Zalążki nowego totalizmu

Ruch radykalny, a raczej pseudoradykalny na uniwersytetach amerykańskich, jest zjawiskiem margineso­wym. W nowoczesnej historii ruchów politycznych, uży­wających nazwy „partii demokratycznych i robotni­czych”, nie znam grup tak bardzo odizolowanych od klasy pracującej jak tzw. Nowa Lewica Ameryki. Nie­ufność klasy robotniczej do pseudoradykalnych ruchów studenckich objawiła się zresztą także i w Europie.

By zrozumieć to nowe zjawisko społeczne owych inteligenckich „mikropartii”, a więc niewielkich ugrupowań politycznych, głośnych i gwałtownych, których przywódcy głoszą ideologie mętne, a przy tym niemal wyłącznie negatywne, zapoznać się trzeba z sytuacją społeczną, z której grupy te się wywodzą i na którą chcą oddziałać, a potem ze składem klasowym tego ruchu.

Stany Zjednoczone Ameryki mimo wojny znajdują się w okresie niezwykłego dobrobytu. Istnieją oczywiście „podklasy” niedostatku, ale niedostatek ten w niczym nie przypomina europejskiej biedy i poniżenia. W tym społeczeństwie wielkiego dobrobytu obecność ludzi, któ­rzy bogactwa tego nie dzielą w pełni, jest zjawiskiem nie tylko bolesnym, ale i godnym protestu, bo zagadnienie to przecież można rozwiązać. Ale i tu są plany pozytyw­ne, jak plan tzw. negatywnego podatku dochodowego. W myśl tego planu, rząd federalny gwarantować będzie każdemu obywatelowi, każdej rodzinie dochód roczny 2400 dolarów. W wypadku niższego dochodu rząd federalny dopłacać będzie różnicę. Ponadto rządy stano­we – jest i taka możliwość – płacić będą sumy dodatko­we. Zagadnienie trudniejsze, to zagadnienie urbanizacji, przeludnienia miast, sprawa mieszkaniowa, która czeka na radykalną i naprawdę konstruktywną odpowiedź.

Mimo tych problemów, amerykańska klasa robotnicza uzyskała najwyższe płace i najkrótszy czas pracy w historii przemysłowej świata. Robotnicy stalowni wysunęli już projekt czterodniowego tygodnia pracy i czasu takiego się doczekamy. Są dzisiaj już przemysły, w któ­rych tydzień pracy wynosi mniej niż 40 godzin tygo­dniowo (37 czy 35 godzin).

Stany Zjednoczone znajdują się w okresie rewolucyjnych przemian społecznych. Wzrasta zatrudnienie ro­botników wysoko kwalifikowanych i zawodowej inteli­gencji, pracowników umysłowych. Zmniejsza się zatrud­nienie w zawodach niekwalifikowanych i rolnictwie. W rolnictwie zatrudnienie spadło poniżej 8% siły robo­czej. Natomiast wzrasta liczba studentów w szkołach akademickich, przekracza ona dzisiaj liczbę siedmiu milionów. Liczba pracowników naukowych i profeso­rów uniwersytetu czy wykładowców w roku 1960 wyno­siła już pół miliona. (Pisałem o tym szerzej w „Drugiej rewolucji przemysłowej” i w „Uwagach o zmianie społecznej”,czytelnik znaj­dzie w obu tych pracach dane statystyczne). Powstaje cała warstwa społeczna pracowników umysłowych, którzy mają wykształcenie akademickie i są wysoko wyspecjalizowani. Jest to klasa nowa, nazwijmy ją klasą inteligencką. Także studenci są w takiej masie elemen­tem nowym w historii Stanów Zjednoczonych. Razem z fakultetami uniwersyteckimi, liczbą swoją dorównują lub przeważają dzisiaj liczbę zatrudnionych w rolnictwie.

Przyjrzyjmy się tej klasie, a także i szkołom akademickim, uniwersytetom. Klasa inteligencka jest zróż­nicowana, ale na ogół gospodarczo dzisiaj dostatnia. Płace nauczycielskie i płace uniwersyteckie w ostatnich latach bardzo się poprawiły i wahają się mniej więcej w granicach od 8 do 20 tysięcy dolarów rocznie. Nie objęły one co prawda wszystkich szkół i wszystkich pracowników, ale przecież sytuacji tej nie można porów­nać z sytuacją sprzed lat dziesięciu. Jednakże inteligenci w swej masie mają swoiste problemy psychiczne. Klasą robotniczą kieruje zasada solidarności. Awans społecz­ny, poprawa bytu opiera się przede wszystkim na awan­sie całości załogi fabrycznej, na postępie wszystkich w równym stopniu. W świecie naukowym i akademic­kim przeciwnie, góruje zasada współzawodnictwa i in­dywidualności. Oczywiście, są organizacje zawodowe, które pilnują całości interesów. Lecz w ramach uniwer­sytetu zachodzą znaczne różnice. Awans społeczny w na­uce opiera się na różnicy, na indywidualności, na za­słudze osobistej w pracy naukowej, czy też na chytrej manipulacji „politycznej” wewnątrz zakładu, praktyko­wanej przez tych, którzy zasług naukowych nie mają. Stwarza to inne wartości, inne zagadnienia. Nauko­wiec czy wykładowca wykazać się musi pracami w dzie­dzinie naukowej, a więc zasługami we własnej dziedzinie. W świecie akademickim stanowisko naukowe zawdzię­cza się pracy naukowej, a nie jest łatwo prace drukować. Nie wszyscy mogą się wyróżnić, lecz nacisk jest bez­ustanny i niekończący się jest wysiłek. Ciągłe gromadzenie wiadomości, zapoznawanie się z nowymi wydawnictwami, pracami w własnej dziedzinie, stwarza w naszym okresie rewolucji naukowej atmosferę bezustannego na­pięcia nerwowego, bezustannej pogoni. Nie wszyscy w równym stopniu wytrzymują to tempo. W konsekwen­cji dążenia do wyników w pracy twórczej we własnej specjalności, pole zainteresowań naukowców ulega za­wężeniu. Nie sposób czytać wszystkiego, własna specjal­ność wymaga ogromnego wysiłku. Zwężenie to łączy się także z izolacją od codziennego życia. Praca naukowa chłonie poza zwykłymi zajęciami uniwersyteckimi także i czas wypoczynku. Tak więc naukowcy – chociaż w swej specjalności znakomici – są często odizolowani od wielkich prądów społecznych swych czasów, od rzeczywisto­ści życia codziennego. Wielka umiejętność team work,współpracy, jest jedną z wielkich zalet społecznych naro­du amerykańskiego. Zespoły specjalistów zadziwiają świat swą produktywnością i umiejętnością. Amerykań­ski inteligent jest jednak inny niż jego rosyjski krewniak sprzed stu lat, który przede wszystkim zajmował się polityką i sprawami społecznymi, w swej większości nie pracował regularnie, codziennie w biurze, zakładzie nau­kowym czy laboratorium. Różnią się też inteligenci amerykańscy od inteligencji zawodowej polskiej, która zawsze miała czas na szerokie, lecz dyletanckie rozmowy i polityczne pogawędki.

Specjalizacja ta spotyka się często z krytyką, z domaganiem się „zliberalizowania” uniwersytetów, z rozbudową tzw. programu wolnych sztuk (Liberal Arts Program). Uniwersytety w tym okresie rewolucyjnych zmian wymagają przeobrażeń. Dawna struktura uniwersytetów amerykańskich, szczególnie tzw. kolegium sztuk wolnych (Liberal Arts College) często nie odpowiada zmienionym czasom. Kiedyś w szkołach tych kształciła się zamożna młodzież, która szła z nich do przedsię­biorstw i majątków rodziców. Dzisiaj – szkoły te przygo­towują przyszłych pracowników naukowych i technicz­nych, kierowników przedsiębiorstw, polityków, urzęd­ników federalnych. Pogląd na społeczeństwo uległ także zmianie. Uniwersytety znalazły się w okresie kryzysu ideologicznego. W jakim kierunku prowadzić wyższe szkolnictwo? Czy mają to być wyłącznie uczelnie przygotowujące ludzi do zawodów i pracy naukowej (research),czy też uniwersytety winny być ośrodkami nowej myśli, służyć nie tylko społeczeństwu, ale i wartościom wyż­szym – etycznym, estetycznym, doskonałości w myś­leniu, w sztuce, literaturze, nawet jeśli ideały te bezpo­średnio nie wpływają na dzisiejsze zagadnienie społecz­ne? Oto niektóre z problemów, które dzisiaj niepokoją amerykański świat akademicki. Uniwersytety europej­skie są pod tym względem konserwatywne, kierują się odwiecznymi zasadami, filozofią ustaloną, której nie rewiduje się bezustannie, jak to czynią uczelnie amery­kańskie.

Ale na tym nie koniec. Szybka zmiana techniczna powoduje masowe ruchy wewnętrznej migracji. Wędruje więc ludność na wybrzeżu wschodnim z południa na północ. Jest też masowa wędrówka, migracja z wybrzeża wschodniego na zachód – do Kalifornii. Przy wielkich przemianach technologicznych pojawia się i inna, nowa klasa, klasa ludzi produktywnie nieczynnych. Nie mam tu na myśli bezrobotnych czy emerytów, lecz ludzi, którzy z powodu ułomności czy chorób pracować nie mogą lub też nie mogą podjąć się pracy z powodów społecznych. Należą tu np. w Nowym Jorku dziesiątki tysięcy matek ze ślubnymi i nieślubnymi dziećmi, opusz­czonych przez mężów i ojców. Największa liczba korzys­tających z pomocy społecznej (tzw. Relief) w Nowym Jorku, to owe matki z czworgiem czy więcej dziećmi. Należą tu także i ludzie, którzy z takiego czy innego powodu pracować nie chcą. Pomoc społeczna, skromna co prawda, pozwala jednak na przeżycie, bez dolegliwo­ści głodu.

Socjalista angielski, John Ruskin, sto lat temu na­zwał tę klasę „idlers”, bezczynnymi, ale widział w niej głównie ludzi zamożnych, a niepracujących, chociaż dostrzegał i innych, nieproduktywnych. Dzisiaj elementy marginesowe, bezczynne, pojawiły się w większej liczbie. Określenie owego stanu bierności jako „lenistwa” byłoby błędne. Nie rozumiemy jeszcze dzisiaj dobrze tego zjawiska. Są to często ludzie, którzy ze względów psychicznych podjąć się stałej pracy nie mogą, są też tacy, których dzieciństwo było trudne, którzy nie mieli możliwości szkolenia się w okresie wczesnym, którzy nie nabyli samodyscypliny potrzebnej dla pracy w zakładzie przemysłowym.

Jest wreszcie w Stanach Zjednoczonych problem murzyński. Za czasów administracji Johnsona kraj dokonał w tej dziedzinie prawdziwej rewolucji. Sytuacja ludności murzyńskiej ogromnie się polepszyła. Nastą­piło silne przesunięcie w zatrudnianiu Murzynów od zajęć niekwalifikowanych i rolnych do zajęć kwalifikowanych. Murzyni znaleźli się w bankach, w szko­łach, a także na stanowiskach kierowniczych, na uni­wersytetach, w służbie zagranicznej, w ambasadach. W okresie tej poprawy pozostały jednak – szczególnie wśród młodzieży – marginesy, które z ogólnego po­stępu albo nie skorzystały, albo też których tryb życia jest inny, związany z podupadłym środowiskiem wiel­kiego miasta, z tzw. slums.Tu, w tych marginesowych grupach murzyńskich, często bezczynnych, „sfrustro­wanych” niepowodzeniami, pojawiły się ideologie rasizmu murzyńskiego, zmieszane z sympatiami dla ideo­logii komunistycznej kubańskiej czy chińskiej. Dominuje w ich poglądach nienawiść do białych.

Cały ten epokowy proces przemian społecznych i kulturalnych wszedł nagle w okres niepopularnej wojny w Wietnamie. Jest to wojna w kraju dalekim, nieznanym, prowadzona przez naród demokratyczny, przez Amerykanów, którzy nie po raz pierwszy demonstrują przeciw wojnie. W okresie wojny amerykańsko-hiszpańskiej (1898) nie brakło też protestów. Wojna stworzyła w ustroju zupełnej swobody politycznej warunki podat­ne dla działalności grup młodych, zwartych, a głośnych, wyzyskujących nastroje antywojenne i działających w charakterze awangardy.

Grupą taką jest tzw. Nowa Lewica. Składa się ona z elementów marginesowych: żywiołów inteligenckich, ze studentów (w większości takich, którzy mało się interesują studiami) i z mniejszości młodzieży murzyńskiej, nastawionej rasistowsko. Oczywiście są też prob­lemy społeczne, które trzeba jak najszybciej rozwiązać. Lecz pseudoradykalnym mikropartiom nie o to chodzi. Nie chodzi im nawet o zakończenie wojny w Wietnamie. „Więcej Wietnamów” jest zawołaniem niektórych z tych grup. Wierzą one bowiem, że nowa taktyka partyzantki wewnętrznej, miejskiej (tzw. urban guerilla)powali demokrację w Stanach Zjednoczonych. Ruch ten – jak już wspomniałem – jest zupełnie odizolowany od klasy robotniczej i farmerów. Nie ma żadnego wpływu w wojsku czy administracji. Wyobcowany jest też ze znacznej części inteligencji pracującej i twórczej. Ma jednak swój wpływ w owym luźnym i niezwiązanym elemencie stu­denckim i akademickim, wśród niektórych profesorów i w marginesowych grupach mniejszości murzyńskiej.

Na ów pseudoradykalizm, bardzo zresztą naiwny, który można znaleźć tu na uniwersytetach, wpływa raczej powierzchowność niż specjalizacja naukowa i odizolowanie od codziennego życia. Nie jest to zjawisko nowe. Jest też w owych pseudoradykalnych grupach wiele młodzieży zamożnej, pędzonej jakimś poczuciem winy za luksus i bogactwo, a także i pustkę własnej rodziny, czy też podświadomym poszukiwaniem przygo­dy. Nie są oni jedynymi przedstawicielami owych ru­chów marginesowych, tak typowych dla naszego okresu. Należą tu „bitnicy” i nowe pokolenie „hippies”. W swej mętnej ideologii teoretycy owych grup tłumaczą swój ruch oporu buntem przeciwko mechanizacji i automaty­zacji społeczeństwa, przeciwko opanowaniu środków masowego przekazu – radia czy telewizji – przez wielkie przedsiębiorstwa, protestem przeciw panowaniu wiel­kich przedsiębiorstw. Nie proponują jednak w miejsce obecnego ustroju niczego poza mętną jakąś fuzją totalizmów. Małe grupki mniejszości studentów czy też tzw. militants (aktywistów) uzurpują sobie prawo do narzu­cania większości społeczeństwa siłą fizyczną swej woli. Większość, masa – twierdzą – jest „konserwatywna”, przekupiona dobrobytem, otumaniona telewizją. Tylko mniejszość może gwałtem zmienić obecną strukturę społeczną. W rzeczywistości grupy te mają nastawienie wrogie wobec klasy robotniczej. Robotnik amerykański jakoś nie pasuje do ich własnego pragnienia i obrazu, czym robotnik być powinien. Robotnik żyje w dostatku – i to już jest zbrodnią. Robotnik ze swej strony wyczuwa, że ruch ten jest ruchem ludzi niepracujących, ludzi uprzywilejowanych, którzy mieli i mają dostęp do nauki, do uniwersytetów, mają wiele czasu wolnego. Oczywiście, w kraju wolnym każdy winien móc się ubierać wedle swego upodobania. Robotnik bierze jednak na zdrowy rozum, że człowiek z łańcuchem na szyi i z włosami po ramiona nie pracuje na „assembly line”, przy fabrycznej taśmie, ani też nie siedzi na traktorze. Na zdrowy też rozum, zwolennik narkotyków – marihuany, haszyszu czy LSD – nie może być kierowcą ciężarówki czy też odpowiedzialnym pracownikiem w fabryce czy w transporcie, np. w linii lotniczej. A przecież owe marginesowe grupy Nowej Lewicy i murzyńskie grupy pseudoradykalne ocierają się o koła nieszczęśliwych narkomanów, skupio­nych w pewnych dzielnicach Nowego Jorku.

Mikropartie amerykańskie są zjawiskiem marginesowym. Przemiany społeczne i protest społeczny są jednak znacznie szersze. Jest to protest przeciw wojnie, który obejmuje większe warstwy inteligencji i klasy zamożne, choć nie ogarnął (i to zupełnie) klasy robot­niczej czy farmerów. Jest też walką mniejszości murzyń­skiej o prawa, walką szerszą niż działalność margineso­wych grup. I właśnie w tej sytuacji kryzysu i potężnych przemian małe dynamiczne grupy odgrywają rolę więk­szą, niżby to wynikało z ich liczby. W swym charakterze dalekie są od ideologii demokratycznej, chociaż używają i nadużywają symboliki demokratycznej. Psychologicz­nie, aktywiści przypominają pierwowzory totalitarne ubiegłego pokolenia. Jest to bowiem ruch, którego dzi­siejszy akcent położony jest na walce z instytucjami demokratycznymi, a przy tym ruch bez wyraźnych celów pozytywnych.

Oblicze polityczne Nowej Lewicy jest zakamuflowa­ne symbolami demokracji, socjalizmu i pacyfizmu. Wszystkie dyktatury XX wieku też używały symboli „ludowych” i „robotniczych”. Za tą zasłoną słów i okrzyków kryje się program i ideologia totalitarna. Przyznaję, że ruch SDS (Students for Democratic Society) miał za sobą dwa lata temu czy nawet rok temu ugrupowania demokratyczne. Może i dzisiaj są tam jeszcze pomniejsze takie ugrupowania. Ale była to od początku luźna federacja różnych ugrupowań, która w konsekwencji fuzji różnych frakcji opanowana została przez neototalistów. W grupach tych są następujące kierunki: stalinowski (wpływowy wśród nich i gwałtowny), maoiści, castroiści i guevaryści. Rozróżnienia mię­dzy tymi grupami nie są łatwe. Podobnie jak w przeszło­ści, jest tu licytacja ideologiczna – kto jest radykalniej­szy; radykalizm oznacza tu gotowość użycia gwałtu. Ugrupowania skupione wokoło murzyńskich ideologii totalistycznych, tzw. Black Power, mają też swoje pier­wowzory. Przecież pierwowzory i modele przyszłego ustroju, który proponują pseudoradykałowie amerykań­scy i europejscy, można dzisiaj już oglądać w „naturze”, można je studiować „empirycznie”. Rosja Stalina, Chiny Mao Tse-tunga, Kuba Castro, Haiti pod dyktaturą Duvaliera (jest to przecież prawdziwa „Black Power”), niedawna Ghana pod dyktaturą Nkrumaha, oto wzory państwa zalecanego przez ideologów tego obozu. Taktyka jest oczywiście zapożyczona z wzoru kubańskiego i chińskiego. Są to więc ruchy neototalitarne, w działa­niu i metodzie przypominające wczesne okresy faszyzmu w różnych krajach.

Inteligenci odizolowani od masowego, rzeczywis­tego ruchu robotniczego, odizolowani od robotników – w wielkich procesach historycznych zawsze hołdo­wali tendencjom totalnym i jakobińskim. (Mam tu na myśli późny jakobinizm, który miał już cechy totalizmu). W konsekwencji były to ruchy elitarne, wal­czące w końcu o władzę dla politycznej, względnie permanentnej elity, roszczącej sobie prawo do repre­zentowania ludu i posługującej się legitymacją jako­bińską. Demokratyczna legitymacja władzy opiera się na swobodnie wyrażonej woli obywateli, jakobińska legitymacja – na koncepcji, że monopartia, a więc jedna, jedynie dozwolona partia, reprezentuje wolę ludu bez odwoływania się do tej woli. Koncepcją teoretyczną jest tu założenie, że partia jest awangardą mas. Nikt oczywiście nie pyta ludu o zgodę na reprezentowanie go. Wacław Machajski, półanarchista z Kielc, w swym „Umstwiennym raboczym”(Robotniku umysłowym) wyczuwał z górą pół wieku temu tendencje elitarne inteligencji zawodowej pod maską „zawodowych rewolucjonistów”.

Podobnie jak w przeszłym doświadczeniu, także i w Stanach Zjednoczonych neototaliści w obozie Nowej Lewicy opanowują organizacje i elementy demokratycz­ne. Obozem postępowym i wolnościowym pozostają ugrupowania naprawdę oddane demokracji. Postępowe ruchy inteligenckie, tzw. liberałów czy demokratycznych socjalistów w Stanach Zjednoczonych, tradycyjnie związane były i są ze związkami zawodowymi i klasą robotniczą. Partia Liberalna w Nowym Jorku do czasu ostatnich wyborów na burmistrza miasta była związana z potężnym związkiem robotników odzieżowych (International Ladies’ Garment Workers’ Union), podobnie jak dawna Federacja Socjaldemokratyczna. Socjaliści demokratyczni w Detroit mieli zawsze swoje powiązania z organizacją robotników samochodowych (Automo­bile Workers’ Union, AWU).

