Dajcie nam odpocząć!

Dajcie nam odpocząć!

Godziwa emerytura, osiągnięta w dobrym stanie zdrowia, jest dla wielu polskich pracowników ekskluzywnym przywilejem. Polscy pracownicy pracują rocznie po 1900-2200 godzin, a rekordziści przekraczają i te nieludzkie normy. Europejska norma to ok. 1500 godzin, przy czym najwyższe wyniki krajowe rzadko przekraczają 1700 godzin, poza Grecją, w której pracuje się dłużej i, jak się okazało po kryzysie greckim, niepotrzebnie. Z tego wynika, że w 40-letnim okresie składkowym wyrabiamy ekstra 10 lat pracy w stosunku do naszych europejskich kolegów. Wiek emerytalny mamy podobny, ale brak emerytury stażowej w Polsce, w świetle powyższych danych, jest czymś nieludzkim. Nawet wyroki karne są określone w czasie. Wychodzi na to, że kariera zawodowa wielu z nas to dożywotni obóz wyniszczającej pracy bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

Rekordy tygodniowego i rocznego czasu pracy biją lekarze i może byłoby to godne uznania za heroizm, gdyby nie było niebezpieczne dla pacjentów. Kto chciałby być operowany przez lekarza po kilkudobowym dyżurze? Pewnie świadomie nikt, ale pacjent nie bardzo ma wybór. Lekarze znani są też z tego, że pracują znacznie dłużej niż do 65. roku życia. Zresztą większość ludzi nauki osiąga szczyt kariery zawodowej późno, bo wiedza i doświadczenie przychodzą latami. Ponadto zawody te wiążą się z prestiżem, samorealizacją w pracy i spełnieniem życiowym i każdy, kto ma na to szanse, chce pracować na tyle, na ile pozwolą mu siły. Nie tylko naukowcy czy twórcy.

Niestety samorealizacja zawodowa dotyczy znikomego, elitarnego grona pracowników. Dlatego argument, że są ludzie, którzy chcą pracować do późnej starości, należy odrzucić na wstępie, jako w żaden sposób nieodnoszący się do rzeczywistych warunków pracy najemnej. Sposobem na wydłużenie aktywności zawodowej wszystkich pracowników może być jedynie poprawa warunków pracy, skracanie krótkookresowego czasu pracy (dziennego, tygodniowego, rocznego) i stwarzanie możliwości samorealizacji zawodowej. Zmuszanie ludzi do pracy jak najdłużej nie działa. Kończy się skrajnym wyczerpaniem i utratą zdrowia.

Emerytury stażowe są konieczne jako zabezpieczenie na wypadek utraty sił i zdrowia. Absolutnie nie załatwiają tego renty. Dotyczą one bowiem konkretnych chorób i niepełnosprawności, wypadków losowych, są orzekane arbitralnie. Chodzi o to, że, mówiąc potocznie, pracownik wprawdzie ma obie ręce i nogi, ale nie ma siły nimi władać na tyle, by nie wyniszczać kompletnie organizmu. Najwyraźniej widać to na przykładach prac zaliczanych do kategorii stanowisk robotniczych, czyli w dawnym nazewnictwie pracy fizycznej. Nie każdy sześćdziesięcioletni budowlaniec będzie zdolny do tej ciężkiej pracy, do dźwigania, wspinania się po rusztowaniach, pracy w pozycji wymuszonej. Wielu to robi, bo musi, koszty zdrowotne są więc ogromne, bo ludzie ci pracują resztkami sił. Kpiną jest wymagać od górnika, żeby po 60. roku życia zjeżdżał na dół. Wyjątki, owszem, są, ale na podstawie wyjątków nie tworzy się norm, choć czasami można odnieść wrażenie, że argumentacja zwolenników podnoszenia wieku emerytalnego opiera się wyłącznie na wyjątkach i wybranych grupach zawodowych.

Skompromitowane porady w stylu „zmień pracę, weź kredyt, przekwalifikuj się” nie zasługują na kontrargumentację. Jak można wymagać od pielęgniarki, żeby pracowała więcej niż 40 lat, skoro mimo wybitnych kwalifikacji intelektualnych, jej praca jest i fizycznie ciężka, i bywa monotonna, i jest obciążona dużą odpowiedzialnością. Dodatkowo pielęgniarki czy salowe pracują zwykle w warunkach niedoboru kadr i ich tygodniowe czy miesięczne wymiary czasu pracy należą do najwyższych i urągają wszelkim standardom. Jak można wymagać pracy dłuższej niż przez 40 lat od pracowników ruchu ciągłego, wykonujących ciężką fizyczną pracę, monotonną, zmianową, co jeszcze dodatkowo wiąże się z zaburzeniami rytmu dobowego, powodującymi ogólne rozstrojenie organizmu, związaną jeszcze z tzw. warunkowaniem, bo taki pracownik znajduje się w stanie ciągłej gotowości, by reagować natychmiast na to, co się dzieje na linii produkcyjnej.

Większość pracowników energetyki i górnictwa pracuje rocznie 2100 godzin. Kto jeździ po kraju i widzi budowy dróg ekspresowych i autostrad, z pewnością zauważy, że prace trwają tam bez ustanku, łącznie z niedzielami. Wynika to także z wymogów technologicznych, bo np. czas betonowania, polewania przeciw pękaniu w czasie tzw. dojrzewania betonu, wykonywania dylatacji i konserwacji – jest ściśle określony, nie mówiąc już o terminach, które to wszystko jeszcze bardziej wymuszają. Hutnicy nie wygaszą pieca, energetycy nie zatrzymają turbogeneratorów i nie opuszczą stacji rozdzielczo-transformatorowych.

Łatwo powiedzieć: zmień pracę, ale ktoś to musi robić, żeby czcigodni mędrcy w ciepłych i czystych gabinetach, posprzątanych przez sprzątaczki, skanalizowanych przez pracowników służb komunalnych i zaopatrzeni w catering przez kucharzy i piekarzy, którzy zaczynali pracę o 3.00 nad ranem, mogli pouczać innych, że dłuższa aktywność zawodowa służy zdrowiu i długiemu życiu. Czyjemu? Chyba ich, bo gdy postawimy obok siebie spawacza po 40 latach pracy i menedżera z takim samym stażem, to każdy pozna kto jest kto, jeśli nawet ubierzemy ich w takie same drogie garnitury.

30 lat kapitalistycznego raju stworzonego przez Balcerowicza i spółkę doprowadziło do tego, że nawet okresy pozostawania na bezrobociu wyniszczały ciało i duszę. Wymagania postawione osobom pozbawionym pracy, starającym się o pomoc społeczną, były i są tak absorbujące, warunkujące i, używając ostatnio modnego określenia, triggerujące, czyli uruchamiające do ciągłej walki o byt bezrobotnego, że wyszło na to, iż bezrobocie to nieustanna harówa.

