Dokąd zmierzasz, biblioteko?

Dokąd zmierzasz, biblioteko?

Według danych Biblioteki Narodowej, jedynie 44% Polaków w ciągu ostatniego roku (2010) miało jakikolwiek kontakt z dowolną książką. W podobnych badaniach w Czechach i Francji wskaźnik ten wyniósł odpowiednio 83 i 69%. Jednym z podmiotów, które mogą pomóc zmienić niepokojącą tendencję, są przyzwoicie finansowane i nowocześnie zorganizowane biblioteki publiczne.

Na pomoc (finansową)

W 2009 r. istniało w Polsce 8392 bibliotek publicznych oraz ich filii – 2888 w miastach oraz 5504 na wsiach. Od 1989 r. ubyło ich 1921, z czego aż 1467 na terenach wiejskich. Tymczasem, jak podkreśla Bronisława Woźniczka-Paruzel, profesor bibliotekoznawstwa UMK w Toruniu, biblioteki odgrywają bardzo ważną rolęw środowiskach lokalnych, zwłaszcza na terenach wiejskich i małomiasteczkowych. Nierzadko są tam jedynymi instytucjami kultury, które nie tylko współtworzą życie miejscowych społeczności, ale również kształtują społeczeństwo wiedzy i informacji.

Te, które przetrwały, zazwyczaj gnębią poważne niedobory finansowe. Wynika to m.in. ze stereotypowego podejścia decydentów różnego szczebla. Mają oni niewielkie pojęcie, jakie zadania stawia się dziś przed książnicami. – Wójt, sołtys czy prezydent miasta, którzy zresztą zwykle czytają mało lub niechętnie, mają w głowie obraz siermiężnej biblioteki szkolnej z czasów własnej młodości. Dlatego np. automatyzację bibliotek uważają za fanaberię – podkreśla pani profesor.

Rozbudowa dróg szybko przynosi widoczne skutki, natomiast inwestycja w instytucje czytelnicze daje efekty po latach i nie każdy uważa, że jest konieczna. – Bardzo ciekawe było, kiedy przeanalizowaliśmy 16 regionalnych programów rozwoju, tworzonych przez województwa w celu wykorzystania środków unijnych. Tylko w dwóch padło słowo „biblioteka” – zauważył na łamach prasy Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki, powołanego przez resort kultury m.in. do popularyzacji czytelnictwa.

Jak wynika m.in. z oceny dokonanej na potrzeby Narodowej Strategii Rozwoju Kultury na lata 2004-2013, wydatki na tę dziedzinę życia społecznego w przeliczeniu na mieszkańca są u nas wyjątkowo niskie. Podczas gdy za międzynarodową normę zakupów nowości książkowych do bibliotek uznaje się 30 woluminów na 100 mieszkańców rocznie, w Polsce do 2004 r. współczynnik ten wynosił nieco ponad… 5 woluminów. Po okresie wzrostu nakładów budżetowych na ten cel, w 2009 r. Polska ponownie znalazła się w ogonie Europy (7,5 woluminów/100 mieszkańców/rok). W obliczu ogromnych rokrocznych ubytków (zagubienia, zniszczenia) w latach 2008 i 2009 księgozbiór nie tylko nie powiększył się, ale zmalał – o ponad 300 tys. woluminów.

W tej sytuacji niebagatelnym wsparciem dla bibliotek, zwłaszcza w małych gminach, stają się duże projekty pomocowe, jak Biblioteka+. Ten program Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, realizowany pod auspicjami Instytutu Książki, ma na celu przekształcenie bibliotek gminnych w nowoczesne centra dostępu do wiedzy, kultury oraz ośrodki życia społecznego. Biblioteki mogą ubiegać się m.in. o środki na internetyzację. – To przełamanie bariery cywilizacyjnej – podkreśla Gauden.

Wsparcie dla czytelnictwa przychodzi także czasem ze strony prywatnych darczyńców. Fundacja Billa i Melindy Gatesów we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności powołała Program Rozwoju Bibliotek. Dzięki niemu ponad 3300 prowincjonalnych przybytków książki ma szanse m.in. wzbogacić się o sprzęt informatyczny i multimedialny. Wdrażaniem pięcioletniego programu (2009-2013), o łącznym budżecie 28 mln dolarów, zajmuje się Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego (FRSI). Oprócz wyposażania instytucji w sprzęt, organizuje praktyczne szkolenia, dotyczące np. planowania rozwoju biblioteki, organizacji klubów filmowych, dokumentacji historii regionu, motywowania młodzieży do współpracy. Dodatkowo, placówkom które nie korzystały dotąd z oferty „Biblioteki z Internetem TP” (Grupa TP SA), zaoferowano darmowe podłączenie do Sieci.

Program uwzględnia element bardzo istotny z punktu widzenia budowy aktywnej „sieci społecznej”: integrację bardzo różnych podmiotów wokół podobnych celów. Przykładowo, w jego ramach Polskie Towarzystwo Bibliologiczne rozpoczęło współpracę z dziewięcioma uniwersytetami nad nowymi programami kształcenia bibliotekarzy, przygotowującymi do prowadzenia małej lokalnej biblioteki. We wszystkich województwach powstały Regionalne Partnerstwa na rzecz Rozwoju Bibliotek.

Wspólnota wokół książek

Zdaniem Małgorzaty Dąbrowskiej z FRSI, idealna instytucja czytelnicza łączy dotychczasowe funkcje z zupełnie nowymi. – Powinna być pomostem między światem słowa drukowanego a światem multimediów, z których w coraz większym stopniu czerpiemy wiedzę o rzeczywistości – przekonuje.

Jednak wykraczanie poza standardowe udostępnianie książek nie musi się opierać na nowych technologiach – bardzo wartościowe bywają także inicjatywy „staroświeckie”. Dobry przykład stanowią Dyskusyjne Kluby Książki (DKK), zainspirowane działalnością British Council. Można je określić jako inicjatywę oddolną, której formę nadaje jednak Instytut Książki. Z wysokości szczebla centralnego obserwuje on i wspiera kluby, m.in. przekazując specjalne pozycje książkowe. Jednak życie w ramy stworzone przez instytucję wlać muszą sami wielbiciele literatury, którzy spotykają się, żeby wymienić wrażenia po lekturze.

Od 2007 r. na terenie całej Polski wyrosło ok. 700 takich klubów. Łączy je idea delektowania się literaturą w większym gronie, ale sposoby „przyrządzania głównego dania” bywają rozmaite. Wiele zależy od osobowości moderatora, pełniącego funkcję swoistego „mistrza ceremonii”. Elżbieta Kalinowska, koordynująca program z ramienia Instytutu, wyjaśnia, że za jego sprawą spotkanie może przybrać formę tradycyjnej rozmowy, ale także stać się zaczątkiem bogatego życia kulturalnego – bywania na koncertach, w kinie itp. Jak zaznacza, okazało się, że dla wielu osób, zwłaszcza w małych miejscowościach, spotkanie w DKK to bardzo często jedyna okazja, żeby wyjść z domu w innym celu niż zakupy. I dodaje nie bez satysfakcji: Myślę, że to powoli przeradza się w jakiś ruch społeczny.

Rozwój bibliotek tworzy w danym miejscu pewnego rodzaju „wspólnotę kultury”. Dlatego pomysł na świątynię książki powinien uwzględniać potrzeby i ambicje danej społeczności. Przykładem ośrodka, który chce i potrafi przyciągnąć odbiorców w swoje mury, jest Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu. Działa od 1947 r., w 2008 r. rozpoczęto budowę gmachu przy ul. Minorytów 4, w którym dziś znajduje się główna siedziba, gromadzącą oprócz książek m.in. filmy, muzykę oraz tzw. audiobooki. O atrakcyjności dla różnych grup odbiorców przesądza nie tylko nowoczesność placówki, ale także jej oferta.

W ramach biblioteki działa DKK, od 2004 r. organizowany jest Ogólnopolski Konkurs na Esej, początkowo skierowany tylko do uczniów szkół ogólnokształcących i zawodowych, a obecnie także do studentów. Odbywa się tu także konkurs dla opolan „Miasto Poetów czyta wiersze”. W grudniu 2010 r. ruszył cykl spotkań „Świat wokół nas”, adresowany do uczniów Zespołu Szkół Specjalnych. Ośrodek współtworzy również cykliczną Opolską Jesień Literacką – wydarzenie gromadzi zarówno lokalnych twórców, jak i artystów z całej Polski i świata. Uczestniczy też jako partner Instytutu Książki w Festiwalu „4 Pory Książki”, a w ramach warsztatów „SPOKOjnie to MATURA” pomaga uczniom przygotować się do egzaminu dojrzałości.

