przez Remigiusz Okraska | piątek 18 września 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niedawno w obiegu publicznym pojawił się ponownie postulat tzw. parytetów na listach wyborczych do Sejmu i Senatu. Odgórne ustalenie proporcji kandydatów do parlamentu wedle kryterium płci zostało podniesione przez Kongres Kobiet, który zgromadził przedstawicielki wielu środowisk ponad podziałami partyjnymi i ideologicznymi. Postulat ten pozytywnie skomentował prezydent Lech Kaczyński, co na prawicowych forach internetowych zostało przyjęte z dezaprobatą, jako ideologiczna zdrada, bo to wszak postulat „lewacki”.
Fałszywy jest argument, jakoby ewentualne wprowadzenie parytetów na listach wyborczych było zmuszaniem wyborców do czegokolwiek. Parytet nie oznacza przecież obowiązku głosowania na kobiety. Wyborcy spośród zaproponowanych kandydatów mogą wybrać samych mężczyzn, czyniąc tak z jakiegokolwiek powodu (bo bardziej im ufają, bo uważają, że polityka to „męska sprawa”, bo nie wierzą w kompetencje kobiet itd.). Wyborca nadal swobodnie będzie dawał upust swoim wyobrażeniom na temat tego, kto i dlaczego powinien go reprezentować. Kobiety dzięki parytetowi nie otrzymają nawet najmniejszej gwarancji sukcesu w wyborach – dostaną natomiast szansę. I to jest właśnie sedno sprawy.
Przeciwnicy parytetów często używają argumentu, że dlaczego akurat kobiety, a nie na przykład łysi, rudowłosi czy okularnicy. A czy z faktu posiadania łysiny wynikają jakieś konsekwencje ogólnospołeczne? Bo z faktu, iż to kobiety np. rodzą dzieci, takie konsekwencje jak najbardziej wynikają. Inna jest choćby sytuacja kobiet na rynku pracy, w inny sposób niż mężczyźni korzystają one ze służby zdrowia, co innego jest dla nich – z uwagi na dzieci – ważne w funkcjonowaniu instytucji, w przestrzeni publicznej itp. Można zatem uznać, że zwiększenie szans na bardziej liczną reprezentację kobiet w organach władzy sprawi, iż lepiej zostaną wyartykułowane i zaakcentowane problemy typowe dla tej grupy – a jest to grupa, która stanowi ponad połowę społeczeństwa, nie zaś nieliczna, marginalna garstka.
Nie wiem, czy większa reprezentacja kobiet w parlamencie polepszy funkcjonowanie władzy państwowej, czy przyczyni się do poszerzenia spektrum problemów społecznych, które Sejm i Senat raczą dostrzec, czy zmieni kulturę polityczną itd. Nie wiem nawet, czy sprawi, że problemy dotykające głównie kobiet byłyby silniej akcentowane w sferze publicznej. Nie istnieje wszak żadna gwarancja, że „dodatkowe” posłanki i senatorki reprezentowałyby interesy kobiet, nie zaś swoich partii, sponsorów kampanii wyborczych, rozmaitych lobby i grup społecznych, które stanowią ich zaplecze polityczne. Jednak samo prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu we wspomnianej kwestii sprawia, że gra jest warta świeczki. Ale przede wszystkim sama idea parytetów, nie tylko w kwestii płci, wydaje się warta rozważenia jako pomysł na stworzenie podobnej pozycji startowej dla różnych grup.
Przeciwnicy parytetów często argumentują, że jest to sztuczna ingerencja, w dodatku szkodliwa, gdyż dyskryminuje lepszych a wspiera gorszych. Przekonują, że gdyby wprowadzić parytety, to z list wyborczych wypadnie iluś tam świetnych kandydatów, których jedyną winą będzie to, że są mężczyznami, zaś ich miejsce zajmą osoby, które są mierne, a ich jedyną zaletą będzie płeć żeńska. Zapewne w jakiejś części przypadków tak się stanie, choć patrząc na realia list wyborczych – nierzadko nie wyczerpujących możliwości wystawienia maksymalnej ilości kandydatów albo bazujących na swoistej łapance – mam wrażenie, że to raczej wydumany problem. Jednak sam ten argument jest zarazem naiwny, jak i wymowny. Przypomina on do złudzenia skrajnie liberalne gawędy o tym, że jeśli państwo nie ingeruje w wolny rynek, wówczas wygrywają na nim najlepsi przedsiębiorcy, na czym korzystają wszyscy klienci.
Jest to oczywista bzdura, bo nie uwzględnia nierównej pozycji startowej. Wielki koncern wcale nie musi oferować produktów lepszych i tańszych niż jego niewielki konkurent. Wystarczy, że ma nieporównanie większe środki na reklamę lub na tzw. wrogie przejęcia, by ten drugi nie mógł dotrzeć do klientów, zaś oni nie będą mieli możliwości dowiedzieć się o tym, że gdzieś czekają na nich dobre i niedrogie wyroby.
Podobnie jest na płaszczyźnie jednostkowej – nawet przeciętnie rozgarnięty potomek zamożnej rodziny ma o wiele większe szanse rozwoju, siłę przebicia i widoki na tzw. karierę niż znacznie zdolniejsze i pracowitsze dziecko, którego ojciec jest bezrobotnym, a matka ekspedientką w spożywczym. Gdyby zostawić ów problem w sytuacji „naturalnej” i nie wyrównywać szans obu tych dzieci, to oczywiście jeden z dziesięciu ubogich, lecz zdolnych uczniów złapie Pana Boga za nogi, czyli zyska prywatne stypendium filantropa lub zostanie dostrzeżony przez fundację prowadzoną przez zamożne przedsiębiorstwo. Ale pozostałych dziewięciu zostanie „straconych”. Zamiast rozwijać swoje pasje, z czego skorzysta też – choćby mimochodem – całe społeczeństwo, jako odbiorcy ich dzieł materialnych lub symbolicznych, będą oni robili coś zupełnie innego, nie mając szans wyrwać się ze swego tzw. naturalnego otoczenia.
Ano właśnie, natura. Przeciwnicy parytetów, tj. ci z nich, którzy wyznają poglądy liberalno-prawicowe, lubią się powoływać na naturę i na to, że odgórne ingerowanie w skład personalno-płciowy list wyborczych jest z ową naturą sprzeczne. To temat na osobne rozważania, ale poglądy tego rodzaju są dość kuriozalne. Sama bowiem natura jest trudna do zdefiniowania, bo nie dość, że człowiek jest istotą cokolwiek „plastyczną” i potrafi się dostosować do wielu warunków (stąd zresztą nasz ewolucyjny sukces), to w dodatku w dziejach ludzkości funkcjonowały z powodzeniem rozmaite style życia i postawy. Oczywiście istnieje pewien zestaw zachowań, które są bardziej perspektywiczne niż inne, ale ich wachlarz jest na tyle szeroki, że nie ma tu jednego i jedynego wzorca. Sukces odnoszą zarówno indywidualistyczno-hedonistyczni Amerykanie, jak i kolektywistyczno-skromni Japończycy, całkiem nieźle mają się katoliccy monogamiści oraz islamscy Arabowie z czterema żonami.
Zresztą, gdyby człowiek chciał być „naturalny”, to cała nasza cywilizacja wyglądałaby zgoła inaczej. Historia ludzkości to raczej historia przezwyciężania natury i jej „wytycznych”. Nie przezwyciężymy ich całkowicie nigdy, nie byłoby to też zapewne wskazane (wszak biologiczny aspekt człowieczeństwa nie wziął się z przypadku i jest równie ważny, jak kultura), ale ludzie mówiący o bazowaniu na naturalnych wzorcach są bardzo krótkowzroczni. Prawicowa część zwolenników owej natury lubi na przykład podkreślać, że sprzeczny z nią jest homoseksualizm, bo nie występuje wcale – lub jedynie rzadko – w przyrodzie, a z racji swej „bezpłodności”, jest skazany na porażkę jako strategia gatunkowa. Jednocześnie te same środowiska nie chcą dostrzec faktu, że gdybyśmy mieli bazować na naturalnych rozwiązaniach, wówczas musielibyśmy zalegalizować eutanazję, bo natura nie zna czegoś takiego, jak sztuczne podtrzymywanie życia. Ba, nie zna nawet specjalnej troski o osobniki stare i nie potrafiące się samodzielnie utrzymać. Podobnie jest z aborcją – niemal nie istnieje u zwierząt mechaniczne przerwanie ciąży (choć zdaje się, zdarza się wśród wilków), ale już czymś całkiem nomen omen naturalnym jest porzucanie czy zabijanie części potomstwa, gdy nie istnieją możliwości porządnego wykarmienia wszystkich młodych. Natura preferuje silnych i sprawnych, reszta się nie liczy. Trudno zatem dosłownie wzorować się na naturze, a ja osobiście jestem wręcz szczęśliwy, że nie muszę żyć w świecie, w którym bez pardonu zabija się „zbyt liczne” potomstwo, starców czy osoby niepełnosprawne.
Notabene, religijni prawicowcy nie chcą dostrzec, że całe chrześcijaństwo jest pierwszym tak radykalnym w dziejach zakwestionowaniem natury i dowartościowaniem kultury, jest pochwałą ideałów przeciwko nagiej biologicznej sile i wynikającym z niej rzekomym „koniecznościom życiowym”. Prawicowcy zresztą miotają się w tej kwestii między sprzecznościami. Z jednej strony, mają skłonność do traktowania człowieka w kategoriach idealistycznych, tak jakby ludzie byli eterycznymi duchami, pozbawionymi biologicznych potrzeb i instynktów. Stąd choćby prawicowe lekceważenie ekologii, pod pretekstem, że chroni ona „jakieś żabki i kwiatki” – tak jakby człowiek nie potrzebował do życia tego samego ekosystemu, dzięki któremu istnieje środowisko naturalne „żabek i kwiatków”. Z drugiej zaś strony ta sama prawica wzywa do przestrzegania „praw naturalnych” i przekonuje, że ingerencje w biologię ludzką są „wbrew naturze” itd. A przecież nieporównanie więcej ludzi umiera wskutek chorób cywilizacyjnych, będących m.in. efektem lekceważenia zasad ochrony środowiska, niż wskutek eutanazji, nawet tam, gdzie jest ona legalna.
Wróćmy jednak do parytetów. Jak wspomniałem, nie jestem pewien, czy parytet na listach wyborczych cokolwiek zmieni na lepsze z punktu widzenia społeczeństwa i samych kobiet. Wiem natomiast, że różne „nierównościowe” formy wsparcia poszczególnych grup rzeczywiście są „wbrew naturze”, ale jednocześnie metodą prób i błędów czynią życie ludzi bardziej znośnym i godnym. Dzięki „parytetowi”, jakim są dotacje z PFRON-u – nie dostają ich wszak ani „normalni” pracownicy, ani łysi, rudowłosi i okularnicy – osoby niepełnosprawne mają szanse na samorealizację, pracę i poczucie akceptacji, zamiast w zapomnieniu, goryczy i frustracji nie opuszczać czterech ścian własnego mieszkania przez kilkadziesiąt lat (chcielibyście tak żyć, zdrowi i sprawni mądrale?). Dzięki „parytetowi” w postaci stypendiów socjalnych, ubożsi studenci mogą w normalnych warunkach zdobyć wykształcenie i wzmocnić szanse rozwojowe całego społeczeństwa. Dzięki „parytetowi” w postaci dodatkowych norm i przepisów, kobiety w ciąży nie dźwigają w pracy dużych ciężarów, co chroni je przed poronieniem. I tak dalej. Tak naprawdę, jesteśmy otoczeni przez setki i tysiące przeróżnych parytetów, czyli form odgórnego wyrównania szans wielu grup społecznych – a wszystko to „wbrew naturze”.