Można rozmaite zarzuty stawiać systemowi politycznemu i gospodarczemu Stanów Zjednoczonych. Faktem historycznym jest atoli, że jest to jedyna demokracja w dziejach świata, która obejmuje od lat dwustu cały kontynent, dzisiaj – dwieście milionów ludzi. Stany Zjednoczone to jedyna demokracja, w której wolność osobista i znaczna wysokość płac robotniczych, dob­robyt robotnika, rozciągnęły się na przestrzeni całego kontynentu. Demokracje europejskie to państwa znacznie mniejsze. W ogóle, system demokratyczny z trudem tylko obejmuje wielkie masy ludzkie. Klasyczna demokracja ateńska nie liczyła więcej niż 150 000 obywateli. Unia Indyjska jest oczywiście demokracją, ale ideologia demokratyczna nie przeniknęła tam jeszcze do całości instytucji, a problem społeczno-gospodarczy przedstawia wciąż wielkie trudności. Więc Stany Zjednoczone są tworem wyjątkowym – w sensie dodatnim, przykładowym. Dzisiejszy ruch pseudoradykalny, terror tego ruchu w Stanach Zjednoczonych skierowany jest nie przeciw tyranii, nie przeciw totaliz­mowi, lecz przeciw instytucjom demokratycznym. Nie jest to pierwsza próba obalenia demokracji. Podstawą demokracji jest eliminacja gwałtu z polityki wewnętrz­nej. Tym samym małe grupy terrorystyczne, jak uczy doświadczenie historyczne, osłabić mogą i wielkie sys­temy polityczne. Na tym polega niebezpieczeństwo, jakie przedstawia sobą pseudoradykalizm amerykański.

Stany Zjednoczone mają dzisiaj środki, by zmienić zupełnie środowisko fizyczne miast, by wybudować mia­sta nowe, przestrzenne, pełne zieleni i powietrza. Po raz pierwszy w swych dziejach mogą stworzyć warunki życia wolne od nędzy, gdyż środki po temu są dostateczne. Ameryka posuwa się też w tym właśnie kierunku. W budownictwie miast zmiana jest co prawda zbyt wolna, zbyt chaotyczna. Nie uratuje się już sytuacji przez wybudowanie kilku nowych osiedli czy drogą odnawiania ulic. W okresie wielkiej urbanizacji, napływu ludności do miast, budować trzeba nowe, wzorowe miasta, nowe osiedla wśród pól uprawnych czy lasów. Rządy stanowe czy też zarządy miejskie nie rozwiążą lokalnych zagad­nień biedy czy bezrobocia. Bezrobotny górnik węglowy z Kentucky może i nie znajdzie zatrudnienia we własnym stanie, ale znajdzie je zapewne gdzieś na zachodzie, w Oregonie, w Waszyngtonie czy w Idaho. Obecne przemiany społeczne i problemy wymagają rozwiązań wielkich, planów śmiałych, pełnych imaginacji, lecz przeprowadzonych w systemie wolności i demokracji. Utrzymanie instytucji demokratycznych jest nie tylko warunkiem dobrobytu mas ludzkich w Stanach Zjednoczonych, jest także warunkiem dalszego postępu kul­turalnego. Dyktatury Ameryki Łacińskiej, podziwiane przez pseudoradykałów, totalizm azjatycki (flagi tych totalizmów obnoszą oni w swoich pochodach i wywie­szają na balkonach i bramach uniwersyteckich), są ostrzeżeniem, że proponowaną alternatywą nie jest wol­ność, którą głoszą, lecz niewola i dyktatura.

Za czasów [prezydenta] Johnsona zrobione już zostały początki owych wielkich reform. Dynamika społeczna tego kraju wymaga dalszych zmian, których tu dokonać można tylko w klimacie wolności. Czas już nadszedł, by robotnicze organizacje zawodowe odegrały bardziej czynną rolę w budowaniu tej demokracji społecznej – nowego okresu w dziejach Stanów Zjednoczonych. Siła i wola zorganizowanej klasy robotniczej, w połączeniu z praw­dziwie demokratyczną inteligencją pracującą, jest pozy­tywnym elementem, mogącym podjąć czy poprzeć twór­czą inicjatywę w ramach instytucji i porządku demokratycznego, któremu ludność Ameryki zawdzięcza za­równo wolność, jak i dobrobyt. Zorganizowana klasa robotnicza reprezentuje i siłę i idee porządku demokratycznego, w przeciwieństwie do pseudoradykalnych, zwarcholonych ugrupowań, które w rzeczywistości są ruchami prototalitarnymi, ruchami totalitarnymi w za­rodku.


Komentarz

Prezentowany tekst miałby mniejszy ładunek znaczeniowy, gdyby wyszedł spod pióra liberała lub konserwatysty. Napisał go jednak konsekwentny socjalista.

Feliks Gross urodził się 17 czerwca 1906 r. w Krakowie. Studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, które ukończył w 1929 r. ze znakomitymi wynikami. Rok później otrzymał tytuł doktora. Był wówczas działaczem m.in. Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (TUR), związanego z Polską Partią Socjalistyczną, oraz Akademickiego Związku Pacyfistów. W 1931 r. studiował nauki polityczne w Paryżu. Zamiast kontynuować karierę naukowca-prawnika, został asystentem wybitnego socjologa i etnografa, Jana St. Bystronia, blisko współpracował także z Bronisławem Malinowskim.

W 1929 r., w apogeum sanacyjnej nagonki na „partyjniactwo”, opublikował wraz z bratem, Zygmuntem, rozprawę „Socjologia partii politycznej”, mimochodem wskazującą zalety demokracji parlamentarnej. Rok 1938 przyniósł niemal 400-stronicową pracę „Proletariat i kultura”, do dziś będącą wzorcem rzetelnego, ale i empatycznego zainteresowania etosem warstw plebejskich. W tym samym roku pod redakcją Grossa i Zygmunta Mysłakowskiego ukazał się zbiór biografii-pamiętników pt. „Robotnicy piszą”. W owym czasie Gross był członkiem PPS, kierował Szkołą Nauk Społecznych przy krakowskim TUR.

W roku akademickim 1939/40 miał na wniosek Malinowskiego zostać wykładowcą w prestiżowej London School of Economics. Wybuch II wojny światowej zastał go we Lwowie. Ukrywał się przed sowieckim okupantem, przedostał do Japonii, a stamtąd do USA. Został m.in. sekretarzem generalnym Rady Planowania Europy Środkowej i Wschodniej, która propagowała wizję utworzenia po zakończeniu wojny konfederacji krajów tego regionu.

Początkowo był wykładowcą Uniwersytetu Wyoming w Laramie, później zatrudniały go uniwersytety Nowy Jork, Columbia, Wirginia i Vermont, gościnnie wykładał m.in. w Rzymie i Londynie. Otrzymał tytuł profesora socjologii i antropologii w Graduate School of Brooklyn College. W USA wiele lat badał społeczności rezerwatów indiańskich, m.in. zbiorowe rytuały i sposoby rozwiązywania konfliktów. Był również współzałożycielem Polskiego Instytutu Naukowego, wspierającego polonijne ośrodki naukowe i naukowców-emigrantów z Polski. Prezydent Lyndon B. Johnson powołał go w skład zespołu analizującego problem przemocy i sposoby zapobiegania jej. Zmarł 9 listopada 2006 r. w Nowym Jorku w wieku 100 lat.

Przez całe życie pozostał wierny lewicowym ideałom. Stale publikował na łamach pism związanych z emigrantami PPS-owskimi, nie akceptującymi komunizmu i władzy PRL-owskiej. Pisywał także do paryskiej „Kultury” i londyńskich „Wiadomości Literackich”. Również na gruncie nauki podejmował tematy społeczne. Dość wspomnieć książki „Druga rewolucja przemysłowa” (1958), „O wartościach społecznych” (1961), „Violence in Politics” (1973), „The Revolutionary Party: Essays in the Sociology of Politics” (1974), „Tolerancja i pluralizm” (1992).

W prezentowanym tekście Gross idzie dalej, niż choćby „wielki umysł” lewicy, Theodor W. Adorno, który z pozycji humanistycznych i „estetycznych” skrytykował kontrkulturową rewoltę końca lat 60. jako parafaszystowską, mającą rys totalitarny. Gross oprócz bojówkarskich metod owego ruchu i totalitarnych fascynacji jego uczestników, krytycznie ocenił również strukturę klasową.

Zastosował wobec niego marksowski papierek lakmusowy lewicowości. Okazało się, że „nowa lewica” nie ma nic wspólnego z klasowym ruchem robotniczym, z interesami pracowników najemnych. Jest zbieraniną znudzonych dzieciaków z klasy średniej oraz – jak zwał go autor „Kapitału” – lumpenproletariatu. Niczego nie zmieniają ultralewicowe hasła, bo to nie one decydują o obliczu danej inicjatywy, zresztą nawet te są mocno wątpliwe – koncentrują się bowiem wokół „nadbudowy”, nie zaś „bazy”.

Właśnie takie stanowisko czyni tekst Grossa wartym ocalenia od zapomnienia. Tym bardziej, że elitarystyczna i quasitotalitarna „nowa lewica” jest nadal wpływowa i szkodliwa.

(rem)

Edward Abramowski: Pomniejszyciele ojczyzny

Edward Abramowski: Pomniejszyciele ojczyzny

I

Są idee pochodzące ze słabości, tak samo jak są pochodzące z siły. Ludzie znużeni życiem i walką, wątpiący, „psychostenicy” z natury, pesymiści z urodzenia, poszukują jak gdyby usprawiedli­wienia przed samymi sobą własnej niemocy czy bojaźni – i szukają idei, więcej nawet, szukają systemów filozoficznych lub progra­mów społecznych, które by wytłumaczyły i uzasadniły ich słabość. Rodzą się wtedy owe idee smutnej rezygnacji, hasła wstydliwe, wypowiadane z zastrzeżeniami, hasła, które już w samym początku swych narodzin noszą piętno śmierci. Jeżeli przyjmują się wśród ja­kiegoś narodu i żyć zaczynają, to znak nieomylny, że naród ten ska­zany jest na zagładę. Jeżeli spotykają atmosferę życzliwą dla sie­bie, w której mogą rozszerzać się, to znaczy, że jest to atmosfera upadku energii życiowej, okres tchórzostwa, zmalenia dusz, zwyro­dnienia.

W przeciwieństwie do tego, jak idee z siły pochodzące przyno­szą z sobą wszędzie, gdzie powstaną, radość życia i dumę, upojenie bohaterstwa i przedziwny urok cnót rycerskich, romantyzm mło­dości, który sam przez się starczyć może niekiedy za broń niezwalczoną; w przeciwieństwie do tego – idee słabości przynoszą z sobą upokorzenie i wstyd, zgrzybiały, bezsilny rozsądek, starający się uczyć ludzi, jak trzeba żyć, ażeby żyć jak najmniej, jak najskromniej, najciszej, żyć nie zawadzając nikomu, zadowalając się najmniejszą ilością powietrza i słońca, ziemi i wolności, pokarmu i uciechy. Są to idee, uczące życia bojaźliwego, życia ludzi na wymarciu, życia pariasów.

W narodzie polskim, którego duszą było rycerstwo hojne i od­ważne, dumne i wspaniałomyślne, idee tego rodzaju nie miały do­tychczas pola, aby się rozwinąć mogły. Tradycja bohaterstwa, idąca nieprzerwanie poprzez pokolenia, aż do ostatnich czasów nie po­zwalała krzewić się myśli, którą rodziła bojaźń, a hodowała niemoc i zwątpienie.

Dopiero w ostatnich latach, w pokoleniu wychowanym na „materializmie” filozoficznym i społecznym, szerzyć się zaczęły nie­śmiałe szepty „ideologii trzeźwej”. Któż z nas nie spotykał ludzi, należących do ziemiaństwa kresowego lub z inteligencji wschodnio-galicyjskiej i poznańskiej, którzy, opowiadając o ciężkich warunkach życia, o przemożnej sile żywiołów wypierających, wypowiadali jednocześnie, bojaźliwie i niepewnie patrząc w oczy, swój „program” rezygnacji z dawnych siedzib? Czyż zdołamy ostać się! – mówili – jest nas coraz mniej, fala obca zalewa, a jeżeli nie zalewa jeszcze dzi­siaj, to na pewno zaleje jutro. Po co zatem daremna walka i straty? Czy nie lepiej, nie wygodniej, nie korzystniej wynieść się z tej ziemi praojców, z której nas pędzą; czy nie lepiej skupiać się nad Wisłą, przenieść do Warszawy swoje fortuny i siły? Tych ustępujących zawczasu można spotkać wszędzie: na Litwie i na Wołyniu, pod Kołomyją i pod Lwowem nawet! Boją się oni wszystkiego, czują się pariasami wobec każdego obcego nawet przybysza; gotowi są ustą­pić z własnego domu na pierwsze wezwanie, na pierwszą groźbę. Są to „ugodowcy” z urodzenia, „pomniejszyciele ojczyzny” z włas­nej woli, a raczej z własnego niedołęstwa. Bismarck wysyłał ich ironicznie do Monte Carlo. Rusińscy prowodyrzy w Galicji wyrzu­cają ich za San; litewscy „nacjonaliści” wskazują im bez ceremonii, że mają wynosić się nie tylko z Litwy, ale i z całej Suwalszczyzny. Czesi wreszcie pędzą ich ze Śląska Cieszyńskiego.

Ale ci wszyscy bojący się i ustępliwi nie mieli dotychczas swe­go oficjalnego hasła, swojej ideologii, swego programu, któryby w imię „dobra ojczyzny” usprawiedliwiał ich małe dusze. Mówiono o tym, ale szeptem, mówiono jakby wstydząc się, o smutnej konie­czności, zarzekając przy tym, że to nie przekonania ich, ale mus działa.

I oto – zjawia się dla „nich” ideologia; zjawia się w chwili wzmożonego ataku na naród polski, głośnego wezwania, by się wy­nosił za Bug i San, za Niemen i Wartę. Spotkałem się z tą smutną ideologią w broszurze p. Czesława Jankowskiego pt. „Naród pol­ski i jego Ojczyzna” (Warszawa 1914). Tym przykrzejsze jest zja­wienie się tego nowego „programu pomniejszycieli”, że wychodzi on nie spod obcego nam pióra, że wygłasza go dziennikarz polski, dziennikarz i poeta, sympatyczny i popularny.

Ale historia miewa takie tragiczne momenty; a miewa je szczególnie historia polska. To, co dotychczas mówiło się cicho, po kryjomu, w chwilach upadku ducha, z rumieńcem wstydu na twa­rzy, jest podniesione do znaczeniahasła i programu. Hasło takie nie powinno było zjawić się; etyka narodowa nie pozwala na dyskuto­wanie pewnych kwestii, bo ojczyznama swoje dogmaty nietykalne, jak każda religia. Ale stało się! Podniesiono program „pomniejszycieli”, więc trzeba go przedyskutować choćby w kilku słowach.

Autor broszury streszcza ów program w aforyzmie następują­cym: Nabycie i utrzymanie w polskim ręku jednej kamienicy w Warszawie jest czynem patriotycznym sto razy donioślejszym, niż tkwienie z pełną kabzą i w pełni sił życiowych, albo z resztka­mi jednej i drugich, gdzieś w mińskich błotach, pod kurlandzką granicą, na czernichowskich czarnoziemach, albo gdzieś pod Kołomyją (str. 60). W innym zaś miejscu mówi: Należałoby przede wszystkim wykreślić ścisłe granice Polski etno­graficznej; nie cofając się przed uznaniem np. części gubernii suwalskiej za terytorium etnograficznie litewskie, a wschodnich dzielnic Galicji za terytorium etnograficznie rusińskie, oczywiście godząc się na wszelkie takiego uznania konsekwencje. Należałoby następnie uznać za pożądane, a nawet za obowiązek narodowy, zasilanie Polski etnograficznej wszystkimi siłami kulturalnymi i kapitalistycznymi, wycofywanymi z tzw. kresów byłej Rzeczypospolitej (str. 59). Owe „kresy”, o których mowa, mieszczą w sobie bardzo wiele; wchodzi w nie Litwa i Białoruś, Ukraina, Wołyń i Podole, nawet wschodnia Galicja (zapew­ne ze Lwowem) i Suwalszczyzna. Według tego programu, ojczyzna polska ma być zredukowana do Polski etnograficznej. Autor byłby zapewne w kłopocie, gdyby go zapytać o wykreślenie granic tej no­wej Polski. Czy decydowałaby o tym procentowa większość ludności mówiącej po polsku? W takim razie spora liczba powiatów wschodniej Galicji weszłaby do owej etnograficznej Polski; nato­miast wiele powiatów Księstwa Poznańskiego, Śląska, Prus zachod­nich i wschodnich znalazłoby się poza jej granicami, a całe Pomorze gdańskie uznalibyśmy za legalną posiadłość niemiecką. Zresztą granice tej nowej Polski zmieniałyby się zapewne co lat kilka. Gdy­by się okazało, przy nowym spisie ludności, że obwód gnieźnieński np. ma większość niemiecką, to według programu pana J. Gniezno zostałoby wyłączone z Polski itd.

Na szczęście jednak sama zasada Polski etnograficznej jest zasadą fałszywą, pojęciem utopijnym, nierealnym. Historia nie zna narodów etnograficznych; są tylko szczepy lub plemiona etnograficzne – to, co służy do tworzenia narodu. Narody najbardziej dziś rozwinięte i jednolite, posiadające swoistą duszę i cywilizację, młodsze i silne, są wielkim zbiorowiskiem różnych ras, szczepów i plemion. Na przykład Francja: przejdźmy jejposzczególne kraje od celtyckiej Bretanii zaczynając, przezNormandię, Pikardię, Sabaudię itd. do południowej Prowansji; spotkamy nie tylko odmienne rasy i typy etnograficzne, zamieszkujące jednolicie owe kraje, lecz także od­mienne języki lub gwary ludowe, tak dalece niepodobne do siebie, że włościanie tych krajów, nie znającymowy literackiej francuskiej, nie mogą się między sobą porozumieć. A jednak jest tylko jedna Francja jako ojczyzna, jednakowo miłowana i broniona bohatersko przez Bretonów, jak i przez Prowansalczyków.

Zobaczmy taką Anglię. Celtowie, zamieszkujący Walię i po­łudniowe brzegi Anglii, nie mogą porozumieć się ze Szkotami; Szko­ci nie rozumieją języka londyńczyków itd.; spotykamy tu odmienną mowę, odmienne zwyczaje, podania, ubiory. Pomimo to jest tylko jedna ojczyzna angielska dla nich wszystkich. Albo Niemcy. Zda­wałoby się, że jest to ów par excellence jednolity etnogra­ficznie naród. A jednak chłop bawarski, stając przed sądem pruskim, potrzebuje tłumacza; a nawet powierzchowny obserwator po­trafi odróżnić typ Prusaka, mieszańca krwi Słowian, Niemców, Pru­sów, Litwinów, od typu Niemca południowego lub z okolic Hambur­ga i ze Szlezwigu. W przeciwieństwie do tych narodów, etnogra­ficznie mieszanych, mamy tylko plemiona czyste etnograficznie, Sło­waków, Chorwatów, Ormian itd., ludy bez ojczyzny, dążące do­piero do tego, aby się przetworzyć w naród i ojczyznę stworzyć.

Widzimy więc, że tzw. jedność etnograficzna a „ojczyzna” są to pojęcia niewspółmierne. Ojczyzna tworzy się ewolucyjnie; tworzy się historią współżycia ludów na tej samej ziemi; tworzy się przez ciągłe krzyżowanie się krwi i ducha, przez przeżywanie tych samych wypadków zbiorowego życia, tych samych walk, uczuć, wspólnych nadziei i radości, klęsk i smutków. Ojczyznę mam dlatego, że we krwi mojej na dnie mojej duszy, w najtajniejszych głębinach jaźni, żyją ciągle przodkowie moi – ich uczucia i przeżycia,ich pożąda­nia i ideały, ich wiara i pamięć. Dlatego ludy i plemiona, odmiennymi nawet językami mówiące, ale które krzyżowały się ciągle przez wieki i pokolenia i które przeżywały razemtę samą historię, które mają te same wspomnienia dziejowe, we krwi przechowane, ludy takie mają zawsze jedną ojczyznę, i ta ojczyznanie jest czymś zewnętrznym dla nich, sztucznym, narzuconym, albo tylko wspólnym państwowym dachem nad głową, lecz przeciwnie, stanowi ich wła­sną duszę, jest głębszą i najważniejszą cząstką jaźni każdego czło­wieka. Wybitny przykład tego, jak się tworzy „ojczyzna”, stanowią dla nas Żydzi;ponieważ krzyżowaniu z nami nie podlegali i mieli zawsze własne życie zbiorowe, zamknięte i odgraniczone od nasze­go, dlatego też, pomimo życia wśród nas przez tylewieków, nie ma­ją jednak wspólnej z nami ojczyzny i zachowali swoją odrębną, bez ziemi i granic, nawet bez języka własnego.

