przez Mateusz Perowicz | środa 4 grudnia 2019 | opinie
Sport to nie tylko wielkie emocje, ale często także wielkie pieniądze. Astronomiczne kwoty za transfery, kosmiczne sumy na umowy sponsorskie oraz tygodniowe czy miesięczne wynagrodzenia przewyższające znacznie całkowite koszty kredytu hipotecznego, z którymi zmagają się przeciętni Polacy. Gdzie, przy tak gigantycznych kwotach, leży granica między sportową rywalizacją a biznesem?
Jeden z najbogatszych dziś klubów świata, Manchester United, w 1902 roku przeżywał kryzys finansowy i został wówczas przyjęty przez Johna Henry’ego Daviesa, który pełnił funkcję prezesa lokalnych browarów. Kolejnym jego ruchem było przejęcie sieci około 50 pubów w okolicach Manchesteru. To historia obrazująca przemiany, które zaczęły się w piłce nożnej już dawno temu. Rozpoznawalne na całym świecie nazwy klubów piłkarskich stały się tym samym, czym dla wytwórni filmowych są fikcyjne fantastyczne światy – marką zdolną do stworzenia niekończącej się sieci franczyz służącej maksymalizacji zysku. Nie chodzi wcale o wygrywanie meczów, lecz o jak największą komercję i coraz większe zyski z dnia meczowego. Koszulki, szaliki, gadżety, napoje i przekąski, unikalne pamiątki. A także gry, zabawki, reklamy. No i oczywiście najważniejsze, czyli telewizja. Dochody ze sprzedaży praw do transmisji oraz własne media przybliżające życie klubu zza kulis.
Sposoby na maksymalizację zysków ogranicza tylko wyobraźnia. Konferencja prasowa, na której ogłoszono przejście Davida Beckhama do Realu Madryt, za rekordowe wówczas 37 milionów euro, była drugą najpopularniejszą relacją telewizyjną w historii. Przypomnijmy, że Jerzy Dudek był przez lata najlepiej zarabiającym sportowcem w Polsce, a działo się tak dzięki siedzeniu na ławce Realu. Sami piłkarze to oczywiście drogo wyceniana marka, nad którą pracują włodarze klubu oraz specjaliści z firm sprzedających sprzęt sportowy. Ci ostatni to dla klubów najbardziej lukratywne źródło dochodu. FC Barcelona i Nike 100 milionów funtów rocznie, Manchester United i Adidas 75, a Chelsea i Adidas 60 milionów.
Warto dodać, że dwaj najwięksi producenci sprzętu sportowego zarabiają trzy razy więcej niż 14 najbardziej dochodowych lig piłki nożnej na świecie. Relacjonując zdarzenie z mundialu 1998 roku brazylijski piłkarz Edmundo mówił tak: „Ludzie z Nike byli z nami 24 godziny na dobę, jakby byli członkami zespołu. Mieli ogromną władzę. Tylko tyle mogę powiedzieć”.
Piłkarskie kluby sportowe to dziś pełnoprawne przedsiębiorstwa, nastawione wyłącznie na zysk. Prezes FC Barcelony Josep Maria Bartomeu mówi wprost: „Chcemy mieć pewność, że nasz klub pozostanie punktem odniesienia na całym świecie, nawet w obliczu porażki”. Stąd między innymi szkółki piłkarskie rozsiane po całym świecie. Jedną z nich znajdziemy w Warszawie. Dwaj najdrożsi piłkarze na świecie Neymar i Kylian Mbappé to piłkarze PSG. Klub z Paryża jest zdolny do kontraktowania tak drogich piłkarzy po tym, jak przejął go katarski fundusz inwestycyjny Qatar Sports Investments. Na czele klubu stanął wówczas Nasser Al-Khelaifi. Od tego momentu klub stał się hegemonem krajowej ligi. To nie jedyne przejęcie katarskich szejków. Abu Dhabi United Group Investment and Development Limited przejęła w 2008 roku Manchester City, który szybko stał się jednym z czołowych zespołów ligi. Katar w ostatnich latach pokazuje, jak cienka jest granica między sportem a biznesem, podkupując młode talenty z wielu różnych dyscyplin. Widać to wyraźnie po lekkiej atletyce, lecz najlepszym dowodem były Mistrzostwa Świata w Piłce Ręcznej rozgrywane właśnie w Katarze. Kraj ten reprezentowany był wówczas przez gwiazdy podkupione z innych reprezentacji. Strategia się opłaciła. Katar dotarł aż do finału, pokonując w półfinale Polskę.
