przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Popełnić błąd to ludzka rzecz. Uciekać od odpowiedzialności i kontynuować błędną strategię, to już tylko głupota. Niestety, cechuje ona środowiska lewicowe – także te, które próbują nas przekonać, że reprezentują „nową jakość” i wysokie standardy intelektualne.
Mam na myśli recepcję dwóch książek. Pierwsza to „Klęska »Solidarności«” Davida Osta, druga – „Co z tym Kansas?” Thomasa Franka. Obie mówią właściwie to samo, tyle że jedna o Polsce, druga zaś o sytuacji w USA. Ich główna teza brzmi mniej więcej tak: środowiska prawicowo-konserwatywne dokonały manipulacji w debacie publicznej, przenosząc środek ciężkości sporu z kwestii ekonomicznych na kulturowe („wartości”). Prawica, kierując „gniew ludu” na „odstępstwa od kulturowej normy”, pozyskuje poparcie wyborców wykluczonych ekonomicznie (pracownicy najemni, ubodzy, bezrobotni itd.), lecz zamiast prowadzić politykę zgodną z ich interesami, czyni wręcz przeciwnie – wspiera taki model gospodarki, który wykluczonych jeszcze bardziej wyklucza. Ci zaś, zamiast porzucić prawicę, wspierają ją nadal, gdyż wciąż ulegają wizji „kulturowego zagrożenia”. Obywatele-wyborcy, choć prawica nie oferuje im polepszenia sytuacji bytowej, uważają ją za swoich reprezentantów, gdyż broni przed tym, co postrzegają jako zjawiska wymierzone w ich styl życia i światopogląd. Mówiąc konkretniej: ubodzy co prawda tracą na liberalizacji kodeksu pracy, obniżaniu podatków dla bogaczy, likwidacji wielu świadczeń socjalnych itp., lecz mimo to popierają prawicę, która swoje neoliberalne poglądy przysłania „krucjatą” w obronie moralności: przeciwko prawom gejów, feminizmowi, liberalnej polityce karnej, aborcji itd. W efekcie, za „wierność wartościom” ubodzy płacą cenę „pustej miski”. Prawicowi demagodzy posługują się retoryką dotyczącą „wartości”, aby wyżyłować pracowników najemnych i odwrócić ich uwagę od sedna sprawy. Politykę skoncentrowaną wokół polepszenia sytuacji ekonomicznej społeczeństwa zastąpiły batalie kulturowe, dotyczące „ładu moralnego”.
Thomas Frank mówi o tym na przykładzie amerykańskiego stanu Kansas, który z punktu widzenia standardowych reguł politycznych powinien stanowić wyborcze zaplecze Demokratów, czyli (centro)lewicy. Tymczasem tamtejsi mieszkańcy, głównie niezamożni, w dużej mierze pracownicy najemni, niższe warstwy klasy średniej, bezrobotni, beneficjenci pomocy społecznej itp., od jakiegoś czasu udzielają poparcia neoliberalnej prawicy, czyli Republikanom. Ich faworyci wprowadzają po wygranych wyborach rozwiązania jeszcze bardziej korzystne dla wielkiego biznesu i elit finansowych, a pogarszające sytuację niższych warstw społeczeństwa. Te ostatnie, zamiast w kolejnych wyborach przegnać precz tych, którzy działają na ich szkodę – i to wymierną w dolarach i poziomie życia – popierają ich po raz kolejny, zwabieni hasłami o zwalczaniu „niemoralności”, „chaosu kulturowego” czy „machinacjach liberalnych [obyczajowo] elit”. To samo zdaniem Davida Osta miało miejsce w Polsce, gdy „Solidarność”, wyrastająca z masowego ruchu robotniczo-społecznego, po roku 1989 zamiast zwalczać neoliberalne reformy, wspierała je, odciągając uwagę społeczeństwa „tematami zastępczymi”: potępianiem aborcji, demaskowaniem „wrogów Polski” czy pomstowaniem na postkomunistów. W obu książkach schemat jest ten sam: zła, podstępna i wyrachowana prawica podrzuciła społeczeństwu kwestie moralne jako główny punkt sporu, zaś błędem lewicy jest co najwyżej przyjęcie takiej sytuacji za dobrą monetę (w USA) czy swoiste „zdradzenie” robotników przez lewicowo-liberalne elity, niegdyś związane z nimi (w Polsce).
Na szerszej płaszczyźnie, gdy analizujemy trendy światowe, nie zaś tylko polskie czy amerykańskie, mowa o problemie określanym jako „postpolityczność”. Czyli o zastąpieniu sporu o charakterze społeczno-ekonomicznym (progresja podatkowa, rola i wielkość sfery publicznej, pomoc socjalna, model gospodarki itp.) przez debatę o kwestiach kulturowych (moralność, wartości, styl życia, seksualność etc.). Jest to bez wątpienia słuszna obserwacja, zresztą oczywista, gdy porównamy „zawartość” obecnych debat publicznych z tymi, które miały miejsce np. 50 lat temu. Samo to, że ukazują się książki na ów temat, jest zjawiskiem pozytywnym, gdyż zwracają uwagę na zaburzenie proporcji. Powiedzmy to wprost: niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy uduchowieni i idealistyczni, najpierw musimy się najeść i mieć dach nad głową, abyśmy mogli się modlić, kultywować tradycje narodowe czy uczestniczyć w kulturze.
Jednak na tym kończą się zalety wspomnianych książek i dzisiejszych lewicowych lamentów. Zawarta jest w nich bowiem jedna całkowicie fałszywa teza. To nie prawica zmanipulowała świadomość wyborców i podrzuciła im tematy „lajfstajlowe” czy „seksualne”. Uczyniła to sama lewica, ładnych kilkadziesiąt lat temu, a dziś zbiera gorzkie owoce takiej postawy. Krytykowanie prawicy za to, że reprezentuje interesy raczej społecznych elit niż „dołów” i że broni „wartości” zamiast „pełnej miski”, ma taki sam sens, jak zgłaszanie pod adresem słońca pretensji o to, że świeci. Prawica robi od dziesiątków lat to samo – taka jest jej polityka, taka partyjna tradycja, takie oczekiwania zwolenników tej opcji. Nie musiała ona niczego zmieniać, niczym manipulować – po prostu była konsekwentna. Dokładnie odwrotnie jest natomiast z lewicą. Przez wiele lat reprezentowała klasowy, ekonomiczny interes społeczeństwa i jego niższych warstw, rozumiejąc, że tylko na gruncie materialnej stabilizacji możliwa jest kulturowa emancypacja i że bardziej tolerancyjne są społeczności „najedzone” niż „głodne”. Co więcej, spora część lewicy uważała, że jej zadaniem nie jest „wyzwalanie” nikogo na siłę – dbano o dobrą sytuację materialną robotników, uznając, że po pierwsze ich kultura i styl życia reprezentują pozytywne wartości, a po drugie, że to sami robotnicy powinni decydować, jak będą żyli, w co wierzyli itd.
To właśnie lewica, bez żadnego wkładu prawicy w ten proces, porzuciła swój etos i zamiast kwestii klasowych, na sztandar wciągnęła sprawy obyczajowe. Począwszy od lat 60. i młodzieżowej rewolty tamtej dekady, lewica coraz bardziej lekceważyła tematykę ekonomiczną. Stopniowo środek ciężkości jej zainteresowań przenosił się z praw pracowników najemnych na feminizm, mniejszości seksualne, styl życia i konsumpcji, imigrantów czy mniejszości etniczne („tolerancja”, „różnorodność”) itd. Im dłużej trwał ów proces, tym mniej było miejsca na kwestie socjalne, w wielu przypadkach zupełnie ustępujące tematyce „obyczajowej”. Ba, robotnicy i niższe warstwy społeczeństwa nierzadko byli przez lewicę uznawani za „reakcyjnych”, gdy okazało się, że nie nadążają z akceptowaniem wzorców i postaw podsuwanych przez awangardową elitę. Robotnik okazywał się „ksenofobem”, „drobnomieszczaninem”, „homofobem”, „zwolennikiem patriarchatu”, a przynajmniej nie dość gorliwie przyswajał najnowsze trendy kulturowe.
W najlepszym razie lewica uznała, że pracownicy najemni mogą być zaledwie jednym z wielu podmiotów tworzących zaplecze tego środowiska politycznego, obok rozmaitych grup bazujących na tożsamości nie ekonomicznej, lecz kulturowej czy po prostu seksualnej. W wielu przypadkach lewica poszła jednak znacznie dalej, uznając, że bliższe niż „zastygłe” środowiska robotnicze są jej młodzieżowe subkultury, liberalna obyczajowo część klasy średniej, najróżniejsze „wyluzowane” grupy bazujące raczej na wspólnym modelu konsumpcji niż definiowane wedle stosunku do posiadania środków produkcji czy miejsca w stratyfikacji klasowej.
Oczywiście swoje zrobiło też „samo życie”. W ostatnim półwieczu dokonały się ogromne przeobrażenia kulturowe, technologiczne, komunikacyjne itp., co wpłynęło na dotychczasowe podziały społeczne. Paradoksalnie jednak, lewica znacznie mniej uwagi poświęciła „nowym wykluczonym”, zajmując się głównie „nową elitą”. Nowe rozwiązania technologiczne czy kulturowe dokonały tego, czego bezskutecznie domagały się bojowe ruchy społeczne – to nie sufrażystki „uwolniły” kobiety z domów i „garów”, lecz uczynił to dynamiczny kapitalizm, potrzebujący dodatkowych pracowników i konsumentów. „Kura domowa” po prostu przegrała z „business woman” czy choćby z „wyzwoloną kobietą”. Zamiast przedstawiać gejów jako „zboczeńców” czy „dziwaków”, jak czyniono dawniej, kapitalizmowi bardziej na rękę jest dziś traktowanie ich jako pełnoprawnych konsumentów i stymulowanie ich dążeń do materialistycznego „spełnienia”. Różne kulturowe tabu i ograniczenia hamują rozwój kolejnych sektorów konsumpcji. Jeśli wielki kapitał i elity społeczne odwołują się do konserwatywnych wartości, to bardzo wybiórczo, w ramach reagowania na postawy dysfunkcjonalne z punktu widzenia stabilizacji systemu. Czasem promują np. „szeryfa”, który „rozprawi się z przestępcami”, ale żadnej ponadnarodowej korporacji czy elicie finansowej nie byłaby przecież na rękę reaktywacja surowego etosu rodem z Dzikiego Zachodu, opartego na niewielkiej konsumpcji, skromnym życiu, oszczędności i dbałości o wspólnotę kosztem wielu indywidualnych zachcianek.
Swoje zrobiła też kapitulacja lewicy przed narastającą od lat 70. inwazją neoliberalizmu i tendencji globalizacyjnych. Łatwiej było zajmować się „dyskryminacją gejów”, „równouprawnieniem kobiet” czy „tendencjami rasistowskimi” niż walką z coraz bardziej brutalnym wyzyskiem ekonomicznym i deregulacją rynku pracy. Tym bardziej, że do lamusa odeszły dotychczasowe wyraziste podziały społeczne i sposoby mobilizowania różnych grup. Nie było już jednego „proletariatu”, lecz zróżnicowane „subkultury” w łonie klasy robotniczej. Nie było też stabilnego etosu, lecz dynamiczne zmiany w jego obrębie, sprawiające, że dawną jedność postaw i świadomości pracowników najemnych zastąpiły znaczne różnice choćby pokoleniowe. Sam wyzysk też nie był już tak łatwy do zdefiniowania jak wtedy, gdy w jednym przedsiębiorstwie pracowało kilkadziesiąt tysięcy osób, a szefostwo w imię maksymalizacji zysków dokonywało zwolnień grupowych lub obniżki płac.
Wszystkie te czynniki złożyły się pospołu na to, że lewica z „klasowej” stała się „kulturową”. To ona zapoczątkowała proces dominacji „postpolityki”, wszczynając raczej batalie kulturowe niż ekonomiczne. Prawica nie tylko pozostała wierna sobie i koncentracji na „wartościach”, lecz szybko zrozumiała, że zmiana postawy lewicy jest dla niej niezwykle korzystna. O ile wcześniej lewica, mówiąc kolokwialnie, zwracała się do prawicy tak: „przestańcie gadać o chodzeniu do Kościoła, gdy ludziom nie starcza do pierwszego”, o tyle później ta sama lewica przekonywała już, że „nie ma alternatywy wobec wolnego rynku, więc pogadajmy o tym, dlaczego czepiacie się gejów”. Lewica przestała zagrażać ekonomicznym interesom elit finansowych, przestała mobilizować „gniew ludu”, a w dodatku jej postulaty obyczajowe nierzadko były postrzegane jako wymierzone w „małą stabilizację” niższych warstw społecznych. Te ostatnie zresztą, w efekcie niekorzystnych dla nich przeobrażeń gospodarczych, „usztywniły” swoje postawy – nie od dziś wiadomo, że „jak trwoga to do Boga” i że społeczeństwa mniej stabilne stają się bardziej podatne na postawy nietolerancyjne. To nie żaden spisek czy choćby strategia prawicy sprawiły, że pole bitwy przesunęło się z kwestii ekonomicznych na kulturowe. Próby zrzucenia z siebie odpowiedzialności za ten fakt nie zmienią sytuacji.
