przez Anna Mieszczanek | czwartek 7 lutego 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
Drogi Michale,
jeśli dobrze pamiętam, jak się widzieliśmy ostatni raz, był późny wieczór, środek Warszawy, ulica Okólnik. Właśnie zebrał się pierwszy raz po latach stanów wojennych i po-wojennych zespół „Tygodnika Solidarność”. Pan Tadeusz jeszcze nie był premierem, Małgorzata Niezabitowska jeszcze nie była jego rzeczniczką, a Jan Dworak jeszcze nie szefował publicznej telewizji. Ja właśnie wydałam zrobioną dla podziemnej Karty książkę o Marcu ‘68 roku, a za nagrodę z Fundacji Polcul wyglazurowałam – dumna jak paw – łazienkę. Na tym zebraniu kąpaliśmy się wszyscy razem w pianie z wielkich nadziei na to, że wreszcie będzie normalnie. Rok był 89.
18 lat później Ty zostałeś doradcą premiera Tuska do spraw społecznych i cieszysz się – w prasowym wywiadzie („GW” z grudnia) – że zusowi wreszcie się coś udało. Że udał mu się, mianowicie, system rent okresowych, który eliminuje nieuczciwych i powoduje, że nie marnują się podatnicze pieniądze.
Ta właśnie radosna opinia jest głównym powodem mojego listu do Ciebie. Listu pół-otwartego, bo napisać całkiem otwarcie co naprawdę czuje ktoś, kto jest chory, dostał się w tryby przyznające okresowe renty i domaga się poszanowania własnej godności – to byłby donos na siebie samego o planowanie złych czynów. Formuła pół-otwarta uchroni mnie przed niechybnymi trudnymi do zniesienia następstwami.
Empatia pożądana
Ponieważ zachorowałam, od trzech lat kontaktuję się nieustająco z zusem, jestem więc prawdziwym ekspertem. Mam dwa grube segregatory pism, które zus przysłał do mnie przez ten czas i pism, którymi ja na nie odpowiadałam oraz trzeci segregator, w którym chowam – jak największe skarby – mnóstwo papierów od lekarza rodzinnego, nie rodzinnego, szpitalnego i jakiego tylko się chce, ponieważ te skarby – wyłącznie w oryginale – są przedmiotem mielenia machiny przyznającej okresowe renty.
Trzech czwartych tego, co zus do mnie napisał – nie rozumiem. A przecież czytam grube książki, a nawet je piszę. Gdy przychodzi kolejny polecony, a jakże, z pieczątką zus – wpadam w panikę. Dlatego wnoszę, by do któregoś z ważnych urzędowych rejestrów wpisać nową jednostkę chorobową: fobię zus-owską lub fobię biurokracyjną. Symbol F-zus lub F-b. Druk: zus zla lub zus bla, bla, bla. Wielu lekarzom oszczędziłoby to czasu przy diagnozowaniu pacjentów.
Może moje kontakty z zusem byłyby łatwiejsze, gdyby ucięło mi rękę albo nogę. Ale chyba nie. Ciągle czytam albo oglądam w programach interwencyjnych historie, których zawartość da się streścić tytułem artykułu z Dziennika: Zus zmusza kalekę do pracy. Może byłoby mi łatwiej, gdybym chorowała na społecznie akceptowalną „poważną” chorobę typu rak. Ale i to chyba nie – dziennikarze opisali tych historii na pęczki. Clou jest choćby w dziennikowym tekście pod tytułem Zus czekał, aż jej mąż umrze. Żeby – rzecz jasna – nie zapłacić renty choremu na raka.
Ale jest jak jest. Ani jeszcze nie „zeszłam” ani nie mam wyrazistej choroby somatycznej, a tylko pojawiające się co czas jakiś biedne, choć wymagające szpitala, psychosomatyczne komponenty. Tu serce szaleje, tu jakieś zapalenia żołądka, tu alergia – na zmianę. Mnóstwo proszków na to, które kosztują mnóstwo pieniędzy. Niezmienna tylko depresja, na którą też proszki. I nie-spanie przed kolejną wizytą w zusie.
Nie oczekuję więc od Ciebie zrozumienia, bo wiem, że to skomplikowane. Oczekuję jedynie próby empatycznego wyobrażenia sobie, jak może się czuć chory i coraz bardziej zmęczony człowiek, wessany w tryby zusowskiej machiny. Niby władz umysłowych nie stracił, a jednak czuje się nie a propos, jak niemowlę. Rozsypały mu się ze stresu stare mechanizmy obronne, pozwalające jakimś cudem znosić absurdy życia społecznego przez 15 lat transformacji, a nowe dopiero się wykształcają. To trwa. Na to potrzeba czasu. Ale zus, drogi Michale, czasu Ci nie da, bo ma bardzo dobrze działający system rent okresowych.
