przez Remigiusz Okraska | czwartek 19 lipca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Dominująca opcja proamerykańska w polskiej polityce zagranicznej jest zarówno w pewnym sensie zrozumiała, jak również – niestety – obarczona sporą i wciąż rosnącą liczbą kłopotliwych implikacji. Gorący temat budowy elementów tzw. tarczy antyrakietowej na terytorium naszego kraju zmusza chcąc nie chcąc do refleksji nad tym, jak mogłaby wyglądać opcja alternatywna.
Problem w tym, że ledwie ktoś zasugeruje, iż Wuj Sam niekoniecznie jest najbardziej fortunnym partnerem, czy raczej protektorem Polski, wrzuca się śmiałka do worka pełnego epitetów, z których najłagodniejszy to „rusofil”, a kolejne są już znacznie bardziej obraźliwe. Choć ostre pyskówki polityczne i towarzyszące im prostactwo „argumentów” (przerzucanie się „faszystami”, „populistami”, „komunistami” czy „liberałami”), są chlebem powszednim naszej debaty publicznej, to właśnie w tej jednej kwestii – sojuszu z USA – chór jest jednomyślny, a nieliczne wyjątki poddane zostają nagonce wyjątkowo zajadłej i bezpardonowej. Nawet jeśli nie przybiera ona postaci steku oszczerstw i kalumnii, to i tak bazuje na daleko posuniętych, krzywdzących uproszczeniach.
Dobrym, niedawnym przykładem jest tekst Barbary Fedyszak-Radziejowskiej, zamieszczony w „Rzeczpospolitej” z dnia 16 lipca. Komentując plany powołania wspólnej partii na bazie Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, autorka nazywa ów twór „Partią miłośników Rosji”. Co znamienne, teza taka nie pojawia się jako wniosek płynący po prostu z analizy programów czy praktyki obu stronnictw. Fedyszak-Radziejowska pisze bez owijania w bawełnę: „Jedyną świeżą i oryginalną na naszej scenie politycznej programową ofertą tworzącej się partii będzie /…/ sympatia do Rosji. Trudno sądzić, że jest to oferta atrakcyjna dla szerokich rzecz wyborców. Sytuacja jednak może się nieco zmienić. Polacy bowiem – jak wiadomo – są przeciwnikami instalacji tarczy antyrakietowej na terenie naszego kraju. Dlatego boję się, że ten aspekt może okazać się najbardziej nośną częścią kampanii LiS”.
Określenie „partia miłośników Rosji” jest eleganckie na tle epitetów, jakimi obdarza się zazwyczaj tych, u których czołobitny stosunek wobec USA sytuuje się poniżej normy. Nie zmienia to faktu, że jego autorka dość swobodnie, a wręcz nonszalancko, wpisuje obie wzmiankowane partie w schemat miłośników Rosji, choć cechuje je zaledwie – i to raczej w wydaniu Samoobrony niż LPR – pewien sceptycyzm wobec nachalnej i ślepej opcji prozachodniej (w partii Andrzeja Leppera wypływa w dodatku raczej z pragmatyzmu gospodarczego, który zbyt często innym partiom jest przesłaniany przez tzw. politykę historyczną). Trudno byłoby wskazać np. jakieś znaczące postawy LPR, które świadczyłyby o prorosyjskiej orientacji polityków tej partii. Można wręcz zaryzykować tezę, że jak na spadkobierców idei Romana Dmowskiego jest ona zadziwiająco powściągliwa wobec Rosji, podobnie zresztą jak w kwestii postaw antyzachodnich, które wyczerpują się głównie w krytyce centralistyczno-unijnych projektów europejskich. Fedyszak-Radziejowska jednak mimochodem demaskuje kiepską logikę własnych opinii. Wedle niej – i mnóstwa podobnych autorów – wystarczy być ostrożnym wobec pomysłów USA, aby zasłużyć na miano miłośnika Rosji. Takie uproszczenie, choć zrozumiałe na gruncie sporów politycznych i napiętnowania przeciwników, rzutuje jednak wielkim, ponurym cieniem na jakość debaty o polityce zagranicznej i sojuszach międzynarodowych.
Niezbędne będzie tu zastrzeżenie o odmiennej wymowie. Otóż w Polsce sympatia wobec USA jest znacznie bardziej uzasadniona i ugruntowana, niż chcieliby to widzieć zwolennicy bojowego „antyamerykanizmu”. Sprawa nie jest bowiem tak jednoznaczna, jak choćby w części krajów Europy Zachodniej. Ma ona przynajmniej kilka istotnych aspektów.
Po pierwsze, Stany Zjednoczone w jakimś stopniu – trudnym do jednoznacznego oszacowania – przyczyniły się do upadku komunizmu i nastania systemu, który choć nie pozbawiony licznych i dotkliwych wad, ma jednak wystarczająco dużo zalet, by uznać go za jakościowo lepszy niż poprzedni ustrój. Piszę to jako ktoś, kto Ronalda Reagana uważa za ideologicznego maniaka, ekonomicznego szaleńca oraz politycznego łotra. Jego prostacka wersja chrześcijaństwa, typowa dla amerykańskiego sekciarstwa, połączona z apoteozą szkodliwej wiary w tzw. wolny rynek, to wszystko zaś wsparte w polityce zagranicznej o działania z pogranicza zwykłych zbrodni, stanowiły wyjątkowo groźną mieszankę wybuchową, a jej negatywne skutki dla świata i samych Stanów Zjednoczonych są odczuwalne jeszcze dziś. Nie da się jednak ukryć, że – jakkolwiek motywowana oraz realizowana – jego polityka wobec ZSRR i całego Bloku Wschodniego miała wpływ na korzystny dla Polski upadek komunizmu. Gdyby nie Amerykanie, kto wie, jak wyglądałaby dziś nasza część Europy, ale można wątpić, by wyglądała lepiej niż obecnie.
Po drugie, istotna jest kwestia geopolityczna. Jakkolwiek strach przed Rosją wydaje się w Polsce mocno wyolbrzymiony a resentymenty „zaborczo-sowieckie” stanowczo nazbyt rozdęte, nie należy popadać w drugą skrajność i twierdzić, że ten olbrzymi, znaczący kraj, „przyzwyczajony” w toku dziejów do sytuacji, w której „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”, nie ma wobec nas żadnych zakusów, wynikających choćby ze zwykłej sprzeczności interesów, nie zaś z jakiejś demonicznej „antypolskości”.
Podobnie dzieje się z Niemcami , które to państwo tylko nader naiwni mogą postrzegać jako tygrysa pozbawionego, na własne życzenie, wszystkich zębów tylko dlatego, że razem z nami należą do wspólnego europejskiego klubu. W klubie owym, wbrew marzeniom sporej rzeszy prognostyków, nie zanikły ani antagonizmy narodowe, ani sprzeczności interesów, ani dbałość poszczególnych nacji o siebie, także kosztem dobra wspólnego. Unia Europejska co najwyżej łagodzi takie zjawiska, nie eliminując ich na trwałe, a powszechna harmonia nie zapanuje w niej choćby tylko z tego powodu, że poszczególne części składowe Wspólnoty znajdują się na nieraz diametralnie odmiennych szczeblach drabiny rozwojowej. To, co dobre dla nowoczesnego bogacza, niekoniecznie musi być właściwą receptą dla uboższego i zapóźnionego kuzyna.
W efekcie takiego obrotu sprawy, wcale nie takie głupie wydaje się szukanie wsparcia w podmiocie odległym geograficznie, lecz potężnym i mającym na Starym Kontynencie pewne interesy do załatwienia. Stąd też sojusz z USA wcale nie jest dla Polski aż tak bardzo negatywny choćby właśnie w kontekście stosunków sąsiedzkich oraz „gier i zabaw europejskich”, jak chcieliby to widzieć różnej maści bezrefleksyjni „antyamerykanie”.
Po trzecie wreszcie, nie można lekceważyć nastrojów społecznych. Polska jest tym krajem spośród byłych demoludów, w którym sympatie wobec Stanów Zjednoczonych są od lat najsilniejsze, nie zmniejszając się nawet pod wpływem negatywnej oceny niektórych konkretnych działań władz USA (jak choćby podejmowane interwencje militarne). Wynika to z różnych, nie do końca jasnych przesłanek, wśród których można wymienić choćby fascynację mitycznym bogactwem Jankesów, pewne podobieństwa w wojowniczo-indywidualistycznym etosie kulturowym obu nacji, czy też liczną w XX wieku imigrację naszych rodaków za ocean. To wszystko skutkuje większą „naturalnością” sojuszu z USA niż miałoby to miejsce w takich krajach, jak np. Czechy czy Serbia.
Pewna „proamerykańskość” Polski byłaby zatem zarówno zrozumiała, jak i służąca naszym interesom w takim właśnie kontekście. Jednak także w tym przypadku sprawdza się ludowa mądrość, że co za dużo, to niezdrowo. Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi przybiera coraz bardziej negatywną postać z co najmniej trzech względów. Pierwszy z nich, to kwestia moralności. Oczywiście wiem, że w polityce zbytnie przywiązanie do tej sfery może się skończyć w najlepszym razie śmiesznie, w najgorszym zaś strasznie. Możliwości wyboru sojuszników są zazwyczaj ograniczone, skazując na alianse z towarzystwem wątpliwej jakości. Czasem nie ma innego wyjścia, jak tylko zacisnąć zęby w imię wyższej konieczności. Polityczny przyjaciel/sojusznik – co już dawno zauważył Carl Schmitt – wcale nie musi budzić naszej sympatii na gruncie „prywatnym”, a wręcz przeciwnie, może nam się wydawać antypatyczny.
Sęk w tym, że polityka USA w ostatnich latach zaczyna przekraczać wszelkie granice, co sprawia, iż sojusz z właśnie antypatycznym typem zaczyna niebezpiecznie przypominać komitywę ze zwykłym, pozbawionym wszelkich skrupułów, sukinsynem. Bombardowania Serbii czy napaść i okupacja Iraku, wszystko to obficie podlane sosem prymitywnych kłamstw i zaawansowanego propagandowego prania mózgów, są zbyt wysoką ceną, którą płacimy jako sojusznicy USA w takich przedsięwzięciach. Granica między dbałością o własne interesy a współudziałem w zbrodni zostaje przekroczona, i niczego nie zmienią tu wywody o rozmaitych rzekomych „koniecznościach” – od czasu pamiętnej piosenki Kelusa wiadomo wszak, że „tutaj warto zrobić historyczny przytyk, niejeden folksdojcz był real polityk”.
Swoją drogą, znamienny jest rozdźwięk między religijnymi deklaracjami polskiej prawicy i powszechnym wśród polityków różnych opcji kultem Jana Pawła II, a totalnym lekceważeniem stanowiska Watykanu i Papieża-Polaka właśnie w kwestii „humanitarnych interwencji”, „przywracania demokracji” itp. Gdy papież bezpardonowo potępiał aborcję, to wtedy był dobrym namiestnikiem Kościoła – gdy ten sam papież potępił wojny wszczynane przez USA, był on „szlachetny, lecz naiwny” lub, o zgrozo, „podatny na lewacką propagandę”…
Kolejna istotna kwestia, która wskazuje na zbyt daleko posunięte związki z USA, to „jakość” wzajemnych relacji. Trudno oczekiwać, żeby sojusz olbrzyma i karzełka opierał się na faktycznej równości stron – o „partnerstwie” i „wzajemności” można mówić wiele i podniośle, ale asymetria owego układu jest oczywista. W tym konkretnym przypadku Polska jednak idzie za daleko – nawet karzełek bowiem powinien mieć swój karzełkowy honor i niekoniecznie zgadzać się na rolę chłopca na posyłki. Tymczasem kolejne „układy” z USA – zakup F-16, udział w agresjach militarnych, kwestia offsetu, a ostatnio czołobitny stosunek wobec „oferty” tzw. tarczy antyrakietowej – pokazują, że nasz „sojusz” z USA opiera się na zasadzie „pan każe – sługa musi”.
Nie mam przy tym na myśli, jak ktoś mógłby opacznie zrozumieć, zachęt do targowania się i np. „wyciśnięcia” ze Stanów Zjednoczonych zniesienia wiz w zamian za ulokowanie u nas elementów tarczy antyrakietowej. Jakikolwiek sojusz, choćby bardzo nierówny, nie powinien mieć wyjścia awaryjnego w postaci rozumowania „zgodzimy się na to, ale dajcie nam to i to”, lecz opierać się na zasadzie „na to się po prostu nie zgodzimy”. Tymczasem już sam sposób negocjowania uzgodnień z władzami USA przez polskich polityków skutecznie leczy z naiwnego mniemania, że któryś z nich potrafiłby się faktycznie „postawić” Wielkiemu Panu Zza Wielkiej Wody.
Trzeci wreszcie negatywny aspekt ożywionych relacji ze Stanami Zjednoczonymi to przenikanie stamtąd prymitywnej ideologii neoliberalnej (neokonserwatywnej), nie ograniczającej się bynajmniej do sfery ekonomicznej. Ślepy kult wolnego rynku i apoteoza ograniczania społecznych funkcji państwa to tylko jeden element tego problemu. Inny to równie ślepy kult PKB, na wzrost którego składają się w równym stopniu budowane nowe mieszkania, co i np. „dobrodziejstwa” wypadków samochodowych, bo pogrzeby ofiar, koszty leczenia rannych czy remontów rozbitych aut też stymulują wzrost gospodarczy, co nie przeszkadza różnym maniakom w wychwalaniu owej dwuznacznej „koniunktury”. Do tego dochodzi sprowadzenie sfery etycznej i religijnej do postaci uproszczonej, zindywidualizowanej: „jeśli wszyscy będą się modlić i nie popełniać grzechów, to świat będzie dobry”. Brak w niej zrozumienia, że w chorym społeczeństwie poszczególne jednostki, choćby „najlepsze”, również zachorują, bo oprócz jednostkowych grzechów istnieją też ogólnospołeczne źródła problemów, zwane przez Jana Pawła II „strukturami grzechu”.
Na gruncie takich „wartości” wyrasta ostatecznie polityka nastawiona na zwalczanie skutków, nie zaś eliminowanie przyczyn – bo inaczej nie może być w zbiorowości zatomizowanej, opartej na jednostkowych relacjach a to z Wolnym Rynkiem, a to z Prawami Obywatelskimi, a to z Panem Bogiem. Efektem jest przekonanie, że gdy zamożniejszy da biedniejszemu złotówkę, to filantropia rozwiąże problem biedy, że gdy wierni pomodlą się za zagubionych, to „wartości chrześcijańskie” zatriumfują, a gdy kilku bandziorów surowo ukarzemy, to inni się przestraszą i przestaną być bandziorami. Ta naiwna i zupełnie nieskuteczna mieszanka prowincjonalnych przesądów oraz ideologii powstałej w oderwanych od realnego świata salonach wielkomiejskich „konserwatywnych” milionerów, zdobywa w Polsce coraz większą popularność właśnie za sprawą polityczno-kulturowej zależności od wpływowych środowisk amerykańskich. Kiedyś mieliśmy czytanki o Leninie, dziś mamy podobny bełkot Radosława Sikorskiego i jego przyjaciół-neokonsów.
Wszystko to sprawia, że nawet nie popadając w naiwny „antyamerykanizm”, Polsce na dobre wyszedłby rozbrat z nowym Wielkim Bratem. Pytanie jednak, co w zamian. Najczęściej formułowana alternatywa mówi po prostu o Unii Europejskiej jako przeciwwadze dla USA. Wedle tej wizji, Polska powinna wspierać wysiłki na rzecz daleko posuniętej integracji Starego Kontynentu, nawet za cenę znacznego „roztopienia” w nowym, centralistycznym tworze. Oczywiście nawet najwięksi entuzjaści tego pomysłu nie spodziewają się, aby Stany Zjednoczone Europy mogły w jakiejś realnej perspektywie dorównać potęgą Stanom Zjednoczonym Ameryki Północnej. Niemniej jednak, europejskie siły zbrojne, aktywna wspólnotowa polityka na forum instytucji międzynarodowych, pewna „euro-autarkia” w gospodarce czy umocnienie znaczenia euro kosztem dolara – wszystko to sprawiłoby, że ci, którzy dziś sięgają USA do kolan, urośliby na wysokość ich pasa, a może nawet ramienia.
Wizje tego rodzaju są rozmaitej proweniencji – „europeizm” równie dobrze może wypływać z lewa (np. środowisko „Krytyki Politycznej”), jak i z prawa (nieistniejące już pismo „Stańczyk”), może być doktryną członków politycznego i kulturowego establishmentu, ale również najgłębszych czeluści antysystemowego undergroundu. Jest w nich sporo racji – czy to wtedy, gdy zwracają uwagę na słabość państwa narodowego w epoce globalizacji lub niezdolność przezwyciężenia rodzimego marazmu bez bodźców z zewnątrz, czy wtedy, gdy wskazują na wspólne dziedzictwo kultury zachodniej albo terytorialną bliskość i silne związki ekonomiczne. Nawet jeśli są to wizje nie do końca przekonujące, wskazują na istnienie problemów, których nie da się rozwiązać chowając głowę w piasek.
Podstawowy problem z tak zarysowaną alternatywą polega na tym, że de facto powiela ona podstawowe wady opcji proamerykańskiej. Tutaj także nie ma mowy o żadnej równości stron sojuszu. Polska będzie traktowana jako gorszy krewny – zarówno na płaszczyźnie ekonomicznej, jak i w sferze podejmowania kluczowych decyzji – a nasze możliwości zmiany owej sytuacji są niewielkie. Każdy z silnych graczy będzie dbał przede wszystkim o własne interesy, a tradycyjnie prorosyjskie sympatie Niemiec i Francji niespecjalnie zabezpieczają nas także ze wschodniej flanki. Nie należy również mieć złudzeń w kwestii zasad moralnych naszych europejskich sojuszników – Belgrad bombardowały amerykańskie samoloty, ale zachęcały je do tego całe szeregi europejskich propagandzistów, w dodatku głównie ze środowisk lewicowo-liberalnych. Podobnie jest ze sferą ideologiczną – tak jak USA wciskają „wartości” kołtuńsko-prawicowe, tak UE przegina w drugą stronę, papierkiem lakmusowym naszej normalności czyniąc rozwiązania i wartości, do których kraje Zachodu dorastały dekadami mimo niewsadzenia ich do obyczajowej „zamrażarki”, jaką w wielu kwestiach był PRL (trudno o tak dużą w Polsce jak w USA np. tolerancję wobec homoseksualizmu, skoro wtedy, gdy tam ruch na rzecz ich praw święcił triumfy, u nas bezpieka i gliniarze robili akcję „Hiacynt”). W obu przypadkach nie jest to ani sojusz równego z równym.
Nie jest oczywiście możliwe ot tak, po prostu, zerwanie sojuszów z USA i UE. Wbrew śmiałym, lecz dziecinnym wizjom różnych radykałów, nie jest to także sytuacja pożądana i akceptowana przez społeczeństwo, i bynajmniej nie tylko dlatego, że poddano je zmasowanej propagandzie i praniu mózgów. Warte byłoby natomiast rozważenie takiego rozwiązania, które wzmocniłoby naszą pozycję w ogóle, zwiększyło zakres niezależności od wspomnianych dwóch potęg, a także nie zaowocowało zamianą dżumy na cholerę (jaką byłoby dostanie się w rosyjską strefę wpływów). Co konkretnie mam na myśli? Sojusz wolnych z wolnymi i równych z równymi. Mówiąc mniej metaforycznie: zacieśnienie współpracy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, czyli odświeżenie koncepcji tzw. Międzymorza.
Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają podobne problemy i sytuację, co stanowi dobry punkt wyjścia do połączenia sił. Większość z nich w przeszłości stanowiła obiekt zakusów Rosji lub Niemiec (a często obu tych krajów), z kilkoma wyjątkami, które znajdowały się na celowniku innych europejskich potęg (np. Francji). Do dziś w wielu z nich trwa subtelna gra będąca kontynuacją tamtych procesów – czy będą to konflikty z mniejszością rosyjską na Łotwie i w Estonii, czy „wojna domowa” na Ukrainie, czy roszczenia tzw. wypędzonych wobec Polski i Czech, czy aktywna rola Niemiec w podsycaniu konfliktów na Bałkanach.
Wszystkie te kraje mają za sobą również trwający pół wieku epizod wcielenia do Bloku Wschodniego, czyli suwerenności ograniczonej na rzecz ZSRR. To wspólne doświadczenie historyczne uczuliło je na problem niepodległości i tożsamości narodowej – nawet jeśli dziś w referendach ich obywatele cedują część prerogatyw na instytucje ponadnarodowe, kraje te wciąż ożywia debata na temat „polskości”, „słowackości” czy „rumuńskości”.
Historyczne doświadczenie skutkuje także znacznie większym niż w Europie Zachodniej dystansem wobec obu totalitaryzmów, nie zaś tylko faszyzmu. Nawet jeśli spore części społeczeństw tęsknią za „starymi dobrymi czasami” Tity, Kadara czy Gierka, jest to raczej tęsknota za „małą stabilizacją”, której tak brakuje w dzisiejszym świecie hiperkapitalizmu, niż za ideałami komunistycznej utopii. Choć ocena przeszłości budzi gorące spory, obywatele tej części Europy znacznie lepiej zdają sobie sprawę z tego, jak wyglądały „błędy i wypaczenia” komunizmu niż dzieje się to w przypadku społeczeństw Zachodu, gdzie na większą skalę przebija się co najwyżej prawda o „złym stalinizmie”, który po śmierci Józefa Wissarionowicza był już – wedle popularnych tam opinii – całkiem cool.
Doświadczenia realnego socjalizmu przyczyniły się do kolejnego podobieństwa między krajami dawnego Bloku Wschodniego. Mimo zaawansowanej inżynierii społecznej i agresywnego promowania wzorców „nowego człowieka”, poprzedni system niejako zakonserwował dawne systemy wartości. Efektem zacofania gospodarczego i konsumpcyjnego, a także pewnej dyscypliny koniecznej w warunkach państw autorytarnych, jest znacznie mniej zaawansowany niż w krajach Zachodu rozkład pierwiastka religijnego, etyki wspólnotowej i tradycyjnej moralności. To właśnie realny socjalizm, ze wszystkimi swoimi ideologicznymi meandrami, sprawił, że w naszej części Europy mamy do czynienia z tak silnym oporem, czy choćby niechęcią wobec najbardziej skrajnych i bzdurnych tendencji kulturowo-obyczajowych. Choć „liberalni konserwatyści” nigdy tego nie pojmą swymi móżdżkami, Władysław Gomułka był mniejszym zagrożeniem dla tradycji kulturowej i religijnej niż Ronald Mc Donald, nawet jeśli ten pierwszy oficjalnie zajmował się „krzewieniem świadomości socjalistycznej”, a drugi wychwala „świętą własność prywatną”.
Jeszcze jednym z efektów sowietyzmu, ale także wcześniejszej historii gospodarczej tej części Europy (traktowanej w międzywojniu nierzadko jako „wewnętrzne kolonie” Starego Kontynentu), jest również podobny status gospodarczy i poziom rozwoju instytucjonalnego. Najpierw zapóźnienia modernizacyjne, a następnie forsowne, ślepe ich nadrabianie, po roku 1989 zaś „terapie szokowe”, złożyły się pospołu na taki status gospodarczy, który nie daje szans na doszlusowanie do zachodniego peletonu. Nawet pewne wyjątki – Estonia czy Czechy – raczej potwierdzają regułę, tym bardziej, że dotyczą krajów, których liczba ludności i warunki naturalne (położenie, wielkość terytorium, zasoby) pozbawiają złudzeń w kwestii nadziei na całościowo rozumianą – czyli mierzoną nie tylko wzrostem PKB – potęgę. Jeśli nawet te „rodzynki” wysforują się nieco przed resztę krajów regionu, to dysproporcje nie staną się tak wielkie, jakie są i wciąż będą istniały między tutejszymi liderami a zachodnimi bogaczami typu Anglia czy Niemcy. Dlatego w ramach takiego sojuszu nie należałoby się raczej obawiać, że któryś z partnerów zdominuje pozostałych.
Ostatni wreszcie, może najmniej ważny, lecz również istotny czynnik, to położenie geograficzne. Wszystkie te kraje znajdują się w jednym „ciągu”, tworząc blok zwarty terytorialnie, co ułatwia prowadzenie wspólnej polityki i daje wiele szans rozwojowych. Do tego należy dodać położenie między Wschodem i Zachodem oraz na części szlaków z Południa na Północ, będące kolejnym czynnikiem, który przy odpowiedniej strategii może dać olbrzymie korzyści.
Trudno oczywiście dziś oczekiwać powstania wkrótce jakiegoś silnego, zjednoczonego bloku regionalnego, który wprost rzuciłby rękawicę Unii Europejskiej czy posłał w diabły amerykańskich oficjeli i ich agentów wpływu. Zapewne taki radykalny rozbrat nie byłby też korzystny dla jego członków, nawet gdyby był możliwy. Ale gdy mamy do czynienia z presją trzech gospodarczych i politycznych potęg – USA, UE i Rosji – to warto zastanowić się nad sojuszami regionalnymi. Sojuszami opartymi o podobieństwa kulturowe i analogiczne interesy polityczne. Sojuszami bazującymi na współpracy podmiotów stosunkowo równych i niezdolnych narzucić partnerom tak upokarzających warunków, jakie dziś oferują nam lokatorzy Białego Domu, NATO-wscy generałowie, unijni „eksperci” oraz gazowo-naftowi oligarchowie sterowani z Kremla. To oczywiście wizja wymagająca ogromnej pracy i jeszcze większej odwagi, ale też mogąca coś na serio zmienić w nieustannej grzej w fatalizm służenia ciągle obcym panom.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 19 lipca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
O tej porze roku należy się nam właściwie sezon ogórkowy. Szum medialny powinien mieć w sobie coś z beztroskiego szumu fal, obmywających stopy plażowiczów. Powinno być lekko, łatwo i przyjemnie, gdy naciskamy guzik pilota, sięgamy po gazetę, przeglądamy w Internecie serwisy informacyjne, by otrzymać swoją dawkę chleba naszego medialnego. Informacje powinny mieć w sobie coś z niefrasobliwości chmurki, lekko przemykającej na horyzoncie. Nasze rozleniwione, senne zmysły mają prawo do ciszy i ukojenia. Żadnych politycznych awantur, bomb, strajków. Jeśli rozpacz i śmierć – to na drugim końcu świata, a w każdym razie oby jak najdalej od nas. Jeśli nieszczęście bliźnich – to jak najbardziej anonimowe, nieznane, cudze. Jeśli tragedia, to tylko taka, która nie stuka do naszych drzwi. Jeśli powody do zadumy, to jak najbardziej ogórkowe – choćby: „dlaczego ogórek nie śpiewa?”.
Tak, w sezonie ogórkowym mamy do tego wszystkie prawo, jako dobrzy obywatele Rzeczpospolitej Medialnej. Na nieszczęście, wszystko to są pobożne życzenia. Bombarduje nas histeria, ciągłe i nieprzerwane podniecenie, którego chcąc nie chcąc stajemy się uczestnikami. Naszymi myślami chcą zarządzać licencjonowane zrzędy o nazwiskach powszechnie znanych redaktorów i ich pomniejszych pomagierów, co rusz przekonujących, w jak paskudnym świecie przyszło nam żyć.
Owszem, trzeba im oddać sprawiedliwość – tego lata falę upałów poprzedziła polityczno-religijna maligna. Właściwie, publicystom należy się odrobina współczucia – dzień w dzień bili na trwogę, nastawali w porę i nie w porę, stali czujni na warcie, dla dobra społeczeństwa węsząc uszczerbki w demokracji i praworządności, w nieustannych wariacjach ćwiczyli się w tonie Kasandry. I zdać się mogło, że zabraknie im środków ekspresji, gdy okazało się, iż toruński zakonnik nie panuje nad własnym językiem i gdy chwilę później Andrzej Lepper pożegnał się ze stołkiem wicepremiera.
Permanentny kryzys i kompletna degrengolada polityki, obwieszczane co dnia przez licencjonowanych zrzędów, przybrały już wymiar niemal mistyczny. Słowa nie nadążają za tym, co mają opisać, łamią się i gubią pod naporem treści, którą mają dźwignąć, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. W takich chwilach pozostaje już tylko rozpacz albo – u bardziej heroicznych jednostek – prometejska chęć czynu. Najpiękniej wyraziła ją Katarzyna Kolenda-Zaleska na falach TOK FM, mówiąc pewnego ranka: „Rząd kiepski, opozycja kiepska, musimy sami brać się do roboty i wybudować społeczeństwo obywatelskie”. Budowa trwa od lat: na fundamentach słów i obrazów wzniesiono wcale pokaźny gmach zakłamania.
Mówiąc szczerze, ten zrzędliwy język, ton i poza malkontentów towarzyszy dziennikarzom niemal od zawsze. Oczywiście, bywa mniej lub bardziej dawkowany, zniuansowany lub radykalny – ale od lat powtarza się niemal w tych samych kliszach i odsłonach. Rzecz nie w tym, że dziennikarze krytykują, ale w pretensjonalności i zdawkowości wielu zarzutów, w tonie pogardy i napastliwości wobec polityków, instytucji państwowych, przedstawicieli opcji ideologicznych innych niż własna, w masce obiektywizmu, cnoty o proteuszowym obliczu, niezwykle przydatnej dla każdej propagandy. Rządy zrzędów sprawiają, że epitet zastępuje komentarz, złośliwość analizę, tworząc wizję świata politycznego, demonizującą tę przestrzeń. A równocześnie – zniechęcającą doń i oddalającą przeciętnego obywatela od sensownego zainteresowania debatą i aktywnością publiczną.
