Miliardy na dworce, ale nie wszystkie

Miliardy na dworce, ale nie wszystkie

W latach 2016-2023 kosztem 3 mld zł PKP wyremontowało, zmodernizowało lub wybudowało prawie 200 dworców kolejowych. Pomocy nie otrzymują jednak dworce przejęte przez samorządy.

Jak informuje Portal Samorządowy, teraz PKP chce wydać 4 mld zł na 300 kolejnych budynków dworcowych. Samorządy, które przed 2016 rokiem przejęły od PKP dworce w swoich miejscowościach, ponieważ w tamtych latach spółka nic z nimi nie robiła, są teraz w kropce.

Samorządów, które przejęły od PKP nieszczejące dworce, jest aż 200. Niektóre z nich przeliczyły się z siłami, bo okazało się, że nie są w stanie same wyremontować i utrzymać przejętych dworców. Teraz omija je trwający od 2016 r. program inwestycji dworcowych PKP, w ramach którego już wyremontowano, zmodernizowano lub wybudowano prawie 200 dworców kolejowych (na co przeznaczono 3 mld zł), a w kolejnych latach ten program obejmie 300 kolejnych budynków dworcowych.

Samorząd Aleksandrowa Kujawskiego przejął piękny, zabytkowy dworzec kolejowy w 2008 r., a teraz chce oddać go PKP, bo miasta nie stać na dokończenie remontu tego obiektu. Potrzeba bowiem na ten cel co najmniej 100 mln zł. Okazało się niestety że samorząd stać na odrestaurowanie tylko niewielkiej części dworca. Jest to bowiem ogromny gmach o długości 197 m (to najdłuższy budynek dworcowy w Europie) i szerokości 24 m, z powierzchnią użytkową wynoszącą 7 tys. m2. Z tych 7 tys. metrów kwadratowych samorządowi udało się wyremontować jedynie 1,2 tys. mkw. w środkowej części budynku. W odrestaurowanych pomieszczeniach umieszczono bibliotekę, siedzibę straży miejskiej i Uniwersytet Trzeciego Wieku. Jednak reszta budynku dalej popadała w ruinę.

We wrześniu 2022 r. rada miasta przyjęła uchwałę intencyjną „w sprawie podjęcia czynności zmierzających do nieodpłatnego zwrotu” aleksandrowskiego budynku dworcowego Polskim Kolejom Państwowym. W październiku zeszłego roku władze Aleksandrowa wystąpiły do PKP z wnioskiem o przejęcie przez nie dworca w całości lub części. Biorąc pod uwagę niski budżet, jakim dysponuje Gmina Miejska Aleksandrów Kujawski, nie jesteśmy w stanie dłużej ponosić kosztów rewitalizacji obiektu, który wymaga ciągłych prac chroniących budynek przed szybką postępującą dewastacją, a w konsekwencji całkowitą destrukcją – napisał samorząd we wniosku do PKP.

Władze Aleksandrowa liczą, że decyzja PKP będzie pozytywna. Ze swojej strony deklarują m.in., że po remoncie dworca są gotowe go w części zagospodarować, umieścić w nim swoje jednostki, obiekty użyteczności publicznej. Ale najpierw muszą się znaleźć środki na remont. 100 mln zł to dwukrotność całych rocznych środków budżetowych miasta.

Potrzebujemy silnego, wiarygodnego partnera, a takim partnerem są PKP – dodaje burmistrz.

Polskie Koleje Państwowe nie podjęły jeszcze decyzji w tej sprawie, ale z dotychczasowych wypowiedzi ich przedstawicieli wynika, że nie palą się do sprawy. Ireneusz Maślany, członek zarządu PKP S.A., powiedział, że według jego wstępnych szacunków remont całego aleksandrowskiego dworca kosztowałby 150 mln zł, a za takie pieniądze można wyremontować wiele mniejszych dworców.

Włosi cisną bogaczy

Włosi cisną bogaczy

Włochy nałożą jednorazowy podatek od zysków nadzwyczajnych w sektorze bankowym. Stawka wyniesie 40%.

Jak informuje Obserwator Gospodarczy, wpływy do budżetu państwa z tego tytułu szacowane są na około 3 miliardy euro. To już drugi windfall tax we Włoszech. Wcześniej opodatkowano zyski spółek energetycznych.

Rząd Włoch, na czele którego stoi Giorgia Meloni, ustanowił jednorazowy podatek od zysków nadzwyczajnych (windfall tax) czerpanych przez banki w wyniku podwyżek stóp procentowych. Stawka podatku wyniesie aż 40%. Włochy to trzeci kraj UE po Hiszpanii i Węgrzech, który decyduje się na windfall tax w sektorze bankowym.

Hiszpania opodatkowała zyski banków stawką 4,8%, natomiast Węgry najpierw stawką 8% w 2022 r., która została podwyższona do 13% w 2023 r. (jednocześnie obniżono podstawę opodatkowania ze 100% do 50% zysków brutto). Stopa opodatkowania nadzwyczajnych banków w Hiszpanii i na Węgrzech jest niższa od tej wprowadzonej we Włoszech. Należy jednak zaznaczyć, że włoski windfall tax ma charakter jednorazowy, podczas gdy węgierski i hiszpański – tymczasowy.

Pracownicy Kauflandu walczą o podwyżki

Pracownicy Kauflandu walczą o podwyżki

OPZZ Konfederacja Pracy w Kauflandzie zaczyna walkę o wzrost wynagrodzenia zasadniczego o 1200 zł i wzrost zatrudnienia na stanowiskach szeregowych o 30%. Pracownicy żądają, by zmiany te zostały wprowadzone od stycznia 2024 r.

Jak informuje ten związek zawodowy, pracownicy i związkowcy domagają się godnego wynagrodzenia, zwiększenia liczby rąk do pracy w sklepach (na stanowiskach niemenedżerskich) i zwiększenia odpisu na Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych do ustawowego poziomu.

Nieuwzględnienie żadań w terminie do końca sierpnia 2023 r. związek potratuje jako rozpoczęcie sporu zbiorowego.

Postulaty zwiększenia płac nie spotkały się ze zrozumieniem władz spółki. Dowiedzieliśmy się, że płace w spółce regulowane są na podstawie analiz, które wykonuje firma zewnętrzna, pracowników jest wystarczająco, a Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych mogłoby w ogóle nie być – powiedział Wojciech Jendrusiak, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji OPZZ Konfederacja Pracy, w wypowiedzi dla portalu dlahandlu.pl.

Szykany wobec związkowców

Szykany wobec związkowców

Związkowcy ze Stokrotki, którzy protestowali wiosną w obronie zwolnionej koleżanki, doświadczyli nieprzedłużenia umów, szukania haków i innych szykan.

Jak informuje lubelska „Solidarność”, związkowcy ze „Stokrotki” domagali się przestrzegania prawa i przywrócenia do pracy zwolnionej z podejrzeniem naruszenia prawa pani Eweliny.

Ale to nie był koniec listy zarzutów wobec pracodawcy, jakie przedstawili związkowcy. Wypisali ich długi wykaz i umieścili na kartkach w kolorze żółtym, zielonym i czerwonym. Można tam było przeczytać między innymi: „Stop dyskryminacji”, „1 pensja – 3 etaty”, „Wolny dostęp do informacji”, „Pracownik też człowiek” i wiele innych.

Dziś, jak mówi nam przewodnicząca organizacji NSZZ „Solidarność” w tej sieci handlowej, sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Do wspominanych wyżej zarzutów dochodzą te związane z szykanowaniem członków Związku, którzy wzięli udział w pikiecie. – W świat poszły zdjęcia i teraz pracodawca wyszukuje te osoby i na przykład nie przedłuża im umowy o pracę – mówi przewodnicząca.

Organizacja jest od miesięcy w sporze zbiorowym z pracodawcą. Teraz, po podpisaniu protokołu rozbieżności, związkowcy czekają na mediacje z prezesem firmy.

Urealnić zasiłek pogrzebowy

Urealnić zasiłek pogrzebowy

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych wystosowało apel do Minister Rodziny i Polityki Społecznej o urealnienie zasiłku pogrzebowego.

OPZZ postuluje, aby świadczenie to przysługiwało w wysokości 200% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Od 1 marca 2011 roku kwota zasiłku wynosi jedynie 4000 zł. Przez ostatnie dwanaście lat, mimo wzrostu cen usług pogrzebowych, świadczenie to pozostaje na niezmiennym poziomie. Tymczasem Polskie Stowarzyszenie Pogrzebowe wskazuje, że w 2022 roku uśredniony koszt pogrzebu wyniósł 7350 zł (bez stypy, autokaru, oprawy muzycznej, nekrologów itd.). Zasiłek w rażąco niskiej wysokości stanowi duży problem szczególnie dla ludzi ubogich, samotnych i starszych.

OPZZ postuluje, aby świadczenie to przysługiwało w wysokości 200% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia obowiązującego w dniu śmierci osoby, której koszty pogrzebu zostały poniesione. Taka zasada obowiązywała przed dniem 1 marca 2011 roku.

Skończmy z platformowym wyzyskiem – o co walczą kurierzy

Skończmy z platformowym wyzyskiem – o co walczą kurierzy

Z pracą platformową – jednym z bardziej popularnych pojęć-wytrychów, których używa się przy próbach opisu przemian zachodzących w nowoczesnej gospodarce oraz na rynku pracy – jest trochę jak ze znanym memem z kreskówki „Scooby-Doo”. Pojmany przez Freda Jonesa złoczyńca ukrywa swoją tożsamość pod maską, którą zdobią atrakcyjne i pociągające hasła o elastyczności, swobodnym dorabianiu do pensji czy zarobkowaniu na własnych warunkach. Po ściągnięciu zasłony okazuje się jednak, że w ogromnej liczbie przypadków mamy tak naprawdę do czynienia z niepewnością, erozją bezpieczeństwa socjalnego oraz wszechwładzą niezwykle wpływowych korporacji.

Po latach konsumenckiej fascynacji możliwościami oferowanymi przez modne „appki”, bierności ustawodawców i odosobnionych prób ostrzegania przed narastającymi problemami, coś wreszcie zaczyna zmieniać się na lepsze. Elity rządzące w Europie przebudzają się z apatii, inicjując pierwsze kompleksowe akty prawne dotyczące gig economy, a presję wywiera na nie zorganizowany świat pracy. Jednym z jego przedstawicieli jest organizacja związkowa OPZZ Konfederacji Pracy, zrzeszająca kurierów z Pyszne.pl. W związku z przygotowywaną dyrektywą UE opublikowała ona niedawno manifest wzywający do pilnego uregulowania pracy platformowej.

Ziarnko do ziarnka – jak rozrastają się platformy

Dostępny praktycznie na zawołanie samochód z kierowcą odbierającym nas z nocnej imprezy, jedzenie z ulubionej knajpki dostarczone do drzwi przez poruszającego się na rowerze kuriera, fachowiec od drobnych napraw, którego wizytę zamawia się jednym kliknięciem – praca platformowa, kojarzona również z takimi terminami jak gig economy („ekonomia fuch”), zdążyła się już wpisać w krajobraz i styl życia rozwiniętych społeczeństw, w tym polskiego. Rozwiązanie wydaje się niezwykle proste: platformy internetowe kojarzą ze sobą usługodawców i klientów, a do szybkiego wyboru odpowiedniej oferty wystarczy kilka ruchów na smartfonie. Według oficjalnych danych przytaczanych przez organy Unii Europejskiej, w 2022 roku w państwach Wspólnoty za pośrednictwem platform zarobkowało już ponad 28 mln osób, których liczba w ciągu dwóch najbliższych lat ma wzrosnąć do 43 mln.

Ilościowa skala zjawiska nie jest jednak łatwa do precyzyjnego oszacowania, a zajmujący się tym tematem badacze i badaczki mierzą się z poznawczymi i metodologicznymi problemami. – „Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o skalę pracy platformowej” – mówi Zuzanna Kowalik, ekspertka Instytutu Badań Strukturalnych i współautorka badania „Job quality gaps between migrant and native workers: evidence from Poland” (Różnice w jakości pracy pomiędzy pracownikami platformowymi pochodzącymi z Polski i migrantami). – „Nie wiemy przede wszystkim, dla ilu z osób przywoływanych w oficjalnych źródłach jest to jedyne bądź główne źródło utrzymania, a ile traktuje to jako dodatkowe lub dorywcze zajęcie. Dokładniejszej wiedzy mogłoby dostarczyć dodanie pytania o pracę platformową do badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL), które obejmuje dużą próbę populacji. Dopóki się go nie przeprowadzi, musimy polegać na cząstkowych i niepełnych danych. Wiemy na przykład, że w zeszłym roku liczba osób wykonujących usługi taksówkarskie oraz zajmujących się dostawami jedzenia, a więc zasilających dwie największe gałęzie pracy platformowej, w dziewięciu największych miastach w Polsce wynosiła od 0,5 do 2% ogółu zatrudnionych”.

Badania prowadzone m.in. przez dr. Macieja Beręsewicza z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu pokazują, że w czerwcu 2021 r. z aplikacji dla kierowców Ubera korzystało niespełna 47 tys. osób, z kolei z podobnej aplikacji Bolta – niecałe 39 tys., z czego część wyników prawdopodobnie się ze sobą pokrywała. Same te liczby mogą nie robić większego wrażenia. Liczą się jednak trendy oraz konsekwencje dla całego rynku pracy. Ekonomiczne znaczenie platform takich jak Uber, Deliveroo, Bolt czy Glovo rośnie. Między 2016 a 2020 rokiem dochody sektora w całej UE wzrosły z ok. 3 mld do ok. 14 mld euro.

Platformy zarabiają przede wszystkim na prowizjach płaconych przez klientów i pracujących, ale nie boją się „długiego marszu” i są cierpliwe. Stanisław Kierwiak, lider związku kurierów w zarządzającej marką Pyszne.pl spółce Takeaway, zwraca uwagę na powolne i konsekwentne budowanie przez platformy coraz silniejszej pozycji rynkowej, która w przyszłości ma umożliwić pełne dyktowanie warunków zarówno pracownikom, jak i konsumentom oraz kontrahentom takim jak restauracje. – „Platformy są uważane za bardzo przyszłościowy biznes i łatwo pozyskują od inwestorów venture capital na rozwój swojej działalności” – mówi Kierwiak. – „To strategia obliczona na dłuższy okres. Z punktu widzenia wielu pracowników, poszczególne marki mogą dzisiaj oferować całkiem przyzwoite zarobki, wiemy jednak, że dla platform to tylko etap przejściowy umacniania się na rynku. Nie mamy absolutnie żadnej gwarancji, że gdy poczują się pewniej, płace nie pójdą w dół. Zgodnie z tym samym mechanizmem mogą wzrosnąć obecnie niskie ceny dla klientów albo prowizje pobierane od współpracujących z platformami niewielkich firm”.

Wolność i swoboda czy innowacyjny wampiryzm?

Z prospołecznej perspektywy jeden z głównych problemów z platformami polega na tym, że nie chcą one wziąć odpowiedzialności za swoją rolę pracodawcy. Wraz ze wszystkimi obowiązkami, jakie XX-wieczne umowy społeczne nałożyły na kapitał.

Wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań opartych na danych i algorytmach miało stworzyć wrażenie, że dzięki innowacyjności cyfrowych wizjonerów otrzymaliśmy neutralną – a może nawet demokratyczną – infrastrukturę, która pozwoli łatwo kojarzyć ze sobą przedsiębiorcze jednostki i z niespotykaną dotąd wygodą dostarczać tanie usługi. Jak zauważa Zuzanna Kowalik, w opowieści platform nawet praca ma się stać doświadczeniem ekscytującym i uwalniającym od etatowego kieratu. Kampanie rekrutacyjne Ubera zachwalają takie atuty prowadzenia taksówki, jak różnorodność i poznawanie wielu nowych ludzi. Nic, tylko usiąść za kierownicą. Albo dla innej formy wsiąść na rower i ruszać ku wzbogacającym przygodom. Co jednak wtedy, gdy będziemy potrzebować L4, zechcemy pójść na urlop albo po prostu wiedzieć, ile pieniędzy zarobimy w danym miesiącu?

Rozmaite triki prawne i technologiczne umożliwiają platformom gładkie omijanie przepisów prawa pracy, gwarantujących zatrudnionym socjalne zdobycze ubiegłego stulecia. Stanisław Kierwiak opowiada o popularnym mechanizmie służącym do takich celów: „Większość platform funkcjonuje w modelu, w którym nie ma żadnej więzi prawnej między marką a osobą wykonującą pracę. Służą do tego pośrednicy tzw. flotowi, czyli firmy zatrudniające chętnych do pracy np. w Uberze, Wolcie czy Glovo na umowach zlecenie. W zamian za prowizję oferują obsługę księgową, wypłacają pieniądze, czasem mogą jeszcze wynajmować sprzęt i na tym właściwie ich rola się kończy. Z formalnego punktu widzenia to zupełnie niezależne podmioty, które nie mają nic wspólnego z platformami – te mogą się od nich w każdej chwili odciąć i powiedzieć, że to przecież nie ich sprawa, gdy np. pośrednik ogłosi upadłość i nie wypłaci ludziom wynagrodzeń. Takie przypadki już się zdarzały i jest to najzupełniej legalne. Platforma nie ma żadnych zobowiązań wobec tych, którzy dla niej pracują”.

Umowy podpisywane z pośrednikami, ale i klasyczne samozatrudnienie, niosą jeszcze inne groźne konsekwencje. Pracownicy platformowi są często pozbawieni prawa do minimalnego wynagrodzenia. Zuzanna Kowalik zwraca uwagę na podobieństwo przyjętych formuł prawnych do tzw. zero hour contracts, czyli umów, w których pracodawca nie jest zobowiązany do zapewnienia pracownikowi minimalnej ilości pracy, a więc i minimalnej pensji. Kurier czy kierowca otrzymuje pieniądze wyłącznie za wykonane zlecenie, licząc na to, że w danym momencie pojawi się zapotrzebowanie na jego usługi. Jak mówi Kierwiak, w skrajnych przypadkach skutkuje to sytuacjami, w których pracujący spędza w terenie cały dzień, zarabiając za to około 20 zł.

Stawki są niejasne i oparte na zupełnie nieprzejrzystych decyzjach algorytmów. Umowa zawarta z pośrednikiem nie chroni w żaden sposób również przed czysto arbitralnymi decyzjami platformy. Może ona w dowolnej chwili odciąć zatrudnionych od podstawowego narzędzia pracy, a więc mobilnej aplikacji służącej do wyłapywania zleceń. Pewnym medialnym echem odbiły się wydarzenia z wiosny 2021 r., gdy Glovo postanowiło ukarać w ten sposób kurierów strajkujących z powodu obniżki płac. Stanisław Kierwiak informuje, że poza tego rodzaju „cyfrowym lokautem” nagłe blokady stosuje się jednak także w bardziej prozaicznych przypadkach. – „To nie dotyczy tylko strajków czy działalności związków zawodowych. Platformy odcinają od aplikacji każdego, kto z dowolnych przyczyn się im nie spodoba, nie przedstawiając przy tym żadnego uzasadnienia” – mówi mój rozmówca. – „Taka osoba nie może wtedy zarabiać i nie ma nawet pojęcia, dlaczego. Po prostu usuwa się jej konto i nikt nie musi się z tego choćby szczątkowo wytłumaczyć”.

Stare dobre śmieciówki

Przykłady można mnożyć. Po zdjęciu marketingowej fasady rzeczywistość pracy platformowej dzisiaj to w ogromnej mierze niestabilne warunki zatrudnienia, niepewne i szybko zmieniające się zarobki, długie godziny pracy, brak urlopu i chorobowego, niższe składki emerytalne, utrudnienia dla aktywności związkowej i skrajnie niekorzystne położenie wobec rzeczywistego pracodawcy, którego samowoli nie krępują żadne ograniczenia. Niestety w Polsce to wszystko może brzmieć aż zbyt znajomo. Opisywany stan rzeczy to bowiem w istocie nic innego niż kolejna odsłona uśmieciowienia i prekaryzacji, z którymi w różnych fazach borykamy się od co najmniej dwudziestu lat. Z taką diagnozą zgadza się Michał Lewandowski, przewodniczący międzybranżowego związku zawodowego OPZZ Konfederacja Pracy: „W naszym odczuciu jako związkowców to wszystko nie jest nic specjalnie nowego – myśląc o pracy platformowej, warto zdać sobie sprawę, że tak naprawdę mamy do czynienia z dobrze znanymi umowami śmieciowymi w nieco ładniejszych ozdobach”.

Samo pojawienie się platform wraz z przyjętym przez nie modelem biznesowym można traktować jako przejaw długofalowych tendencji rozwojowych współczesnego kapitalizmu. Takie spojrzenie proponuje m.in. kanadyjski ekonomista Nick Srnicek, którego zdaniem kapitał wciąż poszukuje nowych, jeszcze skuteczniejszych technologii oraz form organizacji. W XXI wieku zapewniają je przede wszystkim dane – w przypadku np. Ubera wykorzystywane do analizy ruchu i aktywności klientów oraz pracowników. Zbiega się to z jeszcze starszymi, bo zachodzącymi już od kilku dekad przekształceniami gospodarki, która odchodzi od dawnej fordowskiej organizacji produkcji i w coraz większym stopniu opiera się na tzw. nowych formach pracy oraz atypowych formach zatrudnienia. Jak w oparciu o klasyfikację Eurofound w wydanej jeszcze w 2019 r. publikacji „Nowe formy pracy w Polsce” pisze ekspert Instytutu Spraw Publicznych, Dominik Owczarek, należy do nich m.in. praca platformowa.

Podobnego zdania jest Zuzanna Kowalik: „Platformy wpisują się w dawno już rozpoznany trend postępującego uelastycznienia rynku pracy oraz neoliberalizmu. Wcześniej widzieliśmy np. umowy zero hour contracts, a teraz to zjawisko jest technologicznie oraz ideologicznie zasilane właśnie przez platformy” – mówi mi ekspertka. I dodaje, że trwająca przez lata w Polsce plaga kiepskiego i niestabilnego zatrudnienia w pewnym sensie znieczuliła nas na sytuację pracowników platformowych: „Być może jako społeczeństwo pozostajemy wobec tego raczej obojętni, ponieważ po prostu przyzwyczailiśmy się do pracy na śmieciowych warunkach. Na Zachodzie szok był większy, bo u nas już wcześniej przygotowano pod to grunt”.

Stanisław Kierwiak jednego z większych niebezpieczeństw dla pracownic i pracowników upatruje w możliwym rozlewaniu się modelu pracy platformowej na pozostałe branże. Te dzisiaj jeszcze objęte tradycyjnymi zabezpieczeniami. Jak zauważa związkowiec, może się tak stać, ponieważ przyjęta przez platformy formuła jest niezwykle atrakcyjna dla biznesu. W końcu jaki prawdziwy kapitalista nie marzy o doskonale elastycznej i dyspozycyjnej sile roboczej, na którą można przerzucić większość ryzyka i nie martwić się takimi uciążliwościami, jak stabilność zatrudnienia czy zabezpieczenia społeczne? – „Problem z platformami jest taki, że to model bardzo uniwersalny” – mówi Kierwiak. – „Przy braku regulacji będzie się więc rozprzestrzeniał, bo wiele firm i sektorów zechce skorzystać z tak kuszącej okazji. Jeżeli można niemal dowolnie ciąć koszty, przerzucając ryzyko na pracownika, to po prostu będzie się to robić”.

To zresztą już się dzieje. Manifest organizacji związkowej kurierów z Pyszne.pl wspomina o aplikacji Tikrow. To stosunkowo świeży wynalazek, który został szybko ochrzczony „Uberem dla pracowników”. Pomysł stojący za polskim start-upem sprowadza się do jak największej optymalizacji pozyskiwania pracowników przez firmy. Za pomocą nowego narzędzia zyskują one błyskawiczny dostęp do osób przyjmowanych na krótkie, często zaledwie jednodniowe zlecenia. Większość ofert dotyczy pracy fizycznej, związanej m.in. z układaniem towaru w magazynach czy sprzątaniem. Będący oficjalnie agencją pracy tymczasowej Tikrow, w swoim materiale promocyjnym zapewnia o szeregu korzyści dla wszystkich stron zawieranych transakcji. Pracodawca nie traci już czasu na długie i kosztowne procesy rekrutacyjne, a pracownik łapie fuchę poprawiającą stan portfela. New day. New job – czytamy na stronie marki, która roztacza sielankową wizję szybkich i dobrowolnych kontraktów zawieranych dla wspólnego dobra między równymi partnerami.

W dorabianiu nie ma niczego złego, a formalności bywają dokuczliwe. Ale czy w przypadku strukturalnego pogorszenia się sytuacji pracowników to wspaniałe urządzenie nie zamieni się w cyfrowy odpowiednik placu przed XIX-wieczną fabryką, na którym zdesperowani robotnicy każdego ranka rywalizują o to, który z nich dostanie zatrudnienie na chociaż jeden dzień?

Coś zaczęło się ruszać – manifest i dyrektywa

Poparty przez prezydium OPZZ manifest pracowników platformowych z Pyszne.pl, którzy mają już za sobą pierwsze akcje strajkowe i podjęcie dialogu z pracodawcą, ukazał się w nieprzypadkowym momencie. Po raz pierwszy bowiem istnieją obecnie realne polityczne szanse na uregulowanie gig economy oraz zatrzymanie groźnych trendów potencjalnie zdolnych do podminowania całości stosunków pracy oraz związanego z nimi ładu instytucjonalnego.

W grudniu 2021 r. Komisja Europejska przedstawiła projekt dyrektywy, która ma stworzyć ramy prawne dla pracy platformowej oraz objąć ochroną zarabiających w ten sposób ludzi. Prace nad dyrektywą toczą się w tzw. trialogu – 12 czerwca swoją opinię wydała gromadząca ministrów państw członkowskich Rada UE, wkrótce natomiast odbędą się konsultacje z europarlamentem. Najważniejsze postanowienia dokumentu mówią o warunkach, których spełnienie oznacza domniemanie istnienia stosunku pracy. Są wśród nich ograniczona swoboda wyboru godzin, nadzór platformy czy górny limit wynagrodzenia. Mowa także o zapewnieniu wglądu w decyzje algorytmów wraz z prawem do ich zakwestionowania.

Dlaczego UE w ogóle zainteresowała się tym obszarem i podejmuje działania, które mogą uderzyć w ekonomiczne interesy platform? Stanisław Kierwiak uważa, że w dużej mierze chodzi tu o kwestię suwerenności i samosterowności silnego międzynarodowego gracza, który nie może pozwolić sobie na to, żeby wielki kapitał całkowicie wszedł mu na głowę. – „Unia to nie jest instytucja szczególnie znana z jakiegoś bardzo propracowniczego nastawienia” – mówi lider Konfederacji Pracy w Pyszne.pl. – „Tam po prostu zdano sobie sprawę, że nie można pozwolić na to, aby jakaś grupa korporacji zaczęła dyktować państwom warunki dotyczące standardów pracy i zatrudnienia. Europejski system stosunków społecznych jest jednak bardziej solidarystyczny niż amerykański i nadeszła chwila, w której należy go zbiorowo bronić”.

Moi rozmówcy są zgodni: do kluczowej próby sił, w której rozstrzygnie się przyszłość pracy platformowej, dojdzie przy implementacji unijnych przepisów do systemów prawnych poszczególnych państw członkowskich. Dokładny kształt przyjętych rozwiązań ma zależeć od specyfiki istniejących tradycji i ustawodawstwa, poszczególne warianty mogą się więc od siebie różnić. Zuzanna Kowalik zauważa, że do pewnego rozwodnienia pierwotnego projektu doszło już na etapie przygotowań w instytucjach unijnych, które początkowo proponowały mniej warunków niezbędnych do stwierdzenia stosunku pracy. Lobbing platform zatem działa i można się spodziewać jego intensyfikacji.

Stanisław Kierwiak podkreśla, że właśnie teraz szczególnie ważny i potrzebny jest głos strony pracowniczej, która zawalczy o przyjęcie korzystnych dla siebie zapisów. W przestrzeni publicznej zdominowanej przez optymistyczną opowieść platform, postulaty związkowe wybrzmiewają jako zupełna nowość. – „Jako reprezentanci związku zawodowego wzięliśmy udział w zebraniu sejmowego zespołu ds. przyszłości pracy – mówi Kierwiak – na którym były również przedstawicielki Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej. Po usłyszeniu naszej agendy te panie powiedziały, że bardzo ciekawie było usłyszeć stanowisko drugiej strony, bo cały czas słychać tylko to, co mówią platformy”.

„Mamy prawo obawiać się, że firmy takie jak Uber, Glovo, Wolt stanowić będą awangardę uśmieciowienia rynku pracy […] Model platformowy oznacza brak prawa do uzwiązkowienia, płatnego urlopu, stałej stawki godzinowej, stałej liczby godzin pracy czy przewidywalności wynagrodzenia, a także niższą emeryturę w przyszłości, brak prawa do urlopu macierzyńskiego i chorobowego” – tymi słowami związkowcy z Konfederacji Pracy otwierają swój manifest, który zawiera diagnozę obecnej sytuacji oraz kluczowe propozycje jej rozwiązania. Modus operandi platform szkodzi przede wszystkim pracownikom oraz ich prawom socjalnym i związkowym. Zagraża jednak również tracącemu wpływy podatkowo-składkowe państwu i pozostałym rynkowym podmiotom, które muszą się mierzyć z nieuczciwą konkurencją. Wykorzystywanie pośredników flotowych pozwala na kreatywną księgowość. Platformy poza tym przerzucają na instytucje publiczne rozmaite koszty uboczne, takie jak leczenie wypadków przy pracy czy zdrowotnych skutków chronicznego przepracowania.

Opowiadając o problemie nieuczciwej konkurencji, Kierwiak stwierdza, że oferowanie przez platformy niskich cen dzięki obchodzeniu zobowiązań wobec pracowników to psucie rynku. Dlatego na uregulowaniu tej sfery powinno zależeć również „konwencjonalnym” przedsiębiorcom. – „Z dużym zdziwieniem obserwuję, że takie organizacje pracodawców jak Konfederacja Lewiatan cały czas trzymają stronę platform” – opowiada związkowiec. – „Nietrudno przecież zauważyć, że model ich działania jest nie fair nie tylko wobec zatrudnionych, ale i pozostałych firm, które chciałyby prowadzić działalność w zgodzie z przepisami prawa i oferować normalny model zatrudnienia. Nie da się konkurować z kimś, kto całe koszty i ryzyko swojej działalności może przerzucić na pracowników”.

