przez Remigiusz Okraska | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Od kilku miesięcy trwają przymiarki do sprzedaży państwowych udziałów w dzienniku „Rzeczpospolita”, a właściwie w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita, które jako mniejszościowy udziałowiec spółki Presspublica wydaje oprócz tego czasopisma jeszcze dzienniki „Parkiet” i „Życie Warszawy” oraz zajmuje się pomniejszą działalnością wydawniczo-handlową. Dziś Skarb Państwa posiada 49% udziałów w PWR. W chwili obecnej zaawansowane są prace nad ich sprzedażą prywatnemu podmiotowi – wstępnie zaakceptowano oferty dwóch chętnych na zakup mniejszościowego pakietu, z którego państwo chce się pozbyć 85% udziałów.
Jestem zwolennikiem tej prywatyzacji, mimo iż zazwyczaj sceptycznie lub wręcz negatywnie oceniam sprzedaż mienia publicznego i pozbywanie się przez państwo kontroli nad kolejnymi podmiotami, które dotychczas stanowiły narzędzie jego polityki w jakiejś istotnej dziedzinie życia. Są takie sytuacje, gdy nawet „etatysta” i przeciwnik urynkowienia czego się da, uważa, że sprywatyzowanie jakiegoś podmiotu będzie lepszym rozwiązaniem.
Obecna sytuacja związana z „Rzepą” jest bowiem absurdalna. Państwo posiada niemal połowę udziałów w tej gazecie, a w dodatku „zapewnia” jej znaczną część czytelników i dochodów. Formuła gazety „państwowej”, przez lata zamieszczającej jako jedyna istotne informacje formalno-prawno-instytucjonalne, przekłada się wprost na sprzedaż czasopisma. Przy sprzedaży na poziomie 130-150 tys. egz. każdego numeru, około 95-100 tysięcy nabywców gazety stanowią instytucje i firmy. Czyli na „naprawdę” wolnym rynku po „Rzepę” sięga jakieś 30-50 tysięcy osób (co oznacza, że chyba tylko „Trybuna” ma wśród dzienników niższą sprzedaż). A mimo to spośród dużych ogólnopolskich dzienników właśnie ten najmocniej promuje wolny rynek. Poza sporadycznymi artykułami autorów „z zewnątrz”, gros komentatorów i publicystów „Rzepy” forsuje liberalne, nierzadko skrajnie, poglądy w kwestiach gospodarczych. Równie dobrze państwo mogłoby zatem zostać udziałowcem i „promotorem” czasopisma anarchistycznego, które wzywa do likwidacji owego państwa.
Oczywiście sprawa prywatyzacji „Rzeczpospolitej” ma, jak wszystko w Polsce, wymiar skrajnie upolityczniony. Po objęciu stanowiska redaktora naczelnego przez Pawła Lisickiego, dziennik ten coraz bardziej ewoluował w kierunku konserwatywno-liberalnym, tzn. konserwatywnym w sferze kulturowej i liberalnym w kwestiach gospodarczych. Nic dziwnego, że z takim profilem i doborem autorów, „Rzepa” postrzegana jest jako pismo „pisowskie” – jeśli nie wprost wspierające Prawo i Sprawiedliwość, to przynajmniej spośród dzienników najbardziej przychylne temu ugrupowaniu. Dlatego też prywatyzacja PWR traktowana jest przez wiele środowisk – „pisowskich” i „antypisowskich” – jako posunięcie, które sprawi, iż rząd PO wytrąci swemu konkurentowi prasowy oręż z ręki. To z kolei u sympatyków PiS-u skutkuje protestami przeciwko „zamachowi” na „niezależną prasę”. Oczywiście daleko posuniętą naiwnością byłoby nie branie pod uwagę scenariusza polityczno-pragmatycznego, wedle którego ekipa Tuska faktycznie zamyka usta czasopismu przychylnemu swemu najgroźniejszemu przeciwnikowi. Ale nie to stanowi sedno problemu. „Rzepę” należy sprzedać – obojętnie, czy zrobi to obecny rząd, czy któryś z kolejnych.
Nie wiem, czy flagowy okręt firmy PWR jest „pisowski”. Czytam „Rzepę” regularnie i oczywiście postrzegam ją jako bliską ideowo PiS-owi, aczkolwiek nie posunąłbym się do twierdzenia, że stanowi ona nieformalny organ partyjny. Co więcej, uważam, że jest to dziennik dobry. Jego linię konserwatywno-liberalną „skonstruowano” na przyzwoitym poziomie, a liczne „pozapolityczne” teksty i działy sprawiają, że sięgam po to pismo bez poczucia odrazy, mimo że moje poglądy są niemal przeciwieństwem opcji konserwatywno-liberalnej. Nie zmienia to faktu, że obecna „Rzeczpospolita” – wyraźnie sprofilowana ideowo – nie powinna być w żadnej mierze powiązana własnościowo z państwem.
Po pierwsze, liberalne „przegięcie” w kwestii poglądów na tematy gospodarcze nie powinno odbywać się w oparciu o państwowe mienie. Dlatego choćby, że jeśli ktoś wielbi wolny rynek i ograniczoną rolę państwa w gospodarce, to w imię elementarnej zgodności poglądów z postępowaniem, powinien taką gazetę wydawać całkowicie prywatnie. Ale także dlatego, że ideologia neoliberalna ma niewiele wspólnego z troską o państwo i jego kondycję. Nie miejsce tu na rozważania o różnych aspektach liberalizmu gospodarczego – nawet gdyby przyjąć, że jest on, w co bardzo wątpię, optymalny z punktu widzenia interesów społecznych, to jednocześnie ideologia ta wprost godzi w etos państwowy. Neoliberałowie zajmują się głównie krytyką rozmaitych funkcji państwa – nie tylko faktycznych błędów tego, co Amerykanie nazywają „wielkim rządem”, ale podważaniem sensu samej aktywności państwa i jego agend. Państwo jest złe, państwo się wtrąca, państwo jest niesprawne, państwo jest niepotrzebne – to neoliberalna mantra. Doprawdy, trudno o większy absurd niż taki właśnie profil ideowy gazety postrzeganej jako „państwowa”.
Po drugie, o ile trudno od prywatnych gazet domagać się owego sloganowego „pluralizmu opinii” albo zarzucać im „wybiórczość” (w „Obywatelu” nie promujemy neoliberałów czy lewicy feministyczno-gejowskiej i jest to nasze dobre prawo) – bo niby czemu ktoś miałby za własne pieniądze prezentować poglądy, których nie podziela – o tyle od gazety „państwowej” mamy pełne prawo oczekiwać, że będzie na równych zasadach przedstawiała poglądy, wizje i pomysły jak najszerszego spektrum ideowo-politycznego. Z tego też względu wyżej ceniłem „Rzepę” sprzed „epoki Lisickiego” – była wówczas bowiem znacznie bardziej różnorodna ideowo i środowiskowo niż np. „Gazeta Wyborcza”. Gdyby ewoluowała ona jeszcze bardziej w takim kierunku, byłbym przeciwny prywatyzacji czasopisma. Jeśli natomiast „państwowy” dziennik ma forsować linię konserwatywno-liberalną, a pluralizm rozumieć tak, że na każdych dziesięć komentarzy Ziemkiewicza przypada jeden autorstwa dyżurnego lewicowca Sierakowskiego, a na pięć artykułów Wildsteina – jeden równie dyżurnej Magdaleny Środy, to taka farsa nie powinna być w żaden sposób kojarzona z państwem i wspierana przez nie.
Taką „Rzepę” trzeba sprzedać – i to całość państwowych udziałów. Niech prywatny właściciel decyduje, czy utrzymać obecną ekipę redaktorów i dziennikarzy oraz profil pisma, czy też dokonać personalnego i ideowego zwrotu, choćby o 180 stopni. Na własną odpowiedzialność i ryzyko. Niech sprywatyzowana „Rzepa” głosi dowolne poglądy, choćby najbardziej skrajnie liberalne gospodarczo. Ale niech nie kojarzy się ani trochę z państwem. Bo państwo to my, wszyscy obywatele, z lewa, prawa i z centrum, skrajni i umiarkowani, filo- i antykomunistyczni, socjaliści i libertarianie, „aborterzy” i „obrońcy życia”, tradycyjni katolicy i żydowscy postmoderniści, geje i ojcowie wielodzietnych rodzin, sympatycy Michnika i Macierewicza, itd., itp.
Sprzedaż „Rzepy” to jedyny realny dziś scenariusz. Ale jest jeszcze scenariusz inny, idealny, czyli zapewne niemożliwy do realizacji. Alternatywą wobec prywatyzacji byłoby utrzymanie kontroli państwa nad dziennikiem, wykupienie z rąk prywatnego udziałowca większościowego jego aktywów, a następnie taka zmiana profilu pisma, aby służyło ono interesowi państwa i obywateli. Taka „Rzepa”, zamiast ścigać się z innymi dziennikami o to, kto pierwszy ujawni tajnego współpracownika SB albo zaprezentuje dekolt kochanki ex-premiera, mogłaby stać się forum debaty o państwie. Mogłaby zarówno rządowi, jak i opozycji umożliwiać rzeczową dyskusję o konkretnych problemach – rzeczową, czyli pozbawioną tabloidowych pyskówek i PR-owych zagrywek. Mogłaby rzetelnie przedstawiać realia tej Polski – Polski prowincjonalnej – która w mediach nie gości wcale lub jedynie jako migawkowa ciekawostka na kształt relacji z egzotycznej krainy. Mogłaby tłumaczyć czytelnikom-obywatelom, jak są wydawane budżetowe środki i ile jest prawdy w liberalnej propagandzie o marnotrawstwie np. ZUS-u, który „pożera” na własne koszty mniejszą część naszych składek niż czynią to prywatne OFE. Mogłaby prezentować masowemu czytelnikowi mało znane ciekawe inicjatywy i idee, nie zaś – jak dzisiaj – po znajomości recenzować niszowe prawicowe periodyki. Mogłaby umożliwić debatę nie zawodowym politykom, medialnym „ekspertom” i „spin-doktorom”, lecz np. działaczom społecznym, ludziom kultury (niekoniecznie tym z „warszawki”) czy faktycznym fachowcom z istotnych dziedzin życia, dziś zepchniętym na forum niszowych konferencji, na łamy niewielkich czasopism lub w najlepszym razie do 10-sekundowych migawek telewizyjnych czy radiowych „debat”, podczas których wszyscy się przekrzykują. Mogłaby też taka nowa, państwowa „Rzepa” służyć debacie ideowej – ale takiej, w której biorą udział przeróżne środowiska i ich odłamy: jeśli prawica, to nie tylko konserwatywny liberał Ziemkiewicz, ale także zwolennik katolickiej nauki społecznej czy krytyk kapitalizmu z pozycji podobnych do Chestertona; jeśli lewica, to nie tylko Sierakowski, ale także radykał-marksista Ikonowicz czy ktoś spod znaku antykomunistycznego etosu emigracyjnego PPS-u.
Taka „Rzepa” miałaby sens jako pismo „państwowe”. Obecna sensu nie ma, niech więc zostanie sprzedana. Niech wolny rynek nas wyzwoli – chociaż raz skutecznie i sensownie.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Truizmem jest stwierdzenie, że lewica znajduje się dziś w stanie głębokiego kryzysu. Sytuację tę określa kilka czynników. Demontaż socjalnych funkcji państwa oraz myślenia w kategoriach prospołecznych nie jest efektem tajemniczego spisku. Liberalne lobby wypracowało spójną strategię polityczną oraz język ideologiczny, dostosowane do przeobrażeń kulturowych i technologicznych, a także do tych błędów popełnionych przez lewicę, które złożyły się na negatywne – bo i takie były – aspekty państwa opiekuńczego. Rozrost biurokracji, pewnego rodzaju „sztywność” i omnipotencja struktur władzy i redystrybucji kapitału, zostały celnie wypunktowane przez przeciwników polityki prospołecznej. Oczywiście, zjawiska te zostały znacznie wyolbrzymione i demonizowane na potrzeby propagandy liberalnej.
