przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 8 sierpnia 2017 | opinie
Wyobraźcie sobie dwóch badaczy. Jeden z nich jest humanistą, a dokładnie psychologiem społecznym od lat zajmującym się badaniem społeczeństwa polskiego. Drugi to biolog i psycholog analizujący wpływ uwarunkowań genetycznych na różne cechy człowieka. Jak myślicie, który z nich okaże się głosicielem tezy, że ludzkie szczęście determinują przede wszystkim geny?
Jeśli czytaliście wywiad Jacka Żakowskiego z Januszem Czapińskim oraz reakcję Wojciecha Dragana, to wiecie, że pytanie jest podchwytliwe. Czapiński, psycholog społeczny, we wspomnianym wywiadzie opowiada o silnym wpływie genów na nasze szczęście. Stwierdza między innymi, że nikt nie znajdzie więcej szczęścia niż „ma zapisane w genach”. Mówi też o genach indywidualistycznych oraz kolektywistycznych (te drugie mają jego zdaniem np. Chińczycy) oraz o tym, że polityka musi dostosowywać się do genów. Jeśli chodzi o Polaków, to Czapiński głosi, że jesteśmy genetycznie uwarunkowani do budowania „kultury niechętnej eksperymentom i burzeniu istniejących struktur”. Dragan zwrócił uwagę, że tego rodzaju mocne tezy nie mają podstaw naukowych, ponieważ nie istnieje tak silne i bezpośrednie przejście od genotypu do naszych uczuć, poglądów czy zachowań. Wpływy środowiskowe są zbyt ważną zmienną, aby używać genów jako głównego czynnika wyjaśniającego, jaki poziom szczęścia możemy osiągnąć. Nie istnieją również żadne badania naukowe, które potwierdzałyby tezy Czapińskiego na temat wrodzonego konserwatyzmu Polaków i Polek. Innymi słowy, to przesada za przesadą.
Dragan zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz. Tezy Czapińskiego są nie tylko przesadne, ale też niebezpieczne. Mogą bowiem prowadzić do wniosku, że za poczucie niezadowolenia w danym społeczeństwie odpowiadają przede wszystkim nie zjawiska polityczne, np. głębokie nierówności społeczne, lecz czynniki biologiczne. Od takiego wniosku już tylko krok do umniejszania wagi wszelkich reform mających na celu poprawę ludzkiego losu. Dragan ma rację. Coraz większa liczba badaczy przestrzega nas przed tym, że tworzymy społeczeństwa, w których powiększa się przepaść między bogatymi a resztą. Co więcej, bogactwo i bieda są w dużej mierze dziedziczne, nie biologicznie, lecz społecznie: dzieci ludzi bogatych mają nieporównywanie łatwiejszy start w dorosłość niż dzieci ludzi biednych. W takiej sytuacji wypada się zastanowić dwa razy, nim bez odpowiednich dowodów naukowych zaczniemy wygłaszać tezy o genetycznych przyczynach ludzkiego szczęścia lub jego braku, tudzież o takiej lub innej konstrukcji psychicznej społeczeństwa. Możemy się bowiem niechcący (choć w niektórych przypadkach pewnie i chcący) przyczynić do naturalizacji tego, co jest wytworem określonych decyzji politycznych. Dokładnie o tym niebezpieczeństwie pisze William Davies w książce „Happiness Industry”, zrecenzowanej przeze mnie w jednym z poprzednich numerów „Nowego Obywatela”.
Czy to nie zabawne, a jednocześnie zasmucające, że naukowiec zajmujący się na co dzień genami musi pouczać psychologa społecznego o ryzyku związanym z przecenianiem czynników biologicznych kosztem czynników społecznych i politycznych? Co gorsza, dla nikogo, kto śledzi polskie media, ta sytuacja nie powinna być zaskoczeniem – jest ona raczej potwierdzeniem smutnego wzorca. Byłoby rzecz jasna grubą przesadą twierdzić, że wypowiedź Czapińskiego mówi coś szczególnego o polskiej humanistyce jako takiej. Przedstawiciele szeroko rozumianych nauk humanistycznych prezentują bowiem w Polsce przeróżne poglądy. Niesprawiedliwe byłoby też sprowadzanie całego dorobku Czapińskiego do jego nonszalanckich opinii na temat wpływu uwarunkowań genetycznych na nasze szczęście. Jednak trudno nie zauważyć, że gdy idzie o tych przedstawicieli polskiej humanistyki, którzy brylują w mediach, to w przypadku większości ich wypowiedzi powtarza się jeden motyw: całkowite lekceważenie problemów związanych ze współczesnym kapitalizmem oraz nierównościami społecznymi, które on generuje. Kapitalizm i będące jego pochodną stosunki społeczne najczęściej w ogóle nie są brane pod uwagę przez naszych intelektualnych celebrytów. Prowadzi to często do tego, że wygłaszają oni tezy tyleż komiczne, co przerażające.
Weźmy wypowiedź filozofa Tadeusza Gadacza, o której zrobiło się głośno niedługo po wywiadzie Czapińskiego. Zdaniem Gadacza: „jeżeli szkolnictwo wyższe ma być finansowane z budżetu, to studenci powinni mieć zakaz pracy” (cytat za kontem Nowoczesnej na Twitterze). Swój pogląd polski filozof uzasadniał tym, że duża część studentów zaniedbuje obowiązki studenckie, ponieważ chodzi do pracy. Logicznym wyjściem, jego zdaniem, jest zatem zakazać im pracy, gdyż w przeciwnym wypadku marnotrawi się publiczne pieniądze idące na edukację wyższą. Niestety, Gadacz nie zadał sobie kilku pytań, które nasuwają się każdemu, kto zna rzeczywistość większości studentów. Dlaczego tak wielu młodych ludzi musi dorabiać w trakcie studiów? Czy zakaz pracy nie sprawi, że na studia zaczną przychodzić tylko ci, którzy mają odpowiednio bogatych rodziców? Czy nie mamy w kraju poważnego problemu z zapewnieniem młodym ludziom godnego startu w dorosłość? Zamiast tego, Gadacz zachowuje się jak człowiek, który nie słyszał o takich rzeczach, jak umowy śmieciowe, darmowe staże, nierówny dostęp do edukacji czy dziedziczenie kapitału społecznego.
Podobnymi problemami nie zaprzątał też sobie głowy Jan Hartman, gdy publikował w „Gazecie Wyborczej” głośny swego czasu tekst na temat szkoły, pt. „Umarła klasa”. Polski filozof twierdził w nim, że szkolnictwo powszechne to archaiczna i coraz mniej potrzebna instytucja. Bo jeśli ktoś jest leniwy i nie chce się uczyć, to nie ma sensu go zmuszać. Bo nie istnieje już coś takiego jak uniwersalna wiedza. Bo i tak wszystko można znaleźć w Internecie. Doskonałą polemikę z Hartmanem napisał Marcin Zaród, wystarczy zatem przytoczyć jego podstawowe argumenty. Przede wszystkim Hartman, tak jak Czapiński i Gadacz, w ogóle nie bierze pod uwagę kontekstu społecznego. Zaród słusznie zauważa, że dzieci „leniwe” to często dzieci biedne i niedożywione: nie mające ani warunków (w tym tak trywialnych, jak miejsce na odrabianie zadań domowych), ani energii, ani motywacji do podjęcia odpowiedniego wysiłku edukacyjnego. Mówienie o tym, kto się nadaje do szkoły, a kto nie, bez uwzględniania takich czynników, jest przykładem niebezpiecznego bajdurzenia. Nie ma też sensu wychwalanie możliwości, jakie zapewnia Internet, bez uwzględnienia społecznych uwarunkowań jego użytkowników. Internet jest niezwykle zróżnicowanych środowiskiem i bez wcześniejszego nabycia odpowiednich kompetencji kulturowo-społecznych będzie nas on prowadził raczej do kolejnego mema z fake newsem niż do rzetelnych analiz rzeczywistości. Hartman żadnej z tych rzeczy nie dostrzega, a wizja świata wyłaniającego się z jego tekstu to kreskówkowa utopia, w której każdy zdobywa to, na co sobie zasłużył własną pracą.
Jednakże pierwsze miejsce w konkurencji „jak bardzo nie dbam o problemy społeczne wytwarzane przez współczesny kapitalizm” należy się socjologowi Radosławowi Markowskiego za wywiad „Drodzy młodzi, dobrze już było”, opublikowany niepełna rok temu w „Gazecie Wyborczej”. Paradoksalnie, Markowski jako jedyny z wymienionych dotychczas medialnych ekspertów zauważa, że kapitalizm to nie bajka, a gospodarka światowa zmierza w nieciekawym kierunku. Jednak wnioski, jakie wyciąga z tych obserwacji, są zdumiewające.
Polski socjolog zaczyna od wygłoszenia pieśni pochwalnej na temat roli elit w demokracji: „Historycznie to raczej elity socjalizują lud do polityki, gospodarki i kultury. Lud to łyka i potem głosuje w wyborach zgodnie z pomysłami podsuniętymi przez elity. Tak było zawsze i tak będzie. […] W dziejach demokracji nic się nie dzieje bez elit. Ani złego, ani dobrego”. Następnie przechodzi do sedna swojej diagnozy problemów współczesnej polityki, a jednocześnie propozycji, jak możemy sobie z nimi poradzić.