Synonimem sportu jest bez wątpienia rywalizacja. Sprawiedliwa, czysta, ale przede wszystkim dostępna dla każdego. Julius Yego, kenijski lekkoatleta trenujący rzut oszczepem, przez lata nie miał trenera. Szkolił się za pomocą Youtube. Został mistrzem świata i wicemistrzem olimpijskim. W 1998 roku na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary wystąpiła czwórka jamajskich bobsleistów, pisząc piękną historię olimpizmu. Egzotyczna drużyna stała się ulubieńcem publiczności. Równie egzotyczną drużyną była kadra polskich szczypiornistów, która w 2007 roku sensacyjnie zdobyła wicemistrzostwo świata.
Tak długo jak możliwe są niespodzianki, tak długo możemy mówić o sporcie. Gorzej, gdy do sukcesu potrzebne są pieniądze. – „Wielkie pieniądze, marketing i związane z tym wpływy wygrały ze sportem. Mam tylko nadzieję, że w styczniu Międzynarodowa Federacja Pływacka (FINA) cofnie swą decyzję, a pływanie wróci do korzeni” – mówił Bartosz Kizierowski, wybitny polski pływak w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Zaprojektowane przez NASA kostiumy pozwoliły w ciągu 18 miesięcy pobić ponad 200 rekordów świata! Koszt takiego uniformu to ok. 370 euro. Czy każdego amatora, który chciałby spróbować swoich sił, byłoby stać na taki wydatek? Mamy tu raczej barierę, tworzącą z rywalizacji przywilej dla wybranych. Na szczęście wycofano je z obiegu i anulowano pobite w tych strojach rekordy. Ten okres w pływaniu słusznie porównywano do Formuły 1. Wiele osób powtarzało, że to rywalizacja kostiumów, a nie zawodników.
Królowa motosportu to najlepszy przykład na to, gdzie kończy się sport, a zaczyna biznes. Jeden z najbardziej utalentowanych zawodników w historii Formuły 1, Robert Kubica, w tym sezonie melduje się regularnie na ostatnich pozycjach. Nie dlatego, że całkowicie wypadł z formy, lecz przez to, że jego zespół jest najsłabszy w stawce. Robert nie jest w stanie rywalizować z tymi, którzy są wspierani przez większy kapitał. Nie ma tutaj mowy o sportowej rywalizacji.
Podobnie jest w przypadku wspomnianej już klubowej piłki nożnej. W latach 2012-2017 z 25 możliwych do zdobycia tytułów w pięciu najlepszych ligach (angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej, francuskiej i niemieckiej) aż 20 zdobyły zespoły plasujące się w globalnej dziesiątce najbogatszych klubów. W latach 1991-1996 liczba klubów, którym udało się awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, wynosiła 29. W kolejnych 5-letnich okresach liczba ta systematycznie spadała. W latach 2011-2016 ta sztuka udała się tylko 19 zespołom. Po reformie z 1996 roku, gdy do rywalizacji przystąpili nie tylko mistrzowie krajowych rozgrywek, ale także inne drużyny z najsilniejszych lig, tylko raz po tytuł sięgnęła drużyna spoza biznesowej ekstraklasy. W sezonie 2003/2004 Ligę Mistrzów wygrało FC Porto. W pozostałych 94% wygrały raczej pieniądze.
Granica między sportem a biznesem jest więc wyraźna. Tam, gdzie możliwe jest wejście z ulicy i nawiązanie rywalizacji z najlepszymi tylko dzięki ciężkiej pracy, mamy do czynienia ze sportem. Natomiast tam, gdzie do podjęcia rywalizacji i osiągnięcia sukcesu niezbędne są duże pieniądze, panują kapitalizm i biznes.
Mateusz Perowicz
przez Mateusz Perowicz | niedziela 17 listopada 2019 | opinie
Podobno Polacy są narodem podzielonym. Przyzna to każdy, kto w nawet najmniejszym stopniu uczestniczy w debacie publicznej. Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Podziały istniały od zawsze i nie są wynalazkiem XXI wieku, a poza tym znacznie więcej nas łączy niż dzieli.
