Bajki robotów – rzecz jasna, pacyfistów

Rozgorączkowane Duchy Wojny i Cynizmu tego lata zatrzymały się dłużej nad Gruzją. Ale krążą wokół nas od zawsze. Jeśli nawet oddalą się na trochę od Ameryki, gdy Obama wygra wybory i zakwestionuje strategię osi zła Busha Juniora, przysiądą zapewne na dłużej gdzieś nad Rosją. Gruzja to ledwie preludium.

Są bajki, które karmią Ducha Wojny. Ja pokarmię Ducha Pokoju. To ważne, jakie bajki sobie opowiadamy. Oto bajka:

Któregoś popołudnia przylecieli z Kosmosu Obcy. We trzech. Mieli wielkie błękitne oczy i byli zupełnie łysi.

Mieli pełne plenipotencje, żeby w imieniu Wszechświatowego Porządku zrobić u nas kontrol: ustalić, czy wciąż zabijamy się nawzajem, a jeśli tak, to pomóc nam w zaprzestaniu tego procederu, który w całym Kosmosie był już bardzo nie en vogue. Pomyśleli, że jak odsapną po podróży, pójdą szukać kompetentnych.

Długo szukać nie musieli – ledwie siorbnęli popołudniowej herbaty i już dostali jądrową rakietą od tłuściutkich pułkowników z pewnej wojskowej bazy, którym wyszło na radarach, że Obcy przypuścili atak na Ziemian.

Strzepnęli więc z siebie popiół po wybuchu, bo rakietom się nie kłaniali i nic się ich nie imało, i połączyli się telepatycznie z ONZ i firmą Google, która w swoich archiwach przechowuje prawie wszystko o każdym pojedynczym obywatelu naszego świata.

– Sondaż zrobimy ogólnoziemski – zawołali wszyscy trzej jednocześnie. – Pytanie będzie tylko jedno. Proste, żeby każdy zrozumiał. Ano takie:

Czy chcesz, żeby obok twojego domu toczyła się wojna – z zabijaniem twojej rodziny przy pomocy bomb z powietrza, rozwalaniem sąsiadów z karabinów maszynowych z ziemi i podpalaniem sklepów warzywniczych oraz mięsnych w sposób dowolny.

ONZ jakoś się nie mógł zebrać, ale chłopaki w szortach od Googla szybko się uwinęli i już po śniadaniu były wyniki sondażu.

No i prawie nikt nie chciał, żeby wojna była koło jego domu. Jak już, to u dalekich sąsiadów, ale lepiej, żeby w ogóle nie. Bo to głupota jest i marnotrawstwo wszystkiego.

Tylko kilka setek biznesmenów, co dobrze zarabiali na wojnie oraz pułkowników z generałami, co ich do wojny wychowali, no i parę setek specjalistów od prania mózgów powiedziało, że wojna jest wszystkim bardzo potrzebna.

– No to dobrze – powiedzieli trzej Obcy jak jeden mąż. – Tym generałom z biznesmenami i tymi od prania mózgów trzeba dać jeden stan w Ameryce. No, jakoś się dogadacie, który. I niech się tam między sobą zabijają, jak potrzebują. A reszta niech siada do obiadu, bo życia szkoda.

Dopilnowali czego tam było trzeba i polecieli do Wszechświatowego Porządku zdać relację.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, poza tymi w tym jednym stanie. Ale to już inna historia.

Bezradność Obywatelska

To było w sierpniu 1988. A zaraz potem komuniści zgodzili się na rozmowy Okrągłego Stołu.

„- W piątek 19 sierpnia kilku naszych młodych działaczy zaczęło na stoczni rozdawać ulotki – wspomina Alojzy Szablewski, ówczesny przewodniczący „Solidarności” w Stoczni Gdańskiej. – Wezwali Lecha Wałęsę, ten przyjechał i wtedy zapadła decyzja, że w poniedziałek 22 sierpnia rozpoczynamy strajk. Zarządziłem, że dokładnie o siódmej przerywamy pracę i opanowujemy most pontonowy na stoczni. Udało się, po godzinie strajkowało już trzy tysiące ludzi. Potem wysłałem stoczniowców, uzbrojonych w rurki, aby przejęli bramy. Pogonili esbeków. Ustroiliśmy bramy i kontrolowaliśmy sytuację.