Minimum, którego domagają się związkowcy i które powinno znaleźć swoje odbicie w zapisach polskiego prawa po wdrożeniu unijnej dyrektywy, składa się z pięciu postulatów. Pierwszy z nich to zapewnienie stabilności zarobków, których wysokość – nawet przy gwarantowanej stawce godzinowej – waha się dzisiaj w zależności od liczby dostępnych kurierów czy kierowców albo od warunków atmosferycznych.

Nigdy do końca nie wiedząc jakich pieniędzy mogą się spodziewać, kurierzy i kierowcy chętniej korzystają z oferowanych przez platformy premii za większą liczbę zleceń, wzmagając przez to czysto fizyczną eksploatację. Stąd właśnie wynika kolejny punkt manifestu, czyli zakończenie promocji pracy ponad siły, stosowaną obecnie poprzez platformy w ramach systemu zachęt.

Następny postulat mówi o kolejnej fundamentalnej sprawie, bez której na dłuższą metę trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek skuteczną walkę o prawa zatrudnionych. Jest to zagwarantowanie praw związkowych. Michał Lewandowski z OPZZ Konfederacja Pracy – organizacji, która stawia sobie za cel docieranie do pracowników z różnych, często słabo uzwiązkowionych branż – stawia sprawę jasno. Nikt nie żyje w próżni, a czasy się zmieniają, więc również związki zawodowe muszą za tym nadążać, nie przeoczając takich nieobecnych wcześniej na rynku pracy tworów jak platformy. – „Musimy starać się uczestniczyć w tych formułach, które nas otaczają” – mówi Lewandowski i dodaje, że udało się już powołać organizację w Pyszne.pl, co zapewnia związkowcom nowe możliwości działania, takie jak rozmowy ze stroną pracodawców czy kontakty z politykami i urzędnikami. Organizowanie kurierów czy kierowców nie jest jednak łatwe i napotyka na problemy wynikające m.in. z czysto przestrzennych czy logistycznych uwarunkowań. – „W wielu firmach pracownicy w ogóle nie mają ze sobą kontaktu; to praca wykonywana raczej indywidualnie. Trudniej wtedy myśleć o założeniu związku”.

Przeszkodą w zakładaniu i rozwijaniu działalności związków jest oczywiście śmieciowe zatrudnienie, które utrudnia m.in. ochronę działaczy – można się ich pozbyć, po prostu nie przedłużając umowy zlecenia. Mówiąc o teoretycznej możliwości powołania organizacji u jednego z formalnie zatrudniających pośredników, Stanisław Kierwiak powraca do problemu pełnej kontroli platform nad aplikacjami umożliwiającymi pracę. W ramach antyzwiązkowych retorsji pracownicy mogą zostać od nich zwyczajnie odcięci. Jak mówi związkowiec, stało się tak m.in. podczas niedawnego protestu kurierów Glovo w Wałbrzychu. – „Jakiś czas temu rozmawialiśmy z niezadowolonymi kurierami z Wolta. Byli dobrze zorganizowani i spokojnie mogliby założyć organizację związkową u pośredników flotowych. Ostatecznie jednak się na to nie zdecydowali, ponieważ nie było absolutnie najmniejszej gwarancji, że pierwszą reakcją platformy na wiadomość o powstaniu związku nie będzie usunięcie im kont. Były to osoby, dla których praca platformowa stanowiła główne albo jedyne źródło zarobkowania. Z tą wolnoamerykanką trzeba po prostu skończyć”.

Niepewność zarobków, przepracowanie – eksploatowanym pracownikom należy się work-life balance i zwyczajne wolne. Dlatego też czwarty punkt manifestu mówi o zagwarantowaniu prawa do płatnego urlopu.

Piąty i ostatni z kluczowych postulatów odnosi się do kwestii uwzględnionej w projekcie unijnej dyrektywy, która wykracza zresztą poza problematykę pracy platformowej, dotykając również innych sektorów. Mowa o wprowadzeniu rozwiązań gwarantujących przejrzystość algorytmów stosowanych przez platformy. Wydaje się, że w realiach coraz silniej „udanowionej”, mediowanej przez narzędzia cyfrowe gospodarki, jest to jeden z fundamentalnych kierunków walk całego świata pracy. Jego sprawczość i samostanowienie zależą m.in. od znajomości obowiązujących zasad i możliwości otwartej polemiki z decyzjami ocenianymi jako niesprawiedliwe.

W poszukiwaniu optymalnej formuły

Co dalej? Prace nad dyrektywą trwają i minie pewnie jeszcze sporo czasu, zanim krajowi ustawodawcy przełożą je na konkretny język obowiązującego prawa. Wiadomo, że określenie satysfakcjonujących zapisów będzie trudne – także z powodu skomplikowanej czy chwilami niejednoznacznej natury samych platform. Nie ulega wątpliwości, że należy położyć kres zupełnie bezwstydnemu wyzyskowi i składkowo-podatkowemu cwaniactwu, uprawianemu przez korporacje pod płaszczykiem nowoczesności i innowacyjności.

Moi rozmówcy dodają jednak, że oferowana elastyczność w pewnych wypadkach rzeczywiście bywa atrakcyjna i nie należy z niej w pełni rezygnować. Niełatwym, ale możliwym do realizacji wyzwaniem będzie zatem ochrona możliwości swobodnego dorabiania czy preferencyjnego wyboru godzin pracy przy równoczesnym zagwarantowaniu minimum bezpieczeństwa socjalnego i praw pracowniczych. – „Platformy żerują na tym, że jako społeczeństwo faktycznie chcemy nieco większej elastyczności” – mówi Stanisław Kierwiak. – „Widać to m.in. w popularności pracy zdalnej po pandemii. Wiemy, że rynek będzie się zmieniał w tym kierunku, bo coraz mniej podoba nam się przywiązanie do jednego miejsca i zadań. Chodzi jednak o to, żeby to nie wielkie korporacje dyktowały nam, jak ta elastyczność ma wyglądać”. Z kolei Zuzanna Kowalik dodaje: „Pewną zaletą platform jest to, że mogą stanowić bufor pomiędzy »normalnymi« pracami w okresach bezrobocia. W zasadzie bez większych barier wejścia możemy wtedy znaleźć jakieś zlecenia, które stanowią pewną poduszkę bezpieczeństwa”.

Dorabianie czy freelancing mają swoje miejsce, dlatego regulatorzy będą musieli pamiętać o zróżnicowanej sytuacji różnych grup zarobkujących na platformach. Chodzi tu zarówno o tych z kurierów i kierowców, którzy np. łączą pracę z nauką, jak i o ludzi wykonujących różnego rodzaju fizyczne bądź zdalne zadania dla kilku zleceniodawców. Przejrzystość algorytmów oraz zarobków dotyczy chyba jednak wszystkich bez względu na konkretną specyfikę wykonywanej pracy. – „Jako związkowcy wiemy, że nie wszyscy pracownicy potrzebują dokładnie tego samego” – mówi Michał Lewandowski. – „Przyjęte przepisy powinny mieć to na uwadze. Mimo to, elementarne zabezpieczenia socjalne i wpływ na warunki pracy należą się każdemu”.

Przed nami ważne i nieoczywiste rozstrzygnięcia. Walka o jak najbardziej korzystny dla pracowników i pracownic kształt nowych przepisów będzie trwała zarówno na poziomie europejskim, jak i polskim. Warto więc trzymać rękę na pulsie i śledzić kolejne wydarzenia. Głośne afery ostatnich lat, takie jak Uber Files, pokazują, że platformy potrafią agresywnie i z naruszeniem prawa bronić swoich interesów. Dlatego w ramach przeciwwagi tym bardziej potrzebujemy silnego prospołecznego i propracowniczego głosu. Lepiej, żeby słowa takie jak „elastyczność”, „wolność” czy „różnorodność” zachowały swoje pozytywne znaczenie, zamiast służyć jako wytworne opakowanie dla praktyk związanych z wyzyskiem, stresem i wyczerpaniem.

Szymon Majewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Mike Ramírez Mx z Pixabay

Uregulować franczyzę

Uregulować franczyzę

Związkowcy domagają się porządnych przepisów regulujących funkcjonowanie franczyzy.

Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, Alfred Bujara, przewodniczący Krajowej Sekcji Pracowników Handlu NSZZ „Solidarność”, wystosował komunikat, w którym popiera działania zmierzające do uregulowania funkcjonowania franczyzy w Polsce i chwali propozycje Ministerstwa Sprawiedliwości, uznaje je jednak za dalece niewystarczające. Działacz przedstawia własne propozycje dotyczące obszaru pracy i zatrudnienia.

Jak ocenia Bujara, regulacja funkcjonowania franczyzy w Polsce jest absolutnie niezbędna. Przyznaje, że w tym segmencie gospodarki występuje szereg rażących patologii, w wyniku których tracą zarówno franczyzobiorcy i pracownicy, jak i budżet państwa.

Przedstawiony przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt ustawy o zmianie ustawy Kodeks cywilny oraz ustawy Prawo własności przemysłowej skupiają się jedynie na wzmocnieniu pozycji franczyzobiorców wobec franczyzodawców. To rozwiązanie za słuszne i bardzo potrzebne, jednak zaznacza, że w ocenie kierowanej przez siebie sekcji związku, jest ono dalece niewystarczające.

Aby rzeczywiście usunąć patologie występujące na rynku franczyzy w Polsce projekt nowelizacji powinien wprowadzać zmiany nie tylko w Kodeksie cywilnym oraz ustawie Prawo własności przemysłowej, ale również w Kodeksie pracy oraz Ustawie o ograniczeniu handlu w niedziele, święta oraz niektóre inne dni – mówi Bujara.

Na początku tego roku Ministerstwo Sprawiedliwości zapewniało, że przepisy regulujące franczyzę zostaną z całą pewnością uchwalone jeszcze w tej kadencji Sejmu. Zgodnie z ówczesnym zarządzeniem ministra sprawiedliwości, zespół ds. franczyzy działający w resorcie ma wypracować propozycje legislacyjne w „nieprzekraczalnym terminie” 30 czerwca 2023 r.

Tymczasem po wielu miesiącach czekania projekt ustawy, która ma odmienić rynek franczyzy w Polsce, poznaliśmy dopiero 1 sierpnia 2023 r. Rząd planuje przyjęcie projektu ustawy w trzecim kwartale 2023 r. Potem projekt trafi do Sejmu.

Darmowe projekty domów od rządu?

Darmowe projekty domów od rządu?

Jeszcze w tym roku Polacy będą mogli skorzystać z darmowych projektów domów. Dostępne będą trzy warianty metrażu.

Jak informuje portal biznes.interia.pl, planujący budowę domu zawsze kupowali projekt od odpowiednich firm. Teraz nie będzie to konieczne. Już od pewnego czasu w obiegu są bezpłatne projekty domów o powierzchni do 70 metrów kwadratowych oraz domów rekreacyjnych. Za chwilę dołączą do nich trzy nowe, darmowe projekty budynków. Podano, że na stronie GUNB są 72 bezpłatne projekty domów do 70 m kw. i 11 projektów domów rekreacyjnych. Można je za darmo ściągną z bazy.

Główny Urząd Nadzoru Budowlanego zakończył przyjmowanie zgłoszeń w konkursie na projekty domów. Bezpłatne projekty zostaną udostępnione jeszcze w tym roku – zapewnił minister rozwoju Waldemar Buda.
Do wyboru będą trzy metraże – 120, 150 i 180 metrów kwadratowych.

Możliwie jak najbardziej ułatwiamy samorządom włączanie się w budownictwo społeczne. Nie tylko zachęcamy i przeznaczamy rekordowe środki, ale zapewniamy też bezpłatne projekty w celu szybszego rozpoczęcia inwestycji i zwiększenia liczby mieszkań w gminie – wskazał Waldemar Buda.

 

 

Koniec z niedzielami w sklepach

Koniec z niedzielami w sklepach

Covid już dawno za nami, ale niedobitki ustawy covidowej trwały aż do 31 lipca 2023 roku. Za to od 1 sierpnia firmy nie będą już mogły kazać pracownikom przychodzić do pracy w niedziele i powierzać im tzw. „innych czynności związanych z handlem”.

Jak informuje pulshr.pl, w czasie obowiązywania stanu epidemii albo zagrożenia epidemicznego zakaz handlu w niedziele został złagodzony. Zgodnie z ustawą covidową właściciele sklepów mogli powierzyć w niedzielę wykonywanie prac związanych z handlem, polegających na rozładowaniu, przyjmowaniu i ekspozycji towarów pierwszej potrzeby. Kasę mógł obsługiwać tylko właściciel albo jego rodzina, natomiast pracownicy mogli ustawiać towar na półkach.

Stan zagrożenia epidemicznego został jednak odwołany 1 lipca 2023 r. Oznacza to, że 31 lipca (po 30 dniach od odwołania) ustawa covidowa przestała obowiązywać i powróciły bardziej restrykcyjne przepisy.

Szef Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność” Alfreda Bujary podkreśla, że zniesienie covidowych przepisów w handlu może skłonić pracodawców do zwiększenia zatrudnienia w sklepach. Jak dodaje, niedobory kadrowe to problem, z którym branża zmaga się od lat.

– TIR z towarem nie przyjedzie już w niedziele, tylko w innym, handlowym dniu tygodnia. Ktoś będzie ten towar musiał rozładować, a obsady sklepów są już zredukowane do absolutnego minimum. Jeśli jednak sieci będą chciały pozyskać nowych pracowników, będą musiały poprawić warunki zatrudnienia. Nikt nie przyjdzie pracować tak ciężko za tak niskie wynagrodzenia, jakie obecnie oferowane są w handlu – mówi Alfred Bujara.

Zasiłki nie dla każdego

Zasiłki nie dla każdego

Międzynarodowa Organizacja Pracy podała informacje dotyczące zasiłków dla bezrobotnych. Okazuje się, że na całym świecie na zasiłek liczyć może 2 na 10 bezrobotnych. Oznacza to, że w skali świata wsparcie dla tych, którzy pracy nie posiadają lub ją stracili, dostaje tylko 18,6 proc. bezrobotnych.

Jak pisze pulshr.pl, zasiłki dla bezrobotnych są jednym z najistotniejszych czynników w walce z ubóstwem. W Polsce zasiłek dla bezrobotnych przyznaje urząd pracy po sprawdzeniu ostatnich 18 miesięcy bezpośrednio poprzedzających dzień rejestracji. Jeżeli rejestrująca się osoba udokumentuje pracę w sprawdzanym czasie, łącznie przez okres co najmniej 365 dni z co najmniej minimalnym wynagrodzeniem, od którego odprowadzane były składki na ubezpieczenia społeczne i Fundusz Pracy, zasiłek powinien zostać przyznany. Na jak długo? Na rok lub pół roku. Wszystko zależy od stopy bezrobocia w powiecie, wieku czy sytuacji rodzinnej.

Osoby, które przepracowały mniej niż pięć lat, otrzymują 1 193,60 zł brutto (1 086,18 złotych netto) w pierwszych trzech miesiącach i 937,30 zł brutto (852,94 zł netto) w późniejszym okresie. Jest to 80 proc. zasiłku podstawowego.

