Pomnikowy przykład podłości

Lider endecji nie należy do moich ulubieńców. Ani o­n, ani jego obóz polityczny nie są mi bliscy w sensie ideowym. Doktryna Narodowej Demokracji kojarzy mi się z myśleniem w wąskich kategoriach nacjonalistycznych, z nieodłączną dla takich „klimatów” manierą ekskluzywizmu,  podejrzliwości, węszenia zagrożeń. Nawet jeśli pojawiały się w łonie endecji bardziej godne uwagi osoby czy pomysły, to raczej na obrzeżach niż w centrum tego środowiska. Ale i o­ne to już w większości przypadków tylko historyczna ciekawostka, gdyż w obecnych realiach są anachroniczne.

Nie zmienia to faktu, że Roman Dmowski był postacią zasłużoną dla naszego kraju. Mało kto z poważnych znawców tematu odmawia mu niewątpliwych dokonań na polu odzyskania niepodległości czy udziału w ukonstytuowaniu się – po długim okresie rozbiorów – nowoczesnego narodu polskiego. To wystarczająco wiele, by autor „Myśli nowoczesnego Polaka” miał pomnik w Warszawie.

Niestety, nawet w kwestii oceny przeszłości trwa nie tyle spór, co brutalna wolnoamerykanka. Przeciwnicy postawienia pomnika argumentowali, że Dmowski był antysemitą, jako taki nie zasługuje więc na uhonorowanie. To byłby argument niezbyt mądry, ale przynajmniej do przyjęcia. Pewna obsesja na punkcie „narodu wybranego” i jego domniemanych knowań rzeczywiście cechowała Dmowskiego. Nie da się jej wytłumaczyć wyłącznie ówczesnymi realiami, jak chcieliby to uczynić bezkrytyczni miłośnicy Pana Romana. Nawet biorąc poprawkę na realny konflikt interesów ekonomicznych między częścią polskich Żydów a częścią „rdzennych” Polaków, mający miejsce w międzywojniu, należy pamiętać, że można było ów problem analizować bez uciekania się do wulgarnych antysemickich wywodów, co czynili np. liderzy ruchu ludowego. Natomiast ewidentnym nadużyciem jest to, w jaki sposób przedstawia się ów antysemityzm Dmowskiego. Przeciwnicy jego pomnika porównują lidera endecji z niemieckimi hitlerowcami, a jego antyżydowskie wypowiedzi z potwornym ludobójstwem – Holocaustem.

Szczytem tego typu chamskich zagrywek była akcja tzw. zasłonięcia pomnika, dokonana dzień przed oficjalnym jego odsłonięciem. Akcję zorganizowano 9 listopada, w rocznicę… nazistowskich pogromów Żydów, które przeszły do historii pod nazwą Nocy Kryształowej. Jak podały media, uczestnicy akcji mieli transparent z napisem „Noc Kryształowa – pamiętamy”. Jedna z organizatorek, Alina Cała, historyczka z Żydowskiego Instytutu Historycznego, występująca tym razem w roli kandydatki Zielonych 2004 do warszawskiej rady miasta, powiedziała, że Dmowski miał wpływ na pogromy antyżydowskie w latach 30. Jakby tego było mało, dwa dni później tzw. nieznani sprawcy obrzucili pomnik farbą, a w jego okolicy wymalowali swastyki. Należy z uznaniem przyjąć wyrazisty dowód, że wywody p. Całej padły na podatny grunt. Dobrze wiedzieć, że jej ideowi pobratymcy stosują metody iście faszystowskie – jakby nie patrzeć, mniej należy się obawiać poglądów nieżyjącego Dmowskiego, niż takich wyczynów żyjących „nieznanych sprawców”. Normalnemu człowiekowi jest raczej obojętne, czy bandyta jest faszystą, czy antyfaszystą – bandyta to bandyta, także ten prawdopodobnie zainspirowany przez p. Całą.

Pani Cała jako historyczka powinna znać tę zasadę współczesnej humanistyki, która przestrzega przed pochopnym stosowaniem wobec wydarzeń z przeszłości ocen i kategorii, które pojawiły się dopiero po tychże wydarzeniach. Antysemityzm Dmowskiego był nie tylko czymś zupełnie innym niż antysemityzm hitlerowców, bo wypływał z uzasadnień – pal już licho, czy sensownych – natury kulturowej i ekonomicznej, nie zaś biologicznej i rasistowskiej. Był inny nie tylko dlatego, że Dmowski, inaczej niż Hitler, nie wzywał do mordowania Żydów. Przede wszystkim był inny, bo „przedhitlerowski” i potępianie go dziś z pozycji wiedzy i wrażliwości epoki „po Holocauście” jest pozbawione sensu. Gdyby chcieć stosować takie metody wobec innych, to np. Winston Churchill nie powinien mieć w Anglii pomników, bo u zarania władzy Adolfa Hitlera określał o­n lidera NSDAP mianem dobrego polityka i męża stanu. A co zrobić z takimi osobami, które popierały eugenikę i były zwolennikami przymusowej sterylizacji osób „niepełnowartościowych”, skoro w tym gronie znaleźć można np. prezydentów USA Theodore’a Roosevelta i Woodrowa Wilsona czy znanego pisarza Herberta G. Wellsa?

Ale nawet nie w tym rzecz. Dmowski bez wątpienia powinien być krytykowany za swoje faktyczne przewiny i błędy. Jednak stosując takie standardy, jakie proponują przeciwnicy postawienia pomnika lidera endecji, okazałoby się, że mało kto zasługuje na pomnik czy choćby uznanie. Z postaci historycznych np. Józef Piłsudski uznany mógłby zostać za terrorystę-rzezimieszka i agenta, Czesław Miłosz za komunistycznego dyplomatę, zaś ze współczesnych Adam Michnik za specjalistę od szemranych rozmów z Rywinem i Gudzowatym. Nie wiem, czy mielibyśmy choć z pięć osób godnych pomnika.

Dmowski zrobił dla Polski więcej dobrego niż złego – i zasługuje na pomnik właśnie z tego powodu, nie zaś dlatego, że był człowiekiem idealnym. Całkiem niedawno z tego samego powodu uważałem, że na ochronę przed zniszczeniem zasługuje pomnik Ludwika Waryńskiego (zobacz tutaj). A przecież nie mam za grosz sympatii komunistycznych. Nie przyszło mi jednak do głowy odmówić Waryńskiemu prawa do pomnika, ani to, by przy okazji całej sprawy ględzić o sowieckim komunizmie Stalina i oskarżać twórcę Wielkiego Proletariatu o odpowiedzialność za system gułagów.

Dmowski nie był politykiem „kryształowym” – jednak krytykowanie go poprzez próbę skojarzenia poczynań lidera endecji z nazistowską Nocą Kryształową jest zagrywką łotrów. Łotrów, którzy nie zasługują nie tylko na pomniki, ale nawet i na to, by im napluć w twarz.

Bezsilność silnych

Klęska koalicji rządzącej nie będzie spowodowana sporami i przepychankami w jej łonie, czyli rozbieżnymi interesami i silnymi osobowościami liderów PiS, Samoobrony i LPR. Dojdzie do niej, bo w kluczowych kwestiach nie nastąpi przełom. Na to nie ma bowiem żadnego pomysłu.

Idea „Polski solidarnej” wskazywała na solidarność społeczną, jako przeciwieństwo dominującego dotychczas myślenia w kategoriach indywidualistyczno-liberalnych oraz postkomunistyczno-kastowych. Nie mam przesłanek, by zakładać, że owa idea czy też slogan były od początku obliczone na naiwną klientelę wyborczą. Pewne jest jednak, że w praktyce niewiele z tego wyszło. Najsłabszym elementem rządowej układanki jest PiS. O ile z niedawnych, bo zaledwie sprzed roku, wypowiedzi braci Kaczyńskich można było wnioskować, iż prezentują ciekawą syntezę kulturowego konserwatyzmu z gospodarczym socjaldemokratyzmem, a to wszystko mocno podlane nowoczesnym (tak!) sosem idei Pierwszej „Solidarności”, o tyle dziś już trudno mieć w tej kwestii jakiekolwiek złudzenia. PiS in action okazał się w ideowym i praktycznym sensie naśladowcą szkodliwych pomysłów neokonserwatywnych/neoliberalnych.