Tym bardziej, że lewica mówi „A”, lecz nie potrafi powiedzieć „B”. Jaki bowiem wniosek wyciągnęła z trafnego rozpoznania obecnej sytuacji? Czy postanowiła porzucić tematykę i retorykę „obyczajową” na rzecz „klasowej”? Skądże – ona postanowiła łaskawie sięgnąć po hasła „socjalne”, łącząc je z „moralnymi”. Trudno spodziewać się, że w efekcie takiej reorientacji cokolwiek ulegnie zmianie – jest to bowiem działanie spod znaku „jak zmienić wszystko, by wszystko zostało po staremu”.
Lewica nie rozumie – czy po prostu nie chce przyznać – że dziś gorszej sytuacji pracowników najemnych towarzyszy znacznie lepsza sytuacja różnych środowisk „kulturowych”. Współczesny rynek pracy jest z punktu widzenia robotnika gorszy niż ten z lat 50. czy 60. – o wiele bardziej niestabilny, wymagający ciągłych postaw przystosowawczych (mobilność przestrzenna, dokształcanie, ruchomy czas pracy itp.), dysponujący ogromną gamą środków „miękkiej represji” (rozbicie firmy na mniejsze oddziały, outsourcing czy całkowite przeniesienie produkcji za granicę), a jednocześnie pozbawiony silnego przeciwnika w postaci dawnego państwa narodowego i jego polityki fiskalnej czy celnej. Natomiast współczesna kultura jest w porównaniu z tą sprzed pół wieku o wiele bardziej sprzyjająca środowiskom „obyczajowym”. Dziś mało który polityk nowoczesnego państwa pozwala sobie na wypowiedzi jawnie homofobiczne, antykobiece czy rasistowskie, natomiast całe zastępy członków klasy politycznej nieustannie pouczają i strofują pracowników najemnych, bezrobotnych, beneficjentów pomocy socjalnej itp. Owszem, kolorowi imigranci czy kobiety na ogół są traktowani gorzej na rynku pracy, ale wynika to nie z tego, że bossowie biznesu mają rasistowskie czy patriarchalne poglądy, lecz dlatego, że grupy te, samoidentyfikując się poprzez odwołania do rasy czy płci, wykopują przepaść między sobą a resztą pracowników najemnych, który to podział liberalne elity jeszcze wzmacniają, bo zasada divide et impera jest im na rękę. Ciekawe dlaczego w wielkich mediach promowane są tożsamości płciowe, seksualne czy etniczne, lecz nie ma tam miejsca na popularyzowanie etosu wyrastającego choćby ze wspólnego miejsca pracy czy z zajmowania podobnej pozycji w strukturze klasowej.
Orientacja seksualna czy płeć nie zamykają dziś drogi – przynajmniej oficjalnie – na żadne stanowiska w biznesie, nauce, mediach, kulturze i w sferze publicznej. Natomiast zróżnicowanie dochodów między bogatymi a biednymi jest kilkadziesiąt razy większe niż ćwierć czy pół wieku temu, podobnie jak formalne i nieformalne bariery wynikające z tego. Mówienie o sojuszu i wspólnocie interesów gejów i bezrobotnych jest zupełnie pozbawione sensu. I nie zmienia tego fakt, że wśród homoseksualistów też występuje bezrobocie – bo gej identyfikuje się bardziej ze swoim stylem życia niż z pozycją zawodowo-klasową, dlatego też to nie heteroseksualny bezrobotny jest przezeń postrzegany jako towarzysz wspólnej walki. Mogą zaistnieć takie doraźne sojusze, ale i one raczej podkopują powrót do polityki klasycznie lewicowej niż wspierają ten proces.
Pewien konserwatyzm klasy pracującej jest bowiem faktem. Mówią o nim wszelkie badania socjologiczne. Lewica jednak błędnie interpretuje ów konserwatyzm, bądź to akceptując, bądź krytykując pogląd, jakoby robotnik był rozmodlonym ksenofobem potępiającym aborcję i homoseksualizm. Tymczasem konserwatyzm niższych warstw społecznych rzadko przybiera charakter „ideologiczny”, nie stanowi spójnego, całościowego zestawu poglądów. Częściej przejawia się natomiast w cenieniu stabilizacji kulturowej, niechęci wobec pochopnych zmian, przywiązaniu do środowiskowych postaw i stylu życia. Przeciętny robotnik czy bezrobotny nie spędza pół dnia z różańcem w ręku, ale chrzci dzieci i posyła je do komunii, a jeśli nie przyjmuje księdza po kolędzie, to raczej dlatego, że mierżą go faktyczne czy domniemane „wybryki” kleru niż z tego powodu, że naczytał się ateistycznych broszur. Przeciętny robotnik nie tropi na swoim osiedlu gejów i nie urządza ich pogromów, ale jednocześnie pomysł adoptowania dzieci przez homoseksualistów wydaje mu się co najmniej dziwaczny. Przeciętny bezrobotny nie jest krwiożerczym nacjonalistą, ale wzrusza się, gdy podczas występu reprezentacji odgrywają hymn – i trudno mu zostać sojusznikiem kogoś, kto posługuje się sloganami typu „patriotyzm to idiotyzm” lub uważa celebrowanie pamięci o Powstaniu Warszawskim czy Piłsudskim za przejaw „faszyzmu”. Bezrobotny nie musi uważać, że „baba nadaje się tylko do garów”, ale raczej nie przekonamy go, iż warunkowany płciowo i kulturowo podział ról społecznych jest całkowicie bez sensu.
Lewica jest tymczasem przekonana, że wystarczy do mocno eksploatowanej tematyki obyczajowej dołożyć trochę „ekonomii i socjalu”, aby odzyskać niższe warstwy społeczne z rąk prawicy. Nic z tego. Oczywiście jednostkowe przypadki tego typu są możliwe, a domorośli stratedzy cieszą się, gdy na niszowej feministycznej Manifie pojawi się delegacja górników z równie niszowego związku zawodowego. Ale naiwne jest przekonanie, że w masowej skali polscy górnicy czy hutnicy zbratają się z twórcami „sztuki nowoczesnej”, doktorantami spędzającymi czas na debatach o patriarchacie lub z bywalcami stołecznych gejowskich klubów. To są po prostu zupełnie inne światy, nie tylko w sferze kultury, ale również ekonomii – nawet jeśli doktorant nie zarabia więcej niż robotnik wykwalifikowany, to dalszy ciąg „kariery zawodowej” prawdopodobnie będzie oznaczał niewielkie zmiany lub stagnację u robotnika oraz znaczący rozwój u doktoranta.
Nie wystarczy zatem, że lewica dołoży do postulatów obyczajowych hasła socjalne, „zmiksuje” to i spróbuje przyciągać różne grupy społeczne. Co więcej, gdy na serio zacznie stawiać postulaty ekonomiczne, w sposób zagrażający interesom kapitału, to zniknie z wielkich mediów i salonów, które dziś chętnie ją zapraszają, by epatowała aborcją, egocentrycznymi polemikami czy w najlepszym razie odwołaniami do „modelu skandynawskiego”, pozbawionymi jakichkolwiek konkretów i postulatów dotyczących polskiego „tu i teraz”. Zresztą, wystarczy spojrzeć, jak ta salonowa lewica reagowała choćby na wyborcze sukcesy Samoobrony – pierwszego tak znaczącego ruchu plebejsko-rewindykacyjnego w Polsce – i przypomnieć jej ówczesny jazgot o „populizmie”, niczym nie różniący się od jazgotu neoliberałów z „Wprost” i Business Centre Club, by sprawdzić szczerość „socjalnych” deklaracji tej lewicy, która pyta „co z tym Kansas?”.
Gdyby lewica wyciągnęła wnioski „z Kansas”, powinna nie tyle całkowicie porzucić tematykę kulturową, ile znacząco zmienić zawartość tego katalogu swoich postulatów. Wyrazistemu, czy wręcz bojowemu akcentowaniu postulatów ekonomicznych, stanowiących sedno programu politycznego, powinny towarzyszyć odwołania do tych wartości, które są istotne dla klas niższych i środowisk wykluczonych. Lewica powinna odebrać prawicy monopol na patriotyzm, powinna nie wstydzić się przyznać, że w życiu ludzi istotną rolę odgrywa np. rodzina czy praktyki religijne, że niższe warstwy społeczeństwa pragną raczej stabilizacji niż kolejnych eksperymentów kulturowych. Przede wszystkim lewica powinna zrozumieć, że w sferze światopoglądowej dokonała się olbrzymia zmiana. O ile kiedyś wielki kapitał, burżuazja i elity społeczne były w większości konserwatywne obyczajowo, a w dodatku zainteresowane kultywowaniem zastanego porządku, o tyle dzisiaj jest zupełnie inaczej – stanowią one nierzadko awangardę „postępu” i stymulują rozliczne, głębokie zmiany w sferze kultury. W sytuacji, gdy kobiety były traktowane jako maszyny rozpłodowo-kuchenne, gdy orientacja homoseksualna stanowiła przyczynę poważnych represji, gdy kolor skóry był podstawą napiętnowania człowieka, wówczas lewica miała moralny obowiązek upominać się o równe traktowanie takich grup. Dziś wszelkie podstawowe prawa takich środowisk są już dawno zagwarantowane ustawami i innymi regulacjami, sprzyjają im dominujące trendy kulturowe, a one same mają wpływowych obrońców w postaci współczesnych ugrupowań liberalnych-burżuazyjnych.
Zadaniem lewicy w takich realiach nie jest obrona „mniejszości” (co nie znaczy, że ma popierać ataki na nie), ani polityka skoncentrowana na „tożsamości”. Jest nim natomiast reprezentowanie interesów „wyklętego ludu ziemi”. A to oznacza nie tylko korzystne dlań postulaty ekonomiczne, ale także akceptację światopoglądu i systemu wartości pracowników najemnych, bezrobotnych, wykluczonych itp. W przeciwnym razie lewicy pozostanie wyłącznie biadolenie, że jej potencjalny elektorat jest sprawnie rozgrywany przez prawicowych orędowników „wartości”. Lewica, której „twarzami” są Jacek Żakowski, Kazia Szczuka czy Wilhelm Sasnal jest skazana na to, że będzie pytać „co z tym Kansas?”. Pytać bezradnie i do usr… śmierci.
przez Remigiusz Okraska | piątek 28 marca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Ten liberalny slogan jest bardzo popularny, ciesząc się – przynajmniej w teorii – uznaniem chyba wszystkich znaczących sił politycznych. To, że jest powszechnie nadużywany, a każda ekipa, która przejmie ster władzy, szybko rezygnuje z zapowiadanych oszczędności, nie stanowi przy tym wcale największego problemu. Wręcz przeciwnie – kwoty, jakie na swoje zachcianki przeznaczają z państwowej kasy jej aktualni „zarządcy”, to w skali całego budżetu mało znaczący drobiazg. Oczywiście zarówno slogan o tanim państwie, jak i lamenty o „horrendalnych wydatkach” z publicznego skarbca, cieszą się popularnością. Są użyteczne w jałowych pyskówkach polityków, przesłaniając ich miałkość oraz brak zaangażowania w problemy znacznie ważniejsze. Przydają się także różnym leniwym mędrkom, którzy przed telewizorami czy przy kieliszku pomstują na „onych” z rządu i sejmu, choć sami nigdy nie kiwnęli palcem w sprawach publicznych choćby na skalę małego miasteczka. Jeszcze bardziej w rozliczaniu z „taniego państwa” lubują się tabloidy – o, to prawdziwa woda na ich młyn: „Poseł X poleciał rządowym samolotem na prywatne spotkanie”, „Pani Y zamówiła dowóz wody mineralnej taksówką za pieniądze z urzędu”, „Asystent premiera zapłacił służbową kartą za schabowego” itp. Oburzajmy się!
W ten sposób omijamy sedno sprawy. Oczywiście, iż „grosz publiczny” należy oszczędzać, a apanaże posłów i rządowych biurokratów są na tyle wysokie, że za prywatne wydatki powinni płacić właśnie z nich, nie zaś z państwowej kasy. Oczywiście, iż bezczelność wielu „reprezentantów społeczeństwa” nie zna granic i uważają oni, że kampanie wyborcze służą oszukiwaniu głosujących frajerów, których kosztem można później przez kilka lat żyć wygodnie i beztrosko. Oczywiście, że w wielu instytucjach publicznych panuje nieróbstwo, prywata i kumoterstwo, że tworzy się dla krewnych i znajomych posady, które nie są związane z realną i niezbędną pracą, a na innych etatach pracują ludzie o wydajności niższej o połowę niż w przeciętnej firmie prywatnej. Ale na tym te oczywistości w kwestii „taniego państwa” się kończą.
Koniec owej wyliczanki oznacza, że jeśli odłożymy na bok wywody polityków i wrzask tabloidów, to niewiele zostanie z owej gadaniny o „tanim państwie”. Owszem, można i należy zaoszczędzić co nieco na nonszalanckich wydatkach klasy rządzącej. Warto również pozbyć się nierobów z instytucji publicznych. Należy też przemyśleć wiele budżetowych wydatków, bo niektóre z nich na pewno są pozbawione sensu. Czy te zmiany sprawią jednak, że otrzymamy w efekcie państwo naprawdę tanie?