Zbyt ogólna narracja historyczna sprawia, że w społeczeństwie funkcjonuje znacznie uproszczony obraz sceny politycznej na przestrzeni wieków. Mogłoby się wydawać, że walkę z zaborcami i okupantami toczył jeden zsynchronizowany organizm polityczny, a podziały nastąpiły już w wolnej Polsce. Otóż nie. Już podczas zaborów podział na frakcje polityczne był wyrazisty. Obozy Białych i Czerwonych miały podobne cele, lecz obrały zupełnie odmienną drogę do ich realizacji. Pomysłów na odzyskanie niepodległości było znacznie więcej. Jedni sposobili się do kolejnych powstań, a inni decydowali się na tytaniczną, pozytywistyczną pracę oświatową wśród mas.
Różnorodność polityczną w okresie II RP najlepiej odzwierciedla list Józefa Piłsudskiego do Romana Dmowskiego. Marszałek pisał w nim, że „w tej ważnej chwili przynajmniej niektórzy ludzie, jeśli już nie cała Polska niestety, wznieść się muszą ponad interesa stronnictw, kilk i grup”. Znamiennym elementem obchodów 100-lecia niepodległości było odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego w pobliżu monumentów Wincentego Witosa, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego i Józefa Piłsudskiego. Kilka dni temu do tego grona dołączył Wojciech Korfanty. „Oni stoją tu dzisiaj i pokazują, że Polska jest jedna. Teraz są tutaj wszyscy […]” – mówił prezydent Andrzej Duda podczas odsłonięcia pomnika.
Polskie Państwo Podziemne również nie było bytem jednorodnym politycznie. Świadczy o tym chociażby Rada Jedności Narodowej, w skład której wchodzili przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Narodowego i Stronnictwa Pracy. Ten pluralizm polityczny był silnie widoczny na barykadach Powstania Warszawskiego.
Dziś podzieleni jesteśmy tak samo jak kiedyś. Pytanie, czy tak samo jak kiedyś jesteśmy zdolni do kompromisu w imię dobra wspólnego? Wygląda na to, że tak. Lektura programów wyborczych sugeruje, że mamy znacznie więcej powodów do współpracy niż do waśni.
Czytaliście programy wyborcze? Z lektury dokumentów przygotowanych przez wszystkie komitety wyłania się rzeczywistość odmienna od tej, którą obserwujemy na co dzień. Jawi się tam ponadpartyjne porozumienie. Przykładowo wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy, proponowane przez Lewicę, to swoisty oksymoron polityczny. Budowanie silnych instytucji to przecież czysty konserwatyzm. Znajdziemy tam również kwestię zrównania płac pod względem płci, czyli temat idealny dla Lewicy. Jednak najbardziej radykalną zmianę w tym zakresie, wprowadzenie obowiązku publikowania przez największe firmy raportów o równości wynagrodzeń, proponuje Prawo i Sprawiedliwość. „Mamy obowiązek zadbać o to, by przyszłym pokoleniom pozostawić Polskę w stanie lepszym, niż w czasach, w których nam samym przyszło działać. Nasi rodacy zasługują na zdrowe życie – czystą wodę, lepsze powietrze w miastach, sprawny system ochrony zdrowia i zdrową żywność. Dobrze pojęta ochrona przyrody nie ma barwy politycznej i nie może być wykorzystywana instrumentalnie do rozgrywek biznesowych czy ideologicznych” – to z kolei fragment programu… Konfederacji. Postuluje on również bon kulturalny, czyli jeszcze jeden pomysł zgłaszany przez różne strony sceny politycznej. Pionierką w propagowaniu tego rozwiązania była, jeszcze jako działaczka Zielonych i Krytyki Politycznej, Hanna Gill-Piątek, która niedawno dostała się do sejmu z list Lewicy. Obrońcą tego pomysłu był również Paweł Dobrowolski podczas pełnienia prezesury w balcerowiczowskim Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Punkty spójne między różnymi środowiskami można zauważyć również poza partiami politycznymi. Grzegorz Sroczyński na łamach Gazeta.pl opublikował dwa wywiady. Jego rozmówcy mieli zupełnie odmienne poglądy. Jednak w jednej kwestii mówili jednym głosem. Tomasz Terlikowski tak opisywał największe zagrożenie i wyzwanie naszej polityki: „Czy to naprawdę tak ważne, kto wygra? Z perspektywy konserwatywnego myślenia nie jest bardzo istotne, kto rządzi w danym państwie, tylko kto sprawuje władzę nad rozrywką i kulturą. Dla prawicowca, tak samo jak lewicowca, najważniejsze powinno być rozbicie monopolu GAFA i technokratów z Doliny Krzemowej.” Jan Zygmuntowski potwierdził te obawy, mówiąc: „Konglomerat GAFA będzie dokładnie znał dzieciństwo osób, które teraz się rodzą. Ich choroby od początku życia, skłonności, to, jakie obejrzały filmiki na YouTube, gdzie przebywały godzina po godzinie dzięki GoogleMaps, jakich dokładnie mają znajomych. Te dane nie są anonimowe, wystarczy jedno zalogowanie na Gmaila albo YouTube, żeby przyporządkować do konkretnej osoby wszystkie przeszłe i przyszłe dane”.