Ofensywie neoliberalizmu sprzyjały przemiany kulturowe i technologiczne. Te pierwsze podminowały etos wspólnotowy – zarówno „organiczny”, jak i oparty na wtórnych więziach społecznych – i sprawiły, że popularna stała się opcja indywidualistyczna. Myślenie o słabszych i przegranych nie tyle odeszło do lamusa, ile przybrało postać typową dla dawnych form liberalizmu, tj. ckliwej troski i filantropii zamiast rozwiązań systemowych. Indywidualizm wyrodził się w kiepską imitację wzorca self-made mana – poleganiu na sobie i eskalacji praw jednostkowych nie towarzyszy poczucie odpowiedzialności za otoczenie społeczne. Jeśli ktoś przegrywa w tym wyścigu, to zarówno w oczach innych, jak i własnych, jest odpowiedzialny za ów fakt, bez zwracania uwagi na warunki, w jakich przyszło mu działać. Taki etos kulturowy nie skłania ani do rozwiązań systemowych, obejmujących na równych zasadach całą populację lub jej istotną część, ani też do zorganizowanych form oporu i wspólnych wysiłków na rzecz zmiany status quo.
Przeobrażenia technologiczne z kolei zaowocowały błyskawicznym rozwojem sił wytwórczych, a co za tym idzie – obfitością dóbr użytkowych. Dzisiejsze średnio-młode pokolenie funkcjonuje w takim otoczeniu materialnym, o jakim poprzedniemu nawet się nie śniło, o naszych dziadkach nie wspominając. Nierówności społeczne istnieją nadal, a nawet uległy pogłębieniu, lecz są maskowane obfitością technologicznych gadżetów i łagodzone łatwą dostępnością wielu produktów niegdyś elitarnych. Oczywiście odwrotną stroną tego medalu są takie choćby zjawiska, jak nabywanie wielu dóbr na kredyt (powszechne zadłużenie społeczeństwa), malejąca jakość i „tandetyzacja”, wysokie koszty zewnętrzne produkcji (np. zanieczyszczenie środowiska czy likwidacja miejsc pracy przenoszonych do krajów o tańszej sile roboczej), a także nowe, niekiedy znacznie bardziej dotkliwe, formy i reguły stratyfikacji społecznej, wyznaczane choćby przez szybko zmieniające się mody kulturowe. Obfitość dóbr materialnych sprawia jednak, że wszystko wydaje się być w zasięgu ręki każdego chcącego, znów stymulując myślenie w kategoriach skrajnie indywidualistycznych. Naturalna w takich warunkach i silnie wspierana komercyjnymi przekazami postawa hedonistyczna również podkopuje myślenie w kategoriach dobra wspólnego i troski o słabszych – dziś w wyjątkowym w dziejach stopniu wypada być lepszym i silniejszym, tzn. mieć szybciej i w większej ilości dostęp do nowych dóbr materialnych.
Powyższe przeobrażenia systemu kapitalistycznego wsparte zostały ideową ewolucją środowisk lewicowych, które niegdyś skutecznie zajmowały się ograniczaniem jego niedogodności. Również one porzuciły etos wspólnotowy na rzecz postawy indywidualistycznej. Dzisiejsza lewica operuje kategoriami de facto liberalnymi – broni indywidualnej swobody, akcentuje wolność w sferze „stylu życia”, antagonizuje różne grupy społeczne wedle kryteriów kulturowych. Dawna socjaldemokracja, zwłaszcza w okresie powojennym, doceniała znaczenie „pokoju społecznego” i poszanowania wspólnego etosu, a w spór z elitami politycznymi i ekonomicznymi wchodziła w celu stworzenia lepszych warunków do realizacji ideałów egalitarnych.
Dziś lewica robi coś zgoła innego: podkopuje zbiorowy etos, a w kwestii praw domaga się nie tyle równości dla wszystkich, ile formalnych lub symbolicznych przywilejów dla dość dowolnie wybranych środowisk mniejszościowych. Dobrze ilustruje ten proces popularność wśród „nowej lewicy” (czyli dominującego współcześnie nurtu całej lewicy) radykalnych postulatów ruchu mniejszości seksualnych oraz feministycznego. Dawna lewica broniła homoseksualistów przed prześladowaniami fizycznymi oraz nierównością wobec prawa. Obecna lewica traktuje „kulturę gejowską” jako niemalże wzorzec do naśladowania, rzekomo lepszy niż „homofobiczny” etos większości społeczeństwa. Kiedyś lewica uważała, że kobiety jako obywatelki czy pracownice powinny mieć takie same prawa, jak mężczyźni. Dziś lewica natomiast zdaje się stawiać na konflikt między żeńskimi a męskimi postawami, rzekomemu „patriarchatowi” przeciwstawiając postulaty „władzy kobiet” czy ich „wyzwolenia”.
Na takim gruncie dokonuje się erozja dobra wspólnego, pewnego minimum konsensualnego oraz samej demokracji. Z jednej strony, podkopywane są one przez dominację myślenia liberalnego, które w praktyce oznacza, że „duży (czyli na ogół potężniejszy finansowo) może więcej” i że jest to jakoby stan naturalny. Z drugiej strony, eskalacja wzorców indywidualistycznych owocuje niemożnością określenia interesów społecznych, zwłaszcza długofalowych, a tym bardziej zorganizowanego, zbiorowego działania na ich rzecz. Efektem jest wychodząca z dwóch przeciwstawnych pozycji, lecz zbiegająca się u celu krytyka czy wręcz pogarda wobec „motłochu”, „plebsu”, „biernych mas”. Dla liberałów nie są one podmiotem godnym zaistnienia jako czynnik sprawczy procesów politycznych – raczej robi się wszystko, aby takie próby zneutralizować czy wyśmiać. Dla „nowej lewicy” natomiast nie są dość nowoczesne i „postępowe”, a każda próba artykulacji ich przekonań wydaje się doktrynerom tej formacji potencjalnie niebezpieczna, gdyż odwołująca się częstokroć do zgoła odmiennego systemu wartości oraz do postaw, które nie mieszczą się w „racjonalnym” kanonie.
„Nowa lewica” oczywiście próbuje dokonać dość ekwilibrystycznych prób dowodzenia, że np. wyzyskiwani robotnicy oraz geje są towarzyszami tej samej walki. Jednak takie sojusze ani nie są realne (w najlepszym razie będąc krótkotrwałymi porozumieniami), ani też nie mają silnego wspólnego mianownika, gdyż problemy obu grup dotyczą całkiem różnych sfer życia i innych mają przeciwników. Pierwsza zmaga się z elitami władzy i/lub pieniądza oraz z wadliwymi, niekorzystnymi dla nich mechanizmami systemowymi, druga natomiast głównie z „milczącą większością” (bowiem gros elit politycznych i kulturowych już od dawna całkowicie aprobuje etos mniejszości seksualnych jako w pełni uprawniony). „Nowa lewica” (a także liberałowie) działa dziś na rzecz uprzywilejowanych mniejszości lub nie tyle realnych, co wyobrażonych grup większościowych (np. zakładając, że ogół kobiet utożsamia się z postulatami feministycznymi). Realna większość społeczeństwa jest dla niej w najlepszym razie „obcym ciałem”, w najgorszym zaś przeszkodą w realizacji swoich zamiarów.
O ile w liberalizmie taka postawa dziwi mniej – choć i on w przeszłości nacechowany bywał dążeniami do upodmiotowienia kolejnych, szerszych warstw społeczeństwa – o tyle w przypadku lewicy można wręcz mówić o zarzuceniu całego etosu określającego historycznie tę formację. Wystarczy porównać, jak wiele uwagi „nowa lewica” poświęca mniejszościom seksualnym, „patriarchatowi” czy „postawom represyjnym”, a ile np. humanizacji pracy, wzmacnianiu i rozszerzaniu procesu demokratyzacji czy równym szansom.
Aby obraz był pełny, konieczne jest dopełnienie go o postawę środowisk konserwatywnych. Eskalacji uległy takie wątki myśli konserwatywnej, jak jednostkowa odpowiedzialność za własne czyny. Zminimalizowano natomiast faktyczną, nie deklaratywną, troskę o wspólnotę. W sferze gospodarczej główny nurt konserwatyzmu idzie dziś ramię w ramię z liberałami. W sferze kulturowej konserwatyzm z kolei stanowi coś w rodzaju psów Pawłowa. Problemy, które w stopniu przesadnie wielkim zaprzątają główny nurt konserwatywnej prawicy to kwestie mniejszości seksualnych, życia płciowego, moralności itp., postrzegane w opozycji do postaw „nowej lewicy” – jeśli ona coś popiera, konserwatyści automatycznie są przeciw. Zniknęło natomiast z horyzontu tych środowisk to, co było istotne dla – zwłaszcza powojennej – „prawicy społecznej” (chadecy, ordoliberałowie, zwolennicy nauki społecznej Kościoła czy choćby „klasyczni” konserwatyści, jak przedthatcherowscy Torysi), czyli tworzenie systemowych podstaw stabilności społecznej, godnego życia i dobra wspólnego.
To właśnie (neo)konserwatyści są największymi beneficjentami status quo. Z jednej strony, podniesienie przez „nową lewicę” do rangi czołowych problemów spraw obyczajowych pozwala prawicy na demagogiczną mobilizację elektoratu wokół tych kwestii, bez konieczności oferowania rozwiązań programowych w wielu innych, daleko istotniejszych sferach życia. Z drugiej, destabilizacja społeczna, będąca efektem neoliberalnych reform, rodzi zapotrzebowanie na różne „szalupy ratunkowe” – w myśl zasady „jak trwoga to do Boga” – którymi są w tej rzeczywistości postawy religijne, rozmaite fundamentalizmy, kreowanie wrogów („na zewnątrz” lub w łonie naszego kręgu kulturowego) etc. Pozwala to współczesnej prawicy nie tylko prowadzić politykę neoliberalną, ale i zarazem, w przewrotny sposób, kreować się na obrońców przed jej skutkami (urojone „uzdrowienie moralne” ma być lekiem na faktyczny chaos kulturowy i społeczny, będący efektem liberalizacji gospodarki), zapewniając sobie wpływy i poparcie społeczne.
W obliczu porzucenia przez „nową lewicę” i część konserwatystów postaw prospołecznych, nie istnieje w zasadzie żadna poważna siła intelektualna i polityczna, która przeciwstawiłaby się skrajnie nieegalitarnej polityce gospodarczej i społecznej. O ile w krajach Zachodu można mówić o pewnych „zaworach bezpieczeństwa” i „przeciwciałach”, jak obrona utrwalonych przez lata zdobyczy socjalnych w Niemczech czy Francji, a przede wszystkim stosunkowo udane próby godzenia wyzwań liberalizacji gospodarki i globalizacji z postawą prospołeczną, znane z krajów skandynawskich, o tyle w Polsce i całym byłym bloku sowieckim sytuacja jest o wiele gorsza. Nie ukształtowały się u nas bowiem żadne trwałe i silne ugrupowania prospołeczne ani lewicowa, egalitarna „tkanka kulturowa” (nic bardziej nie dowodzi pseudolewicowości PRL-u niż dzisiejsza hegemonia liberałów i prawicy). Dominująca część lewicy to de facto związek zawodowy dawnych członków i sympatyków partii komunistycznej, odległy nie tylko od konsekwentnej obrony ideałów egalitarnych, ale często wręcz nie znający i nie rozumiejący ich, traktując uznaniowość i niedobory materialne realnego socjalizmu jako „normalny” odpowiednik zachodnich demokratycznych państw opiekuńczych. Prawica w Polsce jeszcze bardziej niż jej zachodni odpowiednicy jest skażona ultraliberalizmem gospodarczym, w obecnej zaś formie wsparta przez bezradne ideowo i miotające się między sprzecznościami w sferze gospodarczej środowiska populizmu religijnego, sięgającego do anachronicznych wzorców w definiowaniu wspólnoty narodowej i ustroju gospodarczego. „Nowa lewica” nie jest u nas formacją znaczącą politycznie, ale dość wpływową w sferze ideowej, a przy tym bezrefleksyjnie naśladowczą wobec wzorców zachodnich, usiłując niejako na siłę dokonać modernizacji społeczeństwa. Brakuje wyrazistej siły prospołecznej – zarówno na prawicy, jak i na lewicy. Takiej, która byłaby wierna ideałom egalitarnym i etosowi obywatelskiemu (państwo jako wspólnota równych obywateli, nie zaś „silna, zwarta i gotowa” struktura etniczna), a jednocześnie rozumiejąca lokalną specyfikę kulturową, gospodarczą i polityczną.