Stoczniowcy przedstawili wtedy dyrekcji zakładu tylko jeden postulat – legalizację „Solidarności”. Do protestu przyłączyły się inne gdańskie zakłady. Strajk z sierpnia 1988 osobiście wspierało wielu znanych opozycjonistów m.in. Jacek Kuroń, Adam Michnik i obaj bracia Kaczyńscy. Władze uległy, wyszły z propozycją rozmów. 31 sierpnia Lech Wałęsa po raz pierwszy spotkał się z generałem Czesławem Kiszczakiem. Postawił warunek: legalizacja „Solidarności”, a Kiszczak: wygaszenie fali strajków. Strajki w całym kraju zakończyły się w pierwszej połowie września. Rozpoczęły się przygotowania do Okrągłego Stołu” (powyższy opis to skrót artykułu Macieja Sandeckiego z trójmiejskiej „Gazety Wyborczej”).

Dzięki temu strajkowi mamy od niemal dwudziestu lat swoje państwo. Państwo upartyjnione, zbiurokratyzowane i marnotrawiące pieniądze podatników.

To moje państwo nawet nie zapytało swoich obywateli o to, czy chcą włączyć się w światowe szaleństwo zbrojeniowe i straszy obywateli, że jeśli nie będziemy mieli tarczy, to nas wrogowie zniszczą. Moje państwo nazywa to polityką.

Moje państwo nie potrafi z obywatelami rozmawiać. Moje państwo uważa, że wie lepiej. Moje państwo nie potrafi przedstawić obywatelom listy dziesięciu najważniejszych problemów społecznych do rozwiązania.

Nie potrafi przeprowadzić uporządkowanej, publicznej debaty nad każdym z tych problemów. Nie potrafi przedstawić uczciwie całego spektrum możliwych rozwiązań – od prawa do lewa.

Nie potrafi powiedzieć obywatelom: musimy przestać wyszarpywać sobie wszystko. Musimy przestać się siłować. Musimy zastanowić się jak zrobić, żeby możliwie wiele osób zaakceptowało rozwiązanie problemów.

Moje państwo.

Moje państwo zaraz wepchnie nas w wojnę na Kaukazie, tak jak wepchnęło polskich żołnierzy do Iraku i Afganistanu.

Moje państwo jest właśnie takie.

A ja mam strasznego moralnego kaca. Bo kiedy kończył się Okrągły Stół, miałam nadzieję i wierzyłam, że po komunie państwo będzie nasze, dbające o dobro obywateli. I teraz się czuję jak kretynka. Lepiej by mi było, gdybym nie brała kiedyś serio solidarnościowych marzeń.

Rozmawiam dziś w Internecie o tym państwie. A to w na stronie salon24.pl, a to na stronie tekstowisko.com.

Delilah: mówimy NIE instytucjom, które w biały dzień i w świetle prawa robią nas w bambuko. Ale w sumie co z tego, że mówimy NIE?

Grześ odpowiada: no nic.

Ja pytam: nie sądzicie, że to pewien kłopot, że możemy tak sobie mówić NIE i nic z tego nie wynika? Kłopot – dla demokracji – fundamentalny.

Ano kłopot – mówi Delilah. – Ale co z tym fantem można począć?

Ja na to: No właśnie. Jedna wielka Bezradność Obywatelska.

Nie ma darmowych obiadów

Slogan mówiący, że nie ma darmowych obiadów, przypisywany Miltonowi Friedmanowi, zrobił wśród liberałów oszałamiającą karierę. Przypominaniem o braku darmowych obiadów tłumaczą właściwie wszystko. Publiczna powszechna edukacja? A skąd, nie ma darmowych obiadów, rachunki za bezpłatną szkołę regulujesz w podatkach. Publiczna bezpłatna służba zdrowia? Bzdura, nie ma darmowych obiadów, zapłaciłeś za to fiskusowi. Władze lokalne położyły nowy chodnik – to złodzieje, którzy ściągnęli z nas haracz, z tego połowę zagarnęli, za resztę wybudowali byle jaki chodnik i jeszcze domagają się wdzięczności. I tak dalej – wszystko, co publiczne, nie jest wedle liberałów darmowym obiadem, lecz posiłkiem, za który zapłaciłeś pod przymusem, odprowadzając podatki.