Warto przytoczyć dłuższy cytat, aby w pełni pojąć, co mówi Markowski: „Powód, dla którego w większości krajów europejskich mamy problem z populizmem, zwłaszcza zaś ze wzrostem oczekiwań, bierze się stąd, że elity zaniechały odpowiedzialnej socjalizacji obywateli do realiów nowego świata. Kiedy się patrzy na różne badania, widać, że europejska część gatunku Homo sapiens uwierzyła pochopnie, że stały wzrost PKB w granicach 2-4 proc. to jest norma i będziemy coraz bardziej, niemal liniowo, bogacić się także w przyszłości. Niestety, mam złą wiadomość, zwłaszcza dla młodych ludzi w Europie: nie będziecie żyć coraz lepiej, będziecie mieli dużo szczęścia, jeśli zachowacie obecny poziom życia, a najlepiej zacząć się przygotowywać do tego, że będzie wam gorzej niż pokoleniom żyjącym po II wojnie światowej. Mówią o tym wszyscy odpowiedzialni demografowie i ekonomiści – takie są makrozjawiska, na które nie będzie można poradzić. Zamiast nakręcać obietnice, należy rozpocząć edukacyjne prace nad niwelowaniem ludzkich aspiracji. W przeciwnym razie skończymy otoczeni sfrustrowanymi masami. Niestety nie usłyszycie tego od nieodpowiedzialnych polityków – oni jeszcze do tego nie dorośli”.
Gdyby to komuś umknęło: Markowski twierdzi, że największym problemem współczesnej polityki jest to, że „masy”, w tym ludzie młodzi, chcą mieć lepiej, a przynajmniej nie gorzej niż dotychczas. To przez takie fanaberie głosują nie na tych, co trzeba. Jako rozwiązanie tego problemu polski socjolog proponuje szeroką akcję edukacyjną (ktoś mniej życzliwy mógłby to nazwać zbiorowym praniem mózgów), której celem ma być wytłumaczenie krnąbrnemu ludowi, że „dobrze już było”. Gdy masy pogodzą się ze swoim losem, to przestaną podskakiwać i buntować się przeciw starym partiom liberalnym. Zapanuje powszechny spokój, a neoliberałowie będą mogli dalej rządzić.
Markowski twierdzi, że o podobnych rzeczach mówią „wszyscy odpowiedzialni demografowie i ekonomiści”. Jest to zdecydowanie zbyt skromne postawienie sprawy. Markowski nie docenia swojego oryginalnego wkładu w ich analizy. Prawdą jest, że liczni badacze zauważają, iż wzrost gospodarczy na dotychczasowym poziomie jest z wielu względów nie do utrzymania. Pisze o tym między innymi Thomas Piketty. Jednakże badacze ci wyciągają z tej analizy inne wnioski niż polski socjolog. Na przykład wspomniany Piketty mówi o potrzebie wprowadzenia globalnych zmian podatkowych, które zapobiegną pogłębianiu się nierówności społecznych. Pozostali badacze, podobnie jak francuski ekonomista, podkreślają, że nie możemy sobie dłużej pozwolić na świat rządzony przez bogaczy i międzynarodowe korporacje, świat, w którym tak niewielu ma tak wiele, a reszta walczy między sobą o resztki z pańskiego stołu. Duża część z nich dodaje, że dotychczasowy model kapitalizmu uległ wyczerpaniu. Do tego dochodzi troska o zmiany klimatyczne wywoływane modelem wzrostu opartym na niszczeniu środowiska. Gdy idzie o źródła popularności prawicowego radykalizmu, to wiele pisze się o zawodzie, jaki sprawiły partie liberalne oraz o braku porządnej alternatywy lewicowej. Jak widać, diagnoz i prognoz nie brakuje, jednakże pomysły w rodzaju tych wyznawanych przez Markowskiego – „edukowanie” ludzi, że mają się pogodzić z obniżaniem standardu życia – rzadko przedostają się do domeny publicznej. Dlatego Markowski nie powinien chować oryginalności własnej myśli za autorytetem innych badaczy.
Richard Rorty, znany amerykański filozof, miał bardzo romantyczną wizję humanistów. Uważał, że ich głównym zadaniem jest wywoływanie w młodzieży niepokoju, namawianie do buntu wobec zastanych zasad społecznych i skłanianie do postępu moralnego. Niestety, duża część medialnych gwiazd polskiej humanistyki widzi sprawę inaczej. Zamiast inspirować, poucza. Zamiast ujawniać niesprawiedliwości społeczeństwa kapitalistycznego, lekceważy je lub, co gorsza, próbuje naturalizować. Zamiast nieść nadzieję, narzeka na zły lud. Duża w tym „zasługa” mediów głównego nurtu, które nie kwapią się do poszukiwania na uniwersytetach idei mogących naruszyć ich dobre samopoczucie. Mówimy o tych samych mediach, które później z przerażeniem ogłaszają, że polska demokracja jest zagrożona i każdy porządny człowiek powinien jej bronić. Pytanie, jak długo ludzie zechcą bronić niedoskonałej wersji demokracji, którą budowaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat, jeśli będą słyszeli, że „dobrze już było”.
dr Tomasz Markiewka
przez Piotr Wójcik | środa 2 sierpnia 2017 | opinie
Teorie spiskowe i inne tego rodzaju niestworzone historie to zjawisko funkcjonujące od lat. Tkwiły one sobie spokojnie na marginesie debaty publicznej, zainteresowani je zgłębiali, poszukujący śmiechu czytali je „dla beki”, a reszta społeczeństwa miała o nich mgliste pojęcie. Jednak w ostatnim czasie, w ramach modnej walki z poprawnością polityczną, wpuszczono te opowieści z krypty wprost do głównego nurtu debaty. Ludzie mają prawo wiedzieć, mówili. Chyba nie chcecie wprowadzać cenzury, pytali retorycznie. Efektem zgody na to, że można mówić wszystko, jest zupełny bajzel w informacyjnej przestrzeni publicznej. Teorie wyssane z palca funkcjonują w najlepsze w dyskursie, roszcząc sobie prawo do bycia równorzędnym partnerem z teoriami przemyślanymi i podpartymi danymi. Narobiły bałaganu i teraz człowiek musimy ich wysłuchiwać, przedzierać się przez ich treści i wykonywać czasochłonne czynności w celu odcedzenia tez i poglądów pełnowartościowych, tj. mających przynajmniej jakiekolwiek uzasadnienie. A ich autorzy najczęściej są w doskonałych humorach, uważając się za dyspozytorów wiedzy, która do tej pory była tajemna, lecz dzięki ich staraniom ma do niej dostęp „zwykły obywatel”, bo to w jego interesie jest ona ujawniana. No przecież.
Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka myślą nad wyjazdem do Polski
Jedną z takich teorii jest zbliżająca się rzekomo do Polski wielkimi krokami fala uchodźców z… zachodniej Europy. Mowa głównie o „rodowitych” Francuzach, Skandynawach czy Niemcach, którzy mają mieć już serdecznie dosyć obaw o swoje bezpieczeństwo i podobno to właśnie Polska jawi im się jako wymarzony raj wolny od islamskiego terroryzmu. Nieoceniony Stanisław Janecki w niedawnym numerze „wSieci” opublikował tekst „Azyl Polska”, w którym możemy przeczytać, że „wkrótce Polska może mieć problem nie z imigracją z Ukrainy, lecz z napływem dobrze wykształconych i sytuowanych mieszkańców Zachodu”. Zamożni zachodni Europejczycy, bojąc się o swoje bezpieczeństwo, tysiącami zjawią się nad Wisłą, dzięki czemu unikną niechybnej śmierci z rąk islamskiego zamachowca.
Żeby w ogóle brać pod uwagę tak absurdalną hipotezę, do dużych zamachów musiałoby na zachodzie UE dochodzić chyba co tydzień. W 2016 r. w zamachach w UE (a dokładnie w Belgii, Francji i Niemczech) zginęło w sumie 141 osób. To oczywiście o 141 za dużo, ale prawda jest taka, że ten akurat rodzaj śmierci to zupełna nisza. Dla trzech wymienionych krajów wskaźnik śmiertelności z powodu ataku terrorystycznego wynosi niecały 0,1 przypadków na 100 tys. mieszkańców. Dużo bardziej prawdopodobne jest to, że ktoś wpadnie po pijanemu do jeziora i utonie.
Potraktujmy jednak teorie publicysty „wSieci” poważnie. Być może rzeczywiście wskaźnik śmiertelności dla innych rodzajów przedwczesnej śmierci jest na tyle podobny, że drastycznie wyższa, choć wciąż mikroskopijna, możliwość śmierci w zamachu robi różnicę. Być może rzeczywiście nasz kraj może być bezpieczną przystanią dla Szwedów uchodzących z ich kraju „trawionego przez wojnę domową”. Czyżby Polska miała potencjał, by stać się schronieniem dla udręczonych i uciekających przed śmiercią przedstawicieli starej Unii?
Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka uciekają przed śmiercią do Polski
Generalnie najpowszechniejszymi przyczynami przedwczesnej śmierci są rak, choroby serca, śmierć w wypadku samochodowym oraz samobójstwo. Zamach terrorystyczny nie doczekał się jeszcze osobnej kategorii, bo jak zostało wyżej powiedziane, są dziesiątki bardziej prawdopodobnych rodzajów przedwczesnego zgonu. Aby nie dłubać w liczbach o wartościach kilku setnych, posłużymy się większą kategorią, czyli śmiercią z powodu morderstwa – w której oczywiście zawierają się osoby zabite w zamachach. I rzeczywiście, oglądając statystyki morderstw można dojść do wniosku, że Polska to dosyć bezpieczny azyl w Europie. Wskaźnik śmiertelności w tym przypadku wynosi w Polsce 0,75 ofiary na 100 tys. osób. W Niemczech trochę więcej – 0,81, a w Szwecji rocznie zabijana jest nieco ponad jedna osoba na 100 tys. mieszkańców. Najgorzej jest we Francji i Belgii – we Francji prawdopodobieństwo śmierci z powodu zabójstwa jest dwa razy wyższe niż w Polsce (1,53/100 tys. os.), a w Belgii rocznie giną niemal 2 osoby na 100 tys. obywateli. Nieźle, chyba Stanisław Janecki ma rację – szczególnie z perspektywy Belgii i Francji ucieczka do Polski jawi się jako atrakcyjna propozycja. W końcu kto by nie chciał dwukrotnie zmniejszyć prawdopodobieństwa swojego zgonu z powodu morderstwa? Belgijka, Francuz, Niemiec i Szwedka pakują więc manatki i zabierają się do Polski. Już niedługo przekroczą granicę.
Szwedka ginie w wypadku samochodowym
Niestety nasza kochana czwórka naczytała się bzdur autorstwa polskich publicystów i nawet nie zdaje sobie sprawy, że z perspektywy jej bogatych krajów trafiła do prawdziwego piekła. Nasi goście jeszcze nawet nie wysiądą z samochodu, a już prawdopodobieństwo ich śmierci drastycznie rośnie. W Polsce w wypadkach samochodowych rocznie ginie 7,7 osoby na 100 tys. mieszkańców. To szósty najwyższy wynik w UE. Dla Szwedki to kosmos – dla niej ryzyko rośnie niemal trzykrotnie (2,7 ofiary/100 tys. os.). Dla Niemca „tylko” prawie dwukrotnie (4,3), dla Francuza (5,2) i Belgijki (6,5) już nie aż tak bardzo, ale wciąż wyraźnie. I trzeba zauważyć, że mówimy tutaj już o poziomach wyraźnie wyższych niż w przypadku morderstwa, które nawet w Belgii jest 3 razy mniej prawdopodobne niż śmierć w wypadku. Zatem tu dwukrotnie większe ryzyko realnie robi znacznie większą różnicę. A naprawdę wysokie wskaźniki dopiero przed nami.
Oczywiście zawsze można powiedzieć, żeby nasi goście nie jechali samochodem – niech przylecą i na miejscu niech trzymają się z dala od środków transportu samochodowego. Niestety ich sytuacja niewiele się poprawi. Jak wyliczyła Politechnika Warszawska, w latach 2009-2013 w Polsce w wypadkach samochodowych zginęło 3,4 pieszych na 100 tys. mieszkańców. Biedna Szwedka (0,47), nawet nie zdaje sobie sprawy, że w Polsce 7 razy bardziej ryzykuje śmierć pod kołami rozpędzonego auta, niż w bezpiecznym kraju ojczystym. Niemiec ryzykuje 5 razy bardziej, a Belgijka ponad 4 razy. No i niestety, podczas uroczej wizyty w Sandomierzu Szwedkę potrącił 17-letni Volkswagen Golf, jeżdżący po drodze tylko dlatego, że szwagier kierowcy podpisał mu lewy przegląd. Poniosła śmierć na miejscu.
Francuz umiera na raka płuc
Śmierć w Polsce czai się nie tylko na drodze, ale też w powietrzu. Zanieczyszczenie powietrza w naszym kraju zupełnie nie przystaje do standardów „upadających” krajów zachodniej UE. Co trzeci mieszkaniec polskich miast jest narażonych na zbyt wysokie stężenie pyłów PM10. W Szwecji i Francji jest ich proporcjonalnie dwa razy mniej. W Niemczech i Belgii jedynie co piąty mieszczanin ma podobny problem.
Smogowy koszmar, z którym mamy do czynienia każdej zimy, odbija się na zdrowiu Polaków. I wszystkich innych, którzy tutaj żyją. Widać to chociażby po statystykach zgonów na raka płuc. W Polsce wskaźnik śmiertelności z powodu tego rodzaju raka wynosi 68,4 przypadki na 100 tys. osób. W Niemczech i Francji wskaźnik umieralności na raka płuc jest o 25% niższy niż w Polsce, a w Belgii „jedynie” o 10%. W Szwecji wskaźnik śmiertelności na raka płuc jest nawet prawie dwa razy niższy. A trzeba pamiętać, że teraz już rozmawiamy o naprawdę wysokich prawdopodobieństwach, w przeciwieństwie do tych mikroskopijnych wskaźników dotyczących morderstw i zamachów. W przypadku raka płuc dwukrotnie wyższy wskaźnik, jak między Polską i Szwecją, czyni już gigantyczną różnicę – to wręcz przepaść.
No i niestety, przekonał się o tym Francuz. Po 15 latach wdychania krakowskiego powietrza zachorował na raka płuc i umarł. Jego nieprzystosowane do wdychania smoły płuca szybko poddały się intruzowi. Biedak, nie doczekał się nawet emerytury. Choć może to i dobrze, w końcu byłaby to polska emerytura.
Belgijka schodzi na zawał
Stanu polskiej służby zdrowia nikomu opisywać nie trzeba. Pracownicy opieki medycznej robią, co mogą, a często nawet więcej, jednak za takie pieniądze po prostu lepiej się nie da. A te pieniądze w proporcji do PKB są jednymi z najniższych na świecie. Nic więc dziwnego, że nasza opieka medyczna jest klasyfikowana na poziomie Bałkanów. Według indeksu EHCI Polska służba zdrowia jest na 31. miejscu w Europie – czyli piątym od końca. Udało nam się wyprzedzić Czarnogórę, Albanię, Rumunię i Bułgarię. Nie trzeba chyba dodawać, że służby zdrowia w krajach świeżo upieczonych zachodnioeuropejskich uchodźców są na drugim końcu skali – najwyżej jest belgijska (5. miejsce).
Oczywiście nieciekawy stan naszej służby zdrowia odbija się na śmiertelności. Widać to szczególnie w chorobach kobiecych – nad Wisłą prawdopodobieństwo śmierci na raka szyjki macicy jest czterokrotnie wyższe niż we Francji oraz 2,5-krotnie wyższe niż w Szwecji, Belgii i Niemczech. Rak szyjki macicy to jednak dość rzadki powód przedwczesnego zgonu. Problem w tym, że różnicę w opiece medycznej widać przy dużo bardziej „popularnych” chorobach – np. chorobach serca, które są jedną z najpowszechniejszych przyczyn śmierci. W Polsce wskaźnik śmiertelności z przyczyny choroby serca wynosi 140 zgonów na 100 tys. mieszkańców. We Francji jest on prawie trzykrotnie niższy, a w Belgii dwukrotnie.
No i niestety przekonała się o tym nasza Belgijka. Od pewnego czasu zaczęło ją pobolewać w klatce piersiowej. Zamierzała pójść do lekarza, jednak podczas rejestracji okazało się, że najbliższy wolny termin do kardiologa jest za trzy miesiące. Machnęła więc na to ręką i „olała” temat. Niestety podczas kolejnej kłótni ze swoim przełożonym-tyranem miała zawał – nie udało się jej uratować.
Niemiec popełnia samobójstwo
Polska rzeczywistość ekonomiczno-społeczna jest wyjątkowo nieprzyjazna. Co ciekawe, pomimo że nie ma u nas islamistów, a ta garstka muzułmanów, która nam się jakimś przypadkiem trafiła, jest zupełnie umiarkowana i dobrze się zintegrowała. A mimo to nadwiślańska rzeczywistość nie uśmiecha się jakoś bardzo miło, raczej szczerzy kły. Niskie płace, niska stabilność zatrudnienia, niewydolne instytucje niechroniące obywateli – nic dziwnego, że pod względem wskaźnika samobójstw bijemy inne kraje na głowę. Szczególnie wśród mężczyzn – samobójstwa odpowiadają za 33 zgony na każde 100 tys. Polaków. Mężczyźni w Niemczech zabijają się 2,5 razy rzadziej, a w Szwecji i Francji prawie dwa razy rzadziej. W Belgii wskaźnik samobójstw wynosi 23 zgony na 100 tys. mieszkańców, jest więc niemal o jedną trzecią niższy.
My się już zdążyliśmy przyzwyczaić i nawet nauczyć przybierać dobrą minę do tej fatalnej gry. Jednak dla uchodźcy z zachodniej Europy polska rzeczywistość ekonomiczno-społeczna musiałaby być niemałym szokiem. Niestety nasz Niemiec dał się naciągnąć na zainwestowanie pieniędzy w lipny instrument finansowy, na którym stracił oszczędności życia. Aby wyjść z kłopotów finansowych, wziął kilka krótkoterminowych pożyczek, w efekcie czego wpadł w spiralę długów. A gdy jego szef po raz piąty w krótkim czasie wywindował „targety” do wyrobienia, uchodźca znad Renu załamał się – pewnego dnia po prostu się powiesił.
