Neofici-troglodyci

Neofici-troglodyci

Jest takie środowisko, które nosi nazwę Polska Partia Pracy, będące polityczną „wypustką” śląskiego związku zawodowego Sierpień 80. Szerszej publiczności PPP jest mało znana. Uważniejszym obserwatorom sceny politycznej kojarzy się z regularnym uzyskiwaniem wyników wyborczych poniżej 1%. Osobom jeszcze bardziej wnikliwym z tym, że w dwóch ostatnich wyborach – parlamentarnych i samorządowych – wystawiała kandydatów, o których kandydowaniu nie wiedzieli nawet oni sami (tak było w 2006 r. w woj. lubuskim, a niedawno na Opolszczyźnie). W ostatnim wyścigu wyborczym PPP dała się też poznać z innego krętactwa, tym razem w wielu okręgach wystawiając osoby o znanych nazwiskach, aby wyborca błędnie skojarzył je z kimś popularnym. Ten rodzaj żerowania na cudzej sławie i dorobku przybierał różne formy – od groteski, gdy kandydatka PPP na Podbeskidziu nazywała się Małysz, przez cwaniactwo, gdy listę tej partii w stolicy otwierał Borowski, po zwykłe, delikatnie mówiąc, sukinsyństwo, jak w Gdańsku, gdzie legendarnego lidera „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdę, usiłował podrabiać lider listy PPP, Jarosław Gwiazda. Takich przypadków na listach PPP było w całym kraju kilkadziesiąt, a w większości z nich „znanego” kandydata przysłano z drugiego końca Polski, więc o żadnym przypadku nie ma tu mowy. Była to celowa strategia oparta na oszustwie i próbie manipulowania nastrojami wyborców. Tu i ówdzie zresztą przyniosła zamierzony efekt – najlepsze wyniki wśród ogólnie mizernego poparcia tej partii otrzymali w Krakowie niejaki Stanisław Ziobro (podrabiający wiadomo kogo), a w Katowicach – Klemens Uszok (żerujący na popularności prezydenta Katowic, Piotra Uszoka).

Takich „sukcesów” PPP ma na koncie jeszcze całkiem sporo. Na przykład od ponad roku wydaje, za pieniądze wspomnianego związku Sierpień ’80, gazetę „Trybuna Robotnicza” (nazwa zainspirowana – tak twierdzą wydawcy – tytułem bardzo zakłamanego dziennika, wydawanego pod patronatem PZPR przez prawie cały PRL), którą anonsowano jako „lewicowy tygodnik opinii”. Skończyło się na mizernej gazetce, której poziom przywodzi na myśl raczej „Fakt”. Z tą różnicą, że w „Fakcie” nie zdarzają się tak często błędy ortograficzne i co kilka numerów nie drukują czołobitnych wywiadów z własnym sponsorem (tym w TR jest Bogusław Ziętek, jako przewodniczący zarazem PPP, jak i Sierpnia ’80), a brukowiec choć brukowiec, to i tak doborem tematów i różnorodnością opinii przewyższa partyjny biuletyn. Ten rzekomy „tygodnik opinii” osiąga sprzedaż na poziomie „aż” kilku tysięcy egzemplarzy. Gdyby ktoś nie wiedział, to w kategorii tygodników ogólnopolskich taki poziom czytelnictwa wywołuje wyłącznie uśmiech politowania. Zasięg tego pisemka dobrze obrazują także wyniki jego inicjatyw. Gdy w wakacje „Trybuna Robotnicza” ogłosiła apel poparcia dla głośnego w całym kraju strajku pielęgniarek, popieranego przez grubo ponad połowę Polaków, uzbierała pod nim… 143 głosy.

Całe to towarzystwo nie byłoby warte zawracania sobie nim głowy, gdyby nie to, że mimo wyżej opisanych faktów i zagrywek (łatwych do sprawdzenia w epoce Internetu), uroiło sobie, iż ma prawo ferować wyroki i rozliczać wszystkie inne środowiska, oczywiście sugerując przy okazji, że samo jest bez skazy. Nie dość, że PPP i jej przybudówki namolnie autoreklamują się jako najprawdziwsza lewica w Polsce – na co machnąłbym ręką, bo takie przekomarzanie się jest dobre dla dzieci z piaskownicy – to w dodatku osoby z tego środowiska nie ustają w zarzucaniu innym organizacjom i pismom a to „tworzenia propisowskiej pseudolewicy”, a to „sprzedania się Samoobronie”, a to „sympatyzowania ze skrajną prawicą”. Abstrahując od szczegółów tego typu donosów, przeważnie kłamliwych lub przynajmniej opartych na manipulacji, obficie produkowanych przez ludzi związanych z PPP, można im odpowiedzieć: i kto to mówi?

Wszelkie dyskusje o „prawdziwości” czyjejś lewicowości, nonkonformizmie i niesprzedajności są najczęściej jałowe, znamionując postawy sekciarskie, paranoję lub brudne porachunki. Bywają też zasłoną dymną dla faktycznych postaw osób oskarżających. W Polsce w piętnowaniu innych środowisk za „faszyzm”, „współpracę z prawicą” itp. brylują osoby, które same, owszem, kolaborują. Tyle, że ze skrajnymi liberałami, służąc im jako psy gończe, mające atakować wszystkich tych, którzy zakwestionują interesy nie tyle niekonkretnych „wielkich koncernów” czy dobroczynne skutki „globalizacji”, lecz po imieniu nazwą negatywne zjawiska, decyzje i procesy zachodzące tutaj i teraz w interesie ich sponsorów. Ten radykalizm na pokaz przyjmuje postaci tak groteskowe, że nietrudno o parsknięcie śmiechem.

Chyba najbardziej dobitnym przykładem jest bardzo, ale to bardzo lewicowe i radykalne wydawnictwo Książka i Prasa. Na łamach kilku jego gazet możemy regularnie znaleźć tyrady przeciwko kapitalizmowi, peany na cześć rewolucji i partyzantek zbrojnych, laurki o Trockim i Guevarze oraz gromy ciskane na „prawicowych kolaborantów z wielkim kapitałem” itp. A zaraz obok tego wywiad z Aleksandrem Smolarem z Fundacji Batorego (trudno o bardziej symboliczną instytucję w kwestii promocji w Polsce neoliberalnego modelu), obrona Adama Michnika przed niesprawiedliwymi atakami „oszołomów” etc. Nasi niezwykle bojowi antykapitaliści przed ostatnimi wyborami promowali Lewicę i Demokratów, przekonując, że „LiD to hit” i że należy „pójść w LiD”.

Nic dziwnego, że ten straszliwie groźny radykalizm, te zajadle antykapitalistyczne tyrady, okraszone zdjęciami bojowników w kominiarkach i z karabinami, jakoś niespecjalnie budzą grozę na liberalnych salonach. A wręcz przeciwnie – owi pogromcy neoliberalizmu są regularnie promowani w „Gazecie Wyborczej” tuż obok hagiograficznych wywodów na temat Leszka Balcerowicza i jego „cudu” gospodarczego, a w głównej siedzibie SLD, dziś zjednoczonego z ex-Unią Wolności, kolportowane jest na dużą skalę ich super-wywrotowe pismo „Le Monde Diplomatique”.

Jak widać, licytowanie się w radykalizmie z takimi postaciami jest groteskowe. Oni są radykalni – tyle że w gębie. Przekomarzanie się z nimi w kwestii lewicowości jest jałowe, bo należałoby je prowadzić w konkurencji z ludźmi, którzy bardzo głośno krzyczą, ale nic poza tym nie robią. Czyli byłaby to dyskusja nie o efektywności, lecz o efektowności. Jako człowiek ceniący konkretną robotę, nie odczuwam potrzeby konkurowania z takim pajacowaniem. „Obywatela” od początku interesowało nie to, co ktoś opowiada, lecz co i jak robi. W efekcie popieraliśmy te inicjatywy i osoby, które podejmowały sensowne działania, nawet jeśli czyniły to pod niezbyt nam miłymi nazwami czy w imię niezbyt mądrych uzasadnień. Krytykowaliśmy też kierowanie się sloganami i etykietkami zamiast oceną realnych interesów i skutków.

Owszem, zdarzało się nam chwalić prawicę, gdy jej reprezentanci proponowali rozwiązania bardziej prospołeczne niż „lewicowcy” z SLD. Owszem, nasi ludzie publikowali w prasie prawicowej – tyle tylko, że głosili tam nie pochwały nieskrępowanego rynku czy nacjonalizmu, lecz przeciwnie, wskazywali na wady takich poglądów. Owszem, odcinaliśmy się niejednokrotnie od kurczowego trzymania się podziału na lewicę i prawicę, gdyż uważamy, że ważniejsze od koloru sztandarów są rzeczywiste czyny i decyzje, a w polskich realiach ten podział jest tym bardziej fałszywy, że „lewicę” reprezentują u nas byli SB-cy i kapusie, cyniczni milionerzy pokroju Urbana czy zwolennicy podatku liniowego w stylu Leszka Millera. Ani się tego nie wstydzimy, ani nie wypieramy – owszem, wolimy Zbigniewa Romaszewskiego niż generała Kiszczaka, podobnie jak Andrzeja Gwiazdę niż Jacka Kuronia, bo to ludzie Kiszczaka strzelali do strajkujących robotników z ostrej broni, a ludzie Kuronia zafundowali Polsce skrajny liberalizm gospodarczy, nierówności społeczne i kilka milionów bezrobotnych. I nie zmienią tego faktu żadne donosy o „wysługiwaniu się prawicy” czy „ciągotkach faszystowskich”, obficie produkowane przez naszych „przyjaciół” siedzących w kieszeni Agora SA i SLD.

Jednak o ile zarówno my, jak i wiele innych środowisk może spokojnie znosić takie zagrywki i głupkowate oskarżenia ze strony „prawdziwej lewicy” opłacanej przez neoliberałów, o tyle w przypadku, gdy zaczynają się tym zajmować najmniej odpowiedni ludzie, warto powiedzieć kilka słów. A do tych ludzi należy wspomniana Polska Partia Pracy, która szczególnie groteskowo wygląda w roli arbitra oceniającego czyjąś lewicowość. Wystarczy przypomnieć kilka łatwych do sprawdzenia faktów – dziś bardzo starannie przemilczanych przez liderów PPP – aby stwierdzić, że kto jak kto, ale właśnie oni powinni milczeć jak grób w kwestii oskarżeń i podejrzeń o „wysługiwanie się prawicy”, „faszyzm”, „współpracę z Samoobroną, skompromitowaną udziałem w prawicowej koalicji” itp. Gdyby bowiem ich samych zacząć z tego rozliczać, to przy odrobinie honoru i uczciwości powinni popełnić zbiorowe harakiri.

Zobaczmy, jak wygląda „konsekwentna lewicowość” Polskiej Partii Pracy. Skąd się w ogóle wzięło to ugrupowanie? Powstało w roku 2001 na bazie ówczesnej koalicji wyborczej „Alternatywa”. W skład „Alternatywy” oprócz związku zawodowego Sierpień ’80 (liderzy Daniel Podrzycki i Bogusław Ziętek) wchodziły m.in. takie „lewicowe” ugrupowania, jak KPN-Ojczyzna, Narodowe Odrodzenie Polski (NOP) oraz część Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (grupa rozłamowa, reprezentująca głównie prawe, „radiomaryjne” skrzydło partii). Była to prawica, przy której PiS to formacja centrowa. O NOP wystarczy powiedzieć, że to ugrupowanie odwołuje się wprost do tradycji przedwojennej „Falangi”, pochwalało apartheid, regularnie publikuje w swoich czasopismach wywody Davida Irvinga i było wydawcą pierwszej w Polsce książki negującej zagładę Żydów, jej skalę i metody hitlerowców – była to pozycja pod wymownym tytułem „Mit holocaustu”.

Dla liderów Sierpnia ’80 nie był to bynajmniej pierwszy taki sojusz. Rok wcześniej, przy okazji wyborów prezydenckich, poparli oni generała Tadeusza Wileckiego, kandydata Stronnictwa Narodowego, które kilka miesięcy później było głównym konstruktorem Ligi Polskich Rodzin. Ich sojusznikiem w manewrach zmierzających do stworzenia ugrupowania ponoć „konsekwentnie lewicowego”, był Mariusz Olszewski. W roku 1997 został on posłem z listy AWS, rekomendowanym przez ZChN. Odszedł z AWS i jako bardzo bliski współpracownik Jana Łopuszańskiego utworzył Koło Poselskie Porozumienia Polskiego, a następnie z KPN-owcami współtworzył Klub Parlamentarny Alternatywa. Był bardzo aktywnym parlamentarzystą, z trybuny sejmowej kilkakrotnie stając w obronie Radia Maryja.

Klub Parlamentarny Alternatywa w sojuszu z Sierpniem ’80 szukał sojuszników nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Jednego z nich znalazł we Francji. Był to Front Narodowy Jean-Marie Le Pena, czyli ugrupowanie, które „prawdziwa lewica” od zawsze nazywa rasistowskim i neofaszystowskim. Kontakty były owocne – wiosną 2001 r. przybył do Polski zastępca Le Pena w FN, Bruno Gollnisch. Spotkał się właśnie z posłami Alternatywy oraz z liderami Sierpnia ’80, którzy podejmowali go z honorami. Entuzjastyczna relacja z wizyty ukazała się w czasopiśmie tego związku – „Kurierze Związkowym”. Czytamy tam: „Trzeba mieć nadzieję, że spotkania takie jak z profesorem Bruno Gollnischem w KWK Wujek ugruntuje wśród społeczeństwa Polskiego przekonanie, że myślenie o własnym narodowym interesie i zachowaniu politycznej oraz gospodarczej suwerenności, nie jest odosobnione. Jest tylko skutecznie zagłuszane przez realizujące ponadnarodowe interesy, euroentuzjastycznie nastawione media”. Wkrótce nastąpiła rewizyta – tym razem Sierpień ’80 wysłał delegację umundurowanych górników na demonstrację Frontu Narodowego w Paryżu. Zaiste lewicowa wycieczka.

Czy to wszystko przeszkodziło „antyfaszystom” i „prawdziwym lewicowcom” we współpracy z Sierpniem ’80 i PPP? Ależ skąd. Ludzie zwykle tropiący „kolaborację z faszystami” do siódmego pokolenia wstecz, tym razem doznali nagłej amnezji. Sojusznicy Le Pena i NOP-u doznają cudownej metamorfozy po wyborczej porażce i ze skrajnej prawicy idą na skrajną lewicę. A ta, choć zapalona w tropieniu faszyzmu i „faszyzmu”, nigdy nie wybaczająca nawet najmniejszych przejawów współpracy z prawicą, tym razem momentalnie zapomina, wybacza i przemilcza to, co zwykle powoduje u niej ogrom histerii, rozliczeń i oburzeń. Choć związki Ziętka i spółki ze skrajną prawicą były jawne i silne jeszcze w latach 2001-2002, to już w 2005 do PPP i Sierpnia ’80 na całego lgnie radykalna lewica. Laurki na cześć tych formacji publikuje portal lewica.pl, współpracuje z nimi lewicowo-radykalny związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, liderzy świeżo nawróconej lewicy są wychwalani przez „kawiorową lewicę” stołeczną, niemal wszystkie środowiska mikrolewicy i wielu znanych „antyfaszystów” (szczególnie warszawscy, wrocławscy, poznańscy i górnośląscy) paradują bez wahania i zażenowania u boku szefa PPP i Sierpnia ’80 Ziętka oraz jego zastępcy Olszewskiego. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ze związkowej kasy, hojnie sypane inicjatywom mikrolewicy. Drobiazgowy „antyfaszyzm”, podobno stanowiący sedno światopoglądu tych ludzi, przehandlowano momentalnie.

