Nienawiść. Opium elit, opium ludu

Kiedyś uważałem, że mocne frazy „Modlitwy Polaka” z „Dnia Świra” to więcej niż przesada: „Gdy wieczorne zgasną zorze, / Zanim głowę do snu złożę, / Modlitwę moją zanoszę / Bogu Ojcu i Synowi: / »Dopierdolcie sąsiadowi! / Dla siebie o nic nie wnoszę, / Tylko mu dosrajcie, proszę«”. Dziś myślę, że właściwie to standardowy pakiet codziennie obserwowanych w przestrzeni publicznej życzeń „wszystkiego najgorszego”, choć oczywiście występujący także w wersjach dla agnostyków i ateistów. Interesowna i bezinteresowna nienawiść nie mają względu na światopoglądowe różnice. Są jak nowe opium elit i opium ludu sfrustrowanego porażkami (i sukcesami!) transformacji.

Największym odkryciem w dobie 1050. rocznicy chrztu Polski są dla mnie niezgłębione pokłady rodzimej nienawiści wobec słabszych, wobec tych, którzy gorzej się mają oraz tych, którzy, stojąc na zdecydowanie słabszych pozycjach, próbują bronić swoich praw i swojego dobrego imienia. Wyobrażam sobie, że po przeczytaniu tego zdania tu i ówdzie słychać jęk rozczarowania albo wściekłości: Wołodźko zamierza uprawiać antypolską i antykatolicką propagandę. Ale nie jest moją winą, że raport o stanie tutejszych ludowych i elitarnych umysłów da się skonfrontować z akurat taką rocznicą. Niewykorzystaną zresztą jak dotąd niemal zupełnie przez szeroko rozumianą lewicę chrześcijańską do refleksji nad jej własnym, bogatym przecież dziedzictwem. A jeżeli dziś narzekamy na coraz bardziej szowinistyczno-zabobonny i wsobno-bogobojny-na-bogato charakter polskiego katolicyzmu, to jest on taki również dlatego, że właściwie nie ma żadnej konkurencji. Nie ma następców księdza Jana Ziei – w kwestiach społecznych ton w polskim Kościele nadaje ksiądz Jacek Stryczek. A on, jak wiadomo, jedną ręką daje biednym, nie szczędząc im przy tym przygan i połajań, drugą zaś szerokim gestem zaprasza do ich wyzyskiwania, choćby głosząc dobrą nowinę o dobrodziejstwach uśmieciowienia stosunków pracy. W ten sposób zawsze ma i dobrodziejów, i petentów. I spore brawa od publiki. Choć, zaiste, fascynująca to sytuacja, gdy ksiądz ma ubogich za wilki w owczej skórze. Czy może za roszczeniowe hieny.

Wróćmy do nienawiści. Z konieczności skupię się na dwóch jej odsłonach. Pierwsza z nich to nienawiść elit do niedorastających do „pewnych standardów” Polek i Polaków z klasy ludowej. Dlaczego niższe warstwy społeczeństwa (czyli właściwie solidna jego część) nie dostają do tych wzorców? Przyczyn jest wiele – a wszystkie arcyobiektywne. Zacznijmy od tego, że rzadko kto z „przaśnych” Polek i Polaków pochodzi z domów z dużym lub bardzo dużym kapitałem ekonomicznym i społecznym. Rzadko kto z nich ma rodziców – rektorów ważnych uczelni, prominentnych polityków, zasobnych biznesmenów, mamusie, które z zawodu są prezeskami spółek państwowych. Mało kto z nich wykłada na stołecznej uczelni, bywa w stołecznych mediach, ma znajomych wśród stołecznych artystów, polityków, naukowców, wysokich urzędników, osób kluczowych w wielkim biznesie itp.

Ogólnie w Polsce, co wywołuje irytację elit, całkiem sporo ludzi to prowincjonalne chamstwo, które tak śmiesznie człapie w drodze po coraz bardziej wątpliwy, choć zdecydowanie kosztowny awans społeczny. Spójrzmy na te plebejskie rodziny, które płacą słono za prywatne uczelnie swoich dzieci. Przecież to jest tragikomiczny widok, gdy pomyśleć, że to kasa wylana jak krew w piach – często uciułana z nadgodzin, emerytur babek, dorywczej roboty, braku snu, niedostatków prywatnego życia. Dodajmy do tego sfrustrowane zerknięcia na lepszy byt, jaki wiodą dzieci lekarzy, adwokatów, lokalnych sitwiarzy. Wyobrażam sobie, że dla osób o zawsze czystych i wypielęgnowanych rękach, które brudzą je sobie ewentualnie dla relaksu i przyjemności w podmiejskim ogrodzie czy warsztacie, to musi naprawdę oznaczać heroizm cnót – życie pod jednym niebem z taką ciemnotą jak Matki Polki Wózkowe. „Wózkowe” to kobiety, które ponoć „sprzedały naszą wolność” Kaczyńskiemu za 500 zł miesięcznie – podążamy za wiekopomną myślą profesora Zbigniewa Mikołejki wypowiedzianą w radio TOK FM. Naprawdę, ile można wytrzymać z takimi „wózkowymi” w jednym kraju bez poczucia irytacji? Trzecia dekada najlepszej z możliwych Rzeczpospolitej przed nami, a szerokie masy wciąż nie dorosły do demokracji przedstawicielskiej. I źle wybierają.

To kwestia smaku, jak powiadał poeta. Człowiek o pewnej pozycji życiowej i statusie społecznym nie może przestawać z tak groźną dla demokracji i wolności hołotą. Tym bardziej, że Polskę klasy B/C naprawdę zamieszkują Polako-orkowie. Czasem wystarczy zrobić kilka kroków w bok od ekskluzywnie wyglądającej ulicy i już nas to dopada. Im niżej, im dalej w głąb, tym „zdziwniej i zdziwniej”. Tam żyją mroczni ludzie zaludniający ciemne miejsca, po których nie kursują regularnie – rozświetlając mroki przaśnej polskości – wozy transmisyjne telewizji. Tam żyją osobnicy prości i podobno konserwatywni (połowa po rozwodach), którym z tej racji od zawsze współczuć nie wolno – wedle przekonania pewnej wielkomiejskiej feministki. Tacy jak oni nienawidzą demokracji i smarkają w palce. W dodatku słuchają disco polo i obnoszą się po swoich plebejskich małych ojczyznach z włosami wystającymi z uszu. To są ludzie z miejscowości, w których jest jeden kościół, jedna knajpa, jedna lokalna zblatowana elitka – a brak poczty, ośrodka zdrowia i komunikacji publicznej dorzucono im gratis na fali zwycięskiej transformacji.

Brzydka Polska à la „faszyn from Raszyn” nienawidzi demokracji i z brudnej pięści chciałaby pewnie dać w ryj osobnikom w marynarkach z zamszowymi łatami na łokciach. To jest Polska „Edków”, których również boi się prof. Mikołejko. Choć trochę na wyrost są profesorskie lęki, gdyż „Edek” dać w ryj raczej nie może, bo zasadniczo siedzi u siebie na gumnie, pilnując, czy starczy na miesięczny bilet na busa, w którym kierowca robi, co może z trzema wymiarami, żeby upchnąć jeszcze więcej taniej siły roboczej. Poza tym znam ze swoich stron rodzinnych kilku takich „Edków”, prostych facetów po zawodówkach: wyłączają swoim dzieciom internet, żeby siadły nad książkami, albo dbają o to, żeby rozwijały umiejętności sportowe lub angażowały się w życie parafialne – niekiedy jedyną ostoję społeczeństwa obywatelskiego w okolicy.

No, ale co się dziwić profesorowi Mikołejce. Nie zapominajmy, że wspomniane wyżej Matki Polki Wózkowe dają córkom na imię Dżesika, chodzą w dresach i kiepskich makijażach, szybko robią im się zmarszczki pod oczami od kłopotów okołorodzinnych. A ich matki to chytre baby z Radomia, które pakują do reklamówek jedzenie rozdawane za darmoszkę. To zupełnie co innego niż w przypadku naukowców, publicystów, artystów i trzeciosektorowców łapczywie żrących z porcelany duże darmowe porcje na stołecznych imprezach dla ViP-ów. A wolność tych kobiet kończy się niekiedy tam, gdzie uderza pięść pana domu. Ale o tym cicho sza z innych względów – nie psujmy dobrego samopoczucia prawicy, która tak bardzo wierzy w dobry prosty polski lud, że skutecznie tamuje debatę o patologiach społecznych naszej współczesności. W każdym razie: to wszystko nie są dobrze wyglądający ludzie.

Co będziemy dużo mówić? To naprawdę inny stan polako-człowieczeństwa: dlatego nie można na przykład wsiąść z ludem do komunikacji publicznej, bo „oni tam śmierdzą”. To zdaje się jeden z silniejszych argumentów przeciw komunikacji publicznej, wyrażony przez pewnego prawicowego publicystę i podchwycony przez liberalno-prawilnych samochodziarzy wyklętych. A przecież nie należy zaniedbywać nauki o pięknie – że znów zacytuję poetę. I z tej troski segregacyjne procesy ekonomiczno-kulturowe idą u nas pełną parą. Parafazując Borowskiego: jedni są brudni i za grosze żyją naprawdę. Drudzy są estetyczni i dyskutują o tych pierwszych na niby.

Jak widać, wąska kasta beneficjentów transformacji, pełniąca na ogół obowiązki elity, ma bardzo racjonalne przesłanki do nienawiści. To przesłanki inteligencko-klasowo-biograficzne. Jak już wspomniałem, prof. Mikołejko nienawidzi „Edków”, którzy głosują na Prawo i Sprawiedliwość: chamy chcą mu zabrać jego wolność. Ale jak właściwie przedstawia się wolność „Edków” w III Rzeczpospolitej? To stołecznego reprezentanta klasy paplającej (określenie ukuł naczelny „Nowego Obywatela”) nie musi interesować, ponieważ demokracja po polsku polega zasadniczo na tym, że lud ma siedzieć cicho i nie rezonować, ewentualnie wyrażać aprobatę dla kolejnych reform, które zmieniły sferę usług i zabezpieczeń publicznych w całkiem nieprzyjemny burdel. Lud ma też milcząco akceptować zwijanie państwa na prowincji i cieszyć się z faktu, że może się tanio ubrać w lumpeksach. Swoją drogą to niezbadany temat: przecież bez lumpeksów nie tak mała część Polaków miałaby problemy z zaopatrywaniem się w nawet relatywnie tanich sieciówkach odzieżowych! Naród z gołą dupą – epickie ukazanie stanu rzeczy. Lud może kupić używany samochód, żeby w ogóle wydostać się ze swojej miejscowości i racjonalnie planować czas zawodowy i prywatny. Lud może też najeść się jako tako dzięki dwuznacznym dobrodziejstwom przemysłowo produkowanej żywności (jak ja nie cierpię wielkomiejskich przeżuwaczy kiełków, protekcjonalnie/pogardliwie odnoszących się do tych zwykłych ludzi, którzy „nie prowadzą ekologicznego i zdrowego trybu życia”). Polka i Polak, którzy dziwnym trafem nie są profesorem Mikołejką, mogą też legalnie zwiać stąd za granicę, co dla klasy ludowej jest chyba największą zdobyczą polskiej wolności po 1989 roku.

