Mojżesz Gordon: Społem! (1930)

Mojżesz Gordon: Społem! (1930)

Wszystko, co nas otacza, co widzimy dokoła nas – w mieście i na wsi – zawdzięczamy pracy wielu ludzi. Bo czyż można sobie wyobrazić, aby te wielkie domy, długie drogi, potężne mosty, aeroplany, automobile, piękne książki – aby wszystko to było dziełem jednostki? Nie. Jednostka nie może wiele zdziałać. Nawet wszystkich swoich potrzeb nie jest jednostka w stanie zaspokoić wyłącznie własnymi siłami. Czy może człowiek sam dla siebie utkać tkaninę na ubranie i je uszyć, przygotować skórę z bydlęcia i wykonać obuwie, sporządzić sobie najrozmaitsze artykuły żywnościowe?

Niegdyś, w zamierzchłych jeszcze czasach, zrozumiał człowiek, że dla własnego dobra, dla bardziej sprawnego zaspakajania swych potrzeb oraz dla bardziej skutecznej obrony przed dzikim zwierzem i różnymi wrogami, którzy nań czyhali, winien się zrzeszyć, winien żyć gromadnie, w środowisku wielu ludzi. Kiedy się zaznajamiałeś z życiem starodawnego człowieka, na pewno zwracałeś uwagę na to, że w żadnym kraju nie bytował on w pojedynkę, lecz tylko gromadnie, pośród rodzin lub szczepów. Ludzie zawsze się łączyli, zrzeszali i dlatego mówi się, że żyli w społeczeństwie. Z biegiem czasu społeczeństwo to coraz bardziej rosło i ilość jego członków wciąż się powiększała. Szereg szczepów się łączyło. Tworzyły się rody, które osiadały na roli i ją obrabiały, które budowały warsztaty i fabryki, sprzedając następnie płody rolne i wyroby rękodzielnicze i fabryczne, które budowały szkoły i rozpowszechniały książki i pisma.

Ale ludzie nie zajmują się jednakową pracą: czyż wszyscy budują domy? Czyż wszyscy są nauczycielami? Bynajmniej. Należąc do jednej wielkiej społeczności – podzielili między sobą pracę. Tak więc: rolnik obrabia ziemię, która rodzi zboże, inni robotnicy mielą zboże w młynach, mąkę sprzedają kupcy piekarzom. Na pewno słyszałeś, że żelazo znajduje się w ziemi: tysiące, dziesiątki tysięcy robotników pracuje w kopalniach, aby wydobyć rudę żelazną na powierzchnię ziemi. Żelazo to rozsyła się do specjalnych fabryk, gdzie inni robotnicy oczyszczają je ze wszelkich odpadków, bezużytecznych domieszek i z czystego dopiero żelaza przygotowują sztaby i blachy, które zostają sprzedane każdemu, komu są potrzebne; inne zaś fabryki zakupują czyste żelazo i wyrabiają z niego wszelakie maszyny, naczynia, zamki i inne przedmioty.

Tak więc ludzie połączyli się dla wspólnego dobra, dla dobra ogółu, ludzkości – w jedno społeczeństwo i podzielili między sobą pracę, aby w ten sposób tworzyć dla siebie wszystkie rzeczy, jakie im są potrzebne do życia i utrzymania: rolnik, robotnik, rzemieślnik kupiec, pisarz, inżynier, lekarz, nauczyciel, urzędnik – wszyscy oni wykonują różne pożyteczne funkcje dla społeczeństwa.

Dlaczego jednak jest tak niejednakowy, tak nierówny los tego mnóstwa ludzi, zajmujących się wytwarzaniem wszystkich tych niezbędnych dla społeczeństwa przedmiotów? W ciągu długich wieków najlepsi i najszlachetniejsi ludzie wysilali umysł nad rozwiązaniem pytania, że jeżeli praca dla społeczeństwa zwykłego robotnika jest podobnie doniosła co praca przemysłowca, praca rolnika tak samo potrzebna jak praca kupca, praca nauczyciela na równi pożyteczna z pracą rękodzielnika – dlaczego różnym jest ich los, niejednakowe powodzenie. Dlaczego gnębi jednego bieda, gdy drugi opływa w dostatku?

Nie wszyscy są w stanie w równej mierze zadośćuczynić potrzebom, jeden bowiem jest bogaty, drugi – biedny. Bogaty lub zamożny łatwo może zaspokoić potrzeby swoje i rodziny, może nawet powiększyć swój majątek. Co ma natomiast począć ten, który nie ma pieniędzy? Musi się zadowolić szczupłym zarobkiem, który starcza zaledwie na życie. Każdy, kto nie posiada majątku, musi szukać pracy u innych, albo zadowolić się małym dochodem i prowadzić skromne życie, a nawet biedować.

Każdy z was, odwiedzając znajomych i kolegów, spostrzega różnicę między mieszkaniem i trybem życia człowieka zamożnego a rzemieślnika, robotnika. Na pewno każdy z was zadał sobie kiedyś pytanie: przecież wszyscy ludzie stworzeni zostali na obraz i podobieństwo Boga, wszak wszyscy winni być równi – więc skąd taka wielka między nimi różnica? A serce wam zapewne odpowiedziało, że nie jest sprawiedliwą owa nierówność, polegająca na tym, że kiedy jeden ma wszystkiego pod dostatkiem, drugiemu brak grosza na kawałek chleba.

Nie wystarcza jednak odczuwać i rozumieć niesprawiedliwość panującą na świecie; konieczna jest również wola do polepszenia tego stanu rzeczy oraz umiejętność zapewnienia szerokim masom ludowym pracy i chleba. W każdym pokoleniu, począwszy od wielkich proroków, powstawali mężowie o różnych planach zmierzających do rozwiązania powyższego zagadnienia: aby zaistniała w społeczeństwie równość i sprawiedliwość.

I oto, przed 90 niespełna laty, powstał w Anglii ruch, który objął wkrótce wszystkie kraje świata i który postawił sobie za cel usunięcie nierówności istniejącej dotąd między ludźmi. Był to ruch kooperacji (spółdzielczy). O uszy każdego z was obijało się na pewno wiele razy to słowo; niejeden też raz czytywaliście na szyldach napisy: „Sklep spółdzielczy” lub „Bank kooperatywny”. Ale wtedy, przed dziewięćdziesięciu laty, kooperacja była jeszcze nieznana, nie rozumiano też jeszcze należycie jej celu. W mieście Rochdale, w Anglii, zebrało się wówczas kilku robotników tkackich, którzy, złożywszy się, otworzyli sklepik, gdzie sprzedawano – podobnie jak w innych sklepach – produkty żywnościowe, mydło, manufakturę itp. Ale sklep ten nie należał tylko do nich, jako własność prywatna, założyciele bowiem ogłosili, że każdy może zostać ich wspólnikiem, a to przez wniesienie pewnej opłaty pieniężnej, tak zwanego udziału. I im więcej będzie udziałowców, o tyle powiększy się liczba współwłaścicieli sklepu, którego celem będzie dostarczenie dobrego taniego towaru wszystkim współwłaścicielom – udziałowcom. Wprawdzie każdy sklepikarz stara się sprzedawać towary po tanich cenach, ale ponieważ dba on przede wszystkim o własny zysk, sprzedaje więc wszystkie rzeczy drożej, aniżeli go kosztują. Zysk pozostaje w tym wypadku w rękach jednostki; natomiast w sklepie kooperatywnym, założonym w Rochdale, postanowiono, że zysk podzielony zostanie między wszystkimi udziałowcami i wydany zostanie ku korzyści wszystkich członków sklepu – kooperatywy. I tak więc właścicielami sklepu w Rochdale zostali ci ludzie, którzy sami potrzebowali towaru w sklepie tym się znajdującego, którzy dlatego też starali się, by towar ich był przedniej jakości, a przy tym tani.

Sklep, o którym mowa, wywołał wielkie zainteresowanie pośród licznych tkaczy zamieszkałych w Rochdale. Wkrótce przekonali się oni, że sklep przynosi im korzyść: toż każdy grosz wydany z ich skromnej płacy przedstawia znaczną wartość, a tu byli pewni, że wszystko co zakupią będzie posiadało odpowiednią wartość jakościową i że nikt nie będzie się starał im sprzedać złego towaru po taniej cenie.

Po niejakim czasie powstały takie sklepy spółdzielcze w wielu miastach angielskich, tak iż po pięćdziesięciu latach wyniosła ilość członków wszystkich tych spółdzielni (kooperatyw) – 1 500 000, dziś zaś sięga liczby wielu milionów rodzin. Spółdzielnie te, znajdujące się na całym obszarze kraju, połączyły się w jeden wielki związek kooperatyw, celem zakupu wszystkich towarów o przednim gatunku i niskich cenach. I jeszcze więcej: z sumy zysków i udziałów zbudowały sobie spółdzielnie fabryki, aby nie potrzebować kupować towaru u prywatnych fabrykantów, którzy chcą ze sprzedaży uzyskać wielki zysk dla siebie samych. Te zjednoczone spółdzielnie prowadzą we własnym zakresie plantacje herbaty i kawy i posiadają nawet okręty przywożące z zagranicy towary i surowce. Wszystko to doprowadziło do potanienia cen i do podniesienia gatunku towaru, jak również do poprawy bytu członków spółdzielni.

Ale nie tylko w Anglii powstały sklepy spółdzielcze: na przykładzie angielskim wzorowały się i inne kraje. Sieć sklepów spółdzielczych objęła świat cały i wciąż się rozszerza. Również w Polsce i w Erec-Izrael rozwija się kooperacja.

