Wartości bez wartości

Minister środowiska, prof. Jan Szyszko, wydał zgodę na budowę nowej kolei linowej na Kasprowy Wierch. W ten sposób zezwolił na jedną z bardziej szkodliwych inwestycji w miejscach przyrodniczo cennych w Polsce. Ale w tej decyzji chodzi nie tylko o to jedno miejsce. Jest ona wyrazem szerszego trendu, który cechuje środowiska zwące się konserwatywnymi. Nie szanują wartości, choć uwielbiają sobie wycierać nimi gębę.

Kolejkę na Kasprowy zbudowano w międzywojniu. Dokonało się to dzięki politycznym szwindlom – pomysłodawca, niejaki Bobkowski, był zięciem prezydenta Mościckiego. Przeciwko tej inwestycji protestowały setki osób ze świata nauki i kultury, w tym tak zasłużone dla Polski, jak np. prof. Władysław Szafer, nestor krajowej ochrony środowiska. Do dymisji na znak protestu podała się wówczas cała Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Nie mogło być inaczej, gdyż Tatry to zarówno jeden z najcenniejszych ekosystemów w Polsce (a Kasprowy Wierch to z kolei swoista „perła w koronie” tatrzańskiej przyrody), jak i symbol troski o takie dziedzictwo. To właśnie nasze najwyższe góry były pierwszym obszarem, który zyskał ochronę w postaci regulacji ustawowych oraz stał się przedmiotem licznych działań społeczników.

Kolejka jeździ do dzisiaj. Jeździ, choć jej wpływ na przyrodę jest szkodliwy, co bezspornie wykazały liczne badania najlepszych krajowych fachowców-przyrodników, jak choćby prof. Zdzisław Mirek z Instytutu Ochrony Przyrody PAN. Negatywne skutki masowego – bo taki on właśnie jest, skoro kolejka wwozi na szczyt Kasprowego 180 osób na godzinę – ruchu turystycznego są potwierdzone nie tylko analizami naukowymi, lecz także widoczne gołym okiem. Wystarczy obejrzeć wydeptaną kopułę szczytu góry, zdewastowane stanowiska kosodrzewiny (chronionej prawem) czy smar wsiąkający w ziemię u podnóża podpór kolejki; wystarczy popatrzeć na hałaśliwe hordy – większość z nich to pasażerowie kolejki, nie zaś piesi turyści, co można bez trudu stwierdzić, gdy tylko spojrzymy na ich odzież i obuwie. Przypominam: to nie jest pierwszy lepszy punkt widokowy, nijaka górka, jakich wiele – to jedno z najcenniejszych miejsc przyrodniczych w Polsce, samo serce parku narodowego (najwyższa prawna forma ochrony), ekosystem niezwykle wrażliwy na ingerencję.

Ale na tym nie koniec – za mało było kilkudziesięciu lat zmasowanej presji. Od mniej więcej dekady trwają starania, żeby podwoić dotychczasową wydajność kolejki. Już nie 180, lecz 360 pasażerów na godzinę ma wjeżdżać na Kasprowy. Argument jest oczywisty – obecnie często trzeba stać w długiej kolejce, aby dostać się na szczyt. A przecież ludziom „się należy” – myśląc w ten sposób, można równie dobrze wzywać do tego, żeby na Wawelu wybito w zabytkowych murach kilka dodatkowych wejść, a chętnych wpuszczać tam bez żadnych ograniczeń, im więcej, tym lepiej, niechby mieli wszystko zadeptać i roznieść w proch i pył.

Oczywiście „dobro ludzi” to jedno. Faktycznie iluś tam „turystów” jest przekonanych – skoro się ich na okrągło o tym przekonuje – że mogą wejść wszędzie, w dowolnej ilości, wedle zachcianek. Ale nie tylko o nich tu przecież chodzi. Większa przewozowość kolejki to podwojenie sprzedaży biletów, czyli większy zysk firmy Polskie Koleje Linowe S.A. Używa ona argumentu, że urządzenie trzeba wyremontować, bo jest stare. Być może trzeba – tylko dlaczego nie wyremontować go bez zwiększania mocy? Ano dlatego, jak twierdzi PKL, że tylko większe przyszłe zyski pozwolą uczynić wydatki na remont racjonalnymi – ale dlaczego społeczeństwo mają obchodzić biznesplany i rentowność jakiejś kliki? Ciekawy jest też zabieg słowny, gdyż cały czas mówi się o „przebudowie” lub „remoncie”. Faktycznie jednak będzie miała miejsce budowa całkiem nowej kolei.

Przeciwko rozbudowie kolejki na Kasprowy są wszystkie istotne organizacje ekologiczne w Polsce (i te „radykalne”, i te „ugodowe”), znakomita większość znanych krajowych naukowców-przyrodników, również rozmaite sondaże wykazały, że przeważająca część opinii publicznej wcale nie życzy sobie takiej ingerencji w serce Tatr. Sama inwestycja dokonuje się jeśli nie z ewidentnym pogwałceniem prawa, to przynajmniej przy jego żenującym, widocznym naginaniu. Kolejne rządy jednak nie storpedowały inicjatywy PKL-u – grzecznie wydają pozytywne opinie, odrzucają zastrzeżenia, przemilczają protesty społeczne, lekceważą argumenty wybitnych specjalistów.

Kilkanaście dni temu dokonała się kolejna odsłona tego procesu. Minister Środowiska wydał zgodę na budowę kolei linowej, wieńcząc w ten sposób ciąg licznych cząstkowych decyzji, które przybliżały do celu zwolenników inwestycji. Prace budowlane ruszą lada moment. Co prawda organizacje ekologiczne zaskarżyły cały proceder do Unii Europejskiej, ale szczerze mówiąc przypomina mi to pisanie na Berdyczów – co najwyżej Polska zapłaci jakieś kary, z naszych wspólnych pieniędzy, a kolejka i tak będzie funkcjonowała.

Decyzja ministra nie jest zaskoczeniem. Gdy kilka lat temu zbieraliśmy podpisy naukowców pod apelem przeciwko rozbudowie kolejki, skierowanym do jednego z poprzednich szefów tego resortu, prof. Szyszko jako jeden z nielicznych uznanych specjalistów od ochrony środowiska odmówił sygnowania dokumentu, argumentując to mętnie brakiem alternatyw i koniecznością „rozwoju lokalnej społeczności”. Dodam, że apel ów podpisało ponad stu wybitnych naukowców o bardzo różnych sympatiach politycznych – można powiedzieć, że w ostatnich latach była to jedna z niewielu tego typu inicjatyw, która dokonała się ponad tradycyjnymi podziałami, stanowiąc piękny wyraz troski o dobro wspólne i polskie dziedzictwo.

Argumenty przeciwko budowie kolejki są znane – kolejne rządy otrzymywały opinie, analizy, petycje, apele. Ukazały się liczne publikacje prasowe, głos przeciwko inwestycji zabierano w pracach naukowych, na konferencjach przyrodniczych, odbyły się demonstracje itp. Nikt z decydentów nie może powiedzieć, że błędne i szkodliwe rozwiązania popiera wskutek niewiedzy czy nieświadomości. Nie ma też wyboru typu „albo – albo”, bo przeciwnicy budowy kolejki twierdzą, że skoro już funkcjonuje, to niech zostanie wyremontowana, lecz bez zwiększania mocy przewozowych. Nikt więc nic nie straci – ani lokalna społeczność nagle nie zbiednieje, ani starcy, kobiety w ciąży i niepełnosprawni nie zostaną pozbawieni możliwości wjazdu na Kasprowy. Spółka PKL też nie straci, po prostu dłużej potrwa proces zwrotu kosztów inwestycji. Jeśli natomiast nie zwiększy się przewozowości, to bezcenna tatrzańska przyroda nie ucierpi znacznie bardziej niż dotychczas. Wydawałoby się więc, że problemu nie ma i kto jak kto, ale minister środowiska nie powinien w imię interesu prywatnej firmy zezwalać na takie zamiary.

Jak wspomniałem na wstępie, cała sprawa ma jednak szerszy wymiar niż spór między biznesmenami-technokratami a obrońcami przyrody. Jest to bowiem spór o wartości. Spór o dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe (czym są Tatry w polskiej kulturze – nie muszę chyba tłumaczyć), o pojmowanie dobra wspólnego, o przestrzeganie prawa, o respektowanie opinii publicznej. Nie jest to spór „prawaków” z „lewakami”, choć ekologów często przedstawia się jako tych ostatnich, co konserwatystów zwalnia, we własnym mniemaniu, z rozpatrywania ich argumentów. Lewakami nie byli ani pierwsi obrońcy tatrzańskiej przyrody, jak prof. Szafer czy Jan Gwalbert Pawlikowski, ani nie są nimi ich dzisiejsi następcy (życzyłbym sobie, aby prawicowy minister Szyszko odwoływał się tak głęboko do tradycji chrześcijańskiej czy patriotycznej, jak czyni to czołowy przeciwnik rozbudowy kolejki, wspomniany prof. Mirek).