Kto dziś będzie w stanie ocenić, jak wielkie spustoszenie w głowach Polaków uczyniła tak często powtarzana przez lata myśl, że „polityka jest brudna”? Ten krótki refren powraca echem, jest jak ukryte założenie mnóstwa medialnych przekazów. Role zostały rozdane: źli politycy – dobre media. Tymczasem nie od dziś wiadomo, że Bestia jest jak mucha, którą Piękna łatwo może sprzątnąć, machając gazetą na oślep, albo i z premedytacją. Bestia jest mnie bestialska, a Piękna znacznie szpetniejsza, niż mówi o tym zwierciadło szklanego ekranu. Dlatego jest coś perwersyjnego w nieustannym odmalowywaniu polityki w najczarniejszych barwach i skupianiu się niejednokrotnie na kwestiach trzeciorzędnych, zamiast rzetelnego, systematycznego pokazywania faktycznej pracy polityków i systemowych działań podejmowanych na rzecz społeczeństwa i państwa w ramach jego instytucji. Tak, jakby odbiorca był głupcem, albo dzieckiem, które zasługuje jedynie na bajki o żelaznym wilku albo – dla odmiany – bezy słodkie aż do zemdlenia.
Niedawno spędziłem nieco czasu w ośrodku „Emaus”, skupiającym kilku mężczyzn wychodzących z bezdomności. Wspólnota działa w Nowej Hucie, na pięknym osiedlu Willowym, przy placu im. Piotra Ożańskiego, przodownika pracy, postaci tyleż malowniczej, co tragicznej. Pomysł na ośrodek jest genialny w swej prostocie: bezdomni, których na dno zepchnął zwykle alkohol, przez codzienną, ciężką pracę przywracają godność i sens swojemu życiu. Reperują i odsprzedają darowane im meble, sprzęt AGD, RTV, handlują bibelotami, książkami, używaną odzież. Jednym się udaje, znajdują pracę, wchodzą w stałe związki, na dobre zrywają z dawnym towarzystwem – zwycięża pragnienie życia, lepszego życia. Inni nie wytrzymują, wracają do alkoholu, do przytulisk, na melinę, na działki. Wszyscy oni walczą. Ta ich z trudem wygospodarowana normalność jest nader banalna i skromna: pracą własnych rąk zarabiają na chleb, zmagają z codziennymi kłopotami, klną, palą papierosy i przegadują się między sobą i z klientami. Żadnych aureoli, certyfikatów świętości i widomych oznak heroizmu. Żadnych wielkich słów i patosu, żadnych fajerwerków i oklasków, które konsumentom pop-kultury często kojarzą się ze zwycięstwem dobra nad złem. Banalność, banalność. A choć wspólnota tętni życiem, rubasznym dowcipem, czyjąś sprzeczką, siarczystym przekleństwem i hałasem pracujących urządzeń, znalazłem tam wielką ciszę. Ciszę niepozornego świata kilku ludzi, tak odległego od zrzędów zajmujących się wielkimi sprawami.
Tak, wiem, to świat zbyt drobny, by go porównać inaczej niż przez metaforę z obrazami zajmującymi pierwsze strony gazet. Że zrzędy nie miałyby tu czego szukać, bo gdzie indziej zapadają decyzje dotyczące milionów polskich obywateli, bo nie ma tu wielkich pieniędzy, podnoszących adrenalinę namiętności politycznych, eleganckich zegarków, garniturów i pilnie strzeżonych sekretów.
Ale z perspektywy zwykłych zjadaczy chleba, zamęczanych i molestowanych przez opowieści tysiąca i jednej zrzędy, znacznie lepiej skupić się na niepozornym świecie wokół siebie. Bez pretensji do budowania „społeczeństwa obywatelskiego”. Tym niech zajmie się znana dziennikarka. My, zwykli zjadacze chleba, znajdźmy po prostu trochę czasu na ciszę i rozejrzenie wokół siebie. A przed światem pozornym i jego zrzędzeniem zatrzaśnijmy drzwi. Choćby na czas sezonu ogórkowego. Niech się zmieni w miesiąc miodowy między nami a otaczającą nas rzeczywistością.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 28 czerwca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wiele już widziałem nonsensów na polskiej scenie ideowo-politycznej. Mało co w kraju nad Wisłą może zaskoczyć uważnego jej obserwatora. Polska wybija się na czoło dziwactw nawet w ogólnoświatowym mętliku, gdzie spotykamy takie cuda, jak lewicę wzywającą do bombardowań Belgradu, albo konserwatystów piętnujących przeciwników ślepego postępu technologicznego (choćby modyfikacje genetyczne roślin) jako zacofańców-oszołomów. Pomieszanie z poplątaniem w coraz mniej czytelnym świecie idei i form organizacyjnych zostaje u nas wzmocnione całym bagażem zaszłości historycznych. Dlatego też w Polsce obrzydliwie bogaty i cyniczny Urban, który dwie dekady temu uzasadniał jako rzecznik rządu strzelanie do robotników i morderstwa polityczne opozycji, jest dziś autorytetem lewicy. Natomiast konsekwentny socjaldemokrata i działacz robotniczej opozycji, Ryszard Bugaj, jest atakowany jako rzekomy stronnik konserwatystów i prawicy – tylko dlatego, że ową lewicowość Urbana i jego SLD-owskich kumpli kwestionuje.
Nie zmienia to faktu, że nawet w tym królestwie osobliwości zdarzają się istne cuda, a granica nonsensu jest rozciągana poza swoje, zdawałoby się, absolutne granice wytrzymałości. Właśnie pobity został kolejny rekord – Jacka Żakowskiego namaszczono na lewicowego intelektualistę. Celowo piszę „namaszczono”. Żakowski bowiem na wrażliwego społecznie myśliciela i komentatora wydarzeń pozuje już od kilku lat. Takich facetów jak on cechuje jedna stała cecha: zawsze wiedzą, z której strony wieje wiatr i zawsze potrafią się ustawić tak, aby wiał w ich plecy. Takoż i Żakowski, który od początku lat 90. przez dekadę wspierał neoliberalne reformy, wychwalał „transformację ustrojową” i gromił „postawy roszczeniowe”, od kilku lat głosi coś wręcz przeciwnego. Już neoliberalizm jest be, apoteoza wolnego rynku fe, zaś ich wyznawcy to zakute doktrynerskie łby, do których nic nie dociera.
Doktrynerski łeb Żakowskiego zmienił się w otwarty, subtelny umysł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczywiście nie należy wiązać tej zmiany ani z krachem wiary w liberalizm w Polsce (przypieczętowanej m.in. wyborczym triumfem Samoobrony w wyborach 2001 r.), ani też ze zmianami w światowym obiegu idei, gdzie, mówiąc umownie, Stiglitz rozkłada dziś na łopatki Miltona Friedmana. Żakowski bez wątpienia przejrzał na oczy całkiem przypadkowo, w pełni samodzielnie i szczerze, żaden koniunkturalizm nie wchodzi tu w grę. I od kilku lat, dzięki temu nawróceniu, serwuje nam wywiady z zachodnimi myślicielami lewicowymi (zebrane następnie w książce, której tytuł – „AntyTINA” – kwestionuje liberalny konsensus) oraz liczne teksty i wystąpienia publiczne, w których nie tylko deklaruje się jako lewicowiec, ale i gromi innych – np. obecny rząd – za zbyt małą „prospołeczność”. Zapału w głoszeniu tej dobrej nowiny ma wiele – „neofita, bo polityk”, jak o kniaziu Jaremie śpiewał inny Jacek.
Oczywiście gdyby pies nazwał się kotem, niewiele by z tego wynikło w kwestii jego umiejętności miauczenia. Tak też i Żakowski ze swoimi lewicowymi autodeklaracjami jest groteskowy na tyle, by nie było potrzeby pastwić się nad nim, bo kto ma odrobinę rozumu i dobrą pamięć, ten się na ów spektakl nie nabierze, a temu, kto dał się nabrać – już raczej nic nie pomoże. Jednak cały problem polega na tym, iż Żakowskiego jako lewicowego intelektualistę postrzegają osoby, które podejrzewałem dotychczas o nieco więcej rozsądku. Oto w „Europie”, czyli intelektualnym dodatku do „Dziennika”, określił go w ten sposób Cezary Michalski, rozmawiając z Żakowskim m.in. o tym, jaki neoliberalizm jest zły i podły. Wiceredaktor pisma koncernu Axel Springer był przez lata jednym z moich ulubionych publicystów, zresztą jednym z niewielu polskich prawicowców (w sensie środowiska politycznego), którzy nie zachłysnęli się nabożną wiarą w liberalizm gospodarczy. Mógłbym oczywiście uznać, że tak, jak Żakowski skręcił w lewo, tak Michalski z jakiegoś powodu oszalał i kręci się w kółko, stąd jego opinia o Żakowskim. Ale to nie tak, nikt tu nie stracił rozumu, wszystko jest OK. Żakowski faktycznie jest lewicowym intelektualistą. Z obozu tej lewicy, której lewicowość przybiera postać nic nie kosztującej paplaniny – i niczego więcej.
Jello Biafra, lider punkowego zespołu Dead Kennedys, śpiewał przed laty, że „każdy może być poetą, każdy może być mordercą”. I tak samo każdy może być lewicowcem. Wystarczy poględzić nieco o tym, że globalizacja – ale tylko ta korporacyjno-kapitalistyczna – jest niesprawiedliwa, zacytować Chomsky’ego, potępić homofobię, pomstować na Rydzyka, Giertycha i Strasznych Braci Bliźniaków. I już. Oczywiście należy to czynić w gronie podobnych sobie, czyli na spotkaniu w warszawskiej knajpie, w uniwersyteckiej sali lub w redakcji „Krytyki Politycznej”. Niczego więcej do bycia lewicowcem nie potrzeba. I nic to nie kosztuje. Wręcz przeciwnie, jest dziś w środowisku medialno-salonowych gęgaczy o wiele, wiele bardziej modne i dobrze widziane niż opowiedzenie się za neoliberalizmem czy nie daj Boże „twardym” konserwatyzmem.
Co z takiej lewicowości wynika jednak dla tradycyjnego głównego podmiotu lewicowej refleksji, czyli dla tych, których można określić mianem wyzyskiwanych? Czy wywody Żakowskiego zmieniły coś na lepsze w ich życiu, choćby symbolicznie? Czy otrzymali z jego strony jakieś wsparcie, choćby najdrobniejsze? Czy choćby w niewielkim stopniu poświęcił się on dla ich dobra? Skądże. Żakowski po prostu ględzi – dziś ględzi lewicowo, tak jak wczoraj ględził neoliberalnie. Ględzi w sterylnym, bezpiecznym i komfortowym światku podobnych sobie lewicowców. Okazji do ględzenia ma wiele – przeróżne spotkania tego środowiska organizowane są wręcz taśmowo. Jakże często on i jemu podobni „zmieniają świat na plus” – szkoda tylko, że ów świat tego nie zauważył, oczywiście w przeciwieństwie do salonowego światka.
Na lewicy jest wiele podziałów. Sam często krytykowałem inicjatywy, które cechuje fiksacja „obyczajowa”. Czyli uważają, że w kraju peryferyjnego kapitalizmu, w państwie dosłownie rozjechanym neoliberalnym walcem, kluczowe problemy lewicy to zajmowanie się histerycznymi wywodami gejów i lesbijek, aborcją i parytetem płci. Osobną kategorię inicjatyw, którym dostawało się ode mnie, stanowią różne środowiska nostalgików PRL-u, przekonanych, że lewicowa polityka polega(ła) na wysyłaniu czołgów na strajkujących, wagonów pełnych półdarmowego węgla do ZSRR, a „syjonistów” do Izraela. Trzecia grupa moich „ulubieńców” to ci, którzy wzdychają za Trockim i Leninem, wyciągając z historii wnioski dokładnie odwrotne niż nakazywałby rozsądek.
Jednak przy całym krytycyzmie wobec takich postaw i wyborów, znam wśród ich adeptów sporo osób, które szanuję za autentyczne zaangażowanie. Jestem przeciwko aborcji, PRL-owi i Trockiemu, wielokrotnie zaś ich zwolennicy atakowali mnie bez pardonu – ale mimo tych różnic czy konfliktów potrafię docenić ich zaangażowanie w społeczny „konkret”, nierzadko kosztem sporych poświęceń i osobistych wyrzeczeń. W efekcie ze zwolenniczkami aborcji mogę współpracować w kwestii np. dowartościowania pracy domowej kobiet, z miłośnikami PRL-u w obronie praw pracowników, a z trockistami protestować przeciwko prywatyzacji służby zdrowia. W tym sensie „nie ma wroga na lewicy” – tej, która nie ogranicza swej lewicowości do salonowego ględzenia.
Oczywiście można uznać, że intelektualiści są od myślenia, nie zaś od organizowania demonstracji, wzniecania strajków czy tworzenia spółdzielni socjalnych. Co prawda, takim lewicowym intelektualistom, jak Abramowski, Żeromski czy Thugutt korona z głowy nie spadła, gdy oprócz myślenia, mówienia i pisania napracowali się w mniej wdzięczny i bardziej wyczerpujący sposób, pośród tego ludu, którego interesy reprezentowali na płaszczyźnie teoretycznej. Co prawda, także dziś wśród różnych lewicowych grup można spotkać osoby łączące działanie z teoretyzowaniem, często robiące to ostatnie na poziomie znacznie wyższym niż Żakowski, którego teksty to popłuczyny po tej części zachodniej myśli lewicowej, która uwiła sobie wygodne gniazdko w medialnym establishmencie.
Ale przyjmijmy, że wraz z rozwojem podziału pracy myśliciele wyspecjalizowali się w myśleniu i tego od nich oczekujemy. Problem w tym, że Żakowski i jego środowisko zawodzą na całej linii także w tej kwestii. Taki Marks czy choćby Bebel, jako lewicowi myśliciele potrafili bez pardonu naruszać kapitalistyczny konsens, dotkliwie kąsać ówczesne „myśli klasy panującej”, mobilizować swoimi słowami „wyklęty lud ziemi” do walki. Dzisiejsze ględzenie Żakowskiego nie tylko jest całkowicie oderwane od społecznej praktyki, zamknięte w czterech ścianach getta odizolowanego od społeczeństwa. Ono jest także pozbawione jakiegokolwiek ostrza, mdłe i w gruncie rzeczy konformistyczne, bez żadnego trudu przedzierające się w intelektualny krwiobieg liberalnego establishmentu, bo też w niczym nie zagraża jego interesom.
Nie wynika to przy tym wcale z faktu, że dzisiejszy porządek jest tak elastyczny, iż „wchłania” swych wrogów i „roztapia” ich krytykę, asymiluje ją, żywi się buntem. Dzieje się tak bowiem tylko wówczas, gdy istnieje przyzwolenie ze strony adeptów takich postaw. „System” wchłonie wywody Żakowskiego o tym, że neoliberalizm jest „niesprawiedliwy”. Ale zarazem wydali ostry, klasowy głos, wyrażający lewicowe żądania, które określi mianem „populizmu”. „System” wchłonie – choćby w postaci publikacji w „Wyborczej” czy „Przekroju” – bardzo radykalne teoretyczne wywody Naomi Klein. Ale wydali, to znaczy na tych samych łamach potępi, realną i skuteczną politykę antyneoliberalną w wykonaniu Hugo Chaveza. „System” jest otwarty na uniwersyteckie debaty, podczas których jeden z pięciu uczestników-profesorów zakwestionuje sens napaści USA na Irak. Ale jednocześnie z tejże uniwersyteckiej sali wyrzuci przy pomocy policji tych, którzy wprost mówią, kto i dlaczego ma na rękach krew irackich cywilów. „System” zaakceptuje romantyczną legendę Jacka Kuronia, który podobno na łożu śmierci zrozumiał, że rozdawanie bezrobotnym zupy-jałmużny to „nieco” za mało jak na politykę prospołeczną. Ale ten sam „system” skaże na zapomnienie lub opluje lidera lewego skrzydła pierwszej „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdę, który już w roku 1990, a więc kilkanaście lat przed „myślicielem” Kuroniem, wskazywał na łamach niskonakładowego „Poza Układem” niebezpieczeństwa związane z neoliberalizmem i ich przewidywane skutki. „System” da program telewizyjny Sławomirowi Sierakowskiemu, nawet jeśli będzie to telewizja ponoć opanowana przez konserwatystów. A jednocześnie w tej samej publicznej telewizji, nawet gdyby akurat była rządzona przez lewicę, pokażą Piotra Ikonowicza najwyżej przez 10 sekund, oczywiście tak, żeby wyszedł na bezrozumnego, krzykliwego szaleńca. I tak dalej.
Bo „systemowi” jest na rękę taka lewica, jaką prezentuje Żakowski i spółka. Lewica zasymilowana towarzysko i koteryjnie, która nie tylko nie podniesie ręki na swoich kolegów, zajmujących w tymże systemie poczesne miejsca, ale w razie faktycznej rewolty będzie ich broniła jak lew. Lewica związana z nim przepływami gotówki na konto, czyli jak najbardziej interesowna i zadowolona z subtelnego układu zależności z liberałami, a zwłaszcza z ich sponsoringu. Lewica przede wszystkim nieświadoma, o co i jak toczy się gra, bowiem zupełnie oderwana od rzeczywistości. Taka lewica, która poprze bunt uczniów przeciwko prawicowemu ministrowi Giertychowi, ale nie kiwnie palcem w kwestii edukacyjnych szans młodzieży z biednych warstw społecznych. Poprze również protest pielęgniarek, bo odbywa się on przeciwko prawicowemu rządowi, ale jednocześnie nie zauważy, że ów protest idealnie wpisuje się w proponowany przez lobby lekarskie scenariusz prywatyzacji służby zdrowia. Czasem „odkrywczo” oznajmi też, że w Skandynawii jest cudowny socjal i rozwój ekonomiczny zarazem, ale nie zauważy, że nordycki prospołeczny model gospodarki powstał na gruncie silnej kultury wspólnotowej oraz etosu skromności i obowiązków, czyli dokładnie tego, co jest przedmiotem nieustannych ataków ze strony dzisiejszej nowolewicowej klasy próżniaczej, oburzonej na „represyjność” i żądającej wyzwolenia wszystkich ze wszystkiego. Innym razem oburzy się, że Dolina Rospudy ma być przecięta – oczywiście z woli prawicowego rządu – drogą ekspresową, ale nie zaprotestuje przeciwko obłędnej polityce transportowej kolejnych rządów, która polega na wydatkowaniu ogromnych kwot z budżetu na tranzytowe autostrady i jednoczesnym obcinaniu dotacji na regionalne połączenia kolejowe czy remonty dróg lokalnych.
Taka lewica wie, że dzwonią, ale nie ma pojęcia, w którym kościele. Jej aktywność, choćby największa, toczy się bowiem w czterech ścianach kryształowego pałacu, którego izolacja skutkuje nieświadomością medialno-uniwersyteckich „bojowników”. Nie ma potrzeby, aby odmawiać im miana lewicy, na to już zresztą za późno. Należy jednak – dla dobra lewicy, jej ideałów i ich beneficjentów – z hukiem rozwalić ten kryształowy pałac. Dziś w odrodzeniu autentycznej, konsekwentnej lewicy nie przeszkadza wcale dominacja neokonserwatywnej prawicy. Przeszkadza w tym dziele natomiast „upupienie” wizerunku, refleksji ideowej i struktur organizacyjnych środowisk lewicowych przez Żakowskiego i jego koleżków. Dylemat lewicy na najbliższą przyszłość jest taki: kryształowy pałac dla Żakowskiego i spółki czy „szklane domy” dla wszystkich.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 28 czerwca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Tę banalną myśl znacznie piękniej i z patosem wyraził w drugiej połowie XIX wieku rosyjski myśliciel, Konstantin Leontjew. Pisał on: „Czy nie strasznie i obraźliwie byłoby pomyśleć, że Mojżesz wspinał się na Synaj, że Hellenowie wznosili swe potężne akropole, Rzymianie toczyli Wojny Punickie, że genialny młodzieniec Aleksander w hełmie z pióropuszem przekraczał Granik i bił się pod Arbellami, że Apostołowie nauczali, męczennicy cierpieli, poeci wznosili pieśni, rycerze błyszczeli na turniejach tylko po to, żeby francuski, niemiecki czy rosyjski bourgeois, w swej komicznej i brzydkiej odzieży, zażywał błogiego spokoju, »kolektywnie« i »indywidualnie«, na ruinach tej całej dawnej wielkości?… Wstyd byłoby za ludzkość, jeśliby ten podły ideał powszechnej korzyści, drobnej pracy i haniebnej prozaiczności zatriumfował na wieki!”.
A przecież wiek XIX trudno uznać za nudny. W autobiografii „Rzeczy minione i rozmyślania”, nietuzinkowy Aleksander Hercen wspomina swego rodaka, Michała Bakunina, miłośnika wszelkich rewolucji, jak to w roku 1848, w czasie podróży z Paryża do Drezna rosyjski anarchista wysiadł na jednym z postojów i spostrzegł chłopów, szykujących się akurat do krwawej rozprawy ze swoim panem. Kłopot w tym, że arystokrata zamknął się w swoim zameczku, a prostym ludziom brak było elementarnego, rewolucyjnego i strategicznego „know-how”. Bakunin, nie za bardzo wnikając w istotę sporu, zorganizował chłopstwo, wydał odpowiednie dyspozycje i ruszył dyliżansem w dalszą podróż ku rewolucji. Zamek spłonął. Jest w tej krwawej niefrasobliwości Bakunina coś z atmosfery „Jesieni Średniowiecza”, coś – mimo upływu stuleci – bliskiego słowom Huizingi, że „gdy świat młodszy był jeszcze o pół tysiąclecia, zewnętrzne formy wszystkich przypadków ludzkiego życia rysowały się o wiele ostrzej niż dzisiaj. /…/ Wszystkie przeżycia miały ten stopień żywiołowości i wyłączności, jaki dziś radość i cierpienie osiągają jeszcze tylko w umyśle dziecka”.
XX wiek? Kto, szczególnie po tej stronie niegdysiejszej Żelaznej Kurtyny, mógłby z czystym sumieniem przyznać, że żył w czasach nijakich? Tu historia oddychała pełną piersią i trawiła czas i ludzi z iście gargantuicznym apetytem. A jednak coraz więcej wokół nas nijakości, przybywa jej niespostrzeżenie, lecz nieuchronnie. Ba, zdaje się, że już – tuż, tuż czeka nas skok do królestwa nijakości, krainy Leontjewowskiej „haniebnej prozaiczności”, którą nie sposób uznać za co innego, jak antycypację „Nowego, wspaniałego świata”. I mimo wzniosłych wydarzeń i kalendarium pełnego wielkich dat „tu i teraz” proponuje się nam byle jakie życie, pośród błogiego spokoju wyzutego z treści, której można poświęcić więcej niż miesięczny zarobek. Co zatem sprawia, że zadomowiła się wśród nas nijakość?
Odpowiem przewrotnie (i poniekąd mało oryginalnie). Otóż, przyczyną tego jest zapoznanie sacrum w sferze publicznej. Konsekwentne zastępowanie czytelnego, radykalnego, a czasem i agresywnego języka – dobro-zło, cnota-występek, błogosławieństwo-przekleństwo – nowym językiem, który ma gwarantować pokój społeczny, który ludzkie konflikty, rozterki i waśnie przemienia w okazję do indywidualnej lub zbiorowej terapii, który kamufluje ludzkie fascynacje i wstręt do obcego, a równocześnie staje się coraz bardziej opresywny, autorytarny i de facto roszczeniowy. Ale czy język nowoczesnej kultury, który jest językiem przeciw religii (części składowej każdej cywilizacji), lub który próbuje urabiać ją na swój obraz i podobieństwo, nie staje się w końcu mową o niczym?
Zaiste, miał rację Wolter – gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić. Tak, jeśli nie ma Boga, trzeba Go wymyślić. Czy też, jak stwierdził pewien niby-marksista, Ernst Simon Bloch: „Boga nie ma, ale będzie”. Kłopot w tym, że ta wysterylizowana kultura, gaworząca o „heteronormatywności”, „homofobii”, zamykająca pastorów w więzieniu za cytowanie Apokalipsy wg św. Jana i traktująca religię jako niepoprawnie polityczne monstrum, grożące łagodnemu barankowi ogólnoludzkiego pojednania, nie jest zdolna ani ubóstwić człowieka, ani na serio potraktować sacrum. Ale na miejsce tego nieznośnego, władczego, narzucające ograniczenia i tabu sacrum przychodzi Suweren-Lewiatan, nie mniej nieznośny, z pretensjami do omnipotentnej władzy, narzucający własne ograniczenia i tabu. O ile tamten jednak mógł dać śmiertelnym choćby nikłą obietnicę wieczności i wzniosłości, ten najwyżej oferuje dobre samopoczucie. A i to nie zawsze.
Religia i polityka są nieodłączne, ze względu na ludzką naturę. Zarówno wierzącym, jak niewierzącym, przysługuje w przestrzeni publicznej prawo do wyrażania swoich opinii, prawo do konfliktu i do autonomii. Prawo do jawności przekonań i manifestowania ich w życiu polis. Stąd też i dla lewicy płyną pewne wskazania: lepiej pytać wierzących o ich aktywność w sferze publicznej, kierowanie się nauką społeczną chrześcijaństwa, niźli sarkać na religię w szkołach albo na obecność w parlamencie narodowych katolików. Kto z nich chciałby uczynić wyklętych, sam stałby się inkwizytorem. Nurt nowolewicowy lubuje się w opowieściach o ciemnogrodzie, zaścianku, kołtunerii, rzutując na polską rzeczywistość społeczno-polityczną wzięte skądinąd wzorce i klisze ideologiczne, zamiast pytać o społeczny potencjał chrześcijaństwa i o to, jaki z niego może być pożytek w Polsce czasów transformacji.
To jeszcze jeden z symptomów tej nijakości i jałowości sporów, powodujących, że stajemy się mentalną kolonią Zachodu. Bo ludzie bez cnót, bez dobra i zła (czy też choćby bez możliwości skonfrontowania się z tym światem), zanurzeni w mowie pozornego pojednania i pokoju, w mowie maskującej podział świata na sacrum i profanum, apostołowie świeckiej indoktrynacji mogą w każdej chwili przeistoczyć się w hipokrytów, zachowujących pozory moralności, ale w głębi duszy nienawidzących tak suwerena, jak lud. Mogą wychować jedynie podobnych sobie dewotów świeckiego obrządku, których dulszczyzna jest nie mniej duszna, niż ta klepiąca pacierze. Stąd, może lepiej zrobić krok do tyłu, ku akceptacji sacrum, choćby surowego jak Bóg żądający od Abrahama ofiary z Izaaka, niż wylądować w królestwie nijakości? Bo choć powszechna korzyść, drobna praca i prozaiczność nie są bynajmniej tak straszliwym złem, jak się to roiło Leontjewowi, to nigdy nie wiadomo, kiedy kupczyk przemienia się Wielkiego Inkwizytora.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 8 czerwca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Dotyczy to zarówno tego, co mówi samemu sobie, jak i tego, co opowiada innym. Co zaś inni mówią o nim – na to należy zwykle spuścić zasłonę milczenia. Oczywiście, tak w pierwszym, jak i drugim przypadku zdarzają się wyjątki: spowiedź człowieka nawróconego, rozmowa zakochanych, a bywa, że i wynurzenia dżentelmena zalanego w pestkę. Kiedy zaś można dać wiarę cudzym słowom na nasz temat? Chyba tylko wówczas, gdy zgadza się z nimi nasze sumienie. Tu jednak pojawia się problem: niczemu tak dziś nie należy dowierzać, jak ludzkiej, samokrytycznej świadomości. A jeśli nie ufamy własnej samoświadomości, to dlaczego mielibyśmy zawierzać cudzej? Ostatecznie zapętlamy się w sytuację bez wyjścia: nie możemy wierzyć ani własnym słowom, ani cudzym.
Pewnie są tacy, którzy w takiej sytuacji sięgają po sznur. Ale większość – na szczęście dla rodzaju ludzkiego – znajduje jakąś zasadę, fundament, gwarantujący rękojmię ich własnych sądów. Wybór jest szeroki: od ideologii, szkół propagandy i różnego typu wierzeń, przez powiązane z nimi instytucje i postacie. Równie dobrze może to być partia polityczna, jak AA; dyżurny socjolog, filozof, publicysta, felietonista, wzięty duchowny tej czy innej opcji, znany nonkonformista; wódz, guru, miła pani z telewizji, wróżka, bioenergoterapeuta, kolega/koleżanka z pracy, podręcznik jogi, a nawet książka kucharska itp. dobrze poinformowane, znające się na rzeczy byty umilające nam życie podawaniem recept na temat tegoż życia.
Problem wcale nie polega na tym, że mamy za mało autorytetów, ale na tym, że mamy ich za dużo. Autorytety plenią się jak chwasty, mnożą jak robactwo, wypełzając z każdego kąta przestrzeni społecznej. Gdzie człowiek nie spojrzy – tam autorytet w każdej z dziedzin naszego przebogatego w różnorodność świata. Albo przynajmniej kandydat na autorytet, raczkujący praktykant w tym przemiłym fachu. I tak przybywa nam ludzi, którzy wpływają na naszą krytyczną samoświadomość, z reguły czyniąc ją bezkrytyczną. Kulimy ogon pod siebie, wysłuchując ich sądów, albo pod ich czarownym śpiewem zapadamy w senność i zamykamy się w skorupce własnego „ja”, sycąc niepewność poczucia własnej pewności – „tak, ten ma rację”.