Do tej kolekcji „konsekwentnie lewicowych” faktów warto dołożyć kolejną ciekawostkę personalną. Otóż niejaki Zbigniew Marcin Kowalewski, jeden z „mózgów” PPP i czołowy publicysta polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”, równie chętnie rozliczający inne grupy i osoby z niedostatecznej lewicowości oraz z rzekomej kryptoprawicowości, też dziwnym trafem ma słabość do bardzo specyficznych poszukiwań ideowych. Wymieńmy tylko dwa najbardziej znamienne przykłady. Już kilkanaście lat temu promował on kuriozalną tezę, że ukraińska zbrojna formacja nacjonalistyczna, UPA, ewoluowała w pozytywną stronę „rewolucyjnego nacjonalizmu”, a wręcz stanowiła dobry punkt wyjścia do działań o charakterze lewicowym. Na łamach trockistowskiego pisma „Dalej!” pisał o tej formacji: „/…/ doszedłem do wniosku, że UPA była bardzo typowym ruchem narodowowyzwoleńczym. Przez 45 lat każdemu, kto usiłowałby dochodzić prawdy o UPA groziło zmiażdżenie przez państwowy aparat (nie tylko) ideologiczny pod zarzutem, że stara się rehabilitować lub gloryfikować kolaborantów reżymu hitlerowskiego. Oswoiłem się z tą groźbą do tego stopnia, że zarzut ten nie robi już na mnie żadnego wrażenia”. Odważny lewicowiec Kowalewski za nic miał zatem powszechnie znane fakty, jak uprzednia kolaboracja części twórców UPA z hitlerowcami, wcześniejsza przynależność części członków UPA do dywizji SS-Galizien, antysemityzm, zaawansowany szowinizm itp.

Takie wywody wywołały wówczas oburzenie prof. Ludwika Hassa, nestora polskiego trockizmu, byłego więźnia stalinowskich gułagów, który zaprotestował przeciwko tak jednostronnemu „odkłamywaniu” historii UPA. Kowalewski nadal trwał przy swoich fascynacjach, a w polemice z prof. Hassem przywołał inny bardzo wymowny wzór do naśladowania. Oprócz rehabilitacji „narodowowyzwoleńczej” UPA, lewica powinna jego zdaniem zrozumieć fenomen „czarnego nacjonalizmu”, reprezentowanego przez amerykańską formację Naród Islamu (Nation of Islam). Kowalewski zaczął bowiem promować w latach 90. właśnie tzw. czarny nacjonalizm. Jego zdaniem, potężną i obiecującą siłą antykapitalistyczną w USA są Afroamerykanie. Kowalewski w jednej ze swoich broszur nie omieszkał w całkiem pozytywnym świetle zaprezentować jednego z czołowych działaczy murzyńskiego nacjonalizmu, Louisa Farrakhana. Jest to lider wspomnianego Narodu Islamu – sekty religijno-politycznej, skupiającej głównie Czarnych z uboższych warstw społecznych. W obszernym wywodzie Kowalewskiego można co prawda znaleźć drobne wzmianki o antysemityzmie Farrakhana, ale giną one wśród długich wywodów o tym, jaką dobrą robotę on i Naród Islamu robią wśród murzyńskiej młodzieży i kierują ją ku rewolucji antykapitalistycznej. Tymczasem Farrakhan jest znany z tak kuriozalnych wypowiedzi, jak np. taka, że Żydzi to „krwiopijcy, prosto z synagogi Szatana, z religią z rynsztoka”, „Żydzi opanowali handel niewolnikami i wstrzykują czarnym niemowlętom AIDS” itp. Nation of Islam wierzy też w „żydowski spisek” – organizacja ta prowadziła w amerykańskich campusach kolportaż „Protokołów Mędrców Syjonu”, opatrzonych agresywnym antysemickim komentarzem.

Na końcu wyliczanki weźmy na tapetę jeszcze jeden wątek. Otóż ludzie związani z PPP bardzo ostro skrytykowali niedawno sojusz z Samoobroną, jaki zawarła część ugrupowań lewicowych pod wodzą Piotra Ikonowicza. W swojej krytyce twierdzili oni, że Samoobrona po pierwsze nie jest lewicowa, a po drugie – skompromitowała się wspólnymi rządami z prawicą. „Zapomnieli” jednak wspomnieć, że liderzy Sierpnia ’80 już kiedyś chętnie dogadywali się z nielewicową Samoobroną. W roku 2000 wraz z Samoobroną i wspomnianym gen. Wileckim, Sierpień 80 utworzył Blok Ludowo-Narodowy, który jednak szybko się rozpadł wskutek wybujałych ambicji personalnych liderów każdej z grup go tworzących. „Zapomnieli” też dodać, że zanim Ikonowicz zdecydował się na sojusz z Lepperem, oni sami prowadzili z Samoobroną rozmowy na temat wspólnego startu w wyborach 2007. Do zgody nie doszło, gdyż – jak powiedział mi jeden z czołowych polityków Samoobrony, biorący w tych rozmowach bezpośredni udział – PPP zażądała zbyt wielu „dobrych” miejsc na wspólnych listach. Gdy Samoobrona, prowadząca rozmowy z kilkoma środowiskami radykalnej lewicy, porozumiała się z Ikonowiczem, wówczas ludzie z PPP przypuścili na niego zajadły atak.

Jak wspomniałem, licytowanie się w tym, kto jest najprawdziwszą i najbardziej konsekwentną lewicą, uważam za pozbawione sensu. Nie uważam też, że fiksacja na punkcie „czystości ideologicznej” to cecha godna kultywowania. Pamiętam, że liderzy Sierpnia ‘80 nie tylko paradowali z zastępcą Le Pena, ale także dzielnie bronili interesów pracowników w różnych zakładach. Nie przeszkadza mi, że ktoś domagał się z trybuny sejmowej traktowania Radia Maryja nie gorzej niż innych rozgłośni, bo to zarówno uczciwe, jak i rozsądne (można RM krytykować za różne rzeczy, ale nie należy zapominać, że to jedno z niewielu dużych mediów, które miało odwagę ukazać także ciemne strony liberalizmu gospodarczego i podważyć fałszywą propagandę sukcesu, towarzyszącą polskiej transformacji). Nie przeszkadza mi również współpraca z Janem Łopuszańskim, bo mimo oczywistych różnic ideologicznych pamiętam, że jako jeden z niewielu posłów miał on odwagę głosować przeciwko poparciu Polski dla barbarzyńskich bombardowań Serbii przez NATO. Nie uważam, by współpraca z KPN-em stanowiła grzech śmiertelny, gdyż była to formacja antyliberalna gospodarczo, a sojusz z nią pokazuje właśnie, jak kalekie i fałszywe jest bezmyślne posługiwanie się etykietkami lewicy i prawicy. Nie mam nic przeciwko poszukiwaniom ideowym, nieszablonowym pomysłom i postawom, a wręcz wielokrotnie do nich zachęcałem, bo na tym polega wolność przekonań i słowa, a takie postawy prowadzą do wypracowania nowych rozwiązań zamiast bezmyślnego powtarzania dawno zużytych dogmatów i sekciarskich formułek. Jestem też w stanie zrozumieć, że liderzy związku zawodowego – oraz każdy inny człowiek – mogą błądzić i niejednokrotnie mylić w swoich ocenach i sojuszach, co nie przekreśla ich raz na zawsze. A wreszcie – uważam, że ludzie mają prawo do zmiany poglądów i postaw, i że nie należy w nieskończoność wypominać im błędów z przeszłości.

Ale trzeba pamiętać o jednym. Otóż jeśli tacy ludzie chcą, żeby ich traktować właśnie po ludzku, bez zaciekłości i pamiętliwości, to oni sami powinni innych traktować w identyczny sposób. Jeśli natomiast ekipa z byłymi posłami AWS-u w składzie zaczyna rozliczać kogoś z „kolaboracji z prawicą”, jeśli niedawny sojusznik NOP-u i Le Pena oskarża innych o ciągoty faszystowskie, jeśli niedoszły koalicjant Samoobrony traktuje kilka tygodni później sojusz z tą partią jako zdradę i skandal, jeśli ktoś, kto wybielał UPA i promował Farrakhana zaczyna węszyć u innych „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” – to warto sprowadzić go na ziemię, a innym przypomnieć to i owo.

Bo można od biedy znieść zapał neofity – nie należy natomiast pokornie znosić wybryków troglodyty.

Remigiusz Okraska

Post scriptum z roku 2019: Polska Partia Pracy uległa rozwiązaniu w roku 2017. W wywiadzie „pośmiertnym” jej lider Bogusław Ziętek zrobił psikusa liberalno-lewicowym „antyfaszystom” i pochwalił politykę PiS.

Finis Poloniae?

Ów slogan widniejący nad bramą piekieł w „Boskiej komedii” Dantego dobrze opisuje sytuację, którą mamy w Polsce po 21 października. I bynajmniej nie mam na myśli przede wszystkim zwycięstwa opcji skrajnie liberalnej, choć i to musi budzić niepokój. Wynik wyborów oraz związane z nim zjawiska obrazują problemy dużo poważniejsze niż to, że przez kilka lat będą rządzić „aferałowie”.

Wybory świadczą przede wszystkim o umacnianiu się polityczno-medialnej oligarchii. Nie, nie tej bynajmniej, którą PiS straszył w wystąpieniach swoich liderów. Nie chodzi o żaden „powrót III RP”. Jest coś znacznie gorszego. Mamy do czynienia z postępującą monopolizacją sceny politycznej przez kilka podmiotów, które zasilane ogromnymi dotacjami z budżetu już na starcie, bez żadnej dyskusji programowej, zyskują ogromną przewagę nad wszelką konkurencją – po prostu zasłonią ją billboardami i zagadają spotami wyborczymi. W dodatku to właśnie im sprzyjają wielkie media. Wszelkie ugrupowania spoza układu, zwłaszcza „radykalne” i „awanturnicze”, nie mają żadnych szans, by choć trochę poważniej zaznaczyć swoją obecność na scenie politycznej. „Wielka polityka” będzie się więc coraz bardziej kręciła w zaklętym kręgu tych samych dobrze znanych, od lat zużytych postaci oraz ich wiernych przybocznych, swoistych następców tronu w partyjnych dynastiach. Wszelkie ruchy będą się odbywały w obrębie tego środowiska – „nową jakością” będą kolejne wersje UW-bis, PC-bis, KLD-bis i PZPR-bis.

Wybory z 21 października okazały się triumfem polityki reklamowo-telewizyjnej oraz tzw. dobrego wrażenia, jakie na głosujących zrobili liderzy poszczególnych partii. Jeszcze bardziej niż we wszystkich poprzednich wyścigach o elekcję ważne było to, czy przywódca partii jest miły i „wyważony”, a spór programowy bazował na tandetnych sloganach. PiS straszył powrotem liberałów, tak jakby sam przez dwa lata w poważniejszym stopniu odszedł od wytycznych polityki liberalnej. PO obiecywała drugą Irlandię, tak jakby sukces Zielonej Wyspy miał cokolwiek wspólnego z polską syntezą prymitywnego liberalizmu gospodarczego i peerelowskiej spuścizny. PSL jak zwykle obiecywał, że dogada się z każdym, tak jakby jego elektoratowi – głównie rolnikom i mieszkańcom prowincji – było obojętne, jakie rozwiązania przyjmie nowy parlament. A główne media i LiD straszyli triumfem autorytaryzmu i wzywali do „obrony demokracji”, tak jakby coś wspólnego z demokracją miało kilkanaście lat III RP, w której niepodzielną władzę w gospodarce i świecie opinii sprawowała świta Michnika.

Jednak wyborcy dali się na to nabrać – i to wyjątkowo licznie jak na polskie realia. Efektem jest brak w nowym parlamencie ugrupowań „skrajnych”. Totalną klęskę poniosły Samoobrona i LPR, które w stosunku do czasów swej świetności zanotowały mniej więcej dziesięciokrotnie mniejsze poparcie. Mimo szumnych zapowiedzi swych liderów, sromotnie przegrała także Polska Partia Pracy, po raz kolejny zyskując wynik niespełna 1-procentowy. I bynajmniej nie ma się z czego cieszyć, nawet jeśli – jak niżej podpisany – nie sympatyzujemy zbytnio z żadną z tych partii. Wbrew potocznej opinii, serwowanej głównie przez zwolenników liberalizmu politycznego, zdrowa demokracja nie jest bowiem taką, w której nie ma miejsca na „skrajności”. Wręcz przeciwnie – obecność w dyskursie publicznym partii podważających konsensus pokazuje, że z demokracją wszystko jest w porządku, bo toczy się w niej ożywiona debata, artykułowane są sprzeczne stanowiska i postulaty, pojawiają się nowe idee i propozycje, a różnorodne grupy społeczne mają wyrazicieli swoich poglądów. Skrajności i radykalizmu można było – i należało to czynić – bać się w czasach, gdy naziści i komuniści wprost postulowali samą likwidację parlamentaryzmu i swobód obywatelskich. Ale w dzisiejszej Europie takie obawy i porównania są zupełnie ahistoryczne i pozbawione sensu, świadcząc bądź to o kretynizmie, bądź o cwaniactwie tych, którzy się nimi posługują.

Obecność Samoobrony, LPR i PPP w parlamencie byłaby oznaką znakomitego zdrowia polskiej sceny politycznej, nie zaś jej choroby. Byłoby tak również dlatego, że partie owe wnosiły jako jedyne jakieś merytoryczne treści i postulaty do toczonej debaty. Nie zawsze mądre i merytorycznie uzasadnione, lecz bazujące na czymś więcej niż slogany; stawiające ważkie pytania, nawet jeśli udzielające kiepskich odpowiedzi. Można nie zgadzać się np. z pomysłem szkolnych mundurków autorstwa Romana Giertycha, ale oznacza to spór o wartości i metody wychowawcze. Można nie podzielać anachroniczno-gierkowskiej wizji gospodarki proponowanej przez PPP, ale jest ona wyłomem w jednomyślnym naśladowczym liberalizmie. Można nie mieć zaufania do programu Andrzeja Leppera, streszczonego w haśle „Balcerowicz musi odejść”, ale jego partia była przynajmniej symbolicznym reprezentantem tych warstw społecznych i środowisk, których zadowoleni ideolodzy i propagandyści „polskiej drogi do kapitalizmu” w ogóle nie raczyli dostrzegać jako współobywateli. Gdyby te trzy partie nie znalazły się w Sejmie dlatego, że przegrały uczciwą debatę o celach i sposobach rozwoju Polski, nie byłoby problemu. One przegrały jednak z billboardami, sloganami, ładnymi i łatwymi skojarzeniami, z chamskimi nagonkami i ironiczno-głupkowatymi komentarzami, z przemilczaniem i marginalizowaniem, z medialnymi zarządcami masową wyobraźnią.