Pełna kwota zasiłku przysługuje osobom, które pracowały od pięciu do 20 lat. 100 proc. zasiłku podstawowego wynosi 1 491,90 zł brutto (1 357,63 zł netto) w trzech pierwszych miesiącach. W kolejnych miesiącach świadczenie zostaje obniżone do kwoty 1 171,60 zł brutto (1 066,16 zł netto).

Osobom z najdłuższym, ponad 20-letnim stażem pracy, przysługuje zasiłek w wysokości 120 proc. podstawowej kwoty zasiłku. Od czerwca 2023 roku jest to, w pierwszych trzech miesiącach, 1 790,30 zł brutto (1 629,17 zł netto). Następnie kwota zasiłku obniża się do 1 406,00 zł brutto (1 279,46 zł netto).

Maksymalna kwota, jaką mogą otrzymać bezrobotni w Polsce, nie zrobi wrażenia w innych miejscach na świecie. W porównaniu do światowych danych polskie świadczenia wypadają blado. OECD w raporcie dotyczącym skali pomocy bezrobotnym porównała wysokość zasiłków przyznawanych w krajach członkowskich. Dane dotyczą 2020 roku (nie ma nowszych statystyk).

Zebrane dane zestawiono z wysokością zarobków przed utratą pracy. Zasiłek już w dwa miesiące po utracie pracy przez osoby o niskich zarobkach  jest w Polsce niemal najniższy wśród wszystkich państw rozwiniętych.

Wysokość zasiłku dla bezrobotnych dwa miesiące po utracie pracy w Polsce to jedynie 25 proc. poprzednich zarobków. Oznacza to, że po utracie pracy dochody spadają o 75 proc. Dla porównania – w kraju z najlepszym wynikiem spadek dochodów wynosi jedynie 17 proc.

Gorzej niż w Polsce jest tylko w Australii (15 proc.). Nieco lepiej jest w Wielkiej Brytanii (26 proc.) Poniżej ogólnej średniej znajdują się także: Kanada (55 proc.), Stany Zjednoczone (47 proc.) czy Niemcy (44 proc.)

Odezwa Rady Jedności Narodowej i Krajowej Rady Ministrów (3 października 1944)

Odezwa Rady Jedności Narodowej i Krajowej Rady Ministrów (3 października 1944)

Do Narodu Polskiego

Idea wolności kształtowała w ciągu wieków duszę Narodu Polskiego. Wolności tej nie kupowaliśmy za pieniądze. Walczyliśmy o nią, nie oglądając się na sprzymierzeńców, bezkompromisowo i w każdych warunkach. Bojownicy polscy rozsypali swe kości po całym świecie. Taka jest nasza historyczna tradycja.

Wierni tej tradycji podjęliśmy we wrześniu 1939 r. samotną walkę z przeciwnikiem, który rozporządzał ilościową i techniczną przewagą. Staliśmy się pierwszym szańcem, przez który przewaliła się machina wojenna Niemiec i rozpaliła drugą wojnę światową. Zostaliśmy pokonani, ale nie daliśmy się ujarzmić. Walczymy dalej jawnie na Zachodzie, broniąc wolności innych, i tajnie w Kraju, budując przyszłość Nowej Polsce.

W dniu 1 sierpnia 1944 r. podjęliśmy w Warszawie jawną walkę z Niemcami. Uczyniliśmy to w momencie, gdy wojska rosyjskie znalazły się na przedpolach Warszawy, gdy nasi Alianci Zachodni rozpoczynali zdecydowany marsz na Berlin, gdy Armia Krajowa z powodu zaangażowania w niej wielkich mas stawała się niemożliwą do ukrycia, gdy pragnienie wolności, nagromadzone w ciągu długich lat okupacji, stało się nie do powstrzymania, gdy wreszcie na tyłach frontu niemieckiego groziły nam masowe łapanki i wywożenie młodzieży polskiej oraz zniszczenie miasta.

Podjęliśmy jawną walkę w Warszawie nie w tej intencji, abyśmy sami mieli Niemców pobić. Byliśmy na to za słabi liczbą i uzbrojeniem. Liczyliśmy na pomoc Rosji i Aliantów Zachodnich.

Mieliśmy prawo na tę pomoc liczyć w czasie, gdy walki oddziałów Armii Krajowej na Wołyniu, Wileńszczyźnie, we Lwowie, Lublinie przyczyniały się walnie do ułatwienia sukcesów armii rosyjskiej, gdy polskie dywizje walczyły i krwawiły w imię wspólnej sprawy na polach Italii i Francji, na ziemi, morzach i w powietrzu.

Zawiedliśmy się. Skutecznej pomocy nie otrzymaliśmy. Zrzuty, które przyszły od Aliantów Zachodnich, zdobycie Pragi przez wojska ZSSR, rosyjska osłona lotnicza, rosyjskie zrzuty żywności, broni i amunicji – wszystko to nie było w porę i na miarę naszych potrzeb, i nie było skuteczne. Wskutek olbrzymiej przewagi ilościowej i technicznej Niemcy zdobywali jedną po drugiej opanowane przez nas dzielnice, a sytuacja nasza stawała się powoli beznadziejna.

Tak wygląda prawda. Potraktowano nas gorzej niż sprzymierzeńców Hitlera: Italię, Rumunię, Finlandię.

Walczyliśmy więc samotnie przez dziewięć tygodni. Walczyliśmy na gruzach Warszawy, na gruzach tego wszystkiego, co kochamy, co jest pamiątką naszej wielowiekowej przeszłości. Krew nasza wsiąkała obficie w świętą ziemię Polską.

A kiedy żołnierze nasi wystrzelili ostatnie zdobyte na nieprzyjacielu pociski, kiedy matki dzieci naszych nie miały ich czym nakarmić ani napoić, kiedy długie kolumny ludzi nie znajdowały już wody w wypróżnionych studniach, kiedy trupy umarłych z głodu zaczęliśmy wyciągać z piwnic – nie mieliśmy żadnych możliwości prowadzenia dalszej walki i przerywamy walkę.

Sierpniowe powstanie warszawskie z powodu braku skutecznej pomocy upada w tej samej chwili, gdy Armia nasza pomaga wyzwolić się Francji, Belgii i Holandii. Powstrzymujemy się dziś od sądzenia tej tragicznej sprawy.

Niech Bóg sprawiedliwy oceni straszliwą krzywdę, jaka Naród Polski spotyka i niech wymierzy słuszną karę jej sprawcom.

Z wojskowego punktu widzenia ponieśliśmy porażkę, przegraliśmy bowiem bitwę o Warszawę. Nie upadajmy jednak na duchu. Wprawdzie głównym celem powstania warszawskiego było opanowanie Stolicy, co nam się udało tylko częściowo, jednak powstanie miało jeszcze inny, nie mniej ważny, cel moralno-polityczny. I ten został przez nas osiągnięty.

Powstanie bez pomocy z zewnątrz, bez ciężkiej broni, amunicji, światła, wody, żywności, w walce z przeciwnikiem nowocześnie uzbrojonym i stosującym brutalnie wszelkie środki walki, przetrwało dziewięć tygodni. Nie była to więc niepoważna ruchawka wojskowa, lecz zbrojna manifestacja polityczno-wojskowa całego społeczeństwa, zdecydowanego walczyć do ostatniego tchu.

Powstanie warszawskie postawiło ponownie w końcowej fazie wojny przed światem problem Polski, nie jako problem przetargów dyplomatycznych gabinetów, ale jako zagadnienie wielkiego narodu, walczącego krwawo i bezkompromisowo o wolność, całość i sprawiedliwość społeczną w życiu ludzi i narodów, o szlachetne zasady Karty Atlantyckiej.

Bezcenna krew, którą przelaliśmy, straty jakie ponieśliśmy, nie pójdą na marne. Stanowią one olbrzymi kapitał polityczno-moralny, który przełamuje obojętność świata i na naszą korzyść przechyli szalę, gdy będą się decydowały wyniki polityczne tej wojny.

Sierpniowe powstanie warszawskie niech stanie się cementem, spajającym naród nasz w jednolitą bryłę, zespolenie się żołnierzy, robotników, chłopów i inteligencji, braterstwo lasu i barykady w walce przeciwko wspólnemu wrogowi, wspaniała dojrzałość i determinacja ludzi prostych – niech przypieczętuje wewnętrzną zwartość i moc Narodu naszego, istotną konsolidację naszego życia politycznego, niech nas zjednoczy na przyszłość tak, abyśmy mogli sprostać trudnym zadaniom, jakie przed nami postawi twarda rzeczywistość. Gdy taki jeszcze będzie rezultat sierpniowych walk w Warszawie, będziemy mogli spokojnie myśleć o przyszłości Polski.

Warszawa, Warszawa – legendarna Stolica Polski, jakże wiele razy w historii bohatersko zdała straszliwy egzamin na swych dymiących gruzach.

Bohaterami są żołnierze, których jedyną bronią przeciw czołgom, samolotom i działom były pistolety i butelki z benzyną. Bohaterami są kobiety, które pod kulami opatrywały rannych i przenosiły meldunki, które w zawalonych przez bomby lub pociski piwnicach gotowały posiłki, karmiły dzieci i dorosłych i wśród ginących ludzi zachowywały pogodę i spokój. Bohaterami są dzieci, które bawiły się spokojnie na dymiących gruzach i w piwnicach. Bohaterem jest lud Warszawy. I nieśmiertelny jest naród, który stać na takie powszechne bohaterstwo. Bo ci, którzy umarli, już zwyciężyli, a ci, którzy żyją – walczyć będą dalej, zwyciężą i dadzą ponowne świadectwo prawdzie, że Polska żyje, gdy żyją Polacy.

Rada Jedności Narodowej

Krajowa Rada Ministrów

Warszawa, dnia 3 października 1944

Powyższy tekst przedrukowujemy za książką „My tu żyjemy jak w obozie warownym”. Listy PPS-WRN Warszawa-Londyn 1940-1945, Wydawnictwo Puls, Londyn 1992.

Koniec z patologiami budowlanymi

Koniec z patologiami budowlanymi

Prezydent podpisał nowelizację przepisów z zakresu planowania i zagospodarowania przestrzennego.

Jak informuje portal gazetaprawna.pl, przyjęcie nowego planu miejscowego będzie teraz możliwe w 8-9 miesięcy. Dotychczas często trwało to latami.

To przewrót kopernikański w dziedzinie planowania. Upraszczamy przepisy tak, by gminy szybko i sprawnie uchwały plany ogólne i plany miejscowe. Koniec z bałaganem w przestrzeni polskich miast i wsi, koniec z niekontrolowanym rozlewaniem się zabudowy i patodeweloperką w miejscach do tego nieodpowiednich – powiedział minister rozwoju i technologii Waldemar Buda, cytowany w komunikacie.

Nowelizacja wprowadza nowe narzędzie planistyczne – plan ogólny, dokument w randze aktu prawa miejscowego, który będzie uchwalany obligatoryjnie dla całej gminy. Samorządy będą miały na to czas do 1 stycznia 2026 r.

Resort podkreśla, że plan ogólny będzie miał formę cyfrową, co rozwiąże obecne problemy, polegające na tym, iż w tradycyjnej, papierowej wersji studium i planów zagospodarowania narysowane w nich linie, np. oznaczające granice pomiędzy poszczególnymi strefami, nie są tak dokładne, żeby można je było zinterpretować co do metra kwadratowego na gruncie. Wersja cyfrowa będzie pozwalała na dowolne powiększenie mapy, więc będzie ona dużo dokładniejsza.

Nową formą planu miejscowego będzie zintegrowany plan inwestycyjny sporządzany na wniosek inwestora, który docelowo zastąpi uchwałę o ustaleniu lokalizacji inwestycji mieszkaniowej, wydawaną dotychczas na podstawie tzw. specustawy mieszkaniowej. Inwestor po podpisaniu z gminą umowy urbanistycznej będzie mógł zostać zobowiązany np. do budowy szkoły lub wsparcia takiej inwestycji.

W projekcie doprecyzowano przepisy dotyczące decyzji o warunkach zabudowy, m.in. przez możliwość określenia przez gminę w jakich terenach będą one wydawane czy też ograniczenie zasięgu obszaru analizowanego do 200 m.

Ustawa przewiduje też uruchomienie nieodpłatnego i dostępnego dla wszystkich zainteresowanych Rejestru Urbanistycznego prowadzonego online, który będzie wiarygodnym źródłem informacji o przestrzeni i wszystkich prowadzonych procedurach administracyjnych.

Sprawiedliwość klimatyczna i klasa społeczna

Sprawiedliwość klimatyczna i klasa społeczna

Zapewnienie sprawiedliwości klimatycznej oznacza wyjście poza zwyczajowe kręgi ekologiczne oraz uznanie roli i zajęcie się kwestią klas społecznych.

Dorastałem w surowych i jednocześnie wspaniałych osiedlach mieszkaniowych w Forfar, niedaleko Dundee. Moja mama, pielęgniarka, wychowywała mnie i brata samodzielnie. Nigdy nie spotkałem mojego ojca. Mój dziadek pracował całymi dniami w fabryce, moja babcia sprzątała nocami. W wieku 16 lat poproszono mnie o opuszczenie liceum. W wieku 17 lat byłem już na zasiłku dla bezrobotnych.

Poprzez różne zwroty akcji – okresy, gdy pracowałem jako muzyk, w biurze architektonicznym, jako doradca w urzędzie pracy – dobrnąłem na studia politologiczne na Uniwersytecie Strathclyde, zdobyłem tam stypendium na studia magisterskie i doktoranckie. Obecnie jestem doktorantem w dziedzinie polityki energetycznej. Koncentruję się na sprawiedliwości społecznej, równości i sprawieniu, aby technologie niskoemisyjne działały z korzyścią dla ludzi. Niewiele dzieciaków z osiedli w Forfar tu trafia.

Większość moich starych kumpli wciąż jest tam w domu, zajmując się pracą w swoich zawodach i wychowując dzieci. Niektórzy siedzą w więzieniu, po raz drugi lub trzeci. Inni przeszli przez piekło walki z narkotykami, piciem i problemami psychicznymi.

Uwielbiam Forfar, miejsce wspólnoty i bliskości. Ale jak każdy obszar koncentracji klasy robotniczej o wysokim poziomie deprywacji, charakteryzuje się on psychospołecznymi i ekonomicznymi złożonościami. Ludzie tacy jak ja, ludzie z klasy robotniczej, z miejsc takich jak Forfar, nieczęsto kończą na debatach z naukowcami i decydentami o tym, jak najlepiej projektować systemy energetyczne.

Często w ogóle nie kończymy w środowisku akademickim, a już na pewno nie w wysoko cenionych dziedzinach, takich jak badania zmiany klimatu i polityka energetyczna. Boże, czyż ja się o tym nie przekonałem.

Często czuję się nie na miejscu, kiedy porównuję swój własny akcent – naturalnie zuchwały północno-wschodni – z akcentem innych osób w mojej pracy; ogólnie reprezentujących klasę średnią, poprawny angielski. To jak butelka Buckfasta [taniego napoju winnego – przyp. tłum.] podczas degustacji win organicznych.