Otóż nie. Z tego prostego powodu, że w Polsce na sporą część niepotrzebnych czy za dużych wydatków publicznych przypada znacznie większa ilość sfer niedofinansowanych, nierzadko drastycznie. Jeśli z urzędów i instytucji budżetowych zwolnimy leniuchów, którzy otrzymali te posady po znajomości, to na ich miejsce będziemy musieli przyjąć zapewne nieco mniej nowych, wydajnych osób, ale jednocześnie trudno oczekiwać, żeby osoby naprawdę pracowite i zaangażowane w swoje obowiązki zechciały na dłuższą metę zajmować stanowisko, na którym pensja u szczytu „kariery” dobija do 1500 zł. Pomijając rzadkie przypadki wielkiej pasji czy indywidualnych preferencji, większość takich osób przy pierwszej lepszej okazji ucieknie do prywatnych firm, choćby dlatego, że zmusi je tzw. konieczność życiowa, czyli np. koszty wychowania dzieci, spłaty kredytu, chęć egzystencji na poziomie choć ciut wyższym niż wegetacja od wypłaty do wypłaty. Koniec końców, jeśli instytucje publiczne miałyby zacząć działać naprawdę sprawnie, to prawdopodobnie kwoty wydatkowane na ten cel należałoby raczej zwiększyć niż zmniejszyć w stosunku do obecnych.
Nad wizjami „taniego państwa” nie warto byłoby się poważnie zastanawiać, gdyby nie fakt, że mają one drugie dno. Jeśli przyjrzeć się temu, kto najczęściej je głosi i w jakim „otoczeniu” występuje ów termin, wtedy okazuje się, że sprawa jednak jest warta komentarza. Otóż orędownikami „tanich państw” są głównie środowiska wierzące w liberalne mity – mity nie tylko szkodliwe, ale i zupełnie pozbawione sensu, zwłaszcza w takich realiach technologiczno-gospodarczo-społecznych, jak obecne. Roztaczane przez nich wizje zbrodni tej miary, co prywatny przelot służbowym samolotem albo zapłacenie z rządowych funduszów za lunch, są typowym przykładem prymitywnego liberalnego populizmu, który chce nam obrzydzić samą instytucję państwa i jego funkcje. Tymczasem „tanie państwo” – to państwo słabe, niesprawne. Jeśli coś nam takie państwo zapewni, to nie tyle oszczędności – lub co najwyżej niewielkie – lecz regres cywilizacyjny i znaczne dodatkowe wydatki na takie usługi, które dotychczas miały status publicznych.
Jeśli przyjrzymy się rozwojowi nie tylko przez pryzmat wzrostu PKB, który jest miernikiem bardzo wybiórczym, to okaże się, że państwa sprawne, zapewniające swoim obywatelom wysoki materialny poziom życia oraz „niematerialną” jakość życia, to w zasadzie same „drogie państwa”. Czyli takie, które na obywateli, a przede wszystkim na prywatne firmy nakładały znaczne podatki oraz tworzyły rozbudowany aparat administracyjny do zadań związanych z wydatkowaniem tych pieniędzy. Jeśli zsumujemy takie zdobycze, jak wysoki poziom życia (czyli zamożność obywateli), jego upowszechnienie (żadna sztuka mieć najwięcej milionerów – sztuką jest najmniejsza liczba biedaków), wysokiej jakości podstawowe usługi (opieka zdrowotna, edukacja, mieszkalnictwo, zabezpieczenie na starość i w czasie choroby) oraz dbałość o kwestie pozamaterialne (kultywowanie tożsamości narodowej, wspieranie kultury wysokiej, zachowanie zabytków, ochrona środowiska, stabilizacja życiowa i ład społeczny), to okaże się, że w największym stopniu są one pospołu zapewniane przez „drogie państwa”.
Niemcy, Francja, Kanada, Japonia, Szwecja, Dania, Finlandia, Norwegia, Holandia, w nieco mniejszym stopniu Włochy, Hiszpania i kilka innych krajów – to „państwa drogie”, a jednocześnie oferujące swoim obywatelom najwyższą jakość życia, gdy bierzemy pod uwagę powszechną zamożność oraz niematerialne aspekty egzystencji. Nawet rzekome wyjątki – bardziej liberalne Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – nie są żadnymi wyjątkami. Spora część dobrobytu tych krajów i ich stabilizacji społecznej to w ciągu ostatniego wieku efekt keynesowskich strategii, zapoczątkowanych przez New Deal Roosevelta oraz programu reform socjalnych Beveridge’a, kontynuowanych przez Partię Pracy. Rozwój społeczny i gospodarczy USA i Wielkiej Brytanii bazował przez około 40 lat (od mniej więcej połowy lat 30. do połowy lat 70.) na rozwiązaniach nie mających nic wspólnego z „tanim państwem”. A i dziś, po szaleństwach reaganomiki i thatcheryzmu, pomału, lecz stale rehabilituje się tam udział instytucji publicznych w oferowaniu obywatelom wielu niezbędnych dóbr i usług, niezbyt dostępnych na wolnym rynku mimo zaoszczędzenia kilku funtów czy dolarów przez tzw. podatników.
Rozbudowane, aktywne struktury państwa nie są, jak czasem próbują przekonywać krytycy etatyzmu, swego rodzaju fanaberią zamożnych krajów, które lekkomyślnie postanowiły „przejeść” bogactwo, gromadzone przez wiele lat. Jest dokładnie odwrotnie – przykład wszystkich czterech krajów skandynawskich pokazuje, że wprowadzenie „drogiego państwa” pozwoliło ubogim, marginalnym, w znacznej mierze chłopskim narodom na błyskawiczne, trwające zaledwie kilka dekad, dogonienie największych potęg ekonomicznych, a następnie przegonienie ich. Trudno byłoby natomiast znaleźć kraj, który tak wysoki poziom życia zapewnił w tak krótkim czasie ogółowi swoich mieszkańców dzięki „taniemu państwu”. Nawet chętnie przywoływana przy tej okazji Irlandia nie jest „tanim państwem”. Stosunkowo niskim podatkom towarzyszy tam wiele form ingerencji w stosunki ekonomiczne i społeczne, o jakich w Polsce możemy tylko pomarzyć. Wystarczy porównać, jak niekorzystnie na irlandzkim tle wypada nasz system pomocy społecznej dla osób wykluczonych z rynku pracy albo ochrona praw pracowników najemnych, by między bajki włożyć opowieści o „irlandzkim liberalnym cudzie gospodarczym”. Jeśli Irlandczycy coś zawdzięczają liberalizmowi, to tylko tyle, że ominęli mielizny najbardziej topornych, nieefektywnych i przestarzałych form etatyzmu i „socjalu”.
Za agitacją na rzecz „taniego państwa” kryje się dążenie liberalnego lobby do stworzenia państwa, owszem, taniego, lecz dla najzamożniejszej części społeczeństwa. To znaczy takiego, w którym finansowa oligarchia będzie w niewielkim stopniu zasilała budżet i partycypowała w zagwarantowaniu reszcie społeczeństwa przyzwoitych usług publicznych. Oczywiście z punktu widzenia osób zamożnych jest to racjonalne posunięcie – całe te wywody o „kosztownym państwie”, „niewydolnej biurokracji”, „rozdętych wydatkach budżetowych” itp., mają na celu zohydzenie państwa jako takiego. Wówczas oni sami będą płacili znacznie mniejsze podatki, a koszty funkcjonowania państwa zostaną w jeszcze większym stopniu przerzucone na niezamożnych. W dodatku, za te usługi, które zapewnia lub mogłoby zapewniać – przy zmianie dotychczasowej polityki – państwo, trzeba będzie zapłacić z własnej kieszeni podmiotom należącym do najbogatszych.
Powstaje zatem pytanie, czy nam – zwykłym ludziom – opłaca się „tanie państwo”. Czyli takie, które nie zdoła sfinansować swoim obywatelom porządnej jakości plomb dentystycznych, o leczeniu poważniejszych schorzeń nie wspominając, nie zapewni im edukacji na przyzwoitym poziomie, mieszkania każe nabywać po horrendalnych cenach na 40-letnie, mordercze kredyty oraz zmusi wszystkich do zakupu samochodu, bo kolejowe i tramwajowe szyny rozlecą się ze starości, uniemożliwiając korzystanie z takich środków lokomocji. To „tanie państwo” będzie oczywiście miało wystarczająco dużo środków na finansowanie wojskowych „misji stabilizacyjnych” na drugim końcu świata, na policję pilnującą dziesięciu procent jaśnie państwa przed „motłochem”, na wydatkowanie miliardów złotych na autostrady, którymi tiry wielkich firm będą woziły produkty jeszcze większych koncernów – bo redukcji akurat tych wydatków nie przewiduje przecież żadna z wizji „taniego państwa”. Oszczędzać można przecież na dożywianiu ubogich dzieci, na komunikacji publicznej, na leczeniu, oświacie…
Wybór między „tanim państwem” a „drogim państwem” oznacza wybór między naśladowaniem Brazylii lub Finlandii. Czyli między krajem ogromnego rozwarstwienia społecznego, bezkarnej oligarchii finansowej, wyalienowanej klasy politycznej, wysokiej przestępczości, dużych obszarów biedy, a krajem ze ścisłej cywilizacyjnej czołówki: znakomitej edukacji, przyzwoitej służby zdrowia, egalitaryzmu społecznego przy zapewnieniu znacznego stopnia zamożności, bezpieczeństwa i ładu społecznego, sprawnych instytucji publicznych i rozwiniętych mechanizmów wpływu obywateli na decyzje władz.
Oczywiście nie mam na myśli tego, że Polska zamieni się w kraj slumsów-faveli, narkotykowych gangów i policji strzelającej do demonstracji niezadowolonego społeczeństwa. Na pewno jednak przy wprowadzaniu rozwiązań spod znaku „taniego państwa” nie uda się nam ani dogonić w rozwoju żadnego z „drogich państw”, ani nawet zapewnić ogółowi społeczeństwa takich warunków życia, w których strach przed utratą pracy, chorobą czy egzekucją niespłaconego długu nie paraliżuje wszelkiej aktywności wykraczającej poza wyścig szczurów. „Drogie państwo”, choć przy niedostatecznej społecznej kontroli nabiera z czasem pewnych wad, m.in. w postaci nadmiernej biurokracji czy marnotrawstwa, to państwo przyjazne obywatelom, oferujące stabilizację i pozwalające na wyrwanie się z kieratu notorycznej harówki. „Tanie państwo” to iście arystokratyczne przywileje garstki zamożnych oraz spychanie całej reszty społeczeństwa do roli pariasów.
Jest to tym bardziej widoczne właśnie w takich czasach, jak nasze, gdy wiele z dotychczasowych „naturalnych” ograniczeń i gwarancji, związanych z silnym państwem narodowym i „zakotwiczeniem” kapitału, zostało zmiecionych przez mechanizmy i realia globalizacji i konkurencji na światowym rynku. W czasach, gdy niespotykana potęga finansowa oraz technologiczna (choćby najnowsze lekarstwa albo techniki manipulacji genetycznych) znalazły się w rękach prywatnych koncernów, nie poddanych społecznej kontroli. W czasach, gdy coraz bardziej kruszą się tradycyjne formy życia, jak rodzina, społeczność lokalna czy zbiorowość religijna.
Liberałowie lubują się w opowiastkach o tym, że omnipotentne państwo i jego straszliwi biurokraci sprawili, iż ludzie są bezradni, niesamodzielni, pozbawieni inicjatywy – i że tylko wolny rynek może im pomóc stanąć znów na nogach i wziąć w ręce ster własnego życia. Są to bajki dla naiwnych. Bezradność człowieka wynika przede wszystkim z liberalnego kultu egoistycznego indywidualizmu, przy jednoczesnym rozbiciu przez przeobrażenia gospodarcze i technologiczne tego społecznego „otoczenia”, w którym do niedawna funkcjonowała większość ludzi. Liberalne gawędy o XIX-wiecznym kapitalizmie zawierają obraz sytuacji, w której państwu niezbyt, czy wręcz minimalnie rozbudowanemu towarzyszyła indywidualna aktywność. Nie wspominają jednak o tym, że ówczesne społeczeństwo nie było zbiorem zatomizowanych jednostek, lecz zbiorowością pełną „mikroelementów” w postaci rodzin, sąsiedztw, społeczności lokalnych i religijnych, organizacji zawodowych itp. To właśnie one w znacznej mierze kompensowały skutki wolnego rynku, dając człowiekowi oparcie w szerszym kręgu wsparcia i współpracy.
Dziś jednak to wszystko istnieje w formie szczątkowej – nie dlatego, że państwo tak bardzo ingerowało w życie społeczne, iż zniszczyło owe pośrednie struktury. To głównie promowane przez rynek rozwiązania organizacyjne i technologiczne oraz wzorce kulturowe i styl życia sprawiły, że człowiek stał się monadą, dryfującą samotnie wśród milionów podobnych sobie, nawiązując nietrwałe relacje, które zrywa pod byle pretekstem lub z powodu rozmaitych konieczności (choćby w efekcie wychwalanej przez liberałów „mobilności społecznej”). Nie ma sensu roztkliwiać się nad światem, który odszedł, nic nie pomogą lamenty nad „starymi dobrymi czasami”. Ale warto mieć świadomość, że na placu boju zostały tylko dwa silne podmioty – wielki i coraz bardziej wszechogarniający Rynek oraz kurczące się, nadwerężone, lecz wciąż silne i całkiem sprawne państwo (czy też związki państw, jak np. Unia Europejska).