Tam, gdzie nie sięga się po argumenty „naturalne”, często mowa natomiast o „porządku kulturowym”. Skoro kobiety nigdy nie pchały się tłumnie do władzy, skoro w tak wielu kulturach i epokach rządzili mężczyźni, to widocznie „tak powinno być”. Jest w tym argumencie nieco racji. Jednak, po pierwsze, nie bierze on pod uwagę wspomnianych skutków parytetu, który może, lecz nie musi zwiększyć udział kobiet we władzy, a nawet gdy to uczyni, to na określony czas, po jakim decyzja wyborców może być zgoła odmienna. Po drugie zaś, lekceważy kwestię pewnego wzorca publicznego – może kobiety „nie pchały się do władzy” nie dlatego, że nie chciały lub nie potrafiły jej sprawować, lecz z takiego samego względu, z jakiego w społeczności kultywującej od lat i powszechnie kanibalizm trudno o licznych adeptów wegetarianizmu.
Mam sporo sympatii dla takiego konserwatyzmu, który wyraża się nie w ideologicznych formułkach, lecz w tzw. zdrowym rozsądku, w ostrożności wobec pochopnych i nazbyt głębokich zmian. Zwłaszcza po doświadczeniach XX-wiecznych totalitaryzmów i ich inżynierii społecznej, a także w obliczu współczesnych wyzwań (jak manipulacje genetyczne, klonowanie, sprzężenie technologii z biologią człowieka itp.) powinniśmy nieufnie odnosić się do silnych ingerencji w istniejący porządek. Ale zarazem nie należy zapominać, że dzisiejszy świat pozostawia sporo do życzenia. Idea tego konkretnego parytetu – zwiększenia udziału kobiet na listach wyborczych – nie wydaje mi się żadnym istotnym zagrożeniem, bo trudno tu wskazać potencjalne wielkie szkody, które mogłyby wyniknąć z faktu, że liczba posłanek i senatorek wzrośnie np. z 15 do 30% ogółu reprezentantów społeczeństwa.
Nie zawsze parytety są dobrze pomyślane i sensownie wprowadzone w życie, nie zawsze należy forsować „nowinki” na siłę i w błyskawicznym tempie (tworzenie kultury wbrew naturze to proces rozłożony na lata i dekady). Ale warto bronić samej idei wsparcia różnych grup i wyrównania ich szans, wbrew sloganom o „właściwym porządku”, „sprawdzonych zasadach”, „naturze” itp. Nawet jeśli powątpiewamy w społeczne korzyści takich rozwiązań, to warto je docenić z czysto indywidualnego punktu widzenia. Choć wielu z czytających te słowa nie stanie się nigdy kobietami, to żaden z nich nie ma pewności, iż kiedyś nie będzie ubogi, niepełnosprawny, schorowany, stary itp. Oczywiście, jak mówi znane porzekadło, lepiej być pięknym, młodym i bogatym, ale aż tyle szczęścia ma bardzo niewiele osób, a i te – do czasu. W interesie większości leży zatem, żeby idei parytetów nie wyrzucać na śmietnik. Istnieje bowiem ryzyko, że wówczas na jak najbardziej realnym śmietniku znajdziemy się kiedyś my sami.
przez Remigiusz Okraska | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Ostatnio w mediach coraz częściej zaczyna się pojawiać temat tzw. kapitału społecznego. Głównie za sprawą tego, że wyraźny staje się problem jego braku. Dotychczas wydawało się – przynajmniej umysłom prostym – że wystarczy, aby Polacy masowo nabywali wyższe wykształcenie (mniejsza o to, w jakiej jakości uczelniach i w jakim celu), „bogacili się” (choćby na kredyt i poprzez nabywanie bzdurnych gadżetów) i ślepo naśladowali zachodnie wzorce (w wersji prawicowej oczywiście z zastrzeżeniem, że bez aborcji, feminizmu i praw gejów), byśmy „dogonili Zachód”. Tymczasem okazuje się, że nie wystarczą dyplomy, forsa, coraz większe telewizory i bardziej „wybajerowane” komórki ani przeszczepione wzorce techniczne i instytucjonalne, abyśmy ów Zachód dogonili naprawdę. Bo na „dobre życie” składa się mnóstwo elementów, w tym sporo takich, które są niematerialne lub przynajmniej niemierzalne, a w dodatku tworzą się przez wiele lat.
Co więcej, te pozornie nieistotne sprawy, które pospołu tworzą klimat kulturowy, niejednokrotnie okazują się niezwykle ważne także dla kwestii jak najbardziej wymiernych. Bo dziś już truizmem na gruncie nauk społecznych jest stwierdzenie, że długofalowy rozwój ekonomiczny zależy w niemałej mierze nie tylko od zasobów finansowych, od substancji przemysłowej czy od innowacji technologicznych, ale także od tego, czy ludzie sobie ufają, czy chętnie współpracują, jak postępują wobec siebie nawzajem, jakie wartości dominują w danej zbiorowości itd.
Problem kapitału społecznego to twardy orzech do zgryzienia dla adeptów myślenia materialistycznego – czy to w liberalno-darwinistycznej, czy też w postmarksowskiej wersji. Bo oto okazuje się, że nie wszystko da się wyliczyć, zapisać w rubrykach ksiąg handlowych i statystyk, że nie wszystko można racjonalnie zaplanować, że nie istnieją takie „obiektywne” mechanizmy, które działają zawsze i wszędzie. Innymi słowy – „mędrca szkiełko i oko” nie załatwia sprawy.
Ale jest to problem również dla sztampowej prawicy konserwatywnej, która przekonuje, że wystarczy podlać wolny rynek sosem tzw. wartości, które społeczeństwu przekażą publicyści „Rzeczpospolitej” lub goście „Warto rozmawiać”, a wyegzekwuje szeryf w typie Rudolpha Giulianiego (oczywiście w jego „wersji” z czasów, gdy prawacy jeszcze nie kojarzyli, że „Rudy” popiera aborcję i prawa gejów). Dlaczego bowiem w „postępowej” Szwecji, o której ze zgrozą mówią polscy konserwatyści jako o współczesnej Sodomie i Gomorze, jest znacznie niższa przestępczość niż w rynkowo-konserwatywnych Stanach Zjednoczonych? Dlaczego w Berlinie, zamieszkanym – znów przywołajmy wizję z prawicowych horrorów – przez rozwydrzonych „socjalem” Niemców i rzesze imigrantów, jest nieporównanie mniej strzeżonych osiedli niż w naszej „białej” Warszawie, zlokalizowanej w ponoć konserwatywnej i katolickiej Polsce? No i wreszcie, co wykazały klasyczne już badania Roberta Putnama nad kapitałem społecznym we Włoszech, dlaczego w tymże kraju ludzie bardziej sobie ufają i chętniej współpracują w północnych, nowoczesnych i zurbanizowanych regionach, za to na prowincjonalnym i „niepostępowym” Południu istnieje deficyt takowych postaw, zaś efektem „tradycyjnego stylu życia” są tam wszechobecne i niemożliwe od lat do wykorzenienia struktury mafijne?
O tym, że w Polsce z kapitałem społecznym jest kiepsko, wiadomo już dość dobrze. Takie wnioski płyną z badań np. w ramach „Diagnozy Społecznej”, której kolejne edycje pokazują, że raczej nędznie wygląda u nas kwestia wzajemnego zaufania i że Polacy niechętnie angażują się w życie wspólnotowe (co gorsza, bardzo niska jest tego rodzaju aktywność ludzi młodych, więc przyszłość rysuje się w niezbyt różowych barwach). Jeśli bywa z tym nieco lepiej, to jedynie na rudymentarnych płaszczyznach, jak niewielkie grupy: rodzina, sąsiedztwa, najbliżsi współpracownicy zawodowi itp. Będziemy o tym szerzej pisali w najbliższym „Obywatelu”, a już dziś pozwolę sobie zacytować krótki fragment tekstu Rafała Bakalarczyka, który omawiając badania porównawcze państw Europy, stwierdza, iż „Polska w 2004 r. plasowała się na ostatnim miejscu pośród krajów, które zostały uwzględnione w badaniu, zarówno pod względem sondaży zaufania, jak i udziału w tym, co określamy mianem społeczeństwa obywatelskiego”.
Zaczyna się również mówić wprost, że taki stan rzeczy może powodować poważne problemy, a dokładniej: stanowić znaczącą barierę w rozwoju Polski. Taką tezę postawił prof. Janusz Czapiński, jeden z „szefów” wspomnianej „Diagnozy Społecznej”, w kwietniowym wywiadzie dla „Polityki”, który odbił się tu i ówdzie pewnym echem. Oczywiście znajdą się tacy – i ja sytuuję się wśród nich – którzy nie do końca ufają „suchym” analizom. O tym jednak, że z kapitałem społecznym jest w Polsce krucho, przekonuje mnie już dość długie, bo kilkunastoletnie zaangażowanie w rozmaite inicjatywy społeczne, organizacje pozarządowe itp. oraz obserwacje z codziennego życia. Trzeba naprawdę wyjątkowej sytuacji, a najczęściej wyjątkowego nieszczęścia, aby nasi rodacy poczuli się wspólnotą i zrobili coś razem, solidarnie.
Ale nawet i to przestaje wystarczać. Niedawno przypadkiem znalazłem wymownego internetowego „njusa”, gdy przez Kotlinę Kłodzką przetaczała się fala powodziowa. Portal Onet.pl donosił: „Mieszkańcy Kłodzka opowiadali, że starają się bez paniki przygotować do kolejnych podtopień. Zabezpieczali workami z piaskiem przerwany wał, swoje domy i sklepy. Z jednej strony twierdzili, że fala, która przeszła przez miasto ma się nijak do tej z 1997 r., kiedy to woda w centrum miasta sięgała 12 metrów. Z drugiej – przyznawali, że wtedy choć było strasznie trudno, ludzie byli ze sobą solidarni, bardzo sobie pomagali. – Teraz moja rodzina napełnia worki z piaskiem i układamy wał, żeby chronić nasz dobytek. Inni patrzą. Nikt nie pomoże. A są i tacy, którzy zachowują się jak turyści. Chodzą i robią zdjęcia – powiedziała rozgoryczona młoda mieszkanka Kłodzka”.
Jeśli mamy problem, to warto zastanowić się, gdzie tkwią jego przyczyny. Standardowe odpowiedzi są dwie. Pierwsza mówi, że to skutek „komuny”. Częściowo się zgodzę. PRL-owski „socjalizm”, który bazował na tłamszeniu autentycznego zaangażowania społecznego za pomocą przejęcia go przez państwo i wpuszczenia w kanały dogodne dla autorytarnej władzy, na pewno zrobił swoje w tej kwestii. Warto porównać bardzo wysoki poziom kapitału społecznego w krajach skandynawskich, gdzie rozwiązaniom socjalnym w gospodarce towarzyszy silny etos demokratyczny z mizernym poziomem tegoż kapitału w postkomunistycznej Polsce.
Ale „komuna” nie tłumaczy wszystkiego, bo wystarczy wspomnieć, że po kilku jej dekadach wydarzyło się to, co Andrzej Gwiazda trafnie nazwał „społeczeństwem nadobywatelskim”, mając na myśli hiperaktywność społeczną w czasach Pierwszej „Solidarności” z lat 1980-81. Inna rzecz, iż „Solidarność” była wyłomem nie tyle w braku kapitału społecznego, ile stanowiła przezwyciężenie jego „brudnej” postaci – bo PRL-owski „etos” kombinatorstwa, „załatwiania” i „znajomości” jest raczej łagodniejszym wydaniem klimatu kulturowego rodem z południa Włoch niż wyrazem pozytywnych więzi społecznych, jakie znamy z północy tamtego kraju i z wielu innych państw europejskich.