Obywatele pod specjalnym nadzorem
Co pół roku będziesz się musiał stawiać na żądanie, po to, by sprawdzono wiarygodność Twoją i Twojego lekarza, który zna Cię i leczy. Przecież możecie być w zmowie i oboje kłamać, żeby wyłudzić.
Zaufanie zaufaniem, ale porządek musi być, prawda?
Zus będzie Ci więc mówił, że jesteś zdrowy, Ty się będziesz odwoływał. Zanim tryby machiny rozpatrzą odwołanie i wezwą Cię znów przed oblicze, nie będziesz miał z czego żyć. Potem, hurtem przyślą Ci pieniądze za kilka miesięcy, bo jednak po odwołaniu lekarz orzecznik zgodzi się, że ci się należy. No i zaraz po tym znów wypadnie termin okresowego sprawdzenia, czy jesteś chory czy nie, bo system rent okresowych działa świetnie. Pójdziesz do lekarza. On Ci napisze, że jesteś chory. Ledwo zdążysz się ucieszyć, a już dostaniesz pocztą pismo, że zus odwołał się od decyzji własnego orzecznika, bo uważa inaczej. Znów nie masz za co kupić lekarstw. Potem znów możesz sobie zrobić mały zapas, bo dostaniesz znów hurtem, kilka rent za pół roku. Potem znów wypadnie Ci kolejny termin stawienia się przed oblicze systemu sprawdzającego zasadność przyznania rent okresowych. Ja się tak bujam ze trzy lata Ciekawa jestem, ile czasu Ty byś wytrzymał.
Zus wygląda pewnie na bardzo przyjemną i nieźle zorganizowaną instytucję, jeśli przyglądać się mu z perspektywy kawy w gabinecie prezesa albo trenera szkolenia, który uczy pracowników zusu, jak mówić petentom dzień dobry i patrzeć miedzy brwi, kiedy owi są zdenerwowani. (Dziennik)
Z perspektywy plastikowego krzesełka, na którym w korytarzu zasiadają chorzy ludzie, by mogły przed nimi defilować urzędniczki z tonami papierów, stukające obcasikami różnych gabarytów – widok nie jest już tak przyjemny.
Przypuszczam, że Tobie nie zdarzyło się siąść po tej drugiej stronie – na krzesełku pod drzwiami lekarza orzecznika zusu. Nie wiesz jak to jest, kiedy lekarz Ci się nie przedstawia, kiedy na wizytówce na drzwiach widnieje nazwisko kobiety, a ty wchodzisz i widzisz faceta lub odwrotnie. Nie wiesz jak może być, kiedy, zwiedziony miłym tonem pytania co panu dolega, zaczynasz swoją trudną opowieść i słyszysz gromkie: niech się pan weźmie w kupę i idzie do roboty. Nie wiesz jak to jest, kiedy jakaś kobieta czy facet w białym kitlu – znaczy lekarz – nie patrzy nawet na ciebie przez kwadrans. Patrzy w Twoje papiery, patrzy w Twoje wezwanie do poważnego lekarza orzecznika, ogląda Twój dowód osobisty i za każdym razem przepisuje obowiązkowo Pesel. Patrzy na twoje ręce, nogi czy brzuch, bo przecież Cię bada. Ale na Ciebie – nie spojrzy. Omija Cię wzrokiem.
Groźby w majestacie prawa
Ale przecież zus o Ciebie dba. Ma całkiem dobry system prewencji rentowej. Choć nie wiem co byś zrobił, gdyby trzy razy kazali Ci jechać do sanatorium, ty trzy razy prosiłbyś o zmianę terminu i miejsca na wygodniejszy dla Ciebie – bo dziecko chore, bo jakieś trudne rodzinne sprawy. No i pokój chciałbyś w tym sanatorium jednoosobowy, a oni Ci dają miejsce w trójce. Ty ich prosisz – a oni swoje. Że masz się podporządkować. I za każdym razem na papierze, który przysyła Ci zus, widnieje wyraźnie, że jak pacjent nie będzie współpracować – czyli mieć własne wymagania – to świadczenie, czyli renta, może być cofnięte. Poprosisz, żeby Ci podali urzędową drogę odwołania od ich sanatoryjnej decyzji – dowiesz się, że odwołać się nie można, bo przecież to orzecznik orzekł.
Jakieś prawa człowieka czy pacjenta? Jakieś prawo wyboru lekarza? Zapomnij. Tu jest niby wolny kraj, ale jak się wpatrzysz – to zobaczysz, że nie całkiem.
Wymuszanie bezrobocia i wyłudzanie składek
Nie wiesz jak to jest, kiedy próbujesz w tym bałaganie trwać, próbujesz nie zamknąć firmy, bo przecież masz nadzieję, że w końcu wszystko będzie dobrze i wrócisz do pracy. Przecież prezes zusu nie zamyka go, kiedy choruje, to i ja nie zamknę – myślisz. Ale orzecznik wie lepiej od Ciebie, że powinieneś już dawno tę firmę zamknąć, bo tak to wyglądasz na wyłudzacza.