Najbardziej zdumiewającą liczbą narodowego głosowania wcale nie jest frekwencja, lecz liczba tzw. zmarnowanych głosów. 100% głosujących ma swoją reprezentację w sejmie! Nikt nie został pod progiem. To sytuacja bez precedensu. Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że bloków politycznych mamy co prawda pięć, lecz tworzy je aż 14 partii. Wszystkie ogólnopolskie komitety dostały się do sejmu, a każdy z nich to nic innego jak sojusz partii często wcale nie jednorodnych.
Konfederacja ma wiele punktów wspólnych jednak poglądy frakcji narodowej i wolnościowej w wielu kwestiach są ze sobą sprzeczne, co odzwierciedla się w ich programie. Mamy tam ideę państwa minimalistycznego, które jednocześnie miałoby być całkowicie niezależne od wielkich mocarstw. Pokazuje to, że nawet najbardziej niesforny polski polityk, Janusz Korwin-Mikke, zdecydował się na stworzenie barwnej koalicji, która może „rozpaść się przy trzecim głosowaniu”. Opłaciło się. Konfederacja w bardzo trudnych warunkach znalazła się w sejmie. Największy sukces wyborczy odniosła nie mniej barwna koalicja. Nikt cztery lata temu nie wyobrażał sobie sojuszu Pawła Kukiza i ludowców po tym jak lider Kukiz’15 nazwał PSL grupą przestępczą i sugerował zmianę nazwy na ZSL. Być może ludowcy niedługo zmienią nazwę na Koalicja Polska, co podkreśli ich sojusz z czarnym łabędziem poprzednich wyborów.
Najbardziej jaskrawym przykładem tego, że warto współpracować, jest jednak Lewica. Dlaczego? Ponieważ partie zgromadzone pod tym szyldem uzyskały niemal identyczny wynik, jak cztery lata wcześniej. Różnica polega na tym, że wówczas startowały w dwóch blokach i żaden z nich nie przekroczył progu wyborczego. 11% społeczeństwa nie miało swojej reprezentacji sejmowej wskutek braku współpracy między liderami partii. Dobrze, że wyciągnięto z tego wnioski.
Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, to już kwintesencja politycznej współpracy. Grzegorz Schetyna najpierw utworzył Koalicję Europejską, gdzie na czas wyborów europarlamentarnych zgromadziło się wiele różny partii, a następnie pozostawił otwarte drzwi na czas krajowej batalii o władzę. Obecnie ten blok składa się z czterech różnych partii.
Jednakże najbardziej dobitnym przykładem sensowności i efektywności współpracy ponad podziałami jest Zjednoczona Prawica. „Nie ma mowy o powrocie na łono PiS nawet w przypadku porażki. Wady Jarosława Kaczyńskiego uniemożliwiają współpracę. On dzieli ludzi” – to wypowiedź Zbigniewa Ziobry z 2014 roku. Tego samego Zbigniewa Ziobry, który trzy miesiące później podpisał z Jarosławem Kaczyńskim i Jarosławem Gowinem porozumienie o wspólnym starcie w wyborach. Restart relacji na prawicy pozwolił również na powrót wyrzuconego wcześniej Adama Hofmana. Efektem była solidna, choć nie we wszystkim spójna większość parlamentarna i samodzielne rządy przez dwie kadencje. Pomimo tego, że liderzy Porozumienia i Solidarnej Polski nie żywią do siebie sympatii, byli w stanie zawiązać sojusz dla wyższego dobra. Gowin popierał pomysł Ziobry, by Ziobro poparł pomysły Gowina. Może model „głosowałem, ale się nie cieszyłem” warto przenieść na cały parlament?