Warto tu przytoczyć pewien króciutki tekst sprzed lat, pisany na podstawie rozmów z osobami korzystającymi z pomocy społecznej: Przebywanie na bezrobociu i życie z zasiłków z pomocy społecznej wymaga bycia dyspozycyjnym, niesłychanego nakładu starań, chodzenia, dorabiania i kombinowania. Czyli jak to w pracy. Praca polega na graniu społecznej roli ofiary losu, którą kreuje polski system zabezpieczenia społecznego, uzależniając od siebie ludzi i utwierdzając ich w wykluczeniu, zamiast pomagać włączać się aktywnie w życie społeczne. I nie polega to na tym jak głosi prymitywny liberalny slogan, że gdy ludzie dostają pieniądze za darmo, to się uzależniają i nie chcą pracować. Podwójna bzdura. Jakie pieniądze i jakie za darmo? Walka o te parę groszy i nędzne świadczenia trwa przez cały czas i kosztuje więcej zdrowia niż dwunastogodzinna dniówka. Po pierwsze należy wziąć pod uwagę, że podopieczny pomocy społecznej, którym staje się każdy bezrobotny po utracie prawa do zasiłku, musi być do ciągłej dyspozycji pracownika socjalnego. Pracownik taki przeprowadza wywiady środowiskowe, wzywa podopiecznego do siebie co jakiś czas, wymaga wykonywania pewnych czynności formalnych po to, by sprawdzić, czy biedak prawidłowo korzysta z pańskich pieniędzy, które, proszę Czytelnika o wybaczenie za ten obrzydliwy, wypominkowy, wytarty cytat, „przecież idą z naszych podatków”. Nie jest to na pewno wymysł pracownika socjalnego, on tak musi robić, bo tak prawdopodobnie działa system, żeby naznaczone role społeczne były zachowane, to z kolei pozwala zachować status quo. Ludzie pozbawiani godności nie są skłonni do buntu i żądania zmian. Innego wytłumaczenia nie znajduję. Po drugie dzień wypełniają starania o zapewnienie opału, odebranie jedzenia z banku żywności, załatwianie darmowych obiadów w szkole, wizyta w PUP. Czasami łapie się robotę przy sprzątaniu, albo tam gdzie od ręki zapłacą. Żyje się z dnia na dzień. Czemu oni nie szukają pracy? – zapyta ktoś zdziwiony. A dlatego, że nie ma czasu. A nawet jak znajdzie czas i pójdzie do pracy, to wypłatę dostanie za miesiąc, a dzieci nie będą miesiąc czekać na jedzenie. Trzeba kombinować na dziś i jutro. To jest potrzask, szczególnie dla osób samotnie wychowujących dzieci. Żeby było śmieszniej i straszniej to bezrobotni i wykluczeni na jawie robią to, co w swoich szalonych snach widzą tacy Balcerowicze, Korwinowie-Mikke czy Winieccy. Pokazują prawdziwe podstawy przedsiębiorczości. W poszukiwaniu zarobku, jak pionierzy wchodzą w dziewiczy biznes segregacji i recyklingu odpadów. Tam, gdzie nikt inny się nie zapuszcza, organizują rynek, kiedy trzeba, jak pierwsi biznesmeni, stawiają czoło przyrodzie. Bez biurokracji, interwencji państwa, podatków i odgórnych regulacji. Wygrywają najszybsi, najwytrwalsi i najodporniejsi. Przeszukując śmietniki. To nie jest szyderstwo, to nazywanie po imieniu tego, co wolnorynkowi fundamentaliści ubierają w okrągłe frazesy, żeby nie wystraszyć wolnym rynkiem ludzi. A na śmietnikach jest prawdziwy wolny rynek. Trzeba wstać o 4 rano, żeby coś wartościowego znaleźć, coś, co da się sprzedać na złomie albo przerobić. To nie robota dla śpiochów. Też nie dla tchórzy. Kto się boi szczurów, niech nie zaczyna. Kto nie ma serca do walki, niech śpi dalej. Ci, którzy pierwsi wchodzą na śmietnik, solidnymi pałkami walą w kontenery, żeby przepłoszyć dziką zwierzynę – szczury, miejskie koty, lisy, które przyłażą z pobliskich lasów. Objuczeni zdobyczami, z wielkim wysiłkiem na wózkach i rowerach taszczą to wszystko na skupy. Inni z kolei walczą o możliwość prawdziwego wolnego rynku. Przy warszawskim metrze na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskich kilku gości sprzedawało jakieś kwiatki. Ładne, naturalne, rwane na łąkach gdzieś pod miastem i pachnące, nie tak bezwonne jak szklarniowe. Oni walczą na co dzień ze strażą miejską o przestrzeń do handlu. Na widok samochodu straży czy ochrony metra wykonują nieprawdopodobne manewry, uciekając z naręczami kwiatów w wiaderkach z wodą, nie uszkadzając przy tym ani płatka (http://lewica.pl/blog/niemiec/24692/).

Cóż to ma do rzeczy? Ma o tyle, że chociaż ci ludzie nie świadczyli pracy na czyjąś rzecz, nie opłacali składek, to jako rezerwowa armia pracy służyli zatrudniającym jako straszak. „Patrzcie na nich, za bramą czeka setka na wasze miejsce, wiec cicho bądźcie i róbcie co wam się każe”, „nie podoba się praca po dwanaście godzin, to idź na zasiłek”. Ma to do rzeczy tyle, że warunki pracy jeszcze bardzie pogarszała presja, która wywierała ogólna, beznadziejna sytuacja świata pracy, coraz bardzie degradowanego przez neoliberalną gospodarkę. Czy zatem sam fakt przeżycia tego obozu pracy zgotowanego przez kolejne neoliberalne rządy nie jest wystarczającym argumentem do zadośćuczynienia polskim pracownikom, choćby w formie emerytur stażowych? Bo dla rynku pracy to już stracone pokolenie.

Prawdą jest, że demografia nie sprzyja obniżaniu wieku emerytalnego, prawdą jest, że to obciążenie dla budżetu, ale czy to wina pracowników, że kolejne rządy zamiast starań o zwiększanie wpływów do budżetu coraz hojniej udzielały kolejnych ulg najbogatszym, zwalniając ich z podatków? Oczywiste jest, że żaden porządny system zabezpieczenia społecznego, którego częścią jest system emerytalny, nie ma prawa funkcjonować dobrze, bez odpowiedniej progresji podatkowej opartej o zasady solidaryzmu społecznego, według których najwięksi beneficjenci PKB płacą wyższe daniny publiczne, bo za luksus się płaci. Nakładająca się na to sytuacja demograficzna postawiła polski system emerytalny pod ścianą. Albo, jak do tej pory, będzie to nieustanna walka o to, by zmusić coraz starsze społeczeństwo do coraz dłuższej pracy z perspektywą głodowej emerytury, albo radykalnie trzeba zmienić myślenie o funkcjach państwa. Jedyną humanitarną drogą do zapewnienia stabilności gospodarczej, za którą ludzie nie będą płacić życiem i zdrowiem, jest sprawiedliwa dystrybucja płac i dochodu narodowego oraz poprawa warunków pracy tak, aby ludzie chcieli, a nie musieli pracować dłużej.