Opolska biblioteka to także miejsce przyjazne rodzinom. Działa tu „Klub Mam”, w ramach którego co czwartek matki z dziećmi mogą poznawać się, rozmawiać ze sobą i specjalistami z różnych dziedzin, wreszcie – zapewnić swoim pociechom kontakt z książką jako czymś naturalnym. Młodym odbiorcom książnica poświęca szczególną uwagę. Jest „Sobota z mamą i tatą w bibliotece” – zabawy plastyczne i literackie w specjalnym „Pokoju Bajek”. Co tydzień odbywają się „Słucham, czytam, tworzę” – spotkania z książką dla przedszkolaków. Ciut rzadziej: „Z książką na walizkach. Opolskie spotkania pisarzy z młodymi czytelnikami” – impreza organizowana z łódzkim wydawnictwem „Literatura”, łącząca spotkania autorskie z warsztatami literackimi, plastycznymi). Do tego „Rozczytane soboty” – cykl w ramach ogólnopolskiej akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Biblioteka organizuje również konkurs literacki „Legenda o Opolu” oraz „Dni Literatury Dziecięcej”.

To „zwykli odbiorcy” mogą najpełniej ocenić ofertę danego ośrodka. Arkadiusz Pieniążek z Opola, ojciec czteroletniej Alicji, mówi: Od otwarcia nowej biblioteki dość regularnie wstępuję tam podczas spacerów z córką, zwykle by mogła wybrać sobie nową płytę z bajkami. W zbiorach filmowych przeważa kino ambitne, lubię sięgnąć po moje ulubione animowane historie ze studia Ghibli albo nadrobić zaległości we współczesnej polskiej kinematografii, które powstały, gdy mieszkałem za granicą. Poniżej mediateki znajduje się sala, gdzie dzieci mogą się bawić, grać w gry planszowe, korzystać z komputerów. A tamtejsza czytelnia oferuje spory wybór tytułów, w tym także prasy zagranicznej, które są zwykle trudno dostępne, przynajmniej w wersji papierowej.

O tym, że również na prowincji biblioteka nie musi być miejscem nudnym czy schematycznym świadczy też inicjatywa z Wisznic k. Lublina. Alina Maniowiec, dyrektor tamtejszej Gminnej Biblioteki Publicznej, jest pomysłodawcą akcji „Odkurzyć zapomniane – młodzi reporterzy odkrywają historię małej ojczyzny”. Dzięki zbiorowemu wysiłkowi, zebranie materiałów zdjęciowych, wywiadów i pamiątek zaowocowało „Słowniczkiem nazw fizjograficznych gminy Wisznice”. – Noszę w sobie poczucie misji, że powinnam zbierać te wszystkie materiały, które gdzieś tam nam umykają, i gromadzić je w bibliotece, bo to miejsce między innymi do tego służy, żeby kiedyś, w przyszłości, każdy mógł do nich zajrzeć. W ten sposób rozwijamy regionalia – tłumaczy p. Maniowiec.

Piętnaścioro uczniów gimnazjum podjęło się wędrówki po miejscowościach gminy śladem przeszłości. Przede wszystkim tej niezapisanej, niknącej wraz z odchodzeniem starszego pokolenia. Wolontariusze nagrali wiele rozmów z mieszkańcami, stworzyli zasób przekazów ustnych, dotyczących zwłaszcza pochodzenia nazw własnych miejsc – lasów, łąk, pól. Udokumentowali zabytki dawnego języka, dzięki czemu mogli potem odczuwać dumę jako współautorzy słowniczka. Od tego czasu minęło parę lat i biblioteka w Wisznicach zorganizowała jeszcze kilka podobnych akcji, np. gromadzenie tekstów piosenek ludowych z okolicznych miejscowości, również uwieńczone wydaniem publikacji.

Przykłady te pokazują, jak różnym celom kulturalnym i społecznym może służyć „staroświecka” instytucja biblioteki.Gdy działa dobrze,może bez uszczerbku dla tradycyjnych celów pobudzać „wyobraźnię kulturową”, nastawioną na współuczestnictwo, oraz ożywiać działalność publiczną.

Biblioteka obywatelska

W biuletynie Instytutu Spraw Publicznych, pt. „Analizy i Opinie” (nr 116, styczeń 2011) opublikowano tekst Grzegorza Makowskiego i Filipa Pazderskiego „Biblioteki publiczne jako przestrzeń nieformalnej edukacji obywatelskiej”. Edukacja taka jest intencjonalna, ale nie musi być częścią jakiegoś systemu, ani być prowadzona w ramach statutowej działalności konkretnych podmiotów. Zdaniem autorów, wobec niedostatków edukacji systemowej daje ona często pogłębioną możliwość zdobywania wiedzy i kompetencji pozwalających na utrzymanie więzi z państwem i innymi członkami społeczeństwa.

Wedle Makowskiego i Pazderskiego, biblioteki są potencjalnymi miejscami oddziaływania tego rodzaju edukacji. Biblioteka jest wciąż w większości przypadków instytucją publiczną, dostępną dla każdego, ponadto przez swój instytucjonalny charakter reprezentuje państwo. Autorzy postulują przede wszystkim stosowne programy i regulacje prawne, szkolenia zapewniające umocnienie lub nabycie niezbędnych kompetencji, głównie z zakresu animowania lokalnych społeczności, zapewnienie wymaganej infrastruktury w ramach „przestrzeni bibliotecznej”, a także odpowiednie wynagradzanie pracowników.

Za bardzo ważną uznana została kwestia skonsolidowania środowiska bibliotekarzy i budowy platformy ich współpracy także z przedstawicielami innych podmiotów działających na poziomie lokalnym. Brakuje szerokiego, przekrojowego, poziomego kontaktu między różnymi aktorami lokalnego życia społecznego – organizacjami pozarządowymi, szkołami i innymi instytucjami publicznymi świadczącymi usługi publiczne. Tymczasem obywatelski potencjał bibliotek wydaje się znaczny. Makowski i Pazderski wskazują na możliwe formy skutecznej działalności tych placówek we wspomnianym zakresie, jak przekazywanie członkom lokalnych wspólnot wiedzy o ich prawach i obowiązkach czy tworzenie neutralnej przestrzeni dla debat i sporów, np. o charakterze samorządowym.

Zarzucanie sieci

Wszystkie te zadania mogą być realizowane jedynie przez dobrze przygotowane kadry. W 2008 r. wśród pracowników bibliotek kwalifikacje bibliotekarskie posiadało 68,9%, w tym 34,4% wyższe wykształcenie kierunkowe. Jednak często nawet absolwenci specjalistycznych studiów podczas pracy w bibliotece ograniczają się do wypożyczania książek. Nie aktywizują lokalnych społeczności, nie włączają dzieci i dorosłych do żadnych działań kulturalnych.

Aby bibliotekarze nie zapomnieli, że obcowanie z książką może być żywym i ciekawym doświadczeniem, organizowane są specjalne programy doszkalające i motywujące do aktywności. Centrum Edukacji Obywatelskiej stworzyło w ramach Programu Rozwoju Bibliotek właśnie taki projekt. Bibliotekarze pod opieką mentorów – zawodowych szkoleniowców wpierających ich działania, otrzymają możliwość realizacji wybranego pomysłu z udziałem młodzieży.

W programie chodzi o dwustopniową edukację. Z jednej strony rozwój intelektualny i interpersonalny młodzieży poszukującej literackich czy historycznych śladów w rodzinnych stronach, zakładającej kluby filmowe itp.; z drugiej – kształtowanie różnorakich kompetencji bibliotekarzy. Zuzanna Michalska, koordynatorka programu z ramienia CEO, ma również nadzieję, że dzięki niemu pracownicy bibliotek bardziej uwierzą w siebie, w przydatność swego zawodu i wykształcenia. – Praca z młodzieżą przy projektach tego rodzajuwymaga przede wszystkim wiedzy, gdzie szukać różnych informacji, a tę posiada każdy bibliotekarz – stwierdza.

Program ma również wspomagać powstawanie sieci relacji między instytucjami edukacyjnymi i wychowawczymi w obrębie społeczności lokalnej. Bibliotekarz nawiązałby współpracę z osobami zajmującymi się młodzieżą, a ta związałaby się silniej z przybytkiem książki, bo kontakt z nim wykroczyłby poza prostą wymianę kolejnych tytułów. – Chcemy, żeby bibliotekarz poznał nauczyciela, harcmistrza; pozna też lepiej dzieci, gdy będzie z nimi coś robił. Celem jest wywoływanie fermentu w okolicy: szumu i aktywizacji obywatelskiej – podkreśla Michalska.

Marzenia do spełnienia

Należy jeszcze wiele zrobić, żeby działalność bibliotek przynosiła społecznościom lokalnym wszystkie wspomniane korzyści. Niezbędne będzie realne wsparcie władz samorządowych i centralnych, i to w postaci długoletnich planów, a nie jednorazowych akcji.