Oczywiście na poziomie ogólnym jest to prawda. Usługi publiczne opłacamy z własnych podatków i nie są one całkowicie bezpłatne. Jednak w liberalnej propagandzie kryje się fałszywy wniosek, że gdyby nie płacenie podatków, to każdy z nas byłby w stanie za owe usługi i dobra zapłacić z własnej kieszeni prywatnemu wykonawcy. O tym, że jest to bzdura, można się przekonać z kalkulatorem w ręku. Jeśli weźmiemy przeciętnego podatnika, który zarabia np. 2 tys. PLN miesięcznie, to ogół jego podatków – bezpośrednich, w postaci składek społecznych (np. zdrowotnej) oraz pośrednich (opodatkowanie nabywanych usług i produktów) wyniesie w zależności od sytuacji danej osoby od kilkuset do tysiąca złotych, czasem nieco więcej. Ten sam przeciętny podatnik ma jednak dwójkę dzieci w wieku szkolnym, które spędzają na lekcjach w lepiej lub gorzej wyposażonej szkole jakieś 100 godzin miesięcznie (co przy godzinowej stawce choćby 5 zł na osobę daje 500 zł za jedno dziecko). Ten sam podatnik korzysta z porad lekarza, powiedzmy, że w skali 4-osobowej rodziny raz czy dwa w miesiącu. Korzysta też z innych usług gwarantowanych przez państwo lub samorząd lokalny – większość z nich wydaje się nam tak oczywista, że nawet ich nie zauważamy. A są to rzeczy kosztowne – począwszy od uzbrojenia terenu, na którym powstał nasz dom lub mieszkanie, przez stworzenie chodników, jezdni, linii kolejowych, skwerów i parków, przez zatrudnienie policjantów, a kończąc na infrastrukturze do odbioru sygnału telewizyjnego czy radiowego. Gdybyśmy za każde z tych dóbr musieli zapłacić osobno, z własnej kieszeni, to nawet otrzymując wypłatę w kwocie nieopodatkowanej, nie bylibyśmy w stanie zgromadzić środków na to wszystko. Tym bardziej, że na inwestycje budżetowe przeznacza się nie tylko podatki „personalne”, lecz także te od firm, wpływy z ceł itd.

Jasne, nie każdy podatnik ma dwójkę dzieci, nie każdy jeździ koleją, a niektórzy nawet mają końskie zdrowie i nigdy nie leżeli w szpitalu. Tyle że na taką osobę przypada niepracująca matka trojga dzieci, częsty użytkownik drogi (np. taksówkarz) lub osoba, która zachorowała na białaczkę, a koszt leczenia wyniósł 200 tysięcy złotych. Po pierwsze zatem, rezygnacja z systemu zbiorowego i przejście na indywidualne opłaty pozostawiłyby wiele osób na lodzie – i to wcale nie tylko tych niezaradnych, leniwych i biednych, bo wspomniane leczenie białaczki może dotknąć każdego i zrujnuje nawet osobę całkiem zamożną. Po drugie, oferowanie pewnych usług na skalę masową oraz w perspektywie wielopokoleniowej, pozwala znacznie obniżyć ich koszty. Prywatna firma musiałaby tworzyć wszystko od zera, dogadując się z innymi firmami w kwestiach spornych (kto np. sfinansuje skrzyżowanie dwóch prywatnych chodników?), po jej upadku w kolejnym pokoleniu należałoby zaczynać od nowa itd. A brak finansowania takich inwestycji z podatków skutkowałby niepewnością usługodawców – jeśli pokolenie wstecz zebrała się grupa chętnych na opłacenie budowy drogi, to nie ma żadnej pewności, że wśród ich dzieci będzie wystarczająco dużo chętnych, aby zgromadzić kwotę na rozbudowę, remonty czy stworzenie trasy dojazdowej.

Darmowych obiadów zatem faktycznie nie ma, bo za wszystko ktoś kiedyś zapłacił. Ale zarazem system finansów publicznych i powszechnych podatków gwarantuje przynajmniej minimalny wkład do obiadowego kotła. Liberałowie zresztą doskonale o tym wiedzą. Ich pomstowanie na darmowe obiady, które kosztują nas wszystkich miliony złotych, dotyczy dość specyficznie i wycinkowo pojmowanych sfer rzeczywistości. Kosztowne obiady to wedle nich szkoły publiczne, zasiłki dla biednych czy bezrobotnych, system ubezpieczeń emerytalno-rentowych, dotacje do państwowych kopalń czy nierentownych kolei. W tych kwestiach zawsze słyszymy od nich, że dość już utrzymywania darmozjadów, że trzeba ludzi nauczyć odpowiedzialności za siebie, że jeśli coś jest nierentowne, to znaczy, iż niepotrzebne, więc zlikwidujmy to i będzie po problemie. Dziwnym trafem jednak, to samo środowisko ideowo-polityczne i jego kibice milczą w kwestii tych usług publicznych, które są kosztowne, lecz przydatne im lub po prostu, nie wiedzieć czemu, uznane za słuszne i godne uznania.