Należy jednak stwierdzić, że nie tylko zysk był tym czynnikiem, który przyciągnął do kooperatyw masy ludowe. Szerokie warstwy ludu doszły do przekonania, na podstawie przykładu Rochdale, że wszyscy, którzy pracują, wszyscy, którzy ciężko walczą o kęs chleba, pozbędą się biedy i poczną lepiej żyć dopiero wtedy, kiedy się zjednoczą, kiedy się zorganizują. Wszyscy się przekonali, że z tych małych sum, które każdy z nich posiada, można zebrać znaczny kapitał, z którego pomocą przestaną być zależni od innych, usamodzielnią się. Potrzebna jest tylko wzajemna pomoc wszystkich Członków i czym więcej jeden pomoże drugiemu, tym bardziej polepszy się ich byt, bowiem rezultaty ich pracy nie będą więcej wyzyskiwane przez nikogo obcego, a tylko przez nich samych ku własnej korzyści. Tę oto wielką siłę wzajemnej pomocy oceniono należycie w Anglii i innych krajach i dlatego nie ograniczono się tam do zbierania udziałów celem zakładania wspólnych sklepów. Z zysków osiąganych w kooperatywach przeznaczano wielkie sumy na kupno książek dla bibliotek ludowych, letnich mieszkań dla członków, na otwieranie i prowadzenie szkół ludowych, kas pożyczkowych, na budowę wygodnych mieszkań dla tych członków, którzy mieszkali w walących się domach na przedmieściach. Ta pomoc wzajemna spoiła wszystkich członków, wytworzyła pomiędzy nimi węzły przyjaźni i zaufania. Współpraca ta i pomoc polepszyły nie tylko byt człowieka, ale uszlachetniły człowieka samego.

Środki, z których pomocą ludzie usiłowali dokonać polepszenia warunków egzystencji oraz zmniejszenia tej wielkiej niesprawiedliwej różnicy, istniejącej obecnie w społeczeństwie między zamożnymi a pozbawionymi środków – nie ograniczały się tylko do zakładania sklepów spółdzielczych. Oto w różnych krajach powołali robotnicy do życia zakłady fabryczne, w których zysku nie zabierała jednostka, prywatny fabrykant, lecz ogół współwłaścicieli – robotników. Wraz ze wzrostem zarobków zwiększała się ilość robotników, rozwijała się fabryka, rozchodziły się coraz bardziej towary.

Podobnie postępują i rzemieślnicy. Środki pieniężne każdego z nich nie starczały niekiedy na kupno wszystkich narzędzi i maszyn potrzebnych do pracy. Kiedy się jednak zorganizowali i połączyli, mogli już nabyć niezbędne przyrządy, pomnożyć pracę, a w rezultacie – zwiększyć dochody.

W wielu wsiach zrzeszają się również chłopi w jeden związek, który nabywa dla wszystkich w większych ilościach potrzebne produkty i narzędzia. Związek taki zaopatruje także członków-rolników w maszyny do orki, siania i koszenia, ułatwiające znacznie ciężką pracę rolną, jak również sprzedaje płody wytwarzane przez rolników-członków spółdzielni, jak: zboże, owoce, masło, ser, śmietanę – po równych dla każdego cenach. Na tych zasadach zbudowane są „kibuce” oraz żydowskie osiedla robotnicze w Erec-Izrael.

Lub inna rzecz: głód mieszkaniowy u nas w kraju. Znana to nam sprawa. Ilość mieszkańców wzrasta z roku na rok, stare domy niszczeją z biegiem czasu, nowe nie przybywają, bo niewielu jest bogaczy, którzy wznoszą nowe domy mieszkalne. I oto łączy się szereg rodzin, odczuwających potrzebę dobrych widnych mieszkań. Każda z tych rodzin wypłaca do wspólnej kasy pewną sumę pieniędzy i tworzą „spółdzielnię budowlaną” (kooperatywę dla budowy domów). W ten sposób tysiące rodzin otrzymało ładne i wygodne mieszkania. Jeśliś widział ciemne, niskie, wilgotne izby, gdzie w każdym mieście mieszkają zarówno dorośli jak i dzieci – zrozumiesz, ile uciechy i zadowolenia sprawiają ludziom przestronne, widne i suche pokoje domów spółdzielczych.

Nie ma dziś prawie ani jednego miasta i miasteczka o zaludnieniu żydowskim, gdzie by nie istniał „Bank spółdzielczy”. Są to instytucje wypożyczające pieniądze. Wszystkim, przeważnie zaś tym, którzy utrzymują się z ciężkiej pracy i nie posiadają kapitałów, potrzeba od czasu do czasu trochę gotówki do prowadzenia interesu lub domu. Często jednak brak gotówki. Gdzie by tu pożyczyć? Zaciągnąć pożyczkę u prywatnych osób? Ale wtedy trzeba za nią zapłacić znaczne odsetki. A skąd je wziąć? Cóż pozostaje? Zbierają się więc rzemieślnicy lub robotnicy, albo też sklepikarze, i zakładają bank – kasę pożyczkowo-oszczędnościową – dla swych członków. Każdy, który pragnie zostać członkiem tego banku, wpłaca pewną sumę na kapitał zakładowy – udział, który służy jako podstawa do udzielania pożyczek członkom na niski procent. Rozumie się, że nie wszyscy członkowie proszą jednocześnie o pożyczki i dlatego pieniądze, którymi bank rozporządza, wystarczają do wypłaty pożyczek bardziej potrzebującym członkom.

I tak więc spółdzielczość obwieściła światu:

„Wy, upośledzeni, wy – którzy pracujecie w pocie czoła, wyżywiając z trudem rodziny, wy, którzy zaznać pragniecie lepszego życia bez ciągłej troski o jutro – zorganizujcie się i zjednoczcie! Pomagajcie jeden drugiemu, a wtedy będziecie silni i niezależni od czyjejś dobrej lub złej woli! Nie konkurujcie jeden z drugim, bo nie we wzajemnym zwalczaniu się i odosobnieniu tkwi wasza siła; zrzeszajcie się i organizujcie, popierajcie jeden drugiego – bo tylko w jedności siła! Wspólną pracą osiągniecie o wiele więcej, aniżeli w pojedynkę. Pracujcie łącznie, a będziecie się poważać i miłować, a zamiast zazdrości i złości zapanują u was braterstwo i przyjaźń!”.

Spółdzielczość nie rzuca w świat frazesów. We wszystkich krajach i wśród wszystkich narodów, poczynając od zimnych lądów Północy, a kończąc na gorących krainach Ameryki Południowej, od granic Europy Zachodniej do krańców Azji Wschodniej, założone zostały spółdzielnie, zrzeszające ponad 60 milionów rodzin w imię wzniosłego hasła: wybawienia człowieka od cierpień, by żył szczęśliwie dla dobra własnego i ogółu!

Spółdzielczość całego świata przeznaczyła jeden dzień w roku na obchód jej święta – obchodu poświęconego celom kooperacji. W dniu tym opowiada się na całym świecie o wielkim znaczeniu tej pracy, która tworzy kulturę ludzką, o wielkiej wartości pomocy wzajemnej między ludźmi oraz o wielkiej sile tkwiącej w jedności i solidarności między narodami. W dniu tym zwraca się uwagę na to, że najlepsi ludzie wszystkich narodów dążą do stworzenia w przyszłości lepszego, bardziej sprawiedliwego i szczęśliwego życia.

Obchodzimy wprawdzie wiele świąt i w szkołach naszych urządzamy wiele uroczystości poświęconych najważniejszym wydarzeniom w dziejach naszego narodu. Święta te zwracają myśl naszą ku wspólnej przeszłości i krzepią wolę ku dalszej egzystencji naszego narodu, który budzi się do nowego wolnego życia. Ale wszystkie te obchody są poświęcone przeszłości – wielkim wydarzeniom, które miały już miejsce. Innym jest święto spółdzielczości: treścią tego święta jest rzecz, która jeszcze się urzeczywistnia, która się tworzy w teraźniejszości i która ma dopiero nadejść. Święto spółdzielczości jest dlatego świętem teraźniejszości i przyszłości, świętem nadziei całej ludzkości.

Spółdzielczość ustanowiła dla siebie sztandar o siedmiu kolorach tęczy, która – według Tory – dana została, jako „oznaka wiecznego przymierza między Bogiem a ziemią”. Kolory tęczy na sztandarze kooperacji są oznaką, symbolem przymierza między wszystkimi ludźmi i narodami. Naród żydowski, który powstaje do nowego życia, zajmie w tym obchodzie zbratania narodów poczesne miejsce, a pośród narodów, których barwy składają się na różnokolorową tęczę, wzniesie się również nasz sztandar.

Czy kooperacja dotyczy tylko dorosłych? Wcale nie. Również uczniowie – i w ogóle młodzież – uznają wielką korzyść wypływającą ze wspólnej pracy i z wzajemnej pomocy podczas nauki i zabawy. Nie tylko z opowieści i historii przywykliście odnosić się z podziwem wobec mniejszych czy większych dzieł bohaterstwa pojedynczych ludzi czy całych grup pracujących dla dobra ludzkości. Zaznajamiając się z tymi czynami bohaterskimi, myślał sobie niejeden z was, że i on jest zdolny do wielkich usług i czynów dla dobra kolegów i całego narodu, podobnie jak owi bohaterowie, o których czytał i słyszał. Prawda, że łatwo wpaść w entuzjazm wobec tych wzniosłych czynów, ale trudniej samemu być zawsze wspaniałomyślnym, łagodnym i wiernym wobec towarzyszy pracy codziennej i zaprzestać troszczyć się tylko o siebie i o swe własne wygody. A ile będziecie mogli zdziałać wspólnymi siłami, ty i twoi koledzy, dla dobra społeczeństwa i dla dobra szkoły, w której pobieracie naukę.

I oto zebrali się twoi koledzy w wielu szkołach w różnych krajach i założyli „kooperatywy uczniowskie”. W pierwszych tygodniach pomagali im nauczyciele, chociaż codzienna praca wykonywana była przeważnie przez samą młodzież. Starsi spoglądali na to początkowo z uśmieszkiem, mawiając: ,,Ot, dzieci zabawiają się nową grą – kooperatywą”! Uczniowie jednak prędko dowiedli, że nie o zabawę im chodzi. Czyż nie potrzebują zeszytów, piór, bibuły, ołówków? Kiedy urządzą sobie własny sklepik, będą mogli sprzedawać bardzo tanio i nie będą zmuszeni biegać podczas przerw do bliżej lub dalej położonego prywatnego sklepu. Toteż zakładali uczniowskie sklepy spółdzielcze.

Oto potrzebuje ktoś paru złotych na kupno książki lub czapki, a w domu, u rodziców, bieda. Skądże wziąć? Założyli więc uczniowie „kasę pożyczkowo-oszczędnościową”: każdy wpłacał co tydzień w ciągu roku kilka groszy, z czego zebrała się pokaźna sumka. Bo przecież i uczeń potrzebuje trochę pieniędzy, by sobie móc kupić książkę, zabawkę, dopomóc koledze, lub dać na „Keren Kajemet” (wyzwolenie ziemi palestyńskiej). W ten sposób można z oszczędności kasowych, które się nagromadziły w międzyczasie, wypożyczyć parę złotych w potrzebie będącemu koledze, który je zwróci w ciągu kilku tygodni lub miesięcy.

