przez Jarosław Niemiec | środa 19 lutego 2020 | opinie
Jaka jest sytuacja w górnictwie, to cała Polska widzi i komentuje po swojemu. Komentuje na tyle, na ile ma wiedzę z przekazów dnia mediów koalicji i opozycji. Komentuje z punktu widzenia liberalnej ekonomii skutecznie wbijanej ludziom do głów. W tej sytuacji jedyną obroną branży górniczej jest, górnolotnie mówiąc, „stanąć w prawdzie”. Najprawdziwsze jest zawsze to, co się wie i czuje z własnych doświadczeń. Tych doświadczeń branża górnicza i związkowcy mają aż za wiele. Czas wyciągnąć wnioski.
Powtarzać do znudzenia
Balcerowicz w energetyce i górnictwie nie ma prawa się powtórzyć, bo z założenia stracą na tym pracownicy branży, państwo i społeczeństwo. Pracownicy branży górniczej i energetycznej muszą zdecydowanie zakończyć grę z pozostałymi stronami „dialogu społecznego”, czyli rządem i zatrudnicielami, w której te strony w trakcie rozgrywki zmieniają jej reguły. Narzucona przez pozostałe strony reguła wyznacza oś konfliktu między interesami ekonomicznymi spółek górniczych czy pracowników poszczególnych spółek. A jeśli to nie działa, to zawsze można zrzucić winę na Unię Europejską czy ekologów, którzy o niczym innym nie marzą poza zamknięciem kopalń i paleniem importowanym węglem. To takie polityczne alibi zamiast planu dla pracowników: w razie czego miejcie pretensję do siebie nawzajem i do wszystkich, innych, tylko nie do tych, którzy sprawują rzeczywistą władzę. Nie. Nie możemy grać w grę pod tytułem „silniejszy przetrwa”. Oś podziału przebiega pomiędzy interesem społecznym a rachunkiem ekonomicznym.
Sekwencja ostatnich zdarzeń w branży górniczej oraz publikacje medialne nie pozostawiają wątpliwości, jaką wizję górnictwa mają ośrodki władzy i środowiska opiniotwórcze, oraz, pożal się Boże, „publicystyka”. Nie pozostawiają też złudzeń, że na energetykę nie ma w Polsce ani pomysłu, ani planu, zaś wszelkie działania w tej branży są doraźnymi reakcjami na tendencje z zewnątrz. Suwerenną polityką nie można tego nazwać, choćby rząd nie wiadomo jak bojowo ogłaszał nieugiętą walkę o nasze górnictwo i energetykę w ogóle. Dziś mamy do czynienia z gaszeniem kolejnego pożaru, a komunikaty o sytuacji górnictwa przypominają komunikaty z oblężonej twierdzy, w której oblężeni powinni zastanawiać się, kogo rzucić na ofiarę, żeby uratować resztę. Oblegają nas Unia Europejska, ekolodzy, Greta Thunberg, granicę szturmują kolejne importy taniego węgla, wydobywanego po skandalicznie dumpingowych cenach, z terenu UE płynie darmowa energia, krasnoludki do mleka sikają i ogólnie świat się uparł, żeby nas wykończyć. Niestety, jest to tylko część prawdy. W rzeczywistości światowe tendencje i rynki wymuszają na Polsce podjęcie zdecydowanych działań, a nie buńczucznych oświadczeń, że się nie dajemy i będziemy dzielnie odpierać napór. Nie, nie damy rady odpierać tego naporu w nieskończoność, bo wystarczy mocniejszy wiatr, żeby nas zdmuchnąć.
Najgorszy wiatr
Teraz, za przeproszeniem, będę pisał w pierwszej osobie, bo nie sposób inaczej przekazać refleksji i wniosków, jakie nasuwają się przy stole negocjacyjnym bezpośredniemu uczestnikowi negocjacji zarówno płacowych, jak i tych w Komisji Trójstronnej.
Po pierwsze, można odnieść wrażenie, że praca górnicza staje się pracą sezonową, co w ogóle zaprzecza standardom tej pracy, zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa, jak i fachowości. Większość spółek węglowych uzależnia płace nie tylko od wyników ekonomicznych, ale i od aktualnej sytuacji na rynku węgla, a ta jest w tej chwili taka, że zwały są zasypane, bo była ciepła zima i nie spalono zapasów, a ponadto zaczęło mocniej wiać i energia wiatrowa oddawana jest do Polski nie tylko za darmo, ale np. Dania nawet dopłaca za odbiór, byle tylko odciążyć sieć. Strona rządowa zaczyna mówić prawie jak w znanym skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Parafrazując: „Najgorszy wiatr, bo nawet jak jest zimno i jest wiatr to mamy energię za darmo i jest ciepło, ale jak jest ciepło i nie ma wiatru, to możemy spalać węgiel”. Tak się już wisielczo dowcipkuje przy stołach negocjacyjnych. Mamy zapasy, nie ma gdzie sypać, wypadałoby wstrzymać produkcję. I to byłoby najrozsądniejsze.