Pomijając skrajną i niewielką grupkę liberalnych ortodoksów, zwących się libertarianami, którym zdarza się krytykować wszelkie budżetowe wydatki (jest to więc utopia, ale spójna logicznie i uczciwa), liberałowie są ślepi na jedno oko. Widzą nierentowne koleje i kopalnie, widzą publiczne szkoły i zasiłki dla bezrobotnych, ale tak się dziwnie składa, że ich czujnemu oku uchodzi całe mnóstwo innych publicznych wydatków, nierzadko większych, albo takie rodzaje szkód i ubytków, za które ich sprawcy nie chcą płacić z własnej kieszeni. Weźmy tylko dwa wymowne przykłady specyficznego pojmowania „darmowości” przez liberałów.

Szczególnie przeze mnie lubiany, bo wyjątkowo bezczelny przykład takich postaw to postulaty tzw. środowiska lekarzy. Jest o nich głośno średnio raz na pół roku, gdy straszą „odejściem od łóżek pacjentów”, gdyż zarobki w służbie zdrowia nie pozwalają im „żyć godnie”. Na czele tego towarzystwa stoi niejaki Krzysztof Bukiel, związany ze skrajnie liberalnym środowiskiem Unii Polityki Realnej. Postulaty tej części lekarzy są chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem liberalnej hipokryzji. Z jednej strony, narzekają na niskie pensje w państwowej służbie zdrowia, które znacząco odbiegają podobno od „stawek rynkowych”. Krytykują również to, że państwo w znacznym stopniu kontroluje służbę zdrowia w wymiarze własnościowym, zamiast sprywatyzować sporą część usług leczniczych.

Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że „środowisko lekarskie” chciałoby zwolnić się z państwowych etatów i rozpocząć prywatną praktykę w nowo zbudowanych, równie prywatnych klinikach, gdzie mogliby ze sobą do woli konkurować o pacjentów. Wręcz przeciwnie. Ideał wygląda wedle nich tak: najpierw państwo funduje przyszłemu lekarzowi 6-letnie darmowe studia, które są znacznie bardziej kosztowne niż np. studia historyka czy botanika. Później zatrudnia absolwenta owych studiów w państwowym szpitalu za „stawkę rynkową”, czyli od 6 do 12 tysięcy złotych miesięcznie, bo takie kwoty zdaniem protestujących lekarzy pozwalają „żyć godnie”. To nie koniec zabawy. Oprócz tego państwo nie powinno się zbytnio wtrącać w realia etatu lekarza, gdyż on samodzielnie powinien określać, kiedy w pracy jest, kiedy zaś go nie ma. A nie ma go wtedy, gdy prowadzi „praktykę prywatną”. Polega ona na tym, że państwo za grosze sprzedaje lub dzierżawi część szpitala, przychodni lub drogiego publicznego sprzętu prywatnej spółce lekarskiej. I bynajmniej nie po to, żeby na wolnym rynku konkurowała ona o klientów. Skądże – państwo ma podpisać z tą spółką kontrakt gwarantujący wykonanie w skali roku odpowiedniej, tzn. opłacalnej dla jej właścicieli, liczby porad i zabiegów, finansowanych w całości z funduszy publicznych.

Jednak niektórym do „godnego życia” i to nie wystarczy – są tacy lekarze, którzy oprócz pensji w państwowej placówce oraz drugiego etatu na kontrakcie w „prywatnej” przychodni finansowanej z NFZ, prowadzą jeszcze gabinet całkowicie prywatny, np. u siebie w domu. Tam co prawda są już w zasadzie zdani na wolny rynek i konkurencję o klientów (choć nierzadko niemal zmuszają pacjentów szpitalnych do prywatnych wizyt), ale niekoniecznie chcą to robić wedle zasad obowiązujących inne podmioty gospodarcze. Jeśli kobiecina handlująca warzywami i owocami w jako tako korzystnie zlokalizowanym „zieleniaku” musi mieć kasę fiskalną i drobiazgowo rejestrować sprzedaż „owoców krajowych” lub „południowych”, po 3-6 zł za kg, to pan lekarz nie ma obowiązku rejestrować opłat za wizytę rzędu 200-300 zł, gdyż to naruszałoby jego osobistą godność oraz dobre imię „zawodu zaufania publicznego”.