Ten brak jest dotkliwy, ale daje szansę na przywrócenie do politycznego krwiobiegu formacji, którą można by nazwać „odnowioną socjaldemokracją”. Wobec powyższego opisu sytuacji, powinna ona rozważyć takie postawy i zjawiska:
1. Konsekwentna opcja prospołeczna i egalitarna, jako silna opozycja wobec neoliberalnego systemu wartości. Powinna ona dokonać krytyki i wypracować metody rozwiązania problemu „starych” form nierówności społecznej – ze względu na dochody, pochodzenie społeczne, podział terytorialny itp. Koniecznie musi jednak także rozpoznać i zaproponować alternatywę wobec wielu różnych nowych, nierzadko mniej widocznych, choć dotkliwych form nierówności i dyskryminacji. Dziś nierówności społeczne dotyczą nie tylko rosnącej rozpiętości dochodów, ale również nie zawsze wprost skorelowanej z nimi różnicy w dostępie do wiedzy i informacji, korzystania z infrastruktury (np. rozwój transportu indywidualnego kosztem ograniczania nakładów na transport publiczny), jakości produktów i usług (np. tańsze, ale bezwartościowe wyroby spożywcze z hipermarketów), warunków egzystencji (np. przebywanie w zanieczyszczonym środowisku czy zdewastowanym krajobrazie).
Działania na rzecz realizacji ideałów egalitarnych nie mogą zatem być oparte wyłącznie na dawnych metodach socjaldemokracji, w których czołową pozycję odgrywała redystrybucja dochodów. Muszą one zostać wsparte szeroko rozwiniętymi działaniami edukacyjnymi, zredefiniowaniem paradygmatu kulturowego, mniej materialistycznym ujęciem kwestii, które składają się na „godne życie”.
Polityka redystrybucji i jej formy muszą też uwzględnić nowe wyzwania i wnioski z analiz współczesnych trendów. Jednym z kluczowych problemów jest proces automatyzacji pracy, czyli długofalowe zmniejszanie się ogólnego zapotrzebowania na pracę w krajach rozwiniętych – w tej kwestii należy przemyśleć np. koncepcję skrócenia ustawowego czasu pracy, a także powszechnego dochodu gwarantowanego, który zabezpieczałby materialne podstawy bytu wszystkich członków społeczeństwa. Z kolei w sferze wspierania pożądanych i wartościowych postaw, a także jako forma przeciwdziałania marginalizacji znacznej części społeczeństwa, warta uwagi wydaje się koncepcja docenienia i wynagradzania pracy domowej kobiet czy wymierna ocena pożądanej społecznie, lecz często nieodpłatnej pracy w sektorze pozarządowym.
Aby uniknąć przerostów biurokracji oraz drenażu finansów publicznych, polityka taka w mniejszym stopniu musi opierać się na „rozdawnictwie”, bardziej zaś na tworzeniu infrastruktury i instytucji, które stanowiły będą naturalny fundament polityki egalitarnej. Główną miarą skuteczności polityki prospołecznej nie powinna być wysokość nakładów budżetowych czy stawek podatkowych, lecz faktyczna poprawa jakości i poziomu życia ogółu społeczeństwa, zadowolenie z funkcjonowania instytucji publicznych oraz wskaźniki obrazujące postawy egalitarne.
2. Obrona sektora publicznego oraz krytyka modelu „urynkowienia” wszelkich sfer życia. Instytucje publiczne nie tylko są ważnym narzędziem prowadzenia przez państwo polityki prospołecznej i egalitarnej, ale częstokroć oferują one – wbrew liberalnej propagandzie – usługi lepszej jakości. W kilku krajach negatywnie zakończyły się eksperymenty z prywatyzacją kolei czy służby zdrowia. Podobnym problemem jest rzadziej dostrzegana, lecz równie dotkliwa kwestia prywatyzacji usług komunalnych czy postępujący proces patentowania wiedzy i aspektów kultury (zwłaszcza w nowych dziedzinach i formach, jak media cyfrowe czy biotechnologia). Nie tylko ograniczają one dostęp części społeczeństwa do różnych dóbr i usług, ale także pozbawiają państwo i społeczności lokalne możliwości prowadzenia samodzielnej polityki na rzecz realizacji ideałów egalitarnych.
Jednak także w tej kwestii należy dokonać krytycznego oglądu dotychczasowych doświadczeń. W sferze publicznej zdarzają się patologie, których ukrywanie czy lekceważenie jest szkodliwe, bowiem podważa zaufanie do tego sektora oraz ułatwia neoliberałom całościową krytykę takich rozwiązań. Instytucje publiczne powinny się cechować jawnością działania i podejmowania decyzji, poddaniem się kontroli społecznej, wysoką jakością usług i etosu, przejrzystością finansową i oszczędnością w wydatkowaniu środków budżetowych, merytokratycznym doborem personelu etc. Zadaniem lewicy nie jest eskalowanie wydatków na rzecz swoistego worka bez dna, jakim bywają wadliwie skonstruowane lub źle zarządzane instytucje publiczne. Nie istnieją takie kwoty, których nie można zmarnować.
3. Obrona państwa narodowego. Z dotychczas znanych form organizacji bytu zbiorowego, to właśnie państwo narodowe wydaje się najbardziej sprawdzoną i skuteczną płaszczyzną realizacji ideałów prospołecznych. W dzisiejszych czasach, aczkolwiek jego możliwości zmalały w efekcie procesów globalizacyjnych, pozostaje ono nadal znaczącą siłą decyzyjną, posiadającą narzędzia umożliwiające trwałą korektę poczynań wielkiego, ponadnarodowego kapitału (tej siły nie posiadają ani społeczności lokalne, ani oddolne inicjatywy społeczne). Jednocześnie państwo narodowe umożliwia wpływ obywateli na decyzje ich dotyczące, którego brak cechuje całkowicie lub w znacznie większym stopniu instytucje ponadnarodowe.
Należy jednak wystrzegać się postaw izolacjonistycznych. Tradycją lewicy jest – w nieskompromitowanym znaczeniu tego słowa – internacjonalizm. Dziś oznacza on po pierwsze konieczność współpracy ponadnarodowej, gdyż wskutek procesów globalizacyjnych los mieszkańców różnych krajów jest podobny w stopniu znacznie większym niż niegdyś. Po drugie, internacjonalizm podyktowany jest rozsądkiem, gdyż w wielu kwestiach pojedyncze państwa są zbyt słabe – konieczne jest wypracowanie form sojuszy, np. współpracy regionalnej czy tworzenia bloków państw o podobnych problemach i zbliżonym potencjale. Po trzecie, internacjonalizm oznacza moralną odpowiedzialność za losy mieszkańców innych krajów czy kontynentów, co jest szczególnie istotne w obliczu „umiędzynarodowienia” wielu problemów (głód, ubóstwo, skażenie środowiska, likwidacja miejsc pracy, terroryzm, hegemonistyczna polityka militarna itp.).
Udział w strukturach ponadnarodowych nie powinien być oparty na wyzbywaniu się prerogatyw i narzędzi suwerenności, nie może również dokonywać się w oparciu o arbitralne decyzje podejmowane bez wyraźnego przyzwolenia obywateli. Powinien mieć postać dobrowolnych, dwustronnych układów, z możliwością wycofania się z nich i zachowania prawa weta.
Siła i suwerenność państwa narodowego muszą mieć także – oprócz symbolicznych – realne podstawy o charakterze finansowym/gospodarczym. Oznacza to konieczność zachowania przez państwo kontroli nad strategicznymi sektorami gospodarki oraz zasadami udziału w ponadnarodowych strukturach (np. polityka celna). To właśnie państwo powinno mieć decydujący głos w takich kwestiach, jak przepływ towarów czy ludzi. Kontrola ta jednakże powinna opierać się na rozwiązaniach nowoczesnych i pozbawionych wad dawnego typu ingerencji w owe sfery życia społecznego.
Suwerenność państwa narodowego musi być wsparta także solidnym przemyśleniem problematyki udziału w globalnej gospodarce i tzw. wolnym handlu. Konieczny jest rzetelny bilans zysków i strat otwarcia granic na swobodny przepływ towarów i pracowników, oszacowanie, czy faktycznie zawsze korzystne są tzw. zagraniczne inwestycje lub produkcja eksportowa zamiast rozwoju w oparciu o własne siły i wedle priorytetów rynku wewnętrznego i potrzeb społeczeństwa.
4. Odnowienie demokracji. Państwo jest dla obywateli i to oni powinni być głównym zbiorowym podmiotem decyzyjnym. Jest to szczególnie istotne wyzwanie w świecie, w którym oprócz oligarchizacji gospodarki dokonuje się także podobny proces w sferze polityki („demokracja medialna”) oraz trwa alienacja struktur władzy i instytucji publicznych. Wciąż istotnym, a może nawet bardziej aktualnym niż dawniej elementem myśli socjaldemokratycznej powinno być zwiększanie i utrwalanie wpływu społeczeństwa na decyzje dotyczące jego problemów. Nie powinien on ograniczać się tylko do sfery ogólnopolitycznej (wybory władzy przedstawicielskiej), lecz obejmować różne szczeble i sfery porządku społecznego – np. samorząd terytorialny (aż do szczebla osiedlowego), stosunki pracy („demokracja przemysłowa”), społeczną kontrolę nad instytucjami publicznymi, a przede wszystkim kwestie własnościowe (np. wsparcie spółdzielczości czy akcjonariatu pracowniczego).
Państwo nie powinno być odgórnym „regulatorem” tych zjawisk ani ustanawiać jakiegoś „właściwego” porządku, lecz tworzyć formalno-prawne i instytucjonalne ramy oraz system zachęt (np. na poziomie edukacji) do zaangażowania się obywateli w życie publiczne. Socjaldemokracja powinna twórczo i aktywnie odnieść się do takich kwestii i metod, jak referenda, „demokracja elektroniczna”, tzw. budżet partycypacyjny i innych form zaangażowania społeczeństwa w podejmowanie decyzji i kształtowanie własnego losu.
5. „Rewitalizacja” tkanki społecznej. Aby demokracja i udział w życiu publicznym mogły się umocnić i rozwijać, potrzebna jest gęsta sieć formalnych i zwyczajowych mechanizmów i instytucji, przy pomocy których obywatele będą mogli partycypować we współtworzeniu porządku społecznego. Państwo powinno dbać o to, aby istniały silne i wielorakie ośrodki takiej aktywności społecznej.
Nie powinno jednak dokonywać zbyt silnej ingerencji w to, jak społeczeństwo dokonuje samoorganizacji – znów chodzi raczej o tworzenie dogodnego gruntu do rozwoju inicjatyw obywatelskich niż o ich odgórne kreowanie. Takie ośrodki powinny być dla państwa partnerem zachowującym możliwie dużą autonomię i samodzielność – czy będą to organizacje tzw. trzeciego sektora, czy media lokalne, czy struktury związków wyznaniowych. Państwo silne nie może oznaczać państwa omnipotentnego. Ideałem powinna być synteza państwa opiekuńczego oraz „społeczeństwa opiekuńczego”, które wspiera struktury odgórne w ich celach i zadaniach, ale jednocześnie kontroluje je i zabezpiecza swobody obywatelskie.
6. „Jakość życia”. Odnowiona socjaldemokracja powinna krytycznie spojrzeć na tę część głównego nurtu ekonomii i własnej tradycji, którą można umownie określić jako „produktywistyczną”. Dotychczasowe wskaźniki dobrobytu należy zrewidować lub poszerzyć o takie kwestie, które znalazły uznanie w oczach wielu członków społeczeństwa, a także są coraz częściej wskazywane przez naukowców jako istotne składniki „dobrego życia”. Rewizji należy poddać perspektywę „ilościową” i wzbogacić ją o docenienie aspektu jakościowego.
