Polska to stan portfela

To z reguły wygląda tak samo. Zaproszenie. Taksówka (dużo ciekawych rozmów). Pudrowanie. Kurtuazja. Kawa lub woda. Przypinanie mikrofonów. Mówienie i wyglądanie. Odpinanie mikrofonów. Kurtuazja. Gdzieś w międzyczasie powtórzony w pamięci z ironicznym tembrem fragment z Norwida: „zapomnieć ludzi, a bywać u osób, / – Krawat mieć ślicznie zapięty!”. Taksówka. Kierowca mówi, gdzie kto mieszka i jak szybko z dawnymi i nowymi VIP-ami jeździ się po stolicy. Wyjście z taksówki. I znów świat na miarę własnych zarobków, dziwnie sprofilowanych zapatrywań, umysłowych i okołotowarzyskich potrzeb. Inny świat niż tamten.

Niektórzy mówią, że Polska to stan umysłu. Tyle że umysłowość współczesna mieści się gdzieś w okolicach portfela albo w kieszeni z drobniakami najemnego, nisko opłacanego robotnika, portmonetce starej kobiety, z ostatnią w zwyczajowo zbyt długim miesiącu pięćdziesięciozłotówką, opuchniętej cierpieniem dłoni bezdomnego. Zatem Polska to stan portfela, gdyż wedle lapidarnie trafnego stwierdzenia Marksa i Engelsa, „Ideami panującymi każdego okresu były zawsze tylko idee klasy panującej”. A klasa panująca uwielbia hazard – tyle że jest jakoś tak, że przede wszystkim uwielbia grać za cudze i zawsze gra znaczonymi kartami. Właśnie tak – ta sama klasa panująca, której prominentni przedstawiciele od początku naszej transformacji przywykli do bezkarnego rzucania na wszystkie strony oskarżeniami o roszczeniowość.

Jeszcze jedno – powtórzę własną myśl z tekstu dla prasy aktualnie reżimowej – warto powiedzieć: w ciągu ponad ćwierćwiecza III Rzeczpospolitej zbudowaliśmy realia społeczno-gospodarcze o znacznym ryzyku bardzo wysokiej przegranej. Składa się na to wiele wzajem warunkujących się i płynnie dopełniających elementów: urynkowienie i komercjalizacja niemal całej sfery społeczno-gospodarczej, atrofia usług publicznych, brak polityki mieszkaniowej nastawionej na zaspokojenie potrzeb znacznej części społeczeństwa na dorobku (wszystko pod hasełkami „rodziny na swoim”), transformacja systemu emerytur w źródło zarobków wielkiego biznesu i pożyteczne, ale zrobione dla doraźnych potrzeb częściowe wycofanie się z tego projektu, systemowe przyzwolenie na masowe zadłużenie Polaków na rzecz całego mnóstwa instytucji finansowych. Dodajmy do tego trwające długimi latami ograbianie prowincji z kapitału ludzkiego poprzez taką hierarchizację rodzimej rzeczywistości, dystrybucję pieniędzy, możliwości i prestiżu, taką dostępność dóbr cywilizacyjnych czy lepszych miejsc pracy, które wymuszają na kolejnych rocznikach ucieczkę w obce i nierzadko nieprzyjazne miejsca.

Jeśli tylko coś nie zagra, jeśli źle skumuluje się kilka czynników, które nadto spiętrzą trudności przed najbardziej nawet aktywną i zdolną jednostką – wszystko pójdzie zgodnie z logiką determinantów: w realiach takich jak nasze, ludzie, którzy wciąż nie wygrywają, nie mają szans na „systemową asekurację”. I od razu zaczynają przegrywać. Nie, nie zawsze oznacza to upadek na samo dno, pożegnalny list samobójczyni czy samobójcy. Nie zawsze odbija się to w sposób zdecydowany na statusie materialnym danej osoby czy rodziny. Czasem to rzeczy drobne, które kumulują się w rosnącą frustrację: ot, rezygnacja z rodzinnych wakacji, ponieważ znacznie wzrosła rata kredytu. Albo oznacza to jeszcze krótszy sen. Coś na uspokojenie. Na nerwy. Na strach.

Czy dramatyzuję? Na portalu Rynekzdrowia.pl na początku kwietnia tego roku opublikowano artykuł „Czas rozprawić się z mitami dotyczącymi zdrowia psychicznego”. Jego autorka, Lucyna Maruszkiewicz, pisze: „Migracja mieszkańców wsi do miast i związane z tym bardzo trudne procesy adaptacyjne, czy umowy śmieciowe przy jednoczesnym zaciąganiu kredytów, to przykłady czynników życia w permanentnym stresie. Brak poczucia bezpieczeństwa, zawodowa i pracownicza niepewność, brak ekonomicznej stabilności – wszystko to często rodzi przekonanie o bezradności i beznadziejności, wywołuje poczucie nieprzydatności zdobytego wykształcenia, posiadanych umiejętności, bezwartościowości, obniża naszą samoocenę”. Z dostępnych badań i danych statystycznych wynika, że 1,34 mln Polek i Polaków w wieku produkcyjnym źle ocenia swoje zdrowie psychiczne. Skargi depresyjne dotyczą około 8 mln osób, a 1,5 mln ma rozpoznaną depresję.

Nie są to jedyne tego typu dane. Portal „Nowego Obywatela” podawał niedawno informację, że z badań Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że 53,3 proc. polskich pracowników odczuwa stres. Na naszym kontynencie jesteśmy pod tym względem niemal bezkonkurencyjni – wyprzedzają nas tylko Grecy (58 proc.) i Turcy (67,5 proc.). Mniej zestresowani w pracy są Czesi (43,4 proc.) i Niemcy (42,4 proc.), najmniej zaś Szwedzi (14,7 proc.) czy Norwegowie (18,2 proc.). Cóż, jednym płacz i zgrzytanie zębów w ramach państwa pełnego rynku i wartości, a drugim cywilizacja.

Oczywiście, nikt tu nikogo pod pistoletem nie trzyma. Na przykład w Niemczech wciąż potrzeba rąk do pracy. Zatem ludzie wyjeżdżają. Zabierają stąd swoje niezatrudnione ciała – to bardzo dobrze robi na wskaźniki zmniejszające oficjalne statystyki bezrobocia. Wraz z niezatrudnionymi ciałami znikają stąd pasje, umiejętności, zainteresowania, marzenia, przyjaźnie. Rzadziej mówi się o tym, jak emigracja sprzyja erodowaniu tkanki społeczno-kulturowej. Co ciekawe, ludzie z opozycji z lat 80. XX w., dziś niekiedy całkiem solidnie umoszczeni w rzeczywistości, czasem coś kojarzą: poopozycyjna elita władzy i opinii potrafi się do dziś użalić, ilu zdolnych ludzi wypędziła z kraju junta Jaruzelskiego. Ale od czasu triumfów polskiego hydraulika na Wyspach nikt już tak o tym nie mówi, nie pisze – kogo obchodzi, jak wiele trudno mierzalnego dobra społecznego straciliśmy wraz z tymi, których z Polski wygnały kolejne neoliberalne rządy, urządzające kraj wedle logiki najzasobniejszych portfeli?

