Rewolucja i ewolucja w rozwoju ludzkości

Słowo – to wyraz społeczny myśli. Zadaniem słowa jest łączyć, wiązać. Lecz, że słowo – więź społeczna przechodzi przez pryzmaty dusz milionów jednostek, więc otrzymuje nie­zliczone mnóstwo odcieni, zabarwień, nie tylko więc łączy, lecz i dzieli. Zwłaszcza dotyczy to słów nie przedmiotowych, lecz pojęciowych.

W słowa „ewolucja” i „rewolucja” kładą ludzie treść naj­różniejszą. W ładnej broszurze, poświęconej odrodzeniu socjalizmu w duchu, Jan Hempel kilka razy przytacza zwroty poe­tyckie Słowackiego o „duchu, wiecznym rewolucjoniście”.

Ten zwrot w poezji brzmi barwnie i jaskrawo. Lecz jeżeli wmyślimy się weń, musimy przyjść do przekonania, że rewolucjonizm wieczny, to to samo, co rewolucjonizm ciągły, a re­wolucjonizm ciągły – to nic innego, jak ewolucjonizm. Bo właśnie ze słowem „ewolucja” łączy się pojęcie ciągłości, w przeciwieństwie do pojęcia załamania, uskoku, katastrofy, które się łączą ze słowem „rewolucja”.

Tak właśnie ujmuje pojęcie rewolucji Mickiewicz w jednej z prelekcji paryskich: Nie łudźmy się tym mniemaniem, że ludzkości nie pozostaje nic więcej, tylko postępować bezpiecznie i spokojnie powolnym krokiem. Nie! W krainie życia wszystko posuwa się przez wstrząśnienia. Człowiek nie staje się pomału i nieznacz­nie z dziecka starcem; są w rozwijaniu się i schyłku jego ciała chwile wstrząśnień. Jest chwila, kiedy wychodzi na młodzieńca, jest druga, kiedy poczyna być mężem [dorosłym], jest inna, kiedy zapada w starość.

Życie nie może obyć się bez wstrząśnień, bez katastrof, bez rewolucji. Na to się zgodzić trzeba. Zwłaszcza, o ile cho­dzi o formę, ciało. Bo z tej dziedziny czerpie przykład Mic­kiewicz.

Wstrząśnienia – to widome, namacalne znaki przemian, zachodzących zarówno w człowieku-jednostce, jak i zbiorowościach ludzkich.

Chodzi przecież o ustalenie, czy te znaki stanowią o prze­mianach samych. Jaka ich jest rola dziejowa? Jaki winien być nasz stosunek do ewolucji i rewolucji?

Są ludzie, którzy gotowi są do tych znaków sprowadzać cały sens wiecznie pulsującego życia. Są ludzie, którzy wszel­kie przemiany utożsamiają z rewolucją. Jest to stanowisko z gruntu fałszywe i szkodliwe.

Rewolucja – to tłumacząc na język naszych doświadczeń narodowych, znaczy tyle, co przewrót społeczny. Jeżeli zaś nie używamy tego określenia, to bodaj dlatego, że w dziedzi­nie społecznej nie przeżywaliśmy, jako naród, takiego prze­wrotu społecznego, któryby odpowiadał tym zjawiskom i wstrzą­śnieniom, które doświadczenie obce włożyło w słowo „rewolucja”.

Istotę ewolucji i rewolucji tak ujmuje myśliciel polski, August Cieszkowski: Otóż jak każdy organizm w żywotnej naturze wzrastać i przekształcać się może bez koniecznej choroby – jeśli tylko zewnętrzne przyczyny jej zarodu weń nie wniosą – tak też i organizm ludzkości wkroczyć by mógł zaiste w okres dojrza­łego zdrowia, bez dalszych konwulsji – bez zwykłych dotąd cierpień i rozdarcia. I to właśnie zowie się ewolucją bez re­wolucji. Lecz skoro tylko organiczny postęp dozna jakiejkol­wiek tamy – skoro normalna ewolucja przygłuszona zosta­nie – oczywiste, iż oddziaływa na tamę, sprawia dopiero rewolucję w samym organizmie, i rodzi boleść, której można było uniknąć!

Życie jest płynne, jest zmienne. Życie wciąż się staje i wciąż zmienia. Treść społeczna wciąż narasta, wciąż się zmie­nia. Jest to prawo ewolucji, a nie rewolucji. Ewolucja – oto istota i treść życia w skali wiecznościowej. Każda chwila, każdy dzień, każde wydarzenie najdrobniejsze, każda myśl, każde uczucie wnoszą do życia pewne zmiany nieuchwytne być może, lecz istotne. Inna rzecz, że te zmiany w różnych warunkach bytu są różne zarówno co do ilości, jak i jakości. Inna rzecz, że w pewnych warunkach nie wszystkie zmiany mogą się uzewnętrznić; zwłaszcza o ile chodzi o zmiany w dziedzinie form spożycia. Są formy życia tak ścisłe i tak mało elastyczne, że dostosować się do treści życia nie mogą. Wtedy z myśli i uczuć nieobleczonych w ciało czynu, tworzy się jakby atmosfera pełna gazów i pary, która w pewnym momencie dziejo­wym powoduje wybuch, rozsadzenie form, rewolucję.

Czy więc rewolucja, jako zjawisko dziejowe jest przemianą treści społecznej? Czyż więc rewolucja, jeżeli zastosu­jemy to słowo do jednostki, jest przemianą treści duchowej człowieka?

I tak, i nie!

W życiu społeczeństwa ciągła zachodzi zmiana. A więc zburzenie formy, w której społeczeństwo żyło być może wieki całe, nie może nie spowodować zmian. Zmiany te po części, jeżeli chodzi o treść społeczną, nie są tak raptowne, głębokie, jak sądzą niektórzy. Cała doniosłość wydarzenia dziejowego polega na tym, że zmiany te zostały uwidocznione przez wstrzą­śnienia powstałe wskutek zburzenia formy.

Mieszczaństwo francuskie nie przeobraziło się do gruntu przez zburzenie form bytu dotychczasowych przez rewolucję. Mieszczaństwo to zmieniało się i dojrzewało w ciągu całych wieków monarchii i absolutyzmu oświeconego.

Filozofia XVIII wieku słusznie uważana jest za jedną z głównych przyczyn Rewolucji – pisze de Tocqueville w swej pracy „Dawny ustrój i rewolucja”. A kwestii nie ulega, że tych przyczyn główniejszych było więcej i istniały dawniej. I mieszczaństwo francuskie nie zdawało sobie zupełnie sprawy, kiedy wybuch rewolucji nastąpi, ani jakie będzie miał skutki. Tak samo było w Rosji. A różnica była ta tylko, że doświadczenia Wielkiej Rewolucji Francuskiej nauczyły ludzkość rozumieć, że formy nie odpowiadające treści społecznej, o ile nie zostaną przystosowane do niej, muszą pęknąć i prysnąć prędzej lub później. Tzw. rewolucjoniści rosyjscy zdawali sobie sprawę, że bezmyślny carat musi doprowadzić do wybuchu; i przysto­sowali się do walki, gdy ten wybuch nastąpi. Lecz tak samo, jak moment i skutki Wielkiej Rewolucji Francuskiej były nie­znane i nieprzewidziane przez wodzów ówczesnego mieszczaństwa, tak samo nikt w marcu 1917 roku w Petersburgu, na parę dni przed wybuchem Wielkiej Rewolucji Rosyjskiej, nie wiedział, kiedy ona nastąpi.

Rewolucja – to wybuch społeczny, którego świadomie zrobić ani spowodować nie można, bo nie sposób ani wymie­rzyć dokładnie stanu napięcia treści społecznej, ani stanu pręż­ności [elastyczności] form uciskających.

Rewolucja to przemiana gwałtowna form bytu – wskutek ciągłej zmiany treści społecznej.

I tu dochodzimy do istotnej różnicy między rewolucją i ewo­lucją. Ewolucja – to zmiana ciągła treści społecznej, czyli Ducha Społecznego. Rewolucja – to gruntowna, periodyczna zmiana formy.

Treść społeczna, która płynie z Ducha, jest wieczna, cią­gła, ewolucyjna. Formy społeczne, które mają swe podstawy w materii, są nietrwałe, rwące się, rewolucyjne. W dziedzinie życia duch przejawia się przez formę. Nie tylko duch oddziaływa na formę, lecz i forma oddziaływa na ducha. Nic przeto dziwnego, że zburzenie form dotychczaso­wych, przeobrażenie ich, wpływa na zmianę ducha, treści spo­łecznej. Ma to miejsce zarówno w życiu społeczeństwa, jak i jednostki poszczególnej.

Wydarzenia życiowe oddziaływają na stan i rozwój naszego ducha. Spośród danych nam cech naszego ducha – przeżycia mogą jedne w nas przytłumić, inne rozwinąć. Wstrzą­śnienia spowodowane przez formy bytu mogą oddziałać na tok zmian w nas się dokonujących, lecz przeobrazić treści duchowej, która jest nam dana, nie są w stanie. Wstrząśnienia te będą znakiem widomym zmian naszego ducha; będą słu­pem umówionym czy pomyślanym tych zmian, lecz nie stanowią o jakimś przeobrażeniu się, o pojawieniu się cech ducha, których nie było, ani o zaniku innych całkowitym.

Człowiek ma dane raz na zawsze wszystkie właściwości ducha. Zmiany, które w nim zachodzą – przy świadomym wysiłku czy podświadomie – to rezultat rozwijania właściwości jednych ducha, a tłumienia innych, to rezultat opanowywania formy, ciała, lub kapitulowania przed nią.

Człowiek, który żyje świadomie duchem, zmienia się ciągle. Różne tylko jest tempo, różna bywa skala tych zmian.

Tak samo człowiek, który nie żyje duchem, zmienia się ciągle. Różnica jest ta tylko, że w tym ostatnim zmiany wi­doczne są nie tyle w treści, w duchu, co w formie, ciele.

Rewolucja w życiu jednostki – to tragiczne zderzenie formy, ciała, z duchem, treścią. Taką rewolucję przeżywa czło­wiek, gdy poświęca swe życie cielesne na ołtarzu idei. Rewo­lucja ta – to załamanie pewne, uskok, kataklizm wewnętrzny. Rewolucja ta – to moment życiowy. I ta rewolucja nawet nie przesądza zmian dalszych, zmian ciągłych, a więc ewolucji. I ta rewolucja niemożliwa jest, jeżeli jej nie poprzedził proces świadomych wysiłków ducha, zmian ciągłych, ewolucyjnych.

To zestawienie wykazuje nam, że jeżeli chodzi o pracę w duchu, o doskonalenie ciągłe, proces ten odbywa się nie przez rewolucję, lecz przez ewolucję.

Duch rewolucjonistą nie jest wiecznym, lecz ewolucjonistą. Bo duch wymaga pracy ciągłej, a nie doryw­czej. Bo duch wymaga pracy twórczej, a nie burzącej. Duch zniszczenia, burzenia – to zjawisko chorobliwe, wyjątkowe.

Inna rzecz, że duch, wciąż stający się, ciągły, ewolucyjny, oddziaływa na formę, która z natury rzeczy jest bardziej ścisła, mniej chaotyczna, jako rzecz materii, a więc powoduje wstrzą­śnienia tej ostatniej, rewolucję. Rewolucjonizm ten ducha jest przecież rzeczą przypadkową, pochodną, nie stanowi o nastawieniu ducha.

Nadużywanie słowa rewolucji i oddawania mu poniekąd przewagi nad ewolucją płynie z motywów uczuciowych. Już sam wzgląd na to, że ewolucja to wysiłek ciągły, a rewolu­cja – to wysiłek doraźny, usposabia życzliwiej dla rewolucji niż dla ewolucji. Bardziej skłonni jesteśmy podjąć wysiłek choćby bardzo ciężki, mocarny, byle raz na zawsze pozbyć się trudu, niż rozkładać go na każdy dzień powszedni. A i efekt rewolucji jest bardziej pociągający, niż szary ciąg zmian powszednich. W rewolucji wszystko wre, kipi, łamie się, druzgo­ce. Nasuwają się tysiące możliwości, złud, nadziei. Toteż re­wolucja bardziej pociąga serca, zwłaszcza młodzieży, która wierzy w cuda zmian gwałtownych, jednorazowych, do dna zmieniających rzeczywistość. Lecz nie tylko na młodzież rewolucja oddziaływa przede wszystkim uczuciowo.

Rewolucja – to przewrót społeczny. I dlatego zrozumiałe jest, że w stosunku do rewolucji nie są obojętni ani ci, którzy o formach stanowią i ich strzegą, ani ci, którzy je łamią. Re­wolucja wyzwala jednych, a powala drugich. Stąd momenty sympatii i antypatii. Rewolucja staje się bożyszczem dla jed­nych, szatanem – dla drugich. Około rewolucji rośnie legenda. Jedni oczekują od rewolucji wybawienia od wszelkich trosk, bólów, niedoli poprzedniego życia. Inni widzą w niej dopust Boży, żywioł złowrogi i niszczące dzieło szatana.

Te uczuciowe momenty, otaczające pewną atmosferą po­jęcie rewolucji, zrozumiałe psychologicznie, nie są zgodne z głębiej ujętym doświadczeniem dziejowym, szkodliwe są ze stanowiska ideowego.

Rewolucja, jako zjawisko dziejowe, to zło, to żywioł ślepy i niszczący. To zło jest w pewnych warunkach nieuniknione, lecz złem być nie przestaje. Rewolucja łamie tamy na drodze rozwoju ludzkości, stwarza możliwość dalszego rozwoju, dal­szych przemian. Lecz nie należy zapominać, że rewolucja tylko łamie i tylko niszczy. Rewolucja to nie wyraz światowy wysił­ków Ducha Społecznego, lecz żywioł instynktów, żywioł bru­talny, a nie twórczy w swej istocie. Na gruzach rewolucji Duch Społeczny musi przedsiębrać pracę ciężką, mozolną, ciągłą, ewolucyjną.

Rewolucja to etap bolesny w rozwoju, a nie cel. I dlatego nie może być pragnieniem i dążeniem społecznym. Re­wolucja jako hasło, to bałwan, przesłaniający ideę, prowadzący na manowce.

