przez Monika Kostera | poniedziałek 5 sierpnia 2019 | opinie
Ostatnimi czasy z przyjemnością miłośniczki soczystej polszczyzny używam Okraskowego określenia (czyli okraskizmu, jak twierdzi lud fejsbukowy) „ględzenie”. Oznacza ono pewien rodzaj gadaniny – bezrefleksyjnej mowy przywileju i nudnego poczucia wyższości i uprawnienia. Jest to słowo polskie i trafne, nie wymaga przemodnych kalek językowych z angielszczyzny i oddaje idealnie sedno sprawy. Jedną z takich kalek, która przybrała znamiona plagi, jednocześnie doskonale łącząc się z ględzeniem, jest zarządzanie czym popadnie. Angielskie słowo to manage ma w języku polskim wiele znaczeń, takich jak dawać sobie radę, radzić sobie, kontrolować, potrafić, obchodzić się, kierować i zarządzać. Wszystkie te znaczenia (i wiele innych) bywają ostatnio tłumaczone jako zarządzanie.
Bzdura kosmiczna! Nie istnieje coś takiego, jak zarządzanie sobą, zarządzanie talentem, zarządzanie relacjami, zarządzanie millenialsami, zarządzanie stresem, zarządzanie emocjami, zarządzanie pasją, zarządzanie ambicją, zarządzanie wiekiem, zarządzanie gniewem (wszystko to autentyki). Równie dobrze można by wyobrazić sobie następujący mądry dialog: „jak dajesz sobie radę w tym deszczowym czasie? – jakoś zarządzam”; how to you endure in the rainy season? – somehow I manage. A „zarządzam sobą” to po angielsku I am the director of myself. Mojego prywatnego anty-Miodka zdobywa jednak „zarządzanie życiem”, którego podejmuje się uczyć pewna prestiżowa warszawska uczelnia na specjalnych studiach podyplomowych, drogich i „elitarnych”.
Zarządzanie to wszak gospodarowanie (rzadkimi) zasobami, zatem możemy mówić o zarządzaniu fabryką, finansami, produkcją, ewentualnie czasem (jeśli chodzi o podejście systemowe, nie o własny kalendarzyk). Dalej, kieruje się ludźmi, zarządza personelem, bo w domyśle to cały podsystem przedsiębiorstwa, nie tylko ludzie jako tacy, ale także przepisy, stanowiska pracy, funkcje doboru, utrzymania i rozwoju itd.
Skoro mamy sezon ogórkowy i idę bardzo poważnie być offline w sierpniu, z plecakiem i bez zarządzania, to ten felieton będzie troszkę mniej serio. Nie aż tak, by nie wyraził moich głębokich i stałych w swej negatywnej tonacji uczuć wobec kapitalizmu, ale, być może, wyrazi je nieco mniej solennie. Jeśli potrafię.
Na początek coś bardziej serio – dlaczego warto się zastanawiać nad ględzeniem. Duński metodolog nauk społecznych prof. Bent Flyvbjerg zwraca uwagę, że wówczas, gdy ma się do czynienia z materią społeczną, należy zadawać kilka podstawowych pytań: dokąd zmierzamy? Kto wygrywa, a kto traci na tym, że zmierzamy tam, gdzie zmierzamy? Czy ten kierunek rozwoju jest pożądany? Jeśli nie, to co powinniśmy z tym zrobić? Te pytania są obowiązkowe dla wszystkich uczonych zajmujących się naukami społecznymi – bez brania pod uwagę ukrytego często głęboko w strukturach społecznych czynnika władzy, czyli fundamentalnego pytania, dla kogo dane zjawisko jest korzystne, nauki społeczne są bez wartości. W codziennym życiu nie jest to postulat aż tak mocny, jedynie zachęta do refleksji. Może przydać się wszelkim osobom zainteresowanym mediami, a także socjalistom, których, przypomnę, łączy przede wszystkim dążenie do obalenia kapitalizmu i zmiany świata na lepsze. Krytyczne myślenie i refleksyjność mogą być w tym bardzo pomocne. Zatem wszelkie „prawdy oczywiste” nie są prawdą. To ględy. Znów powołam się na spostrzeżenia Flyvbjerga, który głosi, że myślenie krytyczne jest niezbędne, bo w zetknięciu z materią społeczną musimy zrezygnować z wszelkich pretensji, także tych niewyrażonych wprost, by naśladować sukces nauk ścisłych w tworzeniu teorii kumulatywnych i predyktywnych, bo takie podejście po prostu nie działa w naukach społecznych. Nie ma więc żadnych obiektywnych praw, na których możemy się oprzeć. Zawsze musimy odnieść się do problemów, które mają znaczenie dla konkretnych grup ludzi w społecznościach lokalnych, narodowych i globalnych, w których żyjemy, i musimy robić to w sposób mający znaczenie, czyli po prostu mieć im coś do powiedzenia i do zaproponowania. Inni ludzie to nie tylko nasze „przedmioty badań” czy też czytelnicy, wyborcy, oddane głosy, słupki sondażowe, ale nasi współobywatele. To, co mówimy i jak mówimy, jest naprawdę ważne, bo, nawet jeśli nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, jest zawsze częścią dialogu, podkreśla Flyvbjerg. Zostawmy wakacyjnie naukę troszeczkę na boku i hop, wskoczmy do basenu słów i gadaniny, której częścią bardzo poczesną są nie tylko pociągające plotki i gawędy, ale też rozmaite ględy.
Pierwszym i całkiem niebanalnym rodzajem ględzenia są ględy o wszech-zarządzaniu. Bogiem a prawdą nie tylko złe zwyczaje tłumaczeniowe i brak wiedzy leżą u podstaw tego nałogu. Jedną z głównych jego przyczyn jest to, że po prostu opłaca się tak mówić – za takie sformułowania przyznawane są granty, pozytywne oceny recenzentów i innych opiniodawczych ważnych gron. Niedawno Aldona, doktorantka z dziedziny nauk społecznych, próbowała otworzyć przewód z pracą o wspieraniu zaradności profesjonalnej pewnej grupy zawodowej, powiedzmy, artystów. Komisja stanowczo odrzuciła propozycję, nakazując zmianę tytułu na przedsiębiorczość. Aldona, pomimo przekonujących uzasadnień i pogodnego, niekonfrontacyjnego usposobienia, rada nie rada musiała zmienić tytuł i aparat terminologiczny, bo inaczej nie mogłaby wyników swoich badań przedstawić jako pracy doktorskiej. Inna doktorantka, Angelina, która zaproponowała jako tytuł swej pracy „Kierowanie ścieżką zawodową”, została nakłoniona do jego zmiany na „Zarządzanie karierą”, bo jej oryginalny tytuł skojarzył się komuś z PRL. Angelina z trudem powstrzymała pytanie: a komu i jak będzie się mój zmieniony tytuł kojarzyć za 20 lat?
Naukowcy znają takie historie doskonale, nie muszę się nad nimi za bardzo rozwodzić. Jednak język, którego używamy w nauce nie jest w tym przypadku wyłącznie naszą hermetyczną sprawą. Pozostali ludzie przyzwyczaili się do takiego języka – z wyjątkiem lingwistów i filozofów, których, bywa, że chętnie czytamy, ale rzadko słuchamy. Zwykli ludzie widzieli tego typu konstrukty miliony raz w ciągu dowolnego miesiąca i myślą, że to jest poprawna forma. Zarządzacze, czyli teoretycy zarządzania, są zadowoleni, bo po cichu i prawie bez wysiłku rozbudowują swoje imperium symboli. Problem w tym, czym będziemy się, jako dyscyplina nauki, zajmować, gdy skończy się bańka – a kiedyś się skończy – i z czym właściwie zastaniemy? To imperium symboli zawiera ględy. Coś takiego jak „zarządzanie życiem” czy „zarządzanie sukcesem” nie ma sensu poza modą na zarządzaniową nowomowę. Czy potrafimy odpowiedzieć na pytanie: co będziemy badać w czasie, gdy zarządzanie nie będzie już modne, gdy nie będzie wiodącą ideologią? Ja mam pewien pomysł – będziemy zajmować się mniej więcej tym samym, czym oryginalnie mieliśmy jako nauka akademicka (czyli nie szkoły handlowe, lecz instytuty uniwersytetów), mniej więcej od lat 20. czy 30. ubiegłego stulecia i przez cały czas od tamtej pory. Nawet mam polski dyplom z tej dyscypliny: magister organizacji i zarządzania. Podobny pomysł ma mój wybitny kolega profesor Martin Parker, z tym że on proponuje, by pozbyć się z nazwy zarządzania, bo jest to wszak część składowa szerszego pojęcia – organizacja.
