Świńska klasa

Świńska klasa

Rytuały i wzajemne trzymanie w sekrecie swoich tajemnic to kamień węgielny położony pod jedność brytyjskich elit z Partii Konserwatywnej, wykształconych w prywatnych szkołach.

Prawda to czy nie, Internet podjął chwilowo decyzję, że brytyjski premier włożył swoje genitalia do ust martwej świni, gdy studiował w Oxfordzie. Domniemania te zostały wysnute przez niebywale dobrze ustosunkowane postaci z establishmentu: byłego zastępcę przewodniczącego Partii Konserwatywnej, lorda Michaela Ashcrofta, oraz byłą redaktorkę treści politycznych w „Sunday Times”, Isabel Oakeshott. Historia została opublikowana w „Daily Mail”, co lokuje ją na najwyższym możliwym poziomie „zamachu” na postać w brytyjskiej polityce.

Cel Ashcrofta to, według „Daily Mail”, „zemsta”. W latach poprzedzających przejęcie przez Camerona urzędu (2010) unikający podatków miliarder podarował Partii Konserwatywnej ponad 8 milionów funtów, ratując ją przed popadnięciem w długi po katastrofalnej porażce wyborczej z 2005 roku. Pracował jako skarbnik, a później zastępca przewodniczącego partii, pomagający w odzyskaniu pod rządami Camerona wizerunku, który zachęciłby wyborców do jej popierania. Ashcroft oczekiwał jednak, że w zamian za swój wkład dostanie wyższy urząd, a Cameron nie spłacił tego długu, gdy nadszedł odpowiedni moment.

Wydaje się, że Ashcroft spędził ostatnie pięć lat kompilując swoją nową książkę „Call me Dave”, w której opisuje historię ze świnią oraz wysuwa wobec Camerona inne kompromitujące zarzuty.

Ci, którzy pozostają na obrzeżach brytyjskiego krajobrazu politycznego, skupiać się będą na kluczowym w ich mniemaniu detalu – na fakcie, że przywódca kraju należącego do grupy G8 współżył z martwą świnią – ponieważ ich to bawi. Ale Brytyjczycy pokładają się ze śmiechu z głębszej przyczyny. Nie chodzi tylko o schadenfreude, jakiej doświadczamy, gdy inny człowiek zrobi coś obrzydliwego i zostanie na tym przyłapany – chodzi o kwestie klasowe.

Podczas swoich studiów na Oxfordzie Cameron był członkiem kilku tajnych stowarzyszeń dla młodych, bogatych mężczyzn. Najsławniejszy z nich to Bullingdon Club, na modłę którego został potem ustanowiony Skull and Bones, cieszący się złą sławą klub na uniwersytecie Yale. Pozornie cele, które stawiali sobie członkowie Bullingdon Club, to: ubrać się modnie, upić się z kumplami do nieprzytomności w drogiej restauracji lub prywatnej jadalni i zdemolować to miejsce – a byli w stanie zapłacić za straty nie przepracowując nawet dnia. Innym z ich znanych rytów inicjacyjnych było spalenie 50 funtów na oczach bezdomnej osoby.

Odsłania to przed nami inną stronę stowarzyszeń takich jak Bullingdon Club i to, o co naprawdę w nich chodzi: a chodzi o budowanie i wzmacnianie zespołu wyższej klasy prawego skrzydła sceny politycznej. Przyjaźnie i sojusze, wykute nad wódką w tajnych stowarzyszeniach potężnych bogatych dzieciaków, determinują później ich kariery zawodowe, a owi młodzi ludzie zyskują dostęp do najwyższych szczebli drabiny w społeczeństwie brytyjskim. Trzech spośród członków gabinetu Camerona należało do takich stowarzyszeń, podczas gdy inni prowadzili banki, które spowodowały załamanie gospodarki w 2008 lub imperia medialne, które je chroniły.