Wielka Polska? Wielka pustka. Chciałbym kiedyś zobaczyć film o tych, którzy wyjechali, fantasmagoryczną animację, pokazującą, jak pośród tych, co wciąż tu żyją, snują się cienie tych, co musieli wyjechać. Ulice, skwery, ławki w parkach, knajpy, baseny, muzea, domy kultury, świetlice, dworce kolejowe, poczekalnie u dentysty, filharmonie, zakłady fryzjerskie, salony piękności, warsztaty samochodowe, ścieżki rowerowe, deptaki, pawilony handlowe, polne dróżki, remizy strażackie, kościoły, burdele, przychodnie lekarskie, obory, biblioteki, sale wykładowe, parki maszyn rolniczych – pełne cieni po ludziach, ich niknących śladów w przestrzeni, którą nazywamy Polską. Ale tych ludzi już tu nie ma – jest za to mnóstwo zadęcia i rozpaczliwego upychania w miejsce pustki narodowego frazesu. Jest też otwarte pytanie o to, kto w III Rzeczpospolitej, w drugiej połowie drugiej dekady XXI wieku, będzie robił za lewicę. I czy ta lewica zajmie się również tą Polską, do której nie da się dojechać łatwo i wygodnie taksówką – jak do studia telewizyjnego.

To zawsze wygląda tak samo: wielopiętrowa produkcja przekazu. Dla widza istnieje obraz sprowadzony do rzutu kamer na monitor, ale za tym ukrywa się cała struktura: od procedur postępowania, przez formalne i nieformalne znajomości, do pewnego spektrum możliwych pytań i odpowiedzi. Na tym nie koniec: dodajmy różnice w zarobkach między prezesami tych paru istotnych telewizji, wydawcami programów, redaktorkami i redaktorami, paniami od pudru, kamerzystami, ochroniarzami przepuszczającymi gości przez bramki. Taksówki i wozy firmowe wożą i odwożą zaproszonych. Jest odpowiednio sterylnie, wstępna selekcja gości pomaga zbudować odpowiednią matrycę przekazu. Najlepiej być z Warszawy i jej suburbium, od biedy można być z kilku najlepiej skomunikowanych ze stolicą miast – wtedy też masz szanse na kooptację.

Po wszystkim wysiadasz z taksówki, widzisz reklamę kredytu konsolidacyjnego, myślisz o jednej czy drugiej historii ludzi, których nigdy do telewizji nie zaproszą, a jeśli już w niej zagoszczą, to jako przestroga lub ilustracja jakiegoś smutnego zjawiska społecznego, sprowadzonego do czyichś szybkich wzruszeń/poczucia wyższości/oburzenia/pogardy – niepotrzebne skreślić, niepotrzebnych skreślić. I wiesz, że Polska to stan portfela. A że nie każdego stać na to, by zarządzać mówieniem o niej, cóż – to niższe warstwy społeczne brudzą sobie ręce walką klas. Warstwy uprzywilejowane robią ją w białych rękawiczkach.

1050-lecie jak szkolne jasełka

Obchody 1050-lecia Chrztu Polski są dla mnie jak ta chrzcielnica znaleziona przez archeologów na poznańskim Ostrowie Tumskim, która okazała się dołem do mieszania zaprawy murarskiej. Zamiast dyskusji o stanie chrześcijaństwa w Polsce, odprawiane są niby-historyczne jasełka, z których nic wartościowego (poza powielaniem mitu założycielskiego państwa polskiego) nie wynika. Wielka pomyłka.

Badacze sami przyznają, że nie wiedzą zbyt wiele „na pewno” na temat wydarzeń, jakie miały (być może) miejsce pod koniec X w. na terenie Wielkopolski. Mogą jedynie przedstawiać swoje koncepcje, tworzone na podstawie porównań z późniejszymi, udokumentowanymi już procesami chrystianizacji w tzw. barbarzyńskich częściach Europy. Istnieją tylko regularnie aktualizowane teorie odnośnie do chrztu Mieszka I, który w polskiej tradycji jest jednoznaczny z chrztem samej Polski. Kolejna okrągła rocznica tzw. Chrztu Polski powinna być dla nas przede wszystkim inspiracją do zaktualizowania pozyskanej w szkole wiedzy o początkach naszego państwa. A dla rzeszy wiernych Kościoła Katolickiego – przyczynkiem do głębszej refleksji nad stanem życia duchowego i chrześcijaństwa w Polsce.

Nie wiem, jak to wygląda w większych ośrodkach miejskich, ale z perspektywy prowincjonalnego powiatu tureckiego odnoszę wrażenie, że wszystkie wydarzenia związane z 1050. rocznicą Chrztu to niezwykle płytkie przedstawienia, kolejne preteksty do wręczania sobie jakichś tam dyplomów za jakieś tam „zasługi”. Bo tak to przeważnie wygląda, kiedy w tego typu obchodach maczają palce wójtowie.

Właśnie takie okazje obnażają, jak bardzo nasza obywatelska SAMO-RZĄDNOŚĆ jest iluzoryczna. Przecież tak doniosła patriotyczna rocznica otwiera drogę inicjatywom licznych stowarzyszeń, które w statutach mają zapisy o szerzeniu patriotyzmu (oczywiście rozumianego na swój sposób) i idei katolickich. Zaznaczam od razu, że nie chodzi mi tu o kolejną szopkę, konkurs itp., ale o prawdziwą dyskusję o stanie polskiego patriotyzmu i wiary. Może to być debata albo i zwykły tekst opublikowany w lokalnych mediach, zachęcający do publicznej dyskusji. Niestety (dla naszych lokalnych „patriotów”), nie mamy stosownego pomnika, gdzie z tej okazji można by masowo udać się z wieńcami i odfajkować rocznicę.

Historia pokazuje, że bardzo często znaczące rocznice stawały się pretekstem do politycznej walki o pewne wartości i idee. Za czasów zaborów Polacy potrzebowali przede wszystkim „pokrzepienia serc”, fakty historyczne były sprawą drugo-, a nawet trzeciorzędną. Z kolei w okresie Polski Ludowej, w ramach rocznicy milenijnej, odbyła się wielka bitwa o rząd polskich dusz pomiędzy ekipą Władysława Gomułki a prymasem Tysiąclecia, Stefanem Wyszyńskim. Ostatecznie wygrał polski Kościół Katolicki, a projekt ateizacji i laicyzacji upadł. W Polakach odradzała się wiara.

A jakie wnioski mają płynąć z tegorocznych obchodów? Czy tak ważna rocznica w czasach tzw. Wolnej Polski zostanie sprowadzona do rangi szkolnych akademii? Rozumiem, że wszystko z naszym życiem duchowym jest w porządku. Co z tego, że ludzie, chcąc zapracować na godne życie, nie mają czasu dla swoich rodzin i przyjaciół, na samorozwój, na uczestnictwo w życiu kulturalnym i religijnym (oby posiadali jeszcze potrzebę uczestniczenia w nim!). Z kolei ci, którzy posiadają komfort wolnego czasu, najczęściej oddają się bez reszty konsumpcji.

Także sami przedstawiciele stanu duchowego bardzo wiele utracili na pogłębieniu się kryzysu materialnego. Ludzie zwyczajnie (słusznie albo niesłusznie) zazdroszczą komfortu, jaki posiadają księża. Od wielu wiernych słyszy się, że „księża sami mają diabła za skórą” i dlatego „chodzą do kościoła nie dla księdza, ale dla Boga” itp. Taką małomiasteczkową praktykę duchową porównałbym do dużego księdza jeżdżącego małym, dwuosobowym, sportowym samochodem. To wszystko staje się karykaturalne i na dłuższą metę niebezpieczne.