Niestety, spółki górnicze podlegają tym samym regułom, co reszta gospodarki, więc muszą wyprodukować odpowiedni wolumen i go sprzedać, żeby mieć dochód. Na wypadek niesprzyjających warunków pogodowych nie ma bufora w postaci rekompensat za postój. Nie ma wystarczających składów węgla, zresztą nie wiadomo, czy więcej dałoby się składować jako zapas, gdyż węgiel za długo składowany po prostu się utlenia, traci wartość energetyczną, dostaje samozapłonu i emituje trujący tlenek węgla. Jedynym wyjściem jest planowe i regulowane wydobycie dostosowane do potrzeb. I tu pojawia się paradoks. W zeszłym roku padły tu i ówdzie rekordy produkcji. Po co? – pytają górnicy. Po co harowaliśmy na granicy ludzkich możliwości? Po to, żeby się zasypać, wstrzymywać produkcję i nie mieć szans na podwyżkę płac, które w części spółek stoją w miejscu, a ich siła nabywcza znacznie spadła? Odpowiedź jest prosta. Musieliśmy tak ostro fedrować, żeby utrzymać przyzwoite wyniki ekonomiczne w zeszłym roku. Niektóre spółki, jak np. Polska Grupa Górnicza, nawet nie walczyły o jakiś superwynik ekonomiczny, lecz o przetrwanie. Musimy dużo fedrować, żeby utrzymać firmę, ale czasami, ze względów od nas niezależnych, fedrować nie możemy i wtedy zaczynają się kłopoty. Najgorszy wiatr, ale w czerwcu czy lipcu może się okazać, że Wisła wyschnie i zabraknie wody na chłodzenie turbogeneratorów, mimo szczytu energetycznego, który powoduje coraz powszechniejsze użycie energochłonnej klimatyzacji. Co wtedy? Wtedy energię będzie się importować. A co z górnikami? Brać płace, jakie dają i czekać na lepsze czasy, kiedy zaczną potrzebować węgla? Może wtedy dostaniemy jakieś premie specjalne na koniec roku. Niestety tak się w górnictwie dzieje od kilku lat.
Pracownicy sezonowi czy freelancerzy?
O górniczych płacach krążą legendy. Podobnie jak o przywilejach nauczycieli, kolejarzy czy kogokolwiek, kto zaczyna upominać się o swoje. W rzeczywistości nie ma jednolitej płacy górniczej w skali kraju. Są spółki, w których górnicy zarabiają wyraźnie lepiej od średniej płacy robotniczej, a są i takie, gdzie ledwo się z tą średnią równają. Ponadto płace górników nawet w skali zakładu są zróżnicowane. Na oddziałach wydobywczych, gdzie praca przypomina bardziej sport ekstremalny uprawiany wyczynowo, te płace są wyższe, chociaż wątpię, żeby jakiś wyczynowy sportowiec chciałby tyle trenować za takie pieniądze.
Z kolei płace na oddziałach pomocniczych spadają w miarę oddalania się od ściany czy przodka, aż do płac zdecydowanie niższych od średniej krajowej na powierzchni, która też ma zadania ściśle związane z produkcją. Dziś tym ludziom próbuje się wmówić, że jak będzie kasa, to się podzielimy na koniec roku albo na świętego Idziego. W szaleństwie rynkowej propagandy, w ogłupiającej narracji o wspólnym interesie „pracodawców” i pracowników, zrównuje się robotników z przedstawicielami klasy średniej, którzy istotnie mają dochody zmienne, ale na tyle wysokie, żeby poczekać na zastrzyk ekstra gotówki.
Do tego dochodzi czynnik motywacyjny. Oczywiście w indywidualistycznym szaleństwie paradoksalnie nie patrzy się na przynależność do klasy społecznej czy grupy zawodowej. Uznano, że na motywację pracownika wyższego szczebla i robotnika mają wpływ takie same czynniki. No cóż, z pijakiem nie wygrasz i kłócić się z oczadziałymi od tych teorii haerowcami nawet nie mam ochoty. Wystarczy powiedzieć, że z punktu widzenia robotnika najlepszą motywacją jest stała pewna płaca i bezpieczeństwo. Żaden z nas nie chce ekstra dochodów na nowy jacht, lecz pewności, że co miesiąc dostaniemy tyle, żeby przyzwoicie żyć. Nie ma solidnej fachowej roboty bez zachowania tego standardu, a przy dzisiejszych technologiach i wymogach bezpieczeństwa inna nie wchodzi w grę w górnictwie. Obiecankami większych wypłat w bliżej nieokreślonej przyszłości nie zapłacimy rachunków i kredytów (tak, górnicy kupują mieszkania, bo wszyscy to robią i nie jest to objaw bogactwa, lecz konieczność, bo gdzieś mieszkać każdy musi, a zakup to dziś właściwie jedyny sposób na w miarę bezpieczne mieszkanie). Koszty życia rosną i w tej sytuacji proponowanie płac zadaniowych zamiast stałych jest dla każdego robotnika nie do przyjęcia. Zresztą i te zadaniowe są mocno wątpliwe, bo jak jest strata, to ich nie ma, a jak jest zysk… to też ich nie ma, bo w przyszłości może być strata i trzeba oszczędzać.
Często mówi się, że górnictwo samo się zwinie, bo ludzie przestaną przychodzić do zawodu. O ile będzie alternatywa innej, lepszej pracy, to nie będę rozpaczał. Będziemy rozpaczać wszyscy, gdy stracimy resztki niezależności energetycznej i okaże się, że węgiel jednak w przyszłości może być potrzebny, a przez następne 30 lat będzie potrzebny jako paliwo stabilizujące system energetyczny. Może się okazać, że ten tani węgiel z importu nie będzie tani, bo kiedy naszego zabraknie, to ceny wzrosną. Może się okazać, że energetyka węglowa będzie pracować w trybie szczytowym lub podszczytowym. Może się okazać wszystko, bo informacje strony rządowej przekazywane stronie związkowej na razie mają się nijak do obecnej sytuacji. Czy receptą na to jest praca sezonowa dla górników, czy utrzymywanie branży niskimi kosztami pracy? Bo już zaczyna się straszenie, że jeśli nie ograniczymy naszych żądań płacowych, to upadniemy, przy czym, jak sytuacja obecna pokazuje, upaść możemy niezależnie od naszych płac.