Czy szkoła jest własnością tylko nauczyciela? Nie. Szkoła należy też do uczniów. Każdy z was pragnie zapewne, by w szkole panował zawsze porządek i aby wszyscy się należycie zachowywali również podczas przerw i zabaw. Czy nie dążą do tego uczniowie, nawet bez nakazu nauczyciela? Umówili się zatem, że sami odtąd będą odpowiedzialni za porządek i posłuszeństwo. I oto pewnego pięknego dnia zwróciła się młodzież do swoich nauczycieli i zakomunikowała im, że każda klasa się zorganizowała i chce sama się odtąd troszczyć o czystość i porządek. Uczniowie wierzą, że sami potrafią uważać na kolegów i dopilnować, by ich zachowanie było wzorowe, przyrzekają, że sami się zajmą ozdobieniem ścian – wiedzą przecie, że szkole brak pieniędzy; że pomyślą o dostarczeniu nowych książek dla biblioteki szkolnej, których brak tak dotkliwie odczuwają; że są nawet gotowi dopomagać bibliotekarzowi w katalogowaniu nowych książek i zapisywaniu, kto wziął książkę do czytania i kto odniósł z powrotem. A nauczyciele zapytali: „Czy będziecie mogli, chłopcy, wszystko to wykonać? Czy pomyśleliście dobrze, że będziecie musieli pracować poza godzinami nauki, by zachować porządek, dbać o bibliotekę i o ozdabianie ścian?”. – „Wszystko to zrobimy – odpowiedzieli uczniowie – czego jeden nie dokona, temu podołają wszyscy, kiedy się połączą, zorganizują! Zarząd, który wybierzemy spośród nas, będzie dbał o należyte zachowanie się uczniów. Nauczyciele przekonają się rychło, że zbędne będzie stosowanie kar. Każdy z nas wpłaci parę groszy tygodniowo, za które nikt nie mógłby kupić nawet małej broszury, ale z pojedynczych groszy wszystkich uczniów zbierze się co miesiąc wiele złotych, za które będzie można kupić parę książek, a w ciągu roku – kilkadziesiąt książek, które będą własnością wszystkich uczniów, całego społeczeństwa. Również sklepik spółdzielczy przeznaczy każdego miesiąca część zysków na rzecz biblioteki i ilość książek się znów powiększy. Podobnie upiększymy klasę. Jest to przecież nasz wspólny pokój. Każdy z nas ma w domu ładne obrazki, które otrzymał w prezencie, albo które sam sobie kupił. Każdy przyniesie po jednym obrazku i naradzimy się wspólnie z nauczycielem jak je pozawieszać na ścianach, aby pokój nasz doprawdy ładnie wyglądał. Na lekcjach robót ręcznych i rysunków przygotujemy jeszcze wiele obrazków i wycinanek i zawiesimy je na widocznym miejscu. Tą drogą, wszyscy razem wiele zdziałamy”.

Upłynęło parę miesięcy i nauczyciele wespół z rodzicami podziwiali po prostu zmiany zaszłe w szkole. Porządek zapanował wzorowy, tak iż nauczyciele nie byli zmuszeni ganić tych uczniów, którzy dotychczas przeszkadzali na lekcjach; uczniowie, na czele ze swym zarządem, dbali o karność, łagodzili niesnaski i kłótnie, pomagali słabszym w nauce. Wszyscy niemal uczniowie i uczennice wykupili udziały, uprawniające ich do należenia do spółdzielni uczniowskiej, sprzedającej im pomoce naukowe po tańszych cenach, aniżeli sklepy prywatne. Niedługo, a czysty zysk sklepiku szkolnego przekroczył sumę pięćdziesięciu złotych. Jeden z nauczycieli skontrolował książkę rachunkową kooperatywy i znalazłszy wszystko w porządku pochwalił zarząd. Bibliotece przybyło więcej jak dwadzieścia tomów, uczniowie przy tym dbali sami o porządek w czasie wydawania książek: gwar i rozgardiasz, który dotąd tam panował, kiedy każdy się pchał, by być pierwszym, ustał zupełnie. Raz w tygodniu, wieczorem, zbierają się uczniowie z nauczycielem i każdy opowiada co przeczytał ciekawego.

Założono też „kasę pożyczkowo-oszczędnościową” i uchwalono, że w czasie wakacji wyruszą wszyscy wraz z nauczycielem na wycieczkę w góry. Zarząd uczniowski obliczył, że zapas pieniędzy w kasie oszczędnościowej nie wystarczy na ten cel, postanowiono zatem urządzić przedstawienie, połączone ze śpiewem i deklamacją, a nawet wypożyczyć aparat filmowy dla zademonstrowania jakiejś sceny komicznej. Z biletami nie było kłopotu. Uczniowie je rozsprzedali rodzicom i znajomym. Chodzi wszak o czysty zysk w wysokości jakichś dwustu złotych. Taka mianowicie suma brakuje na przygotowania wycieczkowe: trzeba zakupić 8 plecaków, dwie piłki nożne, aparat fotograficzny, by uwiecznić urocze miejscowości górskie, a również zdjąć na pamiątkę uczestników wycieczki. Wieczór udał się znakomicie. Deklamacje, śpiew, komedyjka, film –bardzo się licznym gościom podobały.

Podczas mroźnej zimy zaproponowało kilka uczennic, by zakupić trzy pary łyżew do ślizgawki na zamarzniętym stawie. Toż to tak przyjemnie się poślizgać, a tu nikt nie może za własne pieniądze kupić łyżew. Propozycję przyjęto. Zakupiono łyżwy i codziennie kto inny na zmianę się ślizgał. Wszyscy się cieszyli z tej dobrej myśli.

Kiedy nadeszło lato, udała się klasa na wycieczkę w góry, zabierając kupiony aparat fotograficzny. Wszyscy zdrowo wrócili z wycieczki, ogorzali ze słońca, weseli, zaopatrzeni w wiele zdjęć. W nowym roku szkolnym kooperatywa została powiększona; wszystko prawie można było w niej nabyć; zysk wynosił ponad 300 złotych. Zgodnie z uchwałą ogólnego zebrania członków zakupiono po trzy egzemplarze podręczników szkolnych dla wypożyczenia ich tym kolegom, których nie stać na kupno własnych książek szkolnych. Z pozostałej części zysku, przeznaczonego na potrzeby szkolne, zakupiono mały kinematograf.

Radość, która zapanowała w szkole, kiedy listonosz przyniósł do szkoły skrzynkę z aparatem kinematograficznym oraz kilkoma filmami, nie da się po prostu opisać. Nazajutrz wieczorem zebrała się w auli szkolnej cała młodzież wraz z nauczycielstwem i rodzicami, by podziwiać nabyty aparat. Na płótnie, rozwieszonym na ścianie, ukazały się przed oczyma zebranych sceny z życia dzikich zwierząt w lasach afrykańskich, obrazy z życia dzieci w Erec-Izrael oraz zwyczajów Indian w Północnej Ameryce. Po przedstawieniu, które się wszystkim nadzwyczaj podobało, przemówił jeden z członków zarządu do zebranych w te słowa:

„Również my, uczniowie, pomimo że jesteśmy bardzo młodzi, możemy wiele zdziałać. Nie myślcie zatem, że tylko dorośli powinni wszystko dla nas robić. Być może, że każdy z nas z osobna jest słaby i czegoś większego dokonać nie jest w stanie – ale społem pomagamy sobie wzajemnie, dbamy o rozwój szkoły. Dawniej zdarzały się u nas kłótnie i niesnaski, ale odkąd istnieje kooperatywa, w której działalności wszyscy są tak zainteresowani, nastały u nas lepsze stosunki, oparte na przyjaźni i gotowości wzajemnych usług. Prawda, niekiedy zdarza się, że jeden z drugim się pokłóci lub ktoś coś zbroi. Ale to są wyjątki i kiedy tylko reszta kolegów zwróci uwagę winnemu na niewłaściwość postępowania, jesteśmy pewni, że w przyszłości to się już nie powtórzy. Oto jest siła organizacji i dlatego powiadam: Niech żyje nasza kooperatywa!”.

Wszyscy przyznali słuszność wypowiedzianym myślom i mówcę gorąco oklaskiwali.

Ale szkoła, o której mowa, nie stanowi wyjątku. W każdej szkole ludowej, a nawet gimnazjum, gdzie tylko znajdowali się dzielni i rozsądni uczniowie (a czyż jest szkoła, w której by uczniów takich nie było?) i dokąd tylko dotarła wiadomość o sile wzajemnej pomocy i jej wpływie na dzieci – zakładano wnet spółdzielnie.

Czy chcecie założyć taką spółdzielnię również w waszej szkole?

Na pewno czytaliście w książce lub gazecie, że młodzież jest przyszłością narodu i że jeżeli ona będzie dobrą i pilną, to i przyszłość narodu będzie lepsza i świetniejsza. Kooperacja dąży do stworzenia bardziej sprawiedliwej przyszłości dla wszystkich warstw narodu i bardzo dobrze, że ucząca się młodzież nie czeka, aż podrośnie, tylko bierze już udział w ruchu spółdzielczym i przyzwyczaja się w zakładanych kooperatywach urzeczywistniać zasady sprawiedliwości, przyjaźni i wzajemnej pomocy.

Kiedy podrośniecie, na pewno będziecie pionierami urzeczywistniania zasad spółdzielczości, gdzie byście się nie znajdowali.

Mojżesz Gordon

Powyższy tekst to cała broszura, wydana nakładem Działu Wydawniczego Związku Żydowskich Towarzystw Spółdzielczych w Polsce, Warszawa 1930. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Mark Gregory: Z piersi i z pieśni

Mark Gregory: Z piersi i z pieśni

Niezależnie od miejsca na świecie i momentu w historii, walka o równość i demokrację odbywa się zwykle ze śpiewem na ustach.

Związki zawodowe mają co najmniej dwieście lat historii. Narodziły się w czasach, gdy nie mogły działać jawnie, ze względu na panujące prawo (w Wielkiej Brytanii stanowiły je tzw. ustawy o zrzeszeniach, combination acts), które uznawało wszelkie formy samoorganizacji pracowników najemnych lub pracodawców za nielegalne. Nie trzeba dodawać, że przepisy te wykorzystywano wyłącznie przeciwko pracownikom – w czasach, kiedy jedynie pracodawcy i klasa posiadaczy mieli czynne i bierne prawo wyborcze oraz realny wpływ na stanowienie prawa.

