przez Rafał Gdak | wtorek 13 września 2016 | opinie
Kilka tygodni temu poszliśmy z żoną na obiad do lokalu w centrum Lublina. Rozmawialiśmy o książce poświęconej Zdzisławowi i Tomaszowi Beksińskim, gdy moja małżonka wypatrzyła człowieka siedzącego na schodach przed sklepem spożywczym. – Zobacz, on prosi o jedzenie, a ludzie mijają go obojętnie – powiedziała. Wstałem, podszedłem do tego człowieka i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, usłyszałem prośbę, bym kupił mu coś do chleba. Bochenek ściskał mocno w dłoniach. Wszedłem do sklepu, kupiłem kilka rzeczy. Gdy przekazywałem mu reklamówkę z zakupami, powiedział tylko jedno zdanie: Byłem głodny, a daliście mi jeść.
Opisywany człowiek nie wyglądał na bezdomnego z wieloletnim stażem. Był ogolony, schludnie, choć skromnie ubrany. Na ulicę trafić musiał niedawno. Nie opisuję tej sytuacji, by pochwalić się dobrym uczynkiem. Dla mnie ta pomoc znaczyła niewiele i nie obciążyła nadmiernie mojego budżetu. Gdy jednak zobaczyłem szczere łzy w jego oczach, sam niemal się rozpłakałem.
Niedawno Krzysztof Wołodźko opublikował na tych łamach poruszający felieton pt. „Czyste ręce, brudne paznokcie”. Traktuje o tej Polsce, którą widać doskonale, pod warunkiem, że chce się ją dostrzec. Zupełnie jak w opisanej przeze mnie sytuacji. Proszącego człowieka minęło kilka osób. Wszyscy udawali, że go nie ma.
Kilka dni temu mój szef opublikował na Twitterze zdjęcie z RPA. Zostało zrobione z lotu ptaka. Widać na nim po lewej stronie dzielnice bogatych i klasy średniej, a po prawej slumsy, w których zamieszkuje biedota. Bardzo sugestywna fotografia wywołała reakcję użytkowników serwisu społecznościowego. „To jest podział na nierobów i nieuków oraz na przedsiębiorczych i zaradnych” – pisał jeden. „Nawet gdyby dać im te osiedla po lewej i kilkaset miliardów w gotówce, to za 5 lat lewa strona będzie wyglądać jak prawa” – dodał drugi.
Znieczulica – można by powiedzieć. Do tego podszyta głupotą i neoliberalnymi bajkami o tym, że obie strony na starcie miały takie same szanse, przy czym jedna je wykorzystała i żyje w dobrobycie, a drugiej nie chciało się pracować i mieszka w slumsach. W tej narracji nie ma słowa o tym, że 1 na 5 osób w tzw. krajach rozwijających żyje za 1,25 dolara dziennie, a 836 milionów egzystuje w skrajnym ubóstwie. Nie ma też zdania o dysproporcjach płacowych, nierównym dostępie od edukacji itp.
Jasne, jest różnica między komentowaniem zdjęć w Internecie a odmówieniem pomocy człowiekowi proszącemu o coś do jedzenia. Nie pomylę się znacznie, gdy napiszę, że z pierwszej postawy łatwo może zrodzić się druga. Skoro bowiem traktujemy ludzi biednych jako nieudaczników, a samych siebie uważamy za zaradnych, już tylko krok dzieli nas od pogardy i braku współczucia.
Jest jeszcze jedna ludzka skłonność. Nie lubimy (i nie chcemy) patrzeć na biedę, cierpienie, zło, wyzysk, starość, choroby, śmierć. Często udajemy, że ich nie widzimy, bo psują nasze dobre samopoczucie. Najchętniej zamieszkalibyśmy w huxleyowskim nowym wspaniałym świecie, gdzie słabości zostały wyeliminowane.
Z klipów nakręconych z pokładów dronów, ukazujących Polskę, wyłaniają się czerniące się autostrady i ekspresówki, okazałe warszawskie drapacze chmur, pięknie oświetlone zabytki. Niebo jest zawsze niebieskie, trawa soczyście zielona, a kłosy zbóż złote. Jak w telewizyjnej reklamie. Widać same pozytywy i żadnych negatywów. Ten sielankowy obraz jest fałszywy. To taki audiowizualny prozak.
Wystarczy minimalna dawka dobrej woli, by zobaczyć prawdziwą Polskę. Dość powiedzieć, że potrzeba tylko sięgnąć wzrokiem ponad czubek własnego nosa lub ekran smartfona. Co wtedy ujrzymy?
Mieszkam na peryferiach Lublina. W mojej dzielnicy znajdują się bloki spółdzielcze, komunalne, deweloperskie i TBS-y. Niezły przekrój polskiego budownictwa mieszkaniowego. Osiedle jest stosunkowo młode, a jego gwałtowny rozwój nastąpił w ostatniej dekadzie. Dlatego nie widać tu zbyt wielu oznak biedy. Z drugiej strony nie ma też grodzonych apartamentowców i wylewającego się bogactwa. Ot, rodzima średnia. Gdy wsiądzie się do autobusu komunikacji miejskiej, po zaledwie kilku minutach następuje subtelna zmiana krajobrazu. W sąsiedniej, dużo starszej dzielnicy dostrzec można więcej ludzi w podeszłym wieku. Młodsi są skromniej ubrani niż ci spotykani w reprezentacyjnych punktach miasta. Nie, nie wjeżdża się do slumsów. To kolejne zwyczajne blokowisko, ale z nieco inną strukturą mieszkańców.
Kilka razy w roku bywam w Poznaniu. Wtedy jeszcze bardziej uderza mnie kontrast. W stolicy Wielkopolski widzę więcej ludzi w markowych i droższych ubraniach, modnie uczesanych, dzierżących w dłoniach flagowe smartfony. Lublin wydaje się w tym zestawieniu smutniejszy i po prostu biedniejszy. Nie mówiąc o Polsce powiatowej i roztoczańskiej wsi, którą odwiedzam przynajmniej raz w miesiącu.
Skoro z perspektywy komunikacji miejskiej można dostrzec tego typu drobne niuanse, naprawdę niewiele trzeba, by zobaczyć prawdziwą biedę. Ludzi liczących grosze wysupłane z kieszeni, ubogie zakupy na taśmach kasowych w supermarketach, spraną odzież z second handów. Przecież w tak wielu rodzinach są osoby pracujące za niewiele ponad tysiąc złotych i na śmieciówkach. Ich nie pociesza informacja, że stopa bezrobocia w Polsce wyniosła pod koniec lipca 8,6 proc. i jest najniższa od 25 lat. System wypluł ich, bo choć zarabiają grosze, jednak zarabiają.
Na wspomnianą roztoczańską wieś docieram najczęściej czymś w rodzaju marszrutki: starym busem ze zużytymi amortyzatorami i po drogach, które nie widziały remontu od dziesięcioleci. To też jest ta Polska, która nijak ma się do przesaturowanej scenerii ze stołecznym „city” w tle.
Patrząc na zdjęcie z RPA można zobaczyć niesprawiedliwość społeczną i rozwarstwienie lub podział na przedsiębiorczych i nierobów. W człowieku proszącym o jedzenie można dostrzec osobę skrzywdzoną przez los lub niezaradnego frajera. Wszystko jest kwestią wyboru.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 1 września 2016 | opinie
Kraków, Bronowice, Bar Kuchnia Polska „Palce Lizać” (tak oficjalnie) przy Gabrieli Zapolskiej. Naprzeciw zażywnej pani przy kasie stoi stara kobieta w wielkich grubych szkłach. Płacze niemal bezgłośnie. Obiad dnia czyli zupa, drugie i kompot: 12 złotych 70 groszy. Barszcz w kubku: 1 zł 50 groszy. Sadzone jajka z ziemniakami: 4 złote 90 groszy. To najtaniej.