Marzeniowe planowanie
Termin ten pochodzi z terapii psychologicznej. Oznacza on, że człowiek w trudnej sytuacji, uzależniony, neurotyk czy ktokolwiek dotknięty jakimś poważnym psychicznym kryzysem, na co dzień posługuje się mechanizmami obronnymi w postaci iluzji, zaprzeczeń, racjonalizacji, natomiast na przyszłość ma wielkie plany, którym brakuje dwóch szczegółów, żeby można je było zrealizować: odniesienia do rzeczywistości i pomysłu na pierwszy krok. Jesteśmy właśnie w tej sytuacji. Tkwią w niej strona rządowa i strona społeczna. Oznacza to niemoc obu stron i brak pomysłu na ten pierwszy krok. Zamiast tego mamy zaprzeczenia, że energetyka nie ma wpływu na klimat i racjonalizację, że ocieplenie i susze to jakieś cykle klimatyczne niezależne od człowieka, racjonalizowanie, że Niemcy są hipokrytami i sami palili węglem i dalej kupują rosyjski, czy iluzje, że górnictwo będzie można utrzymać w tym stanie na wieki wieków.
Jeśli nie pomoże i to, to zawsze można nie przyjmować niewygodnych faktów do wiadomości. Przykładem może tu być rosnąca wypadkowość w zakładach górniczych, gdzie jest największy poziom wydajności. Można stosować tysiąc zabezpieczeń, a one i tak nie wyeliminują czynnika ludzkiego, którym jest zwyczajne przemęczenie. Górnik pracujący pod presją wyników we wszystkie soboty i większość niedziel będzie mniej więcej tak czujny wobec zagrożenia, jak koń w kieracie. Niby wszyscy to wiedzą, a jakoś nie widać w raportach wzmianki, że jedną z przyczyn wysokiej wypadkowości jest przepracowanie.
Marzeniowe planowanie to założenie, że jak się coś tam wywalczy w UE w kwestii emisji czy trochę wstrzyma import węgla, zrobi nowe składy, zrestrukturyzuje – to będzie można założyć takie czy inne wydobycie i można spać spokojnie. Niestety nie, bo dochodzą kolejne czynniki, np. wiatr. Jak się okazuje, już nie normy emisyjne, nie import węgla, ale import gotowej energii wygasza nasze górnictwo. Nie dali rady normami, to zaleją nas tanią albo darmową energią. Pamiętam, jak w 2012 roku mówił o tym, co teraz się dzieje wykładowca na zajęciach z gospodarki energetycznej. Mówił mianowicie, że całkowita rezygnacja z górnictwa w Polsce na rzecz OZE jest mrzonką i że jeśli to się stanie, to nie w najbliższych 30 latach, ale o ile tak się stanie, to albo będziemy mieli własne źródła energii alternatywnej, albo będziemy stać w kącie i patrzeć jak inni handlują energią, którą mają za darmo. Wróć, nie za darmo. Żeby pracował na nich wiatr, woda i słońce, wyłożyli mnóstwo pracy, a przede wszystkim pieniędzy.
To dlatego ileś lat temu górniczy związkowcy w Niemczech manifestowali nie w obronie kopalń, lecz domagali się pełnego udziału w procesie transformacji, co oznaczało korzystanie z wyłożonego na ten cel kapitału. U nas nie widać takiej perspektywy, żeby górnicy w zamian za kopalnie dostali udział w jakimś kapitale, z którego będą żyć też następne pokolenia. U nas każdy kapitał, jaki się pojawia, trafia zwykle do tych, którzy już mają kapitał.
Marzeniowe planowanie widać po Polskiej Grupie Górniczej. Po wielu restrukturyzacjach powstała grupa, która przejęła kilka dobrych kopalni, żeby podciągnąć te słabsze. Winą obarcza się dziś związki zawodowe, zarzucając im, że parły do takiego rozwiązania, bo dzisiaj zamiast silnej spółki mamy wielki kryzys, gdyż zamiast poprawiać wskaźniki techniczno-ekonomiczne – ratowano co się da. A co mieli zrobić z kilkunastoma tysiącami górników? Kto miał na nich pomysł? Jednorazowe odprawy można sobie darować. Może rzeczywiście zrobiono górnikom krzywdę, przyjmując ich do pracy. No ale jak już wcześniej wspominałem, trzeba było więcej fedrować, żeby ratować, a żeby fedrować, trzeba przyjmować pracowników, i tak wkoło Macieju. Z pewnością górnicy z PGG nie usłyszeli słowa, że mają takie same czy lepsze perspektywy, bo ich nie ma. Z pewnością usłyszeli: fedrujcie solidnie, my was uratujemy, a jak będzie dobrze to dostaniecie pieniądze. No i nie dostali.
Publicystyka i pucublistyka
To, co dostajemy na temat górnictwa w przekazach medialnych, to już nie jest dziennikarskie niedbalstwo. Już nikt nie udaje, że coś relacjonuje. Dostajemy gotowe tezy bez specjalnego „napracowania”, żeby cokolwiek uzasadniać. Jeśli jakiś górnik brał udział w szczuciu na nauczycieli w czasie ich strajku, jakie to roszczeniowe nieroby, to teraz poczuje to samo, co oni wtedy. Może nawet nie poczuje aż tak, bo nie musi na co dzień spotykać się z rodzicami, którzy w internecie wylewali pomyje na nauczycieli. Ja już poczułem jako związkowiec, po arcyciekawym reportażu TVN na temat patologii związkowych w JSW. Nie dlatego arcyciekawym, że coś wyjaśniał, a dlatego, że nienowym i odgrzanym po roku. Arcyciekawym, bo wyemitowanym dokładnie wtedy, kiedy w górnictwie jest ostry kryzys, a związki protestują, ponieważ pracownicy nie chcą za niego płacić. Arcyciekawym, bo jeśli rząd jest stroną sporu z górnikami, to TVN, w całej nienawiści do pisowskiego rządu, gra z nim do jednej bramki. Właśnie wskazuje rządowi: winni są związkowcy, którzy robili machlojki, oraz pracownicy, którzy przehulali pieniądze na wypłaty.