Kolejny podgatunek ględów to władzoprelekcje. Może zacznę prezentację takowych od tego, że nie wierzę w „mansplaining”. To tylko część zjawiska i tak jak bywa modnie przedstawiana zaciemnia raczej niż eksponuje problem, jakim jest retoryka władzy i przywileju. Tak, to prawda, że w patriarchacie strukturalną władzę mają mężczyźni – nie jako grupa żywych ludzi, ale cecha dostępu do uprzywilejowanej struktury społecznej. Bycie facetem z władzą daje coś w rodzaju klucza generała do wszystkich struktur. Więc gdy oni (faceci z władzą, nie faceci władzy pozbawieni) sobie gawędzą, to wszyscy ich słuchają, w tym także ci, którzy lepiej od tamtych znają się na przedmiocie gawędy. To samo robią wszakże kobiety mające władzę, dokładnie tak samo nie wiedząc, że to robią – a nawet, przeciwnie, czując się dumne, że tak oto prezentują silną kobiecość i ach jakież to wyzwalające dla potęgi jajnika. Tymczasem władza to władza i działa tak samo, niezależnie od genitaliów. Podpieseł płci dowolnej może sobie gadać ile wlezie i tak czy owak kiedyś przyjdzie ktoś, kto naprawdę wytłumaczy to samo i wtedy świat usłyszy. Podpieseł może być co najwyżej zabawny, interesujący albo – na ogół – niezauważalny lub irytujący. To oczywiste, że należy jej/jemu wytłumaczyć wszystko porządnie.
Kolejny podtyp ględów to śmieciomichałki. Przykłady, przykładziki, atrakcyjne ilustracyjki na prawach niepodważalnego argumentu. Na przykład bardzo popularne są ostatnimi czasy w polskiej akademii anegdoty o tym, jak uczony złożył do oceny publikację składającą się z samych pustych stron, a w sektorze IT opowiastki o informatyku, który zapomniał przychodzić do pracy. Służą one legitymizacji postulatu wzmożenia kontroli – słuchacze oburzają się, że oto inni – ci okropni akademicy, ci luzacy informatycy – mają takie fory, podczas gdy oni muszą rzetelnie pracować.
Chciałabym zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, to tylko anegdoty. Rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona i nie ten jeden leser, luzak, oszust, alkoholik powoduje upadek morale, lecz czyni to na ogół osoba na pozycji władzy, dająca zły przykład innym. W wyniku wzmożenia kontroli osoby stosujące wobec swojej pracy taryfę ulgową i pragnące to legitymizować, starają się o uzyskanie takiej pozycji, by działać w ten sposób bez negatywnych konsekwencji, a nawet z możliwością uzyskania permanentnych przywilejów. Stają się niewidoczne, ale sposób ich działania wyznacza odtąd normę dla całego podsystemu, którym kierują. Koszty zaostrzenia kontroli zawsze spadają na innych, głównie na tych „ze środka” struktur lub na najsłabszych (na różne sposoby) pozycjach.
Po drugie, kwestia warunków pracy – w przypadku pracy naukowej czy pracy informatyka warunki jej wykonania są inne, niż w przypadku sprzedawcy szamponów. W ogóle niewyalienowana praca ma to do siebie, że odbywa się we właściwym sobie kontekście, ma swoje zasady, prawa i narzędzia. W kapitalizmie dominujący postulat kontroli przez oderwanie pracy od wiedzy i wpływu pracownika, na początku zastosowany był wobec robotników przemysłowych jakieś sto lat temu i stopniowo objął wszystkie grupy zawodowe, ba, nawet profesje takie jak medycyna czy akademia. Deprofesjonalizacja przynosi mnóstwo fatalnych skutków, takich jak systematyczne obniżanie standardów, odłączenie empatii, czyli profesjonalna znieczulica i szalejąca alienacja wywołująca epidemię depresji.
Po trzecie, cóż w tym złego, by funkcjonowały w organizacjach różne postaci, ludzie niedoskonali czy mający niedoskonałe momenty? Można, zamiast czynić z nich kozły ofiarne, starać się nad nimi pochylić, pomóc, zdyscyplinować, wyedukować. Z tego, co pamiętam, na tym miało polegać nowoczesne kierowanie ludźmi. Gdyby nikt nie pochylił się swego czasu w zwykłej nastawionej na zysk korporacji nad posiadającym wówczas sto problemów Johnem Burnsidem, nie mielibyśmy dziś genialnego szkockiego poety. Pytanie za kupon na pietruszkę od felietonistki-strukturalistki: dlaczego śmieciomichałki zawsze dotyczą słabych, maluczkich, organizacyjnych podpiesełków? Jakoś nigdy nie słyszy się o szefie, który zapomniał przyjść do pracy. Albo o dyrektorze-alkoholiku, który od rana dolewa sobie z piersióweczki whiskaczyka do kawki. Czemu nie czyta się prasowych bzdurek o menedżerach wpisujących losowe słowa do raportów? A już z całą pewnością – o inwestorze miliarderze, którzy zapomniał przyjść do pracy… Może to nie dotyczy tych pozycji, funkcjonują na nich wyłącznie tytani pracy i aniołowie odpowiedzialności?
Podgatunek kolejny, niebanalny. Ballada o zgniłku. Czasami – wcale nie bardzo rzadko – pojawia się w dyskursach naszych codziennych i medialnych taka granicząca z sadyzmem „dorosłość”: „zaraz wam udowodnię, że świat jest zgniły, ja to wiem, teraz i wy się przekonacie”. Jestem zmęczona założeniem, że posiadanie poglądów, szczerość, zaangażowanie, są miarą niedojrzałości i godne pogardy, natomiast o prawdziwej dojrzałości świadczy – i zasługuje na zaufanie – wyłącznie cynizm. W ten sposób można przedstawić siebie jako postać poważną i dojrzałą, zasługującą na bogactwo i władzę. Można w ten sposób przekonywać, że się na wszelkie te nagrody w pełni zasługuje. Dlaczego? Bo taka osoba spojrzała w otchłań i otchłań spojrzała na nią i głęboko westchnęła. Nie, nie jest to efekt dojrzałości, lecz na ogół kooptacji. Była idealistka, były idealista, którzy tego doświadczają, prawdopodobnie nie tyle dorośli, co sprzedali swoje ideały za jakąś tam cenę, mniejsza z tym, czy z życiowej konieczności, czy z innego powodu. Ballada o zgniłku potrzebna jest takiej osobie do tego, by za jednym zamachem uprawomocnić to, co zrobiła – zwykłą i dość pospolitą zdradę, a jednocześnie odreagować swoją złość, smutek i obrzydzenie z tego powodu na kimś innym, na sobie samej sprzed aktu zdrady, na innych, którzy (jeszcze, wcale) tego aktu nie dokonali. Dzięki balladzie znów czuje się uskrzydlona, znów czuje, że żyje i walczy – to nieważne, że tym razem na radykalnie innym froncie i bardziej z samą sobą, niż przeciwko zniewoleniu. Ględzenie o doniosłości bycia zgniłkiem jest, w istocie, formą permanentnego samobójstwa, które można popełniać wciąż na nowo, w uniesieniu.
Skoro sezon ogórkowy, to nie musi być mądrych konkluzji. Może tylko tyle, że takie ględy tworzą coś, co z pozoru jest lekkie i frywolne – modę. Zawsze zadziwiała mnie i przerażała siła, która w połowie lat 70. nagle kazała wszystkim kobietom nosić jednakowe koszulki z nadrukiem portretu zagadkowej kobiety, potem skarpetki z koronką, a potem nagle wszystkim głosić, że rynek rozwiąże sam wszystkie problemy ludzkiej egzystencji. Moda jest tylko z pozoru lekka i zabawna. To jedna z potężnych sił instytucjonalizacyjnych, czyli takich wielkich kulturowych dynamik, które kształtują instytucje społeczne – szczególnie trwałe i głębokie podstawy do budowania struktur społecznych, na ogół przyjmowane jako oczywiste i dlatego niewidoczne z perspektywy zwykłego członka czy członkini społeczeństwa. Można porównać je do aksjomatów, fundamentów, których się nie kwestionuje. Zmieniają się powoli i pod wpływem potężnych presji, takich jak prawo czy edukacja. Oraz – moda. Tak, to pozornie niepoważne zjawisko ma gigantyczną moc. Jeśli wszyscy zaczniemy mówić o zarządzaniu żołądkiem, to za czas jakiś stanie się to oczywiste i pomoże wypromować dalej modę na zarządzanie i na to, by traktować działanie wewnętrznych narządów ludzkiego ciała jako możliwe do kontrolowania w analogiczny sposób, w jaki kontroluje się np. produkcję środków czystości. Pomoże w dalszym kreowaniu wizji świata jako wielkiej korporacji i posłuży jeszcze większej fragmentaryzacji tkanki społecznej – każdy jest odpowiedzialny za działanie swojego ciała. Nie zdziwmy się, gdy pojawi się nurt żołądkowej przedsiębiorczości, w ramach którego osoby pozwalające swoim narządom trawić spokojnie spożytą kanapkę z serem piętnowane będą jako pasywne homo sowieticusy bez grosza inicjatywy, niezasługujące na dostęp do publicznej służby zdrowia. Ale nie zdziwmy się też, gdy pojawi się jakaś moda dzika, szalona, jak na słynnej farmie Yasgura latem 1968 roku i zrzucimy z siebie zarządzaniowe ględy jak hippisi krawaty, szpilki i staniki i poszybujemy jako tkanka społeczna nie do końca przewidywalna, chwała niebiosom, ku przyszłości niewyzarządzanej i nieprzedsięwziętej. Gdzie też będą ględy, ale całkiem inne.