Wyłania się z tego obraz koszmarnej układanki, w której państwo płaci za wszystko, na nic nie ma wpływu, a cały zysk trafia w prywatne ręce. Noam Chomsky trafnie nazwał kiedyś taki system „uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków”. I taki system nie przeszkadza liberałom, choć zapewnia 2-3 darmowe obiady jednej osobie. Jeśli liberałowie walczą w tej kwestii z „socjalizmem”, czyli z państwem i jego polityką zdrowotną, to tylko wtedy, gdy krytykują „zbyt niskie” stawki w państwowym szpitalu, „za małe” środki z NFZ na prywatne kontrakty oraz „zbyt wolne” przekazywanie za grosze publicznego mienia prywatnym spółkom lekarskim. Mówiąc inaczej, zamiast walczyć z darmowymi obiadami, oni domagają się większych porcji!

Innym ciekawym przykładem tej ślepoty czy cwaniactwa, jest dotowanie transportu samochodowego. Pamiętajmy, że liberałowie bardzo nie lubią nierentownych kolei. Problem w tym, że trasy drogowe są znacznie bardziej nierentowne, a mimo to domagają się ich rozbudowy za państwowe pieniądze. Dlaczego za państwowe – ano dlatego, że na świecie niemal nie istnieją autostrady zbudowane całkowicie prywatnie. Żadna firma nie weźmie się za takie przedsięwzięcie bez przynajmniej kredytowych gwarancji rządowych, a i to jest rzadkością, bo najczęściej państwo musi wprost, z budżetu, zapłacić za taką budowę, a następnie – jak w przypadku szpitali – oddać za śmieszne pieniądze autostrady w zarząd prywatnym firmom, by mogły zarabiać na pobieraniu opłat.

Ale nie tylko w tym tkwi problem. Otóż liberałowie skrzętnie przemilczają fakt, że już istniejące drogi są skrajnie nierentowne. Częste są głosy, że to skandal, iż kierowcy płacą tak wysoką akcyzę w cenie paliwa, a państwo buduje tak mało autostrad w zamian. Celowo przemilcza się tu fakt, jak ogromne wydatki są konieczne, aby utrzymać już istniejącą infrastrukturę transportu kołowego. Zupełnie w tych wyliczeniach pomija się także i to, że motoryzacja indywidualna bazuje na ogromnej ilości darmowych obiadów – kierowcy nie tylko nie finansują z akcyzy całości wydatków na budowę i remonty dróg, ale niemal w ogóle nie partycypują w finansowaniu innych kosztów motoryzacji. A te koszty są – nomen omen – kosztowne. Jeśli po stronie „winien” kierowców uwzględnimy nie tylko budowę i remonty dróg, ale też np. wykup ziemi pod nowe trasy, naprawę budynków niszczejących pod wpływem drgań wywołanych ruchem samochodowym, koszty korozji wywołanej opadami deszczów skażonych spalinami, wydatki na leczenie chorób spowodowanych tym, co wydostaje się z rury wydechowej (m.in. astma, część alergii, niektóre odmiany raka, różne schorzenia dróg oddechowych i układu krążenia), to otrzymamy kwoty zawrotne.

Mój redakcyjny kolega, Olaf Swolkień, przygotował niedawno raport poświęcony polityce transportowej. Wkrótce ukaże się on naszym nakładem, a teraz zacytujmy fragmenty dotyczące kosztów generowanych przez kierowców: „Według badań prowadzonych przez uniwersytet w Karlsruhe i instytut INFRAS w Zurychu, w krajach »starej« Unii koszty zewnętrzne transportu wynoszą około 7-8% PKB. Jak pisał publicysta Krzysztof Jasiński, »według szacunków tej samej organizacji koszty zewnętrzne transportu w Polsce są niemal 2 razy wyższe, co oznacza, że co siódmą złotówkę wypracowaną w kraju (około 150 mld zł) zużywamy na dofinansowanie transportu«. Dla porównania: całkowite przewidywane wpływy z akcyzy od paliwa silnikowego to w roku 2008 około 25 miliardów zł”. Dla jasności dodam, że ok. 96% owych kosztów transportu przypada na motoryzację. Kolejny cytat z raportu: „Niemiecki znawca tych problemów, Lutz Ribbe, zbadał jak wyglądają wydatki i wpływy z komunikacji samochodowej dla Wrocławia [pod koniec lat 90. – przyp. R. O.]. Okazało się, że »Miasto Wrocław wydaje 16% swojego budżetu na komunikację samochodową. Po drugiej stronie może zaksięgować wpływy z komunikacji samochodowej w wysokości 3% budżetu miasta. A więc Wrocław gotów jest wydać 13% swojego budżetu na ruch drogowy, nie otrzymując za to od niego ani grosza«”. No i ostatni cytat, aby pokazać, jakie są koszty nie tylko finansowe, ale i „osobowe” tej ponoć bardzo rentownej motoryzacji: „według badań brytyjskich i angielskich, jeżeli Twoje dziecko mieszka w pobliżu drogi o dużym natężeniu ruchu /…/, to ma 6 razy większą szansę na nowotwór mózgu, rdzenia kręgowego, białaczkę, chłoniaka lub »tylko« astmę”.