Nie wiesz jak to jest, kiedy przypadkiem, na korytarzu przed sekretariatem, dowiadujesz się, że jak się odwołujesz od jakiejś zusowskiej decyzji i np. nie masz przedłużonej renty, to – hura, hura – nie musisz płacić za firmę (która nie przynosi dochodu, ale niestety istnieje) wszystkich składek zusowskich, lecz tylko jedną, zdrowotną. Czy może chorobową. To zdaje się różnica ale ja do tej pory tego nie łapię. Nie wiesz jaka to radocha!
Nie wiesz też, że nie zwrócą ci tej składki zapłaconej od działającej na własną zgubę firmy, jeśli przedłużą Ci rentę. Co tam, z radości, że masz chwilę spokoju, chętnie zapłacisz za ten sam okres dwa razy. W końcu jesteś krezusem. Masz rentę. Na pewno wiesz jaka jest średnia wysokość renty w Polsce. Mnie się nawet nie chce sprawdzać.
Jak się poczujesz lepiej i chciałbyś pomału wrócić do pracy – na razie na pół etatu – to owszem, będziesz mógł. Ale składki na zus musisz zapłacić całe.
Ich Troje
Nie zdarzyło Ci się też pewnie stanąć przed komisją złożoną z trzech obcych Ci osób – nie wiesz kto to jest, bo przecież się nie przedstawią. Jedna czyta Twoje papiery, druga Cię pyta po raz trzydziesty w ciągu trzech lat, czy masz jeszcze firmę, czy już ją zamknąłeś, trzecia pisze coś na maszynie, więc nie słyszysz tej drugiej osoby. Spędzasz tam 17 minut, z zegarkiem w ręku, w czasie których oni zdążyli także obejrzeć Twój dowód i przepisać Pesel, pouczyć, że przysługuje Ci zwrot kosztów dojazdu, ale przecież za taksówkę Ci nie zwrócą, fanaberie masz, oraz obruszyć się, że odmawiasz rozebrania się do majtek, bo Ci przeszkadza brak parawanu i ostre światło. No i po tych 17 minutach wywalą Cię na korytarz, żebyś poczekał i posiedział na krzesełku, z płaszczem na kolanach, bo wieszaka nie ma – po co, przecież to zus, a nie kawiarnia. No i mówią Ci, że masz wrócić do pracy, a jak zapytasz dlaczego?, odpowiedzą Ci, że nie ma obiektywnych przesłanek które by stwierdzały niezdolność, a subiektywne ich nie interesują. No.
To wrócisz pewnie do domu, wypłaczesz się przez telefon swojemu lekarzowi, który przecież wie co ci jest, bo rozmawiał z Tobą długie godziny. Potem weźmiesz proszki na uspokojenie i napiszesz kolejne odwołanie.
Niekompatybilność
W międzyczasie zus przyśle Ci kolejną decyzję, w której domagać się będzie zwrotu nienależnie pobranego świadczenia. Bo zus policzy Twoje dochody inaczej niż urząd skarbowy. Dla zus dochodem jest nie to, co rzeczywiście zarobiłeś, ale to, od czego masz obowiązek zapłacić składkę gdy masz tę cholerną firmę, która nie przynosi dochodu, bo Ty chorujesz i nie pracujesz. Twój psi obywatelski obowiązek to odprowadzić składki do zus od najniższej krajowej pensji. Ta najniższa pensja to około 1500 zł. I to jest twój dochód, choć go na oczy nie zobaczyłeś, bo przecież chorujesz i nie zarabiasz. Taki polski Paragraf 22, którego nawet Orwell by nie wymyślił, drogi Michale. A jak to opowiesz młodemu prawnikowi, którego poprosisz o pomoc w napisaniu odwołania, bo już nie masz na to siły, to Cię zapyta: paragraf jakiej ustawy?
No jak to jakiej? Polskiej. Przez polski Parlament przyjętej. I przez zus realizowanej.
Ludzie polegają na tym, że czują
Nie wiem jak Ty byś się z tym wszystkim czuł. Ja się czuję upokorzona. I wściekła. Choć o wściekłości nie napisze, bo po to – jak pamiętasz – list jest pół-otwarty. Domyśl się, proszę, jak wielka może być ta wściekłość.
Na ścianie mogę sobie powiesić mój dyplom Polculu, żeby sobie przypomnieć jak kiedyś było miło. Teraz jestem tylko petentem zusu. Teraz, dla zusu, którego kształt i Ty współtworzyłeś – jestem tylko potencjalnym oszustem, który chce coś wyłudzić.
Dziennikarze pocieszają: Molocha nie trzeba się bać. 80-letnia łodzianka właśnie wygrała w sądzie z ZUS-em. (Dziennik)
Sama też chętnie się pocieszam, że po to przecież mamy demokratyczne państwo prawa, żeby od każdej głupiej decyzji można się było odwołać nie do kacyka z kace, tylko do niezawisłego sądu. Więc powinnam się cieszyć. Oddawać do sądów kolejne durne decyzje i cieszyć się, czekając na wygraną. To dlaczego ja się nie cieszę?