Po drugiej stronie mamy ludową nienawiść do wszystkiego, co odbiega od coraz bardziej prawilnych standardów myślenia o rzeczywistości. Niektórzy uważają, że to okołokatolicka przywara, ale w rzeczywistości na tym zasadzają się najstarsze atawizmy świata ludzi i zwierząt – dziobie się najsłabszego i/lub tego, który najprawdopodobniej nigdy nam nie odda, a jeśli spróbuje, to runie powalony jednym ciosem. Zatem dzielni zwykli Polki i Polacy nienawidzą – raczej myślą, choć czasem uda się czynem – tych, którzy żadnej krzywdy im nie zrobią, ponieważ na ogół ich tutaj w ogóle nie ma.

Rzecz jasna, specyficznie realizowany katolicyzm i „patriotyzm” bardzo się przydają jako sztandary. A są przecież księża prałaci i infułaci, którzy z ambony wskażą owieczkom, na czyj widok zamienić się w bestie. I przypomną, żeśmy jak husarze gromiący pohańca. Tymczasem, jeżeli wierzyć nie tak odosobnionym opowieściom, Polki i Polacy w początkach transformacji jeśli bywali w Wiedniu, to wcale nie po to, żeby zwiedzać miejsca triumfu Jana III Sobieskiego, ale po to, żeby prostytucją wszelaką zarabiać na byt. Być może jest to jakiś głęboko ukryty i przeniesiony wstyd, może to jest jakieś wyjaśnienie neosarmatyzmu jako fałszywej świadomości: my, postchłopi, my postchłopki wcale a wcale nie jeździliśmy do Wiednia, żeby sprzedawać ciała majętnym cudzoziemcom i cudzoziemkom – my zawsze ratujemy Europę; wcale a wcale nie jesteśmy tymi, którzy służą bogatszemu światu otworami ciała i fizyczną pracą rąk, nóg, korpusów. No, ale jak ma zapytać wprost młody Polak swoich rodziców, co robili w 1990 roku w Wiedniu czy Berlinie? I jak się z tym czuli? I co z tego mieli? To już lepiej włożyć arcypolski tiszert. Czy to, co piszę jest antypolskie? Niekoniecznie – jest boleśnie polskie w tym, co schowane po ciemnych kątach i czego nie wolno mówić ani piewcom transformacji, ani kruchciano-narodowym moralizatorom.

Na marginesie: w tym roku mniej już słychać o uchodźcach. Może dlatego dowiaduję się od prostego polskiego ludu, podpisanego imieniem i nazwiskiem, że Cyganie przeżerają pieniądze z 500+. Poczciwy rasizm zwykłych ludzi, którzy nie muszą się ze wstrętem do słabszych i innych chować przy kuchennym stole – ponieważ już wolno być ksenofobem publicznie.

Czasem rodzima nienawiść zależy od tego, kto akurat rządzi. Jeżeli na przykład w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie protestują pielęgniarki, to wiadomo, że „szmatami” nazwie je szczery przeciwnik „POlszewików”, który przez ostatnie osiem lat płakał i współczuł każdej grupie zawodowej mającej na pieńku z rządami Platformy. Ale mamy jeszcze całą masę tych nienawiści, które łączą elity i klasę ludową. Na przykład wielkomiejski reprezentant klasy średniej i młody kasjer w „Biedronce”, mieszkaniec pozbawionego dawno temu przemysłu miasteczka w Wielkopolsce, wespół mogą nienawidzić rolników – którzy żądają państwowej interwencji; mogą też razem nienawidzić nauczycieli broniących Karty Praw Nauczyciela, albo roszczeniowych górników. Oczywiście, ten z wielkiego miasta raczej będzie głosował na Petru, ponieważ regularnie czyta liberalne tygodniki, a drugi na Kukiza/Korwina, bo lubi jak się w internetach „orze lewaka”. Ale nienawiść mają wspólną.

Między tymi dwoma nienawiściami, nienawiścią elit i nienawiścią ludową, występuje dość czytelny konflikt. Wy nienawidzicie nas bardziej – syczą opiniotwórcze głowy do tysiąc-gębnego ludu. To wy nas nienawidzicie mocniej – warczy gniewny lud, odziany w patriotyczne skarpety i gacie, w narodowe tiszerty i tożsamościowe krótkie spodenki.

Może to jest dobra metafora tej nieporadnej współczesnej ludowej polskości: patriotyzm w krótkich spodenkach, komiksowo hardy, radykalny i bez zmiłuj wobec uchodźców, Cyganów, ciapatych, lewaków, feministek i kto tam jeszcze podpada pod antypolskość w szerokim kanonie współczesnych fobii – ale z czapką w dłoni i na kolanach wobec szefa w pracy albo lidera partyjnego, od którego się zależy, albo faceta, który przyznaje granty. I co zostało z pokolenia JP II, skoro w ojczyźnie Jana Pawła II zarówno silni, jak i słabi są aż do wymiotów ugrzecznieni wobec silniejszych, wpływowych i bogatych? Poza tym obowiązują reguły, które, w odpowiednich dla różnych warstw społecznych odsłonach, wymuszają bezpardonową walkę o trochę lepsze miejsce na ciasnych schodach do góry. A tylko nieliczni stoją przy drzwiach do windy, pilnowanej przez wykidajłów.

Wrócę na koniec do okołochrześcijańskiego wątku. Coraz bardziej przekonuję się, że to nie tzw. katolewica jest w większości winna społecznym słabościom rodzimego chrześcijaństwa. W gruncie rzeczy wszystkie te okołokatolewicowe środowiska – od „Kontaktu”, przez „Więź” i „Znak”, do „Tygodnika Powszechnego” – niewiele mają do powiedzenia poza dość wąskimi gronami swoich odbiorców. Problemem jest to, że to wysoka kościelna hierarchia, zainteresowana np. pilnowaniem statusu majątkowego instytucji kościelnych i wąsko pojętej etyki okołorozporkowej nigdy skutecznie nie zadbała o to, żeby w życiu publicznym III Rzeczpospolitej było mniej darwinizmu i bardzo mało zrobiła, żeby pomóc ocalić dla Polaków państwo na prowincji. Za to owszem – zblatowani z prawicą i nie tak rzadko postkomunistyczną lewicą wysocy hierarchowie kościelni starali się bardzo nie naruszyć status quo III RP, ponieważ również byli i są jego beneficjentami. Stąd nie bardzo przeszkadza im logika, wedle której bogaci stają się coraz bogatsi, a biedniejszym pozostaje strach, bylejakość sypiącego się państwa, niestabilne życie w antyspołeczeństwie i liczne frustracje przemienione w nienawiść dla obcych.

Kto na tym wygrywa? Wszyscy, którzy na różne sposoby mogą żyć z taniej polskiej siły roboczej, w tym politycy. Kto przegrywa? Jakiś przypadkiem pobity cudzoziemiec, zbyt śniady jak na lokalne standardy. No i polscy nienawistnicy, zwykle ci z klasy ludowej – szerokie rzesze ludzi, wciąż niezdolni przeciwstawić się tym, którzy naprawdę robią im krzywdę.

Jazz, kanon i wykształcenie

Nacechowane pozytywnie lub negatywnie słowo „kanon” pada często, gdy rozmawiamy o muzyce, jaką powinno się grać. Muzyka o wiele częściej od literatury bywa polem, gdzie tak zwany kanon zakłada się z góry, nie przemyślawszy go, i uznaje się za niekwestionowany. Bez głębszego zastanowienia jestem w stanie wymienić splot kilku czynników, które doprowadziły do tego stanu. Muzycy nie są szczególnie dobrze przygotowywani do krytycznego myślenia o swojej dziedzinie, a działy sprzedaży zakładają, że publiczność będzie skłonna wydać pieniądze na konkretny typ produktów. Istnieje także niezaprzeczalna (i, nie zrozumcie mnie źle, oczywiście wspaniała) materialna, emocjonalna, oddziałująca na ludzkie nastroje siła muzyki, siła, której mogą doświadczyć osoby pochodzące z bardzo różnych środowisk.

W sedno problemu trafił Alex Ross w swoim artykule o nauczaniu jazzu w Yale: Robert Blocker, dziekan Yale School of Music, wyjaśnia, dlaczego jazz nie jest priorytetem dla jego instytucji. Mówi on: „Nasza misja jest jasna. Uczymy zachodniego kanonu oraz muzyki współczesnej”. To brzmi bardzo źle. Jazz jest monumentalną formą sztuki, a jego największe postaci należą do najoryginalniejszych myślicieli w muzyce dwudziestego wieku. Powiązania jazzu z muzyką klasyczną są niezliczone. Nie mający kontaktu z jazzem muzycy klasyczni będą mieli słabe rozeznanie w muzyce ostatnich stu lat, od Gerswhina do Johna Adamsa.

Zgadzam się z Alexem całkowicie; nie obcujące z jazzem osoby grające muzykę klasyczną będą pod wieloma względami gorsze od innych, a rozumienie stylu jest jednym z poważniejszych względów. Co więcej, z mojego doświadczenia pracy ze studentkami i studentami uniwersytetu DePaul wynika, że osoby nie zaznajomione z jazzem mają zdecydowanie gorsze umiejętności treningu słuchu od tych, które go znają.