prof. Monika Kostera
przez Monika Kostera | poniedziałek 8 lipca 2019 | opinie
Dobrosława ma niepełnosprawne dziecko, które wychowuje samotnie. Jest bardzo dobrą pracowniczką – sumienną, rzetelną – ale potrzebuje pewnej swobody organizowania sobie czasu pracy. Są takie dni, gdy musi zawieźć córeczkę na rehabilitację i potem ją stamtąd odebrać. Spóźnienie chętnie odpracowałaby innego dnia. Opowiedziała o tym swojej szefowej, Dobromile, ale, oprócz zapewnienia, że na pewno się problemowi przyjrzy, nie osiągnęła żadnego widocznego efektu. Mijały miesiące, świat nie stawał się miejscem dogodniejszym do życia dla osób z niepełnosprawnymi dziećmi. Dobrosława zdecydowała, że pora zaprosić szefową na obiad, przedstawić jej małą Dobrochnę, może to wywoła w niej ludzki odruch. Tak zrobiła. Spędziły we trzy sympatycznie czas. Dobromiła była głęboko poruszona sytuacją Dobrosławy i Dobrochny. Od tej pory zawsze starała się uzgadniać z nią czas pracy indywidualnie i dbała o to, by nie „wrzucano” jej zadań, wydłużających czas pracy, za to przydzielała takie, które można było wykonać w domu.
Po kilku latach Dobrosława znów zaprosiła swoją szefową na obiad. Dobromiła opowiedziała jej wtedy pewną historię: wiele lat temu, gdy jeszcze była początkującą menedżerką, firma, w której pracowała, miała wakat na atrakcyjnym stanowisku i zgłosiło się wiele kandydatek i kandydatów. W czasie rozmów kwalifikacyjnych na prowadzenie wyszła pewna młoda kandydatka, Ludmiła. Jednak pojawił się kontrkandydat, czarny koń – Zbysław, który błyskawicznie wszystkich oczarował. Nie miał wprawdzie tak wysokich kwalifikacji, jak Ludmiła, ale za to obiecywał wszystkim cuda-niewidy. Gdy go zatrudnią, będzie się uczył języków obcych na własny koszt w prywatnym czasie, będzie pomagał kolegom i koleżankom w trudnych projektach jako wolontariusz, ba, będzie pomagał im nosić ciężkie kserokopie raportów. Uśmiechał się przy tym szeroko i miał okrągłe różowe policzki. Podbił serca całego szefostwa, a najbardziej oczarował właśnie ją, Dobromiłę, bo zapewniał, że posiada szczególne powołanie do organizowania dokumentacji projektów i robi to zawsze z czystą żywą przyjemnością. Po krótkiej dyskusji zatrudniono Zbysława, a Ludmile podziękowano. „To były dobre, tłuste czasy”, ciągnęła Dobromiła, „człowiek od razu załapał się na prawdziwy etat”.
Jednak Zbysław od pierwszego dnia pracy miał w nosie muchy, a obyczaje wielkopańskie. Nie tylko nie pomagał kolegom i koleżankom nosić ciężarów, ale zaśmiał się im w twarz, gdy poprosili o pomoc w ogarnianiu dokumentów. Właściwie, można powiedzieć, niemal natychmiast zraził do siebie wszystkich współpracowników. Dobromiła przeglądała ze smutkiem podanie i CV Ludmiły, wracała myślami do tej rozmowy i zastanawiała się, co mogła zrobić lepiej i mądrzej, by nie wdepnąć w to, hmm, jak by to elegancko ująć – ekskrementalne grzęzawisko. Tymczasem zaprosiła Zbysława na dywanik. Wyjawiła mu, co myśli o jego stylu pracy i współpracy. Użyła twardej szefowskiej mowy. Zapytała, co miał na myśli, obiecując gwiazdkę z nieba każdemu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Usłyszała w odpowiedzi: „no co, przecież to była rozmowa kwalifikacyjna, wiadomo”.
„I tak”, zakończyła swą opowieść Dobromiła, „buc wkręcił się do pracy, a porządna osoba została na lodzie. W końcu złapaliśmy go na oszustwie w rozliczaniu wydatków i facet poleciał. Ale Ludmiły już nam się nie udało pozyskać. Więc, wie pani, na takich doświadczeniach uczyłam się, że ludzie kłamią i w dodatku uważają, że to normalne. To nie jest tak, że ja pani problemy ignorowałam. Ja po prostu taka ironistka jestem”.
Dobromiła jest dobra i miła. Chętnie pomaga i wspiera, ale jest ostrożna i nie ufa pracownikom, bo życie nauczyło ją, że zarządzanie korporacją to nie staroświecki mecz w duchu fair play. Wręcz przeciwnie, to raczej wolna amerykanka, tyle że nawet bez zasady o braku zasad – wszyscy czekają na naiwnego uczestnika, który przyjmie grę w dobrej wierze i którego będzie można, w związku z tym, porządnie oszkapić, okpić i okantować. Ale nie o to chodzi w tym felietonie. Chodzi o coś innego – Dobromiła, podobnie jak bardzo wiele osób, jest ironistką z konieczności i dla mody. Co to właściwie znaczy?
Wcale nie chodzi mi o to, by się wspólnie popastwić nad postacią ironisty autorstwa amerykańskiego filozofa Richarda Rortyego. To postać godna szacunku i wcale interesująca propozycja, zwłaszcza jeśli jest się etosowym liberałem (choć nie jestem takowym, ani, jak podejrzewam, nie jesteś, mój drogi Czytelniku, moja droga Czytelniczko). Postawa ironiczna polega na zachowywaniu dystansu do zjawisk politycznych, intelektualnej gracji zamiast emocjonalnego chwytania haseł, idei i wartości. Taka postawa, zdaniem filozofa, podcina u korzeni totalitaryzmy i autokratyczne systemy opierające się na zniewalającym dogmatyzmie i przekonaniu o absolutnej słuszności jakiegoś jednego punktu widzenia. Ironista ma ciągłą wątpliwość do przekonań oraz, używając języka filozofa, do słowników, których używa. Zdaje sobie sprawę z niekompletności wszelkich słowników – nikt nie jest w stanie z absolutną pewnością udowodnić wyłączności swoich racji. Co więcej, bycie ironistą oznacza trzeźwość umysłu wobec słowników innych – istnieje różnica między słownikami, przekonaniami, a rzeczywistością jako taką. Taka postawa, według Rorty’ego, właściwa jest liberałom, czyli osobom dystansującym się od okrucieństwa. Liberalna ironistka to ktoś rozumiejący, że nie posiada dostępu do „prawdy prawdziwej” i że można budować solidarność między ludźmi wyłącznie na powstrzymywaniu się od przemocy i zniewolenia.
Nie z tą postawą zamierzam dyskutować, bo, jak powiedziałam, sama liberałką nie będąc, mam jednak szacunek dla liberałów etosowych. Drażni mnie natomiast moda na „postawę ironiczną”, panująca wcale nie tylko w naszym kraju od wielu dziesięcioleci, moda mająca swoje źródła w neoliberalnym kapitalizmie i jego perwersjach. Modna postawa to nie tyle niezgoda na okrucieństwo, co zdystansowanie i sarkazm, heheszkowanie, zbywanie wszelkich kwestii dowcipaśnym komentarzem, wreszcie, pogarda dla wszelkich objawów cudzego zaangażowania, przekonania, oddania. Nawet w środowiskach twórczych i naukowych widywałam takie zachowania, zawsze akcentowane lotną, intelektualną wyższością. Inny zawsze jest śmieszny, kwestia „śmieszne takie” wypowiadana bywa z rozważną, pełną rozkoszy powagą. Najzabawniejsi są oczywiście ci, którzy nie rozumieją „żartów”, nie widzą, że śmiejemy się z nich. Takim prześmichujkom zazwyczaj towarzyszą zimne, trzeźwe oczy. Przecież nawet ironia musi być wykonywana ironicznie, nie można, broń Boże, śmiać się całą gębą.