Droga do celów ideowych, zmierzających do ustroju lep­szego stosunków międzyludzkich, a zbliżających nas do społeczności Bożej na ziemi, najgłębszego pragnienia, najserdeczniejszej tęsknoty dusz ludzkich, to droga ciągłego stawania się, ewolucji, a nie rewolucji. Aby ustrój mógł być lepszy, aby sto­sunki międzyludzkie były oparte na podstawie wolności, sprawiedliwości, braterstwa, ludzie muszą się stawać lepsi, bardziej dojrzali społecznie. Tymczasem rewolucja, jako gwałt zbiorowy, jako przemoc, jako walka krwawa i wyczerpująca, osłabia du­cha i znieprawia go. W rewolucji na czoło wysuwają się instyn­kty, chucie.

Idea społeczna urzeczywistnia się przez walkę. Lecz nie przez walkę tylko zewnętrzną z otoczeniem wrogim. Idea społeczna urzeczywistnia się przez walkę ciągłą, zarówno wewnętrz­ną, człowieka w sobie, w duchu, jak i zewnętrzną z wrogami idei. Bo idea społeczna jest tylko wtedy ideą żywą, gdy żyje w nas samych, gdy wcielamy ją sami życiem własnym. Jeżeli idea jest tylko formułą, hasłem, doktryną, która nie obowiązuje tych, co ją głoszą, jeżeli jest poza nami niejako i uwa­runkowana jest zwycięstwem nad pokonanym wrogiem, żadna to idea.

Wielkim błędem socjalizmu ortodoksyjnego, materialistycznego, który dziś bankrutuje na korzyść ideowego, było sprowadzenie idei do konieczności dziejowej, która ma się stać i stanie się pomimo nas, bez świadomego naszego wysiłku duchowego. To stanowisko musiało się wyrodzić w brutalny determinizm, głoszony przez bolszewików rosyjskich. Uważają się oni za narzędzie ślepe w ręku dziejów. Czują się upraw­nieni do zbrodni najpotworniejszych. Nic to nie znaczy. Ustrój nowy, lepszy, sprawiedliwy staje się – ich zdaniem – przez sam fakt zwycięstwa fizycznego tych, co dotąd byli na spodzie, byli gnębieni, krzywdzeni i grabieni. Wystarcza, jeżeli krzyw­dzeni i gnębieni uświadomią sobie krzywdę, niewolę, gwałty i w imię tego uświadomienia i poczucia zduszą, powalą gnę­bicieli. Wystarczą napisane nowe formy bytu.

To bezideowe stanowisko spowodowało wyolbrzymienie znaczenia rewolucji jako aktu boju ostatecznego o zwycięstwo.

To bezideowe stanowisko spowodowało używanie i nadużywanie słowa rewolucji, jako z jednej strony pobudki i na­dziei, z drugiej – groźby.

To bezideowe stanowisko spowodowało, że z rewolucji uczyniono bałwana, który zastąpił światło idei.

To bezideowe stanowisko zrodziło potworne i ohydne hasło: im gorzej, tym lepiej, bo bliżej rewolucji.

To nic, że teraz jest źle; to nic, że jest i będzie gorzej, bo przyjdzie rewolucja i zmieni wszystko na nowe. To, co było ciemne, złe, głupie, stanie się światłym, dobrym, mądrym.

Widzimy rezultaty tej ideologii w Rosji i we Włoszech. Cały sens dziejów z treści dokonywanych przeobrażeń został przeniesiony na formy. Gdy forma się zmieni, a właściwie gdy znienawidzona i przytłaczająca forma zostanie zburzona do tła, nowe nastanie życie, zmieni się od razu treść społeczna. Ewolucji w sferze ducha nie ma, są tylko cuda rewolucji, a ewolucja jedynie – w dziedzinie materii.

Stanowisko takie mogło ugruntować się i urobić tylko tam, gdzie Duch Społeczny był w stanie niemowlęctwa, w warunkach najstraszniejszej niewoli, a płynąć mogło z bezsiły społecznej tych, co je głosili. Hasła rewolucyjne i wyolbrzy­mienie znaczenia rewolucji najbardziej krzewiły się w Rosji, pod caratem. W ponurych i dusznych warunkach bytu hasło rewolucji było zaklęciem czarodziejskim, które miało budzić promień nadziei w duszach niewolników, a jednocześnie być groźbą [pod adresem] ciemiężycieli.

Czekano na rewolucję jak na zbawienie; wierzono w rewolucję jak w bożyszcze; pokładano w niej nadzieję jak w cu­dzie. I oto przyszła! A, jak na ironię, najwięcej ucierpieli od niej ci, którzy jej hasło najbardziej głośno obnosili, którzy nawet w nazwie partyjnej umieścili to słowo. Socjaliści-rewolu­cjoniści [Partia Socjalistów-Rewolucjonistów, tzw. eserów – przyp. redakcji „Obywatela”] są najbardziej prześladowani w Rosji Sowieckiej; sto­kroć bardziej niż kapitaliści.

Mamy tu jaskrawą ilustrację różnic pomiędzy założeniami idealizującymi rewolucję a rewolucją jako zjawiskiem społecznym. Rewolucja – to żywioł ślepy, który nie zna założeń i nie zna idei. Rewolucję i rewolucyjność wyzyskać potrafią nie ci, którzy mają założenia ideowe i pragną je wcielać w życie, lecz ci, którzy wyczują instynkty mas ciemnych i na nich zagrać po­trafią.

Bolszewicy nie dzięki programowi i doktrynie opanowali rewolucję, lecz dzięki temu, że rzucili w miliony chłopskie dwa hasła: „Precz z wojną!” i „Ziemia dla pracujących!”. Nie robot­nik, najmita był tą siłą, która im dała w ręce władzę nad olbrzymim krajem, lecz chłop-żołnierz, który stanowił olbrzy­mią większość ludności.

Niewolnik, który zrzuci kajdany, nie zmienia się wewnętrz­nie, nie staje przez to nowym człowiekiem. Niewolnik rosyj­ski po zaspokojeniu swojej zemsty nad ciemiężycielami i po zabraniu ziemi, jest dziś w dużym stopniu tym samym niewolnikiem. Nowe formy bytu zmieniają go, lecz zmiany te doko­nywają się bardzo powoli, ewolucyjnie. Na to rozważniejsi zwolennicy rewolucji powiadają zwykle: rewolucja od razu nie zmienia niewolnika w obywatela, lecz przez rozkucie kajdan stwarza warunki, które umożliwiają budowanie nowego życia.

Istotnie. Są formy tak potworne, które nie tylko nie są w stanie przystosować się do [nowej] treści społecznej, lecz oddziałują na treść tę w sposób taki, że rozkłada się ona wewnątrz z braku ruchu, czynu i tworzy gazy trujące, które muszą do­prowadzić do rewolucji. Formami Ducha Społecznego, formami, w których Duch Społeczny może się rozwijać, są formy demokratyczne.

Lecz demokracja dopiero się staje. Formy poprzedzające demokrację polityczną były z natury swej ciasne, ujmo­wały społeczeństwo jak kajdany. Przejście do form demokra­tycznych nie mogło obejść się bez wybuchu, bez kataklizmu, bez zderzenia. Wyzwalająca się większość społeczna musiała zrywać więzy nałożone na nią przez panującą mniejszość. Ten proces miał miejsce wszędzie, gdzie treść społeczna, tj. więk­szość dojrzewała na tyle, czy cierpiała tak bardzo, że dłużej wytrzymać nie mogła. W Polsce stosunkowo łatwo doszliśmy do form demokratycznych. Darowała je nam wojna i rewolucja w krajach ościennych. I dlatego rewolucja społeczna u nas jest bodaj na długo wykluczona.

Z tego możemy i powinniśmy sobie zdawać sprawę. Tak mówi nam doświadczenie dziejowe, przeżycia własne i rozum. Formy nasze nie tylko nie są za ciasne, nie tylko nie potrzeba ich rozpychać, lecz przeciwnie, są tak luźne, że możemy je zgubić, że mogą z nas oblecieć [opaść]. Wrogowie demokracji, wskazując na to, jak one pociesznie na nas wiszą, starają się je ośmieszyć i obrzydzić, a jednocześnie próbują z nas je zedrzeć. Te próby są czynione dziś natarczywie. I te próby są najbardziej brzemienne rewolucją. Bo reakcja polska pragnęłaby na nas nałożyć – w razie zwycięstwa – formy tak ciasne i tak nieodpowiednie, że katastrofa rewolucji byłaby prędzej lub później nieunikniona.

Ze stanowiska idei, ze stanowiska rozwoju Ducha Społecznego należy dziś utwierdzać wszędzie formy demokratyczne, formy ciągłe, ewolucyjne. Formy te, będące odpowiednikiem i wyrazem Ducha Społecznego, są tak zmienne, jak Duch sam. Stają się one wraz z rozwojem Ducha Społecznego, są ela­styczne i luźne. Nie obiecują cudów, bo cudów, jako przeobrażeń doraźnych, a całkowitych w układzie stosunków międzyludzkich nie bywa; lecz otwierają przed nami pole szerokie pracy w duchu w imię idei.

Formy ewolucyjne są ważne nie tylko dla poszczególnych społeczności narodowych i dla całej ludzkości, lecz i dla poszczególnych jednostek ludzkich. W formach tych dojrzewa nie tylko Duch Społeczny, lecz i dusze poszczególnych ludzi. Rozwój ich wewnętrzny staje się bardziej pełny, wszechstronny i ciągły. Jednostka nie będzie się potrzebowała zrywać do krótkich okresów rewolucyjnego buntu, lecz nie będzie też za­padać w długie okresy reakcyjnego znużenia.

Rewolucja – to zderzenie treści społecznej z formą. Ewolucja – to harmonijne rozwijanie treści społecznej przez formę i formy przez treść społeczną.

Dążeniem, ideą ludzkości jest harmonia treści społecznej z formą. I dlatego ludzie idei, ludzie wierzący w Społeczność Bożą na ziemi, społeczność pracy, wolności, sprawiedliwości i braterstwa, muszą wierzyć w ewolucję, muszą liczyć przede wszystkim na rozwój wieczny i zwyciężanie Ducha Społecznego, a nie na katastrofy formy, materii.

Marks o Polsce

Wygląda to dziwacznie – ale do Marksa można zastosować bez większego błędu określenie „pisarz nieznany”. Napisał Marks wiele prac, które są przełożone na wszystkie języki i wciąż na nowo wydawane. Ale napisał także mnóstwo artykułów, porozsyłanych po pismach euro­pejskich i amerykańskich w sprawach bieżących, i tysiące listów treści politycznej. Za dobrych czasów socjalizmu niemieckiego, ten rozproszony dorobek marksowski skrzętnie zbierano i po części wydawano. Także jeszcze po pierwszej wojnie światowej nie brakło opracowań monograficznych różnych fragmentów marksowskiej myśli politycznej i ekono­micznej, ale docierała ona w małym stopniu do szerszych kół. Upadek socjalizmu europejskiego, zarysowujący się współrzędnie z urzeczywistnianiem znacznej części jego pro­gramu (interesujący przykład dialektyki historycznej), spra­wił, że Marks, wraz z całym jego dorobkiem, został dziś przejęty przez komunizm, bez żadnego oporu ze strony socja­lizmu demokratycznego.

Sytuacja Marksa jako ekonomisty jest podobna do sytuacji Darwina w biologii. Nie podobna przejść mimo darwi­nowskiej teorii ewolucji i wszystkie rozważania współczesne i przyszłe o rozwoju życia na Ziemi, muszą uwzględniać – przyjmując czy odrzucając – dokonania Darwina. Spisane przed niespełna stu laty dzieło Marksa okazuje się w świetle późniejszej historii pełne błędnych przewidywań i jednostron­nych sformułowań. Ale wiedza akademicka w zakresie so­cjologii i ekonomii, choć czasem nie wspomina Marksa, nie posuwa się naprzód ani na krok w swoich dociekaniach z górą od pół wieku, bez przyjmowania czy obalania jego twierdzeń.

Marks-polityk jest spadkobiercą i kontynuatorem myśli de­mokratycznej, stworzonej przez rewolucję francuską i choć tego nigdzie nie przyznaje, przez niektóre prądy socjalizmu utopijnego. W ekonomii, z początku zwłaszcza, interesuje się nie tyle konkretną stroną zjawisk, ile tworzeniem systemu, opartego na przyjętych z góry założeniach. Odwraca dialekty­kę Hegla od idei do czynnika materialnego i tworzy w taki sposób swą własną dialektykę materialistyczną, która w po­wiązaniu z materializmem historycznym ma się stać kluczem do zrozumienia wszystkich zjawisk i świadomego kierowania ich rozwojem. W polityce wszakże Marks nie jest doktrynal­ny, nie buduje abstrakcyjnego systemu, lecz zmaga się z ukła­dem sił w świecie, jaki widzi przed sobą i jaki wciąż zmienia się w jego oczach. Jego busolą jest wolność człowieka i narodu, tak jak ją proklamowała deklaracja praw człowieka, siły działające ocenia wedle roli, jaka im przypada w danej chwili dziejowej.

A teraz – słoń a sprawa polska. Marks zajmował się Pol­ską żywo i wiele o niej pisał. Nie dlatego wcale, by szczególnie pokochał Polskę czy nawet znał ją bliżej. Ale dlatego, że najżywiej interesował się – Rosją. W Rosji widział groź­bę dla wolności Europy i świata, i to nawet nie tylko dla­tego, że nienawidził despotyzmu carskiego, ale dlatego, że do­ceniał znaczenie rosyjskich dążeń do ekspansji. Chciał odbu­dować niepodległą Polskę nie jako samotne „przedmurze” broniące Europy od wschodu, ale dlatego, żeby wolne i zjed­noczone narody, Włochy, Polska, Niemcy i Węgry, stworzy­ły w Europie bastiony demokracji, narodowej i społecznej, zdolne do oporu wobec reakcyjnych monarchii. Dla tego sa­mego celu chciał też rozbić monarchię austriacką i obalić zarysowującą się przewagę pruską.