Bez tego niemożliwe będzie choćby zmniejszenie dysproporcji między miastem i wsią oraz między poszczególnymi województwami jeśli chodzi o zakup nowych książek czy wyposażenia. Przykładowo, w roku 2008 biblioteki w woj. mazowieckim na każdych 100 mieszkańców kupiły 10,4 woluminu, natomiast w woj. pomorskim jedynie 5,4. Według raportu o stanie książki, opublikowanego na potrzeby Kongresu Kultury Polskiej w 2009 r., szczególną bolączką jest problem lokalowy. Jednym z istotniejszych problemów, z jakimi boryka się większość bibliotek publicznych, jest zły stan pomieszczeń i budynków […] Wielu bibliotekom publicznym trudno nadążyć za zmianami w zakresie organizacji i przestrzennego zagospodarowania lokali bibliotecznych, które wynikają z przeobrażeń zachodzących w samych bibliotekach (zmiany realizowanych przez nie funkcji, poszerzający się zakres usług, wdrażanie nowych technologii komputerowych). Dotychczas prowadzone badania pokazały, że budownictwo biblioteczne jest dziedziną niedoinwestowaną. Sytuacja lokalowa w poszczególnych województwach jest bardzo zróżnicowana, przy czym różnice te nie wynikają z żadnych uchwytnych uwarunkowań społeczno-demograficznych czy struktury potrzeb – czytamy w opracowaniu.

Jeśli biblioteka ma dobrze funkcjonować, zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach, jeśli ma odpowiadać na nowe potrzeby społeczności – jej potrzeby nie mogą być marginalizowane. Kluczowa jest tutaj zmiana myślenia: uznanie bibliotek za ważne instytucje, w których toczy się życie obywatelskie i wspólnotowe. Tak jak w modelu skandynawskim, który przywołał Grzegorz Gauden: W Szwecji w jednej z miejscowości biblioteka była głównym budynkiem, dumą władz. Dla mieszkańców powodem, by uznać, że władze dobrze pracują, było to, że biblioteka dobrze działa. Stojąca w centrum nowoczesna biblioteka, służąca ludziom przez 8-10 godzin dziennie, otwarta dla nich – to jest najlepsza rzecz, którą oni, pochodzący z wyboru społecznego, mogą dać głosującej na nich społeczności.


Podać pomocną książkę

Nie samym chlebem żyje człowiek. Gdybym był głodny i chory, nie żebrałbym na ulicy o chleb, lecz o pół chleba i książkę – powiedział hiszpański poeta Federico García Lorca, przemawiając podczas otwarcia biblioteki w swoim rodzinnym mieście w 1931 r.

Wśród pomysłów na twórcze wykorzystanie mocy oddziaływania literatury znalazła się koncepcja wspomagania dzieci i młodzieży borykających się z różnego rodzaju problemami. Odpowiednio skomponowane zajęcia terapeutyczne, których sedno stanowi opowieść, pozwalają zmierzyć się z trudnościami w kontaktach międzyludzkich, przepracować rozmaite traumy.

Jednak spotkanie ze słowem drukowanym uzdrawia także w sensie społecznym: włącza do wspólnoty, zaprasza do refleksji i dyskusji, a więc przełamuje wykluczenie. Taka „biblioterapia społeczna” uaktywnia się dzięki ludziom gotowym podjąć niecodzienną inicjatywę i „podać pomocną książkę”.

Idea „bibliotek podwórkowych” narodziła się w końcu lat 60. we Francji. Książka opuściła wtedy hermetyczne czytelnie oraz pachnące nowością księgarnie i z pomocą wolontariuszy „zeszła na ziemię” – do slumsów, blokowisk, zaniedbanych dzielnic całego globu – aby dać zamieszkującym je dzieciom szansę na odkrycie dla siebie świata literatury, wiedzy, nauki.

Ruch ATD Czwarty Świat, który prowadzi taki projekt, od ponad trzech lat również w Polsce „otwiera” uliczne biblioteki. Obecnie działają one w Warszawie, Kielcach, Lidzbarku, w 2010 r. powstały także w Mięcierzynie (woj. kujawsko-pomorskie) i Strzelcach Opolskich. Wolontariusze, najczęściej młodzi ludzie, przeprowadzają „rozpoznanie terenu”, szukają odpowiedniej lokalizacji, by „założyć” bibliotekę. – Wybieramy miejsca, gdzie mieszkają rodziny z dziećmi, z którymi chcielibyśmy się poznać i którym chcielibyśmy pomóc zaprzyjaźnić się z książkami – mówi Agnieszka Kaszkur z Ruchu. – Miejsce zajęć przygotowuje się prosto i szybko. Rozkładamy kocyki, stawiamy stołeczki, otwieramy walizkę z książkami – i już. Następuje czas na głośne czytanie, ale również zabawę, różne zajęcia – plastyczne, sportowe, muzyczne, zależnie od upodobań podopiecznych i opiekunów, oraz rozmowy – także o ważnych i trudnych sprawach.

Niezwykle istotne jest wprowadzanie w życie pomysłów młodych czytelników, ale w pierwszej kolejności docenianie wszystkich ich osiągnięć. – Dla wielu z nich chlebem powszednim są niepowodzenia, fundowane przede wszystkim przez szkołę. Sukcesem biblioteki jest każdy sukces, który odnosi dziecko uczestniczące w zajęciach – podkreśla Kaszkur. Spotkania odbywają się regularnie, w tych samych miejscach – to ważne, bo pozwala budować zaufanie i tworzyć więzi. Biblioteki podwórkowe nie są zwykłą akcją dobroczynną. – To działanie wpisane w walkę Ruchu ATD o respektowanie praw człowieka, małego i dużego, niezależnie od jego sytuacji życiowej. Jednym z nich jest przywilej korzystania z dóbr kultury.

„Biblioterapia społeczna” jest także pewną szansą dla osadzonych, których tysiące odsiadują wyroki w polskich więzieniach. Są zamknięci nie tylko w strzeżonym budynku, ale często i w sposobie odbioru rzeczywistości. Znalazł się jednak ktoś, kto zechciał „przerzucić za mury dynamit” – była to dziennikarka, krytyk sztuki i performerka, Agnieszka Kłos.

Zbierając w zakładzie penitencjarnym w rodzinnym Rawiczu materiały do tekstu o sztuce więźniów, odnalazła zaniedbaną bibliotekę, zaopatrzoną głównie w stare podręczniki do chemii i fizyki. Zbliżało się Boże Narodzenie (była zima 2006 r.) i Agnieszka Kłos postanowiła dać więziennej bibliotece szansę na zmianę oblicza. Dokonała przeglądu swoich zbiorów i przygotowała paczkę, można by powiedzieć, „z innego świata”: książki poszerzające horyzonty bardziej niż 50-letnie podręczniki nauk ścisłych.

Co więcej, jako osoba posiadająca, jak sama to określa, „talent do wynajdywania nisz i braków społecznych”, postanowiła nie poprzestać na jednostkowym wsparciu, lecz zaapelowała o pomoc do szerszego grona. – Napisałam tekst, w którym wyjaśniłam, czemu należy zebrać książki, wysłałam go do portali księgarskich, redakcji literackich i komercyjnych, ludzi sztuki, recenzentów, nauczycieli akademickich i intelektualistów. Ludzie ruszyli jak lawina – mówi p. Agnieszka. W ramach akcji „Książka za kraty” biblioteka więzienia w Rawiczu otrzymała książkowe wsparcie ze strony muzeów, redakcji pism (w tym „Obywatela”), osób publicznych, a także rodzin czy studentów.

Jak zaznacza Adam Piórkowski, specjalista Biura Penitencjarnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej, popularyzacja czytelnictwa wśród osób pozbawionych wolności daje szansę na eliminowanie negatywnych skutków wynikających z faktu długotrwałego przebywania w warunkach izolacji. Jednocześnie, jest jednym z ważniejszych czynników kształtujących postawy prospołeczne, przez co przyczynia się bezpośrednio do skuteczniejszej realizacji procesu wtórnej socjalizacji osoby uwięzionej.


Dokąd zmierzasz, biblioteko?

Polska (nie)solidarna – ankieta „Nowego Obywatela”

Za kilka miesięcy kolejne wybory parlamentarne. Ponownie ich głównymi aktorami będą zaledwie 2-3 partie, zwierające się w klinczu doskonale znanych haseł, propozycji i wzajemnych zarzutów. Nie spodziewamy się po tym starciu wiele, gdyż debata publiczna, czy raczej międzypartyjna, staje się coraz bardziej ogólnikowa, same kampanie wyborcze zaś sprowadzają się do sloganów, billboardów, uśmiechów i złorzeczeń. Do gombrowiczowskiej wojny na miny.