Nic tak nie zaszkodziło duchowemu życiu Polaków, jak wprowadzenie wolności gospodarczej w jej skrajnej postaci; nie pamiętam, aby Kościół się temu sprzeciwiał lub to krytykował. Liberalizm w wydaniu nadwiślańskim skutecznie, choć cichutko jak czad, zabija w nas wiarę. Ale z tym już nie da się walczyć tak łatwo jak z „komuną”, która miała konkretne oblicze PZPR. Więc może lepiej usiądźmy cicho nad tą trumną, bo dyskusja rozbudzi w nas tylko niepotrzebne ambicje.

O uchodźcach bez napinki

Kategoryczni przeciwnicy przyjmowania jakiejkolwiek liczby uchodźców dobijających do bram Europy starają się uchodzić za racjonalnych obrońców polskiego interesu, kierujących się chłodną polityczną kalkulacją. Jeśli ich argumenty czasem przyjmują formę rozemocjonowanego jazgotu, to oczywiście tylko po to, by ich tezy lepiej wybrzmiały i przekonały szersze grono odbiorców. Hasła o islamskim najeździe czy odcinanych przez islamistów głowach – to tylko licentia poetica. Wypowiadają je przecież w istocie twardo stąpający po ziemi komentatorzy, którzy nie chcą dopuścić, by w naszym kraju również zakwitły szariackie „no go zones” i miały miejsce zamachy takie, jak niedawny w Brukseli. W tej optyce, z drugiej strony, każdy, kto dopuszcza w ogóle możliwość ugoszczenia w naszych progach uciekinierów z Syrii czy Iraku, jest w najlepszym razie idealistą, który stracił kontakt z brutalną rzeczywistością, a w najgorszym – perfidnym szpionem, chcącym kuchennymi drzwiami doprowadzić do dechrystianizacji Polski przy pomocy hord Maurów.

Nie po raz pierwszy okazuje się, że głośne wykrzykiwanie polskich interesów rzadko idzie w parze z realnym ich wspieraniem. Nie przypadkiem mistrzami pragmatycznej polityki są wiecznie uśmiechnięci i przytakujący Chińczycy, którzy, zamiast wyznaczać sztywne granice, od których „dalej nawet o krok”, spokojnie próbują ugrać na wielu frontach pulę większą, niż byłaby do zgarnięcia na jednym. Napinanie się nigdy nie było dobrą strategią dla tych, którzy znają swoją wartość – a od zawsze stanowiło raczej domenę tych, którym nic poza prężeniem wątpliwych muskułów już nie zostało.

W wyniku wrześniowych negocjacji przypadło nam w udziale przyjęcie 7 tysięcy uchodźców. Jednak po zamachach w Belgii premier Szydło zapowiedziała, że w tej sytuacji Polska nie przyjmie deklarowanej wcześniej liczby. Abstrahując na razie od rozstrzygania, czy 7 tysięcy dla Polski to dużo czy mało, pytanie brzmi, po co w ogóle obecnie zabierać głos na ten temat, skoro kwestia ich rozlokowywania jak na razie de facto stoi w miejscu. Z grupy 106 tysięcy, która została, brzydko mówiąc, podzielona między kraje członkowskie, jak na razie rozmieszczono około 1000 osób. Sama Polska na początku roku ogłosiła, że ma już gotowych… 100 miejsc na przyjęcie gości z Bliskiego Wschodu. W sytuacji, gdy proces rozmieszczania uchodźców jeszcze na dobrą sprawę nawet nie ruszył z miejsca, choć minęło już pół roku od uzgodnień, kolejne podgrzewanie i tak już gorącej atmosfery wokół Polski w UE jest ostatnim, co powinniśmy robić.

Zasady przyjęcia uchodźców przez Polskę są tak wyśrubowane, że zebranie grupy tych 7 tysięcy osób, które zadeklarowaliśmy przyjąć, zająć nam może kilka lat. Już pierwszy z warunków będzie trudny do spełnienia – jasno wyrażona chęć, by zostać azylantem w naszym kraju. Konia z rzędem temu, kto znajdzie 10 imigrantów z Bliskiego Wschodu, których celem jest na stałe zamieszkać nad Wisłą. Od lat 90. przewinęło się przez nasz kraj ok. 90 tys. uchodźców z Czeczenii, a ostało się ich mniej niż 10 tysięcy. Nawet jeśli w końcu uda się zebrać odpowiednią grupę, to będzie trzeba jeszcze ją zweryfikować – sprawdzić, czy to na pewno uchodźcy z terenów ogarniętych wojną, a nie imigranci zarobkowi, a także czy nie mają powiązań z terrorystami. A to niełatwe, trzeba to przeprowadzić dokładnie, więc siłą rzeczy zajmie wiele czasu.

Rozsądna polityka Polski wobec problemu, przed którym stanęła Europa, powinna jednak wyglądać dużo bardziej aktywnie. Przyjęcie 7 tysięcy muzułmanów nie powinno stanowić dla Polski ani większego problemu, ani zagrożenia. Od lat 90. przyjęliśmy w sumie około 90 tys. Czeczenów, którzy w dużej części są salafitami, a więc reprezentują najbardziej radykalny odłam islamu. Prześwietlenie 7 tysięcy przybyszów nie powinno być dla naszych organów żadnym kłopotem. Podczas najbliższych wakacji przyjedzie do Polski na Światowe Dni Młodzieży prawie 2 mln ludzi i nikt jakoś nie krzyczy, że będzie to dla naszych służb zadanie nie do wykonania.

Trudno też brać na poważnie ostrzeżenia przed islamizacją – w Polsce jest obecnie ok. 25 tys. muzułmanów, więc nawet gdyby przyjechało ich kilkanaście tysięcy, to i tak stanowiliby promil społeczeństwa. We Francji, przed którą tak przestrzegają wieszczący islamizację, muzułmanów jest 7,5%, a w Szwecji 4,5%. Nie mówiąc już o Bułgarii (14%) oraz Cyprze (25%), choć jakoś nie słyszy się, by w tych dwóch krajach wyznawcy islamu zaczęli wprowadzać terror kulturowy. Nie ma również powodów przypuszczać, że uchodźcy przybywają tu „ciągnąć socjal”. Trudno uznać, że główne marzenie ludzi decydujących się na przepłynięcie tratwą przez morze albo przejechanie chłodnią przez Europę, to wygrzewanie się na zasiłku. Absurdem jest twierdzenie, że ktoś, kto decyduje się na tak niebezpieczną podróż, musi być szczególnie leniwy – akurat energii witalnej trudno tym osobom odmówić.

Owszem, muzułmańscy imigranci są w czołówce pobierających zasiłki na zachodzie UE, ale nie dlatego, że są generalnie leniwi, a dlatego, że są imigrantami właśnie, a ci najczęściej zasilają dolne warstwy społeczne. Powinni być na to wyczuleni szczególnie Polacy, na których temat przecież też często bywa upowszechniany krzywdzący stereotyp „przejadaczy socjalu”.