Szczególnie interesujące są mało znane wypowiedzi Marksa z roku 1866 w londyńskim piśmie „Commonwealth” i jego prze­mówienie na łącznym posiedzeniu Rady Międzynarodówki i Polskiego Towarzystwa Robotniczego w Londynie 22 stycznia 1867 r. ku uczczeniu czwartej rocznicy powstania [styczniowego] roku 1863. Artykuł w „Commonwealth” zaczyna się od słów: Gdziekolwiek kla­sa robotnicza występowała samoistnie w ruchu politycznym, jej polityka zagraniczna, od samego początku, wyrażała się w słowach – odbudowanie Polski. Tak było z ruchem czar­tystów, póki istniał, tak było z francuskim ruchem robotniczym przed rokiem 1848, jak i w owym pamiętnym dniu, gdy ro­botnicy paryscy demonstrowali przed Zgromadzeniem Naro­dowym z okrzykiem „Vive la Pologne!”. Tak było także w Niemczech w latach 1848 i 1849, gdzie pisma robotnicze do­magały się wojny z Rosją i odbudowania Polski. Marks przy­pomina, że mieszczaństwo w czasie wszystkich powstań pol­skich, choć nie opowiadało się głośno za Rosją, ale ją zaw­sze popierało, a tylko jedna Międzynarodówka Robotnicza wołała głośno o „opór przeciw wkraczaniu Rosji do Euro­py i o odbudowanie Polski”.

Marks sprzed niespełna stu laty jest i dziś aktualny. Zwra­ca się jakby przeciw dzisiejszym lewicowym snobom z „New Statesmana”1, przeciw prof. Carrowi2, prof. Cole’owi3 i prof. La­skiemu4, chwalcom i obrońcom Rosji sowieckiej. Wspomina gniewnie, że z frontu polityki zagranicznej robotników Euro­py Zachodniej i Środkowej wyłączyli się zwolennicy Proudhona, którzy odprawiają sąd nad uciśnioną Polską i wyro­kują, że zasłużyła na swój los. Mają oni podziw dla Rosji jako dla wielkiego państwa przyszłości, jako dla narodu najbardziej postępowego na globie ziemskim, z którym w zesta­wieniu taki mizerny kraj jak Ameryka nie jest godzien wspomnienia. Oskarżają Radę Międzynarodówki Robot­niczej o to, że wyznaje bonapartystowską zasadę wolności narodowej i że chce wyłączyć z Europy wielkoduszny naród rosyjski, co jest grzechem przeciw zasadom powszechnej de­mokracji i braterstwa wszystkich ludów. Marks zauważa, że ta postawa rewolucyjnych proudhonistów, obrana z frazeologii, godzi się dosłownie ze stanowiskiem skrajnych to­rysów wszystkich krajów w stosunku do Polski i Rosji. Jakże żywo przypominają te słowa okres Jałty, gdy obok londyń­skiego „Daily Workera”5 i wszystkich asów Labour [Party], także „Times” doradzał Polakom pogodzenie się z rzeczywistością i uznanie światowej misji państwa rosyjskiego.

Marks wskazuje, że rozbiór Polski wpłynął na zahamowa­nie demokracji nie tylko w podbitym kraju, ale także w Eu­ropie Zachodniej. W szczególności Prusy związały się z Ro­sją solidarnością łupieżców i wsparte jej potęgą sięgają po opanowanie całych Niemiec. W samych Prusach ucisk rzą­du wobec Polaków, ograniczanie ich wolności obywatelskich, swobody prasy i stowarzyszania się, grozi równocześnie wol­ności wszystkich Prusaków. Tylko polityka robotnicza rozumie płynące stąd niebezpieczeństwo. Robotnicy – pisze Marks – nie tylko w Prusach, ale w całych Niemczech są zainteresowani bardziej, niż robotnicy jakiegokolwiek innego kraju, w odbudowaniu Polski i dawali temu wyraz we wszyst­kich swoich ruchach rewolucyjnych. Odbudowanie Polski oznacza dla nich zarazem wyzwolenie ich własnego kraju od stosunku wasalnego do Rosji.

Pod koniec drugiej wojny światowej, gdy wymyślono plan podziału świata na strefy wpływów sowieckich i anglosaskich, „Times” londyński przypomniał po wielekroć święte przy­mierze i jego główne dzieło: traktaty wiedeńskie z roku 1815. Zachwalał zalety tych traktatów: zgodę wielkich mocarstw opartą na lojalnym porozumieniu, stuletni pokój w Euro­pie, swobodny rozwój narodów, w szczęściu i bezpieczeń­stwie. Układy w Teheranie, Jałcie i Poczdamie polityka brytyjska przedstawiała opinii swego kraju jako wznowienie za­łożeń kongresu wiedeńskiego, i ta argumentacja poczytywa­na była za ostateczne uzasadnienie wartości tych traktatów. Marks pisze o tym: Układy z roku 1815 nakreśliły granice róż­nych państw europejskich wyłącznie dla dogodności dyplomatycznej, a szczególnie dla dogodzenia największej podów­czas potędze kontynentalnej – Rosji. Pominięto życzenia, interesy i różnice narodowe ludności. W taki sposób podzie­lono Polskę, podzielono Niemcy, podzielono Włochy, nie mówiąc już o mniejszych narodach Europy południowo-wschodniej, o których podówczas mało kto wiedział. W następstwie, wszelki ruch polityczny w Polsce, w Niemczech i we Włoszech musiał rozpoczynać się od dążenia do przywró­cenia jedności narodowej, bez której samo życie narodowe stawało się cieniem. Marks przypomina, że w związku z re­wolucjami we Francji w latach 1830 i 1848 powstały porozu­mienia radykalnych przywódców z wielu krajów Europy, oparte na wspólnym programie, zmierzającym do wyzwolenia narodów uciśnionych i podzielonych, i że zmierzało to w praktyce do unicestwienia dzieła traktatów wiedeńskich. Dą­żenia te znajdowały poparcie w polityce zagranicznej ruchów robotniczych, które wiązały walkę o wolność narodową ze swą własną walką. Można to uzupełnić uwagą, że opór ten trwał nieprzerwanie, acz z różnym natężeniem, przez sto lat z górą i że jemu właśnie należy przypisać przywrócenie wie­lu narodom wolności przez traktat wersalski z roku 1919. Za­interesowana w obronie dzieła kongresu wiedeńskiego była jedyna tylko Rosja, którą święte przymierze wprowadziło w głąb Europy i usankcjonowało jako „dzierżyciela nieprze­branych zasobów skradzionego dobra”.

Czymże była Rosja – pyta Marks – gdy tworzyło się wielkie państwo polskie po połączeniu z Litwą? Jedną z pod­bitych prowincji mongolskich. A przecie w niewiele wieków później Polska, osłabiona przez niedorozwój polityczny, przez brak warstwy średniej i przez ciągłe wojny, padła jej ofiarą. Przez cały wiek XVIII trwało przenikanie rosyjskie w Polsce. A gdy rozbiory położyły koniec jej istnieniu, Europa tak już przywykła do rządów rosyjskich w Polsce, że była zdziwio­na, iż Rosja nie zagarnęła jej sama, lecz dopuściła do udziału w łupie Prusy i Austrię. W tym miejscu czyni Marks uwagę zadziwiająco przenikliwą o znaczeniu propagandy w akcji rozbiorczej. Pisze: Nie było wtedy jeszcze oświeconej „opi­nii publicznej” w Europie. Jakkolwiek gazeta „Times” nie fabrykowała jeszcze wówczas tego szczególnego towaru, to jednak istniał pewien rodzaj opinii publicznej, opartej na olbrzymim wpływie Diderota, Woltera, Russa i innych pi­sarzy francuskich XVIII w. Katarzyna II przyhołubiła niejednego z tych pisarzy i to samo czynił Fryderyk II. Oni zro­bili legendę „Semiramidy Północy” i „filozofia z Sanssouci”. Oni przedstawili światu Rosję jako kraj najbardziej postę­powy na świecie, ostoję liberalizmu i obrończynię wolności religii. Bo przecie w imię wolności religii wkraczała Rosja w sprawy polskie. Prawdziwie pięknym przykładem wojny klasowej było – pisze Marks – gdy żołnierze rosyjscy i chło­pi małoruscy palili społem dwory polskie po to tylko, by przygotowywać podbój tych obszarów przez Rosję, po czym ci sami żołnierze rosyjscy poddali znowu tych chłopów pod władzę ich panów.

Ta analiza działań propagandowych i ich znaczenia w po­lityce rosyjskiej jest jakby proroczą wizją tego, co działo się pod koniec minionej wojny. Nie było już wtedy „olbrzymiego wpływu” pisarzy francuskich, ale był „Times” ze swoim prof. Carrem i byli obrońcy religii, chłopów małoruskich i wolności społecznej z „New Statesmana” i była „oświeco­na opinia publiczna” lewicy brytyjskiej. Zdemokratyzowali się goście dworu rosyjskiego, zamiast kilku filozofów przy­bywali przed oblicze Stalina liczni podróżnicy ze związków zawodowych i parlamentu, a ponadto uczeni i artyści, kwakrzy, pastorowie, nauczyciele, listonosze i postępowe matki. Oni także przedstawiali światu Rosję jako kraj najbardziej po­stępowy na świecie, ostoję liberalizmu i obrończynię wolnoś­ci religii.

Marks przypisuje duże znaczenie w ułatwianiu przenikania Rosji do Europy także bezpośredniemu działaniu propagan­dy brytyjskiej. Przypomina: Kiedy ostatnie ukazy [dekrety] dotyczą­ce zniesienia państwa polskiego doszły do wiadomości czyn­ników brytyjskich, główny organ giełdy zwracał się do Po­laków z wezwaniami, by stali się Moskalami. Czemuż by nie miał tego czynić, skoro był to sposób dodatkowego zabez­pieczenia sześciu milionów funtów, które niedawno właśnie kapitaliści angielscy pożyczyli carowi? To przypomnienie także nie jest pozbawione aktualności. Oto pod koniec mi­nionej wojny wysłannicy rządu i koncernów sowieckich odbywali w City londyńskiej narady z przedstawicielami banków i przemysłu, w sprawie poczynienia większych zamówień „na odbudowę kraju”. Na ekranie marzeń City zarysowała się globalna suma tych zamówień – 400 milionów fun­tów. Następstwem tych urzekających rozmów była jednoli­ta postawa brytyjska w ocenie błogosławieństw płynących z układów zawartych z Sowietami i pretensje do Polaków, że wyłamują się z powszechnego entuzjazmu. Ton nadawał w tych pretensjach „główny organ giełdy”, londyński „Times”, który w tym właśnie czasie był żartobliwie nazywany trzy­pensowym wydaniem „Daily Workera”.

Marks pisze: Nie brak ludzi naiwnych, którzy sądzą, że dziś wszystko się zmieniło, że Polska przestała być „potrzeb­nym narodem”, jak napisał pewien Francuz, i pozostała tyl­ko sentymentalnym wspomnieniem, a sentymenty i wspo­mnienia nie są notowane na giełdzie. Ale cóż się właściwie zmieniło? Czy zmniejszyło się niebezpieczeństwo? Nie. Tylko ślepota intelektualna klas rządzących w Europie doszła do swego zenitu. Dalej następuje zdanie, które i dziś moż­na wypisać jako kanon wszelkiej możliwej polityki europej­skiej i światowej: Polityka Rosji jest niezmienna, co przyz­nał oficjalny historyk moskiewski Karamzin. Jej metody, jej taktyka czy manewrowanie, mogą się zmieniać, ale gwiaz­da polarna tej polityki – opanowanie świata – jest gwiaz­dą stałą. Marks przewiduje trafnie także niebezpieczeństwo płynące dla Europy z uczynienia Polski rosyjskim państwem satelickim. Powołuje się przy tym na Pozzo di Borgo, najwy­bitniejszego dyplomatę rosyjskiego. W czasie kongresu wiedeńskiego tłumaczył on Aleksandrowi I, że Polska może być dla Rosji bądź skutecznym narzędziem w jej zamysłach światowych, bądź niepokonaną przeszkodą: Polska będzie w ręku cara mocnym biczem, gdy Polacy uświadomią sobie, ile razy zostali przez Europę zdradzeni. Gdy dziś Rosja bu­duje w Polsce swoją najsilniejszą armię satelicką, pod do­wództwem marszałka Rokossowskiego, bez wątpienia kieru­je się względami, o których mówił Pozzo di Borgo przed 137 laty.

Istnieje jedna tylko alternatywa dla Europy: – pisze Marks – albo azjatyckie barbarzyństwo pod przywództwem moskiewskim zaleje ją jak lawina, albo Europa musi odbu­dować Polskę, stawiając między sobą a Azją 20 milionów bohaterów, by zyskać na czasie dla dokonania swego społecznego odrodzenia. Obco brzmi dzisiejszemu uchu okreś­lenie „20 milionów bohaterów” i nierealna jest także w obli­czu praw nowoczesnej wojny koncepcja Polski jako przed­murza. Ale są to szczegóły raczej drugorzędne. Alternatywa pozostała w swojej istotnej treści bez zmiany. Jej pierwsza część, groźba zalewu barbarzyńskiego pod przywództwem moskiewskim, nie budzi wątpliwości. Jej część druga nie jest jeszcze wyraźnie sformułowana. Do niedawna obowiązywa­ła formuła „containment”6, wsparta uzbrojeniem Europy Za­chodniej. Z wolna zaczyna sobie torować drogę koncepcja „liberation”, co oznaczać ma politykę bardziej czynną. W chwilach większej śmiałości mówi się, że oznacza ona dąże­nie do wydobycia narodów satelickich z niewoli.

Jest rzeczą uderzającą, że Marks, wyznaczając Polsce tak ważną rolę w polityce europejskiej i w strategii walki z na­porem rosyjskim na Europę, nie zastanawia się bliżej nad wewnętrznym życiem współczesnej mu Polski i nad istnie­jącym w Polsce układem sił społecznych. Niejako z góry przesądza, że przyrodzoną rolą Polski jest opór przeciw Ro­sji i związana z tym pomoc dla Europy, której Rosja zagra­ża. Do tego jedynego punktu ogranicza się jego zaintereso­wanie losami Polski.