Kto wie, czy jednym z większych nieszczęść świata nie jest spolegliwość – ósmy z grzechów głównych, który umknął przed wiekami prawodawcom naszej cywilizacji (może dlatego, że nie rozróżniali go jeszcze od posłuszeństwa?). Ta nasza spolegliwość, chęć przytakiwania, przyklaśnięcia, wmieszania się w tłum podobnie myślących: by tym sposobem z ziarna piasku przeistoczyć się cudownie w kamień węgielny, by piórka wróbla zamienić na płonącym żarem ogon feniksa, by zyskać pewność fundamentalną, niekwestionowalną, której zbywa tej wątłej, samoświadomej istocie, która naga wyszła z łona matki i naga wróci do ziemi. Szukamy pewności, która często bywa jedynie imitacją sensu i nieświadomym własnej kruchości mniemaniem, tym dalekim, jednym z najdalszych krewnych filozoficznego Logosu, który jest zarazem Słowem/Pojęciem, jak Rozumem. A kto wie, może także pięknem i dobrem.
Co z tym wszystkim wspólnego ma Raskolnikow? I co my mamy wspólnego z byłym studentem Rodionem Romanyczem? Literatura piękna jest jednym z punktów węzłowych kultury – przestrzeni wzajemnego rozumienia, broniącej nas przed tanim moralizatorstwem, albo cynizmem propagandy, bezwzględnością ideologii, nachalnością standardów, norm i konwenansów. Tworzy przestrzeń zaufania – jej postacie, ich losy ukazują nam samych siebie z tą bezinteresownością, z jaką filozofia jest poszukiwaniem mądrości. Odzwierciedla człowieka w sposób o wiele bardziej intymny, niż zwykł on poznawać siebie w dniu powszednim – świat wyobrażony zdziera maski ze świata rzeczywistego; mity literatury kwestionują nasze potoczne zmyślenia i sposoby istnienia, które zwykle nie są niczym innym, jak uniknięciem najboleśniejszych dla nas pytań i odpowiedzi.
Z przyrodzoną łacinie zwięzłością wyrażają to słowa Horacego: Mutato nomine de te fabula narratur – „O tobie ta bajka mówi, choć pod zmienionym imieniem”. To przez udział w tym świetle, które wyostrza kontury rzeczy, zyskujemy miejsce pośród „obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów” – pośród szacownych cieni Gilgamesza, Hektora, Rolanda. Pośród cieni Franza K., Raskolnikowa, Don Kichota, Anny Kareniny, Zaratustry, Pana Cogito, Stawrogina, doktora Żywago. Oni nigdy nie staną się wieczystą marionetką śmiertelników, strząsną z siebie kajdany każdej interpretacji i ideologicznej konwencji, każdego roszczenia i pustego śmiechu. Ale też nigdy nie spróbują nas zniewolić, bo choćby chcieli – są jedynie duchami na polach elizejskich, duchami skupionymi na sobie, wątłymi marami – tak kruchymi jak porcelana, po której w wierszu Miłosza przejechały żelazne gąsienice czołgów. Zawsze możemy się od nich wyzwolić i zawsze oni wyzwalają się od nas. Choć, zdecydowanie, to my tracimy na własnym wyzwoleniu: miarą wolności są konwulsje piskorza, wijącego się pośród bylejakości życia.
Zaiste, wszyscy jesteśmy Raskolnikowami. Nie dlatego, że mamy chęć zabić lichwiarkę, że ulegając żelaznej logice występku mordujemy jej Bogu ducha winną siostrę, Lizawietę. Nie dlatego, że popełniwszy morderstwo usiłujemy oszukać samych siebie, że wszelkie nasze koncepty okazują się niczym wobec gryzącego robaka sumienia, że szukamy zadośćuczynienia za popełnioną zbrodnię. Nie dlatego, że poddani nieprzeniknionej logice ubezwłasnowolniającego procesu wysłuchujemy w świątyni opowieści o odźwiernym i człowieku ze wsi, który „prosi o wstęp do prawa” (wspaniała opowieść!). Nie dlatego, że cierpimy z powodu zakazanej miłości, której spełnienie nie przynosi ulgi, ale coraz to nową boleść. Nie dlatego, że stajemy wobec świata śmieszni lub tragiczni, gotowi się z nim zmierzyć – w konsekwencji stając się tylko jednym z wielu słów, jeśli nie liter, czy znaków zapisanych w dziejach.
A może – kto wie – właśnie dlatego. Tak, wszyscy jesteśmy Raskolnikowami w przejrzystości naszego istnienia. Wszyscy jesteśmy Raskolnikowami – w rażącym oczy blasku pewności, jaką zyskuje życie, gdy odrzeć je z wszelkich pewników tyczących tego, co mówimy o sobie samych, innych i tego, co o nas się powiada.
przez Remigiusz Okraska | piątek 8 czerwca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wciąż głośne są echa nagłośnienia faktu współpracy Ryszarda Kapuścińskiego ze Służbą Bezpieczeństwa. Ja rozczarowany jestem jednak nie tyle przeszłością autora „Cesarza”, ile postawą tych, którzy kreowali go na postać nieskazitelną. Nie jego jednego.
Co kilka miesięcy dowiadujemy się, iż któryś z rzekomych herosów i geniuszy ma w życiorysie wstydliwe karty. A to noblistce ktoś wypomni wiersz na cześć Stalina, a to światowej sławy socjolog zdemaskowany zostanie jako komunistyczny politruk, a to wypłynie zapis sympatycznej pogawędki znanego dysydenta z oficerem dawnego reżimu. Jedni mają wówczas okazję do pomstowania na „fałszywe elity”, inni oburzają się szarganiem narodowych świętości, zawiścią i małostkowością. Jedni uwielbiają się babrać w brudach, inni przekonują nas o nieskazitelnej bieli tego, co oni sami za białe uznali, głównie na podstawie klucza politycznego i/lub towarzyskiego.
Żadnemu człowiekowi i żadnej idei nie udało się dotychczas – mówiąc słowami poety – zjadaczy chleba w aniołów przerobić. Każdy ma na sumieniu jakieś grzeszki, nikt nie jest wolny od głupstw i słabości. A to błędy młodości w postaci wiary w niemodne już ideały, a to konformizm związany z szukaniem dróg na skróty w kwestii kariery, a to kunktatorstwo polityczne skrywane za wzniosłymi hasłami. Tak bywa, zwykła, ludzka rzecz. W istoty pozbawione podobnych wad wierzą tylko durnie oraz czytelnicy „Intelektualistów” Paula Johnsona, który dokonał iście genialnego odkrycia, że ten i ów wielki myśliciel zdradzał żonę, bił syna i plotkował o przyjaciołach.
Zdawałoby się, że nic bardziej oczywistego niż dostrzeżenie faktu niedoskonałości ludzkiej kondycji. Jednak obserwując publiczne roztrząsanie grzeszków różnych osób, nie sposób nie zadumać się nad dziwacznymi meandrami tego problemu. Z jednej bowiem strony w brudach – faktycznych, a równie często urojonych – grzebie się chętnie. Nie ma chyba żadnej postaci publicznej, której jakaś gazeta czy stacja telewizyjna lub radiowa nie wypomniałaby mniejszego lub większego potknięcia. Jednocześnie wszakże ci sami demaskatorzy są święcie oburzeni, jeśli ofiarą podobnych praktyk padnie któryś z ich pupilów. Wróg polityczny czy towarzyski nigdy nie powinien spać spokojnie, bo w dowolnym momencie może mieć wypomniane to czy tamto. Gdy jednak podobne błędy przypomni się komuś „naszemu”, wówczas zgodny chór potępia takie „zapędy inkwizytorskie” czy „grzebanie w życiorysach”.
Te same środowiska, które ogłaszają się krytycznymi, wolnomyślicielskimi i przeciwnymi „pomnikowemu” oglądowi ludzi i ich czynów, zostawiają ideały na boku, gdy chodzi o kogoś z własnego grona. Potrafią one uznać co prawda na przykład, iż zbrodnie są zbrodniami, tak samo hitlerowskie, jak i komunistyczne, ale o konkretach nadal nie można mówić zbyt wiele. Heideggerowi flirt z nazizmem jest przy byle okazji wypominany wiele lat po śmierci, ale wzmianka o stalinowskich fascynacjach (a może tylko serwilizmie) Wisławy Szymborskiej to w środowisku „Gazety Wyborczej” coś podobnego do – excusez le mot – głośnego puszczenia bąka na eleganckim raucie.
A przecież w obu tych przypadkach można stwierdzić, że jakkolwiek były to postawy niemądre, to zarówno filozof, jak i poetka całym swoim dorobkiem udowodnili bez wątpienia, że nie da się ich sprowadzić do roli piewców totalitaryzmu brunatnego lub czerwonego. Ich dzieło nie tyle przekreśla, co po prostu odsyła w mroczny, nieistotny kąt tamte błędy. Ktoś, kto Heideggera postrzega jako ex-nazistę, a Szymborską jako autorkę peanów na cześć Stalina, jest być może szczerym antyfaszystą lub antykomunistą. Jest jednak także półgłówkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że konkretne błędy zostały przez te osoby popełnione i nieuczciwe jest udawanie, iż było inaczej.
Tymczasem wiele środowisk nie potrafi pozbyć się ciągot ku temu, aby własne szeregi traktować jako nieskazitelne, zaś każdą próbę przypomnienia, że i ono nie jest wolne od wad, uznawać za zamach na największe świętości. Można powiedzieć, że to całkiem naturalne – wszak prawie każdy wykazuje wobec siebie więcej wyrozumiałości niż oferuje jej innym. Tu jednak postawa taka zostaje doprowadzona do absurdu. „My” nie robiliśmy niczego złego, a jeśli nawet, to winne były okoliczności. Nikt nie ma prawa „nas” osądzać. A gdy to robi, jesteśmy oburzeni i zaskoczeni, że ktoś w ogóle śmiał to zrobić.
Podobnie stało się z Ryszardem Kapuścińskim. Ujawnienie jego kontaktów z PRL-owskimi tajnymi służbami i pisanie dla nich raportów-donosów, środowisko związane z reportażystą potraktowało jako szarganie pamięci o zmarłym i próbę zdezawuowania jego dokonań. Przekonywano, że wielkość autora „Hebanu” jest niejako niezależna od faktu współpracy z esbekami. Jest w tym sporo racji – świetne książki powstałyby zapewne bez takiego uwikłania ich autora. Ale właśnie dlatego kreowanie Kapuścińskiego – tak jak wielu osób wcześniej – na postaci nieskazitelne, nie ma żadnego sensu. W naszej pamięci – i w kulturze narodowej – powinien pozostać doskonały „Szachinszach”, niepotrzebny zaś jest w niej mit o autorze, który rzekomo „kulom się nie kłaniał”. Nie dlatego niepotrzebny, że fałszywy, lecz dlatego, że wartość literacka tej spuścizny broni się sama.
W przypadku Kapuścińskiego pojawia się co prawda argument, którego nie można całkowicie zlekceważyć. Rację mają ci, którzy twierdzą, że współpraca z bezpieką dawała przewagę w postaci choćby paszportu i możliwości wyjazdów zagranicznych. Kto wie zatem, czy jakiś konkurent nie okazałby się jeszcze lepszym autorem reportaży, lecz nie mieliśmy szans przekonać się o tym, gdyż wyrażając désintéressement kontaktami z SB i pisaniem donosów, pozbawił się on „szansy na wielkość”. Argument to niegłupi, lecz nie biorący pod uwagę przede wszystkim faktu, iż literatura nie jest grą o sumie zerowej. Wielkości książek Kapuścińskiego nie przekreśliłoby potencjalne powstanie innych, równie dobrych czy nawet jeszcze lepszych rozpraw. Można również dodać, że to nie autor „Wojny futbolowej” wybrał sobie życie w kraju, który odmawiał swym obywatelom tak elementarnego prawa, jak swobodna podróż zagranicę. Przeciwnie, funkcjonował w realiach, w których prawo to przyznawali smutni umundurowani panowie, uzależniając swą zgodę od współpracy z nimi.
Przede wszystkim jednak takie próby umniejszenia czyjegoś talentu działają tylko w części przypadków. Taki bowiem Zygmunt Bauman, niedawno zdemaskowany jako współpracownik wojskowego komunistycznego wywiadu, już pod takie wątpliwości nie podpada. Wszak światowej sławy socjologiem został nie dzięki choćby największym korzyściom czerpanym ze współpracy z bezpieką, lecz po zaprzestaniu jej – wtedy, gdy opuścił PRL i zaczął z zachodnimi kolegami po fachu konkurować na „naukowym wolnym rynku”. Podobnie z Szymborską – Nobla otrzymała przecież nie od Stalina za wiersz o nim, lecz od szwedzkich jurorów za całokształt twórczości.
Les extremes se touchent, czyli skrajności się stykają – jak mawiają Francuzi. Głupkowate napaści i podważanie czyjegoś dorobku przy pomocy detalu z biografii, to rewers tego samego medalu, którego awers przybiera postać kreowania owych postaci na półbogów, starannego wybielania ich błędów i pomyłek, a także wściekłych ataków na niezainteresowanych udziałem w hagiograficznym, jednobrzmiącym chórze. Gdyby piewcy geniuszu Kapuścińskiego, Baumana czy Szymborskiej zechcieli przyjąć do wiadomości, że ich idole nie są doskonali i że wcale nie muszą takimi być, aby doceniono konkretne dokonania, nie byłoby w ogóle tego problemu. „Lapidarium” byłoby tak samo warte uwagi, gdyby jego autor wyznał w roku 1989 albo i wcześniej, że uległ namowom smutnych panów w mundurach. „Nowoczesność i Zagłada” byłaby genialną analizą hitlerowskiego ludobójstwa także wtedy, gdybyśmy na długo przed jej edycją mieli świadomość, że wyszła spod pióra człowieka, który za młodu uwierzył w konieczność „utrwalania władzy ludowej”. Polacy mogliby tak samo być dumni z poetyckiego Nobla, gdyby jego laureatka przyznała wiele lat temu, że wychwalanie Stalina było zapewne największym głupstwem, jakie w życiu zrobiła.
To wszystko wymagałoby jednak, oprócz uczciwości i odwagi cywilnej, porzucenia pokusy czerpania z dzieł literackich czy naukowych – oraz związanych z nimi sukcesów – legitymizacji do zabierania ex cathedra głosu w sprawach zupełnie niezwiązanych z nagradzaną i docenianą twórczością. Nietrudno zrozumieć kogoś, kto nie ma ochoty po upływie 30 czy 50 lat bić się publicznie w piersi i przyznawać do błędów, szczególnie wtedy, gdy niewiele wniosłoby to dzisiejszych problemów, postaw i biegu wydarzeń. Jednak brak takiego wyznania ma pewien istotny wymiar teraźniejszy i praktyczny. Pozwala z pozycji Doskonałego Autorytetu przekonywać opinię publiczną, że obecne wybory i postawy tychże osób oraz ich politycznych czy towarzyskich sojuszników, są słuszne i właściwe. Paniczne reakcje na ujawnienie wstydliwych faktów z przeszłości nie wynikają wcale – jak chce się to przedstawić – z chęci obrony czyjegoś dobrego imienia oraz wielkości dzieła. Czyni się tak w celu ugruntowania autorytetu, który bywa wykorzystywany do rozgrywania spraw nie mających nic wspólnego z reportażem, socjologią czy poezją.
Przyznanie, że Ryszard Kapuściński popełniał błędy, wcale nie umniejszyłoby jego wielkości jako autora książek. Na pewno jednak nadszarpnęłoby autorytet kogoś, kto przemawiał jednym głosem wraz ze środowiskiem, które teraz go broni. Przemawiał, dodajmy, w sprawach dotyczących nie Afryki, Azji czy Ameryki Południowej, lecz naszych, tutejszych, polskich problemów. I o tym właśnie warto pamiętać w całej tej wrzawie o czyjejś przeszłości i grzebaniu w niej.
przez Remigiusz Okraska | piątek 18 maja 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Nie mogę się oprzeć takiemu wrażeniu, gdy coraz częściej mam do czynienia z medialnymi nagonkami a to na palaczy papierosów, a to na osoby jedzące „niewłaściwe” potrawy, a to na małą aktywność fizyczną. Pouczeniom i zaleceniom nie ma końca, a ilość autorytetów w tych kwestiach stale rośnie.
Kolejne kraje wprowadzają zakazy palenia tytoniu w instytucjach publicznych – co jeszcze można zrozumieć – ale nie tylko w nich. W Irlandii i Szkocji obowiązuje całkowity zakaz palenia w miejscach publicznych, łącznie z takimi, które odwiedza się dobrowolnie i gdzie nikt chodzić nie musi, jeśli tylko dym papierosowy mu przeszkadza. Na korytarzu urzędu lub przystanku autobusowym musimy bywać, więc tam palący mogą przeszkadzać niepalącym. Ale już zakaz palenia w pubach, gdzie nikt bywać nie musi lub może wybrać taki lokal, którego właściciel chce zarabiać na klienteli niepalącej, uważam za stanowczo zbyt dużą ingerencję w ludzkie życie. Nad wprowadzeniem podobnych restrykcji zastanawia się Unia Europejska, ale i bez tego poszczególne kraje zamierzają wkrótce wprowadzić podobne regulacje prawne.
Wszystko jest na pozór logiczne. Papierosy szkodzą zdrowiu, w dodatku nie tylko ich miłośników, lecz również „biernych palaczy”. Liczba zgonów i chorób z tego powodu jest dość znaczna. Nie są też zbyt miłe dla otoczenia – przebywanie przez kilka godzin np. w mocno zadymionej knajpie nie należy do przyjemności, a ubrania po takiej wizycie nadają się wyłącznie do prania. Nie da się również ukryć, że koncerny tytoniowe posługują się wieloma wyrachowanymi sztuczkami, by zachęcić do palenia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że temu nałogowi towarzyszy przesadne zainteresowanie ze strony różnorakich moralistów i „regulatorów” życia społecznego. A papierosy, obok kilku innych używek czy sposobów spędzania czasu, stały się dyżurnym chłopcem do bicia, odwracając uwagę „świętoszków” od wielu, nierzadko bardziej dokuczliwych, zjawisk.
Jakoś mało kto martwi się o osoby, które każdego dnia w każdym mieście wdychają spaliny samochodowe i muszą przebywać w hałasie powodowanym przez setki aut. Miliony ludzi mieszkają tuż obok ruchliwych dróg, każdy skrawek miejskiej przestrzeni jest zajęty samochodami, na ich potrzeby wszędzie wylewa się beton i asfalt. Władze lokalne i państwowe oraz medialni eksperci przekonują nas, że synonimem rozwoju jest budowa nowych dróg i rosnąca sprzedaż samochodów. I jakoś nie przeszkadza im, że mnóstwo osób cierpi w efekcie rozwoju tego scenariusza – ginie w wypadkach, choruje wdychając spaliny, znosi hałas itd. I w dodatku prawie nigdy nie ma wyboru w tej kwestii. Mogę unikać zadymionych miejsc, lecz nie mam wpływu na to, że pod moim oknem przejeżdżają każdego dnia tysiące samochodów. Nie uniknę ich w niemal żadnym miejscu, które odwiedzę, a w większości z nich ruch motoryzacyjny wzmaga się z roku na rok. Polska jest krajem, gdzie coraz większym ostrzeżeniom na paczkach papierosów i planowanym zakazom wzorowanym na innych państwach, towarzyszy nie tylko obojętność na spaliny, ale wręcz zachęcanie do ich emisji. Ba, znam takie kuriozum, że w Gliwicach niemal pod oknami kliniki onkologicznej zamierza się wybudować trasę szybkiego ruchu. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której władze jakiegoś miasta np. zakazują ruchu samochodów, a za to oferują całkowicie darmową – za pieniądze zaoszczędzone na ciągłym budowaniu i remontowaniu dróg i parkingów, leczeniu ofiar wypadków itp. – komunikację miejską. Taki pomysł okrzyknięto by zamordyzmem i populizmem zarazem. Jednocześnie zaś wprowadza się zakazy palenia papierosów, a miliardy złotych wydaje lekką rączką na infrastrukturę drogową. I nie jest to ani zamordyzm, ani populizm…
Takie tendencje przybierają postać coraz bardziej paranoiczną. W Anglii szefostwo publicznej służby zdrowia w hrabstwach Norfolk i Staffordshire ogłosiło, że pacjenci-palacze będą usuwani z list osób oczekujących na zabiegi chirurgiczne do czasu aż porzucą ten nałóg. Ten – nie waham się go tak nazwać – „zdrowotny faszyzm” próbuje się tłumaczyć wyższymi kosztami leczenia palaczy w porównaniu z niepalącymi. Można jednak zapytać równie dobrze o to, dlaczego w ogóle ze wspólnej kasy płacić za leczenie osób, które doznały urazów zajmując się niekoniecznymi (jak jazda na nartach) czy kretyńskimi (jak skoki na bungee) rozrywkami. Oczywiście, że palacze są grupą podwyższonego ryzyka w kwestii kilku schorzeń i jako tacy są bardziej „kosztowni” z punktu widzenia opieki medycznej. Ale jednocześnie istnieje przecież mnóstwo zachowań i postaw, które narażają na podobne ryzyko, jeśli chodzi o inne choroby czy urazy. Ciekawe kiedy „oszczędni” szefowie angielskiej służby zdrowia zaczną odmawiać leczenia osobom obciążonym genetycznie różnymi czynnikami zwiększającymi ryzyko zachorowalności – wszak tacy „podludzie” też generują wyższe koszty opieki medycznej niż zdrowa, jędrna i udana „rasa panów”…
Mniejsza o papierosy i samochody. Rozumiem, że te pierwsze szkodzą postronnym osobom i warto obronić „biernych palaczy” przed czymś, czego nie lubią. Choć naprawdę nie wiem, czy miejsca odwiedzane w pełni dobrowolnie, jak np. lokale gastronomiczne, powinny być traktowane w tej kwestii identycznie co te, w których bywa się z konieczności. Zamiast tego można by wymóc wyraźne oznakowanie restauracji, barów i pubów, w których się pali i nakazać tym „papierosowym” zainstalowanie porządnego systemu wentylacyjnego. Z kolei auta mają liczne zalety i daleki jestem od dziecinno-fanatycznej postawy części moich znajomych, którzy traktują samochody jako najgorsze nieszczęście trapiące ludzkość. Za samochodami – podobnie jak papierosami – nie przepadam, ale istnieje wystarczająco wiele zalet motoryzacji indywidualnej oraz wad innych rodzajów transportu, by sporą część postulatów ekologiczno-antysamochodowych traktować z dystansem.
Jednak „ideologia zakazowa” zaczyna obejmować także takie postawy, w których nie ma mowy o szkodzeniu innym, lecz wyłącznie sobie. O ile „biernych palaczy” faktycznie należy chronić przed przymusem wdychania dymu tytoniowego, a nas wszystkich przed spalinami, o tyle zupełnie irracjonalna wydaje się nagonka na niektóre inne sfery życia. Na przykład w Nowym Jorku burmistrz wydał zakaz stosowania przez restauracje i producentów żywności na lokalny rynek (np. piekarnie) tzw. tłuszczów trans, jako niezdrowych. Zwracam uwagę, że nie chodzi tu o zakaz wydany przez instytucję dbającą o jakość produktów i zdrowie konsumentów (jak nasz sanepid czy któraś z państwowych agend określających, które składniki są bezpieczne), lecz o decyzję lokalnych władz. Wydaje się, że jest ona zwieńczeniem innej obsesji, tym razem na punkcie „niezdrowego” odżywiania się. Od kilku lat stale jesteśmy bombardowani apelami, wywodami, wezwaniami i pouczeniami dotyczącymi tego, że żywność „szybka”, tania i masowa, jest niezdrowa. Rak, choroby serca, otyłość – tak, znamy to wszystko już na pamięć. Strach się bać.
Znów mam z tym problem. Bo z jednej strony wady „śmieciarskiego żarcia” są oczywiste. I te zdrowotne, i te dla szeroko pojętej „estetyki” życia, i te społeczne, i ekonomiczne, i ekologiczne. Ale jednocześnie nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nagonka na fast foody czy ogólnie na niezdrowe, tłuste, słone czy słodkie potrawy, to kolejna wersja tej samej paranoi, co przy papierosach. Bo przecież dziś większość produktów spożywczych, także tych rzekomo zdrowych, jak owoce czy warzywa, jest „sztuczna”, coraz bardziej pozbawiona smaku, zapachu i wartości odżywczych, a wszystko to w świetle prawa czy wręcz za zachętą ze strony władz publicznych. Często jest tak, że te same instytucje, które krytykują np. McDonald’sa za tłuste hamburgery, jednocześnie swoimi nakazami i zakazami wykańczają resztki tradycyjnych firm produkujących żywność na małą skalę, wysokiej jakości, tradycyjnymi metodami, bez nadmiaru chemii.
Jednak nawet nie o to chodzi. Jeszcze bardziej absurdalne wydaje mi się, że jakiś urzędnik ma prawo odmawiać dorosłym ludziom robienia ze swoim życiem – w tym przypadku z żołądkiem – tego, na co mają ochotę w tak elementarnej sferze jak odżywanie. Owszem, słuszne są takie ograniczenia, jak choćby zakaz reklamy skierowanej do dzieci, gdyż one nie muszą być świadome tego, że namawiane są na produkty mało wartościowe. Owszem, być może tak samo powinno być z „regulowaniem” oferty sklepików szkolnych. Być może w ogóle reklamy fast foodów powinny być obwarowane różnymi zasadami – jak np. zakaz prezentowania tej żywności jako w pełni wartościowej czy wręcz idealnej. Być może państwo powinno w ramach profilaktyki promować zdrowe i rozsądne odżywanie. Ale, do jasnej cholery, wolność człowieka to także wolność popełniania błędów i robienia głupstw, gdy nie szkodzą one innym. Jeśli ktoś lubi chipsy, colę, hamburgery i pizzę, to jego dobrym prawem jest obżerać się nimi choćby codziennie i mieć 30 kg nadwagi. Mamy prawo zarówno do dobrej, wysokojakościowej żywności i ochrony przed nieuczciwymi jej producentami, jak i do tego, by nie być na każdym kroku pouczanymi przez różnych mędrków, którzy ponoć wiedzą lepiej, jak powinniśmy żyć.
Cały ten problem ma bowiem jeszcze inny interesujący mnie wymiar. Jest nim swoista przemoc symboliczna i związane z nią panowanie nad zwykłymi ludźmi. Nietrudno zauważyć, że większość tych zakazowo-zdrowotnych poglądów jest dziełem elit – to one pouczają nas jak mamy żyć, co jest dobre a co złe, to im przeszkadzają papierosy i hamburgery, to one zalecają jogging i płatki śniadaniowe, liczą nam kalorie i przestrzegają przed takim strasznym przestępstwem, jak warstwa tłuszczu na brzuchu czy pośladkach. To wedle nich mamy być idealni – ludzie, którzy sami nurzają się w nieumiarkowanej, hedonistycznej konsumpcji, ciągle chcą nam czegoś zakazywać. Czyżby „rasę panów” drażnił niedoskonały wygląd i zachowanie „podludzi”? Nie chodzi tu o dezawuowanie wszystkiego, co robią i wymyślają elity, ani o zachwycanie się każdym elementem stylu życia „prostego ludu”, bo elitom zdarza się proponować coś mądrego, a zwykłym ludziom robić głupstwa. Dobrze by jednak było, gdybyśmy mogli błądzić na własny rachunek – zwłaszcza w świecie, w którym owe elity coraz częściej, mówiąc wprost, wypinają się na resztę społeczeństwa, a swój rosnący egoizm maskują moralizatorskim ględzeniem i pouczaniem. Im mniej państwo faktycznie o nas dba i im bardziej ogranicza zakres i jakość usług publicznych, które oferuje swoim obywatelom, tym bardziej elity zajęte są tłumaczeniem, co jest „właściwe” a co karygodne…
Barbara Ehrenreich w książce „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć” bardzo trafnie pokazała, że dla członków niższych warstw społeczeństwa, poddanych przymusowi neoliberalnej pracy za niskie stawki i w atmosferze korporacyjnego terroru, takie czynności jak palenie papierosów są wyrazem symbolicznego oporu i jednym z niewielu dostępnych sposobów manifestowania swojej wolności czy po prostu robienia na złość tym przemądrzalcom „na górze” drabiny hierarchii społecznej. Oczywiście świat, w którym owe postawy muszą przybierać taką postać, jest absurdalny sam w sobie – jednak to nie likwidacja ostatnich enklaw swobody jest sposobem na polepszenie egzystencji i nadanie jej bardziej humanistycznego wymiaru.