A więc zamiast zapierać się rękami i nogami przed przyjęciem tej w istocie garstki ludzi, dużo bardziej produktywnie byłoby skupić się na innych ważnych dla Polski kwestiach związanych z tym tematem. Chociażby na zwiększeniu ochrony zewnętrznych granic UE, co dla Polski, posiadającej takie granice i leżącej w dosyć niepewnym regionie, jest sprawą niezwykle istotną. Tym bardziej, że jedyną unijną agencją mającą siedzibę w Polsce jest Frontex, który odpowiada właśnie za tę sferę. Za ochronę granic zewnętrznych odpowiedzialne jest z osobna każde państwo, na którego terenie one leżą, co w obecnym kryzysie zupełnie się nie sprawdza, gdyż granice niektórych krajów (np. Grecji) są dziurawe jak sito. Sam Frontex jest obecnie jedynie kadłubkiem – zatrudnia zaledwie ok. 350 osób, które i tak pracują w jego administracji, a przy każdej akcji musi prosić państwa członkowskie o strażników granicznych oraz o pozwolenie na działanie na danym terytorium. Nawet po niedawnych podwyżkach jego budżet roczny wynosi ok. 140 mln euro, a budżet operacji morskich i lądowych to tylko 73 mln euro. Przeniesienie większej odpowiedzialności za granice zewnętrzne na Unię jako całość i zapewnienie Frontexowi stałej załogi strażników granicznych byłoby nie tylko pożądane w obliczu obecnego kryzysu migracyjnego, ale też zwiększyłoby bezpieczeństwo Polski w perspektywie ewentualnych napięć na wschodnich granicach. Szczególnie w sytuacji, gdy konflikty przygraniczne przyjmują obecnie formę toczonych cichaczem wojen hybrydowych.

Wzmocnienie mającej siedzibę w Polsce agencji wzmocniłoby pozycję Polski na arenie unijnej. Przedstawienie pomysłu na reformę ochrony unijnych granic wraz z koncepcją rozbudowy struktury i kompetencji Frontexu byłoby w oczach innych unijnych graczy dużo bardziej poważną postawą, na której moglibyśmy zyskać znacznie bardziej niż na ugraniu tysiąca czy dwóch tysięcy azylantów mniej. Wzmocniony i sprawny Frontex mógłby być niezłym substytutem stałych baz NATO, o które tak bardzo zabiegamy. Aby jednak przekonać resztę UE do naszej wizji wspólnej ochrony granic, najpierw dobrze byłoby poważnie podejść do wcześniejszych uzgodnień dotyczących rozładowania tego kryzysu migracyjnego, który już mamy.

Kolejną korzyścią z rzetelnego przestrzegania uzgodnień dotyczących relokacji byłoby czerpanie instytucjonalnego know-how. Nasze służby nie są obecnie doświadczone w inwigilacji środowisk islamskich, a ekspansja islamistycznego terroryzmu powoduje, że muszą te kompetencje posiąść jak najszybciej. Również nasze instytucje opieki nie mają pojęcia o integracji i pomocy imigrantom – nie tylko muzułmańskim, ale jakimkolwiek. A w sytuacji problemów demograficznych oraz postępującej globalizacji połączonej ze stopniowym bogaceniem się naszego kraju, takie umiejętności w niedługim czasie będą im niezbędne. Nawet gdyby założyć, że udałoby nam się „wywinąć” od obecnego kryzysu migracyjnego, to bez wątpienia podobne wyzwania dopadną nas w nadchodzącym czasie. Tymczasem teraz rysuje się znakomita szansa, by domagać się wsparcia polskich instytucji w radzeniu sobie z problemem od służb naszych sojuszników z UE. Dzięki bliskiej współpracy na tym polu moglibyśmy np. od służb francuskich czerpać wiedzę o rozpoznaniu radykalnych środowisk islamskich, a od instytucji szwedzkich przejmować know-how w zakresie asymilacji przybyszów z zagranicy. A wszystko odbywałoby się we względnym spokoju, gdyż obecnie to nie bezpośrednio na nasze granice napierają imigranci, a prześwietlenie i integracja 7 tysięcy osób nie stanowi wielkiego wyzwania. Gdy w przyszłości historia postawi nas pod ścianą z problemami o dużo większej skali, na naukę może być już za późno.

Zamiast wykłócać się o to, czy przyjmiemy 6, czy 8 tysięcy osób, lepiej przenieść dyskusję na tematy dużo bardziej kontrowersyjne z naszego punktu widzenia. Chociażby na kwestię poziomu pomocy, jaką uzyskają tu uchodźcy. Nie do pomyślenia jest, by po pierwszym okresie asymilacji otrzymywali oni wyższe wsparcie niż nasi potrzebujący rodacy, których na tle innych państw UE jest w naszym kraju mnóstwo. Sytuacja, gdy status uchodźcy jest lepszy niż status potrzebującego Polaka, byłaby absolutnie nieakceptowalna, a do tego mógłby prowadzić pomysł ujednolicenia poziomu wsparcia dla imigrantów w całej UE. Skala pomocy musi być też dostosowana do możliwości poszczególnych państw – wydatki na przybyszów nie mogą odbijać się na krajowych programach społecznych, skierowanych do własnych obywateli. Kolejną kwestią wartą nieustannego podnoszenia jest rzetelna weryfikacja – nie możemy godzić się na przyjmowanie osób, co do których nie będziemy mieli pewności, że pochodzą z terenów ogarniętych wojną i nie podejmowali współpracy z radykalnymi islamistami. Nawet jeśli oznaczałoby to, że w efekcie przyjmiemy mniejszą liczbę, niż zakładano.

Po co kreować się na czołowy antyislamski kraj w Europie? A taki obraz Polski wyłania się nie tylko z działań i wypowiedzi polityków, ale przede wszystkim z atmosfery wytworzonej przez część mediów i liderów opinii publicznej w naszym kraju. Bliska współpraca Polski z kilkoma dużymi krajami muzułmańskimi przyniosłaby nam wiele korzyści, jednak antyislamskie nastroje mogą w tym przeszkodzić. Aspirująca do UE Turcja to nie tylko niemal 80-milionowy dynamiczny rynek zbytu, do tego umiarkowanie zamożny, a więc doskonały dla naszych firm produkujących co najwyżej średniej jakości produkty. To także bardzo silna armia, należąca do pierwszej dziesiątki na świecie i kraj, który ma na pieńku z Rosją, a więc doskonały potencjalny sojusznik naszego państwa w obliczu indolencji militarnej większości krajów UE i niepewnej przyszłości wschodniej flanki NATO. Wspieranie Turcji w jej dążeniach do członkostwa w UE, co na szczęście ostatnio ma miejsce (vide spotkanie naszego MSZ z tureckim odpowiednikiem) zbliżyłoby oba kraje i mogłoby nam zapewnić bardzo silnego sojusznika w Unii. Z drugiej strony, danie Turcji realnej perspektywy członkostwa musiałoby uruchomić w tym kraju stopniową liberalizację systemu politycznego, by negocjacje akcesyjne mogły iść naprzód. A to byłoby już w interesie obywateli Turcji oraz Kurdów, z którymi obecny rząd turecki prowadzi cichaczem wojnę.