W lokalnych portalach to już zupełnie jak kto chce i np. w portalu łęczna24 jakiś publicysta robi z siebie pożytecznego idiotę i kleci tekst z tezą, że „Bogdanka dostaje po d…pie żeby ratować Śląsk?”. Nie ma o czym pisać, bo głębia myśli jest tak porażająca, że autor musiał dać w nawiasie dopisek przy tytule, że to „publicystyka”. Wystarczy powiedzieć, że pisze on jak lokalny Warzecha: „górnicy, waszym przeciwnikiem są górnicy ze Śląska, niech spadają na drzewo i ich zamkną to wam będzie lepiej, wasz węgiel będą kupować”. Jeśli nawet by tak było, to należy mieć pretensje jedynie do rządu, że dziadowskimi zabiegami chce łatać dziury i stwarza sytuację, w której rywalami jednych górników mają być inni górnicy, ale broń Boże nie rząd i „pracodawcy”.
Nawet jeśli obecny kryzys jakoś szczęśliwie się rozwiąże, to nawet na krok nie poprawi sytuacji górników. Pozostajemy przy oparciu górnictwa o realnie coraz niższe płace, żeby konkurować z dumpingiem energetycznym, oraz mówieniu górnikom, żeby byli odpowiedzialni i niezbyt pazerni, a wtedy utrzymamy kopalnie. To muszą zakwestionować związkowcy. Podziękować za marzenia, zażądać bezpieczeństwa, planów i gwarancji, że pracownicy nie zostaną na lodzie. Zażądać pełnej interwencji państwa i długoletnich rządowych programów nawet za cenę, że ktoś nam zarzuci powrót do centralnego planowania, My tego nie tylko chcemy – my bez tego nie przetrwamy nie trzydziestu lat, ale nawet najbliższych kilku.
Jarosław Niemiec
przez Jarosław Niemiec | wtorek 15 października 2019 | opinie
Ilekroć związkowiec słyszy o „motywacyjnym systemie płac”, powinien natychmiast strzyc uszami z niepokoju. I zastanowić się, czy przypadkiem nie jest to szukanie kolejnego sposobu na „optymalizację kosztów pracy” i zwiększenie presji ekonomicznej na pracownika.
Zwykle cała motywacja sprowadza się do tego, żeby pracownika wystraszyć, iż można mu coś urwać z pensji. Przy czym pozory motywacji stwarza się za pomocą lepszego opłacania pewnej grupy pracowników, którzy dostają znacznie wyższe stawki lub premie za zaangażowanie, odpowiedzialne stanowiska czy kluczowe znaczenie dla produkcji. Nieważne, jak to nazwiemy, bo w rzeczywistości chodzi o to, żeby zawsze było zróżnicowanie. W takich warunkach łatwo już moralizować, że trzeba więcej pracować, więcej się starać czy angażować.
Zazwyczaj całe to gadanie o motywacji jest w odniesieniu do stanowisk robotniczych i produkcyjnych manipulacją szytą grubymi nićmi. Jest to jednak manipulacja na tyle skuteczna, że sami pracownicy często wierzą w tę gadaninę o motywacji i zaczynają się licytować, czyja praca jest ważniejsza, cięższa i kto zasługuje na większą płacę. Nie trzeba dodawać, że dla zatrudniciela jest to komfort, bo może rozgrywać załogę jak imperator rzymski według zasady „dziel i rządź”. Jest to także swojego rodzaju uzasadnienie oczywistej niesprawiedliwości społecznej, jaką stanowią rażące dysproporcje dochodów. Takie ekonomiczne tabu, które zakazuje wyciągać ręce po majątek tych, co podobno „wcześniej wstawali i ciężej pracowali”. Czy tak jest naprawdę? Czy robotnik może mieć złudzenia, że jeśli będzie ciężej pracował, to zostanie milionerem? Czy ma sens wdawanie się w nieswoją grę pod tytułem „kto więcej zrobi, ten więcej zarobi”, w której to grze jeden z graczy w dowolnym momencie gry zmienia jej zasady?
Sprowadzając rzecz do absurdu: jeżeli jeden zarabia 3 tysiące, a drugi 30 tysięcy, to o ile więcej musi pracować ten, co zarabia 3 tysiące, żeby zarobić 30? 10 razy? A żeby zarobić 300 tysięcy to pewnie ze sto razy. Doba ma tylko 24 godziny, więc będzie trochę trudno. Inny potoczny argument: „Zarabia dużo, bo więcej się uczył”. Czyżby uczył się 10 razy więcej? Czasowo raczej niemożliwe, bo musiałby studiować z pięćdziesiąt lat. Pod względem ilości wiedzy też trochę trudno to wytłumaczyć, bo nawet lekarz nie przyswoi 10 razy więcej wiedzy niż inny człowiek.