Jeszcze trafniej niż Ehrenreich opisuje tę kwestię Jens Jessen w „Die Zeit”, w artykule pt. „Świat zakazów”. Zacytuję spory fragment tekstu, gdyż nie ma potrzeby udawać, że sam napisałbym to lepiej: „/…/ na liście »najbardziej niebezpiecznych« dla człowieka znalazły się alkohol, tytoń, psy, samochody, samoloty, gry komputerowe, telewizja i fast foody. Co ciekawe, »używki« te są rzekomo typowe dla konkretnych klas, grup społecznych, środowisk i grup wiekowych, co automatycznie czyni je groźnymi. Są to grupy społeczne, do których nie przemawia mieszczańska logika i które nie stosują przykazań zielonych, by zachowywać się tak, by nie szkodzić środowisku naturalnemu. Właśnie ten klasowy charakter zagrożeń najbardziej śmieszy. Wszystkie wyżej wymienione rozkosze czasu wolnego, których rzekoma szkodliwość, zarówno w sensie medycznym, jak i ekologicznym, nie budzi wątpliwości prawodawców, odwołują się do stereotypowej wiedzy o życiu proletariusza. Opilstwo i kłęby dymu to codzienny obrazek z knajpy dla robotników. Psy i szybkie samochody to hobby klasy robotniczej. Loty na Majorkę, to wakacyjne rozkosze z życia proletariatu. Telewizja, gry wideo i fast foody – ogłupiają, powodują nadwagę i wywołują agresję. Jest jednak jedna kwestia, której politycy, działający – ma się rozumieć – dla dobra narodu, unikają jak ognia. Warto więc zapytać, czy nie jest to aby logiczny wybór ludzi, których pozbawiono szans zawodowego rozwoju i odebrano radość usprawiedliwionych ambicji. /…/ Reformy socjalne ostatnich lat i zmiany na rynku pracy systematycznie odbierały tym ludziom wszelką nadzieję: nadzieję na zatrudnienie, otrzymanie zasiłków, awans społeczny, wreszcie na uznanie i szacunek społeczeństwa. I co teraz? Mielibyśmy im odebrać te drobne przyjemności, które są jeszcze w zasięgu ich finansowych możliwości i niewątpliwie należą do zwyczajów ich grupy społecznej? /…/ sporo przemawia za tym, że elity nie chcą dopuścić do świata małych przyjemności starych lub nowych członków tych upośledzonych grup, które poprzez drobne przyjemności kompensują sobie swe żałosne położenie. Tak naprawdę chodzi tu o zupełnie inną kompensację, a mianowicie bezradność polityków wobec zjawiska globalizacji, ponieważ bezrobocie i społeczna marginalizacja są rezultatem właśnie globalnej konkurencji w gospodarce. Tymczasem politycy, działający w ramach jednej wspólnoty narodowej nie są w stanie ani jej kontrolować, ani jakkolwiek na nią wpływać. Oni nie potrafią nawet zamortyzować negatywnych skutków globalizacji poprzez skuteczną politykę społeczną. Jedyną dziedziną, w której polityk może jeszcze udowodnić swoje umiejętności, jest wydawanie rozporządzeń w duchu pedagogiki społecznej. W tej dziedzinie niebezpieczeństwo wystraszenia płochliwych dysponentów kapitału jest niewielkie, a szansa na przekonanie klasy średniej, że »coś jednak robimy« spora”.
A zatem, palacze, pożeracze hamburgerów oraz inni niesubordynowani rebelianci przeciwko zdrowemu, idealnemu i sterylnemu światu „rasy panów”, łączcie się! Ta trawestacja słów „Manifestu komunistycznego” jest oczywiście nieco ironiczna. Ale kto wie, czy „zdrowotny terror” nie rozkręci się na taką skalę, iż stanie się ona całkiem uprawniona i równie wywrotowa, jak półtora wieku temu były oryginalne słowa Marksa i Engelsa.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 18 maja 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Z reguły są to sprawy określane mianem politycznych, choć często niewiele mają wspólnego z tym szlachetnym słowem. Kwestie społeczne nieodmiennie pozostają na dalszym planie, tak jakby były dodatkiem do życia toczonego na widoku telewizyjnych kamer, jakby znajdowały się na peryferiach świadomości garstki dysponentów masowej wyobraźni. Wizja Polski zawęża się do historii opowiadanych przez kilka konkurujących ze sobą frakcji, decydujących o III Rzeczpospolitej.
Jedni powtarzają lustracyjne zaklęcia, uznając je za przepustkę do krainy sprawiedliwości dziejowej, drudzy załatwiają środowiskowe interesy wycierając sobie gęby demokracją. Na targowisku politycznej próżności dobrze sprzedają się ambicje partyjnych aktywistów, którzy w kraju powszechnego braku równych szans traktują „służbę publiczną” jako trampolinę do dostatniego życia. Judzący dziennikarzy i przez nich podjudzani, dumni z siebie tańczą swój chocholi taniec, przekonując nas, że te śmieszne podrygi wykonują „na większą chwałę ludu”. Tymczasem umykają nam sprawy nie mniej ważne, bezwzględnie odciskające swój wpływ na tym, co stanowi tkankę życia wspólnotowego, co decyduje o relacjach i interakcjach społecznych, co – ostatecznie – nie mniej niż decyzje polityczne zadecyduje o jakości polskiego życia w XXI wieku.
Rośnie liczba dzieci regularnie nadużywających alkoholu. Coraz więcej też pijących matek. Dla nastolatków alkohol przestał być zakazanym owocem, po który sięgano łapczywie, ale bardzo rzadko, a stał się nieodłącznym towarzyszem wszelkich sytuacji towarzyskich. Jest też lekiem na stres, frustrację, samotność, poczucie niedowartościowania, brak miłości, czasu, zainteresowania w rodzinie. Dzieci naśladują dorosłych, ale nie są dorosłe, stąd grozi im, że nigdy nie staną się pełnoprawnymi, odpowiedzialnymi uczestnikami życia społecznego. Czy za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będziemy społeczeństwem pijaków? Przecież już dziś nie wylewamy za kołnierz. Alkoholizm nieletnich to nie medialna ciekawostka, ale sygnał zagrożeń, jakie drzemią w głębi polskiego społeczeństwa, objaw patologii, których diagnozie poświęca się stanowczo zbyt mało miejsca w przestrzeni publicznej. Pijane dziecko to policzek i hańba nie tylko dla jego rodziców. To oskarżenie wobec nas wszystkich, wobec Polski, jaką jest tu i teraz. A to, że problem narasta, każe zastanowić się, co właściwie najważniejsze w życiu społecznym i jak brzmi definicja brzmiącego dziś dość archaicznie terminu „dobro narodowe”. Że nie jest to PKB – chyba nikogo nie trzeba w tym kontekście przekonywać. Kłopot w tym, że ta niewymierzalna wartość dobra i zła jest czymś wstydliwym w świecie omnipotentnych wskaźników i kwantyfikatorów. Ale cóż, wzrasta dobrobyt – ubywa dobra: chciałbym wierzyć, że to przypadłość czasów przejściowych, a nie „żelazna konieczność”.
A zatem – przybywa pijących dzieci, nieletni coraz częściej są bywalcami izb wytrzeźwień, powstają już dla nich osobne sekcje na Oddziałach Intensywnej Terapii Medycznej – bo agresywne, strute alkoholem dzieciaki trzeba izolować od ludzi na krawędzi życia. Coraz częściej też słychać o pijanych matkach pozostawiających w domach swoje latorośle, o zalanych w sztok rodzicielkach, które zapomniały zabrać swoje pociechy z miejsca libacji, o nietrzeźwych kobietach, którym niemowlaki wypadają z wózka. Powie ktoś – takie rzeczy zawsze się zdarzały i będą się zdarzać, ot, niemiła przypadłość ludzkiej natury. Owszem, ale gdy zaznacza się wyraźna tendencja wzrostowa, trudno to uznać za przypadek. Choć alkoholizm jest aberracją, urągającą ludzkiemu rozumowi i godności, to jednak życie społeczne jest racjonalne: działa tu zasada przyczyn i skutków. Trudno też uznać, że alkoholu nadużywają regularnie i coraz to częściej ludzie szczęśliwi, czy – ściśle mówiąc – szczęśliwie dzieci.
Przyczyny trzeba zatem szukać w domu – padnie odpowiedź. Dobrze, ale ten dom nie jest zawieszony w próżni; dom pijanego dziecka stoi przy konkretnej ulicy, w dzielnicy jednorodzinnych domków lub na strzeżonym osiedlu czy na blokowisku. Ten dom znajduje się gdzieś na zabitej dechami wiosce, w prowincjonalnym, zapyziałym miasteczku, gdzie, jak pisał poeta, „sąsiedzi dobrzy tyją i głupieją”, lub w wielkim mieście. Ten dom stoi na naszej ziemi, a jego mieszkańcy tutaj płacą podatki, tutaj chodzą/chadzają do kościoła i tutaj walczą o byt. Choć coraz częściej – i to też jest problem – kogoś w tym domu brakuje: bo wyjechał zagranicę, bo nie podołał obowiązkom rodzicielskim i małżeńskim, bo nie radził sobie z samym sobą.
Czy zatem jesteśmy coraz mniej szczęśliwym społeczeństwem, skoro przybywa nam nieszczęśliwych dzieci? Ale jak to możliwe, skoro żyje się nam coraz dostatniej, skoro kraj się rozwija, ba, skoro mamy niepodległość, niezgorszą sytuację geopolityczną i wzrost gospodarczy? Więc jak to możliwe – proszę wybaczyć quasi-dostojewszczyznę – że coraz częściej dzieci płaczą pijackimi łzami? A może to fałszywa perspektywa, może jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Trudno w to uwierzyć. Między kulturą, ekonomią, społeczeństwem a państwem istnieją nierozerwalne więzi obyczajów, narodowych instynktów, niepisanych praw i zależności, do których analizy trzeba tęższych głów niż moja. To nie metafizyka, ale – mówiąc brzydko, bo banalnie – „prawo naczyń połączonych”. Nie opuszcza mnie jednak intuicja, że nasz świat stoi na głowie, że jest światem na opak – zbyt wiele miejsca poświęcamy rzeczom nieważnym, a umykają nam groźne zjawiska, które domagają się, by codziennie, godzina za godziną bić na alarm.
Tak, serwisy informacyjne nie mniej rzadko niż tak zwanej polityki powinny dotyczyć spraw społecznych; niestety, narzucono nam perspektywę, śmiem twierdzić fałszywą, co do tego, jakie kwestie dotyczą spraw makro, a jakie spraw mikro. Liczne błazeństwa różnej maści decydentów musimy traktować serio, a własne życie, codzienność, powszedniość egzystencji naszych najbliższych, krewnych, znajomych – jako incydent. Pokażą nas najwyżej, gdy przydarzy się coś, co któraś z Wyższych Instancji raczy uznać za wystarczająco bulwersujące lub tragikomiczne, by zawiadamiać o tym publikę. Gdy staniemy się elementem statystyki i zadziała prawo wielkich liczb.
Oto banalność zła na nowo odczytana – rzadko kogo interesuje proces, prowadzący do jego kumulacji, proces, za sprawą którego zło doprowadza do nieszczęścia rodziny, jak – suma summarum – unieszczęśliwia społeczeństwo, przyczynia się do jego dysfunkcji, paraliżuje jego obywateli. Ciekawa jest dopiero eskalacja zła – małolat na łóżku w izbie wytrzeźwień, kobieta wstydliwie zasłaniająca twarz na posterunku policji, opuszczony, przerażony malec w policyjnej izbie dziecka. Ale wszystko to jakby w próżni, bez związku ze światem ludzkich aspiracji i frustracji, relacjami w domach, szkołach, miejscu pracy, mniej lub bardziej upokarzającą lub satysfakcjonującą walką o każdy grosz. Bez tego sztafażu faktów, jakie codziennie można odczytać na głównej stronie „Obywatela” – są to przecież rzeczy mało istotne, marginalne wobec majestatu „wielkiego świata”. I jeszcze: wszystko to bez pytań o hierarchię wartości, o etykę społeczną, o sens tego, w czym uczestniczymy. Ale to, co dziś przemilczane, co izolowane w strefie ciszy – nie pozostanie bez konsekwencji. Choć, jeśli wszystko pójdzie tym torem, jakim biegnie teraz, pewnie i o nich da się zmilczeć.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 27 kwietnia 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Happeningi „pedałów” i „homofobów” pokazują, że antagoniści powoli zmierzają ku kulturowej symbiozie. Tegoroczny plakat, zachęcający do udziału w Marszu Tolerancji, przedstawiał dwóch wąsatych cyklistów, pedałujących na tandemie. Możliwie, że istnieje jakaś poprawna wykładnia tego obrazka, ale osobiście jestem przekonany, że rewolucyjnego, a przecież szacownego jednośladu, niczym apokaliptycznego rumaka, wespół dosiadają Gej i Tradycjonalista, pędzący w siną dal, za horyzont chwili obecnej. Pytanie, kto trzyma kierownicę, pozostawiam na razie bez odpowiedzi, choć przyznam, że bezwzględnie może ono obnażyć słabość niniejszej metafory.
Jeśli wierzyć naoczności telewizyjnych przekazów i kategoryczności medialnych wypowiedzi, niewiele jest w Polsce tak ważnych spraw, jak walka o obyczajową i kulturową nowoczesność, o europejskość standardów myślenia i czucia (cokolwiek miałoby to znaczyć), sposób traktowania kilku starannie wyselekcjonowanych mniejszości. Inni powiadają, że stawką (większą niż życie – wszak chodzi o zbawienie) jest tradycja, zachowanie tożsamości narodowej i cywilizacji chrześcijańskiej. Bój toczy się o każdą pędź polskiej ziemi, o każde polskie serce. Kanonady cywilizacyjnej batalii brzmią wielogłosem konferencji naukowych, paneli dyskusyjnych, specjalistycznych szkoleń, obozów, kursów, wydarzeń artystycznych i artystyczno-podobnych, huczą na łamach niskonakładowych czasopism i w obrębie niszowych organizacji; propagandziści obu wizji harcują w najlepsze po Internecie. Ale tych parę razy do roku Tolerancja staje twarzą w twarz z Tradycją i obie patrzą sobie wzajem głęboko w oczy, skandując hasła i wyciągając ku fotoreporterom transparenty z sekciarskim programem zbawienia świata i moralnej sanacji.
Bardzo lubię te krakowskie Marsze Tradycji&Tolerancji; lubię domyślać się, gdzie przebiega granica między naiwnością a cynizmem, kto jest kim w tych pochodach i dlaczego się na nich znalazł. Lubię ten swoisty fluid, jaki wydziela podekscytowany tłum, projektujący na cały świat swoje fantazje, frustracje i roszczenia. Lubię dziennikarzy, starannie selekcjonujących materiały, by osiągnąć ten poziom autentyzmu, jaki zgadza się z linią programową poszczególnego medium. Lubię policyjne kordony, zza których dochodzą wezwania do miłości i lubię tych podpitych i/lub wulgarnych wyrostków w szalikach i kapturach na twarzach, pałających gorącą miłością tradycyjnych wartości. Co prawda nigdy nie wpadłem na pomysł, by któregoś przepytać ze znajomości katechizmu czy dat z historii Polski, ale wierzę na słowo – wszyscy mają piątki z religii, polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie. A z wychowania fizycznego to już na pewno. Jedyne, czego nie lubię, to świstu kamieni i to tylko ze względu na prawa fizyki, biologii i chemii, którym, o ile wiem, podlegamy wszyscy po równo. Bo już w telewizji najbardziej orgiastyczne momenty tego typu imprez wyglądają wcale malowniczo: gdy napięcie sięga zenitu, jedni eksplodują salwą ciśniętych w przeciwnika kamieni, gdy ten przyjmuje je z dziwną, sadomasochistyczną, bliską ekstazy spolegliwością.
Każde pokolenie musi mieć swoje uliczne spektakle, w których przemoc nie może być czysto symboliczna, jeśli ma zagwarantować autentyzm doświadczenia. Ale do tego typu gier i zabaw na świeżym powietrzu potrzebne są dwie strony, czujące wobec siebie awersję, czasem – fizjologiczną złość i nienawiść, irracjonalną potrzebę dominacji, upokorzenia drugiej strony. A nawet potrzebę bycia ofiarą, męczennikiem (choćby w wersji „light”). Media głównego nurtu pomagają wyznaczyć tu role: jedni są inteligentni, nowocześni, życiowo spełnieni – drudzy sfrustrowani, zaściankowi, durnowaci. I to właśnie widać na ekranach: po jednej stronie tęczowe okularnice i metroseksualnych awangardzistów Nowej Lewicy, po drugiej: prymitywnych bojówkarzy-narodowców. I chyba obie strony w ostatecznym rachunku podświadomie przyjmują ten obraz, wchodzą w kostium, jaki im przeznaczono i przedstawienie trwa, musi trwać w takiej formie. A równocześnie obie strony są sobie potrzebne, wzajem się uprawomocniają i znajdują wyjaśnienie dla swojej aktywności. Czują się pożyteczni dla społeczeństwa. Doktor Jekyll i mister Hyde – pedałujący na jednym rowerze w bliżej nieokreślonym kierunku. Co ważniejsze: to widz określa, kto jest kim na tej trasie. I dlatego jedni tłumaczą zachwyconym zagranicznym turystom, że walczą z faszyzmem i nacjonalistycznym rządem, a drudzy znajdują pokrzepienie w słowach przechodnia: „bijcie, kurwa, pedałów!”.
Oczywiście, gdy opadnie marszowy kurz, opadną ku ziemi transparenty przywiędłe jak kwiaty, a manifestanci siądą w knajpach, by w alkoholu utrwalić obrazy walki i męczeństwa, wtedy można zapytać, dlaczego w marszach tolerancji nie widać trwale bezrobotnych, samotnych matek, niedożywionych dzieci z ubogich bądź patologicznych rodzin, niepełnosprawnych – tych wszystkich, wobec których tolerancja, czy też akceptacja i solidaryzm są najwyższymi społecznymi wymogami. Można by też zapytać w takiej chwili, dlaczego marsze tradycji i kultury przyciągają w niemałym stopniu niezbyt wymagającą, a mało kulturalną klientelę, która własną brutalność może wytłumaczyć i uwznioślić argumentem walki o publiczną moralność.
Ale te pytania nie są zbyt interesujące dla żadnej ze stron konfliktu. By ich uniknąć, znów spogląda się na przeciwnika, a w jego szpetnym obrazie odnajduje się na nowo potwierdzenie własnych racji… Gdyby zabrakło jednej ze stron, czy druga nie poczułaby się osamotniona? Gdyby machnąć ręką na ich wzajemne podchody, pochody i waśnie – czy nie zajęliby się czymś pożyteczniejszym, albo przynajmniej stracili na medialnej atrakcyjności? Ale to niemożliwe. W apatycznym społeczeństwie, które z takim trudem buduje przyczółki własnej tożsamości i dowiaduje się z telewizji i gazet, co powinno myśleć o świecie i samym sobie, potrzebne są wielkie iluzje demokracji, figury spraw, dla których warto się poświęcać i o których warto rozmawiać. Społeczeństwo musi wiedzieć, co jest ważne i gdzie przebiegają linie podziałów. I wiedza ta jest mu dostarczana – aktorzy sami pchają się na scenę, bez ładu i składu, byle tylko znaleźć się po tej lub tamtej stronie, którą im przypisano.
Jedni bronią tradycji, drudzy nowoczesności, ale co jest treścią tych pojęć i skąd bierze się ich rozumienie, w jakiej pozostają do siebie relacji i co stanowi ich specyfikę na gruncie polskim – nikt tam nie dyskutuje. Nowoczesność, tradycja, tolerancja, rodzina, wolność, wartości – terminy, których zrozumienie i opisanie odkłada się na później, albo omawia w zamkniętym gronie „własnych” specjalistów i autorytetów. Na oczach narodowej widowni odgrywa się wielkie przedstawienie o dwóch cyklistach, których połączyła nienawiść i pędzą w siną dal. Tylko naprawdę wciąż nie potrafię określić, kto kieruje tym tandemem. No ale grunt, że bohaterowie spektaklu zgodnie pedałują w walce o lepszą Polskę.
przez Remigiusz Okraska | piątek 27 kwietnia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Rozłam w partii rządzącej można oceniać dwojako: smucić się lub cieszyć. Smucić, gdy oceniamy obecny rząd pozytywnie. Cieszyć, gdy uważamy, że jego główny podmiot ewoluował w złym kierunku.
Pierwsza sprawa nie jest oczywista. Niewiele z poczynań tego rządu postrzegam jako sensowne – o czym za chwilę. Nie zmienia to jednak faktu, że w sferze symbolicznej koalicja Kaczyńskich, Leppera i Giertycha sprawia pewnego rodzaju przyjemność wielu osobom – w tym niżej podpisanemu – które krytycznie oceniały polskie realia po roku 1989. Trudno odpowiedzialnie stwierdzić, że obecna Polska jest całościowo lepsza niż ta sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych. Jest to natomiast na pewno Polska inna. Polska, w której mniej pyszałkowatych gęb Michnika, Geremka, Kwaśniewskiego, mniej zarozumiałych pouczeń autorstwa Olejnik, Lisa czy Żakowskiego, mniej pewnego siebie Jasnogrodu, Salonu i Towarzystwa.
Wyniki wyborów z roku 2005 to triumf „Polski B”, Polski marginalizowanej i lekceważonej, wyśmiewanej i strofowanej, Polski, której nie ma w głównych mediach, Polski, w której realne przeciętne pensje wynoszą tyle, ile kosztuje jednorazowa kreacja paniusi zajętej peanami na cześć postępu, standardów europejskich i społeczeństwa obywatelskiego. Za to właśnie – za całkiem silnego prztyczka w nos aroganckich typów, którzy zawładnęli Polską po roku 1989 – cenię obecny rząd i jego główny podmiot, czyli PiS. I w sytuacji zmasowanych ataków liberalnych funkcjonariuszy oraz ich użytecznych idiotów, deklaruję, jak niegdyś Adam Józef Potocki: „Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”. Jeśli alternatywą dla PiS-u mają być dawni „aferałowie” z PO, „magister” Kwaśniewski i salon Michnika, to serdecznie dziękuję, ale nie skorzystam – oni już pokazali co potrafią, aż zanadto. Gdyby przypadkiem obecne władze cierpiały w dziele likwidacji ancien régime’u na niedobór chętnych do tej niewdzięcznej pracy, to proszę o formularz zgłoszeniowy – oczywiście mam na myśli pracę społeczną. Jak głosiły słowa „Czerwonego Sztandaru”: „Krew naszą długo leją katy, wciąż płyną ludu gorzkie łzy, nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my!” – i nieważne, czy zapłaty dokonamy pod czerwonym, czy pod jakimkolwiek innym sztandarem.
Nie przekreśla to jednak faktu, że PiS zmierza w złym kierunku, a jego rządy oznaczają zawiedzione nadzieje na faktyczną zmianę, na Polskę nie tyle lepszą, lecz po prostu dobrą. Odejście Marka Jurka i jego stronników jest natomiast pewnym – co prawda nikłym, ale jednak – światełkiem w tunelu. Może bowiem być impulsem do powstrzymania ewolucji obozu rządzącego w coraz bardziej absurdalnym kierunku. Już najwyższy czas, by powrócić do ideału „Polski solidarnej” a porzucić fałszywą wizję Polski narodowo-prawicowo-ultrakatolickiej, bo nie na taką Polskę głosowali wyborcy w roku 2005.
Część elektoratu PiS to ludzie o poglądach radykalnie antykomunistycznych, „wojujący” katolicy i równie „wojujący” patrioci. Ale zwycięstwo w wyborach nie jest efektem obiecanek, że rząd czym prędzej zbuduje Świątynię Opatrzności, zmusi zgwałcone lub ciężko chore kobiety do porodów, postawi pomnik Kurasia-„Ognia”, a raz na tydzień kontrolowanym przeciekiem poinformuje nas w atmosferze sensacji, że jakiś podstarzały dziennikarz, aktorka, biskup czy profesor pisali donosy na swoich kolegów po fachu. PiS wygrał, bo obiecywał „Polskę solidarną”, Polskę normalną, Polskę nowoczesną. I nie wykluczało to ani patriotyzmu, ani wartości chrześcijańskich, ani rozliczenia poprzedniego systemu, a wręcz przeciwnie – również one stanowiły ważny rdzeń tej wizji, którą poparli wyborcy. Tyle tylko, że zamiast „Polski solidarnej” otrzymaliśmy niestety Polskę Marka Jurka.
Rząd zajął się wszystkim, tylko nie solidarnością społeczną. Politykę socjalną oparł na jałmużnie zwanej becikowym, nie zaś na jakichkolwiek cywilizowanych i sprawdzonych rozwiązaniach systemowych. Politykę prorodzinną na wydłużeniu urlopów macierzyńskich, bez próby wsparcia matek i rodzin elementarnymi „zdobyczami” w postaci tanich i łatwo dostępnych żłobków, przedszkoli i mieszkań oraz ochroną osób kończących takowe urlopy przed samowolą pracodawcy. Politykę gospodarczą na niezbyt nawet maskowanym zachęcaniu Polaków, by w Londynie myli garnki, Francuzom przepychali kanalizację, a w Norwegii podcierali tyłki emerytom, nie zaś na tworzeniu warunków ku temu, by w kraju płace były wyższe i bardziej egalitarne (nadal dominuje wiara w moc „zagranicznych inwestycji” i prywatyzacji resztek majątku narodowego, a jednocześnie zupełna niemoc w ukróceniu takich choćby patologii, jak ekspansja wielkich sieci handlowych). Politykę oszczędności budżetowych na ograniczaniu tzw. przedwczesnych emerytur, nie zaś na porzuceniu pomysłów likwidacji podatku spadkowego. Rozwój regionalny na budowaniu autostrad (żeby każda polska wieś i miasteczko miały „swój” sznur TIR-ów pod oknami), nie zaś na powstrzymaniu likwidacji lokalnych połączeń kolejowych. Walkę z przestępczością na spektakularnych pokazówkach ABW i CBA, nie zaś na ukróceniu chamstwa i bandytyzmu na osiedlach, drogach i w parkach. Ochronę dziedzictwa narodowego na pompatycznych uroczystościach ku czci i chwale oraz budowaniu obwodnic w rezerwatach przyrody, nie zaś na trosce o wyjątkowo zachowane piękno polskiej ziemi i jej materialnej przeszłości. I tak dalej.
Tej niemocy, w niektórych kwestiach połączonej z oczywistą głupotą i bezradnością, towarzyszyła natomiast nadaktywność owej części obozu rządzącego, której symbolem jest właśnie Marek Jurek. Choć żali się on na marginalizowanie swoich wpływów w PiS-ie, podając to jako przyczynę rejterady, to jednak właśnie Jurek i jemu podobni są największymi wygranymi ostatnich wyborów. Narzucili bowiem opinii publicznej i decydentom kilka swoich „koników” jako główne problemy rzekomo trapiące Polskę. IV RP okazała się być nękana przede wszystkim przeogromną liczbą aborcji będących efektem choroby czy gwałtu, istną plagą „nienaturalnych” środków antykoncepcyjnych, wszechogarniającą pornografią, rozwiązłością w mediach, tragicznie małą liczbą papiesko-maryjnych patronatów nad miejscami publicznymi, gejami masowo zatrudnianymi w szkołach w celu deprawacji małoletnich, wyrafinowanymi spiskami ekologów itd. Gdyby nie te przypadłości, mielibyśmy tu krainę mlekiem i miodem płynącą. No i oczywiście, gdyby jeszcze oprócz tego z 20 lat non stop ujawniać agenturę, przypominać żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych i prawego skrzydła AK, oddać dworki spadkobiercom przedwojennych ziemian i dokonać intronizacji Chrystusa Króla…
Jestem od lat przeciwnikiem aborcji i dopuszczania jej „na życzenie” czy z tzw. przyczyn materialnych, a w moim środowisku polityczno-towarzyskim wymaga to znacznie większej odwagi niż analogiczna postawa wśród prawicowców-zetchaenowców. Jestem za bezpardonowym ujawnieniem komunistycznej agentury, bo uważam poprzedni system za podły, a samych agentów – za łotrów. Jestem zwolennikiem wartości chrześcijańskich nie tylko jako katolik, ale i jako człowiek o elementarnej wiedzy historyczno-etycznej. Jestem za akcentowaniem patriotyzmu i obroną państwa narodowego, bo to po prostu moja ojczyzna, na dobre i na złe.
Ale żaden Marek Jurek nie przekona mnie, że zgwałcone lub ciężko chore kobiety należy zmuszać do porodów, najlepiej przy pomocy zapisów Konstytucji. Albo że większości aborcji dokonuje się z kaprysu, nie zaś z powodu może nie tyle biedy, co braku perspektyw na sensowne życie – gdy posiadanie dziecka oznacza większą ciasnotę w małych, kupionych na 30-letni kredyt mieszkaniach, groźbę utraty pracy, konieczność dzielenia mizernej pensji na jeszcze mniejsze racje dzienne, a na swoistą osłodę survival podczas podróży z wózkiem przez miasta zupełnie niedostosowane do potrzeb osób z młodym potomstwem. Trzeba być bardzo naiwnym lub – jak zawodowa prawica laptopowo-garniturowa – oderwanym od rzeczywistości, żeby problem aborcji postrzegać przez pryzmat zapisów ustawy zasadniczej. Zabieg przerwania ciąży można w Polsce wykonać bez trudu, za pieniądze nie tak małe, ale też i niewielkie w porównaniu z choćby rocznym kosztem utrzymania dziecka, o innych kłopotach związanych z macierzyństwem nie wspominając. I poza skrajnymi przypadkami, nie dokonują tego kobiety złe, głupie, czy wręcz – jak czasem malują ów obraz moralizatorzy – zbrodnicze. Dokonują takie, które specjaliści od obrony życia poczętego zostawiają samym sobie.