Zgodnie z jego teorią, najbardziej dojrzałe do rewolucji są kraje o najwyższym stopniu rozwoju gospodarki kapitalistycznej. Gdy pisał swoje główne dzieło i gdy tworzył pierw­szą międzynarodówkę, istniał jedyny tylko taki kraj, Anglia. Marks przewidywał swoją rewolucję społeczną w bardzo blis­kiej przyszłości. Nie wiązał jej jednak z Anglią wiktoriańską, ale raczej z Francją, kapitalistycznie podówczas niedorozwi­niętą, za to mającą wielkie tradycje rewolucyjne i Napoleo­na III na karku. Nieśmiało włączał do tych perspektyw rewolucyjnych także i Niemcy, choć rozważania w tym za­kresie psuły mu Prusy, wspierane przez Rosję, i cesarska Austria. Polska ze swoimi „20 milionami bohaterów” zna­lazła się, jak widać, całkiem poza obrębem marksowskiej dialektyki rozwoju, ale za to z serwitutem na rzecz rewolu­cji społecznej w Europie Zachodniej.

Realne i aktualne w tych rozumowaniach pozostały wszak­że i dziś dwa elementy: napór Rosji na Europę i Azję oraz związanie losów Polski z oporem Europy wobec Rosji. Real­ny i aktualny pozostał jeszcze trzeci element – zdrada Pol­ski przez Europę Zachodnią.

________________

Powyższy tekst pochodzi z książki Adama Pragiera „Puszka Pandory”, wydanej przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie w roku 1969. Książka zawiera zbiór artykułów autora z londyńskich „Wiadomości Polskich” i „Wiadomości”, jednak nie podano w niej szczegółów dotyczących pierwodruku zebranych tekstów. Od tamtej pory artykuł nie był wznawiany. Uwspółcześniono pisownię wedle obecnych reguł.

_________________

Przypisy redakcji „Obywatela”:

1 „New Statesman” – brytyjski tygodnik o profilu lewicowym, założony w roku 1913 w kręgu Towarzystwa Fabiańskiego (wśród jego twórców byli m.in. Sidney i Beatrice Webb oraz George Bernard Shaw) i ukazujący się do dziś. W okresie, który opisuje Pragier, zajmował on stanowisko prosowieckie (co krytykował m.in. George Orwell; nb. redakcja „NS” odmówiła opublikowania jego reportażu z wojny w Hiszpanii, w którym demaskował sowieckie wpływy i czystki po stronie republikańskiej).

2 Edward Hallett Carr (1892-1982) – znany i wpływowy brytyjski historyk, dyplomata, dziennikarz i publicysta. Od początku lat 30. zadeklarowany sympatyk ZSRR, autor m.in. 14-tomowej historii pierwszych dekad państwa sowieckiego. W czołowych brytyjskich czasopismach opublikował szereg prosowieckich artykułów. Znany był także z niechęci i lekceważenia wobec narodów Europy Środkowo-Wschodniej oraz m.in. z zajadłych ataków na wywodzące się z Armii Krajowej i obozu londyńskiego polskie siły opozycyjne wobec Sowietów i PPR.

3 George Douglas Howard Cole (1889-1959) – myśliciel, politolog, ekonomista i historyk brytyjski o lewicowych poglądach, wykładowca Oxfordu. Działał w Towarzystwie Fabiańskim, był jednym z czołowych teoretyków oddolnego i demokratycznego „socjalizmu gildyjnego”, krytycznego wobec marksizmu, wniósł także znaczny wkład do teorii i badań historii ruchu spółdzielczego. Autor wielu książek poświęconych myśli lewicowej, kooperatyzmowi, ruchowi robotniczemu i związkowemu. Wobec ZSRR zajmował naiwne, idealistyczne stanowisko, bagatelizując zbrodnie reżimu sowieckiego i brak swobód obywatelskich w stalinizmie.

4 Harold Joseph Laski (1893-1950)politolog, ekonomista, profesor London School of Economics, członek władz Labour Party, w latach 1945-1946 jej sekretarz. W brytyjskich kręgach lewicowych należał do „frakcji” prosowieckiej.

5 „Daily Worker” – organ prasowy Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii, założony w roku 1930 (nie mylić z ukazującym się pod tą samą nazwą organem komunistów w USA). W roku 1966 dziennik zmienił nazwę na „Morning Star”, pod którą ukazuje się do dzisiaj. W opisywanym przez Pragiera kontekście był czasopismem wybielającym – z oczywistych względów – politykę władz Rosji sowieckiej.

6 Chodzi o tzw. doktrynę powstrzymywania, stworzoną przez George’a Kennana w roku 1947. Bazowała ona na wysiłkach mających na celu niedopuszczenie do dalszej ekspansji komunizmu na świecie (za pomocą tworzenia sojuszów wojskowych typu NATO, zabiegów dyplomatycznych, interwencji zbrojnych itp.), jednak w zasadzie godziła się z istniejącym stanem rzeczy, czyli z dotychczasowym zasięgiem sowieckiej strefy wpływów.

Będąc głodni, poczęli iść i rwać kłosy

Uczniowie szli pierwsi, Ty za nimi. Oni byli głodni. A Ty? – Ewangeliści nic nie mówią o tym. Zajęty byłeś rozmową z gronem tych, którzy Cię otaczali. To oni dostrzegli, że uczniowie, idący przodem, zrywali kłosy, wycierali je w złożonych dłoniach i zjadali oczyszczone ziarna. Ci, którzy z Tobą rozmawiali, nie pomyśleli o głodzie Twych uczniów i o tym, jak by ich posilić podczas podróży. Ale jako „pobożni”, od razu pomyśleli: „Jest szabat; tego w szabat nie godzi się czynić; w święto nie wolno żąć i młócić; a to, co robią, to przecież – co prawda w małych rozmiarach – żniwo i młocka! To grzech! Nie wolno!”.

Ty, Jezu, stanąłeś w obronie swych uczniów. Przypomniałeś wolę Ojca Niebieskiego: „Miłosierdzia chcę!”.

I nam jest bardzo potrzebne to przypomnienie. Gdy zobaczymy, że ktoś nie zachowuje jakiegoś przepisu, zwyczaju czy nawet prawa, nie mamy od razu wołać z oburzeniem: „To grzech! Nie wolno!”. Ale mamy się najpierw zastanowić nad tym, dlaczego ten człowiek to zrobił lub to powiedział. Dlaczego zrywa kłosy, choć jest szabat? Dlaczego po kryjomu ściągnął bochenek chleba w sklepie? Dlaczego tych dwoje się rozeszło, a tamtych dwoje żyje ze sobą bez ślubu? Dlaczego ta dziewczyna poszła na ulicę? Dlaczego ten chłopiec się rozchuliganił? Dlaczego ten się rozpił? Dlaczego ten fałszował pieniądze, a ten dawał łapówki, a tamten je przyjmował? Dlaczego?

Trzeba nieraz długo i cierpliwie szukać odpowiedzi na to „dlaczego”. A gdy się zrozumie „dlaczego” – trzeba natychmiast myśleć o tym, jak pomóc temu bratu. Tak, to najpierw: jak pomóc? Rwą kłosy w dzień świąteczny, zjadają ziarno nie ze swego pola i powtarzają to wielokrotnie – widocznie są bardzo głodni. Gdzie tu jest gospoda, w której będzie można ich posilić? Do swych bowiem domów mają daleko. A i ten ich Mistrz też chyba jest głodny. Trzeba pomyśleć o tym, gdzie ich wszystkich przyjąć i czym nakarmić. A potem pomówmy z nimi o szabacie.

Podobnie mamy postępować we wszystkich wypadkach, gdy w kimś coś nam się nie będzie podobało. Zrozumieć, dlaczego ten człowiek jest taki, a potem skutecznie mu pomóc.

Katolicyzm tam, gdzie go nie widzimy

Miarą katolickości danego ustroju społeczno-gospodarczego, względnie jego tendencji rozwojowych, będzie stopień realizowania przezeń warunków zabezpieczających wolność jednostek, ale w taki sposób, by nie powstawały jakieś możliwości nadużywania tej wolności, a z drugiej strony, by ustrój umożliwiał i ułatwiał służbę na rzecz całości, by niejako uwydatniał solidarność interesów, a równocześnie – dodajmy – stwarzał formy rozstrzygania zatargów przez państwo, jako najwyższego arbitra oraz dawał państwu możliwość kierownictwa w stopniu zabezpieczającym przed nędzą, a zwłaszcza przed bezrobociem.

Cechą ustroju katolickiego będzie też przepojenie życia społecznego ideami chrześcijańskimi, gdyż bez tego każdy ustrój społeczno-gospodarczy wyrodzi się w jakichś formach wyzysku. Rzecz w tym, że bez względu na to, czy podstawą teoretyczną danego ustroju jest dążenie do całkowitej wolności jednostki, czy też, przeciwnie, całkowite podporządkowanie jednostki celom i potrzebom całości społecznej – rezultaty bywają dziwnie podobne. We współzawodnictwie silnych powstają najpierw duże różnice bogactw, z tego rodzi się instynkt władzy, jaką daje bogactwo i tendencje do… usunięcia współzawodnictwa, czyli do wprowadzenia planowania prywatno-gospodarczego. Takie planowanie prywatno-gospodarcze rodzi się najpierw w pewnej dziedzinie życia gospodarczego, potem objąć może działy pokrewne, wreszcie, przeważnie z inicjatywy kapitału finansowego, rozciąga się na coraz większą ilość działów gospodarstwa społecznego i w pewnym stopniu przypomina planowanie socjalistyczne, mimo istnienia własności prywatnej w sensie kapitalistycznym. Co więcej, takie planowanie może być wykonywane nawet przez państwo, gdy jego aparat jest poddany wpływom pewnych grup wielkokapitalistycznych.

Skądinąd w ustroju planowania socjalistycznego i upaństwowienia wszystkich czy prawie wszystkich narzędzi produkcji, rodzą się inne przemiany. Oto zróżniczkowanie dochodu społecznego postępuje w miarę jak rośnie faktyczne opanowanie życia gospodarczego przez aparat kierowniczy. Używając takich pojęć, jak „państwo socjalistyczne”, czy też „aparat socjalistycznego planowania”, skłonni jesteśmy – co wynika nawiasem mówiąc z błędnych założeń totalizmu – zapominać o tym, że ten aparat i to państwo są jednak reprezentowane przez żywych ludzi, a abstrakcyjne pojęcie należy tu po prostu zastąpić konkretnym obrazem biurokracji. Jest przecież faktem, że w gospodarce np. Rosji Sowieckiej zróżniczkowanie dochodu poszczególnych warstw jest nie mniejsze niż w krajach najjaskrawszych wybryków kapitalistycznych, a na pewno nie mniejsze niż w wielu krajach o zrównoważonej strukturze, które okrzyczano jako „kraje wyuzdanego wyzysku kapitalistycznego”.

Czyż więc nie widzimy wielkich analogii między rzeczywistym układem sił społecznych w krajach, które oficjalnie posługują się zupełnie rozbieżną frazeologią? Może różnica między pewnymi formami planowania kapitalistycznego i socjalistycznego jest raczej różnicą po prostu genezy niż aktualnego stanu rzeczy?

Amerykański socjolog [James] Burnham w swej głośnej (typowo zresztą amerykańskiej przez liczne symplifikacje i uproszczenia) książce o rewolucji menedżerów przeprowadza tę analogię i ma sporo racji. Nie dostrzega jednak nowych sił, przeciwstawiających się dyktaturom menedżerów, choć narastanie ich jest faktem oczywistym. Rzecz przy tym ciekawa, że pewne szablony socjalistyczne okazują się mało przydatne w praktyce tam, gdzie właśnie rozwój tych sił – mirabile dictu [rzecz zadziwiająca] pod hasłami socjalistycznymi – posunął się daleko.

Rosja Sowiecka nie miała kłopotów ze związkami zawodowymi, ponieważ były one tam słabo rozwinięte. Nieco więcej kłopotu było z nimi już w Polsce. W procesie Adama Doboszyńskiego1 prokurator, który nawiasem mówiąc wygadywał przy wielu okazjach niestworzone bzdury, powiedział, że prawdopodobnie Doboszyński chciał organizować „żółte związki zawodowe”. Otóż „żółtymi” nazywało się te związki, które były organizowane przez pracodawcę dla otumanienia robotników i pokierowania nimi w sposób zgodny z interesami pracodawcy. Według tego określenia, w dzisiejszej Polsce wszystkie związki zawodowe są żółte i bardzo jaskrawo żółte, gdyż są narzędziem trzymania w karbach żelaznej dyscypliny rzesz robotniczych, utrudniania im walki o ludzkie życie, nakłaniania do zwiększonej wydajności. Ale z początku były ze związkami zawodowymi pewne trudności. Podobne trudności występują także w socjalizowanych dziedzinach życia gospodarczego Anglii i tu nie dadzą się tak łatwo przezwyciężyć, gdyż wolność osobista jest niemożliwa do pogodzenia z socjalizacją, jak ją pojmują współcześni marksiści, to znaczy ze zwyczajnym upaństwowieniem narzędzi produkcji. Konflikty między pracą a kapitałem nie ustają przez to, że kapitalistą staje się państwo. Nową siłą społeczną są związki zawodowe – ich rozwój jest wyrazem emancypacji klasy robotniczej. Otóż jest rzeczą znamienną, że narastające nowe siły społeczne nie znajdują zdrowego ujścia dla swych energii ani w ustroju kapitalistycznym, ani w ustroju socjalistyczno-marksistowskim jaki wzoruje się na Rosji i polega na zwyczajnym zniesieniu własności prywatnej.

Jest rzeczą niesłychanie znamienną i powiedzmy dla niekatolika wprost zagadkową, że społeczna nauka Kościoła katolickiego, akceptując niejako rozwój związków zawodowych (nb. zgodnie z dawnymi tradycjami), wyznaczała mu dalszą drogę w formie zwiększonego udziału robotnika we własności już wówczas, kiedy rozwój związków zawodowych łączony bywał raczej z tendencją ku zupełnemu zniesieniu tej własności. Dziś jeszcze nie dla wszystkich ten dylemat będzie zrozumiały, dlatego, że związki zawodowe używane są przez komunizm do rozsadzania kapitalistycznego porządku rzeczy. Natomiast w razie zwycięstwa komunizmu, powiedzmy sobie w krajach zachodniej Europy lub w Ameryce, związki zawodowe stałyby się automatycznie największą przeszkodą dla urzeczywistnienia komunizmu według wzorów rosyjskich.