Jeśli czołowa liberalna twarz PO, Zyta Gilowska, została ministrem finansów, a Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha szefem rady nadzorczej ZUS-u, to oczywiście można tłumaczyć ów fakt chęcią zaprowadzenia dyscypliny budżetowej itp. Ale kiepska to wymówka, bo sprawa jest jasna – zarówno w sensie symbolicznym, jak i w kwestii konkretnych decyzji oraz sposobu myślenia o gospodarce i budżecie, oznacza to wyraźne opowiedzenie się za neoliberalnym kursem a la Leszek Balcerowicz. Stwierdzenie, że są to po prostu fachowcy, którzy będą realizowali politykę rządu, byłoby zabawne, gdyby nie dotyczyło tak istotnej sfery rzeczywistości. Nie ma bezstronnych fachowców, bo ekonomia – wbrew rojeniom głupków i ględzeniu propagandzistów – nie jest nauką ścisłą. Trudno też oczekiwać, by tacy starzy wyjadacze jak Gilowska i Gwiazdowski nie potrafili na płaszczyźnie ekonomicznej wodzić za nos braci Kaczyńskich i ich otoczenia. Gdyby chcieć realizować politykę prospołeczną i dać sygnał faktycznej zmiany kursu, ministrem finansów powinien zostać Ryszard Bugaj, a szefem ZUS-u np. Janusz Szewczak.

Spójrzmy, przykładowo, jak pojmowana jest polityka społeczna. Niedawno mogliśmy obserwować paniczne reakcje liderów PiS na plotkę, że Samoobrona domaga się przyznania bezterminowego zasiłku dla bezrobotnych w wysokości 800 zł miesięcznie. Oczywiście można się spierać o zasadność samej kwoty – w zestawieniu z pensjami w Polsce jest ona wysoka, choć patrząc na realia kosztów życia w dużym mieście wcale nie taka wielka. Inna sprawa, że ci, którzy twierdzą, iż tak wysoki zasiłek demoralizuje, jako niewiele niższy niż płaca minimalna, zapominają dodać, że demoralizujący – i to jeszcze jak – jest przede wszystkim poziom płac w Polsce. Nie da się ukryć, że płacić komuś za miesiąc pracy np. 1000 zł, to tak, jakby napluć mu w twarz – ów człowiek po opłaceniu rachunków za mieszkanie i media oraz zrobieniu podstawowych zakupów (żywność, odzież, środki higieniczne etc.) zostaje w zasadzie z pustym portfelem. Z kolei sam bezterminowy zasiłek byłby, owszem, demoralizujący w kraju, gdzie ofert pracy mielibyśmy nadmiar, i to rozmieszczonych w miarę równomiernie, nie zaś skoncentrowanych w kilku regionach i metropoliach. Natomiast w sytuacji chronicznego braku miejsc pracy – dzisiejszy chwilowy boom niczego tu w dłuższej perspektywie nie zmienia – nie tylko demoralizująca, ale wręcz wołająca o pomstę do nieba jest sytuacja, w której zaledwie 1/7 bezrobotnych otrzymuje wsparcie w postaci zasiłku, i to przez krótki okres 6-18 miesięcy.

Na dyskusję zasługuje także wiele innych kwestii związanych z rozwiązaniem proponowanym przez Samoobronę, jak choćby mechanizmy dyscyplinujące bezrobotnych do podejmowania pracy, czy też przewinienia, które skutkowałyby utratą świadczeń. Nie zmienia to jednak faktu, że bezterminowy zasiłek dla bezrobotnych jest bardzo sensownym mechanizmem solidaryzmu społecznego. Nie jest to kwestia wyłącznie zabezpieczenia biologicznego przetrwania, ale także chęć zapewnienia wszystkim pracującym poczucia bezpieczeństwa (co pozytywnie skutkuje w takich kwestiach, jak poszukiwanie lepszej pracy czy relacje między pracownikami a pracodawcami), zaś bezrobotnym umożliwienia uniknięcia społecznej stygmatyzacji. Nie jest też prawdą, że budżetu „nie stać” na takie zasiłki. Po pierwsze, są znaczne możliwości przesuwania środków z innych wydatków, czyli mamy do czynienia z ustaleniem priorytetów w wydatkach „społeczeństwa solidarnego”, nie zaś z jakąś mission impossible. Po drugie – znaczne polepszenie siły nabywczej bezrobotnych poskutkowałoby szybkim wzrostem konsumpcji, a co za tym idzie zwiększeniem podatkowych wpływów do budżetu. Po trzecie zaś, dzisiejszy brak wsparcia dla nich już jest kosztowny – nie tylko „wprost”, w postaci zapomóg z opieki społecznej, ale także w formie kosztów reakcji na patologie, od nałogów po wandalizm i ciężką przestępczość – a w perspektywie długofalowej będzie generował ogromne wydatki, o dotkliwych stratach w biologicznej i kulturowej substancji „solidarnego” społeczeństwa nie wspominając.

Należy też dodać, że bezterminowy zasiłek byłby świetnym instrumentem polityki prorodzinnej – nie tylko zabezpieczając warunki do posiadania potomstwa w ogóle, ale i umożliwiając matkom (a może i ojcom) spokojne wychowanie dziecka przez kilka lat, zamiast gnania do jakiejkolwiek pracy, by przeżyć. Mógłby też stać się sposobem na rozsądną liberalizację rynku pracy, pozwalając firmom lepiej reagować na wahania koniunktury – pracownika łatwiej byłoby zwolnić, ale jednocześnie nie byłoby to dla niego tragedią, gdyż stały i przyzwoity zasiłek umożliwiłby normalne życie i spokojne poszukiwanie kolejnej posady.

PiS zamiast tego zaproponował działania, które w zasadzie można porównać do XIX-wiecznej filantropii, z tą różnicą, że łaskawym darczyńcą zamiast Pana Przedsiębiorcy stał się Pan Urzędnik. Co zrobił „solidarny” rząd? Postanowił nakarmić dzieci w szkołach oraz wesprzeć, na wniosek i przy współpracy LPR, rodzące matki jednorazowym datkiem, zwanym „becikowym”. To oczywiście lepsze niż nic i trudno człowiekowi o zdrowych zmysłach krytykować karmienie głodnych dzieci. Łatwo jednak dostrzec schizofreniczny wymiar całej sytuacji. Otóż ci sami ludzie, którzy zasiłki dla bezrobotnych krytykują jako utrwalające uzależnienie od pomocy państwowej, promują takie uzależnienie w kwestii znacznie bardziej fundamentalnej, czyli napełniania dziecięcych brzuszków. Nie trzeba być „socjałem” – można być nawet liberałem – by dostrzec, że znacznie bardziej normalnym i humanitarnym rozwiązaniem jest sytuacja, w której bezrobotni rodzice kupują dziecku pożywienie (a także ubrania, obuwie, podręczniki, zabawki etc.) za pieniądze z zasiłku, niż gdy to samo dziecko jest dokarmiane przez państwo na oczach zamożniejszych rówieśników.

O „becikowym” z kolei można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że rozwiązuje jakiś problem. Nie robi tego w sferze tzw. prorodzinnosci, bo nikt rozsądny nie zdecyduje się na potomka przy jednorazowym wsparciu na tak mizernym poziomie. Nie czyni tak również w kwestii pomocy społecznej. Trafia wszak do ludzi o różnym statusie materialnym (w tym także do zamożnych), nie przysługuje natomiast tym ubogim, którzy dzieci mieć nie chcą lub nie mogą, co przypomina raczej nagradzanie dobrze aportującego psa przez jego właściciela niż równe traktowanie przez państwo swoich obywateli. Zresztą cała polityka rządzącej ekipy zdaje się być dyktowana ideologią „rozpłodową”, traktując osoby bezdzietne jako gorsze – świadczy o tym pojawiający się ostatnio pomysł dodatkowego opodatkowania tych właśnie obywateli.