Bo co im proponują? Antykoncepcja – zła. Adopcja – w obecnych realiach kłopotliwa, biurokratyczna, stygmatyzująca społecznie dla „ofiarodawczyni”. Wsparcie finansowe – ochłap w postaci becikowego. Wsparcie instytucjonalne – niemal żadne; spróbujcie w większości małych miejscowości znaleźć żłobek czy przedszkole. Wsparcie symboliczne – zerowe: bardziej poważany jest u nas „zagraniczny inwestor” niż polska matka. To państwo nie robi tak naprawdę nic w dziedzinie faktycznej polityki prorodzinnej, a gdy ktoś nie chce grać tak żenująco rozdanymi kartami, choćby wybierając w zamian skuteczną antykoncepcję, to zaczyna być traktowany jak Wróg Wspólnoty Narodowej. Za zupełnie głupie uważam hasła feministek o „prawie kobiet do własnego brzucha”, a obrona bezbronnej, zalążkowej formy ludzkiego życia to dla mnie jedna z miar człowieczeństwa i empatii (zupełnie zresztą niezależna od standardowych podziałów politycznych i postaw religijnych, bo znam przeciwników aborcji, którzy są skrajnymi lewicowcami, anarchistami czy buddystami). Tyle tylko, że „jurkowcy” są tychże feministek lustrzanym odbiciem, a ich pomysły spod znaku „rodzić i nie dyskutować” w dłuższej perspektywie szkodzą sprawie obrony życia poczętego, bo głupia akcja zrodzi równie głupią reakcję.
Nie przekona mnie Marek Jurek, że od zasady obrony życia nie może być nawet najmniejszych odstępstw, jak w przypadku choroby czy gwałtu, i że Papież takowych nie przewidział. W nie-utopijnym, realnym czy jak kto woli – grzesznym świecie, odstępstwa są koniecznością, a Papież wzywał nie tylko do ochrony życia poczętego, ale także np. do zaprzestania bombardowań już dawno poczętych irackich czy afgańskich cywilów, czego p. Jurek jakoś nie dostrzegł. Nie przekona mnie również, że życie należy chronić wyłącznie wtedy, gdy jest bezbronne, a bezbronne jest ponoć tylko w formie zarodkowej – równie bezbronni są ludzie wyrzucani z pracy, eksmitowani z mieszkań czy zatruwani spalinami z autostrad itd.
Nie przekona mnie Marek Jurek, że do największych problemów moralnych tego świata należy stosowanie hormonalnej antykoncepcji czy pornografia – bo choć są to zjawiska dyskusyjne medycznie czy etycznie, to znam wiele gorszych „wynalazków” czy postaw, które moralistom nie spędzają snu z powiek. Wolę skuteczną antykoncepcję niż dzieci wychowywane źle, bez troski i odpowiedzialności rodziców. Wolę miłośników pornografii, którzy oglądają ją w zaciszu swoich domów, niż setki wytworów prymitywnej kultur masowej, które atakują mnie każdego dnia w przestrzeni publicznej, a ich twórcy są do tego wręcz zachęcani przez prawicowych mędrków, jeśli tylko taka działalność podwyższa wskaźniki PKB. Mniej szkodliwy społecznie jest ktoś, kto po kryjomu ogląda gazetki z „gołymi babami” niż ten, kto w zabytkowej części miasta buduje ordynarne centrum handlowe. Ten pierwszy szkodzi bowiem tylko sobie, ten drugi – psuje umysły i wrażliwość setek tysięcy osób oraz dewastuje nasze wspólne dziedzictwo.
Nie przekona mnie Marek Jurek, że problemem polskiej szkoły są nauczyciele-geje. Bo tym problemem są nauczyciele leniwi, mierni, pozbawieni pasji. No i zbyt wielu spotkałem nauczycieli heteroseksualnych, którzy ślinili się na widok swoich uczennic, bym przejmował się enigmatycznymi belframi-homoseksualistami, którzy być może występują w jednej szkole na sto albo i rzadziej.
Nie przekona mnie też Marek Jurek, że wartości chrześcijańskie polegają na obnoszeniu się z imieniem Papieża czy Maryi na ustach. Bo dla mnie polegają one na trosce o bliźnich i na choćby elementarnej uczciwości – nie na liberalizacji gospodarki, żeby Jaśnie Pan Inwestor mógł jeszcze bardziej pomiatać pracownikami, i nie na zatrudnianiu politycznych kolesiów-miernot na państwowych posadach.
Nie przekona mnie Marek Jurek, że patriotyzm i „przywracanie pamięci” to tylko pomniki Dmowskiego i „Ognia” oraz kult Powstania Warszawskiego. Znam bowiem także takie postaci, jak Kazimierz Pużak i Adam Ciołkosz, a bardziej niż straceńcze „chodzenie w bój bez broni” imponuje mi np. stworzenie prężnego ruchu spółdzielczego w międzywojniu.
Nie przekona mnie też Marek Jurek, że rozliczenie PRL-u polega na politycznych czystkach i medialnych skandalach przy użyciu niejasnej gry teczkami. Bo dla mnie lustracja ma sens tylko wtedy, gdy rzetelnie i całościowo wyjaśni raz na zawsze esbeckie mechanizmy, wskaże ich wykonawców oraz wpływ na przebieg wydarzeń, a wszystko to bez taryfy ulgowej i tendencyjności wedle polityczno-ideowego klucza. Uznam triumf lustracji wtedy, gdy IPN opisze rzetelnie nie tylko jawnych SB-ków oraz agentów rodem z dzisiejszego Salonu, ale także np. uwikłanie Lecha Wałęsy, kunktatorstwo Kościoła wobec komunistów, rolę opozycyjnych liberałów i „prawdzików” w niszczeniu lewicowo-syndykalistycznej frakcji „Solidarności” itp.
Nie przekona mnie też Marek Jurek, że dekomunizacja polega na niszczeniu pomników Ludwika Waryńskiego i „likwidacji” – jak chciała sojuszniczka Jurka, posłanka Małgorzata Bartyzel – 1-Majowego Święta Pracy. Bo Ludwik Waryński – inaczej niż kilku posłów PiS-u – nigdy nie był członkiem PZPR, a 1 Maja to święto nie komunistów, lecz tych, którzy na długo przed nastaniem PRL-u dopominali się w różnych krajach o godne traktowanie każdego człowieka, a na rodzimym gruncie domagali się właśnie „Polski solidarnej”…
Niestety, choć Marek Jurek i jemu podobni nie przekonali mnie, to dokonali tego wobec całego PiS-u To właśnie oni sprawili, że od wyborów roku 2005 partia stale przesuwa się w prawo, a jej pomysły na ład publiczny coraz bardziej przypominają groteskę i skansen. Oczywiście nie twierdzę, że Jurek et consortes to gromadka przebiegłych łotrów, którzy opętali „dobrych ludzi”. Ewolucja PiS-u odzwierciedla problem poważniejszy niż ideologiczny lobbing jakiejś grupy posłów. Jest ona efektem braku pomysłów na rozwiązanie kluczowych problemów, miałkości programowej tego środowiska, a także kwestii prozaicznych, bo generacyjnych – liderzy PiS z racji wieku i spędzenia większości życia w izolowanym systemie komunistycznym są po prostu słabo zorientowani w realiach współczesnego świata, a rzeczywistość postrzegają przez pryzmat problemów, których już dawno nie ma, bądź też mają o wiele mniejszą skalę niż niegdyś. To ostatnie piszę ze smutkiem, bowiem braci Kaczyńskich uważałem przez lata za polityków ze ścisłej polskiej czołówki, jeśli chodzi o horyzonty intelektualne. Niestety, sensownej obronie państwa narodowego, krytyce skutków tzw. decentralizacji (w praktyce: zawłaszczenia wspólnot lokalnych przez różne kliki) czy nazwaniu po imieniu hucpy o nazwie społeczeństwo obywatelskie, towarzyszy u nich zupełny brak zrozumienia problemów globalizacji, jakości życia, ekologii, przeobrażeń cywilizacyjnych itp. Jasne, że łatwiej być mądrym teoretykiem niż choćby przeciętnym praktykiem sprawowania władzy i że wielu obiektywnych uwarunkowań nie „przeskoczy” nawet najlepszy premier i prezydent. Ale gdy słucha się, jak Jarosław Kaczyński opowiada o ekologach blokujących rozwój Polski, bo nie chcą się zgodzić na zalanie betonem przepięknego miejsca po to, żeby niemieckie TIR-y mogły jeździć za półdarmo a spekulanci gruntami – zarobić sporo forsy, to trudno poważnie traktować kogoś takiego jako polityka, myśliciela, a także konserwatystę.
W efekcie wpływów „jurkistów” oraz braku refleksji pozostałych liderów tego środowiska, PiS wybrał najgorszą spośród możliwych dróg. Wyborczy program i hasła, a później sojusz z Samoobroną, świadczyły początkowo, że partia ta ewoluuje od sztampowej i jałowej prawicowości ku nowemu modelowi centrum. Takiemu, które zamiast technokratyzmu, nijakości i „poprawności” centrum standardowego – w Polsce symbolizowanego przez dawną Unię Wolności – wybrałoby umiejętne i twórcze łączenie najcenniejszych wątków lewicowych i prawicowych, a w sferze kulturowej dokonało syntezy tradycji i nowoczesności. Zamiast tego PiS zaczął się licytować w prawicowości, czego jedynymi efektami było zmarginalizowanie własnego sojusznika – LPR-u, a w wymiarze ideowo-kulturowym brak umiejętności odpowiedzi na kluczowe wyzwania, przed jakimi staje Polska. Oczywiście na krótką metę można w ten sposób utrzymać władzę – podkręcając atmosferę tropienia agentów, demaskowania skandali korupcyjnych, walenia jak w bęben w Salon czy „wykształciuchów” – ale długofalowo dla kraju wynikną z tego tylko kolejne zmarnowane lata, bo igrzyskami nie zastąpi się chleba. Rozłam dokonany przez „jurkowców” jest zresztą logiczną konsekwencją takiej durnej polityki. Wydawało się, że tak doświadczeni politycy jak Kaczyńscy rozumieją, iż na każdego radykała znajdzie się prędzej czy później radykał większy, „niezłomny” czy po prostu bardziej krzykliwy.
Odejście frakcji Jurka jest okazją do refleksji, co dalej. Jeśli PiS myśli o Polsce, nie zaś tylko o tej czy kolejnej kadencji, powinien zrobić coś przeciwnego niż do tej pory. Zamiast licytować się w radykalizmie i przekomarzać z Jurkiem czy Giertychem oraz potępiać wszystko to, co nie mieści się w wąskiej wizji prawicowości, powinien poszerzyć swoje spektrum ideowe i dostrzec nowe środowiska, które warto pozyskać do współpracy. Zdegustowanych dotychczasową Polską, czyli III RP, jest bowiem znacznie więcej niż w szeregach radykalnych „obrońców życia” czy przeciwników antykoncepcji. PiS powinien zostawić w spokoju „dusze” wyborców narodowo-katolickich, pozwalając „prawdziwym radykałom” i niezłomnym specjalistom od „wierności wartościom”, bić się o te 3 czy 6 procent głosów.
Zamiast tego Lech i Jarosław Kaczyńscy powinni na serio potraktować wielokrotne własne deklaracje – np. te o etosie żoliborskiej inteligencji i te o szacunku wobec dokonań obozu sanacyjnego. Nie rezygnując z pewnej dozy rozsądnego konserwatyzmu kulturowego i religijnego, warto dostrzec, że w Polsce są jeszcze inne wartościowe i perspektywiczne tradycje, niemal zupełnie nieobecne w postaci reprezentacji politycznych. Nie ma u nas nurtu wyrażającego poglądy „państwowców” (nie lewica, nie prawica, lecz dobro Polski), nie ma reprezentacji lewicy patriotycznej, nie ma środowisk, które dbałyby o interesy prowincji bez wikłania się w klimaty klasowo-zawodowe (tak jakby w małych miastach i wsiach mieszkali tylko rolnicy i „ofiary transformacji”, czyli żelazny elektorat PSL i Samoobrony), są miłośnicy przyrody i krajobrazu, którzy nie chcą być kojarzeni z lobby homo-feministycznym z Zielonych 2004, są patrioci, którym Dmowski śmierdzi naftaliną i absurdalnymi teoriami, są zwolennicy praw kobiet bez popadania w lewackie paranoje, są lokalni liderzy i społecznicy, którzy widzą fałsz odgórnej budowy społeczeństwa obywatelskiego przez Agorę S.A. i Fundację Batorego, są osoby pamiętające pierwszą „Solidarność” jako masowy ruch jednoczący Polaków ponad podziałami religijnymi, obyczajowymi i warstwowymi. Są przede wszystkim zwykli ludzie, którzy nie lubią skrajności aborcyjnych, gejowskich, religijnych itd. – zarówno w wersji „pro”, jak i „anty”. To oni wszyscy są tą „milczącą większością”, która czeka na swoją partię – a przede wszystkim na swoją Polskę, solidarną Polskę, piękną Polskę. Marek Jurek podarował PiS-owi – wbrew pozorom – świetny prezent. Teraz trzeba go rozpakować i umiejętnie wykorzystać.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 5 kwietnia 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Wiadomo – bezdomni najgorzej mają zimą. Chleją, zasypiają gdzie bądź, otula ich biały śnieg i bezbarwne zimno. Jeśli nie znajdzie ich patrol policji, Straż Miejska albo poczciwa dusza – zamarzają. To źle, to argument przeciwko każdej ekipie rządzącej – czy to Buzka, czy Millera, czy Kaczyńskiego. Zimą o bezdomnych wspomni TVP, Polsat, TVN. Ekipa telewizyjna zrobi najazd na przytulisko czy noclegownię, pokaże zatłoczoną salę pełną łóżek, materaców, zniszczonych ludzi i parominutowy materiał zakończy bon-motem o wrażliwości społecznej. A później inny temat, inny świat, inne tragedie. Obowiązkowi reagowania na bolączki społeczne uczyniono zadość. Sprawy mogą dalej toczyć się swoim torem – instytucjonalnej rutyny, w której trudno wyliczyć stosunek bezradności do obojętności; pragnienia niesienia pomocy i bezwzględnie cynicznego pasożytowania na cudzym nieszczęściu.
Jak wielką niewiadomą są bezdomni, ujawnia między innymi niepewność statystyki – szacuje się, że w Polsce może żyć od 30 do 300 tysięcy osób dotkniętych bezdomnością (podaję te liczby za aneksem do książki Patrica Declercka „Rozbitkowie. Rzecz o paryskich kloszardach”). Są utrapieniem i hańbą wielkich miast – żyjący na marginesie i na margines spychani, otoczeni opieką, która właściwie nic nie zmienia w ich statusie – „wyjście z bezdomności”, reintegracja społeczna, wejście w krwioobieg normalnego życia, to niemal zawsze piękny sen, bo ciężar patologii ma kamienną naturę – osobowość zniekształcona jest tak bardzo, że życie inne niż wegetacja na marginesie znika z horyzontu widzenia. Stąd niełatwo w kilku słowach odeprzeć twierdzenia tych, którzy przekonują, że bezdomni są sobie winni. Tyle że – i tę odrębność trzeba jasno wykazać – ich odpowiedzialność wobec samych siebie i innych też jest wykoślawiona i niepełna. Bo to, co określamy mianem bezdomności, to wypadkowa zła społecznego i własnej słabości, krzywdy czynionej i doznawanej, obojętności świata i własnego egoizmu.
Zabrzmi to jak banał: bezdomność jest problemem społecznym właśnie dlatego, że jest problemem antropologicznym – dlatego nie rozwiązują go jadłodajnie, noclegownie, przytuliska, plakaty w miejscach publicznych z numerem infolinii dla bezdomnych. Państwo, które i tak ma skłonność traktować obywateli przedmiotowo, z bezdomnymi może sobie poczynać z zupełną dezynwolturą: schorowani, słabi, głupi, bez dochodów, niezdolni do rzeczowego wyartykułowania swoich pragnień (a większości są to i tak pragnienia aspołeczne) – są jak „milczące coś”, tak ciche, że aż nieobecne. Oczywiście – gdy defekują, żebrzą, awanturują się, lub gdy ich po prostu czuć w miejscach publicznych – stanowią zauważalny problem. Z tym jednak można poradzić sobie w sposób czysto mechaniczny – usuwając ich z widoku za pomocą odpowiednich służb. Co jednak zrobić z ich cierpieniem, poczuciem krzywdy, chorobliwym użalaniem się nad sobą, czasem pełną hipokryzji grą z instytucjonalnym światem, tym wszystkim, co składa się na rozpacz duszy? I jeszcze częste choroby psychiczne, mniejsze lub większe upośledzenia, prostytuowanie się; straszne i plugawe wspomnienia z dzieciństwa, straszne i plugawe wspomnienia z lat młodzieńczych, straszne i plugawe wspomnienia ze wczoraj, straszne i plugawe teraz, które jutro się powtórzy (o ile nie przyjdzie śmierć). Zarazem skrzywdzeni i krzywdzący – jak my wszyscy, tyle że niemal bez szans na ekspiację, na ukojenie inne niż narkotyczne czy alkoholowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce mieć ich przy sobie.
Przypomina mi się nieistniejąca już noclegowania na Pawiej, w Krakowie. Stara kamienica, rudera niedaleko dworca PKP, ciemny przedsionek, niechętne spojrzenia mężczyzn, za których trzeźwość nie dałbym sobie ręki uciąć. W pokoju na górze zamknięty od wewnątrz na klucz siedział opiekun. Przytulisko miało zostać zlikwidowane, bo naprzeciwko dumnie zaczął się wznosić gmach „Galerii Krakowskiej”. Wcześniej wyrzucono bezdomnych z dworca – mieli się udać właśnie do noclegowni na Pawiej. Miejsc nie starczało dla wszystkich, opiekun nie miał szans zapanować nad klientelą. Tuż obok, w pustych pomieszczeniach powstała „dzika noclegownia”: smród, którego pochodzenia lepiej sobie nie wyobrażać, bił jak z czeluści. Tam bezdomni mogli pić, czasem przechodzili też do oficjalnie działającej noclegowni, choć opiekun starał się temu zaradzić (bo część bezdomnych pracowała dorywczo, także nad swoją „małą stabilizacją”).
Wiadomo było, że tak czy inaczej bezdomnych trzeba będzie wykwaterować. Fundacja (jak większość w Polsce chlubiąca się patronatem Brata Alberta) była prywatna, więc od miasta nic się jej nie należało. Poza tym – skąd lokal zastępczy z przeznaczeniem na noclegownię? Nikt nie zgodzi się na coś takiego w swojej okolicy. Bezdomnych wykwaterowano na dzień przed otwarciem „Galerii Krakowskiej”, by nic nie psuło humoru wchodzącym do przybytku konsumpcji. Tej konsumpcji, w której wykluczeni uczestniczyć nie mogą, nie mają sił, są zbyt apatyczni, bez motywacji, zbyt mało zaradni. Trzydziestoletni, podejrzliwi starcy, przygłupie nastolatki, którym „przyjaciel” zrobił brzuch, lumpy, którzy w mądre słowa ubierają pożądliwe trzęsienie dłoni na widok alkoholu – oni wszyscy muszą być usunięci z widoku świata, który konsumuje w bardziej wysublimowany, choć często nie mniej egoistyczny sposób. Tak, jakby społeczeństwo bało się swojej parodii, bo jednak wciąż może się w niej domyślać zbyt wielu własnych cech.
Minęła druga rocznica śmierci Jana Pawła II. Przy tej okazji przypomniał mi się wywiad, jaki przed laty przeprowadziłem dla jezuickiego „Życia Duchowego” z Tomaszem Sadowskim, założycielem „BARKI”, którego poznałem jeszcze jako licealista. Sadowski mówił m.in. o inspiracji nauczaniem papieża, o braku solidaryzmu bogatych z biednymi, o tym, jak transformacja przyczyniła się do pauperyzacji części społeczeństwa, skąd (choć nie jest to absolutna reguła) często już tylko krok do wykluczenia. Chłopakowi przed maturą imponował brodaty facet, który zdecydował się razem z żoną i dziećmi mieszkać pod jednym dachem z ludźmi z marginesu. Nazbyt idealistycznie wierzyłem, że to tak piękne i szlachetne – więc pewnie łatwo przychodzi i wszyscy są mu bardzo wdzięczni. Nieco później przez dwa miesiące pracowałem w przytulisku dla bezdomnych, w Przegalinie, niewielkiej miejscowości koło Gdańska. A jakże – nosiło imię brata Alberta. Tam na własnej skórze przekonałem się, jak wielkiego trudu wymaga bycie z bezdomnymi. Jak wielkiego samozaparcia. I że jest w dużej mierze sztuką radzenia sobie z niepowodzeniem i rozczarowaniem. Tak, sądzę, że bez tego nie istnieje duch społecznictwa, jeśli nie sprowadza się do papierkowej roboty lub cwaniactwa. I jest hojnością dawaną za nic. Ale trzeba mieć co dać.
I właściwie trzeba by zapytać, w imię czego społeczeństwo: normalni, zwykli, przyzwoici, stateczni ludzie mają cokolwiek ofiarować bezdomnym? Czy są im coś winni? Czy mają dług do spłacenia? To jest pytanie o to, dlaczego lepsi, bogatsi, zdolniejsi, szczęśliwsi, mądrzejsi (choćby tylko we własnym mniemaniu) mają zobowiązania wobec gorszych, biedniejszych, nieudaczników, zrozpaczonych i głupich? Zdrowi wobec chorych? Dlaczego mają pamiętać o tych przerażających, strasznych, a czasem i niegodnych ciepłego słowa ludziach? I dlaczego krzywda tej garstki ma rzucać się cieniem na całe społeczeństwo? Bo cóż jestem winny ja, ty, bólowi tych istot? Nic nas nie łączy – poza człowieczeństwem. I nic nie znaczy, że przyszła wiosna, że kwitną kwiaty, że bezdomni nie zamarzają i znikają z pola widzenia. Są o krok, a choć to straszna przepaść, na tamtym brzegu wciąż są ludźmi. O ile to słowo jeszcze coś dla nas znaczy.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 5 kwietnia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Miłość i polityka to chyba „naturalna” para przeciwieństw. Nawet odruchowo czujemy, że coś tu nie gra, tak mocno wdrukowany jest ten wzorzec w ludzką świadomość. Miłość w perspektywie politycznej kojarzyć się może na pozór tylko z ni to dobroduszną, ni to głupkowatą paplaniną miłośników Tołstoja, Gandhiego czy Dalaj Lamy. Całe zastępy takich rozmemłanych kolesiów nawiedzają wszelakie inicjatywy zwane „alternatywnymi”, przyciągając ich niczym magnes. Nie wiadomo zresztą, czym bardziej – podatnością tamtejszej publiki na górnolotne banały, czy może raczej tym, że typowa dla nich „leworęczność” uniemożliwia zaistnienie w jakiejś bardziej konkretnej i wymagającej rzeczywistości. Ci „miłośnicy soków owocowych”, jak z pogardą nazywał ich George Orwell, o miłości rozprawiają chętnie i często, ale w sposób, który każe podejrzewać, iż jest to uczucie cokolwiek bezpłodne. Z kolei dla adeptów polityki „oficjalnej”, czyli rozsądnej i wyważonej, miłość to coś z zupełnie innego świata, ze sfery prywatnej, nie pasującego do kluczowego w partyjno-personalnych rozgrywkach schematu „kto kogo”. Miłość i polityka? – wolne żarty, powiedzą nam oni.
A jednak w miłości tkwi potencjał polityczny. Raoul Vaneigem, jeden z czołowych „ideologów” francuskiego Maja ’68, pisał w „Rewolucji życia codziennego”: „Wszyscy ci, którzy mówią o rewolucji i walce klasowej, nie odwołując się bezpośrednio do życia codziennego, nie dostrzegając tego, co jest wywrotowe w miłości i pozytywne w odrzucaniu przymusów, ci wszyscy mają w ustach trupa”. Miłość jest czymś, czego nie da się wtłoczyć w z góry ustalone ramy, zarządzać i sterować nią. Miłość jest dzika. Można nakłonić reklamami do kupowania tego czy owego szmelcu. Można billboardami przekonać do głosowania na któregoś z polityków. Można podsycać histerię i kreować wrogów politycznych, napuszczając telewizyjno-tabloidowy tłum na niepokornych. Ale nikt nigdy, żadnymi środkami i sposobami, nie sprawił, by ktoś kogoś naprawdę pokochał. Ten specyficzny stan wykracza bowiem zupełnie – i znacznie bardziej niż np. nienawiść – poza logikę przewidywalnych reakcji.
Miłość bazuje na totalnej, nieokiełznanej bezinteresowności, a jednocześnie na poczuciu odpowiedzialności, na trosce. Właśnie stąd wynika jej rewolucyjny potencjał – cała bowiem kapitalistyczna ekonomia i towarzysząca jej polityka, cały zdehumanizowany świat współczesny, oparte są na czymś zgoła przeciwnym. W nich wszystko dokonuje się „po coś”, w konkretnym celu, racjonalizując i planując zachowania zbiorowości, instytucji i innych podmiotów życia społecznego. W nich nie ma miejsca na faktyczną odpowiedzialność, wykraczającą poza krótkoterminowy rachunek strat w stosunku do zysków. Słabość większości kontr-projektów wynika z faktu, że nie przekraczają takiej logiki – np. marksowski socjalizm nigdy na dłuższą metę nie wygra z kapitalizmem, ponieważ naśladuje go u fundamentalnych założeń. Kapitalizm już realnie istnieje, a w przekształcaniu świata w Weberowską „żelazną klatkę” celowości i racjonalności – nie ma sobie równych.
Edward Abramowski koncepcję alternatyw wobec kapitalizmu oparł na „Związkach Przyjaźni”, w których kluczowe było kształtowanie etyki nie tyle antykapitalistycznej, co wykraczającej poza logikę kapitalizmu. Gdy Piotr Kropotkin z pasją krytykował darwinizm i jego polityczne mutacje, czynił to z pozycji właśnie „społecznej miłości”, wskazując – inaczej niż marksiści – że alternatywą nie są jeszcze bardziej racjonalne, odgórne, zaaranżowane projekty, lecz dobrowolna, nierzadko spontaniczna współpraca. „Planowanie – pisał Vaneigem – jest tylko antytezą wolnego rynku”, uwikłaną w dokładnie te same ograniczenia mentalne. „Prawdziwie nowa rzeczywistość powinna się opierać na zasadzie daru. W historycznych doświadczeniach rad robotniczych (1917, 1921, 1934, 1956), pomimo cechujących je błędów i ograniczeń, oraz we wzniosłym poszukiwaniu przyjaźni i miłości widzę jeden i ten sam ożywczy argument, chroniący przed pogrążeniem się w rozpaczy”.
Rewolucyjne nie jest centralne planowanie i odgórne zniesienie mechanizmów rynkowych, lecz potlacz – ceremonia indiańska, polegająca na ofiarowywaniu innym swoich dóbr materialnych lub publicznym niszczeniu ich. Rewolucyjne nie jest argumentowanie, że za pracę domową kobiet-matek należy płacić z budżetu, gdyż opieka nad dziećmi i domem zapewnia stabilizację społeczeństwa, a zatem dobrze służy gospodarce. Rewolucyjne jest stwierdzenie, że matki i dzieci są piękne i dobre, a statystyki PKB – ohydne. Rewolucyjne nie jest żądanie, by wszyscy mieli wszystkiego wedle potrzeb, np. ogromne plazmowe telewizory w każdym domu. Rewolucyjny jest postulat, żeby te telewizory wyrzucić przez okno i przestać tkwić w sztucznej magmie zapośredniczonych relacji ze światem.
Ernst Jünger pisał w „Marmurowych skałach”, że „przecież wszystko, co cenne, otrzymujemy tylko dzięki przypadkowi. To, co najlepsze, jest zawsze za darmo”. Antoine de Saint-Exupéry w „Twierdzy” zaś tak: „Jeżeli umierasz z głodu, a przyjaciel otwiera przed tobą drzwi i prowadzi do stołu, i napełnia dla ciebie dzbanek mlekiem, i łamie chleb, to uśmiech pijesz przede wszystkim, ponieważ taki posiłek ma charakter ceremonii. Rzeczywiście nasyciłeś głód, ale czujesz także wdzięczność na myśl o ludzkiej dobroci”. To, wbrew pozorom, są deklaracje polityczne, nie w sensie takiego czy innego projektu i strategii działania, lecz jako odwrócenie logiki, na której bazuje obecny porządek. Dla niego najbardziej niebezpieczne nie są wcale strajki, protesty, powstania czy spiski, te bowiem doskonale wpisują się w schemat zachowań, które bez trudu można zneutralizować i wtłoczyć w nieuchronny proces staczania się ku „błędom i wypaczeniom”. Miłość jest polityką, a raczej – zasady miłości przeniesione na grunt postaw publicznych stają się prawdziwą, twórczą rewolucją.