Polscy pracownicy chcą wreszcie odpocząć. Pracując po kilkanaście godzin dziennie, w soboty, niedziele i święta, nie mamy możliwości w pełni być obywatelami, małżonkami czy rodzicami, bo nie mamy na to czasu. Dajcie nam choć kilka lat, żebyśmy mogli przynajmniej pobyć dziadkami i babciami dla naszych wnuków.

Jarosław Niemiec

Dobre, bo tanie

Dobre, bo tanie

Dzięki zachwalanemu jako światły, rozsądny i ratujący gospodarkę planowi Balcerowicza i kolejnym jego mutacjom, Polska wyeksportowała już większość miejsc pracy w przemyśle. Oczywiście powiedziano nam, że powinniśmy się z tego cieszyć, bo mamy pełny wybór tanich towarów i nie musimy wykonywać żmudnej pracy w szwalniach, stoczniach, warsztatach i fabrykach. Koronawirus bezdyskusyjnie obnażył głupotę takiego rozumowania i zagrożenia, jakie dla kraju niesie wyzbycie się mocy produkcyjnych. Dobrze, że nie ma wojny, bo nawet onuc dla żołnierzy byśmy nie mieli. Okazuje się, iż nawet to „chińskie ostrzeżenie” nie podziałało na wyobraźnię, bo jesteśmy w przededniu utraty suwerenności energetycznej i eksportu miejsc pracy z sektora energetycznego.

Racjonalny i zawsze nieomylny wolny rynek podniósł ceny półmasek filtrujących ze złotówki z groszami do 40 zł w sprzedaży internetowej. Nagle zabrakło płynów do dezynfekcji, odzieży ochronnej, rękawiczek i co gorsza, nie było ich gdzie kupić, bo Chiny i inne kraje, gdzie to wszystko się produkuje, zablokowały import. W kraju nie rozpoczęto ich produkcji na masową skalę, bo po prostu nie było gdzie i komu tego robić. W pospolitym ruszeniu maseczki zaczęły szyć zakłady karne, zakony czy stowarzyszenia. Wielkim wydarzeniem ogłoszono lądowanie największego samolotu transportowego z Chin, jakby przytransportował bezcenne towary, a nie wątpliwej jakości maseczki i kombinezony z niepewnym certyfikatem. Wybitni ekonomiści ubolewali nad przerwaniem łańcucha dostaw, co w normalnym języku oznacza, że mogą pojawić się braki jak za PRL. I pojawiły się. W początkowej fazie pandemii przestraszeni ekonomiści półgębkiem wspominali coś o konieczności odtworzenia sektorów produkcyjnych, ale kiedy wszystko trochę się uspokoiło i znowu na rynku pojawiły się towary, szybko o tym ucichło.

Pod hasłem ochrony klimatu otrzymujemy teraz ofertę taniej, zielonej energii. I wszyscy takiej chcemy. Chcemy oddychać czystym powietrzem i płacić niskie rachunki za prąd, bez względu na to, ile nas to będzie kosztować – to taka trawestacja jednego z prześmiewczych haseł PRL: oszczędzajmy bez względu na koszty. A koszty będą, gdyż póki co obowiązuje druga zasada termodynamiki, mówiąca, że układ nie wykona pracy bez pobrania energii z zewnątrz. To tak jak z przerzuceniem miejsc pracy do krajów, gdzie koszt siły roboczej jest o wiele niższy, co nie wynika z ekonomicznego cudu wolnego rynku i niskich podatków, ale z bezwzględnej eksploatacji ludzi i zasobów najbiedniejszych krajów. Podobnie za takie obniżenie kosztów podnoszących zysk i nieco obniżoną cenę, żeby nabywca się cieszył i przestał czuć się pracownikiem, a zaczął konsumentem, pracownicy zapłacą dwa razy. Jedni utratą dobrej pracy i dochodu, drudzy niewolniczą pracą.

Ale co to ma wspólnego z ekologiczną energią? Niestety ma, bo jak się okazuje, zielona energia jeszcze długo nie wyprze węglowej z globalnej gospodarki, a prognozy przewidują w okresie przejściowym zastąpienie węgla wydobywanego w Europie węglem wydobywanym poza Europą. W chwili obecnej Europa i Polska bez problemu spaliłaby całe swoje zapasy węgla w okresie przejściowym do pełnej dekarbonizacji, ale zdecydowano się na węgiel z importu. Decyduje więc wyłącznie ekonomiczny interes.

Z rozwiązań proponowanych obecnie nie mogą się czuć zadowoleni ani szczerzy rzecznicy ochrony klimatu, ani pracownicy, ani odbiorcy/konsumenci energii. Cel ochrony klimatu nie zostaje osiągnięty, bo węgiel się nadal spala, tyle że przy okazji niszczone są dalsze tereny i zasoby, pod kolejne kopalnie, również odkrywkowe (bo i taką technologią wydobywa się węgiel kamienny na Syberii). Górnicy tracący pracę, tym bardziej. Początkowo zadowoleni odbiorcy będą srodze rozczarowani, jeśli okaże się, że rachunki za energię nie będą niższe. Czemu by miały nie być niższe? Bo kiedy Polska odejdzie od węgla, nie zapewniwszy sobie innych krajowych źródeł energii, wówczas utraci energetyczną niezależność i zapłaci tyle, ile dostawca zażąda.

Czy to się komuś podoba czy nie, Polska ma przyszłość tylko jako kraj przemysłowy i rolniczy, bo chyba ostatecznie upadł już mit o możliwości zmiany gospodarki na usługową. Turystyczną potęgę też sobie trudno wyobrazić. Wprawdzie np. Poleski Park Narodowy zachwyca bogactwem ekosystemu, ale laika bardziej zachwycą Chorwacja czy wyspy greckie. Wobec tego można podsumować, ile nas będzie kosztować „tania energia”: utratę stabilnych miejsc pracy nie tylko dla górników, ale i w całej gospodarce narodowej; utratę suwerenności energetycznej, na czym straci konsument i cała gospodarka krajowa; degradację kolejnych, znacznie ważniejszych dla ochrony klimatu ekosystemów niż europejski, na czym stracą wszyscy.