Zapewne jednym z elementów kampanii stanie się – piszemy to w czerwcu 2011 r. – odgrzewanie sporu między „Polską solidarną” a „Polską liberalną”. Napędzał on kampanię roku 2005, w mniejszym stopniu również tę późniejszą o dwa lata. Choć nasze środowisko zawsze było krytyczne wobec wizji „Polski liberalnej”, zanim jeszcze została ona tak nazwana, bardzo wiele do życzenia pozostawiał w naszej opinii także obóz „Polski solidarnej”. Po pierwsze, wiele jego poczynań dalekich było od faktycznego solidaryzmu, bliskich zaś właśnie liberalnej wizji. Po drugie, idea ta nigdy nie zyskała konkretnego kształtu, pozostając zbiorem wzniosłych sloganów, nie wskazujących na zasady, rozwiązania i mechanizmy, które mogłyby stać się fundamentem reorientacji ustrojowej. Po trzecie wreszcie, dobra pamięć nie pozwala nam zapomnieć, iż wielu deklaratywnych zwolenników „Polski solidarnej” to ludzie mający za sobą przeszłość w postaci inicjatyw i decyzji bliskich ideologii liberalnej.

Niezależnie od naszych ocen i preferencji, „wielka polityka” funkcjonuje wedle swoich reguł. Jedną z nich jest wyraziste artykułowanie opozycji wobec przeciwnika, przynajmniej na poziomie haseł. Stąd też, przewidując, że wyborczy spór „Polski liberalnej” z „Polską solidarną” powróci również w roku 2011, poprosiliśmy kilka osób o opinię na ten temat. W redakcyjnej ankiecie wzięły udział ostatecznie cztery osoby, choć pierwotnie miało być ich nieco więcej – zabrakło m.in. tych, które można utożsamiać z prospołecznym skrzydłem PiS. Na kolejnych stronach znajdziecie rozważania uczestników ankiety, dla których inspiracją stały się pytania zadane przez redakcję „Nowego Obywatela”, m.in.:

  1. Kilka lat temu wizja Polski Solidarnej, mającej się opierać na ideałach Sierpnia i definiowanej jako przeciwieństwo Polski Liberalnej, dała PiS zwycięstwo wyborcze. Jak Pan/Pani ocenia wcielenie tego hasła w życie – czy rządy koalicji PiS/SO/LPR oznaczały jego realizację, czy poprzestano jedynie na deklaracjach przedwyborczych?
  2. Jakie konkretne postulaty i działania polityczne, dostępne „tu i teraz” dla ugrupowania parlamentarnego i jego partnerów (np. związki zawodowe) są Pana/Pani zdaniem możliwe i konieczne do wprowadzenia w życie, aby można było mówić o faktycznej ewolucji Polski Liberalnej ku Polsce Solidarnej?
  3. Jakie osobowości życia publicznego oraz środowiska (intelektualne, naukowe, polityczne) mają realny potencjał do sformułowania koncepcji całościowej, realistycznej, a zarazem atrakcyjnej dla społeczeństwa, dotyczącej prosocjalnego zwrotu w polskiej polityce?
  4. Zmiany w jakiej sferze uważa Pani/Pan za kluczowe dla budowy Polski Solidarnej?
  5. Jakie widzi Pani/Pan największe przeszkody na drodze do urzeczywistnienia bardziej solidarystycznego i egalitarnego modelu społeczno-gospodarczego?

Zapraszamy do lektury.

Powrót do getta?

Powrót do getta?

W Poznaniu ma ruszyć budowa osiedla kontenerowego dla ubogich. Protestują przeciw temu miejscowi anarchiści. O problemie „gett kontenerowych” rozmawiamy z Katarzyną Czarnotą, aktywistką społeczną i badaczką takich osiedli w Polsce.

Skąd w Polsce problem z osiedlami kontenerowymi? Możesz wskazać genezę i skalę zjawiska?

Katarzyna Czarnota: Kontenery socjalne w przestrzeni polskich miast pojawiły się po raz pierwszy jako obiekty architektury tymczasowej, przeznaczone dla osób, które straciły dotychczasowe mieszkanie w wyniku powodzi w 1997 roku. Według zapewnień urzędników, miały funkcjonować maksymalnie kilka miesięcy.

Co jest przyczyną tego, że do dziś pełnią funkcję mieszkalną?

K.Cz.: Na przestrzeni ostatnich 10 lat struktura budownictwa mieszkaniowego w Polsce uległa znacznej zmianie – w latach 90. budownictwo uspołecznione stanowiło prawie 50% ogółu, a już w roku 2009 tylko 10%. Zmiana ta dokonała się przy jednoczesnym wzroście inwestycji deweloperskich oraz indywidualnych w strukturze mieszkaniowej Polski.

Widoczna staje się dominacja neoliberalnego zarządzania miastem – każda przestrzeń musi na siebie zarabiać. Elementy uznane za nieopłacalne, są eliminowane z centralnej tkanki miejskiej. Następuje proces segregacji przestrzennej i będąca jej skutkiem segregacja społeczna. Głównym czynnikiem podziału jest oczywiście dochód, zamożność. Jednostki mało produktywne i nieużyteczne z punktu widzenia systemu, stają się jego odpadami.

Na podstawie dostępu do danych o zadłużeniu urzędnicy roszczą sobie prawo do ferowania wyroków oraz orzekania kar w postaci zsyłek do kontenerów. Długość takiej kary nie jest nikomu znana.

Termin „getto kontenerowe” nie budzi najlepszych skojarzeń. Jakie, Twoim zdaniem, argumenty przemawiają za nim?

K.Cz.: Oficjalnie kontener jest pomieszczeniem tymczasowym. Gminy jednak nie wywiązują się z obowiązku dostarczenia odpowiedniej ilości mieszkań socjalnych oraz komunalnych. W tej sytuacji jedynymi lokalami, do których można skierować osoby oczekujące na mieszkanie socjalne, stają się kontenery. Zgodnie z ustawodawstwem, umowę z ich mieszkańcami można zawrzeć na rok. W rzeczywistości jednak są one przedłużane w nieskończoność. Problem braku mieszkań rozwiązywany jest więc pod płaszczykiem tymczasowości takiego rozwiązania.

Sądzę, że każdy, kto znalazłby się tam choć na chwilę, nie miałby wątpliwości, czy stosowne jest określenie „getto”. Krajobraz osiedli jest po prostu przerażający… Rzędy grodzonych, blaszanych baraków, w których mieszkają głównie matki z dziećmi oraz osoby starsze – czyli mające zgodnie z polskim ustawodawstwem pierwszeństwo w uzyskaniu mieszkania socjalnego. Estetyka takiego miejsca jest co najmniej wątpliwa. Toteż włodarze miast celowo nie lokują ich w centrum, lecz na obrzeżach, by nie zakłócać sielanki estetycznej i architektonicznej.

Z zewnątrz kontener nie wygląda tak źle. Koszmar zaczyna się po kilku miesiącach mieszkania w nim. Blaszane cienkie ściany kiepsko tłumią hałas, przepuszczają także ciepło. Pleśń – będąca skutkiem wytwarzania się pary wodnej podczas gotowania i oddychania – pokrywa większość powierzchni zazwyczaj po roku użytkowania. Brak fundamentów powoduje powolne rozpadanie się podłogi.

Materiały, z których wykonany jest kontener, wykluczają inną formę ogrzewania niż elektryczne. To natomiast skutkuje horrendalnymi kosztami utrzymania. Płatności za okres zimowy sięgają nawet do 2000 zł. Najczęściej występującymi schorzeniami są choroby układu oddechowego, astma oskrzelowa. Najwięcej zachorowań jest wśród dzieci.

A co z kosztami społecznymi?

K.Cz.: Są o wiele bardziej złożone. Efekt przekazów medialnych tworzy i utrwala negatywny wizerunek mieszkańców gett kontenerowych. Dominuje retoryka kary, mówiąca, że do kontenerów trafią tylko ci, którzy na to zasłużyli nieumiejętnością dostosowania się do normalnego życia. Skutkuje to przyzwoleniem społecznym na tworzenie tego typu projektów, a także stygmatyzuje ich mieszkańców.

Z taką łatką mieszkającego „w puszce” nieroba, alkoholika i biedaka borykają się zarówno dzieci poddawane ciągłemu ostracyzmowi w szkole, jak i osoby dorosłe, które w obawie o utratę pracy często nie przyznają się, gdzie mieszkają – podając inny adres.

Najprawdopodobniej w Poznaniu ruszy budowa osiedla kontenerowego przy ul. Średzkiej. Czy myślisz, że istnieje realna szansa, by ten pomysł zablokować?

K.Cz.: Nie ma realnej szansy na całkowite zablokowanie projektu osiedli kontenerowych, dopóki nie istnieje istotny opór społeczny w tej sprawie. Przy obecnym dyskursie, opartym na retoryce kary, nie sądzę, by takie pospolite ruszenie było możliwe.

Społeczeństwo musi zrozumieć, że zsyłka do kontenerów może w przyszłości dotknąć znacznie szerszą grupę osób. Ludzie nie dopuszczają do siebie myśli, że kontenery stają się nowym standardem mieszkań socjalnych, od którego nie będzie odwrotu.