Trudno taką politykę nazwać choćby liberalną – ona jest anachroniczna. Nowocześni liberałowie twierdzą, że nie należy dawać ryby, lecz wędkę. Mają rację – istotnie, samo rozdawanie jałmużny nie rozwiązuje żadnego problemu, a wręcz pogłębia go. Wędką powinny być nowe miejsca pracy, czyli – tu już możemy dać sobie spokój z liberalnymi teoriami – aktywna polityka państwa w sferze gospodarczej, niekoniecznie w „prostackiej” formie dotacji, lecz np. jako nakłady na naukę czy innowacje, albo różne metody faworyzowania inwestycji „pracochłonnych”. I w tej kwestii PiS również niewiele dokonał. Ileśset tysięcy ludzi wyjechało na Zachód do pracy, trafiła się akurat dobra koniunktura gospodarcza (zawsze się taka trafia po fazie stagnacji), do Polski płyną niespotykane wcześniej kwoty z UE na wsparcie wielu sfer, w tym tak zaniedbanych, jak rolnictwo czy infrastruktura na prowincji. I tylko tyle. Sam rząd nie zrobił niczego konkretnego. Gdy pierwsza „solidarna” minister finansów, Teresa Lubińska, powiedziała kilka słów prawdy o takich – nazwijmy to po imieniu – g… wartych inwestycjach jak hipermarkety, to szybko pożegnała się ze stanowiskiem. A tego rodzaju „biznesy” są zupełnie bezproduktywne, jeśli nie wręcz szkodliwe z punktu widzenia dobrobytu Polski i jej obywateli.

Z kolei jedyną dziedziną gospodarki, w której rząd przedsięwziął faktyczne kroki, jest budowa autostrad. Pomijam w tym miejscu ekologiczne i społeczne aspekty inwestycji tego rodzaju, bo to temat na osobny artykuł. Faktem jednak pozostaje – zapisanym od kilku lat nawet w dokumentach tak „betonowej” i technokratycznej instytucji, jak Komisja Europejska – że nie zachodzi żaden wyraźny i niekwestionowany związek między budową autostrad a rozwojem gospodarczym danego kraju czy regionu. Biorąc pod uwagę ogromny koszt inwestycji oraz ich główne przeznaczenie (tranzyt towarów przez Polskę na linii Europa – Rosja), znacznie bardziej korzystne z punktu widzenia poprawy poziomu życia byłoby wyasygnowanie tej kwoty na gruntowne remonty już istniejącej infrastruktury drogowej i kolejowej. „Solidarny” rząd bardziej się jednak martwi, czy niemiecki TIR wygodnie dotrze do Rosji, niż tym, czy polski prowincjonalny przedsiębiorca zawiezie furgonetką swoje produkty do hurtowni odległej o 50 km, bez ryzyka urwania podwozia, a polski pracownik będzie mógł szybko i sprawnie dojechać pociągiem do firmy w sąsiednim miasteczku.

Osobna sprawa to oczywiście fetyszyzowanie wskaźników koniunktury, w tym nie tylko wspomnianego malejącego poziomu bezrobocia, ale także rosnącego PKB. Znów jest to coś, co tak naprawdę niewiele mówi o sytuacji w kraju. Wiadomo np. już bezspornie, że rosnące PKB nie musi przekładać się na wzrost poziomu zamożności czy poprawę kondycji ogółu społeczeństwa. Najbardziej wymownym przykładem są tu Stany Zjednoczone, gdzie nieustanny, znaczny wzrost PKB od wielu lat, nie zmienia faktu, iż znaczna część społeczeństwa dotknięta jest tam spadkiem siły nabywczej i obniżką płac realnych – większość owoców wzrostu gospodarczego skonsumowała wąska elita finansowa, nie zaś zwykli ludzie. Dlatego też zachwyty nad rosnącym PKB nie mają żadnej wartości dopóki nie wiemy, komu i jak bardzo polepszyło się dzięki temu – czy zyskali szeregowi pracownicy firm prywatnych, zatrudnieni w budżetówce i emeryci, czy może ci, którzy dotychczas już i tak byli nieźle sytuowani?

Gdzie mamy więc tę „Polskę solidarną”? Może w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego? A skądże – tu bezrefleksyjnie powtarza się fałszywe neokonserwatywne tezy, że wystarczy surowo karać przestępców, aby zapanował porządek. Tak jakby większość przestępstw popełniano z nudów, nie zaś wskutek biedy, braku perspektyw czy z powodu przyswajania złych wzorców osobowych w patologicznym środowisku. Oczywiście bandytów trzeba surowo karać bez żadnego pobłażania, by zapewnić społeczeństwu elementarne warunki bezpieczeństwa, a w szkołach choćby i odizolować kilku łobuzów, aby uniknąć zdemoralizowania całych klas. Ale jeśli minister sprawiedliwości neguje sam sens resocjalizacji skazanych, a minister edukacji uważa, że dzieci „złe” należy masowo oddzielać od „dobrych”, to nie jest to żadna „Polska solidarna”, lecz Dziki Zachód. Takich anty-solidarnych postaw i działań można by wymienić więcej – choćby w polityce zagranicznej (bezsensowne i kosztowne krwawe awantury na polecenie USA) czy zmianie stawek podatkowych, na których zyskali najzamożniejsi – ale już starczy.

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest anachronizm ideologii PiS oraz obrana przez jego przywódców droga ku hegemonii na prawicy. Anachronizm ów jest dwojaki. Pierwszy ma oczywiście korzenie w biografii braci Kaczyńskich, ukształtowanych w latach walki z komunizmem, a później zmagających się z postkomuną. Nie zamierzam negować wielu faktycznych patologii III RP, związanych z brakiem konkretnego i stanowczego rozliczenia się z ludźmi i mechanizmami PRL-u. Bez wątpienia należy dokonać lustracji, ujawnić agenturę w polityce, mediach i gospodarce, wyjaśnić podejrzane aspekty działań postkomunistów, zwłaszcza ich niejawnych struktur. Być może nawet należy dokonać tego w pierwszej kolejności – moja wiedza o kulisach problemu jest niepomiernie mniejsza niż Prezydenta i Premiera, więc trudno mi wyrokować, czy najpierw mają być „rozliczenia”, czy może gospodarka lub socjal. Jednak ogólna wymowa wielu wypowiedzi i stanowisk PiS-owskiego trzonu obozu rządzącego nie pozostawia wątpliwości, że od wielkości do śmieszności jest tylko krok. Jeśli bowiem całą nędzę i rozpacz III RP tłumaczą brakiem lustracji lub działalnością WSI, to niestety widać wyraźnie, że poza myśleniem życzeniowym nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Już tylko przykład sąsiedniej NRD, gdzie lustracja była pełna i szybka, a bogate zachodnie Niemcy władowały w ów kraj miliardy marek, pokazuje, że sednem sprawy nie są agenci, układ i czerwona pajęczyna, lecz dużo poważniejsze procesy i zjawiska o wymiarze globalnym.

Tu dochodzimy do drugiej płaszczyzny anachronizmu PiS. Otóż zamiast Porozumienia Centrum, czyli partii nieufnej zarówno wobec prawicowego liberalizmu gospodarczego, jak i przesadnego konserwatyzmu kulturowego, mamy dziś liderów tamtego ugrupowania na czele „wielkiej partii prawicowej”. W jej szeregach nie tylko stricte politycznych, ale i w zapleczu eksperckim (może nawet bardziej w nim), można znaleźć całe mnóstwo postaci jakby żywcem skopiowanych z neokonserwatywnej matrycy. Mam na myśli zwolenników Busha, Thatcher i Reagana, praktykujących pokazowy katolicyzm oraz odnajdujących sens życia – choć być może chodzi tu o odwrócenie uwagi od faktycznych problemów – w wojowaniu z gejami, feministkami, pornografią, prezerwatywami, Islamem, podatkami progresywnymi itp. problemami, które nękają Polskę dniem i nocą. Ten intelektualny folklor, z racji na swoją „siłę rażenia”, wspartą dodatkowo przez podobną opcję LPR (której liderzy wychwalają Thatcher i wojują z teorią ewolucji), znacząco wpływa na publiczny wizerunek i linię programową partii, a mam też wrażenie, że pod jego presją sami Kaczyńscy zaczynają przechodzić na coraz bardziej jałowe pozycje. Paradoksalnie, najlepiej w obozie rządzącym wypada „chamska” i „głupia” Samoobrona. To właśnie jej liderzy znacznie więcej rozumieją ze współczesnego świata, bliżsi są myśleniu solidarnemu niż neoliberalnemu, nie zostali też naznaczeni przesadnym przywiązywaniem wagi do jałowych schematów antykomunizmu.