Jak widać, istnieją bardzo, ale to bardzo obfite darmowe obiady dla części społeczeństwa, zaś nierentowne koleje (których pasażerowie czy firmy spedycyjne też przecież płacą podatki w cenie owej usługi!) są po uwzględnieniu wszelkich kosztów znacznie mniej deficytowe i o wiele słabiej obciążające wspólną kasę niż transport samochodowy. Czy jednak liberałowie domagają się likwidacji darmowych obiadów w dziedzinie motoryzacji? Czy chcieliby budować autostrady za pomocą dobrowolnej zrzutki kierowców? Czy promują kolej lub tramwaje, które po dokładnym wyliczeniu są znacznie mniej kosztowne niż całokształt poruszania się samochodami? A może zechcieliby w czynie społecznym łatać drogi, w których ich samochody zrobiły dziury?

Skądże znowu – dla nich darmowe obiady i socjalizm to dofinansowany pociąg, który zamiast kompletu 300 pasażerów wiezie ich tylko 60. Natomiast 5-osobowy samochód z jedną osobą, dofinansowany z budżetu na różne sposoby co najmniej 10 razy bardziej, uważają za wyraz ciemiężonego wolnego rynku, rentownego tak, że bardziej już chyba nie można. Darmowe obiady są według nich wtedy, gdy budżet dotuje PKP (zresztą śmiesznymi kwotami w porównaniu choćby z Czechami), natomiast gdy minister Religa chciał wprowadzić podatek, dzięki któremu kierowcy finansowaliby wreszcie leczenie ofiar wypadków (czyli płacili za własne czyny), wówczas miłośnicy płatnych obiadów dostali z oburzenia piany na ustach. A przecież powinni cieszyć się, że ktoś chce od nich wyegzekwować opłatę za niewielką część posiłku, który w menu figuruje jako „motoryzacja indywidualna”.

Tego rodzaju przykłady swoistej schizofrenii liberałów można mnożyć. Choćby ich krytyka dotacji dla nierentownych małych gospodarstw rolnych ze „ściany wschodniej”, przy jednoczesnych zachwytach nad hipermarketami, które oferują tanią żywność. A przecież gros produktów rolnych w hipermarketach pochodzi z wielkich farm otrzymujących gigantyczne dotacje, znacznie większe niż te dla drobnych gospodarstw. Inny przykład to pomstowanie na złe dotacje dla państwowych kopalń, które gwarantują krajowi bezpieczeństwo energetyczne, przy jednoczesnym wychwalaniu ulg podatkowych dla „zagranicznych inwestorów”, którzy zajmują się tak istotną działalnością, jak np. produkcja karmy dla psów albo chipsów dla ludzi. Każdy bez trudu, po chwili namysłu, znajdzie takich absurdów jeszcze sporo.

Co z tego wynika? Ano dwie kwestie. Po pierwsze, rzeczywiście nie ma darmowych obiadów – tyle tylko, że to nie „socjaliści” (czyli zwolennicy aktywnej polityki gospodarczej i socjalnej państwa) powinni o tym pamiętać, gdyż oni mają tego pełną świadomość, postulując abyśmy wspólnie finansowali różne wydatki. Powinni o tym natomiast pamiętać liberałowie, którzy bardzo lubią krytykować darmowe obiady i jednocześnie chętnie je konsumują.

Drugi ważny wniosek jest natomiast taki, że teorie i wywody mówiące o możliwości zlikwidowania darmowych obiadów, są nie tylko bzdurne, ale zawierają postulat cofnięcia rozwoju ludzkości o co najmniej kilka stuleci, jeśli nie do epoki jaskiniowej, bo to właśnie wtedy wszyscy osobiście płacili w taki czy inny sposób za każdy produkt i usługę. Dziś poważna dyskusja nie toczy się między wizjami rozwoju społecznego a zwolennikami cywilizacyjnego regresu, lecz na temat tego, za co chcemy wspólnie płacić. Za dobrej jakości powszechną opiekę medyczną czy za „godne życie” lekarzy na trzech etatach? Za zasiłki dla ludzi, którzy nie z własnej winy stracili pracę i środki utrzymania czy za zwiększanie produkcji spalin i skutki tego procederu? Za porządną edukację wszystkich polskich dzieci czy za dotowanie „zagranicznych inwestycji”, aby ich właściciele mogli szybko, niewielkim kosztem i bez ryzyka zarobić jak najwięcej?