II

A teraz zobaczmy, czym byłaby owa etnograficzna Polska (marzenie polityczne różnych panów z „Nowoje Wremia”, „Diła” [rosyjskie i ukraińskie czasopisma niechętne idei „wielkiej” Polski – przyp. redakcji „Obywatela”] itp.)? Odpowiem na to wprost: Nie byłaby to Polska, ale „Kraj Nadwiślański”, nowe plemię słowiańskie, żyjące na gruzach narodu. Polska rzeczywista, istniejąca dzisiaj, zginęłaby wtedy. Nowa Polska, etnograficznie określona, musiałaby do tej swojej „etnograficzności” przystosować cały swój dorobek ducho­wy, całą swą kulturę; musiałaby zatem wyrzecsię nie tylko Mickie­wicza, Słowackiego i Kościuszki, jako obcych sobie, ale przekreślić także całą swą historię, wszystko, co w tej historii było wielkiego. Grunwald i Unię Lubelską, zwycięskie pochody Batorego i wojny szwedzkie, zapasy z najazdem Wschodu, z hordami Tatarów i Tur­ków, Konfederację Barską – wszystko jednym słowem, czym żyje dotychczas ojczyzna polska, całą świetność tradycji, całe bohater­stwo pokoleń, wszystkie sejmy i konfederacje, elekcje i pospolite ruszenia, zwycięstwa i przegrane pełne poświęceń, aż do Filaretów i Konarskiego, i dalej jeszcze. Bo w tym wszystkim, wszędzie, na każdej karcie dziejów naszych, w każdym poruszeniu duszy polskiej, nie występuje nigdy owa wydzielona sztucznie Polska etnogra­ficzna.

Dla etnograficznej Polski trzeba byłoby utworzyć nową kultu­rę i nową duszę. Nie miałaby ona ani historii, ani przeszłości. Czy z takim okaleczeniem duchowym naród mógłby żyć? Niech na to odpowiedzą szczerze zwolennicy „pomniejszenia”; niech odpowie­dzą nie mnie, ale sami sobie, bo to jest sprawa ich własnego su­mienia.

Pójdźmy jednak dalej i wyobraźmy sobie, że ów program ogłoszony przez p. Czesława Jankowskiego jest wykonywany; bo przecież po to tylko stawia się nową ideę społeczną czy polityczną. Co by z tego wynikło? Przypuśćmy, że przejęci tą ideą i ośmieleni ziemianie polscy i przemysłowcy z Litwy i Rusi zaczyna­ją sprzedawać tam swoje majątki, likwidować interesy i przenosić się do Królestwa, kupując kamienice w Warszawie i w innych miastach właściwej Polski. Na całej przestrzeni między Bu­giem, Dźwiną i Dnieprem nikną więc dwory polskie, topnieje pol­skie mieszczaństwo, zaludniające Wilno, Grodno, Żytomierz, Ka­mieniec itd.; zostają się tylko ci, którzy przenieść się nie mogą, zostają wsie polskie, rozrzucone po całej Litwie, zaścianki drobnej szlachty, rzemieślnicy i służba. Z ubytkiem polskich majątków i przedsiębiorstw, cała ta rzesza ludu polskiego, licząca z górą dwa miliony (bez Galicji wschodniej) zostaje na łasce losu i w miarę słabnięcia polskiego stanu posiadania i kultury w tych krajach musi z konieczności rzeczy zatracaćswą narodowość, poddawać się in­nym wpływom, innej kulturze. I oto ideał nowego programu zostaje osiągnięty: za Bugiem nie słychać już mowy polskiej, nie spotyka się polskiej książki, ani utworu polskiego, ani kościoła.

Czy można przypuścić, że po takiej zmianie Polska „etnogra­ficzna” stałaby się silniejszą? Nawet gdyby wszystkie kamienice Warszawy były w rękach Polaków? Stałoby się wprost przeciwnie: Warszawa, która dziś jest ogniskiem umysłowym i cywilizacyjnym dla całej przestrzeni Królestwa, Litwy i Rusi, do której ciążą z najodleglejszych zakątków kresowych nie tylko umysły, ale i interesy polskie finansowe, która jest wielkim rynkiem nauki i handlu dla ca­łej tej przestrzeni b. Rzeczypospolitej, dlatego właśnie, że jesteśmy jeszcze ,,w mińskich błotach” i na „czarnoziemach” Ukrainy – Warszawa stałaby się wyłącznie i jedynie stolicą „Nadwiślańskiego kraju”, zubożałaby materialnie i duchowo.

Odpowiedzieć mi może na to pan Jankowski, że natomiast zgromadziłyby się tutaj kapitały wycofane stamtąd, że bogactwo na­rodowe nie zmniejszyłoby się, lecz tylko zgęstniałoby na mniejszej przestrzeni, stając się odporniejsze. Otóż, z punktu widzenia eko­nomii społecznej jest to absurd, bo kapitały dla swego życia i roz­woju potrzebują przede wszystkim rozległych rynków i rozległych stosunków; nagromadzanie się w jednym miejscu jest zarazem zatamowaniem ich rozwoju, słabnięciem żywotności. Unarodowienie przemysłu i handlu w Królestwie, spolszczenie miast jest sprawą pierwszorzędnej wagi, na to musimy zgodzić się wszyscy, ale czyż dlatego handel i przemysł jest dziś w obcych rękach, że brak nam owych kapitałów, tkwiących w ziemiach Litwy i Ukrainy? Bynaj­mniej! Wiemy dobrze, jak wielkie kapitały arystokracji rodowej polskiej spoczywają bezczynnie w zagranicznych bankach, jaka ma­sa pieniędzy polskich tkwi w rozmaitych przedsiębiorstwach w Rosji, na Syberii i na Kaukazie, ile drobnych oszczędności nagromadza się i marnieje bezpłodnie w różnych kasach powiatowych i gminnych. Czyż nie te raczej kapitały, szczególnie operujące na da­lekim Wschodzie i przechowywane w londyńskich i paryskich ban­kach powinny być przeniesione na teren dzisiejszy walki ekonomicznej, którą Królestwo rozpoczęło, zamiast by miały być osiągnięte z hańbiącej sprzedaży ojcowizny? Zaiste, dziwna jest logika tego nowego „patriotyzmu nadwiślańskiego”!

Inna jeszcze kwestia, którą ów program wysuwa, kwestia ma­jąca pewien pozór użyteczności, to skupianie się narodu. Ale i tu także widzimy jakby rozmyślne zamykanie oczu na to, jakie to masy rozproszone ludu polskiego skupiać by należało, i takie stawianie kwestii, jak gdyby autorowi szczególnie szło o odpolszczenie Litwy i Rusi, o przyzwyczajenie nas do tej myśli, że jesteśmy tam nie narodem, mieszkającym u siebie w domu, ale jakąś kolonią, podobną do kolonii amerykańskich lub galicyjskich. Jeżeli chodzi o skupianie narodu – to dlaczego zapominać o tym, że corocznie wychodzi z kraju paręset tysięcy ludu polskiego do Ameryki lub Niemiec, do Danii i Francji, i że te tysiące, przy innym układzie stosunków spo­łecznych, w miarę unaradawiania handlu i przemysłu, w miarę rozwijania się kooperatyzmu rolnego i planowej parcelacji, mogą zo­stać w kraju i skupiać się istotnie, korzystając ze źródeł zarobko­wych, zajętych dzisiaj przez obcych? Dlaczego zapominać o tym, że w samej Ameryce przebywają stale przeszło 3 miliony Polaków, któ­rych powrót do ojczyzny, choćby częściowy tylko, wraz z kapita­łami zdobytymi tam, zasiliłby w olbrzymim stopniu nasze jądro et­nograficzne, nie uszczuplając przy tym Polski ani duchowo, ani terytorialnie? Dlaczego nie wzywać do powrotu owego pół miliona Po­laków rozrzuconych na całym Wschodzie rosyjskim, gdzie dora­biają się fortun albo marnują swoje zdolności i siły, nie dając nic ojczyźnie? To są właściwe kolonie, którym należałoby rzucić mocne i głośne hasło powrotu do kraju, wezwanie stanięcia do walki o odzyskanie miast, o wyrugowanie kapitałów niemieckich i żydow­skich, kapitałów i talentów fachowych. Ma się jakieś przykre, gnę­biące wrażenie, czytając broszurkę p. Jankowskiego, wrażenie takie, jak gdyby autor uległ sam pewnym sugestiom, dobrze nam znanym, jak gdyby za innymi powtarzał, że tam, za Bugiem i Sanem, jesteśmy już obcymi, że jesteśmy kolonią przybyszów, któ­rych osadził ongi „imperializm” polski; jak gdyby istotnie nie wie­dział tego, że Polska żadnego z ludów, wchodzącego w skład Rze­czypospolitej, nie podbijała i żadnego nie wynaradawiała nigdy i że większość nawet tej ludności, która zamieszkuje ziemie Litwy i Rusi, jest ludnością polską, przed wiekami tam osiadłą i która właśnie wskutek braku wszelkiego „imperializmu” polskiego i wskutek zbyt bliskiego spokrewnienia z ludem białoruskim i ukraińskim zatraciła w znacznej części swój rodowity język.

Ta jedność narodowa, zarówno mas włościańskich, jak i szlach­ty, wspominana nieraz przez dawnych historyków i pamiętnikarzy, tłumaczy nam tę łatwość, z jaką wytwarzała się Unia Korony i Księ­stwa Litewskiego, Unia dokonana bez najmniejszego przymusu, bez jakiegokolwiek użycia siły państwowej. W taki sposób, jak zjedno­czyła się Litwa i Ruś z Polską, w taki sposób nie odbyło się nigdy żadne zjednoczenie obcego ludu z najeźdźcą,inie mogłoby się odbyć, gdyby lud Litwy i Rusi był ludem obcym, a my garstkami kolonistów. Cytowane zwykle przez wrogich nam historyków sławne wojny kozackie nie były nigdy walką narodową, lecz klasową; były to bunty chłopskie, skierowane przeciwko możnowładztwu panów, podobne zupełnie do buntów chłopskich, jakie wówczas rozpalały wielkie łuny wszędzie, w Niemczech, Francji, Anglii, bunty, które przeszły zresztą i u nas granice „etnograficzne”, jeżeli takie były, i zaczęły szerzyć się płomieniem daleko poza San, stawiając te same hasła wyswobodzenia się od panów. Kostka Napierski mógł odegrać taką samą rolę jak Chmielnicki, gdyby poparły go siły i intrygi sąsiedniego państwa. Że z tych walk klasowych sąsiedzi nasi umieli skorzystać, a nawet przemienić je na walki plemienno-religijne, to jest inna sprawa; zbuntowany chłop ukraiński szukał sprzymierzeńców, jacy mu się ofiarowywali, i szedł razem nawet z chanem tatar­skim, aby tylko uwolnić się od jarzma ekonomicznego poddaństwa. Ognisko tego ruchu walki, Sicz Zaporoska, miała w swych zastępach całe mnóstwo nie tylko chłopów, ale i szlachty polskiej, która z ro­zmaitych powodów garnęła się pod jej sztandary. I nawet wtedy, gdy siły zbrojne buntu były u szczytu swego rozwoju i potęgi, na­wet wtedy nie zjawiła się wśród ludu tego idea osobnej ojczyzny, dążność do wywalczenia państwowo-niepodległej Ukrainy. Nie zjawiła się zaś dlatego, że był to zatarg wewnętrzny Rze­czypospolitej, zatarg społeczny klas tego samego narodu.

Idea Polski „etnograficznej” nie jest na nieszczęście ideą u nas nową. Są jednostki, których przemoc sugestionuje, które gotowe sąnawet uznać, że Polski nie ma wcale i jak owi znajomi p. Jankowskiego szu­kać palcem po karcie Europy, gdzie jest ich „ojczyzna”. Bywają i ta­cy, którzy z poczuciem winy przepraszają za swoje istnienie jako Polaków i gotowi są ustąpić grzecznie miano „Polski” choćby na rzecz „Polsko-Judei”. Ale czegóż to dowodzi? Czy dlatego, że są między nami tacy „ugrzecznieni” ludzie, mamy przekreślać całą swą historię i stwarzać dla nich jakąś nową Polskę etnograficzną? Po­winniśmy raczej zgoła inne wnioski wyprowadzić. Gdyby każdemu dziecku wpajano dumę należenia do swego narodu, narodu, który stworzył rzeczpospolitą przez unię ludów, nie przez imperializm, natenczas nie byłoby tchórzliwego zapisywania w badach zagra­nicznych [chodzi o uzdrowiska – od słynnej tego typu miejscowości niemieckiej, Baden, od 1931 r. noszącej nazwę Baden-Baden – przyp. redakcji „Obywatela”] (jak opowiada pan Jankowski), zapisywania „Varsovie” dla oznaczenia, że się jest Polakiem. Jeżeli zaś chodzi o realną sprawę wzmocnienia jądra narodowego, jakim są ziemie nad Wisłą poło­żone, to nie przez okrawanie ojczyzny, nie przez wywłaszczanie się dobrowolne z siedziby ojców, osiągniemy to wzmocnienie. Dotego prowadzą inne drogi i inne idee – idee siły. O nich te­raz muszę powiedzieć słów kilka.

Więc przede wszystkim doprowadźmy do końca, konsekwent­nie i wytrwale, wielką sprawę, najpilniejszą dzisiaj, sprawę unarodowienia miast, spolszczenia całego handlu i przemysłu. Dopóki tak ważne dzisiaj ogniska życia społecznego znajdować się będą w rękach obcych i wrogich nam, dopóty nie może być mowy o odporności narodu. Wiem, że w kwestii tej występują różne za­sadzki uczuciowo-ideowe, różne „humanizmy”, „tolerancje”, „idee asymilatorskie” itp., ale trzeba spojrzeć odważnie niebezpieczeństwu w oczy, spokojnie i logicznie odpowiedzieć sobie na to, czym jest dziś naród bez własnych miast, bez własnego handlu i przemy­słu, dzisiaj, gdy w miastach, w ogniskach gospodarki kapitalistycz­nej, tworzy się cały ruch życia zbiorowego, skupiają się wszystkie siły ekonomiczne społeczeństwa. Nie można być „humanistą” kosz­tem własnej ojczyzny, bo „humanizm” staje się wtedy zwyczajnym tchórzostwem życiowym, maskowaną słabością, udekorowaną ładnymi słowami zdradą.

Po wtóre – jest sprawa umiejętnego i zgodnego z interesami narodu zorganizowania wychodźstwa. Chodzi tu nie tylko o wydarcie tysięcy ofiar ze szpon ajentów i z niewoli junkierstwa pruskiego, lecz o to także, że wychodźstwo zorganizowane umiejętnie stać się może wzmożeniem dobrobytu ludowego, a skiero­wane częściowo poza Bug, do wielkich gospodarstw Litwy i Rusi, może przyczynić się do zaciśnięcia węzłów narodowych i zbliżenia się z pobratymczymi ludami, które od wieków zamieszkują jedną z nami ziemię i tę samą co my przeżyły historię. Wiemy o tym dobrze, że gdzie nie ma agitatorów, szczujących i tworzących nienawiści, tam chłop polski i rusiński lub litewski żyją w zupełnej zgodzie, ro­zumieją się i współczują. Tym, którzy propagują etnograficzną Pol­skę i śpiewają „Requiem” nad Unią Lubelską, radziłbym przemieszkać jakiś czas w zaściankach szlacheckich Litwy, poznać ciche wsie Wołynia i Podola, do których nie doszła jeszcze agitacja nacjonali­styczna, a przekonają się wtedy z łatwością, że „Unia” nie jest martwym wspomnieniem historii, lecz faktem przyrodzonym i ży­wym, wspólnością synów tej samej ziemi. Zetknięcie się szersze tych ludów, przez wychodźstwo sezonowe, utrwaliłoby tylko te naturalne węzły i zatamowało nieraz robotę agitatorów nienawiści i sztucznie tworzonych plemion.

Po trzecie – jest sprawa ściągania kapitałów polskich i sił przemysłowych ludzkich do kraju. Zarówno w Ameryce, jak i na da­lekim Wschodzie powinien rozwinąć się ruch narodowy, głoszący ideę powrotu.W miarę tego jak wzrasta polski handel i przemysł i opróżniają się zajęte dotychczas przez obcych placówki gospodar­stwa społecznego, wyciśnięty dawniej z kraju przedsiębiorczy ży­wioł polski, który na obczyźnie doszedł do zamożności i zdobył umiejętność fachową, żywioł ten, liczony dziś na miliony ludzi, powi­nien wracać.

Zamiast bezcelowych i szumnych manifestacji patriotycznych, urządzanych na polskich obchodach i sejmikach w Ameryce, sto­kroć bardziej patriotycznym byłoby zorganizowanie tam Ligi, która by ideę powrotu do ojczyzny szerzyła jako obowiązek narodowy i która by ułatwiała takie przenoszenie się kapitałów, interesów i przedsiębiorstw przez odpowiednie informacje i nawiązywanie sto­sunków ekonomicznych. Z owych trzech czy czterech milionów Polaków amerykańskich niechby wróciła do kraju choćby szósta część tylko, tych zamożniejszych i wykwalifikowanych fachowców, a już to samo wystarczyłoby na wypełnienie znacznejczęści luk, jakie dziś przedstawia etnograficzne jądro narodu w swym stanie posia­dania. Dla skupienia sił swoich nad Wisłą nie potrzebujemy po­mniejszać ojczyzny; wystarczy zupełnie, jeżeli zgromadzimy te siły, jakie są rozproszone poza jej granicami.

Broszura p. Jankowskiego, jakkolwiek powodzenia szerszego u nas mieć nie będzie, dzięki zdrowemu instynktowi narodu, stać się jednak może pewnym oświetleniem i maską ideową dla tych wszystkich natur słabych, bojaźliwych, stroniących od walki, dla tych „sprzedawczyków” i dobrowolnych wygnańców z własnej ziemi, ja­kich nigdy nam nie brak. A takim nie trzeba dawać do ręki broni ideowej, możności usprawiedliwiania się przed własnym sumieniem i przed narodem; przeciwnie, trzeba ich bezwzględnie nazywać po imieniu, trzeba zmusić, aby spojrzeli w sumienie swoje i zdali rachu­nek ojczyźnie ze swego postępowania.


Komentarz

Prezentowany tekst Edwarda Abramowskiego (1868-1918) wymaga specjalnego komentarza.

Abramowski to jeden z legendarnych polskich myślicieli i działaczy społecznych. Inspirował wielu Polaków – tych spośród elit i tych z grona „zwykłych ludzi” – zarówno w międzywojniu, jak i w PRL (choćby w kręgach KOR-u i niektórych odłamach sympatyków „Solidarności”), a do dziś jest popularny w szeroko pojętych środowiskach „alternatywnych” (anarchiści, socjaliści antyautorytarni itp.) i wśród badaczy myśli społecznej. I niemal wszyscy oni starannie omijają takie poglądy Abramowskiego, jakie wyraża zamieszczony tutaj tekst – manifest żarliwego patriotyzmu.

Abramowski funkcjonuje dziś w dwojakiej roli. Po pierwsze, jako ktoś na kształt anarchisty: zdecydowany krytyk odgórnego przymusu, instytucji państwa, zwolennik oddolnych inicjatyw społecznych, socjalista krytykujący marksizm z pozycji wolnościowych, piewca wyzwolenia jednostek z więzi narzuconych przez instytucje. Po drugie, kreśli się jego portret jako swoistego świętego – w znaczeniu kogoś tak uduchowionego i idealistycznego, że niemal nie oddychającego i unoszącego się pół metra nad ziemią, roztaczającego aurę miłości i wyrozumiałości niczym skrzyżowanie Buddy i św. Franciszka.

Obie te wizje są do pewnego stopnia uprawnione w świetle dorobku i biografii Abramowskiego. Nie biorą one jednak pod uwagę takich poglądów Abramowskiego, jakie prezentuje on w przypominanym przez nas tekście „Pomniejszyciele ojczyzny”.