Cała kwestia ma jednak szerszy, globalny wymiar. Dzisiejsza lewica więcej rozumie z realiów naszego świata, ale nie ma pomysłów jak to zmienić, brakuje jej także zakorzenienia w społeczeństwie. Prawica zaś posiada oparcie w „ludzie”, który potrafi mobilizować atrakcyjnymi dla niego hasłami, lecz z kolei zupełnie nie radzi sobie z analizą rzeczywistości. Lewica prze do przodu, lecz jest małą grupką wyizolowanych intelektualistów, za którą nie podąża żaden tłum. Prawica ma za sobą masy, ale potrafi wraz z nimi jedynie dreptać w kółko. Można krytycznie oceniać sporą część analiz, a zwłaszcza propozycji autorstwa takich myślicieli, jak Žižek, Hardt, Wallerstein czy Bauman, ale w ich rozprawach widać próbę zrozumienia zmieniającego się świata i wypracowania rozwiązań adekwatnych do sytuacji. Z kolei myśl – jeśli można ją tak w ogóle nazwać – neokonserwatywna jest wobec realiów bezradna. Wywody Kagana, Scrutona, Sormana czy Legutki to po prostu, bez względu na reklamowy szum czy tytuły naukowe autorów, obraza dla elementarnej wiedzy o procesach społecznych i problemach współczesnego świata. Jeśli „na prawo” pojawi się jakiś faktycznie twórczy i odważny myśliciel, to – jak np. John Gray – sam ucieka z tak jałowego środowiska, w dodatku jest przez nie traktowany jako zdrajca i wyrzutek. No ale nie wymagajmy, żeby liderzy PiS czytali i rozumieli Graya, skoro nie dociera do nich nawet większość tego, co pisze „zakolegowana” Jadwiga Staniszkis…

Zamiast „rewolucji moralnej” będzie więc stagnacja banalna. Gdy do ogólnej niemocy prawicy w definiowaniu problemów dodamy polską manierę ślepego – bazującego na kompleksach – naśladownictwa oraz intelektualne uwikłanie w problemy z epoki minionej, to pewne jest, że nie czeka nas żadna całościowa zmiana na lepsze. Kaczyńscy mają jakieś pomysły na rozwiązanie problemów „z wczoraj”, ale niewiele mają ich „na dziś”, a jeszcze mniej „na jutro”. Nie będzie rządu przełomu – będzie rząd dreptania w kółko. Nie wystarczy mieć armat – kadr, poparcia społecznego i szumnych zapowiedzi. Muszą jeszcze być one celne.

Lokalne, czyli centralne

Wśród zgiełku dotyczącego tego, czy PiS „zblokuje” się w listopadowych wyborach samorządowych z Samoobroną i LPR, a PO z PSL, zaś SLD z SDPl i Demokratami, zupełnie zatraca się problem całkiem inny. Ten mianowicie, czemu powinny służyć wybory samorządowe. To chyba oczywiste, że służyć powinny demokracji lokalnej i ludowładztwu na najniższym, lecz podstawowym, rudymentarnym poziomie. Zamiast tego, służą promocji ogólnopolskich szyldów – nie są to wybory samorządowe, lecz partyjny skok na władzę w lokalnych społecznościach.

I nikt nie widzi w tym niczego złego. Odgórne próby kształtowania demokratycznego ładu na najniższym poziomie stają się przedmiotem krytyki tylko wtedy, gdy partia rządząca zamierza uchwalić rozwiązania prawne, które będą korzystne dla niej, mniej przychylne natomiast dla konkurentów z opozycji. Nikt jednak nie protestuje w sytuacji, gdy już dawno istnieją w ordynacji wyborczej zapisy dyskryminujące lokalne inicjatywy, a korzystne dla podmiotów ogólnopolskich. Żadna partia nie powie o tych zapisach złego słowa, bo wszak to właśnie im zawdzięczają rozciągnięcie sfery własnych wpływów także tam, gdzie „wielka polityka” powinna mieć dostęp mocno ograniczony.

O pierwszym problemie już wspomniałem. Media ekscytują się rozgrywkami między partiami w kontekście nadchodzących wyborów samorządowych. Czy PiS zyska, czy może straci? Czy PO da mu nauczkę? Czy LPR, Samoobrona i PSL uratują się dzięki nim przed dalszą degradacją? Czy postkomuniści dostaną od wyborców premię za jedność i sojusz z liberałami-etosiarzami? Jednym słowem: kto „weźmie” samorządy. Ten ostatni zwrot – powszechnie używany przez media i polityków – najlepiej obrazuje skalę degrengolady w myśleniu o społecznościach lokalnych i wyłanianiu ich przywództwa. Efekt jest taki, że język debaty o samorządności oraz sposób myślenia o niej kształtowany jest przez ogólnopolskie, głównie stołeczne podmioty, co sprawia, że zatraca się podstawowy sens lokalnej polityki.

Gdyby na tym można było poprzestać opisując problem zawłaszczania sfery „dolnej” przez „górną”, to pół biedy. Jest jednak znacznie gorzej. Regulacje dotyczące wyborów do samorządu lokalnego zawierają bowiem zapisy, które jawnie i w świetle prawa dyskryminują oddolne inicjatywy wyborcze. Już na starcie stawiają je szczebel niżej od podmiotów ogólnopolskich.

Co mówi ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw? W dziale I, o nazwie „Przepisy wspólne”, czytamy w Art. 78.: „1. Komitetom wyborczym, które zarejestrowały listy kandydatów w ponad połowie okręgów w wyborach do wszystkich sejmików województw, przysługuje również prawo do nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych w programach ogólnokrajowych Telewizji Polskiej i Polskiego Radia.; 2. Łączny czas nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych wynosi 15 godzin w Telewizji Polskiej i 20 godzin w Polskim Radiu”. Mówiąc wprost: jeśli lokalne komitety wyborcze wystawiają kandydatów do sejmiku wojewódzkiego w jednym lub kilku okręgach wyborczych, to ich jedyną bronią w walce o poparcie są własne materiały propagandowe, wytworzone za środki finansowe tegoż komitetu. Kontrkandydaci tychże komitetów, startujący z list zarejestrowanych w ponad połowie okręgów, oprócz własnych materiałów wyborczych mają do dyspozycji łącznie 35 godzin darmowej reklamy w publicznych mediach ogólnopolskich. Jak to się przekłada na równe szanse obu podmiotów – zwłaszcza w epoce, gdy radio i TV są jednymi z głównych narzędzi kształtowania opinii publicznej – nie trzeba chyba tłumaczyć.

To nie koniec. Art. 76. tej samej ordynacji mówi, iż: „Komitetom wyborczym, których listy kandydatów zostały zarejestrowane, przysługuje, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, prawo do nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych przez terenowe oddziały Telewizji Polskiej – Spółka Akcyjna i przez spółki publicznej radiofonii regionalnej /…/” . Niby tym razem mamy równość. Tak się jednak składa, że publiczna telewizja i radio nie mają oddziałów lokalnych, lecz jedynie regionalne, na poziomie województwa, sporadycznie w niektórych miejscach kraju posiadając swe dodatkowe ośrodki w większych miastach nie-wojewódzkich (głównie w byłych ośrodkach tego typu, sprzed reformy administracyjnej). W praktyce oznacza to, że o ile w wyborach do sejmików wojewódzkich wszyscy kandydaci mają szanse przedstawić swoje programy i pomysły potencjalnym wyborcom, o tyle publiczna telewizja i radio nie zaprezentują nam wszystkich kandydatów np. do rad gmin. Dowiemy się z nich tylko tyle, że takie czy inne duże podmioty – zarejestrowane w skali ponadlokalnej – zachęcają nas do głosowania na ich kandydatów w wyborach do m.in. tychże rad gmin. Znów więc w praktyce duży może więcej.