W porze obiadowej ciasna przestrzeń (osiem stolików po cztery krzesełka) jest wypełniona ludźmi. Starszy pan siedzi z dziewczynką z zespołem Downa. Dwaj policjanci na służbie nie rozmawiają przy jedzeniu. Wymięty na twarzy, marnie odziany starszy jegomość lekko drżącą ręką unosi łyżkę ku ustom. Trochę chlapie, ale godnie pokonuje samego siebie i dystans, jaki dzieli taflę zupy od warg. Młody mężczyzna z firmy kurierskiej zamawia grochową za 3 złote 90 groszy. Chłopak i dziewczyna, dwa krzesła dla nich, dwa obok dla ich smartfonów. Ciężarna z wózkiem siadła tak, że tarasuje wejście do toalety. Można ominąć uśmiechając się przepraszająco do sennego bobasa.
A stara kobieta płacze. Nie dlatego, że jest głodna. Nie dlatego, że odejdzie z kwitkiem. Gmera palcami w portmonetce. Zaraz dostanie obiad. Jest samotna i lekko zdziwaczała. Zawsze płacze, a wtedy uspokaja ją barmanka albo barman. Gdy nikt nie zamawia, podchodzą do niej i słuchają jej cichych smutków. Zwierza się po raz setny, może tysięczny, może stutysięczny – a obok na talerzach gotowany kalafior i fasolka szparagowa po 3 złote – taka sobie porcja. Można do tego podejść całkiem życiowo: ot, z przypraw mają sól, pieprz, maggi, żale staruszki. Zresztą bardzo to grzeczna osoba, zawsze mówi na poły zdziwione, na poły lękliwe „do widzenia” gdy ją minąć przy drzwiach.
W barze jest schludnie, robotnicy w drelichach siedzą obok pracujących (w branży informatycznej) inteligentów. Skoro jest tanio i smacznie, to po co przepłacać? Dystyngowana emerytka, która siedzi w barze w jesiennym kremowobrązowym płaszczyku w ciepłe sierpniowe popołudnie, przegląda kolorową gazetę – z tych tańszych. Widzę zdjęcie turkusowej plaży, wykadrowany bezkres nieba i kilka zdań o czyimś rozwodzie, o pięknie rozkwitłej karierze po uwieńczonej sukcesem terapii; obserwuję, jak pomarszczony palec starszej pani pokazuje wzrokowi, które ma śledzić litery i myślę do siebie: what a wonderful world. Czuję sytość za 12 złotych 70 groszy: krupnik, makaron z sosem bolognese, mocno ocukrowany napój pełniący obowiązki kompotu. Płaczliwa staruszka patrzy na resztki żółtawego napoju w plastikowej butelce z napisem „Fanta”.
Jest koniec sierpnia 2016 roku. Myślę sobie, że właśnie po to powielacze powielały, solidaryce się solidaryzowały, szczekaczki wyszczekiwały, internaty internowały, po to kieliszki w Magdalence pociły się i fraternizowały, terapie szokowały, jedne gazety wyborczały, a drugie polszczały, żeby stare kobiety w tak pięknym kraju mogły wbijać lekko niepewny wzrok w resztki kolorowych napojów wielkich światowych kompanii spożywczych. Innego końca świata nie będzie.
Ale w sumie to krzepiące, jak po ludzku ciepłe i normalne jest wnętrze lokalnego baru mlecznego pełnego zwykłych ludzi, z których generałowie różnych armii chcieliby zrobić albo ciemną, niehigieniczną, propisowską tłuszczę, albo wmówić tym wszystkim Polkom i Polakom konsumującym mielone z ziemniakami i kapustą na ciepło, że najstraszliwsi są dla nich uchodźcy i francuskie problemy postkolonialne, a najlepszy – proruski straszny dziadunio Trump walczący z „homoterrorem”. Do baru mlecznego na Zapolskiej nie wejdą ani naczelny „Newsweeka”, ani naczelny „Do Rzeczy” i nie zaczną uprzykrzać ludziom życia ideologicznym bombardowaniem. Cisza, spokój, krokiety.
W maju mama przysłała smsa, że umarł sąsiad. Zmarł podczas pierwszej komunii swojej wnuczki. Ostatni raz rozmawiałem z nim podczas Wielkanocy tego roku. Był dawnym lektorem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Śremie. Był też pszczelarzem. Przez lata, wracając z rodzinnego domu do swoich spraw, dźwigałem w plecaku duże słoiki z miodem. Po 10 złotych za sztukę. Daję ci ze swoich – mówił w ostatnim czasie, a ja zdawkowo dziękowałem, choć wypadało bardziej docenić życzliwość ponad osiemdziesięcioletniego człowieka.
Tego roku, podczas Wielkanocy, sąsiad siedział na zdezelowanym krześle, pod ręką trzymał kule, a obok stał wózek z żelastwem (parę dekad po wojnie, jaką Balcerowicz wytoczył polskiej wsi, wciąż jest co zbierać po opłotkach); raczył mnie a to pikanteriami dotyczącymi spraw męsko-damskich, a to krótkimi reminiscencjami z własnego życia. Mówił, że na każdym etapie dziejowym władza uznaje się za nieomylną, a jak przepraszają, to już jest za późno. I że trzeba myśleć na własny rachunek, na ile można. Nie było to może zbyt błyskotliwe, ale nie byliśmy z sąsiadem postaciami z powieści Stasiuka – gadaliśmy, co chcieliśmy, robiło się coraz cieplej, czekaliśmy dobrej wiosny po szaroburej zimie, grzaliśmy kości na słoneczku. Ja się czułem zakorzeniony, on się czuł wysłuchany – dobrosąsiedzkie relacje w niegrodzonej okolicy. Siedzieliśmy zresztą kilkanaście metrów od kaplicy, do której sąsiad jako zdeklarowany ateista nigdy nie chodził. Ale że jakimś trafem na naszej wsi po transformacji ostała się tylko kaplica, postawiona właśnie obok Domu (byłego) Nauczyciela, to cóż, omawiał materializm historyczny i niewątpliwe walory pożycia seksualnego tuż pod nosem aniołów i kościelnego.
Na marginesie: z tej wsi zniknęła kolej i niemal doszczętnie wyginęły połączenia autobusowe, dawno zniknęła świetlica ludowa z biblioteką, przedszkole i szkoła zamieniona w dom spokojnej starości. Tak sobie myślę, że najlepsze, co w III Rzeczpospolitej miała moja wieś z tzw. cywilizacji pozareligijnej, poza remizą, to były przecież te ule i ten miód. Przez długie lata sąsiad i jego ule nie dali się zdekomunizować. Twardo bronili swojej instytucjonalnej suwerenności oraz proekologicznej bioróżnorodności względem dość parszywej w tamtych okolicach transformacji. Myślę, że sąsiad miał też w nosie coraz częstsze w ostatnich latach w owych stronach „arcypatriotyczne” wlepki przyklejane na resztkach istniejącej cywilizacji oraz ruinach po niej. Bo jakoś tak się w Polsce dzieje obecnie, że nędzę i rdzę po państwie i jego instytucjach zamalowuje się ksenofobią. W każdym razie: sąsiad już umarł. Jego pszczoły też umarły, poszły na zmarnowanie.