Tak, w Polsce prawdopodobieństwo śmierci w zamachu jest de facto zerowe. Jeśli nie jesteśmy gangsterami, nie musimy komuś oddać sporek kwoty za narkotyki, albo nie zajmujemy się stręczycielstwem, na 99,99% nikt nas nie zamorduje. Wskaźnik śmiertelności w przypadku morderstwa jest w naszym kraju nawet 2-3 razy niższy niż w niektórych krajach zachodniej Europy. Problem w tym, że nawet w tych krajach ten wskaźnik jest mikroskopijny, więc nawet i trzykrotna różnica jest zupełnie niezauważalna. Tymczasem w przypadku najpowszechniejszych przyczyn przedwczesnej śmierci prawdopodobieństwo zgonu jest w naszym kraju nawet kilka razy wyższe niż w zamożnych krajach UE.
Żeby w takiej sytuacji twierdzić, iż Polska mogłaby być bezpieczną przystanią dla mieszkańców „starej UE”, trzeba być albo matematycznym analfabetą, albo wyimaginowanym husarzem, albo publicystą automatycznie klepiącym wierszówki. Owszem, Francuza nad Wisłą nie dopadnie żaden islamista – za to jest dużo bardziej prawdopodobne, że wpadnie pod ciężarówkę. Zresztą nawet jeśli uda mu się uniknąć wypadku, zawału albo raka płuc, to zawsze jeszcze może umrzeć ze śmiechu – oglądając TVP Info.
Piotr Wójcik
przez Aleks Eror | wtorek 25 lipca 2017 | opinie
Nigdy nie pojmowałem trendów rynku gastronomicznego. Oczywiście rozumiem to, jak funkcjonują, ale nie chwytam kierujących nimi zasad. Jak jedzenie może stać się modne? Jakim sposobem konkretna żywność może być „na fali”, a za chwilę wypaść z łask? Jeśli mowa o rynku tekstylnym i jego modach – projektant może zaproponować coś nowego pod względem estetycznym, co na chwilę „chwyci”, zanim w końcu stanie się na tyle dostępne i popularne, że zainteresowanie użytkowników poszybuje w stronę Następnego Wielkiego Trendu. Rozumiem to. Jednak jedzenie to co innego. Ostatnimi czasy na przykład niesłychanie modnym produktem spożywczym jest jarmuż. Po jego spożywaniu poznamy hipstera równie skutecznie, jak po krzaczastej brodzie i ścianach zbudowanych z surowych cegieł – a przecież jarmuż istniał od zawsze i zawsze był dla nas dostępny. Dlaczego zatem nagle jest o wiele bardziej modny niż 10 lat temu?

Oczywiście to pytanie przynajmniej w części retoryczne: jarmuż jest trendy, ponieważ jedzą go modni ludzie, czyli 20- i 30-latkowie o kosmopolitycznym nastawieniu, którzy mają wielu obserwujących na Instagramie i umieszczają na swoich profilach w mediach społecznościowych cieszące oko zdjęcia modnych posiłków, przyrządzonych z modnych składników wolnych od piętna firmy Monsanto. Czasami jedzą tak ze względów zdrowotnych, czasami nie. Tak czy owak – to absurd.
Jeżeli mieszkacie w największych miastach Zachodu i jesteście choć odrobinę rozeznani w obecnie panujących chwilowych modach, prawdopodobnie rozumiecie, co mam na myśli, pisząc, że żywność może być „na fali”. Tak, jak wspomniałem – jarmuż jest na fali. Tosty z avocado? Zdecydowanie na fali. Komosa ryżowa może trochę pachnie rokiem 2012, ale i ona zdecydowanie mieści się w tej kategorii. Zielone warzywa liściaste? To po prostu ferrari wśród jarzyn. Może i mamy do czynienia z jakąś sekretną kampanią promującą żywność, której istnienia nie jestem świadomy, ale widzę pewną prawidłowość – zazwyczaj tego typu produkty trafiają na szczyty popularności, gdy przedstawiciele świadomej wartości rozsądnego odżywiania, obeznanej z mediami klasy średniej, odkrywają którąś z mniej znanych zdrowotnych korzyści ich spożywania i nagle zaczynają się nimi ponad normę objadać.
Najświeższe trendy kulinarne są nieuchronnie podchwytywane przez działy lifestyle’owe wielkomiejskich czasopism, co wykładniczo zwiększa ich popularność. Zanim się zorientujemy, są już wszędzie wokół i dyskutuje się o nich w taki sposób, że jeśli ich nie znasz, czujesz się jak ostatni kołtun kulinarny. Jest w tym niejaka ironia: chociaż afekt wobec tych produktów żywnościowych jest często uważany za wykładnik kosmopolitycznego wyrafinowania, ma on także ciemną stronę, o której rzadko się wspomina. Mimo że pokarmy te reprezentują tak zwany liberalny styl życia, ich rosnąca popularność ma często destrukcyjny wpływ na ubogie społeczności, które tradycyjnie na nich polegały. Koncepcja „trendy jedzenia” może brzmieć absurdalnie, ale jest prawdziwa – tak samo, jak prawdziwa jest gentryfikacja żywności.
Weźmy na przykład komosę ryżową. To południowoamerykańskie zboże po raz pierwszy pokazał mi przyjaciel-hipis, który lubi spędzać weekendy na wałęsaniu się na bosaka po angielskich wsiach oraz opowiadaniu bez cienia ironii o „energii” i „wszechświecie”. W niektórych częściach Peru i Boliwii, gdzie zboże to jest uprawiane od kilku tysiącleci, komosa jest fundamentem lokalnej diety, tak samo, jak ryż w Azji czy chleb w Europie. Ale to właśnie skok popytu ze strony Europy Zachodniej sprawił, że jej cena pomiędzy 2006 a 2013 rokiem wzrosła trzykrotnie.
Pod koniec tego okresu komosa osiągnęła w Limie cenę wyższą niż mięso kurczaka, a wizja lukratywnych sum, jakie można było zarobić na eksportowaniu jej do dobrze sytuowanych krajów zamorskich, sprawiła, że zapasy na miejscu zaczęły się kurczyć. To zaś zmusiło lokalną ludność do wydawania pieniędzy na tańsze, importowane zachodnie jedzenie o niskiej wartości odżywczej, ponieważ nie mogła sobie pozwolić na wiele więcej. To tyle na temat hippisowskich ideałów powszechnej miłości.
Podobne wnioski można wyciągnąć na przykładzie rosnącej popularności zielonych warzyw liściastych, które znienacka stały się ulubionym pożywieniem amerykańskich „klas paplających”. Zielenina ta do tej pory była pokarmem warstw ubogich i używano jej do gotowania głównie na Południu USA, gdzie służyła za podstawę kuchni społeczności afroamerykańskich. Za nagłą popularnością nieuchronnie nadszedł wzrost cen, sytuując znane od lat warzywo poza zasięgiem ekonomicznym tych, którzy do tej pory jedli je z konieczności, a nie z powodu hipsterskiej obsesji bycia „autentyczną” klasą robotniczą. Wielu czarnych komentatorów otwarcie protestowało przeciwko temu trendowi i nazywało go – ponownie – gentryfikacją żywności.
Kolejny superpokarm [ang. super food – żywność, której przypisuje się nadzwyczajne wartości zdrowotne i odżywcze – przyp. tłum.] uwielbiany przez kawiorową lewicę z Zachodu, to awokado. Wysokie zapotrzebowanie na ten produkt, jak i spore zyski, które za tym idą, doprowadziły do problemu wylesienia w Meksyku, gdzie rolnicy ze stanu Michoacan wycinają lasy sosnowe i jodłowe, by zrobić miejsce pod uprawy awokado. Ponadto, ponieważ sady z uprawami tej rośliny potrzebują dwa razy więcej wody od lasów, które wycięto, by je tam posadzić, następuje swoisty efekt domina – lokalne uprawy i żyjące w okolicy zwierzęta zostają pozbawione wody. Kolejny problem to fakt, że awokado jest odpowiedzialne za wzrost przestępczości: na przykład w Nowej Zelandii złodzieje włamują się na farmy z uprawą tej rośliny i odsprzedają dalej owoce, które zdołają ukraść; w Meksyku zaś kartele narkotykowe, takie jak Knights Templar, grabią lokalnych rolników uprawiających awokado i wymuszają od nich haracze. Ten rodzaj przemocy, tak jak i przemoc związana z handlem narkotykami, nie jest napędzany przez samo istnienie żywności, o której mówimy, lecz przez zapotrzebowanie na nią ze strony Pierwszego Świata. Popyt sprawia, że produkty te stają się opłacalne, a pogoń za zyskiem pozostawia ślad w postaci lekkomyślnego i przemocowego zachowania.
W tym wszystkim tkwi okrutna ironia. Liberałowie z klasy średniej, którzy chodzą na brunche do wegańskich kafejek i wrzucają na Instagram ujęcia swoich sałatek z komosą i tostów z awokado, prawdopodobnie uważają, że ich wybory dietetyczne świadczą o przyrodzonej otwartości umysłu – podczas gdy są one nowoczesną formą kolonializmu. Tak, jak Brytyjczycy grabili Indie z herbaty i przypraw, tak i owe współczesne układy popytu i podaży wykorzystują finansowy argument, jakim posługują się kraje rozwinięte, przeciwko biedzie i desperacji tych, którzy pozbawieni są jakiejkolwiek władzy. Oczywiście to wymiana ekonomiczna, trudno zatem mówić o okropieństwach czasów niewolnictwa, jednak nadal oznacza to czystą eksploatację. Pieniądze po prostu owijają ją w cywilizowany woal i dają nam pigułkę na uspokojenie sumień.
