Bezdroża roszczeniowe i rasowe

Bezdroża roszczeniowe i rasowe

Kilka tygodni temu znów zrobiło się głośno o sprawie odszkodowań dla środowisk żydowskich od rządu polskiego za mienie utracone podczas II wojny światowej i wskutek nacjonalizacji dokonanej w pierwszych latach rządów komunistycznych. Amerykańskie organizacje skupiające byłych żydowskich właścicieli lub ich spadkobierców po raz kolejny domagają się uregulowania kwestii odszkodowań i wypłacenia pieniędzy. Liderzy żydowskich organizacji – Holocaust Restitution Committee, World Jewish Restitution Organization i Claims Conference – chcą szybkiego sfinalizowania sprawy. Szacują, że problem dotyczy około 15-25 tysięcy przypadków dawnej żydowskiej własności oraz nie są zadowoleni z proponowanej stawki, którą obecne władze określają na 15% wartości utraconego majątku.

Wystąpienia organizacji żydowskich wywołały w Polsce tradycyjny ostry sprzeciw i falę krytyki ze strony środowisk, które są zaprawione w „wyjaśnianiu” rzekomych podstępnych knowań Żydów przeciwko naszej umęczonej ojczyźnie. Mogliśmy się dowiedzieć, że czyhają na nasz majątek, że złupią Polskę, że jeśli nie zapłacimy to nas oczernią i przedstawią światu jako antysemitów. W tej dość przewidywalnej wrzawie pojawił się tym razem jednak ton niepewności i konfuzji. Tak się bowiem złożyło, iż Żydzi domagający się odszkodowań zawarli sojusz z Polską Unią Właścicieli Nieruchomości oraz Polskim Towarzystwem Ziemiańskim, wspólnie kierując wezwanie do polskich władz. No i jak tu „narodowcy” mają krytykować „zachłannych” Żydów, skoro ich roszczenia obejmują wedle szacunków jakieś 20% ogółu mienia, a reszta jest „czysto polska”? Ba, jak mają ich potępiać, gdy za sojuszników Żydzi obrali sobie najprawdziwszych z prawdziwych Polaków – bo przypomnieć warto, że komuniści znacjonalizowali głównie majątki duże, których właściciele w większości sympatyzowali przed wojną właśnie z endecją. Stwierdzenie Bebla, że antysemityzm jest socjalizmem głupców, idealnie pasuje do obecnej sytuacji. Na pewno na głupców wyszli bowiem „prawdziwie polscy” specjaliści od straszenia knowaniami „lobby żydowskiego”. Gdybym był Stanisławem Michalkiewiczem, który przez lata straszył „zachłannymi Żydami”, a jednocześnie jego partyjka, Unia Polityki Realnej, domagała się reprywatyzacji znacjonalizowanego mienia polskich właścicieli – to zapadłbym się ze wstydu pod ziemię.

Taki obrót wydarzeń może dziwić tylko na pierwszy rzut oka. Skoro domagać zwrotu majątków mogą się Polacy, to dlaczego nie mieliby tego robić także Żydzi – dawni obywatele Polski? Można oczywiście argumentować, że państwo polskie powinno wypłacać odszkodowania wyłącznie obecnym obywatelom, nie ponosząc odpowiedzialności za wydarzenia sprzed wielu lat. To jednak byłoby moralnie dwuznaczne, bowiem Żydzi utracili obywatelstwo polskie niekoniecznie z własnej woli, wyjeżdżając z naszego kraju jako uciekinierzy przed najpierw hitlerowskimi, a później komunistycznymi prześladowaniami (miłośnicy mitu „żydokomuny” nie raczyli przeczytać ani jednej pracy naukowej o tym, że Żydów – zwłaszcza ich „burżuazję” – na różne sposoby komuniści „zachęcali” do opuszczenia Polski nie tylko w roku 1968, ale i przez cały wcześniejszy okres od zakończenia wojny). Zresztą, przyjęcie takiej zasady stawiałoby na głowie cały międzynarodowy obyczaj prawny, gdyż np. obywatel Polski nie mógłby dochodzić swoich praw majątkowych do pieniędzy czy posiadłości utraconych, powiedzmy, w USA na skutek jakichś rodzinnych czy biznesowych komplikacji. Co więcej, nie można stwierdzić, że obecne państwo polskie nie może ponosić żadnej odpowiedzialności za wydarzenia sprzed wielu lat, skoro część wówczas zagarniętych np. nieruchomości nadal istnieje i funkcjonuje w dzisiejszych realiach. Nie ulotniły się przecież, ktoś z nich korzysta, ktoś na tym zarabia, komuś one do czegoś służą. Gdyby hitlerowcy i komuna zabrali je Żydom, a następnie doszczętnie zniszczyli – wówczas faktycznie można by argumentować, że obecna Rzeczpospolita nie ma nic wspólnego z roszczeniami i odszkodowaniami.

Jeśli więc chcemy oddawać w naturze czy płacić odszkodowania za dawne dworki, majątki ziemskie czy fabryki polskich właścicieli, to powinniśmy uczynić to samo również wobec Żydów. Jeśli zamierzamy ronić łzy nad polską szlachtą, fabrykantami i kamienicznikami, których los tak okrutnie doświadczył, to powinniśmy równie mocno przejmować się podobnie potraktowanymi Żydami. Jeśli odszkodowania za utracone mienie chce się przyznawać po kilkudziesięciu latach np. zabużanom, to dlaczego po równie długim okresie nie przysługiwałyby one Żydom? Czemu jednak polski rząd ma płacić za politykę hitlerowców – tak mówią krytycy pomysłu odszkodowań, sugerując, żeby Żydzi domagali się odszkodowań nie w Warszawie, lecz w Berlinie. Dlaczego jednak ci sami ludzie nie proponują zabużanom, aby o pieniądze upomnieli się w Moskwie, lecz kierują ich do rodzimego Skarbu Państwa? Dlaczego wyczyny złej polskiej komuny należy zrekompensować stratnym polskim właścicielom, a nie uczynić tego samego wobec poszkodowanych przez nią właścicieli żydowskich?

Takie wątpliwości prowadzą mnie jednak nie – jak zapewne pomyślała sobie część Czytelników – do opowiedzenia się za wypłacaniem odszkodowań Żydom i Polakom, i to w wysokości stu procent wartości zabranego mienia (bo skoro ma być sprawiedliwie, to na poważnie – nie można udawać, że 15% wartości to 100% sprawiedliwości). Otóż jest dokładnie odwrotnie. Uważam, że ani Żydzi, ani Polacy nie powinni otrzymać żadnych odszkodowań. Zasada „wyrównywania krzywd” po upływie tak wielu lat wydaje mi się absurdalna. Owszem, wojna była okrutna, a jej ofiary ucierpiały. Nacjonalizacja z kolei była wątpliwa moralnie i prawnie. Ale w dziejach ludzkości były setki wojen i niefortunnych decyzji władz. Przetaczały się fronty, dokonywano inwazji zbrojnych, rabowano mienie, wypędzano ludność, zmieniano ustawy, łamano wcześniejsze ustalenia. Tak, było to straszne, niesprawiedliwe i godne potępienia, bo w ogóle świat nie był, nie jest i nie będzie idealny. Tyle tylko, że przez stulecia nikomu nie przyszło do głowy, iż jakiekolwiek państwo po upływie pół wieku, w zupełnie innych realiach demograficznych, ustrojowych, finansowych, granicznych itd., ma obowiązek rekompensować krzywdy tego rodzaju. I że obywatele, których znakomita większość urodziła się po tych wszystkich wydarzeniach, powinni finansować takie poczynania. Jeśli po przegranej wojnie na jakiś kraj nakładano kontrybucje, to czyniono to zaraz po zawarciu traktatu pokojowego, nie zaś 50 lat później – tak, aby konsekwencje ponosili sprawcy, nie zaś niewinni ludzie.

Tak pojmowana „sprawiedliwość” oznacza niekończący się festiwal skarg, żalów, roszczeń, pretensji itp. Owszem, zapłaćmy Żydom i Polakom, poszkodowanym przez Hitlera i Bieruta. Zapłaćmy zabużanom, poszkodowanym przez Stalina oraz – wytyczających wraz z nim nowe polskie granice – Churchilla i Roosevelta. Weźmy później na siebie ciężar wypłaty odszkodowań dla tych Niemców, którzy przed wojną i podczas niej nie popierali Hitlera, zamieszkiwali od pokoleń na Mazurach, Górnym i Dolnym Śląsku czy w Wielkopolsce, a Armia Czerwona i Ludowe Wojsko Polskie wygnały ich w odwecie za zbrodnie III Rzeszy. Zapłaćmy też tym Polakom, których armia radziecka poszkodowała tak czy inaczej podczas wyzwalania – czy jak kto woli, zniewalania – naszego kraju. Zapłaćmy ofiarom Akcji „Wisła”, często Bogu ducha winnym chłopom, którzy padli ofiarą politycznych knowań watażków z UPA i stosowanej przez władze ludowe zasady zbiorowej odpowiedzialności. Ale na tym nie koniec, bo właściwie dlaczego poprzestać na krzywdach wyrządzonych po 1939 roku? Wypłaćmy odszkodowania prześladowanym przeciwnikom sanacji (naprawdę nie żyją żadni potomkowie więźniów Berezy?) oraz ukraińskim, białoruskim czy litewskim ofiarom jej niezbyt subtelnej polityki na Kresach Wschodnich. A skoro płacimy za wyczyny Hitlera i Bieruta, to zapłaćmy też za wszystkie krzywdy wyrządzone w ciągu 123 lat w trzech zaborach. Jeśli zgłoszą się tacy, których przodków skrzywdzono za Sasów, Jagiellonów, a nawet i Piastów – też dajmy im to, co należne. Ponieważ idea jest szlachetna, zajmijmy się jej promocją – niech każdy kraj płaci ofiarom i ich spadkobiercom, choćby i po pięciu wiekach. Gdy już poruszymy świat do wzajemnego płacenia wszystkim za wszystko, na pewno będzie na nim i lepiej, i sensowniej.

Wnioski z całej sprawy są dwa. Pierwszy taki, że należy przestać brnąć w tak specyficznie pojętą sprawiedliwość. Co się stało, to się nie odstanie – obecne władze i pokolenie Polaków nie powinny zajmować się naprawianiem krzywd sprzed wielu lat, obojętnie czy będą to krzywdy właścicieli żydowskich, polskich-tutejszych czy polskich-kresowych. W toku dziejowych zawieruch niemal każda polska rodzina poniosła jakieś straty – materialne, moralne, biologiczne – i po prostu trzeba przyjąć to do wiadomości, zamiast w nieskończoność próbować je naprawiać kosztem nieustannych sporów i drenowania budżetu, na który zrzucają się ludzie nie mający w większości wiele wspólnego z wydarzeniami sprzed lat.

Drugi wniosek jest natomiast taki, że myślenie w kategoriach etnicznych prowadzi na manowce. Zamiast „lobby żydowskiego”, którym straszyli nas „prawdziwi Polacy”, mamy lobby spadkobierców, którzy niezależnie od swej narodowości i wyznania chcą z budżetu otrzymać, wedle szacunków, jakieś bagatela 70 miliardów złotych. Taka jest orientacyjna wartość stuprocentowych odszkodowań dla dotychczas szacunkowo zidentyfikowanych osób uprawnionych do składania wniosków w tej sprawie. Cała ta sprawa nie ma charakteru rasowego czy etnicznego, lecz zgoła inny – klasowy. To bowiem właśnie dawni posiadacze chcą odzyskać swoje majątki, a my mamy za to zapłacić. Gdy później braknie na pensje budżetówki, zasiłki dla bezrobotnych, remonty dróg czy dożywanie biednych dzieci, to podziękujcie właśnie im. Nie mitycznym Żydom – lecz Polakom, którzy stanowią 80% „roszczeniowców” i 100% członków kolejnych rządów zamierzających przywracać wątpliwą „sprawiedliwość historyczną” kosztem faktycznej sprawiedliwości teraźniejszej.