Teraz będzie coś z lokalnej prasy. 24 sierpnia na stronie internetowej „Kuriera Lubelskiego” ukazał się artykuł „Kuriozalny napad na sklep spożywczy na LSM. Złodziej przeprosił i wyszedł”. Pozwolę sobie przedstawić dłuższy passus, tylko nieco upraszczając cytowaną treść: Jakub Sz. wynajmował w Lublinie mieszkanie. Płacił za nie co miesiąc 900 zł. Był już 11 sierpnia, termin zapłaty minął, a bezrobotny lublinianin ciągle nie miał pieniędzy na koncie. Żeby uregulować zobowiązania postanowił się wzbogacić. W tym celu poszedł do sklepu przy ul. Krasińskiego, gdzie zamierzał dokonać „napadu stulecia”. Było już ciemno, dochodziła godz. 22. Mężczyzna poczekał jeszcze, aż ze sklepu wyjdzie ostatnia klientka. Jak ustalili śledczy badający sprawę, 23-latek z nożem wszedł do środka i zażądał od wystraszonych ekspedientek pieniędzy. – Jedną z koleżanek trzymał za kark i przykładał jej nóż do gardła. Drugiej groził śmiercią, jeśli nie odda mu pieniędzy. Koleżanka dała mu 10 zł, jednak rabuś stwierdził, że to mało, kazał otworzyć kasę i wyjąć z niej pieniądze – opowiada w rozmowie z Kurierem jedna z pracownic sklepu przy ul. Krasińskiego. Okazało się jednak, że w kasie były jedynie dwie pięciozłotowe monety. – To za mało! – krzyknął rabuś. – Nie chcę tego, nie będę kradł. Przepraszam – rzucił Jakub Sz. i po prostu wyszedł.
Nie jest to temat na „Zbrodnię i karę”: młody 23-latek przyznał się do winy i grozi mu kara pozbawienia wolności od 3 lat wzwyż. Być może ktoś się zaśmieje głucho, ktoś będzie szydził albo pomstował. A przecież rzadko kiedy i rzadko kto pokazuje nam tak dobrze, jak się w Polsce wpycha ludzi w prawdziwe tarapaty życiowe i w rozpacz, jak się ich spycha na margines, jak wreszcie bieda sprzęga się z przestępczością. Mamy w tym przykładzie wszystko: bezrobocie, brak tanich mieszkań na wynajem, długoletni brak polityki mieszkaniowej. A na końcu jest Jakub Sz., o którym niemal każdy powie w Polsce, że „sam sobie jest winien”. Tak właśnie jest zrobiony nasz kraj, że tacy nieszczęśnicy są zawsze winni i osamotnieni, za to ludzie, którzy świetnie żyli i żyją z systemowej polityki aspołecznej (coraz głośniej się mówi przecież o mafii jeśli idzie o warszawską politykę reprywatyzacyjną ściśle powiązaną z kwestiami lokatorskimi) przez lata byli albo nietykalni, albo uchodzili za mędrców epoki transformacji.
To jest przerażające: zdesperowany człowiek, który popełnia straszny czyn, przykłada drugiemu człowiekowi nóż do gardła, być może moment dzieli go od zabójstwa, z którym musiałby żyć już na zawsze, ale nie jest zbrodniarzem ani rzezimieszkiem, jest człowiekiem, który sobie kompletnie nie radzi w świecie tak obojętnym jak nasz, więc mówi: „Nie chcę tego, nie będę kradł. Przepraszam”. Ale i tak ma już solidnie spieprzone życie.
Czuję zgrozę, gdy czytam tę historię, czuję też potężne wkurwienie na elity, które zrobiły z mojego kraju książkę z takimi opowieściami, czuję złość na społeczeństwo, które na to wszystko przyzwala, ponieważ tak naprawdę jest społeczeństwem dorobkiewiczów, którzy dali się wkręcić w logikę realnego liberalizmu, bo każdy z gołodupców wierzy, że to jednak on będzie górą. A od dawna już wiadomo, że wcale nie. Jedni przekonają się o tym raz i bardzo boleśnie, a inni mniej lub bardziej boleśnie – tyle że na raty.
Nie będę czcił żołnierzy wyklętych. Będę wspominał starego komunistę, który miał ule. Nie będę zachwycał się terapiami celebrytów, którzy czasem jeżdżą do Azji, by dowiedzieć się, jak smakuje biedne życie. Będę rzewnie myślał o płaczliwej staruszce z baru mlecznego na Bronowicach. 500+ przekona mnie tylko do 500+, a nie – na przykład – do polityki informacyjno-kulturalnej TVP po #dobrazmiana. Pogardzam ludźmi, którzy z domniemanych i realnych Polaków-biedaków zrobili chłopca do bicia w swojej wojence z rządzącą partią. Pogardzam ludźmi, którzy głosili hasełka o rodzinie na swoim, a równocześnie pozbawiali polskich rodzin infrastruktury publicznej, źródeł zarobkowania, wymuszając de facto na dzieciach tych ukochanych polskich rodzin trwałą emigrację zarobkową. To dlatego niejedno polskie miasteczko, które tak dobrze znam, świeci pustkami przez cały rok, a ożywa jedynie w święta takie czy owe. To wszystko zrobili ludzie, których dziś znajdziemy i w PiS, i w KOD-owskiej opozycji. Patrzę na elity tego społeczeństwa: polityczne, kulturowe, biznesowe, są to elity i prawoskrętne, i lewoskrętne. Wszyscy mówią o sobie, że mają czyste ręce i zawsze dobrze chcieli. Tylko skąd mają tyle brudu za paznokciami?
przez Marcin Derucki | sobota 27 sierpnia 2016 | opinie
Komercjalizacja przestrzeni publicznej w Polsce jest zjawiskiem powszechnym, związanym z przemianami systemowymi, które miały miejsce na początku lat 90. Panująca ideologia wolnego rynku pozwoliła na bezkrytyczne zdewastowanie krajobrazów dużych i małych miast. Poniższy artykuł ukazuje przykład oddziaływania komercjalizacji na przestrzeń publiczną tworzoną przez Galerię Malarstwa Wielkoformatowego w mieście Turek w województwie wielkopolskim.
Czym jest komercjalizacja przestrzeni publicznej? Mówimy o niej wtedy, gdy obszary cenne społecznie są zawłaszczane przez podmioty prywatne, przedsiębiorstwa itp. Dzieje się tak najczęściej w imię tzw. praw rynku. Najbardziej zauważalne jest to na starówkach lub przy uczęszczanych deptakach. Konsekwencją jest powolne wyludnianie miejsc, które powinny stanowić centrum społeczne i kulturalne danego ośrodka miejskiego.
W Turku na wyludnienie obszarów starówki wpłynęła budowa licznych marketów, przy których powstawały niewielkie powierzchnie do wynajęcia z przeznaczeniem na drobny handel. Efekt ten został wzmocniony poprzez sprzedaż terenu byłego dworca PKS, na którym powstało centrum handlowe.
Innym przykładem komercjalizacji przestrzeni publicznej są liczne reklamy typu outdoor (najczęściej bannery, ale też billboardy, ekrany led) umieszczone na płotach, przy ruchliwych ulicach, ale również na fasadach prywatnych posesji. W Polsce, w imię nieskrępowanej wolności ekonomicznej, doszło do tego, że mieszkańcy miast są agresywnie informowani o ofercie danego przedsiębiorstwa. Bardzo często mieszkańcy posesji ulokowanych przy ruchliwych drogach udostępniają fragmenty elewacji w celach zarobkowych.