Wspomniany wysoki poziom kapitału społecznego w krajach skandynawskich wiąże się bezpośrednio z drugą ze zwyczajowo przywoływanych przyczyn deficytu zaufania i aktywności obywatelskiej w Polsce. Otóż rozmaici doktrynerzy liberalnej prawicy mają zawsze tę samą odpowiedź: winny jest „socjalizm”, czyli rzekomo nadmierna ingerencja państwa w życie społeczne. Po co obywatele mają się starać, skoro urzędnik-biurokrata coś za nich zrobi? Jest to oczywiście bajka, bo każdy z krajów bardziej „socjalistycznych” – Niemcy, Francję, kraje skandynawskie – cechuje znacznie wyższy kapitał społeczny i o wiele lepsze wskaźniki zaangażowania w życie zbiorowe. Tamtejszy „socjalizm” nie tylko nie niszczy aktywności społecznej, lecz wręcz ją wzmacnia, bo w Skandynawii ruch stowarzyszeniowy – owszem, dość silny już wcześniej, głównie dzięki inicjatywom o lewicowym charakterze – nie stracił siły, lecz rozkwitał wraz z rozwojem państwa dobrobytu. Jeśli ludzie mają zapewnioną stabilizację materialną, a w „obiegu” intelektualnym i kulturowym powszechne są wzorce dowartościowujące współpracę i dobro ogólne, to zaangażowanie społeczne jest czymś oczywistym.
Skąd się zatem wzięła polska nieufność oraz obojętność względem działań na rzecz dobra wspólnego, pomijając wspomniane już przyczyny związane ze spuścizną PRL-u? Wydaje mi się, że spory wkład w to zjawisko miała propaganda liberalna, w tym także ta konserwatywno-liberalna, której po roku 1989 nastąpiła prawdziwa erupcja. Paradoksalnie, choć po części była to reakcja – w pewnej mierze uprawniona i zrozumiała – na kilka dekad przymusowego i sztucznego komunistycznego kolektywizmu, to wzmocniła tendencje pozostałe po PRL-u. Wzmogła nieufność i niechęć wobec instytucji publicznych, wpoiła dystans wobec dobra wspólnego, na piedestale postawiła wąsko pojmowany indywidualizm.
Można tu wskazać dwa nurty. Pierwszy to, nazwijmy go tak, UPR-owski. O ile ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego jest na płaszczyźnie stricte politycznej błazenadą i całkowitą porażką, o tyle „korwinizm” odniósł całkiem spory triumf w sferze idei. Zbiegło się to oczywiście ze światową ofensywą liberalnego neokonserwatyzmu, ale on sam, bez „upeerowskiego” wsparcia, nie przeorałby tak mocno myślenia polskiej prawicy. Ten „konserwatyzm” miał w Polsce łatwiej nie tylko z uwagi na zniechęcenie wobec komuny, ale także z tego powodu, że krajowa prawica prezentowała mizerny poziom wiedzy o własnych tradycjach. Dlatego można było jej wmówić, że Thatcher czy Reagan są swoistym prawicowym metrem z Sévres, a niemal każda państwowa ingerencja w gospodarkę czy życie publiczne – to wredny socjalizm.
UPR-owscy pyskacze trafili na podatny grunt w kraju, w którym mało kto z prawicowców posiada świadomość na przykład tego, że zanim w Wielkiej Brytanii na scenę wkroczył thatcheryzm, przez wiele dekad dominował tam o wiele bardziej „socjalny” konserwatyzm. Nie był on w dodatku efektem żadnej zdrady czy rozmiękczania tej doktryny wskutek dominacji wzorców lewicowych, lecz wyrastał z samego rdzenia brytyjskiej doktryny konserwatywnej, której jednym z ojców był Benjamin Disraeli – twórca doktryny One Nation Conservatism, która m.in. promowała interwencjonizm gospodarczy państwa oraz „socjal” w celu łagodzenia napięć i konfliktów klasowych.
Co ciekawe, „korwinizm” wymieszany z neokonserwatyzmem to historia, która sięga korzeniami jeszcze PRL-u. Znakomitej analizy liberalnego „skrętu” opozycji antykomunistycznej pod wpływem właśnie „korwinistów”, dokonał wrocławski działacz opozycji Jan Koziar, w swym niestety mało znanym, bo niskonakładowym opracowaniu „Zerwany sojusz. Świat pracy na bocznych torach”, wydanym już w roku 1992. Autor ten bardzo obrazowo opisuje ideową infiltrację kręgów opozycyjnych przez „korwinistów”. Formułuje przy tym tezę, że w „dziele” zdrady środowisk pracowniczych stali się oni partnerem tzw. lewicy laickiej.
Ano właśnie. Drugim ze środowisk, które odpowiada za dewastację etosu dobra publicznego, a w efekcie za osłabienie kapitału społecznego, jest grupa, którą można by określić mianem środowiska dawnej Unii Wolności i „Gazety Wyborczej”, z ich wszystkimi przybudówkami i odnogami. Są to ludzie, o których wspomniany Andrzej Gwiazda powiedział kiedyś, że na przełomie lat 70. i 80. wydawali pismo „Robotnik”, by dekadę później robotników traktować wyłącznie jako roszczeniową hołotę, przeszkadzającą w robieniu interesów. Bo też o ile „korwiniści” są raczej liberalnymi ideowcami, o tyle „michnikowcy” są liberałami dlatego, iż doktryna ta znakomicie pasowała jako uzasadnienie interesów, które na „transformacji ustrojowej” zrobili oni i ich wspólnicy. Trudno zresztą o wyznawanie spójnego zestawu poglądów podejrzewać środowisko, w którym funkcjonują zarazem konserwatywny liberał Piotr Wierzbicki i ex-działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, Wojciech Orliński. Spoiwem tego środowiska nie jest idea, lecz forsa, wspólnota interesów klasowych. Nawiasem mówiąc, przesądza to o bezpłodności – wbrew rojeniom różnych „strategów” – wszelkich wysiłków na rzecz skierowania „Gazety Wyborczej” w lewo. Oczywiście, gdy wymaga tego interes grupowy czy nastroje społeczne, jest ona w stanie „lewicować” i zatroskać się „nierównościami społecznymi”, ale wszak nie podetnie gałęzi, na której siedzą twórcy i wydawcy, czyli finansowa oligarchia i jej nieźle płatni chłopcy na posyłki.
W każdym razie tam, gdzie konserwatywni liberałowie atakowali dobro wspólne z pobudek ideowych, tam liberałowie indyferentni lub „postępowi” obyczajowo czynili to w imię partykularnego interesu własnej grupy. Obie grupy odniosły w swym dziele sukcesy. „Gazeta Wyborcza” zainfekowała egoistyczno-liberalną propagandą szerokie kręgi społeczne, w tym elity państwowe pierwszych kilkunastu lat III RP. Natomiast „korwiniści” podobny triumf mają na koncie w odniesieniu do prawicy. W efekcie, gdy dominująca pozycja szeroko pojętego środowiska lewicy laickiej została nadszarpnięta wskutek uwikłania w aferę Rywina, kawałek tortu rządu realnego i rządu dusz zyskała liberalna prawica.
Oczywiście korwiniści-ortodoksi, ale też liberalne buldogi z „Gazety Wyborczej”, jak Witold Gadomski, potrafią pomstować na „socjalistów” z PiS lub na „zbyt ostrożnych” liberałów z PO, ale nie zmienia to faktu, że po roku 1989 w zasadzie żadna ekipa rządząca i żadne środowisko – poza może pewnymi działaniami rządu Olszewskiego oraz w okresie „pierwszego Kołodki” – nie prowadziła polityki prospołecznej i mającej na celu dobro wspólne. Nawet gdy czasami posługiwano się hasłami solidaryzmu, jak w czasach „Polski Solidarnej” PiS-u czy w okresie AWS-u, to w praktyce przybierało to postać ministerialnej nominacji dla Zyty Gilowskiej, obniżenia podatków najbogatszym lub, co trafnie przypomniał niedawno Cezary Michalski, liberalnej apoteozy „rodziny na swoim”.
Cała debata publiczna została po roku 1989 zdominowana przez hasła liberalne, przybierające postać nie tylko krytyki interwencjonizmu państwa w gospodarkę czy regulacji podatkowych, ale także zohydzania wszystkiego, co wspólne i publiczne. Ten zapał tyleż neofitów, co i wyrachowanych cwaniaków przybierał postaci tak skrajne i groteskowe, jak np. krytyka pomysłów prywatyzacji za pomocą akcjonariatu pracowniczego. Tego rodzaju uwłaszczenie robotników krytykowano jako rozwiązanie socjalistyczne – a krytykę taką na polskim gruncie prowadzili wyznawcy wspomnianego Reagana, który był… zwolennikiem akcjonariatu pracowniczego.
Wszystko, co nie-prywatne, było wedle takich teorii szkodliwe, ale także moralnie złe i podejrzane. Wszelkie odwołania do idei dobra wspólnego utożsamiano z komunizmem. Artykułowanie interesów dużych grup społecznych – jak pracownicy najemni – przedstawiano jako roszczeniowość i złodziejstwo. Kto sobie nie radził, wrzucony na głęboką rynkową wodę – był nieudacznikiem, leniem i półgłówkiem. Kto sobie radził dobrze – choćby za pomocą metod quasi-bandyckich czy moralnie nagannych – był wzorcem do naśladowania. Nie było słusznych protestów społecznych: gdy strajkowali nauczyciele, media biły na alarm, że okradają lekarzy; gdy strajkowali lekarze, wmawiano nam, że okradają emerytów; gdy emeryci upominali się o wyższe świadczenia, słyszeliśmy, że próbują żerować na młodzieży i pracujących. I tak w kółko.
Ważne było tylko to, co nie wykraczało poza czubek własnego nosa (w wersji prawicowej: poza czubki nosów członków „rodziny na swoim”), wszelkie działania publiczne, które wychodziły poza nieszkodliwe pięknoduchostwo i „charytatywę” (pozwalającą maskować skutki demontażu systemu zabezpieczeń socjalnych), były frajerstwem i naiwniactwem. Jeśli ludzi chwalono za to, że się zrzeszają, to tylko wtedy, gdy mogli razem coś wyrwać. Dlatego na sympatię mediów mogli liczyć lokatorzy walczący z realnymi lub urojonymi patologiami spółdzielczości mieszkaniowej, ale już nie protestujący i oddolnie zrzeszeni lokatorzy dawnych mieszkań zakładowych, które sprzedano za grosze – wraz z ubezwłasnowolnionym „żywym towarem” – prywatnym „biznesmenom”.
Nic dziwnego, że po 20 latach takiego prania mózgów, mamy ogromny deficyt kapitału społecznego. Polska jest krajem mizernego zaangażowania obywatelskiego – jest ono zresztą jeszcze mniejsze niż obrazują to statystyki, bo znaczna część tzw. organizacji pozarządowych to de facto prywatne biznesy i firmy rodzinne. Polska jest krajem powszechnej nieufności wobec siebie wzajem („na pewno chcą mnie wyrolować”) na niemal każdym poziomie życia społecznego i zawodowego. Polska jest krajem, gdzie animowanie jakichkolwiek wysiłków wspólnotowych – choćby na poziomie mieszkańców jednej klatki schodowej – jest o wiele trudniejsze i bardziej czasochłonne niż w większości krajów europejskich, łącznie z tymi, gdzie – jak biadolą nasi konserwatyści – w zaniku są więzi społeczne.