Para w gwizdy

Internet i współczesne media masowe paraliżują aktywność społeczną zamiast ją rozbudzać. Choć starają się sprawić wrażenie „interaktywności”, „wyrażania głosu ogółu”, „bycia blisko człowieka”, „zaangażowania”, „docierania do sedna”, „wnikliwości”, „reagowania”, tworzą kulturę, w której jest miejsce tylko na narzekanie i oburzanie się, nie ma go natomiast na realne inicjatywy. Struktura nowoczesnych mediów jest zorganizowana tak, aby ich odbiorcy nie podjęli żadnej faktycznej aktywności – cała ich energia ma zostać skanalizowana w jałowym gadulstwie, będącym jedynie kiepską namiastką zaangażowania w dany problem. Takie zaangażowanie mogłoby bowiem wymknąć się spod kontroli, sprawić, że obywatele odkryją nowe aspekty rzeczywistości lub choćby własne, nie podsuwane im sposoby interpretacji. Zaangażowanie jest niebezpieczne. Bezpieczne są cynizm i narzekanie.

Ten problem widać najbardziej, wbrew pozorom i spotykanym opiniom, bynajmniej nie w telewizji. Choć o­na uchodzi za najbardziej „jałowy” ze wszystkich środków masowego przekazu, to problem jest znacznie bardziej wyraźny wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę nowoczesną prasę oraz Internet. Telewizja jest medium „chłodnym”, nie skłaniającym do zaangażowania w cokolwiek poza biernym oglądaniem i komentowaniem. Jest o­na jednak również takim medium, które nawet nie stwarza namiastki owego zaangażowania. Twórcy telewizji zdają się mówić tak: mamy wam coś do powiedzenia i pokazania, ale wasza postawa wobec tego zupełnie nas nie interesuje. Oczywiście nikt nie wyrazi tego wprost, gdyż obowiązuje zasada kokietowania publiczności – odbiorców reklam. Nikt też jednak nie sili się na sprawianie wrażenia, jakoby razem z telewidzami zamierzał tworzyć pewną wspólnotę wokół jakiegoś problemu i prób jego rozwiązania.

Inaczej jest ze współczesną prasą masową. Jej twórcy usiłują wmówić czytelnikom, że „jesteśmy razem” – wasze problemy są naszymi, wspólnie próbujemy je rozwiązywać. Paradoksalnie, dzieje się tak mimo wieloletniej krytyki prasy faktycznie zaangażowanej. Mnóstwo razy można było przeczytać i usłyszeć, że ta ostatnia jest ze swej natury „zła” – tendencyjna, reprezentująca interesy jakiejś mniej lub bardziej wąskiej grupy. Oczywiście taka o­na była, to niekwestionowany fakt. W pewnym sensie właśnie dlatego przegrała z „szerokimi” gazetami, pozującymi na obiektywne i wyrażające interesy ogółu. Wystarczy spojrzeć na obecny poziom czytelnictwa „Trybuny”, „Myśli Polskiej”, „Zielonego Sztandaru”, „Przeglądu” czy „Tygodnika Solidarność”. Oczywiście zawsze prasa „partyjna” miała mniej czytelników niż „ogólna”. Tyle tylko, że np. przed wojną, a na Zachodzie jeszcze do lat 70., dystans ten wynosił dwa lub trzy do jednego, dziś natomiast „obiektywne” gazety biją te „stronnicze” o kilkanaście lub kilkadziesiąt długości.

Krytykowanie „zaangażowania” partyjnego czy politycznego idzie u „obiektywnych” mediów w parze z pozorowaniem zaangażowania w „zwykłe sprawy” ich odbiorców, na ogół – chcąc nie chcąc – dotykające przecież problemów politycznych czy ideologicznych. Takie gazety pełne są bądź to emocjonalnych ataków na „złych polityków”, „wadliwe rozwiązania ustrojowe” czy „absurdy regulacji gospodarczych”, bądź też „ekspercko” komentują reguły życia publicznego. Są to czasopisma jak najbardziej stronnicze i nie kryjące się z tym, lecz w niemalże czarodziejski sposób udające zarazem obiektywizm. Prasa „partyjna” jest zła i tendencyjna, prasa „ogólna”, zajmując się dokładnie tak samo stronniczą analizą i opisem rzeczywistości – ma natomiast ponoć być dobra i godna zaufania. A przecież ta ostatnia wcale nie jest „wielonurtowa” – owszem, zaprasza na łamy reprezentantów różnych opcji, ale tylko wtedy, gdy dyskusja dotyczy kwestii drugorzędnych. Przez lata czołowe media tak walczyły o pluralizm poglądów, że w kwestiach gospodarczych można było wybrać dowolny model, pod warunkiem, że nazywał się Balcerowicz.

Ostatnio „Dziennik”, pozujący na gazetę super-obiektywną i reprezentującą przeróżne opinie, dał wspaniały pokaz prawdziwych intencji. Zorganizował na Uniwersytecie Warszawskim publiczną „debatę” o nekonserwatyzmie, walce z terroryzmem i wojnie w Iraku. Piszę słowo debata w cudzysłowie, bo już sam dobór jej uczestników był wymowny – Norman Podhoretz, jeden z intelektualnych liderów amerykańskiego neokonserwatyzmu i ideologiczny „reżyser” napaści na Irak, a do tego dwa polskie klony poglądów głównego gościa, tj. profesor-senator Ryszard Legutko i były minister obrony Radosław Sikorski. „Debata” wyglądała tak, że osoby przypominające, iż Podhoretz na swych rękach ma krew tysięcy Irakijczyków, zostały z sali po prostu siłą wyrzucone, a ci, którzy pozostali, mogli zadawać pytania za pośrednictwem karteczek przekazywanych prowadzącemu całość redaktorowi „Dziennika”, który skrupulatnie wybierał te wygodne dla Podhoretza.

Wspomniałem „Dziennik” nieprzypadkowo, bowiem wraz z „Faktem” są to najnowocześniejsze obecnie masowe gazety w Polsce. Ta nowoczesność wyraża się właśnie m.in. w pozorowaniu zaangażowania. Ich dziennikarze ciągle coś „tropią”, „nagłaśniają”, „odkrywają”, „docierają” – oczywiście robią to dla nas, są „blisko ludzi”, odpowiednio tych „zwykłych” i tych trochę bardziej „na poziomie”. Dominuje w nich emocjonalny ton, czasem wygląda to wręcz tak, jakby autor tekstu marzył o rozwiązaniu problemu, który opisuje. Ale za tymi emocjami i pozorowanym „konkretem”, stoi zupełna pustka. Oburzenie nie przekłada się na żadne propozycje rozwiązań systemowych. Jasne, można skrytykować posła-aferzystę, lekarza-łapówkarza, wyrodną pijaną matkę czy podstępnego pedofila, no i oczywiście policję, która „nic nie robi”. Ale broń Boże domagać się zmiany polityki państwa w jakimś szerszym zakresie, a jeszcze bardziej – aktywizować czytelników w działalność na rzecz takiej zmiany. Tak „rozbudzony” odbiorca mógłby bowiem zacząć myśleć samodzielnie, wbrew dziennikarskim Wujkom Dobra Rada, a przede wszystkim wbrew ich sponsorom-reklamodawcom. Ci ostatni mogliby się przecież obrazić na pismo „tendencyjne”, czyli mówiące o interesach jednej grupy ludzi – wyśmiewanie marksizmu nie sprawiło wszak, że podziały klasowe czy warstwowe w społeczeństwie zanikną i że wszyscy się kochamy – w opozycji do interesów grupy innej.

Faktyczna aktywność społeczna byłaby nie na rękę wielkim mediom. Natomiast tworzenie namiastki zaangażowania pozwala zyskać zaufanie i wierność czytelników, a także skanalizować ich niezadowolenie z różnych kwestii w jałowym, nic nie zmieniającym oburzaniu się i domaganiu, by „ktoś coś z tym zrobił”. Richard Hoggart pisał już pół wieku temu o takich „obiektywnych” masowych gazetach: „Ich celem musi być utrzymanie czytelnika na poziomie biernej akceptacji, gdyż taki czytelnik nie stawia niepotrzebnych pytań, ale zadowolony bierze, co dają, i ani mu w głowie nic zmieniać. Założenia nie mogą być podważane w sposób zasadniczy, można najwyżej troszkę się poprzekomarzać. /…/ Taka regularna, coraz obfitsza i niemal całkowicie jednostajna dieta sensacji, przy kompletnym braku jakiegokolwiek zaangażowania, musi w końcu w konsumencie lektury popularnej przytępić zdolność do otwartej i odpowiedzialnej reakcji na życie, zaszczepić mu poczucie bezcelowości wszystkiego, co nie mieści się w kręgu kilku najprostszych potrzeb”.

Czasopisma „partyjne” promowały faktyczne zaangażowanie – owszem, były stronnicze i można się było z ich postulatami nie zgadzać, ale jednocześnie nie proponowały namiastki zamiast czegoś faktycznego. Zachęcały czytelników do popierania danej opcji, propagowały idee, a jeszcze całkiem niedawno były motorami napędowymi aktywności społecznej w sferze okołopolitycznej. Media nowoczesne nie robią tego zupełnie. Czasem nazywane są populistycznymi, ale to zupełne pomieszanie pojęć. Populizm bazował na mobilizowaniu ludzi do faktycznego działania, nawet jeśli można było mu zarzucić, iż czynił to przy użyciu retoryki demagogicznej. Nowoczesne media robią coś wręcz przeciwnego – „demobilizują” społeczeństwo. Populistyczne mówiły: rusz się i zrób coś z tym, tak dalej być nie może. Nowoczesne mówią: siedź, oburzaj się wraz z nami, ale nie rób nic konkretnego, musi być tak, jak jest.

Innym „demobilizatorem”, odmiennym w formie, choć w skutkach podobnym, jest Internet. Miał być oazą aktywności, wyzwalać energię społeczną, egalitaryzować możliwości zaangażowania się w sprawy publiczne. Nie mam przy tym pretensji, że w 90% służy o­n rozrywce, nie zaś „poważnym sprawom”. Chodzi o coś innego. Także o­n jest doskonałym narzędziem do zamiany faktycznej aktywności w powierzchowne oburzanie się i komentowanie. To, co miało być jego główną zaletą – interaktywność, czyli swoisty sygnał zwrotny od odbiorców i możliwość wpływania przez nich na „zawartość” debaty, przerodziło się w praktyce w swoją karykaturę. Setki, tysiące stron internetowych służą wyłącznie do bicia piany, z którego nie wynika absolutnie nic. W dodatku osoby, które uczestniczą we wszelakich forach dyskusyjnych czy portalach z możliwością komentowania informacji, są przekonane, że godziny, które tam tracą, są poświęcone zaangażowaniu w sprawy publiczne.

Przeglądam czasem takie miejsca w sieci i jestem pod wrażeniem swoistego „morderstwa doskonałego”. Setki osób wypowiadają się na każdy możliwy temat, choć o większości z nich nie mają pojęcia – ba, nie mają nawet ochoty się z nimi zapoznać, aby mieć szerszy ogląd problemu. Poświęcają temu mnóstwo czasu, pełno pasji i energii. Potrafią godzinami przerzucać się „argumentami” w stylu: słyszałem, podobno, wydaje mi się, gdzieś czytałem itd., a w najlepszym razie wklejać link do informacji z równie śmieciarskiego miejsca jak to, w którym dyskutują. 90% tego bełkotu to zwykłe pyskówki – uczestnicy prezentują zerowy poziom empatii oraz chęci dowiedzenia się czegoś, na kolejne tematy reagują zaś niczym psy Pawłowa. Kler – złodzieje, feministki – głupie i brzydkie, aborcja – wolność lub morderstwo, Pinochet cacy – Lenin be albo odwrotnie, Michnik – łotr i zdrajca, Rydzyk – faszysta, ekolodzy to lewacy, burżuje to ch…, krytyk polityki USA to pachołek Putina i KGB, Izrael to reżim syjonistyczno-nazistowski, itd. Niemal nikt się tam nad niczym nie zastanawia, nie zajmuje niuansami danego problemu, nie próbuje nadać swoim wywodom logiki – trzy sekundy na kolejny wpis, od rana do wieczora. Oczywiście we własnym mniemaniu ci ludzie debatują, angażują się w problemy sfery publicznej, mają szerokie zainteresowania. W praktyce nie czynią nic poza napełnianiem szamba, które w dodatku można ręką administratorów skasować jednym kliknięciem. Mało kto z nich robi cokolwiek sensownego „w realu”, za to są pełni pretensji wobec innych, gotowi napluć na każdego i wyśmiać każdą próbę faktycznych działań, wszystko zarzucić tysiącem oskarżeń i podejrzeń.