Z tego względu związki zaczęły zabiegać o powszechne prawo wyborcze, które umożliwiłoby im wyjście z podziemia. O brytyjskiej demokracji mówi się tak, jakby rozciągała się na setki lat wstecz, tymczasem aby większość mieszkańców uzyskała prawo udziału w wyborach, niezbędne były wysiłki wielu kolejnych pokoleń. W Wielkiej Brytanii dopiero w latach 20. XX wieku kobiety uzyskały prawa wyborcze. Związki zawodowe od zawsze należały do tych organizacji, które zarówno same opierały się na wewnętrznej demokracji, jak i walczyły o bardziej demokratyczny ustrój. Dość szybko zwróciły także uwagę na korzyści z tworzenia sojuszy z podobnymi sobie zrzeszeniami, w kraju i na świecie. Jak głosi pieśń: „Na zawsze solidarni!” (Solidarity Forever).

Istnieje duży opór przed uznaniem historycznej roli związków jako siły modernizującej, a często wręcz całkowicie się ją pomija. Tymczasem w pieśniach, wierszach i opowieściach, będących w każdym kraju częścią tradycji ruchu pracowniczego, znaleźć możemy całkowicie odmienne spojrzenie na dzieje powszechne. To, że są one mało znane szerszemu odbiorcy, wiele mówi o tym, jak bardzo obowiązująca wizja historii opiera się na oficjalnych dokumentach, kosztem ustnych przekazów na temat poszczególnych wydarzeń. Dziś możliwe jest znaczne poszerzenie naszego oglądu wspólnej historii, dzięki potraktowaniu pieśni i wierszy jako „relacji z przemian społecznych”. Liczni kronikarze tego dziedzictwa kulturowego, w ogromnej części niezbadanego, pozostawili nam w spadku niezwykłe bogactwo. Co istotne, jest to ten rodzaj tradycji, który choć czasem wydaje się zanikać niemal do szczętu, ostatecznie zawsze odzyskuje swoją żywotność.

***

Bywa, że połączone głosy sprzeciwu milionów ludzi na całym świecie zostają zignorowane przez potężne siły. Tak było w przypadku globalnego protestu wobec inwazji na Irak, której przewodziły USA. W mojej rodzinnej Australii w 2003 r. około miliona osób demonstrowało przeciwko wojnie, jednak nasz premier po prostu to zlekceważył. Choć na fali tego sprzeciwu powstało wiele pieśni i wierszy, w gazetach można było przeczytać rozważania na temat tego, „gdzie się podziały protest-songi”.

Wychodzi na to, że dziennikarze wypatrywali ich na listach przebojów i po prostu umknęły im – lub zbagatelizowali je – utwory powstające w zupełnie innym obiegu. Tak się często dzieje w czasach dominacji tzw. mediów masowych – jakże wiele ciekawych wydarzeń nie jest przez nie uznawanych za „wystarczająco atrakcyjne”. Zalew reklam oraz nieustanne poszukiwanie sensacji zdają się być wprost wymierzone we wszelkie autentyczne działania kulturotwórcze.

Bo przecież mało kto kwestionuje fakt, że wspólne śpiewanie pieśni jest ważną częścią każdej kultury. O ile wiadomo, były częścią ludzkiej cywilizacji od samych jej początków. Niektóre z nich, np. te o charakterze religijnym, są ściśle związane z konkretnymi aspektami życia społecznego. Także poszczególne narody mają własne pieśni: są nimi ich hymny. Z kolei związki zawodowe zajęły ważne miejsce w społeczeństwie zaledwie nieco ponad dwustoma laty, po rewolucji przemysłowej. Zwłaszcza włókniarze i górnicy mają już jednak bogate tradycje związane z własnymi pieśniami. O czym nie można zapomnieć: pieśni są pisane i wykonywane przede wszystkim wtedy, kiedy istnieją ludzie, którzy chcą ich słuchać.

Choć zrzeszanie się było jeszcze wtedy nielegalne, w 1779 r. angielscy tkacze wspólnie zniszczyli nowe krosna mechaniczne w wiosce Anstey. Podziemne sprzysiężenie tkaczy, które stało się znane jako Luddyści, działało na zasadach ścisłej tajności. Rząd był bardzo zdeterminowany, by się z nimi ostatecznie rozprawić; doszło nawet do tego, że niszczenie maszyn przemysłowych zostało uznane za przestępstwo zagrożone karą śmierci. W roku 1813 siedemnastu robotników zostało straconych, wielu innych skazańców wywieziono do Australii.
Pozostała nam po tych podziemnych organizacjach nikła liczba świadectw, zachowało się natomiast trochę pieśni. Oto „Tkalnia Fostera” (Foster’s Mill), pod którą zapisano datę 1912 r.:

Niezłomni sukna postrzygacze,

niechaj wam serca w piersiach rosną!

Spójrzcie na waszych w Yorku braci:

biorą się za Fostera krosno.

 

Łuna nad tkalnią rozgorzała

wybiegli ludzie wprost spod pierzyn;

w księżyca blasku drżącym tłumem

ugasić pożar miasto bieży.

 

A oni ramię w ramię stojąc

się zaklinają na Święty Duch,

że nie pozwolą cebrom z wodą

by je ktokolwiek puścił w ruch!

 

My też staniemy ramię w ramię

nasze przysięgi równie srogie;

puścimy z dymem postrzygalnie

– i resztę maszyn, co nam wrogie!

 

Jako że związki zawodowe były u swej kolebki czymś wyjętym spod prawa, nie powinno dziwić, że przywiązywały szczególną wagę do własnej historii i tradycji. Można wskazać wiele „pokoleń” pieśni walki i protestu, które łącznie składają się na alternatywną historię społeczną, historię widzianą z perspektywy „dołów”.

Etnografowie zaczęli postrzegać tego rodzaju twórczość jako ważne świadectwo zmian społecznych, dlatego obecnie jest ona ceniona bardziej niż kiedykolwiek – nadal pozostając światem niemal niezauważanym przez ogół. Gromadzenie i popularyzowanie takich pieśni jest niełatwym zadaniem, jednak wysiłek włożony w ich badanie zwraca się z dużą nawiązką: pozwala lepiej zrozumieć wkład, jaki w kulturę wniósł zorganizowany ruch pracowniczy.

***

Niedawno miałem okazję uczestniczyć w imprezie będącej hołdem dla Jacka Mundeya w 80. rocznicę jego urodzin. Ten robotnik budowlany i przywódca związkowy stał się w Australii sławny w latach 70. z powodu swojego wkładu w zachowanie dużych fragmentów historycznej zabudowy Sydney przed wyburzeniami.

Związek, któremu przewodził, Builders Labourers Federation (BLF), zorganizował wspólnie ze społecznościami lokalnymi tzw. zielone strajki (green bans) w obronie miejsc o szczególnym znaczeniu przyrodniczym oraz budynków wyjątkowo cennych pod względem historycznym. Prasa i politycy owego okresu z ogromnym lekceważeniem wypowiadali się na temat koncepcji, w myśl której robotnicy budowlani mogliby mieć cokolwiek do powiedzenia na temat losów zabudowy miejskiej. Tymczasem zielone strajki stały się ważną inspiracją w wielu krajach świata. W Niemczech Petra Kelly założyła Partię Zielonych, a ruchy związkowe zaczęły uświadamiać sobie istnienie problemów ekologicznych. Podczas uroczystości na cześć Mundeya odśpiewano szereg pieśni, które powstały przy okazji zielonych strajków, jak „Zielone strajki teraz i zawsze” (Green Bans Forever), „Miasto zieleni” (City of Green), „Pomniki” (Monuments), „Szkło i beton dziś w natarciu” (Under Concrete and Glass), ale i „Na zawsze solidarni!”, hymn IWW [Industrial Workers of the World (Robotnicy Przemysłowi Świata), radykalna międzynarodowa organizacja związkowa, bliska ideologii anarchosyndykalistycznej – przyp. red.], napisany podczas I wojny światowej. Zapoznajcie się z fragmentem „Szkło i beton dziś w natarciu”, pieśni znanej także pod tytułem „Wśród Zachodnich Przedmieść” (Across the Western Suburbs):

Tu, gdzie stoisz, stał mój piękny mały domek

w gruzy zmienił go chciwości strasznej walec

dziś ekipa rozbiórkowa wyburzyła go bez słowa

wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.

 

Refren:

Szkło i beton dziś w natarciu, Stare Sydney – na wymarciu

w gruzy zmienia je chciwości strasznej walec

my nie chcemy się stąd ruszać, lecz się nas do tego zmusza

wśród Zachodnich Przedmieść każą się odnaleźć.

 

Mój dom to dziś klitka ciasna, w bloku na obrzeżach miasta

ech, chłopaki, na sam widok chce się płakać…

aż po dach, który przecieka, obciążona hipoteka

jeszcze tylko przez pół wieku mam go spłacać.

 

Przyszła już najwyższa pora skończyć rządy „inwestora”

przecież widać, jaka straszna jest to plaga

mafii dasz rozwinąć skrzydła – zaraz zrobi cię bez mydła

…i obudzisz się gdzieś aż za Wagga Wagga!

Powyższy przykład udowadnia, że bojowym działaniom „tu i teraz” mogą z powodzeniem towarzyszyć bojowe pieśni z dawnych czasów. Zawarty w nich sposób postrzegania świata nie przestaje bowiem istnieć: trwa w kulturze, ale i przekazywany jest w łonie organizacji.

Pieśń związkowa, tak jak i każdy inny utwór, stanowi element wspólnego śpiewnika całego społeczeństwa. Bywa, że staje się popularna wiele lat od jej napisania czy pierwszego wykonania. Weźmy pieśń Woody’ego Guthrie, „Ten kraj należy do ciebie” (This Land is Your Land). Napisana została w 1940 r., podczas II wojny światowej, Guthrie nagrał ją w 1944 r., z kolei jej słowa opublikowano w 1956 r. Dużą popularność zyskała w USA (ale i w innych krajach) w latach 60.; pierwszy raz usłyszałem ją na początku 1962 r. na obozie w Springwood w Górach Błękitnych na zachód od Sydney. Od tamtych czasów nagrano ją i wydano wiele, wiele razy. Jej słowa zmieniano i tłumaczono, dopisywano nowe, ale i cenzurowano dotychczasowe. W 2002 r. utwór znalazł się wśród 50 nagrań, które Biblioteka Kongresu uznała za godne dopisania do Narodowego Rejestru Nagrań.