Dotychczas mierniki kondycji społecznej obejmowały głównie sferę materialną. Są one jednak poddawane coraz powszechniejszej krytyce. Po pierwsze dlatego, że często zafałszowywały rzeczywistość, obejmując zarówno zjawiska pozytywne, jak i negatywne. PKB rósł zarówno wtedy, gdy zapewniano kolejnym członkom społeczeństwa dach nad głową, jak i wówczas, gdy „oszczędny” – w sensie dbałości o ochronę środowiska – właściciel nowej fabryki emitował zanieczyszczenia i podwyższał wskaźniki chorób cywilizacyjnych. Dziś te ilościowe mierniki są coraz bardziej problematyczne – choćby dlatego, że również w zamożnych społeczeństwach nie rośnie liczba osób zadowolonych z życia, a obfite żniwo zbierają tam różnorakie patologie (narkomania, choroby psychiczne czy przemoc), które częstokroć nie mają nic wspólnego z ubóstwem. Nawet w sferze stricte gospodarczej często to, co jest korzystne z punktu widzenia wskaźników makroekonomicznych, jednocześnie oznacza zjawiska negatywne w mikroskali (np. potanienie wielu produktów, ale przy jednoczesnej likwidacji miejsc pracy i przeniesieniu produkcji do uboższego kraju lub regionu). Oznacza to konieczność ostrożnego podejścia do standardowych wskaźników oraz zerwanie z rozpatrywaniem zjawisk ekonomicznych w oderwaniu od pozostałych uwarunkowań.
Osobnym aspektem tego zjawiska jest szeroko pojęta ekologia. Rozumiana nie tylko jako standardowa „oszczędność surowców” czy „dbałość o przyszłe pokolenia”, lecz w kontekście tego, że życie w zdrowym, czystym, pozbawionym hałasu środowisku oraz możliwość obcowania z dobrze zachowaną przyrodą i krajobrazem są jedną z elementarnych potrzeb społecznych oraz składników dobrego życia jednostek, częstokroć nie mniej istotnymi niż wysokość zarobków czy dostęp do innych dóbr i usług, jak edukacja czy służba zdrowia. Podobnym problemem jest także kwestia konsumpcjonizmu – psychologowie coraz częściej wskazują na zjawisko swoistej symbolicznej przemocy związanej z presją posiadania wciąż większej ilości produktów. Odnowiona socjaldemokracja nie może takich zjawisk postrzegać wyłącznie przez pryzmat ilościowy, lecz uznać, że niekoniecznie „więcej znaczy lepiej”.
7. Prymat życia nad ideologią oraz poszanowanie autentycznych tradycji. Aby społeczeństwo było demokratyczne i samorządne, państwo i jego agendy nie powinny nazbyt mocno ingerować nie tylko w rozwiązania formalne, lecz także ostrożnie postępować wobec nieformalnego kodeksu zachowań i etosu zbiorowego. Muszą wystrzegać się pokus odgórnego tworzenia i forsowania rzekomo jedynie słusznych rozwiązań wbrew woli społeczeństwa i jego podgrup. Wszelkie zmiany powinny być wyważone, ostrożne oraz odwołujące się do zbiorowego common sense. Nie oznacza to stagnacji i braku inicjatyw twórczych ani też ugruntowywania istniejących postaw patologicznych, lecz oparcie wszelkich zmian na powszechnym systemie wartości oraz lokalnych tradycjach kulturowych, gdyż tylko wówczas zmiany owe będą autentyczne i trwałe. Socjaldemokracja powinna wystrzegać się siłowego „importu” rozmaitych wzorców i trendów, a także być wyczulona na pokusy inżynierii społecznej.
8. Zmiana i stabilizacja. Ten swoisty „konserwatyzm” nie może oznaczać udawania, że świat stoi w miejscu. Krytycznie należy odnieść się do propagowanych przez prawicę wielu tzw. naturalnych praw i postaw. Pewne stosunkowo stałe zachowania i preferencje jednostek i zbiorowości nie powinny być obiektem ataku i zmasowanej krytyki, lecz jednocześnie nie należy roztaczać miraży „starych dobrych czasów” ani utrwalać postaw patologicznych. Rozsądnemu czerpaniu z doświadczeń przeszłości nie powinno towarzyszyć „obrażanie” się na nowe trendy i bezrefleksyjne dezawuowanie ich.
Należy twórczo przemyśleć takie choćby zjawiska, jak nowe modele życia rodzinno-partnerskiego, przemiany sfery seksualnej, trendy kulturowo-rozrywkowe, starając się dostrzec ich zalety oraz delikatnie korygować te tendencje, które mogą stanowić zagrożenie dla ładu społecznego.
9. Konsensus, prawa i obowiązki. Dominującej dziś kulturze egoizmu i eskalacji żądań z jednej strony oraz renesansowi wizji spod znaku „nadzorować i karać” z drugiej, należy przeciwstawić próbę wypracowania konsensusu satysfakcjonującego jak najszersze kręgi społeczeństwa, przy zachowaniu możliwie dużej swobody dla opcji mniejszościowych, jeśli tylko nie są w rażący sposób destrukcyjne i sprzeczne z ładem społecznym. Należy minimalizować udział w wyniszczającej społeczeństwo „wojnie kulturowej”, w której lubują się zarówno środowiska konserwatywnej prawicy, jak i „nowa lewica”. Polityka w kwestiach spornych powinna się opierać raczej na wsparciu i ochronie, zamiast na nakazach i zakazach.
Przykładowo, budzący wiele kontrowersji problem aborcji nie powinien być przez socjaldemokrację rozwiązywany ani przez zaostrzanie regulacji antyaborcyjnych, ani też przez ułatwianie tzw. wolnego wyboru kobiety w kwestii tak delikatnej biologicznie i etycznie, jak pewna forma życia ludzkiego. Istniejące ograniczenia prawa do przerywania ciąży należy wzbogacić o działania na rzecz faktycznego rozwiązania problemu (edukacja seksualna i powszechnie dostępna antykoncepcja, realne finansowe i instytucjonalne wsparcie rodzin i matek, ułatwienia w systemie adopcyjnym, zmiana wzorców kulturowych i postaw wobec samotnych matek i urodzeń pozamałżeńskich etc.). Z kolei różnego rodzaju postawy mniejszościowe (np. seksualne czy kulturowe) powinny mieć zagwarantowane równe prawa obywatelskie i realne wsparcie w rozwiązywaniu ich specyficznych problemów, ale jednocześnie nie mogą być traktowane jak uprzywilejowane „święte krowy”. Większość musi szanować postawy mniejszościowe (poza destrukcyjnymi lub rażąco sprzecznymi z powszechnym etosem kulturowym), a państwo – ochraniać je przed presją ogółu. Natomiast mniejszości powinny uszanować większościowe odczucia i postawy. W sferze publicznej należy natomiast minimalizować znaczenie osobistych preferencji. Zarówno np. gej jak i „homofob” powinni być na tej płaszczyźnie oceniani nie przez pryzmat indywidualnych zachowań i preferencji, lecz z punktu widzenia ich postaw wobec dobra wspólnego, a w instytucjach publicznych „lewak” i „faszysta” muszą być rozliczani nie ze swych poglądów, lecz z fachowości.
Remigiusz Okraska
P. S. Powyższy tekst powstał pierwotnie wiosną 2007 r. na potrzeby dyskusji programowej. Miała się ona toczyć w środowisku skupionym wokół prospołecznego think tanku, którego powołanie planowała wspólnie redakcja „Obywatela” i Ryszard Bugaj. Ostatecznie inicjatywa nie rozwinęła skrzydeł z tzw. przyczyn obiektywnych. Niedawno odnalazłem powyższy tekst w swoim archiwum i po drobnych zmianach postanowiłem go zaprezentować czytelnikom.
przez Remigiusz Okraska | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niedawna medialna burza wokół śmierci Eluany Englaro, Włoszki, którą po 17 latach śpiączki przestano dokarmiać i uśmiercono biologicznie, pokazuje jak dwuznaczne są dzisiaj wybory ideologiczne i światopoglądowe. A także jak niebezpieczne jest poruszanie się po minowym polu o nazwie „wartości”.
Całe biblioteki można zapełnić traktatami etycznymi, które zrodziła ludzka myśl w ciągu wieków, świeckich i motywowanych religijnie, powstałych na Zachodzie i w wielu innych kulturach i cywilizacjach. Dla mnie natomiast fundamentalne jest w tej kwestii jedno jedyne zdanie autorstwa znakomitego francuskiego chirurga, René Leriche’a. Brzmi ono tak: „Tylko jeden ból łatwo znieść: ból innych”.
Przypomina mi się ono zawsze, gdy przetacza się kolejny front wojny etyczno-kulturowej – a to w sprawie eutanazji, a to aborcji, a to właśnie w obliczu takich wyzwań, jakie niesie ze sobą sprawa Eluany Englaro. Cytowane zdanie Leriche’a, które wszak nie dotyczy tylko bólu czysto fizycznego i bezpośrednio odczuwanego, popycha mnie w kwestiach etycznych w stronę tego, co określa się mianem prawicy. Lewica, jakby wbrew swemu pierwotnemu etosowi, obecnie nazbyt pochopnie szafuje lekceważeniem bólu, rzecz jasna bólu innych. Do tych „prawicowych” pozycji w rzeczonej kwestii doszedłem, paradoksalnie, z lewicowego punktu wyjścia. Nie miało to nic wspólnego z chrześcijaństwem, z cywilizacją zachodnią, z prawem naturalnym itp. Znam osobiście jeszcze przynajmniej kilkanaście osób, które zajęły „prawicowe” pozycje w kwestii aborcji czy eutanazji właśnie taką okrężną drogą. Chyba najtrafniej wyraził to mój kolega, wieloletni wegetarianin i działacz na rzecz praw zwierząt, który powiedział kiedyś: wystrzegam się jak tylko mogę wszelkich praktyk związanych z cierpieniem żywych istot, a miałbym godzić się na aborcję, czyli niszczenie formy życia osobników mego własnego gatunku?
Można w nieskończoność przerzucać się argumentami, czy aborcja to „zabójstwo”, czy „usunięcie zlepka komórek”, czy dotyczy „dziecka”, czy „zygoty”, przytaczać opinie naukowców spod znaku „pro-life” i „pro-choice”. Ale w ostatecznym rozrachunku chodzi o zalążkową formę życia – w dodatku taką, którą każdy z nas kiedyś był. Nie mam wątpliwości, że bardzo problematyczne, a wręcz upokarzające jest urodzenie dziecka niechcianego, a jeszcze bardziej – wychowywanie go w stanie biedy i materialnych „braków”. Nie ma w tym nic godnego pochwały i żadne moralizowanie tego nie zmieni. Ale to za słaby argument, aby zezwalać na aborcję „na życzenie” lub „ze względów socjalnych”.
Tyle, że same zakazy niczego nie rozwiązują – z tego też powodu odmawiam zgody na dominację prawicowych poglądów w kwestii antykoncepcji i polityki socjalnej. Jeśli nie chcemy aborcji motywowanych uznaniowo lub finansowo, to powinniśmy zakazowi przerywania ciąży dać wsparcie w postaci taniej i łatwo dostępnej antykoncepcji, a rodzicom – realną pomoc finansową i instytucjonalną, aby wychowanie dziecka nie uczyniło z ich życia koszmaru. To właśnie mógłby być program lewicy, gdyby odeszła od nonszalanckiego traktowania zalążkowych form życia – zamiast „społeczeństwa skrobankowego”, byłoby to „społeczeństwo wspierające” świadome macierzyństwo i wychowanie dzieci. Byłby to również program uczciwej prawicy, która powinna uznać, że po pierwsze nie wszystkich obywateli obowiązuje katolicka wykładnia moralności, a po drugie – że jeśli chcemy „chronić życie”, to wypada to robić czynem, nie zaś przy pomocy nic nie kosztującego moralizowania i umywania rąk od cudzych problemów. Znacznie lepiej „chroni życie” – czyli ogranicza skalę aborcji – używanie prezerwatyw i pigułek antykoncepcyjnych, realna pomoc socjalna dla rodzin (nie zaś jej karykatura w postaci becikowego) czy gęsta sieć tanich żłobków i przedszkoli, niż ustawowy zakaz, w którego cieniu bez przeszkód funkcjonuje podziemie aborcyjne i „turystyka skrobankowa” do nieodległych Czech.