Polską rządzi ekipa, która sferę wartości akcentuje nader często, swoją tożsamość budując m.in. na symbolicznej opozycji wobec adeptów „anty-wartości”. Mamy więc wzniosłe hasła, celebrowane z rozmachem rocznice, mamy epatowanie historią, tradycją i wezwania do wierności im, w szkołach będą „wychowywać patriotycznie”. Nie wymagam od władzy cudów. Wiem, że na wszystko trzeba czasu, a kadencja parlamentu jest krótka, zaś łaska elektoratu na pstrym koniu jeździ. Wiem też, że przedwyborcze hasła i obietnice to jedno, a realna praktyka rządowa to coś odmiennego. Wiem wreszcie i to, że w polityce chęci a możliwości nie są tym samym, bo każda, nawet najsilniejsza władza zderza się z przeróżnym „oporem materii”. Ale w tym konkretnym przypadku problem nie tkwi w niekorzystnym układzie sił. Gdyby rządzący chcieli zablokować rozbudowę kolejki na Kasprowy, to zrobiliby to jedną decyzją. A pomstowania prowincjonalnych biznesmenów z PKL-u i płacze kilku podstawionych góralskich histeryczek naprawdę nie powinny być w tym dziele żadną przeszkodą. Nie jest to też poważna kalkulacja polityczna – ilość „elektoratu” na Podhalu to nie jest coś, o co warto się bić.

Idzie zatem o pojmowanie wartości. Z „Ziemi obiecanej” pamiętam wywód jednego z fabrykantów: „myśl dużo o robotnikach, to nic nie kosztuje”. No właśnie, mów dużo o wartościach, to też nic nie kosztuje. Co gorsza, wartości stają się coraz częściej zasłoną dymną dla poczynań mocno wątpliwych lub wręcz wstrętnych. W „Roku 1984” genialny Orwell nazwał Ministerstwem Prawdy instytucję, która zajmowała się kłamstwem i manipulacją na ogromną skalę. Ale nawet on nie przewidział tego, co dla nas jest codziennością. Dziś do „obozu wartości” należy amerykański prezydent, który jest tak bardzo chrześcijański i demokratyczny, że wprowadza pokój i swobody obywatelskie w Iraku kosztem już ponad 100 tysięcy zabitych osób; niedawno jego humanistyczni i postępowi koledzy z Europy w podobny sposób bronili wartości spod znaku praw człowieka, bombardując Serbię. Nawet skompromitowany i zakłamany komunizm, którego propaganda często jest słusznie symbolem manipulacji, nie wpadł na to, by bezlitosne i totalnie destruktywne inwazje na jakieś kraje nazywać „humanitarnymi interwencjami”.

U nas jest to samo, a polscy patrioci-konserwatyści bardzo szybko podłapują najnowsze zagraniczne trendy. Pomniki Papieża-Polaka, Powstanie Warszawskie, Świątynia Opatrzności Bożej, ulice imienia Reagana, „obrona cywilizacji zachodniej” przed klubem Le Madame. I kolejka na Kasprowy, i niszczejące prowincjonalne pozostałości dawnych epok, i domy kultury z kursami aerobiku czy taekwondo (na nic więcej nie ma forsy), i autostrady przez parki narodowe, i hipermarkety w starych centrach miast, i biblioteki z niemal samymi Harlequinami, i reklamy na bezcennych zabytkach, i głupkowata komercyjna szmira w publicznej TV.

Wartości nie trzeba bronić przed jakimś urojonym zakulisowym spiskiem kosmopolito-luzaków czy przed wyizolowanymi ze społeczeństwa jawnymi grupkami warszawskich modnisiów. Większość ludzi intuicyjnie czuje – nawet i bez „wychowania patriotycznego” – że należy szanować to, co odziedziczyliśmy po naszych przodkach, zarówno ich dzieła, jak i idee. Wartości trzeba natomiast bronić przed tymi, którzy wycierają sobie nimi gęby i na tym ich zainteresowanie tą sferą się kończy.

Nie wiem, jakich wartości broni tak naprawdę minister Szyszko. Wiem natomiast, że nie są to te same wartości, jakich broniłem wtedy, gdy przed zakopiańskim sądem stanąłem za udział w blokadzie ruchu kolejki na Kasprowy, która to akcja miała zwrócić uwagę na barbarzyńskie pomysły PKL-u. Na standardowe pytanie sędziego, czy żałuję swego czynu, odpowiedziałem, że nie żałuję i że gdy zajdzie potrzeba, to zrobię to samo jeszcze raz. Minister Szyszko jest z partii, która ponoć broni patriotyzmu i dziedzictwa kulturowego. Nie jest on jednak na pewno moim sojusznikiem. A w dodatku muszę się wstydzić, że choć mówimy o tym samym, to bez mrugnięcia okiem robi on takie świństwa.

Prawy do lewego?

Największym zwycięstwem dawnych włodarzy PRL było po roku 1989 przekonanie społeczeństwa, że reprezentują o­ni lewicę. W kolejnych latach takim sukcesem – już oczywistym – było „wykoszenie” całej konkurencji i zmonopolizowanie lewej części sceny politycznej przez postkomunistów. Skutek jest taki, że lewicy w Polsce nie ma – lewicy autentycznej, prosocjalnej, zakorzenionej w społeczeństwie oraz w tutejszym klimacie kulturowym.

Dlaczego SLD nie jest lewicą? Formacja ta w prostej linii wywodzi się z PZPR, która od faktycznych ideałów lewicowych była odległa o lata świetlne. Gdy dziś wspomina się PRL jako epokę, w której była praca dla wszystkich, budowano osiedla mieszkaniowe, a robotnicy jeździli na wczasy, to bynajmniej nie świadczy to o lewicowości ówczesnego systemu. Lewica to bowiem nie tylko pełna micha – to także wolność, równość i braterstwo. W PRL-u była cenzura, więźniowie polityczni, represje, ZOMO, strzelanie do robotników, przywileje dla partii i jej lizusów itp. Gdyby papierkiem lakmusowym lewicowości miały być wyłącznie nowe osiedla mieszkaniowe lub niewielkie bezrobocie czy choćby znaczny udział państwa w gospodarce, to lewicowcami równie dobrze mogliby się mienić Salazar czy Hitler.

Ale lewica to nie tylko wymiar socjalny, lecz równie istotny bagaż postulatów humanistycznych. Ich realizacji PRL zaś nie gwarantował i nawet nie miał takiego zamiaru. Można długo debatować o wadach i zaletach minionego ustroju, a także o tym, czy możliwa była – w obliczu krachu II RP, wojny światowej oraz potęgi Sowietów – inna droga dla Polski. Można wskazać zdobycze PRL-u w kilku dziedzinach, które dziś są obrazem nędzy i rozpaczy. Nie można natomiast zwać tamtego porządku lewicowym. Ludzie, którzy dziś odwołują się do realnych czy urojonych zdobyczy epoki gierkowskiej lub postrzegają wprowadzenie stanu wojennego jako decyzję zgodną z interesem państwa, powinni być pełnoprawnym partnerem debaty o losach Polski. Nie są to natomiast ludzie, którzy reprezentują etos lewicy.

Formacja post-PZPR-owska nie opiera się jednak wyłącznie na wspominkach o „złotych latach” PRL-u. Innymi wyznacznikami jej rzekomej lewicowości są tzw. sprawy obyczajowe. To już nie jest siermiężny skansen – to nowoczesna Europa. Aborcja, geje, lesbijki, antyklerykalizm – to ponoć kolejne dowody na to, że postkomuniści stanowią lewicę. I w pewnym sensie tak jest faktycznie, bowiem znaczna część współczesnych środowisk lewicowych uważa, że takie postawy stanowią samo sedno ideałów lewicy.

Warto jednak zapytać, czym się w takim razie różnią od liberałów, którzy równie mocno akcentują oraz akceptują podobne postawy. Ba, akceptuje je także część konserwatystów, bo taka np. Margaret Thatcher dała się poznać jako zwolenniczka aborcji, lider hiszpańskich konserwatystów – Aznar – wielokrotnie popierał środowiska homoseksualne, zaś za ścisłym rozdziałem Kościoła od państwa opowiada się gros francuskiej prawicy. Warto zapytać również o to, jak obrona lewicowego ideału równości i obrony przed prześladowaniami ma się dziś do sytuacji mniejszości seksualnych, które w krajach Zachodu nie tylko nie są pozbawione równych praw, ale wręcz mają symboliczne i realne przywileje (istnieją wszak np. wyroki sądowe za tzw. homofobię – nie słyszałem natomiast, by jakiś homoseksualista został skazany za heterofobię).

