„Solidarność” do lamusa?

Na początek garść cytatów.

Andrzej Walicki, „Łagowskiego zmagania z PRL” (2008): „(…) antykomunizm »Solidarności« okazuje się w gruncie rzeczy protestem przeciwko zdradzie komunizmu przez władze państwowe. Tym samym upaść musi mit »Solidarności« jako fundamentu nowej, niekomunistycznej Polski. Robotnicza »Solidarność« (którą odróżnić należy od jej inteligenckich doradców) okazuje się nie początkiem kapitalistycznej Polski, w której żyjemy, lecz raczej tragicznym zakończeniem historii PRL. »Solidarność« należy do tej historii jako klasyczna próba powrotu do źródeł – buntu robotników przeciwko realnie istniejącemu państwu w imię obietnic danych klasie robotniczej w oficjalnej ideologii tegoż państwa”.

Jarosław Kaczyński w rozmowie z Teresą Torańską, z wywiadów zebranych w „My” (1994): „Nawet gdybym nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiałbym tutaj rządzić, to bym z »Solidarnością« jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało. Ponieważ ten monstrualny ruch, ze względu na swój charakter i konstrukcję także organizacyjną, do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu, oraz był z samego założenia, w swoich intencjach, ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nieprzystający do gospodarki wolnorynkowej. (…) Zapewniam cię, że gdyby w 1989 r. »Solidarność« miała siłę z 1981 r. to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”.

Robert Kuraszkiewicz, „Polityka nowoczesnego patriotyzmu” (2010): „Realne uporządkowanie polskiej polityki według osi »Solidarność« – Sojusz Lewicy Demokratycznej sprawiło, że nie wykształciły się silne obozy społeczno-polityczne, które byłyby odzwierciedleniem sympatii ideowych polskiego społeczeństwa. Mimo licznych prób, żadne z ugrupowań prawicowych nie potrafiło zbudować długofalowego programu i zaplecza społecznego dla własnej polityki. W krytycznym momencie jedynym punktem odniesienia dającym nadzieję na wygraną było odwołanie do »Solidarności«. W ten sposób dopracowaliśmy się oryginalnego na skalę światową ugrupowania prawicowego, którego przywódcami de facto byli działacze związkowi. Nie udało się również zbudować żadnego ugrupowania polskiej lewicy, która przecież dysponowała wielkim demokratycznym i patriotycznym dziedzictwem. Dopiero upadek paradygmatu »Solidarności« w wyniku kompromitacji rządów AWS, a następnie radykalne osłabnięcie  formacji postkomunistycznej stworzyło przestrzeń dla porządkowania polskiej polityki według podziałów społeczno-ideowych. Nie bez znaczenia był również upływ czasu, który zdezaktualizował wiele niedawno jeszcze gorących sporów. Dzisiaj z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że »Solidarność«  nie będzie już w przyszłości wyznacznikiem prawicowości. A prawica będzie musiała odnaleźć nowy sztandar”.

Paweł Rojek, „Semiotyka Solidarności. Analiza dyskursów PZPR i NSZZ Solidarność w 1981 roku” (2009): „Spór o Solidarność ma ogromne konsekwencje polityczne i tożsamościowe. Jeśli ten ruch – jak sugerują zwolennicy »o odzwierciedleniu«– miał rzeczywiście totalitarny charakter, to odwołanie się do niego na scenie politycznej może dziś budzić tylko niepokój, a pamięć o jego bohaterach jest w nowoczesnym społeczeństwie zbędnym balastem. Solidarnościowy »styropian« jest bowiem wart tyle samo, co partyjny »beton«. przekonanie, rozpowszechnione w latach dziewięćdziesiątych wśród elit postkomunistycznych i częściowo postsolidarnościowych, przesądziło przypuszczalnie o tym, że wpływ idei Solidarności na ustrój polityczny III Rzeczypospolitej był znikomy, a za prawdziwy początek nowego porządku uznaje się rok 1989, a nie 1980.(…) [Jeśli jednak] idee ruchu nie są wytworem sowieckiego panowania, myślenia totalitarnego i kolektywizmu, to mogą znaleźć miejsce także w społeczeństwie demokratycznym. Co więcej, wydaje się, że nadają się one do roli fundamentu wspólnoty politycznej o wiele bardziej niż niektóre idee promowane po 1989 roku”.

Powyższe wypowiedzi ukazują wieloaspektowość i niejednoznaczność bilansu „Solidarności”. Andrzej Walicki, konserwatysta, liberał, źle jednak widziany przez wiele środowisk prawicy, jest obok Bronisława Łagowskiego reprezentantem chyba najbardziej krytycznego sposobu oceny tego ruchu. „Komunizm »Solidarności«” to właściwie obelga w ustach autora „Marksizmu i skoku do królestwa wolności”. Bardziej frapująca wydaje się być opinia Jarosława Kaczyńskiego. Mocna teza, przedstawiona w rozmowie z Teresą Torańską u zarania III RP pokazuje, jak szybko część postsolidarnościowych elit potraktowało „Solidarność” jako rzecz zaprzeszłą. Kaczyński stwierdza bez ogródek: „Solidarność” była niepluralistyczna (mocno kontrowersyjna teza), a w wymiarze gospodarczym antywolnościowa, czyli z perspektywy konserwatywno-liberalnej nieetyczna. Ten pogląd też jest zresztą dyskusyjny. Można jednak przyjąć, że – tak różni od siebie – Walicki i Kaczyński przedstawili w swoich wypowiedziach pewien obiegowy, nieźle zakorzeniony pogląd na ruch, który stał się zarzewiem zmiany systemowej i źródłem etosu sporej części współczesnych polskich elit.