Ale to nie wyczerpuje listy problemów Blockera. Po pierwsze, koncepcja „nauczania zachodniego kanonu oraz muzyki współczesnej” jest wadliwa, ponieważ zakłada, że „zachodni kanon” jest nieruchawym, konkretnym konstruktem, który nie podlega zmianom. Po drugie – że muzyka współczesna to coś innego niż kanon (czymkolwiek on jest). Żadna z tych koncepcji nie jest prawdziwa, a nieironiczne użycie frazy „zachodni kanon” do obrony priorytetów uniwersytetu zaciemnia jeszcze sprawę. Właściwie tym, co rzeczywiście istnieje, są same utwory (często nazywane „standardowym repertuarem” – mniej konfrontacyjne, ale wciąż problematyczne określenie), grane w każdym sezonie przez duże orkiestry symfoniczne… No wiecie, Eroica Beethovena, i tak dalej. Z pewnością utwory te mają głęboki i moim zdaniem uzasadniony wpływ na kulturę: w skomplikowany sposób oddziałują na gros muzyki, która zaistniała po nich, przyczyniają się do jej powstania, wpływają na nią. Rozwinęły się wokół nich praktyki wykonań, kolejne interpretacje tych utworów stają się częścią naszej tożsamości. Nie jest to jednak niezmienny zestaw melodii. Dla przykładu – ostatni koncert, którego dyrygentem był Mahler (w Nowojorskiej Orkiestrze Filharmonicznej w 1911), obejmował wykonanie „włoskiej” symfonii Mendelssohna, która oczywiście jest dość kanoniczna. Pojawił się tam jednak również utwór Busoniego, o którym mogliście nigdy nie słyszeć (Berceuse élégiaque – czy to zalicza się do kanonu? Nie mam pojęcia), oraz trzech innych kompozytorów, na których też prawdopodobnie nigdy się nie natknęliście – Bossiego, Martucciego i Sinigaglii. Najlepiej nie opisywać tego terminem „kanon” – jest to raczej złożona, nie w pełni poznawalna, wciąż płynna i reinterpretowana historia muzyki; „tradycja”, jeśli chcemy użyć mniej ogólnego słowa niż „historia”. Oczywiście istnieje wiele utworów, do których lubimy wracać, jednak przyznawanie im osobnego statusu „kanonicznych” separuje je od świata, który je stworzył, co znów kieruje nas na niebezpieczną ścieżkę ideologiczną.

Co więcej, będę się spierał, że Blocker, odwołując się do pojęcia konkretnego kanonu, właściwie dezawuuje utwory, których chce bronić. Eroica w końcu miała być utworem rewolucyjnym, nie kilkoma wybranymi fragmentami w kółko ćwiczonymi na próbach. Udawanie, że utwory te zasługują na wykonywanie, ponieważ jest w nich coś nieodłącznie, niekwestionowanie wspaniałego, to część problemu. Powodem, dla którego są one ważne dla kultury, jest coś wręcz przeciwnego: historia ich odczytań, tradycja ludzi, którzy o nich myśleli, odczuwali je, wykonywali, badali je, walczyli z nimi i buntowali się przeciwko nim. My również jesteśmy tymi ludźmi.

To prowadzi mnie do następnego punktu, czyli zmierzenia się z sugestią, jakoby „muzyka współczesna” była jakimś odrębnym zbiorem („zachodni kanon ORAZ muzyka współczesna”). Nie jest. Uważam, że jedyna rzecz, która odróżnia muzykę współczesną od muzyki Beethovena, to rok powstania. Nowa muzyka współczesna, poza tym, że jest nowa, jest również wykwitem relacji z muzyką istniejącą przed nią i reakcji na nią. Dla przykładu: mój przyjaciel Anthony Cheung, młody, błyskotliwy profesor University of Chicago oraz członek stowarzyszenia młodych kompozytorów przy Cleveland Orchestra, napisał dla filharmoników z Nowego Jorku wspaniały utwór „Lyra”, stanowiący wariację na temat czwartego koncertu fortepianowego Beethovena. Cheung jest w każdym calu częścią tradycji odczytywania, poprawiania, ponownego przemyśliwania i przepisywania na nowo kwestii, z którymi mierzył się Beethoven, tak jak Brahms i Wagner byli jej częścią wcześniej.

Chung jednak porusza się w wielu różnych tradycjach. „Lyra” odwołuje się do muzyki chińskiej, tureckiej i zachodnioafrykańskiej. Jazz jest szczególnie istotny dla jego myślenia o muzyce. Inny jego utwór, „Centripedalocity” (który wykonywałem jako dyrygent z Ensemble Dal Niente), jest częściowo oparty na sekcjach „Epistrophy” Theoloniusa Monka. Jako dyrektor artystyczny Talea Ensemble zainicjował współpracę z jazzowym saksofonistą Stevem Colemanem. W skrócie – i jazz, i Beethoven są ważnymi częściami jego tożsamości jako kompozytora, a to dlatego, że odebrał wykształcenie zakorzenione w obu tradycjach (jego biogram zawiera nawet fragment o wczesnym kontakcie z muzyką koncertową XX wieku oraz jazzem/muzyką improwizowaną). Sztuka Cheunga jest wyjątkowa, nieoczywista, angażująca, pełna wrażliwości, zabawna i trudna do sklasyfikowania. Wszystko to, ponieważ jest muzykiem XXI wieku w najlepszym znaczeniu tego słowa – wchodzi w interakcje z otaczającym go światem, ze współczesną i odległą w czasie kulturą, a utwory, które tworzy, ukazują niezrównany sposób, w jaki potrafi wyciągnąć z muzyki jej istotę.

Staram się zasugerować, że zarówno „kanon”, jak i „nowa muzyka współczesna” nie podlegają aż tak sztywnym ograniczeniom, jak wydaje się twierdzić Blocker. Dokładnie tak samo jest z jazzem; to zmieniająca się, elastyczna, głęboko wyrafinowana forma sztuki o bogatej i niespotykanej historii, która sama w sobie łączy się z ogromną liczbą wpływów i tradycji kulturowych. Niektóre z nich mają punkty styczne z muzyką, której grania chciałby uczyć swoich studentów Blocker. Alex Ross wymienia Gershwina i Adamsa, których prace z pewnością zawierają określone tropy stylistyczne, kojarzone z konkretnym rodzajem jazzu. Pojawiają się tu jednakże szersze wątpliwości natury estetycznej – w którym miejscu granice pomiędzy „muzyką współczesną” a „jazzem” są tak zatarte, że stają się pozbawione znaczenia? Można by tu na przykład przywołać całą historię AACM [Association for the Advancement of Creative Musicians – organizacja samopomocowa zorganizowana w Chicago w 1965 przez afroamerykańskich muzyków w celu pomocy w rozwijaniu nowych, tworzonych przez Afroamerykanów, wartości muzycznych i kulturowych w rzeczywistości, w której media, firmy nagraniowe i sale koncertowe należały do białych lub nie były zainteresowane progresywnym jazzem – przyp. red.]. Kapitalizm chce, abyśmy wierzyli, że zachodni kanon, muzyka współczesna oraz jazz są jednoznacznymi zbiorami, pomiędzy którymi można dokonać prostych rozróżnień – ponieważ chce nam sprzedawać płyty. Rzeczywistość jest zdecydowanie bardziej skomplikowana i trudniejsza do analizy.

Nie formułuję tutaj żądania, aby Yale School of Music miała obowiązek postawić sobie za priorytet nauczanie jazzu (choć osobiście uważam, że oczywiście powinna). Twierdzę, że ma obowiązek starannie i poważnie to przemyśleć oraz zrewidować własną ideologię. Bo to o ideologii w dużej mierze rozmawiamy. Twierdzenia na temat „jasnej misji zachodniego kanonu” są nie tyle estetyczne, co socjopolityczne. Posługuję się tutaj definicją ideologii Terry’ego Eagletona (zawartą w „Literary Theory: An Introduction”). Zgodnie z nią ideologię stanowi to, jak sposoby, w jakie mówimy i to, w co wierzymy, wiąże się ze strukturami i relacjami władzy w społeczeństwie, w którym żyjemy… Mówiąc o „ideologii” nie mam na myśli głęboko zakorzenionych, często nieświadomych przekonań, które żywią ludzie; chodzi mi raczej szczególnie o sposoby odczuwania, wartościowania i postrzegania, które mają swoiste powiązania z podtrzymywaniem i reprodukowaniem władzy społecznej.

To, czego naucza się, co się ćwiczy i przekazuje w słynnych i prestiżowych instytucjach kultury (takich, jak szkoły muzyczne), ma znaczenie. Ma znaczenie, ponieważ nasze społeczeństwa pokładają w tych instytucjach wiarę i ufność; spoglądamy ku nim szukając przewodników w formowaniu naszych własnych osądów na temat kultury i życia. Dobrze o tym wiem, studiowałem na Yale. Istnieje pewien rodzaj wzajemności pomiędzy społeczeństwem a instytucjami kultury i sztuki, szczególnie w USA, gdzie większość z nich nie może liczyć na wsparcie finansowe państwa. Przybiera ona formę „prestiżu”, „kapitału społecznego” i podobnych, dzięki czemu jest wspierana przez prawdziwy kapitał. Ufamy, że instytucje kultury pomogą nam w podejmowaniu decyzji na temat tego, co powinniśmy cenić w kulturze, oraz wspieramy je finansowo, aby mogły to robić. Alex drwiąco zauważa, że dekadę temu Yale School of Music otrzymała bezprecedensową darowiznę w wysokości stu milionów dolarów, która pozwoliła jej na zniesienie czesnego. Można by przypuszczać, że taka wolność od nacisków finansowych powinna zachęcić szkołę do poszerzenia intelektualnych horyzontów.

Taki rodzaj wsparcia oznacza, że domyślnie zakładamy, iż owe instytucje głęboko zbadały, przemyślały, odczuły i przedyskutowały szeroki zakres problemów, i że to, co nam przedstawiają, jak i metoda, jakiej do tego przedstawiania używają, są wynikiem takiego procesu. Definiowanie swojej misji w sposób, który nawet przy pobieżnym rzucie oka okazuje się niewystarczający, a tym samym celowo i świadomie marginalizuje cały kierunek muzyki XX i XXI wieku, jest, w dużym skrócie, całkowitą porażką, jeśli chodzi o centralną, definiującą inne gałęzie kultury działalność instytucji. A my nie mamy wyboru, musimy ufać, że instytucje spełniają swoją funkcję. Ciężko byłoby przecenić potencjalne szkody, które taka porażka może uczynić.