Lewicowość określają dwie podstawowe kwestie. Pierwsza to model gospodarczy, który zapewnia godne warunki życia jak największej liczbie obywateli i stale dąży do minimalizowania obszarów biedy i wykluczenia. Druga to tworzenie społeczeństwa „przyjaznego” w sferze kulturowej – oferującego szanse rozwoju i samorealizacji osobom o różnych preferencjach i światopoglądach, poszerzającego pole wolności, minimalizującego nietolerancję. W obu tych kwestiach ważna jest jednak kwestia barier. Lewica ogranicza egoistyczne postawy zamożnych – poprzez np. progresywne podatki – ale także dba o to, by któraś z gorzej sytuowanych grup nie skoczyła nagle na wyższy szczebel kosztem grup innych. Lewica broni postaw, które większość społeczeństwa chciałaby prześladować na zasadzie „widzimisię”, ale jednocześnie dba o to, by mniejszości nie stały się „świętymi krowami”, a ich pomysły nie zdezintegrowały życia zbiorowego.

Taką lewicą nie jest obóz postkomunistyczny, nawet gdy abstrahujemy od jego korzeni polityczno-ideowych i całego bagażu zamordystycznych poczynań z lat 1945-1989. W kwestiach gospodarczych SLD i okolice popierały większość skrajnie rynkowych rozwiązań – od szaleńczej prywatyzacji, po ustawy umożliwiające eksmisje lokatorów na bruk. I nie była to żadna „konieczność”, lecz świadomy udział w pewnym procesie – warto pamiętać, że skrajnie liberalny „plan Balcerowicza” był swoistą kontynuacją, przynajmniej w wymiarze ideowym, niewiele wcześniejszego „planu Wilczka i Rakowskiego”. Postkomuniści są w sferze gospodarczej antylewicowi.

Są tacy również wtedy, gdy na siłę forsują „modernizacyjne” pomysły obyczajowe, bez zwracania uwagi na wolę większości oraz na to, czy w Polsce dokonuje się jakaś faktyczna dyskryminacja formalno-prawna np. ateistów czy lesbijek. Bo tylko takiej dyskryminacji lewica powinna zapobiegać, nie zaś zmuszać społeczeństwo do akceptacji i zachwytów nad postawami, które są mu obce. Innymi słowy – lewica powinna domagać się surowego zwalczania tego, że ktoś z powodu wyznania, pochodzenia czy orientacji seksualnej jest dyskryminowany w pracy, w szkole czy w urzędzie; podobnie wtedy, gdy osoby takie stają się obiektem realnych prześladowań ze strony większości. Nie jest natomiast zadaniem lewicy zmuszanie ogółu katolickiego społeczeństwa, aby np. w imię ochrony garstki ateistów rezygnowało z nauki religii w szkołach; nie jest jej zadaniem także indoktrynacja mająca na celu propagowanie przekonania, że homoseksualizm jest cool.

Lewica powinna być więc za socjalnym modelem gospodarki, stawać w obronie realnie prześladowanych i wykluczonych, ale także akceptować przekonania ogółu społeczeństwa. Cały problem w tym, że znacznie więcej osób o takich poglądach można znaleźć we współczesnej Polsce nie w łonie lewicy, lecz po prawej stronie sceny politycznej. Skutkiem wspomnianego na wstępie „desantu” postkomunistów na lewicę było zepchnięcie „na prawo” znacznej części ludzi o poglądach lewicujących. Po pierwsze, jeśli lewicą nazwali się ci, którzy niewiele wcześniej strzelali do robotników, to z kolei tacy, którzy tychże robotników bronili, nierzadko z narażeniem życia, nie chcieli być kojarzeni z lewicowością, bo musieliby w wymiarze symbolicznym grać w jednej drużynie ze swoimi przeciwnikami. Po drugie, jeśli ktoś uważał, że nie można być prospołecznym i jednocześnie atakować wzorce dominujące w społeczeństwie, ten nie mógł się przyłączyć do formacji, które w imię obrony mniejszości promowały postawy sprzeczne z opinią większości Polaków. Jedni lewicowcy poszli więc „na prawo” ze względów biograficznych, a inni przegrali walkę o lewicę – bądź to kapitulując w obliczu układu sił, bądź też tańcząc tak, jak im zagrało SLD. Mamy więc sytuację, w której niedawni obrońcy robotników są dziś zwani prawicowcami, a sympatycy wojskowej junty Jaruzelskiego czy partyjni kumple kreatur pokroju Moczara – to lewica.

Oczywiście nie stało się tak wyłącznie z winy postkomunistów. „Lewica solidarnościowa” uległa dezintegracji częściowo na własne życzenie. Jeden z jej odłamów – środowisko Adama Michnika i Jacka Kuronia – bez zażenowania porzucił lewicowe ideały i wybrał poparcie dla liberalnych przeobrażeń. Zamiast „chleba i wolności”, Michnik i Kuroń wybrali „plan Balcerowicza” i rozdawanie zupek szybko rosnącej rzeszy bezrobotnych. Część lewicowej opozycji porzuciła dawne ideały mniej otwarcie, wybierając posady w radach nadzorczych i cytowanie Miltona Friedmana, bo zapewniało to profity. Byli i tacy, którzy prywatnie pozostali wierni swoim poglądom, ale niewiele z tego wynika, bo silniejsze od przekonań politycznych są zależności towarzysko-koteryjne. Jeszcze inni próbowali „zagospodarować” część sił postkomunistów – trudno powiedzieć, czy kierując się naiwnością, czy swoiście pojmowanym realizmem, ale w obu przypadkach nie odnieśli żadnych sukcesów, zostali natomiast sprawnie przemieleni przez SLD-owską machinę.

To wszystko sprawiło, że hegemonia postkomunistów na lewicy jest wielka i nic nie wskazuje na to, aby miała ulec znacznemu osłabieniu. Jeśli zresztą pojawiają się jakieś zalążki alternatywy dla niej, to budzą o­ne uśmiech politowania i niesmak. Taki charakter ma środowisko skupione wokół pisma „Krytyka Polityczna”, które nie dość, że akcentuje głównie postulaty obyczajowe (i to w wersjach skrajnych), to w dodatku ma tak silne związki z liberalnym establishmentem, iż bez jego poparcia w zasadzie nie zaistniałoby na poważniejszą skalę w dyskursie publicznym.

Podobnie dzieje się z bardziej „prospołeczną” Polską Partią Pracy. Choć dziś szermuje o­na lewicowymi hasłami i „rozlicza” inne formacje z ich realizacji, trudno to traktować poważnie. Jej liderzy bowiem zaledwie kilka lat temu zawiązywali wyborcze sojusze ze skrajną prawicą i równie mocno co dziś lewicową, szermowali wówczas retoryką ocierającą się o nacjonalizm. Obecnie liderzy PPP popierają prawa kobiet, gejów oraz uczniów nie lubiących ministra Giertycha, choć przed kilkoma laty interesowała ich niemalże nacjonalistyczna krytyka Unii Europejskiej i współpraca z Le Penem. Zarówno zmianę poglądów, jak i obecny, dość zabawny neofityzm można byłoby zrozumieć, gdyby nie to, że trudno się oprzeć wrażeniu, iż stoi za nimi zwykła chęć załatwienia sobie kilku sejmowych posad – nie wyszło na gruncie nacjonalizmu, to może wyjdzie pod hasłami lewicy. Nie ma jednak żadnej pewności, iż ludzie tego rodzaju za kilka lat nie staną się dla odmiany np. miłośnikami liberalizmu gospodarczego, a do listy swoich sojuszników dołączą po Narodowym Odrodzeniu Polski i Komunistycznej Partii Polski jakiejś marginalnej partyjki prorynkowej. Nie chroni przed tym „robotniczy” charakter ugrupowania, bazującego na niewielkim związku zawodowym. Wystarczy przypomnieć sobie liberalne wyczyny związkowych liderów w ramach AWS, by przestać wierzyć w to, iż „klasowy” rodowód jest ze swej natury skuteczną szczepionką na pokusy kolaboracji i zdrady. Jeśli ktoś zachowuje się jak chorągiewka już wtedy, gdy wieje słaby wietrzyk poparcia i wpływów, to co zrobiłby, gdyby wiatr przybrał na sile?

Potrzebna jest lewica, która zamiast tęsknić za Gierkiem i Jaruzelskim oraz małpować modne zachodnie rozwiązania, stanie na gruncie poważnej i konsekwentnej polityki prospołecznej, potrafiąc się zakorzenić w klimacie kulturowym współczesnej Polski. Chodziłoby o lewicę nawiązującą do tradycji przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej – o lewicę patriotyczną, demokratyczną (w sensie aktywnego tworzenia lub przywracania różnych form partycypacji społeczeństwa w życiu publicznym), konsekwentnie krytykującą wolny rynek, potrafiącą mobilizować „lud” przez zrozumiały dla niego język i odwołanie do jego systemu wartości. Środowiska zajmujące się z jednej strony obroną SB-ków, z drugiej zaś „prześladowanych” gejów – nie tylko nie są lewicą, ale wręcz paraliżują rozwój faktycznej lewicy, robiąc dobrą robotę na rzecz liberalnej prawicy.