Kolejny z potencjalnych partnerów Polski to Iran, który właśnie odmraża kontakty z Zachodem. Czołowe kraje Zachodu już zacierają ręce na myśl o wejściu na irański rynek, jednak Polacy jak zawsze są dwa kroki z tyłu. Tymczasem na poziomie społecznym nasze kraje cieszą się dobrymi relacjami, mającymi początek jeszcze w czasach II wojny światowej, gdy polscy uchodźcy zostali dobrze przyjęci na irańskich ziemiach. Iran to gigant surowcowy: ma największe na świecie zasoby gazu i czwarte na świecie zasoby ropy. Dla importera surowców, jakim jest Polska, taki sojusznik to skarb, jednak bliska współpraca z Iranem wymagałaby aktywnej polityki Polski na tamtym odcinku, tymczasem jak na razie panuje w tej kwestii cisza. Bez wątpienia bardzo pomocny w tworzeniu relacji z Turcją i Iranem byłby korzystny klimat wokół Polski jako kraju przyjaznego islamowi. Obecnie uchodzimy za jeden z bardziej niechętnych islamowi krajów Europy. Z taką łatką możemy raczej zapomnieć o statusie ważnego partnera Turcji i Iranu.

Rozpalanie nastrojów antyislamskich będzie też bez wątpienia przeszkodą w zwalczeniu jednej z przyczyn masowej imigracji, czyli terroryzmu islamistycznego. Wygrać z nim można tylko przy współudziale wspólnoty muzułmańskiej oraz umiarkowanych krajów islamskich. Umiarkowani muzułmanie stanowią zdecydowaną większość wspólnoty islamskiej i to nawet w macierzystych krajach organizacji islamistycznych. Przykładowo zaledwie 8% Pakistańczyków stoi po stronie talibów, a 10% Nigeryjczyków popiera Boko Haram. W Jordanii deklaratywnych zwolenników Al Kaidy jest ok. 11%. Co więcej, te odsetki regularnie spadają. W krajach europejskich radykalnych muzułmanów jest o wiele mniej. We Francji zwolennicy salafizmu są szacowani na zaledwie 2 promile wszystkich tamtejszych muzułmanów. Oczywiście nawet tak wąska grupa islamistów może urządzić krwawą łaźnię, jednak sprowadzanie walki z islamizmem do walki z islamem jest nieporozumieniem. Wręcz przeciwnie, z islamizmem będzie można wygrać tylko przy udziale umiarkowanej większości muzułmanów, która musi podjąć walkę z islamistami nawet nie tyle fizyczną, co teologiczno-polityczną, dzięki której zdelegitymizuje terrorystów w oczach całej swojej wspólnoty religijnej. Póki umiarkowane kraje muzułmańskie (Algieria, Indonezja, Malezja itp.) nie dołączą do koalicji antyislamistycznej, umiarkowani imamowie nie wystąpią przeciw islamistom w meczetach, a zwykli muzułmanie nie zaczną wprost piętnować fundamentalizmu, ekstremiści nie zostaną zmarginalizowani i wciąż będą mogli swobodnie funkcjonować w przestrzeni religii muzułmańskiej. Jednak gdy będziemy utożsamiać islamistów z wszystkimi muzułmanami, to na zasadzie samospełniającej się przepowiedni niechybnie w końcu stanie się to prawdą i zamiast walki z islamizmem w sojuszu z islamem, zostanie nam walka z całym islamem. A wygrać ją będzie bez porównania trudniej. Tak więc rozbudzanie nastrojów antyislamskich, nie tylko w Polsce, ale też wszędzie indziej, jest szkodliwe z punktu widzenia walki z terroryzmem.

Przy „okazji” każdego dramatycznego wydarzenia związanego z islamizmem szeroko pojęci polscy przeciwnicy islamu przypominają jako przykład polskiej wiktorii „odsiecz wiedeńską”, podczas której Jan III Sobieski ruszył na pomoc Austriakom w wojnie z Turcją. Trudno o większy idiotyzm – uczestnictwo w Bitwie pod Wiedniem był jednym z największym błędów strategicznych w historii. Po pierwsze, uratowaliśmy Austriaków, którzy niewiele później uczestniczyli w naszych rozbiorach. Po drugie, osłabiliśmy Turcję, dzięki czemu umożliwiliśmy Rosji ekspansję na zachód. Po trzecie wreszcie, daliśmy się wpuścić w potyczkę z Turcją, czyli krajem, który był naszym naturalnym kandydatem na sojusznika i nigdy nie uznał naszych rozbiorów. Niestety oparta na uproszczonych schematach myślowych polityka doprowadziła do tego brzemiennego w skutki błędu. A obecnie podobne schematy każą młodym Polakom epatować wizerunkami husarii i brać na sztandary to pyrrusowe zwycięstwo, które zaszkodziło nam bardzo. Oby od podobnych schematów uwolniła się polityka współczesnej Polski, bo poza zagrożeniami związanymi z kryzysem imigranckim widać tez ewidentne szanse. Zrzucenie klapek z oczu pomogłoby je wykorzystać.

Obrotowy Szałamacha

Wybór Pawła Szałamachy na stanowisko ministra finansów w rządzie PiS określiłbym jako najbardziej zdumiewającą decyzję zwycięzców ostatnich wyborów. Oto bowiem podobno socjalny, tudzież „narodowy”, program gospodarczy PiS wesprzeć ma osoba, która wychowała się w szeregach partyjnych zaciętego wroga wszelkich rozwiązań socjalnych i państwa, zwłaszcza opiekuńczego, przeciwnika wszelkiej redystrybucji i podatków (prócz pogłównego), skrajnego neoliberała Janusza Korwin-Mikkego.

Wybór ten jest swego rodzaju politycznym „strzałem w stopę”. Szałamacha postawiony został przed zadaniem załatania systemu podatkowego zrujnowanego przez poprzednie rządy, włączając w to sam PiS, który m.in., dzięki neoliberalnemu podrzutkowi z PO w postaci Zyty Gilowskiej, zlikwidował w 2006 r. górną stawkę PIT, czego rezultatem było późniejsze podniesienie dolnej i wieloletnie zamrożenie kwoty obciążonej zerową stawką. Można mniemać, że w ostatnich wyborach Polacy zagłosowali przeciw społecznym skutkom regresywnego systemu podatkowego – zwłaszcza składek ZUS. Czy się rozczarują?

Największym zarzutem wobec poprzednich ekip rządowych jest systematyczne obniżanie podatku od zysków korporacyjnych CIT – z 40% obowiązujących do 1998 roku na 19%, które obowiązują nas od roku 2004. Efektem jest podwyższanie innych podatków dotykających bezpośrednio przeciętnego obywatela: od wartości towarów VAT oraz od dochodów osobistych PIT, ale przede wszystkim system regresywnych składek ZUS. Nawiasem mówiąc, całkowita likwidacja tych ostatnich i powrót do systemu budżetowego sprzed 1999 r. wydaje się najbardziej rewolucyjną propozycją podatkową PO z kampanii wyborczej 2015, za czym podąża nowy pomysł PiS: jednolity podatek dochodowy.

I oto mamy kolejny efekt takiej polityki – PiS-owski projekt podatku obrotowego. To podatek, którym obłożony ma zostać tylko handel, obok VAT oraz CIT. Wraz z podatkiem bankowym stanowi on feudalny sposób opodatkowywania wyodrębnionych grup podmiotów. Tymczasem głównym osiągnięciem nowoczesnych państw narodowych było wprowadzenie uniwersalnych podatków, obowiązujących wszystkich w podobny sposób. Jest to zatem krok uwsteczniający nasz system podatkowy. Jedynym pozytywnym aspektem nowej propozycji jest uczynienie podatku obrotowego podatkiem progresywnym o trzech stawkach podatkowych – 0%, 0,7% oraz 1,3%. Wszystkie podatki powinny mieć progresywny charakter, dzięki czemu niżej zarabiający płacą niższe podatki niż podmioty zarabiające więcej. Generalnie podatki należy obniżać od dołu, a nie od góry – zmieniając progi podatkowe i wprowadzając niższe stawki podatkowe dla mniejszych podmiotów, a nie obniżając najwyższe stawki.