„Tanie państwo” oznacza więc, że jednostka zostanie pozostawiona bez żadnej pomocy i wydana na pastwę potężnych struktur Kapitału. „Drogie państwo” oznacza, że owszem, czasem zezłości nas leniwy biurokrata lub wścibski Urząd Skarbowy – ale jednocześnie nie będziemy na tym świecie sami, lecz zyskamy oparcie w Państwie, które temuż Kapitałowi może nałożyć kaganiec.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 2 marca 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
W debacie wokół książki „Strach” J. T. Grossa, niejako mimochodem pojawił się pewien bardzo istotny wątek, który oczywiście przeszedł niemal niezauważony przez tzw. opinię publiczną. Prof. Andrzej Friszke, pisząc w „Gazecie Wyborczej” o krytykach Grossa (głównie o Marku Janie Chodakiewiczu i jego książce „Po Zagładzie”), poświęcił część artykułu takiej kwestii: „Warto zwrócić uwagę na czarno-biały obraz politycznego podziału społeczeństwa, jaki wyłania się z pracy Chodakiewicza, a także publikacji wielu innych autorów związanych z IPN. Po jednej stronie są rządzący komuniści, po drugiej – antykomunistyczni partyzanci /…/. W tej perspektywie nie istnieje Polskie Stronnictwo Ludowe – milionowa partia, która dźwigała główny ciężar oporu wobec komunistycznej dyktatury. /…/ IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej” (cały artykuł tutaj).
Na taką opinię zareagował rzecznik IPN-u, Andrzej Arseniuk, pisząc m.in.: „Historyk Andrzej Friszke na łamach »Gazety Wyborczej«, kontynuując dyskusję wokół książki Jana T. Grossa (»Gross i chłopcy narodowcy« 23-24.02.2008 r.), napisał, iż »IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej«, koncentrując się rzekomo na historii Narodowych Sił Zbrojnych. Jest to twierdzenie nieprawdziwe, niekompetentne i zaskakujące jak na byłego członka Kolegium IPN, za którego kadencji ukazały się dwa tomy materiałów konferencyjnych »Represje wobec wsi i ruchu ludowego« czy prace regionalne, jak »Kolektywizacja rolnictwa w regionie łódzkim«” (całe oświadczenie tutaj)
Życie pisze doprawdy dziwne scenariusze. Na przykład taki, że oto muszę stanąć po stronie „Gazety Wyborczej”, czy raczej tekstu opublikowanego na jej łamach. Dzieje się tak pomimo iż przez wiele osób jestem traktowany jako „zoologiczny antymichnikowiec”. Sama „Gazeta” raczyła poświęcić mi przeczytany przez kilkaset tysięcy osób tekst, mówiący, że jestem groźnym faszystą – takim, jakimi ten dziennik lubi straszyć swoich czytelników, a więc kimś, kto mniej więcej co trzy dni zjada liberalne niemowlę na drugie śniadanko.
W dodatku muszę zająć stanowisko krytyczne wobec IPN-u, a zatem, chcąc nie chcąc, przyłączyć się do przodującej w atakach na tę instytucję sitwy „okrągłostołowej” i postkomunistów. I znów robię to, mimo iż przez ładny kawałek czasu krytykowałem (i krytykuję nadal) te środowiska polityczne, które przy „okrągłym stole” dogadały się, jak rządzić Polską – a efekty tychże rządów uważam za scenariusz dla Polski chyba najgorszy z możliwych, zarówno w aspekcie gospodarczym, jak i kulturowym i politycznym. Robię tak również pomimo tego, że postkomuniści potraktowali mnie podobnie jak „Wyborcza” – ich główny dziś organ, tygodnik „NIE”, będący wyrazicielem opinii środowiska esbecko-szmaciakowatego, redagowany przez rzecznika prasowego zbrodniczej junty gen. Jaruzelskiego, również zaprezentował mnie w całkiem sporym nakładzie jako – jakżeby inaczej – groźnego faszystę. Tak, w stylu tych, którzy co trzeci dzień zjadają na drugie śniadanie rumianego, PRL-owskiego emeryta.
Te wszystkie daleko idące różnice między mną a redaktorami szmatławców traktujących IPN jako jednego z czołowych wrogów, nie zmieniają smutnego faktu – w tym konkretnym sporze rację ma prof. Friszke. Ale zabieram głos nie dlatego, że owa wymiana zarzutów między Friszke a IPN-em jest szczególnie ważna. Bo sama w sobie nie jest. Istotna jest natomiast kwestia, która pojawia się niejako w tle sporu. Tą kwestią jest sposób prezentowania niedawnej historii przez IPN oraz sympatyzujących z nim polityków, dziennikarzy i inne osoby publiczne, kształtujące świadomość Polaków.
We wspomnianym sporze prof. Friszke ma rację na poziomie elementarnych faktów. Argumenty rzecznika IPN-u można włożyć między bajki. Tak się szczęśliwie składa, że mam na półce wspomniane przezeń książki, mające jakoby dotyczyć „historii PSL-u w latach 40-tych”. I wystarczy je przekartkować, by dowiedzieć się, że pan rzecznik, delikatnie mówiąc, nagina fakty. Książka pt. „Kolektywizacja rolnictwa w regionie łódzkim” niemal w ogóle nie odnosi się do PSL-u, z tego prostego powodu, że gdy rozpoczęto kolektywizację wsi w Polsce, PSL jako niezależna partia, opozycyjna wobec Sowietów i ich lokalnych namiestników – już w zasadzie nie istniał. Dwa tomy materiałów konferencyjnych pt. „Represje wobec wsi i ruchu ludowego” też trudno uznać za spełniające postulat prof. Friszke – tom II obejmuje lata 1956-1989, zatem niemal w ogóle nie dotyczy lat 40-tych. Tom I z kolei, owszem, zawiera kilka tekstów na wspomniany temat – ale to zaledwie około 2/3 zawartości książki liczącej niewiele ponad 300 stron. Po pierwsze zatem, Friszke ma rację – IPN nie opublikował ani jednej książki poświęconej w całości historii PSL-u w latach 40-tych. Po drugie – opublikowane przez IPN materiały na ów temat (w kilku różnych książkach i Biuletynie IPN), nie są nawet wstępem do poważnego i wyczerpującego omówienia tematu, stanowiąc zaledwie drobny przyczynek do tej pracy.
Problem nie tkwi jednak tylko w prezentacji historii PSL-u. Jeśli przejrzymy ofertę wydawniczą IPN-u, bez trudu dostrzeżemy tam znacznie większą lukę czy też białą plamę. Jeszcze mniejszą ilość analiz poświęcono bowiem np. polskiej lewicy antykomunistycznej – tej części PPS, która nie zgodziła się na „sojusz”, czyli wcielenie do PZPR pod wodzą PPR. A było to w skali kraju, bagatela, około 200 tysięcy osób, które nie zaakceptowały „zjednoczenia”; byli to także tacy wybitni działacze Polskiej Partii Socjalistycznej, jak Kazimierz Pużak, Zygmunt Zaremba, Tomasz Arciszewski, Adam Pragier czy Adam i Lidia Ciołkoszowie. Taka tematyka niemal w ogóle nie pojawia się w publikacjach IPN-u, jest jej jeszcze mniej niż tekstów poświęconych PSL-owi.
Są za to wydane przez IPN książki: „Konspiracja antykomunistyczna i podziemie zbrojne w Wielkopolsce w latach 1945-1956”, „Stanisław Sojczyński i Konspiracyjne Wojsko Polskie” (monografia słynnego partyzanta „Warszyca”), „»Dobić wroga«. Aparat represji wobec podziemia zbrojnego na Śląsku Cieszyńskim i Żywiecczyźnie (1945-1947)”, „Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956”, „Operacja »Sejm« 1944-1946” (o likwidacji przez UB partyzantki antykomunistycznej w Polsce południowo-wschodniej), „Aparat bezpieczeństwa państwa wobec środowisk narodowych na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim w latach 1945-1956”, „Chronić i kontrolować. UB wobec środowisk i organizacji konspiracyjnych młodzieży na Lubelszczyźnie (1944-1956)”, „Podziemie poakowskie w województwie śląsko-dąbrowskim w latach 1945-1947”, „O Polskę Wolną i Niezawisłą (1945-1948). WiN w południowo-zachodniej Polsce (geneza – struktury – działalność – likwidacja – represje)”, „»Zostańcie wierni tylko Polsce…«. Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1944-1947)”, „Podziemie niepodległościowe w województwie białostockim w latach 1944-1956”, „Ludzie podziemia AK-WiN w Polsce południowo-zachodniej (1945-1948)”, „Ostatni leśni 1948-1953”, „Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie w latach 1945-1948”, „Rozpracowanie i likwidacja rzeszowskiego Wydziału WiN w dokumentach UB (1945-1949)”, „Żołnierze porucznika Wądolnego. Z dziejów niepodległościowego podziemia na ziemi wadowickiej 1945-1947”, „Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie 1939-1944”, „Kryptonim »Orzeł«. Warszawski Okręg Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w dokumentach 1947-1954”, „Okręg Krakowski Zrzeszenia »Wolność i Niezawisłość« 1945-1948. Geneza, struktury, działalność”.
Niepodległościowe podziemie zbrojne, jak widać, ewidentnie fascynuje autorów związanych z IPN-em. Ale to przecież nie jedyny obszar ich zainteresowań. Oprócz oczywistych tematów, związanych z ważnymi wydarzeniami w historii PRL-u (czerwiec ’56, grudzień ’70, „Solidarność” itp.), kolejną preferowaną działkę tematyczną stanowi Kościół. Oto kilka wybranych tytułów książek spod znaku IPN: „Operacja: Zniszczyć Kościół”, „Niezłomni. Nigdy przeciw Bogu. Komunistyczna bezpieka wobec biskupów polskich”, „Władze komunistyczne wobec Kościoła katolickiego w Łódzkiem”, „Z dziejów Kościoła katolickiego w Wielkopolsce i na Pomorzu Zachodnim”, „Represje wobec duchowieństwa górnośląskiego w latach 1939-1956 w dokumentach”, „Represje wobec Kościoła katolickiego na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie 1945-1989”, „Do prześladowania nie daliśmy powodu… Materiały z sesji poświęconej procesowi Kurii krakowskiej”. I tak dalej, nie będę Was zanudzał kolejną wyliczanką.
Gdyby komuś było mało tych atrakcji, może jeszcze przeczytać inną książkę sygnowaną przez IPN: „Ziemianie wobec okupacji 1939-1945”. A jeśli ktoś interesuje się naprawdę kluczowymi kwestiami z niedawnej przeszłości, tego na pewno usatysfakcjonuje lektura jedynie 287 stron rozprawy pt. „Urząd Bezpieczeństwa w powiecie Lwówek Śląski (1945-1956)”. Co tam jakiś PSL – mamy w ofercie kilkadziesiąt pozycji o podziemiu zbrojnym. Co tam PPS – poczytajcie o ziemianach i ich troskach. Co tam śmierć Pużaka w komunistycznym więzieniu – wszak wydano kilka rozpraw o represjach wobec Kościoła… I jeśli ktoś liczy na to, że oczywista tendencyjność IPN-u i jego „skręt w prawo” nie są widoczne gołym okiem, ten chyba jest przekonany, że ma do czynienia z idiotami, którzy nie potrafią ani czytać, ani myśleć. A może coś przeoczyłem i Pan Rzecznik Prasowy oświeci mnie i wskaże stosowne publikacje w bogatej ofercie IPN-u? Mam na półce jakieś 50 pozycji z dziedziny „polska powojenna lewica patriotyczna”, ale żadnej z nich nie sygnuje IPN. Bo i po co miałby to robić – przy odrobinie szczęścia można na internetowych aukcjach nabyć np. „Wojnę i konspirację” Zaremby, londyńska edycja z roku 1957, w całkiem przystępnej cenie, tak od 100 do 150 zł. Wydatek w sam raz na kieszeń np. emeryta, który w młodości załapał się na działalność w PPS-ie. Albo dla studenta z niezamożnej rodziny…
Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko publikowaniu książek o antykomunistycznym podziemiu zbrojnym. A wręcz przeciwnie – cieszę się z każdego takiego wydawnictwa, bo pozwala ono odkłamać 45 lat cenzury i fałszowania faktów oraz brednie wciąż funkcjonujących w „obiegu naukowym” pseudohistoryków z PZPR-owskiego nadania. Cały problem w tym, że ta cenzura i fałszowanie nie dotyczyły wyłącznie historii podziemia antykomunistycznego czy Kościoła, ale w równie wielkiej mierze ich ofiarą padł niezależny ruch ludowy i socjalistyczny. I dlatego nie może być zgody, aby państwowa instytucja, finansowana z podatków obywateli o przeróżnych poglądach politycznych, zajmowała się propagowaniem wiedzy o tak jednostronnie wybranych wydarzeniach i postawach z przeszłości.