Skąd wziąć tę nową, porządną lewicę? W Polsce wciąż żyją i zajmują się działalnością publiczną ludzie, którzy bliscy byli ideałom dawnego PPS, własnymi czynami poświadczyli gotowość i odwagę w obronie prześladowanych, a w dodatku nadal wierni są prospołecznym poglądom. Problem w tym, że wskutek owego absurdalnego podziału po roku 1989, sytuują się oni głównie na prawicy. Takie osoby są reprezentantami „lewicy na prawicy” – choć mają możliwość działania, to ich opcja jest stłamszona, oni sami zaś muszą ciągle poruszać się na prawicowym gruncie i licytować się ze swoimi partyjnymi kolegami w czołobitności wobec wąsko pojmowanej tradycji bogoojczyźnianej.

W ten sposób nie tylko umacnia się hegemonia postkomunistów na lewicy, ale także coraz bardziej kurczy szansa na rozwój autentycznej formacji prospołecznej – przeciwnej presji wolnego rynku, lecz szanującej odczucia większości społeczeństwa. W efekcie coraz mniej ludzi uważa, że możliwa jest lewica, która stawałaby po stronie wyzyskiwanych, a jednocześnie nie wstydziłaby się postawy patriotycznej czy odwołań do chrześcijaństwa. Monopol na patriotyzm zyskuje z kolei prawica, która sprzyja rozwiązaniom rynkowym.

Głównym „brakiem” polskiej sceny politycznej wydaje mi się nieobecność formacji, która odwoływałaby się zarazem do doświadczenia PPS-u i „Solidarności”. Formacji, w której znalazłoby się „lewe skrzydło” opozycji antykomunistycznej – Andrzej Gwiazda, Jan Olszewski, Zbigniew Romaszewski, Ryszard Bugaj, Tadeusz Kowalik etc. Czy taka lewica jest w Polsce możliwa w sensie sukcesu politycznego? Być może nie ma na to żadnych szans w krótkiej perspektywie – jeśli jednak nie powstanie o­na szybko, to prawdopodobnie później nie powstanie wcale, gdyż nie będzie miał kto ocalić pamięci i ideałów tego sztandaru, na którym biel i czerwień są równie ważne.

Gaz na ulicach

Gaz na ulicach

Młodzieżowe demonstracje przeciwko Romanowi Giertychowi, świeżo upieczonemu ministrowi edukacji, toną w oparach gazu. Nie jest to jednak łzawiący gaz rozpylany przez faszystowską policję na usługach zbrodniczego reżimu. To GazWyb – ideologia liberalnej oligarchii. CHROŃ OCZY!

Niczego innego się nie spodziewałem. Polska młodzież jest przerażająco konformistyczna i podatna na propagandę. Im lepiej wykształcona, tym – pomijając nieliczne wyjątki – mniej samodzielna w myśleniu. To najbardziej wierny elektorat Unii Wolności i Platformy Obywatelskiej. To grupa, której czołobitność wobec rynkowych sloganów i prymitywnych liberalnych teorii bije wszelkie rekordy. Dla tych ludzi bezrobotni to leniwi nieudacznicy, górnicy mają mnóstwo przywilejów za swoją lekką i niepotrzebną pracę, a zglobalizowany kapitalizm to raj na ziemi. Jeśli nawet nie są liberalni, to są spod znaku tej „lewicy”, która za główny problem trapiący kraj nad Wisłą uważa brak przywilejów dla homoseksualistów – co wychodzi na jedno, bo „prawa gejów” w niczym nie przeszkadzają doktrynerom i promotorom wolnego rynku.

Kiedyś studenci byli grupą najbardziej krytyczną, potrafiącą doszukiwać się „drugiego dna” w sloganach propagandy – czy to kapitalistycznej na Zachodzie, czy komunistycznej u nas. Ba, w carskiej Rosji słowo „student” było ponoć po wsiach i małych miasteczkach synonimem wywrotowca. Dziś nie pozostało po tym zupełnie nic.

Polscy studenci ostatnich lat nie potrafili się zmobilizować do działania nie tylko w kwestiach ogólnopolitycznych, ale nawet w tych, które dotyczyły ich bezpośrednio. Gdy Platforma Obywatelska forsowała pomysł odpłatności za studia, nie przeszkodziło jej to cieszyć się wśród młodzieży akademickiej znacznym poparciem. Gdy poprzedni, ponoć lewicowy, rząd wprowadził przepisy, które sprawiły, że część studenckich stołówek zamknięto, a w innych znacznie podrożały posiłki – jedyną reakcją było kilka niemrawych pikiet.

Teraz jednak młodzież licealna i studencka postanowiła się zbuntować. Stała się oto rzecz straszna, gdyż ministrem edukacji został Roman Giertych. Lider Ligi Polskich Rodzin nie zdążył jeszcze nic zrobić na ministerialnym stanowisku, a na ulice polskich miast wyległa zrewoltowana młódź. Nie cierpi o­na Giertycha w sposób „naturalny”. Przez kilka poprzednich lat mogła bowiem w swoich ulubionych gazetach codzienno-wyborczych czytać, iż to groźny człowiek – taki prawie faszysta, wnuk „zoologicznego antysemity”, ideowy spadkobierca okropnej endecji itp., itd. Nic więc dziwnego, że w obliczu takiej narodowej tragedii, młodzi nonkonformiści wyszli na ulice.

Nie mam dla Giertycha żadnych sympatii. Tradycja endecka jest mi zupełnie obca, przegrywając pod niemal każdym względem z propaństwową postawą piłsudczyków, lewicowym patriotyzmem PPS-u czy ideologią międzywojennego ruchu ludowego. Nacjonalizm uważam za doktrynę nader ograniczoną, a w dzisiejszych czasach także anachroniczną. Ale „gazwyborczy” demonstranci wcale nie wydają mi się lepsi, a wręcz myślę, że w długofalowej perspektywie jest to środowisko znacznie bardziej szkodliwe niż LPR.

Bez trudu można wykpić większość haseł i postulatów przeciwników Giertycha. O jego zamiarach wobec polskiego systemu edukacji trudno coś powiedzieć, bo niewiele zadeklarował, a jeszcze mniej na razie zrobił. Trudno zatem protestować przeciwko czemuś tak enigmatycznemu – jeśli już, to wypadałoby się wstrzymać do pierwszych konkretów, czyli, jak sądzę, do okresu przynajmniej powakacyjnego. Wtedy protesty być może miałyby jakiś sens i uzasadnienie – w chwili obecnej trudno nawet udawać, że mają o­ne cokolwiek wspólnego z faktyczną troską o system edukacji.

Z kolei mówienie o zagrożeniu światopoglądowej neutralności szkoły brzmi śmiesznie, gdy pamiętamy, że podobnych obaw nie zgłaszano wtedy, gdy ministerialne stanowiska zajmowały np. osoby znane z poglądów krytycznych wobec katolicyzmu. A przecież żyjemy bądź co bądź w kraju, którego ogromna większość obywateli deklaruje się jako katolicy właśnie. Jak Kali ukraść, to dobrze – jak Kalemu ukraść, to źle.

Idźmy dalej – nawet jeśli Roman Giertych jest politykiem związanym z tradycją zawierającą także niezbyt chlubne postawy czy wątki, to jednak jakoś nie przypominam sobie, żeby równie chętnie grzebano w przeszłości i ideowych korzeniach poprzednich ministrów. A byli wśród nich np. tacy, którzy swego czasu należeli do partii mającej na koncie brutalną antysemicką czystkę roku 1968, w efekcie której wygnano z Polski jakieś, bagatela, 15-20 tysięcy Żydów; byli tam też kumple i obrońcy umundurowanych bandytów, którzy nie mieli zahamowań, by wysyłać wojsko na protestujących robotników. Rozumiem, że Romana Giertycha obciążają czyny i poglądy jego ojca, dziadka i przedwojennej endecji, zaś ministrów z ramienia SLD nie obciążają wydarzenia roku 1956, 1968, 1976 i 1981. Zaiste, ciekawa logika.

Mniejsza jednak o grzebanie w przeszłości. Ciekawsza jest teraźniejszość. Ta teraźniejszość, w której „buntowniczą” młodzież wspiera cała liberalna oligarchia. Bo to właśnie jej nie na rękę jest sytuacja, w której rządzą – nieważne, czy dobrze, czy źle – Kaczyńscy, Lepper i Giertych, przez lata kreowani na wrogów i zwariowanych krytyków najwspanialszego ustroju z możliwych. Oligarchia jest wściekła, bo utraciła kontrolę nad wieloma obszarami życia społecznego oraz monopol na kształtowanie opinii publicznej. I oczywiście chciałaby odzyskać utracone pole – nic w tym dziwnego, lepiej rządzić niż być rządzonym – obojętnie w jaki sposób.

Niestety, młodzi buntownicy nie tylko nie mają zmysłu politycznego, który uratowałby ich przed chodzeniem na pasku tejże oligarchii. O­ni nie mają także, za przeproszeniem, jaj. Gdyby je mieli, to zanim wyszli na ulice przeciwko Giertychowi (mnie to nie przeszkadza, bo protesty są naturalnym składnikiem demokracji), zrobiliby to wcześniej już ładnych kilka razy przeciwko innym, dużo bardziej szkodliwym osobom i rozwiązaniom.