Aleks Eror
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej highsnobiety.com w październiku 2016 r.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 18 lipca 2017 | opinie
Wizja dojrzałych elit odsyła nas nie tylko do ich normatywnego rozumienia, ale także do związanych z tym oczekiwań społecznych. Być może określenie „dojrzałe elity” jest pleonazmem – intuicja podpowiada, że elitarność wymaga dojrzałości: postaw, postrzegania i wypełniania zobowiązań, pewnego smaku kulturowego, ale też etycznej troski i obywatelskiej empatii, którą po staroświecku nazwę wrażliwością społeczną. Jest to pewne założenie, wynikające wprost ze społecznikowskiej, jeszcze dziewiętnastowiecznej rodzimej tradycji, której toposy wnikliwie opisał Bohdan Cywiński na kartach „Rodowodów niepokornych”. Ale nikt nie gwarantuje, że elity będą właśnie takie.
Można też zaproponować znacznie prostszą definicję elit, ująć je jako nadający ton życiu danego państwa establishment w jego różnorakich odsłonach: od politycznych, przez medialno-kulturowe, po biznesowo-ekonomiczne. Wówczas elity, z reguły wewnętrznie skonfliktowane ze względu na rozbieżności wszelkich możliwych interesów, będą przede wszystkim środowiskiem dysponującym znaczącą władzą, wpływami na struktury rzeczywistości i „wysokim prestiżem”, który służy choćby jako instrument legitymizacji poczynań własnych i popleczników. W tej sytuacji pytanie o dojrzałość elit nabiera innego kontekstu: nie będziemy dyskutować o ich pryncypiach etycznych i misji społecznej, ale np. o kompetencjach biznesowych, prawnych czy administracyjnych. A i dla tych można przyjąć różnorakie kryteria.
Oto dwie wizje elit: po pierwsze pojmowanych zgodnie z kanonem społecznikowskim, bardzo ważnym dla naszego inteligenckiego etosu, choć współcześnie jest to raczej mit, niźli rzeczywistość; po drugie definiowanych jako establishment, który często chce nas przekonać do swoich technokratycznych kompetencji, nawet gdy bywają one wątpliwe, a działania elity są wprost szkodliwe dla dobrostanu państwa i społeczeństwa. Żeby skomplikować obraz: te sposoby postrzegania elit mogą się przenikać czy to w praktycznym działaniu, czy to na gruncie wyobrażeń i oczekiwań społecznych. Ponadto te dwa sposoby rozumienia i funkcjonowania elit mogą ze sobą nie współgrać. Przecież establishment nie musi być kompetentny. A z pewnością nigdy nie jest nieomylny. Zaś jego władza i znaczenie mogą wynikać z wielu czynników, ukrytych przed oczami opinii publicznej.
Tęsknota za elitami
W Polsce wciąż toczy się spór o elity – w sposób mniej lub bardziej uświadomiony przez opinię publiczną. Nie bez powodu do języka potocznego przeniknęły takie określenia, jak „prawdziwe elity” czy „łże-elity”. Tego typu pojęć nierzadko używa się interesownie: mają deprecjonować znaczenie przeciwnika/przeciwników ideowopolitycznych, skonfliktowanych z nami grup interesów itp. Ale równocześnie jest w tych określeniach pewnego rodzaju – zupełnie zrozumiała – tęsknota za elitami postrzeganymi nie tylko jako przemożna grupa wpływu, rozumianymi nie tylko jako establishment, ale właśnie jako „wspólnota troski”. Elity, które się troszczą, robią to mądrze, są odpowiedzialne i perspektywicznie patrzą na rzeczywistość – to pewien ideał obecny w wyobrażeniach społecznych. Równocześnie często wyrażamy tęsknotę za „prawdziwymi elitami”, myśląc o niedowładzie i mankamentach przeróżnych sfer rodzimej rzeczywistości: od edukacji, przez funkcjonowanie sądów, po system ochrony zdrowia. To pokazuje, że dostrzegamy instytucjonalny i strukturalny charakter rzeczywistości i konieczność troski o ten wymiar realnej polskości – choć tak często pogrążeni jesteśmy w licznych partykularyzmach, wsobnościach i chorobliwym antyetatyzmie duszy polskiej.
Na marginesie: w ciągu ostatnich lat miałem okazję częściej uczestniczyć w różnego rodzaju spotkaniach/warsztatach/panelach, w których dyskutowano o różnych aspektach funkcjonowania polskiego państwa. I nawet gdy wskazywano na dobrze działające instytucje lub przyzwoity czy dobry poziom finansowania, zwracano uwagę na kwestię niezwykle ważną w kontekście niniejszych rozważań: brak ewaluacji podejmowanych działań, myślenia poprzez długofalowe cele, holistycznego oglądu działań np. w sferze kultury czy systemu opieki zdrowotnej. To nie jest tylko problem braku czy nieumiejętności kadr, ale szerokiego konsensusu dotyczącego „taniego państwa”, które oszczędza szczególnie na niższych piętrach swojego funkcjonowania, a przez to wikła się w rozliczne konflikty wynikające z fasadowości i doraźności podejmowanych działań. Tymczasem, jeśli mówimy o elitach przez pryzmat ich dojrzałości, to właśnie one powinny uruchomić instytucjonalną wyobraźnię: marzenia nie muszą wykluczać trzeźwości działań i sądów. Osobom, które nie rozumieją powyższych zdań, szczerze polecam książkę „Przedsiębiorcze państwo. Obalić mit o relacji sektora publicznego i prywatnego”, pióra Mariany Mazzucato, ekonomistki z Uniwersytetu w Sussex, doradczyni ekonomicznej Komisji Europejskiej i rządów Brazylii, Niemiec i Finlandii.
Elity nie tylko dla metropolii
Spójrzmy nieco uważniej na sytuację obecną. Mamy do czynienia z elitami transformacyjnymi, które dziedziczą przynajmniej kilka tradycji, czasem sprzecznych. Część elit, dziś rocznikowo na ogół najstarsza, pamięta i zachowała więź z przedwojennymi środowiskami inteligenckimi i społecznikowskimi. Wyższy kapitał kulturowy, nierzadko sprzęgnięty z lepszą sytuacją ekonomiczną, gwarantował im nie tylko lepszą pozycję społeczną. Tego rodzaju elity (bardzo skrótowo, za ich reprezentantów i reprezentantki uważam choćby premiera Jana Olszewskiego, Zofię Romaszewską, śp. senatora Zbigniewa Romaszewskiego, małżeństwo Joannę i Andrzeja Gwiazdów) cechowała czy cechuje właśnie wrażliwość społeczna, obywatelska i państwotwórcza, która pozwalała im negować pewne „oczywistości” polskiego modelu transformacji – na czele z jego szokowymi paradygmatami. Tego rodzaju elitarność oznacza również zdolność do dostrzegania nie tylko interesów metropolii, wielkomiejskich, stołecznych, ale dostrzeżenie także potrzeb prowincji i peryferii, a także interesów i potrzeb gorzej sytuowanych warstw społecznych. Jej elementy, co daje pewną nadzieję na przyszłość, odnajdziemy wśród reprezentantów przeróżnych grup zawodowych i środowisk ideowych.
Ale ta historia ma i ciemniejsze strony. Niestety, w dużej mierze elity transformacyjne, które ukształtowały się w ciągu ostatnich dekad istnienia naszego państwa, są wsobne i skupione na realizacji własnych interesów. Pole gry elit, tak to ujmijmy, często nie współgrało z potrzebami i faktycznymi wyzwaniami społecznymi: stąd, na przykład, stygmatyzujący nierzadko opis polskiej wsi/prowincji, szczególnie w pierwszych latach transformacji; stąd też dość bezrefleksyjne przekonanie, że wyłącznie mechanizmy rynkowe są odpowiedzią na wyzwania społeczne w transformacyjnym świecie; stąd też znaczne dysproporcje między czasem i uwagą poświęcaną rzeczywistości metropolitarnej i peryferyjnej w opiniotwórczych mediach wszelkiego typu i bodaj wszelkich odcieni ideowych. Stąd też niemal zupełna wieloletnia bezradność koncepcyjna wobec wykrwawiającej nasz potencjał, liczonej już w milionach, emigracji zarobkowej z Polski. Stąd również fascynacja polaryzacyjno-dyfuzyjnym modelem rozwoju państwa i wzrostu dobrobytu społecznego, który można dziś podsumować krótko: nie udało się dzięki niemu zbudować silnej i szerokiej klasy średniej, a jedynie „klasę średnią na kredyt”. Z reguły ten brak zainteresowania wieloma kwestiami społeczno-gospodarczymi albo ograniczenie recept do kanonu radykalnie liberalnych gospodarczo tez tłumaczono właśnie względami merytorycznymi. Do dziś bardzo mocno pokutuje pogląd, że wartościowe poznawczo i funkcjonalnie są tylko te strategie, które wiążą się z praktykami i teoriami różnych odcieni neoliberalizmu.