Co jeszcze ciekawego mówi nam ordynacja? Ano to, w artykule 79., iż: 1. Niezależnie od czasu przyznanego na nieodpłatne rozpowszechnianie audycji wyborczych każdy komitet wyborczy może, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, odpłatnie rozpowszechniać audycje wyborcze w programach publicznych i niepublicznych nadawców radiowych i telewizyjnych.; /…/ 5. Czas przeznaczony na rozpowszechnianie odpłatnych audycji wyborczych nie jest wliczany do ustalonego odrębnymi przepisami dopuszczalnego wymiaru czasu emisji reklam”. Widzimy więc, że komitety duże, ponadlokalne, oprócz darmowej promocji w mediach publicznych, mogą się do woli reklamować za pieniądze w tychże mediach, a także w prywatnych gazetach, rozgłośniach i stacjach, plus oczywiście za pomocą wszelkich innych materiałów, jak plakaty, ulotki czy billboardy.

Ktoś powie – i co w tym złego? To, że komitety ponadlokalne są na ogół komitetami partyjnymi. Duże partie polityczne otrzymują na swą działalność dotacje z budżetu państwa – wystarczy w wyborach parlamentarnych zdobyć powyżej 3% głosów, by te pieniądze dostać. Oprócz tego państwo pokrywa w niemałej kwocie wydatki na zaplecze dużych partii „w terenie”, w postaci biur poselskich i senatorskich. W wyborach lokalnych stają więc naprzeciwko siebie dwojakie podmioty: zamożne, finansowane w znacznej mierze z budżetu partie polityczne oraz niewielkie, lokalne inicjatywy, które mogą liczyć jedynie na środki własnych członków i sympatyków, a struktury i zaplecze (choćby lokale na zebrania) opłacać ad hoc z tychże środków.

To wszystko, co opisałem, gdyby ktoś jeszcze nie dostrzegł, nazywane jest równością praw. Zaiste, ciekawa to równość. Inicjatywy, które powinny być „solą tej ziemi”, tzn. powstawać oddolnie i naprawdę lokalnie w celu zdobycia wpływu na własną społeczność i zasady jej funkcjonowania, są jawnie dyskryminowane w wyborach samorządowych. Nikt z „wielkich” polityków się na to nie oburza, łącznie z rzekomymi miłośnikami decentralizacji państwa. Palcem w tej sprawie nie kiwnął Rzecznik Praw Obywatelskich. Nie spędza to snu z powiek różnej maści „uzdrawiaczom” ordynacji. Problemem dotyczącym większości, jeśli nie wszystkich obywateli, nie interesują się wszelacy specjaliści od „antydyskryminacji”.

Oczywiście partie nie są przybyszami z kosmosu. Część z nich ma silne, autentyczne struktury lokalne i sympatyków aktywnych politycznie na najniższych szczeblach podziału administracyjnego. W niektórych miejscowościach są one zapewne jednymi z niewielu form faktycznego zaangażowania obywateli w życie publiczne. Mają one także prawo starać się o wpływy polityczne w samorządach, choćby po to, żeby polityka centralna, ogólnopolska, mogła zostać „przełożona” na lokalne, odczuwane przez ogół obywateli, konkrety. Nie zmienia to jednak faktu, że polityka lokalna nie powinna być polityką partyjną. Choćby dlatego, że mnóstwo kwestii na poziomie społeczności lokalnych ma charakter „pozapolityczny”. Albo dlatego, że mnóstwo osób ze świetnymi pomysłami i zaangażowanych w działania na rzecz swoich miejscowości, nie ma ochoty na funkcjonowanie w łonie partii – obecna ordynacja już na starcie skazuje ich na gorszą pozycję w walce o to, kto będzie władał „na dole”.

Całkowita eliminacja wpływu odgórnych inicjatyw na lokalne realia to postulat zapewne utopijny, a także szkodliwy. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli polityka samorządowa nadal będzie zdominowana przez ogólnopolskie nazwy, pomysły i pieniądze, o demokracji lokalnej będzie można mówić jedynie z przymrużeniem oka. Stosunek wobec obecnie istniejących, wyżej wskazanych, daleko posuniętych wad ordynacji wyborczej, jest znacznie lepszym miernikiem tego, jak dana osoba czy inicjatywa postrzega kwestię faktycznego społeczeństwa obywatelskiego, niż cała związana z tym terminem atrapa w postaci górnolotnych deklaracji, wzniosłych haseł, mądrych konferencji i jeszcze mądrzejszych opasłych tomów z receptami na to, jak „ożywić społeczności lokalne”. Najpierw przestańcie je tłamsić, a wtedy dopiero zobaczymy, czy w ogóle istnieje problem ich odgórnego ożywiania.

Polska Kuronia – reaktywacja?

Niedawno opublikowany przez „Życie Warszawy” zapis rozmów Jacka Kuronia z pułkownikiem-esbekiem Lesiakiem wywołał prawdziwą burzę. Długo można by o tym pisać, ale w kwestii PRL-owskiej przeszłości ograniczę się do kilku uwag, by później przejść do tego, co interesuje mnie bardziej.

Po pierwsze, nie czuję się upoważniony do oceny tego, co Kuroń robił „za komuny”. Sądzę też, że ludzie w moim wieku i młodsi, a więc tacy, którzy na własnej skórze nie poznali tamtych realiów jako osoby dorosłe, nie powinni zabierać głosu na podobny temat. Dziś łatwo jest potępiać, ganić, mądrzyć się i demonstrować odwagę – bo nic to nie kosztuje. Ktoś, kto choć raz nie dostał milicyjną pałą, nie miał w mieszkaniu esbeckiego kipiszu i nie spędził w celi choć „48”, powinien ugryźć się w język zanim oskarży Kuronia o zdradę, tchórzostwo, zaprzaństwo itd. W tej kwestii zgadzam się z osobami, które wyrażały oburzenie, gdy młodzi posłowie LPR-u dywagowali na temat odebrania Orderu Orła Białego współautorowi listu otwartego do Partii.

Nie zgadzam się natomiast z opiniami, że Kuroń powinien być w ogóle nietykalny, traktowany niczym świętość. Nie tylko on bowiem siedział w więzieniu, przeżywał rewizje i szykany – inne osoby zaangażowane w opozycję antykomunistyczną mają pełne prawo kwestionować zasadność i krytycznie oceniać wymowę nie tylko rozmów Kuronia z SB, ale i każdy inny aspekt jego działalności. A że część z nich ocenia bardzo krytycznie, wiadomo od dawna, zanim opinia publiczna poznała zapis wspomnianych rozmów.

Po trzecie, napawa mnie niesmakiem dwulicowość obrońców Kuronia. Dziś są oburzeni, gdy ktoś kwestionuje jego „świętość”, podważa autorytet, wątpi w geniusz i czyste intencje. Jacek – mówią – tyle dla Polski zrobił, tyle wycierpiał, tak się poświęcał, a teraz podli, mali i zawistni ludzie go opluwają. A ja się pytam, i też nie ukrywam swego oburzenia, jakim prawem różni „przyjaciele Jacka” opluwali po roku 1989 bez pardonu i bez zażenowania ludzi tej miary, co Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz, Kornel Morawiecki czy Jan Olszewski? Krytyka Kuronia jest traktowana jako niemalże zbrodnia przeciwko ludzkości – nie było jednak wedle tych samych osób niestosowne, gdy jakieś gnojki na pensji u Michnika wylewały kubły pomyj na szlachetnych ludzi, czyniąc z nich niemalże wariatów, nienawistników, wykolejeńców, mącicieli itp.