Warto wspomnieć też o nowym fetyszu powyborczych komentatorów, czyli wysokiej frekwencji. Mamy tu ciekawy paradoks. Te same media, które niejednokrotnie potępiały populizm np. Leppera, teraz zachwycają się faktem, że spora ilość Polaków ruszyła do urn właśnie po wyjątkowo populistycznie brzmiących zachętach. Całe elita polityczno-kulturowa straszyła nas niemalże końcem świata, jeśli nie zagłosujemy. Albo nadal miał rządzić zamordystyczny PiS, a szwadrony śmierci z CBA wciąż rozstrzeliwać posłanki opozycji, albo cała armia tajnych współpracowników SB znów pieczołowicie tkać nitki ledwo co naderwanego Układu. Nic dziwnego, że trochę więcej ludzi niż zwykle ruszyło na wybory.

Pytanie jednak samo ciśnie się na usta: i co z tego? Wyższa frekwencja byłaby czymś godnym uwagi i pochwały, gdyby oznaczała większe zaangażowanie w życie publiczne. Tymczasem każdy, kto zajmuje się tą „działką” w Polsce, może stwierdzić coś dokładnie przeciwnego. Rośnie liczba ludzi zdegustowanych polityką. Partie przyciągają nie sympatyków-idealistów, lecz karierowiczów, a te z nich, które nie oferują personalnych profitów, najczęściej przypominają sektę z nieomylnym guru na czele i zaślepionymi, „betonowymi” wyznawcami. Organizacje pozarządowe – poza kilkoma rozreklamowanymi przez media i zajmującymi się tematyką „chwytającą za serce” – tchną martwotą, będąc miejscem etatowej pracy garstki ich liderów, nie zaś ośrodkiem koncentracji społecznej energii i zaangażowania. Stale maleje ilość czasopism ideowo-politycznych wszelkich opcji – stare upadają, nowe szybko kończą żywot, a spora część istniejących zamienia się w blade kopie wysokonakładowych dzienników i tygodników, zamiast być miejscem pogłębionej debaty i refleksji. Dużych czasopism o wyrazistej linii politycznej też jest coraz mniej, a ich nakłady spadają – mamy za to wciąż potężniejszy „klan” nijakich, niezbyt różniących się od siebie wielkich gazet, w których zresztą można przeczytać teksty tych samych autorów. Na spotkania dyskusyjne czy pokazy „zaangażowanych” filmów przychodzi w dużych miastach po kilkadziesiąt osób, z których znakomitą większość stanowią emeryci i studenci. Podobne ilości uczestników gromadzą demonstracje i pikiety, poza tymi, które odgórnie zrobi jakaś wielka partia lub centrala związkowa. Do tego dochodzi swoista specjalizacja – co z tego, że ileś osób w całym kraju robi sensowe rzeczy, skoro nie wyściubiają oni nosa poza swoje opłotki ani nie próbują współpracować; często zresztą nie mają nawzajem pojęcia o swoim istnieniu. Ekolodzy są tylko od ekologii, działacze rolniczy widzą jedynie problemy upraw i hodowli, związkowców interesują prawa pracowników w ich zakładzie, ale już nie w sąsiednim, katolicy nie dogadają się z ateistami, a feministki ze środowiskiem, które nie rozpatruje każdego problemu przez pryzmat płci. Nie ma też elementarnej solidarności. Kto dziś jest w stanie uwierzyć, że ćwierć wieku temu w kraju nad Wisłą górnicy strajkowali w imieniu lekarzy, aby tamci nie musieli odchodzić od łóżek chorych – dziś lekarze odchodzą od tych łóżek bez wahania, a górników mają za roszczeniowy motłoch, który ciągle chce coś zabrać „podatnikom”.

W efekcie niemal cała działalność publiczna jest mizerna, z wyjątkami, które dotyczą spraw „niekontrowersyjnych” (czyli nie naruszają niczyich interesów) lub są na rękę wielkim graczom – co to komu szkodzi, że Owsiak kupi sprzęt szpitalowi, a Caritas nakarmi bezdomnych, skoro w ten sposób państwo będzie miało mniej „klientów” na głowie. Nie ma w Polsce żadnego ożywienia politycznego, choć tak orzekli pożal się Boże analitycy, dla których wyznacznikiem aktywności społecznej jest to, że Polacy w ostatnich miesiącach często rozsyłali e-mailowo żarty o Kaczorach, Donaldzie i Aleksandrze Filipińskim. Mamy natomiast marazm i atrofię publicznego zaangażowania – i z każdym rokiem zjawisko to przybiera większe rozmiary.

Świetnie to widać nie tylko wtedy, gdy owa „aktywność” sprowadza się do chwilowych zrywów, najczęściej niewiele kosztujących (kartka wrzucona do urny, SMS wysłany „w szczytnym celu”, nałogowe bicie piany na forach internetowych), ale także po stosunku społeczeństwa do różnych inicjatyw. Chyba jeszcze nigdy w historii Polski nie było tak jak dzisiaj, gdy różnej maści społecznicy są powszechnie uważani albo za frajerów, albo wręcz oskarża się ich o utajone niecne interesy – „bo przecież za darmo by tego nie robili”. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest mnóstwo, podobnie jak winnych, lecz nie zmienia to faktu, że nie istnieje u nas żadne społeczeństwo obywatelskie, a nawet jego silne zalążki. Wszelkie inicjatywy, poza stworzonymi przez elitę i/lub namolnie reklamowanymi przez wielkie media, toną w bagnie obojętności, podejrzliwości, malkontenctwa i krytykanctwa.

Wybory Anno Domini 2007 są nie tyle przełomem, co raczej ostatnim gwoździem do trumny. Oznaczają one zablokowanie – finansowe, medialne, kadrowe – kanałów artykulacji interesów społecznych. Nie ma co liczyć nawet na tak elementarny bunt społeczny, jak obrona interesów ekonomicznych. Niezadowoleni – i często najbardziej aktywni – wyjadą do pracy zagranicę, środki pomocowe z Unii zapchają usta pozostałym, a postępująca atomizacja społeczna, liberalna propaganda i atmosfera wzajemnej podejrzliwości sprawią, że niezadowoleni będą usiłowali wyrwać coś ze wspólnej kasy dla siebie kosztem reszty – czy to wspólnie (jak grupy branżowe), czy w pojedynkę. Bardziej wymagającym lub wrażliwym zaserwuje się banialuki o „pokoleniu JP2”, „wartościach rodzinnych” albo „europejskiej modernizacji” i „nowoczesnych standardach”.

Chciałbym się mylić.

Jednostka wszystkim?

Jeśli odrzucimy obiegowe slogany polityczne, a przyjrzymy się stojącym za nimi tezom i działaniom partii czy innych podmiotów, mamy szansę dostrzec podziały nieco inne niż schemat lewicy i prawicy. Będą to w dodatku podziały znacznie ważniejsze.

Kiedyś, mówiąc umownie, lewica reprezentowała biednych i wykluczonych, a prawica zamożniejszych i włączonych w główny nurt społeczeństwa i jego etosu kulturowego. Prawica opowiadała się za tradycyjnymi postawami, lewica zaś uważała, że należy je zredefiniować w imię ideałów nowych, lepszych i bardziej wzniosłych. Dziś nie zostało z tego wiele poza sloganami. Oczywiście oba te obozy nadal podkreślają swoje „klasyczne” posłannictwo. Lewica twierdzi, że broni słabych i upokorzonych, prawica akcentuje przywiązanie do „starych dobrych czasów” i ich dziedzictwa. Ale w praktyce niewiele z tego wynika.

Znaczna część lewicy przypomina w krajach wysokorozwiniętych kogoś, kto kręci się w kółko. Sporo wysiłków tego środowiska koncentruje się bowiem na sprawach już dawno wygranych. Weźmy choćby feminizm, wolność światopoglądową, rasizm czy prawa homoseksualistów. W zasadzie w żadnym z „cywilizowanych” krajów nie istnieją już realne bariery, które kobietom, gejom i lesbijkom, innowiercom czy osobom innego koloru skóry uniemożliwiałyby takie samo życie, jak reszcie społeczeństwa. Oczywiście zdarzają się – nie na gruncie prawa czy wzorców kulturowych, lecz w realnych zachowaniach różnych środowisk – postawy niechęci wobec takich osób. Ale w skali ponadjednostkowej trudno mówić o realnych dolegliwościach czy dyskryminacji. Nawet jeśli homoseksualista zostanie pobity ze względu na swą orientację, kobieta potraktowana prymitywnym seksistowskim żartem, a czarnoskóry otrzyma gorszą posadę niż biały, są to zdarzenia o skali marginalnej lub stale malejącej, zgodnie też potępiane na gruncie oficjalnego prawa, powszechnych wzorców kulturowych oraz postaw zwyczajowych.

Środowiska, które dawniej padały ofiarą realnych prześladowań lub przynajmniej niedogodności, dziś są w skali masowej w sytuacji o niebo lepszej, w zasadzie nie różniącej się od tak czy inaczej pojmowanej większości. Jeśli gdzieś nie spełniono ich oczekiwań, to chyba tylko tam, gdzie postulaty rozbijają się o barierę nie tyle „zacofania” postaw większości, co o logicznie i biologicznie uwarunkowane wątpliwości. Tak dzieje się np. w przypadku braku zgody na adopcję dzieci przez pary homoseksualne, zwłaszcza męskie. Jednak nawet te – przyjmijmy na moment, że są one realne – przejawy dyskryminacji, są w dzisiejszej kulturze i porządku prawnym rekompensowane wieloma przywilejami dla środowisk mniejszościowych. Rozwiązania prawne oraz nieformalne wzorce są bardziej „uczulone” na problemy i odczucia różnych grup mniejszościowych niż na podobne dolegliwości „milczącej większości”. Łatwiej otrzymać środki finansowe na wsparcie grup homoseksualnych niż na afirmację seksualności heteroseksualnej. Prościej zasłużyć na grzywnę lub wyrok za „homofobię” niż za „heterofobię”, bardziej wyrozumiale traktuje się postawy rasistowskie w wydaniu czarnych niż białych, większe konsekwencje grożą szydzącym ze stylu życia mniejszości niż z zachowań powszechnych. Nawet w popkulturze „odmienność” przynosi większe profity niż przeciętniactwo. Bilans utrudnień i ułatwień wychodzi więc przynajmniej na zero, a sporo faktów przemawia za tym, że nierzadko rozmaite środowiska chronione przed dyskryminacją mają de facto lepiej niż „normalsi”, stając się swoistymi świętymi krowami.

Wydawałoby się, że w takiej sytuacji – ewidentnie osiągniętego celu – współczesna lewica nie tyle zwiększy zainteresowanie prawami kobiet, gejów czy mniejszości etnicznych, lecz zmniejszy ilość czasu, środków i uwagi poświęcanych tym środowiskom. Nic z tego – od ładnych kilku dekad są one wciąż „na topie”, a „walka o prawa” przypomina sytuację z piosenki o tym, że nie chodzi o złapanie króliczka, lecz o niekończącą się gonitwę za nim. W każdym razie trudno dziś na serio powiedzieć, że główny nurt lewicy krajów wysokorozwiniętych zajmuje się przede wszystkim grupami osób faktycznie wykluczonych społecznie, wyzyskiwanych, prześladowanych i marginalizowanych.

Nie wynika to przy tym wcale z faktu, że obecna sytuacja ekonomiczna czy kulturowa jest zupełnie odmienna niż wtedy, gdy kształtowały się zręby lewicowych programów. Owszem, w tzw. pierwszym świecie nie ma już takiego proletariatu fabrycznego, jak w czasach Marksa. Ale przecież wielkość szeregów pracowników najemnych – tych poddanych wyzyskowi, alienacji, a przynajmniej pozbawionych możności decydowania o sobie na płaszczyźnie miejsca zatrudnienia – wcale nie jest znacząco mniejsza niż w XIX wieku. Zmieniła się tylko ich „lokalizacja” – zamiast fabryk przemysłowych zaludniają oni biura usługowe. Ich sytuacja formalno-prawna, ochrona ustawowa czy status społeczny są oczywiście lepsze niż przed wiekiem, ale w ostatnich dekadach – inaczej niż w przypadku gejów, Afroamerykanów czy „wyzwolonych” kobiet – ulegają one pogorszeniu.

Neoliberalizm i globalizacja sprawiły, że pracownik najemny ma dziś gorzej niż 30 lat temu – mniejsza pewność utrzymania etatu, niższe są wzrost wynagrodzeń i wysokość płacy realnej, brak reprezentacji politycznej. Nie sposób wyobrazić sobie dziś znaczącej i poważnej siły politycznej, która zabiegałaby np. o odebranie kobietom praw publicznych lub przywrócenie segregacji rasowej. Natomiast na porządku dziennym są sytuacje, w których politycy głównego nurtu nie tylko zgadzają się, ale wręcz zachęcają do obniżania standardów zatrudnienia, zmniejszenia zakresu pomocy socjalnej czy deprecjonowania statusu społecznego pracowników najemnych. Lewica miałaby więc nadal co robić, gdyby tylko chciała zmagać się z realnymi problemami spod znaku wykluczenia i wyzysku.

Weźmy dla odmiany współczesną prawicę i jej deklaracje o obronie tradycji. Tu problem jest nieco bardziej złożony niż w przypadku lewicy, która bardziej jawnie odwróciła się od „starych” grup odniesienia. Prawica teoretycznie jest taka, jak dawniej – ma pełne usta frazesów o obronie rodziny, narodu, naturalnych postaw i stylu życia, nierzadko sięga też po otoczkę religijną. Ale także ona – podobnie jak lewica – skapitulowała przed „koniecznościami” narzucanymi przez wzorce neoliberalne.

Uderzające jest to, że prawica stała się bardzo prorynkowa wtedy, gdy z punktu widzenia obrony tradycyjnych wartości przestało to mieć jakikolwiek sens. Można było zrozumieć gospodarczy liberalizm prawicy wtedy, gdy różnorakie lewicowe eksperymenty ekonomiczne cechowały się inżynierią społeczną i w imię sztucznych, nowych wizji rozbijały tradycyjny, dotychczasowy porządek. Wówczas można było uznać rynek za mniej szkodliwy i niejako bardziej naturalnie wymuszający zmiany społeczne. Z takich właśnie pozycji np. niemieccy ordoliberałowie krytykowali niektóre pomysły socjaldemokratów i zwykłych chadeków, wskazując na negatywne skutki uboczne centralizacji przemysłu czy zbyt silnej ingerencji państwa w sektor firm prywatnych.

