Kulą w płot

Niedawno podczas obchodów 30. rocznicy robotniczego, antykomunistycznego buntu roku 1976, zorganizowanych w Ursusie, jeden z mówców nazwał dawnych twórców Komitetu Obrony Robotników „garbatonosymi szczurami, które wypełzły na styropian i twierdzą, że to oni są twórcami Solidarności”. Po tej antysemickiej aluzji dodał jeszcze, że robotniczy zryw zawłaszczyli „syjoniści”, którzy dorwali się do władzy i zepchnęli szerokie rzesze społeczeństwa w otchłań nędzy.

Takie brednie słyszę często. Docierają do mnie w postaci odezw i apeli „prawdziwych Polaków”. Natrafiam na nie podczas przeglądania „patriotycznych” stron internetowych. Ich wymowa jest zawsze podobna: dobry, zdrowy zryw super-polskiej „Solidarności” zepsuli, zdradzili i wykoleili źli Żydzi. Ci Żydzi, którzy rzekomo czyhali na polskie dokonania, to – według głosicieli takowych teorii – mniej więcej środowisko dzisiejszej „Gazety Wyborczej”.

Szczytem takiego „patriotycznego” absurdu był list, jaki otrzymałem, gdy rok temu organizowaliśmy niezależne obchody 25. rocznicy powstania „Solidarności”. Jego autor proponował, byśmy obchody „uświetnili” wystawieniem dramatu „Zmartwychwstanie” autorstwa Lusi Ogińskiej, w reżyserii Bohdana Poręby. Nie znam owego dramatu, więc o samym „Zmartwychwstaniu” nie powiem nic – ani złego, ani dobrego. Jednak autor listu proponował ni mniej ni więcej, aby rocznicę powstania antykomunistycznej „Solidarności” uczcić reżyserskim dziełem byłego lidera i twórcy antysemickiego stowarzyszenia „Grunwald”. Tego samego „Grunwaldu”, który w swych działaniach popierał „narodową” frakcję partii komunistycznej, a „Solidarność” zwalczał zajadle od samego początku. Równie dobrze można by na uczczenie obchodów rocznicy powstania Armii Krajowej zaprosić jakiegoś gruppenführera SS.

Nie jestem w stanie powiedzieć dobrego słowa o „Gazecie Wyborczej” czy o tej części dawnego KOR-u i „Solidarności”, która później utworzyła Unię Wolności i jej przeróżne polityczne, gospodarcze i kulturalne odnogi. To oni promowali skrajnie neoliberalny model gospodarczy, którego skutkiem jest upadek wielu gałęzi przemysłu i bezrobocie setek tysięcy osób, pozbawionych wraz z rodzinami środków do życia. To im zawdzięczamy tak szkodliwą strukturę własności banków, mediów czy sektora energetycznego, jakiej nie spotkamy w żadnym innym normalnym państwie. To oni przekonywali nas, że patologie wolnego rynku są nieuniknione i dotykają wyłącznie nieudaczników i półanalfabetów. To ludzie tego środowiska odpowiadają za kastowy system kooptacji członków polskiej elity politycznej, gospodarczej i kulturalnej, na szczęście od niedawna ulegający pewnej destabilizacji. To środowisko zrobiło po roku 1989 najwięcej dla zeszmacenia ideałów Sierpnia, choć to właśnie oni powinni bronić ich najmocniej. To oni wreszcie są przykładem wyjątkowch w skali cywilizowanego świata pogardy i arogancji okazywanych reszcie społeczeństwa, która „nie dorosła” do światłych standardów salonowych mędrków.

Nie chcę tu powiedzieć, że wszelkie nieszczęścia trapiące Polskę są efektem działań diabolicznych „michnikowców”. Ale skala problemów wynikających bezpośrednio z decyzji i poczynań tego środowiska jest ogromna. I jest to kwestia nie tyle już nawet czyjejś moralnej zdrady, dorwania się do władzy czy forsy. To przede wszystkim problem wielu ludzkich tragedii, przegranych losów, zablokowania możliwości normalnego życia na kilka pokoleń do przodu itp.

Jednak to wszystko nie jest pochodną tego, że ktokolwiek z owego środowiska jest Żydem (faktycznie lub wedle czyichś urojeń) czy „syjonistą”. Ocenianie ludzi przez pryzmat ich prawdziwego lub domniemanego pochodzenia jest obrzydliwe moralnie. Nikt z nas nie wybiera, kim się urodzi, nie ma też na świecie żadnej nacji, która byłaby „genetycznie” gorsza od innych. Taka argumentacja jest w dodatku wyjątkowo karygodna w tym konkretnym miejscu na ziemi, w którym kilkadziesiąt lat temu z przyczyn rasistowskich zamordowano miliony osób – nie tylko Żydów, ale także Polaków, bo i naszych przodków „nadludzie” uznali za gorszych i bardziej podatnych na różne szkodliwe ciągotki.

Wielokrotnie występowałem publicznie przeciwko nadużywaniu oskarżeń o antysemityzm i ciągotki faszystowskie. Mówiłem i pisałem, że to swoista wunderwaffe różnych cwaniaków, którzy chcą odwrócić uwagę od własnych niecnych postępków oraz załatwić przeciwnika w sposób najprostszy, a przy tym wyjątkowo chamski. Nie był to w Polsce problem urojony – media establishmentu w niemal jednym rzędzie stawiały najbardziej paranoicznych tropicieli spisków żydowskich oraz osoby, które były zupełnie wolne od takich obsesji, lecz nie godziły się na liberalny dyktat ideowy (wystarczy wspomnieć w tym miejscu Jarosława Marka Rymkiewicza, Cezarego Michalskiego czy Ryszarda Legutkę). Do dziś uważam, że oskarżenie adwersarza o faszyzm to w większości przypadków próba ucieczki przed rzetelną odpowiedzią na jego argumenty. Sam problem faszyzmu ma charakter marginalny i rozdmuchiwany jest dla celów czysto politycznych, o osobistych karierach i porachunkach tzw. antyfaszystów nie wspominając. Zresztą na własne oczy widziałem, że wiele metod z arsenału faszystów (jak cenzura, sądy kapturowe, odpowiedzialność zbiorowa, kampanie oszczerstw i pomówień) stosują środowiska, które tolerancją i wolnością wycierają sobie usta na każdym kroku.