Po czwarte, nie widzę najmniejszego powodu, by Kuroń czy ktokolwiek inny pozostawał poza nawiasem zainteresowania historyków tylko dlatego, że wedle pewnej grupy jest on legendą. Albo można badać cokolwiek się zechce, albo są jakieś zakazy formalne lub umowne – i wtedy wracamy do realiów PRL-u właśnie. Doprawdy, zabawne, że w świecie, w którym można, a w pewnych kręgach wręcz wypada kwestionować istnienie Pana Boga, nie można powiedzieć złego słowa o Jacku Kuroniu…

Jak się jednak rzekło na wstępie, mniejsza o przeszłość PRL-owską. Dziś słyszę, że mam wybierać między „Polską Kaczyńskich” a „Polską Kuronia”. Przed takim wyborem stawiają mnie liderzy SLD, SdPL i Demokratów.pl, czyniąc to na użytek kampanii wyborczej, a wtórują im dziennikarze głównych mediów prywatnych. Cóż to jest jednak ta „Polska Kuronia”? Ano właśnie – w tym momencie kończą się żarty, a zaczynają schody. Zapewne beneficjenci III RP, do niedawna sprawujący realną władzę polityczną, mający ogromne wpływy w biznesie i dzierżący rząd dusz, są z „Polski Kuronia” zadowoleni. Ale trzeba doprawdy wiele, bardzo wiele tupetu, aby polecać ją zwykłym ludziom.

„Polska Kuronia” to bowiem ta Polska, w której około 20% obywateli w wieku produkcyjnym zostało pozbawionych pracy, czyli w większości przypadków także środków do życia. To Polska, w której ludzie biedni byli przez kumpli Kuronia traktowani jako ofermy i łajzy, same sobie winne. To ta Polska, w której dzieci w Bieszczadach, w byłym woj. słupskim, na Suwalszczyźnie i w wielu innych regionach – po prostu nie miały co jeść. To Polska, do której powróciły biedaszyby, stanowiące zjawisko szokujące dla jakiegokolwiek „zachodniego” cudzoziemca odwiedzającego region wałbrzyski. To Polska, w której dziesiątki zakładów przemysłowych uznano za nierentowne, co nie przeszkodziło, by wielu cwaniaków dorobiło się sporych fortun na ich rozdrapaniu. To Polska, w której tolerancją wycierano sobie gęby, ale każdy, kto kwestionował wywody liberalnych mędrków był nazywany oszołomem, faszystą czy po prostu wariatem. To Polska, w której autorytetami moralnymi byli przez lata późniejsi partnerzy Lwa Rywina w tzw. negocjacjach biznesowych. To Polska, w której za miesiąc ciężkiej pracy płaciło się 700 zł, albo i nie płaciło wcale, gdy taki akurat był kaprys Jaśnie Pana Pracodawcy. To Polska, w której państwowa policja na usługach prywatnego biznesmena pacyfikowała protest robotników w Ożarowie. Itd.

To właśnie była Polska Kuronia. W niej premier Mazowiecki wysłał policję, by rozbiła transporterami opancerzonymi blokady drogi pod Mławą, zorganizowane przez Solidarność Rolników Indywidualnych. W niej płk. Lesiak, już jako pozytywnie zweryfikowany oficer UOP, zajmował się rozbijaniem „niewygodnych” ugrupowań politycznych różnych – wbrew bzdurnej, obiegowej opinii o „inwigilacji prawicy” – opcji, m.in. Polskiej Partii Socjalistycznej, wówczas jeszcze będącej szansą na lewicę niekomunistyczną. W niej kumple Kuronia z „Gazety Wyborczej”, w imię wolności słowa i pluralizmu, odmówili zamieszczenia płatnych (sic!) ogłoszeń wyborczych komitetu „Poza Układem”, tworzonego przez Annę Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdę. To była Polska Kuronia.

I proszę nie opowiadać bajek, że na taką Polskę byliśmy skazani po 45 latach „komuny” – przykład leżących po sąsiedzku Czechu świadczy, że nie byliśmy, że można to było zrobić inaczej, lepiej. Ale trzeba było chcieć – Kuroń zaś, niczym filantrop z liberalnych opowiastek, wolał rozdawać zupy niż tworzyć sprawiedliwsze społeczeństwo. Mówić dziś większości społeczeństwa, że powinna wybrać „Polskę Kuronia” to tak, jakby napluć im w twarz.

Co więcej, jakby już mało było tej obłudnej farsy, w ramach obrony dobrego imienia Jacka Kuronia wyciągnięto z lamusa jego jakże mile brzmiące hasło „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. To piękne wezwanie, ale może ktoś z obrońców Kuronia zechce się zainteresować tym, jak jego idol pojmował owo hasło po roku 1989, gdy już negocjacje z „komuchami” – mniejsza o to, od kiedy trwające – zakończył sukcesem. Od kilkunastu reprezentantów różnych środowisk słyszałem, iż to właśnie Kuroń był u zarania III RP jednym z głównych oponentów oddolnych, niezależnych inicjatyw obywatelskich. Do niego właśnie, mając na uwadze dysydencką legendę, ujmujący sposób bycia i ideały głoszone przez lata, zgłaszali się ci, którzy na serio pojmowali wolność i myśleli, że skoro komuna wreszcie upadła, to można będzie stworzyć nową, lepszą Polskę. Zgłaszali się do Kuronia zwolennicy samorządu robotniczego, akcjonariatu pracowniczego, niehierarchicznych form edukacji, różnego rodzaju wolnościowych koncepcji samorządowych itp. Nie chodzi o to, że Kuroń ich nie poparł – być może zdawał sobie sprawę z utopijności takich rozwiązań w ogóle lub w tamtym okresie. Z relacji owych ludzi wiem jednak, że Kuroń okazywał im pogardę, a wręcz zwalczał ich. Oni nie chcieli palić komitetów, chcieli zakładać własne. Kuroń wolał natomiast popierać plan Balcerowicza, reformy wedle zaleceń Banku Światowego oraz tworzenie zrębów nowej oligarchii. Do opowieści o oddolnych inicjatywach wrócił dopiero po kilkunastu latach – wtedy, gdy jego ultraliberalna partia „etosiarzy” wylądowała na śmietniku, a społeczna energia zamiast w zakładaniu komitetów znalazła ujście w poparciu dla Samoobrony i LPR. Zdegustowani waleniem głową w mur, postawili tym razem na taran.

Nie mam pretensji do Jacka Kuronia, że popełniał błędy. To normalna rzecz, każdemu się zdarza, choć również każdy powinien zostać z nich rozliczony. Pretensję mam do tych, którzy kreują go na świętego, choć takowym nie był, a oni są zapewne w jeszcze mniejszym stopniu. Mam pretensję do tych, którzy proponują mi wybór „Polski Kuronia”. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycony „Polską Kaczyńskich” i mógłbym obecnej ekipie sporo zarzucić. Wiem jednak na pewno, że Polska nie tylko Kuronia, ale też Olejniczaka, Borowskiego i Frasyniuka była Polską złą i nie zasługuje na żadną obronę.

Dwa grona gniewu

Powyższe zestawienie należy do tzw. kontrowersyjnych. Bo przecież „owsiakowcy” nie lubią „rydzykowców” i vice versa. Ale jeśli spojrzeć pod podszewkę zjawiska i odrzucić oklepane opinie, łatwo dostrzec, że więcej ich łączy niż dzieli. Łączą kwestie „klasowe”. Uczestnicy pielgrzymki Rodziny Radia Maryja i Przystanku Woodstock pochodzą z bardzo podobnych środowisk społecznych. To głównie reprezentanci „Polski B” – tych miejscowości, regionów, warstw i klas, które na różne sposoby są marginalizowane i lekceważone, dla których nie ma zbyt wiele miejsca w przestrzeni publicznej, o których nie troszczą się ani masowe media, ani wielki biznes, ani luminarze obecnego porządku.

Słuchacze Radia Maryja to w opinii mainstreamu zacofańcy, banda ciemniaków, tacy podludzie w Nowym Wspaniałym Świecie. Wierzą w zabobony, na które nie ma miejsca w XXI wieku. Myślą w prostych kategoriach dobra i zła, nie zaś wedle kanonów pluralizmu i tolerancji. Ich zachowania polityczne i sposoby artykulacji przekonań są „brutalne” – dalekie od atmosfery salonowych debat, gdzie grzeczni chłopcy i starsi panowie z warszawki różnią się pięknie, jedni są „lewi” a drudzy „prawi”, lecz wszyscy biorą pensję od Rapaczyńskiej, Wildsteina i Axela Springera.