Jakich elit potrzebujemy?
Dziś już widać wyraźnie, że potrzebujemy elit, które będą łączyły najlepsze cechy społecznikowskie z merytorycznymi umiejętnościami myślenia i działania. A równocześnie muszą to być elity państwotwórcze, które nie zrezygnują ani z wizji, ani z pragmatyki. Nie oznacza to, że mają być skrajnie etatystyczne czy centralistyczne. Państwo i społeczeństwo buduje się przecież na różnych poziomach realności, ale z całą pewnością polskość potrzebuje dziś solidnej struktury państwowej. Nasz byt nie może być wieczną prowizorką, dziś fundowaną na chorobliwym antyetatyzmie albo na kiepskim etatyzmie. To właśnie elity mogą budować efektywną architekturę państwa, która będzie odpowiadała zarówno na wyzwania ekonomiczne, jak i demograficzne, to elity mogą na różnych poziomach rzeczywistości pomagać negocjować między interesami przeróżnych, naturalnych przecież, grup konfliktu, a także zapobiegać procesowi coraz dalej postępującego w Polsce rozwarstwienia. Tak, to normatywny opis. Ale bez niego pozostanie nam tylko cynizm, skrajna prywata albo „dojutrkowość” realnej polskości i wieczna ucieczka w coraz bardziej wsobne narodowe mitologie lub ksero-modernizacyjne wzorce.
Krzysztof Wołodźko
Tekst powstał na kanwie wystąpienia na Kongresie Obywatelskim jesienią 2016 r.
przez Hamzah Khalique-Loonat | wtorek 11 lipca 2017 | opinie
Dzień przed meczem Liverpool kontra Southampton pojawiły się pogłoski, że na stadionie Anfield ma zostać wywieszony transparent z Jeremym Corbynem. Ta wiadomość wywołała u wielu osób mieszane uczucia. Gdy jednak go zaprezentowano, szybko okazało się, że „transparent z Jeremym Corbynem” to tak naprawdę transparent dotyczący socjalizmu, który widziany był już w tym sezonie na Anfield. Dla niektórych transparent był znakiem dumy, inni byli nim zażenowani, a duża część młodszych fanów FC Liverpool nie rozumiała, co polityka i lider partii laburzystów mają wspólnego z meczem Liverpoolu przeciwko Southampton.
Żeby to zrozumieć, należy przyjrzeć się społecznej, gospodarczej oraz politycznej historii Wielkiej Brytanii i Liverpoolu.
Rejon Liverpoolu od zawsze miał związki z partią laburzystowską, a w jego okręgach wyborczych od lat 60. wygrywali kandydaci tego ugrupowania. Te związki umocniły się w latach 80., gdy Margaret Thatcher sprowokowała nienawiść do siebie i swojej partii w Liverpoolu oraz w wielu rejonach północnej Anglii i Szkocji. Podczas pierwszej kadencji Thatcher wprowadziła reformy, w efekcie których drastycznie wzrosły poziomy bezrobocia i inflacji w całym kraju. Ta monetarystyczna „terapia wstrząsowa” spotkała się z dużym sprzeciwem, w wyniku czego w marcu 1981 r. wskaźnik zadowolenia z przywództwa Thatcher wynosił tylko 16%.
Między kwietniem a czerwcem 1981 r. w Toxteth i innych rejonach kraju wybuchły zamieszki, w których został użyty gaz łzawiący, ponad 500 osób aresztowano, a jedna zginęła pod kołami wozu policyjnego.
W 1985 r. stopa bezrobocia wzrosła do ponad 20% i znów rozpoczęły się zamieszki. Północna Anglia nie skorzystała na reformach gospodarczych rządu Margaret Thatcher, których pewne pozytywne efekty dały się odczuć głównie na południu Anglii, szczególnie w Londynie – było to wynikiem transformacji gospodarki od opartej na pracy fizycznej ku opartej na usługach.
Sama ta spuścizna wystarczyła, żeby mieszkańcy Liverpoolu polubili laburzystów. Miasto było również siedzibą walczącego odłamu partii, który organizował masowe protesty przeciwko cięciom budżetowym wprowadzanym przez rząd. W słynnej wypowiedzi kanclerz Geoffrey Howe zasugerował Margaret Thatcher, że Liverpool powinien zostać poddany „kontrolowanemu upadkowi”, sprzeciwił się też inwestycjom publicznym w regionie tego miasta, ponieważ uważał je za marnotrawstwo środków.
Piłka nożna była swoistą pociechą dla społeczności Liverpoolu w tamtym okresie – ich kluby dominowały w Anglii lat 80. Między 1979 a 1990 rokiem Liverpool zdobył osiem tytułów mistrzowskich w lidze, a Everton kolejne dwa. FC Liverpool zdobył również Puchar Europy w 1981 i 1984 r.
Mimo że relacje między partią konserwatystów a społeczeństwem Liverpoolu były oziębłe, wciąż istniała jeszcze szansa na ich ocieplenie – jednak szansę tę zaprzepaściła ostatecznie rola, jaką odegrał rząd podczas tragedii na Hillsborough w 1989 r. Po otrzymaniu sprawozdania lorda Taylora na temat tego wydarzenia, Thatcher stwierdziła, że ona i jej rząd nie są w stanie zaakceptować w pełni ustaleń raportu, jako że jej zdaniem odniósł się on zbyt krytycznie do działań policji.
Według byłego ministra spraw wewnętrznych z ramienia laburzystów, Jacka Straw, to właśnie nastawienie Thatcher do policji oraz jej przyzwolenie na rozwój i trwanie „kultury bezkarności” w służbach mundurowych były pośrednią próby zatuszowania faktów w kwestii tragedii na Hillsborough. W 2012 r. premier David Cameron oświadczył przed Izbą Gmin: „W czasie powstawania raportu Taylora ówczesna premier została poinformowana przez osobistego sekretarza, że, cytuję, »bliska oszukańczej« postawa wyższych funkcjonariuszy policji z South Yorkshire wydawała się mu »przygnębiająco znajoma«”. Zauważył on też, że w raporcie znajdowało się zdanie o braku podstaw do twierdzenia, iż „władze próbowały cokolwiek ukryć”. Jednak zdaniem społeczności Liverpoolu rząd w 1989 r. nie poświęcił wystarczająco dużo wysiłków na zbadanie, co naprawdę się wydarzyło, a ponadto nie zwalczał obiegowych opinii mówiących, że kibice Liverpoolu nie tylko zachowali się nieodpowiedzialnie, ale wręcz „jak kryminaliści”, jak pisał brukowiec „The Sun”. Minister John Major przeprosił w 2013 r. za to, że nie nakazał przeprowadzenia dochodzenia w sprawie tragedii, ale do tego czasu wizerunek konserwatystów jako „wstrętnej partii” zadomowił się już w wyobraźni mieszkańców Liverpoolu.
Obecnie w hrabstwie Merseyside znajduje się sześć z dziesięciu rejonów zdominowanych tradycyjnie przez laburzystów: Liverpool Waton, Knowsley, Liverpool West Derby, Bootle, Liverpool Wavertree oraz Liverpool Riverside.
Wróćmy teraz do Jeremy’ego Corbyna oraz jego znaczenia dla wielu spośród mieszkańców Liverpoolu. Spora część z nich uważa, że to wcielenie laburzysty starej daty. Jest człowiekiem z zasadami, uczęszczał do szkoły państwowej i nie należy do westminsterskiej elity wykształconej w Oxfordzie lub Cambridge. Ponadto w ciągu całej swojej kariery parlamentarnej sprzeciwiał się on neoliberalnym ideom, które przyśpieszyły proces gospodarczej zapaści w północnej Anglii, a jednocześnie utożsamia się z nimi wielu młodych polityków partii laburzystów.
Jego szczere przywiązanie do socjaldemokracji przemawia do mieszkańców Liverpoolu, rejonu z bardzo silnym poczuciem przynależności do społeczności oraz niezłomną wiarą w założenia systemu wartości podzielanych przez Corbyna. Jego przemowa w 2013 r. dotycząca tragedii na Hillsborough zawierała wszystko, co osoby domagające się sprawiedliwego traktowania 96 ofiar chciały usłyszeć z ust rządu od 1989 r. – otwarte potępienie fałszywej narracji promowanej przez brukowce typu „The Sun” oraz słowa wsparcia dla rodzin osób zmarłych. Corbyn mówił:
Dziś, po 27 długich latach, 96 ofiar tragedii na Hillsborough i ich rodziny doczekały się sprawiedliwości. Najmłodsza ofiara, Jon-Paul Gilhooley, miała tylko 10 lat, a najstarsza, Gerard Bernard Patrick Baron – 67 lat. Poszli oni na mecz jako kibice, tacy jak my, 15 kwietnia 1989 r., ale nigdy nie wrócili do swoich rodzin.
Składam hołd rodzinom i przyjaciołom wszystkich ofiar tragedii – jak też innym mieszkańcom miasta – za ich pełną pasji i godności kampanię prowadzoną przez prawie trzy dekady.
Dzisiaj ich walka o prawdę i sprawiedliwość zostaje zrehabilitowana.
Po tragedii na Hillsborough wielu przedstawiało ofiary oraz kibiców LFC jako pijanych chuliganów i złodziei.