Przez lata łapałem się na tym, że „czyszczę” swój sposób mówienia, żeby się dopasować, a to coś, czego nienawidzę i z czym teraz walczę. Ale wzdrygam się, gdy wyobrażam sobie, co pomyśleliby przyjaciele z okolicy mojego dorastania, słysząc, jak gadam o dekarbonizacji i „sprawiedliwej transformacji” neutralnym tonem szkockiego reportera pogodowego.

Mieć jednocześnie syndrom oszusta w pracy, jak i czuć się klasowym zdrajcą – to doprowadza mnie szału.

Zabieranie miejsca

Kwestie energii i zmiany klimatu zostały zdominowane w Wielkiej Brytanii przez białą klasę średnią; mądrych ludzi, słusznie zaniepokojonych załamaniem się naszych systemów ekologicznych i pilną pracą, jaką potrzebujemy wykonać, aby ograniczyć emisje, nie mających bezpośrednio związków z realiami ubóstwa, nierówności i niesprawiedliwości, które są nieodłączne od problemów ekologicznych.

Bardziej radykalne przestrzenie dla aktywistów zajmują głównie ludzie będący kilka poziomów ponad długotrwałymi problemami społecznymi czy ekonomicznymi. Stworzyło to niepotrzebną przepaść między „zainteresowaniem uprzywilejowanych problemami klimatycznymi” przez słodziaków z klasy średniej a „prawdziwymi” obawami dotyczącymi niesprawiedliwości społecznej i ubóstwa, z którymi tak wielu ludzi zmaga się na co dzień.

A to nie są odrębne kwestie. Przyczyny i rozwiązania kryzysu klimatycznego odnoszą się do sprawiedliwości społeczno-ekonomicznej. Chociaż generują ułamek emisji powodowanych przez zamożne osoby i korporacje, najubożsi doświadczają najgorszych skutków zdrowotnych wynikających z zanieczyszczenia powietrza, płacą więcej za energię i są narażeni na ubóstwo energetyczne i wykluczenie z powodu zaniedbanego, nieodpowiadającego na potrzeby transportu publicznego. Dotyczy to w szczególności kobiet, osób niepełnosprawnych i osób niebiałych.

Ponieważ przemysł odmawia spełniania nowych celów w zakresie redukcji emisji, społeczności i pracownicy są zmuszani do ponownego przemyślenia kwestii własnej pracy zawodowej i lokalnych perspektyw. Ludzie znajdujący się na skraju tych społeczno-ekonomicznych skutków i systemowych niesprawiedliwości są znacznie mniej reprezentowani w przestrzeniach dyskusji o klimacie. To jest tragedia.

Równość i sprawiedliwość są nierozerwalnie związane ze zmianą klimatu. Mówimy o „sprawiedliwej” transformacji, o unikaniu pogłębiania się nierówności, gdy dbamy o czystość naszego postępowania, aby nikogo nie pozostawić w tyle. Ludzie ze środowisk akademickich, politycznych i aktywistycznych forsują tę perspektywę, ponieważ nasza praca na rzecz dekarbonizacji energetyki, przemysłu i transportu oferuje również prawdziwy potencjał społeczny.

Stworzenie rozbudowanego systemu transportu publicznego może ograniczyć emisje i połączyć wykluczone społeczności, tworząc miejsca pracy i wypoczynku. Termomodernizacja domów i instalowanie paneli słonecznych zmniejszy nasz ślad węglowy – i obniży rachunki za energię u najbardziej narażonych rodzin o niskich dochodach, zmniejszając w ten sposób ubóstwo.

Nowe zielone miejsca pracy nie tylko oczyszczą przemysł, zmniejszą bezrobocie i zbudują relacje między przemysłem a społecznością, aby utrzymać te społeczności przy życiu. Obniżenie emisji stwarza moment formacyjny, kluczowy do ponownego wyobrażenia sobie systemów społecznych i gospodarczych, naprawienia historycznych niesprawiedliwości i zajęcia się prawdziwymi problemami społecznymi.

Mamy teraz okazję, aby zmierzenie się z jednym z największych problemów świata pomogło zmniejszyć dotkliwość innego. Stworzenie zupełnie nowego zestawu narzędzi politycznych do walki z problemami ubóstwa i nierówności powinno ekscytować i angażować zarówno osoby zajmujące się polityką społeczną, jak i działaczy na rzecz walki z ubóstwem. Mnie to ekscytuje.

Podziały

A jednak rozłam ma się dobrze. Nie pogodziliśmy słodziaków z klasy średniej i „prawdziwych” problemów. Osoby znajdujące się na skraju ubóstwa i systemowej niesprawiedliwości są niedostatecznie reprezentowane, wykluczane z projektowania i prowadzenia kampanii na rzecz rozwiązań klimatycznych.

Zwycięzcy i przegrani transformacji energetycznej odzwierciedlają historyczne nierówności. Faworyzuje się kapitał i korporacje, pozostawiając kolejny raz na marginesie społeczności, pracowników i ludzi, którzy doświadczają niesprawiedliwości. Proces ten ma charakter systemowy – ale musimy wziąć za to odpowiedzialność.

Niewygodna prawda jest taka: nowe narzędzia sprawiedliwości mogą zdziałać tylko tyle, ile mogą, jeśli na placu budowy pracują ludzie bez doświadczenia niesprawiedliwości i nierówności. Nasz sektor pozostaje bardzo biały i bardzo klasośredni. To wpływa na rozwiązania, które projektujemy i akceptujemy. To przez to właśnie skupiliśmy się tak bardzo na „zielonych wyborach konsumenckich”. To dlatego mówimy o decyzjach dla gospodarstw domowych o średnich dochodach, zamiast naciskać na zmiany systemowe i wykorzystywać społeczne i ekonomiczne możliwości dla korzyści osób i społeczności z klasy robotniczej, które wiążą się z przejściem na gospodarkę zeroemisyjną.

Ponieważ w dyskusjach klimatycznych dominują głosy klasy średniej, skupiamy się na rozwiązaniach dla klasy średniej.

Jednak powtarzam: rozumiemy kwestie sprawiedliwości. Wiemy, gdzie leżą nierówności społeczno-ekonomiczne i słabości, rozumiemy, w jaki sposób karmią się one i są karmione problemem transformacji energetycznej. Wysłuchaliśmy społeczności, wysłuchaliśmy ich obaw i uwzględniliśmy je w naszych modelach, badaniach i materiałach kampanii.

To wszystko jest dobre, słuszne i odważne. Ale to zdecydowanie za mało. Zrozumienie tego nie spowodowało redystrybucji władzy i zasobów. Nie możemy dostarczać rozwiązań, które umożliwią prosperowanie wszystkim grupom społecznym, jeśli dyskusja obejmuje tylko jedną grupę.

Sprawiedliwe przejście do społeczeństwa zeroemisyjnego oznacza więcej niż zrozumienie, czym jest sprawiedliwość. Oznacza zaangażowanie większej liczby osób, które żyły w niesprawiedliwości, w projektowanie polityki, środowisko akademickie i aktywizm.

Nie możemy polepszyć sprawiedliwości klimatycznej „na odległość”, nawet przy najlepszych intencjach. Nadreprezentacja zamożniejszych społeczności w optyce klimatycznej może nas zaprowadzić tylko do połowy tej drogi.

Włączanie

Zmiana systemowa na taką skalę, jakiej potrzebujemy, aby walczyć z kryzysem klimatycznym – i to uczciwie – nie nastąpi, jeśli obejmie tylko beneficjentów obecnego systemu. Musimy włączyć do niej ludzi, którzy musieli wybierać między ogrzewaniem a jedzeniem, między ubraniem, wypoczynkiem i uzależnieniem.

Musimy zatrudniać ludzi ze społeczności wykluczonych i niedostatecznie reprezentowanych, nawet jeśli nie są „wykwalifikowani”. Aby skutecznie złagodzić zmiany klimatyczne, musimy sprawić, by ludzie z klasy robotniczej, którzy odczuwają najgorsze skutki społeczne i niesprawiedliwości, mogli kontynuować pracę przy łagodzeniu ich. Nie mam na myśli tylko słuchania o ich dotychczasowych doświadczeniach. Mam na myśli angażowanie takich ludzi w działania i tworzenie im możliwości do przewodzenia debacie i działaniu.

Z takim punktem wyjścia możemy lepiej agitować na rzecz prawdziwej redystrybucji i sprawiedliwości oraz projektować wyjścia, nie tylko w celu rozwiązania problemów klasy robotniczej, ale z ludźmi z klasy robotniczej przy stole. To nie jest nowy pomysł i z pewnością nie dotyczy wyłącznie klimatu, ale to coś, co musimy zrobić, aby rzucić wyzwanie wizerunkowi walki o klimat jako problemu jedynie klasy średniej – i wykorzystać tę szansę dla dobra społecznego i gospodarczego.

Możemy również pracować ciężej, aby rozszerzyć działalność, budując sojusze poza tradycyjnie należącymi do klasy średniej kręgami klimatycznymi, energetycznymi i ekologicznymi. Organizacje zajmujące się klimatem i środowiska badaczy potrafią być duszne. Lubimy rozmawiać z podobnymi sobie. Kiedy współpracujemy, to głównie z innymi kampaniami na rzecz klimatu i zrównoważonego rozwoju, z ministerstwami energii i środowiska itp. A ponieważ te przestrzenie są zdominowane przez klasę średnią, utrwala to cykl wykluczenia i pozbawia nas ważnych spostrzeżeń i możliwości współpracy.

Musimy współpracować z doświadczonymi działaczami na rzecz walki z ubóstwem, z grupami społecznymi, które nie walczą wcale o „zrównoważenie” czegokolwiek, z działaczami na rzecz sprawiedliwości społecznej i związkami zawodowymi oraz z całym społeczeństwem obywatelskim. Musimy oferować wizję sprawiedliwości społecznej zarówno ludziom „nieklimatycznym”, jak i „klimatycznym”.

Wielkie zmiany wymagają skoordynowanych działań ze strony szerokiego forum. Jeśli chcemy poważnie potraktować sprawiedliwą transformację, najpierw musimy poważnie podejść do kwestii sprawiedliwości.

Dobra wiadomość jest taka, że wprowadzenie tych zmian nie wymaga ogromnego wysiłku – poza całą zmianą systemową. Z łatwością możemy zatrudnić osoby bez tradycyjnych kwalifikacji do badań klimatu lub projektowania polityki. Możemy łatwo dotrzeć do działaczy na rzecz sprawiedliwości społecznej. Możemy z łatwością połączyć te różnorodne perspektywy, aby uzyskać bogatszą, bardziej ekspansywną, dostatnią i sprawiedliwą transformację.

Dlatego trzymam się mojego akcentu, nawet gdy zalewają mnie fale syndromu oszusta i zdrady klasowej.

Akcenty są ważne. Potrzebujemy więcej akcentów – takich jak mój oraz wielu innych – aby doprowadzić do przejścia do gospodarki zeroemisyjnej w sposób, który rozwiąże również problem ubóstwa i nierówności oraz stworzy nowe możliwości.

Jeśli pogodzimy te sprawy, staną się one znacznie większą sumą niż ich części.

W głębi serca nadal jestem dzieckiem z klasy robotniczej, choć pracuję w polu należącym do klasy średniej. Ale moje dwie strony nie są w konflikcie. Kiedy teraz wracam do Forfar, zauważam różne rzeczy. Za każdym razem widzę kilka paneli słonecznych więcej. Na wzgórzach dostrzegam jeszcze kilka turbin. Widzę moich przyjaciół i ich wspaniałe rodziny, i czuję to anty-nostalgiczne ukłucie, wiedząc, że niektórych członków starej społeczności już tam nie ma; straciliśmy ich.

U podstaw tego wszystkiego leży rozczłonkowanie, które nie powinno istnieć. Rozdźwięk między ekscytującymi nowymi technologiami i czystszą planetą z jednej strony, a ludźmi, którzy odnieśliby z nich największe korzyści, z drugiej.

Te kwestie nie są rozłączne. Wręcz przeciwnie. To nowe źródła energii, które tylko czekają na podłączenie do gniazdek.

Fraser Stewart

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej ciwem.org. Tytuł polskiego przekładu został lekko zmodyfikowany.

Zdjęcie w nagłówku tekstu Benita Welter z Pixabay.

Etat dla każdego?

Etat dla każdego?

Nadchodzą gigantyczne zmiany w prawie. Unia Europejska wymusi wprowadzenie do naszych przepisów domniemania zatrudnienia na etacie.

Jak informuje portal Business Insider, wymóg domniemania zatrudnienia na etacie wynika z projektu dyrektywy w sprawie poprawy warunków pracy za pośrednictwem platform internetowych dla pracowników takich jak kurierzy, kierowcy czy dostawcy jedzenia.

Takiego domniemania nie sposób ograniczyć jednak wyłącznie do zatrudnionych za pośrednictwem internetowych platform. Będzie ono miało zastosowanie do wszystkich zatrudnionych w polskiej gospodarce, zarówno w firmach prywatnych, jak i w sferze publicznej. Domniemanie zatrudnienia na etacie będzie więc dotyczyło zarówno 1 mln osób wykonujących w Polsce zlecenia, jak i ok. 1,5 mln prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą.

 

Zakazać smartfonów w szkołach?

Zakazać smartfonów w szkołach?

UNESCO w najnowszym raporcie rekomenduje wprowadzenie globalnego zakazu używania smartfonów w szkołach.

Jak informuje Głos Nauczycielski, taki zakaz pomoże uczniom poprawić wyniki w nauce i zwiększy dyscyplinę na lekcjach. Rekomendacje zapisano w nowym raporcie UNESCO na temat szkolnictwa:”Global Education Monitor”. Organizacja ostrzega w nim przed nadmiernym wykorzystywaniem technologii w edukacji. Według UNESCO nadmierne korzystanie ze smartfonów wiąże się z obniżaniem wyników w nauce i ma negatywny wpływ na stabilność emocjonalną dzieci. Poważnym problemem, według organizacji, staje się też cyberprzemoc dzieci wobec dzieci, z którą szkoły nie potrafią sobie radzić.

Według raportu UNICEF, technologie cyfrowe w ogóle, w tym sztuczna inteligencja, muszą być podporządkowane „wizji edukacji skoncentrowanej na człowieku” – nie mogą zastępować bezpośredniej interakcji z nauczycielem.

UNESCO wskazuje jednocześnie, że spośród dwustu krajów, które zostały uwzględnione w raporcie, jedna szósta wprowadziła dotychczas ograniczenia dotyczące używania smartfonów w szkołach. Wśród nich jest między innymi Francja, która zakazała telefonów uczniów w 2018 roku, i Holandia, która wprowadza taki zakaz od nowego roku.

15 lipca, w światowym dniu Bez Telefonu Komórkowego, Instytut Spraw Obywatelskich wystosował specjalny apel do MEiN, w którym zaproponował wprowadzenie odgórnego zakazu używania przez dzieci telefonów komórkowych w szkołach. „To statut szkoły określa zasady ich używania w placówce” – odpowiedziało Ministerstwo Edukacji i Nauki.

Rekord na kolei

Rekord na kolei

Średnio w ciągu 2022 roku statystyczny mieszkaniec Polski podróżował koleją przynajmniej 9,1 razy, czyli odbył niemal o trzy podróże więcej niż rok wcześniej.