Wybrałem przykłady z jednego tylko, prawicowego forum dyskusyjnego. Czemu ekolodzy protestują w obronie Rospudy, a nie protestowali w Pcimiu Średnim? Na pewno robią to dla pieniędzy. Niech się zajmą śmieciami w pobliskim lesie albo śmierdzącą rzeczką w mojej miejscowości. Ale to w ogóle wyrachowani oszuści. Banda fanatycznych oszołomów, dla których Człowiek się nie liczy. Finansuje ich KGB. Chcieliby pozabijać ludzi w imię obrony kwiatków. Czemu protestują dopiero teraz, a nie protestowali wcześniej? Nic nie robią, tylko protestują, za robotę by się wzięli. Przykuwają się do drzew, ale każdy z nich ma luksusowe auto. A nawet jeśli nie ma, to przecież jeździ autobusem, a autobus to spaliny, więc ekologia to hipokryzja. Ekolodzy to naiwni pacyfistyczni lewacy. Ekolodzy to okrutni rasiści, wielbią żyjątka a gardzą ludźmi. Ekolodzy to łajzy, mają dwie lewe ręce. Ekolodzy to przebiegłe cwaniaki. To jacyś narwani naukowcy od ptaszków, bez pojęcia o rozwoju kraju. To nie ekolodzy, lecz ekologiści, bo ekolog to naukowiec, a nie jakiś gówniarz w porozciąganym swetrze. A poza tym chcą nas cofnąć do jaskiń. Biorą łapówki i pracują dla konkurencji. Są narzędziem Brukseli i postkomuny. Zacofana hołota, prawie jak neandertalczycy. To jest protest przeciwko obecnemu rządowi. Gdyby nie protestowali od wielu lat, to drogę by już dawno zbudowano. Ekolodzy się nie myją i śmierdzą. Ekolodzy to paniczyki z warszawki, które chcą zmanierować zdrową ludność lokalną. Niech stworzą alternatywę zamiast protestować. Kto zarobi na alternatywnym przebiegu? Ekolodzy nie chcą żadnej obwodnicy. Inny przebieg drogi też coś zniszczy. I tak dalej, jak mawia prosty lud, ad mortem usrandum.

Oczywiście każdy, kto przykładowym tematem Rospudy zainteresował się na tyle solidnie, jak należałoby zainteresować się każdym, w sprawie którego zabiera się głos, dobrze wie, że powyższe argumenty nie są warte funta kłaków. To zbiór opinii albo rodem z magla, albo urojenia, albo ekstrapolacja na całą grupę jakichś jednostkowych przypadków, albo znaczne wyolbrzymienie faktycznych zjawisk. Można bez trudu rozłożyć głosicieli takich tez na łopatki, ale nie ma to żadnego sensu – zresztą dotarcie do rzetelnych informacji jest dziecinne łatwe, jeśli tylko ktoś chce to uczynić zamiast odruchowo pyskować. Jednak o ile normalne dyskusje służyły do poznania cudzych argumentów i przemyślenia swoich, o tyle te internetowe nie służą niczemu. Tutaj ktoś przyłapany na niewiedzy, głupocie czy lenistwie intelektualnym nawet się nie zająknie, nie zaczerwieni, nie przeprosi – a anonimowość sieci chroni go przed publiczną kompromitacją. Z każdej merytorycznej odpowiedzi wyrwie z kontekstu jakieś zdanie, wokół którego znowu rozpocznie niekończącą się dyskusję, domagając się wyjaśnień, faktów, przykładów, dowodów, a na koniec, gdy mu się znudzi i ta zabawa albo postanowi wreszcie oderwać tyłek od krzesła przed komputerem, to jakimś wyzwiskiem obrazi tego, kto próbował mu wtłoczyć do głowy trochę oleju.

Takich rozdyskutowanych maniaków są setki i tysiące, na forach o przeróżnej opcji ideowo-politycznej. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby potraktować je jako kolejną formę prymitywnej rozrywki i tracenia czasu – w końcu każdy robi to i na takim poziomie, na jakie sobie zasłużył. Sęk jednak w tym, że owo gadulstwo uchodzi za przejaw zaangażowania. Jest tymczasem zaledwie jego namiastką, dokładnie tak, jak pomstowanie po lekturze artykułu w „bezstronnej” gazecie, będącej „blisko ludzi”. Jest bezpłodne, a nawet anty-płodne, bo w tym masowym bełkocie giną nieliczne próby sensownej dyskusji i wykorzystania Internetu do rozszerzenia zasięgu dyskursu publicznego. Takie „debaty” mają się do zaangażowania w życie publiczne i wymiany poglądów podobnie jak masturbacja do seksu. Poza chwilową satysfakcją o­nanistów – nie wynika z nich absolutnie nic.

Nie przenoście nam Lenina do warszawki

Dokonana przez środowisko „Krytyki Politycznej” edycja „Rewolucji u bram”, czyli tekstów Lenina z roku 1917, opatrzonych przedmową i posłowiem autorstwa słoweńskiego filozofa i socjologa Slavoja Žižka, odbiła się echem bardzo głośnym jak na poważną i „wymagającą” rozprawę o charakterze politycznym. Przyczyna jest zrozumiała – z jednej strony świetne przełożenie „radykałów”-wydawców na media głównego nurtu, co zapewniło tej książce darmową reklamę. Nawiasem mówiąc, szczególnie zabawne są nieprzerwane, nużące peany na cześć Žižka/Lenina ze strony redaktorów „Dziennika”. Wydawnictwo Axela Springera znane jest w swej niemieckiej ojczyźnie z daleko posuniętego nie tyle konserwatyzmu, co po prostu drobnomieszczańskiej kołtunerii. Bojownicy Frakcji Czerwonej Armii, czyli wedle brukowców Springera – „bandy Baader Meinhof”, chyba przewracają się w grobach widząc, że filia tegoż koncernu serwuje polskiemu czytelnikowi nauki wodza Rewolucji ’17.

Rwetes wokół „Rewolucji u bram” nie kończy się jednak na promocji w organach prasowych Springera i Agory. Ekscentrycznym centrystom z „Dziennika” i „Wyborczej” dali odpór stateczni prawicowcy na tych samych łamach oraz w „Rzeczpospolitej” i „Wprost”. Podnieśli oni lament, że zbrodnie, że ludobójstwo, że relatywizowanie zła, że komunizm, że łagry, że no jeszcze tylko edycji pism Hitlera brakuje. Ten „szoking” był łatwy do przewidzenia w ogóle, a i szczegóły reakcji nie stanowiły przecież wielkiej niewiadomej.

Mnie martwi jednak coś zupełnie innego niż spędza sen z powiek tym smętnym facetom z pensjami po kilkanaście tysięcy, którzy w obliczu braku realnych problemów muszą być autentycznie przerażeni – a jakże, zapewne nie śpią po nocach – Leninem. Martwi mnie to, że szef partii bolszewickiej staje się kolejną maskotką, przytulanką salonowych „bywalców”, że zostaje wykorzystany niczym egzotyczna przyprawa do mdlącego dania politycznej poprawności i lewackiego infantylizmu. Lenin, człowiek, który wywrócił ćwierć świata do góry nogami faktycznie, a niemal cały – symbolicznie, staje się błahym fajerwerkiem, który szybciej gaśnie niż się zapalił. Lenin, ten bez wątpienia polityk ogromnego formatu, ten człowiek wielkiego i budzącego grozę czynu, jest w nowej wersji kolejną z gadających głów. Jego duch został grzecznie usadowiony gdzieś między Jackiem Żakowskim a Arturem Domosławskim w ramach kolejnej, taśmowo organizowanej debaty o wszystkim i o niczym. I duch ten rozwieje się, gdy tylko sezonowa moda przeminie, a zbuntowane dzieci warszawskiej elity i ich podstarzali mentorzy znajdą sobie w globalnym supermarkecie nową podnietę. W takim wydaniu wódz rewolucji, niczym szkoła z wierszyka, który zapamiętałem z czasów schyłkowej komuny – „bawi, uczy, wychowuje, potem wyrastają ch…”.

Lenin to puste słowo. Nie dlatego, że był „zbrodniarzem” czy „ludobójcą”, że „wylądował na śmietniku historii”, że jego „projekt” – ZSRR – okazał się fiaskiem. Dlatego, że – mówiąc językiem „Chłopców z Placu Broni” – przeżuwacze kitu już go przeżuli. Jeszcze miesiąc, rok czy dwa i wyplują w postaci „zguevaryzowanej”, jako kolorową odbitkę, który to los spotkał wcześniej bojownika kubańskiej rewolucji narodowowyzwoleńczej. Lenin będzie nadal dla prawicy „zbrodniarzem” czy „tyranem” – są to określenia pejoratywne, ale przecież mocno nacechowane emocjonalnie. Natomiast dla lewicy sprzęgniętej dziś tak mocno, niemalże symbiotycznie, z techno-liberalizmem, stanie się o­n tylko hologramem, pozbawionym sensu, znaczenia i mocy oddziaływania. Žižek i „Krytyka Polityczna” tyleż „ożywiają” Lenina i przywracają go do obiegu, co dokonują na nim mordu symbolicznego. Lenin-zbrodniarz, Lenin-ludobójca, Lenin-tyran, Lenin wyklęty i zapomniany – był Leninem, który mógł jeszcze „zmartwychwstać” i walnąć pięścią w gmach demokratyczno-liberalnej Świątyni Nudy i Marazmu (bo przecież to nie mityczny, marksowski Wyzysk doskwiera nam najbardziej w świecie, w którym nawet pariasi mają telewizory z kilkudziesięcioma kanałami). Lenin przeżuty przez Žižka, Springera i Agorę ma pięść z waty, w dodatku cukrowej.