Kto właściwie jest odpowiedzialny za realizację tego projektu w Poznaniu? Można odnieść wrażenie, że w grę wchodzi tylko dyrektor Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, Jarosław Pucek, ale czy nie jest tak, że włodarze miasta „umyli ręce”?

K.Cz.: Decyzje dotyczące wdrażania w życie projektów osiedli kontenerowych przebiegają często w zamkniętym gronie urzędniczym, z celowym pominięciem partycypacji społecznej. Politycznej odpowiedzialności nie chce wziąć na siebie nikt. Okazuje się, że każdy urzędnik stawia siebie w roli robota – twierdząc, że nie musi znać skutków swojego działania, gdyż tylko wykonuje polecenia… „Głównym pomysłodawcą” rozwoju osiedli kontenerów stało się przyzwolenie ze strony społecznej na tego typu tańsze zastępniki rozwiązania problemu. Osobnym problemem jest też brak analizy już widocznych skutków istnienia takich osiedli.

Poznańska Federacja Anarchistyczna stwierdza, że „budownictwo kontenerowe nie może być traktowane jako mieszkalne zarówno w sensie prawnym, budowlanym, jak też społecznym”. Dlaczego tak jest?

K.Cz.: Kontener jako obiekt architektury tymczasowej pełni doskonale swoją funkcję np. na budowach, ale również wtedy wyłącznie przy stosowaniu się do przepisów BHP, które wyraźnie mówią, iż nie można przebywać wewnątrz pomieszczenia dłużej niż przez kilka godzin dziennie. Powstały także dwie opinie prawne, mówiące, że kontener nie spełnia podstawowych norm budowlanych, a przeznaczenie go na funkcje mieszkalne jest niezgodne z konstytucją.

Czy uważasz, że kontenerowe osiedla staną się w przyszłości stałym elementem miejskiego krajobrazu?

K.Cz.: Efektem starannie budowanego przekazu medialnego jest to, że dziś nie mówimy już o kontenerach w kontekście jednego miasta, lecz w skali ogólnopolskiej. Nie ma wątpliwości co do tego, że pojawia się niebezpieczeństwo ustanowienia nowych standardów mieszkaniowych dla najuboższych warstw społecznych.

Jeśli nie „kontenerowe getta”, to co?

K.Cz.: Konieczna jest zasadnicza zmiana optyki. Problem nie dotyczy tylko „meneli”, którzy za karę są kierowani do „getta”. My też możemy trafić do kontenera. Wystarczy, że budynek, w którym mamy mieszkanie, wykupi jakaś firma i drastycznie podniesie czynsz. Możemy też, choćby wskutek choroby, utracić dotychczasowe źródło dochodów, które pozwalało na regulowanie opłat. A później zostaniemy eksmitowani do kontenera. Społeczeństwo nie może godzić się na nowy, bardzo niski standard mieszkań socjalnych, bo problem potencjalnie dotyczy każdego z nas.

„Budownictwo społeczne” to obowiązek każdej gminy. Potrzebna jest zmiana hierarchii w celach budżetów poszczególnych miast. Jeżeli mówimy o „budownictwie społecznym” i programach, które realnie resocjalizują – jest to praca długotrwała i wymagająca często dużych państwowych dotacji. To z kolei wiąże się z ogólnymi założeniami politycznymi.

W Poznaniu projektami pomocowymi dla „trudnych” osób zajmuje się chociażby Fundacja Barka. Ale przy okazji roku „walki z wykluczeniem i ubóstwem” władze Poznania decydują się na „hurtowe” przesiedlanie do kontenerów zamiast np. na dofinansowanie działań Barki na rzecz resocjalizacji tych lokatorów, którzy rzeczywiście sprawiają trudności.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 25 lipca 2011 r.

Miasto jest sexy

Miasto jest sexy

Niedawno w Poznaniu odbył się Kongres Ruchów Miejskich – impreza, w której wzięli udział przedstawiciele kilkudziesięciu środowisk z całego kraju, zatroskani kondycją i przeobrażeniami przestrzeni miejskiej w Polsce. O Kongresie rozmawiamy z Lechem Merglerem, spiritus movens tego przedsięwzięcia.

Jaka jest geneza Kongresu Ruchów Miejskich? Dlaczego akurat Poznań stoi u źródeł tej inicjatywy?

Lech Mergler: Powód generalny to problemy, jakie w ostatnich latach ujawniają się coraz wyraźniej w polskich miastach. Jedną z reakcji na to jest ożywienie się podmiotowej, oddolnej aktywności obywatelskiej mieszkańców miast, najbardziej widoczne w miastach największych, ale nie ograniczające się do nich. Trzeba podkreślić, że chodzi tu przede wszystkim o ruchy i organizacje mieszkańców, a nie np. o działające w miastach organizacje branżowe, eksperckie (urbanistów, architektów, transportowców, ekologów, socjologów miejskich itd.), nie mówiąc o politycznych – w sensie partyjnym lub ideologicznym. Mieszkańców wyróżnia w tym kontekście ich lojalność wobec miejsca, w którym żyją, ich miejsca na świecie – własnego miasta.

Te ożywiające się ruchy i organizacje od kilku lat coraz intensywniej się ze sobą komunikują. W ten sposób ukształtowało się, na przykład, porozumienie „Wspólna przestrzeń”, zorientowane na problemy chaosu przestrzennego w miastach, łączące ludzi z kilku miast.

W Poznaniu, początkowo również na tle konfliktów z władzami i biznesem o przestrzeń miejską, od wiosny 2007 r. tworzył się ogólnomiejski ruch społeczny My-Poznaniacy. Jego emanacją instytucjonalną stało się stowarzyszenie o tej nazwie, zarejestrowane w maju 2008 r. Powołało ono obywatelski komitet wyborczy podczas wyborów samorządowych jesienią 2010 r., który uzyskał blisko 10% poparcia wyborców i… ani jednego mandatu w radzie miasta. Był to największy od lat tego rodzaju sukces oddolnych ruchów obywatelskich w dużych miastach, stąd też jakby naturalnie Kongres odbył się w Poznaniu, zresztą z inicjatywy pozapoznańskiej.

Jakim potrzebom i wyzwaniom ma sprostać Kongres Ruchów Miejskich – czy to coś więcej niż jednorazowa inicjatywa?

L.M.: Ruchy i organizacje miejskie mają w sposób niejako oczywisty charakter lokalny. To znaczy są nakierowane na rozwiązywanie stosunkowo konkretnych problemów w swoich miastach. Tymczasem okazuje się, mówiąc w dużym skrócie, że aby z powodzeniem rozwiązywać problemy w wielu obszarach życia miejskiego, trzeba przekroczyć lokalność. Przyczyny lub okoliczności sprzyjające powstawaniu problemów mają bowiem w dużym stopniu charakter ponadlokalny. Należą do nich decyzje polityczne – albo wręcz całe polityki rządowe – ignorujące lub wręcz szkodliwe dla miast, ich rozwoju i jakości życia mieszkańców. Względnie nietrafne regulacje ustawowe, złe prawo. Jedno z drugim pozostaje w związku.

Jednym z celów strategicznych Kongresu jest zorganizowanie się w celu utworzenia siły zdolnej wywierać presję na polską politykę, aby zaczęła ona dostrzegać problemy i potrzeby miast i sprzyjać ich rozwiązywaniu. Trzeba niestety stwierdzić, że nie tylko partie polityczne zawiodły miasta. Również takie organizacje, jak Związek Miast Polskich czy Unia Metropolii Polskich oraz inne ciała doradcze i konsultacyjne nie były w stanie skutecznie zdefiniować i rozwiązywać wspólnych problemów miejskich. W Polsce trudno zauważyć istnienie jakiejkolwiek polityki miejskiej, tymczasem miasta, zwłaszcza duże, stanowią główny potencjał rozwojowy kraju. My, mieszkańcy zostaliśmy z nimi sami, wydani na pastwę żywiołów rynkowych i gier biznesowych, lokalnych układów i arogancji władz.

Jakie problemy stoją dziś przed polskimi miastami? Czy faktycznie ich stan jest tak tragiczny, jak sugerują dokumenty Kongresu?

L.M.: Część dolegliwości polskich miast to schorzenia wspólne, inne mają specyficzny, lokalny charakter. Kongres siłą rzeczy koncentrował się na opowiedzeniu sobie o tym, co nas łączy, przy jednoczesnym otwarciu na odmienność. Syntetycznie można stwierdzić, że cechy wspólne to niezgodność rozwoju polskich miasta ze standardami rozwoju zrównoważonego.