Oczywiście można różnicować te kwalifikacje na prostsze i bardziej skomplikowane, ale zawsze jest to pewna wiedza pozwalająca wykonywać prace niezbędne dla społeczeństwa. Zakładając odpowiedzialność za ludzkie życie, jakieś niezwykle ważne funkcje wymagające niezwykłych predyspozycji czy bezwzględnego poświęcenia, można uzasadnić pewne ekstra-płace. Niektóre zawody są z kolei na rynku bardzo pożądane i firmy są gotowe płacić duże pieniądze specjalistom, więc nikt się tego nie będzie czepiał. Natomiast najśmieszniejsze jest, kiedy jakiś rozchwytywany specjalista doradza innym, że „trzeba było zdobyć takie kwalifikacje jak ja, a nie jęczeć, że mało zarabiasz”. Bardzo byłby zdumiony, gdyby nagle rzesza ludzi zdobyła te jego kwalifikacje i na rynku byłoby w kim wybierać – ze specjalisty za 30 tysięcy zrobiłby się wyrobnik za średnią krajową.
Zostawmy jednak w spokoju wąskie specjalizacje. Mamy zwyczajne, powszechnie wykonywane zawody, w których naprawdę nie liczą się żadna kreatywność i nie wiadomo jakie zaangażowanie. Fundamentem przemysłu i usług są solidni rzemieślnicy, a nie wyczynowcy. Osobiście nie chciałbym wchodzić do pola rozdzielni zabezpieczonego przez kreatywnego dopuszczającego elektryka. Wolałbym, żeby zabezpieczał je solidny i powtarzalny do znudzenia rzemieślnik. Podobnie rzecz się ma z innymi. Wszyscy będą szczęśliwi, jeśli budowlaniec odtworzy dokładnie projekt i nic nie kreuje, pracownik produkcyjny w ciągu technologicznym przestrzega procedur technologii i przepisów bhp, a sprzątający po prostu posprząta. A w jaki sposób ma z kolei ciężej pracować czy zaangażować się pracownik ochrony stojący czy siedzący gdzieś na portierni? Bardziej stać czy bardziej siedzieć?
Wdając się dyskusje o motywacji, narzucone nam przez klasę zarządzającą, często zaczynamy się targować w ten sposób. Ten sposób wyniszcza jednak pracowniczą solidarność wewnątrz naszych załóg i zakładów pracy. Naiwna wiara, że klasie menedżerskiej zależy na motywacji, często podbija ego części załogi, która czując się wyróżnioną, staje się rzecznikiem motywacyjnego systemu płac i wprowadza dobry klimat do „optymalizacji kosztów”, co w języku potocznym można przetłumaczyć, że łatwiej jest firmie pojechać po premii i zarobkach.
Na postulaty o równaniu w górę zawsze można wyciągnąć wyświechtany slogan o urawniłowce, komunie, a jak tego mało, to o occie na półkach, Leninie i łagrach. Wtedy traci sens przytaczanie jakichkolwiek argumentów, czy to z psychologii, czy socjologii, czy innych -logii, o tym, że motywację buduje się zgodnie z piramidą potrzeb – od potrzeb bytowych, poprzez poczucie bezpieczeństwa i akceptacji, a dopiero po zaspokojeniu ich można myśleć o samorealizacji, wyróżnianiu się i dodatkowych sprawach. Niestety solidarności nie buduje się dysproporcjami, lecz w miarę równymi relacjami między ludźmi. Wynika z tego jeden podstawowy wniosek. Do pewnego poziomu należy walczyć o płace wedle zasady każdemu według potrzeb, czyli zapewnić pewne przyzwoite minimum, a dopiero wtedy można myśleć o lepszym wynagradzaniu pewnych szczególnych stanowisk czy funkcji. Bo celem związku zawodowego nie jest jak najwyższa średnia, lecz to, by nikt od tej średniej zbyt mocno nie odstawał.
Jarosław Niemiec
przez Jarosław Niemiec | środa 28 sierpnia 2019 | opinie
Kiedy upominamy się o lepsze warunki płacowe w branży energetycznej, ciągle słyszymy, że musimy mocno ograniczyć nasze oczekiwania, musimy być odpowiedzialni, nie wolno nam stawiać wygórowanych żądań. Bo „węgiel jest w niełasce”, „energetyka węglowa jest na cenzurowanym”, „grozi nam wygaszanie i zamykanie”. Owszem, zmiany klimatu, regulacje międzynarodowe w zakresie emisji dwutlenku węgla wymuszają poszukiwanie nowych, przyjaznych dla środowiska źródeł energii, ale czy to oznacza, że mamy szykować się na nowy plan Balcerowicza w energetyce, uznać, że jesteśmy niepotrzebnym balastem i pracować za tyle, ile nam dają i cieszyć się, że w ogóle pracujemy? Mam nadzieję, że środowiska górnicze, nauczone doświadczeniem różnorodnych transformacji ostatniego trzydziestolecia, już więcej nie zgodzą się na taki scenariusz i dopóki na kopalni są kilofy, będziemy wiedzieli, że można ich użyć nie tylko do węgla i kamienia. Dopóki nie powstanie wielki i kompleksowy plan transformacji energetyki na miarę słynnego New Deal, nie mamy o czym rozmawiać.