Z kolei uczestnicy Przystanku Woodstock, choć milej widziani przez establishment, bo bliżsi mu na płaszczyźnie kulturowej, też nie są jego pupilkami. Nie ma z nich wielkiego pożytku, ponieważ nie dysponują wielką siłą nabywczą. To nie jest klientela stołecznych modnych klubów ani tzw. target wielkich firm odzieżowych czy muzycznych. To dzieciaki z mizernym kieszonkowym lub ich nieco starsi koledzy z miesięczną pensją między 600 a 900 zł, albo i bez jakiejkolwiek pensji.

Jedni i drudzy to „inny świat” – mieszkańcy peryferyjnych blokowisk, małych miasteczek i wiosek, często kiepsko wykształceni, bez znajomości i „pleców”, mocno osadzeni w realiach, które na salonach pojawiają się wyłącznie za pośrednictwem ckliwych reportaży w „Dużym Formacie” czy krzykliwych i sentymentalnych zarazem programów Elżbiety Jaworowicz.

Uczestnicy Przystanku Woodstock wierzą, że drużyna o. Rydzyka chciałaby wszelkich „odmieńców” palić na stosach. Słuchacze Radia Maryja są zaś przekonani, że „owsiakowcy” to banda hedonistycznych degeneratów. Oczywiście, że różnice między tymi grupami istnieją, choć na potrzeby interesów elit są mocno wyolbrzymiane i podsycane. Młodzież z Woodstocku buntuje się, bo taka jest natura młodzieży. Elity muszą jednak dbać o to, aby buntowała się „właściwie”, to znaczy tak, aby niewiele zrozumiała z dzisiejszego świata. Młodzież „owsiakowa” wierzy więc, że w Polsce głównym problemem jest urojony faszyzm, nie zaś realne pensje w wysokości 800 zł. Wierzy też, że za wszystkie nieszczęścia odpowiadają o. Rydzyk, Lepper i bracia Kaczyńscy. Co by to było, gdyby zrozumiała, że brak perspektyw i bezrobocie zafundował im Balcerowicz, nie zaś Kaczyńscy, że to nie Rydzyk, lecz Michnik jest właścicielem potężnego i bezkarnego medialnego imperium, że myślenie salonowych liberałów pokroju Witolda Gadomskiego jest dużo bardziej prostackie niż Leppera.

„Rydzykowcy” również dają się nabierać różnym hochsztaplerom, wierząc, że sedno sprawy tkwi w „obcości” wielkiego kapitału, nie zaś przede wszystkim w samych jego mechanizmach, obojętnie, czy będzie stała za nimi ponadnarodowa oligarchia, czy „układ” liberalno-postkomunistyczny, czy jakiś „prawdziwie polski” biznesmen. Dają sobie też wmawiać, że patriotyzm i przywiązanie do Polski polega na pustosłowiu, czołobitności wobec o. Rydzyka, obnoszeniu się z wizytami w kościele oraz pomstowaniu na „Gazetę Wyborczą” i SLD.

Nie trzeba wiele bystrości, aby dostrzec, iż ci, którzy wycierają sobie gębę tolerancją, są całkowicie nietolerancyjni dla swoich przeciwników. Nie trzeba być bardzo wnikliwym, aby zauważyć, że Monika Olejnik, która w tym roku odwiedziła młodzież na Woodstocku, nie jest żadną obiektywną dziennikarką, lecz pozbawioną skrupułów pracownicą liberalnej machiny propagandowej. Z drugiej strony, nie trzeba wiele bystrości, aby zauważyć, że seks nieletnich, narkotyki i alkohol nie potrzebują Woodstocku – wystarczą „porządne” dyskoteki, jakich pełno w każdym mieście. Dopóki „alternatywna młodzież” będzie widziała w Radiu Maryja złowieszczy faszyzm, a „Nasz Dziennik” w Przystanku Woodstock tylko demoralizację, dopóty liberalny establishment będzie zacierał ręce i cieszył się, że tak łatwo udaje się stosować odwieczną sztuczkę o nazwie divide et impera.

A co by było, gdyby tak oba środowiska się zreflektowały? Nie mówię, że powinny się pokochać. Ale mogłyby dostrzec, że wiele łączy je nie tylko w kwestii usytuowania w strukturze klasowej, czy – rozpatrując rzecz w kategoriach bardziej nowoczesnych – w schemacie „centrum – peryferie”. Mogłyby zauważyć, że również ich interesy grupowe są bardzo podobne. Bo jedni mogą nienawidzić „faszyzmu”, a drudzy „demoralizacji”, ale po pielgrzymce i Przystanku wrócą do tych samych bloków, miasteczek i wsi. Wrócą tam harować za 800 zł, siedzieć na bezrobociu (w tych regionach wyłącznie „strukturalnym”) lub kończyć szkoły produkujące bezrobotnych oraz pracowników 800-złotowych. Jednych i drugich czeka to, co John Steinbeck odmalował tak przejmująco w powieści o „Ameryce B” – „Gronach gniewu”: bieda, upokorzenie, wykluczenie, poniewierka za wyśnionym lepszym życiem.

Steinbeck pisał: „Ci ludzie, którzy są pewni wszystkiego i nie poczuwają się do żadnego grzechu to skurwysyny, i gdybym był Panem Bogiem, to kopniakiem w tyłek wyrzuciłbym ich z nieba. Nie ścierpiałbym takich”. Właśnie tacy ludzie napuszczają „owsiakowców” i „rydzykowców” na siebie. Może warto zrobić im psikusa i spuścić solidne manto, zamiast wyżywać się we wzajemnych atakach?

Nau(cz)ki z Grassa

Oczywiście doskonale rozumiem wielką satysfakcję różnych środowisk po ujawnieniu plamy na życiorysie niemieckiego pisarza. Grass należał do czołowych moralizatorów, wielokrotnie brał udział, a nawet przewodził medialnym kampaniom spod znaku grzebania w życiorysach i rozliczania różnych ludzi z błędów popełnionych w przeszłości. Szczególnie głupio wygląda, gdy ktoś czyni coś, co potępiał u innych. W tym konkretnym przypadku groteska jest wyjątkowa – były żołnierz Waffen SS zaangażowany w wieloletnie tropienie pozostałości i odradzających się przejawów faszyzmu. Jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus, „tego nie wymyślił Hašek” – to wymyśliło samo życie.

Nic dziwnego, że „sprawa Grassa” nie tylko oburzyła, lecz także sprawiła satysfakcję wielu środowiskom. Taką satysfakcję przeżywam ostatnio dość często również ja i znam jej słodki smak. Nie będę robił szczegółowego przeglądu, wspomnę tylko o kilku przypadkach „tematycznych”.

Oto np. stowarzyszenie ATTAC-Polska było kiedyś prężną inicjatywą antyglobalistów, skupiającą ludzi z różnych środowisk. Dziś jest niewielką grupką głównie skrajnych lewicowców, bo z organizacji tej „znikło” całkiem sporo działaczy, często w atmosferze zarzutów o sympatie skrajnie prawicowe. To zarzut z gatunku takich, których nie trzeba udowadniać, a jego siła rażenia jest ogromna. W ramach rozgrywek we wspomnianym ATTAC-u pojawiły się rewelacje o tym, kto gdzie publikował 10 lat temu, kto się z kim spotkał 5 lat temu, co się komu wydaje, a o kim ktoś coś – niekoniecznie prawdziwie, ale jednak – powiedział. Oczywiście sami zainteresowani i ich deklaracje nie miały tu nic do rzeczy. Sądy kapturowe tym się różnią od normalnych, że nie obowiązuje w nich ani prawo do obrony, ani też zasada domniemania niewinności. Skazać więc można każdego za cokolwiek, jeśli tylko ktoś inny ma w tym jakiś interes, nie posiada natomiast skrupułów.