Kilka problemów mniej ogólnych ma ewidentnie charakter powszechny. To jest przede wszystkim narastający chaos przestrzenny w miastach, związany z nim kryzys transportowy, wynikający z boomu motoryzacyjnego i słabości systemów komunikacji publicznej. Do tego dopisać należy, choć tu zróżnicowanie jest większe, problemy ekologiczne i suburbanizację, prowadzącą do upadku obszarów śródmiejskich. Również bardziej zróżnicowana jest sytuacja, jeśli chodzi o natężenie problemów społecznych w miastach, wynikających ze społecznej, niesprawiedliwej stratyfikacji: wykluczenia z powodu bezdomności, bezrobocia, ubóstwa. Nadciągający kryzys finansów miejskich, który sam w sobie jest problemem, odbije się w pierwszej kolejności właśnie na społecznie i ekonomicznie najsłabszych grupach mieszkańców, uderzy w edukację, pomoc społeczną, komunikację zbiorową, ochronę zdrowia.

Odrębną, acz nie do końca, grupę problemów w miastach stanowią kwestie ograniczonej podmiotowości społecznej, znikomy poziom partycypacji, pozorowane konsultacje, przyjmowanie przez demokrację miejską form „demokracji paternalistycznej”, w ramach której władze zawsze wiedzą lepiej. Określenie na Kongresie lokalnych stosunków miejskich neologizmem „kacykoza” wydaje się znamienne.

Dokumenty Kongresu nie sugerują, że stan polskich miast jest generalnie tragiczny – zapewne niektórych niestety tak, inne się rozwijają, jeszcze inne „zwijają” albo trwają w stagnacji. Chodzi o to, że w tych wszystkich zróżnicowanych sytuacjach istnieje cały szereg wspólnych wzorów odbiegających od standardów rozwoju zrównoważonego – zarówno w miastach jako tako „prosperujących”, jak i zwłaszcza w tych pogrążonych w kryzysie.

Dlaczego to właśnie Łódź stała się miastem, na którego sytuację zwróciliście uwagę w swoim „Liście Solidarności”?

L.M.: Inicjatywa „Listu Solidarności” powstała spontanicznie, nie była przygotowana wcześniej, ale jakoś oddaje ducha Kongresu. Przede wszystkim ducha solidarności i współpracy mieszkańców miast jakby w opozycji wobec „ideologii” powszechnej rywalizacji, którą wyrażają władze miast. Konkurencja jako powszechna i jakoby optymalna zasada regulująca stosunki zbiorowe, daje fory tym podmiotom, które są uprzywilejowane na starcie, i na odwrót. W warunkach konkurencji słabszemu podkłada się nogę, a nie wyciąga do niego rękę z pomocą. Od takiej, bezwzględnej, perspektywy chcieliśmy się odciąć.

Łódź, ale nie tylko (np. Wałbrzych w grupie miast średnich) to wielkie miasto, które na starcie wyścigu miast po sukces w kapitalistycznym rozwoju było z powodów historycznych – wielka monokultura przemysłowa – w gorszej sytuacji niż konkurencja. Dodatkowo procesy globalizacji odbiły się na gospodarce łódzkiej. Zdaniem licznych uczestników Kongresu, te okoliczności nie są uwzględniane w strategiach rozwoju i wyrównywania szans.

Dużo mówiliśmy o bolączkach. Jakie szanse i nadzieje wiąże Pan z naszymi miastami?

L.M.: Podstawowa jest odpowiedź na pytanie, dla kogo jest miasto, czyje i po co ono jest. Wydaje się, że przez szereg lat polskiej transformacji dominowała bardzo jednostronna i w gruncie rzeczy prostacka odpowiedź: miasto jest po to, żeby był „rozwój”, czyli wzrost ilościowy, najprościej mierzony wskaźnikiem PKB. W konsekwencji tego, w mieście liczyło się to i ci, od których ten prosty wzrost brutto zależał: biznes, w tym biznes niskiej jakości i szybkiego zwrotu kapitału (np. handel wielkopowierzchniowy, deweloperzy). Inne potrzeby, inne interesy były im podporządkowane, „wzrost” zaś dotyczył tylko niektórych miejsc, sfer życia i środowisk społecznych, był bardzo selektywny i fasadowy.

Na Kongresie padło żartobliwe hasło: „miasto jest sexy”. Pierwsza zaproponowana teza brzmiała: Miasto istnieje dla mieszkańców, bo stanowi ono podstawowe środowisko ich życia, dlatego mają oni niezbywalne prawo do miasta. Biznes, władza, polityka winny im służyć. Przyjęta została w wersji krótszej, ale jeśli stałaby się coraz częstszą intencjonalną i wiążącą odpowiedzią na pytanie o miejskie pryncypia, to można by mieć nadzieję na nową jakość życia ogółu mieszkańców polskich miast, i to stosunkowo szybko. Polskie miasta staną się „sexy”, jeśli oderwą się od przestarzałych, industrialnych wzorców rozwoju (motoryzacja, rozpełzająca się szeroka zabudowa, gigantomania) oraz niesprawiedliwych, neoliberalnych koncepcji ekonomicznych, eksploatatorskich wobec miast przez komercjalizację i mechaniczną prywatyzację. Miasto jest złożonym systemem i nie ma prostych recept na sukces rozwojowy, zwłaszcza w skomplikowanych czasach. Pewne jest, że nie jest możliwy rozwój kraju bez powodzenia miast.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 3 lipca 2011 r.

Blaski i cienie polskiej transformacji

Blaski i cienie polskiej transformacji

Nie sposób pisać o wadach i zaletach transformacji ustrojowej bez uwzględnienia jej wewnętrznych i zewnętrznych determinant. Nie sądzę, aby w momencie jej przeprowadzania ktokolwiek był w stanie dokonywać świadomego wyboru realnie istniejących możliwości, które z kolei ulegały zmianom z miesiąca na miesiąc.

Opozycja, a właściwie całe „solidarnościowe” społeczeństwo domagały się przede wszystkim wolności politycznych i suwerenności państwa. Właściwie cała uwaga koncentrowała się wokół tych wartości. Z drugiej strony, elity komunistycznego państwa domagały się zachowania własnej pozycji w nowej rzeczywistości i chyba nawet nie wyobrażały sobie jej utracenia. Sądzę, że zarówno społeczeństwo, jak i aparat władzy miały przed oczami jako model gospodarczy wyidealizowany system państwa dobrobytu oparty na ekonomii Keynesa. Wspólne były marzenia o stabilnej własności prywatnej, i wolnym, ale jakoś kontrolowanym przez państwo rynku, z udziałem silnych przedsiębiorstw państwowych. Nikt nie wyobrażał sobie prywatyzowania elektrowni, kolei, stoczni itd.

Ani społeczeństwo, ani opozycja, ani władza komunistyczna nie wyobrażali sobie do końca, w którym momencie proces transformacyjny się zacznie i jak daleko może sięgnąć. Tym bardziej, że od momentu, gdy weszliśmy na drogę reform, jeszcze dwa lata funkcjonował Związek Radziecki i nic nie zapowiadało przemian ustrojowych w krajach satelickich. Tak więc nikt do końca nie wiedział, co nam, Polakom, naprawdę wolno.

Ustalenia „okrągłego stołu” sprowadzały się do systemu, w którym opozycja uzyskiwała poprzez Senat negatywną kontrolę nad władzą (skuteczne odrzucanie ustaw), zaś w sferze gospodarczej NSZZ „Solidarność” mogła funkcjonować organizując usamorządowienie zakładów pracy. Obietnica następnych wolnych wyborów oraz organ opozycji (wstyd się przyznać – była to „Gazeta Wyborcza”) podlegający cenzurze, to wynik „okrągłego stołu”, uznany za sukces przez większość doświadczonych statystów sceny politycznej. Nawiasem mówiąc, „nasz” rząd wcale nie był entuzjastą likwidacji cenzury.

Katastrofa wyborcza strony komunistycznej, zdrada partii satelickich, a także bardziej lub mniej aksamitne rewolucje w innych krajach bloku rozszerzyły perspektywy przemian. Dość szybko zrozumiało to oszołomione sukcesem społeczeństwo i przynajmniej część nowo wybranego parlamentu. Jednakże najwybitniejsze głowy polityczne opozycji kontynuowały swój projekt i poparły w Zgromadzeniu Narodowym kandydaturę Jaruzelskiego na prezydenta państwa. Bały się, skądinąd chyba słusznie, przejęcia odpowiedzialności za władzę.

Należy sobie bardzo wyraźnie zdawać sprawę z tego, że opozycja była słaba zarówno kadrowo, jak i programowo. Żyliśmy w kraju komunistycznym, odcięci od informacji, od możliwości awansu, od okazji bezpośredniego zapoznawania się z doświadczeniami innych krajów i poddawani bardziej lub mniej uciążliwym represjom. W tych warunkach szersze dyskusje dotyczyły raczej bezpośredniej taktyki toczenia walki (struktury organizacyjne, metody), niż założeń budowy przyszłego państwa. Pewien program wybiegający w przyszłość, i to dość udany, uchwalił I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”. Natomiast po wprowadzeniu stanu wojennego jakieś większe projekty budowy nowego państwa wydawały się całkowicie abstrakcyjne i wszelkie dywagacje na ten temat były czystą stratą czasu. Nieliczne próby podejmowania tych problemów wydawałyby się dzisiaj żenujące ze względu na swą anachroniczność.