Palenie pieniędzy przed nosem bezdomnej osoby to coś więcej niż tylko brzydki żart – służy ono wyszkoleniu zmysłów chłopca z Bullingdon tak, by inni ludzie wydawali mu się w pewien sposób mniej ważni. Robili to zarówno David Cameron, jak i jego stronnicy, George Osborne i Boris Johnson, i nie jest przypadkiem, że wszyscy oni optowali za zamontowaniem konstrukcji z ostrych kolców w Londynie i całej Wielkiej Brytanii w miejscach, gdzie kładą się spać bezdomni. Poseł, który dostarczył Ashcroftowi szczegółów historii ze świnią, poszedł na jedno ze spotkań ekskluzywnego klubu, ale wyszedł zniesmaczony, ponieważ „w tym wszystkim chodziło tylko o pogardę wobec ubogich ludzi”.

Jedną z przyczyn, dla których Brytyjczycy są tak skorzy uwierzyć w historyjkę lorda Ashcrofta, odkładając na bok świadomość, że jest on jedną z postaci z najwyższej establishmentowej półki w państwie, które jest absurdalnie przyjazne oskarżającemu, jest fakt, że społeczeństwo dobrze już zna zaplecze ideologiczne Camerona. W takim zapleczu i środowisku nie ma nic sympatycznego, zwłaszcza jeśli klasa rządząca wypowiada ubogim i niepełnosprawnym wojnę w takim kształcie i natężeniu, że Thatcher by się zaczerwieniła.

Z tego względu usłyszenie pogłoski o tym, że człowiek ze szczytu piramidy był zmuszany przez presję rówieśniczą do wkładania penisa w otwór gębowy martwej świni, a w razie odmowy ryzykowałby wykluczenie z klubu paskudnych, uprzywilejowanych ludzi, powoduje reakcję satysfakcji przyjemniejszej od zwyczajnego śmiechu. Postać siejąca postrach staje się przedmiotem wyśmiania. To jak odwrócenie sceny z „Harry’ego Pottera”, gdzie bogini uosabiający najgłębsze lęki i koszmary ludzkie, mogli zostać odstraszeni poprzez rzucenie na nich zaklęcia, które sprawiało, że wyglądali absurdalnie.

Świński skandal, który rozśmiesza obecnie świat, wydarzył się nie w stowarzyszeniu Bulligdon Club, lecz w Piers Gaverston, mniej popularnym (aż do tego tygodnia) klubie, znanym jednak z dziwacznych rytuałów seksualnych i rytów inicjacyjnych. Podczas gdy chłopcy z Bullingdon Club budowali swoje poczucie braterstwa wokół pogardy dla ubogich, w Piers Gaverston chodziło o seksualne poniżenie i tworzenie wspólnych tajemnic. Strukturalna funkcja takiego działania to umowa wzajemnej gwarancji ich zniszczenia pomiędzy władcami jutra – ja znam twoje sekrety, ty znasz moje, więc po prostu pozostańmy po tej samej stronie, dobrze?

Napędza to jeden z podstawowych mechanizmów brytyjskiej klasy rządzącej – po co zdradzać czyjeś brzydkie sekrety, skoro można siedzieć cicho i kontrolować tę osobę? A to znów wzmacnia podstawy brytyjskiego systemu parlamentarnego, zwanego „whipping system” (biczowanie), gdzie główny „whip” z każdej z liczących się partii ma za zadanie posiadać zamknięty w swoim biurze arsenał kompromitujących kwitów na inne osoby. Zostają one w odpowiednim czasie wyciągnięte na światło dzienne i służą „biczowaniu” członków partii chcących głosować wbrew woli jej lidera. Grozi im się wypłynięciem historii, których naprawdę nie chcieliby ujawniać.

W tej elitarnej kulturze korupcja jest nie tylko finansowa. Jeśli spojrzeć na szczyty brytyjskiej polityki, zauważymy, że prawy charakter i czysta kartoteka nie zbiją nam kapitału. Trudno będzie wspiąć się na te wyżyny i dołączyć do klubu – chyba że jego członkowie upewnią się, że jesteśmy szumowinami, i że nikt o tym nie wie.