Każdy z komitetów mógłby „opiekować się” jednym z tematów wspólnych, czyli takich, które w swoich programach przedstawia każdy z bloków politycznych. Konfederacja mogłaby zająć się tematem przedsiębiorczości na gruncie szerzej popieranym – np. postulaty redukcji i uproszczenia prawa znajdą zwolenników od Bałtyku po Tatry. Według szacunków Grant Thornton polska gospodarka traci 200 miliardów złotych przychodu rocznie przez nadmierną ilość skomplikowanego prawa. Dwa ostatnie lata to sukces w kwestii zahamowania przyrostu prawa, jednak w tej dziedzinie jest jeszcze wiele do zrobienia. Konfederacja mogłaby również pobudzić nasze instytucje do aktywniejszej działalność za granicą. Chodzi np. o upłynnianie międzynarodowej wymiany handlowej. Nadal brak pomysłu na gospodarcze i kulturalne zaangażowanie Polonii, co wydaje się idealnym zagadnieniem zarówno dla wolnorynkowców, jak i narodowców.
Lewica z kolei ma najwięcej do powiedzenia w kwestii prawa pracy i praw kobiet. Dane GUS wskazują, że 2,4 mln osób zatrudnionych jest na umowach niestandardowych. Z kolei PIP podkreśla, że ponad 25 proc. umów cywilnoprawnych zgodnie obowiązującymi przepisami formalnie kwalifikuje się jako etat. Najbardziej narażeni są na to pracownicy takich branż jak handel, organizacja turystyki, naprawy, wynajem i dzierżawa, usług administracyjne. Nowy kodeks pracy musi więc powstać jak najszybciej. Lewica mogłaby również zadbać o to, by temat praw kobiet był obecny w sejmie. Nie chodzi tu tylko o kwestię równości płac, ale przede wszystkim o standardy okołoporodowe. Z badania przeprowadzonego w 2018 roku przez Fundację Rodzić po Ludzku wynika, że nadużyć w szpitalach i na oddziałach położniczych doświadcza połowa kobiet, a 17 proc. z nich spotyka się z przemocą! To zatrważające dane zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że borykamy się z niżem demograficznym. Część kobiet mówi wprost, że po tym, co przeżyły na porodówce, nie chcą nawet słyszeć o kolejnym dziecku… Dodajmy do tego, że według badań „Aktywność zawodowa w opinii pracujących kobiet” 51% Polek wskazało, że trudno im godzić pracę zarobkową z obowiązkami rodzicielskimi.
Koalicja Polska jawi się na scenie politycznej jako królowa małych i średnich miast. To właśnie tego tematu mogłyby strzec połączone siły PSL i Kukiz’15. W programach każdej partii znajdziemy postulaty deglomeracji, czyli troski o zrównoważony rozwój całego kraju. Ten postulat można realizować chociażby poprzez walkę z wykluczeniem transportowym, tematem pojawiającym się we wszystkich programach wyborczych z wyjątkiem Konfederacji. Antysystemowcy chcą promować transport samochodowy. Jednak partia proponująca bony edukacyjne i kulturowe z pewnością przyzna, że obywatele powinni mieć dostęp do różnych rodzajów transportu i wtedy sami zdecydują, który z nich wybiorą. Kolejną kwestią w tym temacie jest powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu. Postulaty z tym związane znajdziemy w programie zarówno PiS, jak i KO. Koalicja Polska proponująca między innymi głosowanie przez internet to idealnym kandydat do pilnowania tego tematu.
Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, ze względu na to, że posiada na pokładzie Zielonych, jest idealnym kandydatem do patrolowania tematu ochrony środowiska, który pojawia się w każdym programie. Wirtualna Polska ujawniła, że 92% stacji monitorowania jakości wód w kraju wykazuje przekroczone normy środowiskowe, a niektóre oczyszczalnie świadomie dokonują nielegalnego zrzutu nieczystości. Według najnowszego raportu Światowej Organizacji Zdrowia 36 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast Unii Europejskiej znajduje się w Polsce. Smog zabija u nas nawet 40 tys. osób rocznie. Wynika z tego, że w Polsce zarówno woda, jak i powietrze – dwa niezbędne do życia związki chemiczne – stanowią zagrożenie dla zdrowia! Tu nie ma o co się kłócić, tu trzeba działać.