W czasach dyskretnego uroku postmodernizmu obowiązywało powszechne przekonanie, że ironia wybawi nas przed zniewoleniem, także tym spowodowanym neoliberalną ofensywą. Postawa ironiczna miała zabezpieczyć przed opętaniem obłędem, roznoszonym przez wszelkiej maści zarządzaczy i ewangelizatorów zyskowności, przed ubiznesowieniem służby zdrowia, korporatyzacją uniwersytetów. Jak w powieści Kundery, nasz żart miał mieć moc wywrotową, tyle że, stosowany na skalę masową i z błogosławieństwem wiodących nas ku świetlanym czasom klas średnich, miał rzeczywiście wstrząsnąć w posadach światem. Tak, ten styl, którego tu używam, to ironia. Może nawet sarkazm. Czegoś się nauczyłam w ciągu tych kilkudziesięciu lat. Nie tylko tego, że ironia absolutnie nic nie wnosi, nie wyzwala, nie zabezpiecza przed zniewoleniem. W neoliberalnym świecie określa kilka charakterystycznych postaw: chęć oszukania innych; lub obawę przed zostaniem oszukanym; lub poczucie wyższości wynikające z cynizmu i braku zaangażowania, sprawiających, że osoba nie ma nic wielkiego do stracenia w świecie. Współczesna ironia to maska. Za jej pomocą staramy się oddzielić od świata, któremu nie wierzymy i którego nie chcemy dopuścić zbyt blisko siebie. I coś w tym jest – ironia nadaje się do roli maski i muru, ale przecież nie tylko.
Ironia pochodzi od starogreckiego słowa eirōneía, oznaczającego mniej więcej udawanie, że jest coś, czego nie ma lub że nie ma czegoś, co jest. Jest figurą retoryczną przeciwstawiającą to, co na powierzchni zdaje się być czymś innym i to, co w istocie i głębi rzeczywiście jest. Pojawia się jako styl narracji, szczególnie w komediach, ale także w dowcipach i w sarkastycznej reakcji. Ironia może zarówno ukrywać, jak i ujawniać, szczególnie, gdy humor polega na śmianiu się „do góry” z tych, którzy są uprzywilejowani i mają władzę nad innymi. Wreszcie, ironię stosował Sokrates, udając, że czegoś nie wie i nie rozumie, i doprowadzając w ten sposób do ujawnienia jakiejś ukrytej głębokiej prawdy. Ironia wcale nie musi oznaczać zgody na zakłamanie świata, wręcz przeciwnie. Może być wyrazem radykalnej niezgody na fałsz, kłamstwo, bufonadę i chytre rozgrywanie partyjek pokera w ciemno przez zachwyconych sobą królów w negliżu.
Angażuje mnie to do głębi mojego bardzo serio serca, bo jestem przekonana, że istnieje coś takiego, jak prawda. Nie jest ani obiektywna, ani relatywna. Profesor prawa i aktywista społeczny Peter Gabel w swojej książce „Desire for mutual recognition” pisze, że prawda jest tym, co łączy wnętrze z zewnętrzem, więzią społeczną. Powszechna w naszych czasach społeczna alienacja polega na odcięciu społecznego wymiaru człowieka od jego samego, wykreowanie liberalnego podmiotu jako „wolnego i niezależnego”. Tym samym odrywa się osobę od jej prawdy, gdyż prawda jest więzią i rzeczywiście traci się wówczas kompas. Każda oderwana autonomiczna monada unosi się swobodnie w próżni; liberalna społeczność to zestaw odrębnych, samostanowiących jednostek przypominających szybujące balony, z których każda musi kierować się czymś innym, niż moralny kompas (który w tej rzeczywistości nie istnieje): prawem, regulaminem, procedurą, monitoringiem. Nie znaczy to, że zasady są alienujące – Gabel podkreśla, że problem polega na zastąpieniu relacji przepisami w późnym kapitalizmie, na uczynieniu z przepisów czegoś w rodzaju relacji, tyle że z abstrakcyjnymi nakazami, nie ludźmi – a więc relacji zastępczych. Społeczną wzajemność obecności zastępuje sieć wyalienowanych ról, powiązanych zestawem racjonalnych uwarunkowań.
Wolny rynek oferuje nie tylko mechanizm dystrybucji i wymiany, ale też legitymizacji, uprawomocnienia porządku społecznego, który pozbawiony został autentycznej wzajemności. Już Karol Marks zwrócił uwagę na to, że sprzedawca i kupujący to maski przytwierdzone do aktorów społecznych, przykrywające ich społeczną alienację w kapitalizmie. I tak, jak balony, unosimy się wobec i względem siebie, zamiast istnieć w pełni w obecności Drugiego. Instytucje społeczne w późnym kapitalizmie, w tym także rodzina, stały się inkubatorami alienacji, zauważa Gabel. Tymczasem od narodzin człowiek ma potrzebę być widzianym przez Drugiego w sposób, który w pełni rozpoznaje i uznaje nasze człowieczeństwo i jednocześnie potrzebuje zaoferować Drugiemu takie właśnie uznanie jego czy jej człowieczeństwa.
Gabel jest głęboko krytyczny wobec kapitalizmu i stanu alienacji, w jaki wprawił on ludzkość, ale nie jest pesymistą. Uważa, że impuls społeczny powoli rozsadza skorupę kapitalistycznego pseudo-społeczeństwa. Widać to choćby w ruchach społecznych, które animowane są tym impulsem niczym żywiołem. Aktywizm rozmraża kapitalistyczny porządek i pali konstrukty mające zastępować więzi. Prawda objawia się w obliczu Drugiego, skomentowałby to, być może, francuski filozof Emmanuel Lévinas. Orientuje nas na niepodważalny nakaz i niezbywalną odpowiedzialność wobec drugiej osoby, przywraca więź, która jest prawdą, wskazuje na to, co jest na zewnątrz, a tym samym pozwala nam odnaleźć to, co w środku – nasze ludzkie serce.
Tak jak Dobromiła odnalazła je bez żadnego wysiłku, siedząc za stołem u Dobrosławy.
prof. Monika Kostera
przez Monika Kostera | wtorek 11 czerwca 2019 | opinie
W pewnej firmie podczas zebrania dyskutowano sprawę nagród dla zasłużonych pracowników. Na liście znalazł się między innymi ceniony i szanowany nie tylko przez współpracowników, ale w całej branży, starszy wiekiem i stażem dyrektor Siemisław, na tym zebraniu nieobecny. W pewnym momencie zabrał głos młody, zdolny, robiący piorunującą karierę Mściwój i oświadczył, że bardzo popiera wniosek, bo należy dowartościowywać starszych pracowników, jednak dodał, że z tego Siemisława to zawadiaka, mimo poważnego wieku. Mściwój puścił oko do sali i zaśmiał się: „całkiem niezły z niego dziwkarz”. Koniec końców, sprawa nagród została przesunięta na następne zebranie, i jakoś zapomniano o Siemisławie. Za to fama poszła w Polskę i tak się złożyło, że Siemisław odtąd był rzadziej zapraszany przez różne ważne gremia. Jak się wyraziła przerażona tym wszystkim administratorka Unisława, jego akcje spadły. Znała dobrze Mściwoja, przypominała ludziom, jaki on jest, zadawała pytania, ale nikt jej nie słuchał. Za to Mściwój kontynuował swój nieodparty ciąg w górę i, zgodnie z moją najlepszą wiedzą, nadal to czyni, obecnie już na poziomie europejskiego zarządu grupy. Konkurencja została pokonana, kariera wygrana. Wstrętne to, ale bywa.
Powstaje jednak pytanie: czemu ludzie uwierzyli Mściwojowi. Czemu wierzy się Mściwojom, a nie Unisławom – słucha się możnych, potężnych, silnych, lecz nie tych pozbawionych władzy? Siemisław kompletnie nie pasował do przypiętej mu gęby – wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i jemu także można sporo zarzucić, ale raczej bardziej z przeciwnego bieguna: pewną kostyczność, bezkompromisowość, nie zaś lubieżność i rozpustę. A jednak wieść o tym, że jest dziwkarzem, rozniosła się błyskawicznie po całej Polsce. Co więcej, ścisłe grono władzy, wspierające Mścisława, jego potężny „network”, to osoby śpiące ze sobą wzdłuż i w poprzek, w przeróżnych konfiguracjach, żonaci czy mężate, dzieciaci lub nie, nie odmawiają sobie żadnej łóżkowej radości, jaką tylko umieją schwytać. To wszystko nie jest jakąś wyjątkową historią, takich opowieści wszyscy znamy mnóstwo i możemy sypać nimi jak z rękawa na imprezach i towarzyskich spotkaniach (zbieram, notuję, przerabiam i używam). Co jest nie tak? Co to za postprawda nas opanowała i czemu zdaje się ostatnimi czasy osiągać tak epickie proporcje?