Jak podaje Urząd Transportu Kolejowego, w 2022 roku z usług kolei skorzystało 342,2 mln osób – najwięcej w tym stuleciu. Pociągiem najwięcej osób podróżowało w województwie mazowieckim (96,4 mln) i pomorskim (63,6 mln). Największą dynamikę wzrostu liczby pasażerów rok do roku odnotowano w województwie podkarpackim (73 proc.), małopolskim (64 proc.) i lubelskim (55 proc.).

Jednocześnie UTK zaznaczył, że wskaźnik wykorzystania kolei w Polsce nadal jest poniżej średniej europejskiej, co pokazuje duży potencjał do rozwoju przewozów pasażerskich w naszym kraju.

UTK podał, że koleją najczęściej podróżowali mieszkańcy Szwajcarii (50,1 razy w ciągu roku), Luksemburga (33,6 razy) i Danii (31,3 razy).

Brak psychologów w szkołach

Brak psychologów w szkołach

W 450 gminach nie ma pedagoga szkolnego. Do wypełnienia zapisów ustawy, mówiących, że musi być on w każdej szkole, został jedynie rok.

Jak informuje portal Rynek Zdrowia, zakładana liczba ma być osiągnięta 1 września 2024. Uczelnie co roku wypuszczają tysiące psychologów – niestety nie chcą oni pracować w prowincjonalnych szkołach. Organy prowadzące mają środki na ich zatrudnienie, zatem to nie kwestia pieniędzy.

W poniedziałek Fundacja GrowSPACE przedstawiła na konferencji prasowej dane dotyczące psychologów szkolnych. Wcześniej fundacja wystosowała zapytanie dotyczące liczby planowanych etatów, obsadzonych etatów oraz wakatów psychologów szkolnych do wszystkich gmin, powiatów oraz miast na prawach powiatów w Polsce. Odpowiedzi udzieliło 91 proc. samorządów w Polsce, a informacje pochodzą -z zatwierdzonych arkuszy organizacyjnych szkół publicznych.

50 gmin odpowiedziało fundacji, że nie mają ani jednego obsadzonego etatu psychologa szkolnego. Najtrudniejsza sytuacja jest w woj. podkarpackim. Tam braki w szkołach podstawowych sięgają aż 52 proc. Z zebranych danych wynika też, że problem braku psychologów szkolnych nasila się poza dużymi miastami, w gminach miejskich i miejsko-wiejskich.

1 września 2022 r. weszły w życie zapisy nowelizacji Karty Nauczyciela wprowadzające standardy zatrudnienia w szkołach nauczycieli specjalistów: pedagogów, pedagogów specjalnych, psychologów, logopedów lub terapeutów pedagogicznych.

Zgodnie w nimi, w latach szkolnych 2022/2023 i 2023/2024, łączna liczba etatów specjalistów nie może być niższa niż: 1,5 etatu, który powiększa się o 0,2 etatu na każdych kolejnych 100 dzieci lub uczniów – jeżeli liczba dzieci lub uczniów przekracza 100; 1 etat – jeżeli liczba dzieci lub uczniów przekracza 50 i nie przekracza 100; 0,5 etatu – jeżeli liczba dzieci lub uczniów przekracza 30 i nie przekracza 50; 0,25 etatu – jeżeli liczba dzieci lub uczniów wynosi od 1 do 30. Na ten cel w roku 2022 subwencja oświatowa ma być zwiększona o 514,5 mln zł ze środków rezerwy celowej budżetu państwa przeznaczonej na zmiany systemowe w finansowaniu jednostek samorządu terytorialnego, w tym w finansowaniu zadań oświatowych.

Rok szkolny 2022/2023 i 2023/2024 traktowane są jako okres przejściowy. Docelowo od roku szkolnego 2024/2025 normy mają być inne – łączna liczba etatów specjalistów nie może być niższa niż: 2 etaty, które powiększa się o 0,2 etatu na każdych kolejnych 100 dzieci lub uczniów

Szóste mieszkanie z podatkiem, pierwsze bez

Szóste mieszkanie z podatkiem, pierwsze bez

Nowelizacja ustawy znosi podatek od czynności cywilnoprawnych przy zakupie pierwszego mieszkania na rynku wtórnym. Wprowadza natomiast 6 proc. stawkę PCC od zakupu szóstego i kolejnego mieszkania.

Jak pisze Portal Samorządowy, najważniejsza zmiana polega na zniesieniu PCC w przypadku zakupu pierwszego mieszkania na rynku wtórnym. To oszczędność nawet kilkunastu tysięcy złotych, które można przeznaczyć np. na remont łazienki czy meble do kuchni. Jednocześnie wprowadzono 6 proc. stawkę PCC od zakupu szóstego i kolejnego mieszkania. – Chcemy w ten sposób ograniczyć hurtowy wykup mieszkań, który winduje ceny nieruchomości z całym kraju – wyjaśnił minister Waldemar Buda.

Rozwiązania dotyczące zmian w podatku PCC, możliwość kupna gruntów przez przedsiębiorców mających je dotychczas w użytkowaniu wieczystym oraz wsparcie Społecznych Agencji Najmu (SAN) znalazły się w podpisanej przez prezydenta noweli ustawy o samorządzie gminnym, ustawy o społecznych formach rozwoju mieszkalnictwa, ustawy o gospodarce nieruchomościami, ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych oraz niektórych innych ustaw.

Większość przepisów podpisanej ustawy wejdzie w życie po upływie 30 dni od dnia ogłoszenia.

Pociągi wrócą do Bełchatowa

Pociągi wrócą do Bełchatowa

Następna dobra wiadomość ze świata kolei. Połączenia kolejowe spoją Bełchatów z Piotrkowem Trybunalskim i Łodzią.

Jak pisze serwis wnp.pl, pociągi przestały dojeżdżać do Bełchatowa już w 2000 roku. Umowę na przygotowanie dokumentacji projektowej wraz z pełnieniem nadzoru autorskiego dla projektu „Modernizacja i elektryfikacja linii kolejowej nr 24 na odcinku Piotrków Trybunalski – Bełchatów z wydłużeniem do Bogumiłowa” podpisano w poniedziałek na nieczynnym obecnie przystanku kolejowym Bełchatów Miasto.

Odbudowa linii kolejowej między Bełchatowem i Piotrkowem oraz jej wydłużenie realizowana będzie w ramach rządowego programu Kolej Plus. W ramach inwestycji przebudowane zostaną około 34 km jednotorowej linii kolejowej nr 24 na odcinku Piotrków Trybunalski – Bełchatów – Zarzecze oraz wybudowany ok. 7 km odcinek między Zarzeczem a Bogumiłowem. Trasa zostanie zelektryfikowana. Pociągi pasażerskie będą mogły poruszać się po niej z prędkością 120 km/h, a w przyszłości do 160 km/h. Szacuje się, że po przebudowie linii czas przejazdu z Bełchatowa do Piotrkowa Trybunalskiego wyniesie 22 minuty, a do stolicy województwa łódzkiego – 1 godz. 26 minut.

Mieszkańcy zyskają też lepszy dostęp do kolei dzięki budowie siedmiu nowych przystanków kolejowych: Wola Krzysztoporska, Korczew, Bełchatów Miasto, Kurnos, Zarzecze, Trząs, Bogumiłów.

Szacowana wartość całej inwestycji to 662 mln zł, w tym wkład własny samorządów to 99,2 mln (Województwo Łódzkie – 38,1 mln, miasto Bełchatów – 30,6 mln, Kleszczów – 24,5 mln, gmina Bełchatów – 5 mln, gmina Wola Krzysztoporska – 1 mln).

Modernizacja linii kolejowej ma zostać ukończona do 2029 roku.

Andrzej Stawar: Zachód w Polsce (1927)

Andrzej Stawar: Zachód w Polsce (1927)

Zachodowość Polski, przynależność Polski do Zachodu, stanowi jeden z najulubieńszych motywów w rozważaniach ideologicznych przedstawicieli polskiej inteligencji burżuazyjnej. Podkreślana ostentacyjnie i ambitnie zachodowość owa staje się, dzisiaj zwłaszcza, pewnym hasłem organizacyjnym. Zjawisko to odnieść można zresztą nie tylko do samej Polski – ma ono znaczenia ogólniejsze, zwłaszcza w zastosowaniu do burżuazji tak zwanych młodych narodów europejskich (Rumunów, Serbów i innych; prądy podobne istnieją również wśród Ukraińców). Najcharakterystyczniejsze jest to, że równocześnie wewnątrz społeczeństw zachodnioeuropejskich powstają całe teorie historiozoficzne mówiące o upadku Zachodu właśnie, a co ważniejsze, teorie owe podkreślają tylko bardzo wydatne tendencje rozwoju stosunków gospodarczo-politycznych (załamywanie się kapitalizmu, wyzwoleńcze dążności ludów kolonialnych itd.). Choćby dla samego tego przeciwstawienia warto zająć się rozpatrzeniem tych haseł i ich konkretnego znaczenia dla burżuazji tych narodów, traktowanych jako młode przez burżuazyjny Zachód.

Przede wszystkim co oznacza samo pojęcie „Zachód” wzięte najogólniej. Niezmiernie często używane ono było i bywa obecnie w różnych idealistyczno-dogmatycznych koncepcjach historyków burżuazyjnych w sensie przeciwstawienia pewnych dogmatycznie ustalonych cech „dwóch światów” (traktowane często, szczególnie u nas, w naiwny sposób, jako przeciwstawienie „dobra i zła” i „białego i czarnego”), co tworzy materiał dla rozumowań w duchu popularnej uczonej szarlatanerii.

Niepodobna więc mówić o „Zachodzie” i „Wschodzie” w tym znaczeniu. Natomiast można „Zachód” rozumieć relatywnie jako pewne przeciwstawienie dialektyczno-historyczne, określane raczej przez pewną koniunkturę historyczną, a nie przez zespół cech stałych. Rozumiane w ten sposób przeciwstawienie między krajami Zachodu Europy a resztą globu (bynajmniej nie między „Zachodem” a „Wschodem” – podkreślam to, aby zapobiec ewentualnym nieporozumieniom), zwłaszcza w perspektywie historycznej ostatnich kilku wieków – przeciwstawienie to, powtarzam, ma swoje głębokie uzasadnienie.

W okresie tym kraje zachodu Europy w stosunku do reszty globu odgrywały rolę taką, jaką przed dwoma, trzema tysiącami lat spełniały kraje położone nad Morzem Śródziemnym w stosunku do krajów ościennych (a między innymi i do krajów dzisiejszego zachodu Europy). Kraje śródziemnomorskie nadawały wówczas pewien cywilizatorski kanon życiu, wytworzyły pewien typ gospodarki, miarodajny dla innych typ ustroju społecznego, poziom techniczny życia, jego urządzeń itd., co razem wzięte można by właśnie określić jako rolę cywilizatorską owych krajów.

Coś podobnego w ciągu ostatnich kilku stuleci spełniały kraje zachodu Europy, tylko na skalę niesłychaną w dotychczasowej historii ludzkości, bo w stosunku do olbrzymiej części globu, obejmując w XIX wieku całą niemal kulę ziemską siecią imperializmu gospodarczego i rozszerzając ją niepowstrzymanie aż do ostatnich czasów. Ta właśnie rola zachodnich krajów Europy stanowi bardzo istotna podstawę do przeciwstawiania „Zachodu” reszcie świata, mnie lub więcej biernie poddającej się owym wpływom.

Czyli że zachodowe ambicje burżuazji polskiej (zarówno jak burżuazji rumuńskiej czy serbskiej), ambicje reprezentowania tego, co w dziedzinach kultury i ekonomiki zrobił zachód Europy, mają poniekąd pewne uzasadnienie (subiektywnie) wystarczające. Stwierdzenie tego może być punktem wyjścia dla oceny pewnego całokształtu ustosunkowali społecznych. Ale samo zagadnienie oddziaływania Zachodu europejskiego na bliżej położone kraje sąsiadujące z nimi posiada inną stronę niezmiernie ciekawą – tym bardziej, że ujawnia się ona szczególnie jaskrawo właśnie w Polsce.

Zasadniczy warunek trwałej ekspansji form zarówno bytowych, jak i ustrojowych, stanowi ich wyższa (w danych stosunkach) skuteczność życiowa – to jest bezsporne. Mówi się wtedy o wyższości nowych form, przyniesionych z zewnątrz, nad dawnymi. Jeżeli teraz przyjmiemy ogólnie, że jakieś określone społeczeństwo o pewnym zróżnicowaniu klasowym podlegnie przez dłuższy okres czasu oddziaływaniu tego rodzaju wyższych (absolutnie czy tylko relatywnie) form, to stosunki wewnętrzne tego społeczeństwa zmienić się muszą radykalnie. Daleko trudniej bywa określić kierunek tych zmian, nie ulega bowiem wątpliwości, że wystąpią tu pewne powikłania rozwoju, wywołane przez kombinowanie się nowych wpływów z dawnymi tendencjami, przy czym pierwsze do pewnego stopnia popierają drugie.

Wyjaśnię to na przykładach. Będą one może nieco ogólnikowe i nieco (w stosunku do interesującego nas zagadnienia) jaskrawe, ale tym łatwiej będzie na nich uwydatnić mechanizm przemian w innych, bardziej skomplikowanych wypadkach ukryty, działający cząstkowo, lecz nie mniej wydatnie.

Weźmy ogólny przykład jakiegoś osiadłego plemienia barbarzyńskiego z pewnymi śladami podziału społecznego na tle przywilejowo-ekonomicznym. Przypuśćmy, że plemię to styka się z kupcami europejskimi i otrzymuje od nich drogą handlu wymiennego pewną ilość nowych towarów, nowej skuteczniejszej broni itp. Otóż jest rzeczą jasną, że te nowe nabytki znajdą się przede wszystkim w rękach grup uprzywilejowanych, silniejszych ekonomicznie. W dalszym rozwoju stosunków nabytki te powiększą niezawodnie arsenał środków służących posiadaczom, pozwolą im zwiększyć eksploatację grup podwładnych do rozmiarów, o jakich dawniej być może marzyć nie mogli [1]. Położenie klasy niższej zmieni się na gorsze wobec nowych środków walki w rękach wyzyskiwaczy, środków, które wyzyskiwanym jest o wiele trudniej opanować, będą oni bezbronni tym bardziej, iż wiekowe nawyki ciążą nad nimi bez porównania silniej.

Naturalnie w zastosowaniu do konkretnych wypadków wywód powyższy wydać się musi zbyt uproszczony. Niemniej jednak uwydatnia się tu w formie najprostszej mechanizm samego procesu w stosunku do ustrojów bardzo prymitywnych. Ale to samo może się dziać i dzieje się istotnie w warunkach nieskończenie bardziej skomplikowanych – przez setki i setki lat. Wejście form wyższych obcych nie tylko rozrywa gwałtowne istniejące ustosunkowania, ale i stwarza częstokroć nieproporcjonalną różnicę kulturalną (a to nie tylko stopnia, lecz samego zakresu kultury [2]). Do ideologii klas wyższych zawsze wchodzi swoiste „kulturtraegerstwo”, poczucie wyższości kulturalnej nad klasami ciemiężonymi. Owóż to „kulturtraegerstwo” tutaj, w wypadkach omawianych, dochodzi do rozmiarów wprost potwornych. Różnice między klasami mają bowiem tendencję do wzrastania absolutnego. Mają one też znaczenie absolutne, zwłaszcza w walce klasowej.