Na początku ubiegłego roku oglądałem, za pośrednictwem Internetu, jak zbliżający się do dziewięćdziesiątki Pete Seeger na koncercie z okazji objęcia urzędu przez Baracka Obamę porwał za sobą ogromną widownię. Wspólnie odśpiewano pieśń „Ten kraj należy do ciebie” – łącznie z trzema zwrotkami, które zwykle się omija, z racji ich jednoznacznie politycznego przesłania:

Na ulicach tego miasta,

w cieniu wielkich chmur drapaczy

i w kolejce po zasiłek

– dziś widziałem moich braci.

Kiedy stali, wygłodniali,

takie słowa wyszeptałem:

ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.

 

Mur wysoki aż do nieba

kazał mi zakończyć drogę,

a litery na tablicy

mówią: dalej iść nie mogę.

I zostałem po tej stronie,

o której tablica milczy

tę stronę stworzono dla ciebie i dla mnie.

 

Nikt na ziemi

mi nie zabroni

kroczyć przed siebie

autostradą wolności;

nikt na ziemi

nie jest w stanie mnie zawrócić,

bo ten kraj stworzono dla ciebie i dla mnie.

Jak wiele innych pieśni związkowych, pieśń ta niesie w sobie zarówno ładunek historii, jak i potencjalny ładunek wybuchowy na dzisiejsze czasy. Napisana pod koniec poprzedniego wielkiego kryzysu, przywitano nią prezydenta, po którym oczekuje się powstrzymania pierwszego kryzysu XXI w.

***

Bez wątpienia Woody’ego Guthrie można uznać za ważnego autora pieśni związkowych. Jednak wielu twórców tego rodzaju utworów nie jest szerzej znanych, o ile w ogóle nie pozostają anonimowi. Co więcej, wiele utworów śpiewanych przez związkowców stanowi parodię powszechnie rozpoznawanych piosenek. Joe Hill, bard i męczennik IWW działający w Stanach Zjednoczonych (choć urodzony w Szwecji), napisał cały szereg pieśni opartych na hymnach lub je parodiujących. Związek wsławił się pieśniami, wydanymi w postaci niewielkiego czerwonego śpiewnika, zatytułowanego „Rozniecając płomienie buntu” (To Fan the Flames of Discontent).

Oddziały IWW, utworzonego w 1905 r. w Chicago, zaczęły szybko powstawać w innych krajach, jak Kanada, Australia czy Chile, a wpływ działalności związku można było odczuć w Irlandii, Afryce Południowej, Skandynawii, Chinach… Jedną z jego naczelnych zasad, z której zasłynął, była walka z uprzedzeniami rasowymi, które postrzegał jako narzędzie rozbijania solidarności świata pracy; był też zawziętym przeciwnikiem wojen, w ramach których robotnicy z poszczególnych krajów mieli zabijać swoich towarzyszy z innych. W 1916 r. w Sydney siedmiu członków IWW zostało skazanych na karę piętnastu lat więzienia za działalność antywojenną, inni dostali wyroki pięcio- i dziesięcioletnie. Bill Casey, członek IWW, który później został sekretarzem Seamen’s Union of Australia [australijskiego związku zawodowego marynarzy floty handlowej – przyp. red.], napisał „Do sejmu niczym z procy” (Bump me into Parliament), poświęconą politykom tamtego okresu. Oto kilka zwrotek:

Nadstawcie uszu, dobrzy ludzie!

Formalny wniosek tutaj zgłaszam:

ptasiego mleczka dla każdego!

Mam na to patent pierwsza klasa:

 

Refren:

Elektoracie, wystrzel mnie

do sejmu, niczym z procy!

Nieważne, jak to zrobić chcesz

zrób wszystko, co w Twej mocy!

 

Kolegów mam, z nadzorczych rad

co mówią, że się nadam,

bo senatorski rozum mam

i wzruszająco gadam.

 

Ja z tobą, ludu pracujący!

Wraz z wyklętymi chcę powstawać!

Mam na to sposób niezawodny,

to „podkomisja” i „ustawa”.

 

Pracownik z szefem się dogada

nam niepotrzebne spory nowe;

już ja ustawą poustawiam

te całe związki zawodowe!

Duch pieśni i filozofii IWW unosi się nad wszystkimi hymnami związkowymi, powstałymi w późniejszych okresach. Związki zawodowe na całym świecie sprzeciwiały się inwazji na Irak, podobnie zresztą jak przywódcy religijni. Świadectwa oporu przeciwko wojnie odnaleźć można w australijskich pieśniach związkowych; gdy mowa o wojnie w Wietnamie, na myśl przychodzą „Pokój jest sprawą związkowców” (Peace is Union Business) oraz „Boonaroo” – w 1967 r. członkowie Seamen’s Union of Australia odmówili służby na statku handlowym o tej nazwie, który pełen ładunku dla wojska szykował się do rejsu do Wietnamu. W latach 50. australijskie związki zawodowe pracowników branży morskiej uniemożliwiły holenderskiej marynarce wojennej próby utrzymania kolonialnego statusu Indonezji. W 1937 r. należący do związków robotnicy udaremnili eksport żeliwa do Japonii, w sprzeciwie wobec jej napaści na Chiny. W 1964 r. Clem Parkinson poświęcił tamtej akcji „Żeliwną piosenkę” (The Pig-iron Song):

Czy nie byłeś nigdy ciekaw, czemu pracownicza brać

„Człowiekiem z żeliwa” zwykła Roberta Menziesa zwać?

Fascynuje ta opowieść, chociaż ma już tyle lat

obowiązek ma ją poznać cały robotniczy świat!

 

Refren:

Nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm

nici ze statku załadunku, nie daliśmy się zastraszyć!

Kiedy stawką demokracja, zawsze walczy się do końca

tak jak z krajem Wschodzącego, mocno Brunatnego Słońca.

 

Był to rok trzydziesty siódmy, gdy japoński imperializm

postanowił na kolana dumny chiński lud powalić.

Chłopski naród walczył dzielnie, choć miał karabinów mało

za to w australijskich dokach miał przyjaciół armię całą.

 

Prokurator Menzies orzekł: „Wypłynięcie kto blokuje,

ten do życia w ciasnej celi niech od jutra się szykuje!”.

Ale nikt się nie wyłamał, równo twardzi chłopcy nasi

– nie dostał od nas żeliwa zrodzony w Japonii faszyzm!

 

Polityku-sprzedawczyku, ktoś twe winy zmazać musi

krzyż ten niosą robotnicy gdzieś w Gwinei Nowej głuszy.

Dla pokoleń przyszłych tej historii jest przesłanie:

aby pokój mógł się ziścić – stać musimy ramię w ramię!

***

Patrząc z perspektywy globalnej, postawa ruchu pracowniczego odegrała ważną rolę w walce z dyskryminacją, kolonializmem, apartheidem, niewolnictwem, wojną i grabieżą ekonomiczną. Fundamentem związkowego światopoglądu jest przekonanie o konieczności tworzenia – w skali lokalnej, krajowej i międzynarodowej – oddolnych, niezależnych organizacji, opartych o ideały powszechnej równości i sprawiedliwości. Związki zawodowe uważają bezpieczeństwo w miejscu pracy, bezpłatną opiekę zdrowotną i edukację za podstawy cywilizowanego społeczeństwa. Stojące przed nimi wyzwania, w dobie korporacyjnej globalizacji i nadciągającego kryzysu ekologicznego, spowodowanego brakiem jakiejkolwiek kontroli nad działaniem „sił rynkowych”, są coraz większe, a potrzeba stawienia im czoła – nagląca. Mnóstwo naszych współczesnych zmartwień stanowią zatem kwestie, którym autorzy pieśni zdążyli już poświęcić naprawdę dużo uwagi.

Na mojej stronie internetowej, www.unionsong.com, zgromadziłem wiele takich utworów, w przekonaniu, że są one czymś niezmiernie ważnym. Pieśni związkowe powstają wszędzie, gdzie tylko istnieją związki zawodowe. Niedawno, na japońskim festiwalu filmowym miałem okazję obejrzeć koreański film dokumentalny „Nie wrócę na noc” (Weabak: Stayed Out All Night), wyreżyserowany przez Kim Mi-re. Pracownice supermarketu, które przeprowadziły 16-miesięczny strajk okupacyjny, nieustannie pisały i śpiewały pieśni na temat swojej walki. Gdyby nie film, nigdy nie usłyszałbym o tych utworach, ani o samym strajku. Żyjemy w świecie, w którym tego typu rzeczy nie zwracają na siebie uwagi tzw. mass mediów. Tak zresztą było zawsze, dlaczego więc jesteśmy zaskoczeni, przyłapując samych siebie na totalnej niewiedzy na temat historii, kultury i pieśni związków zawodowych? To ulotne dziedzictwo, dlatego powinniśmy wspomóc jego zachowanie dla przyszłych pokoleń.
Wymagać to będzie skoordynowanych działań w kierunku gromadzenia i udostępniania tych „relacji z przemian społecznych”. Internet stanowi bardzo dobre narzędzie zbierania takich pieśni i ich ochrony przed zapomnieniem, ale także zachęty do tworzenia nowych. Rzadko która osiągnie popularność „Na zawsze solidarni!” czy „Ten kraj należy do ciebie”, jednak każda z nich oferuje sposób patrzenia na świat niemal nie zauważany przez wielkie koncerny.

Mark Gregory

Tłum. Włodzimierz Kaniec

Teksty piosenek przełożył Michał Sobczyk

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 49 w roku 2010.

Mark Gregory (ur. 1943) – etnograf, muzyk i producent. Pieśniami związkowymi zainteresował się w latach 60., uczestnicząc w pracach nad śpiewnikiem Towarzystwa Miłośników Muzyki Ludowej przy Uniwersytecie w Sydney, zatytułowanym „Songs of Our Times” (Pieśni naszych czasów). W latach 70. w Londynie współtworzył Cinema Action, radykalny projekt filmowy, pisząc piosenki na potrzeby dokumentów poświęconych protestom pracowniczym; działał też w brytyjskich związkach zawodowych. Autor wystąpień i publikacji na temat pieśni związkowych i ich dokumentowania, prezentowanych na licznych konferencjach i festiwalach. Jego praca dyplomowa z muzykologii, obroniona na Uniwersytecie Macquariego, w 2007 r. ukazała się w wersji książkowej, pod tytułem „Sixty Years of Australian Union Songs”. Twórca internetowego zbioru niemal siedmiuset pieśni i wierszy o szeroko rozumianej tematyce związkowej: www.unionsong.com. W roku 2014 obroni pracę doktorską pt. „Australian working songs and poems – a rebel heritage”.