Przypominam to z okazji Wielkiej Nocy, czyli upamiętnienia Zmartwychwstania Chrystusa. Tego największego z rewolucjonistów – i nie mam tu bynajmniej na myśli odczytania chrześcijaństwa w kontekście prób pogodzenia go czy wpisania w doktryny „sprawiedliwości społecznej”, jak choćby teologia wyzwolenia. Chrześcijaństwo było bowiem inną rewolucją – z wezwaniem do „miłowania nieprzyjaciół waszych” i nadstawiania drugiego policzka nie stanowiło przecież projektu społecznego jakichś pięknoduchów, marzących o idealnym świecie. Było rewolucyjnym zanegowaniem dotychczasowej etyki opartej na racjach rozumu, instynktach zwierzęcej biologii i real-polityce. Było radykalnym przekroczeniem dusznych, przewidywalnych i jałowych schematów pogańskiej kultury.
Nikos Kazantzakis w „Greku Zorbie” pisał: „Gdyby powiedzieć: »Dzisiaj rodzi się światło« – słowa te nie poruszyłyby serc człowieczych. Nie stałyby się początkiem legendy, idea ta nie objęłaby całego świata. Byłoby to tylko stwierdzenie zwykłego fizycznego zjawiska nie pobudzającego naszej wyobraźni. Ale niegdyś światło zrodzone w środku zimy objawiło się jako Dzieciątko, a Dzieciątko stało się Bogiem”. Jeśli chcemy mieć inny, lepszy świat, osiągniemy to nie poprzez nienawistne boksowanie się ze światem obecnym, na zasadach, jakie on ustalił. Musimy go pokonać bronią zupełnie nową, na którą nie będzie odporny, której nie potrafi pojąć i przejąć.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 16 marca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Inwektywy na usługach polityków i publicystów są nieodzowną częścią rytuału, zwanego debatą publiczną. Są wśród nich takie, które budzą natychmiastową reakcję w obozie przeciwników i te, którym towarzyszy jedynie głuche echo. Stanowią dobro narodowe, choć pośledniejszego gatunku. Moherowe berety, łże-elity, wykształciuchy, socjalistyczna hołota – zabawy słowem zasilają wyobraźnię masową, pomagają w zdefiniowaniu wroga politycznego, samoidentyfikacji, nierzadko służą jako narzędzie terapii grupowej. Są wielkim dobrodziejstwem wydrążonej demokracji, pozbawionej jakiejkolwiek szansy na radykalną zmianę społeczną – za sprawą interaktywnych mediów czynią słyszalnym dysortograficzny „Głos Lódu”. Tam, gdzie nie wznosi się barykad i nie świszczą kule, pozostają słowa powtarzane jak różaniec.
Oszczerstwo, obok powietrza, jest dziś jednym z niewielu dóbr, których wespół używają decydenci i masy. Tym pierwszym inwektywa pomaga zrzucić z siebie ciężar wyjaśniania złożoności gier politycznych, w jakich uczestniczą i skomplikowanych procedur rządzenia. Tym drugim pozwala czuć się współuczestnikami wydarzeń politycznych, współobywatelami świata bogów, których siedziba mieści się, hen, w chmurach. Gdy zatem człowiek w podniszczonym płaszczu, stojący w deszczu na przystanku tramwajowym ogłasza wszem i wobec, że polityk X jest głupi, nie tyle wyraża obiektywny sąd o tym panu, co zgłasza swój akces do życia publicznego. Podobnie, gdy ucinam sobie z kioskarzem miłą pogawędkę na tematy, które obaj znamy tylko z mediów, oprócz niewątpliwej przyjemności rozmowy towarzyszy nam poczucie, że chcąc nie chcąc wypełniamy swój obywatelski obowiązek. Ponieważ trudno nam naocznie ocenić partyjne gry, ekonomiczne naciski lobbystów, trudne moralne wybory warszawskich dziennikarzy – z pewną dezynwolturą, ale przecież dla dobra sprawy wydajemy z siebie głos. Tak bardzo ceniony w demokracji Głos Lódu. A że trudno nam obiektywnie ocenić stan rzeczy, posługujemy się sądem wartościującym, który znacznie ułatwia sprawę.
Odnoszę wrażenie, że tylko hipokryci, skrajni naiwniacy lub ludzie bez serca mogą ubolewać, iż jejmościanka inwektywa ma się dziś tak dobrze. Wykształciuchom nie zaszkodzi, jeśli ktoś im przyłoży słowem jak cepem. Także ich przeciwnikom beret z głowy nie spadnie, gdy usłyszą parę cierpkich i niczym nie usprawiedliwionych słów pod swoim adresem. Sceptyk powie, że inwektywa więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Zapewne, ale co z tego, skoro alternatywą jest głucha cisza? Inwektywa jest bliźniaczą siostrą mitów narodowych, a te, mimo wszelkich prób demistyfikacji, mają się dobrze i wciąż podtrzymują wątły szkielet samoświadomości narodowej. Jest w tym jakaś fatalność, że świat społeczny budujemy na uproszczeniach, ale jeśli przyjąć, że wolność to uświadomiona konieczność – nie stać nas na nic więcej, niż ironiczne przyzwolenie: pogodzenie się z rzeczywistością.
Ekskluzywny, nowolewicowy projekt walki z uprzedzeniami, mitami narodowymi itp. przypadłościami „zacofanych społeczeństw”, choć określa się mianem racjonalnego dyskursu i dąży do reedukacji mas w duchu poprawności politycznej, to dla ogółu nie mniejszy bełkot, niż majaczenia wariata. I podobnie izolowany na łamach kilku periodyków. Jego fiasko ujawnia się w chwili, gdy trzeba masom przedstawić swoją opinię i pognębić przeciwnika. Wtedy filozofka, Magdalena Środa, oskarża swych prawicowych oponentów, że w piwnicy malują swastyki na ścianach, na co jej adwersarz, Artur Zawisza, odpowiada, że urządza sabaty czarownic. Kalumnia wraca do łask jako niezbędne narzędzie w politycznym sporze, napięcie rośnie, widownia wydaje nieartykułowane dźwięki a racjonalny dyskurs za pośrednictwem mediów elektronicznych, tej współczesnej wersji agory, odkłada się na później, czyli – mówiąc mniej eufemistycznie – na świętego Nigdy.
Chwalmy potęgę inwektywy, lecz nie traktujmy jej zupełnie serio. Chwalmy spoty z pustymi lodówkami, dziadków w Wehrmachcie, oskarżenia o kaczyzm i klerofaszyzm; chwalmy internetowe blogi, świątynię egalitaryzmu, gdzie zamiast cherubów fruwają czasem myśli wzięte z sufitu, a logikę zastępują sylogizmy. Ceną za to jest zgoda na sporą dawkę prostactwa i banału; zagrożenie manipulacją. Ale – by twórczo rozwinąć myśl klasyka – życie to nie Wersal. Jeśli można pokazać przeciwnikowi zęby, to znak, że jeszcze ich nie wybito. Oczywiście, kto nie chce poprzestać na rzucaniu inwektyw jako formie współuczestnictwa w życiu społecznym, ten może zmieniać kawalątek świata wokół siebie – pracując w hospicjum, pedałując w Masie Krytycznej, organizując sąsiadów do zbierania psich kup ze skwerku, podrzucając płonące żagwie w teatrze ulicznym. Lecz, ostatecznie, w chwili bezradności i tak westchnie: „ale głupi ci ludzie”. A czujne echo chętnie powtórzy i zwielokrotni jego głos. Lepiej być tego świadomym, by później nie popaść w czarnowidztwo. Cała sztuka: zmieścić swój szept gdzieś między Głosem Ludu i Głosem Lódu i nie grymasić, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu.
przez Remigiusz Okraska | piątek 16 marca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kilka tygodni temu znów zrobiło się głośno o sprawie odszkodowań dla środowisk żydowskich od rządu polskiego za mienie utracone podczas II wojny światowej i wskutek nacjonalizacji dokonanej w pierwszych latach rządów komunistycznych. Amerykańskie organizacje skupiające byłych żydowskich właścicieli lub ich spadkobierców po raz kolejny domagają się uregulowania kwestii odszkodowań i wypłacenia pieniędzy. Liderzy żydowskich organizacji – Holocaust Restitution Committee, World Jewish Restitution Organization i Claims Conference – chcą szybkiego sfinalizowania sprawy. Szacują, że problem dotyczy około 15-25 tysięcy przypadków dawnej żydowskiej własności oraz nie są zadowoleni z proponowanej stawki, którą obecne władze określają na 15% wartości utraconego majątku.
Wystąpienia organizacji żydowskich wywołały w Polsce tradycyjny ostry sprzeciw i falę krytyki ze strony środowisk, które są zaprawione w „wyjaśnianiu” rzekomych podstępnych knowań Żydów przeciwko naszej umęczonej ojczyźnie. Mogliśmy się dowiedzieć, że czyhają na nasz majątek, że złupią Polskę, że jeśli nie zapłacimy to nas oczernią i przedstawią światu jako antysemitów. W tej dość przewidywalnej wrzawie pojawił się tym razem jednak ton niepewności i konfuzji. Tak się bowiem złożyło, iż Żydzi domagający się odszkodowań zawarli sojusz z Polską Unią Właścicieli Nieruchomości oraz Polskim Towarzystwem Ziemiańskim, wspólnie kierując wezwanie do polskich władz. No i jak tu „narodowcy” mają krytykować „zachłannych” Żydów, skoro ich roszczenia obejmują wedle szacunków jakieś 20% ogółu mienia, a reszta jest „czysto polska”? Ba, jak mają ich potępiać, gdy za sojuszników Żydzi obrali sobie najprawdziwszych z prawdziwych Polaków – bo przypomnieć warto, że komuniści znacjonalizowali głównie majątki duże, których właściciele w większości sympatyzowali przed wojną właśnie z endecją. Stwierdzenie Bebla, że antysemityzm jest socjalizmem głupców, idealnie pasuje do obecnej sytuacji. Na pewno na głupców wyszli bowiem „prawdziwie polscy” specjaliści od straszenia knowaniami „lobby żydowskiego”. Gdybym był Stanisławem Michalkiewiczem, który przez lata straszył „zachłannymi Żydami”, a jednocześnie jego partyjka, Unia Polityki Realnej, domagała się reprywatyzacji znacjonalizowanego mienia polskich właścicieli – to zapadłbym się ze wstydu pod ziemię.
Taki obrót wydarzeń może dziwić tylko na pierwszy rzut oka. Skoro domagać zwrotu majątków mogą się Polacy, to dlaczego nie mieliby tego robić także Żydzi – dawni obywatele Polski? Można oczywiście argumentować, że państwo polskie powinno wypłacać odszkodowania wyłącznie obecnym obywatelom, nie ponosząc odpowiedzialności za wydarzenia sprzed wielu lat. To jednak byłoby moralnie dwuznaczne, bowiem Żydzi utracili obywatelstwo polskie niekoniecznie z własnej woli, wyjeżdżając z naszego kraju jako uciekinierzy przed najpierw hitlerowskimi, a później komunistycznymi prześladowaniami (miłośnicy mitu „żydokomuny” nie raczyli przeczytać ani jednej pracy naukowej o tym, że Żydów – zwłaszcza ich „burżuazję” – na różne sposoby komuniści „zachęcali” do opuszczenia Polski nie tylko w roku 1968, ale i przez cały wcześniejszy okres od zakończenia wojny). Zresztą, przyjęcie takiej zasady stawiałoby na głowie cały międzynarodowy obyczaj prawny, gdyż np. obywatel Polski nie mógłby dochodzić swoich praw majątkowych do pieniędzy czy posiadłości utraconych, powiedzmy, w USA na skutek jakichś rodzinnych czy biznesowych komplikacji. Co więcej, nie można stwierdzić, że obecne państwo polskie nie może ponosić żadnej odpowiedzialności za wydarzenia sprzed wielu lat, skoro część wówczas zagarniętych np. nieruchomości nadal istnieje i funkcjonuje w dzisiejszych realiach. Nie ulotniły się przecież, ktoś z nich korzysta, ktoś na tym zarabia, komuś one do czegoś służą. Gdyby hitlerowcy i komuna zabrali je Żydom, a następnie doszczętnie zniszczyli – wówczas faktycznie można by argumentować, że obecna Rzeczpospolita nie ma nic wspólnego z roszczeniami i odszkodowaniami.
Jeśli więc chcemy oddawać w naturze czy płacić odszkodowania za dawne dworki, majątki ziemskie czy fabryki polskich właścicieli, to powinniśmy uczynić to samo również wobec Żydów. Jeśli zamierzamy ronić łzy nad polską szlachtą, fabrykantami i kamienicznikami, których los tak okrutnie doświadczył, to powinniśmy równie mocno przejmować się podobnie potraktowanymi Żydami. Jeśli odszkodowania za utracone mienie chce się przyznawać po kilkudziesięciu latach np. zabużanom, to dlaczego po równie długim okresie nie przysługiwałyby one Żydom? Czemu jednak polski rząd ma płacić za politykę hitlerowców – tak mówią krytycy pomysłu odszkodowań, sugerując, żeby Żydzi domagali się odszkodowań nie w Warszawie, lecz w Berlinie. Dlaczego jednak ci sami ludzie nie proponują zabużanom, aby o pieniądze upomnieli się w Moskwie, lecz kierują ich do rodzimego Skarbu Państwa? Dlaczego wyczyny złej polskiej komuny należy zrekompensować stratnym polskim właścicielom, a nie uczynić tego samego wobec poszkodowanych przez nią właścicieli żydowskich?
Takie wątpliwości prowadzą mnie jednak nie – jak zapewne pomyślała sobie część Czytelników – do opowiedzenia się za wypłacaniem odszkodowań Żydom i Polakom, i to w wysokości stu procent wartości zabranego mienia (bo skoro ma być sprawiedliwie, to na poważnie – nie można udawać, że 15% wartości to 100% sprawiedliwości). Otóż jest dokładnie odwrotnie. Uważam, że ani Żydzi, ani Polacy nie powinni otrzymać żadnych odszkodowań. Zasada „wyrównywania krzywd” po upływie tak wielu lat wydaje mi się absurdalna. Owszem, wojna była okrutna, a jej ofiary ucierpiały. Nacjonalizacja z kolei była wątpliwa moralnie i prawnie. Ale w dziejach ludzkości były setki wojen i niefortunnych decyzji władz. Przetaczały się fronty, dokonywano inwazji zbrojnych, rabowano mienie, wypędzano ludność, zmieniano ustawy, łamano wcześniejsze ustalenia. Tak, było to straszne, niesprawiedliwe i godne potępienia, bo w ogóle świat nie był, nie jest i nie będzie idealny. Tyle tylko, że przez stulecia nikomu nie przyszło do głowy, iż jakiekolwiek państwo po upływie pół wieku, w zupełnie innych realiach demograficznych, ustrojowych, finansowych, granicznych itd., ma obowiązek rekompensować krzywdy tego rodzaju. I że obywatele, których znakomita większość urodziła się po tych wszystkich wydarzeniach, powinni finansować takie poczynania. Jeśli po przegranej wojnie na jakiś kraj nakładano kontrybucje, to czyniono to zaraz po zawarciu traktatu pokojowego, nie zaś 50 lat później – tak, aby konsekwencje ponosili sprawcy, nie zaś niewinni ludzie.
Tak pojmowana „sprawiedliwość” oznacza niekończący się festiwal skarg, żalów, roszczeń, pretensji itp. Owszem, zapłaćmy Żydom i Polakom, poszkodowanym przez Hitlera i Bieruta. Zapłaćmy zabużanom, poszkodowanym przez Stalina oraz – wytyczających wraz z nim nowe polskie granice – Churchilla i Roosevelta. Weźmy później na siebie ciężar wypłaty odszkodowań dla tych Niemców, którzy przed wojną i podczas niej nie popierali Hitlera, zamieszkiwali od pokoleń na Mazurach, Górnym i Dolnym Śląsku czy w Wielkopolsce, a Armia Czerwona i Ludowe Wojsko Polskie wygnały ich w odwecie za zbrodnie III Rzeszy. Zapłaćmy też tym Polakom, których armia radziecka poszkodowała tak czy inaczej podczas wyzwalania – czy jak kto woli, zniewalania – naszego kraju. Zapłaćmy ofiarom Akcji „Wisła”, często Bogu ducha winnym chłopom, którzy padli ofiarą politycznych knowań watażków z UPA i stosowanej przez władze ludowe zasady zbiorowej odpowiedzialności. Ale na tym nie koniec, bo właściwie dlaczego poprzestać na krzywdach wyrządzonych po 1939 roku? Wypłaćmy odszkodowania prześladowanym przeciwnikom sanacji (naprawdę nie żyją żadni potomkowie więźniów Berezy?) oraz ukraińskim, białoruskim czy litewskim ofiarom jej niezbyt subtelnej polityki na Kresach Wschodnich. A skoro płacimy za wyczyny Hitlera i Bieruta, to zapłaćmy też za wszystkie krzywdy wyrządzone w ciągu 123 lat w trzech zaborach. Jeśli zgłoszą się tacy, których przodków skrzywdzono za Sasów, Jagiellonów, a nawet i Piastów – też dajmy im to, co należne. Ponieważ idea jest szlachetna, zajmijmy się jej promocją – niech każdy kraj płaci ofiarom i ich spadkobiercom, choćby i po pięciu wiekach. Gdy już poruszymy świat do wzajemnego płacenia wszystkim za wszystko, na pewno będzie na nim i lepiej, i sensowniej.
Wnioski z całej sprawy są dwa. Pierwszy taki, że należy przestać brnąć w tak specyficznie pojętą sprawiedliwość. Co się stało, to się nie odstanie – obecne władze i pokolenie Polaków nie powinny zajmować się naprawianiem krzywd sprzed wielu lat, obojętnie czy będą to krzywdy właścicieli żydowskich, polskich-tutejszych czy polskich-kresowych. W toku dziejowych zawieruch niemal każda polska rodzina poniosła jakieś straty – materialne, moralne, biologiczne – i po prostu trzeba przyjąć to do wiadomości, zamiast w nieskończoność próbować je naprawiać kosztem nieustannych sporów i drenowania budżetu, na który zrzucają się ludzie nie mający w większości wiele wspólnego z wydarzeniami sprzed lat.
Drugi wniosek jest natomiast taki, że myślenie w kategoriach etnicznych prowadzi na manowce. Zamiast „lobby żydowskiego”, którym straszyli nas „prawdziwi Polacy”, mamy lobby spadkobierców, którzy niezależnie od swej narodowości i wyznania chcą z budżetu otrzymać, wedle szacunków, jakieś bagatela 70 miliardów złotych. Taka jest orientacyjna wartość stuprocentowych odszkodowań dla dotychczas szacunkowo zidentyfikowanych osób uprawnionych do składania wniosków w tej sprawie. Cała ta sprawa nie ma charakteru rasowego czy etnicznego, lecz zgoła inny – klasowy. To bowiem właśnie dawni posiadacze chcą odzyskać swoje majątki, a my mamy za to zapłacić. Gdy później braknie na pensje budżetówki, zasiłki dla bezrobotnych, remonty dróg czy dożywanie biednych dzieci, to podziękujcie właśnie im. Nie mitycznym Żydom – lecz Polakom, którzy stanowią 80% „roszczeniowców” i 100% członków kolejnych rządów zamierzających przywracać wątpliwą „sprawiedliwość historyczną” kosztem faktycznej sprawiedliwości teraźniejszej.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 25 lutego 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Mój tekst był zatytułowany „Ostatni taki klin, czyli mieszczuchów walka o ziemię” i dotyczył krakowskiej Wesołej Polany. Jest to stosunkowo niewielki spłacheć ziemi w pobliżu rezerwatu „Panieńskie Skały”, ostatnie niezabudowane otwarcie widokowe na Las Wolski, tradycyjne miejsce rekreacji pokoleń krakowian. Zimą 2004 r. okoliczni mieszkańcy dowiedzieli się, że radni dzielnicy Wola Justowska prawem kaduka zmienili w planach zagospodarowania przeznaczenie części Wesołej Polany z terenu zielonego na budowlany. A deweloper, firma Inwest-Akord, która wykupiła ziemię, zamierza na niej postawić sześć trójkondygnacyjnych domów, tak zwanych „willi miejskich”. Tak zaczęła się walka mieszczuchów o ziemię, którą dziś, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, trzeba uznać za przegraną.
Decyzją osób zaangażowanych w obronę Wesołej Polany, prowadzenie negocjacji z deweloperem wziął na siebie działający od 1981 r. Obywatelski Komitet Ratowania Krakowa. Dzięki środkom przekazu sprawa nabrała rozgłosu. Po długich negocjacjach i zabiegach, w maju 2006 r., OKRK i Inwest-Akord zawarli umowę przedwstępną, zgodnie z którą do końca września 2006 r. Komitet miał zebrać milion sto tysięcy złotych. Drugi milion na wykup ziemi obiecał prezydent Krakowa, Jacek Majchrowski. Za łączną sumę deweloper zgodził się odsprzedać wykupiony grunt. Podał przy tym warunek, zgodnie z którym istotnym argumentem dla dalszych negocjacji miała być liczba prywatnych darczyńców, biorących udział w zbiórce. Inwest-Akord chciał wiedzieć, czy krakowianie przyłączą się do akcji. Bo ostatecznie to właśnie dobro społeczności Krakowa było ważnym argumentem, używanym przez obrońców Wesołej Polany.
Pod koniec lutego 2006 r. Komitet wziął się do zbierania pieniędzy, licząc na to, że jeśli uda się zebrać więcej, to pozostałe środki zostaną wykorzystane na wykup i zagospodarowanie innych działek, na jakie podzielona jest Wesoła Polana. Zawarł też umowę z kilkoma dużymi firmami, że w chwili, gdy dojdzie do podpisywania umowy sprzedaży, przekażą odpowiednie kwoty na wykup spornego gruntu. Przede wszystkim jednak ludzie z OKRK mieli nadzieję, że w zbiórkę zaangażują się liczni krakowianie, nie tylko mieszkańcy dzielnicy. Wydawało się to prawdopodobne, choćby ze względu na zainteresowanie lokalnych mediów i fakt, że początkowo poparcie dla akcji ratowania Wesołej Polany wyraziło kilkaset osób z Woli Justowskiej, uczestniczących zimą 2004 r. w spotkaniu poświęconemu tej sprawie. Ponadto, w tamtym czasie pod petycją przeciw zabudowie zebrano ponad dwa i pół tysiąca podpisów.
OKRK zorganizował dwie aukcje dzieł sztuki, z których środki przeznaczono na wykup gruntu, ogłaszał zbiórki w prasie, na łamach gazet podawano numer konta. Na Woli Justowskiej rozdawano ulotki z dołączonym przekazem pocztowym – Bank Rzemiosła, gdzie umieszczono środki finansowe, nie pobierał opłat z tytułu wpłaty. Okazało się, że wpłat indywidualnych dokonało niespełna osiemdziesiąt osób; łącznie z darczyńcami i organizatorami aukcji w zbiórkę zaangażowało się czynnie około dwustu. Pieniądze wpłacali też ludzie spoza Krakowa – ze Stalowej Woli, Konstancina. Zebrano około 50 tys. złotych żywą gotówką. Tymczasem minął wrzesień 2006 r., a wraz z nim – termin zbiórki. OKRK nadal prowadził rozmowy z majętnymi firmami, potencjalnymi sponsorami, dotarł też do mieszkającego za granicą Polaka, filantropa, który własnym sumptem ufundował w Krakowie rodzinny dom dziecka. Ale czas płynął, pieniędzy było mało, a krakowianie (w tym większość mieszkańców Woli Justowskiej) nie interesowali się zbytnio losem Wesołej Polany. Indywidualne wpłaty płynęły bardzo wąskim strumyczkiem, który ożywał na chwilę po publikacjach w lokalnej prasie, raz po raz przypominających o całej sprawie.
Pod koniec września 2006 r. OKRK zwróciło się do dewelopera z prośbą o przedłużenie terminu do początku grudnia. Pojawił się problem z milionem od prezydenta Majchrowskiego – pieniądze trzeba było wydać do końca listopada, inaczej groziło, że przejdą jako niewykorzystane do nadwyżki budżetowej. Rzecz cała działa się jeszcze przed wyborami samorządowymi, prezydent Krakowa zaproponował, że dołoży jeszcze pewną sumę, byle tylko zamknąć sprawę. Ale z początkiem listopada właściciel Inwest-Akord przesłał do OKRK pismo, potwierdzone aktem notarialnym, że w związku z niedotrzymaniem terminów jednostronnie zrywa umowę. Nie odbierał telefonów od ludzi z OKRK, za to chętnie rozmawiał z dziennikarzami, że owszem, może sprzedać grunt, lecz po wyższej cenie. Przeszły wybory samorządowe, prezydent Majchrowski załapał się na drugą kadencję. Pod koniec listopada, gdy sytuacja była już podbramkowa, przedstawiciele OKRK udali się z wizytą do Urzędu Miasta. Prezydent obiecał, że pomoże zorganizować spotkanie z deweloperem i przekaże sprawę do Wydziału Skarbu, odpowiedzialnego za wydatki z budżetu miasta. Tu pewien szczegół, ważny dla dalszego ciągu historii: wychodząc z gabinetu Majchrowskiego, rozmówcy minęli się w drzwiach z Marią Witkowicz, dyrektor rzeczonego wydziału.
Minął grudzień, przyszło Boże Narodzenie, wystrzelone korki od szampana obwieściły nadejście Nowego Roku… Do OKRK zadzwoniła dziennikarka z krakowskiego oddziału TVP3, z zapytaniem, co słychać na Wesołej Polanie. Sprawa znów „ruszyła do przodu”. Prezes Komitetu, Mikołaj Kornecki, zadzwonił do Marii Witkowicz, by dowiedzieć się, czy porozumiała się z właścicielem Inwest-Akord. Pani dyrektor odpowiedziała, że o niczym jej nie informowano. Chwilę później oddzwoniła z wiadomością, że rozmawiała właśnie z deweloperem, który skłonny jest odsprzedać teren, ale po wyższej cenie. Z tym, że pieniędzy od miasta OKRK już nie ma. W poświęconym Wesołej Polanie telewizyjnym reportażu, wyemitowanym na początku tego roku w krakowskiej „Trójce”, prezydent Majchrowski stwierdził, że nikt się do niego nie zwrócił o przekazanie środków finansowych na wykup gruntu, stąd sprawa jest już nieaktualna. Po wygranych wyborach samorządowych taka wypowiedź niespecjalnie dziwi.
Z kolei prezes Kornecki twierdzi, że nikt go nie poinformował o konieczności wystąpienia o zabezpieczenie tych pieniędzy. Uważa też, że OKRK nie może liczyć na pomoc miejskich radnych, bo ci w tej chwili zajęci są przepychankami partyjnymi (tzn. budową lub zwalczaniem IV RP w skali miasta) i sprawy „drugorzędne”, jak perspektywiczny wykup gruntów mało ich interesują. Komitet może zbierać środki na wykup Wesołej Polany do końca lutego bieżącego roku. Później będzie musiał zwrócić je darczyńcom, lub – za ich zgodą – przeznaczyć na cele statutowe. Rodak-filantrop z zagranicy stracił już cierpliwość do całej sprawy i się wycofał. Krakowianie, en masse, nie są zainteresowani tematem. Inwest-Akord ma już „wuzetkę” i wystąpił o pozwolenie na budowę. Na sprzedaży mieszkań postawionych na Wesołej Polanie może zarobić, lekko licząc, około 15 milionów złotych. Nic go już nie motywuje, by zrezygnować z solidnego zarobku. Cudu nie było – Goliat wygrał z zostawionym samemu sobie Dawidem.
Jaki komentarzem opatrzyć całą historię? Uderzę się we własne piersi. Owszem, napisałem dla „Obywatela” artykuł na temat Wesołej Polany. Ale później straciłem sprawę z oczu. Nie wpłaciłem też ani grosza na konto, nie zachęciłem do tego nikogo z rodziny, znajomych. Pocieszałem się myślą, że inni na pewno to załatwią i wszystko dobrze się skończy. A wystarczyło kilkanaście złotych, by powiększyć listę darczyńców; by zasilić szereg obywateli, którzy walczą o coś, co uznają za cenne, ważne dla tożsamości ich miasta – by Inwest-Akord wiedział, że Wesoła Polana nie przestała budzić zainteresowania. I myślę sobie, że to jedna z wielu banalnych, niewesołych spraw, jakich w Polsce pełno. Każdy z nas, w swoim miejscu zamieszkania, regionie mógłby opisać ich wiele. Zwykle trudno je w pełni zrozumieć, ogarnąć wszystkie tropy, uchwycić poszczególne nitki – stąd odpuszczamy, pozwalając, by ktoś inny za nie pociągał. I dlatego nie zmniejsza się liczba smutnych historii o niezbyt Wesołych Polanach.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 25 lutego 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Internet i współczesne media masowe paraliżują aktywność społeczną zamiast ją rozbudzać. Choć starają się sprawić wrażenie „interaktywności”, „wyrażania głosu ogółu”, „bycia blisko człowieka”, „zaangażowania”, „docierania do sedna”, „wnikliwości”, „reagowania”, tworzą kulturę, w której jest miejsce tylko na narzekanie i oburzanie się, nie ma go natomiast na realne inicjatywy. Struktura nowoczesnych mediów jest zorganizowana tak, aby ich odbiorcy nie podjęli żadnej faktycznej aktywności – cała ich energia ma zostać skanalizowana w jałowym gadulstwie, będącym jedynie kiepską namiastką zaangażowania w dany problem. Takie zaangażowanie mogłoby bowiem wymknąć się spod kontroli, sprawić, że obywatele odkryją nowe aspekty rzeczywistości lub choćby własne, nie podsuwane im sposoby interpretacji. Zaangażowanie jest niebezpieczne. Bezpieczne są cynizm i narzekanie.