Po pierwsze dlatego, że jestem w złej formie. No, chory człowiek jestem. Oczekuję – jeśli nie wsparcia ze strony instytucji, która po to powstała, żebyśmy my, obywatele, nie byli bez pomocy w razie życiowych kłopotów – to przynajmniej traktowania mnie z należytym szacunkiem i nie powodowania dodatkowych stresów.
W naszym cudownie liberalnym systemie, który wszystko przelicza na pieniądze, nie umiem na razie wyliczyć, ile pieniędzy straciłam przez to, że kolejni lekarze orzecznicy czy członkowie zusowskich komisji traktowali mnie jak oszusta, którego trzeba na czymś przyłapać. O ile dłużej – przez to właśnie – biorę jakieś proszki i nie wracam do zwykłej formy? Bo co wrócę – to kolejny papier z zusu powoduje kolejną małą zapaść. Z którą jakoś tam się da uporać – ale to trwa. Tracę na to czas. Tracę pieniądze, których w tym czasie nie zarabiam. Ale w końcu jakiś prawnik mi to policzy. I wtedy poproszę zus o zwrot. Może nawet z odsetkami, tak przez zus ulubionymi.
Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego się nie cieszę, że mam prawo się z zusem procesować, tylko wręcz przeciwnie.
Mam, otóż, poczucie, że budując to nasze wyśnione państwo prawa, wybudowaliśmy sobie sami klatkę, w której zgodnie z procedurami i niespójnymi absurdalnymi przepisami, więzimy – patrząc jak się szamocze – coś tak nieprzeliczalnego na pieniądze, jak godność ludzkiej, pojedynczej osoby.
Na polskim styku liberalnego z katolickim, pod ciężarem procedur i artykułów ustaw coraz bardziej niezrozumiałych dla zwykłych ludzi – pada ostatecznie mit mojej młodości. Że pojedynczy człowiek i jego godność muszą być najważniejsze. I że trzeba o to solidarnie dbać.
Gdybym to wiedziała na tym zebraniu „Tygodnika”…
Gdybym to wiedziała wcześniej, jak mnie weryfikowali w stanie wojennym…
Być może nie poszłabym tą drogą, którą poszłam. I innych bym przestrzegała: ludzie, którzy macie głupawe nadzieje na lepszy świat po polskim komunizmie – nie idźcie tą drogą. I jedźcie lepiej na Filipiny, bo tu nie ma czego szukać. Albo siedźcie w domach razem z waszymi psami – Sabami i kotami o nieustalonych imionach. Zresztą, róbta co chceta, tylko nigdy nie liczta na zaklad ubezpieczeń społecznych i konsekwentnie piszta te nazwe z małych liter. Omijajta go szerokim łukiem. Lub żądajta odszkodowań. To w końcu Wasze pieniądze.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Anna Mieszczanek | wtorek 15 stycznia 2008 | Felietony - Anna Mieszczanek
W późnych latach 90. Aspire stanowiło przykład brytyjskiego przedsiębiorstwa społecznego. Firmę stworzyło dwóch absolwentów Oxfordu: Paul Harrod i Nark Richardson. Aspire zatrudniała osoby bezdomne w charakterze akwizytorów sprzedających produkty wytworzone zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu (Fair Trade). Do 2001 r. firma zarobiła 1,6 miliona funtów i była jednym z pierwszych przedsiębiorstw społecznych w Wielkiej Brytanii, które rozszerzyło swoją działalność poprzez franczyzę.
Harrod i Richardson byli przyjaciółmi z dzieciństwa. We dwójkę tworzyli w Oxfordzie studencki teatr i radio. Harrod studiował historię, Richardson psychologię. Byli również wolontariuszami w licznych organizacjach charytatywnych zajmujących się bezdomnymi. Stwierdzili wówczas, że wiele programów poniosło porażkę, gdyż skupiało się bardziej na symptomach bezdomności niż na jej przyczynach. Byli przekonani, że zapewnienie bezdomnym płatnego zatrudnienia i szkoleń będzie bardziej skuteczne niż oferowanie żywności i schronienia.
Po ukończeniu studiów w Oxfordzie w 1998 roku, Harrod i Richardson wrócili do rodzinnego Bristolu (Anglia), aby wypróbować ten nowy sposób pomagania osobom bezdomnym. „W rzeczywistości nie chcieliśmy prowadzić firmy” – mówił Harrod. „Jednak skoro oferowaliśmy zatrudnienie, uważaliśmy, że musimy stworzyć firmę mającą szansę utrzymania się na rynku”.