Jeśli przyszłością znacznej części polskiej młodzieży będzie mycie garów w Londynie czy na Cyprze, to nie jest to bynajmniej wina Giertycha i „wychowania patriotycznego”. To wina liberalizacji gospodarki, dewastacji sfery publicznej, tolerowania patologii w samej nauce i jej finansowaniu, pauperyzacji rodziców dzisiejszych studentów itp. A przeciwko temu polska młodzież niemal nie kiwnęła palcem, w każdym razie nie w takiej skali i z takim zapałem, z jakim teraz protestuje przeciwko Giertychowi. Zaczadzenie GazWyb-em jest tak silne, że uniemożliwia nawet sensowną ocenę własnych interesów. No to myjcie, drodzy „zbuntowani” studenci i licealiści, te garnki w Londynie, bo na niewiele więcej zasługujecie…

Trzeba zmienić „polską normę”

Trzeba zmienić „polską normę”

ze Zbigniewem Romaszewskim rozmawiają Remigiusz Okraska i Andrzej Zybała

Ciągle natrafiamy na Pańskie nazwisko jako tego, który alarmuje, apeluje, prosi, pomaga. Jako dziecko był Pan w hitlerowskim obozie pracy, młodość w stalinizmie, kilkadziesiąt lat komuny – czy ta wrażliwość na pomiatanie ludźmi ma korzenie w Pańskiej biografii?

Z.R.: Dla mojej świadomości podstawowe znaczenie miały tradycje rodzinne żony, związane z niepodległościowym PPS, a także polityczna szkoła Komitetu Obrony Robotników. W wypadku tzw. „starego” KOR-u było to wyjątkowe doświadczenie zetknięcia się ze spuścizną starej, polskiej, liberalnej inteligencji. Byli to m.in. prof. Edward Lipiński, wybitny ekonomista, który jako w pełni dorosły człowiek witał odrodzenie Rzeczpospolitej w 1918 r., uczestniczący jako kapelan w wojnie 1920 roku ks. Jan Zieja, uczestnik moskiewskiego „procesu szesnastu” Antoni Pajdak, działacze polityczni II Rzeczpospolitej – Adam Szczypiorski i Ludwik Cohn, Aniela Steinzbergowa – wybitny adwokat, obrońca przed wojną w procesie strajkujących w Sempericie, po wojnie obrońca Kazimierza Moczarskiego, dowódca warszawskiego Kedywu AK płk. Józef Rybicki, spółdzielca i bibliofil Wacław Zawadzki, wybitny biolog prof. Jan Kielanowski i wreszcie najmłodsi ze starego KOR-u, których świadomość dojrzewała już we wczesnym PRL-u, nasz przyjaciel Jan Józef Lipski i wielka i mądra artystka Halina Mikołajska.

Ludzi tych dzieliło bardzo wiele, od stosunku do religii poczynając, na poglądach politycznych kończąc, ale łączyła niezwykle silna więź – etos polskiego inteligenta, a więc patriotyzm, poczucie odpowiedzialności za Kraj i Naród, tolerancja dla zapatrywań innych niż własne. Obca im była poprawność polityczna, letniość poglądów, a przy tym charakteryzowała ich niebywała umiejętność budowania konsensusu. Przy całej namiętności sporów pamiętam może 4-5 przypadków, gdy stanowisko KSS-KOR było głosowane i to w warunkach, gdy sprzeciw zgłaszało zaledwie kilka osób. Myślę, że to właśnie „stary” KOR przeniósł na grunt lat 70. XIX-wieczne idee działania pozytywistycznego, przekonanie, że działalność polityczna musi mieć korzenie w konkretnych działaniach na rzecz społeczeństwa.

Mówię o tym tyle, bo sądzę, że w ogromnej mierze tym właśnie ludziom zawdzięczam swoją tożsamość polityczną. Oczywiście jest to ocena subiektywna i obraz KOR-u w oczach innych uczestników może być inny. Co innego mogło być dla nich ważne, inaczej mogli widzieć nasze działania. Dzisiaj gdzie indziej jest Adam Michnik, gdzie indziej Antek Macierewicz, gdzie indziej Andrzej Celiński, Jacek Kuroń, a jeszcze gdzie indziej ja, ale w KSS-KOR potrafiliśmy działać wspólnie.

Wśród części Polaków narasta nostalgia za PRL-em jako okresem względnego bezpieczeństwa socjalnego. Zapomina się jednak o nieefektywności i totalitarnym charakterze tego systemu. Pan działał w KOR-ze, w 1980 r. założył Komisję Helsińską, która monitorowała przestrzeganie praw człowieka. Był Pan za tę działalność więziony i wyrzucony z pracy. Czy naprawdę było wtedy tak dobrze, jak to się niekiedy przedstawia?

Z.R.: Że nie było dobrze to sprawa oczywista. Gdyby rzeczywiście było dobrze, to nie byłoby czerwca 1956 r. w Poznaniu, grudnia 1970 r. na Wybrzeżu, czerwca 1976 r. w Radomiu i Ursusie, nie byłoby również sierpnia 1980 r. i „Solidarności”, która w ciągu kilku miesięcy skupiła 10 milionów ludzi.

Myślę, że nostalgia za PRL-em ma dwa źródła: psychologiczne i społeczno-ekonomiczne. Pierwsze opiera się na selektywności ludzkiej pamięci. Ludzie wolą pamiętać rzeczy przyjemne i zapominać nieprzyjemne, np. od mecenasa Siła-Nowickiego z trudem można było wydobyć jak przebiegało śledztwo, jak siedział w celi śmierci, ale sypał rozmaitymi anegdotkami z życia więziennego we Wronkach, o którym wiemy, że było koszmarem.

Drugie źródło tej nostalgii ma związek ze strukturami społeczno-gospodarczymi III RP. Należy zdawać sobie sprawę, że represjom politycznym podlegała stosunkowo niewielka grupa osób. Nawet z represjami stanu wojennego, internowaniami (pomijam okres stalinizmu) było to 10-15 tys. ludzi. Stan wojenny i racje moralne oczywiście spolaryzowały społeczeństwo i doprowadziły do tego, że wreszcie uznano, iż tak dalej być nie może, ale to ostatnie lata. Wszystko poprzednie jawi mi się jako szara, bezpieczna i beznadziejna bylejakość. A dodajmy do tego, że 2 mln ludzi było w PZPR, co oznacza, że wraz z rodzinami ok. 6 mln ludzi miało relatywnie wygodne życie i perspektywę kariery. Nic też dziwnego, że w pierwszych, na poły wolnych, wyborach do urn poszło jedynie 60% wyborców.

Poza tym sytuacja materialna społeczeństwa wcale nie jest tak dobra, jak to nam usiłują wmówić media sterowane przez elity. Dopiero niedawno, 2-3 lata temu udało nam się osiągnąć średnią płacę realną z 1988 r. Oczywiście porównywanie płac realnych z roku 1988 i 2000 może rodzić tysiące zastrzeżeń, należy jednak zdawać sobie również sprawę z tego, że średnia płaca realna daje dość słabe wyobrażenie o zamożności społeczeństwa, ponieważ nic nie mówi o rozwarstwieniu społecznym. W Polsce aktualnie ponad 60% ludności żyje poniżej minimum socjalnego. Kontrast takiej rzeczywistości z wzorcami konsumpcji lansowanymi przez media może tylko pogłębiać frustracje społeczne. Jednakże o niezadowoleniu społecznym decyduje nie tyle niski poziom zaspokojenia potrzeb materialnych ludności, ile rosnące poczucie zagrożenia. 20% bezrobocia, a szczególnie 40% wśród młodzieży do 24 roku życia, to tykająca bomba zegarowa, której wybuch opóźniają jedynie nadzieje na pracę w Europie Zachodniej.

Wiele osób zastanawia się, czy cena przemian systemowych nie okazała się zbyt wysoka. Gdy w 1989 r. komuna upadła, mało kto spodziewał się, że wkrótce zaczną zamykać fabryki, nędza ogarnie całe regiony (np. węglowe zagłębie wałbrzyskie), a rząd premiera Mazowieckiego wyśle transportery opancerzone na rolników blokujących drogi.

Z.R.: Myślę, że transformacja zabrnęła w ślepy zaułek. W wyniku transformacji nawiązaliśmy kontakt z wolnym światem, obciążając się jego problemami, a jednocześnie nie byliśmy w stanie rozwiązać tych problemów, które otrzymaliśmy w spadku po PRL-u. Wydaje się, że takim symbolem fałszywego kierunku przemian w naszym kraju było hasło wyborcze Unii Demokratycznej z 1991 r.: „Po pierwsze gospodarka”. Nieprawda. Po pierwsze człowiek, bo to gospodarka jest dla człowieka, a nie człowiek dla gospodarki.