Podobieństwa poglądów Abramowskiego do anarchizmu rzeczywiście występują, jednak wskutek abstrahowania od kontekstu historycznego – czyli krytyki władzy zaborczej i traktowania obcego państwa jako głównego wroga – są znacząco wyolbrzymiane.

Badacze i miłośnicy Abramowskiego nie są też zbyt pracowici i dociekliwi – niemal wszystkie omówienia jego poglądów bazują na tendencyjnych, niereprezentatywnych, powojennych, głównie PRL-owskich wyborach tekstów myśliciela („Filozofia społeczna. Wybór pism” – 1965; „Pisma popularnonaukowe i propagandowe 1890-1895” – 1979; „Rzeczpospolita przyjaciół. Wybór pism społecznych i politycznych” – 1986; „Abramowski” – biografia i wybór pism – 1991). Tak jakby sympatycy, a zwłaszcza naukowcy nie wiedzieli o przedwojennej, czterotomowej, dwukrotnej edycji znacznie większego zbioru jego rozpraw, starannie zebranych przez prof. Konstantego Krzeczkowskiego. Wśród wielkiej liczby tekstów poświęconych Abramowskiemu (w tym kilku książek), na palcach jednej ręki można policzyć te, które biorą pod uwagę poglądy wyrażone w „Pomniejszycielach ojczyzny” oraz w podobnym w wymowie artykule „Ludność Polski”, których zabrakło w powojennych prezentacjach dorobku myśliciela.

Paradoksalnie, rzetelny okazał się Zbigniew Krawczyk, autor rozprawy „Socjologia Edwarda Abramowskiego”, wydanej przez PZPR-owską oficynę „Książka i Wiedza” w 1965 r. Co prawda krytycznie, ale wspomina on o takich właśnie poglądach Abramowskiego: /…/ zaufaniem obdarzał Piłsudskiego i wiązał daleko idące nadzieje z reprezentowaną przez niego linią polityczną. Wypowiadał się za polską wielonarodową w granicach przedrozbiorowych, wysuwając na uzasadnienie tego stanowiska argumenty historyczne i negując program »Polski etnograficznej«. W artykułach poświęconych tym zagadnieniom abstrahował całkowicie od własnego programu społecznego, a deklarując równouprawnienie narodów w przyszłej Polsce, popierał jednocześnie politykę eliminacji żywiołu niemieckiego i żydowskiego z kluczowych dziedzin gospodarki narodowej oraz politykę mnożenia kapitałów rodzimych, m.in. poprzez reemigrację ludności polskiej z zagranicy. /…/ Jest rzeczą bardzo charakterystyczną, że z publicystyki lat 1914-1918 całkowicie wyeliminowana została niechęć do instytucji państwa. Wręcz przeciwnie, Abramowski wiązał z przyszłym państwem polskim daleko idące nadzieje radykalnych przemian społecznych (ss. 133-134).

Spośród sympatyków Abramowskiego uczciwie omawia ten aspekt dorobku jedynie Bohdan Urbankowski w swych „Kierunkach poszukiwań” (1983). Pisze on: Z tych rozważań płynie wniosek jednoznaczny: hasło „Polski etnograficznej” to hasło przekreślenia ojczyzny, idea przekreślenia historycznych czynów i prac dokonywanych wspólnie z Litwinami i Rusinami. To przekreślenie Unii, Grunwaldu i walk z Turkami, przekreślenie wypraw Batorego, Wiednia i Konfederacji Barskiej. „Etnograficzni Polacy” rezygnujący z kresów byliby tworem karłowatym, jakimś /…/ plemieniem, które nawet utraciło prawa do Mickiewicza, Słowackiego i innych kresowych bohaterów (s. 216).

Wspomina tę kwestię także Wojciech Giełżyński w sympatycznej, acz dość swobodnej książce „Edward Abramowski – zwiastun »Solidarności«” (1986), zarzucając mu „tonację szowinistyczną” i składając ją na karb choroby. Jednak w marcu 1914 r., gdy ukazał się artykuł „Pomniejszyciele ojczyzny”, Abramowski cieszył się jeszcze niezłym zdrowiem – gwałtowne pogorszenie jego stanu datuje się dopiero na styczeń 1915 r. Zapewne jednak Giełżyński ma rację, że z dzisiejszej perspektywy można poglądy takowe nazwać, przy pewnej dozie złej woli, szowinistycznymi. Nie ma też sensu żadna czołobitność wobec konkretnych propozycji autora „Idei społecznych kooperatyzmu”, który – jak każdy – miał prawo się mylić i źle oceniać sytuację. Pewne jest jednak, że Abramowskiemu należy się pamięć nieocenzurowana i niewybiórcza – pamięć o całokształcie jego poglądów.

Przede wszystkim jednak – i to jest główna przyczyna prezentacji „Pomniejszycieli ojczyzny” na naszych łamach – warto przypomnieć tekst Abramowskiego (pamiętając też o podobnym, „Ludność Polski”) z tego względu, że w kontekście całokształtu poglądów autora dobitnie zaświadcza on o jednej kwestii. Takiej mianowicie, że patriotyzm, również w wersji „bojowej”, nie jest sprzeczny ani z reformami socjalnymi, ani ze śmiałymi wizjami ustrojowymi, ani z apoteozą wolności jednostki i samorządności społeczeństwa. Patriotyzm nie musi oznaczać tępego konserwatyzmu, obawiającego się jakichkolwiek przeobrażeń, a szczególnie radykalnych. Natomiast dążenie do znacznego powiększenia zakresu swobód jednostek oraz do stworzenia społeczeństwa oddolnie zorganizowanego, aktywnego, dynamicznego i samorządnego – nie musi być równoznaczne z wybrzydzaniem na swoją ojczyznę, nie musi oznaczać głoszenia dziecinnych „kosmopolitycznych” sloganów, jakimi są przepełnione wywody współczesnych fanów Abramowskiego. Fanów, którzy, jak widać na załączonym obrazku, niewiele pojęli z dorobku swego Mistrza lub go po prostu nie znają.

(rem)

Nowy Ład

Problem podatkowy jest bezsprzecznie jednym z najważniejszych problemów, którymi się musimy zająć. Również i tu można znaleźć rozwiązanie, jeśli zgodzimy się na zastosowanie metod gospodarki planowej. Jednakowoż nie należy zapominać, że o ile zamierzamy w ogóle cokolwiek podjąć dla zmniejszenia nacisku śruby podatkowej i przeprowadzenia lepszego podziału ciężarów podatkowych, musimy równocześnie szukać rozwiązania i innych problemów państwowych, najściślej z tym związanych i musimy też mieć odwagę zastosowania takiego rozwiązania. /…/

Kwestia podatkowa zmusza nas znowu do zbadania funkcji aparatu rządowego, wynikiem zaś każdego podobnego badania musi być zawarty od A do Z system finansowy. Dlatego w przeważającej części wypadków jest rzeczą zupełnie niemożliwą jakikolwiek szczegół działalności rządu oddzielić od jego kosztów, obojętnie, czy chodzi o przedsięwzięcia faktyczne, czy też planowane.

Nowoczesne państwo musi się zająć gospodarką, niezależnie od tego, czy jest mu to na rękę, czy też nie. Nasza nowoczesna cywilizacja zmusza nas do tego. W dawniejszych czasach na przykład budowaliśmy dom, w tym zaś domu umieszczaliśmy umysłowo chorych spośród nas. Od tej chwili ludność już wcale się o nich nie troszczyła.

Nie czyniliśmy tego nawet z wszystkimi umysłowo chorymi. Tysiące ich żyło rozproszonych po różnych gminach, ukrytych gdzieś w ciemnych komórkach lub na poddaszach. W całym państwie była moc niedorozwiniętych umysłowo dzieci, o które państwo podówczas w ogóle się nie troszczyło. Wtenczas istniały jeszcze więzienia mające po sześćdziesiąt do siedemdziesięciu lat, o celach dwóch metrów długości, siedemdziesięciu pięciu centymetrów szerokości i dwóch metrów wysokości – i jeszcze przed dwudziestu laty uważaliśmy to za rzecz zupełnie w porządku. Ba, zakłady takie jeszcze dziś są w użytku. Przytoczyłem ten przykład dlatego, że dopiero w ostatnich dziesięciu latach stało się w naszej nowoczesnej cywilizacji powszechnym uczucie, iż w administracji naszych zamkniętych zakładów nie stosujemy odpowiednich metod.

W r. 1930 było w stanie Nowy Jork około sześć do siedmiu tysięcy więzień i domów wariatów. Przy tym nie wliczono zakładów rozmaitych hrabstw, miast i gmin. Nowoczesna cywilizacja zmusiła nas do zmiany metod dotychczas stosowanych w tej dziedzinie. Co się tyczy na przykład chorób umysłowych, to znacznie rozszerzyliśmy nasze wiadomości psychiatryczne. Leczymy choroby, które przed dwudziestu laty uchodziły za nieuleczalne. Tempo postępu ciągle wzrastało tak, że w roku 1930 mogliśmy już wyleczyć około dwadzieścia do dwudziestu pięciu procent tych nieszczęśliwych. Jeśli znowu chodzi o więzienia, to ideałem naszym pozostaje dzień, w którym znaczna większość z dziewięćdziesięciu czterech procent wypuszczonych na wolność skazańców, powracających do naszego środowiska, będzie mogła prowadzić przez resztę lat uczciwy tryb życia. /…/

Z konieczności państwo wmieszało się w sprawy, które dla niego dwadzieścia lat temu jako problemy państwowe w ogóle nie istniały – na przykład budowa dróg. Wtenczas mieliśmy plan, na pozór wspaniały plan, który miał kosztować dziesięć lub piętnaście milionów dolarów; plan ten przewidywał budowę wielkich dróg komunikacyjnych z Nowego Jorku do Buffalo, z Albany do Montrealu, a wówczas nie było jeszcze tyle powodów do komunikacji z Montrealem, jak dzisiaj. Dziś są betonowane nie tylko główne arterie ruchu drogowego. Każdy farmer przy każdej bocznej dróżce chce mieć przed bramą swą kawał betonowej ulicy.

Z innego jeszcze powodu wzrosły wydatki państwowe. Wymagania w dziedzinie szkolnictwa stały się wyższe. W roku 1920 stan Nowy Jork uczestniczył w wydatkach na szkolnictwo sumą dziesięciu milionów dolarów, dziś wynoszą te zapomogi przeszło sto milionów dolarów. Prawie jedna trzecia wszystkich wydatków rządu stanu przypada na wychowanie. Polityka ta jest może błędna, odpowiada ona jednak myśli nowoczesnej i nie sądzę, aby ktoś mógł zaproponować jakąś inną drogę, która by nie była bezwzględnie reakcyjna.

Obok szeregu wzrastających wad organizacyjnych, które wymieniłem /…/ istnieją jeszcze inne bardzo ważne przyczyny powiększenia się wydatków państwowych. /…/

Bardzo ważny wpływ wywarła opinia publiczna na ogólne koszta departamentu dobra publicznego. Pieniądze dla tego departamentu wynosiły w r. 1922 dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. Przez długie lata utrzymywał się budżet prawie na tym samym poziomie. W roku 1932 jednak wzrósł on nagle do sumy dziewięciu milionów stu tysięcy dolarów, prawie wyłącznie na podstawie nowych ustaw o ubezpieczeniu na starość, które włożyły na państwo nowe obowiązki.

Czy stan sobie życzy zaoszczędzić rocznie osiem milionów dolarów przez to, że wstrzyma swoje dodatki do pensji starczych, i znowu przeniesie pełną odpowiedzialność za dobrobyt starców bez środków do życia na gminy miejskie i hrabstwa i powróci w tej dziedzinie do stanu z roku 1922?

Weźmy stanowy departament pracy. Robotnicy wiedzą, że za pośrednictwem tego departamentu mogą oni otrzymać pracę. Jeszcze w roku 1931 departament ten zapośredniczył przeszło sto tysięcy placówek pracy. Kupiec i fabrykant w stanie Nowy Jork wiedzieli, że jest to placówka, która reguluje kwestie sporne między nimi i ich pracownikami i że proponuje im szczególne ulepszenia, które mają lub muszą wprowadzić dla ochrony zdrowia i bezpieczeństwa zatrudnionych u siebie robotników. Agenci tego departamentu skontrolowali w roku 1931 więcej aniżeli osiemset pięćdziesiąt tysięcy przypadków działalności zakładów fabrycznych i przedsiębiorstw biurowych.

Ta placówka stanowa w codziennej pracy usiłuje uchronić robotnika przed wyzyskiem, wprowadzić w życie zakaz pracy małoletnich, zapewnić ochronę pracy fabrycznej kobiet, uskutecznić opiekę nad robotnikami w razie nieszczęśliwego wypadku, aby nie stali się ciężarami gminy i zapobiec katastrofom takim, jak wielki pożar w roku 1911, podczas którego straciło życie sto czterdzieści siedem osób. To jest właśnie z ludzkiego stanowiska ta dziedzina działalności, którą mamy rozpatrzyć pod kątem widzenia kosztów.

Administracja departamentu kosztowała w r. 1931 trzy miliony trzysta tysięcy dolarów, a więc o milion siedemset tysięcy więcej aniżeli kosztowała dziesięć lat temu, czyli więcej niż podwójnie. Co było przyczyną tego wzrostu i czy był on rozsądny? Czy należy politykę, której on jest wynikiem, obalić, aby podatki zmalały?

W najszerszym pojęciu odpowiedź na te pytania zależy od stanowiska, jakie się chce zająć. Filozofowie dziewiętnastego stulecia przywiązywali do myśli, że rząd ma uznać i przejąć daleko sięgające zobowiązania socjalne, małą albo nawet żadną wagę. Przyłączając się do tego wąskiego punktu widzenia, można bardzo śmiało uważać departament pracy jako niewłaściwe urządzenie, nie bacząc na to, że jego działalność na niwie społecznej może być tak bardzo nawet użyteczna.

Z drugiej strony jednak można się też przyłączyć do owego poglądu o obowiązkach rządu, który niewielu słowami, a tak dobrze sformułował delegowany wolnego państwa irlandzkiego na Imperialnej Brytyjskiej Konferencji Gospodarczej w Ottawie. Określił on cel nowoczesnego państwa, jako stworzenie takich warunków gospodarczych, które możliwie największej ilości ludzi pozwalają na prowadzenie spokojnego i wygodnego życia. Przyłączając się znowu do tego poglądu można łatwo dojść do przekonania, że nasz departament pracy nie za wiele, lecz za mało wydaje. /…/

Chciałbym jeszcze w kilku zdaniach poruszyć działalność departamentu zdrowia /…/. Koszta jego stanowią nieznaczną część ogólnych kosztów aparatu państwowego, wzrosły jednak szybko, ponieważ zakres działania stale się rozszerzał, a kontakt jego z życiem ludności stawał się coraz żywszy i serdeczniejszy. Nikt wszakże nie może zarzucić coś idei, że zdrowa ludność jest najcenniejszym skarbem, jaki państwo posiada, bardziej wartościowym i ważnym, aniżeli bogactwo materialne. /…/ Ten wzrost kosztów należy na ogół przypisać rozwojowi, który nastąpił dopiero przed kilku laty, kiedy to doszliśmy do przekonania, że zdrowie narodu da się nabyć za pieniądze. Wiemy, że za pewną określoną sumę możemy zakupić dla ogółu ludności wyższą ochronę przed pewnymi chorobami, jak malarią, żółtą febrą, tyfusem i nawet gruźlicą.

Zwalczanie śmiertelności dzieci i poparcie higieny dziecka kosztowało jeszcze przed dziesięciu laty tylko dwadzieścia trzy tysiące dolarów. W roku 1931 koszta te wzrosły siedmiokrotnie. W ciągu tego okresu czasu śmiertelność dzieci niezwykle spadła i chociażby po części można to przypisać naszej działalności. W roku 1915 na każde tysiąc niemowląt umierało sto przed osiągnięciem pierwszego roku życia. W roku 1922 było ich już według tego samego rachunku tylko siedemdziesiąt, w roku zaś 1930 tylko pięćdziesiąt dziewięć. Gdyby stopień śmiertelności z roku 1915 pozostał ten sam, musiałoby w roku 1930 w ciągu jednego roku umrzeć dziewięć tysięcy niemowląt więcej. Czy państwo ma zaoszczędzić sto czterdzieści cztery tysiące dolarów przez to, że ograniczy ono opiekę nad macierzyństwem i niemowlęciem do zakresu z roku 1922? /…/

Wzrost kosztowności aparatu rządowego przysparza nam coraz więcej trosk. Ciężary bowiem podatkowe tak szybko przybierają na wadze, że wielu obawia się, że mogą się one jeszcze za ich życia stać całkowicie nie do zniesienia. Już dzisiaj ich ciężar wpływa na całe nasze życie w daleko sięgającej mierze. Ale pominąwszy już wszystkie te ekstrawagancje i nie bacząc na wszelkie wady organizacyjne i marnotrawstwa, nie możemy wszakże zaprzeczyć, że wzrost kosztów ogólnych w znacznym stopniu wypływa z nowego pojęcia państwa, które dąży do wyższego rodzaju szczęścia i bezpieczeństwa dla całego narodu.

Urządzenia państwowe będące do dyspozycji przeciętnego obywatela znacznie się zwiększyły. /…/ W rzeczywistości chodzi o kwestię, czy mamy dopuścić do tego, aby nasze trudności gospodarcze i nasza niezdolność organizacyjna skrzyżowały się ze zdrowym i koniecznym rozwojem naszej cywilizacji. Moim zdaniem, muszą nam właśnie nasze cele społeczne dodać bodźca do rozprawienia się z tymi problemami.

Szczególnie dwa plany socjalno-polityczne, wysuwające się teraz właśnie na plan pierwszy, dotyczą całego zasięgu naszej dzisiejszej i przyszłej cywilizacji amerykańskiej. Dziewięćdziesiąt procent naszych obywateli – wszyscy ci, którzy pracować muszą i nie żyją z inwestowanego kapitału – troszczy się ryzykiem bezrobocia (nawet w tym wypadku, gdy jeszcze mają pracę) i możliwością, że na starość będą skazani na pomoc obcych. Dotychczas opinia publiczna nie starała się o rozwiązanie tego problemu; po pierwsze dlatego, że jako młode państwo mieliśmy do dyspozycji nietknięte rezerwy bogactw, po drugie, że nauki społeczne znajdują się jeszcze w powijakach i do niedawna głód, bieda i nędza w szczególnej mierze, traktowane były jako konieczne i nieodzowne zło.

Należy koniecznie dokonać małego przeglądu obecnego stanu rzeczy, abyśmy to, co mamy zamiar usunąć, widzieli przed sobą czarno na białym! Musimy przy tym wyjść ze stanowiska ogólnonarodowego, ponieważ każdy poszczególny stan związkowy i każda okolica kraju znajdują się wobec tego samego problemu i pod wpływem warunków panujących również w każdym innym stanie i okolicy kraju. Pewien przypadek z roku 1929 dostarcza tu dobrego przykładu. Gdy przemysł samochodowy w Detroit zwolnił ze swych tamtejszych zakładów kilkadziesiąt tysięcy robotników, przybyło czterdzieści tysięcy tych robotników do stanu Nowy Jork w poszukiwaniu pracy – wędrówka masowa przez prawie jedną trzecią kontynentu. Dziś, gdy kraj jest tak dalece uprzemysłowiony, zamknięcie dziesięciu procent zakładów przemysłowych w każdej gminie, staje się już bardzo widoczne.

Sama przez się staje się jasną absurdalność nowej teorii gospodarczej, sugerowanej narodowi w latach 1928 i 1929, że mimo wszystkich nauk dziejów możliwy jest wzrost produkcji w nieskończoność, dopóki tylko płace są dostatecznie wysokie i propaganda sprzedaży, zapewniająca zbyt wytworów, uprawiana jest z wielkim naciskiem i rozmachem. Gdy każdy ma pracę i dobrze zarabia, może on wszystko nabyć i za wszystko zapłacić. Gdyby więc każda rodzina w Stanach Zjednoczonych posiadała w r. 1930 jeden samochód i jeden aparat radiowy, musiałaby ona w r. 1940 koniecznie mieć dwa auta i dwa radioaparaty, w 1950 – trzy – dawniejszą teorię punktu nasycenia usunięto zupełnie w kąt. Że jednak nie pojęto starego prawa podaży i popytu, było już zbrodnią. Do tego jeszcze przyłączyła się smutna gra wysokich urzędników państwowych i kierowników kół finansjery, żonglujących cyframi, aby celowo przesłonić wymowę faktów. Jeżeli w bardzo wielu gałęziach przemysłu na każdych stu zatrudnionych od dwunastu do piętnastu nie ma pracy, to nie odpowiada to ani prawdzie ani też celowi rzeczy, kiedy się im mówi, że stopień zatrudnienia faktycznie jest znowu normalny – obojętnie, czy jakieś tam przyczyny czysto psychologiczne mogą stać na przeszkodzie w zbycie produktów. W istocie rzecz się ma w ten sposób, że znajdujemy się na przełomie nowego okresu gospodarczego i że produkcja w przeważającej ilości wypadków prześcignęła konsumpcję. Do tego kryzysu domowego [krajowego] przyłączył się jeszcze olbrzymi spadek naszego wywozu [eksportu]. Dla zbadania bliższych przyczyn tych zjawisk, nie ma tu oczywiście miejsca.