Zanim sięgniemy po wielkie polaryzujące narracje takich wydarzeń, które od czasu do czasu wstrząsają naszym światem, narracje takie jak wyjaśnienia narodowe i kulturowe („nie będzie w Polsce cywilizacji, bo Polacy są ciemni”), ideologiczne („przemocy w Kościele winna jest religia”) czy oświeceniowe („mit uniwersytetu umożliwia mobbing”), zerknijmy najpierw na pierwsze zdanie tego felietonu. Rzecz nie dzieje się w jednym z tych kontekstów obcych postępowcom, lecz w naszym codziennym życiu, w naszych korporacjach, urzędach, zwykłych miejscach pracy, a także w instytucjach kościelnych, państwowych i uniwersyteckich. Sytuacje tego rodzaju miały miejsce zapewne zawsze, ale nie były aż tak znormalizowane, aż tak prosto w twarz na bezczela, jak ostatnio. A więc co się właściwie z nami dzieje?
Jak pisałam w moich poprzednich felietonach, uważam, że to nie z obniżenia jakości naszego człowieczeństwa wywodzić należy problemy współczesności. Jedną z przyczyn tych problemów jest brak struktur odpowiednich do ogarnięcia ogromnej złożoności, jaka te czasy charakteryzuje. Jak piszą dwaj uczeni zajmujący się zarządzaniem, Brytyjczyk Peter Bloom i Australijczyk Carl Rhodes w swojej opublikowanej w tym roku książce „CEO Society” (niedługo ukaże się polskie tłumaczenie), idolami współczesności zostali wielcy megaszefowie, arcybogaci członkowie elity, tego jednego procenta ludności naszej planety, który przejmuje stopniowo własność coraz większej części jej dóbr (w momencie pisania tego tekstu jest to około 45% globalnych zasobów).
Czyż to nie zastanawiające? Pokolenie moich dziadków czciło gwiazdy srebrnego ekranu – młoda dziewczyna z niewielkiego miasteczka Lipno, Apolonia Chałupiec, mogła stać się sławną na całym świecie Polą Negri, biedna Freda McDonald, pochodzącej z czarnej rodziny z St. Louis, została supergwiazdą i bohaterką Josephiną Baker. Pokolenie moich rodziców też oglądało filmy, ale fascynowali ich wielcy reżyserowie, też nie zawsze wywodzący się z bogatych środowisk. Ingmar Bergman był synem luterańskiego księdza, a Federico Fellini urodził się w niewielkim włoskim mieście. Moje szeroko pojęte pokolenie wielbiło muzyków rocka, wśród których były dzieci klasy robotniczej, takie jak John Lennon. Przede wszystkim ceniliśmy ich wszystkich za coś: za blask, za charyzmę, za to, że przechadzali się ramię w ramię z Muzami. Naśladowaliśmy ich, a nawet jeśli nie wszyscy stawaliśmy się drugim Rudolfem Valentino, to ich przykład wyzwalał blask, uruchamiał wyobraźnię, elektryzował marzenia. Dzisiaj, piszą Bloom i Rhodes, mamy zamiast tego wielkich prezesów, słynnych z tego, że są bogaci i mają władzę – i z tego powodu zasługujących na nasze uwielbienie i świecących wzorem (oraz, dodam za Wiesławem Godzicem, celebrytów znanych z tego, że są znani, czyli postaci oferujące sen o loterii – „może nie mam ani pieniędzy, ani talentu, ale machina sławy może mnie wylosować”). Tyle że ten wzór nie tylko nie prowadzi na Helikon, ale z wielkim trudem nadaje się do naśladowania.
Aby piąć się w górę społecznej hierarchii w tych warunkach, potrzebna jest, oprócz gigantycznej fortuny na wejściu, także bezwzględność i brak impulsów wstrzymujących pęd w górę, takich jak współczucie, wahanie, namysł. Nic dziwnego, że ci, którym udaje się trudna sztuka kariery w tych czasach, to szczególnie często socjopaci lub osoby, które w jakimś momencie, np. pod wpływem kursów lub naśladując ludzi sukcesu, zaczęły działać jak socjopaci. Te postaci są „artykułami zastępczymi” budowniczych mostów między rolami społecznymi. Zapewniają łączność między nimi nie przez misterne budownictwo, ale przez redukcję, odcinanie tego, co dzieli – czyli niemal wszystkiego. Zostają naga władza i przemoc. Na ogół robią to z wielkim uśmiechem – ale proszę kiedyś popatrzeć na oczy uśmiechających się w ten sposób. Ten uśmiech jest środkiem znieczulającym.
Do tego dochodzi coraz większa możliwość działania poza odpowiedzialnością, im bardziej jest się na górze. W swojej najnowszej książce pod tytułem „Monitored”, Peter Bloom diagnozuje współczesne społeczeństwo cyfrowej kontroli. Wszyscy jesteśmy stale obiektami monitoringu ze strony pracodawcy, bo kamery działają w coraz większej ilości miejsc pracy, a do tego dochodzi coraz bardziej misterny system elektronicznej kontroli, wszechobecne pomiary wydajności, parametry decydujące o awansie i zwykłym przetrwaniu na stanowisku pracy. Przyzwyczailiśmy się już do ciągłego nadzoru w naszych miastach, w budynkach mieszkaniowych, na dworcach. Coraz bardziej rozpowszechnione są praktyki samo-monitoringu, pomiary pulsu, kroków, ilości snu, składu krwi i niebiosa wiedzą czego jeszcze. Wszyscy jesteśmy stale pod ścisłą kontrolą. Wszyscy – z wyjątkiem pozycji władzy.
Im wyżej w społecznej hierarchii, tym bardziej osoba zajmująca pozycję staje się niewidoczna i tym bardziej niekontrolowalne są jej działania, decyzje, w tym także (zwłaszcza?) te mające konsekwencje dla innych ludzi. W najlepszym razie te działania są indywidualizowane i opowiadane z poziomu jednostkowego czy organizacyjnego. Szef znęca się nad pracownikiem? To konflikt między nimi. Inwestor rozbija konkurencyjną firmę, którą przejął? To dbałość o równowagę między własnymi markami. Molestowanie? Cóż, szef jest zmęczony, ma tyle na głowie, a ona jest młoda i chciała awansować. Ale nikt nie rozlicza władzy z tego, co obiecuje, jakie społeczne konsekwencje mają jej działania, dokąd płyną pieniądze. Zdarzają się większe przecieki lub epizodyczne skandale, ale one trwają chwilę i zaraz ich nie ma. A szczegółowy pomiar czasu pracy i oznak życia pracownika Amazona jest stały i pewny jak grawitacja.
Co robić? Peter Bloom podpowiada: skierujmy kamery w górę, skierujmy całą moc technologii na szefów, na prezesów, na wszelkie role związane z władzą, zróbmy im „powerveillance”, władzonitoring. Technologia, jak przypomina Bloom, nie determinuje swojego wykorzystania. Cele i sposoby użycia technologii wyznaczają struktury władzy i, ewentualnie, oporu. „Postprawda” i „fejk niusy” nie zakończą się wtedy, gdy zaczniemy wszystko dokładnie sprawdzać. To zajmuje zbyt wiele czasu i nie ma zasięgu tak wielkiego, jak mają same te zjawiska, a więc nie umniejsza to zbytnio mocy ich oddziaływania. Nie, one przestaną być tak bardzo groźne i zmaleją z powrotem do rozmiarów zwykłych kłamstw i dziennikarskich kaczek, gdy pozbawi się je mocy władzy i jednocześnie przeciwstawi społecznym wizjom lepszego świata i łączącego nas sensu.
Wystarczy skierować kamery do góry – reflektor na władzę! Niech skończą się rozdania pod stołem. Niech opadną zasłony, za którymi panuje pełna swoboda robienia czegokolwiek. To zagna socjopatów z powrotem do domów, albo, jeszcze lepiej – na kursy empatii, sztuki, kultury, bo jestem przekonana, że większość z nich w dobrych warunkach dałoby się zarazić pasją, choćby elementarnym współczuciem i radością życia. Wypalenie przestanie być najczęstszą jednostką chorobową szefa, ceną za przywilej pozostawania pod ochroną. Wówczas budowniczowie mostów między różnymi rolami społecznymi odbiorą swoją robotę socjopatom. Świat rodem z kursów o liderszipach nie jest ani konieczny ani możliwy na dłuższą metę, jego porządek trzeba utrzymywać środkami, które są jak roundup – skuteczne, ale śmiertelne.