Natomiast organicznie postępuje proces wzrostu udziału robotników we własności także w krajach kapitalistycznych, choć nie dla każdego proces ten jest widoczny – przeoczył go mianowicie zupełnie wyżej wspomniany Burnham. Jeżeli rady załogowe podejmują współpracę z kierownictwem przedsiębiorstwa i uzyskują – w zgodzie czy w walce – wpływ na to kierownictwo, to oczywiście jest to rozszerzeniem władztwa robotników, choć nie jest z tym złączone żadne przepisywanie formalnych tytułów własności. Jestem pewny, że dzień, w którym robotnicy General Motors w zatargu o płace zażądali przedstawienia sobie kalkulacji produkcji samochodów, będzie kiedyś uważany za początek historycznego przełomu.

Od udziału w kierownictwie przez udział w zyskach droga prowadzi nieuchronnie ku udziałowi we własności. Własność prywatnych narzędzi produkcji nie jest dla Kościoła katolickiego dogmatem. Ale własność jest symbolem wolności jednostek, jest też tej wolności zabezpieczeniem. Chodzi zatem o to, by własność była upowszechniona, gdyż wolność, wynikająca z godności człowieka, jest przyrodzonym prawem wszystkich ludzi, a nie drobnej garstki wyzyskiwaczy. Coraz dalej postępujące zrozumienie tej problematyki jest – często nieuświadomionym – zbliżeniem do katolickich idei społecznych.

Być może, że ideał społeczeństwa bezklasowego jest możliwy do osiągnięcia. Nie oznacza to, by wszyscy ludzie mieli mieć równe dochody, ale oznacza brak nieprzebytych murów i różnic między ludźmi, takich, jakie stwarza czy to kapitalizm, czy komunizm z jego niedostępną elitą za murami Kremla. Droga do urzeczywistnienia ideału społeczeństwa bezklasowego nie prowadzi bynajmniej przez zupełne zniesienie prywatnej własności środków produkcji, lecz przez jej upowszechnienie.

Katolicka doktryna społeczna, w pełni świadoma węzłów łączących ludzi w społeczeństwo, nie ma powodu do odrzucania planowości gospodarstwa. Będzie jednak zawsze wolała planowanie kierunkowe w połączeniu z państwową polityką inwestycyjną od planowania ścisłego, czyli ilościowego. Pojęcia te są może niezrozumiałe dla czytelników, gdyż sama koncepcja gospodarki planowanej jest nowa, a terminologia z nią związana nieustalona. Przez planowanie kierunkowe rozumiem stwarzanie warunków szybszego rozwoju pewnych działów wytwórczości, oparte czy to na przewidywaniu spodziewanego popytu, czy na założeniach pozagospodarczych, przy pomocy najróżniejszych narzędzi polityki gospodarczej bez upaństwowienia narzędzi produkcji, a co za tym idzie bez przepisywania poszczególnym przedsiębiorstwom ścisłych ilości i jakości wytwarzanych dóbr. W połączeniu z zasadą subsydiarności [pomocniczości] odbiera to planowaniu ostrze totalistyczne, tak niebezpieczne dla wolności ludzi. Bez daleko idących luzów planowanie sprowadzić się musi do narzucenia przez nieliczną grupkę planistów wszystkiego: rodzaju i spożycia, sposobu pracy i całego życia.

Przemiany – oparte na stopniowej emancypacji mas robotniczych i zwiększeniu ich roli w życiu gospodarczym – rozwijają się po linii wytkniętej. Wydaje się, że wywrą one na kształtowanie się przyszłego ustroju wpływ o wiele większy niż eksperymenty totalistów, których efektowne, ale krótkotrwałe sukcesy zewnętrzne oszałamiają współczesnych. Na długą metę dynamiczność życia gospodarczego może być o wiele skuteczniej osiągnięta przez rozsądne związanie wynagrodzenia z wynikami pracy, co bywa na ogół osiągane najlepiej przez pracę na własny rachunek. Wielkie konflikty społeczne rodziły się zawsze tam, gdzie masowo wprowadzano pracę najemną, przy której tego związku nie ma. Problem istotnej przebudowy życia gospodarczego polega właśnie na tym, by w przedsiębiorstwach wielkich przywrócić ten związek, czyli w ostatecznym rezultacie zlikwidować walkę klasową przez likwidację klasy wydziedziczonych. Chodzi o nadrobienie opóźnienia w rozwoju form gospodarczych, powstałego wskutek oszałamiających postępów techniki.

Oczywiście, jak każdy ustrój gospodarczy, tak i ten, którego zarysy staram się zakreślić, może być narażony na niebezpieczeństwo wyrodzenia się w jakichś nowych formach wyzysku. Są jednak ustroje gospodarcze, które mogą doprowadzić do kryzysów, niedoli i wyzysku, a są takie, które do nich doprowadzić muszą. Dlatego same formy ustrojowe nie są jeszcze gwarancją ich dobrego funkcjonowania, ale są takie formy, które na pewno dobrze funkcjonować nie mogą, gdyż wypływają ze złego ducha i fałszywych doktryn, jak kapitalizm i komunizm.

Gwarancją dobrego funkcjonowania ustroju nie mogą być jednak tylko „instytucje”, czyli formy organizacyjne. Nie chodzi przecież, jak to się niektórym ludziom wydaje, o kompromis czy zlepek zaleceń obu bankrutujących kierunków, lecz chodzi o syntezę wolności i związania obowiązkiem moralnym, która musi się opierać o coś więcej niż same instytucje ludzkie. Tylko wtedy będzie syntezą prawdziwą, a nie zlepkiem.

Nie bądźmy przesadnymi optymistami, nie przepowiadajmy łatwych triumfów syntezy. Ale nie zapominajmy o tym, że świat, miotany między skrajnościami, tej syntezy szukać musi, bo takie jest jego przeznaczenie. Skrajności są tylko objawami niepokoju poszukiwania, a rozkosz i triumf znalezienia bywa nagrodą za udręki poszukiwań.

Przypisy:

1 Adam Doboszyński (1904-1949) – polityk i ideolog ruchu nacjonalistycznego, autor programu gospodarczego, który zakładał przezwyciężenie sprzeczności i negatywnych cech kapitalizmu i komunizmu poprzez rozpowszechnienie drobnej własności środków produkcji oraz różne formy uspołecznienia dużych zakładów. W międzywojniu był również działaczem związanych z obozem narodowym związków zawodowych „Polska Praca”. W czasie wojny przebywał na emigracji, powrócił do kraju pod koniec roku 1946 z zamiarem odbudowy środowiska katolicko-narodowego. W lipcu 1947 r. został aresztowany, następnie poddany śledztwu z użyciem tortur. Po pokazowym procesie politycznym, w lipcu 1949 r. został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 29 sierpnia 1949 r. W roku 1989 Doboszyński został oczyszczony z zarzutów i pośmiertnie rehabilitowany.

Kościół a duch kapitalizmu

Grzech pierworodny ma zasięg powszechny. Każda dziedzina życia ludzkiego ma swój grzech pierworodny; ma go również życie społeczno-gospodarcze. /…/

Powstała nowa religia – pieniądza i bogactwa. Jej dogmaty – to nieograniczona wolność gospodarcza, wolna konkurencja, rozdział kapitału i pracy, najemnictwo, prawo podaży i popytu, mechanizm cen. Jej moralność – to brak wszelkiej moralności, przewaga kapitału nad człowiekiem i pracą, dobro produkcji, zysk jako dobry uczynek. Jej ołtarze – to wielkie fabryki, maszyny, narzędzia, kartele, syndykaty, banki, gdzie za cenę chciwości ofiarowywano życie ludzkie.

Cel ostateczny – błogosławiony bogaty. Bogatymi bądźcie za wszelką cenę – kto może i jak tylko może!

Oto bóg świata – spoganiały kapitalizm. Wszystko, co odtąd świat spotyka, łączy się ściśle z tym systemem; bowiem „przepaść przepaści przyzywa” (Ps 41, 8).

Spoganiały kapitalizm jest rodzonym ojcem wszystkich kierunków rewolucyjno-społecznych: socjalizmu, komunizmu, bolszewizmu – tych wszystkich dążeń, które działając na mocy prawa reakcji, stanęły w obronie pogwałconych praw człowieka.

Ale czyż złe drzewo może dobre owoce rodzić? Grzech rodzi grzech. Grzechowi kapitalizmu przeciwstawił się grzech socjalizmu, komunizmu, bolszewizmu. Herezje marksistowskie dowodziły, że technika kapitalistyczna rodzi ustrój kolektywistyczny. „Bo korzeniem wszelkiego złego jest chciwość, której gdy się niektórzy oddali, zabłądzili w niewiarę i ściągnęli na siebie wiele cierpień” (I. Tym. 6, 10). Mówicie, że to wygląda radykalnie? Każdy grzech jest radykalny, czy to będzie indywidualistyczny grzech kapitalizmu, czy kolektywistyczny grzech bolszewizmu. Wszystkie grzechy należą do jednej rodziny, dlatego i złota, i czerwona międzynarodówka płyną z jednego źródła – z chciwości.

W rozważaniach naszych zajmiemy się przede wszystkim duchem kapitalistycznym, gdyż on właśnie jest najbardziej przeciwny duchowi chrześcijańskiemu; to on rodzi owoce, którymi zatruwa się całe życie gospodarcze, społeczne, polityczne, a swój wpływ rozkładowy przerzuca nawet na życie moralne i religijne całych państw, narodów i społeczeństw.

Czyż Kościół może pozostać obojętny wobec tego zatrutego źródła, którym upajają się tak często jego dzieci?

Całe życie ludzkie ocenia Kościół swą miarą ostatecznej i najwyższej celowości. I w życiu gospodarczym ta miara jest niezawodna: wszystko, co człowiekowi ułatwia osiągnięcie tego celu, jest użyteczne i dobre; wszystko, co odeń oddala lub drogę utrudnia – jest złe lub nieużyteczne, i choćby największe zapewniało korzyści gospodarcze – musi być odrzucone, gdyż „nie samym chlebem żyje człowiek” (Pwt 8, 3).

Tą miarą ocenia też Kościół wszystkie prądy i kierunki gospodarcze, tę miarę przykłada również do oceny kapitalistycznej gospodarki. Zobaczmy, co z niej należy odrzucić, co zaś można zatrzymać.

I. Kościół wobec urządzeń gospodarki kapitalistycznej

Ileż to razy w szeregach rozgoryczonych robotników padały zdania: „Kościół trzyma z kapitalistami”, „Kościół zaprzedał nas bogaczom”. Komunistyczna propaganda i socjalistyczna taktyka, ukrywające starannie przed ludźmi prawdziwą naukę katolicką, jeszcze umacniały ten pogląd. Sami zaś kapitaliści nieraz osłaniali powagą Kościoła swe praktyki, rzucając cień podejrzeń na tego najwyższego stróża prawdy i moralności, który z jednakową siłą wszystkim przypomina ich obowiązki.

Nie jest prawdą, jakoby Kościół popierał bezbożny kapitalizm.

Jest wielką niesprawiedliwością głosić, że Kościół tylko robotnikom zalecał posłuszeństwo i cierpliwe znoszenie niewoli kapitalistycznej, natomiast sprzyjał przemysłowcom i ochraniał plutokrację. Czyż nie słyszeliście o tym, że do ostatnich niemal czasów tylko Kościół miał odwagę stawiać wytrwale czoło rozpowszechnionej praktyce pobierania procentów od kapitału, choć cały ówczesny system gospodarczy natrząsał się z niego, jako głosiciela ciemnoty i zacofania. A przecież jak długo dawano posłuch Kościołowi, rozwój kapitalizmu w dzisiejszej jego postaci był wśród narodów katolickich powstrzymany. Czyż nie widzicie, że to właśnie niekatolickie kraje są najsilniejszymi twierdzami kapitalizmu? Czyż nie słyszeliście, że właśnie Kościołowi zarzuca się, iż jego nauka i moralność zahamowały w krajach katolickich rozwój przemysłu i handlu? /…/

Kościół nigdy nie pochwalał ani nie popierał kapitalizmu, natomiast od najdawniejszych czasów aż do naszych dni zawsze zwalczał zawzięcie wszelkie rodzaje lichwy. Wszak w okresie największego rozprzężenia lichwiarskiego Leon XIII potępiał „żarłoczną lichwę”, którą dziś ludzie „chciwi i żądni zysku uprawiają w nowej postaci” (RN, 2) [Rerum novarum]. A prawo kanoniczne, ogłoszone przez Benedykta XV, zabrania wszelkich lichwiarskich kontraktów, a więc i wyzyskującej umowy o pracę, lichwiarzom zaś grozi karami kościelnymi (kan. 1543).

Także dziś można usłyszeć w świątyniach katolickich słowa Księgi Przypowieści: „Kto kryje zboże, przeklnie go pospólstwo, lecz błogosławieństwo nad głową sprzedających” (Prz 11, 26). I inne: „Obrzydliwością jest u Pana waga i waga; szala zdradliwa nie jest dobra” (Prz 20, 23).

Wyzyskujący i bezbożny kapitalizm jest potępiany zawsze przez całą naukę Kościoła świętego.

Kościół odrzuca nie ograniczoną żadnym prawem wolność samolubnego kapitalizmu.

Kościół broni wolności, gdyż wolność jest nieodzownym warunkiem działalności ludzkiej i najlepiej odpowiada rozumnej naturze człowieka. Zdecydowanie jednak potępia Kościół taką wolność, która wyzwala z prawa przyrodzonego i Bożego, z wszelkich nakazów moralnych. Wolność taka staje się zatrutym źródłem; z takiej wolności bogatego płynie niewola ubogiego.