Ten problem widać najbardziej, wbrew pozorom i spotykanym opiniom, bynajmniej nie w telewizji. Choć ona uchodzi za najbardziej „jałowy” ze wszystkich środków masowego przekazu, to problem jest znacznie bardziej wyraźny wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę nowoczesną prasę oraz Internet. Telewizja jest medium „chłodnym”, nie skłaniającym do zaangażowania w cokolwiek poza biernym oglądaniem i komentowaniem. Jest ona jednak również takim medium, które nawet nie stwarza namiastki owego zaangażowania. Twórcy telewizji zdają się mówić tak: mamy wam coś do powiedzenia i pokazania, ale wasza postawa wobec tego zupełnie nas nie interesuje. Oczywiście nikt nie wyrazi tego wprost, gdyż obowiązuje zasada kokietowania publiczności – odbiorców reklam. Nikt też jednak nie sili się na sprawianie wrażenia, jakoby razem z telewidzami zamierzał tworzyć pewną wspólnotę wokół jakiegoś problemu i prób jego rozwiązania.
Inaczej jest ze współczesną prasą masową. Jej twórcy usiłują wmówić czytelnikom, że „jesteśmy razem” – wasze problemy są naszymi, wspólnie próbujemy je rozwiązywać. Paradoksalnie, dzieje się tak mimo wieloletniej krytyki prasy faktycznie zaangażowanej. Mnóstwo razy można było przeczytać i usłyszeć, że ta ostatnia jest ze swej natury „zła” – tendencyjna, reprezentująca interesy jakiejś mniej lub bardziej wąskiej grupy. Oczywiście taka ona była, to niekwestionowany fakt. W pewnym sensie właśnie dlatego przegrała z „szerokimi” gazetami, pozującymi na obiektywne i wyrażające interesy ogółu. Wystarczy spojrzeć na obecny poziom czytelnictwa „Trybuny”, „Myśli Polskiej”, „Zielonego Sztandaru”, „Przeglądu” czy „Tygodnika Solidarność”. Oczywiście zawsze prasa „partyjna” miała mniej czytelników niż „ogólna”. Tyle tylko, że np. przed wojną, a na Zachodzie jeszcze do lat 70., dystans ten wynosił dwa lub trzy do jednego, dziś natomiast „obiektywne” gazety biją te „stronnicze” o kilkanaście lub kilkadziesiąt długości.
Krytykowanie „zaangażowania” partyjnego czy politycznego idzie u „obiektywnych” mediów w parze z pozorowaniem zaangażowania w „zwykłe sprawy” ich odbiorców, na ogół – chcąc nie chcąc – dotykające przecież problemów politycznych czy ideologicznych. Takie gazety pełne są bądź to emocjonalnych ataków na „złych polityków”, „wadliwe rozwiązania ustrojowe” czy „absurdy regulacji gospodarczych”, bądź też „ekspercko” komentują reguły życia publicznego. Są to czasopisma jak najbardziej stronnicze i nie kryjące się z tym, lecz w niemalże czarodziejski sposób udające zarazem obiektywizm. Prasa „partyjna” jest zła i tendencyjna, prasa „ogólna”, zajmując się dokładnie tak samo stronniczą analizą i opisem rzeczywistości – ma natomiast ponoć być dobra i godna zaufania. A przecież ta ostatnia wcale nie jest „wielonurtowa” – owszem, zaprasza na łamy reprezentantów różnych opcji, ale tylko wtedy, gdy dyskusja dotyczy kwestii drugorzędnych. Przez lata czołowe media tak walczyły o pluralizm poglądów, że w kwestiach gospodarczych można było wybrać dowolny model, pod warunkiem, że nazywał się Balcerowicz.
Ostatnio „Dziennik”, pozujący na gazetę super-obiektywną i reprezentującą przeróżne opinie, dał wspaniały pokaz prawdziwych intencji. Zorganizował na Uniwersytecie Warszawskim publiczną „debatę” o nekonserwatyzmie, walce z terroryzmem i wojnie w Iraku. Piszę słowo debata w cudzysłowie, bo już sam dobór jej uczestników był wymowny – Norman Podhoretz, jeden z intelektualnych liderów amerykańskiego neokonserwatyzmu i ideologiczny „reżyser” napaści na Irak, a do tego dwa polskie klony poglądów głównego gościa, tj. profesor-senator Ryszard Legutko i były minister obrony Radosław Sikorski. „Debata” wyglądała tak, że osoby przypominające, iż Podhoretz na swych rękach ma krew tysięcy Irakijczyków, zostały z sali po prostu siłą wyrzucone, a ci, którzy pozostali, mogli zadawać pytania za pośrednictwem karteczek przekazywanych prowadzącemu całość redaktorowi „Dziennika”, który skrupulatnie wybierał te wygodne dla Podhoretza.
Wspomniałem „Dziennik” nieprzypadkowo, bowiem wraz z „Faktem” są to najnowocześniejsze obecnie masowe gazety w Polsce. Ta nowoczesność wyraża się właśnie m.in. w pozorowaniu zaangażowania. Ich dziennikarze ciągle coś „tropią”, „nagłaśniają”, „odkrywają”, „docierają” – oczywiście robią to dla nas, są „blisko ludzi”, odpowiednio tych „zwykłych” i tych trochę bardziej „na poziomie”. Dominuje w nich emocjonalny ton, czasem wygląda to wręcz tak, jakby autor tekstu marzył o rozwiązaniu problemu, który opisuje. Ale za tymi emocjami i pozorowanym „konkretem”, stoi zupełna pustka. Oburzenie nie przekłada się na żadne propozycje rozwiązań systemowych. Jasne, można skrytykować posła-aferzystę, lekarza-łapówkarza, wyrodną pijaną matkę czy podstępnego pedofila, no i oczywiście policję, która „nic nie robi”. Ale broń Boże domagać się zmiany polityki państwa w jakimś szerszym zakresie, a jeszcze bardziej – aktywizować czytelników w działalność na rzecz takiej zmiany. Tak „rozbudzony” odbiorca mógłby bowiem zacząć myśleć samodzielnie, wbrew dziennikarskim Wujkom Dobra Rada, a przede wszystkim wbrew ich sponsorom-reklamodawcom. Ci ostatni mogliby się przecież obrazić na pismo „tendencyjne”, czyli mówiące o interesach jednej grupy ludzi – wyśmiewanie marksizmu nie sprawiło wszak, że podziały klasowe czy warstwowe w społeczeństwie zanikną i że wszyscy się kochamy – w opozycji do interesów grupy innej.
Faktyczna aktywność społeczna byłaby nie na rękę wielkim mediom. Natomiast tworzenie namiastki zaangażowania pozwala zyskać zaufanie i wierność czytelników, a także skanalizować ich niezadowolenie z różnych kwestii w jałowym, nic nie zmieniającym oburzaniu się i domaganiu, by „ktoś coś z tym zrobił”. Richard Hoggart pisał już pół wieku temu o takich „obiektywnych” masowych gazetach: „Ich celem musi być utrzymanie czytelnika na poziomie biernej akceptacji, gdyż taki czytelnik nie stawia niepotrzebnych pytań, ale zadowolony bierze, co dają, i ani mu w głowie nic zmieniać. Założenia nie mogą być podważane w sposób zasadniczy, można najwyżej troszkę się poprzekomarzać. /…/ Taka regularna, coraz obfitsza i niemal całkowicie jednostajna dieta sensacji, przy kompletnym braku jakiegokolwiek zaangażowania, musi w końcu w konsumencie lektury popularnej przytępić zdolność do otwartej i odpowiedzialnej reakcji na życie, zaszczepić mu poczucie bezcelowości wszystkiego, co nie mieści się w kręgu kilku najprostszych potrzeb”.
Czasopisma „partyjne” promowały faktyczne zaangażowanie – owszem, były stronnicze i można się było z ich postulatami nie zgadzać, ale jednocześnie nie proponowały namiastki zamiast czegoś faktycznego. Zachęcały czytelników do popierania danej opcji, propagowały idee, a jeszcze całkiem niedawno były motorami napędowymi aktywności społecznej w sferze okołopolitycznej. Media nowoczesne nie robią tego zupełnie. Czasem nazywane są populistycznymi, ale to zupełne pomieszanie pojęć. Populizm bazował na mobilizowaniu ludzi do faktycznego działania, nawet jeśli można było mu zarzucić, iż czynił to przy użyciu retoryki demagogicznej. Nowoczesne media robią coś wręcz przeciwnego – „demobilizują” społeczeństwo. Populistyczne mówiły: rusz się i zrób coś z tym, tak dalej być nie może. Nowoczesne mówią: siedź, oburzaj się wraz z nami, ale nie rób nic konkretnego, musi być tak, jak jest.
Innym „demobilizatorem”, odmiennym w formie, choć w skutkach podobnym, jest Internet. Miał być oazą aktywności, wyzwalać energię społeczną, egalitaryzować możliwości zaangażowania się w sprawy publiczne. Nie mam przy tym pretensji, że w 90% służy on rozrywce, nie zaś „poważnym sprawom”. Chodzi o coś innego. Także on jest doskonałym narzędziem do zamiany faktycznej aktywności w powierzchowne oburzanie się i komentowanie. To, co miało być jego główną zaletą – interaktywność, czyli swoisty sygnał zwrotny od odbiorców i możliwość wpływania przez nich na „zawartość” debaty, przerodziło się w praktyce w swoją karykaturę. Setki, tysiące stron internetowych służą wyłącznie do bicia piany, z którego nie wynika absolutnie nic. W dodatku osoby, które uczestniczą we wszelakich forach dyskusyjnych czy portalach z możliwością komentowania informacji, są przekonane, że godziny, które tam tracą, są poświęcone zaangażowaniu w sprawy publiczne.
Przeglądam czasem takie miejsca w sieci i jestem pod wrażeniem swoistego „morderstwa doskonałego”. Setki osób wypowiadają się na każdy możliwy temat, choć o większości z nich nie mają pojęcia – ba, nie mają nawet ochoty się z nimi zapoznać, aby mieć szerszy ogląd problemu. Poświęcają temu mnóstwo czasu, pełno pasji i energii. Potrafią godzinami przerzucać się „argumentami” w stylu: słyszałem, podobno, wydaje mi się, gdzieś czytałem itd., a w najlepszym razie wklejać link do informacji z równie śmieciarskiego miejsca jak to, w którym dyskutują. 90% tego bełkotu to zwykłe pyskówki – uczestnicy prezentują zerowy poziom empatii oraz chęci dowiedzenia się czegoś, na kolejne tematy reagują zaś niczym psy Pawłowa. Kler – złodzieje, feministki – głupie i brzydkie, aborcja – wolność lub morderstwo, Pinochet cacy – Lenin be albo odwrotnie, Michnik – łotr i zdrajca, Rydzyk – faszysta, ekolodzy to lewacy, burżuje to ch…, krytyk polityki USA to pachołek Putina i KGB, Izrael to reżim syjonistyczno-nazistowski, itd. Niemal nikt się tam nad niczym nie zastanawia, nie zajmuje niuansami danego problemu, nie próbuje nadać swoim wywodom logiki – trzy sekundy na kolejny wpis, od rana do wieczora. Oczywiście we własnym mniemaniu ci ludzie debatują, angażują się w problemy sfery publicznej, mają szerokie zainteresowania. W praktyce nie czynią nic poza napełnianiem szamba, które w dodatku można ręką administratorów skasować jednym kliknięciem. Mało kto z nich robi cokolwiek sensownego „w realu”, za to są pełni pretensji wobec innych, gotowi napluć na każdego i wyśmiać każdą próbę faktycznych działań, wszystko zarzucić tysiącem oskarżeń i podejrzeń.
Wybrałem przykłady z jednego tylko, prawicowego forum dyskusyjnego. Czemu ekolodzy protestują w obronie Rospudy, a nie protestowali w Pcimiu Średnim? Na pewno robią to dla pieniędzy. Niech się zajmą śmieciami w pobliskim lesie albo śmierdzącą rzeczką w mojej miejscowości. Ale to w ogóle wyrachowani oszuści. Banda fanatycznych oszołomów, dla których Człowiek się nie liczy. Finansuje ich KGB. Chcieliby pozabijać ludzi w imię obrony kwiatków. Czemu protestują dopiero teraz, a nie protestowali wcześniej? Nic nie robią, tylko protestują, za robotę by się wzięli. Przykuwają się do drzew, ale każdy z nich ma luksusowe auto. A nawet jeśli nie ma, to przecież jeździ autobusem, a autobus to spaliny, więc ekologia to hipokryzja. Ekolodzy to naiwni pacyfistyczni lewacy. Ekolodzy to okrutni rasiści, wielbią żyjątka a gardzą ludźmi. Ekolodzy to łajzy, mają dwie lewe ręce. Ekolodzy to przebiegłe cwaniaki. To jacyś narwani naukowcy od ptaszków, bez pojęcia o rozwoju kraju. To nie ekolodzy, lecz ekologiści, bo ekolog to naukowiec, a nie jakiś gówniarz w porozciąganym swetrze. A poza tym chcą nas cofnąć do jaskiń. Biorą łapówki i pracują dla konkurencji. Są narzędziem Brukseli i postkomuny. Zacofana hołota, prawie jak neandertalczycy. To jest protest przeciwko obecnemu rządowi. Gdyby nie protestowali od wielu lat, to drogę by już dawno zbudowano. Ekolodzy się nie myją i śmierdzą. Ekolodzy to paniczyki z warszawki, które chcą zmanierować zdrową ludność lokalną. Niech stworzą alternatywę zamiast protestować. Kto zarobi na alternatywnym przebiegu? Ekolodzy nie chcą żadnej obwodnicy. Inny przebieg drogi też coś zniszczy. I tak dalej, jak mawia prosty lud, ad mortem usrandum.
Oczywiście każdy, kto przykładowym tematem Rospudy zainteresował się na tyle solidnie, jak należałoby zainteresować się każdym, w sprawie którego zabiera się głos, dobrze wie, że powyższe argumenty nie są warte funta kłaków. To zbiór opinii albo rodem z magla, albo urojenia, albo ekstrapolacja na całą grupę jakichś jednostkowych przypadków, albo znaczne wyolbrzymienie faktycznych zjawisk. Można bez trudu rozłożyć głosicieli takich tez na łopatki, ale nie ma to żadnego sensu – zresztą dotarcie do rzetelnych informacji jest dziecinne łatwe, jeśli tylko ktoś chce to uczynić zamiast odruchowo pyskować. Jednak o ile normalne dyskusje służyły do poznania cudzych argumentów i przemyślenia swoich, o tyle te internetowe nie służą niczemu. Tutaj ktoś przyłapany na niewiedzy, głupocie czy lenistwie intelektualnym nawet się nie zająknie, nie zaczerwieni, nie przeprosi – a anonimowość sieci chroni go przed publiczną kompromitacją. Z każdej merytorycznej odpowiedzi wyrwie z kontekstu jakieś zdanie, wokół którego znowu rozpocznie niekończącą się dyskusję, domagając się wyjaśnień, faktów, przykładów, dowodów, a na koniec, gdy mu się znudzi i ta zabawa albo postanowi wreszcie oderwać tyłek od krzesła przed komputerem, to jakimś wyzwiskiem obrazi tego, kto próbował mu wtłoczyć do głowy trochę oleju.
Takich rozdyskutowanych maniaków są setki i tysiące, na forach o przeróżnej opcji ideowo-politycznej. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby potraktować je jako kolejną formę prymitywnej rozrywki i tracenia czasu – w końcu każdy robi to i na takim poziomie, na jakie sobie zasłużył. Sęk jednak w tym, że owo gadulstwo uchodzi za przejaw zaangażowania. Jest tymczasem zaledwie jego namiastką, dokładnie tak, jak pomstowanie po lekturze artykułu w „bezstronnej” gazecie, będącej „blisko ludzi”. Jest bezpłodne, a nawet anty-płodne, bo w tym masowym bełkocie giną nieliczne próby sensownej dyskusji i wykorzystania Internetu do rozszerzenia zasięgu dyskursu publicznego. Takie „debaty” mają się do zaangażowania w życie publiczne i wymiany poglądów podobnie jak masturbacja do seksu. Poza chwilową satysfakcją onanistów – nie wynika z nich absolutnie nic.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 8 lutego 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Dokonana przez środowisko „Krytyki Politycznej” edycja „Rewolucji u bram”, czyli tekstów Lenina z roku 1917, opatrzonych przedmową i posłowiem autorstwa słoweńskiego filozofa i socjologa Slavoja Žižka, odbiła się echem bardzo głośnym jak na poważną i „wymagającą” rozprawę o charakterze politycznym. Przyczyna jest zrozumiała – z jednej strony świetne przełożenie „radykałów”-wydawców na media głównego nurtu, co zapewniło tej książce darmową reklamę. Nawiasem mówiąc, szczególnie zabawne są nieprzerwane, nużące peany na cześć Žižka/Lenina ze strony redaktorów „Dziennika”. Wydawnictwo Axela Springera znane jest w swej niemieckiej ojczyźnie z daleko posuniętego nie tyle konserwatyzmu, co po prostu drobnomieszczańskiej kołtunerii. Bojownicy Frakcji Czerwonej Armii, czyli wedle brukowców Springera – „bandy Baader Meinhof”, chyba przewracają się w grobach widząc, że filia tegoż koncernu serwuje polskiemu czytelnikowi nauki wodza Rewolucji ’17.
Rwetes wokół „Rewolucji u bram” nie kończy się jednak na promocji w organach prasowych Springera i Agory. Ekscentrycznym centrystom z „Dziennika” i „Wyborczej” dali odpór stateczni prawicowcy na tych samych łamach oraz w „Rzeczpospolitej” i „Wprost”. Podnieśli oni lament, że zbrodnie, że ludobójstwo, że relatywizowanie zła, że komunizm, że łagry, że no jeszcze tylko edycji pism Hitlera brakuje. Ten „szoking” był łatwy do przewidzenia w ogóle, a i szczegóły reakcji nie stanowiły przecież wielkiej niewiadomej.
Mnie martwi jednak coś zupełnie innego niż spędza sen z powiek tym smętnym facetom z pensjami po kilkanaście tysięcy, którzy w obliczu braku realnych problemów muszą być autentycznie przerażeni – a jakże, zapewne nie śpią po nocach – Leninem. Martwi mnie to, że szef partii bolszewickiej staje się kolejną maskotką, przytulanką salonowych „bywalców”, że zostaje wykorzystany niczym egzotyczna przyprawa do mdlącego dania politycznej poprawności i lewackiego infantylizmu. Lenin, człowiek, który wywrócił ćwierć świata do góry nogami faktycznie, a niemal cały – symbolicznie, staje się błahym fajerwerkiem, który szybciej gaśnie niż się zapalił. Lenin, ten bez wątpienia polityk ogromnego formatu, ten człowiek wielkiego i budzącego grozę czynu, jest w nowej wersji kolejną z gadających głów. Jego duch został grzecznie usadowiony gdzieś między Jackiem Żakowskim a Arturem Domosławskim w ramach kolejnej, taśmowo organizowanej debaty o wszystkim i o niczym. I duch ten rozwieje się, gdy tylko sezonowa moda przeminie, a zbuntowane dzieci warszawskiej elity i ich podstarzali mentorzy znajdą sobie w globalnym supermarkecie nową podnietę. W takim wydaniu wódz rewolucji, niczym szkoła z wierszyka, który zapamiętałem z czasów schyłkowej komuny – „bawi, uczy, wychowuje, potem wyrastają ch…”.
Lenin to puste słowo. Nie dlatego, że był „zbrodniarzem” czy „ludobójcą”, że „wylądował na śmietniku historii”, że jego „projekt” – ZSRR – okazał się fiaskiem. Dlatego, że – mówiąc językiem „Chłopców z Placu Broni” – przeżuwacze kitu już go przeżuli. Jeszcze miesiąc, rok czy dwa i wyplują w postaci „zguevaryzowanej”, jako kolorową odbitkę, który to los spotkał wcześniej bojownika kubańskiej rewolucji narodowowyzwoleńczej. Lenin będzie nadal dla prawicy „zbrodniarzem” czy „tyranem” – są to określenia pejoratywne, ale przecież mocno nacechowane emocjonalnie. Natomiast dla lewicy sprzęgniętej dziś tak mocno, niemalże symbiotycznie, z techno-liberalizmem, stanie się on tylko hologramem, pozbawionym sensu, znaczenia i mocy oddziaływania. Žižek i „Krytyka Polityczna” tyleż „ożywiają” Lenina i przywracają go do obiegu, co dokonują na nim mordu symbolicznego. Lenin-zbrodniarz, Lenin-ludobójca, Lenin-tyran, Lenin wyklęty i zapomniany – był Leninem, który mógł jeszcze „zmartwychwstać” i walnąć pięścią w gmach demokratyczno-liberalnej Świątyni Nudy i Marazmu (bo przecież to nie mityczny, marksowski Wyzysk doskwiera nam najbardziej w świecie, w którym nawet pariasi mają telewizory z kilkudziesięcioma kanałami). Lenin przeżuty przez Žižka, Springera i Agorę ma pięść z waty, w dodatku cukrowej.
Być może Žižek chciał dobrze, choć jego błazeńsko-konformistyczna postawa, wyrażająca się tyleż w pop-kulturowych fascynacjach, co w poparciu dla bestialskich NATO-wskich bombardowań Serbii (jest autor „Rewolucji u bram”, mówiąc językiem Lenina, po prostu ohydnym podżegaczem wojennym), każe w to powątpiewać. Założenia teoretycznie są wszakże słuszne. Potrzebny jest nam Lenin – nie Lenin jako konkretna postać, nie Lenin jako nostalgiczny mit, nie Lenin jako utrzymana w duchu skansenu „odbudowa” zorganizowanego proletariatu. Lenin jako ktoś, kto wbrew wszystkiemu i wszystkim genialnie rozpoznał sytuację i włożył nogę w ledwo uchylone drzwi, wyważając je następnie z wielkim hukiem. Taki Lenin jest nam potrzebny, gdyż – jak trafnie zauważa jego słoweński „odświeżacz” – zarówno wówczas, w 1917 r. jak i dzisiaj problem polega na „byciu wrzuconym w katastrofalną nową konstelację, w której stare współrzędne okazały się bezużyteczne”. To właśnie Lenin jako jeden z niewielu potrafił tak trafnie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie „Co robić?” – dziś nie wie tego ani lewica, ani prawica, ani establishment, ani przeróżne nisze, i nawet najgłośniejszy jazgot ich sporów nie jest w stanie zagłuszyć tej kluczowej kwestii. Dzisiejszy świat, pozbawiony współczesnego Lenina, jest jak super-komputer z filmu „Hydrozagadka” – „po wprowadzeniu wszystkich danych wypluł wielki znak zapytania”…
Nawet jeśli Žižek chciał dobrze, tj. zamierzał uzmysłowić konieczność zmierzenia się z owym fundamentalnym pytaniem, niewiele z tego wyszło. Komentarze, jakimi opatrzył teksty Lenina, zawierają sporo błyskotliwych uwag, inspirują do różnorakich przemyśleń, bywają w kwestiach szczegółowych świeże i odkrywcze. Ale tam, gdzie powinny dotykać sedna sprawy, są to głównie tyleż trafne, co niezbyt oryginalne, a w dodatku mocno spóźnione uwagi krytyczne pod adresem lewicy „obyczajowej”, uwikłanej w kulturowe związki z liberalizmem, bądź też mają postać niewiele wnoszącej, wręcz rytualnej dawki połajanek pod adresem prawicy. To wszystko, mimo pozorów „ostrości”, mocno podlane jest sosem tłumaczenia się, wybrzydzania, hamletyzowania, mrugania okiem. Bo Lenina wprowadzić do burżuazyjnego obiegu – w którym Žižek tkwi po uszy – można tylko za cenę właśnie takiego wykastrowania: walenia nim w prawicę, przepraszania za niepopełnione grzechy (och, nawet przez myśl nam nie przyjdzie urządzić taką jatkę, jaką prawdziwy Lenin zafundował swoim przeciwnikom!) i podkreślania, że to przecież w sumie jedynie intelektualna zabawa. Tyle tylko, że taki Lenin jest jeszcze bardziej nieszkodliwy niż truchło z moskiewskiego mauzoleum. Czytając te raz buńczuczne, a za chwilę konformistyczne wywody Žižka, przypomniała mi się dokonana przez Lenina w roku 1914 charakterystyka Trockiego (która później, co koniecznie należy dodać, uległa zmianie na znacznie bardziej pozytywną). „Trocki /…/ nigdy nie miał i nie ma żadnego oblicza, stwierdzamy u niego tylko przelatywanie i przerzucanie się od liberałów do marksistów i z powrotem, operowanie urywkami słówek i dźwięcznych frazesów, powyłapywanych stąd i zowąd” – pisał Lenin w tekście „Rozpad bloku »Sierpniowego«”.
Słoweński myśliciel zafundował nam – a jego polscy wydawcy w odredakcyjnym wstępie zrobili to samo, choć w jeszcze bardziej miękkiej i grzecznej postaci – próbę wtłoczenia Lenina w dawno zużyte schematy lewicy i jej wojenek z prawicą. Tymczasem największą zaletą Lenina nie była lewicowość, lecz „nowość”, tj. świeżość spojrzenia, umiejętność rozpoznania „warunków brzegowych”, nawet kosztem rezygnacji z wielu dogmatów czy tradycji własnego obozu ideowego (jednak nie poprzez kapitulację wobec wielu liberalnych zasad ogólnych i rozwiązań szczegółowych, co Žižek i „krytyczni politycy” robią nader często). Dlatego właśnie Lenina warto ocalić – zarówno przed smętnym pomstowaniem prawicy, jak i przed „rozmiękczaniem” go przez lewicowców. Ci ostatni, broniąc go przed zarzutami zbrodni, wyrządzają przywódcy bolszewików niedźwiedzią przysługę. Tłumacząc faktyczne ofiary i terror roku 1917 i późniejszych lat – a to reakcją caratu, a to zacofaniem materialnym Rosji, a to „dzikością” wschodnich obyczajów, a to realiami „komunizmu wojennego” – nie tylko pomija się całościowy obraz problemu, ale także tę prostą, lecz oczywiście niemiłą prawdę, że żadna poważna, „epokowa” zmiana społeczna nie dokonuje się w atmosferze urodzinowego przyjęcia czy harcerskiego pikniku. O realiach Rewolucji Październikowej nic mądrego nie mówią nam antykomunistyczne slogany o „bestialstwie”. Dokładnie tak samo, jak znacznie więcej o zbrodniczej naturze hitleryzmu i jej przyczynach dowiemy się nie z emocjonalnego moralizowania antyfaszystów, lecz z „Nowoczesności i Zagłady” Zygmunta Baumana czy z prac Detleva Peukerta, umieszczających realia III Rzeszy w szerokim kontekście przeobrażeń technologicznych i kulturowych. I dokładnie tak, jak o dzisiejszych zbrodniach amerykańskiego reżimu w Iraku nic sensownego nie powiedzą nam antywojenne tyrady guru Chomsky’ego (ropa, koncerny zbrojeniowe i „lobby syjonistyczne”), lecz chłodne, nierzadko na pozór odległe od tego tematu, analizy geostrategiczne. Lenin wyrwany z kontekstu przez zajadłych antykomunistów czy swoich lewicowo-liberalnych obrońców, może budzić wstręt i przerażenie lub wydawać się – dla odmiany – całkiem miłym i sympatycznym facetem. Ale jeśli chcemy widzieć Lenina jako polityka i przywódcę rewolucji, musimy wykroczyć poza schematy lewo-prawego oburzania się i afirmacji. Czyli, między innymi, odrzucić gębę, jaką Leninowi przyprawiają Žižek i „Krytyka Polityka”.
Paradoksalnie, Lenin odczytany przez słoweńskiego filozofa, który deklaruje, iż dokonał – krytycznej, ale zawsze – afirmacji „leninizmu”, wydaje się postacią mniej interesującą, także w sensie zdolności intelektualnego zainspirowania nas, dzieci innej epoki, niż dwa znacznie bardziej nieprzychylne obrazy wodza Rewolucji Październikowej, odmalowane niejako „z prawa” przez Aleksandra Sołżenicyna w „Leninie w Zurychu” oraz Curzio Malapartego w „Legendzie Lenina”. Szczególnie ten drugi autor, w swej – bardzo krytycznej, momentami wręcz złośliwej, a na pewno będącej policzkiem wymierzonym lewackiej hagiografii Lenina – analizie fenomenu wodza rewolucji, znacznie bliższy jest jego zrozumienia niż Žižek. Są w „Legendzie…” dwie krótkie, lecz zdaje się szczególnie trafne charakterystyki: „Władimir Iljicz ma Clausewitza pod ręką, leży on na jego biurku. /…/ Lenin /…/ pozostaje wierny Clausewitzowi, nie zdradzając jednocześnie Marksa. /…/ Zasady strategiczne Clausewitza bez wątpienia nic nie mają wspólnego z zasadami walki klas. Ale czy można by zrozumieć Marksa, Marksa z rozważań o Komunie Paryskiej, bez Clausewitza?”. I druga: „Siła jego [Lenina] leży nie w jego charakterze, nie w ideach, lecz w doktrynerskim fanatyzmie, rzekłbyś w jego poczuciu irrealizmu”. To jest właśnie Lenin. Lenin precyzyjnej doktryny i Lenin nie trzymający się kurczowo żadnych zasad i „konieczności”. Lenin „lewicowy” (Marks) i „prawicowy” (Clausewitz). Lenin chłodny i Lenin „szalony”. Lenin z krwi i kości. Lenin, którego warto ocalić. Przed miłośnikami Pinocheta, „contras” i Stroessnera, którzy potępiają zbrodnie Rewolucji Październikowej, a także przed fanami Lenina, usiłującymi zeń uczynić jakąś nowomodną wydmuszkę, w sam raz na t-shirt, w którym można się pokazać na raucie u Axela czy Adama.