Tym samym od początku lat 90. w Polsce w sferze przestrzeni publicznej obowiązuje chaos oraz informacyjne i krajobrazowe śmietnisko. W sukurs walce z tą krajobrazową „wolną amerykanką” przyszła w ubiegłym roku tzw. ustawa krajobrazowa. Daje ona radzie konkretnej gminy możliwość ustanowienia zasad i warunków sytuowania obiektów komercyjnych należących do tzw. małej architektury oraz umożliwia wprowadzenie opłat reklamowych i systemu kar pieniężnych.
Bloki – element przestrzeni publicznej?
W Turku od wielu lat trwa proces wyprzedawania mieszkań komunalnych za niewielki procent ich rynkowej wartości (początkowo 10%, aktualnie 16%), co mocno pogorszyło stan zasobów mieszkaniowych miasta. Poprzednia ekipa rządząca miastem wyznawała filozofię, wedle której każdy powinien mieszkanie kupić lub wybudować. Dopiero od roku powoli odzyskuje się mieszkania komunalne oraz planuje budowę lokali socjalnych, m.in. w celu odzyskania zadłużonych zasobów komunalnych.
To właśnie za sprawą możliwości taniego wykupu mieszkania komunalnego bloki przy ul. P.O.W. w Turku stały się oddzielną, niezależną wspólnotą mieszkaniową, w której większość udziałów posiadają właściciele mieszkań. Oznacza to, że właściciele mieszkań danego bloku decydują o inwestycjach względem niego poczynionych, ale także je finansują. Głos należący do mniejszościowego udziałowcy – czyli gminy miejskiej – zawsze przychyla się woli większości. W związku z niżej opisanymi wydarzeniami z ostatnich tygodni pojawia się pytanie, czy bloki należące do wspólnoty mieszkaniowej można jeszcze zaliczyć do przestrzeni publicznej.
Wielka galeria w rękach mniejszości
Od 2011 r. co roku jeden ze szczytów bloków przy ul. P.O.W. był pokrywany malowidłem wielkoformatowym. Działo się to za sprawą inicjatywy Jacka Sulkowskiego, który tym samym realizował projekt powstania Galerii Malarstwa Wielkoformatowego w Turku. Do roku 2015 udało się zrealizować pięć murali ulokowanych przy ul. P.O.W. Na galerię składają się prace artystów znanych z dzieł wykonanych w całej Europie. Liczbą malowideł wielkoformatowych nasze miasteczko nie jest w stanie konkurować z oddaloną o 70 km Łodzią, jednak zamysłem Sulkowskiego było skondensowanie ich w jednym miejscu, tak, aby były widoczne z jednego punktu (stąd też wybór lokalizacji). Tym samym przestrzeń Turku pozyskała miejsce o wyjątkowym charakterze estetycznym i kulturowym.
Problem pojawił się w roku 2016 r., gdy postanowiono wykonać dodatkowe prace termomodernizacyjne na blokach posiadających wymalowane murale. Wtedy też bliżej nieokreślona liczba właścicieli mieszkań w blokach z muralami zadecydowała o tym, że wielkoformatowe malowidła nie zostaną odtworzone na docieplonych szczytach. Nie pomogły zapewnienia, że koszty odtworzenia dzieł nie zostaną poniesione przez wspólnoty. Inicjatorzy powstania murali dostali jednoznaczną pisemną odpowiedź negatywną, nie zawierającą argumentacji.
Kiedy wieści o tym dotarły do opinii publicznej, w lokalnej społeczności zawrzało. Mieszkańcy (nie tylko młodzi) na wieść o tym, że mogą utracić coś, co wyróżnia Turek oraz daje poczucie dumy z miasta, zareagowali żywiołowo, dając upust swoim emocjom w mediach społecznościowych. Dopiero nagłośnienie sprawy oraz reakcja władz doprowadziła do tego, że zarządzono głosowanie door-to-door, przeprowadzone przez pracowników zarządcy (spółka miejska) wspomnianych wspólnot mieszkaniowych. Okazało się wtedy, że ponad 60% mieszkańców bloków z muralami chce ich odtworzenia. Tym samym otworzono drogę do ponownego pokrycia malowidłami szczytów ocieplanych właśnie bloków.
Wspólne czy niczyje? Kto decyduje o przestrzeni publicznej?
Pomimo pozytywnego (z punktu widzenia całej społeczności miasta) zakończenia tego konfliktu, sytuacja pokazuje, że często o estetyce i funkcjonowaniu przestrzeni ważnej dla wszystkich mieszkańców miasta decyduje mniejszość, która jest właścicielem danego zasobu. I nie zawsze musi się ona kierować tymi samymi pobudkami, co większość społeczności związanej z danym miastem. Nawet jeżeli udziałowcy wspólnot mieszkaniowych nie ponoszą żadnych negatywnych skutków ekonomicznych swojej decyzji, zawsze w grę mogą wejść negatywne emocje, niedoinformowanie, a także zwykłe braki w edukacji lub brak poczucia wspólnoty z innymi członkami społeczności.
Nieznany jest powód odmowy wystosowanej do inicjatorów powstania murali, jednak nieoficjalnie mówi się, że pewnej liczbie osób niektóre z murali po prostu się nie podobają. Choć panuje przekonanie, że o gustach się nie dyskutuje, to można odnieść wrażenie, że sytuacja ta spowodowana była jeszcze jedną polską przypadłością. A mianowicie nikłym obyciem ze sztuką.
Opisany przykład pozornie nie przypomina klasycznej komercjalizacji przestrzeni publicznej, gdzie korporacja, instytucja finansowa lub firmy wypierają ludność miejską z postrzeganych jako atrakcyjne miejsc publicznych i ogólnodostępnych. Jednak jej przyczyna jest identyczna i leży w obciążeniu finansowym samorządu oraz zwyczajnym braku u poprzedniej ekipy rządzącej wizji przyszłości miasta. Poskutkowało to nadmiernym wyprzedaniem zasobów mieszkaniowych miasta Turek.
To jednak nie koniec. W najbliższej przyszłości może pojawić się kolejny problem związany z lobbingiem wąskiej grupy na rzecz zagospodarowania przestrzeni publicznej. Niebawem poznamy wyniki konkursu na opracowanie koncepcji urbanistyczno-architektonicznej rewitalizacji centralnych przestrzeni miasta. Prace zostaną wystawione do publicznej dyskusji i być może okaże się, że to, co projektanci uznają za ważne dla ogółu mieszkańców, nie będzie odpowiadało właścicielom zasobów mieszkaniowych leżących w tej części miasta, albo będzie nie po myśli właścicieli obiektów handlowych oraz związanych z nimi najemców.
Tutaj z pomocą może przyjść zapomniane w naszym kraju narzędzie: dialog społeczny. Najważniejsze jest jednak, aby jak najszersza rzesza turkowian zrozumiała, że przestrzeń publiczna jest przestrzenią wspólną, a nie komercyjną lub niczyją.
przez Rafał Gdak | poniedziałek 22 sierpnia 2016 | opinie
„Jestem patriotą i wolałbym aby jak najmniej Polaków umierało na czerwonego raka” – przeczytałem w komentarzu internauty pod jednym ze swoich tekstów. Felieton dotyczył m.in. walki z malarią. Przywołałem w nim założyciela Microsoftu, Billa Gatesa, który stwierdził niedawno, że badania nad wspomnianą chorobą nie opłacają się firmom farmaceutycznym. Wspomniany komentator zdiagnozował u mnie fascynację komunizmem. Podejrzewał też z detektywistycznym zacięciem, że reprezentuję partię Razem.