Branża energetyczna i górnicza zdają sobie sprawę, że zmiany są konieczne, po prostu nadejdą i nikt z nas nie chce zawracać kijem Wisły. Chcemy tylko i aż być ich aktywnymi i pełnoprawnymi podmiotami i uczestnikami, chcemy w tych zmianach uczestniczyć mając coś do powiedzenia i korzystając na nich, a nie tracąc. Mało tego, kopalnie same planują inwestycje proekologiczne. Na przykład jedna z kopalń planuje rozwijanie swojego działu kolejowego i udział w rozwoju lokalnych przewozów kolejowych. Coraz częściej słychać pomysły stawiania instalacji fotowoltaiki na terenach górniczych czy hałdach. Również związki zawodowe górnicze widzą szanse w rozwoju nowoczesnych źródeł energii i doskonale wiedzą, że jest to potrzebne, ale nie kosztem pracowników i – bez żadnej demagogii mówiąc – najuboższych odbiorców. Bo nie ma mowy, żeby i oni nie zostali poszkodowani, jeśli transformacja energetyczna przebiegnie po linii Balcerowicza i jego wyznawców.
To, co słyszymy od polityków liberalnych z prawicy i z partyjek udających lewicę, z góry przekreśla jakiekolwiek rozmowy z nimi o energetyce czy ekologii. Pomysły zamknięcia kopalń i dokonania dekarbonizacji bez zająknięcia się o tym, kto to zrobi, co będzie z ludźmi i jakie źródła zastąpią węgiel, są z naszego punktu widzenia niepoważne, ale niestety mogą znaleźć posłuch, a co gorsza – wykonawców. Są to pomysły kontynuujące najgorsze tradycje neoliberalizmu, poczynając od bandyckich posunięć Thatcher wobec górnictwa w Wielkiej Brytanii, poprzez wczesnego Balcerowicza, aż po czasy Buzka-Balcerowicza ze słynnymi odprawami i likwidacją miejsc pracy w górnictwie, co okazało się społeczną katastrofą i wielką stratą dla budżetu. Na to górnicy i pracownicy energetyki nie mogą pójść, bo to dla nas samobójstwo.
Z drugiej strony nasza branża nie może dać się uwieść denialistom klimatycznym (świadomym szkodnikom zaprzeczającym zmianom klimatycznym z powodu działalności człowieka), podnoszącym wrzask, że działania na rzecz ochrony klimatu są jakimś spiskiem „ekoterrorystów” z UE. Niby bronią oni górnictwa, bo skoro, jak twierdzą, nie ma wpływu dwutlenku węgla na klimat, więc można wydobywać węgiel i palić nim do woli, nie patrząc na emisje. Owi denialiści to albo zwyczajni socjopaci, albo agenci wpływu. Uleganie wpływowi tej szaleńczej ideologii postawi nas, górników i energetyków, na pozycji mniej więcej takiej, w jakiej byli pracownicy manufaktur włókienniczych w Manchesterze, którzy po wynalezieniu maszyny parowej zaczęli niszczyć maszyny włókiennicze odbierające im miejsca pracy w fabrykach. Jak wiadomo, nie obronili swoich stanowisk i stali się symbolem nieskutecznej walki. Jedynie nasz w pełni świadomy, zorganizowany i zaplanowany udział w transformacji energetyki przyniesie nam korzyść jako pracownikom. Po to musimy już dzisiaj postawić jasno postulaty, wyznaczyć sobie cele, o jakie będziemy walczyć do upadłego i odpowiedzieć na pytanie: „Jakie jest nasze miejsce jako pracowników w systemie i nasza relacja do rynku energii?”.
Pierwszy i podstawowy postulat jest taki, że należy żądać gwarancji pracy i dochodu, który nie spowoduje ekonomicznej degradacji osób przekwalifikowanych lub odchodzących z górnictwa. Drugi to zagwarantowanie pełnego udziału w decyzjach i procesach transformacji energetycznej pracownikom branży. Trzeci to utrzymanie górnictwa w pełnej sprawności i gotowości do pracy, bo węgiel, jako surowiec, z pewnością kiedyś będzie w cenie. Z tego już jasno wynika odpowiedź na wyżej postawione pytanie. Rynek nie może decydować o zmianach w energetyce, a przynajmniej nie wyłącznie rynek. Decydujące, równorzędne głosy muszą mieć tutaj państwo i pracownicy, rynek może być jedynie czynnikiem korygującym.
W obecnej sytuacji, kierując się tylko kryteriami rynku, polski węgiel nie ma szans konkurować z rosyjskim czy kolumbijskim. Niestety jest to ciągle konkurencja taniej siły roboczej, łamania praw pracowniczych i przepisów bezpieczeństwa, a tego przecież podobno nie chcemy. Szkoda tylko, że zapominają o tym ludzie ochoczo deklarujący zamykanie kopalń, bo spalanie węgla rosyjskiego czy kolumbijskiego nie oczyści nam powietrza. O tym, czym w zamian za kotły węglowe będziemy napędzać turbogeneratory, nie wspomina się zbyt często. Prawdopodobnie nie będą to chomiki biegające w kółeczkach. Modne słowo „innowacyjność” ładnie brzmi, ale czy tego chcemy, czy nie, Polska jest dość dużym krajem z gospodarką przemysłowo-rolniczą i nagle nie przestawimy się na coś innego, np. na turystykę. Owszem bagna biebrzańskie i poleskie są fascynujące, ale turyści wolą coś bardziej spektakularnego, w Bałtyku zamiera życie, zaś Tatry lada moment zadepczemy. Pomysły deindustrializacji i przestawienia gospodarki na „usługi” skończyły się w latach 90. katastrofą społeczną. Energetyka i górnictwo na dziś muszą działać jak sektor gospodarki centralnie planowanej, jakkolwiek by się to komu nie kojarzyło.
Stąd wynikają pewne wnioski i dla państwa, i dla pracowników energetyki.
