto stworzyć dla nich alternatywę, która nie będą działała na zasadach enklawy.

Edukacja dwujęzyczna wymaga odpowiednio przygotowanych nauczycieli, zwłaszcza w dziedzinach humanistycznych i społecznych. Zamiast więc zwalniać już zatrudnionych, przygotujmy ich do pracy w szkołach międzynarodowych. Przygotowujmy także programy nauczania i podręczniki. Rychło okaże się, że – wbrew dominującym przekonaniom zarządzających nauką – filologia, antropologia i socjologia mogą się jeszcze do czegoś przydać, podobnie jak uniwersytety. Jednocześnie wśród mieszkających w Polsce obcokrajowców z całą pewnością znajdą się nauczyciele pracujący w innych zawodach, często poniżej kwalifikacji. Włączenie ich w system edukacji polskiej będzie korzystne dla wszystkich. Uczmy się budować takie szkoły, bo najwyższa pora, by aktywnie działać na rzecz budowy takiej polskiej edukacji za granicą, która byłaby włączona w systemy edukacji angielskiej lub niemieckiej. Obecnie ogranicza się ona głównie do szkół sobotnich oraz kursów korespondencyjnych. Przy liczbie dzieci, które wyemigrowały lub przychodzą obecnie na świat w rodzinach polskich i mieszanych, taki szczątkowy model może okazać się niewystarczający dla podtrzymania łączności z językiem i kulturą kraju rodziców. Doprowadzi to niechybnie do utraty tysięcy obywateli, którzy mogliby kiedyś wrócić do kraju, ale w żadnym razie nie zaryzykują powrotu z dzieckiem, które nie mówi po polsku. Chyba że na miejscu w Polsce znajdą szkołę międzynarodową.

Oczywiście, wszystko to wymaga nakładów. Ale to samo dotyczy całej polskiej edukacji i całej sfery publicznej. Można postawić pytanie o sens otwierania się na przybyszów, gdy sami sobie nie potrafimy zapewnić jako takiego państwa, w miarę przyzwoitych usług publicznych i czegoś choćby przypominającego dobrobyt. Rzecz w tym, że wszystkich tych rzeczy nie zabierają nam imigranci. Można nawet przypuszczać, że dobrze przyjęci przez nasze państwo zapłacą u nas podatki chętniej, niż robi to dziś wielu rdzennych Polaków i (niesłusznie) szanowanych inwestorów zagranicznych. Jeśli zostaną oni odpowiednio poinstruowani w dziedzinie obowiązków patriotycznych i podatkowych, będzie nas stać na ambitne projekty edukacyjne dla wszystkich, którzy urodzili się obywatelami Rzeczpospolitej lub zechcą nimi zostać. Możemy przyjąć, że otwierając drzwi szkoły dla przybyszów, spłacimy długi z czasów polskiego wychodźstwa. Można też mieć nadzieję, że uruchomimy na bazie edukacji otwartej na cudzoziemców twór przypominający Polskie Inwestycje Rozwojowe, ale znacznie lepszej jakości.