Obecnie uzasadnienie importu „taniej zielonej energii” może brzmieć jak kolejne prześmiewcze hasło z PRL: Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie. Czy odpowiemy mądrością ludową: „chytry traci dwa razy”?

Jarosław Niemiec

Antysystemowi górnicy

Antysystemowi górnicy

Pusty śmiech ogarnia umiarkowanie zorientowanego w polityce człowieka, kiedy słyszy, że utrwalacze systemu neoliberalnego, z Kukizem i turboliberałami z obecnej Konfederacji na czele, ogłaszają się siłami antysystemowymi. Tacy oni antysystemowi jak hunwejbini Mao Tse-Tunga i komsomołcy pana z wąsem. Jedyną i kto wie czy nie ostatnią w Polsce siłą zdolną do zakwestionowania reguły neoliberalnej ekonomii są górnicy. Albowiem transformacja energetyczna, żeby była sprawiedliwa, musi być antysystemowa.

Już pobieżny przegląd sytuacji polskiego górnictwa skłania do sformułowania powyższego wniosku. Jeden po drugim opadają mity i rozwiewają się złudzenia, nawet u największych zwolenników wygaszania górnictwa, że da się to zrobić szybko i bezproblemowo, a kiedy to już się stanie, nasza planeta się zazieleni. Trwa ekonomiczna wojna o energię i nikt nie bierze jeńców. Niemcy bezwzględnie wykorzystują swoją przewagę i zaawansowanie technologiczne, eksportując energię, którą uzyskują nie tylko z OZE, ale również z energetyki węglowej. Rosja ani myśli ograniczać eksportu węgla, gdyż ma odbiorców właśnie w krajach UE, które póki co również węglem stabilizują system energetyczny. Natomiast polska energetyka oparta jest głównie na węglu i zanim to się zmieni, długo jeszcze będzie skazana na import albo energii, albo samego surowca, o ile zamknie kopalnie. Koszty społeczne łatwo przewidzieć, bo już dwie akcje wygaszania kopalń przeszliśmy i wszyscy pamiętają wałbrzyskie biedaszyby i słynne odprawy dla górników wypłacone przez rząd Buzka/Balcerowicza, po których pozostało tylko nakręcić serial reportażowy „Serce z węgla”, w którym dobitnie pokazano, jak ta liberalna reforma degradowała ludzi i region. Dziś jedynym ratunkiem przed utratą suwerenności energetycznej i katastrofą społeczną jest objęcie centralnym planowaniem przez państwo całego sektora, co samo w sobie jest naruszeniem dogmatów nie tylko doktryny liberalnej, ale przede wszystkim oznacza bardzo głęboką ingerencję państwa w rynek, co jest działaniem wbrew obowiązującemu systemowi gospodarczemu. Górnicy domagający się od rządu długoletniego planu dla swojego sektora i udziału państwa w transformacji energetycznej, mimo woli podejmują działanie antysystemowe.

W światowej debacie funkcjonuje koncepcja Nowego Zielonego Ładu, która jest absolutnie odmienna od tego, co mówi na ten temat główny nurt opinii publicznej. Jej podstawowe założenia to nacjonalizacja paliw kopalnych i transformacja dokonywana rękami pracowników branży energetycznej i wydobywczej. Na pierwszy rzut oka widać jak daleka jest ta wizja od tego, co głoszą nawet najbardziej „postępowi i prospołeczni” politycy w Polsce. Ba! To w ogóle zapewne nie mieści się w ich aparacie pojęciowym. Najbardziej znaną orędowniczką tego rozwiązania jest amerykańska kongreswoman Alexandria Ocasio-Cortez, która z powodzeniem znajduje zwolenników dla tej koncepcji nawet w tak ultraliberalnym kraju jak USA. Koncepcję tę wspierają związkowcy z USA i Niemiec, którzy widzą w tym planie okazję zmiany stosunków ekonomicznych. Między innymi to jest powodem spowalniania i blokowania pewnych zmian, które z powodzeniem można wdrażać ku pożytkowi społecznemu i z korzyścią dla klimatu. Wiadomo, że wymagałoby to planu w skali globalnej, zapewne z koniecznością subwencji dla krajów posiadających bogate zasoby przyrodnicze, głownie wielkie obszary dżungli, która powinna stanowić tzw. płuca świata. W takim układzie kraje przemysłowe winny płacić tym krajom subwencje pozwalające na zaniechanie produkcji przemysłowej, właśnie w zamian za ochronę wspólnych dóbr przyrody nieodzownych wszystkim mieszkańcom globu. Bez tego typu rozwiązań transformacja nie ma sensu.

Niestety wymaga to nowego podziału bogactwa i tak jak w przypadku dopuszczenia pracowników energetyki i górnictwa narusza bilionowe interesy gigantów finansowych. Dlaczego transformacja energetyczna idzie tak opornie i wzbudza więcej obaw niż nadziei, wyjaśnia Tomasz Figura w tekście „Wiele twarzy Nowego Zielonego Ładu”: „Każdemu Polakowi czytającemu o »transformacji« powinna zapalić się czerwona lampka. »Zmiana paradygmatu energetycznego« to świetna okazja, by pozbawić ludzi pracy. Dlaczego ktoś miałby chcieć to zrobić? Górnicy to niewygodna dla kapitalistów grupa, ponieważ jest ona dobrze zorganizowana. Masowe zwolnienia sprawiłyby zaś, że gospodarka stałaby się »zdrowsza«, co w ekonomicznej nowomowie oznacza, że łatwiej będzie obniżać pensje. Najgorsze, co może przytrafić się rachubom kapitalistów, to zwrot samych górników w stronę zielonej transformacji, w której zagwarantują oni sobie korzystny udział”.

Póki co kolejnym rządom wygodniej jest zapewniać górników, że nie będzie zamykania kopalń, że węgiel jest „cud, miód, malina”, jednocześnie podpisując międzynarodowe porozumienia dotyczące odchodzenia od węgla, od czasu do czasu gasząc społeczny kryzys w górnictwie doraźnymi programami naprawczymi. Ta formuła już się jednak wyczerpała, a górnicze związki zawodowe już kilka miesięcy temu pozbyły się złudzeń i czekają na jasne deklaracje rządu, kto, ile i do kiedy ma fedrować oraz jakie będzie miejsce i rola górników w procesie transformacji energetycznej, co już się robi niebezpiecznie bliskie stanowisku zwolenników Nowego Zielonego Ładu.