Progresywny system podatkowy jest cywilizacyjnym osiągnięciem kultury europejskiej. To jedyny sposób na zapobieżenie monopolizacji oraz oligarchizacji gospodarki, a co za tym idzie – polityki i samej demokracji, o czym wiemy dzięki monumentalnym studiom Thomasa Piketty’ego. Innymi słowy, progresywne podatki są niezbędnym warunkiem utrzymania demokratycznego systemu politycznego. Śmiem twierdzić, że jest to mechanizm ważniejszy dla demokratycznego porządku nawet od zasady separacji władz.

Zwolennikami podatków progresywnych byli główni ojcowie nowoczesnego liberalizmu: Adam Smith oraz John Stuart Mill. Wbrew populizmowi liberalnych fundamentalistów, progresywne opodatkowanie sprzyja bowiem rozwojowi gospodarczemu. Najwyższy wzrost gospodarczy ludzkość odnotowała właśnie w okresie najbardziej progresywnego opodatkowania, czyli ok. pół wieku temu. Każdy krok w tym kierunku jest wart rozważenia.

Zamiast wprowadzania nowego podatku obrotowego należałoby zmienić strukturę podatku korporacyjnego CIT. I trzeba to zrobić w dwu krokach. Po pierwsze, uczynić ten podatek progresywnym, z minimum czterema stawkami podatkowymi – od 10 do 40% – tak aby małe, rozwijające się przedsiębiorstwa zostały zwolnione z wyższych opłat, a wielkie międzynarodowe korporacje bardziej dokładały się do rozwoju kraju, na terenie którego działają. Po drugie, należałoby ograniczyć możliwość odpisywania wydatków od przychodów. Obecnie 100% udokumentowanych wydatków może zostać odpisanych, dzięki czemu dany podmiot może wykazywać minimalne dochody, jeśli w ogóle jakiekolwiek. Ograniczenie tej możliwości do na przykład 99%, choć liczba ta stanowić powinna gruntowny obiekt analiz, spełniłoby dokładnie taką samą funkcję, jak podatek obrotowy i dotyczyłoby uniwersalnie wszystkich podmiotów gospodarczych, a nie tylko podmiotów handlowych. W ten sposób zwiększyłyby się wpływy z CIT, dzięki czemu możliwe byłoby obniżenie zawyżonego liniowego podatku konsumpcyjnego VAT.

Kolejnym problemem, który PiS zawdzięcza samo sobie, jest zniesienie w 2006 r. podatku od spadków i darowizn obejmującego osoby najbliższe. Ten ruch dziwi, zwłaszcza w kontekście diagnozy o esbeckim pochodzeniu największych polskich fortun. Stworzenie nowego progresywnego podatku, obejmującego przynajmniej spadki i darowizny o wartości powyżej 1 miliona złotych, określiłbym jako społecznie niezbędny krok zapobiegający nadmiernej koncentracji kapitału, niezależnie od jego pochodzenia.

Należy wskazać zaniedbanie istniejące od początku transformacji, czyli brak progresywnego podatku majątkowego, w tym szczególnie tego od wartości nieruchomości. Progresywne opodatkowanie nieruchomości o wartości powyżej 1 miliona złotych powinno stanowić istotny dochód państwa. Obecnie nieruchomości są opodatkowane według ich powierzchni, a nie wyceny, na czym szczególnie korzystają posiadacze wielkomiejscy, a tracą mieszkańcy ubogich terenów wiejskich. Z badań Piketty’ego wynika, że z pracy nigdy nie osiąga się takiego zysku jak z już posiadanego majątku, czyli kapitału. Dziwne zatem jest, że to właśnie kapitał nie jest w Polsce prawie w ogóle opodatkowany. Bezpośrednim skutkiem tego braku jest nadmierne opodatkowanie pracy zwykłych obywateli.

Niestety, wszystko to są podatki, które skutecznie oprotestowują od lat lobbyści pracujący dla wielkich zagranicznych korporacji i innych wpływowych, a żywotnie zainteresowanych tym podmiotów. Za pomocą posiadanych przez siebie mediów podmioty te są zdolne do mobilizacji opinii publicznej przy użyciu antypodatkowej retoryki, ale tylko wtedy, gdy chodzi o podatki zagrażające ich bezpośrednim zyskom. Tak się jednak składa, że polityka podatkowa jest kluczowym elementem suwerenności państwowej. Rząd PiS nie zdaje sobie widać sprawy, że najbardziej skuteczną drogą do osiągnięcia założonych celów budżetowych nie jest łatanie systemu nowymi, lecz naprawa już istniejących podatków. Już widać pierwsze ograniczenia w stosunku do obietnic w postaci programu 500+, bo nie dotyczy on niestety każdego dziecka. A program ten powinien być rozpatrywany jako element progresywnej polityki podatkowej w postaci tzw. negatywnego podatku dla rodziców.

Wąsko ukierunkowany technik ekonomiczny na stanowisku ministra finansów nie wydaje się być odpowiednią osobą do przeprowadzenia gruntownej reformy finansów państwa. Jednak wybór na ten urząd, jak w innych cywilizowanych państwach, osoby o szerszej znajomości procesów społeczno-gospodarczych, na przykład politologa lub socjologa ekonomicznego, wydaje się obecnie w tym kraju utopią.

Nie porzucajcie ananasów

Czy gry komputerowe mogą być pouczające i nadal sprawiać nam frajdę?

Gry uczą nas, jak radzić sobie z wyzwaniami. To właśnie ten element procesu grania może być fundamentem, na którym da się zbudować polityczne stanowisko. Albo za jego pomocą rzucić wyzwanie dominującemu sposobowi myślenia.

Podczas gdy większość twórców gier wystrzega się polityki, aby uniknąć kontrowersji i konfliktu, które ona generuje, niektórzy głoszą w swoich dziełach konkretne przesłanie polityczne. Jeden z niedawnych przykładów gry, który podjęła to niewygodne wyzwanie, to No pineapple left behind [w wolnym tłumaczeniu: żaden ananas nie zostanie za burtą; nawiązanie do przyjętego przez Kongres USA w 2001 roku programu dla szkolnictwa No Child Left Behind, opartego na standaryzowanych testach – przyp. tłumacza], wydana przez Subaltern Games. Symulator zarządzania szkołą, połączony z satyrą na amerykański system edukacji, został stworzony przez byłego nauczyciela. Ale czy gra zbudowana wokół politycznego przesłania może być przyjemna?

Pomysł stojący za No pineapple left behind jest nieskomplikowany. Gracz staje przed serią zadań będących luźną symulacją zarządzania szkołą. Mają one pokazać, że arbitralny system ocen, który napędza amerykańską edukację od momentu wprowadzenia programu No Child Left Behind, traktuje priorytetowo wyniki testów zamiast dobrostanu uczniów. Tutaj pojawiają się ananasy (ang. pineapple): kiedy uczeń zostaje efektywnie wtłoczony w rolę posłusznej maszyny do zdobywania dobrych ocen, zamienia się w ananasa.