W dalszym ciągu musimy wziąć pod uwagę skutki najbardziej nowoczesnych metod fabrykacji i zbytu. Tak zwana racjonalizacja doprowadziła do tego, że granica starości przy zastosowaniu pracy ludzkiej nie leży już pomiędzy sześćdziesiątym piątym rokiem życia a siedemdziesiątym, lecz spadła do czterdziestu pięciu, pięćdziesięciu lat. Coraz większa liczba wielkich przedsiębiorstw, acz praktyka ta na szczęście nie jest jeszcze powszechnie stosowana, przyjmowała ostatnio już tylko młodych ludzi, przy zmniejszaniu [zatrudnienia] zaś tych przedsiębiorstw wyrzucano na bruk przede wszystkim starszych pracowników. Oznacza to, że problem zaopatrzenia na starość, który jeszcze kilka lat temu za powszechną zgodą zaczynał się dopiero z siedemdziesiątym rokiem życia, dziś już dotyczy tysięcy ludzi z rozpoczęciem lat pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu. Nigdy może nie będziemy w stanie stwierdzić, do jakiego stopnia przemianę tę należy przypisać katastrofom ostatnich paru lat; jednakowoż nie zmienia to ani na jotę prawdopodobieństwa, że również nadal musimy się liczyć z podobnym rozwojem.

Jeśli teraz zbierzemy oznaki obecnej sytuacji, tedy znajdziemy się wobec bardzo skomplikowanego problemu – przy którym bezrobocie i nędza na starość coraz ściślej wiążą się ze sobą tak, że nie należy zapominać o jednym, jeśli się chce zwalczać drugie; przedsięwzięcia więc zaradcze rządu winny być zorganizowane na podstawie naukowych ekonomicznych rozważań, a nie ograniczać się do bezplanowej akcji filantropii społecznej lub dorywczych wybuchów histerii politycznej.

Sądząc po przeszłości i teraźniejszości, zawsze będzie u nas istniało bezrobocie – na przemian, odpowiednio do każdorazowego cyklu koniunktur gospodarczych. W różnych dziedzinach gospodarczych i w różnych gałęziach przemysłu poszukuje się pewnych środków i metod dla częściowego przynajmniej wyrównania dolnej i górnej krzywej rozwoju gospodarczego. Tak na przykład rozwój bardzo wyraźnie biegnie w kierunku pięciodniowego tygodnia pracy. Oznacza to przyjmowanie nowych robotników lub przynajmniej mniej redukcji [zatrudnienia]. W tym samym kierunku porusza się również dążenie do skrócenia dnia pracy w ogóle.

Następnie mamy liczne dążenia do bardziej planowego podziału pracy. Tak zwany system Cincinnati, który zapewnia robotnikowi pewien określony okres pracy, powiedzmy czterdzieści osiem tygodni do roku, na który go się właśnie przyjmuje. Ręka w rękę za tymi dążeniami idą system Krümpera, współpraca pomiędzy różnorodnymi gałęziami przemysłu i przyspieszenie tempa budownictwa publicznego oraz prywatnego w czasach kryzysów.

Jest to niewątpliwie piękną rzeczą, że właściwie we wszystkich stanach związkowych rządy pojęły powagę położenia i przedsięwzięły pewne środki zaradcze. Tak na przykład ja, jako gubernator, otrzymałem w r. 1930 od parlamentu stanu Nowy Jork dziewięćdziesiąt milionów na roboty publiczne, dwadzieścia milionów więcej aniżeli w roku poprzednim. Również gminy miejskie i hrabstwa przyczyniły się w tym kierunku, składając sumę czterokrotnie przewyższającą zapomogi dotychczasowe. Wszystko to jednak są tylko środki tymczasowe, na które w przyszłości liczyć nie można, ponieważ zadłużenie rządów lokalnych wzrasta w groźnej i może nawet niebezpiecznej mierze.

W niektórych częściach kraju chwycono się środków o wiele trwalszych i bardziej wytrzymałych. Tak na przykład w Nowym Jorku ustanowiona przeze mnie komisja, składająca się z czterech przedsiębiorców, jednego przywódcy robotników i stanowego komisarza przemysłu weszła w narady z koncernami przemysłowymi na zasadzie podjęcia ściślejszej planowości wewnątrz samych gałęzi przemysłu celem lepszego ustabilizowania stopnia zatrudnienia. Przy tych wszystkich jednakże próbach i planach wciąż ujawnia się brak podkładu statystycznego. Wiedzieliśmy na przykład dość dokładnie, jak wielka była ilość zatrudnionych, liczbę bezrobotnych natomiast znaliśmy tylko zupełnie powierzchownie. Tu powstaje bezpośrednia potrzeba akcji organizacyjnej ze strony rządu i sfer prywatnych dla poznania prawdziwego wymiaru bezrobocia. Wyjaśnienia wysokich placówek urzędowych w Waszyngtonie zostały zdyskredytowane – a przecież jasnym jest, że naród ma prawo poznać prawdziwe oblicze stanu faktycznego bezrobocia.

Poza tym należy liczyć się z następującym faktem. Dla wielkiego przedsiębiorcy, który w normalnych czasach układa sobie plan wytwórczości z góry na lat kilka jest planowość rzeczą doskonałą, natomiast dla drobnego przedsiębiorcy lub kupca, mającego do czynienia li tylko z jednym gatunkiem towarów są metody planowo-gospodarcze mniej do przyjęcia.

Wnioski nasze są również tutaj jasne. Troskliwa planowość, skrócenie dnia roboczego, dokładniejsze statystyki, roboty publiczne i z tuzin innych paliatyw będą w stanie w przyszłości, szczególnie w czasach kryzysu, zmniejszyć bezrobocie. Jednakowoż to wszystko razem nawet, nie będzie w stanie bezrobocia usunąć. Również w przyszłości będziemy może przeżywali ciężkie czasy, również w przyszłości będziemy zmuszeni przejść dłuższe okresy, które z roku na rok nasuną nam nowe trudności, bądź polityczne, bądź gospodarcze. Jak dawniej, będziemy nadal narażeni na „przypadkowe” wahanie stopnia zatrudnienia, jakie nieraz przeżywaliśmy; na przykład zmiany mody, które doprowadziły do zastąpienia materiałów bawełnianych przez jedwab sztuczny i kryzys teatru, spowodowany wprowadzeniem filmu, szczególnie zaś filmu dźwiękowego. Dalej, mogą powstać nowe wynalazki, które dadzą się porównać ze zjawieniem się samochodu i możemy stracić również dalsze rynki zagraniczne. Jedne z tych zmian dadzą się już przewidzieć, inne jeszcze nie. Nie można ich inaczej oczekiwać, aniżeli przez pewną określoną formę ubezpieczenia od bezrobocia.

Nieuniknienie zmierzamy do ubezpieczenia od bezrobocia tak, jak niegdyś byliśmy zmuszeni wprowadzić odszkodowanie [od] nieszczęśliwych wypadków i tak, jak obecnie wznosimy gmach ubezpieczenia społecznego na starość.

Wypadków bezrobocia, niezawinionych przez robotników, jest dziewięćdziesiąt procent. Inne narody i rządy przystąpiły już do zastosowania różnych systemów, zapewniających robotnikowi pewną pomoc na wypadek bezrobocia. Dlaczego my, w czterdziestu ośmiu stanach Związku, mielibyśmy się obawiać podjęcia tego zadania?

Przy tym musimy się oczywiście uchronić przed dwoma niebezpieczeństwami. Ubezpieczenia od bezrobocia nie wolno przypadkowo lub pod jakimkolwiek pozorem uczynić jedynie tylko instytucją dobroczynności, prowadzącą do lenistwa i przeczącą własnym swym celom. Tworząc system ubezpieczenia od bezrobocia musimy wytknąć stałą i nieprzesuwalną granicę dla tych, którzy wahają się w przyjęciu proponowanej im pracy oraz znaleźć możliwości takiego ukształtowania zatrudnienia, aby nikt dłużej aniżeli dwa lub trzy miesiące w jednym ciągu nie pozostawał bez pracy. Drugie niebezpieczeństwo tkwi w naturalnej skłonności do pokrywania kosztów ubezpieczenia z bieżących dochodów rządu. Jest jasnym, że ubezpieczenie od bezrobocia musi się oprzeć na zasadzie kas ubezpieczeniowych i że sami robotnicy winni uiszczać składki ubezpieczeniowe. Dobrze przemyślany system ubezpieczenia bezrobotnych, jeśli ma odpowiadać naszym ideałom, musi być samowystarczalny. A jest on bez wątpienia do osiągnięcia.

Propozycje, poczynione z początkiem roku 1930 przez międzystanową komisję ubezpieczenia od bezrobocia w sprawozdaniu wystosowanym do zwołanej przeze mnie konferencji gubernatorów, zasługują na to, aby jak najszybciej obrócono je w czyn. /…/ Opracowany przez nią plan cechuje się rozsądkiem i zawiera szereg troskliwie przemyślanych zabezpieczeń na różne możliwe wypadki. Uwzględnia on nieregularność charakteru działalności przemysłowej, zachęca przedsiębiorcę do bardziej planowej regulacji tej działalności i utwierdza moralność i poczucie własnej godności robotnika, tak wielce przez obywatela państwa demokratycznego cenione przymioty. /…/

Stanom proponuje się przedsięwzięcie natychmiastowych kroków celem rozbudowy sieci publicznego pośrednictwa pracy, ponieważ żaden system ubezpieczenia bezrobotnych słusznie nie spełniłby swego zadania, gdyby nie istniało dobrze zorganizowane i dobrze prowadzone pośrednictwo pracy.

Komisja bezrobocia winna popierać współpracę poszczególnych przedsiębiorstw i gałęzi przemysłu, ponieważ pojedyncze przedsiębiorstwo nie jest w stanie przedsięwziąć skutecznych środków zaradczych dla osiągnięcia bardziej stałych stosunków zatrudnienia.

Sprawozdanie wspomina o dwóch przyczynach, które dały asumpt do zaproponowania obowiązkowej składki przedsiębiorcy. Przede wszystkim naszym zdaniem robotnik nie powinien być zmuszony do dalszego obcinania sobie swego zarobku wskutek uiszczania składek na rzecz funduszu rezerwowego, następnie zaś finansowe zobowiązanie przedsiębiorcy ustanowione w planie będzie dla niego stałym bodźcem do przeciwdziałania bezrobociu w granicach jego własnych możliwości. /…/

Fakt, że w stanie Nowy Jork plany ubezpieczenia na starość zyskują już wyraźne kontury, coraz bardziej zakorzeniają się w ustawach i mimo trudności finansowych, spowodowanych kryzysem, stają się rzeczywistością, daje mi tę pewność, że na polu socjalno-polityczno również nadal będziemy robili postępy. Zdumiewająca jest ta głęboka przemiana myśli, jaka dokonała się w stosunkowo nieznacznym czasie w umysłach ludzkich – jeszcze dwadzieścia lat temu poglądy na zadania państwa, wyznawane obecnie przez niektórych z nas, wzbudziłyby ogólny śmiech lub może nawet obawę.

Dziś nie trzeba zbyt wiele argumentów, aby dowieść, że ubezpieczenie na starość logicznie i w sposób nieunikniony związane jest z całością problemu bezrobocia i że w tej kwestii da się rzeczywiście coś zrobić. Każdy wie, że starzy ludzie z chwilą tylko, gdy nie potrafią się utrzymać pracą swych rąk, zasilają szeregi bezrobotnych tak, jak gdyby zostali zredukowani wskutek zastoju w przemyśle. Jedyną różnicą jest to, że ich zwolnienie nie jest zjawiskiem przejściowym, lecz trwałym.

Do problemów tych nie można oczywiście inaczej podejść aniżeli częściowo i to z pewnych stron. Tak na przykład ustawa o ubezpieczeniu na starość, wydana w r. 1930 w stanie Nowy Jork była tylko drobnym krokiem na drodze do rozwiązania tego problemu w całości. Nowa zaś ustawa odnosi się tylko do mężczyzn i kobiet mających lat siedemdziesiąt i więcej, ale opiera się na słusznym założeniu, że na dłuższą metę jest rzeczą tańszą, i przyjemniejszą dla pobierających zapomogi, jeśli spędzają resztę swego żywota w swoich własnych domach, nie zaś w domu starców.

Społeczeństwo bez ryzyka

Plan Beveridge’a powstał jako wynik prac specjalnej komisji powołanej w Anglii w roku 1941 w celu „zbadania istniejących systemów ubezpieczeń społecznych i pokrewnych instytucji ze szczególnym uwzględnieniem ich wzajemnych powiązań oraz sformułowania odpowiednich zaleceń”. Ogłoszenie planu nastąpiło w końcu 1942 r. po blisko półtorarocznym okresie gruntownych badań prowadzonych w oparciu o materiały i opinie, dostarczone zarówno przez zainteresowane resorty państwowe, jak i przez liczne instytucje społeczne oraz rzeczoznawców i uczonych, zaproszonych indywidualnie do wzięcia udziału w pracach Komisji. Wojna nie umniejszyła w niczym gruntowności tych prac; stwarzała raczej dla nich klimat korzystny. Opracowywanie planów przyszłej przebudowy społecznej odpowiadało bowiem w tym czasie szczególnie silnie odczuwanej potrzebie bliższego określenia wizji nowego, lepszego świata, jaki miał powstać w wyniku zmagań wojennych.

Ta ogólna atmosfera udzieliła się niewątpliwie pracom komisji, działającej pod przewodnictwem Williama Beveridge’a, które przybrały niezwykle szeroki zasięg, wykraczając w wielu wypadkach poza dziedzinę objętą bezpośrednim zakresem jej zadań. Raport komisji ogłoszony w listopadzie 1942 r. stał się czymś więcej niż planem reformy ubezpieczeń społecznych „i pokrewnych instytucji”; stwarzał nową konstrukcję świadczeń społecznych, opartą na gruntownej przebudowie wszystkich istniejących uprzednio systemów i pomyślaną w ten sposób, aby świadczenia te mogły przyczynić się do zupełnego usunięcia niedostatku i nędzy. Co więcej, koncepcje walki z niedostatkiem wiązały się w tym ujęciu z szerszymi planami przebudowy społeczno-gospodarczej, dotyczącymi w szczególności spraw zatrudnienia i organizacji służby zdrowia. Nic zatem dziwnego, że plan Beveridge’a, ujmujący tak szeroki zasięg spraw w płaszczyźnie realnych i umotywowanych wniosków, a nie luźnych postulatów, stał się wydarzeniem – i to nie tylko na miarę angielską. /…/

U podstaw planu Beveridge’a leży postulat wolności od niedostatku, sformułowany w ramach programu czterech wolności prezydenta Roosevelta i włączony następnie do karty atlantyckiej. Przedmiotem planu jest właśnie wskazanie środków, które mogłyby zapewnić w stosunkach angielskich całkowitą realizację tej wolności, tj. zupełne usunięcie nędzy i niedostatku. Analiza stosunków związanych z rozwojem gospodarczym Wielkiej Brytanii pozwala na stwierdzenie, że cel ten jest w pełni możliwy do osiągnięcia. Dochód społeczny na głowę ludności wzrósł poważnie w okresie 1913-1938, pomimo przypadającej na ten okres wojny światowej i następującego po niej kryzysu masowego bezrobocia. Wzrosła również w tym samym czasie stopa życiowa rodzin robotniczych, czemu towarzyszyła poprawa stanu zdrowotnego i znaczny spadek śmiertelności. Badania przeprowadzone w latach 1929-1937 we wschodniej dzielnicy Londynu, w Bristolu i w Yorku, wykazały, że rodziny robotnicze o dochodach przekraczających minimum egzystencji są znacznie liczniejsze od rodzin nie dochodzących do tej normy, co więcej, że globalna nadwyżka dochodów ponad minimum egzystencji pierwszej grupy przewyższa wielokrotnie łączny niedobór grupy drugiej. Ten stały wzrost dochodu społecznego kraju, pomimo wielu niesprzyjających okoliczności, stwarza dogodne podstawy dla upowszechnienia dobrobytu. Niezbędne jest tylko zastosowanie pewnych, stosunkowo łatwych w tych warunkach do przeprowadzania, korektyw w podziale dochodu, aby usunąć całkowicie zjawiska nędzy i niedostatku, których utrzymywanie się jest – jak twierdzi Beveridge – skandalem na tle ogólnego wzrostu zamożności.

Rodzaj tych niezbędnych korektyw i przesunięć wskazują badania społeczne nad przyczynami nędzy i niedostatku, przeprowadzone w wielu ośrodkach Anglii w latach bezpośrednio poprzedzających wojnę światową. W świetle tych badań okazało się, że 3/4 do 5/6 przypadków niedostatku wiąże się z przerwą w zarobkowaniu lub utratą możności zarobkowania na skutek tzw. wydarzeń losowych, podczas gdy pozostała 1/6 do 1/4 – związana jest z niedostosowaniem wysokości zarobków do potrzeb rodzin mających większą liczbę dzieci. Dla usunięcia niedostatku konieczne jest zatem stworzenie powszechnego systemu świadczeń społecznych, które by z jednej strony zastępowały zarobek we wszystkich przypadkach jego odpadnięcia, a z drugiej uzupełniały jego wysokość w stosunku do rodzin o liczniejszym składzie. Pierwszą grupę świadczeń reprezentują przede wszystkim ubezpieczenia społeczne, które pomyślane są w planie Beveridge’a jako główny trzon akcji zwalczania niedostatku i stąd zajmują w nim niejako miejsce centralne.

Wymagają one jednak pewnych uzupełnień nawet we właściwej im dziedzinie łagodzenia skutków wydarzeń losowych. Uzupełnienia te dotyczyć muszą z jednej strony tej kategorii osób, dla których świadczenia ubezpieczeniowe – pomimo najszerszego ich ujęcia – okażą się niedostępne; z drugiej zaś tych osób, które są w stanie zapewnić sobie na wypadek ryzyk losowych wydatniejsze świadczenia ponad minimum egzystencji, stanowiące podstawę orientacyjną wymiaru świadczeń w ubezpieczeniach społecznych. Te dwa uzupełniające systemy to: w pierwszym wypadku opieka społeczna, której nie da się usunąć, mimo że rola jej ulegnie znacznemu zacieśnieniu, a w drugim – ubezpieczenia dobrowolne, którym zostawia się zgodnie z tradycjami angielskimi szerokie pole działania, polegające na uzupełnianiu świadczeń społeczno-ubezpieczeniowych.

Zupełnie odrębną dziedzinę świadczeń stanowić mają natomiast dodatki rodzinne (czy raczej dodatki na dzieci – children’s allowances), których zadaniem jest uzupełnianie zarobków w stosunku do liczniejszych rodzin. Chodzi tu zarówno o usunięcie ważnego źródła niedostatku, jak i o pośrednie oddziałanie na wzrost rozrodczości, co ma w Anglii szczególne znaczenie, ze względu na silny spadek przyrostu naturalnego i związane z tym niebezpieczeństwo zahamowania wzrostu ludności.

Dodatki na dzieci łącznie z ubezpieczeniem społecznym, opieką społeczną i ubezpieczeniem dobrowolnym mają stanowić konsekwentnie pomyślany system zabezpieczenia społecznego (social security), gwarantującego wszystkim obywatelom pewne minimum dochodu w przypadku wystąpienia potrzeb nie dających się zaspokoić przy pomocy własnych środków i starań. Minimum to traktowane jest wprawdzie skromnie, ale realnie, jako dochód niezbędny dla utrzymania się i zaspokojenia podstawowych potrzeb. Ponad tak pojęte minimum egzystencji wychodzą jedynie świadczenia ubezpieczeń dobrowolnych, stwarzając możliwości zagwarantowania dochodu o wyższym wymiarze.