W mniemaniu tego człowieka, jak i wielu innych, rozprzestrzeniam najbardziej śmiercionośną chorobę świata. Przecież to oczywiste, że raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę. Tylko głupiec nie zdaje sobie sprawy, że największą bolączką Polaków i Polski oprócz, rzecz jasna, islamizmu, jest lewactwo. Zacząłem od drobnego, błahego wręcz przykładu, bo świetnie pokazuje rodzime absurdy. Poszukiwanie wrogów wewnętrznych i zewnętrznych wychodzi nam znacznie lepiej niż diagnozowanie sytuacji społeczno-gospodarczej.
Gdyby było inaczej, Polacy płakaliby nad wyzyskiem, współczuli przedstawicielom zawodów najgorzej opłacanych, ubolewali nad praktycznie nieistniejącym rynkiem państwowych mieszkań na wynajem, przeklinali fatalny transport publiczny. Listę spraw można wydłużać w nieskończoność. Co mamy w zamian? Choćby stygmatyzację rodzin, które korzystają z programu 500+. Tu się na chwilę zatrzymam. Mój znajomy ma pięcioro dzieci. Kilka miesięcy temu, niedługo po rozpoczęciu wypłat z programu, spacerował ze swoimi pociechami po mieście. – 2 tys. złotych – usłyszał w pewnym momencie. Początkowo nie skojarzył, o co chodzi. Za chwilę dotarło do niego, że ktoś przeliczył jego rodzinę na pieniądze z 500+. To niejedyny przykład. Sam słyszałem kilkukrotnie w autobusie i na ulicy podobne docinki w odniesieniu do rodzin z większą liczbą dzieci.
Rów podziału, który kopały przez lata elity polityczne, jest bardzo głęboki. To dlatego Marlena Joks, członkini zarządu Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości, mówi głośno i bez żenady, że budowanie przez państwo tanich mieszkań to potencjalny kłopot dla deweloperów. „Zmiana struktury mieszkańców może prowadzić do konfliktów społecznych, a poza tym w dłuższej perspektywie mogą spaść ceny apartamentowców sąsiadujących z działką” – raczyła powiedzieć. Interesujący jest fakt, że, poza paroma „lewakami”, obawy tej pani nie przeraziły zbyt wielu.
Często się zastanawiam, jak to jest, że na większe współczucie wielu moich rodaków może liczyć bogacz, którego partia Razem chciałaby obłożyć in spe sprawiedliwym podatkiem, niż ofiary kamieniczników czy ochroniarze pracujący po 12 godzin dziennie za kilka złotych za godzinę. Gdzie, do cholery, podziała się empatia? Z drugiej strony, nietrudno dostrzec schizofrenię. Dlaczego bowiem prawicowy PiS wygrał w ubiegłym roku wybory w Polsce? Odpowiedzi jest wiele, ale nie pomylę się, gdy napiszę, że stało się to również dlatego, że Polacy nie czuli się beneficjentami sukcesu, o którym trąbiła przez lata Platforma. Hasła socjalne z kampanii Prawa i Sprawiedliwości padły więc na podatny grunt.
To taki polski paradoks, że partia na wskroś konserwatywna, ocierająca się czasem o narrację skrajnie prawicową, doszła do władzy z lewicowymi hasłami na sztandarach. Jeszcze smutniejsze jest to, że jednocześnie dla wielu przedstawicieli tej partii „lewactwo” to główne zło tego świata. Można zżymać się na media głównego nurtu za to, że obrzydziły lewicę Polakom, utożsamiając ją z SLD. Można irytować się na to ostatnie ugrupowanie, że z lewicy uczyniło – excuse-moi – nalepkę na sedes. Wszystko to musztarda po obiedzie. Lewicy bowiem dziś w parlamencie nie ma i niewiele wskazuje, że zmieni się to w najbliższej dekadzie. Jakaż to ironia losu, że prawicowa partia pobiła lewicę hasłami, które powinny być fundamentem tej ostatniej i jeszcze linczuje na poziomie semantycznym wszystko, co z lewicą ma się kojarzyć.
Można mieć w głębokim poważaniu cały ten spór rozbijający się o nazewnictwo i definiujący strony politycznego konfliktu. W zasadzie każdy, kto wyczekuje utopii, jaką jest sprawiedliwość społeczna, powinien się cieszyć z pomysłów PiS, które śmiało można uznać za lewicowe. Problem w tym, że na jeden dobry lub przynajmniej zadowalający pomysł przypada dziesięć złych lub bardzo złych. Jakich?
Jednym tchem mogę wymienić kilka z nich. Wizja puszczy, leśnictwa i środowiska autorstwa ministra Szyszki. Polityka zagraniczna ministra Waszczykowskiego, znaczona brakiem dyplomacji tam, gdzie dyplomacja jest kluczowa. Wynikający z tej ostatniej konflikt z Unią Europejską, otwarta wręcz walka z wartościami europejskimi i stawianie ich w kontrze do tego, co polskie (czytaj: dobre). Otwarte podjudzanie obywateli przeciwko uchodźcom. Zawłaszczenie mediów publicznych na jeszcze większą skalę niż poprzednicy i zamiana programów informacyjnych w tychże w propagandową tubę władzy. Doprowadzenie do sytuacji, w której ustawy uchwalane przez Sejm nie mają de facto żadnego recenzenta i instytucji, która mogłaby wskazać ich wady. Mogę tak wymieniać owoce dobrej zmiany do jutra. „Apele smoleńskie” znalazłyby się na szarym końcu tej listy, jako kuriozalne, ale mało znaczące. Jasne, stan wojny psychologicznej z UE jest mniej wymierny niż liczba środków, które trafiły do rodzin w ramach 500+. Podobnie nie zmierzymy łatwo, jakie będę społeczne konsekwencje utożsamiania uchodźców z terrorystami.
Właśnie dlatego trudno cieszyć się z 500+ czy Mieszkania+. Czytałem komentatorów, którzy przywoływali w tym kontekście Słowackiego. Bo podobno „nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”. Nie do końca jestem pewien jednak, co w tym zestawieniu jest różą, a co lasem.
przez dr Rafał Bakalarczyk | środa 17 sierpnia 2016 | opinie
Pierwszy rok nowego kierownictwa MEN niestety okazał się czasem regresu. I to regresu w nieoczekiwanym wymiarze – pod względem reformowania polskiej szkoły w prospołecznym duchu. Trend reform uległ zahamowaniu, a w niektórych kwestiach wręcz cofnięciu.
Niebawem nowy rok szkolny. Pierwszy po nadejściu „dobrej zmiany”, która objęła także system oświaty. Ba, edukacja odgrywa – jak chyba u niemal każdej władzy, która pragnie gruntownie przebudować zastaną rzeczywistość – poczesną rolę. Co prawda większość przed- i powyborczych zapowiedzi czeka dopiero na realizację, jednak pierwsze decyzje już zapadły. Można z grubsza powiedzieć, że pierwsza faza oświatowej (kontr)rewolucji dotyczy bardziej samej struktury organizacyjnej systemu kształcenia niż jego treści. Cofnięcie „reformy sześciolatków”, decyzja o likwidacji gimnazjów, zmiany w uprawnieniach kuratorów, likwidacja dotychczasowych zasad godzin karcianych itp. to bilans pierwszego roku urzędowania Anny Zalewskiej w MEN. Widać, że w większości zmiany te polegają na odwracaniu tego, co zrobiły poprzednie rządy (sześciolatki, godziny karciane, gimnazja). Zresztą krokom tym towarzyszyła wypowiadana publicznie (np. podczas tzw. sejmowego audytu) diagnoza o fatalnym stanie oświaty, jaki zastano po poprzednikach.