Wcześniej Harrod pracował w niepełnym wymiarze godzin, jako akwizytor katalogowej firmy Betterware (znana marka w Wielkiej Brytanii). Dzięki temu doświadczeniu poznał zarówno zasady funkcjonowania firmy katalogowej, jak i umiejętności wymagane od akwizytorów. Umiejętności tych, w większości, mogły nauczyć się również osoby bezdomne.
Tworząc Aspire, Harrod i Richardson przystosowali model firmy katalogowej w ten sposób, aby dostosować go do swoich społecznie sprawiedliwych celów. Postrzegali wynagrodzenie, uzależnione od sprzedaży za niesprawiedliwe, dlatego oferowali swoim pracownikom pensję stałej wysokości, bez względu na ilość sprzedanego towaru. Chcieli pomagać zarówno ludziom z innych krajów, jak i tym, którzy zamieszkują Wielką Brytanię. Dlatego zdecydowali się na sprzedaż produktów uzyskiwanych zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu, takich jak drobne artykuły gospodarstwa domowego, biżuteria, upominki. Wyroby te pochodziły głównie od zajmujących się Sprawiedliwym Handlem organizacji Traidcraft i Oxfam.
Ponieważ Aspire nie była nastawiona na zysk i w dużej mierze opierała się na wolontariuszach, była w stanie utrzymać się na rynku. Działała więc z sukcesem, aż tu nagle…
…pod koniec 1999 roku Harrod i Richardson zaprosili do Aspire doradcę Terrance’a Roslyna Smitha, który dołączył do grupy zarządzającej. W przeciwieństwie do założycieli firmy, Smith był zaangażowany w wiele projektów związanych z przedsiębiorstwami społecznymi. Doszedł on do wniosku, wraz z twórcami Aspire, że przedsięwzięcie musi rozwijać się, aby odnieść sukces.
I już w lipcu 2003 roku firma zbankrutowała.
Skrótu tego, co działo się pomiędzy zaproszeniem do grupy zarządzającej doradcy biznesowego a owym bankructwem, dokonałam oczywiście tendencyjnie, żeby – jak mówi Janek Pospieszalski, który zamienił kontrabas w Voo Voo na mikrofon w TVP – pokazać tendencję.
Tendencja globalnej gospodarki jest taka, że ma być rozwój. Ta tendencja jest sprzeczna z tendencją gospodarki na ludzką miarę, która ma służyć ludziom – żeby po prostu mieli z czego żyć.
Inna tendencja globalnej gospodarki, wynikająca z tendencji wymuszającej rozwój jest taka, że trzeba się z tym rozwojem i wypracowywaniem zysku strasznie spieszyć, bo inni nas prześcigną i dla nas zabraknie.
Ta znów tendencja sprzeczna jest z podstawową tendencją demokracji, która wymaga czasu dla zaprezentowania własnych potrzeb i – potem – dla znalezienia kompromisowych rozwiązań godzących te zróżnicowane potrzeby.
Nasze życie płynie między tymi tendencjami. A my stajemy się specjalistami od godzenia wody z ogniem. Lub ofiarami tych tendencji, które akurat zyskują większą moc.
Cala nadzieja w tym, że jak już tendencje nazwane, łatwiej zdecydować, którą z nich chcemy wzmacniać swoim pojedynczym działaniem.
Trudno w to uwierzyć, ale od każdego naszego działania coś naprawdę zależy. Nie na darmo wszyscy dreamerzy świata wciąż śpiewają: come together.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
* Tekst znajduje się tutaj:
http://www.ekonomiaspoleczna.pl/x/325066
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
przez Anna Mieszczanek | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Drogie kobiety!
Piszę do was z małej litery i z kuchni, czyli z miejsca, w którym powinnam być. 14 grudnia gazety podały podały, że nasze emerytury – o 35 procent niższe niż emerytury mężczyzn – będą niższe o kolejne 15 procent.
Naprawdę przesadziłyśmy. Nie wolno tak traktować mężczyzn. To nie jest sprawiedliwe. Musimy zaprzestać prześladowania mężczyzn samym faktem naszego istnienia. Musimy się w końcu usunąć.
Mężczyźni z takim trudem rządzą światem. Tyle mają z tym kłopotów. Nie powinnyśmy stwarzać im dodatkowych problemów. Same widzicie: i profesor Marek Góra, twórca systemu emerytalnego, i Jeremi Mordasewicz, przedsiębiorca z Lewiatana, i nawet cały Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, martwią się teraz kwestią naszych emerytur. Zaraz będzie się też tym problemem martwił i zajmował swój cenny czas Doradca Pana Premiera do spraw społecznych, Pan Michał Boni. A może i sam Premier pochyli nad tym kłopotem swoje zapracowane czoło. Nie możemy dłużej godzić się na to, by przez nas mieli tyle zmartwień!