Dzisiejsza lewica porzuciła wszelką empatię, a w kwestiach etycznych zachowuje się tak, jakby chodziło co najwyżej o hodowlę jedwabników. Jednak prawica jest wrażliwa o wiele zbyt wybiórczo, aby jej „wartości” traktować serio. Sprawa śmierci Eluany Englaro pokazuje ten problem dobitnie. Trafnie zauważył Cezary Michalski, że sprawa śmierci Włoszki stała się kolejną okazją do politycznej mobilizacji środowisk, które wycierają sobie gębę „wartościami”, lecz nierzadko składają się z osób będących w wielu innych kwestiach antytezą jakichkolwiek wartości godnych pochwały. Jeśli czołowym moralistą staje się taka kanalia, jak Silvio Berlusconi, to mamy do czynienia z obrzydliwą tragifarsą i z niczym więcej.
Michalski jednak idzie w moim przekonaniu o krok za daleko. To prawda, że „wartości” i wymachiwanie sztandarem z nimi stanowią obecnie poręczny, dziecinnie prosty sposób mobilizacji politycznej. Nic tak nie emocjonuje hufców zwolenników dzisiejszej prawicy jak wizje „cywilizacji śmierci”, „upadku obyczajów”, „zagłady cywilizacji” i w ogóle Sodomy i Gomory, która jakoby miała się czaić tuż za rogiem. Całe mnóstwo łajdaków wychodzi z politycznego niebytu lub utrzymuje się na powierzchni tylko dlatego, że „konsekwentnie bronią życia” lub „troskliwie kultywują zagrożone tradycje”. Ale nie sposób uznać, że wśród tychże hufców nie ma – również na poziomie przywódców – ludzi szczerze przejętych takimi ideałami. Z Berlusconim należy się nie zgadzać i nie należy go szanować, natomiast z Markiem Jurkiem można się nie zgadzać, ale należy go szanować.
Sedno problemu tkwi gdzie indziej. Otóż nawet ta część prawicy, która autentycznie broni wartości niezależnie od tego, czy czerpie z owego faktu korzyści polityczne, jest ślepa na jedno oko, a zamiast ludzkiej twarzy posiada ludzki zaledwie jeden policzek. Ci sami, którzy współczują niszczonym zarodkowym formom człowieka lub protestują przeciwko odłączeniu chorych od aparatury podtrzymującej życie, bądź też są bardzo sceptyczni wobec eutanazji, jednocześnie na innych płaszczyznach popierają rozwiązania sprzeczne z ochroną życia. Sztandarowym przykładem takiej krótkowzroczności jest stosunek „wartościowej”, czyli neokonserwatywnej prawicy wobec ochrony środowiska. Grupy te przekonują, że najważniejszy jest człowiek i że nie można poświęcać jego dobrej kondycji na rzecz „jakichś roślinek”. Po pierwsze jednak, trudno znaleźć przykład faktycznego i dotkliwego prześladowania ludzi w imię „ochrony roślinek”. Po drugie zaś, człowiek jest w sensie biologicznym dokładnie taką samą częścią przyrody jak owe roślinki, a spustoszenia w ekosystemie odbijają się również na nas – prędzej czy później, ale zawsze. Wystarczy wiedzieć, jak ogromne i przeraźliwie bolesne żniwo zbierają tzw. choroby cywilizacyjne.
Ci sami „obrońcy życia”, którzy gotowi są publicznie ronić łzy nad Eluaną Englaro, zajadle zwalczają np. pomysły odwrotu w transporcie od nieograniczonego spalania ropy naftowej – tak jakby tysiące ludzi nie umierały z tego powodu w ogromnych boleściach na raka czy białaczkę. Ci sami ludzie, którzy uważają, że „ochrona życia” jest najwyższą wartością, przeciwstawną bezdusznej, materialistycznej koncepcji „prawa kobiet do własnego brzucha”, jednocześnie gotowi są rozerwać na strzępy każdego, kto proponowałby właśnie niematerialistyczne ujęcie problemu dewastacji środowiska, gdyby PKB miało od tego zmaleć o choćby 0,01%. Ci sami, którzy uważają transplantację organów za moralnie podejrzaną i sprzeczną z naturą, bez mrugnięcia okiem popierają o wiele większą i wciąż nieodgadnioną w kwestii skutków ingerencję w naturę, jaką stanowią manipulacje genetyczne czy klonowanie zwierząt – a przeciwników takich praktyk określają, dokładnie tak, jak sami są zwani przez oponentów: zacofańcami i ciemniakami.
Ale problem ten ma jeszcze szerszy wymiar, mianowicie gospodarczy. Nawet gdyby uznać, że taki wolny rynek, jaki wychwala neokonserwatywna prawica, jest najlepszy z punktu widzenia wskaźników makroekonomicznych i gwarantuje najszybszy globalny wzrost zamożności (co oczywiście jest dyskusyjne), to od kilku dekad wiadomo, że szeroko pojętą lepszą jakość życia – a więc nie tylko wysokie wskaźniki PKB, lecz także zaspokojenie wielu nieekonomicznych potrzeb czy dbałość o nie do końca materialistyczne aspekty ludzkiego bytowania – zapewniają te rozwiązania, które umownie można nazwać „społeczną gospodarką rynkową”. Owa jakość życia obejmuje nie tylko przyrost bogactwa, ale także jego w miarę równomierną dystrybucję w społeczeństwie, niski poziom przestępczości, łatwo dostępne i niedrogie usługi publiczne, dobrze zachowane środowisko, poczucie bezpieczeństwa egzystencjalnego (np. w obliczu starości) itp. Nie musi ona wcale iść w parze z zacofaniem, a wręcz przeciwnie – nierzadko nowoczesność i innowacyjność rozkwita prężnie na takim właśnie podłożu, jak choćby w Finlandii.
Gdyby trzymać się czysto materialistycznych i indywidualistycznych wskaźników, to być może np. system emerytalny, który opiera się na rozwiązaniach kapitałowych – każdy odkłada na swoją emeryturę i dostaje tyle, ile uskładał – jest wedle nich optymalny i sprawiedliwy. Ale czy ma on coś wspólnego z wartościami wspólnotowymi i z troską o słabszych? Czy emeryt, który otrzyma mizerne ochłapy z OFE, nie zasługuje na ochronę i wsparcie i czy jest on mniej bezbronny niż „życie poczęte”, skoro przyczyną niskich świadczeń niekoniecznie jest lenistwo i niechęć do pracy, lecz np. zamieszkiwanie w regionie, w którym dominują niskie płace? Być może z indywidualistycznego i materialistycznego punktu widzenia optymalna i sprawiedliwa forma gospodarki to taka, w której zakazano związków zawodowych, a pan i władca – pracodawca – wyciska z zatrudnionych ile się da. Ale czy pomiatanie pracownikami i wypłacanie im groszowych pensji przy braku realnych alternatyw – np. w regionie wysokiego bezrobocia – ma cokolwiek wspólnego z wartościami? I czy owi pracownicy na pewno są mniej bezbronni niż ci, których presja społeczna (rodziny, lekarzy itp.) skłoni do eutanazji?
„Cywilizacja śmierci” ma różne oblicza. Czasem jest to śmierć na ginekologicznym fotelu, innym razem w „klinice eutanazyjnej”. Czasem śmierć z głodu lub z przepracowania. Zawsze jest to jednak cywilizacja, w której łatwo znosimy ból – ból innych.
przez Remigiusz Okraska | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kryzys gospodarczy ma, a raczej mógłby mieć, oprócz kosztów społecznych, także pozytywne skutki. W przypadku obecnego załamania ekonomicznego nie będzie jednak zapewne tak dobrze, jak mogłoby być. Widać już, że jedyne, na co możemy liczyć, to eskalacja zjawiska, które Noam Chomsky już kilkanaście lat temu nazwał „prywatyzacją zysków i uspołecznieniem kosztów”. Na takim mechanizmie bazuje cała praktyka neoliberalizmu – coraz mniejsza garstka zgarnia coraz większe zyski, natomiast społeczne koszty jej działalności spadają na państwo, a wręcz – wskutek jego demontażu – na nas samych. Bogaci płacą coraz niższe podatki, duże firmy otrzymują wieloletnie ulgi fiskalne, zmniejsza się ich partycypacja w finansowaniu usług publicznych. Samo państwo czyni oszczędności nie na zbrojeniach (ktoś musi przecież dokonywać „misji stabilizacyjnych”, czyli zapewniać koncernom dostęp do tanich surowców w zapalnych regionach świata i gwarantować nowe rynki zbytu), nie na „wspieraniu prywatnej przedsiębiorczości”, lecz na publicznej służbie zdrowia, edukacji, systemie emerytalno-rentowym czy tej części infrastruktury, która służy zwykłym obywatelom, nie zaś globalnym komiwojażerom. Dlaczego gros nakładów na budowę i remonty dróg dotyczy autostrad, tras szybkiego ruchu czy transgranicznych „korytarzy transportowych” itp., nie zaś rozsypujących się i dziurawych dróg na prowincji? Ano dlatego.
To budżet, czyli my wszyscy ponosimy skutki – również finansowe – działań wielkiego biznesu: opłacamy leczenie chorób dróg oddechowych osób zamieszkałych przy trasach, którymi pędzą tiry wypchane towarami albo płacimy za wysiedlenia mieszkańców okolic, które ktoś upatrzył sobie na lokalizację centrum handlowego. Coraz częściej zresztą odmawia się nam prawa do sfinansowania tego z budżetu – płacić mamy i podatki, i dodatkowe haracze. A to przymusowe, jak opłaty za służbę zdrowia czy edukację, a to takie, które wymuszane są szantażami moralnymi: jeśli nie dacie grosza Owsiakowi, to więcej osób umrze w szpitalach wyposażonych ostatnio w latach 60.; jeśli nie kupicie świeczki Caritasu, to bezrobotni nie dostaną zupy; jeśli nie klikniecie w „Pajacyka”, to dzieci z bieszczadzkich wsi nie otrzymają szkolnej wyprawki.
Nawiasem mówiąc, śmiech pusty mnie ogarnia, gdy słyszę wywody, że powrócił XIX-wieczny kapitalizm. W moim rodzinnym mieście XIX-wieczny kapitalista, właściciel potężnych wówczas zakładów bawełnianych, za część swego zysku wybudował z własnej nieprzymuszonej woli nowoczesne wtedy robotnicze osiedle, zajmujące 1/3 obszaru ówczesnego miasta, z łaźnią, domem ludowym, szkołą, parkiem i tanią jadłodajnią, stadionem i siedzibą klubu sportowego, a w środku tegoż osiedla sam zamieszkał w „pałacyku” wielkości dzisiejszej willi kogoś, kto produkuje uszczelki lub plastikowe wiaderka. A teraz pokażcie mi w Polsce robotnicze osiedle wybudowane w ostatnich dwóch dekadach przez Procter & Gamble, Dell, General Motors czy Auchan. Albo menedżera, który mieszka wśród szeregowych pracowników swojej firmy.
Dzisiejszy kryzys gospodarczy jest taki, jak zwykle. Państwo, czyli budżet, czyli my – finansujemy miękkie lądowanie wielkiego biznesu. Tak było zawsze i nie ma nad czym rozdzierać szat. Tzw. wolny rynek w postaci, którą wychwalają dziarscy chłopcy z UPR-u i podobnych sekt, istniał ostatnio na większą skalę we wczesnym średniowieczu – później były już tylko rozmaite formy interwencjonizmu państwowego, bez których prywatny biznes nigdy nie rozwinąłby skrzydeł. Nie musiał to być interwencjonizm typowo gospodarczy – bo wspomniany przykład przemysłowca z mego miasta pokazuje, że i bez niego można na krótką metę robić wielkie pieniądze – jednak jakiś być musiał. Wystarczyło, że zamiast dotacji do przemysłu rząd Jej Królewskiej Mości finansował sprawne kanonierki, które zapewniały brytyjskiej burżuazji „wolny handel” w połowie świata. Bez państwowych armat koszty produkcji i sprzedaży prywatnego masła nie pozwoliłyby zbilansować działalności gospodarczej tak, by wyjść na swoje – i mowa właśnie o dużym biznesie, bo ten działający w skali miasta czy regionu poradziłby sobie jeśli nie bez taniego policjanta, to na pewno bez drogich kanonierek.