Dziś okazuje się, że to wszystko znacznie ogranicza nasze szanse rozwojowe również na jak najbardziej przyziemnej, ekonomicznej płaszczyźnie. W Republice Egoistów każdy zyska mniej niż zyskałby wtedy, gdyby była to Republika Współpracy. A to, co w ogóle zyska, będzie funkcjonowało w nieprzyjaznym otoczeniu – wśród nieżyczliwych i zawistnych ludzi, w zdewastowanej przestrzeni publicznej, na strzeżonych osiedlach i za zamkniętymi na siedem zamków drzwiami mieszkań „rodzin na swoim”. Cena głupoty i krótkowzroczności jest wysoka. Ale na pewno jest to w tym przypadku cena uczciwie regulowana przez wolny rynek, któremu z taką ochotą postanowiono w Polsce służyć.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Histeria wokół niedawnych wyborów szefa Parlamentu Europejskiego nie była niczym szczególnie nadzwyczajnym – naród pozbawiony realnych sukcesów, chwyta się czego się tylko da. Nie ma już Papieża-Polaka, więc pozostają pomniejsze sukcesy. Nie spełnił jednak oczekiwań Bokser-Polak, nie zawojowali Europy Piłkarze-Polacy nawet z pomocą Holendra, Kierowca-Polak i Narciarz-Polak też wypadają słabiej. Ba, Hydraulik-Polak również już nie cieszy się takim powodzeniem jak niedawno, bo mamy kryzys. Nic dziwnego, że narodowa duma znalazła nową nadzieję – jest nią Polityk-Polak.
Żarty żartami, ale mnie wcale nie jest do śmiechu. Wręcz przeciwnie. Popularność Jerzego Buzka to wymowny dowód, że moi rodacy mają silne natężenie ciągot masochistycznych. Wydawałoby się, że nie trzeba wsadzać ręki do ogniska, aby wiedzieć, iż można się sparzyć. Wydawałoby się chociaż, że gdy raz się sparzy, to drugi raz się ręki w ogień nie włoży. Nic z tych rzeczy.
Nie interesuje mnie przy tym rytualny i jałowy spór między zwolennikami PiS a PO, w którym chodzi już wyłącznie o stadne identyfikacje – krytykujący Buzka „pisowcy” wychwalaliby go, gdyby europosłem i szefem PE został jako człowiek tej partii, nie zaś z ramienia konkurencji. Dla mnie to bez znaczenia – Buzek mógłby mieć poparcie Polskiej Partii Wszystkiego Najlepszego, a i tak byłby kimś, kogo popularność sprawia, że mam mdłości i wstydzę się za swój kraj.
Nie ukrywam, mam do tej postaci stosunek emocjonalny. Bo mam dobrą pamięć. I pamiętam ten wielki, ideologiczny przekręt w wykonaniu ekipy nowego szefa PE. Tych cynicznych łotrów, którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. Nie mogę wprost pojąć, że ktoś taki jak Buzek uchodzi za polityka, któremu można zaufać. Bo za dobrze pamiętam, kiedy w Polsce dokonano trzecioświatowej (o przepraszam, wzorowanej na cywilizowanym kraju o nazwie Chile) reformy emerytalnej. Tej samej, o której niedawno pisano, że okazała się – i jeszcze bardziej okaże – fiaskiem. I wszyscy się oburzali zaledwie 2-3 miesiące temu, że „oszukano nas” – oszukano, owszem, a nawet ktoś konkretny oszukał. Jerzy Buzek i jego rząd.
Kojarzy mi się ów „mąż stanu” również z czymś, co jest bardziej namacalne i mniej ulotne niż wyimaginowane zyski z II filara i OFE. Mianowicie z tym, co miałem okazję obserwować na własne oczy. Z zamykaniem śląskich i zagłębiowskich kopalń. Część z nich była rentowna lub na granicy zyskowności, do kilku innych wkrótce, gdy węgiel okazał się nie taki znowu „stratny”, zaczęto za ciężkie pieniądze przebijać chodniki z tych zakładów, które ocalały przed „reformatorską” pasją awuesowskich „fachowców”. Oczywiście, wiem, że „budżet” i „podatnik” na tym oszczędzili w skali kilku lat – mnie jednak bardziej interesuje, ile budżet długofalowo dołoży (albo i nie, bo budżet nie ma sumienia i serca) do śląskich dzielnic nędzy, do takich miast jak choćby Bytom; interesuje mnie nie abstrakcyjny podatnik, lecz żywi ludzie.
Budżet i podatnik to zresztą twory cokolwiek kapryśne i obrotowe. Pamiętam bowiem, że rządowy kumpel Buzka, niejaki Wąsacz, raczył był wówczas sprzedać nierentowne polskie huty – pół roku później, gdy wróciła koniunktura na stal, były już rentowne i przyniosłyby budżetowi zysk, ale tego wszak awuesowscy „fachowcy” nie przewidzieli. Och, tak, wiem, państwo nie jest od tego, żeby produkować stal. Polskie państwo jest wyłącznie od tego, żeby obywateli – tych samych, co to są podatnikami – zmuszać do transferowania pieniędzy do kieszeni OFE. Oczywiście rentownych – kosztem naszych emerytur.
Więc pamiętam „cztery reformy”. Pamiętam, jak w apogeum owego „reformowania” górnictwa organizowaliśmy pikiety na katowickim rynku przeciwko wyczynom „solidarnego” rządu, a „Solidarność”, której śląsko-dąbrowska centrala mieściła się sto metrów stamtąd, po raz drugi w swej historii roztaczała parasol ochronny nad neoliberalnymi działaniami „swoich”. Owa „Solidarność” zapewniła wtedy dostęp do koryta swemu szefowi, niedawnemu kandydatowi z listy ultraliberalnej PO – pokażcie mi drugi taki związek zawodowy na świecie… I pomniejszym jego klonom, jak choćby Marek Kempski – chyba jedyny na świecie „związkowiec”, który bazując na poparciu regionalnej górniczej „bazy” wychwalał „reformy” Thatcher i likwidację brytyjskiego górnictwa w jej wykonaniu. Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…
Choć dla kogoś o prospołecznych poglądach zabrzmi to jak herezja, wolę już nawet Balcerowicza niż Buzka. Balcerowicz to technokrata maniakalny, ale szczery, jeśli roztaczający jakieś miraże, to raczej z powodu fanatycznej wiary w ich realność, nie zaś z wyrachowania. Natomiast ekipa Buzka zrobiła coś gorszego, o czym już wspomniałem – dokonała wielkiego ideologicznego przekrętu. To miało być solidarne państwo. To miała być polityczna reprezentacja ludzi pracy. Takich, jakimi ludzie pracy w większości w Polsce są – raczej konserwatywni obyczajowo, patriotyczni, bardziej zainteresowani pielgrzymkami czy rodziną niż feministycznymi czy proaborcyjnymi spędami. I właśnie dlatego zostali tak sprawnie – nazwijmy to po imieniu – wydymani przez cynicznych graczy.
Droga AWS-u do władzy i jej sprawowanie to była istna orgia ideologicznej „ściemy”. Intronizacja Chrystusa-Króla na przemian ze związkowymi manifestacjami, odrzucenie „bezbożnej” Konstytucji wymieszane ze sloganami o „rodzinie na swoim”, spoty z patriotyczną symboliką i obrazkami robotników. A gdy już Buzek, Krzaklewski, Wąsacz i reszta dostali władzę, gdy już ta władza okrzepła, wówczas narodowo-katolickie frazesy zostały, ale towarzyszyły im zamykane kopalnie, pałowane pielęgniarki i traktowani gumowymi kulami robotnicy radomskiego „Łucznika”. Był to wręcz „typ idealny” tego samego zabiegu, jakim z powodzeniem posługiwali się przez lata amerykańscy neokonserwatyści. Mobilizowali niższe warstwy społeczne jako ich rzekomi obrońcy przed „zgnilizną moralną”, „wynaturzeniami”, „zagrożeniami tradycyjnych wartości”, by po wygranych wyborach prowadzić politykę szkodliwą właśnie dla plebejuszy – robotników, emerytów, rolników, drobnych firemek – a korzystną dla wielkiego biznesu. W Polsce Chrystus-Król stał się wspólnikiem – ciekawe, co On na to – szefów OFE, a w cieniu walki z „bezbożną Konstytucją” zamykano kopalnie i wyrzucano z nich ponadprzeciętnie zazwyczaj pobożnych górników.
Wydawałoby się, że to jednorazowy numer. Pamiętam, w jakiej niesławie odchodził Buzek i spółka. Tymczasem zaledwie trzy lata później ten sam Buzek został posłem europarlamentu, osiągając najlepszy wynik w całej Polsce – ponad 170 tys. głosów. Myśmy wszystko zapomnieli… – jak pisał poeta. Gdy dziś ten sam Buzek urasta wręcz do rangi bohatera narodowego, to trudno o jakiekolwiek optymistyczne refleksje. Nasuwa się natomiast refleksja bardzo gorzka. Taka mianowicie, że Polacy całkowicie zatracili instynkt klasowy. Bo można oczywiście zrozumieć, że dla obywateli-wyborców ważne są również wartości etyczne i religijne, nie tylko kwestie materialne. Że Polacy są zbiorowością raczej konserwatywną. Że lewica kojarzy im się tylko z komuną i postkomuną, z Jaskiernią i Sekułą. Ale jeśli nie pamiętają po zaledwie kilku latach, jak pod płaszczykiem obrony wartości zostali cynicznie wykorzystani w sferze materialnej przez facetów, których religijność i „solidaryzm” były czystą pokazówką, to oznacza to jedynie tyle, że nie potrafią elementarnie zadbać o własne interesy. Można zrozumieć, że w polskich realiach „plebejusze” popierają prawicę – problem w tym, że nie jest to prawica solidarystyczna i prospołeczna, lecz neoliberalna.
To, że Buzek jest prominentnym kandydatem partii będącej wyrazicielem interesów wielkiego biznesu i finansowych oligarchów, posiada wielki sens w kontekście jego dotychczasowych „dokonań”. To, że otrzymuje on tak wielkie poparcie ze strony wyborców i obywateli, którzy na jego wyczynach sporo stracili, to brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, to nieumiejętność analizy własnych interesów nawet na poziomie przedszkolaka.
Remigiusz Okraska
przez Remigiusz Okraska | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Jest takie powiedzonko, popularne wśród prawicy, że lewica dość często trafnie rozpoznaje problemy, lecz proponuje złe środki zaradcze. Nie będę się w tym miejscu wdawał w ocenę prawdziwości owego bon motu. Zaproponuję inny: współczesna prawica, oddająca hołdy tyleż Panu Bogu, co Panu Dolarowi, nawet jeśli przypadkiem trafnie rozpozna jakiś problem, to pewne jest, że zaproponuje takie jego rozwiązanie, które być może miałoby sens, ale co najmniej 200 lat temu.
Szczególnie zabawne – choć to czarny humor – efekty przynosi to wtedy, gdy tego rodzaju prawica zaczyna „analizować” zjawisko tzw. rozkładu rodziny. Pomijam w tym miejscu sam sens owej diagnozy, bo pogłoski o zapaści życia rodzinnego są mocno przesadzone, podobnie jak mocno przesadzony w swym idealizmie jest obraz rodziny w „starych dobrych czasach”. Ważniejsze od tych opowiastek, śmiesznych dla każdego, kto choć otarł się o nauki społeczne, jest co innego – zdefiniowanie zagrożeń czyhających na życie rodzinne. Otóż wedle prawicy, nic tak nie zagraża rodzinie, jak ingerencja państwa.