Musimy wreszcie jasno przyznać, że te okropne kobiety, które nazwały siebie feministkami i wywalczyły dla nas sto lat temu prawa wyborcze i prawo do nauki – popełniły błąd. Nie powinnyśmy mieć żadnych praw. Uznajmy wreszcie, że one się nam naprawdę nie należą i zwróćmy je prawowitym właścicielom – mężczyznom. Jesteśmy przecież gorszym gatunkiem człowieka i powinnyśmy uszanować to miejsce w szeregu, które wyznaczyła nam natura.
***
Robię właśnie to, do czego jestem przeznaczona. Gotuję na parze rybę, bo dziecko ma chory żołądek i nie może smażonego. Laptopa, na którym piszę do was ten list, przyniosłam do kuchni, żeby mi się ryba nie rozgotowała. Wiem, iż ten komputer mogę mieć dlatego, że jakiś światły mężczyzna go zbudował, inny dostarczył do sklepu, inny jeszcze – sprzedał. A rybę mogłam kupić dlatego, że jeszcze jeden światły mężczyzna ciężko dla mnie pracował nad ustawą o zabezpieczeniu społecznym i tylko dzięki niemu teraz, kiedy jestem chora, po 30 latach pracy dostaję z ZUS-u 459 złotych minus podatek.
Dziś jeszcze przesyłam swoje wezwanie do kobiet przy pomocy e-maila. Ale wiem, że powinnam zamknąć wszystkie swoje internetowe konta. Powinnam przestać zaśmiecać sieć, w której mężczyźni rozwiązują swoje poważne, globalne problemy. Od jutra przestanę – tego wymaga ode mnie obywatelska odpowiedzialność. Uważam też, że wszystkie powinnyśmy zamknąć kobiece strony internetowe, a także zlikwidować niepotrzebne kobiece organizacje – stwarzamy nimi w świecie tylko tłok i bałagan.
Od dziś powinnyśmy też wszystkie zgodzić się co do tego, żeby nie wysyłać więcej żadnych, ale to absolutnie żadnych pism do polityków z jakimikolwiek żądaniami. Przejrzyjmy na oczy i zgódźmy się: nie wolno nam robić takich rzeczy! Przeszkadzamy tylko mężczyznom poważnie zajmować się sprawami świata. Zajmujemy ich cenny czas. Musimy ich za to przeprosić!
Ja przepraszam i od dziś jestem mężczyznom wyłącznie wdzięczna. I wzywam Was Wszystkie: Wy też bądźcie wdzięczne!
Zrzeknijmy się prawa do emerytur! Po co nam one? Te o 35 i jeszcze 15 procent mniejsze niż męskie emerytury, przekażmy solidarnie na ich męskie, zasłużone konta emerytalne. Już dziś! Aby jutro mężczyźni odpoczywali na emeryturach z poczuciem, że na ten odpoczynek w pełni zasłużyli. A my zejdźmy ze sceny publicznej! Przestańmy utrudniać im życie!
Przestańmy chodzić na wybory – tyle mają potem kłopotu z liczeniem naszych głosów. Zwolnijmy miejsca w szkołach – niech w małych klasach zdobywają wiedzę potrzebną do wywoływania światowych wojen i rozwiązywania problemów. To jest przecież najważniejsze. To prawdziwa praca, która popycha świat do przodu. Nie możemy tego dłużej nie dostrzegać!
Znajmy swoje miejsce w szeregu i trzymajmy się tego miejsca! Popełniłyśmy ogromny błąd uznając, że świat potrzebuje nas tak samo jak ich. Czas przejrzeć na oczy. Tak, jak jest oczywiste że mamy siedzieć w kuchni i opiekować się naszymi dziećmi, równie oczywiste jest i to, że za całą zapłatę powinno nam starczyć to, że możemy czuć wdzięczność wobec panów. Tak, możemy wnieść nasz mały, zgodny z miejscem, które nam przeznaczono, wkład w to, żeby działało prawo i sprawiedliwość i żeby żyło się lepiej. Wszystkim.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
P. S. Ryba wyszła pyszna.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 29 listopada 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Przypomniała mi o tym radiowa Trójka – już po wyborach, a jeszcze przed tworzeniem nowego rządu, w senne niedzielne popołudnie, podczas którego nie wydarzało się tradycyjne w Polsce polityczne mordobicie. Wysłuchałam wiadomości – o tym, że 15 organizacji z Anglii stowarzyszyło się, żeby ratować las Sherwood. 180 hektarów starych dębów jeszcze zostało. Było więcej. 15 organizacji zaczyna więc akcję ratunkową. „Rzeczpospolita” podała tego samego dnia, że organizacje te „w grudniowym konkursie Wielkiej Loterii (BIG Lottery) chcą wygrać 50 mln funtów (70 mln euro) na ten cel. Loteria jest filią brytyjskiej Loterii Krajowej, sponsorującej wiele rozmaitych inicjatyw”.