Tymczasem sprawa wydaje się bardziej złożona. Z jednej strony, nie okiełznano wielu negatywnych tendencji, z drugiej – wprowadzono w drugiej kadencji rządów PO-PSL szereg postępowych reform, czyniących polską oświatę znacznie bardziej odpowiedzialną społecznie i obejmującą grupy w trudniejszej sytuacji. Trudno powiedzieć, jaki obraz otrzymamy pod koniec obecnej kadencji, jednak pierwszy rok wypada pod tym względem niestety dość niekorzystnie. Proponowane i podjęte działania nie prowadzą do rozwiązania palących problemów edukacyjno-społecznych, z którymi nie poradzili sobie poprzednicy, a mogą je wręcz pogłębić. Z drugiej zaś strony, wyhamowaniu uległ proces „prospołecznego” reformowania oświaty, jakie miało miejsce za czasów Szumilas i zwłaszcza Kluzik-Rostkowskiej.
Niewątpliwie rządom PO-PSL nie udało się zmierzyć z wieloma problemami oświatowej rzeczywistości. Ostatnie lata to także czas likwidacji – za sprawą niżu demograficznego – placówek szkolnych, zwłaszcza na obszarach peryferyjnych. Sieć szkolna jest dziś mniej gęsta na prowincji, co również przyniosło szereg ubocznych niepożądanych skutków dla uczniów wiejskich (zwłaszcza tych ubogich i z niepełnosprawnością), jak i dla lokalnych społeczności. Zdaje się, że władza nie umiała skutecznie odpowiedzieć na te procesy. Nie poradzono sobie też z problemem prywatyzowania szkolnych stołówek i zastępowania ich cateringiem. Wiele do życzenia pozostawia funkcjonowanie szkolnych świetlic (o czym przekonuje raport NSZZ „Solidarność”), segregacje między- i wewnątrzszkolne na różnych szczeblach kształcenia, przemoc wśród uczniów i psychospołeczne problemy wielu z nich. Gdyby w tym miejscu postawić kropkę, tendencyjna diagnoza Anny Zalewskiej nie kłułaby aż tak w oczy. To jednak obraz dalece niepełny. Pomyślność polskiej oświaty, która powinna być reformowana w oparciu o rzetelną, a nie tendencyjną diagnozę, wymaga wspomnienia także o działaniach pozytywnych, i to zwłaszcza z perspektywy najsłabszych. Wymienię cztery z nich, które wydają mi się szczególnie godne odnotowania.
Po pierwsze, wprowadzono darmowe podręczniki, poczynając od bezpłatnego elementarza w pierwszym roku reformy, a stopniowo objęto tą regułą uczniów kolejnych klas, do etapu gimnazjalnego włącznie (proces ten miał się domknąć w 2017 r.). Ta zmiana jest chyba jednak najbardziej rewolucyjna ze społecznego punktu widzenia. Odtąd finansowa odpowiedzialność za zakup podręczników spoczywa nie na rodzicach, lecz na państwie, które dystrybuuje książki do szkół. Zmiana ta dotyka wszystkich i tworzy nowy standard, ale najbardziej bezpośrednie korzyści niesie uczniom niezamożnym i ich rodzicom, dla których kilkusetzłotowy koszt wrześniowej wyprawki stanowił nie lada obciążenie, źródło wyrzeczeń i stresów. Ten rok może być pod tym względem łagodniejszy także dzięki wprowadzonemu już przez nowy rząd Prawa i Sprawiedliwości programowi 500+. Wracając jednak do programu darmowych podręczników, o jego dokładnym działaniu można dyskutować – np. czy nie lepiej, aby państwo jedynie finansowało, ale nie produkowało podręcznika, i dawało pedagogom i/lub rodzicom pewne pole wyboru, a wydawnictwom rynek zbytu? Zastrzeżenia może też budzić fakt, że docelowo program nie ma objąć uczniów szkół ponadgimnazjalnych, choć ich opiekunowie wydają nie mniej, a nieraz i więcej na materiały szkolne. O tym warto dyskutować, ale nie zmienia to faktu, że z prospołecznego punktu widzenia zrobiono duży krok w słusznym kierunku. Jest duża szansa, że obecna władza – nawet gdyby zlikwidowano gimnazja – tego mechanizmu nie odrzuci, a co najwyżej go nieco zmodyfikuje.
Po drugie – kwestia sześciolatków i przedszkolaków. Sprawy te traktowałbym łącznie, bowiem jedna poniekąd warunkuje drugą. Pójście wcześniej do szkół nieco starszych maluchów tworzy rezerwy miejsc dla młodszych (3-, 4-, 5-latków) w dotychczasowych placówkach przedszkolnych, których na skutek lat zaniedbań nie jest w Polsce wystarczająco wiele, aczkolwiek ostatnia dekada przyniosła radykalną poprawę – dostęp do nich wzrósł o kilkadziesiąt punktów procentowych. Do tego dodajmy zasadę „godzina za złotówkę”, wedle której pewne czasowe minimum (5 godzin dziennie pobytu w placówce) ma być gwarantowane, a za każdą kolejną godzinę trzeba płacić z własnej kieszeni – ale właśnie symboliczną złotówkę. Ta zmiana również ma znaczenie, zwłaszcza dla dzieci o niższym statusie społeczno-ekonomicznym. Dzięki możliwości znalezienia się w bezpłatnym lub niskopłatnym przedszkolu pojawia się możliwość ograniczenia deficytów wrodzonych lub wyniesionych z domu i przyspieszenia procesów rozwojowych – a tym samym wyrównanie szans. Dla części matek będzie to oznaczało także możliwość podjęcia pracy. Ważny jest również wymiar integracyjny publiczny placówek, w których mogłyby się zetknąć dzieci o różnym statusie – choć w ostatnich latach prężnie rozwija się segment przedszkoli prywatnych z wyszukaną i nierzadko drogą ofertą. Część klasy średniej kieruje swoje dzieci właśnie tam, co sprzyja segregacji. Dlatego ważny jest możliwie jak najszerszy dostęp do publicznej opieki przedszkolnej dobrej jakości, tak by przynajmniej część klasy średniej zatrzymać przy placówkach organizowanych przez gminy. Choć ostatnie lata przyniosły postęp, do powszechności daleko, a najbliższy rok może przynieść pogorszenie. Znów widzimy, jak ważna okazała się reforma „sześciolatków”. Gdy nowa ministra, Anna Zalewska, krótko po objęciu urzędu i bez szerszych konsultacji cofnęła reformę poprzedników, nie tylko zwiększył się poziom chaosu, jeśli chodzi o warunki opieki/edukacji dzieci 6- i 7-letnich, ale także pojawiły się trudności w zapewnieniu miejsc w placówkach dzieciom młodszym, 3- i 4-letnim. Tym bardziej, że dotacja na przedszkolaka jest w przeliczeniu na ucznia znacznie niższa od subwencji oświatowej.