Być może Žižek chciał dobrze, choć jego błazeńsko-konformistyczna postawa, wyrażająca się tyleż w pop-kulturowych fascynacjach, co w poparciu dla bestialskich NATO-wskich bombardowań Serbii (jest autor „Rewolucji u bram”, mówiąc językiem Lenina, po prostu ohydnym podżegaczem wojennym), każe w to powątpiewać. Założenia teoretycznie są wszakże słuszne. Potrzebny jest nam Lenin – nie Lenin jako konkretna postać, nie Lenin jako nostalgiczny mit, nie Lenin jako utrzymana w duchu skansenu „odbudowa” zorganizowanego proletariatu. Lenin jako ktoś, kto wbrew wszystkiemu i wszystkim genialnie rozpoznał sytuację i włożył nogę w ledwo uchylone drzwi, wyważając je następnie z wielkim hukiem. Taki Lenin jest nam potrzebny, gdyż – jak trafnie zauważa jego słoweński „odświeżacz” – zarówno wówczas, w 1917 r. jak i dzisiaj problem polega na „byciu wrzuconym w katastrofalną nową konstelację, w której stare współrzędne okazały się bezużyteczne”. To właśnie Lenin jako jeden z niewielu potrafił tak trafnie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie „Co robić?” – dziś nie wie tego ani lewica, ani prawica, ani establishment, ani przeróżne nisze, i nawet najgłośniejszy jazgot ich sporów nie jest w stanie zagłuszyć tej kluczowej kwestii. Dzisiejszy świat, pozbawiony współczesnego Lenina, jest jak super-komputer z filmu „Hydrozagadka” – „po wprowadzeniu wszystkich danych wypluł wielki znak zapytania”…

Nawet jeśli Žižek chciał dobrze, tj. zamierzał uzmysłowić konieczność zmierzenia się z owym fundamentalnym pytaniem, niewiele z tego wyszło. Komentarze, jakimi opatrzył teksty Lenina, zawierają sporo błyskotliwych uwag, inspirują do różnorakich przemyśleń, bywają w kwestiach szczegółowych świeże i odkrywcze. Ale tam, gdzie powinny dotykać sedna sprawy, są to głównie tyleż trafne, co niezbyt oryginalne, a w dodatku mocno spóźnione uwagi krytyczne pod adresem lewicy „obyczajowej”, uwikłanej w kulturowe związki z liberalizmem, bądź też mają postać niewiele wnoszącej, wręcz rytualnej dawki połajanek pod adresem prawicy. To wszystko, mimo pozorów „ostrości”, mocno podlane jest sosem tłumaczenia się, wybrzydzania, hamletyzowania, mrugania okiem. Bo Lenina wprowadzić do burżuazyjnego obiegu – w którym Žižek tkwi po uszy – można tylko za cenę właśnie takiego wykastrowania: walenia nim w prawicę, przepraszania za niepopełnione grzechy (och, nawet przez myśl nam nie przyjdzie urządzić taką jatkę, jaką prawdziwy Lenin zafundował swoim przeciwnikom!) i podkreślania, że to przecież w sumie jedynie intelektualna zabawa. Tyle tylko, że taki Lenin jest jeszcze bardziej nieszkodliwy niż truchło z moskiewskiego mauzoleum. Czytając te raz buńczuczne, a za chwilę konformistyczne wywody Žižka, przypomniała mi się dokonana przez Lenina w roku 1914 charakterystyka Trockiego (która później, co koniecznie należy dodać, uległa zmianie na znacznie bardziej pozytywną). „Trocki /…/ nigdy nie miał i nie ma żadnego oblicza, stwierdzamy u niego tylko przelatywanie i przerzucanie się od liberałów do marksistów i z powrotem, operowanie urywkami słówek i dźwięcznych frazesów, powyłapywanych stąd i zowąd” – pisał Lenin w tekście „Rozpad bloku »Sierpniowego«”.

Słoweński myśliciel zafundował nam – a jego polscy wydawcy w odredakcyjnym wstępie zrobili to samo, choć w jeszcze bardziej miękkiej i grzecznej postaci – próbę wtłoczenia Lenina w dawno zużyte schematy lewicy i jej wojenek z prawicą. Tymczasem największą zaletą Lenina nie była lewicowość, lecz „nowość”, tj. świeżość spojrzenia, umiejętność rozpoznania „warunków brzegowych”, nawet kosztem rezygnacji z wielu dogmatów czy tradycji własnego obozu ideowego (jednak nie poprzez kapitulację wobec wielu liberalnych zasad ogólnych i rozwiązań szczegółowych, co Žižek i „krytyczni politycy” robią nader często). Dlatego właśnie Lenina warto ocalić – zarówno przed smętnym pomstowaniem prawicy, jak i przed „rozmiękczaniem” go przez lewicowców. Ci ostatni, broniąc go przed zarzutami zbrodni, wyrządzają przywódcy bolszewików niedźwiedzią przysługę. Tłumacząc faktyczne ofiary i terror roku 1917 i późniejszych lat – a to reakcją caratu, a to zacofaniem materialnym Rosji, a to „dzikością” wschodnich obyczajów, a to realiami „komunizmu wojennego” – nie tylko pomija się całościowy obraz problemu, ale także tę prostą, lecz oczywiście niemiłą prawdę, że żadna poważna, „epokowa” zmiana społeczna nie dokonuje się w atmosferze urodzinowego przyjęcia czy harcerskiego pikniku. O realiach Rewolucji Październikowej nic mądrego nie mówią nam antykomunistyczne slogany o „bestialstwie”. Dokładnie tak samo, jak znacznie więcej o zbrodniczej naturze hitleryzmu i jej przyczynach dowiemy się nie z emocjonalnego moralizowania antyfaszystów, lecz z „Nowoczesności i Zagłady” Zygmunta Baumana czy z prac Detleva Peukerta, umieszczających realia III Rzeszy w szerokim kontekście przeobrażeń technologicznych i kulturowych. I dokładnie tak, jak o dzisiejszych zbrodniach amerykańskiego reżimu w Iraku nic sensownego nie powiedzą nam antywojenne tyrady guru Chomsky’ego (ropa, koncerny zbrojeniowe i „lobby syjonistyczne”), lecz chłodne, nierzadko na pozór odległe od tego tematu, analizy geostrategiczne. Lenin wyrwany z kontekstu przez zajadłych antykomunistów czy swoich lewicowo-liberalnych obrońców, może budzić wstręt i przerażenie lub wydawać się – dla odmiany – całkiem miłym i sympatycznym facetem. Ale jeśli chcemy widzieć Lenina jako polityka i przywódcę rewolucji, musimy wykroczyć poza schematy lewo-prawego oburzania się i afirmacji. Czyli, między innymi, odrzucić gębę, jaką Leninowi przyprawiają Žižek i „Krytyka Polityka”.

Paradoksalnie, Lenin odczytany przez słoweńskiego filozofa, który deklaruje, iż dokonał – krytycznej, ale zawsze – afirmacji „leninizmu”, wydaje się postacią mniej interesującą, także w sensie zdolności intelektualnego zainspirowania nas, dzieci innej epoki, niż dwa znacznie bardziej nieprzychylne obrazy wodza Rewolucji Październikowej, odmalowane niejako „z prawa” przez Aleksandra Sołżenicyna w „Leninie w Zurychu” oraz Curzio Malapartego w „Legendzie Lenina”. Szczególnie ten drugi autor, w swej – bardzo krytycznej, momentami wręcz złośliwej, a na pewno będącej policzkiem wymierzonym lewackiej hagiografii Lenina – analizie fenomenu wodza rewolucji, znacznie bliższy jest jego zrozumienia niż Žižek. Są w „Legendzie…” dwie krótkie, lecz zdaje się szczególnie trafne charakterystyki: „Władimir Iljicz ma Clausewitza pod ręką, leży o­n na jego biurku. /…/ Lenin /…/ pozostaje wierny Clausewitzowi, nie zdradzając jednocześnie Marksa. /…/ Zasady strategiczne Clausewitza bez wątpienia nic nie mają wspólnego z zasadami walki klas. Ale czy można by zrozumieć Marksa, Marksa z rozważań o Komunie Paryskiej, bez Clausewitza?”. I druga: „Siła jego [Lenina] leży nie w jego charakterze, nie w ideach, lecz w doktrynerskim fanatyzmie, rzekłbyś w jego poczuciu irrealizmu”. To jest właśnie Lenin. Lenin precyzyjnej doktryny i Lenin nie trzymający się kurczowo żadnych zasad i „konieczności”. Lenin „lewicowy” (Marks) i „prawicowy” (Clausewitz). Lenin chłodny i Lenin „szalony”. Lenin z krwi i kości. Lenin, którego warto ocalić. Przed miłośnikami Pinocheta, „contras” i Stroessnera, którzy potępiają zbrodnie Rewolucji Październikowej, a także przed fanami Lenina, usiłującymi zeń uczynić jakąś nowomodną wydmuszkę, w sam raz na t-shirt, w którym można się pokazać na raucie u Axela czy Adama.

Lenina należy bronić dokładnie tak samo, jak każdej tzw. kontrowersyjnej postaci – z lewa lub prawa – którą jacyś „odświeżacze” chcieliby wprowadzić na salony za cenę wybicia jej zębów i spiłowania pazurów. Bo jeśli mamy z przeszłości czerpać jakąkolwiek wiedzę i inspirację, to z przeszłości prawdziwej, nie zaś z jej wygładzonej, przypudrowanej wizji, służącej taniemu „szokowi” i autopromocji osiąganej przy jego pomocy.

Państwo obywatelskie

Znajomy opowiedział mi ostatnio znamienną, choć zwykłą historię. Po całym tygodniu ciężkiej pracy obudził się w sobotę rano o 2 godziny wcześniej niż zamierzał, bo zza ściany dobiegała bardzo głośna muzyka. Po kilku godzinach cierpliwego znoszenia hałasu wybrał się z wizytą do sąsiedniego mieszkania, które na co dzień stoi puste. Zastał tam grupę nastolatków, ewidentnie pijaną. Na jego prośbę o nieco spokojniejszej i mniej dokuczliwe dla sąsiadów zachowanie, usłyszał, że nie ma przecież ciszy nocnej, a w ogóle to o­ni są u siebie i mogą robić co chcą. Zza zatrzaśniętych mu przed nosem drzwi usłyszał jeszcze, że ma spier…

Po kolejnych kilku godzinach zatelefonował do straży miejskiej, by zapytać, co w takiej sytuacji należy zrobić. Usłyszał, że to sprawa dla policji. Gdy zadzwonił na pobliski komisariat, dowiedział się od dyżurującego pracownika, że zrobić nie można nic. Po prostu nie ma jeszcze ciszy nocnej, a polskie prawo nie przewiduje ponoć interwencji, gdy ktoś hałasuje w biały dzień w swoim prywatnym mieszkaniu, nawet jeśli za cienką ścianą jest inne mieszkanie. Gdy zapytał policjanta, czy w takim razie ma w uciążliwym hałasie czekać aż wybije godzina 22., usłyszał, że niestety właśnie tak to wygląda. Trwająca od 9. rano impreza zakończyła się właśnie o 22. – widocznie jej uczestnicy mieli wprawę w takim folgowaniu swoim zachciankom, aby nie ponieść za to żadnej odpowiedzialności.

W „Gazecie Wyborczej” opublikowano niedawno artykuł o osobnikach, którzy na motocyklach crossowych rozjeżdżają leśne drogi i trasy turystyczne m.in. w Gorcach. Jest to zakazane, ale nikt nic sobie z przepisów nie robi. Zmotoryzowani wandale odstraszają turystów z górskich schronisk i gospodarstw agroturystycznych, płoszą zwierzęta, a niedawno jeden z nich śmiertelnie potrącił wędrującego piechura-miłośnika gór. Co na to policja? Ano nic, tzn. tłumaczy, że nie ma środków, że motocykliści są nieuchwytni, że brakuje przepisów jednoznacznie regulujących te kwestie, a poza tym motory były, są i będą, a ludzie lubią jeździć po bezdrożach, bo to większa frajda niż na „cywilizowanym” torze wyścigowym.

Wedle policji, sprawców wykryć się nie da – albo odkręcają rejestracje, albo gdy ktoś zrobi zdjęcie pędzącemu motocyklowi, jego właściciel tłumaczy później, że pożyczył komuś pojazd, niestety nie pamięta komu. Tymczasem dziennikarz bez trudu dotarł do członków klubu motokrosowego, którzy nie chcieli na potrzeby artykułu podać personaliów, ale w rozmowie przyznali, że owszem, nielegalnie jeżdżą po lasach.

Inna ciekawa kwestia wynikła z badań ankietowych w środowisku lekarskim. Miały o­ne wyjaśnić, jaka jest skala i przyczyny łapówkarstwa w publicznej służbie zdrowia. Wniosek główny z badań brzmiał tak: lekarze biorą łapówki, bo są przekonani, że zarabiają za mało. I co? I nic. Czasem aresztowany zostanie jakiś lekarz, który wziął tzw. kopertę. Mówi się o tym przypadku przez kilka dni, a w tym czasie setki jego kolegów nadal przyjmują łapówki. Państwo znowu jest bezradne. Policja nie wie tego, co wiedzą wszyscy pacjenci (że bez koperty nic nie wskórasz) oraz wszyscy sąsiedzi konowała (że za mizerną pensję nie kupi się luksusowego auta).