Właśnie dlatego, że liberalizm gospodarczy głosił wolność od wszelkiego prawa Bożego, spotkał się z potępieniem Kościoła. Nowoczesny kapitalizm odrzucił wszelką pomoc Bożą w życiu gospodarczym. /…/

Nie to jest tragiczne, że bezbożny kapitalizm wyrzekał się Boga w fabryce; Bóg chrześcijański zbyt wnikliwie patrzy w serca i na dłonie. Rozpoczęli służbę bogu – mamonie, która napełniła ich kieszenie. Wzięli zapłatę swoją za zdradę Boga – judaszowe srebrniki. A co zyskali na zdradzie Boga robotnicy? Dlaczego wypędzali Go z fabryk i warsztatów, ze swoich programów, partii i związków? Czy po to, by przyspieszyć zwycięstwo bezbożnego i samolubnego kapitalizmu? Właśnie ta zdrada praw Bożych przez świat kapitalistyczny i przez świat robotniczy – ta wspólna wina! – ułatwiła rozbicie gospodarczego organizmu zdrowego życia zawodowego, zaprowadziła nieład, a w następstwie – wyzyskanie gospodarczej przewagi kapitału. Czyż możliwe było utrzymanie moralności życia gospodarczego bez praw Bożych? Stara mądrość objawiona mówiła: „Jako w pośrodku spojenia kamieni kół się wbija, tak i między sprzedawanie a kupowanie wciśnie się grzech” (Syr 27, 2). Nic więc dziwnego, że życie gospodarcze wyzwolone z Bożego prawa wspólnym wysiłkiem fabrykantów i robotników stało się krainą grzechu, nowoczesną Sodomą i Gomorą, która tu i ówdzie zamieniła się w Morze Martwe.

Kościół uznaje godziwe instytucje gospodarcze.

Świat Boży jest wielkim domem, w którym życie ludzkie powinno rozwijać się według wzorów Bożych. A przecież Bóg jest twórcą tej wspaniałej „maszyny”, o której czytamy w Księdze Przypowieści: „Mądrość zbudowała sobie dom, wyciosała siedem filarów. Ofiarowała ofiary swoje, zmieszała wino i stół swój zastawiła” (Prz 9, 1-2). /…/ Człowiek jest wezwany do wielkiej pracy stopniowego przebudowywania świata. Rozwój gospodarstwa światowego jest wynikiem praw postępu. Nie może więc i współczesny wielki przemysł, sam w sobie, być czymś złym i zasługującym na potępienie, jeśli pracuje zgodnie z prawem Bożym, bo „robota sprawiedliwego ku żywotowi” (Przy 10, 16). Każda uczciwa praca ludzka, jeśli poświęcona jest tworzeniu dóbr prawdziwie użytecznych, jest współpracą człowieka z Bogiem w Jego planie wyżywienia świata.

Kościół nie potępia również gospodarki kredytowej, którą posługuje się wielki przemysł, o ile jest ona prowadzona sprawiedliwie. Pan Jezus postawą swoją dał dowód, że w każdej dziedzinie życia ludzkiego mogą być zalety i wady, które przy dobrej woli człowieka można naprawić. Dlatego przyjął zaproszenie na ucztę u Lewiego, gdzie „wielka rzesza celników i innych z nimi siedziała u stołu” (Łk 5, 29); a gdy się z tego gorszyli ówcześni purytanie, zapewnił ich, że i ci ludzie mogą wejść do królestwa niebieskiego, jeśli będą pełnić uczciwie swoje obowiązki (zob. Łk 5, 27-32). Dlatego Chrystus Pan wszedł pod dach Zacheusza, aby i jego domowi stało się zbawienie; dlatego na apostoła i ewangelistę powołał Mateusza, aby pouczyć świat, jak pod mocą łaski Bożej może i powinna się uświęcić wszelka praca ludzka.

Kościół również nie potępia tego, że robotnicy współcześni pozostają w stosunku najemnym do pracodawcy, zachęca tylko do tego, by wysiłki ludzkie szukały innych form tego stosunku, lepiej odpowiadających godności człowieka. Już dzisiaj jednak Kościół każe zabezpieczać robotników najemnych przez sprawiedliwą zapłatę, rozbudowę ustawodawstwa społecznego, zakłady dobroczynne i powszechną wolę podnoszenia stopy życiowej robotnika.

II. Co zwalcza Kościół we współczesnym kapitalizmie?

Ewangelia święta podaje nam opis uczty zgotowanej przez króla, który przez sługi swoje wezwał na nią wybranych, ale ci odmówili wzięcia udziału w uczcie, „zaniedbali i odeszli, jeden do wsi swojej, a drugi do kupiectwa swego” (Mt 22, 5). Jest to obraz współczesnego życia gospodarczego, którego organizatorzy i kierownicy zupełnie nie biorą udziału w uczcie króla niebieskiego, całkowicie oddani swoim wołom, wsiom i kupiectwu. Stąd się rodzą wszystkie grzechy kapitalizmu.

Kościół odrzuca doczesność dążeń gospodarki kapitalistycznej.

Odrzuciwszy prawo Boże, kapitalizm upaja się złudą szczęścia ziemskiego i – podobnie jak komunizm – chce stworzyć raj na ziemi. W tym celu żąda nieograniczonej wolności dla własności prywatnej i odrzuca wszelkie obowiązki społeczne. Wyznawcom swoim wskazuje jako cel zasadę potępioną przez Kościół: Naprzód bogaćcie się, a wszystko inne będzie wam przydane. Wraz z tą zasadą zaleca jako środki bogacenia się: zbyt łatwe zyski, szybkie zarobki spekulacji, wyrzucanie na bruk robotników i pracowników, panowanie kłamliwej reklamy, podstępne upadłości, oszukaństwo, zamachy giełdowe, „walkę na noże” między trustami, kartelami, domami handlowymi, wyuzdaną rywalizację towarzystw akcyjnych – wszystkie te dzikie formy anarchii gospodarczej, wiodące nieliczną garść ludzi do opanowania świata przy pomocy pieniądza i kredytu. Cóż dziwnego, że Stolica św. w [encyklice] Quadragesimo anno [QA] potępia zdecydowanie te nowoczesne grzechy, z których nikt się nie oskarża i których win nikt nigdy nie naprawia?

Prawdą jest, że prawa właściciela są wyłączne, że dobra przeznaczone są przede wszystkim do zaspokojenia jego potrzeb; ale te prawa nie są nieograniczone, gdyż człowiek nie jest bezwzględnym panem swych dóbr, a tylko ich włodarzem, a więc z włodarstwa swego, z zarządu i użycia dóbr musi zdać sprawę przed Bogiem.

By ustrój gospodarki kapitalistycznej mógł spełnić swe zadania, domaga się od swych kierowników wielu cnót moralnych. Żadne bowiem społeczeństwo nie może istnieć bez cnót moralnych, a cóż dopiero cała dziedzina życia gospodarczego.

Usilnie potępia Kościół ducha zysku, tworzenie bogactw dla nich samych.

Kapitalizm istotę swego całego gospodarstwa zasadzał nie na zaspokojeniu potrzeb ogółu, ale na możliwie największym wzbogaceniu jednostek. Tu tkwi największy jego błąd – zysk postawił za cel gospodarowania.

W tym też duchu kapitalizm wychował człowieka. Człowiek rządzący się duchem kapitalistycznym wszystkie kamienie chce w chleb zamienić, cały cel swego życia, prac, trudów widzi w osiąganiu zysku. W oczach jego upadają wszystkie związki naturalne między ludźmi: wspólnota rodzinna, zawodowa, narodowa, religijna – pozostaje tylko związek pieniądza i umowa odpłatna. Człowiek taki ma przywiązanie tylko do tego, co przynosi zysk. Wszystkie dzieła rąk Bożych nikną mu sprzed oczu: przyroda to już nie piękno, ale surowce, to dochody z gleby i hodowli. Ba, nawet człowiek przestał być dlań bliźnim, a został tylko siłą najemną, rękoma roboczymi lub też właścicielem pakietu akcji.

Duch zysku rodzi gorączkowy pośpiech i pogoń za groszem. Kapitalista dąży do tego, by zyskać na czasie, by włożonym kapitałem w jak najkrótszym czasie obrócić największą ilość razy. Rozpoczyna się opętana pogoń, by oszczędzić na czasie, na procencie, na pracy i płacy robotnika, by umożliwić nową inwestycję. Oto tajemnica gorączkowego tempa nowoczesnej produkcji, maszynizmu, akordowej płacy, w której kapitaliści idą w zawody ze stachanowskimi bolszewikami, w kuszeniu robotnika widokiem zarobku, aby go zmusić do zwiększenia wysiłku choćby kosztem dobra własnej duszy i ciała.

Jakiż z tego owoc? Czyż nie staje nam w tej chwili przed oczyma ów gospodarz opisany w Ewangelii, który zgromadziwszy w nowych gumnach nadspodziewany urodzaj, przemówił do swej duszy: „Odpoczywaj, jedz, pij, używaj”? Ale los ich jest jednaki: „Tej nocy zażądają duszy twojej od ciebie” (Łk 12, 19-20).

Śmierć stoi u wrót chciwości. „Nie ma nic niegodziwszego jak miłować pieniądze; bo taki i duszę swą ma przedajną, gdyż w życiu swoim wyrzucił wnętrzności swoje” (Syr 10, 10). Człowiek owładnięty żądzą zysku „wyrzuca wnętrzności swoje” w nerwowym pośpiechu, w nieustannej pogoni za zarobkiem. Nerwy, nerwy, a stąd wariaci, degeneraci, zboczeńcy, półludzie, którzy już nie mają czasu i sił na nic, co nie jest pieniądzem, groszem, zyskiem…

Oto nowoczesny homo oeconomicus.

Kościół zwalcza kapitalistyczny wyzysk i poniżenie ludzi pracy.

Z niezwykłą stanowczością ostrzegał Kościół cały świat przed zgubnymi następstwami kapitalizmu, który uderzał w godność osobistą wyzyskiwanego robotnika.

Kapitalizm najpierw zrównał człowieka z maszyną, a ludzi sprowadził do rzędu bezdusznego narzędzia; w dalszym ciągu uszlachetnił i wyniósł do poziomu bóstwa maszynę, poddając jej służbie człowieka. W smutnym wyniku tego niewolnictwa wysiłek człowieka ciągle wzrasta, wyniszczając przedwcześnie, wskutek przyśpieszenia tempa pracy, siły robotnicze. /…/

Przez daleko posunięty podział, mechanizację i racjonalizację pracy ugodził kapitalizm w największy dar człowieka, w jego rozumną naturę, niszcząc wszelkie jego zainteresowania w odniesieniu do przedmiotu pracy. Jakże słuszne jest zdanie Piusa XI, że w epoce kapitalizmu martwa natura wychodzi z warsztatu pracy uszlachetniona, podczas gdy człowiek staje się gorszym i pospolitym. Co więcej, zepchnąwszy człowieka poniżej maszyny, kapitalizm zatracił wrażliwość na wszelkie podstawowe potrzeby i warunki życia ludzkiego. Zdawało mu się, że jak maszyna nie ulega znużeniu, a tylko prawom amortyzacji, podobnie i człowiek. Dlatego nakłada nań ciężary, których sam nie dźwiga. Jakże podobni są współcześni kapitaliści do tych niegodziwych rolników, na których żalił się Job: „Nagiemu dopuszczają chodzić bez odzienia, a o głodzie chowają tych, którzy ich snopy znoszą” (zob. Hi 24, 10).

Nie liczył się też kapitalizm z potrzebami moralnymi i religijnymi człowieka, samą organizacją pracy utrudniając spełnianie obowiązków podstawowych wobec własnej duszy i jej zbawienia. Gdy do tego dodamy lichwę płacy – stałe obniżanie zapłaty za pracę – albo sabotowanie robotników widmem redukcji i bezrobocia, wtedy powody do protestu Kościoła staną się jeszcze bardziej oczywiste.

Groził ongiś Izajasz wyzyskiwaczom: „Biada wam, którzy przyłączacie dom do domu, a rolę do roli przyczyniacie aż do granicy miejsca! Izali wy sami mieszkać będziecie wpośród ziemi?” (Iz 5, 8). Chciwość zamyka oczy na tę prawdę ekonomiczną, że zubożenie mas odbije się fatalnie na ich sile nabywczej, a zatem na produkcji i na stanie przedsiębiorstw. Owoce ducha kapitalistycznego są straszliwe. Pracownik zubożał duchowo, odbiegł od prawa Bożego i ludzkiego, ratując się za wszelką cenę przed gwałtem i tyranią gospodarczą. Zawiedziony w swym szczęściu doczesnym, robotnik duszę swą napełnił niepokojem, chciwością, bezwzględnością, zazdrością, pożądliwością zabronionych dóbr ziemskich. Poddany nędzy materialnej, brnął w nędzę moralną, a zubożały duchem i ciałem, sprowadzony do poziomu życia proletariackiego, niegodnego człowieka, uległ wszelkim pokusom rewolucji, przewrotu, komunizmu i bolszewizmu. Oto gorzkie owoce grzechów wołających o pomstę do nieba.

W bezwzględny sposób potępia Kościół plutokrację, czyli panowanie pieniądza nad całym życiem gospodarczym.

Duch indywidualistyczny, panujący w życiu gospodarczym, doprowadził do kapitalizmu, który w skrajnej swej formie doprowadził do dyktatury pieniądza. Pius XI zwraca uwagę na smutne zjawisko naszych czasów – w ręku nielicznych jednostek skupia się niebezpieczna potęga i despotyczna władza ekonomiczna. A władza ta „najgorszą przybiera postać w działalności tych ludzi, którzy, jako stróże i kierownicy kapitału finansowego, władają kredytem i rozdzielają go według swej woli. W ten sposób regulują oni niejako obieg krwi w organizmie gospodarczym i sam żywioł gospodarczego życia trzymają w swych rękach, że nikt nie może wbrew ich woli oddychać” (QA, 106). Przez skomplikowany system monopolów, trustów i koncernów cennikowych doprowadziła ona do opanowania wszystkich środków życia, z pogwałceniem sprawiedliwości. Dla egoistycznego bogacenia się wykorzystywano różne stowarzyszenia przemysłowe i handlowe, różne użyteczne instytucje bankowe i kredytowe, aby odtąd – zamiast służyć dobru obywateli, dla których zostały powołane do życia – służyły wyzyskowi już nie tylko jednostek, ale całych klas, warstw społecznych, narodów i państw.