Po trzecie – zdrowa żywność w szkolnych sklepikach i stołówkach. To również przełom. Państwo daje sygnał, że nie jest mu obojętne, z jakich produktów żywnościowych korzystają uczniowie, a ci w mniejszym stopniu zalewani są ofertą śmieciowego jedzenia. Krok ten nabiera znaczenia tym większego, że mamy wśród młodzieży epidemię zagrożeń zdrowotnych, których niewłaściwa dieta jest ważnym – choć bynajmniej niejedynym – czynnikiem sprawczym. Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie, a problemy z uzębieniem są wśród nich powszechne. Oczywiście należy pamiętać, że to nie tylko wysokocukrowa dieta, lecz także ograniczony dostęp do opieki stomatologicznej, jej rynkowo cena (i wycena przez NFZ) oraz częstość z niej korzystania sprawiają, że problemy z próchnicą są tak powszechne wśród nastolatków. Należy również pamiętać, że otyłość ma źródło nie tylko w zbyt dużej ilości śmieciowego jedzenia, ale także w siedzącym trybie życia i niewielkiej aktywności fizycznej. Dlatego mierzyć się z tymi problemami, kosztownymi społecznie i ekonomicznie, należy szerzej. Nawet w obrębie czynnika żywieniowego ważna jest nie tylko oferta szkolnych sklepików czy stołówkowego jadłospisu, ale także uświadomienie dzieci i rodziców w zakresie zdrowych nawyków i płynących z nich korzyści. Sam dobór produktów dopuszczonych do sprzedaży również przyczynia się do wyborów dokonywanych przez dzieci. To także sygnał, że państwo obejmuje ten obszar publiczną troską. Ważne jest jednak, by „nie przedobrzyć”. Przyjęte w zeszłym roku przypisy mogły być jednak zbyt wyśrubowane i po latach wolnej amerykanki jawiły się jako zbyt znaczne ograniczenie, budzące opór rodziców i dzieci. Wydaje się, że bardziej zasadne byłoby tu podejście gradualne, polegające na stopniowym eliminowaniu szczególnie niezdrowych produktów i zastępowaniu ich smacznymi, ale i zdrowszymi, oraz próba wyważenia między walorami zdrowotnymi a smakowymi. Konkretyzacją tego rodzaju dylematów jest aktualny spór o drożdżówkę. Być może, zamiast całkowitego ich wyeliminowania ze szkolnej sprzedaży, sensowniejsze jest zadbanie o ich dopuszczalny skład odżywczy (nad czym właśnie trwają prace) oraz równoczesna eliminacja ze sklepików znacznie bardziej niezdrowych produktów oraz rozszerzenie i uatrakcyjnienie asortymentu owocowo-warzywnego. Takie kompromisowe podejście widać w nastawieniu rządzonego przez Konstantego Radziwiłła Resortu Zdrowia, w którego gestii leży piecza nad standardami żywienia w szkołach. Można więc mieć nadzieję, że program zdrowej żywności nie będzie wycofany – mimo że politycy rządzącej formacji, w tym obecna szefowa MEN, nie szczędzili swego czasu gorzkich słów pod jego adresem – a jedynie rozsądnie modyfikowany.
Po czwarte, jeśli już jesteśmy przy temacie zdrowia uczniów, poprzedni rok przyniósł zmiany w zasadach uczęszczania na zajęcia WF. Wprowadzono dwie rzeczy: regułę, że przy ocenianiu liczy się aktywność, obecność, a nie wyniki w sporcie, a także ograniczenie możliwości uzyskiwania zwolnień lekarskich z ćwiczeń na zajęciach wychowania fizycznego. Kroki te mogły przyczynić się do tego, by udział w zajęciach sportowych był bardziej włączający, także dla tych, którzy dotąd z różnych powodów byli mniej aktywni. Jak czytamy w „Gazecie Wyborczej”: Problem zwolnień z WF-u nie jest wydumany. Jeszcze w 2009 r. w polskich podstawówkach miało je tylko 7,5 uczniów, teraz – ponad 19 proc. W tym samym czasie w gimnazjach ten odsetek wzrósł z 19 do 23 proc., a w szkołach ponadgimnazjalnych – z 24 do 36 proc. Zmiany w tym zakresie to również sprawa pierwszej wagi. Współczesne trendy cywilizacyjne sprzyjają siedzącemu trybowi życia i to nie tylko w czasie nauki/pracy, ale także podczas wypoczynku. Zaszczepienie w dzieciach ruchowej aktywności może choć trochę kompensować godziny spędzone przed komputerem. Dostępne dane są alarmujące i pokazują, że młodzież cierpi na wady postawy i ograniczenia sprawności znacznie bardziej w porównaniu z poprzednimi pokoleniami, gdy te były w podobnym wieku. Jak czytamy w „Gazecie Wyborczej”: ponad 80 procent dzieci ma albo płaskostopie, albo koślawe kolana, albo krzywy kręgosłup. A ich kondycja fizyczna jest coraz gorsza – dzisiejszy 15-latek biega 1000 m o 15s dłużej niż jego rówieśnik w 1989 r.
***
Suma wszystkich wspomnianych kroków sprawia, że społeczna odpowiedzialność systemu oświaty wzrosła. Zapewne nie są one wystarczające. Ponadto dla rozwoju dzieci ważne jest nie tylko to, co dzieje się w murach szkolnych i za pośrednictwem tejże instytucji, ale także okoliczności pozaszkolne. Tym niemniej, szkoła ma za zadanie te warunki współkształtować, a także kompensować ich ograniczenia. Jeśli wsłuchamy się w narrację obecnej władzy, zobaczymy, że kuleje społeczny wymiar myślenia o edukacji. Widać to także po pierwszych przeprowadzonych i zapowiedzianych ruchach. Cofnięcie „reformy sześciolatków” niesie wiele problemów, np. zmniejszenie szans na znalezienie miejsca w przedszkolu dla trzylatków. Likwidacja godzin karcianych może ograniczyć części uczniów dostęp do zajęć pozalekcyjnych. Plan likwidacji gimnazjów również nie niesie realnej obietnicy wyrównywania szans, natomiast stan przejściowości i zagrożenia zwolnieniami nauczycieli nie tworzy dobrego klimatu dla efektywnej pracy z uczniem, zwłaszcza tym z trudnościami. Mając to na uwadze, z obawami spoglądam na tory, na które weszła polityka edukacyjna po ostatnim przesileniu politycznym. Nadaktywność w przewracaniu do góry nogami instytucjonalnych ram polityki oświatowej, a w dalszej kolejności także programu (zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty humanistyczne), może sprawić, że z pola widzenia znikną potrzeby i problemy uczniów w trudnej sytuacji. Warto, byśmy wyciągnęli naukę i przemyśleli to, zanim zadzwoni szkolny dzwonek. Oby był to dzwonek budzący do otwarcia się na realne wyzwania społeczne stojące przed polską szkołą, a także na rozsądne modyfikowanie dokonań poprzedników i podjęcie na nowo problemów, z którymi sobie nie poradzili.
przez Kate Aronoff | wtorek 9 sierpnia 2016 | opinie
Miejsca pracy kontra środowisko naturalne – to stary spór konfrontujący ze sobą związki zawodowe pragnące zapewnić pracę swoim członkom oraz aktywistów protestujących przeciw projektom typu Keystone XL [Kontrowersyjny odcinek rurociągu Keystone prowadzącego z kanadyjskiej prowincji Alberta do stanów Texas i Illinois w USA. Odcinek XL miał się de facto dublować z pierwszym odcinkiem Keystone, przy okazji zagrażając ekosystemom terenów, przez które miał przebiegać. Projekt został ostatecznie odrzucony przez prezydenta Obamę w listopadzie 2015 roku – przyp. tłumacza].
Rozwijający się sektor energii odnawialnej może dostarczyć rozwiązania tego problemu. Przedsięwzięcia z zakresu energii słonecznej i wiatrowej są w stanie dać ludziom pracę, nie zagrażając przy tym planecie. Tylko czy te miejsca pracy będą tak samo przyjazne robotnikom, jak są środowisku?