Jest to tym groźniejsze zjawisko, że w sukurs IPN-owi idą inne podmioty – państwowe i prywatne. O ile po roku 1989 wielokrotnie przypominano zbrojne podziemie antykomunistyczne, o tyle wzmianki o niezłomnej części PPS-u były sporadyczne. Pomnika doczekał się „Ogień”, ale nie Pużak. W publicznej TV łatwiej natrafić na film czy program o „żołnierzach wyklętych” niż o Adamie Ciołkoszu. Bez trudu kupimy w ambitniejszych księgarniach książki i albumy o Narodowych Siłach Zbrojnych, ale ze świecą tam szukać opracowań o Arciszewskim. Ile razy, słysząc modne w ostatnich latach peany na cześć Powstania Warszawskiego, mieliśmy okazję dowiedzieć się, że jedną z czołowych jego sił politycznych i bojowych stanowili socjaliści z PPS-u? Czy ofiarą bandytów z UB padli tylko członkowie formacji zbrojnych obozu narodowego, czy może także np. komendant VI Okręgu Batalionów Chłopskich, pułkownik „Zawojna”, czyli Narcyz Wiatr, przed wojną więzień Berezy Kartuskiej, antykomunista, lecz jednocześnie działacz lewego skrzydła ruchu ludowego, zastrzelony na krakowskich Plantach w biały dzień? Czy tyle samo wysiłku, ile włożono w poszukiwania miejsca pochówku „Warszyca”, poświęcono wyjaśnieniu okoliczności śmierci lewicowego ludowca i antykomunisty, Władysława Kojdera, uprowadzonego z domu przez UB i odnalezionego w lesie z 30 kulami w ciele?
Oczywiście nie wątpię, że wielu autorów czy to książek wydanych przez IPN, czy artykułów prasowych, czy scenarzystów filmów dokumentalnych, to osoby szczerze i autentycznie zainteresowane tematyką podziemia zbrojnego, przeszłości ruchu narodowego czy relacji między władzami PRL a Kościołem. Nie zmienia to jednak faktu, że w efekcie otrzymujemy obraz tendencyjny. A problem nie dotyczy bynajmniej przeszłości, lecz jak najbardziej związany jest z tym, co dzieje się tutaj i teraz.
Paradoksalnie, ta prawicowa tendencyjność w „pisaniu historii”, najbardziej na rękę jest postkomunistom i liberałom. Postkomunistom m.in. dlatego, że popycha w ich kierunku tych wszystkich, którzy mają lewicowe poglądy i nawet jeśli krytycznie oceniają PRL, to obca jest im myśl, że mieliby utożsamić się z wizją przeszłości, w której czołową rolę odgrywają Narodowe Siły Zbrojne, major „Łupaszka”, ziemianie i biskupi polscy. Tacy ludzie – a znam ich sporą ilość osobiście – albo wybierają postkomunistów jako „mniejsze zło”, albo wręcz, zwłaszcza młodsi z nich, nawet nie mają pojęcia, że w Polsce istniała po wojnie silna tradycja lewicy antykomunistycznej, która została brutalnie zdławiona przez sowiecką agenturę i zwykłe szumowiny wycierające sobie gębę hasłami lewicowymi.
Z kolei liberałom taka propaganda pozwala wyprzeć ze społecznej świadomości i kart historii tę niewygodną dla nich prawdę, że skrajnie wolnorynkowych „reform”, korzystnych dla wąskiej grupy społecznej, w dodatku przeprowadzonych na mocy porozumienia z postkomunistami, dokonali w Polsce zwykli zdrajcy. Bo środowisko, umownie mówiąc, „Gazety Wyborczej” to przecież ludzie, którzy zanim zaczęli wprowadzać „plan Balcerowicza”, przez wiele lat odwoływali się do tradycji lewicy patriotycznej. Adam Michnik, nim został obrońcą Kiszczaka, nie raz odwoływał się do tradycji Pużaka i Ciołkoszów. Jacek Kuroń, zanim stał się ministrem w ultraliberalnym rządzie, a politykę społeczną sprowadził do rozdawania zupy, przez wiele lat powoływał się na prospołeczny etos PPS-u. Komitet Obrony Robotników był oczywiście środowiskiem łączącym różne tradycje, ale wyraźnie zaznaczała się w nim tendencja spod znaku lewicy patriotycznej, w sensie zarówno ideowym, jak i personalnym (tzw. stary KOR to m.in. Aniela Steinsbergowa, Ludwik Cohn, Antoni Pajdak, a z młodszych m.in. Jan Józef Lipski). Pierwsza „Solidarność” nie była tylko zrywem antykomunistycznym, domagającym się transmitowania mszy świętej w radio i kolejnych pielgrzymek Papieża-Polaka, ale także – o czym dziś mówi się coraz rzadziej – egalitarnym ruchem obrony praw pracowników i ich sytuacji bytowej.
Oczywiście nie można dzisiejszym liberałom odmówić prawa do zmiany poglądów. Sęk w tym, że swoją pozycję po roku 1989 zawdzięczają oni poparciu społecznemu, udzielonemu nie za obnoszenie się z wizjami podatku liniowego, cięć socjalnych i „restrukturyzacji przemysłu”, lecz opartemu na własnej legendzie z tych lat, gdy byli obrońcami robotników i liderami masowego, głównie pracowniczego ruchu społecznego. To właśnie im najbardziej na rękę jest sytuacja, w której tradycje lewicy patriotycznej są zapomniane, ponieważ, po pierwsze, nikt ich samych nie rozliczy z tego, co niegdyś głosili, a po drugie – nie powstanie w Polsce żadna lewica konkurencyjna wobec ich „okrągłostołowych” partnerów z SLD lub niezależna towarzysko i finansowo od środowiska „Gazety Wyborczej”.
Oczywiście obecna sytuacja jest też na rękę prawicy. Marginalizowanie tradycji niezależnego, lewicowego, lecz antykomunistycznego ruchu ludowego i socjalistycznego, pozwala jej kreować taki obraz teraźniejszości, w którym jedynym przeciwnikiem pozostaną „niemoralni” postkomuniści i ci wszyscy, którzy z nimi tak czy inaczej kolaborują. A także taki obraz przeszłości, której jedynym godnym spadkobiercą pozostają oni sami, czyli ludzie odwołujący się do „bojowego” katolicyzmu, wolnego rynku, elitaryzmu itp. W tym obrazie nie ma miejsca na coraz silniejsze w międzywojniu PPS i Stronnictwo Ludowe, na liczny udział socjalistów w AK, na masowe Bataliony Chłopskie, na powszechne w czasie wojny opinie o klęsce wrześniowej jako porażce „Polski pańskiej, ziemiańskiej i plebańskiej”, na lewicowy zwrot nastrojów społecznych w czasie okupacji, na niekomunistyczną wizję egalitarnej i prospołecznej Polski po wyzwoleniu (jeśli ktoś nie wierzy, niech przeczyta „Program Polski Ludowej”, przygotowany w 1941 r. w Londynie przez PPS-owca Zarembę i ludowca Miłkowskiego).
George Orwell proroczo napisał w „Roku 1984”: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”. W takim ujęciu problemu, jaki nakreśliłem, jest tylko zdrowa prawica mniej lub bardziej liberalna (zwłaszcza, że z tradycji piłsudczykowskiej i endeckiej pozostały dziś w obiegu głównie hasła kulturowo-obyczajowe, znikły natomiast ich niegdysiejsze wizje socjalnej czy solidarystycznej gospodarki) oraz podli, niemoralni postkomuniści i ich centrowi pomagierzy. Wszelkie spory ideowe można zatem bez trudu sprowadzić do nieustannego, jałowego wałkowania tematu aborcji, lustracji, praw homoseksualistów i stosunku wobec Kościoła. I tak oto nieważna jest kwestia nakładów na pomoc socjalną, wysokość stawek podatkowych, prywatyzacja, rola własności państwowej (bo o takim „dziwactwie” jak spółdzielczość i gospodarka trójsektorowa, nawet nie ma sensu i z kim rozmawiać), zakres i znaczenie sfery publicznej, sposób reakcji na globalizację gospodarczą itp. Wybór społeczeństwa ogranicza się do wyboru między liberałami, którzy modlą się często lub wcale, między mającymi korzenie w KOR-ze lub w PZPR, między liberalnym Tajnym Współpracownikiem a liberalną ofiarą jego donosów, ewentualnie między liberałem, który miał dziadka w Wehrmachcie lub tym, który miał dziadka w Legionach.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 7 lutego 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Na pierwszy rzut oka, hasło „solidarność społeczna” wywołuje pozytywne odczucia. Większość społeczeństwa kojarzy je z takim systemem gospodarczym i konkretnymi rozwiązaniami, które oznaczają, iż lepiej sytuowani troszczą się o tych, którzy radzą sobie gorzej. Już rdzeń owego terminu – „solidarność” – nacechowany jest swego rodzaju „ciepłem” i troską. „Solidarność społeczna” to pewien ideał etyczno-ustrojowy, któremu przyklaśnie mnóstwo osób z prawa i z lewa, inspirowanych rozmaicie pojmowanymi ideałami zarówno humanistyczno-socjalistycznymi, jak i katolicko-narodowymi. Niemal odruchowo kojarzymy go bowiem z ładem wspólnotowym i myśleniem w kategoriach prymatu interesu zbiorowości nad jednostkowymi egoizmami. Lewicowcom owa solidarność przypominać będzie trzeci człon zawołania „wolność, równość, braterstwo”. Prawicowcom zaś skojarzy się z biblijnym wezwaniem „Jedni drugich brzemiona noście” (z listu św. Pawła do Galatów), powtórzonym przez Jana Pawła II w słynnej homilii wygłoszonej w Gdańsku 12 czerwca 1987 r.
Oczywiście skrajnie lewicowy malkontent przypomni, że do tradycji jego obozu należy raczej walka klas niż solidaryzm. Z kolei malkontent skrajnie prawicowy oznajmi, że owszem, solidaryzm jak najbardziej, ale żaden społeczny, lecz narodowy. Będą też, co jasne, malkontenci liberalni, którzy albo solidaryzm krytykują jako taki, albo uznają, że powinien on funkcjonować w postaci wyłącznie dobrowolnej – gdy ktoś chce solidaryzować się z innym, niechże go wesprze z własnej kieszeni, nie czyniąc z tego powszechnej zasady ustrojowej. Tymi ostatnimi nie warto się zajmować, choćby – zostawiając na boku argumenty natury moralnej, które do nich nie docierają – z tego względu, że nawet bardziej rozwinięte gatunki zwierząt uznają konieczność wymuszenia pewnych zachowań dla dobra całej wspólnoty. Wyższość szympansów nad skrajnymi liberałami polega na tym, że nie wierzą one w bzdurne teorie o „niewidzialnej ręce rynku”, która wystarczy dla zapewnienia zbiorowości optymalnych warunków bytowania. Inni ludzie też nie są tak naiwni, dlatego też absolutnie wolny rynek istniał ostatnio w epoce jaskiniowej.
Wróćmy jednak do zwolenników solidarności społecznej. Spór między nimi dotyczy najczęściej metod i zakresu powszechnego solidaryzowania się członków społeczeństwa. Mało kto wierzy już, że w zaawansowanym technologicznie i skomplikowanym społeczeństwie można zostawiać np. ciężko i przewlekle chorych na łasce jakiejś formy filantropii. O ile jednak część uczestników sporu uznaje, że państwo powinno finansowo gwarantować, powiedzmy, przeszczep wątroby, ale już nie plomby na zębach, o tyle inni przekonują, że brak budżetowego finansowania owych plomb sprawi, iż osoby ubogie będą miały jamę ustną w fatalnym stanie. Są to jednak spory techniczne, dotyczące stopnia finansowej wydolności państwa, jego priorytetów oraz poziomu odpowiedzialności człowieka za własny los. W tych sporach, nierzadko głośnych i zajadłych, nie kwestionuje się jednak samej zasady naczelnej.
Warto dodać, że solidarność społeczna nabrała takiej pozytywnej mocy znaczeniowej nie przypadkiem. O jej powodzeniu zadecydowało samo życie, a konkretnie niebywałe osiągnięcia tzw. państw opiekuńczych w kwestii gwarantowania społeczeństwu nie tyle nawet dobrobytu, co bezpiecznej stabilizacji. Kilkadziesiąt powojennych lat to w niemal każdym cywilizowanym kraju okres rozkwitu gospodarczego i społecznego, a zarazem praktyczne potwierdzenie skuteczności i sensu idei solidarności społecznej. Oczywiście państwa opiekuńcze nie zawsze wywiązały się ze swoich zadań w stu procentach, przytrafiły im się także pewne „błędy i wypaczenia”, lecz i tak można ów okres uznać za swoisty złoty wiek krajów, które wprowadziły owe rozwiązania. W tych z nich, które na drodze do dobrobytu zaszły najdalej, niewiele zmieniła nawet późniejsza ofensywa neoliberalizmu. Tu i ówdzie, jak np. w krajach skandynawskich, uległy zmianie formy opiekuńczości, na mniej zbiurokratyzowane i „sztywne” (dlatego w Danii bardzo łatwo zwolnić pracownika, żeby firmom umożliwić reagowanie na cykle koniunktury, ale jednocześnie ów pracownik ma zapewniony wysoki zasiłek oraz konkretną pomoc państwa w zdobyciu nowego etatu). Gdzie indziej, np. na Wyspach Brytyjskich, niedawne szaleństwa liberalnych „reform”, są dziś stopniowo korygowane, a opiekuńczość wraca do łask, dostosowując się do nowych realiów kulturowych, instytucjonalnych i społecznych.