Państwo nie może pod wpływem uwarunkowań rynkowych rezygnować z aktywności w polityce energetycznej. Przeciwnie, powinno tę aktywność zwiększać. Dywersyfikacja i rozproszenie alternatywnych źródeł energii nie tylko nie wymagają deregulacji i decentralizacji, ale wręcz wymuszają jeszcze więcej regulacji i centralnego planowania, gdyż chodzi tu o stabilność systemu energetycznego, co zaświadczy każdy specjalista od gospodarki energetycznej. Bez wdawanie się w teorię: zarówno braki mocy, jak i skokowa nadwyżka wygenerowanej mocy są szkodliwe dla sieci przesyłowych i powodują wielkie problemy w dystrybucji. Ponieważ o energetyce, klimacie i zasobach naturalnych nie sposób dziś mówić rozłącznie, również polityka państwa powinna je całkowicie zintegrować w jakimś super-resorcie zasobów naturalnych.
Pracownicy branży energetycznej, w tym górnictwa, nie mogą być ciągle postrzegani jako relikt przeszłości i grupa, którą trzeba w końcu jakoś spacyfikować, wygasić i najlepiej mieć z głowy. To, że węgiel jest na cenzurowanym, nie oznacza, że będziemy musieli się godzić na jakiekolwiek warunki płacowe, że nie będziemy żądać podwyżek i zaakceptujemy rolę „trucicieli”. Nie możemy się godzić na powstrzymywanie naszych żądań tylko po to, żeby nie podnosić kosztów wydobycia i wytrzymać konkurencję z krajami, gdzie te koszty są faktycznie niższe, bo jest dumping podatkowy, a za walkę o prawa pracownicze można trafić do kolonii karnej lub zostać zamordowanym.
Mamy prawo wymagać, że jako demokratyczne państwo prawa będziemy przestrzegać klauzul społecznych i nie pozwolimy na degradację stanowisk pracy w górnictwie i energetyce wymuszaną przez nieludzkie uwarunkowania rynkowe, których jedyną konkurencyjność stanowi łamanie praw człowieka i pracownika. Mamy prawo wysuwać żądania płacowe nie godząc się na szantaż, że jeśli się nie powstrzymamy, to nas zlikwidują.
Jarosław Niemiec
przez Jarosław Niemiec | poniedziałek 1 lipca 2019 | opinie
Gdyby pracownik zwolniony z IKEI za zwalczanie LGBT cytatami z Biblii poprosił mnie jako związkowca o ochronę, udzieliłbym mu jej z najczystszym sumieniem, mimo zupełnie odmiennych poglądów. Biedak nie padł ofiarą żadnej poprawności politycznej ani z powodu tego, że dyskryminuje LGBT i sprzeciwia się tolerancji. Zwolniono go, bo nie wykonywał strategii marketingowej swojej firmy.
W debacie publicznej nie wspomniano słowem, że ta strategia, jak każdy inny marketing, jest cyniczna i wcale nie ma na celu promowania akceptacji osób LGBT, lecz wykorzystanie haseł budzących emocje. Byłbym ostatnim naiwniakiem, gdybym uwierzył, że korporację walczą o wolność i tolerancję, chyba że to coś na kształt wyboru pryczy w gułagu, który chcą nam stworzyć. Czy ktoś pamięta niedawną ohydną reklamę pewnej sieci sklepów AGD i jej hasło „Na protesty i strajki najlepsze są bajki”? Tak podczas strajku nauczycieli sieć zachęcała rodziców do zakupu bajek na CD dla dzieci, których nie było czym zająć podczas strajku. Nie słyszałem głosów wielkiego oburzenia, przeciwnie, dało się usłyszeć rechot i szczucie na strajkujących. Tym bardziej dziś nie uwierzę nikomu, kto będzie organizował szturm moralny za lub przeciw zwolnieniu pracownika w IKEI rzekomo za poglądy. Zwolniono go, bo „tak działa wolny rynek”.
Prztyczek w nos należy się tu wielce konserwatywnej prawicy, która z wielkim zapałem walczy o tzw. wartości, cokolwiek rozumie pod tym pojęciem. Ale równie zapalczywie, o ile nie bardziej, broni wolnego rynku i świętego prawa własności. Kochana prawico, właśnie dostajecie między oczy niewidzialną pięścią wolnego rynku, gdyż pewna korporacja uznała, że na hasłach LGBT da się zarobić i tylko jeden szary człowieczek, wierząc w puste hasła swoich przywódców, stanął na drodze korporacji, która go rozdeptała. Nie skrzywdziły go ciemne siły lewactwa, lecz korporacja, prywatna firma. Kiedy „ciemne siły lewactwa” od lat krzyczały, że trzeba wziąć korporacje za twarz, nie pozwolić, by wszystko stało się towarem, to wy staliście po jednej stronie z Balcerowiczem, broniąc jak niepodległości prawa korporacji do robienia wszystkiego, co im się podoba.
Lewica z kolei musi wziąć pod uwagę kilka rzeczy, zanim zacznie klaskać rączkami i nóżkami, że zwolniono homofoba. Przede wszystkim był on pracownikiem fizycznym i nie obchodziłoby nikogo, co ma do powiedzenia o LGBT, gdyby nie obowiązująca strategia marketingowa firmy. Tak samo jak nikogo nie obchodzi to, co my, pracownicy, myślimy o wyzysku, przywilejach bogaczy, nierówności i niesprawiedliwości. Ten pracownik nie pracował w dziale opiniotwórczym, nie był osobą publiczną jak urzędnik, nauczyciel czy dziennikarz, od których organ prowadzący wymaga określonej postawy ideologicznej. Ten pracownik był od roboty na zyski korporacji. Pies z kulawą nogą nie zwracał pewnie uwagi na to, co mówił wcześniej, aż tu nagle, zupełnym przypadkiem, wywołał moralne oburzenie. Właśnie w tygodniu LGBT.