System zabezpieczenia społecznego oznacza zatem zabezpieczenie dochodów szerokich rzesz ludności na poziomie niezbędnym co najmniej dla usunięcia niedostatku i nędzy. Plan Beveridge’a, poświęcony skonstruowaniu tego systemu, traktuje go wyraźnie jako część – choć bardzo istotną – ogólnego programu przebudowy społecznej, do którego należą m.in. takie dziedziny, jak walka z brakiem oświaty, bezrobociem i chorobą. Koncentrując się w zasadzie na problemie walki z niedostatkiem, plan Beveridge’a podkreśla równocześnie bardzo silnie wzajemną łączność tych wszystkich dziedzin. /…/

Plan Beveridge’a /…/ domaga się objęcia zakresem ubezpieczeń społecznych ogółu obywateli, bez względu na charakter ich pracy (najemny czy samodzielny), a nawet bez względu na to, czy pracują w ogóle zarobkowo, czy też utrzymują się z innych źródeł. Oznaczałoby to włączenie do zasięgu ubezpieczeń 47 milionów osób, z których circa 18,1 milionów stanowiliby pracownicy najemni, 2,6 miliona – samodzielnie zarobkujący, 9,45 miliona – kobiety zamężne, 2,3 miliona – osoby w wieku produkcyjnym nie pracujące zarobkowo, 9,8 miliona – dzieci poniżej 15 lat oraz 4,75 miliona – starcy powyżej 65 lat (liczby wg szacunku na r. 1944). Ogół tych osób ma otrzymać pełne ubezpieczenie w stosunku do wszystkich grożących im ryzyk losowych, ponieważ jednak ryzyka te nie są dla całej masy ubezpieczonych jednakowe, więc dzieli się ją na 6 klas, odpowiadających podanemu wyżej wyliczeniu. Najszerszy wachlarz ryzyk przewiduje się w stosunku do pracowników najemnych, którzy mają mieć prawo do świadczeń w razie starości, niezdolności do pracy (tzn. zarówno choroby, jak i inwalidztwa), bezrobocia, wypadku przy pracy, a ponadto do zasiłku pogrzebowego i pełnego leczenia w razie choroby. W stosunku do innych klas odpadają pewne świadczenia, np. zasiłek bezrobocia dla samodzielnie zarobkujących i niepracujących zarobkowo, wchodzą w grę natomiast inne, nie stosowane wobec pracowników najemnych, jak np. zasiłek na przeszkolenie zawodowe (training benefit), mający umożliwić nabycie nowych umiejętności w razie zmiany sytuacji życiowej. Najbardziej powszechny charakter mają świadczenia na starość i pogrzebowe oraz pomoc lecznicza, których wprowadzenie przewiduje się w stosunku do wszystkich klas ubezpieczonych.

Podkreślić należy, że plan Beveridge’a zrywa z tradycyjnym schematyzmem ujmowania ryzyk ubezpieczeniowych, wprowadzając w tej dziedzinie wiele zmian i uzupełnień, mających na celu lepsze dopasowanie świadczeń do potrzeb. Szczególnie interesujące z tego punktu widzenia, jest potraktowanie w planie grupy kobiet zamężnych, które w dotychczasowych systemach ubezpieczeniowych objęte są zazwyczaj ogólnymi przepisami, tzn. ich uprawnienia do świadczeń uzależnione są od faktu zarobkowania – poza pomocą leczniczą i położniczą oraz rentą wdowią, przyznawaną im niekiedy z tytułu ubezpieczenia męża. Rozwiązania te nie biorą pod uwagę, że sytuacja kobiety zamężnej ma charakter szczególny i wiąże się z szeregiem swoistych ryzyk, wymagających zastosowania odrębnego układu świadczeń. Nie wydaje się również właściwe wiązanie tych świadczeń z zarobkowaniem samej kobiety zamężnej, gdyż jej praca w domu na rzecz rodziny, mająca tak doniosłe znaczenie społeczne, powinna być dostatecznym uzasadnieniem dla pełnego udziału w planie ogólnego zabezpieczenia.

Wychodząc z tych założeń, plan Beveridge’a wyodrębnia kobiety zamężne w osobną klasę ubezpieczonych, stwarzając dla nich szeroko rozbudowany system świadczeń, opartych na ubezpieczeniu męża, bez obowiązku opłacania składek przez same kobiety na własny rachunek. Świadczenia te obejmują częściowo szereg nowych, nie uwzględnianych dotychczas ryzyk, jak np. ryzyko separacji, rozwodu lub porzucenia, które traktowane są w zasadzie na równi z ryzykiem wdowieństwa. Przewiduje się również świadczenia na wypadek choroby połączonej z niemożnością prowadzenia gospodarstwa domowego; świadczenie polegać ma w tym wypadku na opłaceniu kosztów pomocy domowej. Z drugiej strony poddaje się natomiast pewnej korekcie zasady udzielania znanych uprzednio świadczeń. I tak np. renty wdowie mają być wypłacane długoterminowo tylko w przypadkach stwierdzonej niezdolności do pracy, poza tym zaś mają nosić charakter krótkoterminowych zasiłków, przedłużanych jednak w razie posiadania nieletnich dzieci – na okres do ukończenia przez nie nauki szkolnej, a w razie potrzeby nabycia pewnych kwalifikacji zawodowych dla stworzenia sobie własnych podstaw egzystencji – na okres przeszkolenia, nie dłuższy niż 6 miesięcy. W ten sposób stwarza się pewną ciągłość świadczeń, gwarantując pełne pokrycie potrzeb, przy uniknięciu jednak wszelkich przerostów, wynikających z automatycznego udzielania świadczeń w przypadkach nieuzasadnionych istotnymi potrzebami.

Ryzyka losowe, dotykające rodzinę w osobie zarobkującego męża, stwarzają – według planu Beveridge’a – uprawnienia do świadczeń, wymierzanych z uwzględnieniem potrzeb nie samego pracownika, lecz pary małżeńskiej, o ile żona nie pracuje zarobkowo. Wymiar tego łącznego świadczenia równa się sumie świadczeń, do jakich mieliby prawo współmałżonkowie w razie, gdyby oboje zarobkowali. W przypadku macierzyństwa kobiecie zamężnej przysługiwać mają obok pomocy leczniczej i położniczej także świadczenia pieniężne (zasiłek macierzyński). Fakt wykonywania pracy zarobkowej nie warunkuje uzyskania tego zasiłku, wpływa jedynie na jego większy wymiar. Jest to zresztą jedyny wypadek, w którym Beveridge dopuszcza wpływ zarobkowania kobiety zamężnej na wysokość przysługujących jej świadczeń. We wszystkich pozostałych przypadkach ubezpieczenie kobiety zamężnej z tytułu własnego zarobkowania nie odgrywa w ogólnym systemie zabezpieczenia tej kategorii osób poważniejszej roli, dając prawa do świadczeń zredukowanych i skalkulowanych w taki sposób, że równają się one kwocie przypadającej na żonę w łącznym świadczeniu dla pary małżeńskiej, wspomnianym powyżej. Plan Beveridge’a przewiduje jeszcze jednorazowy zasiłek małżeński, udzielany kobiecie na podstawie uprzedniego ubezpieczenia w momencie zawarcia małżeństwa.

Konstrukcja i wymiar świadczeń ubezpieczeniowych to następna dziedzina, w której plan Beveridge’a postuluje duże zmiany, zgodnie ze swym zasadniczym dążeniem do pełnego pokrycia potrzeb i usunięcia źródeł niedostatku. Nastawienie to rozstrzyga o konieczności znacznej podwyżki świadczeń, przedłużenia okresów ich wypłacania oraz złagodzenia warunków uzyskania świadczeń, w przeciwstawieniu do reguł, obowiązujących dotąd zazwyczaj w ubezpieczeniach. Opierając się na tradycji anglosaskiej, Beveridge postuluje jednolity wymiar świadczeń, odpowiadający minimum egzystencji, pragnie jednak nadać tej jednolitości szersze niż dotychczas znaczenie, uniezależniając wysokość świadczeń nie tylko od pobieranych uprzednio zarobków, lecz także od rodzaju ryzyka losowego, które wywołało utratę zarobku. Staje on bowiem na stanowisku, że potrzeby człowieka czy rodziny, pozbawionej dotychczasowych źródeł egzystencji, są w zasadzie we wszystkich przypadkach ryzyk jednakowe, nie ma zatem podstaw do stosowania różnic, uzasadnianych zazwyczaj względami finansowymi lub technicznymi, a nie rzeczowymi. W nielicznych przypadkach, gdy potrzeby mają szczególny charakter, jak np. w razie macierzyństwa, dopuszcza się wyższy od ogólnego wymiar świadczeń; ma to jednak charakter wyjątku. W zasadzie obowiązywać mają jednolite normy świadczeń, co nie tylko upraszcza w ogromnym stopniu ich wymiar i usuwa wiele nieusprawiedliwionych i krzywdzących różnic w ich wysokości w stosunku do różnych grup otrzymujących zasiłki, lecz ponadto realizuje w znacznej mierze postulat głębiej pojętego scalenia ubezpieczeń. /…/

Okresy udzielania świadczeń unormowane są w planie Beveridge’a zgodnie z ogólną zasadą pełnego pokrycia potrzeb, wynikających z wydarzeń losowych. Odrzuca się wszelkie automatyczne ograniczenia, stosowane zwłaszcza w ubezpieczeniach krótkoterminowych, ze względu na równowagę finansową ubezpieczeń. I w tym wypadku, podobnie jak w innych, na plan pierwszy wysuwa się układ potrzeb, który decyduje o strukturze ubezpieczenia, natomiast kalkulacja finansowa zepchnięta zostaje niejako do roli wtórnej, polegającej na znalezieniu technicznych rozwiązań, zgodnych z zasadniczymi założeniami. Jako zasadę przyjmuje się, że wypłata świadczenia nie może ulec przerwie lub zawieszeniu, jeśli potrzeba wywołana wydarzeniem losowym trwa nadal. I tak np. zasiłek z tytułu bezrobocia ma być udzielany przez cały okres braku pracy, z tym tylko ograniczeniem, że po półrocznym okresie pobierania zasiłku, warunkiem dalszej wypłaty ma być uczęszczanie na kurs przeszkolenia zawodowego lub do ośrodka pracy. Podobnie bezterminowa ma być wypłata zasiłku inwalidzkiego z warunkiem poddania się przeszkoleniu, o ile okoliczności na to zezwalają. Niektóre świadczenia mają z natury rzeczy charakter wypłat ograniczonych w czasie, jak np. zasiłek chorobowy, macierzyński czy wdowi /…/. Wówczas jednak stwarza się możliwość kontynuowania bez żadnej przerwy świadczeń z innego tytułu, jeśli potrzeba – choć o zmienionym charakterze – trwa nadal. I tak np. zasiłek chorobowy przechodzi po upływie pewnego czasu automatycznie w inwalidzki, zasiłek wdowi może być zastąpiony zasiłkiem na przeszkolenie zawodowe lub na opiekę nad dziećmi etc. To wiązanie świadczeń przy zachowaniu pełnej ich ciągłości nadaje ubezpieczeniom społecznym charakter jednolitego, wewnętrznie zharmonizowanego systemu.

Szczególną uwagę poświęca Beveridge rentom starczym, które ze względu na wprowadzenie ich we wszystkich klasach ubezpieczonych i ogólną tendencję, wzrastania liczbowego starszych roczników wieku, wysuwają się spośród wszystkich świadczeń jako najliczniejsze i najbardziej kosztowne. W tym jedynym przypadku dopuszcza Beveridge odstępstwo od ogólnych zasad wymiaru świadczeń na rzecz konieczności finansowych, przewidując, że renty te będą przejściowo wypłacane w zaniżonej wysokości i osiągną pełny wymiar, na drodze stopniowych podwyżek, dopiero po 20 latach. W tym przejściowym okresie uzupełnianie rent ma przypaść opiece społecznej. Ustalając jako granicę wieku starczego 65 lat dla mężczyzn i 60 lat dla kobiet, Beveridge postanawia równocześnie, że warunkiem uzyskania tej renty ma być faktyczne zaprzestanie pracy. Przewiduje się przy tym premiowanie opóźnionych zgłoszeń o rentę starczą, w celu stworzenia pewnej dodatkowej zachęty do dłuższego pozostawania w aktywności zawodowej i korzystania ze świadczeń tylko w razie niezbędnej potrzeby.

Uwagi powyższe wprowadzają już nas w dziedzinę warunków przyznawania świadczeń, które w planie Beveridge’a ulegają znacznemu złagodzeniu, na skutek pewnego rozluźnienia związku pomiędzy uprawnieniami do świadczeń a opłacaniem składek. Wiąże się to z przyjęciem zasady, że przerwy w zarobkowaniu, wynikające z niektórych wydarzeń losowych, przede wszystkim z bezrobocia i inwalidztwa, zaliczane są do okresu uprawnień ubezpieczeniowych, na równi z okresami opłacania składek. /…/

Składki odgrywają /…/ dużą rolę w planie Beveridge’a, stanowiąc podstawowe źródło finansowania całego systemu. Odpowiada to wysokiej zdolności ubezpieczeniowej społeczeństwa angielskiego, które zdolne jest do bezpośredniego poniesienia dość znacznych ciężarów, związanych z zaspokojeniem przyszłych potrzeb. Wiąże się to również z ogólnym nastawieniem tego społeczeństwa, które docenia w pełni znaczenie własnego aktywnego wkładu w urządzenia społeczne, niechętne jest natomiast wszelkiej akcji świadczeniowej o charakterze zapomóg (doles), udzielanych na gruncie badania stanu potrzeby (means test). Pojęcia te leżą u podstaw planu Beveridge’a, który harmonizuje w swoisty sposób tendencje kolektywno-zaopatrzeniowe z zachowaniem pewnych zasad czysto ubezpieczeniowych. /…/

Opieka społeczna to uzupełnienie działalności ubezpieczeń społecznych w stosunku do tych kategorii osób, które pomimo szerokiej rozbudowy świadczeń ubezpieczeniowych nie będą w stanie w ich ramach się pomieścić. Żaden system ubezpieczeniowy, nawet tak liberalnie i szeroko pomyślany jak w planie Beveridge’a – nie może pokryć całkowicie wszystkich potrzeb, związanych z wydarzeniami losowymi. Zwykle pozostaje tu pewien margines potrzeb, możliwych do uwzględnienia tylko w ramach akcji opiekuńczej, jako mniej schematycznej i nie związanej tak ścisłymi przepisami prawnymi. W przypadku planu Beveridge’a margines ten jest stosunkowo wąski, obejmuje jednak pewne kategorie osób, które bądź to nie zdołają – pomimo mocno zliberalizowanych przepisów – nabyć uprawnień do świadczeń, bądź utracą te świadczenia wskutek nie poddania się rygorom ubezpieczeniowym (np. bezrobotny odmawiający poddania się przeszkoleniu), bądź wreszcie mają specjalne potrzeby, nie mieszczące się w ramach akcji świadczeniowej ubezpieczeń (np. choroby wymagające szczególnej kuracji i opieki, niektóre przypadki separacji małżeńskiej lub porzucenia żony etc.). Ponadto w przejściowym okresie zadaniem akcji opiekuńczej ma być uzupełnianie rent starczych, do czasu wypłacania ich w pełnej wysokości. Niezbędne jest zatem utrzymanie opieki społecznej, choć należy oczekiwać, że zasięg jej w miarę rozbudowy świadczeń ubezpieczeniowych będzie się zacieśniał. Reforma w tej dziedzinie polegać ma /…/ na uproszczeniu struktury administracyjnej władz opiekuńczych oraz ustaleniu jednolitych zasad oceny potrzeb i wymiaru zasiłków, na miejsce stosowanych obecnie w tej dziedzinie kilku odrębnych systemów.

Odrębny rodzaj świadczeń stanowić mają /…/ dodatki na dzieci, których rola polegać ma na zagwarantowaniu minimum dochodu dla licznych rodzin w czasie zarobkowania, podobnie jak świadczenia ubezpieczeniowe gwarantują to minimum podczas przerw w pobieraniu zarobku lub jego utraty. Konstrukcja dodatków na dzieci, mających usunąć następne ważne źródło niedostatku, pomyślana jest w planie Beveridge’a w ten sposób, aby stanowiły one istotną pomoc dla rodzin posiadających większą liczbę dzieci, nie pokrywając jednak pełnych kosztów ich utrzymania. W ten sposób zaakcentowana jest raz jeszcze zasada harmonizowania akcji zabezpieczeniowej państwa z wkładem własnym jednostki, opartym na jej inicjatywie i poczuciu odpowiedzialności. Dodatki mają być wypłacane, poczynając od drugiego dziecka, w wysokości 8 szylingów tygodniowo, co odpowiada na ogół kosztom wyżywienia i ubrania dziecka, bez uwzględnienia jednak innych potrzeb (jak np. zwiększone wydatki na mieszkanie). Finansowanie dodatku na dzieci planowane jest w całości z funduszów publicznych.

Wszystkie omówione powyżej rodzaje świadczeń składają się na pełny system zabezpieczenia społecznego, który ma zagwarantować wolność od niedostatku i nędzy ogółowi obywateli. System ten, pomyślany jako konsekwentna i wewnętrznie zharmonizowana całość, ma być również w praktycznym wykonaniu zwarty i jednolity. W tym celu planuje Beveridge utworzenie specjalnego resortu pn. Ministerstwa Zabezpieczenia Społecznego (Ministry of Social Security), któremu podlegać mają zarówno ubezpieczenia i opieka społeczna, jak i administrowanie funduszami przeznaczonymi na dodatki na dzieci. W ten sposób ma być osiągnięte scalenie organizacyjne systemu świadczeń społecznych, czemu towarzyszy jednak dążenie do decentralizacji i rozbudowy różnych form lokalnych agend wykonawczych w dostosowaniu do potrzeb poszczególnych kategorii ubezpieczonych. Duży nacisk kładzie się na dobór i szkolenie personelu administracji społecznej, ze szczególnym uwzględnieniem problemów człowieka, które wysuwają się w sferze działania tej administracji na miejsce naczelne. Ministerstwu Zabezpieczenia Społecznego podlegać ma fundusz ubezpieczeń społecznych (social insurance fund), w którym koncentrować się mają wszystkie wpływy ubezpieczeń i z którego mają być dokonywane wypłaty na wszelkie świadczenia. Wreszcie, przy Ministerstwie Zabezpieczenia Społecznego przewidziana jest Komisja ubezpieczeń społecznych (Social Insurance Statutory Committee), której zadanie polegać ma na kontrolowaniu sytuacji finansowej ubezpieczeń oraz realnej wartości wypłacanych przez nie świadczeń. Zaliczenie tej ostatniej sprawy do głównych zadań komisji świadczy o dążeniu twórców planu do trwałego zharmonizowania wysokości świadczeń z potrzebami, także na wypadek przyszłych zmian kosztów utrzymania i siły nabywczej pieniądza.

Sprawy opieki nad zdrowiem wykraczają już poza dziedzinę walki z niedostatkiem, nie są zatem objęte bezpośrednio planem zabezpieczenia społecznego. Ścisły związek tych spraw z ubezpieczeniami społecznymi i opieką sprawił jednak, że nie mogły być one w planie Beveridge’a całkowicie pominięte. Już przy omawianiu świadczeń ubezpieczeniowych zatrąca on wielokrotnie o sprawy lecznictwa, traktując pomoc lekarską jako jedno ze świadczeń powszechnych, dostępnych dla wszystkich ubezpieczonych. /…/ plan Beveridge’a pragnie oprzeć służbę zdrowia na zasadzie pełnej powszechności bez wiązania jej jednak organizacyjnie i finansowo z ubezpieczeniami społecznymi. Przejawia się w tym znana już przed wojną tendencja połączenia różnych form społecznego lecznictwa, wraz z lecznictwem ubezpieczeniowym w jednolity system powszechnej służby zdrowia, dostępnej bezpłatnie dla wszystkich obywateli, przy równoczesnym ograniczeniu ubezpieczeń społecznych do ich właściwej roli: udzielania świadczeń pieniężnych w przypadkach wydarzeń losowych. Plan Beveridge’a wyciąga pełne konsekwencje z tego stanowiska, postulując stworzenie służby zdrowia, udzielającej wszelkich form pomocy leczniczej wszystkim obywatelom bez pobierania od nich jakichkolwiek opłat. Odpowiadałoby to realizacji powszechnego prawa do zdrowia, analogicznie do uznanego już wcześniej prawa do oświaty. /…/

Plan Beveridge’a, tak rewolucyjny niekiedy w swej treści, stanowi jednak w istocie jedynie wyciągnięcie konsekwencji z dotychczasowej linii rozwojowej świadczeń społecznych w Anglii, do której stale w swych koncepcjach nawiązuje. Sam Beveridge, podnosząc tę cechę planu, określa go jako rewolucję typu brytyjskiego. /…/

Przemówienie sejmowe

20 czerwca 1947 r.
w debacie nad ustawą i preliminarzem budżetowym na rok 1947

Wysoki Sejmie! Najlepszą charakterystyką każdego rządu jest zawsze jego budżet. Cecha obecnego zaś to przede wszystkim jego tajemniczość. Dominuje w nim bowiem kolosalna, nieokreślona ściś­le, zagadkowa pozycja blisko 50 miliardów na wyżywienie ludności, rzekomo po to, by po zniesieniu osobnego Funduszu Aprowizacyjne­go osiągnąć jednolitość i powszechność całej gospodarki. Tylko wtedy w tym jednolitym budżecie powinno się ustalić, ile łącznie wynosi wydatek w poszczególnych działach gospodarczych, np. na obronę narodową, począwszy od kosztów wyżywienia robotnika, wydo­bywającego węgiel i żelazo, by zrobić karabin lub buty dla żołnie­rza, a nie wtłaczać tego w ryczałtową pozycję wydatków na „wyży­wienie ludności” bez określenia, czy ta ludność pracuje dla celów wyżywienia, dla odbudowy czy też dla nowego uzbrojenia.