Przeciwny jestem także jakimkolwiek tabu w relacjach polsko-żydowskich, i to „w obie strony”. Czy będzie to sprawa domniemanego udziału Polaków w zbrodniach popełnianych na Żydach podczas okupacji i po jej zakończeniu – nie mam aż tak idealistycznego obrazu naszego kraju, by z góry zakładać, że na pewno nie znalazły się tu żadne męty i łotry, zwłaszcza w czasach wojennego i powojennego rozprężenia moralnego. Czy będzie to kwestia zwrotu mienia pożydowskiego – po 60 latach, w sytuacji, gdy większość dawnych właścicieli nie żyje, a ich potomkowie nie mieszkają już tutaj, w dodatku w kraju tak biednym. Czy będą to wciąż dość rozpowszechnione wśród prostego ludu najbardziej paranoiczne stereotypy o Żydach – zetknąłem się z nimi zbyt wiele razy, by udawać, że wszystko jest OK. Czy będzie to dorabianie Polakom gęby krwiożerczych antysemitów lub wręcz sojuszników nazistów, pomijając wielowiekową tradycję tolerancji na naszych ziemiach oraz wielką skalę pomocy Żydom podczas wojny. I tak dalej – o tym wszystkim powinno się swobodnie dyskutować, bez wiszącej nad interlokutorami groźby oskarżeń o antysemityzm lub „zdradę narodową”. Ani Żydzi nie powinni być traktowani jak święte krowy, ani Polacy nie powinni być uznawani za nosicieli samych cnót.

Nie zmienia to jednak faktu, że argumenty faktycznie antysemickie zasługują na jednoznaczne potępienie. Kanalie są wśród Polaków, kanalie są wśród Żydów, kanalie są wśród Rosjan, Amerykanów czy Szwajcarów – w podobnych proporcjach, w podobnej skali szkodliwości. Ewidentne zło, będące efektem poczynań ekipy Michnika nie ma podłoża „semickiego” czy „syjonistycznego”. Nawet jeśli zostawimy na boku powyższe argumenty natury moralnej, wywody o „garbatonosych szczurach” (do złudzenia przypominające propagandę hitlerowską) nie mają żadnego sensu logicznego. Pochodzenie redaktora „Gazety Wyborczej” jest powszechnie znane, on sam wielokrotnie mówił o swoich żydowskich korzeniach. I co z tego wynika, skoro równie „podejrzany” biogram ma Ludwik Dorn, jedna z czołowych postaci opozycji anty-michnikowskiej, która patologie naszej rzeczywistości potępiała już wtedy, gdy większość obecnych „prawdziwków” w swym kretynizmie głosowała bez najmniejszej refleksji na Mazowieckiego lub Wałęsę z Wachowskim. Jaki sens mają wywody o konflikcie „syjonistów” z „prawdziwymi Polakami”, skoro „genetycznej polskości” nie można odmówić takim czołowym postaciom obozu Michnika, jak Balcerowicz czy Kuroń?

Na tym właśnie polega problem. Ludzie, którzy pracowicie tropią spiski żydowskie, grzebią w życiorysach do siódmego pokolenia wstecz, tłumaczą świat za pomocą rasowo-genetycznych formułek, tak naprawdę wyrządzają krzywdę przede wszystkim samym sobie. Bo nie rozumieją zupełnie nic. Może się oczywiście zdarzyć jakiś spisek autorstwa przedstawicieli dowolnej nacji. Jeśli jednak ktoś uważa, że problemy zachodzące w skali Polski – o świecie nie wspominając – tłumaczyć można przez pryzmat czyjegoś pochodzenia (zresztą „żydowskość” to termin, który niczego nie tłumaczy, bo między ortodoksyjnie religijnym Żydem-judaistą a „genetycznym” Żydem zeświecczonym istnieje ogromna przepaść), ten przypomina człowieka, który chciałby przepłynąć ocean w łupinie od orzecha.

Nic dziwnego, że idolem takich środowisk stają się „myśliciele” pokroju Stanisława Michalkiewicza, którego teksty roją się od „antysyjonistycznych” aluzji. Michalkiewicz przeciwko ekipie Michnika wyciąga „argumenty” spod znaku pochodzenia dziadków czy ojców jej członków, a jednocześnie jest jednym z liderów Unii Polityki Realnej, której propozycje gospodarcze są o wiele gorsze niż najbardziej szkodliwe pomysły Balcerowicza. Ale przecież pan Stanisław tak dużo i barwnie pisze o „starozakonnych” i „Sanhedrynie”, że jego „antysyjonistyczni” wielbiciele, zaczadzeni tego rodzaju „mądrościami”, gotowi są poprzeć swego ulubieńca nawet wtedy, gdy chciałby im założyć na szyję sznur. Być może na czysto polskim, prawdziwe narodowym sznurze niektórym dynda się przyjemnie…

Myślenie w kategoriach interesu zbiorowego nie jest ani anachronizmem, ani jakimś Ciemnogrodem. Staje się nimi dopiero wtedy, gdy zamiast oceny zasług lub błędów konkretnych ludzi czy środowisk zaczyna przybierać formę prostackich teorii rasowych i wyznaniowych. Odmawiam udziału w takiej grze. Odmawiam jako człowiek z kraju chrześcijańskiego, czyli kultury, która opiera się m.in. na stwierdzeniu „nie masz Żyda ani Greka”, lecz konkretnych ludzi z ich wadami i pomyłkami, z osobistą odpowiedzialność za życiowe decyzje. Odmawiam jako Polak, bo znam zbyt wiele „czystych etnicznie” kanalii i zbyt wielu porządnych ludzi „obcego pochodzenia”.

Odmawiam więc udziału w nagonce na Michnika jako Żyda czy „syjonistę”. On i jego środowisko zasługują na surowe rozliczenie z tego, co zrobili. Ale jeśli takim rozliczeniami zajmują się antysemici, a ich „argumenty” dotyczą pochodzenia etnicznego – staję w obronie ludzi, których nie cierpię i przez których miałem wątpliwą przyjemność być atakowanym.