Jednak najbardziej interesujące wydaje się zrozumienie i ewentualne sfalsyfikowanie tezy Roberta Kuraszkiewicza. Oto potrzebny jest nowy paradygmat polityczny, gdyż wyczerpał się ten ufundowany na sporze postsolidarność-postkomunizm. Jest to, zdaniem autora „Polityki…” spór, który wyczerpał swoją żywotność, konflikt w dzisiejszych realiach nieefektywny i anachroniczny. Dlaczego? Ponieważ nie przynosi żadnej realnej wizji nowoczesnej polskiej polityki, nie można na nim zbudować odpowiedniej dla współczesnej Polski bazy, odzwierciedlającej faktyczne problemy ekonomiczne, ustrojowe. Polityczny koniec AWS , kompromitacja i wycieńczenie SLD, obecna hegemonia PO i PiS miałyby zamknąć „postsolidarnościowy” rozdział w dziejach III RP. Kres „Solidarności”, przynajmniej w jej wymiarze najbardziej pragmatycznym, powiązanym z historią zmierzchu PRL i nastania III RP, ma stać się szansą dla nowego opisu, bardziej przystającego do realiów i funkcjonowania podmiotów politycznych na arenie państwa. „Solidarność” jest passé. Więcej: solidarnościowy paradygmat jest szkodliwy, ponieważ uniemożliwia wyjście poza dyktaturę post-polityki, mediokracji, sporów, którym kształt nadają sztaby specjalistów od marketingu politycznego, które same w sobie nie służą rozwiązywaniu rodzimych bolączek, a jedynie ich maskowaniu.

Istnieje jednak pewien szkopuł co do możliwości zdetronizowania owego paradygmatu. Wiąże się on zarówno z kwestią post-polityki, jak i z pytaniem o dziedzictwo „Solidarności”, które w opinii najmłodszego z cytowanych tu autorów, Pawła Rojka, redaktora krakowskich, konserwatywnych „Pressji”, ma w sobie wciąż niezbadany i niezaktualizowany potencjał. I jeszcze jedno: Robert Kuraszkiewicz pisał swoją książkę jesienią 2009 r., nie mógł zatem wiedzieć o tym, co stanie się 10 kwietnia 2010 r. Nie mógł także wiedzieć, że po tej dacie powstanie film, który na nowo, z całą świadomością rzeczy nawiąże do mitu „Solidarności”. I bynajmniej nie tylko w warstwie etycznej, ideowej, tożsamościowej, ale w powiązaniu z nimi stanie się narzędziem politycznym. Już nie AWS Krzaklewskiego, ale „Solidarni 2010” i mowa Janusza Śniadka w katedrze na Wawelu pozwolą wrócić do łask słowu „Solidarność”. Bo jego wymiar utylitarny jest nikły, ale symboliczny – przeogromny. Zwekslowana politycznie „Solidarność” kompromitowała się w historii III RP niejednokrotnie. Zdaniem niektórych, stało się to już w momencie podjęcia rozmów przy Okrągłym Stole. Ale jako mit pozostaje nienaruszalna i uniwersalna, a także, w jakiejś mierze, amorficzna, gotowa przyjąć niemal każdą treść, która da się zinterpretować w jej kluczu.

Ale i tu pojawia się kłopot. Mit „Solidarności” jest właściwie bezbronny: ten, kto uzna się za jego depozytariusza, może próbować go sobie przywłaszczyć. Film „Solidarni 2010”, niezależnie od jego oceny, stał się okazją do jego przejęcia. Z jednej strony buduje wrażenie dzieła opowiadającego o „przebudzeniu narodu”, z drugiej – został szybko wykorzystany na potrzeby bieżącego sporu politycznego i toczącej się kampanii wyborczej. Z  jednej strony jest dokumentem, z drugiej sztandarem, na którym przyszyto logo Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego istnieje obawa, że poza politycznym odcięciem kuponów z mitu „Solidarności” znów nic trwałego (poza samym mitem) nie pozostanie. Z prostej przyczyny: w wymiarze społecznym myśl „Solidarności” może być poddana dowolnym interpretacjom. Nic też dziwnego, że zapytany o „Polskę Solidarną” Jarosław Kaczyński odpowiedział m.in.: „To, co w ostatnich tygodniach zobaczyliśmy na ulicach Warszawy i innych polskich miast to jest powrót do tego nastroju, jaki ja i moje pokolenie pamiętamy sprzed trzydziestu lat, z czasów Sierpnia ’80. Nastroju, który pozwalał na połączenie rzeczy wydawałoby się niepołączalnych. My dzisiaj często o tym zapominamy. Patrzymy na tamte wydarzenia przez perspektywę stanu wojennego i 13 grudnia. Proszę pamiętać, że ruch Solidarności był ruchem bardzo wielu ludzi. Było tam milion członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Kiedy razem z Janem Olszewskim zakładaliśmy punkt konsultacyjny na ulicy Bednarskiej w Warszawie, to bardzo duża część tego tłumu, który zaczął tam wtedy walić, to byli członkowie PZPR. A tam się działy rzeczy, które wydawały się wcześniej niesłychanie trudne. Ja KOR-owiec, Jan Olszewski ze starej opozycji, a tam były grupy, które przyjeżdżały z jakiejś fabryki i mówiły: my wszyscy jesteśmy z PZPR!”. Warto zwrócić uwagę, że w 1994 r. Jarosław Kaczyński opisywał „Solidarność” jako „źle tolerującą jakikolwiek pluralizm”, zaś po katastrofie smoleńskiej koncyliacyjnie wspomniał o niej jako o ruchu łączącym bardzo różnych ludzi! Ale właściwie czym jest dla niego „Polska Solidarna”, w wymiarze społeczno-gospodarczym? Na to odpowiedź nie pada. Czy zatem „Solidarność” znaczy to, co o niej mówią, nie zaś to, czym była? Możliwe. O treści współdecydują interpretatorzy, jedyne, co można zrobić, to oddzielać opisy prawdopodobne od fałszywych.