Rzeczywiście, nie ma darmowych obiadów – są tylko płatne obiady. A my – społeczeństwo-podatnicy – musimy zdecydować, czy płacimy za niesmaczne i niezdrowe, czy za pożywne i wartościowe.

Antenka

Parlamentarzyści postanowili, że sejmowa sala numer 14 będzie salą imienia Bronisława Geremka. Mam lepszy pomysł.

Już po pogrzebie Profesora, pytano polityków o jego najważniejsze dla nich przesłanie. Był zawsze pełen kultury, nie przekraczał granicy dobrego smaku; umiał różnić się pięknie; miał mocne, socjaldemokratyczne przekonania, ale też wielką odpowiedzialność za państwo – tak trzej przedstawiciele różnych opcji podsumowali w TVN24 swoje kontakty z Profesorem. To było na końcu jego drogi.

A bliżej początku?

W 1986 roku, w pokoiku zaprzyjaźnionego Pallotyna na Grochowie, robiłam z profesorem Geremkiem wywiad dla podziemnej „Karty”. U Pallotynów, żeby była mniejsza szansa na podsłuch.

Autoryzowaliśmy go potem w ajencyjnym – tak się wtedy mówiło na prywatny – warzywniku na Miodowej, w którym pracowałam jako sklepowa, bo takie były dziwne losy dziennikarzy. Od siebie z Piwnej Bronisław Geremek miał trzy kroki.

Naprzeciwko był kościół Kapucynów, ten z ruchomą szopką. Na półce w sklepie – importowane mule, po które przychodziła czasem Joanna Szczepkowska, ta, co potem obwieściła, że skończył się nam komunizm. Na ladzie kalafiory, pomidory, rzodkiewka. Bronisław Geremek, w bereciku z „antenką” pochylał się ku mnie przez tę ladę, tuż obok worków z kartoflami. Poważnie stawialiśmy przecinki, dopisywaliśmy jakieś fragmenty zdań.

Ombutsmen, ombutsmen, ombutsmen – powtarzał wciąż i wciąż w tej rozmowie u Pallotynów. Tak tę rozmowę pamiętam, choć w ostatecznym tekście znalazły się inne wątki. Nawet nie wiedziałam wcześniej, kto to taki ten ombutsmen. A to po prostu rzecznik praw obywatelskich. Człowiek i instytucja, która gwarantuje mi obronę w tych momentach, w których demokracja niebezpiecznie przystaje, jakby się zastanawiała: ku anarchii podążyć, czy może raczej ku tyranii.

I w jednym i w drugim przypadku prawa pojedynczego człowieka są zagrożone, zaniedbane, pozostawione samym sobie. Jak dziś.

Dlatego myślę, że zamiast tworzyć w sejmie salę imienia profesora Geremka, lepiej stworzyć tam Komisję Praw Obywatelskich. Która będzie oceniać każdy nowy i stary akt prawny pod kątem przestrzegania praw obywatelskich. Zauważać skutki i zagrożenia, jakie prawo niesie pojedynczemu obywatelowi.

Wystarczy dziesięć osób. Niezależnych. Na czas pracy w Komisji zawieszających swoją partyjną działalność.

 

Konstytucja mówi, że Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych. Należałoby potraktować poważnie ten artykuł.

I, może, znaleźć zdjęcie Profesora w tym bereciku z „antenką”. Powiesić przy stole prezydialnym nowej komisji. Żeby wychwytywała wszystko to, co zagraża zwykłemu Obywatelowi.

Bo Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. To pierwszy artykuł naszej Konstytucji. Czy ktoś jeszcze dziś o tym pamięta? W sejmowej sali numer 14, 15, 16?

Michał Anioł fruwa jak żaba z SB

Agent, nie – mówię – ale piszą, że jego sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej jest „pomostem” pomiędzy Kościołem rzymsko-katolickim a wiarą żydowską, zawiera zawoalowane symbole żydowskie i coś tam niemiłego wobec papieża.