Pamiętam jak policja wezwana do nocnej ulicznej awantury, przyjechała po godzinie. Zanim raczyła się zjawić, wybito trzy szyby w oknach, jedną w samochodzie, dotkliwie poturbowano trzech mężczyzn i dwie kobiety, wyrwano ze snu kilkaset osób. Mój sąsiad, który jako pierwszy zadzwonił na komisariat, stwierdził, że następnym razem nie będzie się fatygował, bo nie ma to przecież żadnego sensu… Ale nie myślcie sobie, że stróże prawa tak prostu i ordynarnie nic nie robią. O nie. Ostatnio w mediach było głośno o tym, że policja odwiedza mieszkańców różnych miast i konfiskuje im komputery zawierające pirackie oprogramowanie czy takież filmy lub muzykę. W jednej z gazet pan sierżant tłumaczył, że choć jest to bardzo czasochłonne, to „jego ludzie” śledzą tych, którzy w sieci P2P wymieniają się plikami. Policja ma więc czas i środki, aby ścigać czyny zupełnie nieszkodliwe społecznie oraz pilnować interesów prywatnych koncernów, które nie potrafią stworzyć skutecznych zabezpieczeń swojej własności. Nie ma natomiast woli i możliwości, aby zająć się facetem, który w środku nocy bije żonę i sąsiadów, demoluje wszystko, co jest w zasięgu ręki i wydziera się na całą dzielnicę.

Jasne, można to częściowo wytłumaczyć brakiem środków finansowych – jesteśmy wszak krajem ubogim. Ale główna przyczyna jest inna. Temu państwu, tzn. jego wysokim urzędnikom i podległym im „budżetowcom” po prostu nie chce się załatwiać jakichkolwiek problemów. Oni nie są od tego. I te panienki, które na studiach uczyły się na pamięć, zdawały egzaminy na piątkę, a na drugi dzień nic nie pamiętały, ale dziś są nauczycielkami. I ci lekarze, którzy nie mają czasu na dokształcanie się, za to chętnie podróżują do Egiptu za pieniądze firm farmaceutycznych. I kolejarze, którzy sprawdzając bilety nie potrafią używać słów „dzień dobry” i „dziękuję”. I doktoranci, którzy od bardziej utytułowanych kolegów przepisują bibliografie do swoich rozpraw oraz metodą „kopiuj – wklej” tworzą artykuły do kolejnych prac zbiorowych, by ich pozycja w środowisku wzrosła. I ci policjanci, którzy ważą z setkę, a na służbie przechadzają się leniwym krokiem tam, gdzie przestępstw i wykroczeń jest od lat najmniej. Im wszystkim we własnym mniemaniu należy się umowa na czas nieokreślony, co najmniej 3 tysiące na rękę, miesiąc albo dwa urlopu rocznie, no i oczywiście trzynasta pensja, a najlepiej jeszcze służbowe wdzianko i zwrot kosztów dojazdu do pracy.

Tak, wiem, oczywiście są też dobre nauczycielki, porządni lekarze, uprzejmi kolejarze, doktoranci-pasjonaci i wysportowani policjanci. Znam takie osoby, więc nie chodzi tu o krzywdzące generalizacje. Ale nawet, gdy komuś „chce się chcieć”, to jego zwierzchnicy robią co mogą, aby wybić mu z głowy takie fanaberie. Nic dziwnego, wiadomo przecież, że jeden mały poruszony kamyk może wywołać lawinę. Dlatego równa się w dół, nigdy w górę. Pracują nad tym ministerstwa, ustawodawcy, organa kontrolne i szczebel kierowniczy. W takich np. szkołach ważniejsze jest, czy nauczyciel opanował tworzenie tabelek w Excelu i wypełnianie ich biurokratycznym bełkotem niż to, czy zamiast „Pani Domu” lub „Auto Świata” czytuje z własnej, nieprzymuszonej woli Platona, Kotarbińskiego i Habermasa.

Bynajmniej nie kwestionuję sensu istnienia rozbudowanego sektora publicznego, a bolączek państwowych instytucji nie chciałbym rozwiązać przez zastąpienie ich usługami wolnorynkowymi. Wręcz przeciwnie – uważam, że jednym z głównych zadań państwa i sensem jego istnienia jest oferowanie swoim obywatelom na równych zasadach dostępu do podstawowych usług, szczególnie tam, gdzie podmioty prywatne nie widzą interesu w ich świadczeniu. Tyle tylko, że sektor publiczny, który działa w fatalny sposób, jest najlepszą antyreklamą samego siebie, za to całkiem dobrze zachęca zmęczonych i zdegustowanych obywateli do wychwalania wolnego rynku. Jasne, bylejakość i lenistwo nie są problemem tylko tego sektora. Zdarzają się w prywatnych firmach, a tzw. organizacje pozarządowe są wręcz wylęgarnią cwaniactwa, kumoterstwa i nieróbstwa. Jednak ktoś, kto pracuje źle w prywatnej firmie, szkodzi głównie jej. Leń czy kombinator, zatrudniony przez państwo, uderza natomiast bezpośrednio w jego autorytet.

W Polsce podstawowym problemem wcale nie są niskie nakłady na „budżetówkę”, lecz korozja etosu służby publicznej. Gdy mowa o finansach, trzeba dodać dwie rzeczy. Owszem, polski nauczyciel czy pielęgniarka zarabiają niewiele. Są to pensje z pogranicza wegetacji, a w wielu profesjach uniemożliwiają o­ne faktyczny rozwój zawodowy (np. zakup książek czy wyjazdy szkoleniowe). Ale na tle ogółu polskich pensji wcale nie jest to grupa jakoś szczególnie pokrzywdzona. Tyle samo zarabiają osoby równie dobrze wykształcone i ciężko pracujące w sektorze prywatnym, a przy tym ich stabilizacja zawodowa jest na ogół znacznie mniejsza, zaś różnorakie przywileje branżowe – żadne. I wszyscy mają tego świadomość. Pracownicy „budżetówki” chętnie narzekają na wysokość zarobków, ale jakoś nie widać, by z tego środowiska rekrutowały się tłumy chętnych do zarabiania – podobno tylko czekających na ich rozliczne talenty i geniusz – kokosów na wolnym rynku. Nie, nie zamierzam wcale kwestionować sensu walki o przyzwoite pensje, ani napuszczać „państwowych” na „prywatnych” – wiem natomiast, że poza budżetówką wcale nie zarabia się wiele, a warunki pracy są tam często znacznie gorsze.

Druga kwestia dotyczy analogii międzynarodowych. Owszem, nauczyciel czy lekarz w krajach Zachodu zarabiają proporcjonalnie więcej niż ich koledzy z Polski, mają wyższą pozycję społeczną i cieszą się prestiżem. Ale jednocześnie wymaga się od nich nie tylko wysokich kwalifikacji i dokształcania się, lecz także entuzjazmu i zapału do pracy. Mój znajomy niemiecki nauczyciel twierdzi, że aktywny udział w zupełnie pozaszkolnym życiu społeczno-kulturalnym swojego miasteczka, choć nie wpisano go w oficjalną umowę o pracę, dla niego i jego zawodowych znajomych jest czymś oczywistym. Gdy natomiast widzę znudzone i pyszałkowate zarazem gęby liderów Związku Nauczycielstwa Polskiego czy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, którzy jak katarynka „grożą eskalacją protestów”, to jedno wiem na pewno: żadne podwyżki nie załatwią problemu, bo do dziurawego dzbanka można wlać choćby i cysternę wody, a o­n i tak pozostanie pusty. Nic nie pomogą „wyższe podatki dla bogaczy” i większe nakłady na sferę budżetową, jeśli nie zmieni się myślenie o dobru wspólnym i interesie społecznym – zamiast polityki lewicowej czy „socjalnej” wyniknie z tego wyłącznie farsa i kompromitacja takich ideałów. Twierdzenia, że lekarze przestaną brać łapówki, gdy im się „godziwie” zapłaci, można włożyć między bajki – co najwyżej kupią sobie lub swoim dzieciom większy dom czy bardziej luksusowy samochód.

Ciśnie się na usta pytanie: jak można szanować to państwo i utożsamiać się z nim? Gdyby o­no, biedne i słabe, sterane przez zabory, wojnę i komunę, nie potrafiło nas obronić np. przed inwazją potężnego imperium, tak jak w 1939 r. uległo hitlerowcom, wybaczyłbym mu bez chwili wahania. Jeśli padłoby ofiarą międzynarodowych spekulantów lub oligarchicznych instytucji pokroju Światowej Organizacji Handlu – uczyniłbym podobnie. Nie mam też do niego żalu, że nie zapewnia nam takiego socjalu jak w Niemczech, czy takiej służby zdrowia jak w Norwegii. Ale ani trochę zrozumienia nie mam dla państwa, które nie potrafi uciszyć gówniarzy zakłócających spokój kilkunastu rodzinom zamieszkującym tę samą klatkę schodową. Państwo, które ustami swego funkcjonariusza, opłacanego z naszych podatków, serwuje obywatelom smętne wymówki i kretyńskie frazesy zamiast sprawnego rozwiązania błahego problemu, nie ma racji bytu.

Zanim zacznie się po raz kolejny pouczać ludzi, że powinni chodzić na wybory, rzetelnie płacić podatki i wracać z Irlandii do ojczyzny, wypadałoby ich przekonać, że ma to jakikolwiek sens. Nie wielkimi hasłami, nie obietnicami kilku milionów mieszkań, nie reklamowymi spotami i billboardami, lecz załatwieniem kilku najprostszych spraw. I proszę mi nie mówić, że to obywatele powinni najpierw „coś z siebie dać”, że nie powinniśmy pytać, co Polska zrobiła dla nas, lecz co my możemy zrobić dla Polski, że ziarnko do ziarnka, i tak dalej. Owszem, dobre społeczeństwo i sensowne państwo należy budować nie tylko od góry, ale także od dołu. Sęk w tym, że dzisiaj takie ideały często oznaczają po prostu marnowanie czyjejś pracy, czasu i nadziei, a społecznikostwo okazuje się frajerstwem i waleniem głową w mur. W takich przypadkach oddolna działalność traci sens – państwo stworzyło dla niej warunki, w których nie przetrwałby nawet kaktus.

Zamiast opowiadać farmazony o społeczeństwie obywatelskim, weźcie, drodzy decydenci, ruszcie głową i tyłkiem, i zróbcie tu najpierw państwo obywatelskie. To znaczy takie, które swoimi obywatelami i ich bolączkami interesuje się nie tylko za pośrednictwem formularza PIT i okienka w ZUS-ie.

Za Gierka było najlepiej

Cały właśnie zakończony rok obfitował w rozważania na ten temat. 50. rocznica Października i „odwilży”, 30-lecie powstania KOR, 30. rocznica wydarzeń radomskich, 25-lecie wprowadzenia stanu wojennego, „zwykłe” kolejne rocznice powstania „Solidarności” i wydarzeń grudniowych na Wybrzeżu, do tego coraz bardziej nabrzmiały spór wokół „polityki historycznej” – to wszystko wywoływało dyskusje i sprawiało, że opinia publiczna była wręcz zanurzona w historii najnowszej. I bardzo dobrze, gdyż takie debaty nie tylko są niezbędne dla tożsamości narodowej, ale i stanowią coś zwykłego w wielu krajach, szczególnie tych o burzliwej niedawnej przeszłości.

Gorzej niestety z jakością tych rozważań, zdominowanych przez mity, osobiste przeżycia i fobie czy doraźne polityczne interesy. W mediach głównego nurtu oraz tych niszowych dominowały oceny skrajne, a często fałszywe, choć ich autorzy oczywiście stroili się w piórka obiektywnych. Ja nie będę udawał obiektywnego, ale spróbuję bez nadmiernych emocji zająć się kilkoma szczególnie często przywoływanymi tematami i argumentami dotyczącymi PRL-u. Gdy realny socjalizm odchodził do lamusa, miałem 13 lat, czyli wystarczająco niewiele, by nie być uwikłanym w osobiste wspominki; moja rodzina ani w PRL-u się nie „ustawiła” jako jego beneficjenci, ani też z nim heroicznie nie walczyła. Rzeczywistość III RP oceniam nader krytycznie, ale znam historię PRL-u na tyle dobrze, by nie postrzegać jej przez różowe okulary i nie twierdzić, że po roku 1989 z jakiegoś raju stoczyliśmy się na dno piekła. Oczywiście w felietonie nie sposób wyczerpać tematu tak obszernego i złożonego, dlatego też zajmę się tylko kilkoma opiniami na temat „minionej epoki” – zarówno powszechnymi, jak i budzącymi mój największy sprzeciw.