Wartości bez wartości

Minister środowiska, prof. Jan Szyszko, wydał zgodę na budowę nowej kolei linowej na Kasprowy Wierch. W ten sposób zezwolił na jedną z bardziej szkodliwych inwestycji w miejscach przyrodniczo cennych w Polsce. Ale w tej decyzji chodzi nie tylko o to jedno miejsce. Jest ona wyrazem szerszego trendu, który cechuje środowiska zwące się konserwatywnymi. Nie szanują wartości, choć uwielbiają sobie wycierać nimi gębę.

Kolejkę na Kasprowy zbudowano w międzywojniu. Dokonało się to dzięki politycznym szwindlom – pomysłodawca, niejaki Bobkowski, był zięciem prezydenta Mościckiego. Przeciwko tej inwestycji protestowały setki osób ze świata nauki i kultury, w tym tak zasłużone dla Polski, jak np. prof. Władysław Szafer, nestor krajowej ochrony środowiska. Do dymisji na znak protestu podała się wówczas cała Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Nie mogło być inaczej, gdyż Tatry to zarówno jeden z najcenniejszych ekosystemów w Polsce (a Kasprowy Wierch to z kolei swoista „perła w koronie” tatrzańskiej przyrody), jak i symbol troski o takie dziedzictwo. To właśnie nasze najwyższe góry były pierwszym obszarem, który zyskał ochronę w postaci regulacji ustawowych oraz stał się przedmiotem licznych działań społeczników.

Kolejka jeździ do dzisiaj. Jeździ, choć jej wpływ na przyrodę jest szkodliwy, co bezspornie wykazały liczne badania najlepszych krajowych fachowców-przyrodników, jak choćby prof. Zdzisław Mirek z Instytutu Ochrony Przyrody PAN. Negatywne skutki masowego – bo taki on właśnie jest, skoro kolejka wwozi na szczyt Kasprowego 180 osób na godzinę – ruchu turystycznego są potwierdzone nie tylko analizami naukowymi, lecz także widoczne gołym okiem. Wystarczy obejrzeć wydeptaną kopułę szczytu góry, zdewastowane stanowiska kosodrzewiny (chronionej prawem) czy smar wsiąkający w ziemię u podnóża podpór kolejki; wystarczy popatrzeć na hałaśliwe hordy – większość z nich to pasażerowie kolejki, nie zaś piesi turyści, co można bez trudu stwierdzić, gdy tylko spojrzymy na ich odzież i obuwie. Przypominam: to nie jest pierwszy lepszy punkt widokowy, nijaka górka, jakich wiele – to jedno z najcenniejszych miejsc przyrodniczych w Polsce, samo serce parku narodowego (najwyższa prawna forma ochrony), ekosystem niezwykle wrażliwy na ingerencję.

Ale na tym nie koniec – za mało było kilkudziesięciu lat zmasowanej presji. Od mniej więcej dekady trwają starania, żeby podwoić dotychczasową wydajność kolejki. Już nie 180, lecz 360 pasażerów na godzinę ma wjeżdżać na Kasprowy. Argument jest oczywisty – obecnie często trzeba stać w długiej kolejce, aby dostać się na szczyt. A przecież ludziom „się należy” – myśląc w ten sposób, można równie dobrze wzywać do tego, żeby na Wawelu wybito w zabytkowych murach kilka dodatkowych wejść, a chętnych wpuszczać tam bez żadnych ograniczeń, im więcej, tym lepiej, niechby mieli wszystko zadeptać i roznieść w proch i pył.

Oczywiście „dobro ludzi” to jedno. Faktycznie iluś tam „turystów” jest przekonanych – skoro się ich na okrągło o tym przekonuje – że mogą wejść wszędzie, w dowolnej ilości, wedle zachcianek. Ale nie tylko o nich tu przecież chodzi. Większa przewozowość kolejki to podwojenie sprzedaży biletów, czyli większy zysk firmy Polskie Koleje Linowe S.A. Używa ona argumentu, że urządzenie trzeba wyremontować, bo jest stare. Być może trzeba – tylko dlaczego nie wyremontować go bez zwiększania mocy? Ano dlatego, jak twierdzi PKL, że tylko większe przyszłe zyski pozwolą uczynić wydatki na remont racjonalnymi – ale dlaczego społeczeństwo mają obchodzić biznesplany i rentowność jakiejś kliki? Ciekawy jest też zabieg słowny, gdyż cały czas mówi się o „przebudowie” lub „remoncie”. Faktycznie jednak będzie miała miejsce budowa całkiem nowej kolei.

Przeciwko rozbudowie kolejki na Kasprowy są wszystkie istotne organizacje ekologiczne w Polsce (i te „radykalne”, i te „ugodowe”), znakomita większość znanych krajowych naukowców-przyrodników, również rozmaite sondaże wykazały, że przeważająca część opinii publicznej wcale nie życzy sobie takiej ingerencji w serce Tatr. Sama inwestycja dokonuje się jeśli nie z ewidentnym pogwałceniem prawa, to przynajmniej przy jego żenującym, widocznym naginaniu. Kolejne rządy jednak nie storpedowały inicjatywy PKL-u – grzecznie wydają pozytywne opinie, odrzucają zastrzeżenia, przemilczają protesty społeczne, lekceważą argumenty wybitnych specjalistów.

Kilkanaście dni temu dokonała się kolejna odsłona tego procesu. Minister Środowiska wydał zgodę na budowę kolei linowej, wieńcząc w ten sposób ciąg licznych cząstkowych decyzji, które przybliżały do celu zwolenników inwestycji. Prace budowlane ruszą lada moment. Co prawda organizacje ekologiczne zaskarżyły cały proceder do Unii Europejskiej, ale szczerze mówiąc przypomina mi to pisanie na Berdyczów – co najwyżej Polska zapłaci jakieś kary, z naszych wspólnych pieniędzy, a kolejka i tak będzie funkcjonowała.