International Brotherhood of Electrical Workers (IBEW) i związek zawodowy United Steelworkers (USW) pragną zapewnić związkom miejsce w rosnącej w siłę gospodarce niskoemisyjnej. Po dekadach organizowania pracowników w górnictwie, przemyśle rafineryjnym i przedsiębiorstwach użyteczności publicznej, widzą oni nadciągające zmiany. Wprowadzana po latach społecznych nacisków nowa polityka klimatyczna, w połączeniu z siłami rynkowymi, doprowadza do likwidacji rafinerii i elektrowni węglowych, a wraz z nimi miejsc pracy. W ciągu ostatniego roku liczba zatrudnionych przy wydobyciu gazu i ropy spadła o 18 procent, podczas gdy w sektorze energii odnawialnej wzrosła o 6 procent.
O ile są to dobre wieści dla środowiska, to, jeśli chodzi o poziom uzwiązkowienia, cały proces może wpłynąć na jego zmniejszenie. Związkowcy rozpoczęli więc kampanię organizującą pracowników sektora czystej energii. Dane dotyczące reprezentacji związkowej w sektorach energii odnawialnej są skąpe, pochodzą tylko ze źródeł branżowych i różnią się pomiędzy stanami USA. Specjalistka od ekonomiki pracy, Carol Zabin, twierdzi, że na rozwijającym się rynku energii słonecznej w Kalifornii firmy wytwarzające i sprzedające energię odnawialną na skalę przemysłową są tworzone przy pomocy uzwiązkowionej siły roboczej, której zapewniają dobre stawki i dodatkowe świadczenia. Z kolei pracownicy montujący instalacje przydomowe są przeważnie nieuzwiązkowieni i działają w modelu bardziej „elastycznym”, wolnorynkowym. Według National Solar Jobs Census, średnie stawki monterów instalacji słonecznych na skalę przemysłową są o dwadzieścia procent wyższe niż zarobki monterów instalacji przydomowych.
To właśnie instalacje przydomowe są jednym z najszybciej rosnących źródeł energii odnawialnej, co stwarza dobrą okazję dla związków. – Monterzy paneli mierzą się z tymi samymi wyzwaniami, co wszyscy inny nieuzwiązkowieni pracownicy – mówi Maria Somma, dyrektorka ds. organizacyjnych w USW.
Wyzwania te to m.in. stawki niższe od przeciętnych, niepewność pracy, a także brak kolektywnej siły negocjacyjnej, potrzebnej, by zmienić obie powyższe kwestie. Ogólnie zarobki w sektorze energii słonecznej sytuują się znacznie poniżej tych w branży wydobycia i przetwórstwa gazu i ropy, gdzie lata zaangażowania związków zapewniły dobre wynagrodzenia i świadczenia licznym grupom pracowników. Według Bureau of Labor Statistics, mediana stawki godzinowej dla montera paneli słonecznych wynosiła w 2015 roku 18 dolarów, podczas gdy dla operatora rafinerii były to 32 dolary.
Obecnie USW poszukuje sposobów, aby zorganizować pracowników sektora energii odnawialnej w całym kraju. Z uwagi na fakt, że żadna kampania nie została jeszcze oficjalnie ogłoszona, Somma odmówiła jednak podania szczegółów. Wysiłki organizacyjne w tym sektorze napotykają na trzy główne wyzwania: opór ze strony firm z branży i innych pracodawców, rozproszoną geograficznie siłę roboczą oraz samą specyfikę zatrudnienia, które opiera się na outsourcingu i ciągłej zmianie miejsca świadczenia pracy.
– Pracodawca jest pracodawcą, nieistotne, czy jest przyjazny środowisku, czy je zatruwa – mówi Somma. Opowiada, że USW już zaobserwowało, jak firmy z branży energii odnawialnej stosują w odpowiedzi na próby organizowania związków zastraszające praktyki: przymusowe spotkania z przełożonymi, groźby zwolnienia, zatrudnianie doradców antyzwiązkowych.
Pracodawcy mogą także zastosować groźbę outsourcingu: Import gigantycznej turbiny wiatrowej z Chin jest w dalszym ciągu tańszy niż wyprodukowanie jej w USA –mówi Somma. A szefowie nie krępują się zbytnio z przypominaniem o tym pracownikom. Przeciwnicy związków także powtarzają zatrudnionym to samo: Informują, że jeśli pojawi się tu związek, nie jesteśmy pewni, czy będziemy w stanie utrzymać naszą konkurencyjność w branży – wyjaśnia Jerry Kurimski, przedstawiciel międzynarodowy IBEW, które także rozwija organizację w branży energii odnawialnej. – Nie powiedzą „przeniesiemy się w inne miejsce” – bo to nielegalne – ale sugestywnie starają się przekazać taką właśnie informację bez wypowiadania jej wprost.
Zanim Kurimski trafił do waszyngtońskiego biura krajowego IBEW, pracował przy budowie farm wiatrowych. Zauważa, że specyfika takiej pracy pogłębia trudności w organizowaniu się: Na terenie elektrowni wiatrowej o powierzchni kilkuset mil kwadratowych znajduje się od pięciu do dziesięciu pracowników. To tworzy bariery dla budowania więzi i zaufania, które jest potrzebne, aby wygrać trudną walkę z szefami.
Jednak bez silnych związków firmy sektora odnawialnej energii mogą zacząć konkurować tylko w wyścigu na dno. Pracownicy branży już dostali ostrzeżenie: w 2006 roku biuro gubernatora Pensylwanii zabiegało, by Gamesa, hiszpański producent turbin wiatrowych, rozpoczął działalność na jej terenie. Zachęcona federalnymi i stanowymi ulgami podatkowymi firma otworzyła zakłady produkcyjne na terenie całego stanu. Zapewniły one pracę 1200 członkom USW, a jeden z zakładów powstał w nieczynnej od dawna stalowni U.S. Steel. Ale gdy po siedmiu latach skończyły się ulgi, skończyły się także interesy Gamesy w Pensylwanii – a wraz z nimi miejsca pracy. Dzięki łatwości przeprowadzenia outsourcingu, większość produkcji Gamesy odbywa się teraz w Chinach i Brazylii, gdzie koszty pracy są niższe, a regulacje mniej sztywne.
Związkowcy uważają, że subsydia publiczne na rozwój energetyki wiatrowej i słonecznej powinny iść w parze z zabezpieczeniem podstawowych wymogów prawa pracy. Pomiędzy rokiem 2008 a 2014 projekty związane z energią odnawialną otrzymały 24 miliardy dolarów pod postacią ulg podatkowych i innych subsydiów. Jeśli chcą publicznych pieniędzy – mówi Somma – pracodawcy powinni zapewnić dobrze płatne miejsca pracy, a także możliwość tworzenia związków zawodowych.
Pomimo tych wyzwań, Kurimski i Somma są przekonani, że gospodarka stanie się bardziej przyjazna zarówno dla pracowników, jak i dla środowiska. Wielu światowych liderów w końcu zaczęło traktować zmiany klimatu poważnie. Podczas zeszłorocznej konferencji klimatycznej w Paryżu przedstawiciele czterdziestu trzech najbardziej zagrożonych państw podpisali deklarację podkreślającą potrzebę całkowitego odejścia od paliw kopalnych do roku 2050.
Stawka jest wysoka, ale związkowcy z pewnością zadbają, by w gorączce tych zmian pracownicy nie zostali potraktowani przez sektor energii odnawialnej jak produkt jednorazowego użytku.
tłum. Filip Gaweł
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „In These Times” 1 lipca 2016 r.