Od czasu do czasu na spotkaniach w ramach tzw. dialogu społecznego strona rządowa jeszcze próbuje przerzucić odpowiedzialność na „zielonych”, kogokolwiek mają na myśli pod tym pojęciem, ale związkowcy coraz częściej kwitują to mniej więcej w stylu: „pretensje do garbatego, że ma dzieci proste”. Jasno już widać, że gdyby władze Polski odpowiednio wcześnie zagwarantowały odpowiedni udział OZE w krajowym miksie energetycznym, tak jak zrobili to swego czasu Niemcy, to nikt by nas nie zmuszał do importu energii, co z kolei zmusza nasze elektrownie węglowe do ograniczenia mocy. Węgiel nie jest odbierany i spalany, lecz zalega na zwałach. Natomiast Niemcy w najlepsze spalają importowany węgiel kamienny i własny węgiel brunatny w swoich jednostkach konwencjonalnych i sprzedają nadwyżki mocy, gdyż wykazują, że jest to moc pozyskana z OZE. W tej sytuacji polskie kopalnie muszą ograniczać wydobycie, a pozbawione dotacji zagrożone są po prostu zamykaniem, bo górnictwo, wbrew obiegowym opiniom, działa na zasadach rynkowych według kryterium rentowności.

Trzeba ponadto wziąć pod uwagę, że górnictwo poniosło znaczne koszty inwestycji, bo w tej branży przygotowanie wyrobiska do eksploatacji musi zaczynać się kilka miesięcy wcześnie. Wykonanie chodników do ściany, przecinki, instalacja sekcji, maszyn urabiających, odstawy itd., to wielkie przedsięwzięcia logistyczne i kosztuje grube miliony. Energetyka również poniosła spore koszty, które należy spisać na straty. Miliard złotych zainwestowane w nowy blok węglowy w elektrowni Ostrołęka wsiąkł jak krew w piach, gdyż inwestycję zatrzymano. Są to realne straty dla gospodarki narodowej i samej branży wynikające właśnie z braku spójnego planu i zabezpieczenia się Polski przed dumpingiem energetycznym, a jest on coraz bardziej bezwzględny. Import węgla, który wcześniej rozgrzewał emocje, specjalnie nikogo już nie przeraża, bo, co za niespodzianka, ceny krajowego węgla były przez ostatnie kilka lat niższe niż importowanego.

Kolejnym argumentem za zmianą paradygmatu ekonomicznego w kwestii górnictwa jest jego wpływ na otoczenie gospodarcze. Najostrożniejsze wyliczenia mówią o czterech miejscach pracy generowanych przez jedno stanowisko górnicze, co przy zagrożeniu zwolnieniem kilkudziesięciu tysięcy górników stwarza faktycznie zagrożenie dla ponad 100 pracowników i to nie w skali krajowej, co przy rozbiciu tej liczby na cały kraj dałoby jakąś możliwość wchłonięcia tych ludzi przez rynek pracy, ale w skali dwóch regionów – Śląska i Lubelszczyzny. To oczywiście stwarza zagrożenie degradacji przemysłowej tych obszarów, czego doświadczył region wałbrzyski 20 lat temu.

Górnicy ironizują, że w ministerialnych gabinetach niezbędne są egzorcyzmy, gdyż snuje się po nich jeszcze upiór Balcerowicza, a jest to jedna z niewielu zmór, jakie mogą przestraszyć tę raczej odważną grupę zawodową. Żądania, jakie formułują dziś górnicy w tej obawie, by Balcerowicz nie powtórzył się w ich branży, wykraczają znacznie poza ramy panujących zasad liberalnej wizji wolnego rynku i w znacznym stopniu oznaczają postulat centralnego planowania. Nie ma nic bardziej antysystemowego i wszelkie ruchy prospołeczne postulujące udział państwa w rynku i rozwój polityki społecznej muszą stanąć po stronie górników. Potem może już zabraknąć realnej siły, którą można wesprzeć i dokonać zmiany co najmniej w kierunku społecznej gospodarki rynkowej realizującej konstytucyjną zasadę sprawiedliwości społecznej.

Obronę konstytucji wypadałoby zaczynać krok po kroku od początku. Od tych dwóch wspomnianych artykułów, zanim pobiegniemy pod Sąd Najwyższy bronić nastego czy któregoś tam dziesiątego. Bo ludzie pozbawieni dochodów i zagrożeni biedą tam nie pobiegną. Zanim zacznie się bronić społeczeństwa obywatelskiego, trzeba je najpierw zbudować, a niewątpliwie upodmiotowienie górników i ich pełny udział w transformacji energetycznej jest krokiem w tę stronę i jest krokiem zdecydowanie antysystemowym. Z góry należy zaznaczyć, że jednorazowe odprawy w stylu „załóż firmę” nikogo nie interesują. Potrzebne są pomysły na przekształcenia gospodarcze regionów górniczych, z wystarczającą liczbą wysokiej jakości miejsc pracy, a nie kolejna armia nowych „przedsiębiorców” z pieniędzmi, za które można otworzyć najwyżej budę z kebabem.

Jarosław Niemiec

Nowy Zielony Ład czy walka o ogień?

Nowy Zielony Ład czy walka o ogień?

Jeszcze kilka miesięcy temu górnicze związki zawodowe skupione były głównie na obronie interesu pracowniczego i społecznego w transformacji energetycznej, gdyż przekonywano górników, że nie ma innej alternatywy. Dziś wiele wskazuje, że górnicy byli zwyczajnie oszukiwani. Głównym celem transformacji może być nie ochrona klimatu, lecz walka o opanowanie rynku energii.

Polscy górnicy przecierają oczy ze zdumienia, czytając doniesienia, że w Niemczech po cichu uruchomiono nową elektrownię węglową. Jeszcze bardziej zdumiewające jest, że w Belgii pracują reaktory atomowe, które powinny być dawno wyłączone, gdyż przeglądy wykazały tysiące mikropęknięć w komorach ciśnieniowych. W ostatnich miesiącach przekonywano górników, że zwały węgla rosną, gdyż Polska jest zobowiązana odbierać nadwyżki energii z krajów UE, oczywiście w ramach „nowego zielonego ładu”. Podobno tak mocno wiało, że nadwyżka pochodziła z generatorów wiatrowych. Wprawdzie strona związkowa zgłaszała swoje podejrzenia, że nie jest to cała prawda, ale nikt nikogo za rękę nie złapał. Dziś okazało się, że podejrzenia związkowców były słuszne. Ukryty cel takiej, a nie innej transformacji, jakim jest walka o rynek energii, w świetle ostatnich doniesień, wyszedł na jaw. Kto teraz przekona górników, że muszą poświęcić swoje miejsca pracy w imię ochrony klimatu i interesu publicznego? Bo nie widać w tym ani ochrony klimatu, ani interesu publicznego, czyli suwerenności energetycznej i ochrony miejsc pracy.