Jedną z cech, w które uczniowie są wyposażeni w grze, jest człowieczeństwo. Kiedy jego poziom jest wysoki, zachowują się jak prawdziwe dzieci. Pozbawmy je człowieczeństwa, a zmienią się w ananasy, które rezygnują ze swoich dziecięcych spraw, żeby zdobywać dobre oceny i zarabiać pieniądze dla naszej szkoły.

Sytuacją idealną z punktu widzenia gracza jest szkoła pełna ananasów, nie dzieci. Prawdopodobnie nie jest to najbardziej subtelna sugestia, ale biorąc pod uwagę, że gra pochodzi z kraju, gdzie Donald Trump kandyduje na urząd prezydenta, twórcy prawidłowo skalibrowali poziom subtelności politycznego przekazu.

Jako satyra na amerykański system edukacji, gra ta sprawdza się bardzo dobrze, jednak nie mogłem się pozbyć wrażenia, że traci nieco poprzez jasne wskazanie graczom bezlitosnych praktyk, koniecznych do osiągnięcia sukcesu, zamiast pozwolić im na samodzielne dochodzenie do tych wniosków.

Choć często dzieje się to nieintencjonalnie, gry mogą być doskonałym sposobem ukazania wad systemów opartych na liczbach. Wiele gier, szczególnie sieciowe multiplayery, opartych jest na szeregu pracowitych i powtarzalnych czynności, określanych mianem expienia [od ang. experience, doświadczenie – zdobywanie doświadczenia pozwalającego na osiągnięcie kolejnego poziomu – przyp. tłumacza]. W każdej grze zawierającej taki mechanizm znajdą się ludzie, którzy szybko odkrywają najbardziej efektywny sposób manipulowania systemem w celu uzyskania optymalnej nagrody w jak najkrótszym czasie, zwykle bez związku z duchem i regułami gry. Każdy, kto spędził chociaż chwilę na takiej rozgrywce, zdaje sobie sprawę, jak wadliwe są takie arbitralne systemy i jak szybko ich wady zostają wykorzystane. Prowadzi to do prób wykorzystania systemu, aby przyspieszyć uzyskanie nagrody.

No pineapple left behind nie do końca osiąga zakładany cel. Jako że jest symulatorem manipulacji systemem szkolnictwa, a nie symulatorem samego systemu szkolnictwa, którym musimy manipulować, aby osiągnąć sukces, staje się raczej ogłoszeniem zamierzonego przesłania wprost, a nie demonstracją jego działania w praktyce. To właściwie niszczy cel, jakim miało być przekazanie przesłania w grze: to, co mogłoby być subwersywnym spojrzeniem na sposób zarządzania systemami takimi jak szkolnictwo (i mogłoby ostatecznie wpływać na decyzje gracza), staje się polemiką.

Inne satyryczne gry lepiej poradziły sobie z podejściem do tematu. Na przykład Big Pharma jest grą, w której prowadzimy firmę farmaceutyczną. Gracz tworzy leki zwalczające choroby, musi jednak wygenerować zysk, więc w pewnym momencie okazuje się, że wykorzystuje swoich klientów (chorych czy umierających) w celu utrzymania dodatniego bilansu handlowego. Wśród założeń gry cynizm nie jest uplasowany na pierwszym planie – zasady systemu sprawiają, że gracz sam zdaje sobie sprawę, iż chcąc osiągnąć sukces, musi iść na kompromisy natury moralnej. To właśnie jest subwersywne spojrzenie na reguły działania symulatorów biznesowych oraz na wyobrażenia, jak powinny funkcjonować firmy. Przesłanie się sprawdza, ponieważ znajduje się na głębszym poziomie gry, jest wpisane w jej system.

Polityczne przesłanie wcale nie musi szkodzić grze, nawet jeśli jest podane na tacy. Defcon: Everybody dies to dobrze zaprojektowana gra strategiczna, która dość jasno wyraża sprzeciw wobec broni atomowej. Kierujemy w niej narodem lub grupą narodów w stanie wojny atomowej, wyposażonych w rakiety, systemy przeciwrakietowe, marynarkę, łodzie podwodne i bombowce. Zwycięstwo osiągamy poprzez przedarcie się przez systemy antyrakietowe wroga i zbombardowanie dużych ośrodków miejskich głowicami atomowymi. Sterylna, pogodna gra nie poddaje żadnej ocenie naszych działań i wydarzeń – niezależnie od tego, czy mordujemy miliony, czy to nasze miasta są zmazywane z powierzchni ziemi. Na końcu rozgrywki, po wymianie atomowych ciosów, wygrywa ten gracz, który zabił więcej obywateli wrogiego kraju, tracąc najmniej swoich. Ponownie nie pada żaden osąd. Gracz patrzy na statystyki milionów zabitych i wyciąga własne wnioski.

Gry niemal zawsze zawierają element edukacyjny. Grając w nową grę, uczymy się, jak stawiać czoło wyzwaniom prezentowanym w niej. Właśnie ta część doświadczenia gry może być fundamentem, na którym można zbudować swoje polityczne stanowisko lub rzucić wyzwanie dominującemu sposobowi myślenia. Jednak aby ten cel osiągnąć, przesłanie musi być głęboko wbudowane w sam system gry, a nie napisane wielkimi literami na jej powierzchni.

Phil Hartup
Tłum. Mateusz Trzeciak, współpraca Magda Komuda

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w marcu 2016 r. na stronie internetowej magazynu „New Statesman”.

Kto nie lubi mieć pięciu stówek w kieszeni?

Uczestniczyłem niedawno w nadmorskim kurorcie w manifestacji, którą zwołano w odpowiedzi na (rozmywaną następnie) deklarację poparcia PiS oraz jego liderów dla zaostrzenia prawa reprodukcyjnego. Trzeba przyznać, że demonstracja zgromadziła kilkaset, może nawet tysiąc osób, co w polskich warunkach pozwala mówić o masowości. Jako jej uczestnika kilka razy rozbolały mnie zęby, jednak szczególnie zaniepokoił mnie jeden z okrzyków, skandowany zresztą dość długo: „Idźcie rodzić za pięć stówek”. Warto zatrzymać się na moment nad tym hasłem. Adresatami byli uczestnicy kontrdemonstracji, którzy przez biologiczne uwarunkowania męskości rodzić nie mogą. Tak przynajmniej można grupę odbiorców określić, gdy będziemy trzymać się zamierzonej trajektorii sloganowego naboju. Ale slogany, podobnie jak pociski, rażą niekiedy odłamkami.

W tym konkretnym przypadku uderzają one w pierwszy od lat śmiały gest redystrybucyjny. Wspomniana demonstracja zorganizowana została przez Razem, pojawiły się na niej również inne środowiska, którym z dobrą lub złą wolą można przypisać afiliacje lewicowe. Wściekłość wywołana przez zamiar zaostrzania ustawy częściowo usprawiedliwia to nieszczęśliwe połączenie haseł wolnościowych i antysocjalnych. Potraktowałbym jednak ten incydent jako sygnał ostrzegawczy, który powinien zwrócić uwagę na to, co może w przyszłości zagrozić lewicowej narracji.