Brak również w tym budżecie szczegółowych wydatków na obronę i na bezpieczeństwo, tak że razem z tą nieokreśloną pozycją 50 miliardów „na wyżywienie ludności” tajemnicze pozycje wyno­szą aż 90 miliardów złotych, a więc przeszło połowę wszystkich wydatków.

W budżecie tym, jak za czasów endeckich, jak za czasów Piłsud­skiego i Śmigłego, wysunęły się na czoło wydatki na obronę narodu i na wojsko. To charakteryzuje też ten rząd dosadniej niż wszystkie piękne, roztaczane plany. Preliminuje się bowiem na wojsko ogrom­ną kwotę 25 miliardów, nie licząc tego, co jest ukryte w 48-miliar­dowej pozycji na wyżywienie ludności. I chociaż przekonano się już boleśnie, że w warunkach, w których żyjemy, nie jesteśmy w stanie zapewnić swej niepodległości żadną własną siłą, żadną armią naro­dową i żadnymi sojuszami, znowu z uszczerbkiem dobrobytu całego społeczeństwa budujemy wielką armię i tworzymy obronę słowiańskich narodów, nie bacząc, że to jest właśnie rasizm słowiański, który jutro może wywołać powstanie bloku innych szczepów i rozpętać nową wojnę, w której – pomijając mo­ralne względy – możemy się okazać słabsi, bo szczep słowiański nie jest największy i najsilniejszy na świecie.

I wtedy nie pomogą nam żadne buńczuczenia: „na wieki” i „zaw­sze”, i „nigdy”, tym bardziej, iż widzieliśmy, jak „nigdy” i „zawsze” zmieniały się nawet w ciągu jednego pokolenia.

My swój niepodległy byt możemy zabezpieczyć tylko przez swo­ją politykę – nie ludowo-demokratyczną, lecz szczerze demokra­tyczną i pokojową, przez respektowanie woli całego narodu i budo­wanie solidarności międzynarodowej bez względu na rasy i szczepy.

Jeżeli zaś jest tak, to po co ten ogromny wysiłek powstającego z gruzów państwa w kierunku budowania narodowego wojska? Z kim my się to mamy bić? Z Niemcami? Oni są rozbrojeni, a nad tym, aby nie powstawały wśród nich nowe tendencje agresji czy odwetu, czuwać musi cała międzynarodowa organizacja narodów, a nie armia polska. Z Czechosłowacją, z którą dopiero co zawarliśmy pakt przyjaźni, czy – jak dawniej z Moskwą, która dziś sama daje nam broń, nawet na kredyt? Po co więc ta droga zabawa w wojsko, tym bardziej, że trzeba zawsze pamiętać, że kto stwarza armię, stwarza rów­nocześnie i możliwość wojny.

Druga z kolei najwyższa pozycja w wydatkach to bezpieczeń­stwo, na które wydajemy przeszło 17 miliardów, znowu nie licząc tego, co jest już ukryte w pozycji „na wyżywienie ludności”.

A teraz te pozycje wydatków na utrzymanie władzy porównam z wydatkami dla obywateli.

Niestety, ze względu na brak czasu nie mogę omówić sposobów szerzenia tej reklamowanej dziś oświaty, obecnych głodowych pensji nauczycieli, poziomu nauki i jego kontroli przy egzaminach ze stro­ny związków zawodowych i politycznych partii i przejdę do odbudowy.

Mimo że naszym głównym zadaniem ma być odbudowywanie z gruzów, które zostały po tej strasznej wojnie, preliminujemy na tę odbudowę – poza obietnicami wielkich inwestycji – wszystkiego razem aż 1700 milionów.

Na opiekę społeczną chcemy wydać niespełna 5 miliardów, a za­tem znacznie mniej niż dała nam pomoc zagraniczna z Zachodu.

Przez cały wiek walczyliśmy o to, by człowiek, gdy sterał już swe siły w pracy, miał zapewnioną spokojną starość i nie był trakto­wany jak śmieć niepotrzebny. Dziś, gdy partie robotnicze przyodzia­ły się w purpury władzy – niestety – apoteozują znowu tylko siłę i młodość. A przecież zapewnienie życia tym, którzy lata całe praco­wali ofiarnie i pracą swoją zdobyli swoje uprawnienia, to nie łaska, ale pierwszy obowiązek spoczywający na państwie, które głosi sprawiedliwość społeczną.

Powoływanie się na konieczność utrzymania równowagi w bu­dżecie i na brak pieniędzy – dla mnie nie jest żadnym usprawiedli­wieniem.

Co bowiem, Panowie, w tym budżecie chcecie zrównoważyć i co w nim stawiacie po dwóch stronach? Czy tak jak w najlepszych burżuazyjnych, kapitalistycznych czasach – złoto, którego nie macie, i banknoty? W budżecie państwowym faktycznie są zawsze tylko potrzeby społeczne – i to są wydatki – i uruchomiona energia ludzka, i praca, która ma je zaspokoić.

Obowiązkiem więc rządu jest nie to, by stwarzał silne armie i korpusy bezpieczeństwa, bo tej apoteozy siły mieliśmy już dość za sanacji, lecz to, by był sprawiedliwy, by sprawiedliwie rozdzielał plony pracy ludzkiej, by nie deklarował, lecz rzeczywiście nie dopuszczał do wyzysku jednego człowieka przez drugiego, i by umiał zorganizować pożytecznie i celowo pracę ludzką, która jest jedynym bogactwem społeczeństw.

Co wyście, Panowie, z tego wszystkiego spełnili prócz rzucania coraz głośniejszych obietnic i prócz bezkrytycznych chwalb, które – jak powiedziałem już raz – nie mają żadnego znaczenia? Samo zadowolenie rządzących jeszcze nie wystarcza i budzi w społeczeństwie tylko wielką obawę, że nie potrafią poprawić zła ci, którzy go nawet nie widzą. Czy to naprawdę ta nowa rzeczywistość i te nowe urządzenia to już świtająca wolność i sprawiedliwość społeczna? Czy zmniejsza się w niej wyzysk?

Porównajmy sposób życia ustosunkowanego działacza społecz­nego, który syty i zadowolony może składać dziesiątki tysięcy na ce­le społeczne i wzywa do tego samego swych przyjaciół. Porównajcie ich – choćby tylko na wygląd. Posłuchajmy głosów i skarg przeciętnego obywatela na drożyznę, na ceny, które rząd oficjalnie ustanawia.

Nie umiano również w dostatecznej mierze uruchomić pracy i energii ludzkiej. Słyszę coraz częściej o ustawicznych redukcjach to w tym, to w innym mieście i patrzę na zastój ruchu budowlanego, a równocześnie na te masy kramów w Warszawie, zaś w Krakowie na nową tandetę, na Sukiennice, na Planty. To wszystko bezrobotni, przeważnie robotnicy budowlani i niekwalifikowani, którzy nie mo­gąc się utrzymać z pracy handlują i wyzyskują się nawzajem, demoralizując się coraz bardziej. To złuda, że usunięto bezrobocie i że dziś nie ma już bezrobotnych.

A przecież jeżeli my jako socjaliści żądaliśmy uspołecznienia produkcji – to nie po to, by zmieniać tytuł jednych władców na drugich, lecz by usunąć wszelki wyzysk, uruchomić pra­cę ludzką i wprowadzić sprawiedliwość społeczną.

Chwalą się władze przemysłowe ustawicznym wzrostem produ­kcji i tym, że jednak dziś upaństwowione przedsiębiorstwa oddają swe plony i towary całemu społeczeństwu. Tylko zapominają, że kapitaliści też chcieli oddać wszystko, co robiły ich przedsiębiorstwa, i byli nawet nieszczęśliwi, gdy tego zrobić nie mogli – tylko zaw­sze chcieli to zrobić tak, by otrzymać zysk.

Pisałem kilkakrotnie przed wojną w prasie robotniczej, że samo upaństwowienie nie usunie jeszcze krzywdy społecznej i nie wyzwoli człowieka z jarzma drugiego człowieka. Dla ludzi kwestia: kto ich wyzyskuje – kapitał czy państwo – jest obojętna. Obojęt­ne jest też dla nich, czy otrzymają zapłatę w zakładzie państwowym, czy prywatnym i czy kupią towary w spółdzielni, czy w skle­pie. Tylko nie jest obojętne dla nich, ile mają pracować, jaką otrzymają zapłatę za ich pracę, ile muszą płacić za towary, i nie jest dla nich obojętny stopień władzy jednych nad drugimi i stopień ich wolności.

Powiedział mi przed laty starszy marynarz szwedzki, kiedy za­chwyciłem się wobec niego dobrobytem i kulturą Szwecji, że on pamięta jednak w swym dzieciństwie, jak jego kraj był jeszcze krajem ciemnoty, nędzy i pijaństwa, a pojęcie „Szwed” było równoznaczne z pojęciem brutala i głupca. Jeśli zaś w ciągu trzech czy czterech po­koleń naród szwedzki osiągnął swój obecny wysoki poziom, to tylko przez coraz większe równouprawnienie i przez coraz większą wol­ność.

Byłoby też wielkim błędem, gdyby ktoś, jak zrobił to w poprze­dniej sesji p. wicemarszałek Zambrowski, wolność oceniał wedle wzrostu i stanu członków związków zawodowych, które zresztą dziś zmieniły swój dawny charakter organów walki przeciwko wyzysko­wi przedsiębiorców, a stały się – razem z rządem jako przedsiębior­cą – organizacją sprawowania władzy. Czy zresztą w hitlerowskiej Rzeszy w ciągu dwóch lat Ley nie podwoił czy nawet nie potroił stanu członków związków zawodowych? /…/

To nie są przejawy wolności, której podstawą jest zawsze rów­ność praw wszystkich obywateli – nie tylko bez różnicy ich urodze­nia i majątku, lecz również bez różnicy ich przynależności partyjnej i przekonań.

Natomiast bezsprzecznie pewien postęp w kierunku prawdziwej wolności zobaczyłem w pięknej deklaracji Sejmu o wolnościach obywatelskich, chociaż przyznaję, że wolałbym znacznie, gdyby te piękne zasady przejawiały się również w odpowiednich, chociażby suchych ustawach i w życiu. /…/

Nie chciałbym jednak, aby to, co mówię, wywołało tylko znowu ataki na moją osobę. Przez całe życie walczyłem szczerze o wolność człowieka i o demokrację przeciwko wszelkim dyktatorskim zaku­som i przez całe życie byłem z tego powodu przedmiotem ataków: to rządzącej konserwy, to rządzącej endecji, to rządzącej sanacji, a dziś znowu rządzącego Bloku, który przywłaszczył sobie wyłączne prawo na postęp i słuszność. Przyznam jednak otwarcie, że właści­wie powinienem być dumny, że niemal po półwiekowej mojej dzia­łalności ci nowi moi przeciwnicy nie mogą mi zarzucić nic, jak tylko to, że dziś jestem stary, i nieprzyzwoicie, po cham­sku naśmiewają się z moich niedomóg fizycznych i braku sił, które sterałem w walce. Albo szarpią i szczypią mnie tam, gdzie sięgną: po stopach, po łydkach, i obrzucają mnie ordynarnymi wyzwiskami – „odszczepieniec”, „warchoł”, „zwolennik liberum veto”, „reakcjoni­sta” czy „zdrajca”. Czy naprawdę było to wyrazem mojego warcholstwa i takim „za­bawnym incydentem” – jak napisał „Robotnik” – gdy głosowałem sam przeciwko pełnomocnictwom dla rządu, do którego nie mam zaufania? Czy też zabawne było to, że ci, którzy przez całe życie za­sadniczo walczyli przeciwko wszelkim pełnomocnictwom, zaczęli swe rządy właśnie od tych pełnomocnictw? Czy to naprawdę ja je­stem reakcjonistą?

Jeszcze w roku 1927 napisałem wyraźnie, że zdążamy do wła­dzy klasy robotniczej, opierając się na zasadzie demokracji i na zasa­dzie, że prawem jest wola większości. Do tej chwili – pisałem – większości tej w społeczeństwie nie mamy. Mimo to od zasady demokracji nie odstąpiliśmy i nie odstępujemy. Rozumiemy bowiem, że mając do rozporządzenia wolność prasy, wolność zgromadzeń, stowarzyszania się i prowadzenia walki – zdobywamy przez naszą pracę organizacyjną, agitacyjną i kulturalną, z roku na rok, coraz większy wpływ w społeczeństwie, coraz więcej zwolenników i w ten sposób stwarzamy dla siebie stałą podstawę do ujęcia władzy w państwie przez ludzi pracy, stanowiących przecież większość narodu. Tak pisałem jeszcze przed 20 laty i pod tym względem nie zmieni­łem swego przekonania. Toteż śmieszy mnie bardzo, gdy dziś słyszę górne zapowiedzi, że „nie dopuścimy już nigdy do błędu z roku 1918”, który my, socjaliści, mieliśmy popełnić przez to, że mając za sobą nie więcej niż 25% społeczeństwa, nie próbowaliśmy sięgnąć po władzę dyktatorską.

Błąd popełniliśmy nie w 1918 r., lecz popełniamy go dziś przez zbytnią swoją niecierpliwość i przez zrywanie zielonych jeszcze jabłek w sadzie.

A zdrada? W pojęciu zdrady mieści się przede wszystkim ko­rzyść. Co ja zdradziłem kiedykolwiek w życiu? Swoje socjalistyczne ideały czy nasz wspólny program PPS, w którym nigdy nie było hasła „jednolitego frontu” ani z PPR, którego wówczas jeszcze nie było, ani z komunistami, których dziś znowu już nie ma.

To nie ja się zmieniłem, to wyście się zmienili i stanęliście na stanowisku dyktatury proletariatu, choć pokrywacie ją nową nazwą „demokracji ludowej”. To wam wolno. Ale nie wolno wam nazywać mnie zdrajcą za to, że wspólnie z wami nie chciałem dokonać tej karkołomnej zmiany.

Stanąłem więc wśród was sam, choć nie sam w społeczeństwie i w klasie robotniczej – i sam razem z niezłomnym PSL walczę o te same ideały wolności, o które walczyłem przez pół wieku, przekonany głęboko, że prędzej czy później one zwyciężą.

Moją bronią zaś – tak jak przez pół wieku – są tylko słowa, które w tej chwili kieruję też nie do tych ław, lecz do całego narodu. A jeśli ktoś uzna je za podburzające i ze strachu je skonfiskuje, to przypomnę, że w tej samej sali przed 15 laty, zwalczając przedłożony budżet, powiedziałem bez przeszkody, że chcę „zburzyć spokój mas” przeciwko wszelkiemu złu i niesprawiedliwości – i dziś tylko dotrzymuję swoich zobowiązań.

Parlament niemy jest nonsensem, a Sejm winien być miejscem wolnego słowa – napisał Daszyński. Dziś na niego i na mego szczerego przyjaciela Niedziałkowskiego powołuje się dzisiejsza PPS, chociaż obaj byli zaciętymi przeciwnikami wspólnego frontu [z komunistami] i bronili wolności słowa.

Moje słowa, rzucone z tej trybuny – nawet najostrzejsze – z pewnością mniej sprzeniewierzają się już nie wierności dla Rze­czypospolitej, lecz jej prawom, niż to, gdy po zamknięciu sesji sej­mowej zwołało się komisje sejmowe, gdy oddawało się w nich pod obrady przedmioty, których im Sejm nie przekazał; gdy lekceważy się jednomyślną uchwałę, powziętą jeszcze przed półtora rokiem, że w przeciągu 2 tygodni ma być znowelizowany dekret mieszkaniowy, gdy wbrew istniejącemu prawu znosi się obowiązujące święta narodowe.

Praworządność i prawo – o czym dopiero co tak pięknie mówił p. premier Cyrankiewicz – obowiązują nie tylko obywateli, szarych ludzi, lecz również tych, którzy mają władzę, którzy to prawo wydali i którzy są jego wykonawcami.

Kończąc tym oświadczam tedy, że z polityką tego rządu nie zga­dzam się i jako wyraz tego będę głosował przeciwko przedłożonemu budżetowi, który ani nie zapewnia powszechnej wolności, ani nie jest wyrazem sprawiedliwości społecznej.

Rewolucja i ewolucja w rozwoju ludzkości

Słowo – to wyraz społeczny myśli. Zadaniem słowa jest łączyć, wiązać. Lecz, że słowo – więź społeczna przechodzi przez pryzmaty dusz milionów jednostek, więc otrzymuje nie­zliczone mnóstwo odcieni, zabarwień, nie tylko więc łączy, lecz i dzieli. Zwłaszcza dotyczy to słów nie przedmiotowych, lecz pojęciowych.

W słowa „ewolucja” i „rewolucja” kładą ludzie treść naj­różniejszą. W ładnej broszurze, poświęconej odrodzeniu socjalizmu w duchu, Jan Hempel kilka razy przytacza zwroty poe­tyckie Słowackiego o „duchu, wiecznym rewolucjoniście”.

Ten zwrot w poezji brzmi barwnie i jaskrawo. Lecz jeżeli wmyślimy się weń, musimy przyjść do przekonania, że rewolucjonizm wieczny, to to samo, co rewolucjonizm ciągły, a re­wolucjonizm ciągły – to nic innego, jak ewolucjonizm. Bo właśnie ze słowem „ewolucja” łączy się pojęcie ciągłości, w przeciwieństwie do pojęcia załamania, uskoku, katastrofy, które się łączą ze słowem „rewolucja”.

Tak właśnie ujmuje pojęcie rewolucji Mickiewicz w jednej z prelekcji paryskich: Nie łudźmy się tym mniemaniem, że ludzkości nie pozostaje nic więcej, tylko postępować bezpiecznie i spokojnie powolnym krokiem. Nie! W krainie życia wszystko posuwa się przez wstrząśnienia. Człowiek nie staje się pomału i nieznacz­nie z dziecka starcem; są w rozwijaniu się i schyłku jego ciała chwile wstrząśnień. Jest chwila, kiedy wychodzi na młodzieńca, jest druga, kiedy poczyna być mężem [dorosłym], jest inna, kiedy zapada w starość.

Życie nie może obyć się bez wstrząśnień, bez katastrof, bez rewolucji. Na to się zgodzić trzeba. Zwłaszcza, o ile cho­dzi o formę, ciało. Bo z tej dziedziny czerpie przykład Mic­kiewicz.

Wstrząśnienia – to widome, namacalne znaki przemian, zachodzących zarówno w człowieku-jednostce, jak i zbiorowościach ludzkich.

Chodzi przecież o ustalenie, czy te znaki stanowią o prze­mianach samych. Jaka ich jest rola dziejowa? Jaki winien być nasz stosunek do ewolucji i rewolucji?

Są ludzie, którzy gotowi są do tych znaków sprowadzać cały sens wiecznie pulsującego życia. Są ludzie, którzy wszel­kie przemiany utożsamiają z rewolucją. Jest to stanowisko z gruntu fałszywe i szkodliwe.

Rewolucja – to tłumacząc na język naszych doświadczeń narodowych, znaczy tyle, co przewrót społeczny. Jeżeli zaś nie używamy tego określenia, to bodaj dlatego, że w dziedzi­nie społecznej nie przeżywaliśmy, jako naród, takiego prze­wrotu społecznego, któryby odpowiadał tym zjawiskom i wstrzą­śnieniom, które doświadczenie obce włożyło w słowo „rewolucja”.