Powtórzę, tym razem bardziej konstruktywnie: żyjemy w niewyobrażalnie pojemnym świecie pełnym wielu wewnętrznych powiązań – i staje się on coraz większy i bardziej skomplikowany. Istnieje ogromna liczba tradycji muzycznych, do których mamy dostęp (a nawet jest ich tak wiele, że mogłyby przykryć nas po czubek nosa, jak powódź) i które, po pierwsze, raczej nie zanikną, a po drugie, osobiście to właśnie fakt ich istnienia wolałbym świętować. Jesteśmy w sensie muzycznym istotami zdecydowanie odmiennymi od naszych przodków. Musimy pogodzić się z tym faktem, a nasze instytucje kultury i sztuki – ze swoimi ogromnymi zasobami, talentami i mądrością – powinny czynnie pomagać nam w znajdywaniu innej drogi naprzód w świecie zbyt skomplikowanym dla starych, wygodnych odpowiedzi.

Tłum. Mateusz Trzeciak
Współpraca językowa i redakcyjna Magda Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Michaela Lewanskiego, dyrygenta (www.michaellewanski.com/blog) w sierpniu 2015 r.

Budujmy fundamenty

Obok niewidzialnej ręki rynku, potrzebna jest widzialna, pomocna ręka państwa – twierdzi wicepremier odpowiedzialny za politykę gospodarczą. Tego typu jednoznaczne stwierdzenie nie padło chyba jeszcze w III RP z ust tak wysokiego i uprawomocnionego urzędnika państwowego. Z całą pewnością od kilku miesięcy mamy do czynienia z nową narracją na temat polityki gospodarczej, w której ważne miejsca odgrywać mają „wzrost rodzimego kapitału”, „patriotyzm gospodarczy”, „koniec niskich kosztów pracy” oraz „stawianie na innowacyjność”. Natężenie nowego przekazu stało się tak duże, że (bynajmniej nie liberalny) dziennikarz ekonomiczny Rafał Hirsch zaczął prosić o stworzenie aplikacji blokującej treści z frazą „patriotyzm gospodarczy”.

Czy faktycznie mamy do czynienia z przełomem w polityce gospodarczej? Czy możemy ogłosić, iż Polska dokonuje zasadniczego zwrotu? I najważniejsze: czy efekty tego zwrotu będą jakościowo lepsze od dotychczasowych dokonań III RP?

Odejście od liberalnych kanonów prowadzenia polityki gospodarczej widoczne było już za czasów rządu PO-PSL (2007-2015). Przejawiało się m.in. w poluzowaniu rygorów fiskalnych w reakcji na załamanie koniunktury, w częściowym upaństwowieniu środków emerytalnych z OFE oraz w stworzeniu mechanizmu państwowego wsparcia inwestycji rozwojowych (PIR). W tym kontekście obecny „zwrot” jest znaczącym wzmocnieniem już odbywających się procesów urealniania i pragmatyzacji polityki gospodarczej, do prowadzenia której potrzebne jest szerokie instrumentarium, nie ograniczane apriorycznie żadnymi doktrynami. Jednocześnie warto zauważyć, że semantyczny zwrot nie jest płytki, bowiem został przyjęty przez bardzo szerokie spektrum „twórców opinii”. Stwierdzenia o konieczności wspierania przez państwo procesów podnoszenia produktywności, wzmocnienia i modernizacji przemysłu czy promowania sektorów o międzynarodowym potencjale konkurowania, jeszcze zaledwie pięć lat temu były poza głównym nurtem, występując raczej na tak niszowych łamach, jak „Nowy Obywatel”. Dziś są już w większości codzienną strawą mediów „głównego nurtu”, wypierając dawniej modne stwierdzenia o „konieczności reformy finansów publicznych”, uelastycznienia kodeksu pracy czy zmniejszenia obciążeń przedsiębiorcom.

Nowy konsensus

Ten nowy konsensus semantyczny został podchwycony nawet przez środowiska kojarzone z liberalnym technokratyzmem, takie jak partia Nowoczesna. Jeden z jej kandydatów na liście warszawskiej (obecnie poseł) chwalił się w ubiegłorocznej kampanii wyborczej, że jest współtwórcą samochodu „Nowa Warszawa”. Pan poseł nie wspominał na wyborczych banerach o tym, iż projekt powstania polskiego samochodu był hojnie, milionami złotych od podatników, wspierany przez państwową instytucję: Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Indagowany na ten temat stwierdził, że, jak najbardziej, projekt był wspierany przez państwo i on się tego wsparcia nie wypiera, odrzucając sugestie, jakoby reprezentował partię ideologicznie antypaństwową, której członkom nie wypada brać państwowych pieniędzy.

Odpowiedź ta wskazuje na powstanie nowego konsensusu, nowej syntezy technokratycznej, w której jedna i ta sama partia może mieć twarz umiarkowanego, współpracującego z państwem sympatycznego przedsiębiorcy (eks-urzędnika!), a jednocześnie proponować destabilizujący społecznie program redystrybucji socjalnej od mniej zamożnych do tych bogatszych (co wynika z przedwyborczych analiz niezależnego think-tanku CenEA). Państwo bowiem w tej nowej syntezie odzyskuje sprawczość, ale w bardzo zawężony sposób: ma, owszem, wspierać, ale tych już na starcie lepiej wyposażonych w kapitał ekonomiczny, społeczny i kulturowy. Czy ktoś sądzi, że znaczna część państwowego wsparcia kierowana jest ku inicjatywom tworzonym przez tych, którzy nie mają żadnych oszczędności ani komfortu pewnej pensji? Widać wyraźnie, że choć ton dyskusji się zmienił, to rzeczywistość nadal zgrzyta.

Fundamentalnym problemem III RP jest społeczne wyobcowanie wielu obywateli, którzy czują, że system nie jest „nasz”, że nie działa w ich imieniu. Pozostawiona sama sobie, gospodarka wolnorynkowa niesprawiedliwie rozdaje nagrody i kary. Bez mechanizmów redystrybucyjnych, wyrównujących szanse nie tylko na starcie, ale również oddziałujących na jakość życia obywateli w sposób ciągły, partycypacja obywatelska będzie tylko mitem. Po cóż starać się ulepszać świat wokół siebie, jeżeli ten świat od początku nierówno rozdał życiowe szanse? Dlatego też pomysły „instytucjonalistów” na zbudowanie większej partycypacji obywatelskiej są niezbędne, lecz powinny tylko towarzyszyć głównej kwestii, jaką jest naprawa ładu społeczno-gospodarczego. Bez upodmiotowienia materialnego grozi nam rozkwit patologii, które już dziś rozwijają się w najlepsze na żyznym gruncie egoizmu społecznego. Pod hasłem demaskowania rzekomej politycznej poprawności mamy coraz większe przyzwolenie na to, by „tylko trochę” nienawidzić i dehumanizować odmienność etniczną. Miejsce nieistniejącego poczucia dumy z bycia obywatelem i odpowiedzialności za społeczeństwo zajmowane jest przez resentyment i żółć, generowane przez propagatorów nienawiści.

O tym, jak niebezpieczne jest tolerowanie ekonomicznego upokorzenia licznych grup społecznych, przekonało się wiele krajów i społeczeństw, w tym tych o wysokiej reputacji kulturowej i cywilizacyjnej. Jak przekonuje coraz większa ilość zdarzeń w naszym kraju, czas na wątpliwości co do potencjalnych katastrofalnych skutków tego stanu rzeczy powinien dobiegać końca. Pora zatem przejść od diagnoz do czynów.

Obrońcy obecnego ładu społeczno-gospodarczego słusznie podkreślają, iż na tle naszej (wielce niełaskawej) historii gospodarczej, III RP okazała się ekonomicznym sukcesem, gdyż podniosła stan życia przeciętnego obywatela w relacji do mieszkańca Europy Zachodniej w sposób niewątpliwie bezprecedensowy. Również przemiany strukturalne gospodarki, takie jak uzyskana w 2015 roku nadwyżka ekspansji kapitału polskiego za granicą nad napływającymi do Polski inwestycjami zagranicznymi, wskazują, że po upływie pokolenia mozolnej pracy stajemy się krajem z każdą dekadą nieco mniej peryferyjnym. Z miejsca o wysokim kapitale ludzkim i niskich zasobach finansowych powoli staliśmy się europejskim średniakiem, zdolnym tworzyć sprawne podmioty o zasięgu międzynarodowym. W czym więc problem? Zdobycze konkurencyjności nie przekładały się na porównywalnie szybki wzrost płac, a można domniemywać, że jeszcze bardziej istotnym problemem było to, że znaczące podwyżki dotyczyły tylko wąskiej grupy pracowników, a wielu nie odczuło poprawy poziomu życia. Innymi słowy, wieloletni wysiłek części społeczeństwa nie został właściwie nagrodzony.

Zmiana w zasięgu ręki

Warto zauważyć, że chociaż problem wykluczenia społecznego, w tym jego aspektów ekonomicznych, jest duży, to nie ma w żadnej mierze rozmiarów np. ukraińskich – dla sporej części Polaków transformacja ustrojowa zakończyła się dobrze w sferze ekonomicznej i/lub społecznej. Tym bardziej działania redystrybucyjne adresowane przede wszystkim do dolnego kwintyla dochodowego populacji mogłyby w zasadniczy sposób podnieść stabilność i spójność społeczną, oddziałując pozytywnie na możliwość zaspokajania podstawowych potrzeb oraz korzystania z niektórych ułatwień życia. Innymi słowy – zmiana obecnego stanu rzeczy jest trudna, lecz osiągalna. Problemy obecnej ekipy rządzącej ze sfinansowaniem własnych prosocjalnych obietnic wyborczych wynikają w sporej mierze z awersji polityków do podnoszenia podatków dochodowych. Znacząca progresywna zmiana podatku PIT może mieć istotne konsekwencje. Okazać się może, iż „populistyczne obietnice” da się zrealizować, zaś budżet nie ulegnie załamaniu. Oczywiście, obietnice ekipy rządzącej są czasami nieprzemyślane (czego najlepszym dowodem potencjalnie bardzo kosztowna pomoc frankowiczom), jednak to nie unieważnia sensu redystrybucji jako takiej.