Jest jedna olbrzymia dziedzina, która odgrywa rolę decydującą w stosunkach międzyklasowych – to sprawy militarne. Historia ruchów ludowych zna przykłady powstań, które posiadały, zdawałoby się, wszystkie warunki powodzenia: masowość, obejmowanie całego danego kraju itd., a które zostały stłumione wysiłkiem stosunkowo niewielkim, dzięki wyższości militarnej klas uprzywilejowanych [3].

Zresztą tych rzeczy nie można ujmować jedynie w fazach ostrych wybuchów. W pozornie cichych przebiegach codziennej „pokojowej” walki klasowej o przytłumionym echu, czynniki owe działają może jeszcze silniej przez wydobywanie jednych a tłumienie innych cech świadomości w masach uciskanych.

Trzeba tu wziąć pod uwagę wielkiej doniosłości fakt społeczno-psychologiczny: ocena swej zdolności do walki, która się odbywa odruchowo, instynktownie, jako wynik oceny szeregu codziennych starć. Wielkie efektowne przełomy historyczne są bardzo często wyrazem wcześniejszego obrachunku sił. Takie przełomy w stanowisku danej klasy zachodzą też niekiedy prawie niedostrzeżenie. Jeżeli idzie o kraje zacofane gospodarczo i kulturalnie – to odbywające się stale zasilanie klas posiadających zdobyczami z zewnątrz, odbija się decydująco na możliwościach wewnętrznej walki klasowej.

Aby jeszcze bardziej nie schematyzować i tak już nader schematycznego przedstawienia rzeczy, nie dałem wyżej ogólnego sformułowania

Istota zagadnienia polega na tym, że proces formowania się nadbudowy [4], pojętej w jak najszerszym znaczeniu, w krajach gospodarczo zacofanych ma swój przebieg szczególny właśnie dzięki oddziaływaniom wyższej techniki oraz wyższych form organizacji, eskamotowanym [eskamotować – zręcznie coś ukryć lub skraść – przyp. redakcji NO] przez klasy uprzywilejowane.

Trzymając się ram porównania, aby uwypuklić całą rzecz można by powiedzieć, że gdy formowanie się nadbudowy, w krajach o typie, w danym wypadku, miarodajnym (typie „wyższym”) dałoby się w pewnym sensie charakteryzować jako organiczne (przy czym owa „organiczność” będzie tu znowu raczej przenośnią niż stwierdzeniem jakichś cech stałych), to w wypadkach krajów, które nas tu szczególnie interesują – krajów zacofanych – proces ten dałby się przedstawić jako deformacja rozwojowa w bardzo określonym kierunku. Mechanizm tych deformacji usiłowałem przedstawić wyżej. Zastrzegam się zresztą, że są to sprawy nie podlegające jakiemukolwiek dogmatyzowaniu, że granice przebiegów są tu niesłychanie płynne i że niezmiernie trudno byłoby tu robić jakąś grubą robotę segregacyjną. Tymczasem można poprzestać na wskazaniu niesłychanej ilości faktów potwierdzających wywody powyższe, faktów dostępnych nawet dla najbardziej powierzchownej analizy [5].

Wszędzie tu mamy do czynienia z faktem, że nadbudowa ideologiczna i prawna danego ustroju wpływ swój rozciąga długo jeszcze po upadku form, które je wytworzyły. Masy ludowe z reguły niemal bywają zaskoczone, zdezorientowane przez przełom dokonany w życiu przez wzmożoną dzięki niemu eksploatację, a nie orientując się w nowych stosunkach oczekują ratunku od starych urządzeń, które już dawno zmieniły swój sens. Przecież jeszcze w 1905 roku masy robotników dzisiejszego Leningradu dały się prowadzić na manifestacje z portretem cara, z naiwną ufnością w jego pomoc. Tutaj też mamy źródło licznych „cnót” feudalnych, jakimi odznaczają się przeważnie społeczeństwa świeżo przyswojone kapitalizmowi – ku ogromnemu zbudowaniu publicystów burżuazyjnych, którzy zdołali już w sposób najprostoduszniejszy zapomnieć historię własnej klasy (w Polsce w swoim czasie bardzo modna pod tym względem była Japonia).

Utrzymanie takiego stanu absolutnej dezorientacji, uniemożliwiającej prowadzenie celowej walki, jest naturalnie klasom panującym bardzo na rękę. Wysilają się więc one wszelkimi sposobami, aby ten stan zacofania, nieświadomości przedłużyć – co się na ogół udaje przy pewnym nakładzie sprytu i sprężystości. Inna rzecz, że dalszy rozwój świadomości klasowej może być piorunująco szybki, jak to widzimy w dziejach proletariatu rosyjskiego, a ostatnio chińskiego Tu wchodzą jednak w grę czynniki przyspieszające znaczenia ogólniejszego, których teraz omawiać nie będę.

***

W powyższych, w sposób dość zresztą przypadkowy sformułowanych uwagach, chodziło mi o wskazanie pewnych czynników procesu historycznego, które muszą znaleźć zastosowanie przy omawianiu kwestii „zachodowości”. Rzecz jasna, iż w stosunku do krajów środkowo-wschodniej Europy sprawy te nie przedstawiają się tak prosto. Mamy tu przede wszystkim do czynienia z procesami które trwały całe wieki i których przejawy ulegały jedne zwielokrotnieniu, inne osłabieniu lub nawet zanikowi. Jeżeli idzie o kraje europejskie, stanowiące w całym przebiegu swej historii teren ekspansji gospodarczej i politycznej krajów zachodnich (przy czym ekspansja ta mogła przybierać najróżniejsze formy, od zupełnego podporządkowania, ewentualnie zaboru danego kraju, do bardzo delikatnych więzów „wpływu politycznego”), to tutaj trudno dać jednolite sformułowanie, obejmujące wszystkie charakterystyczne osobliwości struktury społecznej. Można tylko ogólnie stwierdzić, że wpływ Zachodu wzmacniał i utrwalał niektóre właściwości feudalizmu [6], co można by łatwo udowodnić na historii Polski, Czech, Węgier czy Rumunii.

Wszędzie tu zaznaczyła się interwencja omówionych wyżej czynników wpływających na proces formowania się nadbudowy, co określiło jej specyficzny charakter i specyficzne działanie na życie społeczne. Mamy tu do czynienia z całym, niezmiernie skomplikowanym systemem wymiany współzależności. Można tylko z wszelką pewnością twierdzić, że na strukturę społeczną tych krajów, wewnętrzne ustosunkowanie się sił klasowych musiały działać przyczyny wyłuszczone wyżej. Klasy panujące bez porównania szybciej wykorzystują udoskonalenia organizacyjne i techniczne przynoszone z zewnątrz i zużytkowują je dla swoich klasowych celów, to znaczy dla tym skuteczniejszego niewolenia mas ludowych. Istniejące sposoby ucisku zyskują nową straszliwą skuteczność dzięki stosunkowemu zacofaniu mas. Tu jest źródło specyficznych cech cywilizacji tych krajów, a zarazem ich charakterystycznej bezpłodności, jeśli idzie o twórczość gospodarczą czy kulturalną w skali światowej [7].

Wpływ zaznaczonych wyżej czynników, ich ukryte a niezmiernie skomplikowane w skutkach działanie, najlepiej może uwydatnia się w charakterystycznych właściwościach struktury społecznej dawnej Polski. Owe tendencje mogły dojść do najwyższego natężenia właśnie w Polsce, z powodu sprzyjających warunków historycznych. W ciągu całego okresu historycznego (XIV-XVII w.) państwo polskie miało nad sąsiednimi krajami zachodnimi przewagę wyższości sił i rozległości terytorium – nad wschodnimi zaś wyższość techniczną. Te sprzyjające warunki pozwoliły klasie panującej na rozwijanie pewnych właściwości aż do ostatnich granic – aż do sytuacji, która w danej koniunkturze historycznej prowadziła do absurdu.

Niezmiernie ciekawy jest zwłaszcza przebieg różnicowania klasowego, typowego dla dawnej Polski, aczkolwiek niejednakowo zaznaczonego we wszystkich dzielnicach – przebieg jedyny w swoim rodzaju i uwydatniający te osobliwości w formowaniu się nadbudowy, o których wyżej mówiłem. Za fundamentalny fakt społeczny dawnej Polski uważa się kolosalną przewagę szlachty, górującej nad innymi klasami w stopniu gdzie indziej niewidzianym oraz nieznane gdzie indziej zjawisko mas drobnej małorolnej szlachty szaraczkowej. Zjawiska te wiążą z sobą zupełnie słusznie: ta masowość szlachty stanowi jeden z zasadniczych warunków jej wyjątkowej siły. Ale trzeba tu uwzględnić inną jeszcze stronę zagadnienia, najbardziej w danym razie interesującą.

Rzecz w tym, że jako ugrupowanie klasowe, więcej, jako pewna organizacja przywilejowa (czym w istocie był stan szlachecki we wszystkich krajach), szlachta polska związana była dość słabo. Jako całość stanowiła ona nie klasę, ale raczej agregat klasowy, któremu podstawę dawało pełnoprawne władanie, ziemia w skali najróżniejszej od latyfundiów aż do nędznych skrawków roli, wystarczających tylko dla najniższej egzystencji. Fakt przy tym znamienny, że choć cicha walka klasowa między poszczególnymi odłamami „stanu” uprzywilejowanego” trwała zawsze, to dopiero pod koniec bytu państwowego dawnej Rzeczypospolitej, więksi posiadacze ziemscy zdołali częściowo pozbawić praw politycznych masy tego uprzywilejowanego pół-proletariatu.

Trzeba zważyć, że przez swoją sytuację ekonomiczną szlachta szaraczkowa stanowiła właściwie najsilniejszą warstwę chłopstwa. Gdyby posiadacze folwarków w okresie stabilizowania się Rzeczypospolitej szlacheckiej (XV-XVI w.) wykazali większą siłę, a stąd większą wyłączność organizacyjną jako klasa istotnie uprzywilejowana, to elementy, z których tworzyła się szlachta szaraczkowa, stałyby się przednią strażą chłopstwa. Zamiana na półgłodną masę uprzywilejowanych równała się podporządkowaniu ich dążeniom prawdziwych „panów” – a zarazem masy chłopskie w ten sposób traciły swoją naturalną (z punktu widzenia gospodarczego) awangardę klasową, która stawała się najpewniejszą podstawą klas uprzywilejowanych.

Ta „asymilacja” przywilejowa (trudno to nazwać inaczej [8]) najsilniejszej warstwy drobnorolnej, beznadziejnie pogrążyła sprawę chłopską w dawnej Rzeczypospolitej. Aparat represyjno-kontrolny w stosunku do klas wyzyskiwanych został w ten sposób potwornie rozszerzony. Zjawisko to wyjaśnia specyficzną ciszę społeczną dawnej Polski, bierność mas chłopskich i uległość, z jaką pozwalały one na bezgraniczne zwiększanie eksploatacji. Rozstrzygała tu nie ilość czy okrucieństwo represji, lecz stosunkowa wielkość i siła aparatu kontrolno-represyjnego będącego w rozporządzeniu klasy panującej [9].

Bynajmniej nie twierdzę, że aparat ten w Polsce był silniejszy niż w innych państwach. Technika panowania, umiejętność i wysiłek administracyjny były w porównaniu z państwami zachodnimi mizerne i może nikłe. Ale w stosunku do siły oporu mas ludowych były potwornie wysokie, dlatego system był tak potwornie niszczycielski.

Jeżeli tu zatrzymałem się przy sprawie struktury społecznej dawnej Rzeczypospolite (pomimo że to zdaje się tylko niepotrzebnie komplikować zadanie), to dlatego przede wszystkim, że chodziło mi o uwydatnienie całej złożoności, nawet zagmatwania procesów ustrojowych, o których mowa. Charakterystyczna jest przy tym pewna dodatkowa swoboda manewrowaniu klas wyższych, o wiele większa, niż w krajach przodujących. Fakt skomplikowanego różnicowania się społecznego w dawnej Polsce stanowi tu przykład najlepszy.

Jeżeli zechcemy należycie ująć działanie wyszczególnionych czynników na stosunki społeczne w Polsce, musimy wziąć pod uwagę, że działały one w ciągu bardzo długiego czasu, w ciągu całe znanej historii kraju. Mamy tu do czynienia z pewną progresją działania i z pewną progresją skutków. Tutaj można tylko podkreślić rolę tych czynników, jeśli idzie o pewne przełomy społeczne w Polsce w XIX wieku, analogiczne do zaszłych w tymże okresie w całej Europie. Zachodzi jedna jeszcze komplikująca okoliczność. Likwidacja najbardziej ostrych przeżytków feudalizmu w Polsce została przeprowadzona przez siły z zewnątrz kraju – państwa zaborcze. Mówię „likwidacja najbardziej ostrych przeżytków feudalizmu” dlatego, że nie była to całkowita likwidacja feudalizmu – w rzeczy samej państwa te, zarówno Niemcy, jak Austria i Rosja, zachowywały z przywilejów feudalnych to wszystko, co dało się uchronić.

W Polsce sytuacja była o tyle odmienna, że polityka szlachty na długo zdołała wyniszczyć lub sparaliżować te klasy, które na Zachodzie odgrywały w tym czasie rolę decydującą. Dzięki temu szlachta nie miała po prostu konkurenta do roli przodującej i mogła po pewnym przystosowaniu się, bez przeszkód spełniać rolę, którą na zachodzie wywalczyła sobie burżuazja – rolę organizatora społeczeństwa. Z drugiej strony faktyczne usunięcie szlachty od rządów krajem, zniszczenie starego samorządu stanowego popychało olbrzymi jej odłam do nieustannej opozycji i pozwalało jej podporządkować sobie wszystkie świadomie opozycyjne elementy kraju.

Swoboda manewrowania, będąca cechą charakterystyczną owego wtórnego feudalizmu, rozciąga się na wszystkie fakty nadbudowy, a więc na ideologię. Szlachta była w sytuacji bezkonkurencyjnej; członkowie klasy panującej mogą swobodnie operować wszystkimi możliwymi hasłami, pozornie nawet szkodliwymi dla nich, ponieważ hasła te nie będą miały żadnego faktycznego oddźwięku, nie stoi za nimi żaden interes. To jest podłoże rewolucjonizmu i radykalizmu szlacheckiego w XIX wieku [10].

Zjawisko, które można by określić jako wtórną reprodukcję feudalizmu w wyniku przemian zaszłych w ciągu XIX w., stanowi najcharakterystyczniejszy rys struktury społecznej dzisiejszej Polski. W jednym z następnych artykułów poruszę charakterystyczny przejaw wybuchu tradycji i właściwości feudalnych w nowoczesnym państwie polskim [11]. Tutaj dotknę jeszcze pewnych właściwości ściśle związanych z funkcjonowaniem ustroju kapitalistycznego w Polsce i dalszymi jego koniunkturami społecznymi.