Czy zatem mit „Solidarności” jest skończony? Czy, jak chciałby tego Kuraszkiewicz, da się zbudować nowy paradygmat polityczny „poza »Solidarnością«”? Zresztą, jak się zdaje, dla niego samego, uczestnika Ruchu Młodej Polski, jak zapewne i dla wielu dzisiejszych „młodocianych dinozaurów” opozycji z Konfederacji Polski Niepodległej, „Wolności i Pokoju”, Solidarności Walczącej itp. inicjatyw ta głównonurtowa „Solidarność” była raczej macochą, niż matką. Dlatego spór o rolę i miejsce „Solidarności” jest wciąż sporem tożsamościowym. Bądź co bądź nie tylko dla części konserwatywnych liberałów „Solidarność” jest czymś biograficznie i mentalnie obcym, traktowanym przynajmniej z dezynwolturą, jeśli nie z resentymentem. Ale i najzagorzalsi piewcy wolnego rynku są czasem zmuszeni, jak było widać po 10 kwietnia, oddać jej (zdawkowy) hołd i przypomnieć sobie nawet to, że obok terminu „wolny rynek” istnieje choćby słowo „państwo”. Nie brzmiało to w ich ustach wiarygodnie, ale cóż – hipokryzja też bywa hołdem, jaki neoliberalizm oddaje idei solidaryzmu i państwowości.

Dla wielu mit „Solidarności” wiąże się z poczuciem jego wyczerpania i kompromitacji. Znamienny jest sposób, w jaki „solidarną Polskę” Akcji Wyborczej „Solidarność” w ubiegłym roku opisywał Remigiusz Okraska w felietonie „Co się stało z waszą klasą”: „[Pamiętam] tych cynicznych łotrów [z AWS], którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. (…) Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…”.

Takie opisy jak powyższy każą się zastanowić, czy faktycznie nie byłoby lepiej, gdyby nasza klasa polityczna, na czele z jej postsolidarnościową, prawicową wierchuszką, zapomniała słowo „Solidarność” i przestała udawać kogoś, kim dawno nie jest. Uderzający w tej materii jest brak złudzeń Ryszarda Bugaja, który w rozmowie z redaktorami „Europy” i Ludwikiem Dornem na temat Lecha Kaczyńskiego przypomina przekonania tragicznie zmarłego Prezydenta: „To były poglądy próbujące jakoś przezwyciężać sprzeczność pomiędzy polityczną prawicą i społeczną lewicą. Tak jak to przezwyciężała pierwsza »Solidarność«. To była niechęć do wielkich nierówności i odrzucenie reguł społecznych akceptujących »wyścig szczurów«. To było przekonanie, że społeczna solidarność może być urzeczywistniona i da się wpisać w program modernizacji kraju. Czy pójdziemy w kierunku takiej interpretacji? Są poważne powody, by sądzić, że nie. Spuścizna po Lechu Kaczyńskim będzie bowiem definiowana przez najbliższe wybory. Zostanie zinterpretowana przez Jarosława Kaczyńskiego. A myślę, że Jarosław wszedł w takie polityczne buty, że on już na serio do solidarystycznego przesłania Lecha Kaczyńskiego powrócić nie może, nie może wyjść z interpretacji bardziej dostosowanej do społecznej i ideowej tożsamości tej polskiej prawicy, którą on dziś reprezentuje. Ubolewam, ale jestem przekonany, że PiS poważnie do projektu Polski Solidarnej nie powróci”. Jeśli Bugaj ma rację, tym mniej przyjemny będzie dzień wyborów prezydenckich dla tych ludzi lewicy, którzy zdecydują się oddać głos na Jarosława Kaczyńskiego. Ale już teraz lepiej pozbyć się złudzeń, że w drugiej turze będzie się ewentualnie wybierać coś więcej, niż „mniejsze zło”. Bo szorstka jest przyjaźń społecznej lewicy z „solidarnymi kołnierzykami 2010”…

U kresu tej historii kryje się ni to radosna, ni smutna konstatacja, że właściwie „paradygmat Solidarności” w tej odsłonie, jaką znamy, a którego dobrodziejstw zakosztowało wielu Polaków np. w czasach AWS, faktycznie mógłby się skończyć. Jednak, jeśli przyjąć za dobrą monetę tezy Pawła Rojka z „Semiotyki Solidarności”, jej rola się nie skończyła. Etos „Solidarności” jest wciąż etosem antysystemowym, etycznym, egalitarnym, pluralistycznym, wspólnotowym, ale i wolnościowym. Nie można go wykorzenić z polskiej tożsamości i samowiedzy. Wyczerpuje się jedynie jego polityczny, z reguły cynicznie i krótkowzrocznie wykorzystywany aspekt; pozostaje wciąż treść, choć maski i przebrania polityczne nadają się już jedynie do lamusa. Im mniej różnej maści konserwatywni liberałowie, pobożni czy bezbożni, bogoojczyźniani czy korporacyjni będą dziś mówić o „Solidarności”, tym dla niej lepiej. Historia jest cierpliwa, idee mają czas.

Naród jak ten kloc z ołowiem

Najpierw spadł prezydencki samolot. Potem upadły autorytety. Po poprzednich popisach, np. Bartoszewskiego, nie powinna to być sensacja. Nowością był powód paniki luminarzy kultury, nauki i polityki – żałoba narodowa. Wajda, nawet członkowie Rady Etyki Mediów publicznie demonstrowali przerażenie. Autorytety ogłosiły wojnę, a Bronisław Komorowski pojednanie narodowe. Już o tym pisałam w poprzednim felietonie, a czujni internauci wychwytują zadziwiające brednie i skandale.

Równie szczerze i otwarcie PO sięgnęła po pełnię władzy. Komorowski obsadził już wszystkie stanowiska wakujące po tragicznie zmarłych. Marek Belka będzie prezesem NBP ponad podziałami. Cieszy się zaufaniem Amerykanów, którzy powierzyli mu ważne stanowisko w administracji Iraku. Podobno kandydatura Belki została uzgodniona z Niemcami w Akwizgranie, gdzie Donald Tusk odbierał order Karola Wielkiego. Rosja też nie powinna mieć zastrzeżeń. Z „Gazety Polskiej” dowiedziałam się, że Marek Belka, zarejestrowany jako kontakt operacyjny ps. „Belch”, zobowiązał się do zachowania „w ścisłej tajemnicy, także przed najbliższymi osobami, faktu utrzymywania kontaktów z SB MSW”. Zobowiązanie podpisał 10 października 1984 r. 19 października został zamordowany bł. Jerzy. Przewidywanie przyszłości nie jest najmocniejszą stroną Belki, ale jego dyskrecji możemy być pewni. W zarządzaniu finansami to najważniejsze.