Zacznijmy od mitów „prawicowych”. Pierwszy i główny mówi, iż PRL był tworem całkowicie sztucznym, przyniesionym wbrew woli społeczeństwa na sowieckich bagnetach. Oczywiście nie sposób negować radzieckiego zamordyzmu, okrutnej i krwawej rozprawy z jego polskimi przeciwnikami, czy takich posunięć, jak totalne sfałszowanie wyników referendum z 30 czerwca 1946 r. Nie zmienia to faktu, że pod kuratelę Sowietów dostała się Polska wskutek decyzji zachodnich „sojuszników” – tych samych, którzy dzisiaj są ponoć gwarantem naszego bezpieczeństwa. W imię wdzięczności za kilkuletnie wykrwawianie się na wielu polach bitew i pod hitlerowską okupacją, przehandlowali Polaków Stalinowi. Nie zmienia też faktu istnienia po zakończeniu II wojny światowej całkiem sporego entuzjazmu i poparcia dla nowej władzy, które topniało dopiero po podjęciu wielu ideologicznie motywowanych działań, jak „bitwa o handel”, malejący zakres swobód obywatelskich, próby kolektywizacji wsi, cenzura itp. Rządy komunistów nie miałyby żadnych trwałych podstaw, gdyby bazowały tylko na terrorze, w kraju tak „anarchicznym” i zaprawionym w bojach z hitlerowskim okupantem.

Prawica nie chce zauważyć jednego znamiennego faktu – stałego przesuwania się „w lewo” nastrojów już od połowy lat 30. Zarówno sanacyjne władze, jak i większość opozycji wobec nich głosili hasła zorientowane coraz bardziej w lewo w sferze gospodarki, bo takie też były oczekiwania społeczne. Kapitalizm w wydaniu leseferystycznym, oparty na wysokim bezrobociu, marginalizacji znacznej części ludności, niestabilności ekonomicznej oraz dominacji wielkiego kapitału zagranicznego, był powszechnie krytykowany. Takie nastroje nasiliły się podczas okupacji, gdyż słabość Polski we wrześniu 1939 r. utożsamiano m.in. z mizerią ekonomiczną i niesprawiedliwością stosunków społecznych. Walkę z hitlerowcami prowadzono nie tylko w imię niepodległości – wolna Polska miała stać się Polską bardziej sprawiedliwą i „socjalną”. O takiej nowej Polsce mówi mnóstwo deklaracji programowych przyjętych za okupacji przez ludowców, socjalistów, a nawet stosunkowo centrowe nurty w AK. Gdy dziś dokonuje się odkłamywania historii sfałszowanej przez komunistów, których wizja wykluczyła np. Narodowe Siły Zbrojne, mamy do czynienia z jej kolejnym zakłamywaniem poprzez rugowanie silnych wątków lewicowych, obecnych w podziemiu antyhitlerowskim i polityce obozu londyńskiego. Nie pasują o­ne bowiem do wizji historii, w której sowieccy namiestnicy wyłącznie za pomocą zamordyzmu zdobyli władzę w Polsce. Owszem, zamordyzm odegrał tu sporą rolę, ale nie mniejsze znaczenie miały nastroje społeczne. Wbrew udokumentowanej zmianie klimatu ideowego w tamtym okresie, prawica wmawia nam dziś, że w roku 1945 nasi rodacy za niczym innym nie tęsknili tak mocno, jak za powrotem szlachty, folwarków, bezrobocia, panoszącego się kapitału zachodniego, i w ogóle za Polską „panów i plebanów”.

Z tego pierwszego mitu wypływa kolejny, też „prawicowy”, ale o dziwo podzielany również przez część osób o poglądach lewicowych. Wedle niego, wszystkie bunty przeciwko PRL-owskiej władzy motywowane były szczerym, głębokim antykomunizmem, dążeniami niepodległościowymi, a nawet chęcią restauracji kapitalizmu. Dzisiejsza historiografia sławi zatem co prawda robotnicze zrywy roku 1956, 1970, 1976 i 1980, ale przedstawia je tak, jakby ich jedynymi postulatami były „górnolotne” kwestie niepodległości, manifestacje postaw religijnych oraz zajadły antykomunizm. Nie mówi się niemal wcale o tym, że większość z nich dotyczyła kwestii socjalnych, że o kapitalizmie nie było tam mowy, że akcentowano kwestie pracy, płacy, warunków zatrudnienia, poziomu konsumpcji oraz czegoś, co dziś jest tematem wyjątkowo niemodnym – samorządności pracowniczej i kontroli robotników nad procesem wytwórczym. W rzeczywistości znaczna część owych buntów miała charakter „antykapitalistyczny” – w tym sensie, w jakim władza „ludowa” była postrzegana jako wyzyskujący społeczeństwo dysponent środków produkcji. Rok 1956 był nie tylko silnym głosem sprzeciwu wobec zamordyzmu stalinowców, ale także erupcją żądań faktycznie socjalistycznych. Powstały wówczas ruch społeczny domagał się tyleż poluzowania cenzury i poszerzenia zakresu swobód obywatelskich, co i faktycznego udziału społeczeństwa w kontroli i zarządzaniu wypracowanym majątkiem – wspólnym, polskim, społecznym. Nie była to tylko nasza specyfika – bunt na Węgrzech również był zarówno antysowiecki, jak i na rzecz sprawiedliwości społecznej, w obu przypadkach, madziarskim i polskim, opartym na radach robotniczych.

Tak samo było w przypadku pierwszej „Solidarności”, tym ogromnym ruchu załóg zakładów pracy domagających się kontroli nad procesem produkcji i wypracowanym majątkiem, a za odrzuceniem uprzywilejowanej roli partyjnej „klasy próżniaczej”. W tym przypadku ów egalitarny głos, dopominający się o demokrację zarówno polityczną, jak i ekonomiczną, jest znakomicie udokumentowany. Sztandarowym jego wyrazem jest przyjęty przez NSZZ „Solidarność” w roku 1981 program „Samorządnej Rzeczpospolitej”, dzisiaj celowo spychany w zapomnienie i przemilczany. Wymowne jest to, że jego zapis nie jest dostępny w żadnej instytucji popularyzującej wiedzę o PRL, „zniknął” także z dokonanej przez IPN elektronicznej edycji archiwum „Tygodnika Solidarność”, nie wspominają o nim dzisiejsze władze tego związku zawodowego, choć chętnie epatują one innymi, znacznie mniej istotnymi dokumentami z przeszłości. Nic dziwnego – program ten zadaje kłam twierdzeniom, jakoby „Solidarność” była tylko ruchem niepodległościowym i prodemokratycznym (o jego prawicowości nie wspominając). Bardzo mocno kontrastuje on też z poczynaniami dawnych liderów Związku po roku 1989, wyraźnie pokazując, że dokonali zwyczajnej zdrady interesów tych, którzy wynieśli ich do władzy i obdarzyli zaufaniem. Współczesny dominujący nurt historiografii celowo zakłamuje obraz „Solidarności”, uwypuklając wątki katolickie, tradycjonalistyczne, prawicowe i liberalne. Oczywiście aspekt niepodległościowy czy chrześcijański tego ruchu społecznego był istotny, ale w sferze etosu i proponowanych rozwiązań gospodarczych bliższy raczej przedwojennej lewicy patriotycznej niż wizji prawicowo-liberalnej. Nie sposób tego bynajmniej wytłumaczyć tylko tym, że w PRL nie było możliwe mówienie o pewnych sprawach wprost i że stąd wziął się ów „socjalistyczny” sztafaż – zarówno charakter owego ruchu (opartego na robotnikach), jego metody działania (obrona tychże robotników i ich praw), jak i główne części składowe (środowisko dawnego KOR i Wolnych Związków Zawodowych), były bez wątpienia lewicowe.

Jeszcze inny prawicowy mit mówi, że gdyby nie nastanie władzy komunistycznej, Polska zamiast państwem zacofanym byłaby krainą płynącą mlekiem i miodem. To jednak kwestia mocno dyskusyjna. Komunizm w sensie etycznym (zamordyzm, brak swobód obywatelskich) oraz gospodarczym (niska wydajność, inwestycje podyktowane ideologią zamiast ekonomią, marnotrawstwo i przestarzałe technologie) zasługuje na raczej negatywną ocenę. Nie zmienia to faktu, że w PRL dokonała się znaczna modernizacja gospodarki i społeczeństwa, tym bardziej godna podziwu, że miała miejsce w kraju po prostu zrujnowanym pod względem infrastruktury i „zasobów ludzkich” przez II wojnę światową. Dziś można wyśmiewać „plany pięcioletnie” i „przodownictwo pracy”, ale niezbitym faktem jest to, że odbudowa kraju z dotkliwych zniszczeń wojennych, rozbudowa przemysłu i infrastruktury dokonały się w szybkim tempie. Być może każda inna rozsądna władza dokonałaby tego samego, ale bardzo wątpliwe jest to, czy podobny rozwój zapewniłby Polsce ustrój oparty na idealizowanym dziś kapitalizmie przedwojennym. Gdy obecnie rozpacza się np. nad likwidacją majątków szlacheckich, to warto dodać, że były o­ne mało wydajne ekonomicznie i oparte na archaicznych wzorcach. Swoją drogą, warto uwzględnić przy ich zwrocie prawowitym posiadaczom nie tylko zapisy przedwojennych aktów własności, ale także ówczesne zadłużenie latyfundiów na rzecz skarbu państwa – jak wracać do realiów II RP, to z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Największym problemem związanym z uczciwą oceną PRL-u jest kwestia globalnego kapitalizmu. Otóż prawica zakłada, że gdyby nie komunizm, Polska rozwijałaby się „tak samo jak na Zachodzie”, a my dzisiaj mielibyśmy tutaj drugie Niemcy, Francję czy Wielką Brytanię. Jest to jednak bardzo wątpliwe. Otóż nasz kraj zaczął od Zachodu odstawać znacznie wcześniej niż w realnym socjalizmie – stało się tak już na etapie rewolucji przemysłowej. Można to tłumaczyć oczywiście dziedzictwem zaborów, ale i dwudziestolecie międzywojenne – mimo ogromnych wysiłków władz państwa – nie przyniosło znaczącego zmniejszenia dystansu wobec Zachodu. Polska w kapitalistycznym systemie globalnym była krajem półperyferyjnym, zorientowanym w swej strukturze przemysłu głównie na dostarczanie krajom centrum surowców, niskoprzetworzonych produktów oraz taniej siły roboczej. Jeśli dziś roimy sobie, że gdyby nie komuna, to mielibyśmy „jak na Zachodzie”, jest to myślenie życzeniowe kiepskiej jakości. Zachód bowiem wcale nie musiałby nas chcieć widzieć w roli równoprawnego partnera, gdyż oznaczałoby to utratę jego różnorakich korzyści. Zapewne w tej kwestii realizowałby o­n naszym kosztem tylko i wyłącznie własne interesy, tak jak uczynił to przehandlowując Polskę w Jałcie. Barierą rozwojową nie był wcale tylko komunizm – taka np. Grecja nigdy nie była w obozie sowieckim, lecz wcale nie jest tam tak, jak w Niemczech, Anglii czy Francji. Paradoksalnie, PRL był szansą na wyrwanie się z globalnego systemu zależności i wypracowanie odrębnej drogi rozwoju, poza niszczącą logiką półkolonialnego kapitalizmu – niestety, trzeba dodać, że szansą zmarnowaną przez ekonomiczne absurdy i popadnięcie w zależność tym razem od hegemona sowieckiego.