Interesującym tego przykładem jest rola, jaką Margaret Thatcher odegrała w podwyższeniu politycznego statusu niektórych członków swojego rządu i ich sprzymierzeńców. Ostatnie domniemania na temat rosnącego skandalu dotyczącego wykorzystywania dzieci przez parlamentarzystów głoszą, że Thatcher „odwracała wzrok” od poczynań awansowanych przez siebie pedofilów, a nawet przyznała tytułu rycerskie dobrze znanym seryjnym sprawcom wykorzystywania dzieci, Jimmy’emu Savile’owi i Cyrilowi Smithowi. Sprawa jej własnego ministra spraw wewnętrznych, obecnie już nieżyjącego Leona Brittana, jest nadal przedmiotem śledztwa.

W każdym z tych przypadków domniemywa się, że Thatcher była informowana przez tajne służby o dewiacjach tych mężczyzn, ale przypuszcza się, że zaciekle ignorowała te informacje. Jeśli chodzi o związki sekretów z polityką, nie ulega wątpliwości, że wiedząc, iż byli oni pedofilami, Thatcher mogła mieć na nich polityczny wpływ, a więc awansowanie ich umocniłoby jej osobistą władzę podczas sprawowania urzędu.

Parlamentarny skandal dotyczący wykorzystywania dzieci jest przerażający sam w sobie, ale podkopał on poza tym ponownie publiczne zaufanie do Westminster, które i tak było już przedmiotem rosnącej pogardy za bycie „poza zasięgiem” i za brak rozliczeń ze społeczeństwem po kryzysie finansowym i skandalach z wydatkami. Wyborcy nie są jednak zadowoleni z liczby skalpów.

W którym miejscu ta cała sprawa łączy się z nieszczęściem Camerona? Opinia publiczna jest już tak zmęczona, że została jej tylko naga antypatia w stosunku do działań władców z Westminster, które jest tylko rynkiem sekretów elit niepoddanych rozliczeniu. Nasi politycy mogą uprawiać seks z dziećmi, a ci, którzy mogliby nam pomóc się o tym dowiedzieć, upewniają się tylko, że historia nie wycieknie. Gdy takie zachowanie staje się normą, nie możemy tak naprawdę dziwić się, że brytyjska opinia publiczna wierzy, iż jej premier włożył penisa w otwór gębowy świni, by dostać się do grona członków tajnego stowarzyszenia. To także jest prawdopodobnie dla tych ludzi normalne.

Wielu członków brytyjskiej klasy rządzącej popełnia poważny błąd niezrozumienia, że nienawiść do archetypu „chłopca z Bullingdon” nie wypływa z czystej zawiści. Większość wykształconych w prywatnych placówkach edukacyjnych mężczyzn, którzy rządzą tym krajem, naprawdę uważa, że każdy chciałby być taki jak oni, a więc – że każda krytyka elit wynika przede wszystkim z zazdrości.

Jednym z fundamentów podejścia do życia wpajanego tym 7 procentom brytyjskich dzieci, które chodzą do „niezależnych szkół prywatnych”, jest przekonanie o merytokracji. I to pomimo świadomości, że większość obywateli nie tylko nie może sobie pozwolić na wysłanie swojego potomstwa do tych płatnych placówek, ale i że ci, którzy je skończą, mają podstawioną drabinę do wyższych klas społecznych. To z nich rekrutuje się jedna trzecia parlamentarzystów, prawie połowa felietonistów wszystkich gazet, większość lordów, dyplomatów i wyższej kadry urzędniczej służby cywilnej oraz ponad 70 proc. sędziów. Powszechnie wiadomo, że sitwa „starych chłopaków” dba przede wszystkim o swoich.