Dlatego też nie ma sensu ronić łez nad tym, że państwo w okresie kryzysu jeszcze bardziej wspiera biznes i ratuje mu skórę. Dziś nie tylko nieliczni uczciwi liberałowie, ale także rozmaite środowiska prospołeczne lamentują, że miliony złotych, funtów i dolarów trafiają do na poły zbankrutowanych mędrków, którzy do niedawna uważali, że dzień bez pomstowania na wydatki publiczne jest dniem straconym. Rozumiem, że to musi budzić krytykę, żal czy wręcz wściekłość – gdy „obrońcy podatników” przed „rozdętym państwem” bezczelnie żądają od tegoż państwa i podatników ogromnych dotacji na ratowanie swoich nierentownych biznesów. Niestety, problem ten przypomina kwadraturę koła. Oczywiście niemoralne jest wspieranie takich przedsięwzięć i ich pyszałkowatych właścicieli, ale jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że z ich losami powiązane są losy milionów „szarych ludzi”. Wszelki radykalizm – także ten spod znaku wezwań „ani grosza dla wielkiej finansjery” – ma to do siebie, że świetnie wygląda na papierze, ale w tych wszystkich obrzydliwych wielkich koncernach pracują nasi koledzy, rodziny, znajomi czy wręcz my sami. Problemem nie jest to, że wielki biznes otrzymuje w obliczu kryzysu koło ratunkowe sfinansowane z budżetu. Problem tkwi w tym, że podczas obecnego kryzysu dotacjom nie towarzyszy zmiana filozofii dotyczącej roli państwa.
O ile wielki kryzys przełomu lat 20. i 30. zaowocował zmianą całego paradygmatu gospodarczego i pociągnął za sobą przeobrażenia w polityce państwa, o tyle dziś budżet jest ogołacany przez pogrążone w zapaści prywatne koncerny, które nadal są prywatnymi koncernami, a ich szefowie i finansowani przez nich propagandyści z rozmaitych neoliberalnych think tanków wciąż nadymają policzki i bez umiaru raczą nas swymi mądrościami. Nie dziwię się więc głosom tych, którzy uważają, że kilku facetów z Wall Street i City oraz ich kamerdynerów ze szkoły Miltona Friedmana należałoby raczej dożywotnio zamknąć w ciasnej celi niż wspierać z budżetu. Dzisiejszy kryzys ma bowiem niestety to do siebie, że nie skutkuje żadnymi przemianami ideowymi i systemowymi. Owszem, ktoś tam ponarzeka na niestabilny i ryzykogenny „światowy system finansów”, ktoś zażąda, aby dotowane koncerny raczej ograniczyły zarobki menedżerów niż wyrzuciły na bruk tysiące pracowników, ale poziom refleksji nad zbankrutowanym liberalnym kapitalizmem to popłuczyny po krytyce, jakiej poddano go na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku. I to nie tej ze strony „ekstremistów”, „populistów” i „nieodpowiedzialnych krzykaczy”, lecz padającej z ust czołowych przywódców i autorytetów naukowych ówczesnego świata.
Mógłbym tu zacytować nie pozostawiające suchej nitki na liberalnym kapitalizmie wypowiedzi Franklina Delano Roosevelta czy Eugeniusza Kwiatkowskiego, ale zostawię je sobie na inną okazję. Bardziej wymowne, bo odnoszące się do sfery praktyki, wydają mi się dwa przykłady polityki państwa w reakcji na kryzys gospodarczy i nieodpowiedzialne poczynania wielkiego kapitału. Dobrych wzorców nigdy dość.
Pierwszym ciekawym przykładem jest tzw. afera żyrardowska. W Żyrardowie wybudowano w XIX w. wielkie zakłady tkackie, rozwijane przez kolejne dekady do tego stopnia, że tuż przed wybuchem I wojny światowej były największym przedsiębiorstwem tekstylnym na ziemiach zaboru rosyjskiego oraz największym w Europie producentem wyrobów lnianych, cenionym i renomowanym w wielu krajach. Po wojnie szybko odbudowano potencjał produkcyjny fabryki. W 1923 r. zakłady sprzedano francuskiemu konsorcjum. „Inwestor zagraniczny” skorzystał ze sposobności – zaczął prowadzić rabunkową gospodarkę, znacząco zmniejszył zatrudnienie, wykazywał fikcyjne straty, aby uniknąć płacenia podatków, zyski transferował zagranicę, a renomowaną marką sygnował tandetę wyprodukowaną diabli wiedzą gdzie. Zapaść przeżyła nie tylko fabryka, ale także całe miasto, którego dotychczas była sercem. Doszło do konfliktu władz lokalnych z przedsiębiorcą, sprawa stała się głośna w całej Polsce, do Sejmu i władz państwa wpływały odezwy zwracające uwagę na ten problem. Gdy do skutków polityki Francuzów doszły efekty kryzysu gospodarczego, opinia publiczna naciskała na decydentów coraz mocniej. W 1934 r. państwo polskie angażuje się w rozwiązanie problemu – dzieje się to na szczeblu międzynarodowym i owocuje nadwerężeniem stosunków z Francją, nie obywa się bez procesów sądowych, ale po dwóch latach przynosi efekt w postaci de facto nacjonalizacji fabryki, której właścicielem zostaje Państwowy Bank Rolny. Od 1936 r. zakłady dźwigają się z upadku, rośnie produkcja i zatrudnienie, miasto ożywa.
Jeszcze bardziej ciekawy, bo nie mający podłoża prokuratorsko-aferalnego, jest przypadek przejęcia przez państwo łódzkich zakładów włókienniczych Scheiblera-Grohmana. Była to nie tylko ogromna fabryka znana w całej Polsce i Europie, ale niemalże symbol przemysłowej Łodzi, miasta, które powstało właśnie wokół tej i kilku podobnych inwestycji – o imperium Scheiblera mawiano, że to „miasto w mieście”, bo zajmowało 50 hektarów, 1/7 powierzchni drugiego pod względem wielkości ośrodka municypalnego ówczesnej Polski. Socjalista Władysław Broniewski w wierszu o Mieście Włókniarzy, pisał: „Tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery…”. Gdy jednak fabryka podupadła wskutek kryzysu gospodarczego, utraciła zdolność kredytową, a zadłużenie wobec skarbu państwa sprawiło, że zarząd nad firmą przejął w 1934 r. państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Stefan Bratkowski określił „reanimację” tych zakładów pod państwową kontrolą „najbardziej pouczającym polskim doświadczeniem” tego typu.
Takich przykładów było w okresie pokryzysowym lat 30. znacznie więcej – z bardziej znanych można wspomnieć jeszcze objęcie przez państwo większościowych udziałów w śląskiej Hucie „Pokój” (6 tys. pracowników) czy koncernie „Wspólnota Interesów Górniczo-Hutniczych” (łącznie 27 tys. zatrudnionych). Bez trudu znajdziemy wiele podobnych przykładów z owej epoki w większości rozwiniętych krajów świata. Pokazują one, jak ogromna różnica dzieli dzisiejsze finansowanie lekką rączką upadłych aniołów liberalnego kapitalizmu od ówczesnego przejmowania przez państwo odpowiedzialności za losy obywateli i substancję przemysłową.
Dziś państwo powinno jedną ręką wesprzeć przedsiębiorstwa znajdujące się w kryzysie, a drugą rękę zacisnąć na gardle tych, którzy doprowadzili je do takiego stanu. Bo jeśli ręce z gotówką nie będzie towarzyszyła zaciśnięta pięść, wówczas gdy tylko wielki biznes za nasze pieniądze znów stanie na nogach, zaciśnie na nas swoją neoliberalną pięść. A słabe i bezbronne państwo będzie musiało ponownie „stwarzać przyjazne otoczenie dla inwestorów” – aż do kolejnego kryzysu.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 23 grudnia 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Był taki czas, całkiem niedawno, gdy „Gazeta Wyborcza” była świętością, a wyroki ferowane na jej łamach oznaczały dla wielu poważne kłopoty. Osobiście znam kilka osób, które zaprezentowane tamże jako szwarccharaktery, miały spore problemy, z utratą pracy włącznie. Był to czas, gdy krytykowanie tejże gazety i jej twórców stanowiło akt odwagi, ograniczony zazwyczaj do mediów tak niszowych, że na ich tle sceptyczne wobec Michnika publikacje „Tygodnika Solidarność” czy nieistniejącego już dziennika „Życie”, jawiły się jako opinia magnatów medialnych.
Krytyka ta, dodajmy, miała niemal wyłącznie prawicową proweniencję. Miłość prawie całej lewicy wobec Agora S.A. była tak wielka i tak groteskowa, że jeszcze teraz śmieję się na wspomnienie znalezionego niegdyś w Internecie tekstu jednego z młodych gniewnych, krytycznych i radykalnych publicystów, funkcjonującego w środowiskach „Krytyki Politycznej” i „Ha-Artu”. Oznajmił on, że do „Gazety” stracił zaufanie, gdy nachalnie poparła inwazję na Irak w roku 2002. Doprawdy, wielka jest lewicowa wrażliwość społeczna i jeszcze większy krytycyzm środowisk – bowiem nie była to postawa odosobniona – które w tejże samej gazecie przez ponad dekadę nie dostrzegały promowania chamskiego, antyspołecznego liberalizmu gospodarczego…
Od tamtej pory sporo się zmieniło. Dziś krytyka „Wyborczej” jest nie tylko powszechna i masowa – wystarczy wspomnieć „Rzeczpospolitą”, „Dziennik”, „Wprost”, a momentami nawet TVN – ale i znacznie bardziej ostra, bezpardonowa, pozbawiona wielu hamulców, które niegdyś wynikały ze zwyczajnego strachu o własną skórę i o skutki publicznej infamii. Odważnych „antymichnikowców” mamy obecnie tylu, że przypominają się słowa marszałka Piłsudskiego, który podczas defilady weteranów Legionów z okazji obchodów 10-lecia odzyskania niepodległości miał ponoć powiedzieć: „Żebym ja was, kurwa, tylu miał, kiedyśmy z Oleandrów wychodzili”. Ano właśnie – aż dziw bierze, że w kraju zamieszkiwanym przez tylu krytyków Michnika, jego gazeta osiągnęła tak ogromną sprzedaż i jeszcze większy wpływ na świadomość społeczną.
Mniejsza o większość. Mnie po drodze nigdy nie było z tymi, którzy „Wyborczą” krytykowali z pozycji, jak je nazywam, idiot-prawicowych – mam na myśli tych, którzy środowisko „Gazety” oskarżają o „brak patriotyzmu” (tak jakby monopol na patriotyzm mieli klerykalni nacjonaliści) oraz specjalistów od tropienia strasznych rzeczy, które Umęczonemu Narodowi Polskiemu uczyniła matka Michnika i jego brat. Dziś jednak nawet ta forma krytyki środowiska „Wyborczej”, która od dawna była mi bliska, przedostała się do głównego nurtu debaty publicznej. Choćby w postaci zbyt naiwnej i idealistycznej, lecz wartościowej książki Davida Osta „Klęska »Solidarności«”, oskarżającej „lewicę laicką”, że po roku 1989, mówiąc wprost, wypięła się na dawne ideały i na tych, którzy wynieśli ją na szczyty. Obecnie pomstowanie na „Gazetę Wybiórczą” nie jest już ani potrzebne, ani ciekawe, ani twórcze – koń, jaki jest, każdy widzi.
Z wrodzonej przekory, a także z niechęci wobec coraz niższego poziomu owej krytyki, chciałbym się Adamem Michnikiem zachwycić. Zresztą, trafnie kiedyś zauważył jeden z autorów „Obywatela”, że kto wie, czy za autorem „Kościoła, lewicy i dialogu” jeszcze nie zatęsknimy. Bo z Michnikiem można się nie zgadzać, ale Michnik to jest ktoś. Gdy nas opuści, to z kim się nie zgadzać będziemy? Z Lisem Tomaszem? Wolne żarty. Równie dobrze mógłbym się nie zgadzać z jamnikiem sąsiadki – tyle samo ma on poglądów i argumentów wartych przemyślenia i odparcia.