Kolejny mit, tym razem podzielany głównie przez lewicę, i to nie tylko post-PZPR-owską, mówi, że PRL był wspaniałym ucieleśnieniem ideałów lewicowych. Praca dla wszystkich, wysokie świadczenia socjalne, miliony tanich mieszkań, „dzieci robotników i chłopów” na wyższych uczelniach, darmowe żłobki i przedszkola, wczasy i kolonie. Oczywiście realny socjalizm dokonał wielu posunięć „socjalnych” – tyle tylko, że nie odbiegały o­ne znacząco od polityki prowadzonej w tym samym okresie przez w zasadzie wszystkie jako tako rozwinięte kraje. Na Zachodzie niejednokrotnie musiano o nie walczyć, a ruch robotniczy był często represjonowany – to prawda, że władza strzelała do robotników nie tylko w kopalni „Wujek”, ale także np. we włoskich miastach przemysłowych. Problem w tym, że w PRL-u również musiano walczyć o zdobycze socjalne. Większość protestów społecznych wybuchała w obliczu drastycznych podwyżek cen żywności, a zdarzało się, że i ze zwykłego głodu. Za walkę o najzwyklejsze prawa pracowników, jak przestrzeganie zasad BHP, represjonowano nie tylko w III RP, ale także w PRL-u. Istniały też wówczas enklawy biedy – np. ze wspomnień działaczy KOR wynika, że gdy jeździli pomagać rodzinom radomskich robotników, to byli zszokowani nędznymi warunkami ich egzystencji. Sam z dzieciństwa pamiętam nieremontowane od lat, walące się budynki czy wręcz całe dzielnice w moim robotniczym mieście. Do dziś w „proletariackiej” i hołubionej przez władze PRL Łodzi można zobaczyć całe kwartały ulic, które ostatnie remonty pamiętają sprzed wojny, zaś 45 lat „państwa socjalnego” nie przyniosło ich mieszkańcom nawet takich „luksusów”, jak toaleta w każdym z mieszkań.

Gdy kilka linijek wyżej wspominałem, że mało realne było sprawienie, iż w Polsce mielibyśmy „jak na Zachodzie” w sensie poziomu życia i zamożności, nie zmienia to faktu, że przynajmniej częściowo ów Zachód naśladowalibyśmy w zgodzie z ogólnie przyjętymi regułami ekonomii i rozwoju społecznego, niezależnie od tego, kto po roku 1945 sprawowałby u nas władzę. Reformy rolne, masowe tanie budownictwo mieszkaniowe, bezpłatna oświata i służba zdrowia, awans społeczny, niwelowanie regionalnego zróżnicowania ekonomicznego – czyli ogólnie mówiąc polityka egalitarna – miały miejsce w każdym kraju europejskim. Opowieści o tym, że gdyby nie PRL, to w Polsce mielibyśmy powszechny analfabetyzm, wszawicę, kurne chaty, naftowe lampy, ogromne posiadłości jaśnie panów i czworaki ich poddanych, można włożyć między bajki, jako zupełnie nie uwzględniające ani realiów procesów modernizacyjnych na przestrzeni półwiecza, ani zasad zdemokratyzowanego kapitalizmu, który zatriumfował po II wojnie światowej. Oczywiście Polski nie byłoby stać na taki socjal, jak w Niemczech, ani na taki rozwój techniczny i przemysłowy, jak USA, ale wystarczy znów przywołać Grecję – o błyskawicznym rozwoju od zacofania i biedy do bogactwa państw skandynawskich nie wspominając – by ujrzeć problem w bardziej realnych kształtach.

Tu dochodzimy do mitu kolejnego. Otóż obrońcy PRL-u twierdzą, że cały ów postęp społeczny i egalitaryzm powojennego kapitalizmu zachodniego dokonał się wyłącznie „dzięki nam”, tzn. wskutek istnienia konkurencyjnego bloku wschodniego, służąc neutralizacji prosocjalistycznych oczekiwań rozbudzonych wśród zachodnich niższych warstw społecznych przez zdobycze sowieckiego ludu pracującego miast i wsi. Jest to wizja tyleż życzeniowa, co bardzo odległa od rzeczywistości. Owszem, samo powstanie ZSRR po rewolucji październikowej sprawiło, że Zachód zyskał konkurencję, a tamtejsze masy ludowe – nadzieję, podobnie stało się po stworzeniu całego bloku wschodniego. Jednak zmiany, jakie zaszły w łonie kapitalizmu po II wojnie światowej tylko w niewielkim stopniu wynikały z przejęcia się ex Oriente lux. Po pierwsze, w zasadzie już na początku lat 60. powszechnie zdawano sobie na Zachodzie sprawę, że system sowiecki nie zapewnia swoim obywatelom żadnych cudów nieznanych mieszkańcom krajów kapitalistycznych. Docierające wieści zza żelaznej kurtyny nie zawierały żadnego realnego przedmiotu godnego zazdrości. Nic dziwnego, skoro sowiecka cenzura zablokowała np. edycję „Gron gniewu”, gdyż opisana przez Steinbecka nędza amerykańskich biedaków zawierała m.in. opisy posiadania przez nich dóbr, o jakich radzieccy proletariusze mogli tylko pomarzyć. Po drugie, Zachód wiedział, że w konfrontacji z Sowietami dobrobyt własnych obywateli będzie znacznie mniej ważny niż potencjał militarny, jakim dysponują obaj gracze zimnej wojny. I to właśnie wyścig zbrojeń, nie zaś wyścig socjalu stał się ich głównym przedmiotem troski. USA wygrało z ZSRR nie zasiłkami socjalnymi – bo te Reagan likwidował zamiast przyznawać – lecz Pershingami, „gwiezdnymi wojnami” i wspieraniem przeróżnych contras jak świat długi i szeroki.

Zachodni powojenny kapitalizm egalitarny wziął się z czegoś zupełnie innego niż rywalizacja z blokiem wschodnim. Powstał m.in. w efekcie silnej presji na władze i kapitalistów ze strony zorganizowanej klasy robotniczej, także tej pozostającej poza jakimikolwiek wpływami i inspiracjami ze strony partii komunistycznych (główne masowe partie socjalistyczne Zachodu oraz spora część tamtejszej radykalnej lewicy były wręcz antysowieckie). Jednak główną rolę odegrały dwa inne zjawiska, z których decydenci musieli wyciągnąć wnioski. Były to wielki kryzys gospodarczy lat 30. oraz II wojna światowa. To właśnie o­ne uświadomiły wszystkim – rządzącym i społeczeństwom – że „dziki” kapitalizm nie działa dobrze, jest niestabilny, bezsilny wobec wyzwań, a także nie zapewnia optymalnego możliwego rozwoju. Wielki kryzys pokazał, że niekontrolowany kapitalizm nie jest sprawny i może powodować olbrzymie problemy społeczne – zrozumiała to także znaczna część samych kapitalistów, którzy mogą chcieć maksymalizować zyski, ale jednocześnie wiedzą, że tymże zyskom szkodzi na dłuższą metę brak stabilizacji. Już wówczas władze wielu państw zaczęły prowadzić politykę poskromienia wielkiego biznesu i wkomponowania go w całokształt stosunków społecznych. Amerykański New Deal oraz europejskie programy interwencjonizmu państwowego i systemów zabezpieczeń socjalnych są dowodem na to, że Zachód nie potrzebował sowieckiej presji, by dokonać znaczących korekt w swojej polityce społecznej i gospodarczej. Te tendencje znacznie wzmocniła wojna – unaoczniła o­na, że państwa oparte na daleko posuniętym wolnym rynku są po prostu bezradne i niedostosowane do wymogów sytuacji wyjątkowych. Nie dysponują bowiem ani kontrolą nad sferą produkcji, ani też nie wytwarzają mechanizmów, które spajałyby społeczeństwo. Stąd wzięły się daleko posunięte reformy społeczne. Na przykład w Anglii szeroko zakrojony program na rzecz zmniejszania problemów społecznych (dążenie do pełnego zatrudnienia, powszechnej bezpłatnej opieki zdrowotnej, masowego taniego budownictwa) stworzył i zaczął wcielać w życie William Henry Beveridge w roku 1942, a więc wtedy, gdy ZSRR był w głębokiej defensywie i nikt nie myślał nie tylko o powstaniu w połowie Europy państw socjalistycznych, ale i o tym, że samo „pierwsze państwo robotników i chłopów” przetrwa hitlerowski podbój. Gdy tylko wojna minęła, a blok sowiecki dopiero się kształtował i losy wielu jego części nie były pewne, wszystkie państwa zachodnie wprowadziły wiele programów socjalnych, zmieniły system podatkowy na bardziej obciążający zamożne warstwy społeczeństwa, dokonały nacjonalizacji kluczowych dziedzin przemysłu itp. Kolejne kilkadziesiąt lat funkcjonowania „społeczeństw dobrobytu” było efektem tychże zdarzeń i decyzji, nie zaś urojonego wpływu ZSRR.

Na koniec zostawiłem sobie mit najbardziej smakowity, bo najgłupszy. Wedle jego wyznawców, w Polsce kapitalizm został wprowadzony w efekcie sprytnej, trwającej 10 lat polityki „Solidarności”, którą próbowali powstrzymać dzielni i szlachetni PZPR-owscy obrońcy socjalizmu, z generałem Jaruzelskim na czele. Taki „argument” można obalić już wtedy, gdy wspomnimy, że w większość demoludów nie było odpowiednika „Solidarności”, a kapitalizm wprowadzono tam równie sprawnie. Zrobiono to w podobny sposób, w niemal identycznym momencie, a za całym procesem stali czołowi przywódcy partii komunistycznych.

W Polsce to właśnie generał Jaruzelski jest twórcą kapitalizmu. Z tymi, którzy zafundowali nam ekonomiczne realia III RP, postanowił o­n podzielić się władzą – nie jest przypadkiem, że po okrągłym stole budowano kapitalizm w „dzikiej” wersji, a na niemalże czołowych działaczy opozycji antykomunistycznej namaszczono Leszka Balcerowicza, Waldemara Kuczyńskiego i Donalda Tuska, nie zaś Ryszarda Bugaja, Zbigniewa Romaszewskiego czy Andrzeja Gwiazdę. Z tymi ostatnimi generałowi Jaruzelskiemu mogłoby nie udać się bowiem kontynuowanie budowy grabieżczego kapitalizmu. Tak, kontynuowanie, gdyż ów system gospodarczy zaczęto tworzyć już około roku 1986, mocno przyspieszając za kadencji PRL-owskiego premiera (został nim na prośbę Jaruzelskiego) Mieczysława Rakowskiego i towarzyszącego mu jako minister przemysłu Mieczysława Wilczka (laureata Nagrody Kisiela dla wybitnych wolnorynkowców), autorów daleko posuniętej reformy gospodarczej. Do dziś wielu liberałów z łezką w oku wspomina, że takiego wspaniałego wolnego rynku jak wówczas, nie było już nigdy później. No i można wtedy było ukraść te pierwsze miliony, które po dziś dzień określają stratyfikację społeczną w naszym kraju. Oczywiście głównym problemem polskiego kapitalizmu nie jest jego „nomenklaturowe” oblicze, lecz sama natura współczesnej gospodarki rynkowej. To jednak, że Polska dołączyła do globalnego systemu i wprowadzono u nas neoliberalne zasady, jest efektem wspólnej pracy Balcerowicza i Jaruzelskiego. Obaj bardzo się starali, żeby w Polsce nie było żadnej „trzeciej drogi” czy choćby próby naśladowania doświadczeń skandynawskiego modelu socjalnego.