Skoncentrowanie się na podniesieniu standardu życia najgorzej zarabiającego kwintyla (np. poprzez minimalny dochód gwarantowany) może pomóc rozwiązać wiele zapętlających się problemów społeczno-gospodarczych. Doskonałą ilustracją tej kwestii jest problem wieku emerytalnego. Rosnąca długość życia społeczeństwa, przy spadającej ilości opłacających składki, nieuchronnie musi doprowadzić do faktycznie „głodowych” emerytur w systemie zdefiniowanej składki, bądź też do corocznych gigantycznych transferów budżetowych w celu utrzymania przyzwoitego minimum egzystencji emerytów (przy połowicznej tylko osiągalności tego celu). Wszystkie postulowane i konieczne korekty systemu – takie jak spłaszczająca różnice wysokości świadczeń waloryzacja kwotowa czy oskładkowanie umów cywilno-prawnych – również nie mają mocy odwrócenia niekorzystnych trendów. Jednak znaczące podwyższenie wieku emerytalnego narzucone przez poprzednią ekipę rządzącą, mimo iż (matematycznie) jest odpowiedzialne i rozsądne, na poziomie czysto społecznym jest absolutnie nieakceptowalne ze względu na zignorowanie progu bólu części społeczeństwa. W momencie, gdy zaspokajanie podstawowych życiowych potrzeb, brak perspektyw, zagrożenie ubóstwem i wykluczeniem poza nawias społeczeństwa przestaną być problemem (a to jest w zasięgu możliwości obecnego państwa polskiego), pole dostępnych kompromisowych rozwiązań dotyczących np. wieku emerytalnego znacząco się poszerzy.

Słuszne są oczywiście głosy wskazujące, że samo wzmocnienie podstaw bytowych nie zagwarantuje stabilności społecznej i nie zlikwiduje sporów tożsamościowych. Ważną rolę powinny odegrać również procesy poszerzania pola partycypacji obywatelskiej, włączania się przez społeczeństwo w tworzenie własnego państwa, zwiększanie pola dialogu. Jednak brak ekonomicznych fundamentów dobrego społeczeństwa unieważni nawet najlepiej przemyślane mechanizmy partycypacyjne. Dlatego warto kibicować wysiłkom urzędników przygotowujących obecnie, według „Dziennika Gazety Prawnej”, bardziej progresywne stawki podatku dochodowego. Warto też przypominać komentatorom, że społeczeństwo niepodatne na radykalizmy i nienawiść to takie, w którym obywatel nie czuje się wykluczony. I wokół tego celu warto zbudować prawdziwy nowy konsensus.

Dlaczego biedni płacą więcej za papier toaletowy – i za prawie wszystko inne

Dlaczego biedni płacą więcej za papier toaletowy – i za prawie wszystko inne

Istnieje kilka metod zaoszczędzenia na, mówiąc wprost, rolce papieru toaletowego. Można sięgnąć po tańszą wersję: markę własną sklepu, papier jednowarstwowy albo coś przypominającego w dotyku papier pakowy. Można kupić papier hurtem, oszczędzając na każdej rolce w paczce. Można też zrobić zapasy przy okazji napotkania atrakcyjnej oferty, na przykład gdy sklep na rogu oferuje dwie rolki w cenie jednej.

Biedni, którzy potrzebują wszystkich tych strategii, rzadziej stosują dwie ostatnie. Nie stać ich na to, jak dowodzą odkrywcze badania profesor Yesim Orhun i doktoranta Mike’a Palazzolo z Uniwersytetu Michigan.

Korzystając z informacji zebranych od ponad 10 000 amerykańskich gospodarstw domowych przez 7 lat, naukowcy prześledzili zakupy papieru toaletowego, który posiada tę zaletę, że nie psuje się i jest regularnie zużywany (trudno się bez niego obejść, ale też nie zużywamy go więcej, choć w domu mamy akurat nadwyżkę). W sumie przyjrzano się ponad 3 milionom aktów zakupu papieru toaletowego.

Kiedy Orhun i Palazzolo porównali gospodarstwa domowe o podobnych wskaźnikach konsumpcji, których członkowie robili zakupy w podobnych sklepach (badacze analizowali konkretnie zakupy papieru dwuwarstwowego), odkryli, że biedni rzadziej niż zamożni kupowali większe opakowania lub szli do sklepu z zamiarem skorzystania z ograniczonej czasowo oferty promocyjnej. Płacili przez to około 5,9% więcej za listek papieru – trochę mniej niż zaoszczędzili kupując w tym właśnie celu tańsze marki (8,8%).

Wszystko to może się wydawać mało znaczącym odkryciem dotyczącym drobnych artykułów gospodarstwa domowego. Jednak opisywane tu badanie potwierdza ogólniejsze stwierdzenie na temat ubóstwa: bycie biednym kosztuje więcej. Lub, inaczej ujmując – posiadanie większej ilości pieniędzy zapewnia ludziom luksus płacenia mniej za zakupy.

W przypadku papieru toaletowego lub każdego innego trwałego produktu, na przykład pomidorów w puszce, ryżu czy ręczników papierowych, kupujący muszą zapłacić więcej z góry, żeby cieszyć się oszczędnościami w przyszłości. Biednych często nie stać na to, żeby zapłacić 24 dolary za trzydziestopak zamiast 5 dolarów za czteropak. Poza tym, ponieważ nie mogą sobie pozwolić na robienie zapasów, nie mają również możliwości oczekiwania na kolejną wyprzedaż. Kiedy kończy się papier toaletowy, muszą biec do sklepu po kolejne małe opakowanie, ile by w danym momencie nie kosztowało. Nie mogą zastosować jednej z metod oszczędzania, przez co i druga jest dla nich niedostępna.

– W pułapkę biedy może wciągnąć nawet papier toaletowy, który jest przedmiotem naszych badań – mówi Orhun. – Konsumenci z klasy średniej zachowują się zupełnie inaczej – dodaje. Kupują, gdy cena im odpowiada, a jeśli nie – czekają. Biedni nie mają tego luksusu.

Orhun i Palazzolo demonstrują, że problem nie polega na nieświadomości biednych na temat korzyści kupowania w wyprzedaży lub hurtem. Stosują oni te taktyki na początku miesiąca, gdy mają więcej gotówki po wypłacie lub otrzymaniu zasiłków. Wtedy właśnie zachowują się jak zamożniejsi konsumenci.

Biedni borykają się też oczywiście z innymi przeszkodami na drodze do oszczędności. Mogą nie mieć dostępu do dużych supermarketów oferujących szeroki wybór tanich produktów. Mogą też nie mieć samochodu, niezbędnego do przetransportowania 30 rolek papieru toaletowego do domu, albo mieszkania na tyle dużego, żeby nadawało się do przechowywania zapasów.

Świat jest w istocie pełen okazji do zaoszczędzenia pieniędzy – jeżeli ma się wystarczająco pieniędzy do skorzystania z tych okazji. Jeżeli kogoś stać na członkostwo w Costco, może kupić zapas niebywale taniej zupy w puszkach. Jeżeli kogoś stać na subskrypcję Amazon Prime (i ma stały adres pocztowy oraz kartę kredytową), może zaoszczędzić na kosztownych produktach, takich jak pieluchy. A kupowanie pieluch hurtem może oznaczać wydatek kilkuset dolarów na raz (lub kredyt na kilkaset dolarów zaciągnięty na poczet swoich przyszłych wynagrodzeń).

Orhun twierdzi, że zaczęła rozmyślać o tych wzorcach wydawania zainspirowana sytuacją w krajach rozwijających się, gdzie papierosy sprzedaje się na sztuki, a szampon można dostać w miniaturowych, drogich saszetkach. – Gdy wspominam o tym w dyskusji z kimś, słyszę w odpowiedzi: „Tak, jasne, takie rzeczy spotyka się w Bangladeszu” – opowiada. – Jednak tak naprawdę Stany Zjednoczone niewiele różnią się od tych krajów, jeśli przyjrzymy się gospodarstwom z przychodami rocznymi rzędu 20 000 dolarów lub mniejszymi. To bardzo niewiele pieniędzy.

Te wyniki, dowodzi dalej Orhun, powinny skłonić nas do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób bieda może powstrzymywać ludzi przed podejmowaniem mądrych decyzji finansowych. Jeżeli na przykład postawimy nowy supermarket w środku żywnościowej pustyni, nie zagwarantuje to wcale, że biedni mieszkający w jego pobliżu będą mogli skorzystać z oferowanych tam tańszych zakupów. Jednym możliwym rozwiązaniem jest przeniesienie ofert specjalnych przez właścicieli supermarketów na początek miesiąca. Ale jedyne, co mogłoby ich zmusić do ułatwienia klientom płacenia mniej za sztukę, to konieczność konkurowania o nich.

Emily Badger

Tekst pierwotnie ukazał się 8 marca 2016 r. na stronie internetowej gazety „The Washington Post”, w sekcji Wonkblog. Przedruk za zgodą autorki.

Tłumaczenie Kamila Zubala

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alexa from Pixabay

Pamięć po taniości

Być może młodzi ludzie faszerowani przekonaniem, że istotą życia zbiorowości jest wojna i/lub męczeństwo, i że wyłącznie walcząc lub cierpiąc niezłomnie, można być człowiekiem takim, jak należy, sprokurują nam w końcu jakąś wojnę. O wiele jednak poważniejszym – bo realizującym się wciąż, na naszych oczach – zagrożeniem płynącym z takiej pedagogiki i polityki historycznej, jaka dziś się kształtuje, jest, jak sądzę, wzmocnienie i ugruntowanie w polskich duszach przekonania, że tylko walka i cierpienie dla ojczyzny godne są powszechnej uwagi i czci, skoro wyłącznie walka i cierpienie są czczone. Jednocześnie wyłącznie walka i cierpienie są dającymi się wyobrazić drogami do społecznego szacunku, dostępnymi dla ludzi, których los i przodkowie nie obdarzyli innymi możliwościami nabywania sobie znaczenia. Codzienne ludzkie życie i twórczość są pozbawione waloru bohaterstwa, są czymś nieistotnym, niewartym uwagi, nieprzynoszącym chwały, którą wszak zdobywa się w militarnej walce z wrogami (a dziś najlepiej właśnie z komunistami – bo są potęgą czasu przeszłego) lub poprzez zadane przez tychże wrogów ojczyzny męczeństwo.

Pedagogiki wstydu

Nie sądzę, żeby wina za dzisiejszą eksplozję fanatycznych, nacjonalistycznych bohaterskich kultów leżała wyłącznie po stronie prawicowych, konserwatywnych ideologów polityki historycznej i apologetów naszej militarno-męczeńskiej chwały. Równie wiele dla obecnego stanu rzeczy zrobili chętnie okazujący niesmak wobec polskiej skłonności do narodowych wzmożeń rodzimi liberałowie. Od 1989 roku w protransformacyjnym przekazie obecna jest nieskrywana pogarda dla tzw. przegranych, która jest w istocie pogardą dla ludzi pracy i dla pracy. „Przegranych” definiuje się dosyć dowolnie: mogą to być zarówno byli pracownicy likwidowanych zakładów, którzy nie potrafili za odprawy założyć prężnych firm i wylądowali na bezrobociu, jak i ludzie, którzy bezrobocia nie zaznali, ale pracują za marne grosze, mogą to też być uczestnicy grup zawodowych domagających się przyzwoitego traktowania.