Jeśli 15 organizacji nie wygra na loterii, napisze pewnie wspólny wniosek o grant do Unii Europejskiej w ramach jakiegoś lokalnego partnerstwa, pilnując terminów a także – o, to nawet najbardziej – formalnych wymogów właściwych wnioskom grantowym. Ten wniosek oceni kilkunastu lub kilkudziesięciu unijnych urzędników na różnych szczeblach: lokalnych, ponadlokalnych, regionalnych. Jeśli procedury zostaną spełnione, 15 organizacji być może dostanie unijny grant na ratowanie dębów, w cieniu których Robin Hood krył się przed zakusami niecnego Szeryfa. Tym samym za pieniądze podatnika z Langwedocji czy Katalonii uratujemy zapewne jakiś fragment starego angielskiego lasu. I wilk będzie syty, i Manchester City – jak mawia mój znajomy.
Tylko czy to ma sens?
Dlaczego nie zadbały o ten las jakieś – utrzymywane za pieniądze podatników – władze? Dlaczego nie zadbały o stworzenie prawa, które uniemożliwiałoby wycinanie starych dębów, skoro wiadomo, że trzeba je chronić?
Po co właściwie wybieramy sobie w Europie od paru setek lat posłów do parlamentów? Narodowych, a teraz i brukselskich? Czy nie po to właśnie, żeby dbali o dobro wspólne? Jeśli nie dbają – po co nam oni?
Zdaje się, że zbudowaliśmy i utrzymujemy system, który służy tylko działaniu tegoż systemu.
Godząc się na istnienie i finansowanie państw oraz na taki a nie inny system wyłaniania reprezentantów Narodów, tworzymy obywatelom komfortowe warunki do stowarzyszania się przeciwko nie-działaniom władz, które ci właśnie obywatele wybierają.
Czy to ma sens? To sensu nie ma.
Hmm, ale ja w tym żyję. Podobnie jak 15 angielskich organizacji, które zapewne za jakiś czas zasiądą do pisania wniosków o unijny grant. A także liczni wyborcy w krajach unijnych, którzy w słodkich przerwach między wyborami a tworzeniem rządów zwolnieni są z obowiązku przysłuchiwania się politycznym mordobiciom o różnym poziomie natężenia.
W pustej przestrzeni zawsze ma szanse pojawić się jakaś ożywcza myśl. Mnie – poraziła.
Co by z taką myślą zrobił Robin Hood?
przez Anna Mieszczanek | czwartek 8 listopada 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Dzięki temu widać wyraźniej niż dotąd, że polska demokracja trwa tylko dzięki instytucjom stworzonym odgórnie. I chwała Panu. Ale dzięki temu samemu widać też wyraźniej niż dotąd, że demokratyczne instytucje i wybory raz na jakiś czas tworzą demokrację ledwie fasadową. Bo co z tego, że wybieram sejm i senat, skoro nie mam wpływu na to, jacy ludzie pojawiają się na listach kandydatów. I jeśli nie mam na kogo głosować, mogę tylko na wybory nie pójść albo pójść i oddać głos nieważny – co w tych wyborach wybrało zaskakująco wielu z nas, bo aż 2,4% głosujących. 335 tysięcy ludzi.
Przyszedł więc chyba czas na zakorzenianie demokracji na samym dole. Czas na przekonanie ludzi, że tylko realny wpływ każdego z nas na życie społeczności może demokratyczny system uczynić żywym, a nie malowanym.
Dla mnie, najważniejszym dziś pytaniem jest: Jak sprawić, żeby Obywatele chcieli i mogli mieć realny wpływ na życie całej społeczności? To wielkie pytanie rozbija mi się na kilka mniejszych.
– W jaki sposób wyłaniać kandydatów do sejmu i samorządów?
– Jaka powinna być najlepsza dla naszej młodej demokracji ordynacja wyborcza?
– Jak wymusić na rządzących zawarcie czegoś w rodzaju nowej umowy społecznej, w której obywatele wspólnie określą, w jaki sposób będą wydawane ich podatki, ustalą priorytety, na które przeznaczą w odpowiednich proporcjach swoje pieniądze. Powiedzą, ile chcą wydać na ochronę zdrowia, bezpieczeństwo, edukację, finansowanie partii politycznych i organizacji pozarządowych.
– Jak wypromować współpracę zamiast nieustającej walki i rywalizacji i jak zmusić rządzących do rozwiązywania problemów poprzez dochodzenie do kompromisów i konsensusów zamiast dotychczasowego przyjmowania rozwiązań wedle woli silniejszego?
– Co powinno się znaleźć na liście decyzji obowiązkowo konsultowanych w referendach z całym społeczeństwem po uczciwej i trwającej ustalony czas publicznej debacie: czy tylko udział w wojnie i sojuszach wojskowych – czy wszelkie kwestie ważne społecznie i wzbudzające spory?
– Jak rządzący mają nas bronić przed swoją własną manipulacją?
– Jak ograniczyć marketing polityczny, który z wyborów robi tylko medialne widowisko?