Suwerenność III RP okazała się zjawiskiem złudnym i przejściowym jak mgła nad Smoleńskiem. Przybiera na sile potok kłamstw i arogancji nazywany „badaniem przyczyn katastrofy” i nie słabnie zaufanie rządzących Polską do Rosji. Kto próbuje dochodzić prawdy, bronić dobrego imienia ludzi, którzy w katastrofie zginęli i już sami bronić się nie mogą, ten zagraża polsko-rosyjskiemu pojednaniu.

Kilka lat temu odbywało się spektakularne pojednanie obrońców Westerplatte z żołnierzami z pancernika Schleswig-Holstein. Polski żołnierz, który odmówił uczestnictwa w tym spektaklu, powiedział, że nie była to wojna, lecz podstępny napad, wielu jego kolegów zginęło i agresorowi ręki nie poda. Odpowiedź żołnierza Wehrmachtu pamiętam do dzisiaj: „Gdybyście nie stawili oporu, ofiar byłoby mniej”. Jak określić tak niesłychaną butę omijając słowa powszechnie uważane za obraźliwe? Skomentuję to najdelikatniej, jak potrafię. Kiedy Komisja Rządowa oskarżała strajkujących w sierpniu 1980 r. o wywołanie konfliktu, członek Prezydium MKS Leszek Sobieszek powiedział: „To jest odwracanie kota ogonem”.

Kiedy okazało się, że PiS-owskiej watahy nie udało się dorżnąć, że podnosi głowę, a jej kandydat ma szanse na zwycięstwo, Komorowski łaskawie przyjął gałązkę oliwną, ale oczekuje jeszcze przeprosin. A jest za co przepraszać! Likwidacja WSI, po której trudno rozproszone specsłużby imperium pozbierać i z powrotem zatrudnić. Albo wykrycie afery hazardowej przez CBA. Mariusza Kamińskiego udało się wywalić natychmiast i do większego skandalu nie doszło. Już o wszystkim decydowała miłująca pokój Platforma, ale mleko się rozlało. Albo obrona Gruzji przed aneksją. Putin był głęboko zdegustowany, obraził się na Polskę. A awantury o zamknięcie rosyjskiego rynku dla polskiego mięsa i warzyw? Czy trzeba było zaraz angażować całą Unię Europejską do wewnętrznego sporu między sąsiadami? No i te wojownicze wyniki badań historyków. To też sprawka PiS-u. Komu przeszkadza Bolek, Alek, biedni „uwikłani” dziennikarze, sędziowie, profesorzy wyższych uczelni? Przecież nie Platformie.

PO jest zdezorientowana. Podniósł się powszechny lament: „Miłujący pokój Jarosław Kaczyński to jakaś podróbka”. Jeden jest Chorąży Pokoju Bronisław, może dwóch, bo Donald też. Wszystkich komentatorów przebił Seweryn Blumsztajn: „Gdybym był zwolennikiem Kaczyńskiego, to po wystąpieniu w Zakopanem nie głosowałbym na niego”. Z czego wynika, że jako zwolennik Komorowskiego może teraz na Kaczyńskiego głosować. Już się ucieszyłam, ale Blumsztajn po chwili namysłu wykrył „armaty w kwiatach”. Np. słowo „prawda”. Co to jest prawda – powtórzył za Piłatem. Bardzo niebezpieczne wydało mu się również stwierdzenie, że żadna doktryna nie powinna dominować nad gospodarką. Zaraz nabrał wody w usta. Dla PO to temat śliski, bo na naszych oczach zbankrutowała doktryna neoliberalna. Niewidzialna ręka potrafi wyprowadzić pieniądze z banku, ale nie zbuduje wałów.

Początkowo śledziłam zarówno kampanię wyborczą, jak i powódź. Napisałam tekst dla „Trójmiejskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego” (jego fragmenty trafiły do tego felietonu). Od kiedy poziom rzek drugi raz przekroczył stany alarmowe, nie odrywam wzroku od telewizora, na ekranie kłębi się woda, bezradni ludzie płaczą, pływają na płytach styropianu i odbieramy telefony z południa Polski. „Wiejskie psy spuszczone z łańcucha zagryzły sarnę, pływa przed domem”. „Woda odsłoniła drogę i ukradli mi samochód, dzisiaj już by się im nie udało, znowu zalało”. „Rysiek nie może dojechać do pracy”. „Ciocia bezpieczna, ale centrum miasta zalane”. „Nie mogę przyjechać na kolegium IPN, wypompowuję wodę z piwnicy, wciąż podchodzi. Mam świetną pompę, podam ci typ”. „Na mojej łące jedno małe pęknięcie i jeśli nawet się obsunie, pójdzie bokiem”. Koczujący na wałach nie dzwonią. „Z dwóch amfibii do ewakuacji na jednej pływał minister spraw wewnętrznych, na drugiej jego samochód”. Ale był to telefon przy pierwszej fali w Sandomierskiem i teraz nie wiem, gdzie szukać ludzi, którzy mogliby to potwierdzić.

Wybory w takiej sytuacji to barbarzyństwo i kpiny z demokracji. Nie wiem, który z kandydatów na przesunięciu terminu straciłby, który zyskał, ale dzień wyborów nie jest dla kandydatów, jest dla wyborców.

Rząd jest dobrej myśli, ma sukcesy, do Brukseli przezornie poleciał kilku samolotami, zorganizuje punkty do głosowania w namiotach. Jeśli obywatele chcą wziąć sprawy Polski w swoje ręce, to i na drzwiach od stodoły dopłyną albo dolecą.

Gałczyński pisząc „Rząd jak to piórko w górę leci, a naród jak ten kloc z ołowiem…” nie przewidział, że pisze reportaż, nie fraszkę.

…póki w Wiśle wielorybów

Media nie lubią nudy. I nazbyt wielu mądrych słów, poważanych treści. Zakładają – raczej słusznie – że odbiorcy są one niepotrzebne i mogą go znużyć. Media lubią newsa, a news musi być mięsisty. Lubią postacie wyraziste, szokujące. Lubią skandalistów. Media filtrują przekaz, dyskutowany następnie przez tzw. opinię publiczną. Filtrują przekaz i przez sito swoich preferencji przepuszczają postacie, które za tym przekazem stoją.