Decyzja ministra nie jest zaskoczeniem. Gdy kilka lat temu zbieraliśmy podpisy naukowców pod apelem przeciwko rozbudowie kolejki, skierowanym do jednego z poprzednich szefów tego resortu, prof. Szyszko jako jeden z nielicznych uznanych specjalistów od ochrony środowiska odmówił sygnowania dokumentu, argumentując to mętnie brakiem alternatyw i koniecznością „rozwoju lokalnej społeczności”. Dodam, że apel ów podpisało ponad stu wybitnych naukowców o bardzo różnych sympatiach politycznych – można powiedzieć, że w ostatnich latach była to jedna z niewielu tego typu inicjatyw, która dokonała się ponad tradycyjnymi podziałami, stanowiąc piękny wyraz troski o dobro wspólne i polskie dziedzictwo.

Argumenty przeciwko budowie kolejki są znane – kolejne rządy otrzymywały opinie, analizy, petycje, apele. Ukazały się liczne publikacje prasowe, głos przeciwko inwestycji zabierano w pracach naukowych, na konferencjach przyrodniczych, odbyły się demonstracje itp. Nikt z decydentów nie może powiedzieć, że błędne i szkodliwe rozwiązania popiera wskutek niewiedzy czy nieświadomości. Nie ma też wyboru typu „albo – albo”, bo przeciwnicy budowy kolejki twierdzą, że skoro już funkcjonuje, to niech zostanie wyremontowana, lecz bez zwiększania mocy przewozowych. Nikt więc nic nie straci – ani lokalna społeczność nagle nie zbiednieje, ani starcy, kobiety w ciąży i niepełnosprawni nie zostaną pozbawieni możliwości wjazdu na Kasprowy. Spółka PKL też nie straci, po prostu dłużej potrwa proces zwrotu kosztów inwestycji. Jeśli natomiast nie zwiększy się przewozowości, to bezcenna tatrzańska przyroda nie ucierpi znacznie bardziej niż dotychczas. Wydawałoby się więc, że problemu nie ma i kto jak kto, ale minister środowiska nie powinien w imię interesu prywatnej firmy zezwalać na takie zamiary.

Jak wspomniałem na wstępie, cała sprawa ma jednak szerszy wymiar niż spór między biznesmenami-technokratami a obrońcami przyrody. Jest to bowiem spór o wartości. Spór o dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe (czym są Tatry w polskiej kulturze – nie muszę chyba tłumaczyć), o pojmowanie dobra wspólnego, o przestrzeganie prawa, o respektowanie opinii publicznej. Nie jest to spór „prawaków” z „lewakami”, choć ekologów często przedstawia się jako tych ostatnich, co konserwatystów zwalnia, we własnym mniemaniu, z rozpatrywania ich argumentów. Lewakami nie byli ani pierwsi obrońcy tatrzańskiej przyrody, jak prof. Szafer czy Jan Gwalbert Pawlikowski, ani nie są nimi ich dzisiejsi następcy (życzyłbym sobie, aby prawicowy minister Szyszko odwoływał się tak głęboko do tradycji chrześcijańskiej czy patriotycznej, jak czyni to czołowy przeciwnik rozbudowy kolejki, wspomniany prof. Mirek).

Polską rządzi ekipa, która sferę wartości akcentuje nader często, swoją tożsamość budując m.in. na symbolicznej opozycji wobec adeptów „anty-wartości”. Mamy więc wzniosłe hasła, celebrowane z rozmachem rocznice, mamy epatowanie historią, tradycją i wezwania do wierności im, w szkołach będą „wychowywać patriotycznie”. Nie wymagam od władzy cudów. Wiem, że na wszystko trzeba czasu, a kadencja parlamentu jest krótka, zaś łaska elektoratu na pstrym koniu jeździ. Wiem też, że przedwyborcze hasła i obietnice to jedno, a realna praktyka rządowa to coś odmiennego. Wiem wreszcie i to, że w polityce chęci a możliwości nie są tym samym, bo każda, nawet najsilniejsza władza zderza się z przeróżnym „oporem materii”. Ale w tym konkretnym przypadku problem nie tkwi w niekorzystnym układzie sił. Gdyby rządzący chcieli zablokować rozbudowę kolejki na Kasprowy, to zrobiliby to jedną decyzją. A pomstowania prowincjonalnych biznesmenów z PKL-u i płacze kilku podstawionych góralskich histeryczek naprawdę nie powinny być w tym dziele żadną przeszkodą. Nie jest to też poważna kalkulacja polityczna – ilość „elektoratu” na Podhalu to nie jest coś, o co warto się bić.

Idzie zatem o pojmowanie wartości. Z „Ziemi obiecanej” pamiętam wywód jednego z fabrykantów: „myśl dużo o robotnikach, to nic nie kosztuje”. No właśnie, mów dużo o wartościach, to też nic nie kosztuje. Co gorsza, wartości stają się coraz częściej zasłoną dymną dla poczynań mocno wątpliwych lub wręcz wstrętnych. W „Roku 1984” genialny Orwell nazwał Ministerstwem Prawdy instytucję, która zajmowała się kłamstwem i manipulacją na ogromną skalę. Ale nawet on nie przewidział tego, co dla nas jest codziennością. Dziś do „obozu wartości” należy amerykański prezydent, który jest tak bardzo chrześcijański i demokratyczny, że wprowadza pokój i swobody obywatelskie w Iraku kosztem już ponad 100 tysięcy zabitych osób; niedawno jego humanistyczni i postępowi koledzy z Europy w podobny sposób bronili wartości spod znaku praw człowieka, bombardując Serbię. Nawet skompromitowany i zakłamany komunizm, którego propaganda często jest słusznie symbolem manipulacji, nie wpadł na to, by bezlitosne i totalnie destruktywne inwazje na jakieś kraje nazywać „humanitarnymi interwencjami”.

U nas jest to samo, a polscy patrioci-konserwatyści bardzo szybko podłapują najnowsze zagraniczne trendy. Pomniki Papieża-Polaka, Powstanie Warszawskie, Świątynia Opatrzności Bożej, ulice imienia Reagana, „obrona cywilizacji zachodniej” przed klubem Le Madame. I kolejka na Kasprowy, i niszczejące prowincjonalne pozostałości dawnych epok, i domy kultury z kursami aerobiku czy taekwondo (na nic więcej nie ma forsy), i autostrady przez parki narodowe, i hipermarkety w starych centrach miast, i biblioteki z niemal samymi Harlequinami, i reklamy na bezcennych zabytkach, i głupkowata komercyjna szmira w publicznej TV.