Kiedyś dogadamy się ze sobą. Nie musimy wszyscy mieć takich samych poglądów. Nie na „takosamości” buduje się złożone systemy społeczne. Zaczniemy je budować na skomplikowanych, niełatwych, niebanalnych, troszkę pokracznych, nadmiarowych i barokowych połączeniach między tym, co nas różni, między tym, czego się nauczyliśmy w czasie, gdy sypały się struktury i każda, każdy z nas wyrośliśmy troszkę dziko, jak nieprzycinane drzewa. Na tych więziach zbudujemy nowe struktury, barok absolutny, same esy floresy. Naszym pierwszym podręcznikiem do zarządzania będzie tekst napisany przez kogoś, kto będzie pisał go płacząc, śmiejąc się, marząc, jedząc na przemian kebab i pierogi i pijąc piwo z malinami. Szkoda, że nie lubię kebabów ani piwa z malinami, chciałabym taki tekst napisać.
prof. Monika Kostera
przez Monika Kostera | środa 15 maja 2019 | opinie
Prawie wszystkie moje dotychczasowe felietony dotyczyły rzeczy poważnych, smutnych, wstrząsających – mimo mojej zapowiedzi w pierwszym z nich, że będzie o tańcu i rewolucji. Więc niech choć ten będzie lekki, bardziej do tańca niż do płaczu. Chciałabym w nim opowiedzieć o tym, dlaczego spotkanie twarzą w twarz ze sztuką jest ważne i że wnosi coś, czego nie są w stanie wnieść ani kebab, ani ośmiorniczki.
Oczywiście, będzie też o tym, że kapitalizm jest systemem ucisku i udręki – jestem jedną z tych osób, które nie są w stanie powstrzymać się od wymyślania kapitalizmowi nawet na najweselszej imprezie (cud boski, że istnieją nadal ludzie, którzy mnie na imprezy zapraszają… serio, chciałabym skorzystać tu z okazji i powiedzieć, że jestem Wam bezgranicznie wdzięczna – z Wami da się przeżyć nawet kapitalizm! A jak by się fajnie budowało razem socjalizm…).

„Czarny księżyc” – Karolina Matyjaszkowicz
Zmarły niedawno wielki szwedzki socjolog Johan Asplund pisał o osobistym spotkaniu ze sztuką, że jest ono intensywnym przeżyciem obecności, tak samo jak spotkanie drugiego człowieka, doświadczeniem niedającym się sprowadzić tylko do doznań przyjemności czy zaciekawienia. Dlatego, mówi Asplund, robi to tak wielką różnicę, czy mamy do czynienia z fałszerstwem, nawet technicznie bardzo sprawnym, czy z oryginałem. Nie chodzi bowiem nawet o doskonałość przedstawienia czy o talent wykonania. Liczy się co innego – moment otwarcia nowych drzwi w rozpoznanej codzienności, stanięcie w obliczu tego czegoś, co twórca spotkał i co kierowało jego czy jej ręką, mięśniami, okiem, myślą, ciałem, w procesie tworzenia, który jest jednocześnie bardzo fizyczny i całkiem niepojęty. Asplund podaje przykład mistrzowskiego fałszerstwa obrazu Vermeera dokonanego przez Hana van Meegerena, który przyznał się do oszustwa wbrew opiniom ekspertów, nadal utrzymujących przez jakiś czas, że praca musi być oryginałem. Jednak obraz stracił swoją moc, i wcale nie chodzi tylko o cenę, a już na pewno nie o techniczne czy nawet estetyczne walory. Eksperci upierali się przy wysokiej ocenie materialnej strony dzieła. Dzieło nie przestało być wybitne. Jednak przestało być punktem przejścia obecności, drzwiami między czymś większym od nas a naszymi zmysłami.
Brytyjski dziennikarz i aktywista głębokiej ekologii Dougald Hine pisze o tym doświadczeniu jako o tajemnicy, stopniowo spłaszczanej i trywializowanej przez oświeceniowy racjonalizm, aż do obecnego momentu, gdy właściwie dokonało się całkowite unieważnienie kategorii tajemnicy i misterium, wręcz stabuizowanie jej w społecznych rozmowach o widzeniu, rozumieniu i doświadczaniu rzeczywistości, także sztuki. Właściwie tylko dzieci zdolne są do takiego widzenia, co nie znaczy, że trzeba mieć cztery lata, by rozumieć sztukę. Nie, zadziwione dziecko jest w każdym z nas, choć zbyt często siedzi zahukane w kąciku świadomości, osaczone ględzeniem o konieczności, o dorosłości, o niedaniu się inaczej, o słuszności. Ta codzienna nasza przemoc powszechna blokuje i zagradza drogę do tego, co jest nierozłączną częścią naszego bycia ludźmi. Część to bardzo ważna, bo, choć jest małym ziarnkiem, to pozwala zaczynać od nowa, nie niszcząc nikogo, dawać – nie odbierając. Wewnętrzne dziecko jest zaprzeczeniem kapitalizmu.

„Kwiaty i gwiazdy” – Karolina Matyjaszkowicz
Dlatego kapitalizm robi wszystko, by je zniewolić i zastąpić wyrobem zastępczym. Co takiego daje zamiast? Branding i marki, o których pisałam w poprzednim felietonie. Prawa autorskie i wyceny. Oscar Wilde powiedział przeszło sto lat temu, że „Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego” i ten sposób doświadczania rzeczywistości rozwinęliśmy w neoliberalnym kapitalizmie do perfekcji. Wartość jest utożsamiana z ceną. Wszystko jest produktem, albo nie istnieje wcale. A jednak nie opisuje to kondycji ludzkiej, także w odniesieniu do sztuki, i wiemy o tym nawet jeśli nie umiemy o tym mówić. Istnieją artyści i dzieła, które poruszają nas na wiele sposobów wymykających się obowiązującej płaskiej interpretacji świata.
Sztuka, która nie jest tylko estetyką lub kodem wywodzącym się z kapitału społecznego czy kulturowego, nieskierowana wyłącznie do klasy średniej, a więc klasy posiadaczy tego kapitału. Sztuka niepolegająca na protekcjonalnym karmieniu klasy pracującej produktami opartymi na tych samych zasadach co disco polo czy lepkie hamburgery masowo produkowane przez megakorporacje. Sztuka żywa, która dotyka i porusza zwykłych ludzi, ludzi wykształconych, nieposiadających i aspirujących do posiadania, nie tylko swoją estetyką, nie tylko prowokując czy konfrontując z lękami lub uprzedzeniami, ale wywołując niedającą się łatwo opisać obecność.

„Wieszczki” – Karolina Matyjaszkowicz
Nie będę tu proponować przeglądu takiej sztuki ani próbować udawać, że jestem w stanie przedstawić nawet wybitnie uproszczony przegląd. Będę typową uczoną od zarządzania (jak to się mówi jednym słowem? na wzór takich nazw jak socjolożka, psycholożka, geograf? może – zarządzaczka; tak mówią studenci, tak jest przekonująco) i zastosuję studium przypadku. Opowiem o jednej artystce, która posłuży jako przyciągający uwagę przykład, będący czymś więcej niż przykładem – kluczem do zjawiska.
Polska malarka Karolina Matyjaszkowicz, zamieszkała w Łowiczu i wywodząca się z ziemi łowickiej, tworzy dzieła, o których wiem na pewno, że przemawiają do bardzo różnych odbiorców, z klas wyższych i z klasy pracującej. Jej obrazy tryskają barwami i symboliką wysnutą z łowickiej sztuki ludowej i ludowej wyobraźni. Część mojej rodziny pochodzi z tego regionu Polski i odnajduję znakomicie te ścieżki snów i marzeń, którymi rozkwitały łowickie wesela, odpusty, te melodie, które śpiewała moja babcia Weronika, robiąc wąziutki makaron, te bajki, które opowiadała ciocia Marysia lekko przerażonej i mocno zachwyconej dziatwie, te barokowe wnętrza lokalnych kościołów, a szczególnie niesamowitej bazyliki katedralnej, która inspirowała i zadziwiała pokolenia łowiczan. Każdy obraz Matyjaszkowicz jest wszystkim tym: melodią, opowieścią, dekoracją weselną i czymś jeszcze, co chwyta uwagę i podróżuje potem z nami do środka naszego świata, bo zawsze tam było, jest prawdziwe tak samo, jak prawdziwe jest płótno, na którym malarka zostawia ślady swoich spotkań z tym czymś, z tajemnicą. Patrząc na oryginały – reprodukcje są piękne, ale nie mają tego efektu – chce mi się opowiadać dziwne historie, one właściwie same przepływają przez moją głowę, są nie do powstrzymania.