Nie powstrzymuje ich to jednak przed informowaniem opinii publicznej, że system jest uczciwy. Absolwent Eton i były członek Bullingdon Club, Boris Johnson, powiedział w swojej przemowie dla Centrum Studiów Politycznych, że ludzie o najwyższym IQ dostają najlepsze posady, ponieważ są najbardziej inteligentni. Nie chodzi nawet o to, że to oczywista nieprawda, ale i o to, iż Boris zaraz potem oblał na wizji test IQ, co nie przeszkodziło mu upierać się, że dzieci chodzące do szkół płatnych dobrze sobie radzą z powodu swojej błyskotliwości. Pracował w przeszłości na wielu stanowiskach – jako minister rządowego gabinetu, burmistrz Londynu, felietonista, wydawca magazynu – i cieszył się każdą z tych posad ze względu na poparcie udzielane przez ludzi, z którymi chodził do szkoły.

Kanclerz Skarbu Państwa, George Osborne (także z Bullingdon Club) był krytykowany przez organizacje charytatywne reprezentujące ubogich i niepełnosprawnych, których byt ekonomiczny i bezpieczeństwo zostały zrujnowane przez jego reformy. Odrzucił tę krytykę jako „antybiznesową” i przyznał ulgi podatkowe milionerom (z których połowa, oczywiście zupełnym przypadkiem, chodziła do prywatnych szkół) w imię „uczciwości”.

Sam David Cameron lubi często wspominać o domniemanym istnieniu merytokracji w Wielkiej Brytanii. On także uczył się w Eton przed przystąpieniem do Bullingdon Club i Piers Gaverston. Jest jednym z najgłośniejszych konserwatystów, gdy przychodzi do wychwalania idei merytokracji, mówiącym ubogim ludziom i mniejszościom etnicznym, że ich niemożność poruszania się w górę po drabinie ekonomiczno-społecznej wynika z ich braku „aspiracji” oraz że „wolne” rynki (to znaczy – nieregulowalne finansowe bonanzy prowadzone przez jemu posłusznych) „mogą sprawić, że będziecie lepszymi ludźmi”.

Pominąwszy to, co mówi, widzimy także, iż jego rząd znacząco podniósł poziom nierówności, a obniżył społeczną mobilność, sprawiając, że ludziom spoza jego uprzywilejowanego środowiska jeszcze trudniej hołdować merytokratycznym wartościom, które regularnie opiewa.

Rana tej hipokryzji ropiała jeszcze zanim Lord Ashcroft ukarał go w tym tygodniu za złamanie zasad rytuału: będziesz słuchał ludzi, którzy cię stworzyli, albo zostaniesz poniżony. To nie były, jak niektórzy mówią, po prostu głupawe żarty młodych chłopaków. Nie były, bo takie sekrety są trzymane w tajemnicy przez sprawujących władzę ludzi po to, by mieć innych sprawujących władzę ludzi pod kontrolą. Tego typu układ jest antytezą demokracji.

Jest także przeciwieństwem merytokracji, którą głoszą. Nie tylko dlatego, że bogaci chłopcy łatwo wspinają się na szczyt – o tym już wcześniej wiedzieliśmy – ale i dlatego, że brzydki, mały skandal Davida Camerona odpowiada na podejrzenia, jakie żywiło wiele osób: że w brytyjskim społeczeństwie nie zostajesz premierem, ponieważ jesteś utalentowany i ciężko pracujesz. Nie zostajesz nim nawet, ponieważ jesteś bogaty. Dostajesz się na to stanowisko dzięki terroryzowaniu bezdomnych i współżyciu ze świnią, i rytuały te dają ci władzę, bowiem okazałeś swoim koleżkom-oligarchom bezwzględne, żałosne posłuszeństwo.

To dlatego się śmiejemy.