Bez wahania zdecydowałbym się na reprezentowanie tego pracownika, nie tylko dla jego dobra, ale także dlatego, że jest to okazja, żeby obnażać obłudę, cynizm i podwójną moralność dzikiego kapitalizmu, który wszystko sprzeda – czyli oficjalną ideologię wbijaną nam do głów od 30 lat. Ten przykład świetnie ilustruje także naiwność tych, którzy podcinają gałąź, na której siedzą, bo jest to bardzo dobra lekcja rozpoznawania konfliktu interesów oraz świetna okazja do nauki rozpoznawania, czym jest interes pracowniczy i jak należy go określać.
Jarosław Niemiec
przez Jarosław Niemiec | czwartek 13 czerwca 2019 | opinie
W mediach pojawiła się informacja, dość bezkrytycznie przyjmowana, o pomyśle okrągłego stołu w sprawie oświaty. Jest to pomysł szkodliwy, perfidny i podważający sens Komisji Trójstronnej i całego dialogu społecznego. Strajk nauczycieli, jakkolwiek go oceniać, jest sporem zbiorowym o płace, a więc typową procedurą opisaną w prawie o sporach zbiorowych. Tymczasem proponuje się, żeby w ów spór zaangażować jakieś inne strony. Jakie to inne strony poza pracownikiem, zatrudniającym i stroną rządową występują w sporze zbiorowym? Żadne, ale strona rządowa, ta sama, która obiecała odbudowanie dialogu społecznego, proponuje udział rodziców, co już zakrawa na działanie destrukcyjne i manipulacyjne.
Z pozoru niewinny pomysł nosi w sobie znamiona działań antydemokratycznych i antyzwiązkowych. Jeśli związki zawodowe nie podniosą larum, łącznie z „Solidarnością”, to po raz kolejny zostaną zmarginalizowane i osłabione.
Dlaczego należy takie pomysły tępić siarką i żelazem? Po pierwsze należy sobie odpowiedzieć, kim są przedstawiciele rodziców, kto ich wybrał i upoważnił do reprezentowania milionów rodziców w Polsce. Czy pani Elbanowska ma taki mandat, czy ktokolwiek, kto przyjedzie na obrady „okrągłego stołu” jako „przedstawiciel rodziców”, wygrał jakieś wybory? Parę milionów rodziców nie zmieści się nawet na Stadionie Narodowym. Jak więc traktować to „przedstawicielstwo”? Wychodzi na to, że jako dywersję na tyłach.
Rząd został wybrany w wyborach powszechnych, reprezentacja związkowa również jest wybierana spośród związkowców, „przedstawicielstwo rodziców” nie. Jeśli ktoś chce poważnie zrobić taki „okrągły stół”, powinien zorganizować wybory wśród członków szkolnych rad rodzicielskich od szczebla gminy aż po województwa i wtedy można rozmawiać, ale nie o nauczycielskich płacach, lecz o systemie oświaty. Rozmowy o płacach to rozmowy między stronami stosunku pracy z udziałem odpowiednich organów państwa do tego upoważnionych i nikim innym. Tymczasem niejaki Janusz Mikke, któremu przewodniczący Piotr Duda zapowiedział obicie twarzy (i słusznie) za nawoływanie do strzelania do związkowców, zasiada do rozmów o płacach nauczycieli. Jest to ośmieszenie idei dialogu społecznego.
Drugą, obok destrukcji zasad dialogu społecznego, wadą pomysłu „okrągłego stołu” jest jego dywersyjny charakter. Wystarczy sobie wyobrazić, że w negocjacjach płacowych między kolejarzami a rządem wezmą udział pasażerowie, często niezadowoleni z usług kolei i zaczną mówić, że podwyżki się nie należą, bo kolej źle działa. W sporze zbiorowym pielęgniarek dopuścimy do głosu pacjentów, w sprawach płacowych pracowników handlu – klientów sklepów itd. I z góry wiadomo, że będą to ludzie niezadowoleni, którzy wezmą odwet za swoje niezadowolenie za pomocą zwalczania żądań płacowych pracowników branży niespełniającej ich wymagań.
Trzeba sobie jasno powiedzieć: stroną do negocjacji i kierowania roszczeń uczniów i ich rodziców są organy prowadzące placówki edukacyjne – od gmin aż po władze centralne – a nie związki zawodowe pracowników oświaty, bo te nie są od organizacji systemu edukacji, lecz od ochrony praw pracowników. I tak samo w innych branżach. Wpychanie konsumentów w negocjacje płacowe wygląda mniej więcej tak: instytucja lub organ jest stroną stosunku pracy wobec swoich pracowników oraz stroną w stosunku do konsumentów czy usługobiorców, są to dwa zupełnie osobne stosunki prawne. Taka instytucja musi negocjować i z jedną, i z drugą stroną, a jeśli ktoś wpada na pomysł, żeby dwie strony, wobec których ma jakieś osobne zobowiązania, posadzić przy stole i kazać im się dogadywać między sobą, to mówi „wy się teraz bijcie między sobą a ja umywam ręce”. „Divide et impera” – brzmi znajomo.
Dialog społeczny, komisja trójstronna, związki zawodowe – wszystkie te instrumenty i procedury, które trzeba wypracowywać w mozole, żeby pracownicy mogli wyrażać swoje interesy i dążenia, mogą zostać bardzo szybko zdemolowane takimi „okrągłymi stołami” zanim jeszcze zaczną na dobre funkcjonować.
Jarosław Niemiec