Tak więc jeśli nawet mieliśmy w jakimś resorcie „swojego” ministra, to wkraczał on do pracy z zespołem 15-20 ludzi, którzy będąc kreatywnymi i zdolnymi, a nie było to wcale regułą, pozostawali zależni od wiedzy o funkcjonowaniu państwa i jego zasobach, przekazywanej im przez komunistyczną biurokrację budowaną w oparciu o partyjną nomenklaturę1. W miarę upływu czasu, problem ten był przełamywany, ale nie sądzę, żeby został przełamany do dzisiaj. Nie ma już starej nomenklatury, ale jej wychowankowie i spadkobiercy są nadal aktywni.

Wiadomo było, jak organizując rewolucję można obalić kapitalizm, znaliśmy również tego skutki. Ale jak bez rewolucji (a takie było założenie popierane przez większość społeczeństwa) wyjść z komunizmu i zbudować demokratyczne państwo, tego nie wiedział nikt na świecie i to musieliśmy wymyślić sami. Na dodatek w wyniku rozpadu obozu komunistycznego, poglądy dotyczące praw człowieka, demokracji i gospodarki zaczęły ewoluować. Świat kapitału i wielkich korporacji, niezagrożony niczym, zaczął dyktować nowe prawa, nowe zasady demokracji, nowe wartości. Poczciwy Keynes odpłynął w niepamięć, a my musieliśmy wdrażać nowe zasady uciekającego świata.

Czy można je było odrzucić?

Niektóre idiotyzmy na pewno tak, ale na odrzucenie ogólnego trendu byliśmy za słabi. Kraj był zniszczony komunistycznymi rządami, gospodarka niekonkurencyjna, modernizacja wymagała kapitału. Kapitał można było uzyskać z prywatyzacji. Nikt nie ratuje bankruta bez korzyści dla siebie i to oczywista dla każdego zasada. Kiedy w wyniku rozpadu świata komunistycznego interesy polityczne przestały odgrywać istotną rolę, zaczęły obowiązywać zasady neoliberalne. Na to należy nałożyć korupcję postkomunistycznych służb specjalnych i biurokracji, a także grzechy i głupotę środowisk byłej opozycji, którą można tłumaczyć brakiem doświadczenia i konsekwentną manipulacją2. Rezultat procesów prywatyzacyjnych można prześledzić na listach 100 najbogatszych ludzi w Polsce, gdzie co najmniej 80% pochodzi ze służb specjalnych lub środowisk związanych z establishmentem PRL.

Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że cała opozycja, a do dziś większość parlamentarzystów, postrzega państwo w świetle doświadczeń budżetów domowych. Tak więc milion to mnóstwo, a miliard to mnóstwo mnóstwa. Brak kompetencji to plaga, a skorumpowani eksperci to jeszcze większa plaga. W tym kontekście należy sobie przypomnieć, że postać Łukaszenki w sąsiedniej Białorusi wypłynęła na fali społecznego protestu wobec złodziejskiej prywatyzacji. Jest to częściowo odpowiedź na pytanie o alternatywy. Na szczęście Bóg i tradycja narodowa nas przed tym ustrzegły.

Wreszcie ostatni problem transformacji, chyba najważniejszy i stanowiący do dziś najpoważniejsze zagrożenie dla porządku społecznego na całym świecie: narzędzia, którymi należało dokonać transformacji, a więc prawo, prawo stanowione, a także media jako podstawowe źródło komunikacji między władzą a społeczeństwem.

W rzeczywistości społeczeństwo żyje w sferze prawa zwyczajowego, które może być stymulowane z zewnątrz przez prawo stanowione. Przecież nikt, poza profesjonalistami, a i ci nie zawsze, nie czyta Dziennika Ustaw, którego od 1989 r. wydrukowaliśmy około 300 tys. stron Zamiast tego dowiaduje się od znajomych, jak się daną sprawę załatwia. Tak więc tworzy się pewna społeczna wykładnia przepisów prawa. Proces ten zajmuje wcale niemało czasu i w moim przekonaniu stanowi pewną nieprzekraczalną barierę możliwości przyspieszania procesu reform. Przeciętny obywatel, a nawet parlamentarzysta czy doświadczony prawnik, nie są w stanie przewidzieć do końca skutków stanowionych przepisów poddanych konfrontacji ze złożonym życiem społecznym. Stąd mój sceptycyzm w stosunku do pomysłów Konstytucji Europejskiej czy Traktatu Lizbońskiego. Każdy proces budowania życia społecznego „od góry”, zgodnie z jakąś doktryną, musi budzić podejrzenia. Procesy integracyjne powinny wyrastać z rzeczywistych potrzeb ludzkich. W przeciwnym wypadku zadekretowana miłość i współpraca może skończyć się jak w Jugosławii.

Nie zmienia to postaci rzeczy, że innych narzędzi prowadzenia reformy nie ma, a sam proces poprawiania komunikacji między władzą a społeczeństwem mogą zapewnić jedynie sprawne i pluralistyczne media. W przypadku polskiej transformacji media zawiodły, stając się w ogromnej mierze tubą propagandową koncepcji neoliberalnych, cenzurując jednocześnie bardzo szczegółowo wszelkie informacje mogące podważyć nieomylność arcykapłanów reformy, bądź wskazać jej negatywne skutki dla życia społecznego.

Bardzo mało osób wie, że pierwszą ustawą złożoną w Sejmie przez rząd Jana Olszewskiego była ustawa o Prokuratorii Generalnej, instytucji mającej sprawować pieczę prawną nad majątkiem Skarbu Państwa. Instytucja ta – i to o bardzo okrojonych kompetencjach – powstała dopiero po 8 czy 10 latach, kiedy majątek ten został w dużej mierze rozgrabiony.

***

Bezdyskusyjnie największym osiągnięciem reformy było zapewnienie wolności politycznych obywatelom i suwerenności państwu. Osobną kwestią jest to, jak obywatele potrafią z tych wolności korzystać i jak są manipulowani. Tym niemniej posiadają możliwości wpływania na władzę nie mniejsze niż w starych demokracjach, a i środki manipulacji nie odbiegają bardzo od światowych standardów. Ponadto obserwujemy bezsprzeczny wzrost statusu materialnego społeczeństwa, przy czym niezależnie od wzrostu stratyfikacji społecznej, dotyczy to praktycznie wszystkich warstw.

Do negatywnych skutków transformacji zaliczyłbym przemiany społecznego etosu. Wartości kolektywne, jak solidarność, odpowiedzialność za państwo, wspólnotę, współpraca, zostały zastąpione przez osobisty sukces, konkurencję, ambicję, a kłopotliwe słowo „chciwość” zostało po prostu wyeliminowane z języka polskiego. Zastąpił je pozytywny „zysk”, który stał się naczelną miarą ludzkich osiągnięć. Sądzę, że i tu zbliżyliśmy się do międzynarodowych standardów, choć w krajach stabilnej demokracji nie wygląda to, przynajmniej z zewnątrz, tak karykaturalnie jak w kraju akumulacji kapitału. Myślę, że reakcja na bodźce medialne nawołujące do hedonistycznego traktowania życia i konsumpcji została tam przytępiona i sądzę, że w Polsce niedługo będzie podobnie.

Zasadniczą wadą prowadzonej transformacji była koncentracja na efektach ekonomicznych, przy całkowitym niedostrzeganiu problemów infrastruktury społecznej. Spekulacyjna wyprzedaż mieszkań zakładowych wraz z lokatorami, likwidacja z dnia na dzień PGR-ów, to działania, które trudno traktować inaczej niż jako liberalny bolszewizm.

Znamienne jest, że zarówno w decyzjach władz, jak i w orzeczeniach Trybunału Konstytucyjnego i sądów, mamy do czynienia z sakralizacją własności, ale tylko tej sprzed wojny i tej zdobytej po 1990 roku. PRL-owski dorobek zwykłych obywateli nie jest w ogóle chroniony (chyba, że chodzi o SB-ckie emerytury). Nieoprocentowanie depozytów mieszkaniowych przez Balcerowicza, które daje się porównać jedynie z bierutowską wymianą pieniędzy, w żaden sposób nie narusza świętego prawa własności. Podobnie jest z rzekomą „spółdzielczością” mieszkaniową. Wszelkie próby reformowania jej na rzecz lokatorów spotykają się z konsekwentnym oporem ze strony TK i wymiaru sprawiedliwości. Przykłady takie można mnożyć. Wszystkie one godzą w wiarygodność i efektywność państwa jako instytucji powołanej do ochrony szerokich rzesz obywateli.