Wartości nie trzeba bronić przed jakimś urojonym zakulisowym spiskiem kosmopolito-luzaków czy przed wyizolowanymi ze społeczeństwa jawnymi grupkami warszawskich modnisiów. Większość ludzi intuicyjnie czuje – nawet i bez „wychowania patriotycznego” – że należy szanować to, co odziedziczyliśmy po naszych przodkach, zarówno ich dzieła, jak i idee. Wartości trzeba natomiast bronić przed tymi, którzy wycierają sobie nimi gęby i na tym ich zainteresowanie tą sferą się kończy.

Nie wiem, jakich wartości broni tak naprawdę minister Szyszko. Wiem natomiast, że nie są to te same wartości, jakich broniłem wtedy, gdy przed zakopiańskim sądem stanąłem za udział w blokadzie ruchu kolejki na Kasprowy, która to akcja miała zwrócić uwagę na barbarzyńskie pomysły PKL-u. Na standardowe pytanie sędziego, czy żałuję swego czynu, odpowiedziałem, że nie żałuję i że gdy zajdzie potrzeba, to zrobię to samo jeszcze raz. Minister Szyszko jest z partii, która ponoć broni patriotyzmu i dziedzictwa kulturowego. Nie jest on jednak na pewno moim sojusznikiem. A w dodatku muszę się wstydzić, że choć mówimy o tym samym, to bez mrugnięcia okiem robi on takie świństwa.

Prawy do lewego?

Największym zwycięstwem dawnych włodarzy PRL było po roku 1989 przekonanie społeczeństwa, że reprezentują o­ni lewicę. W kolejnych latach takim sukcesem – już oczywistym – było „wykoszenie” całej konkurencji i zmonopolizowanie lewej części sceny politycznej przez postkomunistów. Skutek jest taki, że lewicy w Polsce nie ma – lewicy autentycznej, prosocjalnej, zakorzenionej w społeczeństwie oraz w tutejszym klimacie kulturowym.

Dlaczego SLD nie jest lewicą? Formacja ta w prostej linii wywodzi się z PZPR, która od faktycznych ideałów lewicowych była odległa o lata świetlne. Gdy dziś wspomina się PRL jako epokę, w której była praca dla wszystkich, budowano osiedla mieszkaniowe, a robotnicy jeździli na wczasy, to bynajmniej nie świadczy to o lewicowości ówczesnego systemu. Lewica to bowiem nie tylko pełna micha – to także wolność, równość i braterstwo. W PRL-u była cenzura, więźniowie polityczni, represje, ZOMO, strzelanie do robotników, przywileje dla partii i jej lizusów itp. Gdyby papierkiem lakmusowym lewicowości miały być wyłącznie nowe osiedla mieszkaniowe lub niewielkie bezrobocie czy choćby znaczny udział państwa w gospodarce, to lewicowcami równie dobrze mogliby się mienić Salazar czy Hitler.

Ale lewica to nie tylko wymiar socjalny, lecz równie istotny bagaż postulatów humanistycznych. Ich realizacji PRL zaś nie gwarantował i nawet nie miał takiego zamiaru. Można długo debatować o wadach i zaletach minionego ustroju, a także o tym, czy możliwa była – w obliczu krachu II RP, wojny światowej oraz potęgi Sowietów – inna droga dla Polski. Można wskazać zdobycze PRL-u w kilku dziedzinach, które dziś są obrazem nędzy i rozpaczy. Nie można natomiast zwać tamtego porządku lewicowym. Ludzie, którzy dziś odwołują się do realnych czy urojonych zdobyczy epoki gierkowskiej lub postrzegają wprowadzenie stanu wojennego jako decyzję zgodną z interesem państwa, powinni być pełnoprawnym partnerem debaty o losach Polski. Nie są to natomiast ludzie, którzy reprezentują etos lewicy.

Formacja post-PZPR-owska nie opiera się jednak wyłącznie na wspominkach o „złotych latach” PRL-u. Innymi wyznacznikami jej rzekomej lewicowości są tzw. sprawy obyczajowe. To już nie jest siermiężny skansen – to nowoczesna Europa. Aborcja, geje, lesbijki, antyklerykalizm – to ponoć kolejne dowody na to, że postkomuniści stanowią lewicę. I w pewnym sensie tak jest faktycznie, bowiem znaczna część współczesnych środowisk lewicowych uważa, że takie postawy stanowią samo sedno ideałów lewicy.

Warto jednak zapytać, czym się w takim razie różnią od liberałów, którzy równie mocno akcentują oraz akceptują podobne postawy. Ba, akceptuje je także część konserwatystów, bo taka np. Margaret Thatcher dała się poznać jako zwolenniczka aborcji, lider hiszpańskich konserwatystów – Aznar – wielokrotnie popierał środowiska homoseksualne, zaś za ścisłym rozdziałem Kościoła od państwa opowiada się gros francuskiej prawicy. Warto zapytać również o to, jak obrona lewicowego ideału równości i obrony przed prześladowaniami ma się dziś do sytuacji mniejszości seksualnych, które w krajach Zachodu nie tylko nie są pozbawione równych praw, ale wręcz mają symboliczne i realne przywileje (istnieją wszak np. wyroki sądowe za tzw. homofobię – nie słyszałem natomiast, by jakiś homoseksualista został skazany za heterofobię).

Lewicowość określają dwie podstawowe kwestie. Pierwsza to model gospodarczy, który zapewnia godne warunki życia jak największej liczbie obywateli i stale dąży do minimalizowania obszarów biedy i wykluczenia. Druga to tworzenie społeczeństwa „przyjaznego” w sferze kulturowej – oferującego szanse rozwoju i samorealizacji osobom o różnych preferencjach i światopoglądach, poszerzającego pole wolności, minimalizującego nietolerancję. W obu tych kwestiach ważna jest jednak kwestia barier. Lewica ogranicza egoistyczne postawy zamożnych – poprzez np. progresywne podatki – ale także dba o to, by któraś z gorzej sytuowanych grup nie skoczyła nagle na wyższy szczebel kosztem grup innych. Lewica broni postaw, które większość społeczeństwa chciałaby prześladować na zasadzie „widzimisię”, ale jednocześnie dba o to, by mniejszości nie stały się „świętymi krowami”, a ich pomysły nie zdezintegrowały życia zbiorowego.