Odtąd – jak mówią w swym liście pasterskim biskupi katoliccy Austrii – plutokracja prowadzi systematyczne okradanie narodów z oszczędności, planowe zubożenie mas, aby uzależnić od siebie już nie tylko robotników, ale rzemieślników, stan średni, a nawet przedsiębiorców i fabrykantów. Świat bankierski – czytamy w tymże liście – doszedł w poszczególnych państwach do nowej potęgi panującej, jakiejś samozwańczej władzy nad władzą państwową, tak że władza ta już nie jest suwerenna. Zamieniwszy pieniądz na towar, który sprzedaje po lichwiarskich cenach w swych złoconych kramach bankierskich, finansjera bezbożna, chcąc się wzbogacać bez granic, wpada „w pokusy i w sidła diabelskie – jak mówi św. Paweł – i w wiele nierozumnych i szkodliwych pożądliwości, które pogrążają ludzi na zatracenie i zgubę” (I. Tym. 6, 9).

„To skupienie potęgi i bogactw w rękach niewielu prowadzi do dalszej, potrójnej walki: naprzód do walki o ujarzmienie samego życia gospodarczego, dalej – do walki o opanowanie państwa, aby jego środki i jego władzę wyzyskać potem do walki gospodarczej” (QA, 103). Zyskawszy te dwie władze, finansjera rozpoczyna walkę z urządzeniami państwowymi, zwalcza ustawodawstwo społeczne i wszelkie reformy, mnożąc liczne grzechy wołające o pomstę do nieba. Oto skromna ich lista:

Obarczają lichwiarskim, nadmiernym oprocentowaniem usługi instytucji bankowych i kredytowych; wyzyskują zarówno robotników, jak i drobnych wytwórców i dostawców przez złe warunki pracy, niesprawiedliwą płacę i cenę; niesprawiedliwie oprocentowują albo wprost przywłaszczają sobie oszczędności, zwłaszcza drobne, przez sztuczne bankructwa, inflacje, sztuczne zwyżki i zniżki, przedsiębiorstwa akcyjne itp.; pieniądz, który miał być pomocnikiem, zamienili w kierownika życia gospodarczego, odrzuciwszy zaś zaradzanie potrzebom ludności, z zysku pieniężnego uczynili cel czynności gospodarczych.

Nic dziwnego, że ta olbrzymia potęga doprowadziła do powszechnej walki wszystkich przeciwko wszystkim: kapitału przeciwko pracy, wielkiego kapitału przeciwko małemu, burżuazji przeciwko proletariatowi itd.; że wreszcie owładnęła i sponiewierała godność rządzących, sprowadzając ich do roli niewolników zaprzedanych ludzkim namiętnościom i samolubnym interesom. /…/ Ale nie koniec na tym! Prowadzi „wreszcie do walki między państwami, czy to w ten sposób, że poszczególne państwa oddają swoje siły polityczne w służbę gospodarczych interesów swoich obywateli, czy też w ten, że swojej gospodarczej przewagi używają do rozstrzygania międzynarodowych sporów politycznych” (QA, 108). Tu rozpoczyna się najstraszliwszy rozdział dziejów ludzkości – okrutne, krwawe, bezlitosne wojny, których brudne, handlarskie cele osłaniane są nieraz najszczytniejszymi hasłami; wojny, które poniewierają do reszty wszystko, co powinno być i święte, i wzniosłe.

***

Wszelkie nadużycie prawa Bożego ma swój odwet; Bóg nie pozwoli naśmiewać się ze swoich praw.

„Korzeniem wszelkiego złego jest chciwość, której gdy się niektórzy oddali, zabłądzili w niewiarę i ściągnęli na siebie wiele cierpień” (I. Tym. 6, 10).

Dziwna rzecz, jak niebezpieczne jest niesłuszne zbieranie kosztem duszy swojej (zob. Syr 14, 4), jak wielkie bogactwa podnoszą pychę ludzką przeciwko Bogu, a świat pogrążają w materializmie używania i w niewierze. Cóż jest dziś bardziej ateistyczne – komunizm czy kapitalizm? Kogo wolicie w gumnach waszych – czy jawnego podpalacza, który trąbiąc na wszystkie strony świata podkłada żagiew pod wasz dom, czy też skrytego, który o północy cicho i nieznacznie się skrada, by ojcowiznę waszą w popiół obrócić? Oceńcie sami!

O nową treść i formę (O formę i treść przyszłej Polski – część IV)

W związku z wydanymi dotychczas rozważaniami na temat treści i formy przyszłej Polski spotkaliśmy się z uwagami, że dziś to jeszcze za wcześnie, że na razie cel: Polska Niepodległa – wystarcza całkowicie, i dyskusja nad tym, jak ona ma wyglądać – rozprasza energię i zwartość polskiego społeczeństwa. Czy takie stanowisko jest słuszne? Wydaje się nam, że nie.

Jesteśmy zdania, że właśnie teraz jest czas na przemyślenie popełnionych błędów i znalezienie dróg dla uniknięcia ich w przyszłości. Właśnie teraz jest czas na gruntowne przepracowanie tych zagadnień i na wewnętrzne przygotowanie się do nowego okresu państwowej niezawisłości. Jesteśmy przekonani, że ukazanie zarysu jej form i wewnętrznej treści w wyraźniej określonych kształtach nie tylko energii walczących o nią nie osłabi, ale wręcz przeciwnie – spotęguje. Głębokie przekonanie, iż przyszłe państwo polskie podstawową warstwę narodu – chłopów – przestanie traktować po macoszemu, że zapewni im należyte warunki życia i rozwoju – pozwoli masom chłopskim utrzymać dotychczasową twardą postawę. Zacięta nienawiść przeciwko nowemu, na starej metodzie gwałtu opartemu terrorowi – połączona z perspektywą dobrej, sprawiedliwej Polski, nie da im upaść na kolana przed okupantem i pozwoli na przetrzymanie prześladowań i ponoszenie ofiar takich, jakich wymaga każdy dzień powszedni systematycznej i wytrwałej walki. Mając to na uwadze prowadzić będziemy dalej nasze rozważania.

Niezbędne uzupełnienie

W ostatniej, III części, po omówieniu poszczególnych kierunków rozwojowych przedwojennej Polski, doszliśmy do wniosku, iż jedyną formą rozwojową przyszłej Rzeczypospolitej może być tylko demokracja. Demokracja wyleczona ze swych wad, demokracja usprawniona, zdolna do wciągnięcia do pracy nad organizowaniem nowego życia wszystkich żywych sił społecznych.

Aby tego rodzaju demokracja mogła całkowicie spełnić swoje zadanie, niezbędne jest uzupełnienie o odpowiednią przebudowę gospodarczą, która stworzy należyte warunki jej rozwoju.

Proces kształtowania życia gospodarczego musi obecnie pójść w innym nieco kierunku, aniżeli po pierwszej wielkiej wojnie światowej. W latach 1919 i 1920 warstwy pracujące, chłopi i robotnicy, nie zastosowały żadnych poważniejszych cięć przeciwko tym, co nimi wieki całe pomiatali. W radości z odzyskania niepodległości wspaniałomyślnie przebaczono i uszanowano całkowicie interesy elementów, które później okazały się wrogami demokracji. Historia dwudziestolecia powstałej po wojnie światowej Polski dobitnie wykazała, iż był to błąd. Błędu tego po drugiej powszechnej wojnie powtórzyć nam nie wolno.

Wyrównanie praw i możliwości życiowych człowieka pracującego – w płaszczyźnie politycznej – uzupełnione być musi wyrównaniem stanu życiowego na płaszczyźnie gospodarczej. Przepaście różnic majątkowych i władania na polu gospodarczym muszą zostać o ile możności zwężone, względnie zasypane.

To nic, iż w nielicznych bezpośrednio zagrożonych ośrodkach podniosą się okrzyki protestu przeciwko rzekomo wyrządzonej im „krzywdzie”. W dążeniu do celu, jakim jest pełna demokracja, nie można zatrzymywać się w połowie drogi, trzeba być konsekwentnym. Wspaniałomyślność nie zawsze jest dobrą bronią. Często mści się. Czasem konieczne są zdecydowane posunięcia, którym nie zawsze wszyscy przyklasną, ale które dalszy bieg historii w pełni usprawiedliwi.

Z przeprowadzeniem gruntownych reform ustroju gospodarczego nie można czekać, aż dalsze lata powojenne mieć będą sprzyjające po temu warunki. Dotychczasowy bowiem system gospodarczy został przez wojnę mocno nadwerężony. Zaborcy przyswoiwszy sobie najbardziej okrutne metody gwałtu i rozboju, jakie na przestrzeni dziejów wymyślili tyrani, poniszczyli i poprzewracali wszystko, co się tylko dało. Konfiskaty, przesiedlenia, całkowite podporządkowanie sobie wszystkich dziedzin życia gospodarczego mocno zmieniły dotychczasową strukturę ustroju gospodarczego. Nie poprawiły jej, ale przeciwnie – wielokrotnie pogorszyły.

Po przepędzeniu okupantów, zamiast zajmować się łataniem dziur i wyrw porobionych nie tylko w domu i ścianach, ale i fundamentach, celowiej będzie zacząć przebudowę ustroju w myśl nowego planu. Będzie to tym łatwiejsze, iż podobne procesy rozwojowe odbywać się będą w większej ilości krajów. W miarę przedłużającej się wojny coraz wyraźniej rysuje się charakter tych przemian, w bloku państw koalicji, przy bliższym określaniu porządku, jaki trzeba będzie wprowadzić po zlikwidowaniu hitlerowsko-faszystowskiego rozboju, coraz większy głos zdobywają ludzie pracy. Sprawy społeczno-gospodarcze są coraz mocniej akcentowane.

Cel i kierunek przebudowy ustroju gospodarczego

Wymieniony wyżej prąd nurtuje również w szerokich masach polskiego społeczeństwa. Coraz bardziej zaczyna upowszechniać się przekonanie, iż po wojnie nie może być dalej uświęcana tego rodzaju forma gospodarki, w której olbrzymia część dochodu społecznego skupiać się będzie w rękach nielicznych grup, pozostawiając warstwom pracującym tylko ochłapy. Podział tego dochodu musi być równomierny, sprawiedliwy.

Nie jest i nie będzie w stanie dokonać tego zbiurokratyzowana, niszczycielska, podporządkowana interesom uprzywilejowanej kliki gospodarka totalistyczna; nie jest i nie będzie w stanie spełniać tego czyniąca z człowieka zwykłe bydlę robocze gospodarka bolszewicka. Bliższe zetknięcie się z tymi formami ustrojowymi wszystkim, nawet ich entuzjastom, dostatecznie je obrzydziło.

Nowy system gospodarczy budowany być musi na nowych podstawach, wypracowanych i wykonanych przez szerokie masy społeczne nie tylko z imienia, ale i w rzeczywistości.

Podstawowym tytułem do uczestniczenia w dochodzie społecznym będzie praca. Kryjący się pod różnymi formami wyzysk człowieka przez człowieka musi zostać zlikwidowany.

Zastanawiając się nad realizacją takiego systemu gospodarczego, nasuwa się jedno nadzwyczaj ważne zastrzeżenie. Przebudowa i budowa nowych form i instytucji gospodarczych dokonać się musi w sposób, który nie tylko nie obniży wydajności produkcji, ale ją usprawni i zwiększy. Jest bowiem rzeczą zrozumiałą, że tylko w tym wypadku osiągnąć będzie można powszechne podniesienie stopy życiowej ludzi pracy zarówno na wsi, jak i w mieście. Solidarność i ścisła współzależność interesów tych dwóch warstw, obejmujących olbrzymie większości ludności w państwie, musi stać się punktem wyjścia przy przebudowie. Polityka gospodarcza państwa musi mieć to stale na uwadze i zmierzać musi do równowagi przy podziale dochodu między poszczególne zawodowe grupy świata pracy.

Podstawą i ośrodkiem budowy nowego ustroju będzie wolny, samodzielny i uspołeczniony człowiek.

Zapał i entuzjazm, jaki wywoła zbrojne usunięcie okupantów, świadomość, iż ten nowy ustrój, nowy dom budować będziemy dla siebie, pozwoli nam wykrzesać z siebie olbrzymią masę energii i uporać się z różnymi trudnościami, jakie wysuną poszczególne etapy realizacji. Przyjdzie nam nieraz pracować bardzo ciężko, ale robić to będziemy z przekonaniem, iż system gospodarczy, który tworzyć będą szerokie masy dobrowolnie, a nie pod przymusem – łącząc zdobycze techniczne z wolnością – udać się musi.

Zagadnienie zapewnienia należytego udziału w dochodzie społecznym, po prostu odpowiedniej zapłaty za pracę, rozwiązane być może z jednej strony drogą uspołecznienia niektórych działów życia gospodarczego i z drugiej strony poprzez zmniejszenie rozpiętości w posiadaniu i należytą organizację nieuspołecznionych gałęzi gospodarki.

Umówmy się i określmy, co rozumiemy przez szerokie słowo: uspołecznienie. W naszym pojęciu będzie to przejęcie określonych przedsiębiorstw, względnie spełnianych przez nie funkcji, przez zespoły ludzi zorganizowane w formie spółdzielczej, względnie różnego rodzaju samorządu. Życie wypracowało już cały szereg typów jednego i drugiego. Trudno wyliczyć w tej chwili szczegółowo, co ulegnie tego rodzaju uspołecznieniu. Nie ulega jednak wątpliwości, że dotyczyć ono będzie tych gałęzi życia gospodarczego, których działalność dotyczy szerszych kół ludzi, a których uspołecznienie nie spowoduje obniżenia produkcji. Uspołecznieniu w formie spółdzielczej ulegną zatem te przedsiębiorstwa, których działalność dotyczy przetwórstwa i zbytu artykułów rolnych, dalej te przedsiębiorstwa, co do których specjalnie zainteresowana jest spółdzielczość spożywców. Duże możliwości w tej dziedzinie może mieć również spółdzielczość pracy.