Ponieważ rolę poszczególnych czynników w kształtowaniu transformacji omówiłem już na wstępie, tu ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że w procesie transformacyjnym miejsce doktryny komunistycznej zajęła podobnie „jedynie słuszna” doktryna neoliberalna. I tak do 2008 r., kiedy w związku z kryzysem zaczyna narastać krytycyzm.

***

Trzeba zauważyć, że przemiany polityczne dotyczące przywrócenia suwerenności, wolności słowa, wolności zrzeszeń i zgromadzeń, wolnych wyborów, wreszcie wolności gospodarczej, wychodziły naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa. W ten sposób wypromowani „architekci” przeobrażeń zyskiwali wiarygodność. Należy również pamiętać o tym, że społeczeństwo było zmęczone nędzą PRL-u, a także toczoną od 8 lat walką z systemem. Tak więc dysponując wiarygodnymi i sprawdzonymi przywódcami, przestało aktywnie funkcjonować w sferze politycznej i rzuciło się w wir działalności gospodarczej. Ponieważ jednak nie wszystkim układało się tak, jak oczekiwali, co pewien czas społeczeństwo kontestowało i wybierało niespodziewanie postkomunistów (rok 1993, 2001). Reforma ustrojowa przyniosła awans społeczny inteligencji i to ona stała się głównym promotorem neoliberalnej transformacji. Pozbawione w dużej mierze swych elit i ścigane problemami dnia codziennego społeczeństwo, stać było jedynie na akty kontestacji.

Oczywiście transformacja nie miała nic wspólnego z programem przyjętym przez I Zjazd „Solidarności” czy nawet z umowami „okrągłego stołu”. Były one daleko bardziej prospołeczne, ale w warunkach szybko toczących się przemian i nasilonej propagandy stawały się w oczach szerokiej opinii publicznej coraz bardziej anachroniczne.

***

Jak już pisałem, nie bardzo istniały wzorce dla przeprowadzenia transformacji. Neoliberalizujące elity ochoczo powoływały się na przykłady Hiszpanii i Chile, tyle tylko, że tam transformacja dotyczyła przejścia od prawicowej dyktatury do wolnorynkowej demokracji. U nas za to szliśmy do demokracji od lewicowego totalitaryzmu i pełne wdrożenie neoliberalnej doktryny Friedmana, kosztem państwa słabo, ale jednak opiekuńczego, mogłoby spotkać się z dość radykalnym sprzeciwem szerokich rzesz społecznych.

Tak więc pozostawały wzorce systemów prawnych rozwiniętych demokracji lub II Rzeczypospolitej. Te ostatnie były anachroniczne wobec rozwoju cywilizacyjnego, który przyniosła druga połowa XX wieku. PRL była w najlepszym wypadku krajem rozwijającym się i przenoszenie wzorców z krajów rozwiniętych kolidowało ze stanem świadomości społeczeństwa. To znamienne, że przy kulcie autorytetów zupełnie nie daje się wypromować prawie banalnej myśli noblisty Stiglitza, iż systemy gospodarcze muszą być adekwatne do stopnia cywilizacji i świadomości społeczeństw. Być może szkoda, że nie zwrócono większej uwagi na systemy społeczno-gospodarcze krajów skandynawskich, ale odnoszono się wtedy do państwa opiekuńczego niezwykle krytycznie, wręcz lekceważąco.

Prowadząc transformację, nie zauważano lub skutecznie tępiono różne rozwiązania, które miały szanse zakorzenić się w polskim społeczeństwie i mogły zmienić charakter transformacji. Na przykład rozwiązanie nawiązujące wręcz do tradycji „Solidarności”, to własność pracownicza. Sam uczestniczyłem w kilku bojach o powołanie spółek pracowniczych. Za każdym razem trafiałem na mur nie do przebicia. Co głupsi argumentowali populistycznie, że uwłaszczenie pracowników narusza równość społeczną. Bo na czym uwłaszczyć nauczycieli? Pracownicy Banku Śląskiego zostali uwłaszczeni nie najgorzej i nikomu to nie przeszkadzało. Drugi argument był dużo poważniejszy. Dotyczył on potrzeby dokapitalizowania przedsiębiorstw. I to był realny problem. Tym niemniej istniała pewna ilość zakładów, które mogły podjąć konkurencyjną produkcję, np. Polifarb Wrocław, Pudliszki, Porcelana Wałbrzych. Jednakże tu spółki pracownicze czy spółki dostawców, natrafiały na barierę spłaty kredytów zaciągniętych na modernizację zakładu. Państwo w żaden sposób nie chciało umorzyć zadłużenia. Problem ten znikał jednak natychmiast, gdy przedsiębiorstwo miało trafić w ręce kogoś z nomenklatury lub służb, czy też w wyniku mało przejrzystych machinacji trafiało w ręce inwestora zagranicznego.

Podobnie było z instytucją popularnych na zachodzie tzw. credit unions, które w USA są dysponentem ok. 1/3 rynku finansowego. W Polsce nawiązywałyby one do tradycji Kas Stefczyka. W czasie, gdy na nasz rynek wchodziły coraz to nowe zagraniczne instytucje kapitałowe, konsekwentnie blokowano ich powstawanie, nie wydając odpowiedniej ustawy. Tłumaczono to dbałością o interesy konsumentów…

***

Na pewno istniały takie elementy PRL-u, których nieprzemyślane, pospiesznie przeprowadzane zmiany, wyrządzały więcej szkody niż pożytku. Nie ma żadnego powodu, aby państwo zajmowało się gospodarką rolną, ale likwidacja z dnia na dzień PGR-ów, bez stworzenia rozległego programu adaptacyjnego dla ich pracowników, to po prostu przestępstwo.

Ogromne straty poniosła również kultura. Pomysł funkcjonowania kultury na zasadach rynkowych jest możliwy do przyjęcia, ale przy silnym wsparciu materialnym ze strony państwa. Jest to powszechną praktyką w starych, bogatych demokracjach. W warunkach kraju biednego, przy ograniczonej pomocy ze strony państwa (patrz budżet Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego), zasady takie prowadzą do zastąpienia kultury przez komercyjną kulturę masową. A różnica jest tu mniej więcej taka, jak między demokracją a demokracją ludową. Realizowana jest zmodyfikowana zasada dialektyki: ilość przechodzi w bylejakość.

O takim kierunku przemian decydowały przede wszystkim interesy „trzymających władzę”, wspierane neoliberalnym doktrynerstwem. Kiedy po przestudiowaniu „Ekonomii” Samuelsona powiedziałem znajomemu, że ekonomia jako nauka ścisła jest nieścisła, ten odpowiedział: „A jako nauka społeczna jest aspołeczna” – i to chyba odpowiedź na postawione pytanie.

***

Oceniając nasz proces transformacyjny na tle przeobrażeń współczesnego świata, a więc procesów globalizacji, integracji europejskiej, porównując z tym, co się działo w innych państwach bloku wschodniego, dochodzi się do wniosku, że mogło być gorzej. Oczywiście ostateczną odpowiedź będzie można dać dopiero, gdy na świecie skończy się kryzys. Zablokowany proces demokratyzacyjny w Rosji i na Białorusi, zamęt polityczny na Ukrainie; to wszystko mogło stać się także naszym udziałem. Z drugiej strony rzekome sukcesy transformacyjne, z upodobaniem wychwalanych państw takich jak Estonia, Węgry czy Słowacja, zakończyły się gospodarczym fiaskiem i kraje te z przerażeniem patrzą na pogłębiający się kryzys.

***

Oczywiście problemy wykluczonych społecznie, byłych pracowników PGR-ów, lokatorów dawnych mieszkań zakładowych czy właścicieli książeczek mieszkaniowych, będą musiały być jakoś rozwiązywane, ale już w nowym kontekście kształtowania stosunków społecznych. O ile więc mówi się – ale głównie mówi! – o naprawianiu materialnych krzywd wyrządzonych przez system komunistyczny, o tyle nie słyszałem, by ktoś planował wydanie aktu prawnego naprawiającego krzywdy procesu transformacji.


1. Warto przywołać tu konkretne wydarzenie. Kiedy Jan Olszewski zamierzał mianować Andrzeja Olechowskiego ministrem finansów, spotkałem się z nim, by przedstawić „imponujące” gospodarcze osiągnięcia kandydata w początkach III RP. Olszewski odpowiedział mi bardzo prosto: jeśli masz kogoś innego, kto pojedzie w ciągu dwóch tygodni do USA, by negocjować restrukturyzację polskiego zadłużenia, to mogę już jutro mianować go ministrem finansów. Zamilkłem.

2. Dwukrotnie, ba, nawet czterokrotnie podejmowałem próbę objęcia stanowiska prezesa NIK, aby ograniczyć patologie procesu prywatyzacyjnego i za każdym razem kończyło się to tak samo. Myślę, że moja niezależność i determinacja były zawsze przeszkodą.