Państwa opiekuńcze przywołałem nieprzypadkowo. Wydaje się bowiem, że zasada solidarności społecznej największy sens ma w krajach o stosunkowo podobnym poziomie dochodów ludności oraz przy aktywnych wysiłkach instytucjonalnych na rzecz egalitarnego podziału bogactwa narodowego. Wówczas rzeczywiście „jedni drugich brzemiona noszą”, wspierając tych, którym obecnie z jakiegoś względu powodzi się gorzej oraz umożliwiając wciąż istniejącym grupom zmarginalizowanym znaczne zmniejszenie dystansu wobec wyższych szczebli drabiny dochodów. W krajach pozbawionych polityki egalitarnej i nękanych drastycznymi różnicami społecznymi/majątkowymi, wezwanie do solidarności społecznej oznacza nierzadko coś zgoła odmiennego. Prowadzi do wspierania zamożnych przez ubogich.
Świetnie widać to na przykładzie stale powracającego postulatu wprowadzenia odpłatności za studia. Zwolennicy rozwiązań prospołecznych niejako odruchowo bronią bezpłatnego korzystania ze szkolnictwa wyższego. Uważają, że odpłatność jest na rękę zamożnej mniejszości, która chce się wymigać od finansowania wspólnego dobra, jakim jest bezpłatna nauka młodzieży z rodzin ubogich. I rzeczywiście, w społeczeństwie stosunkowo egalitarnym, gdzie dominującą grupą byłaby warstwa osób o przyzwoitych dochodach, a zbiorowości ubogich i zamożnych stanowiłyby niewielki procent ogółu, obrona bezpłatnych studiów byłaby postulatem sensowym. W kraju dużych nierówności społecznych i o sporej zbiorowości osób o niskich dochodach, postulat bezpłatnych studiów nie stanowi natomiast bynajmniej rozwiązania „prospołecznego”. Wręcz przeciwnie – tak naiwnie pojmowana równość i „solidarność społeczna” oznaczają zgodę na ugruntowanie nierówności. W efekcie bowiem wcale nie dzieje się tak, że zamożni partycypują w kosztach nauki ubogich i wspierają ich w osiąganiu lepszego wykształcenia. Jest odwrotnie – to ubodzy finansują zamożnym bezpłatne kształcenie.
Są dwa aspekty tego problemu. Po pierwsze, ubogich jest w Polsce znacznie więcej niż zamożnych. Nawet progresja podatkowa, w naszym kraju zresztą niewielka, zwłaszcza gdy oprócz sztywnych stawek podatkowych uwzględnimy rozmaite ulgi i przywileje (a to dla przedsiębiorców, a to dla zawodów zwanych wolnymi czy „artystycznymi”, a to opodatkowanie towarów luksusowych), nie zmienia faktu, że większość wpływów budżetowych pochodzi od osób niezamożnych – ubogich i przeciętnie sytuowanych – jako płatników podatków bezpośrednich lub jako tych, na których producenci, handlowcy i usługodawcy przerzucają koszt pośrednich obciążeń podatkowych. Pieniądze na wydatki budżetowe pochodzą w znacznej mierze od „szarej masy”, nie zaś od garstki „królów życia”.
Po drugie, znacznie większa presja w kwestii podejmowania studiów dotyczy młodzieży z rodzin, gdzie istnieją tradycje zdobywania wyższego wykształcenia, a te rodziny są statystycznie zamożniejsze od niewykształconych, choć oczywiście w tej ostatniej kwestii znajdziemy sporo wyjątków. Co więcej, siłą rzeczy to właśnie rodziny zamożniejsze stać w większym stopniu na bezpłatną edukację swoich pociech. Ta bezpłatna edukacja wcale nie jest bowiem bezpłatna. Pięcioletnie studia dzienne oznaczają o 5 lat późniejsze wejście na normalny rynek pracy (nawet zakładając możliwość dorabiania w trakcie nauki, nie będzie to praca pełnoetatowa), czyli odsunięcie w czasie osiągania dochodów. W dodatku same studia też kosztują. Pół biedy, gdy ktoś mieszka w ośrodku akademickim – wtedy wystarczy bilet miesięczny i wydatki na inne koszta (kserokopie, zakup podręczników itp.). Ale gdy dochodzi koszt wyjazdu do innego miasta, wówczas w grę wchodzi wynajem mieszkania, zakup żywności, podróże do domu rodzinnego itd. W efekcie bezpłatne studia kosztują sporo – nie dość, że młody człowiek nie zarabia na siebie, to jeszcze wspomniane wydatki poboczne dochodzą na skromnym poziomie do tysiąca złotych miesięcznie. Jest oczywiste, że rodzina niezamożna może sobie na taki „luksus” pozwolić rzadko, a jeśli nawet, to za cenę bardzo dużych wyrzeczeń.
Stąd też młodzież niezamożna najczęściej wybiera studia zaoczne. W tygodniu pracują, w weekendy studiują. To ostatnie robią za pieniądze nie tylko spore, ale i stanowiące niemałą część budżetu swoich uczelni. Nie chcę powiedzieć, że na studiach dziennych spotkamy wyłącznie dzieci bogatych rodziców, które przez 5 lat pędzą na ich koszt „bananowy” żywot. Jednak na podstawie własnych obserwacji mogę stwierdzić, że studia dzienne – bezpłatne – są w znacznie większej mierze wybierane przez młodzież nie tyle może bogatą, co przyzwoicie sytuowaną, zaś studia zaoczne – jak najbardziej płatne – chcąc nie chcąc wybiera młodzież mniej zamożna, jeśli oczywiście w ogóle jakiekolwiek studia wybiera.
I tak oto rzekoma solidarność społeczna, polegająca na bezpłatnych studiach, oznacza, że ubożsi finansują bogatym zdobywanie wyższego wykształcenia. Ktoś, kto nie ma znacznych dochodów, sponsoruje studia – z podatków własnych lub rodziców – komuś, kogo rodzice mają dochody na tyle duże, iż stać ich na 5-letnią edukację dzieci. Gdy niezamożna młodzież nie podejmuje studiów, na studia zamożnych płacą podatki jej rodzice i ona sama, jeśli podejmie pracę. Gdy niezamożna młodzież studiuje zaocznie, to za bezpłatne dzienne studia zamożnych płaci niejako trzy razy: raz z podatków rodziców, drugi raz z podatków własnych, a trzeci raz finansując uczelnię z czesnego.
Nie jest to bynajmniej jedyny taki przypadek. Wiele „równościowych” rozwiązań staje się swoją karykaturą w społeczeństwie znaczących nierówności. Jeśli „becikowe” przyznajemy wszystkim rodzicom świeżo urodzonych dzieci, to wspieramy finansowo w równym stopniu tych, którzy jedzą kaszankę i tych, którzy jedzą kawior. Jeśli wprowadzamy procentowe ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych, to ubodzy posiadacze czworga dzieci zaoszczędzą np. 700 zł, a ich zamożni odpowiednicy – 7 tysięcy. Jeśli likwidujemy podatek spadkowy, to jedni za darmo przekażą następcom M-3 w blokowisku, a inni – dwie wille i cztery limuzyny. Jeśli „cały naród buduje autostrady”, tzn. finansuje je z budżetu, to korzystają z nich przede wszystkim ci, którzy po pierwsze mają samochody, po drugie – ich styl życia i pracy opiera się na częstym podróżowaniu, po trzecie wreszcie – korzystny dla nich jest taki system gospodarki, którego istotnym elementem jest transport towarów na znaczne odległości. Innymi słowy: korzysta na nich ktoś, kto sprowadza lub wysyła TIR-y pełne towarów, ale nie ktoś, kto piecze chleb na lokalny rynek lub sprzedaje kapustę na targu. Takie przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność. Myślę jednak, że powyższe wystarczą do ukazania braku sensu w tak pojmowanej solidarności społecznej, która stanowi własne przeciwieństwo – zamiast wsparcia mniej zamożnych przez bogatych, strumień gotówki płynie w dokładnie przeciwnym kierunku.
Dlatego też hasło „solidarności społecznej” należy traktować z dystansem do czasu, aż nierówności majątku i dochodów zostaną mocno „spłaszczone”, mniej więcej do stanu znanego z Niemiec, Francji czy Skandynawii. Gdy dziś zwolennicy pogłębiania tych nierówności zaproponują np. wprowadzenie odpłatności za wyższe studia, gdyż ma to być ponoć sprawiedliwe i uczciwe, powinniśmy im odpowiedzieć tak: niezamożni za studia (zaoczne) już płacą lub w ogóle nie korzystają tego luksusu – teraz najwyższy czas, żeby zaczęli za nie płacić także zamożni. Innymi słowy, „bezpłatność” i „równość” nie są w obecnym systemie korzystne dla tych, którzy są w gorszej sytuacji. Oni wprost i bez cienia zażenowania powinni przejąć liberalne hasła „nierówności” i „odpłatności” – i skierować je przeciwko swoim adwersarzom. Nierówność? Proszę bardzo – niech bogaci płacą znacznie wyższe podatki (bez żadnych ulg)! Odpłatność – jak najbardziej, niech ludzie o pełnych portfelach płacą za każdą usługę publiczną, czas skończyć z „darmowymi obiadami”! Zamiast kurczowo trzymać się idei bezpłatnych studiów czy służby zdrowia, powinniśmy jasno i twardo postawić żądanie, żeby osoby zamożne płaciły za korzystanie z tych usług.
Zapewne zapytacie, jak to zrobić. Odpowiedź jest prosta: przegłosujmy bogatych – nas jest więcej. W dodatku jest nas na tyle dużo, że możemy sobie pozwolić na lekceważenie zachowawczych i bojaźliwych hasełek. „Solidarność społeczna”? Proszę bardzo, ale najpierw stwórzmy dla niej warunki. Na dziś dość już solidaryzowania się głodnych z sytymi.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 15 stycznia 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Co jakiś czas przez Polskę przetacza się utrzymany w histerycznym tonie spór o to, kto jest godny wsparcia i wiarygodny jako podmiot współtworzący obywatelską rzeczywistość. Dzieje się tak najczęściej wówczas, gdy chodzi o pieniądze publiczne. Media lewicowe i liberalne są oburzone, że dotację państwową otrzymały (lub choćby starają się o to) środowiska prawicy, a media tej właśnie opcji – że wsparto lewicę. Czy będzie to dotacja dla Młodzieży Wszechpolskiej, czy dla Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, czy dla gejów i feministek, czy dla stowarzyszenia tradycyjnych katolików – repertuar jest zawsze ten sam. „To skandal! Im się nie należy” – przekonują w identycznym tonie przedstawiciele obu opcji, odmawiając swoim przeciwnikom czerpania środków z budżetu.
Ale nie tylko o pieniądze budżetowe tu chodzi – odmawiają im także prawa do samego istnienia, a przynajmniej kwestionują zasadność materialnych podstaw tegoż. Media liberalne bardzo przejmują się pochodzeniem darowizn dla Radia Maryja, wciąż sugerując, że są one jakieś „lewe” – a to z rzekomo zagarniętej zbiórki na ratowanie Stoczni Gdańskiej, a to od polonijnego biznesmena uwikłanego pół wieku temu – znów rzekomo – we współpracę z nazistami. Z kolei media katolicko-narodowe na tej samej zasadzie piętnują nie-budżetowe źródła finansowania środowisk lewicowych, mniejszości seksualnych lub ekologów. Można się dowiedzieć, że są oni wspierani przez Sorosa, Agorę czy innych „nieprawomyślnych” lub „zagranicznych” darczyńców. Tego typu wywody obu stron sporu pojawiają się często wraz z towarzyszącą im sugestią, że gdyby nie te „trefne” pieniądze, to dana inicjatywa nie mogłaby funkcjonować, jest więc skażona swoistym grzechem pierworodnym.
O finansowaniu różnych środowisk z budżetu nie ma co zbyt wiele pisać, bo tutaj motyka nieustannie przygania gracy. Lewica krytykuje dotacje dla grup prawicowych, lecz bez zażenowania finansuje swoich pupilków, gdy akurat ma wpływ na rozdział państwowych środków. Prawica czyni dokładnie tak samo. Nie ma żadnej różnicy w kwestii skali zjawiska i stosowanych metod, choć obie opcje lubią moralizować i przedstawiać się jako uczciwe i przyznające dotacje wyłącznie wedle merytorycznego klucza. Tego typu uznaniowe dysponowanie publicznym groszem dotyczy nie tylko aspektu politycznego. Nie raz bywało w Polsce tak, że np. ministerstwo środowiska rozdzielało dotacje na te same „neutralne” działania (np. edukacja ekologiczna) nie wedle jakości składanych wniosków czy dorobku ich autorów, lecz bez cienia zażenowania przydzielało je tylko tym organizacjom, które były miłe i spolegliwe wobec aktualnego szefa resortu. Każdy, kto choć otarł się o problematykę wsparcia dla tzw. NGO’sów (organizacje pozarządowe) z jakiejkolwiek instytucji publicznej, ten dobrze wie, że z uczciwością, bezstronnością i merytoryczną oceną zasadności dotacji można się spotkać nie jako z regułą, lecz raczej wyjątkowo. Cały ten system wymagałby sporego przewietrzenia.