Ważnym dla wszystkich tematem, który mógłby przypaść partii rządzącej, jest służba zdrowia. Żyjemy w kraju, w którym lekarze umierają na dyżurach, a kolejki do niektórych specjalizacji sięgają już 9 lat! Oznacza to, że istnieją takie obszary państwa polskiego, w których XXI wiek jeszcze nie nastał. Nieważne, z jakiej jesteś partii, bo z powodu niewydolnej służby zdrowia cierpimy tak samo.
Jak widać, znalezienie punktów wspólnych pomiędzy wszystkimi pięcioma komitetami nie stanowi żadnego wyzwania.
Ostatnie wydarzenia z obu izb parlamentu napawają optymizmem. W sejmie Prezydent Andrzej Duda wygłosił przemówienie nawołujące do pojednania, a następnie przemierzył sejm, podając rękę liderom wszystkich ruchów politycznych. Później głos zabrali przedstawiciele poszczególnych partii i ku zdziwieniu wszystkich poczynili krok w stronę zakopania topora wojennego. KO apelowało o wzajemny szacunek, PSL przywoływał pakt demokratyczny, a Lewica i Konfederacja jednym głosem postulowały usunięcie barierek sprzed sejmu i otwarcie go dla obywateli i dziennikarzy. W efekcie Jarosław Kaczyński dziękował (!) swoim politycznym oponentom i ogłosił koniec totalnej opozycji. Grzegorz Schetyna kilka godzin później w senacie, po wybraniu Tomasza Grodzkiego na marszałka, analogicznie ogłosił koniec totalnej władzy. Z kolei sam marszałek oznajmił, że każdy, kto myślał, że senat stanie się izbą obstrukcji i zajmie się celowym wkładaniem kija w szprychy, był w dużym błędzie. Czyżby nastał pokój? „Będziemy dążyli do tego żeby senat stał się rzeczywiście takim miejscem, gdzie ta wojna, która tak bardzo niszczy polską politykę, będzie przynajmniej ograniczona albo w ogóle jej nie będzie. […] Jest pole do kompromisu i współpracy” – to słowa… Jarosława Kaczyńskiego.
Niestety pozytywne symptomy nie zwróciły szczególnej uwagi nawet tych środowisk, które domagały się normalizacji debaty publicznej. Najczęściej komentowanym wydarzeniem była kontrowersyjna przemowa nie pełniącego żadnych znaczących funkcji Antoniego Macierewicza. Jest to niestety potwierdzenie przykrej prawdy. Bez ostrego języka i podżegania wojen nie da się uzyskać rozgłosu. Na krytykę zasługują więc nie tylko politycy, ale także my wszyscy. Ponieważ zwracamy uwagę tylko na te gesty i słowa, które zaogniają konflikty.
Mateusz Perowicz
przez Mateusz Perowicz | niedziela 20 października 2019 | opinie
Dobrze zarządzana dyscyplina sportowa to nie taka, w której odnosimy sukcesy, lecz taka, w której jesteśmy w stanie powtórzyć sukces po dokonaniu zmiany pokoleniowej. Na ustach wszystkich byli niedawno koszykarze, którzy dokonali największego osiągnięcia od lat 60., zajmując 8 miejsce na mistrzostwach świata. Czas pokaże, w jakim stopniu związek sportowy jest w stanie zagospodarować zainteresowanie mediów, kibiców i sponsorów.
Sukces koszykarzy bardzo przypomina sytuację siatkówki i piłki ręcznej sprzed kilkunastu lat. Siatkarze w 2006 roku, po długiej nieobecności w światowej czołówce, zajęli drugie miejsce na mundialu. Natomiast szczypiorniści dokonali tego samego rok później, sprawiając gigantyczną sensację. Przez lata siatkarze i piłkarze ręczni prześcigali się w odnoszeniu sukcesów i dostarczaniu nam ogromnych emocji, pozwalając zrekompensować niepowodzenia w piłce nożnej. Jednak podobieństwa szybko się skończyły. Dalsza historia tych dyscyplin to dwie zupełnie odmienne drogi. Którą z nich podąży koszykówka?
Siatkówka, czyli jak wykorzystać sukces
Gdy w 2006 roku kadra Raula Lozano pięła się w turniejowej drabince, kraj ogarnęła siatkomania. Był to pierwszy poważny drużynowy sukces polskiego sportu w XXI wieku. Srebrny medal przywieziony z Japonii stał się początkiem pasma sukcesów, jakie odnosiła polska siatkówka przez kolejne lata. Dekadę po zdobyciu srebrnego medalu Polacy byli mistrzami świata i powtórzyli ten sukces na kolejnym turnieju. W kadrze doszło do zmiany pokoleniowej. Sebastiana Świderskiego, Piotra Gruszkę i Łukasza Kadziewicza zastąpili Mateusz Bieniek, Fabian Drzyzga i Bartosz Kurek.