Użyty na demonstracji slogan wpisuje się bowiem w linię wyjaśniania sytuacji, którą wkrótce po ostatnich wyborach przyjął obóz religii wolnorynkowej. Słyszeliśmy wtedy, że zwycięstwo PiS było wynikiem przekupstwa, a cały program „dobrej zmiany” – jedynie sprawną socjotechniczną manipulacją. Właściwie trudno wyobrazić sobie bardziej toksyczną mieszaninę pogardy, samozadowolenia i błędnego rozpoznania przyczyn werdyktu wyborców. Co gorsza, nie były to jedynie reaktywne okrzyki, będące wynikiem podwójnej porażki obozu uprzednio rządzącego. Dziś, gdy piszę te słowa, usłyszałem w radiowej audycji redaktora Pawła Wrońskiego, cytującego Margaret Thatcher. Cytat brzmiał: Każdy socjalizm kończy się tam, gdzie kończą się pieniądze. Zdanie to padło w kontekście rozważań nad polityką PiS, którą prowadząca audycję Janina Paradowska określała sarkastycznie jako „rewolucję”. Rewolucję, która polega na upartyjnianiu państwa. Moim zdaniem nieprzypadkowo – choć niekoniecznie w pełni świadomie – sięgnięto w określaniu praktyk partii rządzącej po leksykę kojarzoną z ideami lewicowymi i emancypacyjnymi.

Zabieg, polegający na wymieszaniu określeń z różnych porządków ideowych, znany jest dobrze w polskiej debacie ostatniego ćwierćwiecza, a jego podstawową funkcją była i jest pacyfikacja adwersarza i jego poglądów. Jest przy tym prosty i polega na utożsamieniu stanowisk różnych lub zgoła konkurencyjnych, do czego wystarcza zwykle uparta repetycja jakiejś wadliwej logicznie, lecz dobrze wpadającej w ucho analogii. W wersji prostackiej metodę tę stosowały i stosują środowiska leseferystów spod znaku Janusza Korwin-Mikkego. W ich wykładni każda polityka polegająca na wzmacnianiu państwa uderza w wolność jednostki, każdy, kto taką politykę popiera, staje się późnym wnukiem Adolfa Hitlera i Józefa Stalina, a każdy „socjal” to zwiastun totalitarnego zamordyzmu.

Gdy więc we wspomnianej audycji skojarzono socjalizm i redystrybucję z zawłaszczaniem państwa i ograniczaniem procedur demokratycznych, poczułem się jak za dawnych czasów, gdy każdego oponenta neoliberalnego kursu przemian ustrojowych odmalowywano jako homo sovieticusa lub faszystę, oszołoma lub roszczeniowego populistę. Ostatnio słyszało się tego jak gdyby mniej, ale najwyraźniej ludzie, a wśród nich publicyści, pozostają niewolnikami swych nawyków. Obawiam się, że takie dyskredytowanie polityki odwołującej się do społecznej solidarności i sprawiedliwszego podziału dochodów może być coraz łatwiejsze.

Krzysztof Posłajko pisał ostatnio w swych trzech akapitach, że jesteśmy świadkami kontynuacji polityki „zarządzania przez konflikt”. Ta metoda sprawowania władzy, polegająca na nieustanym kreowaniu wroga i podsycaniu konfliktu przy pomocy mediów tożsamościowych, daje rządzącym alibi i zwalnia z trudu rzeczywistego wysiłku na rzecz budowania lepiej urządzonego państwa. Nie jest to nowa praktyka, wszak z jej coraz słabiej ucharakteryzowanymi na plan rządzenia odmianami mamy do czynienia nieprzerwanie od co najmniej dekady. Nie jest to także nowa obserwacja, bowiem przewija się ona w opiniach o tzw. scenie politycznej od lat. Uważam jednak, że odnotowanie takiej praktyki rządzenia jest istotne właśnie teraz i w kolejnych latach, zwłaszcza jeśli będzie mu towarzyszyć staranne oddzielanie ziarna od plew. Z obecnej sytuacji wyłania się, moim zdaniem, poważne niebezpieczeństwo dla odrodzenia się wiarygodnej lewicy społecznej.

Niebezpieczeństwo to wynika z dwu, wzajemnie wzmacniających się, przyczyn. W polityce rządu mamy do czynienia z osobliwym mariażem słusznych postulatów redystrybucyjnych i solidarnościowych z nieznośnym narastaniem retoryki i działań, które kojarzą się jak najgorzej. Ksenofobia, parafiańszczyzna oraz neoendecki ton przemówień liderów i przekazu „mediów tożsamościowych” przekroczyły już dawno poziom, za którym zaczyna się przyzwolenie (jeśli nie zgoła zachęta) na bardzo niebezpieczne zjawiska. Do takich przecież należy pojawienie się w Łodzi bojówek mających stanowić ochronę przed fantomowym zagrożeniem islamistycznym, a także coraz częstsze napady na osoby wyróżniające się „nieodpowiednim” wyglądem. Jeśli do wielomiesięcznego i paskudnego rozgrywania kwestii przyjęcia uchodźców dodamy gmeranie przy Trybunale Konstytucyjnym oraz prowokowanie kolejnej wojny wokół aborcji – problemami stają się nie tylko jałowość wynikająca z „zarządzania przez konflikt” i groźba poważnego nadszarpnięcia wiarygodności i opinii Polski za granicą w czasach bardzo niepewnych. Groźne jest także to, że idee redystrybucji i społecznej sprawiedliwości, które od lat PiS rozgrywa w opozycji do tzw. Polski liberalnej i wykorzystuje do przyciągania tzw. elektoratu socjalnego, skojarzone zostaną jeszcze mocniej ze wskazanym przed chwilą tłem. Odwrotną stroną medalu jest zaś to, że owa „Polska liberalna” chętnie wykorzystuje i wykorzystywać będzie zarówno te skojarzenia, jak i wszelkie błędy w wykonaniu programów socjalnych. Nie będzie to trudne, bowiem ich finansowanie jest niepewne, a ostateczny kształt mija się z zapowiedziami z kampanii wyborczej.

Istnieje zatem poważna groźba, że postulaty socjalne oraz elementy lewicowej polityki uda się w przekazie propagandowym skojarzyć z praktykami, których demokratyczność budzi bardzo poważne zastrzeżenia. W ostatnich miesiącach podejmowano już takie próby, czego najlepszym przykładem były niejasne sugestie Ryszarda Holzera (sugerujące agenturalność partii Razem) lub wymiana polemik między Barbarą Brzezicką i Agatą Bielik-Robson, w której ta ostatnia wytykała tejże partii brzydkie totalitarne odchylenia od liberalnego minimum.

Zabieg taki nie będzie niczym nowym w naszej historii, wszak praktyki PRL nie tylko skompromitowały niemal cały słownik lewicowy, ale też stanowią niewyczerpane źródło natchnienia dla propagandy wymierzonej w lewicę. Warunkiem jej skuteczności jest zaś niemal zupełne zapomnienie demokratycznej i antykomunistycznej tradycji polskiej lewicy. I jeśli nie uda się skutecznie przywrócić jej dyskursowi oraz praktycznie odrodzić, będziemy mieli do czynienia z przedziwną, wielopiętrową ironią historii. Może się bowiem okazać, że partia PiS, odwołująca się do antykomunizmu, sięgając po lewicowe postulaty, skompromituje je tak samo, jak uczyniła to niegdyś, odwołująca się do komunizmu, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. A wtedy – biada nam i naszym dzieciom.