No więc chciałbym się Michnikiem zachwycić, lecz nie mogę. Przeczytałem właśnie w „Polityce” wywiad, którego J. Żakowskiemu udzielił redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. To nie moja wina, lecz obu rozmówców, że leitmotivem wywiadu uczynili porównanie realiów po roku 1989 z tymi, które towarzyszyły odzyskaniu przez Polskę niepodległości 90 lat temu. Właśnie na tym tle szczególnie wyrazista jest nędza Michnika i jego środowiska.
W rozmowie z Żakowskim dominują dwa tony. Ogromne zadowolenie z kształtu Polski po roku 1989, nawet jeśli czasem łaskawie przyznające, że niekoniecznie wszystko poszło idealnie (och, tego chyba nikt nie wymagał). Oraz równie wielkie oburzenie, że są tacy, którzy III RP wtykają szpilki, gdyż to nie ludzie – to wilki. Gdyby chodziło o, dajmy na to, Balcerowicza Leszka, machnąłbym ręką – niechże technokrata rozpływa się w zadowoleniu i sarka na krytykę. Ale Michnik, do ciężkiej cholery, jest intelektualistą! Mamy prawo wymagać odeń czegoś więcej niż banałów, że jest super, jest super, więc o co ci chodzi.
Nie ma sensu rozważać, czy Polacy po 1918 r. lepiej poradzili sobie z nową Polską niż my po 1989. To sprawy nieporównywalne i kto jak kto, ale Michnik – erudyta i historyk – powinien sobie z tego doskonale zdawać sprawę, nawet gdy chodzi o wywiad dla „tygodnika opinii”, czyli mówiąc po ludzku i nazywając rzecz po imieniu, dla gazety o treściach lekkich, łatwych i przyjemnych. Nawet jednak, gdyby uznać, że „transformacja ustrojowa” wypadła o niebo lepiej niż „odbudowa państwa”, to w tym wywodzie pojawia się coś, co budzi we mnie dezaprobatę.
Otóż intelektualista powinien być krytyczny i niezadowolony. Nie krytykancki i nie malkontencki, ale przenikliwie sceptyczny. Bo międzywojnie też miało oczywiste osiągnięcia, a wręcz nikt o zdrowych zmysłach, nawet jeśli jest liberałem, nie powie, że Władysław Grabski czy Eugeniusz Kwiatkowski posiadali mniej powodów do satysfakcji niż Leszek Balcerowicz. Ale nie zmienia to faktu, że ówcześni intelektualiści – a to z nimi, nie zaś z ministrami finansów czy gospodarki należy porównywać Michnika – byli do głębi niezadowoleni i krytyczni. Nie jako urodzeni malkontenci, bo przecież potrafili wychwalać realne osiągnięcia, lecz jako intelektualiści właśnie. Intelektualista powinien wiedzieć więcej, myśleć ostrzej, wybiegać w dalszą dal niż reszta, wzorem Wieszcza sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga.
Intelektualista był w międzywojniu rozczarowany. Nie tym, że nie zrobiono niczego dobrego. Tym, że zrobiono za mało – bo intelektualiście zawsze jest za mało. Kogokolwiek byśmy nie wzięli spośród ówczesnych „intelektualistów zaangażowanych”, jakiej drogi politycznej by on nie obrał, wszyscy byli niezadowoleni. Czy związali się z ludowcami, czy z PPS-em, czy wiernie trwali przy Piłsudskim, czy zajęli się mrówczą pracą w apolitycznych instytucjach społecznych, czy wycofali z życia publicznego w przekonaniu, że już zrobili swoje, „reaktywowali Polskę” – mieli oni przekonanie, że można było więcej, lepiej, szybciej. Popularność „Przedwiośnia” Żeromskiego wzięła się właśnie stąd, że trącił on najważniejszą strunę serc „zaangażowanych intelektualistów”, niezależnie od ich politycznych afiliacji – strunę niezadowolenia z Polski. Gdy poznajemy biografie ówczesnych odpowiedników Michnika, właśnie ta kwestia stanowi wspólny mianownik pokolenia, które śniło i marzyło o nowej Polsce i ją ujrzało.
Powie ktoś, że byt określa świadomość, a zatem Michnik jest zadowolony, gdyż jemu osobiście się powiodło po roku 1989. Znam teorie, wedle których pan Adam dał się w 1968 roku wsadzić do pudła, ponieważ wiedział, że 30 lat później będzie mógł przeliczać judaszowe srebrniki płynące szerokim strumieniem w ślad za akcjami Agora S.A. Autorów takich wywodów pozwolę sobie odesłać do Tworek, bo tam jest ich miejsce. Trop ten, rozpatrywany poważnie, tj. bez personalno-finansowych wyliczeń, jest zresztą błędny. To przecież nie jest tak, że w roku 1925 czy dekadę później realia II RP krytykowali wyłącznie ci, którzy zajadali czerstwy chleb z margaryną i marmoladą. Żeromski, aczkolwiek biedujący przez sporą część życia, w momencie pisania „Przedwiośnia” był już człowiekiem jeśli nie zamożnym, to na pewno pozbawionym trosk materialnych. Podobnie jak wielu jemu podobnych, którzy wskutek zasobów rodzinnych, piastowanych stanowisk czy indywidualnych talentów byli wówczas całkiem nieźle urządzeni. A mimo to chcieli Polski innej – lepszej.
U Michnika tego wszystkiego natomiast nie ma ani śladu. Nie ma krytycyzmu, nie ma nawet cienia idealizmu, nie ma autorefleksji. Jest tylko gnuśne samozadowolenie i przeraźliwie egocentryczne (w tej manierze Michnika zdystansował tylko Wałęsa) analizowanie głosów krytycznych wobec status quo. Owszem, mamy tu polemiczną pasję, która co i rusz przejawia się w postaci gromów na nacjonalizm, populizm, antydemokratyzm itd. Jest tylko jeden problem. Różnica między II a III RP polega m.in. na tym, że to, co kiedyś było radykalne i postępowe, obecnie jest drobnomieszczańskie. To za sprawą m.in. „Gazety Wyborczej”, ideologią gospodyń domowych i szkolnych lizusów jest pomstowanie na Kaczorów, Giertycha, IPN, populizm i faszyzm.
Dzisiejsze Panie Dulskie są zwolenniczkami podatku liniowego, są przeciwne „utrzymywaniu roszczeniowych darmozjadów”, są entuzjastkami otwarcia granic dla światowego kapitału i kolejnych sieci hipermarketów, wierzą w nowoczesną wersję socjaldarwinizmu, wedle której biedny jest z definicji głupi i leniwy, to one przodują w wyśmiewaniu szkolnych mundurków, nie lubią „grzebania w teczkach” i „kampanii nienawiści”, z zainteresowaniem śledzą nowoczesne, billboardowe kampanie wyborcze i czytają „tygodniki opinii”. A ich guru upadł tak nisko, że z zadowoleniem stoi na czele tej Rodziny Gazety Michnika.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 17 listopada 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Toczący się właśnie spór o tzw. emerytury pomostowe to dobra okazja, by zastanowić się nad tym, jak powinna wyglądać polityka na serio prospołeczna i czym się ona różni od może efektownego, lecz nieefektywnego szastania finansami publicznymi, które koniec końców skutecznie obrzydzi wszelki „socjalizm”. A wręcz zaowocuje skrajnie liberalną reakcją, jak to miało miejsce w latach 70., gdy neoliberalni propagandyści celnie wypunktowali błędy popełnione przez apologetów państw opiekuńczych.
Wyjaśnię od razu, że jestem zwolennikiem – i to wielkim – emerytur pomostowych, choć z nieco innych powodów niż te, które legły u podstaw tego rozwiązania. Przyczyną wprowadzenia takich emerytur były w krajach rozwiniętych głównie względy medyczne. Istnieje całkiem sporo zawodów, które wiążą się ze znacznie szybszymi ubytkami zdrowotnymi niż u osób wykonujących inne prace. To zresztą „oczywista oczywistość” – wystarczy odrobina wyobraźni, aby pojąć, że wysiłek górnika nie jest podobny do siedzenia na biurowym fotelu. Podobnie jest nie tylko z pracami w ciężkich, szkodliwych, nienaturalnych warunkach, ale także w sytuacjach, w których narażeni jesteśmy na ponadprzeciętny stres: inna jest praca kierowcy samochodu dostawczego, inna zaś szofera karetki pogotowia. A ludzie nie tylko żołądki, ale też systemy nerwowe mają statystycznie równe.
Sęk w tym, że o ile istnieją zawody, w których przypadku nie ma wątpliwości, że wcześniejsza emerytura nie jest żadnym przywilejem, lecz powinna stanowić elementarne prawo, o tyle przyznanie go innym grupom zawodowym stanowi dobry argument przeciwko emeryturom pomostowym. Bo między bajki można włożyć opowieści, że praca nauczyciela, mającego około 2 miesięcy odpoczynku w skali roku, jest szczególnie uciążliwa w porównaniu choćby z osobą prowadzącą po całych dniach, niemal bez wyjeżdżania na urlop, punkt handlowy czy usługowy. Do tego dochodzi nie mniej ważny, lecz rzadko dyskutowany problem zróżnicowania w obrębie danej branży. Skala stresu i ryzyka jest odmienna w przypadku policjanta z wydziału przestępczości zorganizowanej czy choćby z tzw. prewencji, niż u brzuchatych panów z drogówki czy umundurowanej sekretarki na komendzie. Inna jest praca górnika dołowego, a inna też formalnego górnika, który jednak pod ziemię zjeżdża na godzinę w ciągu zmiany, prowadzić pomiary czy kontrolować stan robót. Jeśli dziś emerytura pomostowa przysługuje również temu drugiemu „górnikowi”, a na emeryturę przejść może każdy policjant z 15-letnim stażem pracy, to rozwiązanie takie nie ma nic wspólnego z troską o słabszych i poszkodowanych, lecz stanowi kreowanie uprzywilejowanej warstwy, która niczym sobie na takie traktowanie nie zasłużyła.
Gdyby mieć na uwadze jedynie te aspekty problemu, byłbym skłonny poprzeć odebranie uprawnień do wcześniejszych emerytur znacznej części zawodów dziś posiadających takową możliwość, a w wielu pozostałych uzależnić ich przyznawanie od orzeczeń lekarskich. I nie byłoby w tym niczego liberalnego – wręcz przeciwnie, wyłącznie chęć eliminacji drastycznych nierówności w traktowaniu różnych grup pracowników najemnych. Ale szczególnie w polskich realiach istnieje czynnik, który sprawia, że być może należałoby się zastanowić nad rozciągnięciem prawa do emerytur pomostowych na wiele kolejnych zawodów, znacznie więcej niż obecnie.