***
Demokracja nie spadła nam z nieba – drogą powolnych prób i błędów ewoluowała, by stać się systemem gwarantującym obywatelom reprezentację. Ale dziś, pozostając w przekonaniu, że działamy w demokracji, funkcjonujemy w stanie pełzającej wojny wszystkich ze wszystkimi. Przez ostatnie dwa lata wrogów definiował nam PiS. Teraz, wykształciuchy, odebrawszy pole, zrobią – zapewne – to samo.
Tak się dzieje, ponieważ każdy dostrzega tylko swoje. I to jest w porządku, bo od zobaczenia wyraźnie własnego interesu zaczyna się demokratyczna zabawa. Ale tylko się zaczyna.
Jeśli za dostrzeżeniem własnego interesu nie idzie także dostrzeżenie interesów – skomplikowanie poplątanych – otoczenia, w którym wszyscy wspólnie żyjemy, to zamieniamy demokrację w siłową przepychankę. I widzimy wszystko w wersji zero-jedynkowej. Moherowy beret czy przyjaciel Adama Michnika będzie albo totalnie dobry, albo totalnie zły. Podobnie: liberał, postkomunista, ekolog, zwolennik lustracji.
Niby używamy w dyskusjach argumentów, ale tak naprawdę szukamy tylko tego, co potwierdzi naszą siłę i da nam przewagę. Nad tym wrednym przeciwnikiem. Który ma swoje wredne interesy.
Tak się dzieje, ponieważ przyzwyczailiśmy się myśleć, że demokracja to rządy większości. Może i miało to sens przy mniejszym zróżnicowaniu społeczeństw, przy wyraźniej dyskryminowanych grupowych interesach. Teraz sensu już nie ma.
Niby to wiemy. I dlatego tylko raz na cztery lata dajemy sobie „oficjalny” czas na prezentację wyłącznie własnych punktów widzenia. Po to, żeby zaprezentowane zostały wyraźnie. Po to – taka jest w każdym razie oficjalna wersja – żeby ludzie mogli dokonać wyboru: do tego mi bliżej, do tego dalej. Potem, kiedy już każdy się opowie za jakąś opcją, kiedy wiadomo niby jaka jest większość – teoretycznie powinien przyjść czas na spokojne i dbające o interesy różnych grup rządzenie: dzielnicą, miastem, państwem. Ale nie przychodzi.
Nikt nie widzi, że ma przed sobą cztery lata pracy na wspólną rzecz. Widać tylko tyle, że już za cztery lata kolejne wybory, które muszę wygrać ja, moja opcja, moje stanowisko. Bo jak nie wygra, to nastąpi koniec świata.
Więc walczymy. No bo przecież mało czasu do następnych wyborów.
Ale właściwie po co w takiej sytuacji mam chodzić do wyborów? Jeśli ja krzyczę tylko „moje!, moje”, podobnie krzyczeć będzie sąsiad z domu obok, z innego miasta, z drugiego końca Polski. Tak naprawdę każdy z 30 milionów wyborców potrzebowałby własnego reprezentanta, którym w dodatku sam umiałby być najlepiej. No i co możemy zrobić? Bić się o to „moje”, każdy z każdym? – bo przecież nikt nie ustąpi.
Bo wszyscy są przekonani, że wołanie „moje” jest w demokracji najważniejsze.
Aż w końcu zorientujemy się, że od lat stoimy w tym samym miejscu, jakby nas ktoś przykleił klejem do glazury. Włosy posiwiały, zmarszczki na twarzy – ale klej trzyma. Ważne, że to nasz własny klej, prawda?
A może potrzebujemy jednak bardziej zrównoważonego rozwoju? Nie tylko w odniesieniu do środowiska przyrodniczego?
Może musimy sobie napisać na lustrze, że człowiek jest już tak zrobiony, że owszem, musi wiedzieć jaki jest jego interes, jego stanowisko, jego opcja. Ale JEDNOCZEŚNIE potrzebuje się czuć częścią jakiejś całości. Potrzebuje przynależeć do wspólnoty a nie tylko do części, czyli (pars-partis) partii.
Liberalny czy konserwatywny, chadecki czy socjaldemokratyczny – wygrać wybory, w których obywatele rzeczywiście będą mieli realny wybór, może zapewne tylko taki twór, który dbając o interesy poszczególne i traktując KAŻDY Z NICH NA RÓWNI, będzie PROGRAMOWO szukać ich równowagi z interesem tak ulotnym, jak interes wspólny.
***
Teoretycy i praktycy negocjacji już dawno odeszli od strategii wyszarpywania dla siebie największego kawałka tortu. Dziś już wiadomo, że najefektywniejsze są negocjacje nastawione na współpracę – kiedy staramy się powiększyć wspólny tort, który mamy do podziału. A nawet dodajemy do niego jeszcze ciasto jogurtowe i koktajl truskawkowy. Najlepiej z wisienką na czubku.
Żądam wisienki!