Wspólnymi siłami – świat pracy i ruch ekologiczny

Z Francescą Re David i Stefanią Barca rozmawia Lorenzo Marsili

Stawianie przeciwko sobie zwolenników ochrony przyrody oraz ruchu pracowniczego to sprawdzona taktyka, służąca interesom ludzi, których nie obchodzi żadna ze spraw, o którą grupy te walczą. Lekceważy ona fakt, iż cierpiący z powodu zanieczyszczeń środowiska wywodzą się najczęściej z tych samych społeczności robotniczych, których interesy mają reprezentować związki zawodowe. Pomija również długą historię walk ekologicznych i pracowniczych, odnoszących sukcesy dzięki wspólnemu poruszaniu tych dwóch kwestii. Lorenzo Marsili w przeprowadzonych przez siebie dwóch wywiadach sprawdza sytuację we Włoszech, pytając o to, czym w XXI wieku jest środowisko dla świata pracy oraz w jaki sposób ruch klimatyczny i związki zawodowe mogą działać jako sojusznicy.

***

FIOM – federacja związkowa zrzeszająca osoby pracujące w sektorze metalurgicznym – chroni interesy zatrudnionych w jednej z najbardziej zanieczyszczających środowisko branż gospodarki, sięgającej od produkcji stali aż po samochody. Czy postrzega ona potrzebę ekologicznej transformacji przemysłowej w kategoriach szans czy zagrożeń?

Francesca Re David: Związki między produkcją przemysłową a stanem środowiska przez długi czas były ignorowane. W trakcie trwającego po II wojnie światowej boomu ekonomicznego właściwie się nad nimi nie zastanawiano. Działo się to w sytuacji, gdy kluczową rolę we włoskim przemyśle ciężkim odgrywały podmioty państwowe, teoretyczne zobowiązane do myślenia wykraczającego poza stopy zysku – mimo to zainteresowanie wpływem przemysłu na przyrodę było właściwie zerowe.

Kwestia transformacji społecznej i ekologicznej jest dziś kluczowa dla działania związków zawodowych. Oba te aspekty zmian muszą iść ramię w ramię. To, że tego typu myślenia w ostatnich latach często brakowało, skutkował porażkami doświadczanymi przez lewicę w minionych dekadach. To firmy, a nie pracownicy generują zanieczyszczenia. To, co właściwie jest produkowane, ustalane jest przez osoby dysponujące władzą i kontrolujące produkcję. Wrażliwa na kwestie społeczne transformacja ekologiczna stanowi świetną okazję do tego, by poszerzać nasze prawa w miejscach pracy. Proces ten można zacząć od nadania większej rangi głosowi pracowników oraz od odejścia od traktowania maksymalizacji zysków jako jedynego celu działania przedsiębiorstwa.

Pobawię się jednak w adwokata diabła. Można dowodzić, że wasze miejsca pracy zależą od konsumpcjonizmu i niszczenia planety. Im więcej ludzie kupują, tym większe staje się zapotrzebowanie na wzrost produkcji – poprawia się przy tym również pozycja negocjacyjna pracowników. W jaki sposób możemy zerwać z tą zależnością?

Francesca Re David: Związki zawodowe zrzeszają osoby, których poziom życia zależy nie od renty ekonomicznej, ale od własnej pracy. Na prawa pracownicze składają się płace, bezpieczeństwo i higiena w miejscu zatrudnienia, a także możliwość wpływu na jego kształt. Współdecydowanie oznacza wpływ na to, co i w jaki sposób jest produkowane – a tym samym na efekt, jaki procesy te będą mieć na ludzi pracujących lub mieszkających w pobliżu zakładu. Każdy etap transformacji i rozwoju technologicznego przejawia się w inny sposób i w odmienny sposób zmienia warunki pracy i produkcji.

Nie oznacza to, że nie powinniśmy już produkować niczego. Powinniśmy, tyle że w inny sposób – skupiając się np. na recyklingu czy ponownym użytkowaniu. Globalizacja przyczyniła się do poszerzenia rynków oraz możliwości związanych z tym faktem. To słuszne, by każda osoba na świecie miała lodówkę – nie możemy myśleć, że jakaś część świata ma prawa do sprzętów gospodarstwa domowego, a jakaś inna część ma być go pozbawiona.

Powojenny kompromis, którego symbolem byli robotnicy przyjeżdżający do fabryk własnymi samochodami, opierał się na połączeniu wzrostu produkcji przemysłowej z ochroną socjalną. Po latach kapitalizmu finansowego kompromis ten uległ załamaniu. Czy próbując zachować to, co z niego zostało, ryzykujemy, że nie będziemy w stanie wyobrazić sobie nowego podejścia do tworzenia dobrobytu i kształtowania polityki przemysłowej?

Francesca Re David: Włochy nie miały własnej polityki przemysłowej od momentu wejścia do strefy euro. Unia Europejska, stawiając nacisk na prywatyzację, pomogła w tym procesie, przez co kraj – chyba bardziej niż gdzie indziej – przeszedł na wiarę w samoregulujący się rynek. Od tego czasu można było obserwować wzrost nierówności oraz wyprzedaż kluczowych elementów majątku państwowego. Przemysł produkcji żelaza i stali rozwinął się dzięki wsparciu publicznemu – dziś jednak kontrolowany jest przez ponadnarodowe korporacje, które robią, co im się podoba i nie są przywiązane do określonego terytorium, często nie płacąc w nim podatków. Innym rzucającym się w oczy przykładem są komputery i technologie cyfrowe. Olivetti – włoska firma – wynalazła komputer osobisty. Dziś cały ten sektor odszedł w niepamięć [1].

Dobrym przykładem może tu być również Telecom Italia. W latach 90. XX wieku, jeszcze jako firma państwowa, wynalazł SMS i nieomal kupił Vodafone…

Francesca Re David: Za to dziś Włochy już tylko obrabiają produkty wytworzone gdzie indziej. Kraj ma drugi pod względem wielkości sektor przemysłowy w Europie, ale przemożny wpływ na jego kształt mają korporacje. To one decydują, gdzie będą działać i jaki będzie ich wpływ na warunki społeczne czy regulacje środowiskowe.

Swoboda przepływu kapitału to potężna broń w walce z żądaniami socjalnymi i ekologicznymi, czego krytyka stanowi dziś paliwo dla nacjonalistycznej prawicy. Jaka może być progresywna odpowiedź na dumping socjalny czy przenoszenie produkcji?

Francesca Re David: Musimy nauczyć się działać na szczeblu europejskim. To paradoks, że fundusze unijne, mające wspierać biedniejsze państwa członkowskie, prowadzą często do sytuacji, w której przenosiny tej czy innej firmy obniżają jakość życia w krajach, które wykładają te pieniądze na stół. Intensywnie dyskutowany dziś kryzys w rozwoju przemysłu tak naprawdę nie ma miejsca – firmy rosną w siłę, tyle że poprzez przenosiny produkcji. To tak naprawdę kryzys dobrych warunków pracy i uczciwej konkurencji. Europejski ruch związkowy nie udzielił w ostatnich latach przekonującej odpowiedzi na te wyzwania. Od początku XXI wieku FIOM toczy rozmowy z naszymi partnerami, w trakcie których namawiamy ich do stworzenia jednej centrali związkowej na szczeblu europejskim. Postulat ten wciąż nie został zrealizowany, przez co na szczeblu unijnym wszelkie działania realizują związki z poszczególnych państw członkowskich.

Na ulice miast wyszły setki tysięcy ludzi, zmobilizowanych kwestią kryzysu klimatycznego. Wydają się oni często oderwani od kwestii, które zaprzątają głowę tradycyjnemu ruchowi robotniczemu. Czy światy związkowców i aktywistów są w stanie się spotkać?

Francesca Re David: Niezależnie od sprzeczności między nimi, ten nowy ruch ekologiczny stanowi również wielką szansę. Ruch, który nie przejmuje się czy wręcz sprzeciwia się przemysłowi jako takiemu nie będzie w stanie odpowiedzieć na stojące przed nami wyzwanie. Spotykałam się z osobami reprezentującymi te ruchy, domagającymi się zamknięcia fabryk samochodów. Reprezentuję jednak pracowników – kwestią dla nas kluczową nie może być zamknięcie zakładu, lecz zmiany na linii produkcyjnej. Związki zawodowe i nowe ruchy na rzecz ochrony środowiska muszą prowadzić uczciwą rozmowę, poszukując efektów synergii i wzajemnego uczenia się. Tylko poprzez przywrócenie godności pracy możemy przyczynić się do stworzenia nowych relacji władzy, które umożliwią zmianę modeli produkcji. Jeśli nam się to nie uda, wówczas wciąż wygrywać będzie kapitał i jego dążenie do maksymalizacji zysków za wszelką cenę. Świat nie dzieli się na ekologów i na chcących zanieczyszczać środowisko robotników, lecz na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych – na kapitał i pracę. W pewnych kwestiach musimy wrócić do podstaw.

Skrajna prawica rośnie we Włoszech w siłę. Rząd jest niepopularny – brakuje mu jakiejkolwiek wizji zmian. Czy taką wizję mogą zapewnić związki zawodowe? Być może czas na powrót do żądania pełnego zatrudnienia czy skracania czasu pracy?

Francesca Re David: Ludzie zwracają się ku prawicy, bo poczucie osamotnienia i bieda budzą w nich gniew. Priorytetem jest przywrócenie wartości i godności pracy, w każdej z branż. Najnowszy film Kenia Loacha, „Nie ma nas w domu”, opowiadający o dostawcy przesyłek kurierskich, pokazuje jak bardzo samotna potrafi być praca w sektorze gig economy. Tak, musimy mówić o pełnym zatrudnieniu i o skracaniu czasu pracy – szczególnie biorąc pod uwagę dzisiejsze możliwości technologiczne. Korzyści z innowacji nie mogą czerpać wyłącznie ci, w rękach których znajdują się kapitał i maszyny. Płace we włoskim sektorze metalurgicznym od roku 2008 właściwie nie rosną, podczas gdy zyski firm uległy podwojeniu. Nie są one przeznaczane na inwestycje w transformację ekologiczną, wyższe płace czy krótszy czas pracy – finansują za to dywidendy dla akcjonariuszy.