Lawrence Richards
tłum. Magda Komuda

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się 21 września 2015 na portalu theleveller.org. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Kraj żywych trupów

Kraj żywych trupów

Jest taki kraj, który trochę udaje, że istnieje. To mój kraj. Trochę na niby, ale bardzo wzniosły, jeśli chodzi o odmienianie przez wszystkie przypadki na wysokim diapazonie słów takich jak „ojczyzna”, „patriotyzm”, „naród”. Kraj, który w konstytucji pro forma ma zapisaną „sprawiedliwość społeczną”, ale w realnym, codziennym bycie opiera się na darwinizmie społeczno-gospodarczym, nierównomiernej strategii rozwojowej i instytucjonalnej atrofii. Tu strzeżone osiedla są miarą życiowego sukcesu, linią demarkacyjną „lepszego świata” nawet dla rzekomo lewicowych publicystek w rodzaju Kingi Dunin.

To kraj, w którym własny samochód jest z zasady jedyną szansą na ratunek przed komunikacyjnym i społecznym wykluczeniem. Z transportu masowego zrobiono bowiem albo jego parodię, albo ekskluzywny produkt dla dość nielicznej grupy potencjalnych pasażerów. To kraj, w którym przestrzeń publiczna to przede wszystkim miejsce na pstrokaciznę i szpetotę reklam – i niemal nic ponadto. To kraj, którego społeczeństwo nie jest zdolne do zbudowania sprawnej architektury państwowej. To kraj, który najlepsze, co ma w dziedzinie ładu przestrzennego czy estetyki, zawdzięcza na ogół pokoleniom dawno minionym, a często też – obcym kulturom. To kraj, w którym świadome lub bierne przyzwolenie na lumpenliberalne strategie przystosowania do rzeczywistości kształtują byt kilkudziesięciu milionów ludzi – czyniąc niemożliwą szansę na jakąkolwiek zmianę systemową.

Z okazji niedawnej rocznicy Porozumień Sierpniowych odbyły się w Polsce liczne msze święte. Nie mam nic przeciwko temu, ale uważam, że zaraz po mszach powinny zacząć się strajki i pikiety, jak kraj długi i szeroki. I to by dopiero było pełne i właściwe uczczenie Sierpnia w kraju, w którym każdy kolejny sierpień to więcej władzy wielkiego kapitału, polityczno-biznesowej oligarchii i więcej łamania praw pracowniczych, rozwarstwienia i wciąż więcej przykładów traktowania ludzi słabych, starych i bezbronnych jak śmieci. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

Nieco później przytrafiła nam się za to inna historia. Przez kraj przelała się fala buntu przeciw uchodźcom z Afryki. Zawyło coś i zaburczało w narodowych trzewiach, skoczyła temperatura emocji i wyobrażeń społecznych, kebab wypadł Kowalskiemu z rąk przy wieczornej lekturze internetów. Nagle stało się jasne, kto wkrótce zabierze dumnym potomkom husarii rozbijającej Turków pod Wiedniem spokojny byt na ojczyzny (lub obczyzny) łonie. To uchodźca, który ma dostać większe pieniądze niż polski bezrobotny i zasiedli nasze lokale komunalne, a w krajach ościennych – zupełnie inaczej niż cała polska społeczność emigracyjna – chciałby tylko socjalu i spokojnej egzystencji w „równoległych społecznościach”.

Gdy trafiłem niedawno na podaną w alarmistycznym tonie informację zatytułowaną „Nie będzie mieszkań komunalnych dla młodych Polaków: Władze PO przyznają je islamskim imigrantom”, zamieszczoną na portalu wGospodarce, odczułem coś w rodzaju gorzkiego rozbawienia. Po kliknięciu w link było już tylko śmieszniej i straszniej: Wywodzące się z PO władze Gdańska chcą być w awangardzie europejskiego postępu i jak najbardziej udogodnić życie przybyszom z północnej Afryki. Rozszerzenie listy osób mogących ubiegać się o wynajęcie mieszkań komunalnych także o uchodźców to pierwszy krok w budowaniu socjalnego modelu pomocy imigrantom, który doprowadził do społecznej katastrofy w zachodnich państwach Europy.