Sygnały płynące ze strony rządowej powinny ucieszyć zwolenników szybkiego zamykania kopalń. Wprawdzie nikt nie mówi o likwidacji górnictwa, ale jeśli wypowiedzi ministra aktywów państwowych Jacka Sasina są zapowiedzią kierunku obranego przez rząd, to nie trzeba będzie likwidować górnictwa – ono samo się zlikwiduje. Wynika z nich bowiem, że plan na górnictwo ogranicza się do działań biznesowych i restrukturyzacyjnych oraz chęci poddania górnictwa kolejnej weryfikacji rynkowej, a wiadomo, że w czysto rynkowej grze nasze górnictwo poległoby już dawno. Według sygnałów, jakie płyną z ministerstwa, podstawą tych planów miałoby być podzielenie spółek energetycznych i rozdział aktywów „czystych” od „brudnych”. Zatem do „czystych” trafiłaby dystrybucja i przesył, do „brudnych” – wytwarzanie i wydobycie. Innymi słowy, oddzielenie aktywów bardzo zyskownych, które i tak zarabiają, niezależnie od źródeł wytwarzania, od samych źródeł wytwarzania, które muszą ponosić koszty produkcji w coraz trudniejszej sytuacji dla zawodowej energetyki węglowej, która jako jedyna w Polsce jest energetyką suwerenną i niezależną od światowych rynków paliw i innych źródeł energii.

Poddanie jej wyniszczającej konkurencji z rynkiem sterowanym przez wielkich graczy na arenie międzynarodowej, kontrolującymi zasoby paliw i mającymi już odpowiedni wkład OZE do miksu energetycznego – oznacza koniec energetyki węglowej i suwerenności energetycznej. Zwraca już na to uwagę m.in. Witold Jurasz, który nie jest zwolennikiem węgla. Tak pisze w mediach społecznościowych: „Niemcy właśnie, po cichu i bez fanfar, uruchomiły nową elektrownię węglową. Reklamowany przez niektórych polskich ekspertów – czysto zapewne przypadkowo pracujących w ośrodkach analitycznych opłacanych przez niemieckie koncerny – »koniec epoki węgla« w Republice Federalnej oznacza bowiem jedynie koniec wydobycia węgla u naszego zachodniego sąsiada, ale nijak nie oznacza wygaszania energetyki węglowej. Przeciwnie – właśnie uruchamiane są nowe moce. Powyższe nie oznacza wcale, że pomysły naszych wielbicieli węgla mają sens, bowiem z racji kosztów jego wydobycia w naszym kraju i nam przyjdzie zmierzyć się z perspektywą »końca epoki węgla«. To zaś oznaczać będzie wzrost importu tego surowca z Rosji, co w naszym wypadku oznacza wszakże zupełnie co innego niż w wypadku Niemiec, choć – dodajmy uczciwie – import węgla nie uzależnia tak jak import gazu (bo kierunek importu łatwo zmienić i nie trzeba mieć dla tego kosztownej infrastruktury)”.

Ten aspekt suwerenności i stabilności systemu energetycznego w ogóle nie pojawiał się w debacie o energetyce węglowej, więc wypada teraz zwrócić na niego uwagę, bo może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla pracowników branży, ale także dla odbiorców i polskiej gospodarki.

Nie wdając się w techniczne rozważania o tym, na czym polega stabilność systemu, można opisać to tak: moc wyprodukowana, powinna odpowiadać w przybliżeniu mocy zapotrzebowanej przez odbiorców. Jeśli jest zbyt mała, to zwyczajnie gdzieś zabraknie prądu. Nie może też być zbyt duża. Długie linie przesyłowe mają swoją indukcyjność i pojemność, co oznacza, że może pojawić się zbyt duże napięcie w sieci, a to jest zjawisko szkodliwe. Wynika z tego, że zmienne źródła energii z wiatru czy słońca muszą być uzupełniane źródłem stabilizującym, czymś, co można oszacować i mieć na to wpływ. Takim źródłem jest właśnie energetyka konwencjonalna, czyli cieplna. Póki nie pojawi się technologia magazynowania energii z OZE czy inne stabilne źródło energii, paliwa kopalne będą miały udział w miksie energetycznym. Takim źródłem jest też energetyka atomowa.

Póki co Polska nie ma ani odpowiedniej liczby źródeł energii odnawialnej, ani elektrowni atomowej. Ma tylko węgiel. W tej sytuacji pozbywanie się węgla jest działaniem ryzykownym dla suwerenności energetycznej. Oczywiście są kraje, które nie mają własnych paliw i jakoś żyją. Polska niestety jest krajem, który potrzebuje znacznej ilości energii i jest w takiej sytuacji geopolitycznej, że bezpieczeństwo energetyczne musi być jednym z priorytetów. Pomysł zapewnienie stabilności systemu energetycznego przy pomocy gazu nie daje żadnych gwarancji. Za ten gaz zapłacimy tyle, ile dostawca zażąda. Podobnie może być z OZE. Bez własnych źródeł kupno energii z OZE może okazać się bardzo kosztowne. Likwidacja górnictwa przyniesie też poważne skutki gospodarcze. Jeśli przyjąć, że jedno stanowisko pracy w górnictwie generuje kilka innych stanowisk w przyległych sektorach gospodarki, to mamy wielki problem z całymi regionami – Śląskiem i Lubelszczyzną – dla których górnictwo jest jednym z fundamentów gospodarki. Odejście od węgla musi więc być rozłożone na lata i przewidywać płynne przechodzenie z jednego typu gospodarki na inny, przy aktywnym udziale państwa i samych pracowników branży. O tym mówi coraz częściej koncepcja „Nowego zielonego ładu”. Z pewnością nie zrobi tego rynek.

Oczywiście można wskazywać palcem winnych tej patowej sytuacji, w jakiej tkwi polska energetyka. Musimy kupować energię, sprzedawaną jako „zieloną”, bo nie możemy wykazać się odpowiednim udziałem OZE w miksie energetycznym. Oczywiście kilowat jest kilowat, i nikt nie sprawdzi, czy jest on z OZE, czy z węgla brunatnego w Niemczech. Oni mają odpowiedni miks, a my nie. Dziś sprawdza się paradoks przepowiadany przez wielu – żeby utrzymać górnictwo, musimy rozwijać OZE. Szkoda, że polskie rządy wolały opcję zerojedynkową: albo zamknąć kopalnie, bo węgiel truje, albo podtrzymywać górnictwo od kryzysu do kryzysu, gasząc niepokoje społeczne w kopalniach i obiecując górnikom, że będą fedrować jak fedrowali i zapewniając, że rząd by im nieba przychylił, ale nie może, bo ich ekologicznie terroryzują zwolennicy „zielonego ładu” w UE.

Napuszczanie górników na ekologów i odwrotnie przynosi taki skutek, że nie odbyła się debata o sprawiedliwej transformacji energetycznej z tymi, którzy poważnie myślą i o klimacie, i o suwerenności, i o sprawiedliwości społecznej w tym procesie. Skutek widać – nie ma dziś ani OZE, ani przyszłości dla górnictwa. Polska przegrywa w wojnie o energię.