Polityka, jeśli brać ją serio, musi być cokolwiek nudna. Nudna, bo merytoryczna. Bądź co bądź, aby opowiadać o zagadnieniach życia społecznego, problemach państwa, kwestiach ekonomicznych – potrzeba i czasu, i skupienia, i pewnego zasobu trudnych słów. A konsument niejednokrotnie nie ma ani czasu, ani zdolności skupienia, a i nie każdy ma słowniki pod ręką.

Biorąc pod uwagę polskie wskaźniki czytelnictwa i dobór oraz jakość słownictwa konsumentów pop-medialnego przekazu, konsument unika nie tylko słowników, a pod ręką ma często albo pilota, albo laptopa. I to wystarcza. Czasem, by dać widzowi odczuć, że jest on traktowany poważnie, pokazuje się mu gadającą głowę, która na oczach potakującego i zafrasowanego funkcjonariusza mediów biada nad upadkiem debaty publicznej i nad marną jakością polityki. Po tym rytuale można już spokojnie powrócić do zwyczajowych praktyk: szybko, szybciej, łatwiej, głupiej.

Janusz Palikot jako produkt medialny okazał się strzałem w dziesiątkę. Widz, przyzwyczajony do głupich teleturniejów i skrótowego, uproszczonego przekazu informacji, do wielorybów w Wiśle, wróżek i opowiastek z życia celebrytów rodem z kolorowej prasy „dla kobiet”, szybko polubił pana Janusza. Seks, skandal, obscena: i zobaczył widz, że to jest dobre. Świński ryj, „małpeczki”, akcesoria z sex-shopu, dotąd oglądane na pornosach: świat się śmieje, publika się bawi. Ponoć prezydent jest alkoholikiem! Nie, nie tamten, ten śmieszny, Kaczor. Ktoś się oburza, irytuje, wścieka. Jest pan Janusz, jest impreza. Jest oglądalność, skandal, zaprośmy do studia pana Janusza!

Nic dziwnego. Drenaż umysłów robi swoje. Zresztą, proszę nie sądzić, że pod pręgierzem postawione tu zostają media. Stare przysłowie mówi, że jeśli Pan Bóg chce kogo ukarać, to mu najpierw rozum odbiera. Ale nie trzeba mieszać w to Najwyższego, którego i tak Polacy in gremio traktują trochę jak kogoś od załatwiania ich własnych spraw, z jakimi nie radzą sobie samodzielnie. Można raczej uznać, że postanowiliśmy ukarać się sami. Nie wiem za co, ale jak martyrologia, to martyrologia, na co dzień i od święta. Głupota procentuje: po dwudziestu latach III RP, może z lenistwa, może ze zmęczenia, może z bezradności, może z poczucia, że coraz mniej od nas zależy, a państwo wciąż jest wrogiem i nie stara się przestać nim być, dorobiliśmy się Janusza Palikota. Dorobili się go wyborcy Platformy, ale – co by dużo mówić – jest to przecież towar na eksport, „wunderwaffe” wytworzona na potrzeby pogłębianego przez lata, coraz ostrzejszego, oklepanego sporu między PO a PiS.

Janusz Palikot umarł 10 kwietnia 2010 roku. I jak powiedział, zmartwychwstał kilka dni temu. Nowego człowieczeństwa Janusz, by sparafrazować poetkę. Nowego stylu w polityce? Nowych form komunikacji? Nowych treści? Cóż. Może nastał czas subtelniejszych form szyderstwa, wojen w białych rękawiczkach. Już nie będzie walenia antagonistów w pysk, na odlew, przy wszystkich? Ale czy ludziom się to nie znudzi? Kto przyzwyczaił się do zapachu krwi, ten chyba już nigdy nie będzie wegetarianinem. Kto polubił padlinę, nie pożywi się owocami. Na kogo będą oburzać się wyborcy PiS, kogo z czystym sumieniem przeklinać? Komu dawać odpór? Dziś mają pana Janusza, a ten na ich nieszczęście właśnie został myślicielem. A przecież tylko ostatni cham będzie bluzgał myśliciela…

Ale jest nadzieja. Póki Wisłą pływać będą wieloryby, póki politycy będą nas traktować jako plebs wyborczy, a brukowa prasa i publicystyka wyznaczać standardy myślenia, jest szansa, że wszystko wróci do normy. I będzie jeszcze okazja, by się pośmiać. I oburzać… Z kogo? Na kogo? Pytajcie Horodniczego…

Polska podzielona

Teraz także na część, podobno mniejszą, hołdującą „demonom nacjonalizmu”, i większą – przyjazną, racjonalną, europejską. Większa Polska współczuje bliskim ofiar katastrofy, ale nie ulega emocjom i z ufnością patrzy w przyszłość. Trzeba cierpliwie poczekać rok, dwa, może więcej, na końcowy raport międzynarodowej komisji powypadkowej Wspólnoty Państw Niepodległych. Rosja już też nie dysponuje czarnymi skrzynkami, przekazała je komisji wyższego szczebla. Edmund Klich, Polak akredytowany przy rosyjskiej części tej komisji, też jest przeciwny ujawnianiu zapisów, ponieważ załoga w czasie lotu prowadzi rozmowy intymne. Nasza „sytuacja proceduralna” byłaby lepsza, gdybyśmy należeli do WNP, nie do UE i NATO. W pierwszym wywiadzie 10 kwietnia Andrzej powiedział, że druga tajemnica katyńska zostanie ujawniona za następne 70 lat.

W nocy z 10 na 11 kwietnia Andrzej odkrył pierwszą „czarną dziurę” w treści SMS-a odebranego na komórce służbowej Kolegium IPN. Była to informacja z Internetu, że drugi zastępca prezesa IPN, pani Maria Dmochowska, weszła do gabinetu Janusza Kurtyki. 12 kwietnia Kolegium akceptowało pierwszego zastępcę jako pełniącego obowiązki Prezesa. Marszałek Sejmu wniósł poprawkę do nowelizowanej ustawy o IPN, że to Marszałek decyduje, kto będzie pełnił obowiązki prezesa IPN w przypadku śmierci. 11 maja M. Dmochowska oświadczyła Kolegium, że do gabinetu J. Kurtyki nie wchodziła i prosiła o sprostowanie fałszywej plotki.