Wnioski z dochodzenia pokazują, że to oszczerstwa – zachowanie fanów nie spowodowało ani nie przyczyniło się do tragedii, zostają oni oczyszczeni z jakichkolwiek zarzutów.
Ci, którzy przybyli na półfinał 27 lat temu, byli niewinnymi ofiarami – nadszedł czas, żeby osoby, które propagowały te obrzydliwe i złośliwe kłamstwa przyznały, iż głęboko zraniły tym dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi, oraz by zostały pociągnięte do odpowiedzialności.
Rola polityki i rządu jest zapewne bardziej odczuwalna w Liverpoolu niż w innych miastach kraju. Żadne inne miasto nie zjednoczyło się w jednej sprawie na tak długo jak mieszkańcy Liverpoolu w sprawie tragedii na Hillsborough. W tym kontekście nie dziwi obecność flagi z Jeremym Corbynem na stadionie.
Pamiętajmy, że ten sam klub wywiesił transparent z Billem Shanklym, Bobem Paisleyem, Joe Faganem, Kennym Daglishem i Rafą Benitezem w pozach takich, jakie przyjęli Marx, Engels, Lenin, Stalin i Mao na wszystkim chyba znanej grafice.
Socjalizm zadomowił się w Liverpoolu, co wyjaśnia do pewnego stopnia, czemu Corbyn i John McDonnell znaleźli się na Anfield w tamtą niedzielę. Jednak debata, która odbyła się na Twitterze, sięga o wiele głębiej. Skupiła się mianowicie na tym, czy na Anfield i ogóle w sporcie powinno być miejsce na politykę.
Argument przeciw jest taki, że kluby oraz ich fani to ludzie z całego świata, o różnych rasach, religii, płci, o różnych przekonaniach politycznych itd.
Czy kluby piłkarskie powinny więc być neutralne politycznie? Faktem jest, że nie są, co więcej, nie istnieje powód, żeby były. Kwiat maku, na przykład, był na początku symbolem pamięci o poległych w pierwszej wojnie światowej – teraz symbolizuje życie wszystkich ludzi, którzy polegli walcząc za Wielką Brytanię. Dla wielu symbol ten jest wyjątkowo obraźliwy. Imperium Brytyjskie było zaangażowane w niewypowiedzialne formy okrucieństwa, których ofiarami stawali się ludzie na całym świecie. Również wydarzenia z XX wieku, takie jak Krwawa Niedziela czy budzące silny sprzeciw społeczny wojny w Iraku i Afganistanie, nie przysparzają rządzącym popularności, zwłaszcza gdy na jaw wychodzą długofalowe konsekwencje tych historycznych wydarzeń.
Każdego sezonu James McClean, irlandzki piłkarz, poddawany jest surowej krytyce za nieprzypięcie symbolicznego maku do koszuli, a jednak mniej niż 10 lat temu takie samo stanowisko demonstrowały i Liverpool, i Manchester United. Mak ma oczywiste znaczenie polityczne, a opinia publiczna zmusiła kluby do zajmowania postaw konformistycznych wobec takich akcji. Dlatego przekonanie, że Corbyn nie powinien pojawić się na Anfield, ponieważ sport i polityka wykluczają się, należałoby uznać za fałszywe. Sport i polityka od zawsze wiązały się ze sobą.
Sport pozwalał ludziom marginalizowanym w społeczeństwie na protest przeciwko niesprawiedliwości. Wiele z najsłynniejszych momentów w sporcie zrodziło się z takiej właśnie motywacji. Jako przykład można podać Johna Carlosa i Tommy’ego Smitha wykonujących gest Czarnej Siły (Black Power) na Olimpiadzie z 1968 r. w trakcie odgrywania amerykańskiego hymnu lub (to już trochę świeższa historia) Colina Kaepernicka klęczącego na znak protestu przeciwko traktowaniu Afroamerykanów w USA.
FC Barcelona jest chwalona i szanowana za swoje przywiązanie do Katalonii, z katalońskimi paskami, które widnieją na odzieży oraz sprzęcie, w podobny sposób jak płomienie Hillsborough są motywem w wizerunku Liverpoolu. Flagi Katalonii są zawsze widoczne na Nou Camp w czasie meczów – chęć niezależności od rządu, który dopuścił się ucisku na swoich obywatelach, jest częścią dziedzictwa kulturowego Katalończyków tak, jak socjalistyczne ideały, które definiowały podejście Billa Shankly’ego do życia i klubu odzwierciedlają się w działaniach Liverpoolu.
Nie znaczy to jednak, że ludzie z prawicowymi przekonaniami nie mogą kibicować Liverpoolowi czy innym tradycyjnym klubom z północy – kluby piłkarskie są otwarte dla wszystkich. Jednak podstawy socjaldemokracji i partia laburzystów znaczą wiele dla tożsamości i kultury miasta Liverpool i dla klubu FC Liverpool ze względu na wydarzenia ze współczesnej historii. Fani z całego świata powinni to zrozumieć i uszanować, ponieważ historia tego dziedzictwa sięga głęboko i dotyka wielu z nich osobiście.
Hamzah Khalique-Loonat
Tłumaczyła Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się w maju 2017 r. na stronie internetowej worldfootball.indec.com.
przez Tomasz S. Markiewka | środa 5 lipca 2017 | opinie
Polscy liberałowie lubią przedstawiać się jako odpowiedzialni Europejczycy i światowcy. Cały ich program polityczny można sprowadzić do stwierdzenia: niech będzie u nas tak, jak jest na Zachodzie. Dotyczy to w szczególności niezbyt wyszukanej wersji centro-liberalizmu, która dominuje w Polsce od czasów transformacji („odrzucamy zarówno prawicowe, jak i lewicowe wybryki, kochamy wolny rynek”). Paradoks polega na tym, że płytkość myśli naszych liberałów ujawnia się najbardziej właśnie wtedy, gdy zaczynają się wypowiadać na temat Europy, świata czy mitycznego Zachodu. Szybko okazuje się bowiem, że ich wyobrażenia są zbudowane nie na skomplikowanej rzeczywistości, lecz na bajce, szczególnie popularnej w latach 90.
Jej treść sprowadza się do kilku haseł: kapitalizm oznacza wolność, wolny rynek oznacza demokrację, zachodnie elity polityczne i finansowe są obrońcami lepszego świata, a instytucje takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy to neutralne placówki naukowe promujące obiektywne procesy gospodarcze. Jedyną pociechą polskich liberałów jest to, że na prawo od nich bywa jeszcze głupiej. Wierzy się tam bowiem w bajkę o chrześcijańskiej Polsce otoczonej przez upadający pod ciężarem grzechów politycznej poprawności Zachód. Tylko co to za radość dla ludzi, którzy chcieliby debaty politycznej na wyższym poziomie?
O jakości polskiej myśli liberalnej przypomniał niedawno niezastąpiony Tomasz Lis, który po niespodziewanym sukcesie Partii Pracy w wyborach brytyjskich, nazwał jej lidera, Jeremy’ego Corbyna, „komuchem”. Wtórował mu Cezary Michalski z „Newsweeka”, próbujący w swoim powyborczym tekście zrobić wszystko, aby w głowach czytelników i czytelniczek słowo „Corbyn” zlało się ze słowem „populizm”. Tymczasem na wymarzonym Zachodzie do Corbyna w ostatnich miesiącach zaczęli przekonywać się nawet ludzie tacy jak Roger Cohen – publicysta „New York Timesa”, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że ma radykalnie lewicowe poglądy. Umiarkowany wzrost sympatii do szefa Partii Pracy wśród części zachodniej opinii publicznej nie wynika z jej nawrócenia na lewicowe wartości, lecz z tego, że ma ona przynajmniej minimalne pojęcie o problemach, z jakimi zmagają się współczesne kraje rozwinięte. A są to: rosnące nierówności, coraz bardziej kłująca w oczy nieskuteczność polityki oszczędności, doprowadzone do horrendalnych rozmiarów wpływy wielkiego biznesu oraz niewiarygodność politycznych elit. Cohen i jemu podobni mogą nie podzielać lewicowych recept Corbyna, ale przynajmniej widzą, że odnoszą się one do istniejących problemów i nie da się dłużej pisać o polityce tak, jakby u rządów nadal byli Tony Blair i Gerhard Schröder.
Jednak większość „odpowiedzialnych Europejczyków” z naszego kraju nadal żyje w świecie starej bajki, która ukształtowała Polskę w trakcie transformacji. W tej bajce politycy tacy jak Corbyn są komunistami lub – nowa nazwa wcielonego zła – populistami. Niezależnie od tego, czy nasi liberalni centryści wypowiadają się na temat wyborów na Wyspach, międzynarodowych traktatów handlowych, problemów Stanów Zjednoczonych, czy wyzwań, przed którymi stoi Unia Europejska – powracają w ich wypowiedziach te same motywy wzięte z lat dziewięćdziesiątych. Ze wszystkich przykładów obrazujących ubogość politycznych analiz polskich liberałów na czoło wybija się ich stosunek do Grecji zmagającej się z ogromnym długiem publicznym.