Uspołecznieniu w formie przejęcia przez samorząd podlegać będą przedsiębiorstwa produkujące dobra o charakterze użyteczności publicznej, jak: zakłady elektryfikacyjne, gazowe, wodne, komunikacji tramwajowej, autobusowej itp., co właściwie w pewnej mierze miało już miejsce.

Szczególną formą uspołecznienia może być upaństwowienie. Stosowane jednak być winno tylko w wypadkach specjalnie uzasadnionych i tylko do tych działów życia gospodarczego, które mają związek z obronnością państwa lub mają charakter kluczowy dla całości gospodarki społecznej, jak np. kolej, poczta, komunikacja, przemysł wojenny, przemysły surowcowe, jak górniczy, hutniczy itp. Przy demokratycznym systemie rządów społeczeństwo będzie miało zapewniony wgląd i kontrolę do przejętych i prowadzonych przez państwo przedsiębiorstw, co w dużej mierze pozwoli na uniknięcie tych wad i niedomagań, jakie przynosi tego rodzaju forma gospodarki.

Szczególnie dojrzałe do uspołecznienia, względnie upaństwowienia wydają się przedsiębiorstwa, które należały do skartelizowanych gałęzi życia gospodarczego. Im uspołecznienie wcale nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie, pomoże zarówno do rozwinięcia i zwiększenia produkcji, jak również do obniżenia cen wytwarzanych artykułów.

Poza wyżej wymienionymi dziedzinami, w rękach organizacji społecznych i państwa znaleźć się musi tak ważny dział dla rozwoju całości gospodarstwa, jakim jest aparat bankowo-kredytowy. W ten sposób o polityce gospodarczej państwa decydować będą nie egoistyczne interesy jednostek, względnie sprytnie zamaskowanych klik, ale interesy ogółu.

Te przedsiębiorstwa, które pozostaną w ramach gospodarki prywatnej, zostaną objęte kontrolą społeczną ze strony uspołecznionych związków danej gałęzi produkcji, reprezentujących zarówno producentów, jak i spożywców.

Rzemiosło pozostanie oczywiście w prywatnym władaniu. Ważne zagadnienia, jak: zakup surowca, zbyt gotowych artykułów, wspólne korzystanie z urządzeń technicznych, rozwiązywać będą poszczególne grupy rzemiosł w formie spółdzielczej. Na zasadach spółdzielczych oprzeć się będzie również mogła wytwórczość chałupnicza i przemysłu ludowego.

Do najważniejszych, nieuspołecznionych gałęzi gospodarki należeć będzie rolnictwo. Nie może ono jednak obyć się bez gruntownych reform. Ponieważ sprawa ta najbardziej nas interesuje, zatrzymamy się przy niej nieco dłużej.

Reforma rolna jako zagadnienie państwowe

Nie bez przyczyny budziło zagadnienie reformy rolnej mnóstwo różnych odgłosów na wsi i w mieście. Już z tego sądząc można by w tytule niniejszego napisać: reforma rolna jest sprawą pierwszorzędnej wagi w życiu państwa polskiego.

Obok najliczniejszych głosów potakujących odzywały się jednak w sprawie reformy rolnej, zrozumianej jako podział dużych majątków folwarcznych na mniejsze gospodarstwa chłopskie, również pewne głosy nie tak życzliwe. Byli np. tacy, którzy bagatelizowali znaczenie reformy, będąc właściwie przeciwnikami wielkiego czynu. Przeto słyszeliśmy, że reforma rolna nie zapobiegnie wiejskiej biedzie, że są inne ważniejsze i pilniejsze w tej mierze sprawy, jak choćby wychodźstwo do miast, do przemysłu za granicą czy do kolonii, czy jeszcze gdzie indziej. A nam się wtedy zdawało, że wieś zachowała w istniejących warunkach trzeźwy chłopski rozum, gdy z myślą o reformie szukała podstawy utrzymania i polepszenia bytu w pracy najbliższej wiekowemu umiłowaniu, a co najważniejsza i rzeczywistemu dzisiejszemu przygotowaniu chłopów.

Czy na wsi nie myślano o życiu miejskim, o kształceniu się w handlu albo w fachu? Owszem. To jednak prosty człowiek wiedział i wie, że trzeba gotówki, przygotowania i mozołu, aby wychodząc ze wsi zająć samodzielne stanowisko w rękodziele czy w handlu miejskim, czy choćby stanowisko odpowiedzialnego robotnika. Jeżeliby miało być takim prostym zaradzeniem na biedę wiejską wychodźstwo do miast, to dlaczego klęską miast było bezrobocie, jakim dobrym prawem ma być chłopu łatwiej w mieście, niż mieszczaninowi, robotnikowi czy inteligentowi? Niech więc tymczasem ludzie miejscy robią reformę miejską w rękodziele, przemyśle i handlu, a ludzie wiejscy potrzebują reformy wiejskiej w rolnictwie. I ten pogląd o konieczności reformy rolnej nie było to demagogiczne hasło Stronnictwa Ludowego, bo ono nie miało na to hasło monopolu. Żądanie reformy przeniknęło masy wiejskie bez względu na ich światopogląd ogólny i przynależność ideową. I z tym zjawiskiem ogólnowiejskim, jako ze zjawiskiem o pierwszorzędnej doniosłości państwowej, trzeba się liczyć.

Ze swej strony wyrażaliśmy niejednokrotnie zamiary w sprawie reformy, wiemy, czego się po niej spodziewać, a czego nie trzeba się spodziewać – i wiemy, że ją trzeba nie robić, ale zrobić raz i dobrze. Położyliśmy na szalę interes prywatny tych kilkudziesięciu setek właścicieli ziemskich, którzy są panami zapasu ziemi, a z drugiej strony interes więcej niż paruset tysięcy tych chłopów gospodarzy, którzy z rodzinami żyją na kilkumorgowych gospodarstwach. Po tej stronie szali widzimy, że tylko twardy mus trzyma ludzi przy życiu – pół-życiu, w którym ani pracy, ani jadła, ani widoków dla rodziny nie znajdzie. Od tego musu i głodowania stałego przed wojną musi się oderwać tysiące tysięcy osób, jeśli pokolenie narodu chłopskiego ma nie skarleć lub nie wykoleić się. To wydaje się nam zgodne z wyższym interesem społecznym. A jeżeli nam mówią, że nie zaspokoimy nadmiernego głodu ziemi, że w myśl dotychczasowej ustawy pozostał już tylko niewielki zapas ziemi do parcelacji, to godząc się, że tak jest istotnie, dochodzimy do przekonania, że trzeba ów zapas powiększyć, zmieniając ustawy w tym miejscu, gdzie mówi się o maksimum posiadania. Społecznie biorąc nie ma racji, aby w ręku pojedynczych właścicieli obszary rolne miały dochodzić do 180 ha, gdy za miedzą tłoczą się przy tej ustawie ludzie pozbawieni minimum egzystencji. Pewne zrównanie szans majątkowych zwiększy równowagę ustroju społecznego, zdemokratyzuje go w miarę, i utrudni prawe i lewe nań zakusy. Za tym idzie sprawa odszkodowania. Co do tego, jak się obejść z prawem własności rodzin ziemiańskich, opinia wiejska jest zależna od różnic światopoglądu społecznego i politycznego, tak że można jeszcze usłyszeć rozmaite głosy. Wszyscy chłopi są jednak bez względu na sympatie polityczne na ogół zgodni w ocenie niedawnej swej przeszłości gospodarczej, a stąd może nietrudno będzie o uzgodnienie zdań w przyszłości.

Ogół wiejski uważa za błędną minioną politykę takiej reformy, która stwarzała gospodarstwa nadmiernie zadłużone, niezdolne przez to do życia. Był czas, kiedy wysoko szacowano ziemię, udzielając na jej kupno wysokooprocentowanego kredytu. Wysokie ceny ziemi stworzyła przejściowa koniunktura powojenna dla rolnictwa, a obok niej nieustający głód ziemi, który swoją drogą również prowadził do podbijania ceny kupna ziemi, ponieważ ludzi przybywało, a o zajęcie poza rolnictwem było trudno. Szczęśliwcy kupowali za amerykańskie dolary, inni gromadzili niejakie oszczędności zaciskaniem pasa, najwięcej jednak zaciskali zęby i w krytyce tego, co się dzieje, żądali parcelacji bez odszkodowania, nie widząc innego dla siebie i rodzin wyjścia.

Jakież ma być wyjście, jeżeli się zdecydujemy masowo usamodzielnić istniejące gospodarstwa niesamodzielne czy też tworzyć przez parcelację nowe gospodarstwa, których szanse robienia interesów są, powiedzmy od razu, małe. Wprawdzie rolnictwo ma obecnie chwilę, której mu inne dziedziny gospodarcze zazdroszczą, ale nie możemy rentowności normalnej mierzyć kupą dzisiejszego papieru i nie wiemy, jaki naprawdę majątek z tej chwili na dłużej w papierkach się przechowa. A w tym normalnym czasie rolnictwo europejskie, w szczególności krajów eksportujących, wobec konkurencji rolnictwa amerykańskiego na rynku światowym, nie może uprawiać polityki wysokich cen ziemi. To cała wieś rozumie i z tym się zgadza. Wybór w przyszłości może być tylko między niskimi szacunkami i zarazem niskim oprocentowaniem kredytów na ziemię, albo też radykalną uchwałą o bezpłatnym jej przejmowaniu na cele reformy. My przed wojną wyboru w tym ostatnim kierunku już dokonaliśmy. Dalszy bieg rzeczy będzie zależał od państwowych ciał ustawodawczych, w których uchwały nasze będziemy zmieniać w obowiązujące ustawy państwowe.

Ale na przejęciu ziemi, czy uchwale o przejęciu, nie może się kończyć państwowy program ustroju rolnego. On się właściwie w tym miejscu na dobre zaczyna. Musi być dalej podjęty odpowiednio wielki wysiłek finansowy i organizacyjny. Nie może się powtórzyć pod względem wyposażenia finansowego ten stan, który w poprzednich dwóch dziesięcioleciach był poza momentami politycznymi jednym z hamulców wykonania ustawy. Przyjdą też nowe zadania organizacyjne. Wszak największe nasze zapasy ziemi na parcelację znajdują się na zachodzie, a największa ilość wymagających upełnorolnienia albo przesiedlenia na południu i w środku kraju. Stąd muszą na zachód i północ odpłynąć zorganizowane gromady do przewidzianych z góry powiatów z zapasem ziemi. Procesów w tej skali, przychodzących jako konieczność społeczna i dziejowa, nie można puścić na tory dzikiej, dobrowolnej parcelacji, w której braliby udział z jednej strony jako dostarczyciele ziemi różni pośrednicy, czy choćby sami właściciele, z drugiej pojedynczy ryzykanci wiejscy. Należyty ład i celowość, a tym samym właściwe uporządkowanie stosunków władania ziemią na całym obszarze kraju może dać całkowite przejęcie akcji przez państwo, które jedno może rozporządzać dostateczną siłą, opieką i kierownictwem.

Czy trzeba dodawać, że w ramach planu wykonania ustawy o reformie rolnej musi być przewidziana zabudowa i urządzenia osad oraz początkowa opieka nad rozwojem produkcji rolnej, która musi się budować na zasadach spółdzielczych? Czy trzeba dodawać, że w tychże ramach musi się znaleźć miejsce na rozwijanie kultury człowieka, zaspokojenie jego dawnych oraz nowych potrzeb społecznych?

Te ważne sprawy są same przez się zrozumiałe.

Sumując to, o czym piszemy z myślą o reformie rolnej, jako wielkim zagadnieniu państwowym, podkreślamy:

a) zapas ziemi na parcelację trzeba wydatnie zwiększyć, aby umożliwić życie milionowej liczbie niesamodzielnych i półsamodzielnych rolników;

b) ze względu na niską opłacalność wytwórczości rolnej w europejskich krajach eksportu rolnego trzeba pozyskać konieczny zapas ziemi bez odszkodowania wielkich właścicieli;

c) zorganizować dobrowolne, zgodne z wymaganiami struktury rolnej przesiedlenia ludności i zbiorową zabudowę nowych osiedli, zwłaszcza na terenach północnych i zachodnich Polski;

d) przyjść nowym osiedlom z pomocą w początkach rozwijania produkcji rolnej, dając im dobry fundament spółdzielczości w jej różnych formach: spożywczej, kredytowej, przetwórczej, handlowej.

Całość tak podjętej i przeprowadzonej reformy rolnej winna stanowić twórczy wysiłek państwa i narodu demokratycznego, dokonany w związku z odmłodzeniem społecznej i narodowej kultury, po zrzuceniu marazmu przeszłości.

Oczywiście całkowicie zdajemy sobie sprawę z tego, że zagadnienie poprawy bytu ludności wiejskiej nie zależy li tylko od samej parcelacji. Pod pojęciem reformy rolnej rozumiemy znacznie więcej, a więc również komasację, meliorację, uporządkowanie stanu posiadania, organizację zabudowy itp. Ten zespół środków ma stworzyć wydajność i dochodowość gospodarstw rolnych. Ale to także nie stanowi całości. Niesłychanie doniosłe znaczenie dla ludności wiejskiej będzie mieć uzyskanie odpowiedniego wpływu na kierunek polityki gospodarczej państwa i czuwanie nad tym, aby była zachowana równowaga cen w poszczególnych gałęziach życia gospodarczego i równowaga dochodu społecznego między poszczególnymi warstwami społecznymi. Przed wojną widzieliśmy, że nie ilość posiadanej ziemi stanowi o stopie życiowej ludności wiejskiej. Punkt ciężkości zagadnienia przesunął się w kierunku cen i ich wzajemnego do siebie stosunku. Dlatego też w przyszłości cała organizacja życia gospodarczego będzie zmierzać ku temu, aby utrzymać sprawiedliwą równowagę cen. Cel ten będzie można osiągnąć z jednej strony środkami polityki gospodarczej, z drugiej strony przez odpowiednią organizację życia gospodarczego, w czym doniosłą rolę będzie odgrywać spółdzielczość handlowa i przetwórczo- przemysłowa. Spółdzielczość musi usunąć nie tylko wyzysk ze strony prywatnych pośredników, ale przede wszystkim znieść wpływ hurtowników i karteli kupieckich na kształtowanie się cen.

Lipiec 1941