Dziś jednak liberalna gospodarka nie ma żadnej znaczącej konkurencji o anty-rynkowym obliczu. Natomiast w epoce globalizacji to właśnie wolny rynek stał się główną siłą rozbijającą dotychczasowy ład kulturowy, wprowadzającą chaos w stabilne społeczności oraz dewastującą „oswojony” styl życia. Żadne decyzje władzy centralnej nie mają obecnie takiej mocy sprawczej w kwestii zmiany ludzkich postaw w skali makro, jak czynią to „spontaniczne” procesy zachodzące w ramach gospodarki wolnorynkowej. Weźmy choćby zjawiska, które prawica uznaje za patologie i potępia w czambuł, jak np. pornografia czy narkotyki. Jeśli państwo przyzwala na istnienie takich zjawisk, uznając, że sprawą swobodnego wyboru jest to, jakie obrazki ktoś ogląda i jakie substancje zażywa, to nie istnieje przecież poważniejsze zaangażowanie władzy żadnego kraju w celowe i nasilone promowanie takich zachowań. Za to zarówno pornografię, jak i narkotyki skutecznie promuje wolny rynek – legalny, jak w przypadku wydawnictw pornograficznych, czy mafijny, jeśli chodzi o narkotyki. Prawicowcy starannie pomijają fakty niewygodne dla ich wizji, ukazując z lubością np. kraje skandynawskie jako te, które odgórnie promują „zgniliznę moralną” przy pomocy ustaw i innych instrumentów formalnych. Pomstowaniu na „niemoralny socjalizm” towarzyszy jednak zupełne przemilczanie tego, że większość tych samych zjawisk rozkwita na jeszcze większą skalę bez pomocy państwa w wolnorynkowych Stanach Zjednoczonych.

Ale zostawmy „patologie”, czyli ulubiony temat prawicy. Wolny rynek dokonuje ogromnych przeobrażeń w sferze postaw społecznych na wielu innych płaszczyznach, które choć mniej „niemoralne”, w równie wielkim, a nawet znacznie większym stopniu podkopują tradycyjny system wartości. Kryzys rodziny, religii, kultury wysokiej czy obyczajów dokonuje się przy znacznym udziale sektora komercyjnego. Promuje on taki etos, który zapewnia większy zbyt oferty handlowej niż dotychczasowa etyka. W interesie rynkowych bossów leży to, żeby postawy oparte na skromności, umiarze i obowiązkach zastąpić etosem spod znaku „róbta co chceta”. Człowiek wyzbyty ograniczeń kulturowych i społecznych jest idealnym konsumentem – nie ma on bowiem żadnych powodów, poza niedoborami finansowymi, aby rezygnować z oferty dostarczanej przez rynek. Im bardziej jest „wolny”, tym bardziej można go wciągnąć w sieć kolejnych gadżetów, stylów życia i wyborów konsumpcyjnych.

W takim świecie nie ma miejsca na żadną trwałą tożsamość, na stałą identyfikację z grupą odniesienia wymagającą poświęceń – możliwa jest co najwyżej chwilowa moda na „tradycyjne” produkty, na przejściową fascynację „wartościami chrześcijańskimi” czy „rodzinnymi”, które porzuci się wtedy, gdy nastanie nowa moda, a kolejne podniety wyprą z rynku dotychczasowe. Nie ma większego znaczenia, czy na liście bestsellerów książkowych znajdzie się pamiętnik striptizerki lub poradnik New Age, czy któraś z papieskich encyklik lub rozważania kardynała Dziwisza – dopóki każdorazowo będzie to tylko chwilowa fascynacja, stymulowana reklamą.

Współczesny wolny rynek, który „wydostał” się z ograniczeń wspólnotowych – czy to lokalnych, czy w obrębie państwa narodowego – wywraca do góry nogami stabilizację społeczną na jeszcze inne sposoby. Inwazja dokonuje się nie tylko w sferze symbolicznej, na gruncie oferty konsumpcyjnej, lecz także w znacznie bardziej namacalny sposób. Nie da się abstrahować od biologicznych i psychologicznych uwarunkowań człowieczeństwa. Inaczej funkcjonuje się np. w małej „oswojonej” wspólnocie, a inaczej w chaotycznej, „pulsującej” zbiorowości. Mniej podatna na różnorakie patologie i problemy będzie rodzina, której członkowie mają pewną, stałą posadę w jednym miejscu, bardziej zaś taka, na której realia rynku pracy wymuszają ciągłą mobilność przestrzenną, częste przekwalifikowanie się jej członków czy okresowe bezrobocie. Inaczej funkcjonuje wspólnota, która nawet za cenę spowolnienia rozwoju ekonomicznego zyskuje „małą stabilizację”, niż taka, która może się pochwalić szybkim wzrostem PKB, a jednocześnie jest wydana na łaskę i niełaskę „inwestorów”, dziś lokalizujących fabrykę w Wielkopolsce, a za 5 lat przenoszących ją na Ukrainę.

Prawica neoliberalna zdaje się jednak zupełnie nie rozumieć takich uwarunkowań, zastępując zmierzenie się na serio z problemami tandetnym moralizatorstwem i ślizganiem się po ich powierzchni. Tego rodzaju konserwatystom wydaje się, że rozwiązaniem jest zbudowanie kaplic w centrach handlowych, produkowanie przez Disneya banalnych filmów o rodzinkach i dzieciaczkach oraz wycofanie pornografii z oferty Wal-Marta. Tymczasem kluczowe z punktu widzenia faktycznego kultywowania tradycyjnego stylu życia jest to, że centra handlowe wypierają różnorodne lokalne punkty usługowe i transferują zysk do odległych central, że tandetny komercyjny banał, wspierany zmasowaną i nachalną reklamą, opanowuje umysły dzieci i rodziców, a Wal-Mart jest czołowym ośrodkiem promocji konsumpcyjno-hedonistycznego stylu życia.

Lewica zamiast wykluczonymi i wyzyskiwanymi zajęła się problemami bzdurnymi i wspieraniem tych, których sytuacja jest całkiem niezła. Prawica natomiast upatruje rozwiązania problemów w takich strukturach i zjawiskach, które te problemy generują i potęgują. Obie postawy nie są jednak przypadkowe, nie stanowią chwilowego zagubienia czy wypadku przy pracy. Wydaje się, że są one w znacznej mierze pochodną kapitulacji obu tych tendencji ideowych przed liberalizmem i apoteozą praw jednostki. Zarówno socjalizm, jak i konserwatyzm w znacznej mierze porzuciły perspektywę wspólnotową, ulegając forsowanemu przez liberalizm indywidualizmowi, stawiającemu na pierwszym miejscu potrzeby jednostek lub niewielkich grup.

Ma to swoje przyczyny historyczne. Nowoczesna lewica wyciągnęła wnioski z okropieństw komunizmu, a prawica to samo uczyniła z faszyzmem. Można oczywiście w nieskończoność rozkładać oba totalitaryzmy na czynniki pierwsze, odżegnywać się od ich związków z „klasycznymi” ideałami humanistycznego socjalizmu czy religijnego konserwatyzmu, kwestionować prawicowość hitleryzmu oraz lewicowość stalinizmu. Nie zmieni to jednak faktu, że oba te reżimy stanowiły „uskrajnienie” części wątków zawartych w socjalizmie i konserwatyzmie. To, co Majakowski wyraził z aprobatą w słowach „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”, stało się ponurą rzeczywistością obu totalitaryzmów, w tym zarówno sensie, że pojedyncza osoba była tam zupełnie nieistotna i bezradna, jak i w takim, który Hannah Arendt sportretowała na przykładzie Eichmanna, ukazując człowieka jako malutki, w zasadzie bezwolny trybik ogromnej śmiercionośnej maszyny. W tym sensie bardzo dobrze, iż lewica i prawica przemyślały negatywne doświadczenia płynące z eskalowania myślenia w kategoriach „jedności”. Sęk w tym, że słusznie potępiając faszyzm i komunizm, wylano z kąpielą dziecko wspólnotowości i zbytnio zaufano perspektywie liberalnej.

Oczywiście na dzisiejsze postawy ludzi składa się o wiele więcej czynników niż „zdrada” dokonana przez lewicę i prawicę – choćby takich, jak ogromne przeobrażenia technologiczne, które stymulowały liczne zmiany w strukturze społecznej i stylach życia. Jeśli w ciągu kilku godzin ogromne masy ludzi przemieszczają się o tysiące kilometrów w przeróżnych kierunkach, nagminne są wirtualne kontakty ze znajomymi z drugiej półkuli, a przycisk pilota w ułamku sekundy dostarcza nam obrazów życia w zupełnie innych realiach niż nasze, to oczywiście nie jest możliwe, że nienaruszone pozostaną dotychczasowe punkty odniesienia i identyfikacje. Świat musiał się zmienić i nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem ani bezproduktywnie wzdychać za „starymi dobrymi czasami”. Jednak o ile pewne zmiany były nieuchronne jako skutki uboczne – nie zawsze zresztą negatywne – przemian w innych dziedzinach, o tyle część przeobrażeń dokonała się w pełni celowo i przy braku oporu.

Lewica i prawica doznały porażki, gdyż tak jak kilka dekad wcześniej zaakceptowały twierdzenie, iż „jednostka niczym”, tak teraz równie bezmyślnie skapitulowały przed liberalną wykładnią mówiącą, że „jednostka wszystkim”. Na takim gruncie są bezradne wobec zachodzących zmian, a także niezdolne do obrony tych wartości i grup, które były ich głównym historycznym punktem odniesienia. Teoretycznie socjaliści i konserwatyści nadal odwołują się do porządku wspólnotowego – jedni do społeczeństwa, drudzy do narodu. Ale w praktyce opowiadają się za perspektywą indywidualistyczną lub stają się lobby reprezentującymi cząstkowe odłamy wspólnoty, nierzadko kosztem interesów jej innych odłamów.

Lewica upodobała sobie rozmaite mniejszości, dowodząc, że zajmowała się ich prawami zawsze. Nie dodaje jednak, że dawniej broniła np. mniejszości seksualnych czy etnicznych, ale jednocześnie wymagała od nich wzajemności wobec grup większościowych oraz akceptacji pewnego minimum światopoglądowego i identyfikacji ze „wspólną sprawą”. Dziś natomiast lewica przekonuje, że „wszyscy” powinni bronić np. gejów przed dyskryminacją, lecz od samych gejów nie wymaga tego, aby wsparli walkę o prawa rolników czy pracowników najemnych oraz nie traktowali „większości” jako obiektu pogardy (bo jest „Ciemnogrodem”) lub jako dojnej krowy, która ma im zapewniać wymierne i symboliczne przywileje.

Prawica, choć bardziej kamufluje porzucenie etosu wspólnotowego, czyni podobnie. Uważa, że jej zadaniem jest przychylanie nieba przedsiębiorcom i spełnianie ich zachcianek, a jednocześnie wszelkie próby zobowiązania tych podmiotów do świadczeń na rzecz wspólnoty traktuje jako karygodny zamach na swobody rynkowe.

Jeszcze bardziej widoczny jest ten absurd w tzw. polityce prorodzinnej. Po pierwsze, mamy do czynienia z dziwaczną konstrukcją prawicowych punktów odniesienia – są to bowiem jedynie naród i rodzina. Naród, czyli byt stosunkowo niekonkretny i płynny, zwłaszcza w epoce mobilności, przenikania się wpływów kulturowych i istnienia niemal całkowitej swobody w kwestii autoidentyfikacji. Z kolei rodzina jest nie tylko – jak mawiano w PRL-u – podstawową komórką społeczną, lecz także komórką najsłabszą. Nie ma ona bowiem, bez oparcia w innych strukturach, w zasadzie żadnego wpływu na procesy zachodzące w skali ponadjednostkowej. Wspieranie wyłącznie rodzin przypomina dbałość o poszczególne kulki, bez dbałości o łożysko, w którym one tkwią. Tymczasem prawica koncentrując się na rodzinie, niemal całkowicie zaniedbuje wszelkie inne rodzaje wspólnot – zawodowych, terytorialnych, a nawet religijnych (te są doceniane tylko wtedy, gdy można je wykorzystać do jakiegoś celu, np. mobilizacji wyborczej).

Po drugie, apoteozie rodziny, rozumianej wyłącznie jako para małżeńska z małymi dziećmi, towarzyszy niemal zupełny brak zainteresowania dla problemów innych osób – czy to rodzin bezdzietnych, czy z dziećmi już dorosłymi, czy samotnych lub żyjących w nieformalnych związkach. Tak jakby te formy były tworzone przez ludzi z definicji gorszych i mniej wartościowych z punktu widzenia życia społecznego. A przecież istnieją setki rodzajów aktywności równie znaczących, jak wychowanie dzieci oraz dziesiątki rodzajów wspólnot, które na równi z rodziną mogą i powinny tworzyć struktury zdrowej społeczności.

Po trzecie zaś, polityka prorodzinna w wykonaniu współczesnej prawicy nacechowana jest sprzecznościami, jeśli nie schizofrenią. Z jednej strony mamy becikowe, czyli budżetowe finansowe wsparcie narodzin dziecka, co motywowane jest m.in. tym, że reprodukcja biologiczna stanowi podstawę zapewnienia podstaw bytu obecnych dorosłych, gdy staną się emerytami. Ale w tym samym czasie prawica podejmuje decyzje skutkujące „indywidualizacją” systemu emerytalnego i postępującym sprywatyzowaniem, a więc „odwspólnotowieniem” innych istotnych sfer, np. lecznictwa, zakładów opiekuńczych itp. W efekcie całe społeczeństwo finansuje rodzące się dzieci, nie mając żadnej pewności, że one kiedyś sfinansują potrzebujących członków tegoż społeczeństwa – większy sens w kwestii zapewnienia sobie oparcia na starość ma chyba nawet gra w totolotka…

Ta wręcz obsesyjna koncentracja uwagi i wysiłków prawicy na rodzinie wydaje się kamuflażem porzucenia perspektywy naprawdę wspólnotowej. Dokładnie to samo można powiedzieć o lewicowej fiksacji na punkcie „tożsamości” marginalnych grupek mniejszościowych. Można tu zresztą podejrzewać także – zapewne podświadome – dążenie do odróżnienia się od liberałów, którzy realizują podobną politykę. Gdyby nie prawicowe slogany o „wartościach rodzinnych” oraz lewicowe o „obronie wykluczonych”, oba te środowiska nie różniłyby się nawet werbalnie od liberalnego centrum, hołubiącego jednostkę i indywidualne preferencje, tak jak nie różnią się od niego już dawno w kwestii systemu wartości, punktów odniesienia i proponowanych rozwiązań.