Ale przegranym staje się właściwie każdy, kto nie chce czy nie potrafi żyć z pracy cudzej i uparcie stara się utrzymać na powierzchni dzięki własnemu wysiłkowi. Przegranym z pewnością może czuć się na starcie swojej drogi młody człowiek, który nie został przez rodzinę wyposażony w wiele więcej niż własne ręce i głowa, a umiejący liczyć choćby tylko w takim stopniu, żeby zrozumieć, że choćby wyszedł z siebie, nigdy nie dorobi się własną pracą tego, co pozwala żyć w miarę godnie, a co podobno każdy porządny człowiek powinien sobie zapewnić we własnym zakresie: dachu nad głową, środków na samodzielne utrzymanie siebie i rodziny, oszczędności pozwalających przeżyć czas choroby czy bezrobocia, no i oczywiście tego mnóstwa towarów, które trzeba mieć, by nie czuć się gorszym od innych.

Prawdziwa pedagogika wstydu, którą nasze elity – i te neoliberalne, i te konserwatywno-, socjal- czy też narodowoliberalne – na siłę próbują wychowywać Polaków od początków transformacji, to wcale nie przypominanie chętnie zapominanych paskudnych kart naszej historii, ale właśnie zawstydzanie ludzi z tego powodu, że żyją tak, jak im pozwalają na to warunki, które te właśnie elity im stworzyły – a więc skromnie lub biednie, bez większych szans na jakąkolwiek poprawę losu. Ludzi u nas karze się za pracę nie tylko tym, że niewiele z niej mają, choć przecież widzą, że komuś innemu jednak dzięki niej żyje się znakomicie, ale i tym, że ich trud zbywa się pogardliwym wzruszeniem ramion, a aspiracje i dążenia oraz domaganie się bardziej sprawiedliwego podziału dóbr materialnych i szacunku kwituje się stwierdzeniami o resentymencie i zawiści tych, którzy niczego nie osiągnęli wobec tych, którzy osiągnęli dużo i bardzo dużo.

Niestety, także naszej „etosowej” inteligencji wciąż nie stać na to, by przyznać, że bardzo mało jest w naszym kraju ludzi, którzy niczego nie osiągnęli, za to cała masa takich, którzy osiągnęli całkiem sporo, ale nie dla siebie i nic z tego nie mają. Neoliberalna pogarda dla ludzkiego trudu i w ogóle wobec ludzkich zmagań z losem w Polsce akurat znakomicie nakłada się na pojęcia inteligenckie, poszlacheckie, wypracowywane od czasów co najmniej I Rzeczypospolitej, o tym, że zajmowanie się pracą własnych rąk, taką pracą, która coś wytwarza, przynosi jakiś materialny efekt, jest hańbiące i przynależne ludziom przez Boga i własną przyrodzoną podłość skazanym na nędzny żywot.

To płynące od ćwierćwiecza ze wszystkich mediów głównego, i nie tylko głównego, nurtu kłamstwo o tym, że ci, którym gorzej się powiodło, są sami sobie winni, a ci, którzy odnieśli sukces zawsze zawdzięczają go własnym zaletom, sprzęgło się z systemowym wytwarzaniem całych społecznych obszarów, w których sukces jest niemożliwy, a ludzkie starania skazane na porażkę.

Zatkane upusty

To chyba nie jest wielkie odkrycie, że im trudniejsze jest codzienne życie młodych Polaków, im więcej upokorzeń spotykają oni na swojej drodze do ustabilizowania codzienności – zdobycia pracy, mieszkania, założenia rodziny – im trudniej im przekonać się o własnej sprawczości i wpływie na świat zewnętrzny, i w końcu im więcej samo utrzymanie się na powierzchni wymaga konformizmu, uniżoności, godzenia się na wyzysk oraz własną i cudzą krzywdę czy rezygnowania z własnych życiowych planów, tym chętniej przystępują do histerycznego i agresywnego – zakrzykującego wszelką dyskusję frazesami o zdradzie ojczyzny i braku patriotyzmu, domagającego się wręcz śmierci dla „wrogów ojczyzny” – kultu bohaterskiej militarnej przeszłości.

Potrzeby uznania, szacunku, poczucia własnej ważności i własnego znaczenia w świecie wytwarzają się w każdym z nas na zasadzie sekrecji i domagają się ujścia. Jeśli jeden z najbardziej naturalnych upustów – poczucie dumy z realnych osiągnięć życia własnego i własnej wspólnoty – zostanie zatkany, ciśnienie wypycha strumień tym, który pozostał otwarty, poszerzając go do niebezpiecznych rozmiarów. Bohaterska przeszłość może być jedną z przestrzeni, w których poszukujemy źródeł naszej tożsamości, wiedzy o nas samych i dumy. Jednak fatalnie jest, kiedy staje się jedyną taką przestrzenią, miejscem ucieczki od zbyt trudnej wiedzy o nas samych, zbyt ciężkiej teraźniejszości i życia takiego, jakim jest.

Kult niezłomnych dostarcza swoim wyznawcom dwojakiego przekazu. Z jednej strony pozwala na utożsamienie się z bohaterami i odczucie wspólnotowej dumy z własnej tożsamości i dziedzictwa, z drugiej zaś, na głębszym poziomie, wpaja im taki ideał etyczny, do którego w dostępnej im rzeczywistości, choćby bardzo chcieli, nie będą mogli się nawet zbliżyć. Dumny „nosiciel” koszulek z portretami żołnierzy wyklętych (zresztą to samo mogłoby dotyczyć „nosicieli” koszulki z Okrzeją czy Waryńskim, gdyby noszenie takich koszulek stało się zjawiskiem masowym i zastąpiło właścicielom edukację historyczną; a pewnie w dużej mierze dotyczy to noszących koszulki z Che Guevarą nie tylko w naszym kraju) albo tatuaży ze znakiem Polski Walczącej, chcąc nie chcąc, widzi, i widzi, że inni widzą, że im więcej ma takich koszulek i tatuaży, tym bardziej nie jest partyzantem, nie bierze udziału w akcjach bojowych, nie patrzy dumnie w twarz oprawcom podczas konwejeru w więzieniu mokotowskim.

Uczestnictwo w kulcie i identyfikacja z bohaterami nie zmniejszają frustracji, lecz ją zwiększają, powodując u uczestników tylko powierzchowną poprawę poczucia własnej wartości i godności, a głębokie jego pogorszenie. W skali zbiorowej fantazjowanie o militarnej chwale i wierności ojczyźnie aż po rany i śmierć to kolejna odsłona Polski zdziecinniałej. Prowadzi ono do konserwacji i utrwalenia istniejącego stanu rzeczy, skazuje nasz kraj na kontynuowanie roli wiecznie głodnego konsumenta przychodzącego z zewnątrz i opłacanego zbyt hojnie cywilizacyjnego wzrostu.

Myślę, że z punktu widzenia tak dopieszczanych przez kolejne polskie rządy inwestorów dzielnie wykorzystujących w gospodarczej konkurencji atut dostępu do taniej siły roboczej, sytuacja musi wyglądać nieźle. Późny wnuk żołnierzy wyklętych nastawiony jest na obronę ojczyzny, a nie swoich pracowniczych czy społecznych interesów, wyżywa się w walce toczonej w wyobraźni, wie, że o godność walczy się w lesie z komunistami chcącymi zabrać nam duszę, a nie w pracy z menedżerem pozyskującym oszczędności w obszarze zasobów ludzkich czy ważną osobą decydującą o awansie. A przede wszystkim źle, fatalnie o sobie myśli – a więc i mało dla siebie się domaga – bo z wyjątkiem krótkich chwil świąt, festynów, mszy żałobnych i podróży w rzeczywistość wirtualną, zawsze jest gorszy niż powinien być i zawsze nie na swoim miejscu: nie w lesie, nie w kanałach, nie w okopach pod Wizną.

Kosztowny outsourcing

Nasz obecny wrzaskliwy kult bohaterów również na poziomie nadbudowy kształtowany był tylko w pewnej mierze przez ideologicznie motywowanych prawicowych specjalistów i opanowane przez nich instytucje historyczne i wychowawcze, tylko w pewnym stopniu jest kontynuacją wcześniejszych podobnych kultów. W dużej mierze rozkwita on dzięki temu, że państwo polskie robi wszystko, aby pozbyć się obowiązku historycznej edukacji społeczeństwa.

To nie przypadek, że histeria wokół żołnierzy wyklętych czy wręcz bluźnierczy kult powstania warszawskiego (z takimi atrybutami, jak pościel powstańcza, kiczowate tatuaże czy elegancki kanał, którym można się przejść w muzeum) wybucha po kilkunastu latach od reformy Handkego i jej kolejnych korekt, po których w szkole pozostały ledwie szczątki edukacji historycznej; a także po latach wycofywania się „publicznych” mediów, i w ogóle mediów wraz z ich inteligenckimi współpracownikami i twórcami, z jakichkolwiek misyjnych powinności – w tym z misji popularyzacji polskich dziejów w całym ich bogactwie i złożoności.

Zamiast prowadzić kosztowną i trudną misję uczenia i opowiadania o historii w sposób systematyczny, polskie państwo ogłasza przetarg na outsourcing takiej usługi, któremu towarzyszy dzika prywatyzacja naszej pamięci historycznej przez cynicznych biznesmenów oferujących kolekcje „odzieży patriotycznej”, pościeli powstańczej czy energy-drinków Husarz.

Dodać potrawy do soli

W żadnym razie nie postuluję wyrugowania kultu bohaterów wojennych czy też narodowych męczenników (choć przecież nie wszystkich, których dziś się czci; sądzę, że uzbrojonym ludziom mordującym z jakichkolwiek powodów ludność cywilną należy się co najwyżej przyznanie istnienia pewnych okoliczności łagodzących, ale nie cześć). Uważam jednak, że fatalne społeczne skutki przynosi fakt, że ów kult jest dominującym, a momentami jedynym przekazem historycznym obecnym w kulturze popularnej i przestrzeni publicznej, i w ten sposób zaczyna służyć nie poczuciu dumy z własnej wspólnoty, ale alienacji, uwewnętrznieniu pogardy dla własnego dziedzictwa. Powinien on być solą, która w odpowiedniej dawce przyprawia posiłek, a ponieważ zastępuje cały posiłek, staje się trucizną. Myślę, że dla wzrastania naszej wspólnoty niezbędne jest wzmocnienie, czy może odbudowanie ze zgliszczy, a może nawet stworzenie od nowa popularnej opowieści o jej historii tworzonej w codziennych ludzkich zmaganiach.