Pomijam już neoliberalną logikę tego newsa, z której właściwie wynika, że Polacy z kraju-raju masowo emigrują do krajów dotkniętych „społeczną katastrofą”. Rozumiem, że mowa choćby o znajdującej się w totalnej zapaści Skandynawii (która upada odkąd większość mocno dorosłych dziś postkorwinistów zaczęła ząbkować), o Niemczech i Francji. Trudno serio traktować tak grube uogólnienie. Ale jest w nim zawarty o wiele ciekawszy element, jasny i prosty przekaz: przez imigrantów młodzi Polacy nie będą mieli mieszkań komunalnych. I to jest sprawa, wobec której nie można przejść obojętnie.

Polityka mieszkaniowa w Polsce, podobnie jak inne dziedziny polityki społecznej, leży odłogiem od bardzo dawna. Zastąpiły ją znane programy-protezy, korzystne przede wszystkim dla deweloperów i banków. Od początku transformacji wszelkie próby racjonalnej dyskusji o polityce publicznej są ucinane za pomocą kilku sloganów o socjalizmie, roszczeniowości, rozbuchanym socjalu wygodnym „dla nierobów, życiowych nieudaczników i meneli”.

Poza tę logikę nie można wyjść do dziś, nie licząc mini-dyskusji w środowiskach mikrolewicy, nierzadko generowanych przez tytuły modnych akurat książek, z czym mieliśmy do czynienia niedawno przy okazji książki „13 pięter” Filipa Springera. Walka ruchów lokatorskich i części ruchów miejskich o godny i efektywny system mieszkalnictwa komunalnego w całym kraju to bicie głową w mur – mur obojętności polityków, władz samorządowych, opinii publicznej. I co się raptem okazuje? Że imigranci zabiorą młodym Polakom mieszkania komunalne! Napiszę to mocno: trudno takie wzorce „informacji” uznać za coś innego niż goebelsowską propagandę. Na marginesie: krótki przegląd portali internetowych pomógł mi w ustaleniu, że gdańska komunalna pula dla imigrantów nie będzie większa niż 1-2 mieszkania rocznie. Zaiste, rozbuchany to socjal i szeroko otwarta furtka dla narastania imigranckich roszczeń względem polskiego społeczeństwa i państwa.

Gdy byłem nastolatkiem, zdarzało mi się napotykać instytucję starszych panów, mniej lub bardziej dziarsko stwierdzających, że „Hitler by się przydał”. Dziadkowie reagowali tak na spóźniające się autobusy i pociągi, rosnące ceny opału, młodzież, która nie ustępowała w tramwajach miejsca starszym. Reagowali tak na Lecha Wałęsę, na postkomunistów, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, zimne wiosny i – niewykluczone – starcze problemy z erekcją i demencją. Stwierdzenie „Hitler by się przydał” było uniwersalną odpowiedzią tych panów na każdy doskwierający im w danym momencie dyskomfort.

Jak się okazuje, w ostatnich tygodniach okrzyk „Hitler by się przydał” dobiega przede wszystkim z szeregów ludzi bardzo i wciąż dość młodych, nierzadko wykształconych i z dużych miast, choć część z nich kształciła się przez lata na okołoprawicowych, a część na okołoliberalnych tygodnikach opinii. Część wychowywała się też na haśle „śmierć frajerom” i słyszanym regularnie w domu, w szkole, w telewizji i we własnych subkulturach przekonaniu, że „trzeba się ustawić”. Ustawianie się zaś w polskich realiach polega głównie na próbie zajęcia wyższej pozycji w hierarchii całowania w d…