O lewicowym obliczu „Solidarności” już wspominałem. Nie był to u zarania ruch prokapitalistyczny i mało komu śniło się, że mógłby takim być. Liberalne wywody garstki opozycjonistów w rodzaju Kisiela były traktowane niczym kuriozum, a o­n sam oceniał „Solidarność” jako ruch głęboko socjalistyczny, niechętny prorynkowym zmianom (nawiasem mówiąc, to ówcześni opozycyjni liberałowie oczekiwali zmian na rzecz kapitalizmu w połowie lat 80. nie po „Solidarności”, lecz od Jaruzelskiego, składając mu propozycje, by w Polsce zrealizował to, co później wprowadzono w Chinach, czyli zachowanie monopolu partii w polityce przy jednoczesnych zmianach rynkowych w gospodarce). W łonie Związku rej wodzili tacy ekonomiści, jak Tadeusz Kowalik czy Ryszard Bugaj, których o miłość do liberalizmu trudno podejrzewać. Zupełnie nierynkowe były też oczekiwania milionów ludzi, którzy ten ruch współtworzyli. Stan wojenny pozwolił natomiast rozbić pierwszą „Solidarność” – zniszczył masowy, prosocjalny, egalitarny ruch społeczny oraz zmarginalizował tych działaczy Związku, którzy byli wierni pierwotnym ideałom. Wyizolowana elita podziemnej „Solidarności” nie tylko przestała być kontrolowana przez robotnicze masy. Stała się także obiektem wsparcia ze strony USA, które bynajmniej nie pomagały bezinteresownie. Od roku 1984 datuje się inwazja propagandy neoliberalnej w łonie opozycji antykomunistycznej – coraz więcej było tam pochwał Reagana i Thatcher, coraz więcej zachwytów wywodami Hayeka i Friedmana, a coraz mniej troski o prawa robotników, samorządność pracowniczą i socjalny model gospodarki.

Oczywiście liderzy „Solidarności” idealizowali zachodnie realia, choćby dlatego, że nie znali ich zbyt dobrze. Ale czynienie im zarzutu z tego, że „nie wiedzieli” o neoliberalizmie, jest cokolwiek absurdalne. Nie wiedzieli o nim bowiem w roku 1980 czy 1981 także ci krytyczni geniusze, którzy po upływie ćwierci wieku wiedzą wszystko na ten temat. Tak się bowiem składa, że neoliberalizm na początku lat 80. dopiero na Zachodzie raczkował. Jako trend intelektualny istniał na szerszą skalę od początku lat 70., zyskując popularność pod koniec tej dekady, a na początku następnej ani jeszcze nie zatriumfował, ani nikt nie znał jego pełnego oblicza. Gdy Thatcher próbowała w roku 1981 „zreformować” górnictwo brytyjskie poprzez zwolnienie 25 tys. pracowników, dostała takie baty, że jej rząd o mało nie upadł – jej zamiary powiodły się dopiero 4 lata później. Inny z czołowych twórców neoliberalizmu, Ronald Reagan, został prezydentem w roku 1980, a szczyt jego liberalnej polityki ekonomicznej przypada dopiero na połowę tej dekady. Doprawdy, twórcy „Solidarności” musieliby być jasnowidzami, żeby powołując się w roku 1980 na wzorce zachodnie nie mieć na myśli 35 lat praktyki spod znaku welfare state, lecz majaczący dopiero na horyzoncie kapitalizm w wersji drapieżnej.

A co z przywołanym w tytule Gierkiem? Nie wiem, czy Polska mogła w ogóle uniknąć realnego socjalizmu pod sowiecką kuratelą. Mimo iż bardzo krytycznie oceniam III RP, to daleki jestem od myślenia, że za PRL było lepiej. I dlatego, że obecne realia nie są aż tak straszne, jak odmalowują je „lewicowcy”, i dlatego, że PRL nie był taki fajny, jak usiłują nam o­ni wmówić. Przede wszystkim jednak dlatego, że ideały lewicowe to nie tylko pełna micha i reformy socjalne, ale także swobody obywatelskie – i są to kwestie nierozdzielne (w przeciwnym razie za ludzi lewicy należałoby uznać Hitlera czy Salazara). Oceniając PRL i mając na uwadze wszystkie wyżej opisane niuanse, uważam, że z tamtej epoki najlepsze dla Polski były rządy nie Gomułki czy Jaruzelskiego (za którego Bierut i inni poprzednicy wykonali mokrą robotę i tylko dlatego wymordował o­n mniej ludzi niż Pinochet), lecz Edwarda Gierka. Jego władza była bowiem wśród wszystkich PRL-owskich włodarzy najbliższa ideałom lewicowym i zdrowemu rozsądkowi. Poluzowano cenzurę i prześladowania inicjatyw opozycyjnych. Podobnie było w sferze kultury. Polityka masowego budownictwa mieszkaniowego oraz całkiem nowoczesnych jak na tamte lata inwestycji przemysłowych oznaczały duży skok modernizacyjny i zmniejszenie wielu barier rozwojowych, a zwykłym ludziom po prostu znacznie się polepszyło. I choć tamte czasy nie były wolne od różnych patologii i negatywnych zjawisk (od zadłużenia, przez przemysłową gigantomanię, po radomskie „ścieżki zdrowia”), to spośród całego PRL-u lata rządów Gierka można uznać za najbardziej udane.

Cała Polska kocha górników

Żałoba narodowa, specjalne dodatki gazet, wystąpienia polityków, pierwsze miejsce w radiowych i telewizyjnych „njusach”, błyskawiczne uruchomienie dodatkowych funduszy dla wdów i sierot po zmarłych, czarne tło witryn największych portali internetowych – takie były reakcje na tragiczną śmierć 23 górników w kopalni „Halemba” w Rudzie Śląskiej.

To wszystko, po pierwsze, może wywoływać niesmak, tak sztuczne i pełne hipokryzji są postawy wielu aktorów wydarzenia. Te same gazety, które nie raz i nie dwa szczuły społeczeństwo na górników jako „uprzywilejowanych, roszczeniowych nierobów”, dziś użalają się nad ciężką górniczą dolą. Ci sami „eksperci”, którzy wielokrotnie wzywali do przywrócenia kopalniom rentowności – oczywiście kosztem likwidacji „przywilejów” zwykłych górników, nie zaś przy pomocy rozpędzenia węglowej mafii ze spółek, zarządów, firm pośredniczących itd. – dziś mają gęby pełne frazesów, że na ludzkim życiu nie można oszczędzać. Ci sami politycy, których czołowe hasła wyborcze postulowały tzw. obniżkę kosztów pracy, dziś mają w oczach łzy, bo z powodu praktycznej realizacji tej chorej ideologii zginęły 23 osoby.

Nagle wszyscy doznali olśnienia. Decydenci dostrzegli, że szwankuje system przestrzegania zasad BHP i jego kontrola przez instytucje powołane w tym celu. Tak jakby wcześniej nie było to oczywiste. Jakby nie ginęli ludzie na budowach czy w halach fabrycznych. Jakby dużej skali patologii nie odnotowały już dawno nawet raporty tak skostniałej instytucji jak Państwowa Inspekcja Pracy. Jakby nie pisały o tym niektóre odważniejsze gazety i ich autorzy nie przekupieni jeszcze przez sektor public relations na usługach firm czy całych branż. Jakby statystyki kopalniane nie odnotowały rosnącej wypadkowości w górnictwie. Ocknęli się też związkowcy – właściwie każda z central zaczęła przekonywać, że już dawno alarmowała w sprawie lekceważenia zasad bezpieczeństwa w kopalniach i szafowania ludzkim życiem. Każda z nich posiada – mówili liderzy – stosy pism, które pozostały bez odpowiedzi. Być może to prawda. Prawdą jest też, że te same związki potrafiły robić zadymy dlatego, że nie podobał im się wiceminister gospodarki, lecz w analogiczny ostry sposób nie nagłośniły, iż w każdej chwili mogą zginąć ludzie, ich koledzy.

Po drugie, tragedia taka jak ta w „Halembie” skłania do szerszej refleksji i pytania zarazem. Czy w Polsce musi dojść do wielkiego nieszczęścia, żeby dostrzeżono oczywiste problemy? Czy musi się zawalić dach hali targowej i żywcem zmiażdżyć wielu ludzi, żeby zwrócono uwagę na oszczędności, brakoróbstwo i korupcję w budownictwie oraz na lekceważenie elementarnych norm w kwestii dbałości o stan techniczny takich obiektów? Czy uczennica molestowana w szkole na oczach całej klasy musi popełnić samobójstwo, żeby do decydentów – i samych rodziców – dotarło wreszcie, że w polskiej oświacie źle się dzieje? Czy musi zginąć 23 górników, żeby zwrócić uwagę na splot patologii w górnictwie? Wiem, że łatwiej wzywać do rozwiązania problemów niż uczynić to w praktyce, ale niżej podpisany – inaczej niż całe rzesze państwowych biurokratów i zawodowych ekspertów – nie bierze za to sporych pensji.

W tym wszystkim tkwi jednak ziarno nadziei. Śmierć górników i reakcje na nią pokazały, że nie jest z nami jeszcze tak źle. Okazało się, że po kilkunastu latach neoliberalnej propagandy, która przekonywała wielokrotnie o tym, jak to górnicy mają dobrze, społeczeństwo jednak nie zgłupiało i zdaje sobie sprawę, że praca w kopalni to nie tylko pensja wyższa od przeciętnej, ale także większy wysiłek i większe ryzyko. Ludzie mogą nie mieć dobrego zdania o górnictwie jako takim, ale też – poza niewielkim odsetkiem półgłówków – większość z nich ani myśli obwiniać o to zwykłych, dołowych górników. Mimo zmasowanych wysiłków, nie do końca udało się stosowanie zasady „dziel i rządź”, czyli napuszczanie pielęgniarek na górników, górników na hutników, hutników na nauczycieli, nauczycieli na kolejarzy, itd.

Ofiara „chopów z »Halymby«” poskutkowała jednak czymś jeszcze, dużo ważniejszym. Przywróciła do obiegu publicznego „ludzi pracy”. Tych wszystkich, którzy zarabiają na życie wysiłkiem własnych rąk. Tych, którzy zaprzeczają reklamowym wizjom, jakoby chleb brał się z Tesco, pieniądze z PKO BP, śruby z Castoramy, a ciepło i energia z Vantefalla czy innego STOEN-u. Przywróciła tych, bez których tego wszystkiego po prostu nie byłoby – bo taka jest prawda, niezależnie co roją salonowi panicze i ci, którzy pozwolili im wyprać sobie mózgi.

Oczywiście wiem, że „klasa robotnicza” nie jest taka jak dawniej. Że dziś równie często jak umorusany kombinezon robociarza ma ona śnieżnobiałą koszulę pracownika hurtowni. Ale ona jest. Jest na przekór liberalnym gogusiom, którzy uważają, że poza branżą reklamową, medialną i ubezpieczeniową nic nie jest nam potrzebne, bo wszystko taniej sprowadzimy z Chin. Jest na przekór tej lewicy, która w stołecznych kawiarniach debatuje za pieniądze od Michnika, jakie cierpienia przeżywa w ciemnogrodzkiej Polsce afroamerykański gej i jak się świetnie odnaleźli w nowej rzeczywistości Frasyniuk z Bujakiem, nie to co jakiś „frustrat” czy „nieudacznik” Andrzej Gwiazda. Jest też na przekór tej prawicy, która potrzebowała robotników do walki z komuną i potrzebuje ich dzisiaj do „sierpniowych” i „solidarnych” wyborczych wideoklipów, ale w swej głupocie chce np. zlikwidować pierwszomajowe Święto Pracy, bo jej się „źle kojarzy” – a kojarzy oczywiście z „komuną”, nie zaś z ponad stuletnią tradycją walk ruchu robotniczego o to, by takie sytuacje jak ta z „Halemby” się nie zdarzały.

Tragicznie zmarłym górnikom nic nie przywróci życia. Ważne jednak, żeby ich śmierć nie poszła na marne – żeby poprawiła dolę tych, którzy wciąż żyją i pracują, nie tylko we kopalniach. To zapewne będzie dla de facto zamordowanych robotników lepszym zadośćuczynieniem niż medialne i polityczne pustosłowie.

Remigiusz Okraska

P. S. Przy okazji polecam dwa teksty Aleksandra Boronia o patologiach w górnictwie:

Czarna rozpacz, czyli reformowanie górnictwa po polsku

Zmowa milczenia