Argument żelazny, to oczywiście podatki. Prawica rynkowa jest święcie przekonana, iż gdyby nie obowiązek płacenia podatków, wówczas każde małżeństwo miałoby co najmniej czwórkę dzieci i bez trudu utrzymywało je na odpowiednim poziomie. Że jest to bzdura, można stwierdzić przy pomocy kalkulatora w 3 minuty. Już tu kiedyś pisałem i nie chce mi się powtarzać, że nawet gdyby przeciętni małżonkowie odprowadzali w postaci podatków pośrednich i bezpośrednich po 1500 czy 2000 zł miesięcznie, to w przypadku konieczności sfinansowania z pensji wszystkich usług – od szkolnictwa i opieki medycznej po opłaty za przejście każdym chodnikiem, z którego zechce się skorzystać (wszak gdyby nie były one publiczne, lecz prywatne, to właściciel pobierałby opłatę za użytkowanie!) pochłonęłyby one znacznie większe kwoty.
Mniejsza jednak o ekonomię, choć i tu warto byłoby prawicowców zapytać, dlaczego w „socjalistycznej”, „bezbożnej” i „aborcyjnej” Szwecji jest wyższy przyrost naturalny niż w liberalnej, rozmodlonej i „chroniącej życie” Polsce. I bynajmniej nie jest to kwestia wysokiej rozrodczości imigrantów – jak lubi sobie tłumaczyć problem prawica – bo stanowią oni zaledwie ok. 5% społeczeństwa, a jeszcze mniej ci z krajów o „płodnej” kulturze i stylu życia. Jakim cudem Szwedzi, płacący wysokie podatki, a w dodatku liberalni obyczajowo i dysponujący prawem do legalnej aborcji, w ogóle się jeszcze rozmnażają, w dodatku sprawniej niż Polacy? Przecież gdyby prawicową bajkę potraktować serio, Szwecja powinna być krajem opustoszałym, za to w Polsce średnia ilość potomstwa powinna oscylować w okolicach czworga dzieci na rodzinę, a w USA wynosić co najmniej sześcioro. Oczywiście dodam dla jasności, że przyrost naturalny jest wypadkową bardzo wielu cech, w tym tak nieuchwytnych jak „klimat kulturowy” – w każdym razie sprowadzanie go do wysokości podatków niczego na serio nie wyjaśnia, a na każdy przykład „za” można bez trudu znaleźć taki kraj, który podważy ową rzekomą zależność podatkowo-rozrodczą.
Tym jednak, co szczególnie uderza w prawicowych połajankach, jest sprzeciw wobec „ingerencji państwa w życie rodzinne”. Ingerencje te są straszliwe, bo dotyczą np. objęcia 6-latków obowiązkiem szkolnym (nazywa się to „odrywaniem dzieci od matek”), przymusowych szczepień i innych okrucieństw. U nas i tak nie jest jednak najgorzej, bowiem w takiej właśnie Szwecji, totalitarne państwo obiera potomstwo rodzicom, gdy owi rodzice dzieci biją, należą do jakiejś paranoicznej sekty albo lubują się w narkotykach. A przecież polski prawicowiec wie, że rodzina święta rzecz, państwo zaś to potwór-Lewiatan, który żywi się ciałami małolatów oderwanych od matki-alkoholiczki albo od ojca – adepta sekty „Niebo”.
W tym wszystkim uderzają nie tylko ideologiczne klapki na oczach, ale przede wszystkim niezrozumienie podstawowego problemu czasów nowożytnych. Oczywiście, że państwo czy jego biurokracja popełniają błędy, rozrastają się w sposób niekontrolowany, mają zakusy na kontrolowanie dziedzin, w których są zupełnie niepotrzebne. Piszę to nie pro forma, aby mieć alibi, gdy ktoś skontruje moje wywody jakimś drastycznym przykładem nadużycia biurokracji wobec rodziny, lecz dlatego, że faktycznie tak bywa, a my, obywatele, powinniśmy przeciwdziałać nadmiernym zakusom „urzędasów” na nasze życie. Jednak rozrost państwa, choć czasem przesadny, nie jest dopustem bożym ani efektem tajemniczych knowań „lewaków”. Stanowi on odpowiedź na zniszczenie tradycyjnych form życia nie przez socjalizm, lecz przez kapitalizm.
Gdyby prawica rynkowa czytała coś więcej niż „Najwyższy Czas!”, „Frondę” i dzieła von Misesa, to mogłaby przeżyć szok podczas lektury tego, co o skutkach kapitalizmu pisali 150 lat temu Marks i Engels. Twórcy „socjalizmu naukowego”, choć kapitalizm krytykowali bez pardonu i wieszczyli jego śmierć, wychwalali go właśnie za to, czego rynkowa prawica nie cierpi. Cieszyli się bowiem, że dynamika procesów rynkowych, niehamowanych żadną ingerencją, rozbija w proch i pył „świętą rodzinę” czy „idiotyzm życia wiejskiego”, że – jak głosi słynna sentencja Marksa – „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”.
Gdyby ta sama prawica zechciała czasami myśleć w sposób, który wykracza poza schematy Korwina-Mikkego, być może zastanowiłaby się, dlaczego pierwszy nowoczesny system przymusowych ubezpieczeń społecznych (na wypadek chorób, wypadków przy pracy, inwalidztwa i starości) wprowadzili nie socjalistyczni radykałowie, nie intelektualiści zapatrzeni w utopijne wizje, lecz tak trzeźwy i odległy od rewolucyjnych pomysłów polityk, jak Otto von Bismarck. Oczywiście częściowo można to tłumaczyć naciskiem ruchu robotniczego i chęcią rozładowania radykalnych nastrojów społecznych, ale u podłoża owego pomysłu legła znacznie bardziej poważna i długofalowa refleksja. Kanclerz Niemiec zrozumiał wiele dekad temu to, czego do dziś nie są w stanie pojąć zapalczywi chłopcy-korwinowcy.
Otóż Bismarck dostrzegł, że za sprawą ekspansji kapitalizmu po dawnym ładzie społecznym nie został ślad. To właśnie dynamika tego systemu gospodarczego sprawia, że wspólnoty naturalne tracą siłę i znaczenie, że przestają zapewniać człowiekowi oparcie i schronienie, że dawne mechanizmy obronne już nie wystarczają w społeczeństwie masowym. Dlatego też, aby zapobiec stale rosnącej skali krzywd i wykluczenia, a także aby uchronić społeczeństwo przed rozpadem i chaosem, konieczne jest wkroczenie państwa i przejęcie przez nie ról, które dawniej spełniały rodziny, sąsiedztwa, parafie, cechy itp. Nie ma przy tym znaczenia, czy dawne realia oceniamy jako lepsze, czy jako gorsze – rzecz w tym, że pozostały po nich smętne resztki. Wzdychanie dziś za „starymi dobrymi czasami” wspólnot lokalnych, wielodzietnych rodzin, sąsiedzkich kręgów itp., które obywały się bez pomocy państwa, może być szlachetne, ale w sensie społecznym jest dokładnie tak samo przydatne i twórcze, jak westchnienia za „twardym, prawdziwym życiem” w epoce jaskiniowej.
Wiara w to, że gdyby nie ingerencja państwa, życie rodzinne rozkwitałoby w najlepsze, znamionuje nie tylko myślenie życzeniowe, ale również całkowite oderwanie od rzeczywistości. Widać to zresztą w Polsce jak na dłoni. Gdy prawicowi doktrynerzy narzekają, że wskutek wysokich podatków, libertynizmu oraz spisków gejów i lesbijek rodzi się w Polsce niewiele dzieci, badania socjologiczne wskazują, że potencjalni rodzice narzekają na coś zgoła odmiennego. Na brak przedszkoli tanich i położonych w pobliżu mieszkania lub miejsca zatrudnienia. Na niemożność pogodzenia wymogów rynku pracy z macierzyństwem. Na niedostępność – bez morderczych kredytów spłacanych do emerytury – mieszkań, w których byłoby można kultywować „wartości rodzinne” itp. Innymi słowy, Polacy narzekają na to, na co nie narzekają np. wspomniani Szwedzi, którzy te problemy mają rozwiązane. Ale facetów, którzy w „Rzeczpospolitej” publikują tyrady przeciwko „spiskom wymierzonym w rodzinę”, biorąc za jeden taki płaczliwy tekścik honorarium równe przeciętnej miesięcznej pensji 3/4 „głów rodziny” w Polsce, trudno podejrzewać o jakikolwiek związek z realiami.
O tym, jak w kapitalizmie nieskrępowanym ingerencją straszliwego państwowego Lewiatana wyglądało „życie rodzinne”, świetnie pisał już w roku 1937 Feliks Gross – działacz socjalistyczny i jeden z niewielu polskich humanistów, którzy zyskali światową renomę naukową. W PPS-owskim miesięczniku „Światło” (nr 6/1937), ten znakomity socjolog tak pisał w tekście „Rodzina robotnicza”: Rewolucja przemysłowa XIX stulecia zniszczyła dotychczas panujące systemy wytwórcze, upadł dotychczasowy ustrój gospodarczy. Z powstaniem fabryk zjawia się i proletariat fabryczny. Dotychczas rzemieślnik był właścicielem warsztatu, dzień cały spędzał u siebie w domu oraz z rodziną, gdyż i warsztat w domu się znajdował. Teraz warsztaty zaczynają się gwałtownie wyludniać, zapełniają się hale fabryczne. Przemysł ściąga do pracy wszystkich, zarówno mężczyzn, jak i kobiety czy dzieci. /…/ Przy produkcji koronek w Nottingham w 1860 roku, dzieci 9 i 10-letnie pracowały od 2, 3, 4 rano do 10, 11, 12 w nocy, w przemyśle ceramicznym od 6 rano do 9 wieczorem. /…/ Niskie zarobki zmuszały całą rodzinę do pracy fabrycznej. Pracował więc ojciec, matka, a najczęściej i starsze dzieci. W tym stanie rodzina ulegała automatycznie procesom rozkładowym. Czas pracy dochodził często do 16 godzin na dobę, niskie zarobki zmuszały do zatrudniania rodziców i dzieci. /…/ Jak mogło wyglądać w takich warunkach życie robotnicze? Rodzina stała się tylko zespołem „odświętnym” – w święta i niedziele widywali się za dnia dzieci, mąż i żona. /…/ Stronnictwa reakcyjne zarzucają z reguły natrętnie ruchowi robotniczemu, że „rozbija” rodzinę. /…/ Otóż stwierdzić możemy, że sam rozwój przemysłu i wyzysk przyczynił się do rozluźnienia więzów rodzinnych – a zdobycz praw ochronnych w stosunku do pracy kobiet i młodocianych, o przedłużenie wieku szkolnego itd., a więc zdobycze ruchu robotniczego, wzmocniły jej węzły.
Warto pamiętać o tych słowach, gdy jakiś prawicowo-rynkowy doktryner zacznie dowodzić, że „państwowy moloch” rozbija rodzinę. Warto mu wówczas przypomnieć, że gdyby nie ingerencja państwa w XIX-wieczny kapitalizm – tak bardzo wychwalany przez to towarzystwo – rodzina byłaby dzisiaj mniej więcej tak potężną instytucją, jaką są w XXI wieku cechy rzemieślnicze.
przez Remigiusz Okraska | środa 20 maja 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wydawałoby się, że najbliższe wybory są mało istotne w porównaniu z np. dwoma ostatnimi wyścigami do polskiego parlamentu – tymi z lat 2005 i 2007. Tymczasem ilość pytań o to, „kogo popieram”, „co zrobi »Obywatel«” itd., jest znacząco większa niż wówczas. Na pewno jest to zrozumiałe ze względu na profil naszego pisma – jego czytelnicy i sympatycy rekrutują się spośród przeciwników gospodarczego liberalizmu, a zatem dominacja rządzących liberałów z PO niepokoi ich znacznie bardziej niż gdyby rządził ktokolwiek bardziej prospołeczny.