Rabin Benjamin Blecha, profesor talmudyzmu na nowojorskim Yeshiva University oraz Roy Doliner, przewodnik wycieczek po Watykanie, którzy napisali o tym książkę „The Sistine Secrets: Unlocking the Codes in Michelangelo’s Defiant Masterpiece” (już na liście bestsellerów „New York Times”, zaraz pewnie będzie i u nas) zwracają uwagę, że Michał Anioł, malując na sklepieniu tylko postaci ze Starego Testamentu, stawiał nam pytanie: dlaczego zapominamy o naszych prawdziwych korzeniach (http://wiadomosci.onet.pl:80/1495172,2679,1,tajne_przeslanie_michala_aniola,kioskart.html). Autorzy dostrzegli też na malowidłach kształty hebrajskich liter, z których każda ma sekretne znaczenie. Sugerują, że drzewo życia widoczne na freskach, to nie jabłoń, lecz – zgodnie z żydowską tradycją – figowiec. Twierdzą też, że na sklepieniu ukryta jest krytyka papieża Juliusza II, który to wszystko zamówił, ale ponieważ Michał Anioł zdegustowany był papieską korupcją, namalował proroka Zachariasza na jego podobieństwo, a widocznemu za nim aniołowi kazał czynić wyjątkowo obsceniczny gest nad jego głową.

Marco Bussagli, profesor historii sztuki rzymskiego uniwersytetu, uważa, że ujawnianie antykatolickich i antychrześcijańskich treści wskazuje, iż syndrom Dana Browna uderza ponownie. W dobre imię katolicyzmu – jak rozumiem.

Autorzy książki z kolei uważają, że cała Kaplica Sykstyńska zbudowana została według tych samych proporcji, co Świątynia Jerozolimska i jest zagubionym mistycznym przesłaniem powszechnej miłości, zawartym tam, byśmy je odczytali.

Choć nie oni pierwsi próbują zobaczyć to, co – być może – ukryte. O Kaplicy Sykstyńskiej już w 1950 roku Joaquin Diaz Gonzalez, dyplomata wenezuelski, napisał broszurę, w której utrzymywał, że w układzie postaci w Sądzie Ostatecznym ukryty jest zarys twarzy Dantego. Zobaczył tam również obraz Jezusa na krzyżu. W 1990 roku Frank Meshberger wykazywał w „Journal of the American Medical Association”, że centralna scena ukazująca Boga i Adama wyciągających do siebie ręce odwzorowuje kształt mózgu i rdzenia kręgowego. W roku 2000 dr Garabed Eknojan wypatrzył w malowidle kształt nerki.

Każdy odczytuje to, co może.

Wśród terapeutów rodzinnych popularna jest relacja z eksperymentu Humberto Maturany, chilijskiego biologa, który – jako stypendysta Massachusetts Institute of Technology – w latach 50. XX wieku odkrył, że żaba widzi tylko muchy lecące z lewej strony na prawą i nigdy nie zobaczy tych, które lecą odwrotnie. Brakuje jej w siatkówce odpowiednich receptorów.

To wskazywać może, że nasza percepcja rzeczywistości nie jest tak klarownie fotograficzna, jak się wielu z nas zdaje. Rozpoznajemy to, do rozpoznawania czego jest zdolny nasz „aparat”, percepcja jest w pewnym sensie złudzeniem a organizm okazuje się być zamkniętym systemem informatycznym, który nie czerpie informacji bezpośrednio z zewnątrz, a tylko poprzez ich przetworzenie. W skrócie: to, co organizm postrzega, jest uwarunkowane naturą jego własnej struktury.

Gdyby żaba miała w siatkówce receptory umożliwiające jej reagowanie na muchy lecące z prawej do lewej, to by wiedziała, że takie muchy istnieją. A tak?

Wyobrażam sobie, że ci, którzy widzą tylko z prawa na lewo lub wręcz przeciwnie, z pewnością nie mieliby żadnych trudności z udowodnieniem że Michał Anioł mógł być tajnym agentem SB, STASI, Mossadu lub KGB. I mogliby przekonywać, że to właśnie od Michała Anioła zaczął się dramat polskiej pokłóconej „Solidarności”, sterowanej w roku 1980 – i dziś także – przez SB, w osobie Wałęsy. Tak jak dziś przekonuje do tego Andrzej Gwiazda, którego uwielbiałam w Sierpniu za trzeźwe widzenie sytuacji, a którego za nic nie mogę zrozumieć dziś.

No tak. Każdy rozumie to, co może.