Taką lewicą nie jest obóz postkomunistyczny, nawet gdy abstrahujemy od jego korzeni polityczno-ideowych i całego bagażu zamordystycznych poczynań z lat 1945-1989. W kwestiach gospodarczych SLD i okolice popierały większość skrajnie rynkowych rozwiązań – od szaleńczej prywatyzacji, po ustawy umożliwiające eksmisje lokatorów na bruk. I nie była to żadna „konieczność”, lecz świadomy udział w pewnym procesie – warto pamiętać, że skrajnie liberalny „plan Balcerowicza” był swoistą kontynuacją, przynajmniej w wymiarze ideowym, niewiele wcześniejszego „planu Wilczka i Rakowskiego”. Postkomuniści są w sferze gospodarczej antylewicowi.

Są tacy również wtedy, gdy na siłę forsują „modernizacyjne” pomysły obyczajowe, bez zwracania uwagi na wolę większości oraz na to, czy w Polsce dokonuje się jakaś faktyczna dyskryminacja formalno-prawna np. ateistów czy lesbijek. Bo tylko takiej dyskryminacji lewica powinna zapobiegać, nie zaś zmuszać społeczeństwo do akceptacji i zachwytów nad postawami, które są mu obce. Innymi słowy – lewica powinna domagać się surowego zwalczania tego, że ktoś z powodu wyznania, pochodzenia czy orientacji seksualnej jest dyskryminowany w pracy, w szkole czy w urzędzie; podobnie wtedy, gdy osoby takie stają się obiektem realnych prześladowań ze strony większości. Nie jest natomiast zadaniem lewicy zmuszanie ogółu katolickiego społeczeństwa, aby np. w imię ochrony garstki ateistów rezygnowało z nauki religii w szkołach; nie jest jej zadaniem także indoktrynacja mająca na celu propagowanie przekonania, że homoseksualizm jest cool.

Lewica powinna być więc za socjalnym modelem gospodarki, stawać w obronie realnie prześladowanych i wykluczonych, ale także akceptować przekonania ogółu społeczeństwa. Cały problem w tym, że znacznie więcej osób o takich poglądach można znaleźć we współczesnej Polsce nie w łonie lewicy, lecz po prawej stronie sceny politycznej. Skutkiem wspomnianego na wstępie „desantu” postkomunistów na lewicę było zepchnięcie „na prawo” znacznej części ludzi o poglądach lewicujących. Po pierwsze, jeśli lewicą nazwali się ci, którzy niewiele wcześniej strzelali do robotników, to z kolei tacy, którzy tychże robotników bronili, nierzadko z narażeniem życia, nie chcieli być kojarzeni z lewicowością, bo musieliby w wymiarze symbolicznym grać w jednej drużynie ze swoimi przeciwnikami. Po drugie, jeśli ktoś uważał, że nie można być prospołecznym i jednocześnie atakować wzorce dominujące w społeczeństwie, ten nie mógł się przyłączyć do formacji, które w imię obrony mniejszości promowały postawy sprzeczne z opinią większości Polaków. Jedni lewicowcy poszli więc „na prawo” ze względów biograficznych, a inni przegrali walkę o lewicę – bądź to kapitulując w obliczu układu sił, bądź też tańcząc tak, jak im zagrało SLD. Mamy więc sytuację, w której niedawni obrońcy robotników są dziś zwani prawicowcami, a sympatycy wojskowej junty Jaruzelskiego czy partyjni kumple kreatur pokroju Moczara – to lewica.

Oczywiście nie stało się tak wyłącznie z winy postkomunistów. „Lewica solidarnościowa” uległa dezintegracji częściowo na własne życzenie. Jeden z jej odłamów – środowisko Adama Michnika i Jacka Kuronia – bez zażenowania porzucił lewicowe ideały i wybrał poparcie dla liberalnych przeobrażeń. Zamiast „chleba i wolności”, Michnik i Kuroń wybrali „plan Balcerowicza” i rozdawanie zupek szybko rosnącej rzeszy bezrobotnych. Część lewicowej opozycji porzuciła dawne ideały mniej otwarcie, wybierając posady w radach nadzorczych i cytowanie Miltona Friedmana, bo zapewniało to profity. Byli i tacy, którzy prywatnie pozostali wierni swoim poglądom, ale niewiele z tego wynika, bo silniejsze od przekonań politycznych są zależności towarzysko-koteryjne. Jeszcze inni próbowali „zagospodarować” część sił postkomunistów – trudno powiedzieć, czy kierując się naiwnością, czy swoiście pojmowanym realizmem, ale w obu przypadkach nie odnieśli żadnych sukcesów, zostali natomiast sprawnie przemieleni przez SLD-owską machinę.

To wszystko sprawiło, że hegemonia postkomunistów na lewicy jest wielka i nic nie wskazuje na to, aby miała ulec znacznemu osłabieniu. Jeśli zresztą pojawiają się jakieś zalążki alternatywy dla niej, to budzą o­ne uśmiech politowania i niesmak. Taki charakter ma środowisko skupione wokół pisma „Krytyka Polityczna”, które nie dość, że akcentuje głównie postulaty obyczajowe (i to w wersjach skrajnych), to w dodatku ma tak silne związki z liberalnym establishmentem, iż bez jego poparcia w zasadzie nie zaistniałoby na poważniejszą skalę w dyskursie publicznym.