Z dotychczasowych ustaleń śledztwa wynika, że żadnej przyczyny katastrofy nie ma. Najbardziej prawdopodobna jest hipoteza, że to palec boży strącił polski samolot za grzech kaczyzmu. Wiemy już też, że Rosjanie spisali się na medal, dosłownie. 9 maja Marszałek w Ambasadzie RP w Moskwie na przyjęciu „na cześć rosyjskich przyjaciół Polski” („Rzeczpospolita”) wręczył przyznane przez Lecha Kaczyńskiego odznaczenia zaangażowanym w ujawnianie prawdy o Katyniu, a także zasłużonym uczestnikom akcji ratunkowej pod Smoleńskiem. Bohaterów akcji ratunkowej wytypowali zapewne Rosjanie, ponieważ Polacy nie wiedzą, kto przystawiał im do głowy broń długą, wyrywał kasety z kamer i karty z telefonów komórkowych.

W czasie pogrzebów przebywałam w mniejszej Polsce. Jedyny przedstawiciel większości, która nie uległa histerii i nekrofilii, pojawił się w dresie, na rolkach. Rosły mężczyzna pędził pod prąd konduktu żałobnego śp. Janusza Kurtyki, wrzeszcząc „Tu jest ścieżka rowerowa!”.

Po powrocie do większościowej Polski powinnam włożyć wór pokutny i posypać głowę popiołem. Od Marszałka Senatu dowiedziałam się, że uczestniczyłam w seansach nienawiści (wywiad w „Rzeczpospolitej”). Znajomej skojarzyło się to z Jerzym Urbanem. Skutek jest pozytywny. Zaniepokojona, że wracają czasy stanu wojennego, zmobilizowała proboszcza swojej parafii do intensywnych przygotowań beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki. Kulturalny eurodeputowany Saryusz-Wolski politycznymi kanibalami nazwał dywagujących nad przyczynami katastrofy.

Ale Donald Tusk poszedł na całość. Na oczach telewidzów powiedział, że propozycja przejęcia śledztwa przez stronę polską wywołałaby nastroje zimnowojenne. Skojarzenie z drugą Jałtą też mi się nasunęło, ale bałam się wypowiedzieć je głośno, a tym bardziej publicznie, aby nie wyjść na kompletnego oszołoma. Premier mnie wyręczył, więc poszukajmy analogii. W momencie decydującym o przyszłości Polski prezydent Obama grał w golfa, prezydent Roosvelt kolekcjonował znaczki. Przywódcy państw Europy Zachodniej nie przybyli na pogrzeb tragicznie zmarłego prezydenta RP. Nie mogli wsiąść do mniejszego samolotu, helikoptera, pociągu, samochodu lub morskiej korwety, ponieważ honorowanie Prezydenta, który siał niepokój między UE a Rosją, byłoby niewłaściwe.

Specjaliści twierdzą, że prezydent Obama prawidłowo postrzega konflikt między biednym Południem i bogatą Północą. Konflikt między Wschodem i Zachodem uważa za załatwiony. Sami Polacy dopiero teraz dowiedzieli się, że naród jest podzielony. Transformacja się udała. Polska rozwija się pomyślnie i ma dobre stosunki i z Niemcami i z Rosją. O stanie wojennym nikt już nie pamięta. Generał Jaruzelski został pierwszym prezydentem wolnej Polski, Lech Wałęsa drugim, trzeci – Kwaśniewski – to już prezydent ponad podziałami. Tylko następny Prezydent RP się nie udał. Od ministra spraw zagranicznych, Radka Sikorskiego, każdy mógł usłyszeć, że jest jakiś mały i strasznie konfliktowy.

Marszałek Komorowski obiecuje, że na stanowisku prezydenta przywróci Polsce jedność. To znaczy, że mniejsza Polska, „archaiczna, mesjanistyczna, nacjonalistyczna”, zniknie, rozpłynie się, wymrze. Jak nas załatwi – siłą czy sposobem? Licząc realne siły i realną władzę, szanse mamy nikłe. Ale jak już jesteśmy tacy nienowocześni, podejdźmy do problemu inaczej. Taternicy, żeglarze i inni ludzie narażeni na niebezpieczeństwo, opowiadają jak w opresji pomagały im duchy kolegów, którzy zginęli w górach lub na morzu. Mnie też kilka razy to się zdarzyło.

Myślałam, że tylko Polacy maja jakąś skazę genetyczną, że wierzą w takie bzdury i jeszcze o nich opowiadają. Okazuje się, że racjonalnym Anglikom też pomagają duchy. W „Obywatelu” nr 49 przeczytałam, że w czasie I wojny światowej, kiedy Niemcy zdobywali coraz większe obszary Europy, w bitwie pod Mons w szeregach brytyjskich oddziałów pojawiły się duchy łuczników spod Aginccourt, sprzed 500 lat, i pomogły pokonać wojska niemieckie. Podobno więcej ludzi słyszało o „aniołach spod Mons” niż o samej bitwie. Ale moi znajomi nie wierzą w duchy, wierzą w cud nad urną i radzą wejść do komisji wyborczych.

Czego panicznie boi się PO? Co kryją archiwa IPN i Aneks do Raportu o WSI, którego Lech Kaczyński nie opublikował? Po co wyszydzano, komu zagrażają sentymentalne dinozaury?

Wielki płacz Polaków

O żałobie narodowej po tragedii smoleńskiej powiedziano już wiele. Mądrze i głupio, wzniośle i przyziemnie. Patriotycznie, politycznie i cynicznie. O rządach trumien i polskim nierządzie, o medialnych woltach, wierności i pogardzie. Generalnie, całe doświadczenie opisywano w kategoriach przywracania świadomości narodowej, dobra wspólnego, państwowości lub wspomnianej „traumy trumiennej”. Był też dyskurs o modernizacji i tożsamości, o jedności Polaków i jej braku, o tym, komu wolno nazywać się patriotą, a kto się czuje pozbawiony tego prawa. Była dyskusja o pochówku na Wawelu i wspominki szanownego redaktora Stasińskiego o „mrocznych pasjach” prof. Krasnodębskiego i Andrzeja Gwiazdy. Było o Prawie i Sprawiedliwości, Platformie Obywatelskiej, Tusku, Komorowskim i Putinie. Było o teoriach spiskowych i było wezwanie ponadnarodowe: „miłujmy się!”. Było nawet o islandzkim wulkanie i o tym, że Obama gra w golfa. Wszystko było? Prawie wszystko.