Jednak zarówno z punktu widzenia politycznej identyfikacji, jak i przede wszystkim potrzeb społecznych, socjaliści i konserwatyści powinni od liberałów odróżniać się nie namiastkami perspektywy wspólnotowej, lecz jej dobitnym i pozbawionym strachliwości wyartykułowaniem i realizacją. Tak, jak błędna i szkodliwa była opcja spod znaku „jednostka niczym”, tak równie zgubny, choć nie w tak widowiskowy i zbrodniczy sposób, jest etos cechujący się zawołaniem „jednostka wszystkim”. Ta eskalacja indywidualizmu uderza bowiem w same podstawy polityki konserwatywnej i socjalistycznej oraz w interesy ich historycznych podmiotów. Nie da się bowiem na gruncie skrajnego liberalizmu, zarówno światopoglądowego, jak i ekonomicznego, kultywować ani ideałów egalitarnych, ani tradycyjnych wartości.

Liberalizm, nieskrępowany ani z lewa, ani z prawa, prowadzi w oczywisty sposób wprost do społeczeństwa zarazem coraz bardziej skrajnych nierówności, jak i coraz bardziej dynamicznych zmian, wyznaczanych wyłącznie kolejnymi falami mód i zachcianek kreowanych przez rynek. Co więcej, prowadzi też do egoizmu i atomizacji społecznej tak wielkich, że na ich gruncie nie będzie możliwa jakakolwiek zmiana. Socjalizm i konserwatyzm będą mogły przybrać wyłącznie karykaturalne postaci: batalii zorganizowanych grup interesów o doraźne łupy (nierzadko wyszarpane kosztem równie lub jeszcze bardziej słabych grup) oraz tworzenia chwilowych wysepek, czy raczej gett „tradycji” na oceanie coraz większego chaosu i barbarzyństwa.

Kiedyś socjalizm i konserwatyzm były największymi wrogami. Dziś ich wspólnym wrogiem jest liberalizm. I jeśli tego nie dostrzegą, spełnią się słowa poety z wiersza dla dzieci: „Na nic wasze swary głupie, wszystkie wnet zginiecie w zupie”.

Liberalizm Kalego

Pastwienie się nad prymitywizmem myślenia neoliberalnego nie należy do zajęć twórczych ani ciekawych. Prostactwo tej wizji uderza w ogóle, a szczególnie w wykonaniu najbardziej aktywnych pracowników wolnorynkowego pionu propagandowego. Człowiek obcujący z wywodami prof. Winieckiego czy Witolda Gadomskiego ma poczucie, że poglądy neoliberalne zajmują szczytowe miejsce na podium fanatyzmu i braku autorefleksji, konkurując chyba tylko z ortodoksyjnym komunizmem. Jak mawia Ryszard Bugaj, w przypadku głosicieli takich poglądów odczuwamy wrażenie, że mają oni „bezpośredni kontakt z Historią” – to znaczy wiedzą, jak ten świat został raz na zawsze poukładany, co się stanie, jakie powinny być żelazne reguły postępowania zawsze i wszędzie. Na wątpliwości nie ma u nich miejsca.

Gdyby nie ogromna forsa, jaką beneficjenci tego absurdalnego systemu wydają na autopromocję – wszak „wolne” i „niezależne” media liberalne żyją głównie z reklam wielkich firm, więc nie podważą nigdy na serio ich interesów – mało kto byłby w stanie uwierzyć w te bajki. Liberałowie są przekonani, że ich poglądy są logiczne, naukowe i zdroworozsądkowe, lecz jednocześnie nie mogą zrozumieć, że gdyby takie faktycznie były, to nie istniałyby tak wielkie rzesze ludzi wątpiących w owe „oczywistości”.

Bywają jednak sytuacje, w których propaganda liberalna osiąga tak wysoki poziom absurdu, że staje się swoim zaprzeczeniem. Niedawno znalazłem właśnie coś takiego. Oto w „Rzeczpospolitej” z 18 września, w dziale ekonomicznym, tuż obok siebie zamieszczono dwie niepowiązane informacje. Po „sklejeniu” w jedną całość stanowią wymowny przykład fałszywości liberalnej wizji gospodarki i społeczeństwa.

Pierwsza dotyczy państwowych dotacji dla górnictwa. Nietrudno zgadnąć, jaka jest poetyka artykułu. Dowiadujemy się, że znów władowano w te okropne kopalnie mnóstwo budżetowych pieniędzy. Czytamy, że „Spółki węglowe dostaną w najbliższych siedmiu latach prawie 2,7 mld zł wsparcia z budżetu. Dotychczas państwo wpompowało już w nie ok. 42 mld złotych. Dodatkowe miliardy dla spółek węglowych to efekt hojności posłów i senatorów, którzy przegłosowali pomoc zapisaną w ustawie o strategii dla górnictwa na lata 2007-2015”. Oprócz tego mamy oklepane zwroty i opinie: „nieustanne dopłaty”, „stare, tradycyjne górnictwo”, „dopłacać będziemy miliardy złotych” itp. Nic nowego – o górnictwie wszystkie „obiektywne” media trąbią od lat to samo.

Tuż obok tej połajanki pod adresem „budżetożernego” górnictwa zamieszczono inny tekst. Czytamy w nim: „27 mln zł dotacji z budżetu dostanie koncern Toshiba, który zbudował fabrykę na Dolnym Śląsku. Łączna wartość pomocy publicznej dla tej inwestycji sięgnie 84 mln zł”. Tym razem ton tekstu jest diametralnie różny. To już nie jest górnictwo – przestarzałe, niepotrzebne, nierentowne. To przyszłościowa, nowoczesna i dochodowa branża – produkcja telewizorów. Ani słowa potępienia pod adresem budżetowego rozdawnictwa. Wręcz przeciwnie, autor tekstu uspokaja nas, cytując wypowiedź ministra gospodarki: „Całość pomocy ma się zwrócić w ciągu trzech lat”.

Liberalizm jest podobny do przysłowiowej łaski pańskiej, która na pstrym koniu jeździ. To samo zjawisko ocenia on całkiem różnie. Rozdawnictwo budżetowych środków jest złe, gdy wspiera państwowe kopalnie. Jest natomiast dobre, gdy pieniądze trafiają do zagranicznego koncernu. Autorzy i redaktorzy nie mają nawet cienia wątpliwości, nie widzą sprzeczności, nie próbują się zastanowić nad zupełnym brakiem logiki tych wywodów. Chcą, by państwo nie dało ani grosza na „niesłuszne” przedsięwzięcia gospodarcze, wspierało zaś hojnie te „słuszne”. Słuszne są prywatne i zagraniczne. Niesłuszne – państwowe i polskie.

Tu pozwolę sobie na dygresję. Otóż doskonale wiem, że „prawdziwy” liberalizm oznacza brak jakichkolwiek dotacji – zarówno dla Toshiby, jak i dla górnictwa. Tak jest w teorii, czy raczej w utopii. Takiego liberalizmu świat bowiem nigdy nie widział na większą skalę (a może raczej widział, ale w epoce jaskiniowej i plemiennej) i ma on tyle wspólnego z rzeczywistością, co rajskie wizje komunizmu Marksa z ponurym „realnym socjalizmem” ZSRR. Liberalizm w praktyce oznacza właśnie nie rezygnację z dotacji w ogóle, lecz wspieranie wybrańców, którymi zawsze okazuje się wielki prywatny biznes.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest tu rozsądne. Kopalnie wydają się przestarzałe, nierzadko przynoszą straty finansowe, wydatki na nie są znaczne. Fabryka telewizorów jest nowoczesna, będzie rentowna, a dotację otrzyma stosunkowo niewielką. Ale czy aby na pewno tak to wygląda? Owszem, kopalnie dostały na przestrzeni kilkunastu lat około 40 miliardów złotych – Toshiba w ciągu trzech lat otrzyma 84 miliony. Różnica, zdawałoby się, kolosalna. Perspektywa zmienia się, gdy weźmiemy pod uwagę inne wskaźniki. Otóż w fabryce telewizorów pracuje około 700 ludzi, planowane jest zwiększenie tej liczby do tysiąca. Tymczasem kopalnie zatrudniają obecnie mniej więcej 120 tysięcy osób. Czyli około 120 razy więcej niż Toshiba. Podobnie jest z zatrudnieniem u kooperantów i dostawców – tu górnictwo znów daje utrzymanie znacznie większej liczbie osób. Idąc dalej, nieporównywalne są również przychody budżetu z obu źródeł. Milczeniem pomija się bowiem fakt, że nierentowne kopalnie płacą podatki dokładnie tak samo, jak rentowne prywatne firmy, a nawet rzadziej niż tamte korzystają z rozmaitych ulg i zwolnień fiskalnych. W każdym razie, budżet otrzymuje od górników znacznie więcej podatków niż od TV-Japończyków.

To nie koniec. Weźmy pod uwagę wizję krachu obu porównywanych podmiotów. Likwidacja fabryki Toshiby, choć dotkliwa dla okolicy, oznacza kłopoty raptem kilku tysięcy osób (pracownicy, kooperanci i ich rodziny). Nawet w regionie o trudnej sytuacji ekonomicznej jest to grupa, która ma szansę odbić się od dna. Wyobraźmy sobie natomiast likwidację kopalń. Oznacza to, że w jednym województwie pracę traci 120 tysięcy osób, do tego kooperanci i rodziny – razem ogromna rzesza ludzi. Nawet w regionie prężnym ekonomicznie oznacza to wielkie problemy nie tylko gospodarcze, ale i społeczne. Nagle placówki handlowe i usługowe tracą wiele tysięcy klientów dysponujących pensjami. Pojawiają się zaległości w opłatach za mieszkanie, prąd i gaz – mniej przychodów mają więc spółdzielnie mieszkaniowe i firmy. Nagle placówki pomocy społecznej zyskują wiele tysięcy podopiecznych, nie mających za co żyć. W ślad za bezrobociem i niepewnością (szukanie nowej pracy, niemożność spłaty kredytów itp.) pojawiają się, jak zwykle w takich sytuacjach, różnorakie patologie społeczne. Więcej jest przestępstw, należy zatem zwiększyć środki dla policji. Ludzie biedni i znerwicowani częściej chorują, trzeba więc podnieść nakłady na służbę zdrowia. W obiegu „prywatnym” jest mniej gotówki, za to budżet musi wyłożyć jej więcej, choć najpierw traci część wpływów podatkowych z powodu zamknięcia kopalń.

To nie koniec problemów nasuwających się w efekcie porównania Toshiby i kopalń. Owszem, można powiedzieć, że górnictwo nie należy do branż nowoczesnych. Nawet sam jego wizerunek raczej odpycha niż budzi zaufanie – brud, czerń, nie to co nowoczesne i sterylnie czyste hale fabryki telewizorów, zbudowane z plastiku, szkła i aluminium. Ale górnictwo polskie jest, wbrew mitom, całkiem niezłe w skali światowej z punktu widzenia stosowanych technologii, dzięki czemu zresztą jest stosunkowo bezpieczne w porównaniu z kopalniami w wielu krajach. Co więcej, towarzyszy mu rozbudowana infrastruktura – to setki trwałych budynków, kilometry rur z gazem i wodą, linie przesyłowe prądu, bocznice kolejowe, drogi samochodowe itp. Górnictwo jest inwestycją o „twardym” charakterze – jego dotowanie oznacza wydatki na wieloletnią substancję przemysłowo-techniczną, która współtworzy ogólną infrastrukturę regionu. Fabryka telewizorów to natomiast „miękka” inwestycja – kilka hal z prefabrykatów, postawionych w pośpiechu na terenie elementarnie przygotowanym do tego celu. Nie oznacza ona żadnego szerzej pojętego rozwoju danego miejsca. Dziś jest – jutro może jej nie być. Budżetowe pieniądze wydane na kopalnie wiążą się z inwestowaniem w wieloletni potencjał gospodarczy regionu i jego zaplecze techniczne. Mamy pewność, że w dowolnej chwili, w przypadku zmniejszenia koniunktury, nikt tego wszystkiego nie zlikwiduje w kilka miesięcy i nie wywiezie TIR-ami choćby na Ukrainę czy do Turcji, bo tam będą niższe koszty pracy czy większy rynek zbytu. Natomiast dotując z budżetu fabrykę telewizorów, wspieramy de facto wielką niewiadomą i coś zupełnie nietrwałego.

Idźmy dalej i porównajmy znaczenie obu dotowanych podmiotów dla całokształtu życia gospodarczego i społecznego w Polsce. Czy to się komuś podoba, czy nie, górnictwo stanowi główne zaplecze energetyczne kraju. I co więcej, nie widać dla niego realnej alternatywy. Zasoby ropy i gazu ziemnego kurczą się w skali światowej w szybkim tempie, ich ceny wciąż rosną. W dodatku oba te surowce energetyczne w przeważającej mierze musimy importować, będąc w efekcie uzależnionymi od rozmaitych kaprysów dostawców, a gdy w grę wchodzi także polityka – od gry interesów i ścierających się wpływów. Posiadanie znacznych złóż węgla i możliwości wydobywczych oznacza większe bezpieczeństwo energetyczne, co przekłada się na fundamenty życia każdego obywatela: zapewnienie dostaw prądu dla mieszkań i gmachów publicznych, produkcję energii dla gospodarki i wiele innych elementarnych potrzeb. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której górnictwa w Polsce nie ma, ogromne dodatkowe kwoty musimy przeznaczyć na zakup ropy i gazu, których dostawca – Rosja, postanawia nas szantażować, a ceny na rynku światowym idą znacznie w górę z powodu jakiegokolwiek kryzysu na Bliskim Wschodzie. Węgiel nie jest pierwszym lepszym surowcem, który można w dowolnej chwili zastąpić w równie dowolnej ilości czymś innym, bez narażania się na dodatkowe koszty, kłopoty i ryzyko perturbacji. Nie można go też łatwo w dowolnej chwili zacząć wydobywać „od nowa” – budowa nowej lub rozruch starej kopalni to ogromny wydatek, a wydajne, wykwalifikowane i doświadczone zastępy górników nie spadną z nieba na zawołanie. Tymczasem telewizory nie są ani produktem kluczowym dla trwania społeczeństwa, ani nie ma problemu z ich zakupem w dowolnej ilości za granicą po zwykłej, nie wywindowanej cenie, podobnie jak nie ma żadnych kłopotów z szybkim wybudowaniem nowej fabryki sprzętu RTV.

Kolejny wątek całej sprawy dotyczy kwestii własności i ukierunkowania dotacji. Pieniądze w budżecie pochodzą głównie z podatków płaconych przez obywateli Polski. Ci obywatele, co oczywiste, tworzą i finansują państwo po to, by dbało o wspólne dobro. Cóż dziwnego czy złego zatem w tym, że polskie państwo wspiera finansowo polskie państwowe kopalnie? Co więcej, można się zastanowić, dlaczego to samo państwo wspiera prywatny japoński biznes. Od biedy można uznać, że to ostatnie wsparcie uzasadnione jest zatrudnieniem w fabryce Toshiby kilkuset obywateli Polski. Jednak wówczas zupełnie bzdurne i pozbawione logiki stają się pretensje, że to samo państwo dotuje miejsca pracy dla 120 tysięcy innych swoich obywateli.