Podobnie dzieje się z bardziej „prospołeczną” Polską Partią Pracy. Choć dziś szermuje o­na lewicowymi hasłami i „rozlicza” inne formacje z ich realizacji, trudno to traktować poważnie. Jej liderzy bowiem zaledwie kilka lat temu zawiązywali wyborcze sojusze ze skrajną prawicą i równie mocno co dziś lewicową, szermowali wówczas retoryką ocierającą się o nacjonalizm. Obecnie liderzy PPP popierają prawa kobiet, gejów oraz uczniów nie lubiących ministra Giertycha, choć przed kilkoma laty interesowała ich niemalże nacjonalistyczna krytyka Unii Europejskiej i współpraca z Le Penem. Zarówno zmianę poglądów, jak i obecny, dość zabawny neofityzm można byłoby zrozumieć, gdyby nie to, że trudno się oprzeć wrażeniu, iż stoi za nimi zwykła chęć załatwienia sobie kilku sejmowych posad – nie wyszło na gruncie nacjonalizmu, to może wyjdzie pod hasłami lewicy. Nie ma jednak żadnej pewności, iż ludzie tego rodzaju za kilka lat nie staną się dla odmiany np. miłośnikami liberalizmu gospodarczego, a do listy swoich sojuszników dołączą po Narodowym Odrodzeniu Polski i Komunistycznej Partii Polski jakiejś marginalnej partyjki prorynkowej. Nie chroni przed tym „robotniczy” charakter ugrupowania, bazującego na niewielkim związku zawodowym. Wystarczy przypomnieć sobie liberalne wyczyny związkowych liderów w ramach AWS, by przestać wierzyć w to, iż „klasowy” rodowód jest ze swej natury skuteczną szczepionką na pokusy kolaboracji i zdrady. Jeśli ktoś zachowuje się jak chorągiewka już wtedy, gdy wieje słaby wietrzyk poparcia i wpływów, to co zrobiłby, gdyby wiatr przybrał na sile?

Potrzebna jest lewica, która zamiast tęsknić za Gierkiem i Jaruzelskim oraz małpować modne zachodnie rozwiązania, stanie na gruncie poważnej i konsekwentnej polityki prospołecznej, potrafiąc się zakorzenić w klimacie kulturowym współczesnej Polski. Chodziłoby o lewicę nawiązującą do tradycji przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej – o lewicę patriotyczną, demokratyczną (w sensie aktywnego tworzenia lub przywracania różnych form partycypacji społeczeństwa w życiu publicznym), konsekwentnie krytykującą wolny rynek, potrafiącą mobilizować „lud” przez zrozumiały dla niego język i odwołanie do jego systemu wartości. Środowiska zajmujące się z jednej strony obroną SB-ków, z drugiej zaś „prześladowanych” gejów – nie tylko nie są lewicą, ale wręcz paraliżują rozwój faktycznej lewicy, robiąc dobrą robotę na rzecz liberalnej prawicy.

Skąd wziąć tę nową, porządną lewicę? W Polsce wciąż żyją i zajmują się działalnością publiczną ludzie, którzy bliscy byli ideałom dawnego PPS, własnymi czynami poświadczyli gotowość i odwagę w obronie prześladowanych, a w dodatku nadal wierni są prospołecznym poglądom. Problem w tym, że wskutek owego absurdalnego podziału po roku 1989, sytuują się oni głównie na prawicy. Takie osoby są reprezentantami „lewicy na prawicy” – choć mają możliwość działania, to ich opcja jest stłamszona, oni sami zaś muszą ciągle poruszać się na prawicowym gruncie i licytować się ze swoimi partyjnymi kolegami w czołobitności wobec wąsko pojmowanej tradycji bogoojczyźnianej.

W ten sposób nie tylko umacnia się hegemonia postkomunistów na lewicy, ale także coraz bardziej kurczy szansa na rozwój autentycznej formacji prospołecznej – przeciwnej presji wolnego rynku, lecz szanującej odczucia większości społeczeństwa. W efekcie coraz mniej ludzi uważa, że możliwa jest lewica, która stawałaby po stronie wyzyskiwanych, a jednocześnie nie wstydziłaby się postawy patriotycznej czy odwołań do chrześcijaństwa. Monopol na patriotyzm zyskuje z kolei prawica, która sprzyja rozwiązaniom rynkowym.

Głównym „brakiem” polskiej sceny politycznej wydaje mi się nieobecność formacji, która odwoływałaby się zarazem do doświadczenia PPS-u i „Solidarności”. Formacji, w której znalazłoby się „lewe skrzydło” opozycji antykomunistycznej – Andrzej Gwiazda, Jan Olszewski, Zbigniew Romaszewski, Ryszard Bugaj, Tadeusz Kowalik etc. Czy taka lewica jest w Polsce możliwa w sensie sukcesu politycznego? Być może nie ma na to żadnych szans w krótkiej perspektywie – jeśli jednak nie powstanie o­na szybko, to prawdopodobnie później nie powstanie wcale, gdyż nie będzie miał kto ocalić pamięci i ideałów tego sztandaru, na którym biel i czerwień są równie ważne.

Gaz na ulicach

Gaz na ulicach

Młodzieżowe demonstracje przeciwko Romanowi Giertychowi, świeżo upieczonemu ministrowi edukacji, toną w oparach gazu. Nie jest to jednak łzawiący gaz rozpylany przez faszystowską policję na usługach zbrodniczego reżimu. To GazWyb – ideologia liberalnej oligarchii. CHROŃ OCZY!

Niczego innego się nie spodziewałem. Polska młodzież jest przerażająco konformistyczna i podatna na propagandę. Im lepiej wykształcona, tym – pomijając nieliczne wyjątki – mniej samodzielna w myśleniu. To najbardziej wierny elektorat Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej. To grupa, której czołobitność wobec rynkowych sloganów i prymitywnych liberalnych teorii bije wszelkie rekordy. Dla tych ludzi bezrobotni to leniwi nieudacznicy, górnicy mają mnóstwo przywilejów za swoją lekką i niepotrzebną pracę, a zglobalizowany kapitalizm to raj na ziemi. Jeśli nawet nie są liberalni, to są spod znaku tej „lewicy”, która za główny problem trapiący kraj nad Wisłą uważa brak przywilejów dla homoseksualistów – co wychodzi na jedno, bo „prawa gejów” w niczym nie przeszkadzają doktrynerom i promotorom wolnego rynku.

Kiedyś studenci byli grupą najbardziej krytyczną, potrafiącą doszukiwać się „drugiego dna” w sloganach propagandy – czy to kapitalistycznej na Zachodzie, czy komunistycznej u nas. Ba, w carskiej Rosji słowo „student” było ponoć po wsiach i małych miasteczkach synonimem wywrotowca. Dziś nie pozostało po tym zupełnie nic.