Istotę ewolucji i rewolucji tak ujmuje myśliciel polski, August Cieszkowski: Otóż jak każdy organizm w żywotnej naturze wzrastać i przekształcać się może bez koniecznej choroby – jeśli tylko zewnętrzne przyczyny jej zarodu weń nie wniosą – tak też i organizm ludzkości wkroczyć by mógł zaiste w okres dojrza­łego zdrowia, bez dalszych konwulsji – bez zwykłych dotąd cierpień i rozdarcia. I to właśnie zowie się ewolucją bez re­wolucji. Lecz skoro tylko organiczny postęp dozna jakiejkol­wiek tamy – skoro normalna ewolucja przygłuszona zosta­nie – oczywiste, iż oddziaływa na tamę, sprawia dopiero rewolucję w samym organizmie, i rodzi boleść, której można było uniknąć!

Życie jest płynne, jest zmienne. Życie wciąż się staje i wciąż zmienia. Treść społeczna wciąż narasta, wciąż się zmie­nia. Jest to prawo ewolucji, a nie rewolucji. Ewolucja – oto istota i treść życia w skali wiecznościowej. Każda chwila, każdy dzień, każde wydarzenie najdrobniejsze, każda myśl, każde uczucie wnoszą do życia pewne zmiany nieuchwytne być może, lecz istotne. Inna rzecz, że te zmiany w różnych warunkach bytu są różne zarówno co do ilości, jak i jakości. Inna rzecz, że w pewnych warunkach nie wszystkie zmiany mogą się uzewnętrznić; zwłaszcza o ile chodzi o zmiany w dziedzinie form spożycia. Są formy życia tak ścisłe i tak mało elastyczne, że dostosować się do treści życia nie mogą. Wtedy z myśli i uczuć nieobleczonych w ciało czynu, tworzy się jakby atmosfera pełna gazów i pary, która w pewnym momencie dziejo­wym powoduje wybuch, rozsadzenie form, rewolucję.

Czy więc rewolucja, jako zjawisko dziejowe jest przemianą treści społecznej? Czyż więc rewolucja, jeżeli zastosu­jemy to słowo do jednostki, jest przemianą treści duchowej człowieka?

I tak, i nie!

W życiu społeczeństwa ciągła zachodzi zmiana. A więc zburzenie formy, w której społeczeństwo żyło być może wieki całe, nie może nie spowodować zmian. Zmiany te po części, jeżeli chodzi o treść społeczną, nie są tak raptowne, głębokie, jak sądzą niektórzy. Cała doniosłość wydarzenia dziejowego polega na tym, że zmiany te zostały uwidocznione przez wstrzą­śnienia powstałe wskutek zburzenia formy.

Mieszczaństwo francuskie nie przeobraziło się do gruntu przez zburzenie form bytu dotychczasowych przez rewolucję. Mieszczaństwo to zmieniało się i dojrzewało w ciągu całych wieków monarchii i absolutyzmu oświeconego.

Filozofia XVIII wieku słusznie uważana jest za jedną z głównych przyczyn Rewolucji – pisze de Tocqueville w swej pracy „Dawny ustrój i rewolucja”. A kwestii nie ulega, że tych przyczyn główniejszych było więcej i istniały dawniej. I mieszczaństwo francuskie nie zdawało sobie zupełnie sprawy, kiedy wybuch rewolucji nastąpi, ani jakie będzie miał skutki. Tak samo było w Rosji. A różnica była ta tylko, że doświadczenia Wielkiej Rewolucji Francuskiej nauczyły ludzkość rozumieć, że formy nie odpowiadające treści społecznej, o ile nie zostaną przystosowane do niej, muszą pęknąć i prysnąć prędzej lub później. Tzw. rewolucjoniści rosyjscy zdawali sobie sprawę, że bezmyślny carat musi doprowadzić do wybuchu; i przysto­sowali się do walki, gdy ten wybuch nastąpi. Lecz tak samo, jak moment i skutki Wielkiej Rewolucji Francuskiej były nie­znane i nieprzewidziane przez wodzów ówczesnego mieszczaństwa, tak samo nikt w marcu 1917 roku w Petersburgu, na parę dni przed wybuchem Wielkiej Rewolucji Rosyjskiej, nie wiedział, kiedy ona nastąpi.

Rewolucja – to wybuch społeczny, którego świadomie zrobić ani spowodować nie można, bo nie sposób ani wymie­rzyć dokładnie stanu napięcia treści społecznej, ani stanu pręż­ności [elastyczności] form uciskających.

Rewolucja to przemiana gwałtowna form bytu – wskutek ciągłej zmiany treści społecznej.

I tu dochodzimy do istotnej różnicy między rewolucją i ewo­lucją. Ewolucja – to zmiana ciągła treści społecznej, czyli Ducha Społecznego. Rewolucja – to gruntowna, periodyczna zmiana formy.

Treść społeczna, która płynie z Ducha, jest wieczna, cią­gła, ewolucyjna. Formy społeczne, które mają swe podstawy w materii, są nietrwałe, rwące się, rewolucyjne. W dziedzinie życia duch przejawia się przez formę. Nie tylko duch oddziaływa na formę, lecz i forma oddziaływa na ducha. Nic przeto dziwnego, że zburzenie form dotychczaso­wych, przeobrażenie ich, wpływa na zmianę ducha, treści spo­łecznej. Ma to miejsce zarówno w życiu społeczeństwa, jak i jednostki poszczególnej.

Wydarzenia życiowe oddziaływają na stan i rozwój naszego ducha. Spośród danych nam cech naszego ducha – przeżycia mogą jedne w nas przytłumić, inne rozwinąć. Wstrzą­śnienia spowodowane przez formy bytu mogą oddziałać na tok zmian w nas się dokonujących, lecz przeobrazić treści duchowej, która jest nam dana, nie są w stanie. Wstrząśnienia te będą znakiem widomym zmian naszego ducha; będą słu­pem umówionym czy pomyślanym tych zmian, lecz nie stanowią o jakimś przeobrażeniu się, o pojawieniu się cech ducha, których nie było, ani o zaniku innych całkowitym.

Człowiek ma dane raz na zawsze wszystkie właściwości ducha. Zmiany, które w nim zachodzą – przy świadomym wysiłku czy podświadomie – to rezultat rozwijania właściwości jednych ducha, a tłumienia innych, to rezultat opanowywania formy, ciała, lub kapitulowania przed nią.

Człowiek, który żyje świadomie duchem, zmienia się ciągle. Różne tylko jest tempo, różna bywa skala tych zmian.

Tak samo człowiek, który nie żyje duchem, zmienia się ciągle. Różnica jest ta tylko, że w tym ostatnim zmiany wi­doczne są nie tyle w treści, w duchu, co w formie, ciele.

Rewolucja w życiu jednostki – to tragiczne zderzenie formy, ciała, z duchem, treścią. Taką rewolucję przeżywa czło­wiek, gdy poświęca swe życie cielesne na ołtarzu idei. Rewo­lucja ta – to załamanie pewne, uskok, kataklizm wewnętrzny. Rewolucja ta – to moment życiowy. I ta rewolucja nawet nie przesądza zmian dalszych, zmian ciągłych, a więc ewolucji. I ta rewolucja niemożliwa jest, jeżeli jej nie poprzedził proces świadomych wysiłków ducha, zmian ciągłych, ewolucyjnych.

To zestawienie wykazuje nam, że jeżeli chodzi o pracę w duchu, o doskonalenie ciągłe, proces ten odbywa się nie przez rewolucję, lecz przez ewolucję.

Duch rewolucjonistą nie jest wiecznym, lecz ewolucjonistą. Bo duch wymaga pracy ciągłej, a nie doryw­czej. Bo duch wymaga pracy twórczej, a nie burzącej. Duch zniszczenia, burzenia – to zjawisko chorobliwe, wyjątkowe.

Inna rzecz, że duch, wciąż stający się, ciągły, ewolucyjny, oddziaływa na formę, która z natury rzeczy jest bardziej ścisła, mniej chaotyczna, jako rzecz materii, a więc powoduje wstrzą­śnienia tej ostatniej, rewolucję. Rewolucjonizm ten ducha jest przecież rzeczą przypadkową, pochodną, nie stanowi o nastawieniu ducha.

Nadużywanie słowa rewolucji i oddawania mu poniekąd przewagi nad ewolucją płynie z motywów uczuciowych. Już sam wzgląd na to, że ewolucja to wysiłek ciągły, a rewolu­cja – to wysiłek doraźny, usposabia życzliwiej dla rewolucji niż dla ewolucji. Bardziej skłonni jesteśmy podjąć wysiłek choćby bardzo ciężki, mocarny, byle raz na zawsze pozbyć się trudu, niż rozkładać go na każdy dzień powszedni. A i efekt rewolucji jest bardziej pociągający, niż szary ciąg zmian powszednich. W rewolucji wszystko wre, kipi, łamie się, druzgo­ce. Nasuwają się tysiące możliwości, złud, nadziei. Toteż re­wolucja bardziej pociąga serca, zwłaszcza młodzieży, która wierzy w cuda zmian gwałtownych, jednorazowych, do dna zmieniających rzeczywistość. Lecz nie tylko na młodzież rewolucja oddziaływa przede wszystkim uczuciowo.

Rewolucja – to przewrót społeczny. I dlatego zrozumiałe jest, że w stosunku do rewolucji nie są obojętni ani ci, którzy o formach stanowią i ich strzegą, ani ci, którzy je łamią. Re­wolucja wyzwala jednych, a powala drugich. Stąd momenty sympatii i antypatii. Rewolucja staje się bożyszczem dla jed­nych, szatanem – dla drugich. Około rewolucji rośnie legenda. Jedni oczekują od rewolucji wybawienia od wszelkich trosk, bólów, niedoli poprzedniego życia. Inni widzą w niej dopust Boży, żywioł złowrogi i niszczące dzieło szatana.

Te uczuciowe momenty, otaczające pewną atmosferą po­jęcie rewolucji, zrozumiałe psychologicznie, nie są zgodne z głębiej ujętym doświadczeniem dziejowym, szkodliwe są ze stanowiska ideowego.

Rewolucja, jako zjawisko dziejowe, to zło, to żywioł ślepy i niszczący. To zło jest w pewnych warunkach nieuniknione, lecz złem być nie przestaje. Rewolucja łamie tamy na drodze rozwoju ludzkości, stwarza możliwość dalszego rozwoju, dal­szych przemian. Lecz nie należy zapominać, że rewolucja tylko łamie i tylko niszczy. Rewolucja to nie wyraz światowy wysił­ków Ducha Społecznego, lecz żywioł instynktów, żywioł bru­talny, a nie twórczy w swej istocie. Na gruzach rewolucji Duch Społeczny musi przedsiębrać pracę ciężką, mozolną, ciągłą, ewolucyjną.

Rewolucja to etap bolesny w rozwoju, a nie cel. I dlatego nie może być pragnieniem i dążeniem społecznym. Re­wolucja jako hasło, to bałwan, przesłaniający ideę, prowadzący na manowce.

Droga do celów ideowych, zmierzających do ustroju lep­szego stosunków międzyludzkich, a zbliżających nas do społeczności Bożej na ziemi, najgłębszego pragnienia, najserdeczniejszej tęsknoty dusz ludzkich, to droga ciągłego stawania się, ewolucji, a nie rewolucji. Aby ustrój mógł być lepszy, aby sto­sunki międzyludzkie były oparte na podstawie wolności, sprawiedliwości, braterstwa, ludzie muszą się stawać lepsi, bardziej dojrzali społecznie. Tymczasem rewolucja, jako gwałt zbiorowy, jako przemoc, jako walka krwawa i wyczerpująca, osłabia du­cha i znieprawia go. W rewolucji na czoło wysuwają się instyn­kty, chucie.

Idea społeczna urzeczywistnia się przez walkę. Lecz nie przez walkę tylko zewnętrzną z otoczeniem wrogim. Idea społeczna urzeczywistnia się przez walkę ciągłą, zarówno wewnętrz­ną, człowieka w sobie, w duchu, jak i zewnętrzną z wrogami idei. Bo idea społeczna jest tylko wtedy ideą żywą, gdy żyje w nas samych, gdy wcielamy ją sami życiem własnym. Jeżeli idea jest tylko formułą, hasłem, doktryną, która nie obowiązuje tych, co ją głoszą, jeżeli jest poza nami niejako i uwa­runkowana jest zwycięstwem nad pokonanym wrogiem, żadna to idea.

Wielkim błędem socjalizmu ortodoksyjnego, materialistycznego, który dziś bankrutuje na korzyść ideowego, było sprowadzenie idei do konieczności dziejowej, która ma się stać i stanie się pomimo nas, bez świadomego naszego wysiłku duchowego. To stanowisko musiało się wyrodzić w brutalny determinizm, głoszony przez bolszewików rosyjskich. Uważają się oni za narzędzie ślepe w ręku dziejów. Czują się upraw­nieni do zbrodni najpotworniejszych. Nic to nie znaczy. Ustrój nowy, lepszy, sprawiedliwy staje się – ich zdaniem – przez sam fakt zwycięstwa fizycznego tych, co dotąd byli na spodzie, byli gnębieni, krzywdzeni i grabieni. Wystarcza, jeżeli krzyw­dzeni i gnębieni uświadomią sobie krzywdę, niewolę, gwałty i w imię tego uświadomienia i poczucia zduszą, powalą gnę­bicieli. Wystarczą napisane nowe formy bytu.

To bezideowe stanowisko spowodowało wyolbrzymienie znaczenia rewolucji jako aktu boju ostatecznego o zwycięstwo.

To bezideowe stanowisko spowodowało używanie i nadużywanie słowa rewolucji, jako z jednej strony pobudki i na­dziei, z drugiej – groźby.

To bezideowe stanowisko spowodowało, że z rewolucji uczyniono bałwana, który zastąpił światło idei.

To bezideowe stanowisko zrodziło potworne i ohydne hasło: im gorzej, tym lepiej, bo bliżej rewolucji.

To nic, że teraz jest źle; to nic, że jest i będzie gorzej, bo przyjdzie rewolucja i zmieni wszystko na nowe. To, co było ciemne, złe, głupie, stanie się światłym, dobrym, mądrym.

Widzimy rezultaty tej ideologii w Rosji i we Włoszech. Cały sens dziejów z treści dokonywanych przeobrażeń został przeniesiony na formy. Gdy forma się zmieni, a właściwie gdy znienawidzona i przytłaczająca forma zostanie zburzona do tła, nowe nastanie życie, zmieni się od razu treść społeczna. Ewolucji w sferze ducha nie ma, są tylko cuda rewolucji, a ewolucja jedynie – w dziedzinie materii.

Stanowisko takie mogło ugruntować się i urobić tylko tam, gdzie Duch Społeczny był w stanie niemowlęctwa, w warunkach najstraszniejszej niewoli, a płynąć mogło z bezsiły społecznej tych, co je głosili. Hasła rewolucyjne i wyolbrzy­mienie znaczenia rewolucji najbardziej krzewiły się w Rosji, pod caratem. W ponurych i dusznych warunkach bytu hasło rewolucji było zaklęciem czarodziejskim, które miało budzić promień nadziei w duszach niewolników, a jednocześnie być groźbą [pod adresem] ciemiężycieli.

Czekano na rewolucję jak na zbawienie; wierzono w rewolucję jak w bożyszcze; pokładano w niej nadzieję jak w cu­dzie. I oto przyszła! A, jak na ironię, najwięcej ucierpieli od niej ci, którzy jej hasło najbardziej głośno obnosili, którzy nawet w nazwie partyjnej umieścili to słowo. Socjaliści-rewolu­cjoniści [Partia Socjalistów-Rewolucjonistów, tzw. eserów – przyp. redakcji „Obywatela”] są najbardziej prześladowani w Rosji Sowieckiej; sto­kroć bardziej niż kapitaliści.

Mamy tu jaskrawą ilustrację różnic pomiędzy założeniami idealizującymi rewolucję a rewolucją jako zjawiskiem społecznym. Rewolucja – to żywioł ślepy, który nie zna założeń i nie zna idei. Rewolucję i rewolucyjność wyzyskać potrafią nie ci, którzy mają założenia ideowe i pragną je wcielać w życie, lecz ci, którzy wyczują instynkty mas ciemnych i na nich zagrać po­trafią.

Bolszewicy nie dzięki programowi i doktrynie opanowali rewolucję, lecz dzięki temu, że rzucili w miliony chłopskie dwa hasła: „Precz z wojną!” i „Ziemia dla pracujących!”. Nie robot­nik, najmita był tą siłą, która im dała w ręce władzę nad olbrzymim krajem, lecz chłop-żołnierz, który stanowił olbrzy­mią większość ludności.

Niewolnik, który zrzuci kajdany, nie zmienia się wewnętrz­nie, nie staje przez to nowym człowiekiem. Niewolnik rosyj­ski po zaspokojeniu swojej zemsty nad ciemiężycielami i po zabraniu ziemi, jest dziś w dużym stopniu tym samym niewolnikiem. Nowe formy bytu zmieniają go, lecz zmiany te doko­nywają się bardzo powoli, ewolucyjnie. Na to rozważniejsi zwolennicy rewolucji powiadają zwykle: rewolucja od razu nie zmienia niewolnika w obywatela, lecz przez rozkucie kajdan stwarza warunki, które umożliwiają budowanie nowego życia.

Istotnie. Są formy tak potworne, które nie tylko nie są w stanie przystosować się do [nowej] treści społecznej, lecz oddziałują na treść tę w sposób taki, że rozkłada się ona wewnątrz z braku ruchu, czynu i tworzy gazy trujące, które muszą do­prowadzić do rewolucji. Formami Ducha Społecznego, formami, w których Duch Społeczny może się rozwijać, są formy demokratyczne.

Lecz demokracja dopiero się staje. Formy poprzedzające demokrację polityczną były z natury swej ciasne, ujmo­wały społeczeństwo jak kajdany. Przejście do form demokra­tycznych nie mogło obejść się bez wybuchu, bez kataklizmu, bez zderzenia. Wyzwalająca się większość społeczna musiała zrywać więzy nałożone na nią przez panującą mniejszość. Ten proces miał miejsce wszędzie, gdzie treść społeczna, tj. więk­szość dojrzewała na tyle, czy cierpiała tak bardzo, że dłużej wytrzymać nie mogła. W Polsce stosunkowo łatwo doszliśmy do form demokratycznych. Darowała je nam wojna i rewolucja w krajach ościennych. I dlatego rewolucja społeczna u nas jest bodaj na długo wykluczona.

Z tego możemy i powinniśmy sobie zdawać sprawę. Tak mówi nam doświadczenie dziejowe, przeżycia własne i rozum. Formy nasze nie tylko nie są za ciasne, nie tylko nie potrzeba ich rozpychać, lecz przeciwnie, są tak luźne, że możemy je zgubić, że mogą z nas oblecieć [opaść]. Wrogowie demokracji, wskazując na to, jak one pociesznie na nas wiszą, starają się je ośmieszyć i obrzydzić, a jednocześnie próbują z nas je zedrzeć. Te próby są czynione dziś natarczywie. I te próby są najbardziej brzemienne rewolucją. Bo reakcja polska pragnęłaby na nas nałożyć – w razie zwycięstwa – formy tak ciasne i tak nieodpowiednie, że katastrofa rewolucji byłaby prędzej lub później nieunikniona.

Ze stanowiska idei, ze stanowiska rozwoju Ducha Społecznego należy dziś utwierdzać wszędzie formy demokratyczne, formy ciągłe, ewolucyjne. Formy te, będące odpowiednikiem i wyrazem Ducha Społecznego, są tak zmienne, jak Duch sam. Stają się one wraz z rozwojem Ducha Społecznego, są ela­styczne i luźne. Nie obiecują cudów, bo cudów, jako przeobrażeń doraźnych, a całkowitych w układzie stosunków międzyludzkich nie bywa; lecz otwierają przed nami pole szerokie pracy w duchu w imię idei.

Formy ewolucyjne są ważne nie tylko dla poszczególnych społeczności narodowych i dla całej ludzkości, lecz i dla poszczególnych jednostek ludzkich. W formach tych dojrzewa nie tylko Duch Społeczny, lecz i dusze poszczególnych ludzi. Rozwój ich wewnętrzny staje się bardziej pełny, wszechstronny i ciągły. Jednostka nie będzie się potrzebowała zrywać do krótkich okresów rewolucyjnego buntu, lecz nie będzie też za­padać w długie okresy reakcyjnego znużenia.

Rewolucja – to zderzenie treści społecznej z formą. Ewolucja – to harmonijne rozwijanie treści społecznej przez formę i formy przez treść społeczną.

Dążeniem, ideą ludzkości jest harmonia treści społecznej z formą. I dlatego ludzie idei, ludzie wierzący w Społeczność Bożą na ziemi, społeczność pracy, wolności, sprawiedliwości i braterstwa, muszą wierzyć w ewolucję, muszą liczyć przede wszystkim na rozwój wieczny i zwyciężanie Ducha Społecznego, a nie na katastrofy formy, materii.