Nie to jednak wydaje mi się najbardziej istotne w omawianym temacie. Otóż wspomniane pyskówki dotyczące tego, kto, komu i za co płaci – już nie z budżetu, lecz ze środków prywatnych sponsorów czy fundacji – zawierają jeden niebezpieczny motyw. Spoza aspektu finansowego przeziera coś znacznie bardziej istotnego: odmawianie różnym środowiskom prawa do funkcjonowania jako integralnych elementów tego, co określa szlachetny, lecz w Polsce zupełnie wyświechtany termin „społeczeństwo obywatelskie”. Nie kwestionuję faktu, że warto, a nawet należy się bacznie przyglądać finansowemu aspektowi działania różnych środowisk – temu, „kto za to płaci” i w jakim celu to czyni. Nic dobrego jednak nie wynika z utożsamienia „niesłusznych” (czyli innych niż nasze) poglądów jakiejś grupy z posiadaniem przez nią takiego czy innego sponsora. Innymi słowy: nieuczciwe jest podważanie czyjegoś zaangażowania społecznego oraz szczerości wyznawanych poglądów poprzez sugestie, że „ktoś” za to płaci i tylko – oraz właśnie – dlatego są one takie, jakie są.
Jest oczywiste, że pieniądze mają znaczny wpływ na postawy ludzkie. Jednak sprowadzanie całego problemu różnic ideowych i światopoglądowych do tego, że naszym adwersarzom „ktoś za to płaci”, jest kopaniem dołka, w który samemu wpadnie się prędzej czy później. Nie chodzi wcale o oczywisty fakt, że owa broń jest obusieczna i nam też ktoś może zarzucić „trefne” źródła finansowania. Znacznie gorsze jest niszczenie w ten sposób „mentalnej tkanki” autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Ono bowiem, jeśli ma być żywym, pełnym werwy organizmem, musi pulsować setkami i tysiącami inicjatyw o przeróżnych wizjach, poglądach i metodach działania, nawet sprzecznych i wzajemnie skonfliktowanych. Taka zaś jego wersja, w której istnieją wyłącznie „słuszne” i „godne” inicjatywy, jest de facto atrapą. Nie odzwierciedla bowiem faktycznego społecznego zróżnicowania poglądów, a także konfliktów i ścierania się różnych wizji. To ostatnie zjawisko, jeśli tylko przybiera cywilizowaną postać i rozsądnie zakreślone granice, jest czymś pozytywnym z punktu widzenia rozwoju społecznego, zapobiegając stagnacji, kostnieniu i degeneracji rozmaitych struktur i instytucji. Co więcej, wykluczanie „niesłusznych” inicjatyw odcina sporą część obywateli od możliwości otrzymania lekcji wspólnego działania, powiększając za to skalę i zasięg marazmu.
Gdyby wcielić w życie wizje społecznego zaangażowania, jakie wyłaniają się z ataków mediów lewicowych i prawicowych, to otrzymamy sytuację, w której rozkwitają i są wspierane przedsięwzięcia jednej opcji ideowej, a brakuje lub istnieją w rachitycznej postaci te wyrastającej z odmiennego światopoglądu. Z góry można więc założyć, że znaczna część społeczeństwa, nierzadko jego połowa albo i więcej, otrzymuje wprost komunikat: macie siedzieć cicho i nic nie robić, nie ma dla was miejsca w przestrzeni publiczno-kulturowej. Oczywiście i na szczęście, życie biegnie innym torem i ani myśli podporządkować się fanatycznym zwolennikom którejś z opcji. Jednak ich ciągłe wzajemne nagonki tworzą złą atmosferę dla rozbudzenia społecznej aktywności. Czy to feministki, czy nacjonaliści, ciągle słyszą połajanki pod swoim adresem i napotykają kwestionowanie zasadności własnego zaangażowania publicznego.
W polskich realiach jest to tym bardziej szkodliwe, że mamy nie nadmiar, lecz daleko posunięty niedobór aktywności społecznej. Gdybyśmy byli Szwajcarią lub USA, moglibyśmy sobie do woli wybrzydzać i marudzić, że takie czy inne podmioty sfery „obywatelskiej” nam nie odpowiadają. Jednak w Polsce każdy, kto współtworzy klimat niesprzyjający rozwojowi inicjatyw społecznych, działa po prostu na szkodę kraju. Gdy jest to dziennikarz specjalizujący się w pisaniu donosów na „złe” inicjatywy wedle zapotrzebowania z redakcji, trudno oczywiście wymagać, aby zachowywał się inaczej. W 99% przypadków osobom z tego środowiska jest zapewne obojętne, czy faktyczne społeczeństwo obywatelskie istnieje oraz w jakiej znajduje się kondycji. Współczesne wielkie media mają charakter elitarno-oligarchiczny i ciężko w nich natknąć się na kogoś, kto serio traktowałby te ideały, które kiedyś przyświecały każdemu porządnemu dziennikarzowi. Gdy jednak do nagonek na samo prawo publicznego działania grup obywateli zjednoczonych jakąś ideą przyłącza się osoba aktywna w inicjatywie o podobnej formie, lecz innej opcji ideowej, jest to wyjątkowo szkodliwe i krótkowzroczne.
Szkodliwe – gdyż w ten sposób psuje ona wózek, na którym wspólnie, nawet jeśli wbrew własnej woli, jadą. Istnienie prężnej, tętniącej energią i aktywnością struktury społeczeństwa obywatelskiego, jest na rękę każdemu, kto nie zamyka się w czterech ścianach i gronie najbliższych, lecz chce aktywnie współkształtować warunki życia własnego i swojej wspólnoty. Im więcej jest stowarzyszeń, fundacji i instytucji współpracujących z nimi, niezależnych mediów obywatelskich, wypracowanych reguł i mechanizmów działania, a także – odbiorców takiej aktywności, tym lepsze warunki istnieją dla kolejnych tego typu przedsięwzięć, niezależnie od ich przesłania ideowego.
Myślenie wykluczające „niesłuszne” środowiska z obywatelskiego „obiegu” jest też krótkowzroczne. Nie bierze pod uwagę faktu, że ilość osób angażujących się w takie inicjatywy jest i będzie ograniczona. Czy to z powodu cech charakterologicznych, czy z uwagi na zainteresowania, czy też wskutek sytuacji życiowej, część osób nie bierze i nie będzie brała aktywnego udziału w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego. W zależności od warunków, liczba ta jest w danym kraju większa lub mniejsza, ale nawet w najbardziej sprzyjającym otoczeniu i przy rozbudzonej aktywności nie obejmie ona całości, a zapewne nawet przeważającej części populacji. Jeśli wykluczymy którąś – obojętnie jaką – opcję ideową z możliwości podejmowania inicjatyw, to w efekcie zmniejszamy także szanse na rozwój własnej. Do działań społecznych rzadko lub wcale włączają się osoby całkowicie bierne. Z trwających już kilkanaście lat obserwacji realiów organizacji pozarządowych wnioskuję, że znacznie częściej spotkać można w grupie lewicowej „konwertytę”, czyli kogoś, kto dawniej działał w prawicowej, i odwrotnie, niż kogoś, kto nigdy nie zajmował się taką aktywnością. Oczywiście nie dotyczy to młodzieżowego „narybku”, który dopiero zaczyna swoją przygodę z działalnością społeczną, ale i w tym przypadku bardzo często rolę czynnika motywacyjnego odgrywa przykład działalności rodziców, rodzeństwa czy kolegów z klasy lub podwórka. Blokując jeden z kanałów postaw społecznikowskich, uniemożliwiamy wielu osobom rozbudzenie takich pasji, nabycie stosownych kompetencji, wdrożenie się w procedury i zasady działania. Podcinamy gałąź, na której sami siedzimy. O tym, że wyrządzamy szkodę jakości życia publicznego w Polsce – nie trzeba już wspominać.
Jak najdalszy jestem od hołdowania naiwnym hasłom w stylu „kochajmy się!”. Istotą demokracji jest nie tylko wypracowanie całej serii konsensusów, lecz także istnienie nieustannych konfliktów, ścieranie się sprzecznych interesów, wizji i poglądów. Jest zrozumiałe, że każda zorganizowana grupa chce dla siebie „wyrwać” jak najwięcej, narzucić innym to, co uważa za słuszne. Ustawodawcy, władze wykonawcze, instytucje publiczne i inne podmioty mają obowiązek dbać o to, aby konfliktom nadać cywilizowaną postać, sensowne ramy i chronić elementarne interesy przegranych. Jednak my sami, zorganizowani obywatele, też powinniśmy starać się o zachowanie „pola gry” w jak najlepszym stanie. Bez wątpienia, używając metafor wojennych, jedna strona konfliktu ma prawo strzelać do drugiej. Jeśli jednak na terytorium, które stało się przedmiotem sporu, zdetonujemy bombę atomową, wówczas zwycięstwo okaże się pyrrusowe, bo podbite ziemie zostaną na wiele lat skażone.
W kraju rachitycznej, wątłej i niemrawej aktywności społecznej, w kraju, gdzie niezwykle trudno nakłonić ludzi nawet nie tyle do pomocy innym, lecz do walki o własne prawa i interesy, w kraju powszechnego zniechęcenia i narzekania – ostatnia potrzebna rzecz, to odmawianie nielicznym inicjatywom społecznym prawa do działania tylko dlatego, że nie podoba nam się ich światopogląd czy źródła finansowania. Feministki, geje, piewcy kosmopolityzmu, Rodzina Radia Maryja, stowarzyszenia „homofobów”, nacjonaliści itd., itp., wszyscy oni zasługują na prawo do nieskrępowanego publicznego działania i pozyskiwania środków finansowych, jeśli tylko nie łamią obowiązującego prawa. Odbudowa podstawowej tkanki społeczeństwa obywatelskiego to kluczowe zadanie na dziś w państwie tak straszliwie spustoszonym pod tym względem. Jeśli tego nie uczynimy, to w nieskończoność będą w Polsce rządziły kolejne kohorty oligarchów, wyalienowanych ze społeczeństwa, w żaden realny sposób nie poddanych kontroli, przypominających sobie o nas tylko wtedy, gdy mamy zapłacić podatek i oddać głos w (pseudo)wyborach.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wśród środowisk, które krytykują nie tyle ten czy inny rząd lub opcję polityczną, lecz cały „system”, często pojawia się opinia – czy raczej zarzut – że bierność społeczna jest efektem „ogłupienia” Polaków. Przekonują, że obywatele naszego kraju są łatwowierni, naiwni, zbyt mało krytyczni, dają się zwodzić ładnym słówkom i hasłom rzucanym pod publiczkę, a propaganda establishmentu robi im wodę z mózgu. Jedynie garstka przenikliwych buntowników nie dała się omamić. To ci „oświeceni” demaskują knowania reżimu oraz organizują przeciwko niemu rachityczne 100-osobowe demonstracje, które toną w morzu obojętności.
Czy rzeczywiście tak jest? Na pewno podobny osąd nie należy do całkowicie pozbawionych sensu. Można bez problemu wskazać, że w krajach np. Europy Zachodniej krytyczna reakcja społeczeństwa na wiele działań rządu, klasy politycznej czy lobby wielkiego biznesu, jest znacznie bardziej powszechna niż w Polsce. Nie ma w zasadzie znaczenia, o jaki problem chodzi – czy będzie to „interwencja zbrojna” w jakimś „złym” kraju, czy rządowe plany zmniejszenia zabezpieczeń socjalnych. Pojedyncze marsze antywojenne czy demonstracje przeciwko „reformom” gromadzą setki tysięcy uczestników, czyli tyle, ile uzbierałyby w skali roku razem wzięte wszystkie polskie protesty na dowolne tematy.
Jeszcze bardziej wymowne będzie porównanie Polski do Stanów Zjednoczonych, które zazwyczaj traktujemy jako kraj odmóżdżonych tłuściochów, po całych dniach zajadających się hamburgerami przed telewizorem z głupawymi filmami. W USA istnieją jednak tysiące prężnych inicjatyw społecznych, krytycznych wobec Wielkiego Rządu lub Wielkiego Biznesu. Bardzo radykalne czasopisma osiągają tam kilkudziesięciotysięczne nakłady, sprzedawane całkowicie poza „kioskową” siecią dystrybucji, wyłącznie w prenumeracie pocztowej. Społeczeństwo żywo reaguje na zjawiska, które mu się nie podobają – tysiące osób na rozmaite sposoby „knują” przeciwko rozmaitym decyzjom czy wydarzeniom. Na tym tle Polacy wypadają nader mizernie.