Sądzę, że właśnie to pokolenie darwinizmu społecznego, aktualnie „walczące z ciapatymi”, zalegalizuje nam za kilka dekad „dobrowolną eutanazję”. Oczywiście, z przyczyn humanitarnych, a przy okazji dlatego, żeby ze starymi, słabymi i zbędnymi nie męczyć się zanadto. W ten sposób skrajny szowinizm pojedna się u nas ze skrajnym postępem kosztem najsłabszych, czyli – idąc za symulacjami wysokości emerytur – całkiem dużej grupy społeczeństwa. Ktoś powie: to tylko gadanina, cały ten przelewający się dziś rynsztok. Ale jest taki moment, gdy to, co stanowi „tylko paplaninę” utrwala się w formie silnych wzorców, przekonań i przyzwoleń społecznych, gdy stopniowo, ale nieubłaganie maleje niezgoda na jawnie okazywaną „cnotę” darwinizmu społecznego.

Nie trzeba do tego uchodźców. Rodzimi bezdomni także świetnie się nadają jako materiał do ćwiczeń z nienawiści. Chcemy przecież żyć w coraz bardziej posegregowanym świecie, na tyle higienicznym i bezpiecznym (od którego momentu ta potrzeba z ludzkiej zamienia się w nieludzką?), by nie wzbudzał w nas odrazy nieoczekiwany smród czy niekonwencjonalne zachowanie. Dobrze to widać w historii opisanej przez mieszkańca Łodzi, Marcina Bogusławskiego. W wywiadzie jakiego udzielił „Gazecie Łódzkiej” wspomina: To było pod koniec maja. Dojeżdżałem nad ranem na Dworzec Kaliski autobusem linii N2. Zauważyłem, że jakiś mężczyzna próbuje wsiąść. Mimo, że naciskał przyciski, drzwi nie otwierały się. Wstałem i nacisnąłem guzik w środku, ale i to okazało się bezskuteczne. Zwróciłem uwagę kierowcy, który poinformował mnie, że mężczyzna jest bezdomny i celowo nie wpuszcza go do autobusu. Pozostałych pasażerów, którzy się pojawili na przystanku, kierowca wpuszczał drzwiami przy „szoferce”.

Bogusławski, filozof z Uniwersytetu Łódzkiego, wysłał w tej sprawie list do Prezesa Zarządu MPK, prezydent miasta Hanny Zdanowskiej i mediów. MPK stanęło po stronie kierowcy, a gdy tylko lokalne środki przekazu podchwyciły temat, na Bogusławskiego wylała się w sieci fala nienawiści. On sam wspomina: Reakcja łodzian mnie zaskoczyła. Nie żyjemy w bogatym mieście. Z biedą spotykam się na każdym kroku. Polska nie daje sobie rady z problemem eksmisji. Polacy miewają też problemy z higieną, i tak dalej. Okazuje się jednak, że bezdomność stała się wygodnym tematem do rozładowywania frustracji, agresji słownej, surowych ocen. Pewnie dzięki temu ludzie czują się lepiej. […] Mam poczucie, że to problem zdecydowanie bardziej „systemowy”. Neoliberalny kult wyścigu szczurów, wartościowanie ludzi przez pryzmat sukcesu materialnego. […] Do tego frustracja i niezmiennie popularny w Polsce sposób budowania grup – przez wskazywanie wrogów, zagrożeń i napiętnowanych odmieńców. To, co opisuje Bogusławski, jest znamienną cechą darwinizmu społecznego: biedniejsi i biedni, słabi i słabsi mają na ogół dość siły, by jawnie wystąpić przeciw jeszcze biedniejszym i słabszym. Nie trzeba też do tego bardziej precyzyjnego instrumentarium opisu rzeczywistości – słaby to wróg, i tyle.

Nie obawiam się nastania faszyzmu jako formy ustrojowej. Bądź co bądź faszyzm, jeśli trzymać się jego naukowych opisów, wymaga silnych struktur i mocnych instytucji publicznych, elementarnej umiejętności zbudowania bardziej wyrafinowanych form samoorganizacji publicznej. A do ich stworzenia współcześni Polacy nie są cywilizacyjnie zdolni: ani starsze pokolenia, ani tym bardziej te młodsze. Część z nich może za to zamknąć się na strzeżonym osiedlu, poruszać się w obrębie ściśle wyznaczonych rewirów bytowania, pracy i konsumpcji, przemieszczać się w „samochodowej banieczce” od punktu A do B i C. I tyle w kwestii struktur, które zdolne są umysłowo i funkcjonalnie ogarnąć.