Ale mnie z kolei niepokoi ten sposób myślenia, który towarzyszy autentycznej – co do tego nie mam wątpliwości – trosce o to, jak odsunąć owych liberałów od władzy. Coraz bardziej bowiem utwierdzam się w przekonaniu, że ani te, ani kilka najbliższych wyborów niczego istotnego nie zmienią. Owszem, lepiej byłoby odsunąć PO od władzy, gdyż bez wątpienia szykuje ona wiele szkodliwych posunięć. Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? – jak śpiewał artysta. Ano spieprzą jeszcze zapewne to i owo: skomercjalizują do reszty służbę zdrowia, kto wie, czy podobny los nie spotka szkolnictwa, w ramach tzw. partnerstwa prywatno-publicznego wielkie firmy, w tym zagraniczne koncerny, będą „kręciły lody” za pieniądze budżetowe, w kolejce jest jeszcze liberalizacja kodeksu pracy, pogłębianie przepaści cywilizacyjnej między kilkoma ośrodkami wielkomiejskimi i subregionami a prowincją (gdyby były inne plany, to zamiast budowy „szybkich kolei” i autostrad między aglomeracjami, reanimowano by lokalne linie kolejowe i takież drogi), dalsze urynkowienie systemu emerytalnego itd. Strach się bać – mnie też przeraża taka wizja.
Nie potrafię jednak uznać, że jakimś istotnym zwrotem mogą stać się któreś wybory. Nie podzielam też wiary moich różnych znajomych w bunt społeczny, który radykalnie zmieni wizje, cele i mechanizmy polskich społeczno-gospodarczych. Siła neoliberałów bierze się ze słabości alternatyw wobec nich, a te z kolei są słabe, gdyż słabe jest społeczeństwo. Oczywiście łatwiej byłoby je umocnić, gdyby nie rządzili liberałowie i gdyby nie rozmontowywano kolejnych elementów tkanki społecznej – bo wszak do tego sprowadza się pochód neoliberalizmu – ale oni rządzą dlatego, że już dziś nie sposób stworzyć trwałej bazy społecznego poparcia dla innej polityki.
Być może za jakiś czas będzie ją stworzyć jeszcze trudniej. Ale być może jedynym sposobem, aby ona jednak powstała, jest mozolna, długotrwała praca, pozbawiona emocji związanych z wyborami, oszczędnie gospodarująca niewielkimi zasobami – nie tylko kadrowymi czy finansowymi, ale także zasobami emocji, bo nic tak nie niszczy ludzkiej aktywności, jak obietnice triumfów i następujące po nich spektakularne klęski.
Choć PO i podobne jej ekipy neoliberałów z lewa i prawa – dość wspomnieć SLD czy niesławnej pamięci AWS – są lokalną emanacją ogólnoświatowej tendencji, to jednak polska specyfika ma wpływ na taki rozwój wydarzeń, jaki obserwujemy. Ta specyfika to natomiast nieistnienie w naszym kraju zorganizowanego społeczeństwa. Neoliberalizm wszędzie działa podobnie i prowadzi do jednakich następstw. Jeśli jednak w USA możliwy jest triumf Obamy, jeśli w Wielkiej Brytanii po wieloletnich ekscesach thatcheryzmu (także tego w wykonaniu New Labour) – a pamiętajmy, że jego twórczyni wsławiła się wyjątkowo kretyńskim stwierdzeniem, że „nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo” – nadal istnieją tysiące aktywnych inicjatyw obywatelskich, jeśli we Francji czy w Niemczech demonstracje przeciwko zamachom na dobro wspólne gromadzą nie setki, lecz setki tysięcy ludzi, jeśli w Skandynawii niemal nikt nie traktuje serio bredni o konieczności prywatyzacji i „deregulacji”, to widać jak na dłoni, że reakcje na tenże neoliberalizm są rozmaite. A polska reakcja jest z nich najgłupsza.
To nie jest żaden przypadek. Jedna sprawa to tzw. charakter narodowy. Z górą sto lat temu trafnie opisał go Aleksander Świętochowski w lapidarnym stwierdzeniu, że Polacy są narodem, który dla odzyskania niepodległości rzuci się na komendę tłumnie, aby wypić wodę z Wisły, ale za żadne skarby nie chodziliby w tym samym celu regularnie przez rok, aby codziennie wypijać z niej szklankę. Nie jestem zwolennikiem kurczowego trzymania się „pracy organicznej”, która poza swym logicznym i rozsądnym aspektem bywa mocno podszyta cynizmem, tchórzostwem i lenistwem intelektualnym. Pewne jest jednak, że same wielkie zrywy, wielkie hasła i wielkie ofiary nie wystarczą, gdy nie towarzyszy im – przed i po – wytężona, mozolna, regularna, choć mało widowiskowa praca.
Przede wszystkim wynika to wprost z ludzkiej psychiki, która nie jest w stanie długofalowo funkcjonować na najwyższych obrotach w kwestii zaangażowania w życie publiczne. Na tym „przejechali” się wszyscy rewolucjoniści. Rozmaite buntownicze zrywy były w swej większości romantyczne, piękne i wyzwalały w ludziach ogromne pokłady szlachetnych uczuć, ale po nich następował albo marazm, albo na ich fali wypływały przeróżne kanalie, którym bez większego sprzeciwu pozwalano robić rzeczy daleko odbiegające od haseł wyjściowych. Tylko tam, gdzie grunt był przygotowany i gdzie istniała sieć inicjatyw umożliwiających mniej spektakularną kontynuację owych buntów – lub gdy buntownicy zadbali o jej szybkie stworzenie – owe rewolucje nie zamieniały się w swoje przeciwieństwo lub nie kończyły nostalgicznymi wspominkami o bardzo krótkim okresie „burzy i naporu”.
W Polsce tego wszystkiego brak. Rozumieli to także krytycy Świętochowskiego, którzy w swej większości uważali, że jakkolwiek „praca organiczna” nie wystarczy, to jednak te wszystkie pozornie niewielkie sprawy – spółdzielnie, kółka rolnicze, kursy kształceniowe, niszowe wydawnictwa, kółka dyskusyjne itp. – nie są przeciwieństwem, lecz dopełnieniem Wielkich Rzeczy. Jeśli rewolucja ma nie stać się nieudolną błazenadą lub – co gorsza – szkodliwą i zbrodniczą jatką pogarszającą sytuację, powinna wyrastać z setek małych „ewolucji”. Jeśli spojrzymy na to, kto w Polsce przed I wojną światową lub w II RP tworzył zręby różnych mikroinicjatyw społecznych, to zobaczymy tam wielu radykalnych wizjonerów, którzy o lata świetlne odlegli byli od drobnomieszczańskiej ideologii „pracy organicznej”.
Być może udałoby się przeorać „zrywową”, niechętną wobec systematycznej pracy mentalność Polaków, gdyby nie PRL. Nie mam ochoty na znęcanie się nad truposzem, ani nad jego coraz mniej licznymi nekrofilskimi zwolennikami, ale jeśli dziś nurtuje nas problem mizernej aktywności społeczeństwa, to nie sposób uniknąć krytyki powojennego 45-lecia, nawet gdybyśmy uznali, że tylko to obciąża komunistyczne władze. Centralizm polityczny, zamordyzm, faktyczne upaństwowienie wszelkich form aktywności, fasadowość wielu instytucji – musiały oduczyć ludzi autentycznego zaangażowania w życie publiczne, zwłaszcza, że reżim nie ulegał stałej liberalizacji, lecz okresowo „zaostrzał kurs” wobec inicjatyw choć trochę niezależnych i samodzielnych. Żeby nie było tak antykomunistycznie sztampowo, dodam, że pewne negatywne zjawiska w tej kwestii miały miejsce również wraz z rosnącym autorytaryzmem sanacyjnej ekipy w międzywojniu.
PRL zrobił jednak coś więcej niż tylko stłumił rozwój autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Izolacja od świata i zachodzących w nim przeobrażeń sprawiła, że to, co na Zachodzie trwało lata i było rozłożone w czasie, nam spadło na głowę nagle i w wielkim stężeniu. Pozytywnych rozwiązań i mechanizmów nie mieliśmy czasu się nauczyć, zaś wobec negatywnych zjawisk nie wypracowaliśmy mechanizmów obronnych. Efektem jest dzisiejszy stan życia publicznego, cechującego się mizernym poziomem kapitału społecznego (niemal nikt nikomu nie ufa), ucieczką w konsumpcyjną prywatność, ogromną podatnością na najgłupsze trendy popkultury, ostentacyjnym wręcz „olewactwem” wszystkiego, co wykracza poza czubek nosa i próg „własnego M”. Oczywiście na taki stan rzeczy złożyło się wiele zjawisk, nie tylko spuścizna PRL-u. Swoje zrobiła „zdrada elit” opozycyjnych, które wypięły się na masy popierające je swego czasu. Ale nie bądźmy dziećmi – w krajach Zachodu elity też nie raz i nie dwa zdradzały masy, a mimo to nie są one do tego stopnia zdemobilizowane, jak w Polsce. Ktoś inny powie z kolei, że przyczyną mizernej aktywności Polaków jest niezamożność, konieczność walki przede wszystkim o przetrwanie. Bądźmy jednak poważni – stokroć silniejsze ruchy i inicjatywy społeczne niż w Polsce istnieją choćby w Brazylii czy Argentynie, przy których my jesteśmy może nie rajem finansowym, ale na pewno znajdujemy się kilka pięter wyżej pod względem stabilizacji społecznej i tej zwykłej, życiowej. Poza tym, gdy słyszę, że większości Polaków nie stać na 5 złotych miesięcznej składki, na niezależny kwartalnik za 7 czy 10 złotych albo na bilet autobusowy lub litr benzyny, by dojechać na demonstrację, to pukam się w czoło, bo na moim niezamożnym osiedlu w jeszcze bardziej niezamożnym mieście natrafiam niemal za każdym razem, gdy wynoszę śmieci, na kolejne pudło po nowym wielkim telewizorze.
Czy emigranci z przedmieść Paryża są o wiele bogatsi od Polaków, by mieć środki na udział w życiu politycznym? Czy niemiecki urzędnik pracuje znacząco krócej od polskich „budżetowców” i dlatego ma czas na aktywność społeczną? Czy na polskich studentach ktoś wymusza zainteresowanie niemal wyłącznie alkoholem, muzyką i podróżami, więc dlatego nie mogą się zdobyć na choćby takie inicjatywy, jakie podejmują ich rówieśnicy ze Szwecji, Hiszpanii czy USA? Czy nad Polską ciąży jakieś fatum, które sprawia, że ludzie po zawarciu małżeństwa i dorobieniu się dzieci ograniczają swoją aktywność do grillowania z podobnymi małżeństwami? Czy jakiś zły duch sprawił, że akurat Polakom tyłki przyrosły do krzeseł i za szczyt aktywności społecznej uchodzą tutaj jałowe pyskówki w Internecie?
Nie chodzi o to, by obwiniać kogoś personalnie i rozliczać z tego, co robi lub czego zaniechał. Nie ma też sensu pojawiająca się czasem u różnych „weteranów” aktywności społecznej nuta cynizmu połączonego z rozczarowaniem, która prowadzi ich do wniosków, że „mają to, na co zasłużyli”, „chcą być kopani w tyłek, to proszę bardzo”, „wybrali liberałów, to niech teraz płaczą, gdy są wywalani z pracy” itd. Problem tkwi w czymś innym. W tym mianowicie, że dopóki nie odtworzymy tkanki publicznego zaangażowania, dopóty nie ma co marzyć o istotnych zmianach, a już na pewno nie o tym, że wykroczą one poza chwilowy triumf. Społeczeństwo, które nie jest zorganizowane, nie dysponuje własnymi kanałami komunikacji i forami debaty, nie ma nawyków brania przynajmniej części spraw we własne ręce, nie obawia się podnieść głowy – zawsze padnie łupem inwazji kolorowych billboardów, kampanii tandetnych obietnic, zagrywek spin-doktorów itp. I będzie święcie przekonane, że miły, wygadany facet w fachowo dobranym krawacie chce dobrze właśnie dlatego, że dobrze wygląda. Nawet jeśli tacy ludzie zagłosują czasem na „partię protestu”, to ich sympatia potrwa tylko do czasu, aż oligarchiczne media nie przypuszczą na nią zmasowanego ataku pod byle pretekstem. A wymyślić pretekst, który trafi w gusta bezkrytycznej, tabloidowo-telewizyjnej publiczności, jest doprawdy nietrudno.