Zasadniczą słabością neoliberalizmu jest oderwanie polityki społecznej od polityki gospodarczej. Polityka gospodarcza ma się rozwijać niezależnie od państwa, poddana jedynie uniwersalnym prawom rynku. Powiada się, że gospodarka państwowa jest nieefektywna – to oczywiście prawda, każdy zdaje sobie sprawę, że dużo łatwiej jest coś wyłudzić od państwa niż od prywatnego właściciela. Poza tym, i to chyba najważniejsze, trudno państwu startować w takiej konkurencji, w której jedynym kryterium efektywności jest maksymalizacja zysku, bo zadaniem państwa jest realizacja całej gamy wartości niezbędnych do funkcjonowania współczesnego społeczeństwa. Sądzę, że holistyczna polityka społeczno-gospodarcza jest możliwa. Najlepszym dowodem są państwa skandynawskie, łączące skuteczną politykę społeczną z jednym z lepszych w Europie wskaźników rozwoju gospodarczego. Wyalienowanie się gospodarki skutkuje spustoszeniami w sferze społecznej, czego świadkami jesteśmy obecnie w Polsce.

Jak to się stało, że dawni doradcy związkowi i obrońcy robotników przeobrazili się w miłośników M. Thatcher i skrajnego monetaryzmu, w wykonawców zaleceń Banku Światowego? Jak i dlaczego zmarginalizowano zwolenników innych rozwiązań? Jak doszło do tego, że monopol na wrażliwość społeczną zaczęli mieć dawni aparatczycy PZPR? Czy był możliwy inny przebieg transformacji, a jeśli nie, to dlaczego?

Z.R.: Odpowiedź na to pytanie to materiał na potężne dzieło… Generalnie za patologizację postaw polskiej inteligencji obwiniałbym rezygnację z odpowiedzialności za działania publiczne, brak kompetencji i wyobraźni, poczucie niższości i klientelizm wyniesiony z PRL-u. Fakt, że nie przeprowadzono lustracji i dekomunizacji to jedynie przykłady instrumentów, które właściwie użyte mogłyby przywrócić społeczeństwu poczucie sprawiedliwości i godności. Jeśli nie dokonuje się ocen, to niszczy się system wartości wyznawanych przez społeczeństwo.

Znamienna jest tu manipulacja jakiej dokonano ze słowami „lewica” i „prawica”. Po 1956 r. komuniści byli w Polsce na wymarciu. Dwa miliony członków PZPR to ludzie, którzy złożyli akces do władzy, kariery, lepszego życia. I cóż się dzieje? W roku 1990 sprawnie rozwiązują oni PZPR i zawiązują SDRP, potem SLD i stają się lewicą. Oportunizm, koniunkturalizm, karierowiczostwo uzyskują rangę ideologii. To już nie przywary charakteru, ale w tolerancyjnym państwie demokratycznym równouprawniony światopogląd. Jak taka zaraza nie miała się przenieść na środowiska postsolidarnościowe? Dla odróżnienia się, wmówiono ludziom “Solidarności”, że są prawicą.

Bardzo często zapomina się, że ludzie, którzy powiedzieli „nie” komunie, byli odsunięci od wszelkich funkcji publicznych. Gdzie mieli nabywać doświadczenie w kierowaniu państwem? Gdy po 1989 r. wkroczyli do urzędów, znaleźli się tam samotni w środowisku doświadczonych, pełnych czołobitności biurokratów, którzy przeżyli niejeden komunistyczny rząd. Jak mogli podjąć z nimi ostrą merytoryczną polemikę, kiedy o meritum posiadali jedynie mgliste pojęcie? Musieliby przyznać, że nie są fachowcami i że rozstrzygające znaczenie ma zdrowy rozsądek. A co mieli zrobić z wielkim poparciem całego świata? Próżność to wielka siła sprawcza, szczególnie gdy poglądy nie są poparte rzeczywistą wiedzą. Na tym polegała katastrofa AWS. Na przywódcach, którzy nie posiadali świadomości swoich merytorycznych ograniczeń i przyjmowali każdą prawdę objawianą im przez panów Balcerowicza i Geremka, a popieraną przez „życzliwy Zachód”. „Uznanie Zachodu” to bardzo istotne źródło wielu dramatycznych pomyłek. Dziś wiele mówi się o korupcji i jest ona faktem, ale mało zwraca się uwagi na korupcję intelektualną. Na to, że za względny byt i uznanie można wyzbyć się swoich poglądów, można się okłamywać, wreszcie można zostać pożytecznym idiotą, który swoim „prof. dr” będzie sygnował materiały propagandowe, np. na temat Unii Europejskiej.

Uleganie ciągłej presji, aby pospiesznie prywatyzować, to przecież negacja nie tylko praw rynku, ale również zdrowego rozsądku. W kraju, w którym brak kapitału, rzucenie na rynek całego majątku inwestycyjnego musiało doprowadzić do drastycznego obniżenia jego wartości. Żaden zdrowy na umyśle człowiek nie sprzeda przecież ostatniej połatanej, dla niego bezcennej kapoty za 2 zł jeśli nie stać go na nową. Oczywiście głównym beneficjentem tak prowadzonej wyprzedaży państwa był kapitał zachodni, ale nie tylko – utworzyła się kolejka nomenklaturowych Szmaciaków, których aspiracje również musiały być zaspokojone.

Coraz częściej mówi się o odpowiedzialności za obecny stan kraju. Polska stała się krajem korupcji, rosnącej pogardy elit wobec „motłochu”, krajem dezintegracji społecznej i zaniku aktywności obywatelskiej. Pozbyła się swojego majątku, a gospodarka nie jest przygotowana do konkurencji rynkowej. Kto za to odpowiada?

Z.R.: Za państwo odpowiadają nie tylko elity, ale również tzw. zwykli obywatele, którzy w wyborach decydują, kto będzie nimi rządził. To bardzo znamienne, ale 4 czerwca 1992 r., kiedy odwoływano rząd Jana Olszewskiego, na 7 milionów telewidzów transmisji obrad Sejmu, tylko jeden pijany mężczyzna zdecydował się demonstrować pod budynkiem parlamentu. Sądzę, że brak reakcji społeczeństwa stanowił przyzwolenie na sprowadzenie polityki do „walki buldogów pod dywanem”.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że obywateli przekonano, iż polityka jest brudna i nie należy się do niej mieszać. Jacy są politycy każdy widzi, ale generalny atak dezawuujący polityków, parlament i państwo, to w rzeczywistości otwieranie drogi dla rządów jedynej racjonalnej siły, jaką stanowi kapitał. Jeśli nie przekonamy ludzi, żeby aktywnie włączyli się do polityki, kontrolowali swych reprezentantów, świadomie prezentowali swoje żądania, korzystali z demokracji, to rządy nieuchronnie przejmie oligarchia, a ludność będzie mogła oglądać swoje ulubione seriale – dopóki będzie ją stać na opłacenie prądu.

Pańska postawa zadziwia: sprawiedliwość społeczna i domaganie się lustracji; obrona mniejszości narodowych i krytyka pochopnego obwiniania Polaków za zbrodnię w Jedwabnem; krytyka kapitalizmu i antykomunizm; tolerancja i akcentowanie tożsamości narodowej. To wszystko nijak nie pasuje do „polskiej normy”.

Z.R.: Lustracja jest w moim przekonaniu aktem sprawiedliwości społecznej, bo nie widzę żadnego powodu, dla którego ktoś, kto czerpał korzyści z tłumienia wszelkich przejawów demokracji i patriotyzmu, miał się nagle stać ich wiarygodnym i bezinteresownym rzecznikiem. Niech żyje, niech pracuje, niech mu się powodzi, ale niech nie buduje demokracji, bo już dowiódł, że na tym mu nie zależy.

Być może nie znam dostatecznie polskiego społeczeństwa, ale w 1989 r. problem antysemityzmu uważałem za przezwyciężony. Wybory wygrała bezapelacyjnie opozycja i nikt nikogo nie pytał o pochodzenie. Nigdy mnie to szczególnie nie interesowało, ale mogę powiedzieć, że pochodzenie żydowskie nie miało żadnego wpływu na wyniki wyborcze w 1989 r., w tym rzekomo antysemickim kraju. A to, że dziś jest inaczej wiązałbym z głęboko niesprawiedliwym akcentowaniem polskiego antysemityzmu. Myślę, że taka niesprawiedliwość budzi odruchy sprzeciwu. Dziś nastroje antysemickie opadły, ale sądzę, że kolejna kampania walki z antysemityzmem może je na nowo rozbudzić. Na fali odpowiedzialności Polaków za Jedwabne musi pojawiać się jednak pytanie o rolę Żydów w instalacji systemu komunistycznego w Polsce. Mechanizmy są dość oczywiste, odpowiedzialność też, dlaczego więc badanie tego problemu obłożone jest anatemą antysemityzmu, a odpowiedzialność Polaków za Jedwabne uważa się za udowodnioną? Myślę, że bydlaki są w każdym narodzie, bo taka jest po prostu kondycja człowieka – należy dążyć do eliminacji ich wpływów, a nie do budowania narodowych stereotypów.