Lenina należy bronić dokładnie tak samo, jak każdej tzw. kontrowersyjnej postaci – z lewa lub prawa – którą jacyś „odświeżacze” chcieliby wprowadzić na salony za cenę wybicia jej zębów i spiłowania pazurów. Bo jeśli mamy z przeszłości czerpać jakąkolwiek wiedzę i inspirację, to z przeszłości prawdziwej, nie zaś z jej wygładzonej, przypudrowanej wizji, służącej taniemu „szokowi” i autopromocji osiąganej przy jego pomocy.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 8 lutego 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Było to z dobre dwa lata temu, a człowiekiem, za sprawą którego „medialne Madonny” płci obojga (m.in. Jacek Żakowski, Monika Olejnik, Mariusz Ziomecki, Jolanta Pieńkowska) pochyliły się nad losem ubogich krewnych z prowincji, był Andrzej Marek z „Wieści Polickich”. Okrzyknięty męczennikiem, gdy sąd skazał go na pół roku więzienia za prasowe enuncjacje. Chwilę później okazało się, że Marek dopuścił się pomówień wobec lokalnego urzędnika. Warszawskie tygrysy okazały się zupełnie pozbawione smaku i węchu, rzucając się na byle ochłap. Nic w tym dziwnego – klatka była wypożyczona z warszawskiego ZOO, co metaforze przydaje pikanterii. Zwierzaki chowane na wybiegu, choćby najbardziej luksusowym, zatracają pierwotny instynkt. Poza tym, istnieje podejrzenie, że były to święte krowy, którym roi się żywot tygrysów.
Przypomniałem sobie niniejszą historię po usłyszeniu informacji, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zastanawia się nad ograniczeniem dostępu do tego zawodu. Wedle SDP, dziennikarz musiałby otrzymać odpowiedni certyfikat, który w praktyce równałby się zezwoleniu na wykonywanie profesji. Wśród kryteriów, jakie proponuje SDP, są m.in. kierunkowe wykształcenie oraz/lub poświadczony dorobek dziennikarski. Ponadto, zdaniem części przedstawicieli Stowarzyszenia, dziennikarze powinni stworzyć instytucję na wzór korporacji, która strzegłaby środowiskowych interesów. Propozycje niniejsze mają zostać przedstawione sejmowej komisji kultury i środków przekazu, z myślą o ich wykorzystaniu w pracy nad nowym prawem prasowym (obecne, choć poddane modyfikacjom, obowiązuje od 1984 r.).
By wykazać, że pomysł jest chybiony, wystarczy odwołać się do Konstytucji, gwarantującej wolność wykonywania zawodu. Ale przestrzeganie konstytucyjnych zapisów nigdy nie było najsilniejszą stroną rządzonego oligarchicznie państwa, zwanego III Rzeczypospolitą. Znacznie ciekawsze wydają się społeczne konsekwencje tego typu reglamentacji, o ile weszłyby one w życie. Z pewnością, większość dziennikarzy mediów głównego nurtu nie miałaby problemów z otrzymaniem rzeczonego certyfikatu. Święte krowy, udające tygrysy, mają na tyle ugruntowaną pozycję środowiskową i znaczny dorobek, że świstek papieru mogłyby spokojnie schować na dnie szuflady. I dalej robić swoje, od czasu do czasu urządzając happeningi w obronie najdroższej im wolności słowa, przekonując, że największym dla niej zagrożeniem są politycy i im podobne indywidua z politycznego (pół)światka. Że wolności słowa szkodzi nade wszystko koncentracja kapitału i przekazu medialnego, oraz zupełne stłamszenie lokalnych mediów, przypominających zwykle gazetki ścienne dla miejscowych bonzów, a także niesamowita wręcz ciasnota światopoglądowa w mediach głównego nurtu – na to święte krowy nie wpadną nigdy. Samoświadomość tej grupy służy nie tyle ujawnianiu pełnego obrazu rzeczywistości, co maskowaniu tych jej aspektów, które zagrażają ich własnym interesom. Na tym właśnie polega choroba świętych krów, wykazująca przy tym niezwykłe symptomy: im gorszy stan osobnika, tym lepsze ma on samopoczucie.
Uważny czytelnik tytułów niszowych, konsument mediów elektronicznych, blogów internetowych i tym podobnych wynalazków naszej epoki, zdaje sobie sprawę, że duża część tworzących je autorów mogłaby mieć problem z uzyskaniem odpowiedniego certyfikatu od instytucji stojącej na straży jedynie słusznego, biurokratycznie opieczętowanego dziennikarstwa. Sprowadzając rzecz do absurdu, by ostrzej zarysować problem: duża część autorów i redakcji musiałaby zejść do podziemia, a poza oficjalnym obiegiem powstałby – jak za czasów nieboszczki Ludowej – drugi obieg. Dla przykładu: internetową witrynę „Obywatela” trzeba by było przenieść na amerykańskie serwery, a redakcja – zaopatrzona w powielacz, zdobyty od starszych kolegów – musiałaby schować się w jednej z nieczynnych łódzkich fabryk. I stamtąd szerzyć na kraj (i emigrację) swoje nieprawomyślne, pozbawione certyfikatu poglądy. W końcu wszyscy wylądowalibyśmy w Rawiczu, Wronkach czy innym miejscu odosobnienia.
Podobny los spotkałby wiele innych tytułów; jeszcze inni (np. przedstawiciele mediów lokalnych) wręczaliby łapówki odpowiednim instytucjom w terenie, by otrzymać stosowne zezwolenie na działalność medianą. I gdy jedni toczyliby nierówną walkę z Lewiatanem, dziennikarze tabloidów z niczym niezmąconym dobrym samopoczuciem mogliby nadal „informować” rzesze czytelników o tym, że w Kociej Wólce, na polu sołtysa, na oczach zdumionych wiejskich bab wylądowało UFO. Albo że krwawymi łzami zapłakał obrazek Najświętszej Panienki w domu mieszkającej w Pcimiu emerytki, Jadwigi K. A koncerny medialne bez przeszkód mogłyby dalej wygrywać swoje polityczne i ekonomiczne interesy, przekonując nas za pośrednictwem kukiełek i nazwisk migających z ekranu o swym dobroczynnym wpływie na życie społeczno-polityczne w Polsce. Bo przecież rację miał Mikołaj Gogol: głupstwo i łajdactwo cieszące się urzędniczym przyzwoleniem znacznie nabierają na wartości.
Politycy, którym przyjdzie zająć się tą sprawą, będą mieli ciężki orzech do zgryzienia. Jeśli skwapliwie i bezrefleksyjnie skorzystają z pomysłów SDP (jest to prawdopodobne, sądząc po relacjach między mediami głównego nurtu a obecnie rządzącymi), wówczas ani nie uczynią rodzimego dziennikarstwa lepszym, ani nie rozszerzą granic debaty publicznej. Mediom potrzeba rzetelności, wieloaspektowości przekazu, niezależności, ale o tym w niewielkim tylko stopniu zdecydują czysto formalne obostrzenia, które, jak wiadomo z praktyki, stają się okazją do jeszcze większych nadużyć i pogłębienia już istniejących patologii. Jeśli by zatem certyfikat miał się okazać wymówką dla mainstreamu, albo nic nie znaczącym świstkiem, to z pewnością nie przysłużyłby się polskiemu dziennikarstwu. Okazałby się natomiast jeszcze jednym użytecznym narzędziem w rękach oligarchii, służącym dla zawłaszczenia następnego fragmentu społeczno-politycznej rzeczywistości. A tej przestrzeni jest już tak mało, zbyt mało, bo święte krowy, choć chore, mają się wciąż coraz lepiej. I lepiej, żeby weterynarz okazał się od nich mądrzejszy.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 20 stycznia 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Opublikowane w nim zdjęcia dokumentują czas i miejsca, do których nieliczni mogą powrócić pamięcią. Większość musi zdać się na cudze wspomnienia, którym może zaufać, odrzucić lub zignorować.
Budowa Nowej Huty była nagłym a nieodwracalnym wydarzeniem, które zastaną, oswojoną rzeczywistość zmieniło w raz na zawsze zakończoną historię. Można to potraktować jako triumf materii nad duchem: ciężki sprzęt budowlany, tony cegieł, zaprawy murarskiej i metalowych konstrukcji zrównały z ziemią, wgniotły w glebę nie tylko wiejskie chaty, zabudowania gospodarcze, żyzne zagony, polne drogi, po których chłopi szli z procesjami – ale i właściwą im kulturę.
Gdy już powstały wielopiętrowe, wcale wygodne i komfortowe jak na tamte czasy domy, gdy hutnicze kominy przesyciły powietrze dymem i pyłem, gdy po chodnikach wielkiego miasta zaczęły maszerować ludzkie tłumy dopiero co przemianowane na proletariuszy (bo większość nowohucian w pierwszym pokoleniu wywodziło się z małych miasteczek i wsi niedawno powstałej Polski Ludowej) – tamto, minione, zepchnięto głęboko w niepamięć. Byt określił granice tego, czego warto było być świadomym i tego, o czym nie należało już wspominać (bo i po co?). Tak też byt określił nieświadomość. Proletariuszom potrzebny był kombinat hutniczo-metalurgiczny, kombinatowi – proletariusze. Młodym ludziom i społecznościom często wydaje się, że nie wiele im potrzeba do szczęścia.
Cały ten proces, w wyniku którego powstała Nowa Huta, można tłumaczyć sobie politycznie, jak się to zwykle czyni. Chciałbym go jednak potraktować w kategoriach modernizacji, owszem, motywowanej z pozycji ideologicznych, ale przecież – modernizacji. Modernizacja zaś równa się Postępowi, fetyszowi nowożytnej Europy. Spotkanie z Postępem nie należy do szczęśliwych dla tych, którym nie jest dane stać się jego beneficjentami. Jedni są zbyt krnąbrni, inni zbyt słabi czy po prostu zbędni, by móc cokolwiek zaoferować w zamian za dobrodziejstwa Postępu. Tu krótka dygresja: spytajcie pogrobowców po PGR-ach, dlaczego zajmują teraz takie a nie inne miejsce w hierarchii społecznej – odpowiedzą, że czują się niepotrzebni. Spytajcie ludzi, którym nie wypłaca się i tak nędznej pensji w terminie – odpowiedzą, że nie mają siły i możliwości się przeciwstawić. A Postęp chcąc nie chcąc przytaknie, tłumacząc obłudnie, że przecież mogli się przekwalifikować, wyjechać, wykazać się większą przedsiębiorczością i przebojowością. Ale widać są zbyt leniwi, by to uczynić. Zbyt roszczeniowi. I że nie ma szans na ich reedukację…
Gdy zatem u zarania Polski Ludowej komuniści, wierzący w swoją dziejową misję doprowadzenia Postępu do bezpiecznej przystani Końca Historii, podjęli się wybudowania Nowej Huty, nie czynili tego tylko po to, by pognębić politycznie nie lubiany przez siebie, inteligencki i reakcyjny Kraków. Oni naprawdę wierzyli, że idą ręka w rękę z naukową i jedynie słuszną doktryną marksizmu-leninizmu, która da odpowiedź na wszystkie bolączki ludzkości (tym się różnili od większości znanych nam przedstawicieli nomenklatury Polski Ludowej, których historycy IPN-u z perwersyjnym upodobaniem określają mianem „komunistów”). Dlatego też te masy z czarną ziemią za paznokciami, wyśpiewujące przy drodze litanie do figur Chrystusa, Maryi i wszystkich świętych, w pocie czoła pracujące na roli lub w małych, prywatnych warsztatach pracy, trzeba było przerobić na przodującą klasę robotniczą (a jak się nie da: to zetrzeć w proch). Nie dla hecy Tadeusz Kroński pisał do Czesława Miłosza zimą 1948 roku: „sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji”.
Gdy oglądam album „Czas Zatrzymany”, myślę nie tylko o ludziach pokazanych na zdjęciach. Mimowolnie wspominam tych, którzy „tu i teraz” stają się ofiarami Postępu i Modernizacji: koniecznymi, wliczonymi w koszta. W zafundowanym nam stosunkowo niedawno porządku społeczno-politycznym o Postępie nie opowiada się z tym gniewnym patosem, z jakim czynili to marksiści. Postęp a la kapitalizm potrafi śmiać się sam z siebie, ale to nie on, lecz my pękniemy z rozpuku od tego chichotu, Postęp a la kapitalizm w szatkach III Rzeczypospolitej nie kusi człowieka mianem przodownika pracy, budowniczego Polski Ludowej, wczasami w Bułgarii, talonem na malucha, nie czyni tego lub owego tajnym współpracownikiem, pracownikiem Służby Bezpieczeństwa, aparatczykiem, ale rzadko też stwarza okazję, by wykazać się przed bliźnimi heroizmem cnót. Nie budzi w narodzie tego ducha oporu, jaki natchnął działaczy „Solidarności”, krytycznie spoglądających na stetryczały, zamieniony we własną karykaturę Postęp schyłkowego PRL-u.
Ale nadal skutecznie rozbija rodziny, gnoi ludzi, oddala od siebie najbliższych, całe społeczności wysyła na śmietnik historii (może mniej śmierdzący, ale równie beznadziejny), wciąż straszy, tumani, przestrasza. I niespecjalnie wiadomo, co zrobić z tym fantem, że ludzie uzależniają się od używek, a społeczeństwa – od Postępu. A jeśli który naród w ogóle ma słabą głowę wskutek nadmiaru dziejowych zawirowań – w tym gorsze może wpaść tarapaty.
Czy jednak ktoś, kto opowiada się po stronie lewicy, może tak gwałtownie kontestować Postęp? Tak – bo jeśli lewicowość zakłada sceptycyzm wobec wszelkich dogmatów, to także wobec tych, które produkuje nowoczesność. Poza tym: postęp rozumiany jako bezustanny ruch do przodu, ciągła, bezrefleksyjna modernizacja w imię zbyt wąsko pojętego dobrobytu, nie jest wartością bezwzględną. Kultura i modernizacja/postęp to nie są pojęcia tożsame, równoznaczne, widzimy to na własne oczy. Dlatego pamięć o cudzym, innym od naszego a przecież nie mniej szczęśliwym życiu może być skuteczną odtrutką na iluzje Postępu.
Poza tym pamięć o innym od naszego świecie, który jednak ludzie dla nas ważni uznawali za cenny, ratuje przed krótkowzrocznością i skupieniem na sobie. Bo coraz częściej byt określa naszą nieświadomość: jest coraz więcej rzeczy, których nie wiemy, nie pojmujemy, które nam umykają, gdy poddajemy się perswazji środków masowego przekazu. Kto zatem nie chce wpaść w sidła ignorancji i arogancji, wiernych sług Postępu, niech ogląda stare zdjęcia i czyta książki o ludziach, kulturach, epokach innych od naszej.
przez Remigiusz Okraska | sobota 20 stycznia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Znajomy opowiedział mi ostatnio znamienną, choć zwykłą historię. Po całym tygodniu ciężkiej pracy obudził się w sobotę rano o 2 godziny wcześniej niż zamierzał, bo zza ściany dobiegała bardzo głośna muzyka. Po kilku godzinach cierpliwego znoszenia hałasu wybrał się z wizytą do sąsiedniego mieszkania, które na co dzień stoi puste. Zastał tam grupę nastolatków, ewidentnie pijaną. Na jego prośbę o nieco spokojniejszej i mniej dokuczliwe dla sąsiadów zachowanie, usłyszał, że nie ma przecież ciszy nocnej, a w ogóle to oni są u siebie i mogą robić co chcą. Zza zatrzaśniętych mu przed nosem drzwi usłyszał jeszcze, że ma spier…
Po kolejnych kilku godzinach zatelefonował do straży miejskiej, by zapytać, co w takiej sytuacji należy zrobić. Usłyszał, że to sprawa dla policji. Gdy zadzwonił na pobliski komisariat, dowiedział się od dyżurującego pracownika, że zrobić nie można nic. Po prostu nie ma jeszcze ciszy nocnej, a polskie prawo nie przewiduje ponoć interwencji, gdy ktoś hałasuje w biały dzień w swoim prywatnym mieszkaniu, nawet jeśli za cienką ścianą jest inne mieszkanie. Gdy zapytał policjanta, czy w takim razie ma w uciążliwym hałasie czekać aż wybije godzina 22., usłyszał, że niestety właśnie tak to wygląda. Trwająca od 9. rano impreza zakończyła się właśnie o 22. – widocznie jej uczestnicy mieli wprawę w takim folgowaniu swoim zachciankom, aby nie ponieść za to żadnej odpowiedzialności.
W „Gazecie Wyborczej” opublikowano niedawno artykuł o osobnikach, którzy na motocyklach crossowych rozjeżdżają leśne drogi i trasy turystyczne m.in. w Gorcach. Jest to zakazane, ale nikt nic sobie z przepisów nie robi. Zmotoryzowani wandale odstraszają turystów z górskich schronisk i gospodarstw agroturystycznych, płoszą zwierzęta, a niedawno jeden z nich śmiertelnie potrącił wędrującego piechura-miłośnika gór. Co na to policja? Ano nic, tzn. tłumaczy, że nie ma środków, że motocykliści są nieuchwytni, że brakuje przepisów jednoznacznie regulujących te kwestie, a poza tym motory były, są i będą, a ludzie lubią jeździć po bezdrożach, bo to większa frajda niż na „cywilizowanym” torze wyścigowym.
Wedle policji, sprawców wykryć się nie da – albo odkręcają rejestracje, albo gdy ktoś zrobi zdjęcie pędzącemu motocyklowi, jego właściciel tłumaczy później, że pożyczył komuś pojazd, niestety nie pamięta komu. Tymczasem dziennikarz bez trudu dotarł do członków klubu motokrosowego, którzy nie chcieli na potrzeby artykułu podać personaliów, ale w rozmowie przyznali, że owszem, nielegalnie jeżdżą po lasach.
Inna ciekawa kwestia wynikła z badań ankietowych w środowisku lekarskim. Miały one wyjaśnić, jaka jest skala i przyczyny łapówkarstwa w publicznej służbie zdrowia. Wniosek główny z badań brzmiał tak: lekarze biorą łapówki, bo są przekonani, że zarabiają za mało. I co? I nic. Czasem aresztowany zostanie jakiś lekarz, który wziął tzw. kopertę. Mówi się o tym przypadku przez kilka dni, a w tym czasie setki jego kolegów nadal przyjmują łapówki. Państwo znowu jest bezradne. Policja nie wie tego, co wiedzą wszyscy pacjenci (że bez koperty nic nie wskórasz) oraz wszyscy sąsiedzi konowała (że za mizerną pensję nie kupi się luksusowego auta).
Pamiętam jak policja wezwana do nocnej ulicznej awantury, przyjechała po godzinie. Zanim raczyła się zjawić, wybito trzy szyby w oknach, jedną w samochodzie, dotkliwie poturbowano trzech mężczyzn i dwie kobiety, wyrwano ze snu kilkaset osób. Mój sąsiad, który jako pierwszy zadzwonił na komisariat, stwierdził, że następnym razem nie będzie się fatygował, bo nie ma to przecież żadnego sensu… Ale nie myślcie sobie, że stróże prawa tak prostu i ordynarnie nic nie robią. O nie. Ostatnio w mediach było głośno o tym, że policja odwiedza mieszkańców różnych miast i konfiskuje im komputery zawierające pirackie oprogramowanie czy takież filmy lub muzykę. W jednej z gazet pan sierżant tłumaczył, że choć jest to bardzo czasochłonne, to „jego ludzie” śledzą tych, którzy w sieci P2P wymieniają się plikami. Policja ma więc czas i środki, aby ścigać czyny zupełnie nieszkodliwe społecznie oraz pilnować interesów prywatnych koncernów, które nie potrafią stworzyć skutecznych zabezpieczeń swojej własności. Nie ma natomiast woli i możliwości, aby zająć się facetem, który w środku nocy bije żonę i sąsiadów, demoluje wszystko, co jest w zasięgu ręki i wydziera się na całą dzielnicę.
Jasne, można to częściowo wytłumaczyć brakiem środków finansowych – jesteśmy wszak krajem ubogim. Ale główna przyczyna jest inna. Temu państwu, tzn. jego wysokim urzędnikom i podległym im „budżetowcom” po prostu nie chce się załatwiać jakichkolwiek problemów. Oni nie są od tego. I te panienki, które na studiach uczyły się na pamięć, zdawały egzaminy na piątkę, a na drugi dzień nic nie pamiętały, ale dziś są nauczycielkami. I ci lekarze, którzy nie mają czasu na dokształcanie się, za to chętnie podróżują do Egiptu za pieniądze firm farmaceutycznych. I kolejarze, którzy sprawdzając bilety nie potrafią używać słów „dzień dobry” i „dziękuję”. I doktoranci, którzy od bardziej utytułowanych kolegów przepisują bibliografie do swoich rozpraw oraz metodą „kopiuj – wklej” tworzą artykuły do kolejnych prac zbiorowych, by ich pozycja w środowisku wzrosła. I ci policjanci, którzy ważą z setkę, a na służbie przechadzają się leniwym krokiem tam, gdzie przestępstw i wykroczeń jest od lat najmniej. Im wszystkim we własnym mniemaniu należy się umowa na czas nieokreślony, co najmniej 3 tysiące na rękę, miesiąc albo dwa urlopu rocznie, no i oczywiście trzynasta pensja, a najlepiej jeszcze służbowe wdzianko i zwrot kosztów dojazdu do pracy.
Tak, wiem, oczywiście są też dobre nauczycielki, porządni lekarze, uprzejmi kolejarze, doktoranci-pasjonaci i wysportowani policjanci. Znam takie osoby, więc nie chodzi tu o krzywdzące generalizacje. Ale nawet, gdy komuś „chce się chcieć”, to jego zwierzchnicy robią co mogą, aby wybić mu z głowy takie fanaberie. Nic dziwnego, wiadomo przecież, że jeden mały poruszony kamyk może wywołać lawinę. Dlatego równa się w dół, nigdy w górę. Pracują nad tym ministerstwa, ustawodawcy, organa kontrolne i szczebel kierowniczy. W takich np. szkołach ważniejsze jest, czy nauczyciel opanował tworzenie tabelek w Excelu i wypełnianie ich biurokratycznym bełkotem niż to, czy zamiast „Pani Domu” lub „Auto Świata” czytuje z własnej, nieprzymuszonej woli Platona, Kotarbińskiego i Habermasa.
Bynajmniej nie kwestionuję sensu istnienia rozbudowanego sektora publicznego, a bolączek państwowych instytucji nie chciałbym rozwiązać przez zastąpienie ich usługami wolnorynkowymi. Wręcz przeciwnie – uważam, że jednym z głównych zadań państwa i sensem jego istnienia jest oferowanie swoim obywatelom na równych zasadach dostępu do podstawowych usług, szczególnie tam, gdzie podmioty prywatne nie widzą interesu w ich świadczeniu. Tyle tylko, że sektor publiczny, który działa w fatalny sposób, jest najlepszą antyreklamą samego siebie, za to całkiem dobrze zachęca zmęczonych i zdegustowanych obywateli do wychwalania wolnego rynku. Jasne, bylejakość i lenistwo nie są problemem tylko tego sektora. Zdarzają się w prywatnych firmach, a tzw. organizacje pozarządowe są wręcz wylęgarnią cwaniactwa, kumoterstwa i nieróbstwa. Jednak ktoś, kto pracuje źle w prywatnej firmie, szkodzi głównie jej. Leń czy kombinator, zatrudniony przez państwo, uderza natomiast bezpośrednio w jego autorytet.
W Polsce podstawowym problemem wcale nie są niskie nakłady na „budżetówkę”, lecz korozja etosu służby publicznej. Gdy mowa o finansach, trzeba dodać dwie rzeczy. Owszem, polski nauczyciel czy pielęgniarka zarabiają niewiele. Są to pensje z pogranicza wegetacji, a w wielu profesjach uniemożliwiają one faktyczny rozwój zawodowy (np. zakup książek czy wyjazdy szkoleniowe). Ale na tle ogółu polskich pensji wcale nie jest to grupa jakoś szczególnie pokrzywdzona. Tyle samo zarabiają osoby równie dobrze wykształcone i ciężko pracujące w sektorze prywatnym, a przy tym ich stabilizacja zawodowa jest na ogół znacznie mniejsza, zaś różnorakie przywileje branżowe – żadne. I wszyscy mają tego świadomość. Pracownicy „budżetówki” chętnie narzekają na wysokość zarobków, ale jakoś nie widać, by z tego środowiska rekrutowały się tłumy chętnych do zarabiania – podobno tylko czekających na ich rozliczne talenty i geniusz – kokosów na wolnym rynku. Nie, nie zamierzam wcale kwestionować sensu walki o przyzwoite pensje, ani napuszczać „państwowych” na „prywatnych” – wiem natomiast, że poza budżetówką wcale nie zarabia się wiele, a warunki pracy są tam często znacznie gorsze.
Druga kwestia dotyczy analogii międzynarodowych. Owszem, nauczyciel czy lekarz w krajach Zachodu zarabiają proporcjonalnie więcej niż ich koledzy z Polski, mają wyższą pozycję społeczną i cieszą się prestiżem. Ale jednocześnie wymaga się od nich nie tylko wysokich kwalifikacji i dokształcania się, lecz także entuzjazmu i zapału do pracy. Mój znajomy niemiecki nauczyciel twierdzi, że aktywny udział w zupełnie pozaszkolnym życiu społeczno-kulturalnym swojego miasteczka, choć nie wpisano go w oficjalną umowę o pracę, dla niego i jego zawodowych znajomych jest czymś oczywistym. Gdy natomiast widzę znudzone i pyszałkowate zarazem gęby liderów Związku Nauczycielstwa Polskiego czy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, którzy jak katarynka „grożą eskalacją protestów”, to jedno wiem na pewno: żadne podwyżki nie załatwią problemu, bo do dziurawego dzbanka można wlać choćby i cysternę wody, a on i tak pozostanie pusty. Nic nie pomogą „wyższe podatki dla bogaczy” i większe nakłady na sferę budżetową, jeśli nie zmieni się myślenie o dobru wspólnym i interesie społecznym – zamiast polityki lewicowej czy „socjalnej” wyniknie z tego wyłącznie farsa i kompromitacja takich ideałów. Twierdzenia, że lekarze przestaną brać łapówki, gdy im się „godziwie” zapłaci, można włożyć między bajki – co najwyżej kupią sobie lub swoim dzieciom większy dom czy bardziej luksusowy samochód.
Ciśnie się na usta pytanie: jak można szanować to państwo i utożsamiać się z nim? Gdyby ono, biedne i słabe, sterane przez zabory, wojnę i komunę, nie potrafiło nas obronić np. przed inwazją potężnego imperium, tak jak w 1939 r. uległo hitlerowcom, wybaczyłbym mu bez chwili wahania. Jeśli padłoby ofiarą międzynarodowych spekulantów lub oligarchicznych instytucji pokroju Światowej Organizacji Handlu – uczyniłbym podobnie. Nie mam też do niego żalu, że nie zapewnia nam takiego socjalu jak w Niemczech, czy takiej służby zdrowia jak w Norwegii. Ale ani trochę zrozumienia nie mam dla państwa, które nie potrafi uciszyć gówniarzy zakłócających spokój kilkunastu rodzinom zamieszkującym tę samą klatkę schodową. Państwo, które ustami swego funkcjonariusza, opłacanego z naszych podatków, serwuje obywatelom smętne wymówki i kretyńskie frazesy zamiast sprawnego rozwiązania błahego problemu, nie ma racji bytu.
Zanim zacznie się po raz kolejny pouczać ludzi, że powinni chodzić na wybory, rzetelnie płacić podatki i wracać z Irlandii do ojczyzny, wypadałoby ich przekonać, że ma to jakikolwiek sens. Nie wielkimi hasłami, nie obietnicami kilku milionów mieszkań, nie reklamowymi spotami i billboardami, lecz załatwieniem kilku najprostszych spraw. I proszę mi nie mówić, że to obywatele powinni najpierw „coś z siebie dać”, że nie powinniśmy pytać, co Polska zrobiła dla nas, lecz co my możemy zrobić dla Polski, że ziarnko do ziarnka, i tak dalej. Owszem, dobre społeczeństwo i sensowne państwo należy budować nie tylko od góry, ale także od dołu. Sęk w tym, że dzisiaj takie ideały często oznaczają po prostu marnowanie czyjejś pracy, czasu i nadziei, a społecznikostwo okazuje się frajerstwem i waleniem głową w mur. W takich przypadkach oddolna działalność traci sens – państwo stworzyło dla niej warunki, w których nie przetrwałby nawet kaktus.
Zamiast opowiadać farmazony o społeczeństwie obywatelskim, weźcie, drodzy decydenci, ruszcie głową i tyłkiem, i zróbcie tu najpierw państwo obywatelskie. To znaczy takie, które swoimi obywatelami i ich bolączkami interesuje się nie tylko za pośrednictwem formularza PIT i okienka w ZUS-ie.