Mam na myśli charakter naszego rynku pracy. To prawda, że w zamożnych krajach pracuje się statystycznie dłużej niż w Polsce. I że myśli się tam o podniesieniu wieku emerytalnego. Ale, po pierwsze, w tych krajach bezrobocie wynosi 3 czy 6 procent, co oznacza, że zwolnieni z pracy w okolicach 50-tki nie są w sytuacji beznadziejnej, zwłaszcza, iż bezrobocie znacznie rzadziej niż u nas dotyka całe rodziny czy regiony. Działa tam także sprawna, państwowa opieka nie tyle socjalna, co aktywizacyjno-zawodowa, wsparta w dodatku rozmaitymi oddolnymi strukturami integracyjnymi, samopomocowymi, kształceniowymi itp. Tamtejszy nowoczesny rynek pracy jest na różne sposoby okiełznany instytucjonalnie oraz oswojony za pośrednictwem różnych podmiotów społecznych. Tymczasem w Polsce jest dokładnie odwrotnie – u nas utrata pracy już po 40-tce oznacza w bardzo wielu zawodach oraz w nie-metropolitalnych regionach po prostu wypadnięcie za burtę podczas sztormu. Tacy ludzie przegrywają konkurencję z młodymi, dynamicznymi, bardziej sprawnymi i wytrzymałymi. Nie istnieje też żaden sensowny system wsparcia zawodowego (przekwalifikowanie) i – co nie mniej ważne – psychologicznego. W sytuacji, gdy bezrobocie wynosi wciąż ok. 10%, a w wielu regionach jest dwukrotnie wyższe, redukcje zatrudnienia wśród osób w wieku średnio-starszym oznaczają prawdziwy dramat społeczny i osobisty. Ale nie tylko redukcje – na dzikim rynku pracy, w gospodarce szybkich przeobrażeń, którym nie towarzyszy dynamiczna zmiana sposobów wsparcia od państwa, samo nadążanie osób mających pracę za nowymi wymogami nie jest łatwe w przypadku 40-50-latków. W takich sytuacjach emerytury pomostowe dla ogółu pracujących mogłyby funkcjonować jako swego rodzaju szalupa ratunkowa, korzystniejsza z punktu widzenia kondycji społeczeństwa niż bezrobocie i towarzyszące mu patologie. Ale właśnie jako szalupa ratunkowa, chroniąca przed zatonięciem, nie zaś jako wygodny przywilej dla wybrańców, niedostępny innym, choćby znajdowali się w gorszej sytuacji – i właśnie tak należałoby skonstruować ów system.
Oczywiście wiem, że byłoby to kosztowne, nie sądzę jednak, że aż tak bardzo. Po pierwsze, ludzie niekoniecznie rezygnują z pracy, gdy mogą to uczynić – pracują nadal choćby dlatego, że zarabiają więcej niż otrzymają emerytury albo dlatego, że lubią pracować, czy też z przyzwyczajenia i chęci utrzymywania kontaktów międzyludzkich. Po drugie, bo bezrobocie też jest z punktu widzenia państwa kosztowne, podobnie jak z punktu widzenia prywatnego biznesu (więcej osób bez dochodów to mniej klientów).
Przy okazji emerytur pomostowych pojawia się jednak problem znacznie szerszy. Gdy myślę o ideałach lewicowych czy prospołecznych, mam przed oczami obraz takiego społeczeństwa, w którym troszczymy się o równe szanse i warunki bytowania dla wszystkich, a pomoc kierujemy do naprawdę słabszych, aby podciągnąć ich w górę. Tymczasem obserwując rozmaite środowiska wymachujące symbolicznym „czerwonym sztandarem”, mam wrażenie, że chodzi im o coś zupełnie innego – o to, by każda grupa, która określi się jako słabsza i pokrzywdzona (bez konieczności uzasadnienia tegoż), mogła bez pardonu wyrwać z budżetu dowolne środki, bez oglądania się na inne grupy. Każdy strajk, każda „eskalacja żądań”, zasługują w oczach takich środowisk na wsparcie. W moich nie zasługują.
Znam grupy zawodowe pracujące w trudniejszych i mniej stabilnych warunkach niż nauczyciele, którzy oprócz zagospodarowania dwóch miesięcy wakacji i przepracowania 18 godzin pensum (tak, wiem, zdarza się, że pracują nie 18, lecz 35 godzin – tylko co z tego?) muszą sprawdzić klasówki w domu czy przygotować się do zajęć. Z drugiej wszakże strony, wiem, że ci sami nauczyciele zarabiają przeciętnie mniej niż słabiej wykształcone pielęgniarki, które w nieskończoność „eskalują protesty płacowe”, a przede wszystkim znacznie gorzej niż lekarze zatrudnieni na trzech „etatach” (każdy po 2-3 godziny) w placówkach państwowych i prywatnych, regularnie „odchodzący od łóżek pacjentów”, bo pensja rzędu 8-15 tysięcy złotych nie pozwala im „żyć godnie”. Wiem też i to, że wśród nauczycieli są stale dokształcający się poloniści i historyczki, muszący zapanować nad „trudną młodzieżą”, ale są też wuefiści, którzy od lat prowadzą zajęcia wedle znanego systemu „mata” – przychodzi taki facet, rzuca piłkę i mówi: mata i grajta, ale się nie pozabijajta. Wiem też, że w nocy pracują nie tylko niektórzy hutnicy i kolejarze, ale także np. część sprzedawców, dziennikarzy i taksówkarzy. Ponadprzeciętny stres towarzyszy nie tylko pracy policjanta, ale także niektórym działaniom pracowników prywatnych agencji ochroniarskich. I tak dalej. Tym niemniej, bardzo krytycznie oceniam stosowanie zasady „dziel i rządź” i napuszczanie jednych grup zawodowych na inne, aby przypadkiem nie powiedziały jednym, silnym głosem, że domagają się tego i tego, i potrafiły wspólnie to wywalczyć. Dlatego poza wyjątkowymi przypadkami nie odmawiam prawa do strajku pielęgniarkom, zaś skargi nauczycieli na swą ciężką pracę staram się zrozumieć mimo wspomnianych wątpliwości.
Coraz częściej jednak nachodzi mnie myśl, że w systemie, który istnieje w Polsce, najsłabsi i najbardziej potrzebujący pomocy nie tylko jej nie otrzymują, ale nawet nie stają się przedmiotem zainteresowania rozmaitych środowisk, które teoretycznie zajmują się ich wspieraniem. Nie mówię nawet o grupkach, które na „wywalczaniu” tego i owego budują własną popularność i próbują ugrać swoje trzy grosze – sztandarowym przykładem może tu być znany z niedawnej bezcelowej okupacji biura poselskiego Tuska związek zawodowy „Sierpień ‘80”, coraz bardziej wyspecjalizowany w żerowaniu na różnych problemach społecznych i robieniu sobie autoreklamy ich kosztem. Niestety, na tę grę pozorów dają się nabierać także grupy i osoby, których szczerość poglądów prospołecznych nie ulega wątpliwości. Gdyby na serio potraktować ich deklaracje, okazałoby się, że w Polsce 80% społeczeństwa, analizowanego wedle dowolnego kryterium (branże, regiony czy wysokość dochodów), wymaga natychmiastowego wsparcia z budżetu.
Skala biedy i marginalizacji jest w naszym kraju znaczna, ale jeśli ktoś uważa, że pomóc należy niemal wszystkim, to w efekcie nie pomoże nikomu. Nie tylko dlatego, że nie udźwignie tego żaden budżet, nawet bardziej zasobny niż polski i nawet wtedy, gdy wszystkich „burżujów” obłożymy podatkiem dochodowym w wysokości 99%. Przede wszystkim nie uda się to dlatego, że wsparcie bazujące na ideałach równości i sprawiedliwości ma sens wyłącznie wtedy, gdy trafia do naprawdę potrzebujących. W przeciwnym razie zamiast wcielenia w życie tychże ideałów, mamy nowe przywileje i promowanie cwaniactwa. Tymczasem słabość, ale także wygodnictwo różnych środowisk prospołecznych w Polsce polega na tym, że nikt nie zastanawia się, komu i jakiego wsparcia należałoby udzielić.
Polscy lewicowcy uwielbiają powoływać się na skandynawski system socjalny. Ja też go cenię, bo zapewnia najwyższy poziom życia na świecie i stabilizację społeczną. Ale ten system działa sprawnie bynajmniej nie dlatego, że na prawo i lewo rozdaje zasiłki. Owszem, zdarzają się tam patologie i nadużycia, ale jednocześnie całość bazuje na uczciwości beneficjentów pomocy, rzetelnych analizach ich sytuacji, a także na sprawnej kontroli. Tymczasem każdy, kto zetknął się z polską tzw. pomocą społeczną lub wie, co kryje się za oficjalnymi wskaźnikami bezrobocia i biedy, wie, że u nas spora część zapomóg trafia w kieszenie nie biedaków, lecz cwaniaków, a znaczna ilość formalnie bezrobotnych ma pracę na czarno i zarabia nierzadko lepiej niż „etatowcy”. Efekt jest taki, że ci, którzy naprawdę potrzebują wsparcia, otrzymują ochłapy, bo tyle zostaje po „równym” rozdzieleniu dostępnej puli.
Taki system to nie socjalizm – to idiotyzm. Zamiast umożliwić przezwyciężenie biedy, on tę biedę konserwuje – wsparcie jest o wiele za małe i niedostosowane do tego, żeby wyrwać kogokolwiek z zaklętego kręgu wykluczenia i wegetacji. W najbliższym numerze „Obywatela” będziemy pisali o tym, jak w Polsce wygląda kwestia mieszkań komunalnych. W teorii miały one zapewniać ubogim dach nad głową i stabilizację bytową, twardy grunt pod nogami. W praktyce jednak raz przyznany lokal jest zajmowany przez daną osobę do końca życia, nawet jeśli w międzyczasie wzbogaciła się ona znacznie. Albo kupuje go ona za 3% wartości rynkowej, bo władze miejskie tylko taki pomysł – sprzedaż za grosze – mają na zagospodarowanie tych zasobów. W tym czasie setki rodzin czekają na jakikolwiek kąt, bo nie stać ich na zakup żadnego, a inni, trochę zamożniejsi, zadłużają się na 40-letni lichwiarski kredyt, by kupić 35 metrów kwadratowych własnego „em”. To ma być wsparcie potrzebujących i sprawiedliwość? Nie, to absurd do kwadratu i rażąca niesprawiedliwość.
Gdy lewica na całym świecie dokonuje analiz, prowadzi badania, tworzy projekty, pyta fachowców – u nas nie odczuwa takiej potrzeby. Zamiast tego prześciga się w wykrzykiwaniu żądań i przebieraniu nóżkami, kto pierwszy poprze kolejny „bojowy protest”. Zamiast solidnej, merytorycznej pracy nad określeniem źródeł biedy i wykluczenia, mamy buńczuczne oświadczenia i „solidaryzowanie się ze słusznymi postulatami”, jakie by one nie były. Nie jest ważne, kto najbardziej potrzebuje pomocy i w jakiej formie – serca wszelkiej maści „wrażliwców społecznych” najłatwiej, wręcz automatycznie, można podbić głośnym i emocjonalnym wrzeszczeniem. Jest tylko jeden problem – ci naprawdę słabi, biedni i wykluczeni, rzadko kiedy mają siłę, by głośno wrzeszczeć…
„Radykalizm” tych, którzy popierają każdy protest bez analizowania jego sensu, przyczyn i skutków, przypomina małego, słabego psa, który zza ogrodzenia szczeka ile sił, ale po wypuszczeniu za furtkę podkula pod siebie ogon i zmyka przed własnym cieniem. Prawdziwi radykałowie nie muszą się licytować w wydawaniu bojowych oświadczeń i w ultra-rewolucyjnej propagandzie. Wystarczy im, że robią rzeczy sięgające sedna problemów. Niedawno odwiedziła Polskę obywatelka Argentyny, Rosa, pracownica fabryki ceramicznej Zanon, w której robotnicy przejęli władzę i sami prowadzą produkcję, osiągając lepsze wyniki (wielkość produkcji i wysokość zysków) niż w czasach, gdy zakładem zarządzał „pan i władca” prywatny właściciel, inwestor zagraniczny. Zacytuję fragment wywiadu, którego Rosa udzieliła „Obywatelowi” (ukaże się on w nr 44), a który znakomicie kontrastuje z mentalnością polskich radykalnych pyskaczy. Na pytanie Piotrka Bielskiego, jak ocenia rządy centrolewicowego prezydenta Argentyny, Rosa odpowiedziała tak: „Kirchner osłabił silny w Argentynie ruch bezrobotnych. Wprowadził zasiłki, dzięki czemu »kupił« sobie część z nich. Jesteśmy przeciwni wypłacie zasiłków i bierności – jesteśmy za tym, żeby dążyć do stworzenia możliwości pracy dla każdego”. Rosa opowiada też, że bez pardonu wyrzucono z fabryki tych, którzy kradli wspólne mienie lub bumelowali.
Jeśli polskie środowiska prospołeczne zaczną kiedyś mówić takim właśnie głosem, jak Rosa – nie zaś głosem napuszonych „bojowych deklaracji”, to może nie tylko zmierzą się z sednem problemów, ale nawet i zdobędą poparcie pozwalające się z nimi zmierzyć skutecznie.