Krytyka kapitalizmu dobrze łączy się z antykomunizmem i ma podstawę w mojej niechęci do każdego doktrynerstwa. Trudno mi wyobrazić sobie inną gospodarkę niż opartą zasadniczo na rynku, ale rynek z rozpraw Adama Smitha nie ma nic wspólnego z funkcjonującym współcześnie rynkiem wielkich korporacji. Zagrożenie rynku monopolami przewidywał też Hayek, ale był przekonany, że rynek jest w stanie to przezwyciężyć. Dziś wiemy, że stało się inaczej i procesy monopolizacji narastają. W tych warunkach neoliberalne doktryny mają tyle samo wspólnego ze Smithem, co Związek Radziecki Breżniewa z falansterami Fouriera.

Nie widzę również żadnej sprzeczności pomiędzy tolerancją a akcentowaniem tożsamości narodowej. Usilnie nam się to wmawia, ale to dość podła nieprawda. Sądzę, że właśnie tolerancja stanowiła jeden z ważnych wyznaczników polskości. W końcu to jednak w Polsce Żydzi znaleźli swe schronienie. W Polsce płonęło najmniej stosów z innowiercami. W Polsce, gdy Henryk Walezy zaprzysięgał Artykuły Henrycjańskie i zawahał się przy gwarancjach tolerancji religijnej, to właśnie polski biskup katolicki położył rękę na koronie i powiedział „albo wszystkie, albo żadne”. A nasz odwet w stosunku do ciemiężców? We wszystkich powstaniach i rewolucjach jeśli ich stracono kilkudziesięciu, to i tak dużo. I jak to porównywać z rewolucją angielską czy francuską, z inkwizycją hiszpańską? Dręczy mnie pytanie, komu zależy, żeby społeczeństwo polskie było pozbawione wiedzy o tradycjach polskiej tolerancji. Niestety we współczesnej Polsce największym powodzeniem cieszą się megalomania narodowa i zaściankowy kosmopolityzm. Myślę, że obydwie służą temu samemu – kompensowaniu kompleksów wynikających z zaniżonej oceny narodowej.

Jeśli to wszystko nie pasuje do „polskiej normy”, to trzeba tę normę zmienić i nie będę na to żałował wysiłków.

W Senacie zasiada Pan już piątą kadencję, mimo że cztery razy startował z nienajlepszych pozycji. Jaka jest recepta na taki sukces? Nie ma Pan wielkich pieniędzy na kampanie, nie stosuje zagrań pod publiczkę, media Pana nie rozpieszczają…

Z.R.: Rzeczywiście, nie dysponuję wielkimi funduszami, a w polityce pieniądze odgrywają coraz większą rolę, decydując o jej patologiach. Ponieważ kampania wyborcza jest kosztowna, więc poszukujesz pieniędzy. Jeśli je znajdziesz, to oczywiście uzależniasz się i ostatecznie bardziej reprezentujesz tych, którzy pieniądze dali, niż tych, którzy na ciebie głosowali. W ten sposób zarówno większość parlamentarna, jak i opozycja reprezentują raczej mniejszość dysponującą pieniędzmi, niż większość, która nimi nie dysponuje. W takich warunkach wybory powodują jedynie wymianę układu politycznego, pozostawiając główne kierunki polityki społeczno-gospodarczej niezmienionymi. Trudno taką sytuację uznać za zgodną z podstawową zasadą demokracji, którą jest równość obywateli: „jeden człowiek – jeden głos”.

W roku 1996 zaproponowałem taki system finansowania partii politycznych: każdy obywatel wypełniając PIT deklarowałby, że określoną część podatku (każdy taką samą) przeznacza na najbliższą jego sercu partię. Pieniądze te i składki partyjne stanowiłyby jedyne źródło utrzymania partii politycznych. Ich wolumen byłby dostateczny dla prowadzenia nie tylko kampanii wyborczej, ale również studiów programowych. Jednocześnie partie musiałyby z równym szacunkiem odnosić się do emerytki i do notabli zajmujących czołowe miejsce na liście najbogatszych ludzi w Polsce. System taki powodowałby realną presję społeczeństwa na polityków i zapobiegałby ich alienacji. Sądzę, iż obecność w Senacie zawdzięczam przede wszystkim ordynacji większościowej, pozwalającej wybierać ludzi, a nie abstrakcyjne programy. W wyborach takich dużo większą rolę odgrywa rozpoznawalność nazwiska, a mniejszą intrygi polityków. Choć nie podzielam entuzjazmu zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych, to uważam, że ich wprowadzenie do obsadzenia znaczącej liczby mandatów w Sejmie mogłoby stanowić ożywczy prysznic dla usychającej polityki. Zwiększenie zależności posłów od wyborców i pewne uniezależnienie ich od aparatu partyjnego układającego listy, konieczność budowania przez partie struktur terenowych – na pewno poprawiłoby wiarygodność elit politycznych. Jednak system jednomandatowych okręgów wyborczych bardzo łatwo przemienia się w casting (np. Jolanta Kwaśniewska, Schwarzenegger).

W połowie kwietnia założył Pan nową formację. Co chcecie wnieść w krwioobieg polskiej polityki? Przyjęliście nazwę “Suwerenność, Praca, Sprawiedliwość” – dlaczego?

Z.R.: Po pierwsze, jeśli do wyborów idzie 40% ludzi, to znaczy, że pozostałym 60% czegoś brakuje. Po drugie, fenomen popularności Leppera powinien nas skłaniać nie do histerycznej krucjaty przeciw populizmowi, lecz do racjonalnej analizy, które aspiracje społeczeństwa mogą być zaspokojone i jak to zrobić. Po trzecie, fundamentalistyczny neoliberalizm staje się powoli jedynym naukowym światopoglądem, a to już skądś znam i trzeba powiedzieć mu „nie”. Po czwarte, mamy dość nowoczesną koncepcję partii i należałoby spróbować ją zbudować.

Współczesne partie mają strukturę hierarchiczną i ich działalność uwidacznia się dopiero podczas kampanii wyborczych mających wynieść przywódców do władzy. Przez pozostały czas funkcjonują jedynie partyjne elity. My chcielibyśmy tę sytuację zmienić, a okres między wyborami wypełnić aktywnością społeczną „Grup działania” – tak nazywa się nasza podstawowa komórka organizacyjna. Przedmiotem zainteresowania poszczególnych grup mogą być samorządy, spółdzielnie mieszkaniowe, edukacja, małe i średnie przedsiębiorstwa, wymiar sprawiedliwości itp. Grupy działania zajmujące się podobną tematyką budowałyby na terenie całej Polski sieć kontaktów stanowiącą podstawę organizacji partii. Sieci takie korzystałyby z bardzo szerokiej autonomii. Oczywiście, szczególnie w okresach wyborczych musiałyby się ujawniać struktury terytorialne, ale ich rola, podobnie jak władz krajowych, miałaby charakter bardziej integracyjny niż władczy. Tak więc będzie to partia o przewadze powiązań poziomych nad pionowymi.

Nazwa partii… Suwerenność – w akcie akcesyjnym do Unii Europejskiej zrezygnowaliśmy z części naszej suwerenności i dlatego ze szczególną pieczołowitością powinniśmy odnosić się do tego, co nam pozostało. UE postrzegamy ciągle jako wspólnotę ojczyzn, od której będziemy się domagać respektowania naszego interesu narodowego. Dlatego też wszelkie próby federalizacji uważamy za przedwczesne i szkodliwe. Nie mamy nic przeciwko temu, aby narody Europy ze sobą współpracowały i solidarnie się wspierały. To bardzo ważne w globalizującym się świecie, sterowanym przez korporacje kapitałowe. Jednakże pomysł, że w momencie przyjmowania bardzo słabo przygotowanych państw jednocześnie mówi się o wzmocnieniu rygorów europejskości przez konstytucję, świadczy raczej o chęci dominacji niż o integrującej współpracy. Pomysł taki może raczej stać się podłożem nierozwiązywalnych konfliktów niż zbliżyć narody. W ten sposób niecierpliwość panów Chiraca, Schrödera i Fischera może zniszczyć to, co latami budowali Schumann, Adenauer czy de Gasperi.

Praca – obecnie nie widzimy ważniejszego problemu. Praca to nie tylko sposób zapewnienia podstaw bytu materialnego, ale również czynnik określający tożsamość człowieka i istotę człowieczeństwa. Brak pracy, to wykluczenie i degradacja. Przeraża nas wysokie bezrobocie. W najbliższym czasie na Zachód ruszy fala młodzieży, która przekona się, że nikt tam na nią nie czeka, że nawet jeśli znajdą pracę, to drastycznie kłócącą się z ich aspiracjami – i wrócą. Politycy muszą znaleźć rozwiązanie problemu miejsc pracy, nawet jeśli będzie to godzić w interesy zamożnych obywateli i międzynarodowych korporacji. Inaczej każda stabilność będzie zagrożona. Nie wierzymy również, że może się to odbyć bez udziału państwa. Dlatego też będziemy domagali się celowej i przemyślanej polityki gospodarczo-społecznej, która postawi sobie za najważniejszy cel przezwyciężenie bezrobocia.