Owszem, w naszej historii militarna obrona narodowego, wspólnotowego dorobku miała szczególne znaczenie i należy o niej przypominać, ale ma to sens przede wszystkim wtedy, gdy pamiętamy o tym, czym ten dorobek był (i jest), w jaki sposób powstawał, kto i w jakich warunkach go wytwarzał, gdy jesteśmy w stanie w jakiś sposób wyobrazić sobie pracę i wysiłki, interesy i motywacje ludzi tworzących materialne i niematerialne podstawy naszej wspólnotowej i indywidualnej egzystencji. Walka zbrojna i męczeństwo to jednak nie twórczość, ale moment najwyższej, ostatecznej konsumpcji tego, co zostało wytworzone: bogactwa i dobytku, wartości moralnych i więzi międzyludzkich, i tego, co najcenniejsze: życia.

Ponieważ to, co w tej chwili piszę, nie jest żadną nowością, dodam tu jeszcze aforyzm Brzozowskiego sprzed ponad stulecia: „Rycerz nie wytwarza świata: on go – co najwyżej broni – a potem w promieniu swego miecza uważa za dzieło swoje”. Tym bardziej – dodam od siebie – rycerz z balwierską miednicą na głowie. Permanentna, choćby taka jak dziś – wyobrażona, parodiująca sarmacką groteskę – obrona świata ma zastąpić wytwarzanie. Macherzy kolejnych edycji naszych rycerskich kultów boją się i nienawidzą twórczości, nie wiedzą (nikt nie wie), dokąd ona może doprowadzić, dlatego prowadzą w istocie antytwórczą, antycywilizacyjną krucjatę.

Przeciw prywatyzacji pamięci

Dla kultury popularnej wojna i męczeństwo będą zawsze historycznymi tematami atrakcyjniejszymi niż praca, twórczość, mozolne dążenie do lepszego życia, zmagania z problemami codzienności. Bo znakomita większość przekazów kultury popularnej produkowana jest w nastawionych na zysk przedsiębiorstwach, w których obowiązuje zasada wyciągania maksymalnych korzyści przy jak najmniejszym wkładzie. Jeśli zależy im na wychowaniu odbiorcy, to przede wszystkim niewymagającego, takiego, który będzie przewidywalny w swoich upodobaniach i zadowoli się prostym, tanim przekazem.

Tematy „bohaterskie” są także atrakcyjne dla tej części naszej klasy twórczej, która jest zaprawiona w bojach z „ludożerką”, zdobywała fachowe umiejętności oraz kształtowała wyobraźnię w agencjach reklamowych czy komercyjnych telewizjach, nie lubi twórczego ryzyka, eksperymentu, a przede wszystkim dialogu z publicznością, którą gardzi. Temat wojenny czy martyrologiczny od razu angażuje silne, choć często płytkie emocje odbiorcy powieści, filmu, serialu telewizyjnego czy spektaklu, łatwo go – przy niedostatkach fabuły czy konstrukcji bohaterów – zaklajstrować efektami specjalnymi.

Dlatego myślę, że powinniśmy – jako świadoma swoich celów wspólnota – bezwzględnie odejść od tego toksycznego publiczno-prywatnego partnerstwa (w którym straty są publiczne, a zyski prywatne), jakie dzisiaj kształtuje nasze wyobrażenia historyczne i popularyzować nasze dzieje bez fałszującego redukowania do dziejów wojennych i męczeńskich.

Mamy w naszym kraju dobrą – choć stanowczo zbyt słabą – tradycję popularnej, a wysokiej klasy twórczości ukazującej naszą odleglejszą, bliską i bardzo bliską historię z perspektywy codzienności i zwyczajności, a także z perspektywy cierpliwego, a momentami gwałtownego, rewolucyjnego budowania cywilizacyjnych fundamentów naszego kraju, przemian sposobów i poziomów życia, pracy, świadomości. Od powieści pozytywistów – Miłkowskiego-Jeża, Prusa, Orzeszkowej – czy modernistów – Orkana, Reymonta – przez sukcesy sagi Dąbrowskiej czy próby Boguszewskiej i Zespołu Przedmieście czy powojenne powieści Nowaka, Kawalca, Myśliwskiego i innych. Mamy świetną tradycję filmu historycznego, od monumentalnej „Ziemi obiecanej” Wajdy czy śląskich epopei Kutza, po komedie niebojące się ukazywania przemian polskiej codzienności językiem groteski, takie jak „Sami swoi” Chęcińskiego czy „Konopielka” Leszczyńskiego. Lata 70. i 80. to ogromna popularność telewizyjnych seriali: „Chłopów” Rybkowskiego, „Nocy i dni” Antczaka, „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy” Sztwiertni, „Blisko, coraz bliżej” Chmielewskiego, „Z biegiem lat, z biegiem dni” Wajdy, „Domu” Łomnickiego.

Nie wymieniam oczywiście tych utworów po to, żeby domagać się powrotu do podobnej poetyki czy twórczych konwencji, ale aby pokazać, że możliwe jest – choć trudne – zainteresowanie i głębokie przejęcie publiczności historią. Wymaga to jednak takiej polityki i pedagogiki historycznej państwa, a także pedagogiki uprawianej świadomie przez gotową do ryzykownych poszukiwań artystycznych klasę twórczą, która wzięłaby pod uwagę to, że historia naszej wspólnoty to przede wszystkim historia tworzenia, a dopiero wtórnie wobec tworzenia historia obrony i burzenia. Która sprzeciwi się obecnemu fałszowaniu naszych dziejów i rugowaniu z historii najistotniejszych momentów naszego zbiorowego i indywidualnego życia.

Potrzebujemy budowania popularnego przekazu historycznego, w którym ludzie tworzący dziś własne, wspólne i (tego chyba najwięcej) cudze dobro mogliby odnaleźć afirmację własnej twórczości, a więc swojego życia takiego, jakie jest, a nie takiego, jakie mogłoby być, gdyby akurat napadł na nas bolszewik czy Niemiec. Przekaz taki zapewne z trudem będzie przebijać się przez wrzask nacjonalistyczno-komercyjnego konsorcjum, ale zaniechanie jego tworzenia ma fatalne, i będzie miało jeszcze gorsze skutki.

Naszym centralnym instytucjom kultury, a także twórcom często umykają wydarzenia świadczące o ogromnej oddolnej potrzebie odnajdywania w historii przekazów wzmacniających świadomość znaczenia życiowego dorobku zwykłych ludzi, każdego z nas, w budowaniu wspólnoty, a co za tym idzie: poczucie dumy z własnego miejsca i znaczenia w świecie. W całej Polsce ogromną popularnością cieszą się imprezy przypominające dziedzictwo kultury życia materialnego i codziennego, lokalności, pracy. Odbywają się, choć wciąż pozbawiane materialnego wsparcia państwa, liczne festiwale ludowe i wiejskie – tu i tam chętnie ze względu na swoją wiejskość obśmiewane – a także miejskie-sąsiedzkie; na warsztaty śpiewu białym głosem, pieczenia chleba, tkania na ręcznym krośnie, wyplatania koszyków czy ludowej snycerki trzeba zapisywać się ze sporym wyprzedzeniem; publiczność bardzo chętnie odwiedza skanseny kolejowe, muzea maszyn rolniczych, pokazy dawnych technologii.

Powstają nawet prywatne i społeczne muzea i kolekcje materialnych świadectw twórczości lokalnych społeczności. Czy widzieli państwo muzeum w Lipcach Reymontowskich, które od wielu lat z kolejarskiej pensji utrzymuje pan Zbigniew Stań, skansen maszyn rolniczych w Naterkach Janusza Dramińskiego albo prywatne Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach? Podobnych instytucji jest w naszym kraju mnóstwo, choć wciąż zbyt mało. Popularność takich wydarzeń i miejsc świadczy o tym, że Polacy potrzebują kontaktu z historią i dziedzictwem codzienności, bo ta historia udziela im potwierdzeń, że zwyczajność i codzienność nie są pozbawione znaczenia, są bezcenne jako istota jednostkowego i wspólnotowego bytu. I Polacy potrzebują tych potwierdzeń nie tylko w przekazie lokalnym, ale i centralnym: w porządnie zrobionych filmach, serialach telewizyjnych, popularnej literaturze.

Potrzebujemy jak powietrza publicznych mediów podejmujących trud produkcji i upowszechniania popularnego przekazu historii naszej wspólnoty we wszystkich jej aspektach. Wątpię, żeby prezes Kurski mógł się stać Szczepańskim PiS-u nie tylko ze względu na łączącą obu panów szczerą miłość do „pierwszych” i szczególną umiejętność okazyjnego nabywania nieruchomości, ale także wizję państwowej (publicznej? narodowej? – niech to się tam nazywa, jak chce) telewizji, która obok wulgarnej doraźnej partyjnej propagandy może jednak prowadzić istotną cywilizacyjną misję. Ale jeśli się pomylę, bardzo chętnie zapłacę te 15 złotych miesięcznie, i choć telewizora od dwudziestu lat nie mam, to kupię. Zapłacę nawet 20 złotych, możecie trzymać mnie za słowo.

Anty-Balcerowicz – odpowiedź Cezaremu Kaźmierczakowi

Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, rozpoczął wielką kampanię w obronie rzekomo genialnego ekonomisty Leszka Balcerowicza. W swoich artykułach opublikowanych na stronie internetowej Warsaw Enterprise Institute twierdzi, że to Balcerowicz jest naszym dobroczyńcą, że w porównaniu z krajem, który nie dopuścił do inwazji kapitału zagranicznego – biedną Serbią – różnimy się wysokim standardem życia. Te artykuły wymagają repliki, bo szkodzą elementarnej prawdzie.

Pan Cezary Kaźmierczak urodził się w 1964 roku, w epoce gierkowskiej przeżył swoje pierwsze 16 lat, już więc widział jak w okresie 1976-1980 wyglądała Polska, wyjechał do Ameryki w 1989 roku i wrócił z Ameryki w roku 1995 roku. Widział więc, jak tragicznie wyglądała Polska w drugiej połowie epoki gierkowskiej, a to był już efekt pierwszej inwazji kapitału zachodniego i amerykańskiego, sprytnego namawiania na zakup po wysokiej cenie wielu maszyn, z których duża część była nieużyteczna bez braku odpowiednio zorganizowanej całej linii produkcyjnej. Zadłużenie wysokie, także z powodu wysokoprocentowej ceny kredytowej formy zakupu, spłaciliśmy dopiero gdzieś około 2000 roku. Nie widział natomiast, jak tragicznie wyglądała Polska w pierwszych latach transformacji.