Nie ma drogi na skróty. Dziś i jutro najważniejsze nie są wybory do któregoś z ciał przedstawicielskich, nie mają większego znaczenia doraźne polityczne pyskówki, nie ma żadnego sensu emocjonowanie się kolejnymi Inicjatywami Zbawczymi Dla Polski. Nie pomogą nam żadni Oni, żaden Wódz, Geniusz i Wybawiciel. Jeśli nie nauczymy się pomagać sobie sami, krok po kroku, dzień za dniem, ziarnko do ziarnka – to nie pomoże nam nikt.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 28 kwietnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Przez wiele dekad w środowiskach, które można nazwać postępowymi, lewicowymi czy emancypacyjnymi, panowała zgodność w pewnej kwestii. Krytycy istniejących porządków upatrywali nadziei na ich zmianę w poparciu danej „Sprawy” przez masy społeczne – masy definiowane poprzez swoją pozycję zawodowo-klasową. Żeby coś zmienić, stopniowo lub nagle, trzeba było mieć oparcie w robotnikach, czy szerzej – w pracownikach najemnych.
Niektórzy dołączali do tej grupy chłopstwo lub bezrobotnych, ale zawsze to „człowiek pracy” stał w centrum zainteresowania. Chłop co prawda był posiadaczem gospodarstwa, więc ortodoksyjna część lewicy traktowała go podejrzliwie, ale pozostali uznawali, że drobny rolnik pracuje „na własnym”, nikogo nie wyzyskuje, a trud i znój nie są mu obce. Bezrobotnych z kolei traktowano jako zarazem ex-pracowników, jak i potencjalnych zatrudnionych, więc też mieścili się w owym zbiorze – nieprzypadkowo nazwano ich „rezerwową armią pracy”. Jeśli ktoś miał odmienić zły świat, to właśnie pracownicy.
Na pewno postrzeganie zorganizowanych mas pracowniczych jako potężnej siły nacisku miało niegdyś wiele sensu. Czy to marksizm, czy XIX-wieczny anarchizm, czy ujmując rzecz zbiorczo – różne odmiany myśli „socjalizującej”, wszystkie one odwoływały się do robotników lub pracowników najemnych. Spierano się o metody (rewolucja czy stopniowe reformy parlamentarne), o cele (silne państwo w służbie społeczeństwa lub zniesienie państwa) itp., natomiast archimedesowy „punkt oparcia” był wciąż ten sam.
Po pierwsze, pracownicy najemni, jako pozbawieni możliwości dyktowania warunków zatrudnienia (muszą sprzedać pracę temu, kto posiada środki produkcji), są zawsze w gorszym położeniu niż warstwy posiadające. Nawet jeśli ich położenie ekonomiczne nie zawsze jest złe – bo wyzysk zelżał wskutek oporu, niedoboru rąk do pracy czy ingerencji państwa – to pozostaje jeszcze aspekt psychofizyczny, jakim jest brak możliwości decydowania o sobie, swoiste mentalne niewolnictwo wobec tych, którzy zatrudniają. Po drugie, bunt tych grup jest nie tylko możliwy, ale i groźny dla istniejącego porządku. Na przykład masowa odmowa pracy – strajk – sprawia, że nie powstają jakieś produkty lub nie są dostarczane do sprzedaży, więc właściciele fabryk nie osiągają zysków. Gdy strajki są odpowiednio masowe lub przynajmniej skoncentrowane w szczególnie newralgicznych branżach (np. energetyka czy transport kolejowy), sparaliżowany zostaje nie ten czy inny zakład, lecz region lub kraj, a spore kłopoty ma już nie tylko fabrykant, ale cała warstwa posiadająca i klasa rządząca. Gdy na ulice wyjdzie demonstracja pracowników znaczącej branży, liczy ona dziesiątki lub setki tysięcy – to już jest masa groźna dla nawet najsilniejszej władzy, dysponującej sprawnym aparatem represji. Gdy pracownicy najemni pójdą gremialnie do urn i zgodnie wybiorą swoich reprezentantów, w parlamencie pojawia się siła walcząca o interesy tej właśnie warstwy, która za pomocą nowych ustaw może naruszyć porządek korzystny dla innych grup interesów.
Po stronie atutów tego ruchu widniały trzy kwestie – masowość, koncentracja i jednorodność. W epoce przemysłowej do pewnego momentu stale przybywało robotników. Skoncentrowano ich w dużych ośrodkach przemysłowych, które najczęściej były też znaczącymi punktami systemu ekonomicznego oraz siedzibami struktur władzy. A sami robotnicy przemysłowi byli do siebie podobni – czy to producent samolotów, czy producent mebli, wszyscy żyli w podobny sposób, mieli podobne wartości, a także podobną tożsamość, bo postrzegali samych siebie właśnie przez pryzmat tego, iż są robotnikami.
Myśliciele i działacze polityczni odwołujący się do pracowników najemnych bez wątpienia dobrze zdiagnozowali realia tamtej epoki. Do tego stopnia, że nawet w ustroju mającym być antytezą kapitalizmu, czyli w realnym socjalizmie, gros „zaburzeń” wymierzonych w system polityczny związany był albo z buntami pracowników najemnych, albo powstawał na styku działalności inteligenckich dysydentów z pozyskaniem poparcia mas robotniczych. Dopóki w Polsce krytyka real-socjalizmu przybierała takie formy, jak „List Otwarty do Partii” Kuronia i Modzelewskiego, włodarze systemu wsadzali do więzienia kilku niepokornych i problem był rozwiązany. Gdy jednak ten sam Kuroń i Modzelewski stali się częścią 10-milionowej „Solidarności”, bazującej na masach robotników i zakładach pracy, decydenci otrzymali znacznie twardszy orzech do zgryzienia.
Czy jednak dziś taki model oporu i dążenia do przemian społecznych zachował aktualność? Obawiam się, że nie, a jedną z przyczyn słabości lewicy (czy szerzej: środowisk prospołecznych) w świecie zachodnim jest właśnie zanik jej zaplecza społecznego. Pracowników najemnych mamy dziś co prawda więcej niż w czasach Marksa – bo koncentracja własności w miarę rozwoju kapitalizmu sprawia, że coraz mniej jest właścicieli środków produkcji (zwłaszcza drobnych właścicieli), a coraz więcej tych, których jedynym „kapitałem” jest własna praca na sprzedaż – jednak nie tworzą już oni żadnego „ruchu robotniczego”. I prawdopodobnie nie stworzą. Przemiany ekonomiczne, technologiczne i kulturowe sprawiły, że zbiorowość dawniej masowa i jednorodna, poszła w rozsypkę.
Globalizacja gospodarcza nie jest niczym nowym, ale niegdyś nie dotyczyła ona tak wielu produktów i ich składników. Obecnie nawet wyroby banalnie proste – jak choćby jogurty – są nierzadko stopniowo wytwarzane w oddziałach danej firmy oddalonych o setki kilometrów. Skutkuje to dekoncentracją klasy robotniczej – nawet jeśli w danym mieście istnieje wiele zakładów, to są one na ogół niewielkie i „nieprzystawalne” do siebie branżowo; coraz mniej regionów, które można określić mianem centrów przemysłu ciężkiego, spożywczego, elektronicznego itp. Z kolei te, które wciąż istnieją lub są tworzone od podstaw, z racji przemian technologicznych zatrudniają nieporównanie mniej osób niż dawniej – przy podobnej wielkości produkcji potrzeba od kilku do kilkudziesięciu razy mniej pracowników niż 20, a zwłaszcza 100 lat temu. Do tego dochodzą przeobrażenia form zatrudnienia – zamiast samych „etatowców”, istnieje wiele rodzajów stosunków pracy: etaty, pół- i ćwierćetaty, rozmaite umowy czasowe, praca zadaniowa, podwykonawstwo, świadczenie pracy na rzecz kilku podmiotów na raz itp. Zmiany te są nie tylko efektem – jak chcą „obrońcy robotników” – celowej strategii przedsiębiorców, pragnących zdezintegrować masy pracownicze, lecz również skutkiem wymuszonej realiami rynku i technologii większej elastyczności i „płynności” różnych rodzajów produkcji. Za tym idzie z kolei niestabilność zawodowa – o ile kiedyś większość pracowników była przez całe życie hutnikami, ślusarzami czy kierowcami, o tyle dziś czymś całkiem naturalnym są kilkakrotne zmiany fachu w okresie między pierwszym zatrudnieniem a emeryturą.
Nie rozstrzygniemy, czy pierwsze było jajko, czy kura, ale owe zmiany współgrają także z przemianami sfery kulturowej i stylu życia. Coraz mniej ludzi dokonuje autoidentyfikacji poprzez odniesienie do wykonywanej pracy. Zamiast tego postrzegają samych siebie przez pryzmat przeróżnych ról społecznych i postaw kulturowych. Wśród moich rówieśników znacznie rzadziej niż w pokoleniu naszych rodziców można usłyszeć definiowanie siebie w odniesieniu do wykonywanego zawodu – ludzie są raczej słuchaczami jakiejś muzyki niż hutnikami, albo adeptami jakiegoś hobby niż urzędnikami.
A przecież w Polsce mamy dopiero przedsmak tego, co się zapewne stanie. Z fazy industrialnej wychodzimy ze znacznym opóźnieniem w stosunku do krajów Zachodu, znacznie mniejsze znaczenie ma u nas konsumpcja symboliczna (i związane z nią nowatorskie sektory produkcji), nieporównanie mniejsza jest mobilność społeczna. Zacofana struktura ekonomiczna (układy oparte na „znajomościach” zamiast merytokracji) blokuje wiele ścieżek nie tyle awansu, co zmiany statusu. Do tego dochodzi znaczna skala szarej strefy itd. Prawie wszyscy jesteśmy pracownikami najemnymi – i coraz mniej z tego wynika.
Czy robotnicy/pracownicy ruszą z posad bryłę świata? Nie sądzę. Czy zatem nikt jej nie ruszy? Niekoniecznie.
Idee i wizje ruchu robotniczego były odpowiednie dla epoki industrialnej i słusznie uznano wówczas ich polityczną przydatność. Paradoksalnie, tej samej epoce zawdzięczamy jednak ideę, która wówczas była przedwczesna i niedopasowana do realiów, za to wydaje się mieć pewien potencjał na czasy obecne. Owa idea dopatruje się tych, którzy ruszą z posad bryłę świata nie w twórcach (pracownikach, którzy wytwarzają), lecz w konsumentach. Bo tak, jak wielu z nas jest pracownikami najemnymi, tak wszyscy jesteśmy konsumentami – mamy do dyspozycji ruch potencjalnie jeszcze bardziej masowy niż tamten.