Sprawiedliwość – to reforma struktur organizacyjnych wymiaru sprawiedliwości, a przede wszystkim: wzmocnienie pozycji ministra sprawiedliwości, wyeliminowanie negatywnych zjawisk generowanych w strukturach korporacyjnych, zwiększenie dostępności i sprawności funkcjonowania sądów. Najistotniejsze w naszej wizji sprawiedliwości jest to, że stanowi ona jedną z ważniejszych wartości demokracji, dla której prawo stanowione jest jedynie instrumentem realizacji, a nie wartością samą w sobie. Bardzo istotnym środkiem realizacji sprawiedliwości jest zdrowy rozsadek i odwołująca się do niego opinia publiczna. Przy całym szacunku dla prawa stanowionego, łatwo zauważyć, że nie ma ono możliwości opisania wszelkich przejawów życia. Przynajmniej raz w tygodniu trafiają do mnie konkretne sprawy będące wyrazem krzyczącej niesprawiedliwości, a jednocześnie nienaprawialne w ramach obowiązującego prawa. Wymogi formalne prawa stanowionego często uniemożliwiają realizację tego, co uważalibyśmy za sprawiedliwe. Często twierdzi się, że wszystko, co nie jest zakazane przez prawo, jest dozwolone. Pytam się zawsze zwolenników takiej tezy, co by sądzili, gdyby ich żony lub córki uprawiały prostytucję, która nie jest przecież w Polsce zakazana. Poza sferą wyznaczonego przez prawo przestępstwa istnieje cała, niezwykle obszerna i zróżnicowana sfera świństwa. Społeczeństwo ma obowiązek się przed nią bronić. Służy temu opinia publiczna, wolność słowa i społeczny ostracyzm wobec osób naruszających powszechnie akceptowane dobre obyczaje.

Deklarujecie, że wśród członków SPS będą się znajdowali głównie społecznicy – działacze inicjatyw obywatelskich. Jak chcecie ich skłonić do współpracy w dobie apatii i rozczarowania? Czy jest miejsce na partię wyrastającą z ruchów społecznych, gdy coraz częściej o wynikach wyborów decydują nakłady na kampanie i wpływy w środkach masowego przekazu?

Z.R.: To problem bardzo trudny. Nie ulega jednak wątpliwości, że są ludzie, czasem całe środowiska, które wkładają ogromny wysiłek w bezinteresowne działanie na rzecz społeczeństwa. Trzeba ich przekonać, że razem można więcej. Nasze hasła to: „Polityka nie musi być brudna” i „Więcej współpracy, mniej konkurencji”. Jeśli do tego dodamy dużą autonomię części składowych ruchu oraz jego sieciowy charakter, to sądzę, że z czasem się on rozwinie. Zasadniczy problem to hierarchia celów, które niekoniecznie idą ze sobą w parze. Sukces wyborczy czy solidne podstawy organizacyjne? Nadrzędne znaczenie ma dla nas zbudowanie ruchu, który jest w stanie w sposób dojrzały przyjąć ewentualny sukces. Zwycięstwo wyborcze, udział w rządzeniu, to dla niedojrzałych ruchów początek końca. Budujemy więc społeczną aktywność, budujemy współpracę, dyskutujemy programy, a kiedy przyjdzie sukces może będziemy przygotowani, żeby go skonsumować.

Akcentujecie łączenie wątków socjalnych z konserwatyzmem kulturowym. Która z tych tendencji ma być silniejsza? Jak usytuowałby Pan SPS na osi lewica-centrum-prawica?

Z.R.: Konserwatyzm kulturowy i wrażliwość społeczna to rzeczy dające się pogodzić. W ten sposób odbieram nauki Jana Pawła II. Myślę, że właśnie wrażliwości społecznej papieża można przypisać wiele bezpardonowych ataków na Jego konserwatyzm. Obecne silne struktury kościoła katolickiego to istotna przeszkoda w szerzeniu liberalnego darwinizmu.

Największym problemem ruchów społeczno-politycznych jest zbudowanie harmonii, odnalezienie punktu równowagi pomiędzy sprzecznymi interesami różnych części społeczeństwa. Trzeba jeszcze pamiętać, że równowaga ta jest dynamiczna i przesuwa się wraz ze zmianami cywilizacyjnymi świata. Jak z tego wynika, politykę widzę wielowymiarowo i zupełnie nie wyobrażam sobie, gdzie się umieścić na jednowymiarowej osi lewica-prawica. Dla swoich potrzeb określamy się jako chrześcijańska lewica, ale od razu dodajemy, że na to, by z nami współpracować nie trzeba być ani katolikiem, ani lewicowcem – trzeba chcieć działać.

Jakie pomysły macie Państwo na uporanie się z wyzwaniami, przed jakimi stoi Polska? Chodzi głównie o pozycję w Unii Europejskiej, marną kondycję gospodarki (pozbawionej lokalnego kapitału), zdolność radzenia sobie z destrukcją sfery publicznej.

Z.R.: Pierwsza sprawa to stworzenie jasnej wizji gospodarczej i konsekwentna jej realizacja w oparciu o odbudowany autorytet państwa. Niewidzialna ręka rynku spatologizowanego przez monopol nie załatwi tego za nas. Restrukturyzacja i modernizacja gospodarki NRD pochłonęła bez zgody i wiedzy Brukseli ponad 600 mld euro, nie widzę więc żadnego powodu, dla którego pomoc państwa w procesach restrukturyzacyjnych miałaby wymagać każdorazowej zgody Komisji Europejskiej. Po wtóre – otwarta gospodarka, a w szczególności akces do UE, pozbawiły państwo instrumentów ochrony własnego rynku. W tych warunkach, przy słabości kapitałowej polskich przedsiębiorstw, rynek ten może zostać bardzo łatwo zdominowany przez kapitał zagraniczny. Jedyną obroną przed tym może być świadoma i zorganizowana współpraca polskich przedsiębiorców i realna pomoc państwa skierowana do małych i średnich przedsiębiorstw (polityka podatkowa). Po trzecie – uświadomienie Radzie Polityki Pieniężnej, że jej odpowiedzialność nie dotyczy wyłącznie celu inflacyjnego, a rozciąga się również na problemy rozwoju gospodarczego i bezrobocia. Emisja papierów wartościowych NBP zdejmująca z rynku kredytowego ok. 24 mld zł jest działaniem powodującym podrożenie kredytów, działaniem całkowicie sprzecznym z interesami małych i średnich przedsiębiorstw, a tym samym z możliwością kreowania nowych miejsc pracy. Po czwarte – przykład budowy autostrad świadczy najdobitniej o tym, jak doktrynerska prywatyzacja inwestycji strukturalnych jest nieefektywna z punktu widzenia obywateli i jak dalece służy ona drenażowi środków publicznych. Jeśli chodzi o destrukcję sfery publicznej, to zapobiec jej może jedynie świadomy nadzór obywateli. Oczywiście musi on mieć oparcie w odpowiednim ustawodawstwie, ale sedno tkwi w kształtowaniu postaw obywatelskich i to jest naszym celem.

SPS mówi o aktywnej roli państwa w gospodarce. Jak jednak chcecie się uporać z problemem żerowania na państwie różnych grup interesu – chodzi o to, co prof. Staniszkis nazywa “kapitalizmem politycznym” czy “kapitalizmem sektora publicznego”. Jak sprawić, żeby pieniądze publiczne służyły ogółowi społeczeństwa, nie zaś różnym lobbies?

Z.R.: Walka z “kapitalizmem politycznym” to problem efektywnej kontroli społecznej i zdrowych mechanizmów politycznych. Trzeba przekonać obywateli, że państwo jest na pewno ich, że to oni dają pieniądze na jego funkcjonowanie, że mają prawo wiedzieć, co się z tymi pieniędzmi dzieje i że powinni z tego prawa korzystać. Poza sferą obronności i walki z przestępczością, wszelkie dysponowanie środkami publicznymi powinno być jawne. Dotacje, gwarancje kredytowe, umorzenia podatkowe, obrót majątkiem publicznym itp. nie mogą być otoczone tajemnicą prywatności i wiedza o nich powinna być dostępna zwykłym obywatelom, czyli tym, których pieniądze decydują o możliwości podejmowania takich działań.

Był Pan jednym z działaczy pierwszej “Solidarności”. Co z tamtego ruchu wydaje się Panu ponadczasowe na progu XXI wieku?

Z.R.: Dla mnie “Solidarność” była empirycznym dowodem, że możliwe jest zbudowanie społeczeństwa funkcjonującego w oparciu o rzeczywistą solidarność międzyludzką. Na XXI wiek, który zapowiada się jako wiek bezwzględnej, indywidualnej walki o byt, „Solidarność” to wielka nauka. Bardzo współczuję tym, którzy nie mieli okazji żyć w solidarnym społeczeństwie i będę dokładał wszelkich wysiłków, aby im takie doświadczenie zapewnić.

Dziękujemy za rozmowę.

Maj 2004