Ale coś chyba umknęło. Coś, co zdaje się nieźle opisuje współczesnych Polaków i ich dzisiejsze bolączki. Coś, co można nazwać prawem do smutku i łez, do boleści, do przeżywania tego w sposób mądry, pogłębiony, we wspólnocie. Nie oszukujmy się, kultura masowa jest kulturą niezakorzenienia, kulturą płytką, opisującą świat w sposób trywialny, często niemal fizjologiczny. A z pewnością jest kulturą, która zagadnienia związane ze śmiercią, cierpieniem i krzywdą stara się odgonić jak najdalej od siebie. Przegonić precz, by nawiązać do tytułu znakomitej książki Filipa Aries. Bo zgodnie ze swoim przeznaczeniem służy zabawie, rozrywce, tym błaznom – przeganiaczom nudy. Ból i płacz mają do niej dostęp przede wszystkim w formach perwersyjnych, cynicznych, czyli takich, które stworzą w odbiorcy raczej dystans niż współczucie, raczej zaciekawienie niż żal.

I jeszcze jedno: świat nie nastraja nas do publicznego ukazywania cierpienia i żałoby. To nawet logiczne i konieczne. Ekshibicjonizm, obnoszenie się z bólem, nieustanne ukazywanie bliźnim bolesnej twarzy jest zjawiskiem chorobliwym. Z drugiej jednak strony, obecny stan rzeczy pokazuje, że współczesny Polak jest w swoich problemach osamotniony (rosnąca liczba samobójstw w Polsce, szczególnie wśród mężczyzn!), że nie znajduje oparcia w innych i że poddał się presji milczenia o własnych kłopotach. Bo te są oznaką słabości, bo brak intymnych więzi, bo płytka kultura sprzyja płyciźnie relacji itd., itp. Jednym zdaniem: jeśli cierpisz, cierp samotnie, w czterech ścianach. Bo każdy ma swoje smutki i problemy, więc co kogo obchodzi twój ból. Poza tym, jeśli cierpisz, to może masz poważne problemy i nie nadajesz się do pracy? Może zatruwasz atmosferę? Może powinieneś się leczyć? Może powinieneś usunąć się na margines społeczeństwa? Może nie radzisz sobie w życiu, więc jesteś nieproduktywny i zbędny? A jeśli nikt cię nie potrzebuje i jesteś nieprzydatny ludziom, to po cholerę zawracasz światu głowę swoim istnieniem?

I trudno wyrokować w tym miejscu, ale ta samotność wśród ludzi, gdy każdy gnębiony własnymi strapieniami siedzi milcząco w metrze, tramwaju, autobusie, gdy wybucha nagłym gniewem, stojąc w korku, wydaje się być niezłym, choć prozaicznym podsumowaniem wyobcowania społecznego, atomizacji, braku więzi i możliwości wsparcia ze strony innych. Logika kulturowego indywidualizmu, opakowana w ładną bajeczkę o szczęśliwej samorealizacji i drodze od sukcesu do sukcesu (jakby życie nie kończyło się starością i śmiercią, a starość zawsze wygląda tak ładnie, jak na reklamach Werthers Original czy piguł przeciwbólowych), logika wsparta przez ekonomiczny darwinizm i filozofię „radź sobie sam”, „śmierć frajerom!”, stojąca w sprzeczności z ideą wspólnoty, dobra wspólnego, oto groźby większe niż polityczne szturchańce. Straszniejsze niż świński ryj posła Palikota.

I oto w czasie żałoby narodowej okazało się, podobnie jak przed pięcioma laty, że o cierpieniu nie trzeba wcale mówić po cichu, do ucha, półsłówkami, nadrabiając miną. Że można płakać, smucić się, można głośno i szczerze o tym mówić. Można przeżywać cierpienie w sposób godny, bez histerii, ale i bez cynizmu, że można czuć, doświadczać strachu, boleści, poczucia krzywdy i straty. Że można płakać nad innymi, ale też i nad sobą. Bo żywi, płacząc po zmarłych, boleją także nad własną stratą, nad własnymi biedami. I w tych łzach, goryczy, czasem także gniewie chyba najwięcej było oczyszczenia duszy. Wszak, podobnie jak w greckiej tragedii, i ta smoleńska, chcąc nie chcąc, przynosiła katharsis. Dała możliwość powiedzenia prawdy o sobie i otaczającym świecie. O własnej bezsilności i bezradności. To było widać w tych rozmowach na Krakowskim Przedmieściu, nawet gdy pozornie dotyczyły wyłącznie spraw wielkich i wzniosłych. Ta wspólnota odbudowywała się na łzach i przyznaniu się do ludzkich uczuć, innych niż (błazeński) śmiech, innych niż licytowanie się o prestiż i majątek, innych niż rozrywka. Bo wspólnotę mogą budować jedynie ludzie, nie istoty sprowadzone do swoich społecznych i rynkowych ról. I nagle okazuje się, że ten człowiek stojący obok mnie, w smutku i zatroskaniu, wcale nie jest obcy. Nie jest moim wrogiem, nie czyha na moje mienie, ani ciało, ani życie.

Tak, to była żałoba narodowa. Wielki płacz Polaków nad sobą. Czy wysmarkawszy nosy, każdy wróci do siebie?

Historia „magistra vitae”

W 1980 r. Anna oparła się naciskom władz i Andrzeja Wajdy. Jej kolega ze Stoczni, Henryk Lenarciak, też twierdził, że zasada chrześcijańskiego przebaczenia nakazuje upamiętnienie poległych milicjantów razem ze stoczniowcami. Po stanie wojennym władza pojednała się z narodem przy „okrągłym stole” i pomnik nazwano pomnikiem „Solidarności”, chociaż „Solidarność” pomników sobie nie stawiała. Przypominanie minionych zbrodni PZPR, czyli – jak się okazało – sojusznikowi w obalaniu systemu komunistycznego, uważane jest za nietakt.