Powiedzmy od razu, że nie chodzi o zwykły ruch konsumencki. W epoce industrialnej różni wizjonerzy zmiany społecznej dostrzegali interesy konsumentów. O ile jednak dbałość o interesy pracowników postrzegano w kategoriach zarazem etycznych (zniesienie lub ograniczenie wyzysku, jaki ich dotykał), jak i pragmatycznych (to oni są siłą zdolną obalić istniejący system), o tyle konsumentów traktowano wyłącznie w kategoriach etycznych. Uważano, że ponieważ ich prawa są w różny sposób naruszane, należy wspierać ich organizacje i żądania, ale nie można wiązać z nimi nadziei na fundamentalne zmiany. Ruch konsumencki postrzegano jako inicjatywę o charakterze samoobrony, np. gdy protestował przeciwko pogorszeniu jakości produktów spożywczych. Nieco później uznano go za partnera w dążeniu do zmian o szerszym charakterze, ale wciąż o ograniczonych możliwościach oddziaływania. Od kilkudziesięciu lat istnieją inicjatywy, które dbają o „etyczną” konsumpcję – np. bojkotują producentów zatruwających środowisko czy wykorzystujących pracę w warunkach „trzecioświatowych” – lecz nie naruszają w ten sposób samego porządku ekonomicznego. Owszem, to miłe i szlachetne jeść jajka od kur żyjących „po ludzku” zamiast od stłoczonych w gigantycznych fermach hodowlanych. Owszem, lepszy jest pracodawca, który szanuje i zatrudnia również niepełnosprawnych niż taki, który bez pardonu wyciska siódme poty z osób stuprocentowo zdrowych. Owszem, lepsze są meble z drewna pozyskanego z lasów gospodarczych, niż wytworzone w efekcie wycinki bezcennych obszarów przyrodniczych. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że wciąż jesteśmy jako konsumenci pozbawieni większego wpływu na całokształt systemu.
A gdyby tak odwrócić optykę? Gdyby uznać, że o pracowników należy dbać wyłącznie ze względów etycznych (bo są ludźmi mającymi prawo żyć godnie, natomiast nie są potencjalnym rdzeniem reform społecznych), natomiast dbałość o konsumentów można uzasadnić zarówno etycznie, jak i strategicznie, bo tylko oni są dziś zdolni zmienić system całkowicie lub choć trochę go ulepszyć?
W roku 1928 Oskar Lange napisał rozprawę „Socjologia i idee społeczne Edwarda Abramowskiego”. Czytamy w niej: Abramowski przypisuje największą wagę kooperatywom spożywczym. Idea jego polega na zaatakowaniu kapitalizmu nie od strony produkcji /…/, ale od strony konsumpcji, przez zorganizowanie rynku. Zdaniem jego jest to najczulsza strona kapitalizmu. Przerwa pracy spowodowana strajkiem nie jest dla kapitalistów bardzo groźna, nieraz nawet podczas kryzysu może im być na rękę. Jeżeli jednak „przedsiębiorca widzi się zaatakowanym nie w produkcji, lecz w sprzedaży swoich towarów”, może to spowodować skutki o wiele poważniejsze. Zaatakowanie kapitalizmu od tej strony jest właśnie zadaniem kooperatyzmu. Zasadą kooperatywy spożywczej jest „oszczędzanie przez wydatki”. Chodzi o to, że kooperatywa usuwa pośrednictwo sklepikarzy, zakupując towary wprost u hurtowników. /…/ Zazwyczaj kooperatywy sprzedają swe towary jednak po tej samej cenie, co prywatny handel detaliczny, osiągając przy tym zysk równy różnicy między ceną detaliczną a ceną hurtową. Znaczy to, że kooperatywa zgarnia zyski, które w razie jej nieistnienia przypadłyby sklepikarzom. /…/ Ale na tym kooperatywy nie poprzestają. Dążą one do całkowitego usunięcia skomplikowanego i kosztownego kapitalistycznego aparatu dystrybucyjnego i do zakupywania wprost u wytwórców. W tym celu organizują się w związki zakupów hurtowych. Związki te przyjmują zamówienia od należących do nich kooperatyw i kierują je wprost do wytwórców z pominięciem kupców hurtowych. W ten sposób kooperatywy zagarniają nie tylko zyski kupców detalicznych, ale także zyski wielkiego handlu. Nagromadzają wskutek tego znaczne kapitały, będące wspólną własnością członków. W tym kierunku według Abramowskiego następuje rozwój kooperatyzmu. Zrzeszeni konsumenci stają się potęgą coraz większą, z którą produkcja kapitalistyczna już dzisiaj musi poważnie się liczyć, a z biegiem czasu opanują całkowicie kapitalistyczny rynek zbytu. /…/ Przypuśćmy, że kooperatywy spożywcze zdołają zorganizować w swoich szeregach znaczną większość ludności /…/ Pociągnęłoby to za sobą bardzo daleko idące skutki. Cały system dystrybucji kapitalistycznej, tak bardzo kosztowny i nieproduktywny, zostałby usunięty, a miejsce jego zajęłaby dystrybucja planowa, przeprowadzana i kontrolowana przez zorganizowanych konsumentów. „Przede wszystkim zanika cała klasa kupiecka, od największych hurtowników do najmniejszych sklepikarzy; olbrzymi i pasożytniczy dla społeczeństwa zastęp tych pośredników handlowych musiałby zwinąć swoje interesy i pracować w kooperatywach. Kapitalizm poniósłby tutaj swą pierwszą śmiertelną porażkę, skurczyłby się o całą połowę swego dzisiejszego królestwa”. /…/ Potęga rynku zorganizowanego idzie jednak dalej, dosięga również produkcji. Producenci nie mają już więcej przed sobą wielkiej, nie zorganizowanej masy klientów, ale tylko jednego klienta: związek kooperatyw, do którego wymagań muszą się stosować. /…/ Przedsiębiorstwa kooperatywne są punktem wyjścia dla przyszłej produkcji socjalistycznej. Konkurencja z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi jest łatwa, ponieważ mają zapewniony z góry rynek zbytu, dla którego pracują. /…/ Produkcja kooperatywna będzie stanowiła dla produkcji kapitalistycznej niezwalczonego konkurenta, ponieważ kooperatywy będą zaopatrywały się w potrzebne towary przede wszystkim w fabrykach własnych, a do producentów kapitalistycznych będą się zwracały tylko wówczas, jeżeli produkcja kooperatywna nie zdoła pokryć całkowitego zapotrzebowania. Dlatego coraz to większy rozwój produkcji kooperatywnej będzie szedł w parze z kurczeniem się produkcji kapitalistycznej. Bankrutujące wskutek tego procesu przedsiębiorstwa kapitalistyczne będą wykupywane przez kooperatywy i zamieniane na przedsiębiorstwa kooperatywne.
Abramowski zaczerpnął tę teorię od myślicieli i liderów światowego ruchu spółdzielczego. Jeden z jego nestorów, Charles Gide, przekonywał, że tym, co łączy interesy wielu ludzi ponad podziałami klasowymi czy zawodowymi, jest rola spożywcy, czyli konsumenta. Wszyscy jesteśmy spożywcami, a ogół spożywców, poza garstką tych, którzy jednocześnie są właścicielami wielkich środków produkcji, ma podobne interesy. Chcemy konsumować jak najlepiej, lecz aby to osiągnąć nie wystarczy nacisk na indywidualnych producentów, nie wystarczy typowy ruch konsumencki. Aby mieć jak najlepsze warunki konsumpcji i jak najlepsze warunki bytowania, należy opanować sektor handlu, uspółdzielczyć go, przejąć w zbiorowe władanie, a w ten sposób oddziaływać także na sferę produkcji/zatrudnienia.
Gide pisał: Położy się siłą rzeczy kres temu wiekuistemu zatargowi pomiędzy sprzedającym a kupującym, właścicielem domu a lokatorem, wierzycielem a dłużnikiem w dniu, w którym w wyniku rozpowszechnionej spółdzielczości my, spożywcy, będziemy swoimi własnymi kupcami, własnymi bankierami, własnymi przedsiębiorcami /…/ Dopóki robotnik może się zjawiać na rynku tylko jako najemnik oddający swoje ręce na licytację, jego wielka liczebność czyni go słabym, gdyż los jego zależy od uznania przedsiębiorcy; ale w dniu, w którym stanie on tam jako spożywca, liczebność będzie jego siłą i zapewni mu zwycięstwo. /…/ kooperatyzm, posunięty do swych granic ostatecznych, skończyłby na organizacji społecznej, mającej wielkie analogie z ideałem kolektywistycznym. /…/ Uspokaja mnie /…/ to, że nie oczekujemy realizacji naszego ustroju społecznego /…/ ani od interwencji państwa, ani od jakiejkolwiek władzy przymusowej, tylko od swobodnej inicjatywy indywidualnej, działającej przez dobrowolne stowarzyszenia i występującej na rynku według zasad prawa powszechnego. /…/ Jest /…/ zasadnicza różnica między [liberalnymi] ekonomistami a nami, spółdzielcami: oni uczą, że laisser-faire, wolna gra konkurencji wystarcza do zagwarantowania interesów spożywców, podczas gdy my oświadczamy, że jeżeli spółdzielcy nie zorganizują się i nie zbuntują, staną się ofiarą. /…/ Ekonomiści ze szkoły liberalnej stawiają zarzut, że ta forma kolektywizmu spółdzielczego zniszczy wszelką inicjatywę indywidualną /…/. Jest to twierdzenie bardzo pesymistyczne, zwłaszcza w ustach ekonomistów, którzy za każdym razem, kiedy państwo /…/ zamierza interweniować w obronie spożywcy /…/, protestują przeciwko tej opiece i oświadczają, że „spożywca jest najlepszym sędzią swych interesów”. A więc, skoro jest najlepszym sędzią swych interesów, dlaczego nie oddać ich kierownictwa w jego ręce?
Jeszcze jedną ważną rzecz dodawał „ojciec” pan-kooperatyzmu, bo tak zwano wówczas ten nurt: Stowarzyszenia spółdzielcze są odpowiednikiem w ustroju gospodarczym głosowania powszechnego w ustroju politycznym, ponieważ wszyscy są spożywcami tak samo, jak każdy jest obywatelem.
Tak pomyślany ustrój, w którym kluczową rolę odgrywają konsumenci-spożywcy, zrzeszeni w spółdzielczości, miałby zatem zalety liberalizmu i socjalizmu – wolny wybór oraz wyeliminowanie prywatnego (wy)zysku. Romuald Mielczarski, twórca polskiej spółdzielczości spożywców o nazwie „Społem” (nie mylić z jej wersją wypaczoną i upaństwowioną przez komunistów po II wojnie światowej) pisał w roku 1923: Kooperacja twierdzi, że jakkolwiek to może się wydawać na pierwszy rzut oka bardzo dziwne, istnienie kapitalizmu jest całkowicie w ręku spożywców /…/ całe to bogactwo, jakim rozporządza kapitał, nie jest niczym innym, jak nagromadzonym zyskiem. Niech tylko spożywcy, organizując się we własne stowarzyszenia, krok za krokiem pozbawiają kapitał zysku i niech tylko zysk ten zamienią na kapitał wspólny, a stosunek sił zmieniać się będzie /…/ na korzyść spożywców. /…/ u krańca tej drogi ujrzymy Rzeczpospolitą Spółdzielczą, nowy ustrój, w którym cała działalność gospodarcza zamiast na zysk będzie obliczona na zaspokojenie potrzeb społecznych. Sześć lat wcześniej przekonywał: Zorganizować spożywców, aby ująć w swe ręce wymianę i produkcję i tym sposobem interes prywatny podporządkować interesom publicznym /…/ – „Spożywcy łączcie się, aby stać się własnymi kupcami i fabrykantami” – oto nasze hasło. Kooperacja nie odkłada przebudowy społecznej do czasów przyszłych i nie uzależnia jej od jakiegoś przewrotu, który ma rozsypać w proch kapitalizm. Kooperatyści nie śpiewają „my nowe życie stworzym sami”, lecz tworzą to nowe życie dziś, zaraz.