Wychowanie następców było możliwe dzięki tytanicznej pracy, jaką wykonał Polski Związek Piłki Siatkowej i wspierający go sponsorzy. Decyzję o profesjonalizacji podjęto już w 1998 roku. Wtedy Polkomtel, operator sieci komórkowej Plus, stał się sponsorem tej dyscypliny. Z czasem ambasadorem siatkówki zostały także Orlen i Polsat. Dzięki temu powstała profesjonalna liga, co pozwala przyciągnąć do kraju najlepszych zawodników, pojawił się program szkolenia młodzieży, porządna i rozproszona po kraju infrastruktura oraz regularne turnieje wysokiej rangi i transmisje w telewizji.
Sukces z 2006 wykorzystano umiejętnie i po latach znów mogliśmy się cieszyć osiągnięciami naszej kadry. Co ważne, nikt nie odwrócił się od siatkówki nawet po serii rozczarowań na Igrzyskach Olimpijskich. Efekt jest taki, że w tym roku w męskiej siatkówce jednocześnie odnosiliśmy sukcesy na dwóch różnych turniejach, w czasie gdy podstawowy skład spokojnie trenował w zupełnie innym miejscu. Zakończone niedawno mistrzostwa Europy pokazały, jak dobrze zarządzana jest siatkówka. Z pewnością wiele osób czuło niedosyt po zakończeniu mistrzostw. Jednak trzeba mieć na uwadze, że zarówno męska, jak i żeńska kadra dokonały największego osiągnięcia na arenie europejskiej od 2009 roku. Równo 10 lat po złocie siatkarzy i brązowym medalu siatkarek, gdy obie drużyny przeszły całkowitą metamorfozę, byliśmy w stanie awansować do pierwszej czwórki. Niestety, piłka ręczna poszła inną drogą.
Jak zaprzepaścić sukces
W 2007 roku wszyscy nad Wisłą nagle wszyscy wiedzieli o istnieniu takiej dyscypliny jak piłka ręczna. Kadra Bogdana Wenty okazała się czarnym koniem rozgrywanego w Niemczech turnieju – egzotyczna jak na tamte czasy drużyna dotarła aż do finału. Ten srebrny medal, tak samo jak w przypadku siatkarzy, stał się początkiem złotej ery dyscypliny. Kolejne występy naszej kadry cieszyły się ogromną popularnością ze względu na niesamowite emocje, jakie towarzyszyły zmaganiom. Odrabianie 11-bramkowej straty w meczu ze Szwecją czy wiekopomny rzut Artura Siódmiaka w spotkaniu z Danią tylko nakręcały popularność dyscypliny. Do światowej czołówki należały zarówno męska, jak i żeńska kadra. Nasze panie dwukrotnie zajęły 4. miejsce na mistrzostwach świata.
Jednak Związek Piłki Ręcznej w Polsce nie podołał zadaniu. Jeden z czołowych polskich zawodników, Karol Bielecki, mówił wprost, że „po nas nie będzie nikogo”, zarzucając związkowi bierność i brak zrozumienia dla realiów rządzących sportem. Boleśnie przekonaliśmy się o tym, że miał rację. Zarówno siatkarze, jak i szczypiorniści rozpoczęli złotą erę dyscypliny od niespodziewanego sukcesu na mistrzostwach świata – srebrnego medalu. 12 lat po tym sukcesie siatkarze drugi raz z rzędu dzierżą tytuł mistrzostw świata, a szczypiorniści w ogóle nie biorą udziału w imprezach dużej rangi. Kadra piłkarzy ręcznych nie grała ani w ubiegłorocznych mistrzostwach Europy, ani w tegorocznych mistrzostwach świata, które ponownie zorganizowali Niemcy wspólnie z Duńczykami. Naszych reprezentantek również zabrakło na wielkich imprezach.
Jest to najgorszy możliwy scenariusz. W jaki sposób mamy wychować i przygotować następców Artura Siódmiaka, Bartłomieja Jaszki i Krzysztofa Lijewskiego, skoro nawet nie mamy szansy na to, by zbierać doświadczenie? Związek Piłki Ręcznej, w przeciwieństwie do Związku Siatkówki, nie spełnił swojego zadania. Co zrobi Polski Związek Koszykówki z sukcesem kadry Mike’a Taylora?