Jarosław Niemiec

Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z polskiej Wikipedii i przedstawia kopalnię Bobrek-Centrum.

Biznesowirus, czyli jak przedsiębiorcy ogrywają związki zawodowe

Biznesowirus, czyli jak przedsiębiorcy ogrywają związki zawodowe

Wydaje się, że w sytuacji zagrożenia bytu milionów pracowników, w sytuacji absolutnie skrajnej, na tyle, że trudno sobie wyobrazić gorsze scenariusze, centrale związkowe powinny wytoczyć najcięższe działa i bez żadnych skrupułów postawić twardo warunki, bez spełnienia których jakikolwiek dialog z pozostałymi stronami jest niemożliwy. Wydaje się, że powinna paść komenda „ani kroku w tył” i wszyscy odpowiedzialni za reprezentowanie świata pracy powinni się czuć jak na wschodnim froncie, gdzie za plecami był już tylko politruk z naganem. Tak się tylko wydaje, bo w tym momencie strona zatrudnicieli, a ogólniej – strona reprezentująca biznes, zepchnęła związki zawodowe do narożnika, a te zaliczają nokdaun po nokdaunie. Czy strona związkowa się podniesie, zanim rząd, jako arbiter, przerwie tę nierówną walkę?

Czy grozi nam Balcerowicz 2.0?

Teoretycznie scenariusz z początku lat 90., napisany przez Balcerowicza, nie ma prawa się powtórzyć. Sytuacja wyjściowa świata pracy wtedy i dziś jest diametralnie różna i pod każdym względem przemawia na korzyść pracowników. Pandemia obnażyła wiele neoliberalnych mitów i manipulacji i dostarcza kolejnych argumentów zwolennikom silnego państwa socjalnego, bo przecież pod obronę państwa uciekają się dziś wszyscy. Od pracowników najniższego szczebla po menedżerów wielkich firm, a nawet zupełnie obcy biznesmeni z Cypru czy innych krajów, którzy przypomnieli sobie, że mają obywatelstwo polskie, które tak bardzo im ciążyło, gdy mieli tu płacić podatki. I to właśnie ci najbardziej roszczeniowi cwaniacy, którzy wycisnęli z obywateli Polski najwięcej, nie dając nic w zamian, najgłośniej krzyczą i są najbardziej słyszalni. To ich nawoływania żeby uspołecznić wszelkie straty z tytułu pandemii, po to żeby ich zyski nie spadły, są najbardziej słyszalne.

Jest czymś niebywałym, że centrale związkowe pozwalają, aby tacy ludzie w ogóle mieli czelność dziś się publicznie odzywać. Jest czymś niezrozumiałym, iż rząd w ogóle nie obawia się, że lada moment będzie miał na ulicach tysiące ludzi, którzy przestaną się bać wirusa, gdyż zajrzy im w oczy dużo gorsze widmo: wieloletniej nędzy i życiowej degradacji. To zabija szybciej i skuteczniej niż koronawirus.

Argumenty są po stronie społecznej

Dziś już nikt nie przekona pracowników do zaciskania pasa w imię odrabiania strat po komunizmie czy innej podobnej zapaści. Przeciwnie, mamy niespotykane w historii Polski prosperity gospodarcze. Owszem, można powiedzieć, że będzie nam się jakiś czas żyło ubożej i każdy zrozumie sytuację, ale zubażanie należy zacząć od tych, którzy mogą obniżyć swój standard życia. Na pewno nie należą do nich pracownicy na śmieciówkach czy osoby z najniższą ustawową pensją. Dla nich „obniżenie standardu życia” oznacza zagrożenie egzystencjalne, czyli, mówiąc wprost, absolutną biedę. Od central związkowych należałoby oczekiwać jasnego stanowiska, że koszty kryzysu powinni dźwigać ci, którzy są je w stanie udźwignąć. Narracja, że „wszyscy razem solidarnie, musimy ponosić koszty kryzysu” – jest nie do przyjęcia. Nie wszyscy te koszty udźwigną.

Nawet liberalne media nie kwestionują tego wprost, co nie oznacza, że się z tym godzą. Odmieniając „przedsiębiorców” przez wszystkie przypadki, dopuszczają głosy o likwidacji 500 plus czy w ogóle „socjalu”, żeby pomóc owym mitycznym przedsiębiorcom, którzy jak wiadomo są dobrodziejami, żywicielami i opiekunami swoich pracowników, więc to właśnie tym dobrodziejom trzeba pomóc, żeby oni się zatroszczyli o swoich pracowników. To już nawet nie jest paternalizm. To zwyczajna pańszczyzna. Każdy odpowiedzialny przewodniczący najważniejszych central związkowych w kraju powinien z szewską pasją i w słowach niecenzuralnych publicznie zmieszać z błotem autorów takich pomysłów, bo dla związkowca nie nadają się one nawet do dyskusji. Rzecz oczywista, że już żaden neofita „wolnego rynku” i żaden „kowal własnego losu” nie doradzi, aby założyć firmę, wziąć kredyt czy bardziej się starać. Ci mędrkowie siedzą dziś w domach i miejmy nadzieję, że pozostaną w nich po ustąpieniu epidemii. Ich mądrości okazały się równie pomocne jak lewoskrętna witamina C wielkiego uczonego z Internetu.

Racja nie leży już po środku, jak chętnie mawiają dziennikarze bez moralnego kręgosłupa. Ona jest w całości po stronie ludzi, którzy muszą mieć środki do życia. Nikt nie rozgrzeszy związkowych przywódców, jeśli mając niepodlegające dyskusji argumenty i moralną rację, nie będą ich głosić jasno i głośno. Jeśli nie wykorzystają wszelkich metod nacisku i nie podejmą wszelkich prób oporu przeciw uspołecznianiu strat i obciążania kosztami kryzysu rzeszy najuboższych obywateli w imię ochrony majątków i przywilejów nielicznych uprzywilejowanych klas społecznych.

Gdzie jest „Solidarność”?

Dziś nawet ludzie, którzy wierzyli, że „Solidarność” ma pewien wpływ na rząd, rozpaczliwie pytają, gdzie się ukrył Piotr Duda. Przecierają oczy ze zdumienia, że ten związek zawodowy, mając w ręku bardzo mocne karty, oddaje za bezdurno lewę po lewie. Wręcz ukrywają asa atutowego, którym jest poparcie w wyborach dla urzędującego prezydenta. Kiedy użyć takiej karty, jeśli nie teraz? Na „Solidarność” liczą dziś również związkowcy innych central. Przecież oni mają „swój” rząd, kto jak nie „Solidarność” może dziś najwięcej ugrać? Każdy wie, że na poparcie obecnej ekipy rządzącej w znacznej mierze składa się poparcie „Solidarności”, która ogłosiła, że w zamian za to wsparcie oczekuje dobrej polityki społecznej i propracowniczej. Teraz jest najwyższy czas przypomnieć o tym z całą mocą megafonu, jeśli trzeba będzie to robić na ulicy. Roztaczanie parasola ochronnego nad rządem musi mieć swoje granice.