„Światy odmienne” – Karolina Matyjaszkowicz
Pracujemy teraz razem z Karoliną nad zbiorkiem bajek powstałych właśnie w ten sposób. Ona otwiera swoimi obrazami źródełko, z którego czerpiemy obie ogromny dostatek treści, obrazów i słów, czujemy się tak jak wtedy, gdy jako małe dziewczynki stałyśmy (nie razem, ale jakby razem) oniemiałe w łowickiej bazylice i gapiłyśmy się w symbole, które zdawały się nie mieć końca, przekształcać się, wypełzać zewsząd, jak byśmy były w samym środku wielkiego, nieprawdopodobnego rogu obfitości. To jest miejsce mocy, które nie ma ceny. Można przyjść i stanąć w samym środku, a przepłynie przez nas coś większego, niż my sami, do czego słowo „własność” ma się nijak, tak jak pierdnięcie do Komety Halleya. Matyjaszkowicz często tam staje i tworzy: z baroku, ale bez nostalgii, z folkloru, ale bez Cepelii (jednak nie odżegnując się od jednego ani od drugiego, nie spoglądając na nie z góry) i jest to sztuka nie tylko o pięknie, choć ono jest tam widoczne dla każdego, ale o marzeniach, o kościach, o śmierci, o pożądaniu, o tym, kim jesteśmy, gdy nikt nie patrzy.
Nie, to nie artystów, nie sztuki nam brakuje, to wszystko jest. Brakuje nam języka, przestrzeni do rozmawiania o tym. Ach, jak bardzo przydałby się polski John Berger! Ten wywodzący się z brytyjskiej klasy pracowniczej – i do końca życia jej wierny – krytyk sztuki, autor, artysta i wizjoner, miał odwagę, by mówić o nienazwanym i niepojętym bez protekcjonalności, bez upraszczania, racjonalizowania, ale także bez mieszczańskiego zadęcia i zadufania w elitarności znaczeń i symboli. Syn klasy pracowniczej pisał o sztuce językiem daru, inspiracji, tłumaczył, że ona jest świadkiem, że życie jest większe, niż przewidują kanony i tradycje, że miary i wyceny mają się nijak zarówno do treści, jak i formy. Rozumiał aż zbyt dobrze, że na ogół dyskursy o sztuce – burżuazyjne – budowane są z tego, co jest lub może być zawłaszczone na różne sposoby, czy to jako własność materialna, czy jako symboliczna przemoc polegająca na wykluczaniu, odcinaniu, marginalizowaniu tych, którzy należą do innych klas i innych symbolicznych kosmosów.

„Przeczucie” – Karolina Matyjaszkowicz
Berger podkreślał, że dzieło przeciętne, poprawne, tworzone jest cynicznie, w zgodzie z tym, co twórca ocenia jako posiadające właściwe wartości i język, mogące trafić do istotnych odbiorców. Dzieło wybitne wymaga oddania, pojawia się wtedy, gdy artysta bardziej ceni sens i znaczenie tego, co tworzy, niż względy wynikające z takiej wyceny. Prace komercyjne, nieoryginalne, są produktem rynku. Być artystą to nie znaczy być kimś lepszym, doskonalszym niż otoczenie. To znaczy patrzeć w innym kierunku niż ono, zauważa Dougald Hine w swoim eseju o Bergerze, którego miał szczęście znać osobiście i siedzieć z nim razem przy stole. Te rozmowy, jak mi wyjaśnił Dougald podczas naszego spotkania w Sztokholmie (też przy wspólnym stole), były dla niego bardzo cenne i miał wrażenie takiej niezwykle ważnej ich prawdziwości.
Amerykańska pisarka Ursula LeGuin porównuje w „Czterech drogach ku przebaczeniu” rozum do sieci zarzucanej na ocean. Prawda, którą przynosi, jest tylko fragmentem, cząstką, błyśnięciem tego, co jest całą prawdą – nieskończoną, nieogarniętą. Ludzka wiedza jest wycinkowa, lokalna, w gruncie rzeczy arbitralna – co nie znaczy, że nieistotna, nieważna. Wręcz przeciwnie, każde ziarnko prawdy jest odzwierciedleniem tego czegoś wielkiego i niepojętego, o ile zaczerpnięte jest z głębi oceanu i o ile ma sens, a nie tylko cenę. Spotkanie ze sztuką daje możliwość doświadczenia jakiejś lokalnej prawdy w chwili, gdy się rodziła w człowieku, który ją tworzył, ale także otwiera drzwi na bezgraniczne, nieskończone źródło całości, nie odbierając przy tym widzowi rozumu i jej czy jego sobą nie miażdżąc. Dougald Hine kończy swoje wspomnienie o Johnie Bergerze takimi słowami: „Grupa nieznajomych osób siedzi przy stole i wspólnie je posiłek. Przybysz opowiada historię przy ognisku. Przychodzi ci na myśl cytat, który słyszałeś w dzieciństwie, o tym, że wystarczy, by dwoje czy troje zgromadziło się razem”.

„Południca” – Karolina Matyjaszkowicz
Nic dziwnego, że biznes sztuki nie rozumie, że rządy się jej boją. Spotkanie twarzą w twarz to moc bez granic, przy której wszelka władza ludzka jest śmieszna – takie spotkanie to nieskończone bogactwo, całkiem za darmo.
prof. Monika Kostera
W tekście za wiedzą i zgodą Autorki zamieszczono prace Karoliny Matyjaszkowicz. W nagłówku tekstu znajduje się praca pt. „Łowczyni komet”.
przez Monika Kostera | poniedziałek 8 kwietnia 2019 | opinie
Mój kolega z Brytanii spostował na facebooku w czerwcu 2018 roku bardzo krótką notkę z BBC informującą o śmierci swojego kolegi z pracy. Został wówczas pouczony przez dział kadr i komunikacji uniwersytetu, że musi dokleić dopisek, który cytuję w całości: „Uniwersytet w Cardiff jest publiczny, a posty na facebooku nie różnią się od wydarzeń telewizyjnych. Proszę nie publikować komentarzy, które mogą zaszkodzić marce uniwersytetu”. Wydarzenie, które mogło zaszkodzić marce, zostało potem wielokrotnie opisane w mediach, nie przynoszę więc koledze zagrożenia relacjonując je tu. W ogromnym skrócie: człowiek odebrał sobie życie. Był oddanym pracownikiem naukowo-dydaktycznym, dbał o swoją pracę, starał się ją wykonać jak najlepiej. To jest dla mnie bardzo ważne – mój dziadek, wykwalifikowany szlifierz, zawsze mówił: jak masz robić byle jak, to nie rób wcale; te słowa o zmarłym dobrym pracowniku, dr. Malcolmie Andersonie, cytuję jako szczególną oznakę honoru, niech spoczywa w spokoju. Miał 48 lat i pracował na wydziale zarządzania. Ostatnie lata spędził pracując w dzień i w nocy, zabierał ze sobą prace studenckie do sprawdzenia, gdy odwiedzał rodzinę, w weekendy wykonywał obowiązki administracyjne, odpowiadał na służbowe e-maile do późnego wieczora.
Jego obciążenie pracą przypomina to, jakie przygniata inne znajome osoby pracujące w neoliberalnej akademii. Jednak, na swoje nieszczęście, dr Anderson starał się wszystko robić tak dobrze, jak umiał. Nie potrafił sobie odpuścić, zostawić, darować sobie. Był coraz bardziej zmęczony, coraz bardziej zestresowany. Tego ostatniego dnia dr Anderson przyszedł do pracy o 6.36 rano, napisał dwa krótkie listy, jeden z pożegnaniem do rodziny, którą kochał, drugi o tym, że jego obciążenie pracą okazuje się być ponad jego siły. W swym typowym w nowych czasach szklanym biurze, w pełni transparentnym budynku, jednym z tych, które dumnie lśnią firmując markę uczelni, zamiast przez szklane drzwi wyszedł szklanym oknem. Spadł na ziemię, krusząc po drodze szklany sufit.
Jakaż to marka jest tak ważna, że trzeba w jej imieniu wstrzymać się od komentowania tej śmierci? Czy jesteśmy w stanie o tym pomyśleć? Jeśli nam się to uda, możemy i my przebić, lecąc wyobraźnią w dół, ku Ziemi i otrzeźwieniu – nie śmierci – pewien sufit pojęciowej niemożliwości, który ogranicza nasze rozumienie obecnej, śmiertelnej fazy kapitalizmu.