Powinno być czymś oczywistym, że nierówności społeczne i ekologiczne muszą być uznawane za dwie strony tej samej monety. Czemu wciąż często tak nie jest?

Stefania Barca: Bywa tak całkiem często, choć nie zawsze w pełni konsekwentnie. Globalny ruch klimatyczny wskazuje dziś jasno, że walczy o globalną sprawiedliwość. W świecie, w którym poważnie traktujemy zarówno ludzi, jak i przestrzeń, odpady przemysłowe nie mogą być przerzucane na pracowników, społeczności robotnicze, obszary zamieszkiwane przez różnego rodzaju mniejszości czy ludność rdzenną, a także na ekosystemy.

Kwestie związane z kształtem świata pracy stanowią sam rdzeń sprzeczności ekologicznych, a ich unikanie może skutkować podminowaniem nawet największych wysiłków ruchów ekologicznych. Fakt ten coraz mocniej przebija się do świadomości, co przejawia się w istotnej zmianie świadomości środowiskowej. Jeszcze kilka lat temu w głównym nurcie dominowała wizja zazieleniania gospodarki za pomocą narzędzi rynkowych i rozwiązań technologicznych. 25 lat zakończonych porażkami szczytów klimatycznych COP, a także alarmujących raportów naukowych, pokazały jasno, że takie podejście nie sprawdziło się – podobnie jak przeciwstawianie miejsc pracy ochronie środowiska. Rynki i technologie nie pomagają w rozwiązaniu kryzysu ekologicznego. Zawodzą zarówno pracowników, jak i środowisko. Po dziesięcioleciach neoliberalnej propagandy, przekonującej wszystkich (czy to z prawa, czy z lewa), że „nie ma alternatywy”, ludzie w końcu zauważają, że alternatywy nie tylko istnieją, ale że to ich właśnie w tej chwili potrzebujemy.

Czy możemy się czegoś nauczyć z dawnych walk, w których ruch robotniczy i ekologiczny szły ramię w ramię?

Stefania Barca: Biorąc pod uwagę globalny kontekst, warto zauważyć, że istotnym osiągnięciem są tu wywalczone przez międzynarodowy ruch związkowy ściślejsze regulacje dotyczące różnego rodzaju zanieczyszczeń przemysłowych. Złotym wiekiem ekologii robotniczej były lata 60. i 70. XX wieku. W kodeksie pracy z roku 1970 włoskie związki zawodowe zagwarantowały bezpośrednią kontrolę pracowniczą nad czynnikami ryzyka w przestrzeni sprzedażowej – w tym nad zagrożeniami fizycznymi, chemicznymi czy radioaktywnymi. Związkowcy walczyli następnie o to, by rozciągnąć tak rozumiane prawo do zdrowego otoczenia na całą populację. Powołany do życia w roku 1978 publiczny system ochrony zdrowia wśród swoich obowiązków otrzymał również monitorowanie zanieczyszczeń przemysłowych. Mniej więcej w tym samym czasie najpotężniejszy związek zawodowy w Stanach Zjednoczonych, zrzeszający pracowników sektora paliwowego, chemicznego i jądrowego, przekonał Kongres do przyjęcia jednych z pierwszych – i najważniejszych – obowiązujących w tym kraju ustaw z zakresu walki z zanieczyszczeniami powietrza i wody – Clean Air Act w roku 1963, Clean Water Act w roku 1972, a także do powołania do życia Agencji Ochrony Środowiska (EPA) w roku 1970. Nowy urząd otrzymał za zadanie zagwarantowanie prawa do życia w czystym, bezpiecznym środowisku dla każdej osoby z amerykańskim obywatelstwem. Te nowe prawa zbyt często pozostawały jednak na papierze. Z powodu oporu tak rządów, jak i korporacji, wdrażane były niezbyt stanowczo, a stała mobilizacja ze strony części związków zawodowych pozostaje konieczna dla ich ochrony. Związki niestety zaczęły zapominać o swych obietnicach z zakresu ochrony środowiska, a ich mobilizacja w tym temacie w ostatnich dwóch, trzech dekadach osłabła. Nadszedł dziś czas na krytyczne spojrzenie na dotychczasowe działania i na ułożenie swych priorytetów na nowo.

W jaki sposób powinniśmy zapewnić większą rolę pracowników i ich reprezentantów w transformacji ekologicznej?

Stefania Barca: Odpowiedzi na to pytanie poszukuje wiele związków zawodowych i ich międzynarodowych konfederacji. „Sprawiedliwa transformacja”, czyli związkowa odpowiedź na kryzys klimatyczny, powstała jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku. Piękno tej idei tkwi w jej prostocie – koszty odejścia od paliw kopalnych nie mogą być przerzucane na pracowników. Jest ona również zbieżna z hasłami sprawiedliwości ekologicznej, będącymi ważnym punktem odniesienia dla ruchu klimatycznego. Zejście się tych dwóch ruchów w wielu miejscach dzieje się już teraz, choć oczywiście nie wszędzie. Nikt nie słyszał o sprawiedliwej transformacji w przypadku Tarano, a kto wie, czy nie i większej części włoskiego społeczeństwa. We wspomnianym Tarano związkowcy ze stalowni ILVA, a nawet i przedstawiciele ruchu ze szczebla krajowego, wciąż w dużej mierze poruszają się w obrębie dychotomii „środowisko kontra miejsca pracy” [2]. Efektem tego stanu rzeczy jest ogromna ilość wypadków przy pracy, chorób zawodowych, a także katastrofalny stan zdrowia publicznego w całej społeczności lokalnej, co potwierdzają najważniejsi krajowi eksperci z tej dziedziny. Niestety również i ekologia robotnicza zawiodła mieszkańców Taranto czy inne społeczności (po)przemysłowe. Zdradziła również interes publiczny, stawiając na model gospodarczy poświęcający środowisko i zdrowie publiczne na ołtarzu produkcji przemysłowej i wzrostu PKB. Ekonomia polityczna to oczywiście również ważna sprawa. Rządzące Włochami elity bardzo niechętnie spoglądały na regulacje sektora produkcyjnego, a nawet na tworzenie planu na rodzimy przemysł. Nigdy nie pójdziemy jednak naprzód, jeśli związki zawodowe nie zauważą swojego współuczestnictwa w tych negatywnych trendach. Dały się uwieść toksycznej opowieści, w której produkcja przemysłowa jest najważniejszym czynnikiem dobrostanu społecznego. Tylko jeśli nowe pokolenie osób działających w związkach poczuje się w obowiązku podjąć epokowe wyzwanie walki o sprawiedliwość ekologiczną i uznać ją również za swoją walkę, mającą realny wpływ na jakość życia osób pracujących i tworzonych przez nie społeczności, będziemy mieć szanse na realną zmianę.

Jesteśmy ofiarami biopolityki, która stworzyła pojęcie homo economicusa, a także winni udziału we wzroście gospodarczym napędzanym naszą hiperkonsumpcją. W jaki sposób możemy się wyrwać z tych zależności?

Stefania Barca: Kluczowe jest umieszczenie praw pracowniczych w samym centrum kampanii ekologicznych. Jeśli wspominane prawa – od bezpieczeństwa po godne płace – byłyby przestrzegane, wówczas nie istniałby problem (zbyt) tanich dóbr konsumpcyjnych. W przypadku zglobalizowanej gospodarki niezbędne są działania na globalną skalę. Międzynarodowe korporacje czy Światowa Organizacja Handlu (WTO) nie są wszechpotężne – międzynarodowa solidarność ludzi pracy mogłaby przyczynić się do osiągnięcia niemałych sukcesów, co pokazuje historia zwieńczonych sukcesem strategii i kampanii. Świat pracy był potężnym graczem przed nadejściem neoliberalizmu – znajdujemy się w momencie historycznym, w którym powinien na nowo zacząć odgrywać tę rolę. Świat nie dzieli się, jak głosić miał „zdrowy rozsądek”, na robotników i ekologów. Istniejący dziś globalny ruch klimatyczny pokazuje nam, że nie dzieli się już też w tak prosty jak niegdyś sposób na kapitał i świat pracy. Pracujący najemnie stanowią jedynie część światowego proletariatu, a pracujący w przemyśle jeszcze mniejszą część tego małego zbioru.

Spojrzenie na kryzys klimatyczny z perspektywy klasowej oznacza przeformułowanie konfliktu klasowego wokół osi kapitał kontra życie. Ruchy związkowe, jak zauważyła Anabella Rosenberg reprezentująca Międzynarodową Konfederację Związków Zawodowych, mają szansę znaleźć się po słusznej stronie historii. Uda im się to tylko wtedy, gdy uwolnią się od kapitalistycznego realizmu – myślenia, że nie ma alternatywy – i zaczną myśleć oraz działać w ramach globalnej, ekologicznej świadomości klasowej.

Powyższa rozmowa ukazała się pierwotnie w magazynu Green European Journal.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Przypisy:

1. Programma 101 – „Perottina” – był pierwszym modelem komputera osobistego. Po premierze w roku 1965 osiągnął globalny sukces. W roku 1969 został wykorzystany przez NASA na potrzeby lotu Apollo 11 na Księżyc. Dział elektroniczny firmy Olivetti został w roku 1964 sprzedany amerykańskiej firmie General Electric, ale Programma 101 został wyłączony z transakcji.

2. ILVA to największy w Europie zakład produkcji stali, położony w pobliżu centrum Taranto. Wraz z kooperantami daje pracę około 20 tysiącom ludzi. Generowane przez fabrykę zanieczyszczenia odpowiadają za wysokie wskaźniki zachorowania na nowotwory i choroby układu oddechowego w okolicy. W roku 2019 operujący z Luksemburga gigant z branży – indyjski ArcelorMittal – ogłosił swoje wycofanie się z produkcji w zakładzie, podając jako powód wysokie koszty dostosowania się do standardów z zakresu ochrony środowiska. Włoski rząd rozważa udzielenie wsparcia przedsiębiorstwu.