Kapitalizm w Polsce ma niewątpliwie pewne cechy kapitalizmu półkolonialnego, jeżeli nie formalne to istotne. Określenie to jest niewątpliwie najbardziej zbliżone do rzeczywistości, jakkolwiek rzuca ono światło raczej na charakter eksploatacji kraju, niż na jego strukturę społeczną. Wchodź tu w grę nie tylko bezpośrednia eksploatacja przez kapitalistów zagranicznych (np. drogą wywożenia procentów od kapitału), ale, i to przede wszystkim, nierównomierność sił ekonomicznych kraju gospodarczo słabszego w porównaniu z mocniejszym kontrahentem, co warunkuje wyzysk.

Jeżeli porównamy zewnętrznie strukturę społeczną Polski z typowymi krajami wielkokapitalistycznymi, to bardzo łatwo spostrzec względną słabość burżuazji w Polsce. Słabość ta uwydatni się naturalnie tylko w porównaniu z miarodajnymi tutaj normami państw wielkokapitalistycznych – na wewnątrz nie uderza ona zbyt silnie. Przejawia się to w składzie i działalności burżuazji. Baza gospodarcza szczupła i chwiejna nie pozwala na duży rozmach, Burżua polski to drobny fuszer, istniejący przy poparciu potężnego protektora i odczuwający to niejednokrotnie bardzo dotkliwie. Poza tym odgrywa tu olbrzymią rolę zróżnicowanie narodowościowe wielkiej burżuazji handlowej i przemysłowej, które w znacznej miecze odbiera jej siłę i autorytet, zwłaszcza w porównana z obszarnictwem – i osłabia samopoczucie.

To wyjaśnia przewagę obszarnictwa i odpowiednio zwiększoną rolę elementów zaliczanych zwykle do drobnomieszczaństwa [12] – szczególnie odłamów drobnomieszczaństwa zbliżonych do burżuazji i współdziałających z nią w wyzysku. Przy całej niepewności tego rodzaju porównań można by zaryzykować analogię ze świata organicznego. Im słabiej u danego gatunku zwierząt bywa rozwinięty mózg, tym większą rolę odgrywają niższe wykonawcze ośrodki nerwowe. Słabość właściwej burżuazji potęguje rolę odgrywaną przez drobną burżuazję, „inteligencję”, personel administracyjny, wojskowych zawodowych itd. Trzeba tu jeszcze dołączyć kułackie elementy wsi. Naturalnie nie można przesadzać znaczenia wszelkich analogii historycznych – ale ta bije w oczy. Stosunkowa słabość właściwej klasy rządzącej i stosunkowo szeroki zasiąg społeczny przypomina stosunki w dawnej Rzeczypospolitej, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jeszcze stosunki narodowościowe, wyznaniowe itp. Faktem jest, że występują tu pewne charakterystycznie powtarzające się właściwości – jest to wynik pewnych niezmieniających się tendencji, wyrażający się w owej wtórnej reprodukcji i feudalizmu w XIX w.

Trzeba wyjaśnić jedną rzecz. Jakiś apologeta „zachodowości” mógłby tu zauważyć, że bądź co bądź z jakichkolwiek tam motywów, kierowane swym interesem klasy panujące przenoszą jednak nowe wyższe formy organizacyjne, przenosząc tym samym ogólny poziom kultury kraju, niezależnie od odbijania się tych zjawisk w życiu mas. Nic fałszywego. Przejmując pewne zdobycze kultury, klasa panująca przystosowuje je ściśle do swoich celów, do swych interesów. Interesy te polegają na doraźnym wykorzystaniu owych zdobyczy i niedopuszczeniu, aby rozeszły się między szerokie masy. Grupy panujące rozumieją dobrze, że w tym wypadku pozycja posiadaczy uległaby zakwestionowaniu. Siła klasy panującej obiektywnie niewielka, jak to już wyżej zaznaczyłem, zmusza ją do stałej baczności i do stałego wzmacniania kontroli nad działalnością kulturalną; ta kontrola staje się w końcu celem najważniejszym.

Czynniki te w Polsce przy dłuższym działaniu nadały ogólnej cywilizacji kraju specyficzny, arystokratyczno-konsumpcyjny charakter. „Elita” kulturalna jest niezmiernie mało zainteresowana w istotnej ciągłości i rozszerzaniu się kultury – przeciwnie, stanowiłoby to dla niej niebezpieczeństwo utraty dotychczasowych pozycji. Wyżej uwydatniłem charakterystyczną, miażdżącą po prostu przewagę elementów represyjno-kontrolnych w życiu społecznym dawnej Polski. Odpowiada temu zupełnie identyczne nastawienie w działalność kulturalnej. Odzwierciedla się to dobitnie w literaturze – od najdawniejszych początków do czasów najnowszych. Pewne korektury trzeba by tu wprowadzić dla opozycyjnych nastrojów okresu rozbiorowego, ale istotne motywy zostały te same. Zresztą nie można tych nastawień szukać li tylko w jezuityzmie bigoterii, w jakimś szczególniejszym wysuszeniu życia myślowego, będącym cechą znamienną literatury szlacheckiej. Znaleźć je można w tym, co należałoby określić jako obyczaj kulturalny, miarodajne normy myślenia, najogólniejszej orientacji zarówno w poezji, jak i w filozofii, nie mówiąc już o publicystyce.

Wspomniałem już o specyficznym przystosowaniu importowanej ideologii rewolucyjnej na taki użytek wewnętrzny ,o którym nie śniło się ich twórcom. Pod tym względem w Polsce XIX i początkach XX w. zdobyto rekordy w swoim rodzaju – jeżeli idzie o fałszowanie świadomość szerokich mas. I to są dziedziny najszkodliwsze, bo najtrudniejsze do uchwycenia.

„Zachodowość” stanowi w Polsce problem wcale istotny — trudno wyczerpać tę kwestię od razu. Ale jeśli się o tym mówi, trzeba pamiętać, że związana jest ona z nastawieniami feudalnymi ścisłym związkiem funkcjonalnym [13]. Naturalnie są inne jeszcze strony zagadnienia, tutaj na razie pominięte. Chodziło mi jednak przede wszystkim o uwydatnienie konkretnej wartości ,,zachodowych” haseł dla dzisiejszej burżuazji polskiej.

Wyżej wspomniałem już, że dziś właśnie, głównie burżuazja „młodych” narodów lubi szermować hasłem zachodowości. Tego rodzaju obiegowych haseł nie można w ogóle lekceważyć – mają one przeważnie trwałe korzenie w interesach klasowych i tradycji klasowej. Naturalnie jeśli z powodu rewolucji rosyjskiej i ruchów, którym ta rewolucja dała początek, mówi się ogólnie o walce „Wschodu” z „Zachodem” to są czysto mistyczne brednie – jakkolwiek można tu dostrzec pewną istotną, acz wypaczoną obserwację. Kapitalizm rozkłada się i wali przede wszystkim w tych krajach, do których przyszedł w stanie gotowym, gdzie trafił na nieuprzątnięte feudalne pozostałości. Ale głębsze czynniki jego upadku działają i tam, gdzie wzrastał integralnie. Nie ma tu więc żadnego zasadniczego przeciwstawienia.

Zasadnicze przeciwieństwo wewnętrzne istnieje w haśle „zachodowości” tak jak je powtarza burżua wschodnioeuropejski (a wszystko jedno, czy będzie to burżua z Warszawy, Zagrzebia czy Bukaresztu), ma ono konkretne brzmienie równoznaczne z feudalizmem – wbrew cywilizatorskim, kulturtraegerskim pozorom hasło to ma zupełnie konkretne znaczenie antycywilizacyjne, równoważąc się z wyniszczaniem istotnej siły kraju – żywej siły mas ludowych z niweczeniem w zarodku wszelkiej istotnej inicjatywy cywilizacyjnej.

Andrzej Stawar

Powyższy tekst Andrzeja Stawara pierwotnie ukazał się w piśmie „Dźwignia” nr 4, Warszawa, lipiec 1927. Grafika w nagłówku tekstu: OpenClipart-Vectors z Pixabay.

Przypisy:

1. Przykład powyższy znajduje potwierdzenie w wielkiej ilości faktów. Pomijam tu już wypadki bardzo często powtarzające się w dziejach zaborów kolonialnych, gdy państwo imperialistyczne świadomie forsuje ustalanie się podporządkowanej imperialistom arystokracji, w charakterze mandatariusza przy eksploatowaniu danego kraju.

2. Takie potworne rozziewy spotyka się we wszystkich krajach kolonialnych między klasami uprzywilejowanymi (urzędnicy, arystokracja tubylcza) a masą ludności wyzyskiwanej (klasyczny przykład stanowić mogą Indie Angielskie).

3. W krajach o wyższej organizacji gospodarczej ma miejsce, między innymi, ciągłe ulepszanie techniki militarnej. Otóż nie trzeba zapominać, że udoskonalona broń zagraniczna w krajach zacofanych gospodarczo odgrywa rolę olbrzymią jako czynnik w walkach wewnętrznych. Znana jest powszechnie potężna siła interwencyjna, jaką rząd Stanów Zjednoczonych posiada w stosunku do spraw wewnętrznych Meksyku przez proste regulowanie wywozu broni (embargo). Amerykańscy baronowie przemysłu mogą w ten sposób w każdym momencie wywołać ruch zbrojny przeciw rządowi, który by wystąpił do walki z nimi. Analogiczne zjawisko mamy w Chinach. Generałowie walczący w interesie poszczególnych państw kapitalistycznych nie kosztują ich przypuszczalnie zbyt drogo – przynajmniej w stosunku do rozmiarów „interesu”. „Zyski” mogą zdobywać sami drogą łupienia bezbronnej ludności cywilnej. Potrzeba im tylko uzbrojenia. Obfitość materiału ludzkiego i niski poziom potrzeb ludności rolniczej pozwala łatwo dopełniać armię, tym bardziej, iż liczby wojsk w stosunku do ludności są stosunkowo nieznaczne. Analogia między Chinami a Meksykiem jest tym pełniejsza, że tu i tam interwencja zagranicy zwraca się przeciwko ruchowi klas pracujących.

4. Według określenia Bucharina („Teoria materializmu historycznego”). „Przez »nadbudowę« rozumieć będziemy wszelką formę zjawisk społecznych, wznoszącą się ponad podstawą ekonomiczną; zaliczymy tu i psychologię społeczną, i ustrój społeczno-polityczny wraz z wszystkimi jego częściami materialnymi (np. armaty) i organizacje ludzką (hierarchia urzędników) i zjawiska takie, jak mowa i myśl”.

5. Materiału dostarczyć może aż nadto historia choćby przenikania wpływu chrześcijaństwa i związanych z nim form organizacyjnych (feudalizmu) do krajów Europy Wschodniej. Jeżeli idzie o czasy najnowsze: przenikanie kapitalizmu do zacofanych gospodarczo krajów Europy i Azji.

6. Trzeba tu mieć na uwadze nie tyle feudalizm w tej postaci, w jakiej istniał na Zachodzie Europy – ale pewne niescentralizowane formy rządzenia i wyzysku, istniejące w krajach rolniczych. W tym tylko znaczeniu można mówić o feudalizmie w Chinach, Indiach i innych krajach, które właściwej organizacji feudalnej w sensie średniowiecza europejskiego nie znały.

7. Stąd powstały całe teorie wśród uczonych zachodnich krajów – teorie dowodzące, że Słowianie są jakąś rasą absolutnie niższą, niezdolną do szerszej działalności.

8. Trzeba to zaznaczyć tym bardziej, że ulubioną fintę historyków wybielających politykę szlachty w stosunku do chłopa stanowi wyliczenie buntów chłopskich w krajach sąsiednich oraz represji i okrucieństw spadających z tego powodu na chłopstwo – po czym powołują się na spokój społeczny w Polsce W dawnym Rzymie był zwyczaj, iż niewolnikowi schwytanemu na ucieczce podcinano ścięgna, aby nie mógł uciekać po raz drugi. Klasa chłopska w dawnej Polsce była w położeniu niewolnika, który miał poprzecinane pewne ścięgna i nie mógł myśleć o buncie. Tu tkwiła kapitalna różnica w sytuacji chłopa polskiego nawet w porównaniu ze straszną dolą chłopa niemieckiego czy rosyjskiego.

9. Kwestia ta szerzej traktowana była w artykule „Uwagi o demokracji polskiej”, „Nowa Kultura” nr 38 z 1924 r.

Zjawisko przystosowywania miarodajnej ideologii opozycyjnej, a nawet rewolucyjnej do zupełnie odmiennych potrzeb nie stanowi bynajmniej osobliwości wyłącznie polskiej. Opozycja obszarnicza w Rosji w początkach XIX w. szermuje hasłami ultraliberalnymi Późniejsze prądy socjalistyczne aż nadto często służą za przykrywkę dążnościom elementów czysto burżuazyjnych. Bez uwzględnienia tego rodzaju „mimikry” ideologicznej niezrozumiała jest w ogóle historia ruchów społecznych w zacofanych krajach europejskich – niezrozumiale są zupełnie takie np. zjawiska, jak PPS.

10. Objawy te niejednokrotnie podkreślali publicyści burżuazyjni – robił to w swoim czasie p. Artur Śliwiński, aczkolwiek bez dostatecznej perspektywy społecznej.

11. Pojęcie drobnomieszczaństwa bywa używane w stosunku do różnych grup społecznych o najróżniejszych dążeniach i programach. Poza tym u pisarzy marksistów ma ono swoistą tradycję polemiczną: pakuje się tam wszystko, co się danemu autorowi z tych czy innych powodów nie podoba. W rezultacie do jednego worka trafiają drobny majsterek o średniowiecznych cechowych aspiracjach, sklepikarz, liberalny albo socjalizujący inteligent, wolnomyślny burżua itd., zwykle dodaje się tu jeszcze całe chłopstwo. W tym, co zaliczyć można do drobnomieszczaństwa, znajdują się grupy będące niejako odpadkami albo wtórnymi produktami rozwoju społecznego – i odbijające w sobie wszystkie najbardziej specyficzne właściwości danego kraju. U pisarzy, którzy pomijają te osobliwości, uniwersalizują pojęcie drobnomieszczaństwa, mówią o drobnomieszczaństwie w ogóle, powstaje nader często niewiarygodny wprost bigos scholastyczny.

Coś podobnego, aczkolwiek w bez porównania mniejszym stopniu, da się zastosować do pojęcia inteligencja. W stosunkach polskich te kwestie występują szczególnie ostro.

12. Ciekawy niezmiernie bywa sposób, w jaki polski inteligent przyjmuje tego rodzaju fakty. Stanisław Brzozowski dotykając tego zagadnienia z okazji Whitmana, pisze w „Pamiętniku”: „Polska dla Whitmana to tylko feudalizm w jego pojęciu i przecież tak jest właściwie [podkreślenia Brzozowskiego]. Trzeba myśleć, trzeba przekonywać siebie, że Polska to także warunek nieupośledzonej przyszłość. 20 milionów, które miały, mają lub będą miały nieszczęście urodzić się Polakami”. Nic bardziej charakterystycznego nad płaczliwy patos tych słów i nad tę absurdalną argumentację. Na takich sofizmatach opiera się cały nowoczesny obiegowy patriotyzm uczciwszej części polskiej „radykalnej” inteligencji. Brzozowski zresztą stawia tu sprawę wyjątkowo czysto i uczciwie (może dlatego, że w „Pamiętniku”). Normalnie słyszy się w odpowiedzi słodkawą blagę o demokratyzmie Mickiewiczów, Mochnackich itd.