Uczymy się bowiem wszyscy o marce jako o czymś solidnym, dobrym, ugruntowanym w długiej i sumiennej pracy, polegającej na rygorystycznym trzymaniu się standardów, troskliwej i stałej dbałości o jakość, zdobywaniu i budowaniu zaufania klientów. To klasyczna wizja strategii marki, znana między innymi z typologii Michaela Portera, która jest podstawą wiedzy z zarządzania, ba, sama jej uczę. Według tej teorii, pochodzącej z lat 80., strategia marki polega na wyróżnianiu się przez organizację w oczach klientów i żądanie za swój produkt lub usługę wyższej ceny. Wymaga to nieustannej koncentracji na wysokiej jakości, m.in. poprzez odpowiedni dobór pracowników i kierowanie nimi w taki sposób, by podnosili stale swoje kwalifikacje i byli autentycznie oddani wysokojakościowej pracy. Takiej, jaką wykonywał dr Anderson.
Mówimy studentom o tym, że markę bardzo ciężko jest wypracować – to dziesięciolecia starań i ciągłej poprawy, ale bardzo łatwo stracić, bo wystarczy chwila braku dbałości, drobne niechlujstwo, małe oszustwo, które zostanie ujawnione – a na konkurencyjnym rynku na pewno zostanie. I to jest mniej więcej to, co przeciętny wykształcony Polak wie na temat marki. Nie wie, a raczej nie rozmyśla na ogół nad tym, że jest to jedna z godnych i sensownych teorii pochodzących z ubiegłego stulecia, gdy zarządzanie też bywało godne i sensowne, a firmom i ludziom żyło się dostanie, często ramię w ramię – co można przyznać niezależnie od tego, czy się lubi kapitalizm, czy nie. Kapitalizm miał swoje jasne chwile i ta teoria opisuje jedną z nich. Marka to zaufanie, zaufanie to ludzie, o ludzi trzeba dbać, bo bez nich nie ma jakości, a bez jakości – równia pochyła do świata bubla, barbarzyństwa i bezmyślności…
No właśnie, tu zaczyna się problem z tym, co widzimy, patrząc w dół na ten fundament naszej wiedzy. Nadmierny blask podłoża powinien nam podpowiedzieć, że to, co widać, nie jest Ziemią, że straciliśmy z nią kontakt. To błyszcząca powierzchnia jakiegoś szklanego sufitu tam w dole ukazuje nam obraz, dzięki któremu możemy sobie dalej bujać w obłokach w naszej ekonomicznej fantazji, zamiast odszukać otrzeźwiającego widoku rzeczywistości takiej, jaka ma miejsce obecnie na naszej planecie. Porter opisuje dobre dekady oświeconego kapitalizmu, gdy „wschodnie zagrożenie” wymuszało w zarządzających szacunek dla postulatów związków zawodowych, gdy liczono się z głosem pracowników, bo istniała alternatywa, której większość mieszkańców Zachodu się bała, ale która jednak skłaniała do respektu wobec dążeń klasy pracowniczej. Socjaldemokratyczne państwo była w stanie zapanować nad korporacjami i obiecywało każdemu coś dobrego. Instytucje i struktury funkcjonowały sprawnie i były dobrze dostosowane do warunków gospodarczych i politycznych, więc obietnice można było spełnić – i wiele krajów Zachodu faktycznie je spełniało.
Tak było wtedy. Potem przyszła rewolucja Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, deregulacja, prywatyzacja i menedżeryzacja życia gospodarczego i społecznego, padły mury między Wschodem a Zachodem i ogłoszono koniec historii. Nikt już nie starał się równoważyć interesów, bo już „nie istniała alternatywa”, zapanował monoświat, którego czystość w nowszej historii marzyła się bodajże tylko Stalinowi. Przyszły czasy nieokiełznanych podbojów i procesów konsolidacyjnych, które sprawiają, że wszelkie majaczenie o wolnej konkurencji brzmi obecnie równie żenująco jak przywoływanie ideałów socjalistycznej równości za czasów Andropowa. Przyszła finansjalizacja i przeorientowanie zarządzania z dbałości o długotrwały interes organizacji na chwilowy interes funduszy inwestycyjnych. Markę opisuje dziś nie model Portera, lecz „No Logo” kanadyjskiej aktywistki i autorki Naomi Klein.
Według niej, marka obecnie nie jest gwarantem, symbolem jakości zawartej i tworzonej gdzie indziej – wewnątrz organizacji, czy nawet oferowanej w postaci produktu lub usługi, lecz bytem samym w sobie, wartościowanym finansowo na własnych prawach, w oderwaniu od tych procesów i rzeczywistości, których wyrazem była w poprzednim stuleciu. Tworzy ją funkcja marketingu i „komunikacji” (PR), posługując się twarzami (i innymi, finansowo wartościowymi, częściami ciała) celebrytów, wiecznie wyszczerzoną bielą zębów w wizerunkach reklamowych, przekazami głównonurtowych mediów i szkół biznesu, wreszcie samych konsumentów, którzy są tak zsocjalizowani w kulcie marek, że jest dla nich równie naturalny, jak funkcje fizjologiczne organizmu.
Marka odkleiła cię całkiem od organizacji – można ją sprzedać, podzielić, przejąć itd., itp., niezależnie od przypisanej doń organizacji wraz z całą jej technologią, tradycją czy personelem. Marka ma znaczenie sama w sobie, jest bytem bardziej realnym niż usługa, produkt czy organizacja, którą miałaby wyrażać. W trakcie zebrania strategicznego poświęconego kształtowaniu jakości na Uniwersytecie w Durham, gdzie niedawno pracowałam, wszyscy, bez absolutnie żadnej skłonności do kwestionowania tego, dyskutowali przez kilka bitych godzin wyłącznie o tym, jak na tle innych internetowych wizerunków wypadają internetowe obrazki ich uczelni. Głos proponujący inne kwestie do dyskusji został zignorowany, ale nie tak, jak ignoruje się coś bez sensu czy nie na temat, ale tak, jak nie zwraca się uwagi na coś, co nie istnieje. Brand jest wszystkim, wszystko jest brandem. Na kreowanie tegoż poświęca się gigantyczne sumy, o których, rzecz jasna, nie ma mowy, jeśli chodzi o takie sprawy, jak warunki zatrudnienia i pracy czy nawet stara poczciwa uczciwość kupiecka. Inwestowane są gigantyczne sumy w działania wspierające taki oderwany od jakiejkolwiek treści branding, powstał potężny biznes rankingów, z misterną i drogocenną mechaniką i logiką utrzymania na każdym poziomie, gdzie chleb idzie do działów marketingu, a igrzyska rozgrywane są stale między symbolami różnych marek, staczających drogocenne potyczki na symbolicznych arenach rozkwitających specjalistycznych korporacji lub na łamach właściwych mediów.
Żadnej liczącej się korporacji nie obchodzi już, w jakich warunkach i przez kogo wykonywana jest praca. Żadnej korporacji nie stać na godne płacenie pracownikom. Żadna korporacja nie może sobie pozwolić na zapewnianie dobrych warunków pracy. Nie jest istotne, by zatrzymać przy sobie pracowników, a gdy mówi się o „zatrzymaniu kompetencji”, ma się na myśli własność w sensie prawa autorskiego. Tak pojętej marce służą parametry do jej pomiaru i perfekcjonowania, to ją ma się na myśli wypowiadając z dreszczem magiczne słowo „doskonałość”, to w nią inwestuje się wszelkie wartości, ba, to ona jest wartością, sama w sobie, samą dla siebie.
Wartością większą niż życie dobrego pracownika doktora Malcolma Andersona. Niż życie każdej i każdego z nas. Spójrzmy w dół, poprzez ten szklany sufit pod naszymi stopami, popatrzmy długo i dobrze, a ujrzymy to, co ukrywają błyszczące fasady. Grunt, gleba, proch – stamtąd przychodzimy wszyscy, tam zmierzamy. Między tam a teraz jeszcze dla nas, choć nie dla niego, tymczasem – przestrzeń do życia, do miłości, do kłótni, buntu, wiary, pracy… i pamięci. Pamiętajmy o Malcolmie Andersonie, naszym koledze i współprzechodniu w tych przedziwnych, strasznych i błyszczących czasach. On wiedział to, co i my wszyscy wiedzieć powinniśmy i zapłacił za to cenę, która naprawdę jest najwyższa. Przez szacunek dla niego i dla samych siebie znajmy ją i znajmy wartość, która za nią się kryje.
prof. Monika Kostera