Wbrew pozorom, nie uważam, aby górnictwo miało być jakąś świętą krową, która zasługuje na nieograniczone dotowanie z budżetu. Przedsiębiorstwa państwowe nie mogą działać wbrew elementarnym regułom dotyczącym wydajności pracy, konkurencyjności itp. Ani kopalnie, ani żadne inne zakłady nie powinny być łupem politycznych łowców posad, oferować super-przywilejów, marnotrawić środków finansowych, być finansową studnią bez dna czy stanowić zaplecza lub przykrywki dla niejasnych interesów i przekrętów (o czym w przypadku kopalń mówi się od dawna). Powiem więcej – odpowiedzialność w przypadku dysponowania publicznymi środkami powinna być większa i surowiej egzekwowana niż w sektorze prywatnym. To wszystko nie zmienia faktu, że neoliberalna wizja problemu nie jest warta funta kłaków.

Jak wspomniałem, krytyka mielizn myślenia liberalnego nie jest zajęciem zbyt twórczym i pasjonującym. Jednak rozłożenie takich sloganów propagandowych na czynniki pierwsze nie tylko pokazuje brak w nich logiki, ale także coś znacznie gorszego. Otóż liberalizm spod znaku wychwalania dotacji dla Toshiby i pomstowania na dotowanie kopalń jest po prostu stronniczym i oczywistym stawaniem na straży interesów japońskich przeciwko interesom polskim. Świadomym czy nie – trudno ocenić. Pewne jest jednak, że nie powinno mieć miejsca w gazecie będącej częściową własnością Skarbu Państwa. Jeśli już jakiś budżet powinien mieć udział w tej propagandzie, to nie polski, lecz japoński.

Kato-prawica

Media prawicowe roją się od rozważań o wpływach lewicy i liberałów na instytucję Kościoła oraz na debatę poświęconą kwestiom religijnym. Wedle nich, wpływy te są ogromne i destrukcyjne, sięgając samych szczytów hierarchii oraz sedna doktryny religijnej. Oprócz zewnętrznych zagrożeń chrześcijaństwa, równie ważne, a nawet ważniejsze – przekonują oni – są negatywne tendencje wewnętrzne. W tej wizji problemu zło czai się w środku Kościoła, a jego rozsadnikiem są różnorakie środowiska nie dość – wedle tej teorii – prawowierne. Co zaś jest prawowierne, najlepiej wiedzą katolicy-prawicowcy.

Zło jest stopniowalne i wielorakie. Dla jednych jego uosobieniem będzie liberalny czy „postępowy” nurt katolicyzmu, w rodzaju „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”, a zwłaszcza ci jego przedstawiciele, którzy czynnie współpracują ze środowiskami nielubianymi przez prawicę. Dla innych będzie to ekumenizm religijny lub próby zmiany stosunku wobec środowisk dotychczas „wyklinanych” (np. homoseksualiści). Dla kolejnych – nowoczesne metody ewangelizacji bądź wykorzystanie w praktyce Kościoła (choćby oprawa Mszy Świętej) różnych nowych rozwiązań. Jeszcze inni oburzą się na „lewackie” inspiracje w nauczaniu społecznym kilku ostatnich papieży. Są i tacy, którzy kwestionują zasadność i prawomocność samego II Soboru Watykańskiego, zarzucając mu „zaledwie” zbytnie naginanie katolickiego kanonu w kwestii dogmatyki i liturgii, albo nie bawiąc się w takie niuanse i sugerując, że podczas jego obrad silnie zaznaczyły się wpływy dostojników Kościoła, inspirowanych bolszewizmem i wątkami masońskimi.

Nie będę tu szczegółowo zajmował się kwestią zasadności tych zarzutów. Z jednej strony, wierni mają prawo do zaniepokojenia takimi czy innymi zjawiskami w łonie Kościoła. Z drugiej, część tych teorii bliska jest zwykłej paranoi oraz ociera się o uzurpowanie prawa do wyrokowania o kwestiach, których rozstrzyganie nie należy do zwykłych członków wspólnoty katolickiej, lecz do odpowiednich instytucji kościelnych. Nawiasem mówiąc, widać tu zwykłą niekonsekwencję, a może raczej cwaniactwo. Prawicowi katolicy często formułują pod adresem swych liberalnych odpowiedników sugestię, że Kościół i chrześcijaństwo nie są „koncertem życzeń” i że jeśli komuś nie odpowiada stosunek kleru czy hierarchów do np. praw homoseksualistów, wówczas powinien wystąpić z Kościoła, nie zaś próbować go zmieniać wbrew dotychczasowej tradycji i wykładni wiary. Jednocześnie sami kwestionują wiele decyzji i zmian sygnowanych przez osoby powołane na mocy tradycji do ich podejmowania.

Ważniejsze od rozstrzygania, jakie zmiany katolicyzmu są uprawnione – do czego zresztą nie mam ani kompetencji, ani prawa – wydaje mi się właśnie wskazanie na hipokryzję uzurpatorów oraz niebezpieczeństwo ich działań. Czynią oni bowiem dokładnie to samo, co z taką pasją krytykują – samozwańczo przyznają sobie prawo do decydowania o tym, jaki ma być Kościół. Co więcej, będąc lustrzanym odbiciem swoich ideowych przeciwników, zagrażają zarówno jedności katolicyzmu, jak i jego doktrynalnemu obliczu. Potępiając „kato-lewicę”, jak nazywają chrześcijańskie środowiska „liberalno-postępowe”, sami tworzą „kato-prawicę”, która traktuje Kościół i chrześcijaństwo czysto instrumentalnie, a z jego doktryny wybiera tylko to, co jest dla niej wygodne.

Są oczywiście pewne stałe ramy doktryny katolickiej oraz praktyki Kościoła w kwestiach zarówno zasad kultu religijnego, jak i postępowania wobec poza-konfesyjnych zjawisk i problemów współczesnego świata. Katolicyzm ma długą tradycję i wielokrotnie potwierdzane zasady wiary i dogmatyki, których nie można zmieniać ot tak sobie, na czyjeś życzenie czy zawołanie. Rzeczywiście, Kościół nie jest koncertem życzeń, a jego hierarchowie – chłopcami na posyłki rozmaitych grup interesu. Nie zmienia to faktu, że Kościół przez wieki był organizmem żywym, ewoluującym i określającym się zarówno wobec zmiennych zjawisk, jak i tego, co dopiero, czasem zupełnie znienacka, pojawiło się w toku biegu dziejów. Czy były to nowe prądy intelektualne, czy nowatorskie wynalazki techniczne o dalekosiężnych skutkach, czy procesy społeczne – Kościół wypracowywał swoje stanowisko w oparciu o szczegółowe rozpoznanie sytuacji, nie zawsze kierując się tradycją, gdyż często chodziło o zjawiska bezprecedensowe w dziejach. Co więcej, nierzadko na przestrzeni zaledwie kilku dekad znacząco zmieniało się oblicze danego problemu. Inne aspekty określały „kwestię robotniczą” pod koniec XIX wieku, w realiach „dzikiego” kapitalizmu, inne zaś w epoce powojennych ustabilizowanych welfare states. Inne były zagrożenia związane z kulturą konsumpcyjną w epoce niedoborów produktów oraz istnienia licznych barier w dostępie do nich, inne zaś są one w czasach, gdy w sporej części globu bieda oznacza nie brak pożywienia czy dachu nad głową, lecz dystans w kwestii posiadanych dóbr realnych i symbolicznych wobec tych, którzy mają ich jeszcze więcej.

Kościół katolicki okazał się instytucją trwałą, potrafiącą przetrwać kolejne epoki i ogromne zawirowania dziejowe między innymi dlatego, że umiejętnie łączył wierność fundamentom doktryny z adaptacją do pojawiających się wyzwań i przeobrażeń. Gdyby chciał być zbiorowością, której członkowie drżą z obawy przed każdą kolejną „nowinką” i nie potrafią zmienić swej pozycji ani o centymetr, nigdy nie zyskałby ogromnych wpływów i znaczenia. Byłby zapewne czymś na kształt Amiszów – ortodoksyjnej sekty dziwaków, sympatycznej, ale jednocześnie w oczywisty sposób „bezpłodnej” w kwestii mierzenia się z wyzwaniami realnego świata. Terminem, który najlepiej określa charakter Kościoła, wydaje się być „rewolucja konserwatywna” – próbuje on dokonać daleko idących zmian w obliczu świata i duszach poszczególnych ludzi, rozumiejąc jednak, że są pewne granice, poza którymi zmiany przestają mieć wartość lub obracają się we własne przeciwieństwo. Mówiąc inaczej: nie wszystko jest możliwe, ale wiele można zmienić.

Kościół sytuuje się poza dychotomią lewicy i prawicy. Z jednej strony, jest rewolucyjny – bo bez wątpienia taki właśnie charakter miał Chrystusowy bunt przeciwko pogańskiej „realpolityce” oraz ufundowany na nim Kościół, nowa wspólnota wiernych, ukonstytuowana ponad dotychczasowymi tradycyjnymi podziałami, np. etnicznymi czy warstwowymi. Z drugiej strony, jest konserwatywny, gdyż trafnie rozpoznając wiele ograniczeń natury ludzkiej (znakomicie symbolicznie wyrażonych w doktrynie o grzechu pierworodnym), zaleca ostrożność wobec zbyt śmiałych planów, wizji i rozwiązań w świecie doczesnym. Zagrożeniem dla Kościoła są tyleż postulaty zbyt liberalne, usiłujące go zepchnąć na pozycję całkowitej spolegliwości wobec wymogów „ducha czasu” i zmieniających się trendów, jak i zbyt konserwatywne, próbujące uczynić zeń strukturę skostniałą, przenikniętą duchem oblężonej twierdzy.

„Kato-prawica” usiłuje nas przekonać, że jedynym zagrożeniem dla Kościoła jest zbytnie uleganie różnym „nowinkom” – doktrynalnym, obyczajowym, formalnym, społecznym. Kreśli ona obraz lewicowo-liberalnych spisków i knowań, mających sprawić, że katolicyzm stanie się zupełnie pogodzony z dzisiejszą „cywilizacją śmierci”. O ile jednak taki obraz zjawiska nosi pewne – choć nie aż tak wielkie – znamiona prawdy w odniesieniu do najbardziej rozwiniętych krajów świata, o tyle w Polsce, wbrew namolnej propagandzie, jest to problem marginalny, a wpływy „kato-lewicy” pozostają wśród ogółu wiernych znikome. Jeśli coś zagraża polskiemu katolicyzmowi, to bynajmniej nie liberalno-chrześcijańska rubryka w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodnik Powszechny” czy kilka niszowych periodyków, bo ich wpływ na wiernych jest znikomy. Tym zagrożeniem jest natomiast raczej ogólna bylejakość polskiej formacji religijnej i „pokazowy” charakter kultu religijnego. Swoje robi także naiwność i prymitywizm sporej części kleru, oceniającego postawy wiernych w kategoriach czysto ilościowych, np. wedle częstotliwości udziału w nabożeństwach, nie zaś według znajomości prawd wiary oraz stosowania się w codziennym życiu do zasad moralności chrześcijańskiej (tę ostatnią zresztą sprowadza się głównie do kwestii seksualnych – zatem za dobrego katolika uchodzi typek gardłujący przeciwko pornografii, który jednocześnie w swej firmie traktuje pracowników jak niewolników). Wydaje mi się nawet, że większym zagrożeniem niż „postępowe” środowiska chrześcijańskie, jest dla polskiego Kościoła właśnie „kato-prawica”. Ona bowiem ma większy wpływ na wiernych.

Czytając polską prasę prawicową, dowiemy się głównie o konflikcie czy wręcz fundamentalnej sprzeczności między katolicyzmem a nurtami lewicowymi. Przypominają więc nam one, że różne lewicowe ugrupowania i teorie zostały mniej lub bardziej dobitnie potępione przez Watykan – czy to marksizm, czy teologia wyzwolenia. Dowiemy się też, że chrześcijaństwo było wyłącznie prześladowane przez wszelkie „postępowe” ruchy i zrywy społeczne – rewolucja francuska, meksykańska i październikowa, wojna domowa w Hiszpanii, wszędzie tam tysiące zamordowanych katolików obciążają sumienia „postępowców” i w efekcie raz na zawsze wyjaśnia to ponoć prawdziwe cele i zamiary środowisk nie-prawicowych. Z tej wizji nie dowiemy się jednak, iż choć Kościół odrzucił marksizm, to jego doktryna społeczna bardzo poważnie potraktowała problem kapitalistycznego wyzysku i bynajmniej nie uznała, że jest to kwestia wydumana. Nie dowiemy się także, iż oprócz rzeczywistych konfliktów – nierzadko krwawych i zbrodniczych – między różnymi emanacjami tendencji lewicowych a chrześcijaństwem, istniały także przykłady zgoła odmienne, jak choćby silnie chrześcijańskie inspiracje wielu środowisk socjalistycznych na płaszczyźnie idei czy konkretnych inicjatyw (choćby amerykański ruch skupiony wokół pisma „Catholic Worker”).

Historia katolicyzmu to nie tylko odcięcie się od najbardziej skrajnych nurtów teologii wyzwolenia, ale także liczne encykliki społeczne, mocno krytykujące kapitalizm, czy całe nauczanie Jana Pawła II o godności pracy ludzkiej, konieczności szacunku i przestrzegania praw pracowników najemnych i społecznej odpowiedzialności posiadaczy środków produkcji. Tymczasem jeśli „kato-prawica” zachwyca się np. Gilbertem Chestertonem, to jedynie jako wspaniałym obrońcą wiary i Kościoła, przemilczając równie istotny wymiar jego rozważań, czyli konsekwentną, wieloaspektową krytykę tzw. wolnego rynku i przypisanych mu jako reguła – nie zaś wyjątki – negatywnych tendencji.

O ile część „kato-prawicy” przypomina groteskową sektę – tęskniącą za św. Inkwizycją, przywróceniem monarchii, ustanowieniem „religii państwowej” i „zdelegalizowaniem” liturgii mszalnej w językach narodowych – o tyle jej bardziej cywilizowana część ma znaczne wpływy w mediach i od lat skutecznie urabia opinię publiczną. To doprawdy paradoksalne, a raczej przerażające, że w ojczyźnie Papieża-Polaka, na cześć którego wiwatowały milionowe tłumy i któremu postawiono setki pomników jak kraj długi i szeroki, niemal wszystkie czasopisma katolickie propagują prymitywną ideologię wolnorynkową w sferze gospodarczej, a w kwestiach kulturowych jak papuga powtarzają bzdurne slogany wymyślone przez jankeskich troglodytów.