Niewidzialna ręka przewodniczącego OPZZ

Póki co szef OPZZ jest jak Wielka Stopa – wiemy, że jest, ale się nie pokazuje. Nie widać jego aktywności w mediach, nawet społecznościowych, w których więcej szumu robią szeregowi związkowcy. Oczywiście można stawiać zarzuty, że media pomijają głos związków zawodowych, ale na miłość Zuckerberga, jest jeszcze Internet, nie wiadomo czy nie bardziej skuteczny niż telewizja, której społeczeństwo coraz mniej wierzy. Szukając po rekordach, jakie wrzuca przeglądarka, nie widać większej niż zwykle aktywności centrali. Widocznym, i chyba jedynie aktywnie publikującym członkiem zarządu krajowego, OPZZ jest wiceprzewodniczący Piotr Ostrowski. Do działań OPZZ można doliczyć kilku harcowników z organizacji branżowych i to by było na tyle. Z pozostałych aktywności związkowych odnotujmy jeden występ Doroty Gardias z Forum Związków Zawodowych w jednej z ogólnopolskich telewizji.

A biznes gra swoje

Podczas gdy wypatrujemy kogoś, kto weźmie ciężar gry na siebie i rzuci wyzwanie przeciwnikowi, biznes czuje krew i nie zamierza odpuszczać. Tymi samymi zabiegami co zwykle usiłuje zagonić ludzi do pracy w podwyższonym wymiarze czasu za mniejsze stawki, wymusić poluzowanie kodeksu pracy i zwolnienia z podatków, czy jest to konieczne dla przetrwania firmy, czy nie. Takie zabiegi to tradycyjna doktryna szoku i szantaż: straszenie, że bez biznesmenów nie będzie pracy dla nikogo, że gdyby nie oni, to nie będzie niczego. Jeśli tak, to w interesie pracownika jest walczyć o swojego zatrudniciela do krwi ostatniej. I to niestety działa.

Jakoś nikogo nie zastanawia, że jest zupełnie odwrotnie, albo nie ma odważnego, żeby to głośno powiedzieć. Nie słychać wyraźnego przekazu, że jeśli biznesmen sobie nie poradzi, to zawsze może firmę przejąć państwo i poprowadzi je za niego, co zresztą będzie praktykowane w Niemczech. I nagle okazuje się, że pracownicy nie muszą mieć żadnego dobrodzieja. Ten wyraźny głos świata pracy, że jesteśmy świadomi swojego znaczenia i swojej pozycji, że jesteśmy prawdziwym sprawcą i podmiotem gospodarki, musi wybrzmieć właśnie dziś i to jest zadanie liderów związkowych. Nie można pozwolić po raz kolejny na takie ukształtowanie opinii publicznej, że to biznesmen jest centrum wszelkiej ekonomii i właściwie gdyby nie on, to chodzilibyśmy nago i jedli surowe mięso. To sprowadza pracowników do roli myślących narzędzi, które muszą zdać się na łaskę pana. Żeby w ogóle zwrócić uwagę na potrzeby ludzi pracy i w ogóle na ludzi, a nie wskaźniki ekonomiczne, należy zapobiegać tej propagandzie, którą po 30 latach znów usiłują odtworzyć przedstawiciele biznesu.

Jeden Zandberg wiosny nie czyni

Nie jest to jego, polityka, zadaniem, żeby reprezentować interes ekonomiczny pracowników. Oczywiście, jako człowiek lewicy ma obowiązek reprezentować świat pracy, ale politycznie, bo nie załatwi niestety spraw związkowych, gdyż jest tylko opozycji. Chwała i za to, że dziś to tylko Zandberg i kilkoro polityków, wśród których słychać również m.in. Marcelinę Zawiszę i Macieja Koniecznego, w zasadzie są głosem związków zawodowych w debacie publicznej, niestety bez stosownej legitymacji ze strony związkowej, więc w zasadzie rząd nie musi brać pod uwagę tego, co postulują.

Nie mają nie tylko legitymacji, ale także narzędzi, jakie mają centrale związkowe, a więc możliwości zorganizowanego oporu. Głos pracowników jest dość rozproszony i głównie widzialny w Internecie, a właściwie w mediach społecznościowych. Byłby to głos znaczący, pod warunkiem, że liderzy związkowi zrobią to, co do nich należy, a więc ten głos zintegrować i wzmocnić na ogólnopolskim forum. Przede wszystkim jednak należy pokazać, że liderzy są zdecydowani poprowadzić ludzi do walki, biorąc na siebie każde ryzyko w tych trudnych czasach. Bo media związkowe to przede wszystkim megafon na ulicy, a najskuteczniejsze, podstawowe i tradycyjne argumenty to płonące opony. Od czasu do czasu ktoś też powinien o tym przypomnieć

Apel końcowy

A już na koniec związkowcom pozostaje oficjalnie i publicznie tylko grzecznie poprosić wszystkich, którzy doradzają pracownikom jak żyć:

Drodzy ekonomiści, eksperci Lewiatanów, BCC itp., finansiści, kołczowie i celebryci. Wszyscy, którzy są obecnie nikomu do niczego niepotrzebni i odpowiedzialnie realizują wezwanie #zostańwdomu. Dziękujemy wam za to i prosimy: kiedy przeminie zagrożenie epidemiologiczne, nie wychodźcie. Zostańcie w domu. Jak widać, nic tu po was. Siedźcie sobie w swoich wiejskich rezydencjach, jak pani Bochniarz na ten przykład, wdzięczne społeczeństwo postara się zapewnić wam godziwe środki do życia i utrzymania tych waszych posiadłości. To opłacalna inwestycja, bylibyście tylko dali nam spokój, nie psuli krwi ludziom pracy, którzy chcą spokojnie pracować dla siebie, swoich rodzin i społeczeństwa. Bądźcie odpowiedzialni, bo gdy was nie będzie widać, to wszystkim będzie lepiej. A jeśli chcecie coś robić, to weźcie mopy, ścierki i weźcie się do jakiejś użytecznej pracy. Dziś potrzeba nam sprzątaczek i sprzątaczy, salowych i każdej pary rąk do utrzymania higieny i czystości miejsc publicznych, a nie waszego smętnego, roszczeniowego marudzenia, że wam się należą miliony, bo tak wam sam Pan Bóg szepnął z nieba.

Z góry dziękujemy.

Jarosław Niemiec