Koszykówka, czyli…?
Wiele osób twierdziło, że po zwycięstwie nad Chinami i Rosją czas na zwycięstwo nad USA. Otóż nie. Czas na długoterminowe umowy sponsorskie, program szkolenia młodzieży, inwestycje w najniższe klasy rozgrywkowe i program wsparcia dla regionalnych trenerów, na których spoczywa najcięższe zadanie. Muszą zachęcić młodzież do koszykówki, odpowiednio rozwinąć zdolności zawodników i wyselekcjonować najlepiej rokujące osoby. Przed PZ-kosz ambitne zadanie. Wiele dzieci pod wrażeniem dokonań kadry ruszy do hal sportowych, aby być jak Mateusz Ponitka, Aaron Cel i Łukasz Koszarek. Tylko od związkowych działaczy zależy to, jak szybko zejdą z parkietu.
Gdy młodzi zawodnicy wejdą w dorosłość, będą musieli ocenić, czy uprawianie koszykówki jest warte świeczki. Jeżeli otrzymają stabilność finansową, godne warunki treningów i perspektywę dalszego rozwoju, możemy być spokojni o następców. Jednak jeżeli natrafią na ścianę nie do pokonania, za kilka lat będziemy mogli tylko oglądać powtórki takich akcji jak ta, w której zakrwawiony Mateusz Ponitka upadając na ziemię podaje piłkę do Aarona Cela, ten składa się do rzutu i pakuje piłkę do kosza, dając drużynie trzy punkty i pewne prowadzenie w meczu o ćwierćfinał mistrzostw świata.
Koszykówka jest dziś dokładnie w tym samym miejscu, co siatkówka i piłka ręczna w 2006 i 2007 roku. Jeżeli PZ-kosz chce iść drogą ZPRP, nie musi robić nic. Natomiast jeżeli chce iść drogą PZS, musi natychmiast zacząć tytaniczną pracę, znaleźć sponsorów nie dla kadry, lecz dla dyscypliny, czyli dla wszystkich drużyn, klas rozgrywkowych i programów szkolenia młodzieży. Tylko od związku zależy, czy Enea i japoński koncern Suzuki będą zainteresowani taką pracą, jaką od lat firmy Plus, Orlen i Polsat wykonują dla siatkówki. Związek powinien też zadbać o odpowiednią ilość imprez wysokiej rangi rozgrywanych w naszym kraju. Mundial zorganizowany wspólnie z Litwą, gdzie koszykówka urasta do miana drugiej religii, może być kołem zamachowym dalszego rozwoju dyscypliny i utrzymania popularności.
Skoro coś jest możliwe w jednej dyscyplinie, to dlaczego miałoby być niemożliwe w innej? Może warto wymieniać się doświadczeniami i ogrzewać mniej popularne dyscypliny w blasku tych, w których celebrujemy zwycięstwa? Czwórmecz, czyli występ czterech polskich reprezentacji – siatkówki, koszykówki, piłki ręcznej i halowej piłki nożnej – rozgrywany w jednym miejscu i czasie, wsparty okrągłym stołem dla gier zespołowych, to coś, czego potrzebujemy. Infrastruktura dla tych czterech dyscyplin jest identyczna. System porządnych hal rozsianych po kraju może służyć każdej z nich. Łatwiej też zaszczepić siatkówkę czy piłkę ręczną tam, gdzie sprawnie działa inna z tych dyscyplin. Wielosekcyjne kluby sportowe z dobrym zapleczem mogą się okazać kluczem do sukcesów w przyszłości. Przykładem może być Gdynia, gdzie pod jedną nazwą zintegrowano aż sześć drużyn z czterech dyscyplin. Prezydent miasta, Wojciech Szczurek skomentował to następująco: „To historyczny dzień dla gdyńskiego sportu. Rodzi się żółto-niebieska potęga. Łączymy siły, by osiągać jeszcze większe sukcesy. To nie tylko zespoły ligowe, ale także setki trenujących dzieci i młodzieży”.
Nic nie stoi na przeszkodzie, aby przy wsparciu krajowych związków sportowych model zaczerpnięty z Barcelony stał się standardem, który napędzi polski sport zespołowy.
Mateusz Perowicz