Sączą one czytelnikom wywody o błogosławieństwach wolnego rynku – jeśli go krytykują, to najwyżej za to, że bywa „niemoralny” (bo oferuje np. pornografię), nie zaś za oparte na wyzysku i pogardzie stosunki pracy, nie za propagowanie myślenia materialistycznego i skrajnie utylitarnego (a przecież to właśnie na takim podłożu wyrasta później pornografia czy akceptacja aborcji), nie za to, co w Biblii określano mianem „kultu Złotego Cielca”. Jeśli piszą o patologiach społecznych, to wyłącznie przez pryzmat błędów poszczególnych jednostek, nie zaś piętnując istniejące uwarunkowania systemowe, które niezwykle silnie oddziałują na społeczeństwo, znacznie ułatwiając jego członkom popełnianie grzechów.

Jako remedia również nie są proponowane rozwiązania długofalowe, sięgające sedna problemu i oparte na poszanowaniu godności człowieka. Ot, dobry szeryf pozamyka i wystrzela złych przestępców, Caritas łaskawie nakarmi głodne dzieci, a biznesmen-filantrop w ramach kaprysu zakupi nowy ambulans dla szpitala. Natomiast za prostytutki trzeba się dużo modlić, żeby przestały zarabiać ciałem i zechciały „żyć godnie”, pracując na kasie w hipermarkecie za 1000 zł miesięcznie. Tak w skrócie wygląda polska katolicka refleksja społeczna – jest to mieszanka XIX-wiecznych zabobonów ekonomicznych oraz „odkryć” neokonserwatywnych amerykańskich think-tanków, które wielki biznes opłaca za głoszenie bzdur korzystnych dla niego. Czy będzie to popularny katolicki tygodnik „Gość Niedzielny”, czy chrześcijańsko-prawicowa publicystyka „Rzeczpospolitej”, czy periodyki intelektualne tego środowiska, zawsze jest to podobny zestaw banałów i propagandowych hasełek. A rzecz dzieje się w kraju, z którego pochodził Jan Paweł II – tymczasem dowolna z jego encyklik społecznych ma wymowę pozwalającą ten zestaw „kato-prawicowych” idiotyzmów odesłać tam, gdzie jest jego miejsce i skąd pochodzi, czyli wprost do diabła.

„Kato-lewicowcy” przedstawiają siebie nierzadko jako katolików heterodoksyjnych, poszukujących odpowiedzi nawet kosztem stuprocentowej wierności doktrynie. Tak też są oceniani przez swoich oponentów i krytyków – jako „zdrajcy”, „odstępcy” i „mąciciele”. Natomiast „kato-prawicowcy” na każdym kroku podkreślają, że stanowią opokę Kościoła, że ani na jotę nie odejdą od kanonu wiary. W kwestii „kato-prawicy” można zatem z pozycji kogoś, komu leży na sercu dobro Kościoła, sformułować taką prośbę: chroń nas Boże od przyjaciół, bo z wrogami sami sobie poradzimy.

Polska goła

Rządy braci Kaczyńskich miały w zamierzeniu przerwać wreszcie okres swoistej wielkiej smuty, kiedy to po roku 1989 zamiast wymarzonej wspaniałej Polski wszystko było nie tak. Żyliśmy w krainie wszechstronnego absurdu, którego poszczególne przypadki mogłyby z powodzeniem trafić do jakiejś światowej księgi rekordów i zająć tam poczesne miejsce.

Dawni komuniści stali się czołowymi zwolennikami wolnego rynku. Dawni SB-cy – obrońcami swobód obywatelskich. Dawni partyjni koledzy Czesława Kiszczaka, autora osławionej akcji „Hiacynt” – orędownikami praw mniejszości seksualnych. Dawni kumple Moczara – przeciwnikami antysemityzmu. Dawny wrażliwy społecznie Jacek Kuroń dał się poznać jako zwolennik liberalizmu i wspólnik Balcerowicza. Symbol antykomunistycznej opozycji, Adam Michnik, został politycznym przyjacielem generała Jaruzelskiego. „Gazeta Wyborcza”, czyli środowisko dawnego „Tygodnika Mazowsze”, okazała się pracodawcą agenta SB Lesława Maleszki, nawet po jego zdemaskowaniu. Szemrane interesy Jana Kulczyka zyskały certyfikat wiarygodności od ojców paulinów z symbolicznego klasztoru na Jasnej Górze. Największym przyjacielem Polski jawili się Niemcy, którzy od kilku stuleci, dziwnym trafem, zapisywali się na kartach historii w zgoła odmiennej roli. Rosnące wskaźniki biedy i wykluczenia społecznego oznaczały „wzrost gospodarczy” i „doganianie Europy”. Jednobrzmiący chór masowych mediów był „pluralizmem”, zaś brutalne nagonki na wszelkich przeciwników – „tolerancją”. Wyprzedaż strategicznych przedsiębiorstw i banków przedstawiana była jako „polska racja stanu”. Masowa, planowa likwidacja wielu zakładów pracy stanowiła wyraz „etatyzmu” i „nadmiernej ingerencji państwa w gospodarkę”. 40-złotowe zasiłki z opieki społecznej były przejawem „postawy roszczeniowej” i „mentalności socjalistycznej”. Tę wyliczankę można ciągnąć niemal w nieskończoność, ale szkoda zdrowia i czasu.

Wydawało się, że owa sytuacja nie będzie miała końca, a teatr absurdu potrwa przynajmniej kilka dekad. Gdy dziś słyszę opinie, że w Polsce nie da się żyć, a jedynym wyjściem wobec sytuacji politycznej i ekonomicznej jest emigracja do Anglii czy Szwecji, to przypominają mi się nastroje panujące wśród moich przyjaciół i znajomych na przełomie wieków. My też wówczas chcieliśmy wyjeżdżać, nie widząc tu dla siebie miejsca w obliczu, zdawałoby się, niemożliwej do przezwyciężenia hegemonii – jak trafnie określił to Cezary Michalski – „jednej partii [SLD] i jednej gazety [„Wyborczej”]”. Bo i co innego można było uczynić? Autentyczna lewica mogła tylko tęsknie wzdychać, rozpamiętując początki Unii Pracy, mającej szansę stać się formacją faktycznie prospołeczną i antykomunistyczną zarazem. Autentyczna prawica zaś mogła ronić łzy na wspomnienie rządu Jana Olszewskiego. A jednym i drugim zbierało się na wymioty, gdy widzieli, że za szyldem „społeczeństwa obywatelskiego” czai się stado cwaniaków żyjących z grantów Fundacji Batorego, otrzymywanych na mentalną tresurę „Ciemnogrodu” i wciskanie społeczeństwu kitu, że podstawowym problemem dzikiego kapitalizmu są niedostateczne zachwyty nad paradami gejów i lesbijek. I rzeczywiście, wielu z nas wyjechało, inni uciekli w prywatność, jeszcze inni zaczęli przechodzić do obozu wroga – a garstka pozostałych nawet nie miała do nich pretensji. Bo z tonącego okrętu uciekają szczury, lecz ci, którzy wraz z łajbą idą na dno, mają bardzo umiarkowaną satysfakcję…

I wtedy stał się cud. Gdy okazało się, że „Przychodzi(ł) Rywin do Michnika” i rozpętała się afera związana z próbami regulacji mediów, cieszyliśmy się jak dzieci. Nie dlatego przecież, że jej takie postacie, jak Czarzasty czy Jakubowska były bohaterami naszej bajki, lecz z tego powodu, że ich faktyczne czy urojone geszefty zachwiały potężnym gmachem. Podobną radość sprawiły nam wyniki wyborcze Samoobrony i LPR-u w roku 2001. Również nie dlatego, że Andrzej Lepper jawił się komuś z nas jako mąż stanu i mąż opatrznościowy zarazem, ani dlatego, by zbieranina neoendeckich dziwolągów węszących obce spiski dawała nadzieję na stworzenie sensownej alternatywy systemowej. Wystarczyło nam to, że wszechwładza liberalnej elity doznała uszczerbku, choćby był on tylko symboliczny. W takiej Polsce znów chciało się żyć, bo wreszcie można było w niej oddychać pełną piersią.

A później było tylko lepiej. Post-peerelowski ancien regime sypał się jak domek z kart. Były skandale, wyroki, komisje śledcze. Były sondaże opinii publicznej. W szerokim obiegu pojawiły się tezy spychane przez lata na margines jako „teorie spiskowe”. Napiętnowanie w „Gazecie Wyborczej” już nie przekładało się na powszechny środowiskowy ostracyzm wobec ofiar nagonki. Prysł mit kapitalizmu, który tuż tuż, jeszcze trochę, już za rogiem, objawi się jako kraina dobrobytu. Gdy tak wielka część społeczeństwa znalazła się za burtą, gdy w niemal każdej rodzinie ktoś pozostawał bez pracy, nie dało się już wmawiać, że to efekt niedostatecznego wdrożenia zasad wolnego rynku, a bezrobotnymi są wyłącznie lenie i nieudacznicy. Coś pękło, coś się skończyło – ten tytuł głośnego tekstu Jacka Żakowskiego okazał się dobrze oddawać sytuację o kilka lat późniejszą niż ta, którą opisywał oryginał.

I wtedy stał się drugi cud. Pojawił się zarówno nowy język ideologicznego opisu rzeczywistości, jak i sukces ugrupowań politycznych, które go sformułowały. Jałowe ględzenie o „komunie” i „wartościach chrześcijańskich” oraz ich antytezach ustąpiło miejsca zdefiniowaniu konfliktu w kategoriach klasowych. Spór „Polski solidarnej” z „Polską liberalną” nie tyle odrzucał kulturowy wymiar konfliktu, ile wzbogacał go wreszcie o kategorie ekonomiczne. We właściwym świetle ukazywał polskie realia – kraju, w którym toczy się bitwa między elitą liberalną gospodarczo i obyczajowo, a „Ciemnogrodem”, który nie tylko jest wyzyskiwany ekonomicznie, ale również poddawany opresji kulturowej. Już sama zmiana języka opisującego podziały społeczne była ważnym wydarzeniem. Jednak prawdziwym przełomem stała się zbudowana na tym fundamencie przemiana – jak się wkrótce okazało, niestety krótkotrwała – w dziedzinie realnej polityki.

Tuż przed wyborami roku 2005 było oczywiste, że w nowym parlamencie silną pozycję będą miały właśnie „solidarny” PiS oraz populistyczno-lewicowa Samoobrona. Ale nikt nie spodziewał się tego, co zdarzyło się później. Jak dziś pamiętam, że wielu z nas szło oddać głos na PiS tylko po to, żeby w planowanej koalicji rządowej właśnie ta partia miała możliwie jak najsilniejszą pozycję, bo liberałowie-aferałowie z PO jawili się jako ogromne zagrożenie ekonomicznych interesów „szarego człowieka”. Nikt z nas nie spodziewał się wtedy, że możliwy jest zupełnie inny scenariusz.

Koalicja z Samoobroną oznaczała nie tylko – choć i to było czymś bardzo ważnym – faktyczne przezwyciężenie anachronicznego podziału wyznaczanego stosunkiem do PRL i zastąpienie go teraźniejszymi wyzwaniami. Była ona przede wszystkim nadzieją na to, że bracia Kaczyńscy serio potraktowali „klasowy” wymiar antagonizmów politycznych w Polsce. Nawet dokooptowanie LPR-u, znacznie słabiej akcentującego kwestie ekonomiczne, a wręcz ocierającego się o liberalizm gospodarczy, pozwalało mieć nadzieję na kurs rządowego okrętu w dobrym kierunku. Co prawda „kapitalizm narodowy” to ideologia raczej krótkowzroczna, ale zawsze mniej szkodliwa niż reprezentowanie interesów burżuazji kompradorskiej i ponadnarodowej oligarchii finansowej w wykonaniu liberałów „bezprzymiotnikowych”. Do pełni szczęścia brakowało chyba tylko pozyskania antyliberalnego PSL-u, a przede wszystkim – co stanowiło trudność natury obiektywnej – obecności w Polsce bardziej „miejskiej” niż Samoobrona lewicy patriotycznej. Taki Rząd Jedności Narodowej, oparty na krytyce liberalizmu i neutralizowaniu jego skutków, byłby największym szczęściem Polski od roku 1918. Jednak koalicja PiS – SO – LPR i tak była wielkim powodem do radości, tym większym, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej realną wizją był „Prezydent Tusk” i „premier z Krakowa”, ucieleśniający najgorsze cechy chamskiego liberalizmu oraz paniczykowatej dulszczyzny.

W Polsce miała dokonać się sanacja. Jednak, jak wspomniałem, myśliciel z Trewiru dostrzegł tę prawidłowość, że historia powtarza się jako farsa. Z sanacyjnych rządów Piłsudskiego bracia Kaczyńscy wzięli to, co najgorsze, pomijając jej pozytywne aspekty. Jest to tym bardziej dotkliwe, że o ile Marszałek miał wśród przeciwników naprawdę porządne osoby i wartościowe partie, a ówczesny spór dotyczył raczej strategii i metod politycznych oraz ambicji personalnych i temperamentów, o tyle dzisiaj PO i współczesny „Centrolew” to poza nielicznymi wyjątkami zbieranina albo miernot i durniów, albo łotrów, albo bezideowych cwaniaków.

Dwuletnia rzeczywistość rządów właśnie zdemontowanej koalicji stała przede wszystkim pod znakiem bezradności. Zamiast realizacji egalitarnej polityki otrzymaliśmy kontynuację kursu liberalnego, którego symbolem stały się nazwiska Gilowskiej w roli ministra finansów i Gwiazdowskiego jako szefa ZUS. Nie wprowadzono rozwiązań całościowych, systemowych, typowych dla polityki „socjaldemokratycznej”, kładąc nacisk na okazjonalne prezenty w rodzaju becikowego czy symbolicznych podwyżek zasiłków socjalnych, czyli zabiegi przepełnione duchem paternalistyczno-filantropijnym. Niewiele poza szumnymi zapowiedziami wyszło ze zwiększenia ochrony praw pracowników najemnych, za to pracodawcy dostali kilka kolejnych prezentów, jakby mało było ich dotychczasowej wszechwładzy. Interesy wielkiego kapitału nie zostały naruszone nawet odrobinę, czego wymownym świadectwem jest utrzymanie możliwości zmuszania zatrudnionych przez hipermarkety do harówki w niedziele. W kraju ogromnych różnic społecznych bogaci dostali prezent w postaci likwidacji podatku spadkowego, żeby owe dysproporcje pogłębić i utrwalić na lata.