Jednak Polska według wszystkich zachodnich statystyk była jeszcze w 1980 roku 12 krajem świata z punktu widzenia swojego potencjału gospodarczego. To jednak nie przekładało się na poziom życia Polaków choć w pierwszych latach Gierka (1971-1976) ten poziom bardzo się podniósł, już widać było dużo „maluchów” – małych Fiatów produkcji polskiej.

Ułatwiono wyjazdy zagraniczne – ok. 300 000 osób  wyjeżdżało rocznie na Wschód, głównie własnymi samochodami lub autobusami na wakacje, np. do Bułgarii, tam również powszechnie sprzedawano po bardzo korzystnej, dużo wyższej niż w Polsce cenie sprzęt turystyczny, namioty  materace, naczynia, termosy. Około 100 000 ludzi rocznie wyjeżdżało na Zachód i północ Europy. Finlandia, Szwecja i Austria zniosły obowiązek wiz dla obywateli polskich. Jednak najbardziej atrakcyjne były wyjazdy do USA, na 3 miesiące ok. 100 000 Polaków rocznie wyjeżdżało do USA na zaproszenia swoich rodzin, które były liczne, bo według oficjalnego spisu ludności w USA w 1999 roku 9,5 miliona Amerykanów stwierdziło, że pochodzi z Polski. Dużo tych rodzin umożliwiało swoim gościom z Polski jakąś doraźną pracę fizyczną, z której mieszkając u rodziny można było zarobić w sumie przez 3 miesiące ok. 1000 dolarów, co w Polsce na czarnym rynku, bardzo rozwiniętym np. na bazarach warszawskich, odpowiadało kwocie ok. 120 000 złotych, a więc np. dwuletniej mojej pensji, wówczas już docenta. W czasie mego pobytu w Pittsburghu wszyscy Polacy, którzy przyjechali na krótki pobyt do krewnych, gdzieś fizycznie pracowali. Pan Kaźmierczak zna dobrze tę sytuację, bo szybko sam się zadomowił w Stanach Zjednoczonych.

Po 1976 roku warunki życia znacznie się pogorszyły, bo Polska poważnie zadłużyła się przy kredytowych zakupach zagranicznych maszyn, zbyt dużej działalności inwestycyjnej i niekorzystnych relacjach rozliczeniowych z ZSRR.

W okresie Gierka więc w pierwszych pięciu latach poziom życia wyraźnie się podniósł, już ok. 18% dochodu narodowego stanowiła produkcja prywatna podmiejskich wytwórców i rzemieślników oraz oczywiście prywatnych gospodarstw rolnych. Niestety zbyt poważne były zakupy inwestycyjne w krajach kapitalistycznych i zbyt rozwinięto działalność inwestycyjną w różnych dziedzinach, np. zbudowano autostradę przez Wisłę w Warszawie, pierwszą dwupasmową asfaltową szosę (tzw. gierkówkę) z Warszawy do Katowic, olbrzymi szpital brudnowski, olbrzymie huty i nowe zakłady przemysłowe na Śląsku. To doprowadziło do postępującego spadku poziomu życia po 1976 roku. W tym okresie Polska poważnie się zadłużyła u producentów, głównie amerykańskich.

8 maja 1988 roku przyjechał do Polski George Soros, jeden z najbogatszych ludzi świata, który chce stworzyć idealny świat, stanowiący obywatelską jedność, bez starych rygorów, ma on w wielu krajach swoje instytuty i swój uniwersytet w Budapeszcie, bo pochodzi z Węgier. Stworzył w Polsce Instytut im. Stefana Batorego i zaproponował przejście na kapitalistyczny system wolnorynkowy. Dnia 23 grudnia roku 1988 uchwalono system wolnorynkowy w Polsce – była to humorystyczna decyzja, bo podjęła ją partia głoszącą wojnę z kapitalizmem.

W styczniu 1991 roku Soros przysłał do Polski swego przedstawiciela, Jeffreya Sachsa, profesora Uniwersytetu w Harvardzie, którego program realizował dr Leszek Balcerowicz. Program i jego realizacja były tragiczne dla Polski, polegał on m.in. na koncepcji sprzedania państwowych firm, podatku o bardzo wysokiej skali (rzędu 400-500 procent) dla ponadnormatywnych płac i na nonsensownym bardzo wysokim oprocentowaniu nawet dawniejszych kredytów, co wykończyło szereg wielkich przedsiębiorstw. Jednoczenie rozpoczęto masową sprzedaż najlepszych polskich zakładów.

Roczna inflacja wyniosła 600%, ceny towarów wzrosły 6-7-krotnie, płaca spadła o 24% i odpowiadała 2-4-dniowym zarobkom Niemca, realna wartość emerytury spadła o 19%, dochody netto przeciętnego rolnika o 63%.

Stworzono 10 oddziałów terenowych Narodowego Banku Polskiego, które dawały kredyty na zakup średniej wielkości przedsiębiorstw, głównie kadrze partyjnej. Według badań prof. Juliusza Gardawskiego („Prywatna przedsiębiorczość III Rzeczypospolitej”, 2010), 62,5% małej i średniej wielkości przedsiębiorstw objęli byli funkcjonariusze PZPR, stąd nowa polska klasa postkomunistyczna to obecnie polscy kapitaliści.

Nastąpiła też olbrzymia akcja zakupu najlepszych przedsiębiorstw przez zagranicznych kupców, ocenianych przez przeważnie amerykańskie zespoły, zarabiając w sumie 88 080 475 dolarów (patrz „Czarna księga prywatyzacji” Ryszarda Ślązaka). W szeregu przypadków cena, jaką uzyskiwano ze sprzedaży, była niższa od kosztów wyceny przedsiębiorstwa przez zagranicznych ekspertów.

Jednocześnie nastąpił upadek wielu różnej wielkości przedsiębiorstw z powodu drakońskich przepisów, np. swobodnego podnoszenia ceny za kredyt obrotowy, także podjęty przed zmianą systemu politycznego. Ponieważ w socjalizmie podatek obrotowy był obowiązkowy, spłata np. o 40% więcej starego kredytu była źródłem upadku wielu przedsiębiorstw w Polsce. W ten sposób upadło szereg wielkich polskich przedsiębiorstw, wytworzyła się kolonialna struktura, w której np. drugim największym przedsiębiorstwem w Polsce jest portugalska Biedronka. W sumie upadło ponad 5000 polskich przedsiębiorstw, z których większość po prostu zbankrutowała.

Zagraniczne firmy w Polsce wysyłają rocznie ok. 190 miliardów złotych zysku do swoich zagranicznych central. To wszystko było częścią planu Sorosa – realizowanego w Polsce przez Balcerowicza – mającego na celu ogarnięcie przez wielki kapitał krajów posocjalistycznych.

Ostatecznie skończyło się to dla Polski typową strukturą kolonialną, z zagranicznym prawie w pełni handlem i z przewagą firm zagranicznych produkujących u nas, jak np. włoski Fiat, gdyż koszty produkcji są parokrotnie niższe ze względu na olbrzymią dysproporcję płac.

Obecnie sytuacja powoli się zmienia – w 2005 roku mieliśmy 263 dużych firm zagranicznych i 150 dużych firm prywatnych polskich, w 2015 już 223 polskich prywatnych i 33 państwowych wobec 238 zagranicznych. Jest więc postęp, ale po ilu latach, tragicznego wyzysku i 2,5 mln najbardziej śmiałych, przedsiębiorczych Polaków emigrujących z Polski, którzy mimo wszystko przysłali swoim rodzinom w Polsce przez wiele lat w sumie setki milionów dolarów. Teraz jeszcze jest to źródło indywidualnych inwestycji i utrzymania zadowalającego poziomu życia wielu rodzin, ale jest to także tragedia dalszego stopniowego zmniejszania się narodu polskiego w ojczyźnie poprzez proces stopniowej emigracji również rodziny dotychczas pozostającej w kraju.

To wszystko zdaniem Cezarego Kaźmierczaka było wspaniałym wyczynem Balcerowicza. Sądzę, że jednak trzeba zachować choćby minimalną obiektywność. Szanowny Panie Cezary, Serbia przeżyła problem rozpadu Jugosławii i dalszej wojny, a jej gospodarka została prawie zupełnie zniszczona. U nas szczęśliwie mamy stały pokój. W obliczu ogromnej straty dużej części polskiej gospodarki i doprowadzenia jej w wysokim procencie do skolonizowania, na jednym z zebrań Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego większość licznie zebranych członków domagała się wytoczenia procesu prof. Balcerowiczowi za współdziałanie w kolonizacji Polski. To, że Serbia jest taka biedna, to nie dlatego, że nie dała się wyzyskiwać przez zagraniczny kapitał, jak Polska, ale dlatego, że podzielono niesprawnie Jugosławię i toczono wieloletnią wojnę na Bałkanach, co zdezorganizowało i poważnie zniszczyło przemysł i handel, który w Polsce po 1945 roku nie przeżył już dalszych walk zbrojnych. Pańskie porównanie Polski i Serbii jest więc nietrafne. Podobnie jak i moich ocen. Proponuję Szanownemu Panu Cezaremu, żeby Pan nie porównywał Polski z Serbią, a zajął się studiami nad ekonomią Polski w obecnym wieku. Niech Pan starannie przeczyta moją książkę „Patologia Transformacji”. Nazywanie mnie gierkowskim ekonomistą jest również błędne. Za czasów Gierka prowadziłem Zakład Prakseologii PAN i organizowałem olbrzymi projekt radykalnej zmiany struktury ówczesnego państwa. Komisja partyjno-państwowa, prowadzona przez min. Wrzaszczyka, oceniła go jako antysocjalistyczny, a ja w efekcie tego przestałem pełnić funkcję kierownika. Skąd więc Pański pomysł, żeby nazwać mnie gierkowskim ekonomistą? Przepraszam, ale muszę szczerze wyrazić swoją dezaprobatę wobec Pańskich stwierdzeń, załączając jednocześnie wyrazy szacunku.

prof. Witold Kieżun

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na facebookowym profilu autora, a z woli jego samego i współpracowników przedrukowujemy go u nas z drobnymi skrótami i zmianami redakcyjnymi.