Te starannie zaplanowane kampanie oszczerstw dotknęły m.in. „Obywatela”. Naszą „zbrodnią” było to, iż – zgodnie z intencjami, jakie przyświecały stworzeniu pisma – obok autorów o poglądach lewicowych drukujemy także teksty prawicowców, a polityczną poprawność i etykietki przyklejane przez liberalny establishment jego wrogom, mamy po prostu gdzieś. Tymczasem ci sami puryści, którzy nas i innych oskarżali niedawno o „faszyzm”, obecnie intensywnie współpracują ze związkiem zawodowym „Sierpień ‘80” i Polską Partią Pracy (PPP). To ciekawy sojusz, bo liderzy związku i partii zaledwie kilka lat temu umizgiwali się do skrajnego prawicowca z Francji, Jean Marie Le Pena oraz tworzyli sojusz wyborczy z ultranacjonalistami z Narodowego Odrodzenia Polski. Obecne szefostwo polskiego ATTAC zachłystywało się oburzeniem na „Obywatela”, jednak dziś paraduje na wspólnych demonstracjach np. z wiceszefem PPP, Mariuszem Olszewskim, który nie dość, że zaliczył epizod „lepenowski” i „nopowski”, to w dodatku był wieloletnim działaczem oraz posłem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Jak łatwo sprawdzić, liderzy wspomnianych sojuszniczych formacji ATTAC-u współpracowali z „faszystami” znacznie intensywniej niż my. No i co? No i nic. Nie tylko są równi i równiejsi, ale w dodatku ci równiejsi mogliby się przyzwoitości uczyć chyba nawet od pań lekkich obyczajów.

Podobną satysfakcję odczuwam, gdy w „Midraszu”, miesięczniku polskich Żydów, czytam, że czasopismo „Rewolucja” zamieszcza – zdaniem redakcji „Midrasza” – cytuję: „publikacje antysemickie”. Mam tę satysfakcję, gdyż owa „Rewolucja” jest wydawana przez Fundację Książka i Prasa, której ludzie w ramach wspomnianej nagonki w łonie ATTAC przewodzili potępianiu „Obywatela”, będąc autorami kilku donosów zawierających ordynarne manipulacje. Ba, z wydawnictwem, które odpowiada za edycję czasopisma z publikacjami – wedle „Midrasza” – antysemickimi, współpracuje sam Rafał Pankowski, jeden z czołowych polskich „miotaczy” oskarżeń o antysemityzm. Jak widać, z tą czujnością „antyfaszystowską” bywa bardzo różnie – dziwnie łatwo przymyka się na nią oko, gdy chodzi o własnych kumpli czy sponsorów.

Wznosząc się o kilka stopni wyżej i wracając do głównego wątku, z satysfakcją czytam, jak Michnik Adam poucza Wałęsę Lecha. Redaktor „Gazety Wyborczej” tłumaczy, że ex-prezydent nie powinien postponować Grassa. Wiele osób popełnia w młodości błędy, jednak nie powinny one przekreślać człowieka na całe życie. To interesująca deklaracja, gdyż gazeta Michnika Adama jak dotychczas chętnie rozliczała swoich przeciwników z błędów młodości.

Kilka miesięcy temu na przykład opisała w alarmistycznym tonie, jak pewien poseł Samoobrony, w wieku lat bodajże siedemnastu – dokładnie 12 lat temu, w dodatku w celach zarobkowych, jak twierdzi sam zainteresowany – przetłumaczył z języka obcego jakąś broszurkę narodowo-socjalistyczną. Artykuł w „Wyborczej” sugerował nie tylko, że poseł Mateusz Piskorski był wówczas zadeklarowanym hitlerowcem, lecz również i to, że podobne ciągotki nie są mu obce aż po dziś dzień. Sęk w tym, że poseł ów obecnie ma poglądy raczej lewicowe niż prawicowe, a od wielu, wielu lat nie zdradza ani cienia sympatii dla hitleryzmu. Ponieważ jednak „Gazeta Wyborcza” nie lubi Samoobrony, to czemuż nie pogrzebać w domniemanych błędach młodości jej działaczy.

Podobne przykłady, będące przyczyną trudnej do pohamowania Schadenfreude, mógłbym wymieniać dalej. Nie dziwi mnie więc, że wpadka Grassa wywołała tyle satysfakcji – ledwo skrywanej za oburzeniem – wśród wielu ludzi i środowisk. Nie zamierzam jednak w tym nastroju pozostawać, ani też podkręcać go i wyzłośliwiać się nad Grassem. Grzebanie się w obrzydliwej hipokryzji kilku wspomnianych grupek również pozwoliłem sobie wykonać po kilku latach dość cierpliwego znoszenia wielu chamskich ataków z ich strony (opisałem zaledwie wierzchołek góry lodowej).

Na co dzień zamiast takiego bagienka zdecydowanie wolę te ideały i standardy, które popularyzował i własnym przykładem poświadczał George Orwell. Zamiast wspierania prymitywnej szermierki przy pomocy „argumentów” spod znaku czyjegoś pochodzenia, sytuacji osobistej, wytykania błędów z lat dawno minionych etc., autor „Folwarku zwierzęcego” akcentował uczciwość w rozpatrywaniu racji swoich oponentów. Bywało wielokrotnie tak, że choć identyfikował się z lewicą, potrafił przyznać rację konserwatystom, a nawet ostro skrytykować w takich sporach ludzi ze swojego obozu politycznego, jeśli tylko używali naciąganych i fałszywych argumentów. Co prawda Orwell już od dawna nie może nam tych zasad przypominać na bieżąco, ale takie sytuacje, jak obecna „afera Grassa”, prowokują do ponownego przemyślenia jego postawy. Bo problem ten – inaczej niż autor „Roku 1984” – jest nieśmiertelny, a mam wrażenie, że wręcz się nasila.

Może wreszcie należałoby wprowadzić do polityki i debaty publicznej nieco rozsądku i dobrej woli. Nie wierzę w świat bezkonfliktowy. Nie mam nic przeciwko ostrym sporom, a wręcz przeciwnie – uważam je za kwintesencję faktycznej demokracji. Ale jakoś nieszczególnie utopijna wydaje mi się taka sytuacja, kiedy media wszelkich opcji politycznych zajmują się w znacznie większej mierze merytorycznymi argumentami swoich przeciwników oraz ich równie merytorycznym odpieraniem. Rezygnują natomiast z wyciągania im mało istotnych błędów młodości, z grzebania w życiu osobistym, z bezmyślnego obrzucania epitetami (lewak, faszysta, populista, liberał, komuch, katol, itd.), z preparowania – za pomocą przemilczeń czy wyrywania z kontekstu – fałszywej wizji ich poglądów. Oczywiście nie zawsze można tak uczynić. Trudno pomijać np. 30-letnią karierę w ramach PZPR jakiegoś faceta, który dziś przybiera pozę bojownika wolności i swobód obywatelskich. Równie trudno nie dostrzegać licznych świństewek paniusi, która kreuje się na arcykatolicką ostoję moralności. Ale na pewno można sprawić, żeby tego rodzaju kwestie nie stanowiły clou debaty publicznej.

Nie ma powodów, by nie wierzyć, że służba w SS była dla nastoletniego Güntera Grassa faktycznie błędem młodości, a sam pisarz swą wieloletnią działalnością dał dostateczne świadectwo, iż z owego błędu dawno wyrósł. Nie uważam, aby autora „Blaszanego bębenka” należało okładać ciosami potępień i wyrzutów. Chciałbym jednak, żeby na tej samej zasadzie zakończyć ocenianie dorobku Heideggera przez pryzmat przejściowej fascynacji hitleryzmem, a Sartre’owi przestać wypominać podobną wpadkę ze Stalinem. Nie chodzi o to, by udawać, że takie fakty nie miał miejsca. Wystarczy, że o nich wiemy, lecz nie powinny stanowić argumentu w sporze z całokształtem koncepcji filozoficznych czy poglądów politycznych owych myślicieli. W przeciwnym razie zamiast debat mamy denucjacje, zamiast demokracji – wojny gangów.

Ludzie błądzą, mylą się, robią głupstwa, mają swoje słabości, lekkomyślnie wybierają różne „drogi na skróty”. Wszyscy ludzie – także niżej podpisany, także ci, którzy o głowę przerastają mnie intelektem, prawością charakteru i odpornością na rozmaite pokusy. Nie ma potrzeby przymykać na to oczu – nie ma też potrzeby przekreślać żadnego człowieka na całe życie. A przede wszystkim nie powinno się zamieniać życia publicznego w nieustający pokaz różnych mało istotnych brudów, wyciąganych skąd się da i chyba tylko w takim celu, aby stworzyć przeświadczenie, że dokoła są same łotry. I taką lekcję warto chyba wyciągnąć ze „sprawy Grassa”.