Ekonomiczna „baza” została w rękach liberałów, wbrew temu, co stało się przyczyną wyborczego sukcesu PiS, czyli zdefiniowaniu konfliktu w kategoriach ekonomicznych. Nacisk położono na kwestie polityczne i kulturowe. W tym właśnie należy upatrywać fiaska koalicji. Liderzy obozu władzy przedstawiają problem – zwłaszcza post factum – jako starcie uczciwych i konsekwentnych „szeryfów” z całymi zastępami łotrów i oszustów, skupionych zarówno w opozycji, jak i w partnerskiej do niedawna Samoobronie. Ale jeśli odrzucimy tę propagandę, to okazuje się, że konflikt przebiegał między obsesyjnym poruszaniem się w sferze mitów przez liderów PiS, a konkretnymi, twardymi oczekiwaniami Samoobrony w kwestii prowadzenia polityki prospołecznej. To, co wydawało się przezwyciężone w trakcie kampanii wyborczej, wróciło z impetem po zwycięskim marszu ku władzy. Tworzenie „Polski solidarnej” ustąpiło miejsca tropieniu agentów, spisków, powiązań, patologicznych struktur, demaskowaniu, ujawnianiu itp. Spory w koalicji okazały się kłótnią między pragmatykami a idealistami. Zwykle mam dla idealistów wiele sympatii, ale nie wtedy, gdy poza ideałami nie widzą realnego świata, a one same zmieniają się w mity i obsesje.

Oczywiście część „demaskatorskich” działań PiS była i jest potrzebna. Nie ma wątpliwości, że Polska post-komunistyczna jest w wielu istotnych dziedzinach przeżarta patologicznymi układami i że sporą część newralgicznych miejsc systemu politycznego, gospodarczego czy medialnego obsadzili reprezentanci przeróżnych szkodliwych grup interesu – i tych, których korzenie sięgają dalekiej przeszłości, i tych powstałych już w „nowej rzeczywistości” demokratycznej Polski. Bezpardonowa rozprawa z nimi byłaby nie tylko pożądana z punktu widzenia jakości i celowości działań państwa – usprawniając jego struktury, nakierowując je na służenie dobru wspólnemu, torpedując żerowanie na publicznym groszu. Byłaby istotna także pod względem symbolicznym, obnażając wiele mitów i dętych autorytetów, rozbijając system wzajemnego poklepywania się po plecach i stosowania zasady „ręka rękę myje”. Problem polega jednak na tym, że w praktyce politycznej PiS-u takie działania stały się jedyną sferą zainteresowania jego liderów.

Tymczasem spora część społeczeństwa zamiast igrzysk chce chleba, czy raczej – konkretów odczuwalnych i przekładających się na ich codzienne życie. Nie rozplątywania „szarej sieci” w biznesie, lecz skutecznego systemu pomocy bezrobotnym i wykluczonym społecznie. Nie spektakularnych aresztowań lekarzy-łapówkarzy, lecz łatwo dostępnych i porządnych publicznych usług medycznych. Nie rozliczania oficerów WSI, lecz sprawnej i konkretnej pracy policji przeciwko złodziejom samochodów, stadionowym chuliganom czy parkowym bandziorom. Nie tropienia afer korupcyjnych, lecz potanienia horrendalnie drogich i trudno dostępnych mieszkań. Oczywiście patologie agenturalno-łapówkarsko-lobbystyczne należy zwalczać bez pardonu, ale to nie one stanowią sedno rzeczywistości społecznej.

Władza PiS okazała się bezradna – mniejsza o to, czy z powodów ideologicznych, biograficznych czy jeszcze jakichś innych – wobec większości problemów, jakie trapią społeczeństwo. Liderzy tej partii nie rozumieją, że rola wszelkich patologii jest być może znaczna, ale to nie one określają sedno i charakter zachodzących zjawisk. Słuchając ich wypowiedzi można dojść do wniosku, że żyjemy na malutkiej wyspie, otoczonej zewsząd ogromnym oceanem, bez styczności z innymi zbiorowościami. A przecież wystarczy spojrzeć na kraje Zachodu – gdzie nigdy nie było komunizmu, zaś struktury władzy są o wiele bardziej przejrzyste niż u nas, podobnie jak styk polityki z biznesem – albo na te kraje postsocjalistyczne, gdzie rozliczenia poprzedniego systemu i ujawnienia agentów dokonano już dawno temu (byłe NRD, Czechy), by przestać wierzyć w to, że wszelkie polskie nieszczęścia wynikają z dziedzictwa PRL-owskiej przeszłości czy grzechów okresu transformacji. Doprawdy, nie wiem czy śmiać się, czy raczej płakać, gdy widzę ludzi, którzy w obliczu inwazji skomplikowanych problemów epoki globalizacji, neoliberalizmu i gospodarczego neokolonializmu szukają panaceum na wszelkie nieszczęścia w lustracji, rozbijaniu „układów” i tropieniu personalnych powiązań…

Nic dziwnego, że polityka oparta na tak krótkowzrocznych i błędnych przesłankach nie przynosi spodziewanych efektów. Prawdziwy problem pojawia się jednak dopiero w momencie, gdy zamiast wyciągnąć wnioski z porażek i błędów, zaleca się intensyfikację dotychczasowych działań, wierząc, że gdy będą one jeszcze „prawdziwsze”, wówczas przyniosą rezultaty. Ta szlachetna głupota przypomina mi idealistów komunistycznych. Oni na wszelkie wady realnego komunizmu reagują nie refleksją nad założeniami wyjściowymi i ich sensem, lecz wezwaniami do powrotu do źródeł. Bracia Kaczyńscy i ich ekipa robią dokładnie to samo – gdy coś nie gra, to zamiast weryfikacji swojej ideologii, uważają oni, że problem w zbyt „słabym” jej wdrażaniu. Za mało zdemaskowanych agentów, za mało śledztw, za mało ujawnionych powiązań, zbytnia pobłażliwość w stosowaniu przyjętych zasad…

O ile jednak ortodoksyjni komuniści kultywują swoje dziwactwa w małych grupkach, o tyle PiS czyni to na skalę całego państwa. Pokłosiem takiej ideologii jest niemożność rozpoznania przyczyn własnych błędów – widzi się tylko, że „coś tu nie gra”, jednak nie rozumie dlaczego. Stąd zamiast zmian w samej ideologii, jest tylko zmiana w jej stosowaniu. Rażą mnie publicystyczne porównania obecnej władzy do zamordyzmu bolszewickiego, ale jest coś na rzeczy w wykpiwaniu wywodów Kaczyńskich jako przypominających stalinowską tezę, że w miarę postępów socjalizmu walka klas się zaostrza. Bo tak to właśnie działa w partii politycznej, która przemienia się w ideologiczną sektę z nieomylnymi guru. Świetnie to było widać na przykładzie, zdawałoby się, pozapolitycznego sporu o Dolinę Rospudy. Rządzący, zamiast spokojnie posłuchać argumentów drugiej strony i najzwyczajniej w świecie zmienić szkodliwy wariant przebiegu tej trasy, będący zresztą przecież spadkiem po poprzednich rządach (co można było w dodatku wykorzystać propagandowo), potraktowali czysto techniczny spór jako ideologiczny i polityczny atak na samych siebie. Dowiedzieliśmy się więc o spisku ekologów i „Gazety Wyborczej” – spisku nie tylko w tej konkretnej sprawie, ale mającego na celu zahamowanie wręcz całego rozwoju Polski, nie wiadomo zresztą w zasadzie na czyje zlecenie, Brukseli, Berlina czy Putina, bo w obiegu krążyły różne wersje.

Władza oparta w tak skrajnym stopniu na ideologii nie przyjmuje bowiem do wiadomości, że mogła się pomylić, dokonać złej oceny sytuacji, a jej oponenci mogą od czasu do czasu mieć rację. Z władzą tak motywowaną nie opłaca się – gdy jest dostatecznie silna – wchodzić w spór. Nie dość, że postawi na swoim w tej konkretnej sprawie, to jeszcze w myśl zasady „na złość babci odmrozimy uszy”, popełni czym prędzej identyczny błąd w podobnych dziesięciu czy stu przypadkach, żeby zagłuszyć ewentualne wątpliwości własne i społeczeństwa. W tej logice bowiem każdy, kto kwestionuje cokolwiek z teorii i praktyki politycznego hegemona, staje się od razu jego śmiertelnym wrogiem, którego należy zniszczyć.

Oczywiście byłoby głupotą sądzić, że w polityce przeciwnicy dają rządzącym same cenne wskazówki i chodzi im wyłącznie o wspólne dobro. Jednak idealizm podniesiony do rangi absolutu sprawia, że nigdy nie próbuje się nawet rozważyć argumentów drugiej strony, a każde odstępstwo od głównego wzorca traktowane jest jako krecia robota o dalekosiężnych diabelskich celach. Dlatego też Samoobrona, która nie odwoływała się do tej samej ideologii „antyagenturalnej”, lecz kładła nacisk na wspólny – jak się jej jeszcze wówczas zdawało – mianownik „Polski solidarnej”, w naturalny sposób z sojusznika stała się wrogiem. W koalicji nie było już rozbieżnych ocen i różnic w akcentowaniu tych samych kwestii, lecz „warcholstwo” i „torpedowanie działań rządu”. Andrzej Lepper z „trudnego partnera” zmienił się w „przestępcę”, a jego partia w „element patologicznego układu” czy „obrońców III RP”.

Rzekoma afera łapówkarska w ministerstwie rolnictwa nie była żadnym momentem zwrotnym. Wystarczyło uważnie wsłuchać się we wcześniejsze – i to o dobrych kilka miesięcy – wypowiedzi liderów PiS, by wiedzieć, że drogi obu partii się rozchodzą, a każdy pretekst do zakończenia współpracy będzie dobry. Warto przypomnieć rozważania o zablokowaniu przestępcom możliwości kandydowania do parlamentu, niedwuznacznie wymierzone w Leppera, a padające z ust prominentnych polityków PiS. W tych wywodach pomijano oczywisty fakt, że Lepper – cokolwiek by nie sądzić o jego stylu uprawiania polityki – nie został skazany za żadne przestępstwo kryminalne, lecz za działalność publiczną spod znaku obywatelskiego nieposłuszeństwa. Człowiek, który blokował egzekucje komornicze zadłużonych gospodarstw, wysypał na tory przemycane zboże, albo w oparciu o dostępne sobie informacje formułował oskarżenia polityczne wobec polityków i biznesmenów, jest postacią kontrowersyjną i niekoniecznie godną poparcia, ale nie jest złodziejem, łapówkarzem, mordercą czy defraudantem. Gdyby to wszystko chcieć wpisać do katalogu z napisem „przestępstwa”, to przestępcami okazaliby się Mahatma Gandhi, Nelson Mandela czy Wojciech Drzymała – i nie zmienia tej oceny nawet fakt, że były to postaci sympatyczniejsze niż lider Samoobrony.

Lepper musiał stać się obiektem napaści nie dlatego, że dokonał czynów wątpliwych prawnie lub moralnie, lecz z powodu odmiennej oceny sytuacji i podejmowanych priorytetów. To nie jest żaden spór personalny między uczciwym szeryfem a rzezimieszkiem, ani też walka partii „czystej” z „podejrzaną”, lecz konflikt między tymi, którzy hasło „Polski solidarnej” potraktowali jako wyborczy wabik, a tymi, którzy do dziś traktują je serio. Nie mam przy tym na myśli tego, że socjalne propozycje Samoobrony są trafne, a przedstawicielom owej partii na pewno nie zdarzyły się kolizje z prawem czy zasadami etycznymi. Logika wydarzeń wskazuje jednak, że taki sam los, jaki spotkał Leppera, stałby się – choć zapewne pretekst byłby inny – udziałem każdego innego koalicjanta czy nawet kogoś z PiS-u, gdyby i oni zamiast położenia nacisku na tropienie agentów i demaskowanie „układów” zażądali wywiązania się z obietnic prowadzenia polityki prospołecznej. A gdy chce się uderzyć psa, to kij zawsze się znajdzie.

I PiS ten kij znalazło. Jest on bardzo wątpliwej jakości. Nawet pomijając wszelkie zastrzeżenia i duże znaki zapytania wobec akcji CBA i stosowanych przez nią metod, trudno uwierzyć, aby oskarżanie Leppera o chęć przyjęcia łapówki miało sensowne podstawy. Zawrotna nie była kwota, którą minister rolnictwa miał otrzymać. Tym bardziej, gdy mówimy o człowieku, który po latach funkcjonowania w roli folkloru politycznego dostał się wreszcie na salony, zyskując poważną szansę pozostania tam do końca życia. Lepper biorąc łapówkę w tym momencie, musiałby być skończonym idiotą, a przecież cała jego kariera pokazuje, że mimo braków w wykształceniu i obyciu, jest to człowiek inteligentny. Dla jednorazowego przypływu gotówki, której kwota może budzić zazdrość zwykłego śmiertelnika, ale przecież nie człowieka ze szczytów władzy, ryzykowałby on nie tylko odpowiedzialność karną, lecz także zakończenie kariery politycznej. Czyniłby to w dodatku jako lider partii, która na celowniku mediów i przeciwników politycznych znajduje się nieustannie, a on sam wnikliwie obserwowany i poddawany analizom jest jak mało która inna osoba w Polsce. Naprawdę trudno w to uwierzyć.

To wszystko nie byłoby warte analizy, gdyby nie skutki takiego obrotu sprawy. A skutki owe to kres marzeń o „Polsce solidarnej” oraz o istotnym zwrocie w kwestiach społeczno-gospodarczych. Wszystko wskazuje na to, że choć nie czeka nas powrót do realiów sprzed „afery Rywina” i wyborów roku 2001, to nie ma także szans na zakwestionowanie neoliberalnej ścieżki, którą podąża Polska po roku 1989. Czy będą to samodzielne rządy PO, czy jej koalicja z LiD-em, czy też powrót PO-PiS-u, tak czy tak w kwestiach „bazy” czeka nas tylko zmiana na gorsze. Obecna partia władzy szybko porzuciła hasła solidarystyczne, potwierdzając przy okazji, że nigdy nie traktowała ich serio i nie rozumiała nawet, na czym taka polityka miałaby polegać. Paradoksalnie, dla PiS-u koalicja z PO jako silniejszym partnerem byłaby idealnym rozwiązaniem – pomijając spory ambicjonalne i animozje personalne, bracia Kaczyńscy mogliby w tym układzie zająć się tym, w co wierzą i poza co ich horyzonty nie wykraczają. Liberałowie z PO mogliby w spokoju prowadzić politykę korzystną dla finansowej oligarchii, byleby robili to z „czystymi rękoma” (jak ich idolka Margaret Thatcher), a PiS nie przeszkadzałby im w tym wcale, w najlepsze tropiąc agentów, rozliczając przeszłość, promując „wartości chrześcijańskie”, „walcząc z przestępczością” itp. Lepszego prezentu – poza samodzielnymi rządami, co jest nierealne – partia braci Kaczyńskich nie mogłaby otrzymać od losu.

Sęk w tym, że to, co dobre dla PiS-u, niekoniecznie jest dobre dla Polski. Zwłaszcza dla „Polski solidarnej”.