Leon Wasilewski: 1 maj w perspektywie dziejowej (1936)

Leon Wasilewski: 1 maj w perspektywie dziejowej (1936)

Zaledwie parę lat brakuje do pięćdziesiątej rocznicy ustanowienia święta majowego. I bardzo już mało towarzyszy pamięta pierwsze wystąpienia robotnicze w dniu tego święta – te skromne początki manifestacji majowych pod hasłem 8-godzinnego dnia pracy, które dopiero z biegiem czasu przekształciły się na coraz potężniejsze manifestacje międzynarodowej solidarności proletariatu.

Sami początkodawcy obchodów pierwszomajowych nie zdawali sobie zupełnie sprawy z tego, czym się one miały stać z czasem.

Jakżeż brzmi owo postanowienie międzynarodowego robotniczego kongresu socjalistycznego w Paryżu w roku 1889, które stało się punktem wyjścia dla manifestacji pierwszomajowych w przyszłości? Oto jego tekst: „Będzie urządzoną wielka międzynarodowa manifestacja w dniu oznaczonym dlatego, ażeby we wszystkich krajach i miastach jednocześnie robotnicy wezwali władze publiczne do wprowadzenia prawa ograniczającego liczbę godzin pracy do 8 godzin i do wykonania innych postanowień kongresu paryskiego. Zważywszy, że podobna manifestacja jest już naznaczona na 1 maja 1890 roku przez amerykański Związek Pracy na jego kongresie odbytym we wrześniu 1888 roku w St. Louis, termin ten jest przyjęty i dla manifestacji międzynarodowej. Robotnicy wszystkich krajów mają wykonać tę manifestację w warunkach, jakie im narzucają poszczególne położenia ich krajów” („Przedświt” nr 13-15 z roku 1889).

Ostatni ustęp tej uchwały liczył się wyraźnie z zastrzeżeniami towarzyszy polskich (popartymi przez tow. Plechanowa w imieniu towarzyszy rosyjskich), którzy oświadczyli, że w szczególnych warunkach, w jakich działają, „nie mogą całości oraz bytu organizacji swej poświęcić udaniu się manifestacji” i że wobec tego „ich agitacja słabsza będzie i nie zawsze odpowiadać może nawet tym chęciom, które sami mają” (tamże).

Najbliższa przyszłość miała prze łamać te skromne ramki, jakie projektodawcy paryscy zakreślali obchodowi majowemu. Miała ona też usunąć nieufność, z jaką – w odniesieniu do możliwości własnych – potraktowali te uchwały socjaliści polscy.

Pokazało się niebawem, że hasło skromnej manifestacji za 8-godzinnym dniem pracy znalazło tak potężny oddźwięk w masach proletariatu całego szeregu krajów, że święto majowe stało się niejako doroczną rewią narastających sił zorganizowanego proletariatu i potężna dźwignią rozwoju międzynarodowego ruchu socjalistycznego. A POLSKI proletariat okazał się wyjątkowo podatnym na hasło święta majowego. I to nie tylko w zaborze austriackim, gdzie warunki konstytucyjne dawały możność jawnego organizowania obchodów robotniczych, ale i w zaborze rosyjskim. Tu strajki pierwszomajowe, zwłaszcza olbrzymie poruszenie mas proletariatu łódzkiego w roku 1892 odegrało olbrzymią rolę w rozwoju naszego ruchu i było jednym z głównych czynników powstania Polskiej Partii Socjalistycznej i jej programu.

Proletariat polski we wszystkich trzech zaborach z całym entuzjazmem w ciągu długich dziesięcioleci brał udział w święcie majowym, niejednokrotnie składając ofiary ze swej krwi serdecznej w manifestacjach ulicznych. Tradycja obchodów majowych stała się u nas nieodłączną częścią świadomości socjalistycznej szerokich mas i robotnik polski nie pozwoli już nikomu wydrzeć sobie prawa manifestowania w dniu 1 maja na rzecz międzynarodowej solidarności proletariatu. Tym bardziej, że w dobie obecnej, kiedy rządzone przez dyktatorów społeczeństwa są opanowane szałem przygotowań do nowych wojen, tylko solidarny opór proletariatu socjalistycznego może zapobiec krwawej katastrofie ludzkości.

Leon Wasilewski

__________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik”, centralnym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, nr 145(6628)/1936, Warszawa, piątek 1 maja 1936 r. Od tamtej pory nie był wznawiany. Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z publikacji wydanej w roku 1905 przez działającą w zaborze austriackim Polską Partię Socjalno-Demokratyczną.

Leon Wasilewski (1870-1936) – wybitny działacz socjalistyczny i niepodległościowy, współzałożyciel Polskiej Partii Socjalistycznej, redaktor podziemnego „Robotnika” oraz pisma „Przedświt”, jeden z liderów socjalizmu niepodległościowego, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, teoretyk i publicysta socjalistyczny, wybitny znawca problematyki narodowościowej i mniejszości etnicznych w Europie Środkowo-Wschodniej, minister spraw zagranicznych w pierwszym centralnym rządzie niepodległej Polski, delegat na paryską konferencję pokojową, w II RP członek władz PPS oraz wydawca pism zbiorowych Piłsudskiego.

Zmartwychwstanie (1931)

Zmartwychwstanie (1931)

Święto Wielkiej Nocy jest najgłębszym symbolem zwycięstwa prawdy nad śmiercią. Bez żadnych przenośni ani specjalnej wykładni dziejów Jezusa Nazarejczyka widzimy przed sobą jego walkę nieubłaganą z tym wszystkim, co w panującym ówczesnym świecie żydowskim było zgniłe, kłamliwe, wrogie ludowi i reakcyjne. Religa żydowska była równocześnie prawodawstwem narodowym, a w ręku faryzeuszów stała się zbiorem przekręcań litery prawa, jawnym oszustwem na korzyść klasy panującej. Jawna prowokacja rzeczywistej religii, poparta gwałtem sfanatyzowanego tłumu – musiała wywołać odpór i walkę ze strony prześladowanych i wyzyskiwanych nędzarzy, pasterzy, rybaków, wyrobników.

Na czele takiego ruchu wyzwoleńczego stał Jezus, którego najbliżsi „apostołowie’” byli biednymi rybakami-proletariuszami. Ruch ten, jak wszystkie ruchy na Wschodzie, był religijnym, ale społeczna jego treść rozrywa nieraz szatę rozważań i sporów czysto religijnych i pokazuje, że to była walka nędzarzy z pogardzanymi i znienawidzonymi bogaczami. Bogacz w religii Jezusa nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego, bogacz, to lichwiarz, a faryzeusz, jego obrońca, to „grób pobielany”, to „ród jaszczurczy”, to handlarz świętościami, oszust, obłudnik!

Walka socjalna jest tu scharakteryzowana tak jaskrawo, że dzisiaj, w epoce walki socjalistycznej z kapitalizmem i jego faryzeuszowskimi obrońcami, trudno z niej wydobyć silniejsze słowa i kontrasty!…

Około Wielkiej Nocy przychodzi do konfliktu. Władza bogaczy i faryzeuszy więzi Jezusa i skazuje go na haniebną śmierć przybicia do Krzyża.

Jezus ponosi śmierć, ale idea jego nie daje się zabić. Zmartwychwstaje i zwycięża!

Żywioł zwycięstwa nad śmiercią, pokonania kłamstwa przez prawdę, jest wspólny każdemu ruchowi potężnemu myślowo i słabemu jeszcze, o ile chodzi o siły fizyczne. Ciało można ukrzyżować, ubezwładnić, uwięzić, ale ducha się nie zabije! Duch zmartwychwstanie i zwycięży, choćby koło grobu postawiono żołnierzy dla przeszkodzenia zmartwychwstaniu!

Walka duchów jest też istotną treścią pasowań się między klasami społecznymi, chociaż powstaje ona na tle zmian materialnych i wedle nich się kształtują jej każdorazowe formy. Całe narody, ujarzmione przez obcą przemoc, szukały wyzwolenia w walce duchowej, klasy społeczne i wyzyskiwane wytwarzały w sobie .siłę potężną idei prawdy i sprawiedliwości. mniejszej od gwałtu.

Socjalizm nowoczesny, oparty mocno o grunt realny zjawisk ekonomicznych, jest równocześnie olbrzymią walka dusz, toczoną między światem posiadaczy i ich płatnych „faryzeuszów”” a światem proletariatu, który występuje w imię pracy i wierzy mocno w swoje zwycięstwo.

Iluż to walczących socjalistów więziono i obezwładniono siłą fizyczną, przemocą i gwałtem, ilu robotników skazywano i skazuje się na nędzę i śmierć głodową ich rodzin, ile przemocy leży w demonstracji zbrojnej potęgi broniącej kapitalistów, a jednak myśl socjalistyczna idzie ku zwycięstwu!

Ci, którzy drżą o losy świątyni kapitalizmu, nie wiedzą, że socjalizm odbuduje inną, nową, wspanialszą budowę ustroju solidarności ludzkiej, że z gruzów starego świata musi powstać świat lepszy.

W rozpatrywaniach ideologicznych dziejów męki i zmartwychwstania Jezusa uderza nas, że ci, co uważają się za urzędowych jego następców, walczą dzisiaj ramię w ramię z biblijnymi „bogaczami”, spełniając u ich boku rolę biblijnych „faryzeuszy”… Oni to są przedmurzem i czujną strażą opancerzonych kas kapitalistów, oni przybrali barwę „pobielanych grobów”, oni gotowi do ukrzyżowania rewolucyjnej myśli i do strażowania przy jej grobie…

Ale myśl wolna, myśl nowa, myśl o prawdzie i sprawiedliwości społecznej zwycięży!

________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Oświata – pismo dla młodzieży robotniczej” nr 4/1931, Karwina, kwiecień 1931 roku. Był to miesięcznik wydawany przez Polskie Stowarzyszenie Robotnicze Oświatowo-Gimnastyczne „Siła” w Czechosłowacji. Stowarzyszenie „Siła” było młodzieżową organizacją związaną z Polską Partią Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska Cieszyńskiego, której liderem był Ignacy Daszyński. Po aneksji części tych terenów po I wojnie światowej przez Czechosłowację, mimo ich większościowo polskiego składu etnicznego, pismo było wydawane nadal przez lewicowe środowisko polskiej mniejszości narodowej w tym kraju, a siedziba redakcji mieściła się kolejno w miastach Frysztat i Karwina, dziś połączonych w jedno miasto leżące w granicach Republiki Czeskiej.