O greckich problemach było w naszym kraju stosunkowo głośno przez chwilę, gdy tamtejszy rząd negocjował z Trojką (Komisja Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Centralny) warunki pomocy. Teraz mało kto zajmuje się tym tematem. Na Zachodzie, do którego tak wzdychają liberalne elity, wciąż się jednak o nim dyskutuje, szczególnie wśród intelektualistów. Kryzys Grecji stał się bowiem symbolem kryzysu całej Unii Europejskiej, a w szczególności strefy euro. Po tym, jaki stosunek ma dana osoba do tarć na linii Grecja-Trojka, można rozpoznać jej poglądy na temat przyszłości zjednoczonej Europy. Dlatego warto przypomnieć sobie, co nie tak dawno temu wypisywali o greckich problemach polscy „specjaliści” lubiący stylizować się na liberalnych obrońców zdrowego rozsądku, i porównać to z opiniami części zachodnich ekspertów.
Tomasz Lis z problemów Grecji wyciągnął proste przesłanie: nieodpowiedzialni Grecy wydawali zbyt dużo, wpadli w długi i muszą za to zapłacili. Nie można żyć ponad stan, nie można zamiatać problemów pod dywan, nie można w nieskończoność okłamywać siebie i innych, nie można wierzyć w ordynarne kłamstwa i puste obietnice polityków. Rachunki bowiem tak czy owak w końcu trzeba zapłacić. Im później, tym wyższe – pouczał. W podobnym duchu wielokrotnie wypowiadał się Cezary Michalski, oskarżając rząd Syrizy, który próbowała wynegocjować lepsze warunku z Trojką, o – jakżeby inaczej – populizm.
Lisa i Michalskiego łączy również to, że obaj traktowali przykład Greków jako przestrogę dla Polski. Na zasadzie: zobaczcie, co się dzieje, gdy władzę przejmują nieodpowiedzialni populiści. W okolicach 2015 r. motyw „Strzeżcie się greckiej ścieżki” nieustannie powracał w wypowiedzieć komentatorów politycznych. Doktor habilitowany Radosław Markowski tłumaczył w Radiu TOK FM, że Ryszardowi Petru jak na tacy podano możliwości wypromowania swojego ugrupowania. On może palcem wskazywać na greckie przykłady, czego nie wolno robić, by kraj nie popadł w zapaść gospodarczą. W tej samej stacji Renata Kim przestrzegała, że grecki kryzys powinien być dla nas lekcją i nawoływała polityków do gospodarczej odpowiedzialności.
Najlepiej o sile tej (neo)liberalnej opowieści świadczy to, z jakim samozadowoleniem powtarzali ją politycy teoretycznie reprezentujący lewicowe poglądy. Andrzej Celiński miał o Grecji do powiedzenia tyle, co Tomasz Lis. Tsipras [premier Grecji] wygrał, bo naobiecywał Grekom, że rachunki ich ułomnej ponad miarę demokracji zapłacą inni. A dlaczego mieliby płacić? – dopytywał w jednym z felietonów. I dodawał: Dobrze życzę Grecji. Życzę jej zerwania z populizmem. Pogonienia Syrizy. Zanim będzie za późno.
Na zadane przez Celińskiego pytanie, dlaczego inni mają płacić za Grecję, padło w ciągu ostatnich lat kilka sensownych odpowiedzi (w większości były one już znane, gdy polski polityk pisał swój tekst). Jednym z odpowiadających był Janis Warufakis, kiedyś minister finansów Grecji, a dziś lider DiEM 25 – międzynarodowego ruchu na rzecz demokratyzacji Unii Europejskiej. Jako że Warufakisowi można zarzucić stronniczość, skupmy się tylko na faktach, które trudno podważyć. Przede wszystkim zauważa on, że likwidacja dużej części długów, o którą prosił rząd grecki, nie jest niczym niezwykłym w historii Europy. Gdyby nie zdecydowano się taki gest wobec Niemiec po II wojnie światowej, to zarówno gospodarka niemiecka, jak i prawdopodobnie europejska miałyby się dzisiaj o wiele gorzej. Kiedyś w imię długofalowych interesów potrafiliśmy wyjść poza bezwzględne myślenie typu „długi muszą być spłacane”, więc dlaczego nie dziś? Podobnie sądzi Thomas Piketty, autor słynnego „Kapitału w XXI wieku”. Działania Niemiec i Francji wobec Grecji nazywa wprost hipokryzją oraz „historyczną amnezją”.
Co więcej, przypomina Warufakis, do powstania niespłacalnych długów potrzeba dwóch stron: pożyczkobiorcy oraz pożyczkodawcy. Czemu karany ma być tylko ten pierwszy? Czy banki, które w pogoni za jak największymi zyskami udzielały nieodpowiedzialnych pożyczek, nie powinny ponieść odpowiedzialności? Tym bardziej, że duża część pieniędzy, jaką dostają Grecy od instytucji europejskich w zamian za bolesne reformy, tak naprawdę trafia ostatecznie nie do nich, lecz do ich wierzycieli. Czy francuskie i niemieckie banki byłyby gotowe dzielić się swoimi zyskami z greckim społeczeństwem, gdyby ich ryzykowne transakcje się opłaciły? Czy nie powinno nas niepokoić, że kto inny czerpie korzyści z nieodpowiedzialnych pożyczek, a kto inny ponosi ich koszty?
Kolejną cegiełkę do tej argumentacji dorzuca Mark Blyth, ekonomista z Brown University. Jak zauważa, narzucona Grecji polityka cięcia wydatków publicznych nie dotyka w równym stopniu całego społeczeństwa. Biedniejsi odczuwają ją o wiele mocniej niż bogatsi, bo ich byt w znacząco większym stopniu zależy od sprawnego państwa. Bajka o rozrzutnych Grekach i wspaniałomyślnej Europie, gdy spojrzeć na nią krytycznym okiem, szybko zamienia się w historię o najmniej zamożnej części społeczeństwa greckiego, która musi płacić za interesy ubijane przez elity jej kraju ze światem finansjery. Warto dodać, że kolejną grupą społeczną cierpiącą na obecnej sytuacji są młodzi Grecy, dopiero wchodzący na rynek pracy. Z powodu recesji bezrobocie wśród nich osiąga rekordowe rozmiary.
Na tym nie koniec. Istnieje szeroki konsensus, że narzucona Grecji drakońska polityka oszczędności oraz spłacania długów jedynie pogarsza sytuację zarówno jej, jak i całej Europy. Piszą o tym i Warufakis, i Piketty, i Blyth, i Paul Krugman, i Joseph Stiglitz. Nawet wśród współautorów programu „pomocowego” dla Grecji narasta przekonanie, że popełniono błąd. Christine Lagarde, szefowa MFW, przyznała, że narzucenie Grekom restrykcyjnej polityki zaciskania pasa było złym rozwiązaniem i należałoby przemyśleć cały plan pomocowy od nowa. Na początek trzeba umorzyć część greckich długów.
Wielu ekonomistów uważa też, że kłopoty Grecji obnażyły błędy konstrukcyjne samej waluty europejskiej. Zarówno Stiglitz, jak i Piketty przekonują, że kraje strefy euro powinny mieć wspólny dług, aby zapobiec niestabilnościom wywoływanym przez to, że państwa będące najsłabszym ogniwem są narażone na wysokie oprocentowanie własnych należności. Wspólny dług oznacza większą odporność na spekulacje rynkowe i wahania koniunktury. Innymi słowy, strefa euro może działać tylko wtedy, gdy najsilniejsi będą wspomagać najsłabszych, a nie gdy będą im narzucać niszczące rozwiązania w celu ratowania własnych banków – przekonują Stiglitz i Piketty. Zresztą, jak argumentuje ten drugi, jeśli mamy traktować deklaracje o zjednoczone Europie serio, a nie jako retoryczny trik, to dotychczasowy system jest bezsensowny. Najbardziej absurdalne jest to, że długi europejskie z roku 2015 są w większości długami wewnętrznymi, tak jak w 1945 roku – pisze Piketty. – Banki francuskie mają udziały w długach Niemiec i Włoch, niemieckie i włoskie instytucje finansowe posiadają dużą część długów Francji itd. Jeśli jednak rozważymy strefę euro jako całość, jesteśmy winni pieniądze sami sobie. Stiglitz, Piketty oraz Warufakis sądzą również, że Unia Europejska musi odrzucić dogmat o skuteczności mechanizmów wolnorynkowych i wypracować silne polityczne narzędzia pozwalające na skuteczne przeciwstawienie się najsilniejszym graczom na rynku. To zaś wymaga między innymi reformy Europejskiego Banku Centralnego oraz demokratyzacji europejskich instytucji, a także większej integracji politycznej.
Nie trzeba się zgadzać ze wszystkimi opiniami wymienionych ekonomistów, warto jednak docenić, że wychodzą w swoich tezach poza powierzchowne rozpoznania o leniwych i nieuczciwych Grekach. Widać, jak dalece odmienna jest ich perspektywa od połajanek Lisa, Michalskiego czy Celińskiego. To różnica między ludźmi, którzy myślą o Europie na serio, a tymi, którzy traktują ją jako poręczne hasło służące do walenia po głowie politycznych przeciwników. Między tymi, którzy patrzą na skomplikowaną rzeczywistość, a tymi, którzy odwołują się do neoliberalnych mitów. Między tymi, którym naprawdę zależy na budowaniu wspólnej i solidarnej Europy, a tymi, którzy wolą uprawiać politykę moralnej wyższości.
dr Tomasz Markiewka