Oczywiście takie porównania są ułomne, gdyż nie biorą pod uwagę setek przyczyn składających się na odmienną sytuację różnych społeczeństw. Można wskazać choćby na to, że kultura społeczno-polityczna USA i państw Europy Zachodniej kształtowała się dłużej i w znacznie bardziej sprzyjających warunkach niż w naszym kraju. To, co u nas dopiero raczkuje lub z mozołem się odradza, tam ma wieloletnie tradycje i solidne zaplecze w postaci wzorców kulturowych i stosownych instytucji. Można dodać też, że lepsza jest sytuacja materialna tamtejszych społeczeństw, a o aktywność obywatelską łatwiej, gdy nie trzeba walczyć o elementarne podstawy bytu.
W tym wszystkim są jednak pewne kwestie problematyczne. Otóż w różnorakich sondażach opinii publicznej Polacy wcale nie wypadają tak źle. Przeciwko szczególnie szkodliwym postaciom, działaniom i decyzjom – weźmy choćby Leszka Balcerowicza, inwazję na Irak czy niesławne „cztery reformy” AWS-u – opowiada się większość społeczeństwa. Podobnie jest z poparciem udzielanym np. tak zohydzanym przez media i stronniczo przedstawianym zdarzeniom, jak rolnicze blokady dróg czy demonstracje górnicze. Znaleźć można oczywiście także kontrprzykłady, choćby bardzo wysokie poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej, zbieżne z – no właśnie – wyjątkowo nasiloną propagandą. Ale w tym przypadku utrzymująca się wysoka, a nawet rosnąca akceptacja dla integracji europejskiej pokazuje, że społeczeństwo autentycznie uznało, iż taki wybór leży w jego interesie. Zdarzają się co prawda kurioza – Polacy najbardziej w Europie ufają np. dziennikarzom – ale trudno z takich specyficznych i dziwacznych trendów wyciągać wioski o braku krytycznego myślenia.
Nie ma powodów, by uznać, że Polacy w swej masie są wyjątkowo „ogłupieni” czy podatni na propagandę. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę, że w kluczowych kwestiach panuje u nas zgoda wszystkich znaczących podmiotów ponad politycznymi podziałami, że debata publiczna jest mizerna i toczy się w z góry ustalonych ramach, że brak w niej poważnych środowisk alternatywnych (media często i chętnie nagłaśniają opinie np. Centrum im. A. Smitha – ciekawe, czy podobnie traktowałyby Centrum im. J. Keynesa albo im. W. Röpkego, gdyby takowe istniały?).
Problemem jest natomiast chyba coś innego niż brak krytycyzmu. Postawię tezę – czysto „felietonową”, a więc popartą jedynie własnymi obserwacjami i intuicją – że Polaków cechuje krytycyzm nadmierny, przeradzający się w jałowe krytykanctwo, z którego nie wynika żadna publiczna aktywność. To ostatnie z kolei jest pochodną cechującego Polaków braku zaufania do siebie nawzajem. Wcale nie jest tak, że wyjątkowo podatni na różnoraką propagandę są mieszkańcy kraju nad Wisłą. Polacy bardzo krytycznie i nieufnie oceniają wiele wywodów i działań autorstwa „onych”. Tyle że nieufności wobec establishmentu towarzyszy brak zaufania względem niemal wszystkich innych środowisk i podmiotów. Trudno w takich warunkach o prężne, zbiorowe działanie, bo opiera się ono na poczuciu wspólnoty, na choćby minimalnym przekonaniu o jednym celu większej grupy.
Pokazują ten problem także różnorakie sondaże. Okazuje się, że Polacy w niewielkim stopniu ufają sobie wzajemnie. Mamy zaufanie do kilku „poważnych” instytucji, a przede wszystkim do członków rodziny. Natomiast niewielkie jest do „obcych” – znajomych, mieszkańców tego samego miasta czy dzielnicy, członków tej samej branży czy grupy zawodowej itp. Niezbyt ufamy też organizacjom społecznym, poza najbardziej znanymi, zajmującymi się „ckliwą” tematyką, z liderami prezentowanymi w mediach w pozytywnym świetle. Poza najbliższym kręgiem rodzinnym i towarzyskim oraz odległymi instytucjami, w Polsce istnieje poważny kryzys zaufania wobec różnych struktur i środowisk „średniego szczebla”.
Gdyby wziąć pod uwagę opinie wypowiadane w prywatnych rozmowach, nasi rodacy wcale nie są bezkrytyczni wobec struktur władzy i kapitału. Oczywiście część osób nabiera się na piękne słówka i takież koszule czy krawaty polityków, inni wierzą w to, że Konfederacja Pracodawców Prywatnych składa się z filantropów, którzy prawa pracownicze chcą ograniczać po to, aby Polska była krajem płynącym mlekiem i miodem. Nie sądzę jednak, żeby odsetek takich osób był znacząco większy niż w dowolnym kraju. Za to znakomita większość ma jakieś „ale” a to do rządu, a to do instytucji, które działają źle „za nasze pieniądze”, a to do biznesu – „wiadomo, że” reklamy kłamią, hipermarkety oszukują na czym tylko mogą, a szef-pracodawca to kawał łotra i cwaniaka. Problem w tym, że są to na ogół wywody bez większej wartości, przyjmujące postać pomstowania przed telewizorem czy przy butelce. Bo gdy pada propozycja wspólnego rozwiązania jakiegoś, niewielkiego choćby, problemu, wówczas okazuje się, że potencjalni sojusznicy też są w taki czy inny sposób podejrzani i niegodni zaufania.
I znów można by doszukiwać się przyczyn takiego stanu rzeczy w przeróżnych zjawiskach i wydarzeniach z przeszłości odległej lub całkiem niedawnej. Tradycji zbiorowego działania nie mamy zbyt wiele. Autentyczne społeczeństwo obywatelskie istniało ostatnio w międzywojniu, też zresztą mocno krępowane sanacyjnym centralizmem, a nierzadko zamordyzmem. W PRL-u społecznikostwo wtłaczano w sztywne, biurokratyczne formy, częstokroć zależne od woli i humoru kacyka któregoś szczebla, z kolei inicjatywy opozycyjne przybierały postać bądź to wielkich zrywów i buntu, bądź konspiracyjnej tajnej roboty. Poza okresem solidarnościowego „karnawału” trudno w ostatnich dziesięcioleciach wskazać tradycje normalnego zbiorowego działania, a tamte doświadczenia trudno uznać za ponadczasowe, skoro oparte były na nieistniejącym już modelu dwubiegunowego podziału oraz wyrazistym wspólnym wrogu.
Z „Solidarnością” wiąże się bez wątpienia inna istotna przyczyna braku zaufania. Ruch ten wyzwolił ogromne nadzieje i oczekiwania, a jego liderzy zgromadzili ogromny kapitał społecznego zaufania. Co z tym zrobili, to mniej więcej wiadomo. Skończyło się albo blamażem szybkim i totalnym, jak w przypadku Lecha Wałęsy, albo rozłożoną na raty utratą wiarygodności, jak w przypadku środowiska Unii Wolności i „Gazety Wyborczej” (ta ostatnia zachowała część dawnej pozycji „procentowej” tylko dlatego, że tracąc jedne grupy zwolenników, zyskała inne – Adam Michnik nie jest już „idolem” robotników i „przyjacielem ludu”, lecz bożyszczem części klasy średniej i wyalienowanej ze społeczeństwa inteligencji humanistycznej, często bardzo interesownej i związanej z „michnikowcami” rozmaitymi zależnościami).
W Polsce skompromitowało się też mnóstwo podmiotów, które powinny absorbować i organizować społeczną energię. Od liderów związków zawodowych, którzy okazywali się najlepszymi kumplami i sojusznikami nie pracowników, lecz pracodawców, przez bohaterów jednego epizodu, którzy popularność i zaufanie roztrwaniali niemal natychmiast, ulegając pokusie indywidualnej kariery (tak było z kobietą, która dzielnie walczyła z wyzyskiem w hipermarketach, a później uznała, że koniecznie musi zostać posłanką), kończąc zaś na tzw. organizacjach pozarządowych, w których kwitnie nieróbstwo i cwaniactwo, zaś one same częstokroć są prywatnymi folwarkami liderów i miejscem zatrudniania ich koleżków, kuzynów czy małżonków. To wszystko prawda, a ludzie mają prawo nie ufać autorom takich wyczynów i podejrzliwie traktować inicjatywy im podobne.
Swoje robi też polityczna wojna wszystkich ze wszystkimi. Nie ma sensu kultywować naiwnej wizji, w której podziały polityczne są całkiem nieistotne, a światopogląd autorów jakiejś inicjatywy jest zupełnie bez znaczenia. Problem polega jednak w Polsce na tym, że nawet najbardziej „niepolityczne” działania i sfery aktywności zostają uwikłane w przepychanki ideologiczno-partyjne. Zwykła chęć uczczenia pamięci o Powstaniu Warszawskim będzie części środowisk „śmierdziała prawicą”, a chęć skutecznej ochrony skrawka przyrody inni uznają za „lewacką ekologię”. W ten sposób już na starcie wprowadza się atmosferę podejrzliwości i węszenia „kto za tym stoi”. Widziałem na własne oczy tego typu zachowania w tak, zdawałoby się, niewinnych przypadkach, jak próba stworzenia placu zabaw i ochrona parku przed zamianą w podziemny parking.
Na wyższym poziomie eskalowanie postaw „politycznych” też robi swoje. Lewica, szczególnie ta radykalna, namiętnie węszy odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne, akceptując tylko tych, którzy spełniają kryteria czystości ideologicznej w stu procentach. Dochodzi tu do tak kuriozalnych sytuacji, jak – przykład autentyczny – wymuszenie przy pomocy nagonki na wieloletnim działaczu pewnej organizacji, na co dzień nie zajmującej się w ogóle sprawami „obyczajowymi”, udziału w tzw. paradzie równości. W ten sposób miał on zdjąć z siebie odium ciążących od dawna podejrzeń, iż ulega „konserwatywnej hegemonii ideologicznej”. Na prawicy jest dokładnie tak samo, jednak paranoja na punkcie tropienia heretyków – aczkolwiek robi ona to zazwyczaj w bardziej kulturalny sposób niż lewackie sekty – zostaje tu spotęgowana tzw. realizmem politycznym. Jeśli ktoś nie wie, na czym on polega w omawianej kwestii, to skrótowo informuję, że w wersji utylitarnej i niezbyt wysublimowanej chodzi o kultywowanie przekonania, że wszystko ma drugie dno, nikt niczego nie robi całkiem bezinteresownie, a jeśli np. krytykujemy jakąś instytucję, to tylko po to, aby wygryźć stamtąd kogoś i zająć jego miejsce. W efekcie zamiast rozsądnej ostrożności i czujności, mamy permanentną podejrzliwość, która w dodatku urasta do rangi cnoty i kunsztu politycznego.
Wszystkie te czynniki i zjawiska, zebrane w całość, skutkują daleko posuniętą atrofią mobilizacji społecznej. Polacy są podejrzliwi wobec wielu negatywnych zjawisk, procesów i instytucji, ale jeszcze bardziej wobec siebie nawzajem. To znakomicie paraliżuje aktywność obywateli, zdolność wspólnego działania i inicjowanie struktur oporu. Ułatwia za to napuszczanie jednych na drugich, stosowanie zasady „dziel i rządź”, wpuszczanie społecznej energii w kanał domysłów, rozliczeń, nieustannego analizowania wiarygodności itp. Gdyby Polacy cechowali się ponadprzeciętną podatnością na propagandę, to mizerne przejawy aktywności społecznej traktowaliby z obojętnością lub wchodziliby z nimi w polemikę pełną ideologicznego zacietrzewienia. Tymczasem w ich postawach dominuje właśnie ton nieufności: o co im chodzi – na pewno o pieniądze, coś kombinują, za darmo by tego nie robili, ktoś ich podpuścił, skąd mają tyle czasu na takie protestowanie itd., itp. Takie komentarze dotyczą przeróżnych spraw, powtarzane są niczym mantra w dowolnym przypadku. Jeśli ktoś zajmuje się czymś wykraczającym poza indywidualną karierę, życie rodzinne i rozrywkę, nie tyle jest dziwaczny lub nie ma racji, lecz w oczach komentatorów najczęściej jest właśnie podejrzany.
Nie zamierzam nikogo przekonywać do całkowitego porzucenia podejrzliwości. Jest ona potrzebna także wtedy, gdy zaistniałe wspólne inicjatywy mogą skręcić w niewłaściwym kierunku lub paść łupem różnych „złych ludzi”. Namawiam jednak do refleksji nad tego rodzaju powszechną podejrzliwością i krytykanctwem. Dziś nie tyle potrzeba wielkiej idei, jasno wytyczonego celu czy dużych środków finansowych na puszczenie w ruch maszynerii tego, co oznacza wyświechtany termin społeczeństwa obywatelskiego. Potrzeba odbudowy zaufania oraz nabrania dystansu wobec podejrzliwości. Jak to zrobić – nie wiem. Wiem natomiast, że im dłużej będzie dominowała logika spod znaku „człowiek człowiekowi wilkiem”, tym więcej osobników z tego stada zostanie zagryzionych. I każdy z nas może być następną ofiarą.