Polscy studenci ostatnich lat nie potrafili się zmobilizować do działania nie tylko w kwestiach ogólnopolitycznych, ale nawet w tych, które dotyczyły ich bezpośrednio. Gdy Platforma Obywatelska forsowała pomysł odpłatności za studia, nie przeszkodziło jej to cieszyć się wśród młodzieży akademickiej znacznym poparciem. Gdy poprzedni, ponoć lewicowy, rząd wprowadził przepisy, które sprawiły, że część studenckich stołówek zamknięto, a w innych znacznie podrożały posiłki – jedyną reakcją było kilka niemrawych pikiet.

Teraz jednak młodzież licealna i studencka postanowiła się zbuntować. Stała się oto rzecz straszna, gdyż ministrem edukacji został Roman Giertych. Lider Ligi Polskich Rodzin nie zdążył jeszcze nic zrobić na ministerialnym stanowisku, a na ulice polskich miast wyległa zrewoltowana młódź. Nie cierpi o­na Giertycha w sposób „naturalny”. Przez kilka poprzednich lat mogła bowiem w swoich ulubionych gazetach codzienno-wyborczych czytać, iż to groźny człowiek – taki prawie faszysta, wnuk „zoologicznego antysemity”, ideowy spadkobierca okropnej endecji itp., itd. Nic więc dziwnego, że w obliczu takiej narodowej tragedii, młodzi nonkonformiści wyszli na ulice.

Nie mam dla Giertycha żadnych sympatii. Tradycja endecka jest mi zupełnie obca, przegrywając pod niemal każdym względem z propaństwową postawą piłsudczyków, lewicowym patriotyzmem PPS-u czy ideologią międzywojennego ruchu ludowego. Nacjonalizm uważam za doktrynę nader ograniczoną, a w dzisiejszych czasach także anachroniczną. Ale „gazwyborczy” demonstranci wcale nie wydają mi się lepsi, a wręcz myślę, że w długofalowej perspektywie jest to środowisko znacznie bardziej szkodliwe niż LPR.

Bez trudu można wykpić większość haseł i postulatów przeciwników Giertycha. O jego zamiarach wobec polskiego systemu edukacji trudno coś powiedzieć, bo niewiele zadeklarował, a jeszcze mniej na razie zrobił. Trudno zatem protestować przeciwko czemuś tak enigmatycznemu – jeśli już, to wypadałoby się wstrzymać do pierwszych konkretów, czyli, jak sądzę, do okresu przynajmniej powakacyjnego. Wtedy protesty być może miałyby jakiś sens i uzasadnienie – w chwili obecnej trudno nawet udawać, że mają o­ne cokolwiek wspólnego z faktyczną troską o system edukacji.

Z kolei mówienie o zagrożeniu światopoglądowej neutralności szkoły brzmi śmiesznie, gdy pamiętamy, że podobnych obaw nie zgłaszano wtedy, gdy ministerialne stanowiska zajmowały np. osoby znane z poglądów krytycznych wobec katolicyzmu. A przecież żyjemy bądź co bądź w kraju, którego ogromna większość obywateli deklaruje się jako katolicy właśnie. Jak Kali ukraść, to dobrze – jak Kalemu ukraść, to źle.

Idźmy dalej – nawet jeśli Roman Giertych jest politykiem związanym z tradycją zawierającą także niezbyt chlubne postawy czy wątki, to jednak jakoś nie przypominam sobie, żeby równie chętnie grzebano w przeszłości i ideowych korzeniach poprzednich ministrów. A byli wśród nich np. tacy, którzy swego czasu należeli do partii mającej na koncie brutalną antysemicką czystkę roku 1968, w efekcie której wygnano z Polski jakieś, bagatela, 15-20 tysięcy Żydów; byli tam też kumple i obrońcy umundurowanych bandytów, którzy nie mieli zahamowań, by wysyłać wojsko na protestujących robotników. Rozumiem, że Romana Giertycha obciążają czyny i poglądy jego ojca, dziadka i przedwojennej endecji, zaś ministrów z ramienia SLD nie obciążają wydarzenia roku 1956, 1968, 1976 i 1981. Zaiste, ciekawa logika.

Mniejsza jednak o grzebanie w przeszłości. Ciekawsza jest teraźniejszość. Ta teraźniejszość, w której „buntowniczą” młodzież wspiera cała liberalna oligarchia. Bo to właśnie jej nie na rękę jest sytuacja, w której rządzą – nieważne, czy dobrze, czy źle – Kaczyńscy, Lepper i Giertych, przez lata kreowani na wrogów i zwariowanych krytyków najwspanialszego ustroju z możliwych. Oligarchia jest wściekła, bo utraciła kontrolę nad wieloma obszarami życia społecznego oraz monopol na kształtowanie opinii publicznej. I oczywiście chciałaby odzyskać utracone pole – nic w tym dziwnego, lepiej rządzić niż być rządzonym – obojętnie w jaki sposób.

Niestety, młodzi buntownicy nie tylko nie mają zmysłu politycznego, który uratowałby ich przed chodzeniem na pasku tejże oligarchii. O­ni nie mają także, za przeproszeniem, jaj. Gdyby je mieli, to zanim wyszli na ulice przeciwko Giertychowi (mnie to nie przeszkadza, bo protesty są naturalnym składnikiem demokracji), zrobiliby to wcześniej już ładnych kilka razy przeciwko innym, dużo bardziej szkodliwym osobom i rozwiązaniom.

Jeśli przyszłością znacznej części polskiej młodzieży będzie mycie garów w Londynie czy na Cyprze, to nie jest to bynajmniej wina Giertycha i „wychowania patriotycznego”. To wina liberalizacji gospodarki, dewastacji sfery publicznej, tolerowania patologii w samej nauce i jej finansowaniu, pauperyzacji rodziców dzisiejszych studentów itp. A przeciwko temu polska młodzież niemal nie kiwnęła palcem, w każdym razie nie w takiej skali i z takim zapałem, z jakim teraz protestuje przeciwko Giertychowi. Zaczadzenie GazWyb-em jest tak silne, że uniemożliwia nawet sensowną ocenę własnych interesów. No to myjcie, drodzy „zbuntowani” studenci i licealiści, te garnki w Londynie, bo na niewiele więcej zasługujecie…