W 1981 r. bojówka robotnicza ze Stoczni Gdańskiej wyrzuciła działaczy Wolnych Związków Zawodowych z drukarni „Solidarności”. Stracili pracę i zostali poturbowani. Lech Wałęsa do pracy ich nie przywrócił i apelował o zaniechanie kłótni. Prasa związkowa o tym nie pisała, aby nie szkodzić wizerunkowi „Solidarności”.

W 1984 r. ktoś okrutnie zamordował księdza Jerzego Popiełuszkę. Cały naród z zapartym tchem czekał na wyniki śledztwa energicznie prowadzonego przez szefa bezpieki, generała Czesława Kiszczaka. Po pogrzebie żałobnicy udali się przed gmach bezpieki i krzyczeli: „Przebaczamy!”.

W 1985 r. na mszy żałobnej po zamordowaniu przez milicję studenta Antonowicza, ksiądz Jankowski apelował do licznie zgromadzonej młodzieży o niezabijanie nienarodzonych.

W 1989 r. po zamordowaniu kolejnego księdza, Siła-Nowicki, uczestniczący w obradach „okrągłego stołu” po stronie „solidarnościowej”, apelował, aby nie dać się sprowokować i nie zerwać rozmów.

W 2010 r., po porażającej katastrofie samolotu pod Smoleńskiem, władza ma nadzieję na pełne pojednanie Rosji i Polski, ponieważ pamięć o zbrodni katyńskiej podobno już łączy, a nie dzieli. Apele o pojednanie po każdej tragedii są jakąś obsesją narodową. W podniosłym nastroju uroczystości żałobnych nikt nie zaprzeczy ewangelii, która każe miłować nieprzyjaciół.

Cenzura czuwa, aby pojednania nie zakłóciło publicznie postawione pytanie – Czy był to zamach terrorystyczny? Zakazane jest najważniejsze pytanie, które od czasu ataku na USA zadaje sobie opinia publiczna i prowadzący śledztwo po każdym poważniejszym wypadku komunikacyjnym. Zginął Prezydent Polski i dowódcy NATO. Zamachu mogła dokonać Al-Kaida, nasze wojska są w Afganistanie i Iraku. Mogli Czeczeńcy, aby rzucić podejrzenie na swego śmiertelnego wroga Putina. Może Rosjanie, pogrobowcy Stalina chcą przeszkodzić władzom Rosji w pojednaniu z Polską i otwarciu na Zachód. Czego boją się cenzorzy? Jakiej odpowiedzi?

Kiedy próbowałam sobie przypomnieć, jak doszło do tego, że Premier Polski oddał hołd polskim oficerom w Katyniu z Premierem Rosji, nie z Prezydentem Polski, rozsądna i zrównoważona kobieta zaczęła krzyczeć: pani chce wywołać wojnę. Jaką wojnę? Polska nie napadnie na Rosję, bo nie ma czym. Rosja nie zaatakuje Polski, bo nie ma powodu. Przyczyną mogłaby być obrona Gruzji, ale to już historia. IV wojny światowej też Polacy nie wywołają. Prezydent Obama wysoko ceni profesjonalizm rosyjskiego śledztwa i wojny o czarne skrzynki nie rozpocznie.

Odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie tracą rozum na skutek nie rozpaczy, lecz strachu. Przestaną się bać, kiedy wszystko wróci do normy. Kiedy okaże się, że Lech Kaczyński sam sobie winien, Jarosław Kaczyński przegra wybory prezydenckie, Donald Tusk przypieczętuje wieczną przyjaźń z Rosją, a cały świat pochwali Polskę za rozwagę.

Kiedy dostaliśmy wiadomość o tragedii pod Smoleńskiem, Andrzej kończył czytać wspomnienia Stefana Korbońskiego „W imieniu Rzeczypospolitej…”, wydane przez IPN. Historia Polski Walczącej dobiegała końca. Przytoczę kilka fragmentów. Autor cytuje słowa delegata Rządu. „Już wstępne rozmowy zostały przeprowadzone, między innymi także przez delegacje stronnictw, każdą oddzielnie, i wszyscy wrócili bez żadnych przeszkód. Nikt ich nie śledził ani przedtem, ani potem. Najważniejsza rzecz, że przyjęli nasz wstępny warunek, a mianowicie, że przede wszystkim zawiozą naszą delegację do Londynu, a później dopiero stamtąd pojedziemy na rozmowy”.

Korboński przyznaje, że to go uspokoiło. „Nie była jednak tego zdania moja lepsza połowa, Zosia, która z całą stanowczością twierdziła, że to pułapka. Doszło na tym tle do »wojny domowej«, w czasie której cały ród męski został wielokrotnie i ciężko spostponowany i odsądzony nie tyle od czci i wiary, ile od rozumu. Moje typowo mężowskie zalecenia »niewtrącania się w męskie sprawy« nie skutkowały i nawet takie żałosne i budzące litość powiedzonka, że »tutaj człowiek tyra latami, a do Londynu jadą inni…« były przyjmowane wybuchami sarkastycznego śmiechu. W podobny sposób reagowała żona naszego przyjaciela, członka formującej się delegacji. Ta tylko monotonnie powtarzała: »Ale zegarka to ty, tatuńciu, ze sobą nie bierz, bo ci go w tym Londynie Ruskie zabiorą«”.

W odezwie „Do Narodu Polskiego”, opublikowanej przez Radę Jedności Narodowej 17 maja 1945 r., czytamy: „Oczekujemy, że w utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej weźmie udział piętnastu aresztowanych przedstawicieli Polski Podziemnej, że z tą chwilą przywrócona będzie wolność słowa, prasy, zgromadzeń i stowarzyszeń… Oczekujemy, że wielcy sprzymierzeńcy doprowadzą dzieło do takiego właśnie końca”.

Polską specjalnością jest chowanie głowy w piasek, który rozwiała historia.