Widzę inny problem. Mamy do czynienia z lumpenliberalnym szowinizmem, który w razie czego nie stroni nawet od socjalnych hasełek, by poszerzyć pole swojego oddziaływania. Ta specyficzna struktura wyobrażeń i realnych wzorców społecznych, mało logiczna, bazująca na kulcie indywidualnych strategii przetrwania, jest antycywilizacyjna i antyetatystyczna. Jest to swoista negatywna wolnościowość, która spełnia się w przekonaniu, że „sam/sama sobie poradzę najlepiej”. To także wspólnota negacji sfery publicznej. Jej opresyjność wyraża się przede wszystkim w odmowie solidaryzmu społecznego – i jest na ogół niewidoczna dla tych, którym „jakoś się udało”.

A jeśli jest widoczna, to objawia się w ostentacyjnym wyklinaniu instytucji własnego państwa i stygmatyzacji słabszych albo w zrezygnowanym machnięciu ręki. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie będzie czekał na pociąg, który i tak nie przyjedzie – wsiądzie do samochodu. Nikt też nie będzie czekał na mieszkanie komunalne w normalnym standardzie – zapożyczy się raczej na własne mieszkanie, co zresztą podnosi status wizerunkowy jednostek i młodych małżeństw w trakcie niedzielnego obiadku u teściów. A gdy przychodzi do rozładowania gniewu, to na bok idą pytania, czy to na pewno właśnie uchodźcy pozbawiają Polaków pracy, wypychają na emigrację, oszukują na wypłacie, wyzyskują, traktują per noga, śmieją się w twarz i urządzają reformy, po których nie ma czego zbierać po niegdyś działających na prowincji instytucjach i sieciach infrastruktury publicznej. Takie zagadnienia to jak grochem o ścianę – są nudne i łatwo je zamilczeć.

Z wielu przyczyn termin „własne państwo” niewiele w ogóle dziś w Polsce znaczy. I to nie dlatego, że „państwo to znów okupant”, jak głoszą za swoim guru (post)korwiniści. Przede wszystkim dlatego, że nie da się zbudować państwa i szacunku dla niego na lumpenliberalnej, powszechnie obowiązującej ideologii. To się wzajemnie wyklucza. W Polsce wyznawcami lumpenliberalizmu jest nie tylko większość kasty dziennikarskiej, nie tylko znaczna część klasy politycznej czy oligarchii dobrze żyjącej z promowania lumpenliberalizmu. Wierzy weń znaczna część społeczeństwa, sądząc, że przyczyną obecnego stanu rzeczy jest faktycznie niewydolne państwo oraz ciągły deficyt wolnego rynku. Ale jak ma działać państwo oparte na rozbitym społeczeństwie, które raz po raz co najwyżej daje upust frustracji, kierując swój gniew i większość „umysłowego wysiłku” na przykład przeciw „ciapatym”? Być może za sto, dwieście lat historycy opiszą dokładnie ten fenomen – logikę autodestrukcji, która opanowała Polaków w czasie, gdy akurat mieli dość sprzyjające warunki, by wreszcie zbudować efektywne państwo.

Najbardziej bolesne jest to, że nie mówimy o abstrakcjach, że ta „filozofia (anty)państwa” uderza w bardzo konkretnych ludzi. Darwinizm społeczny, jego zdolność do selekcji jednostek, rodzin i społeczności na lepsze i gorsze wedle kryterium dochodowego, ma bardzo realne skutki. Unia polityki realnej, czyli szeroka, zbudowana ponad podziałami i etykietami lumpenliberalna sieć oddziaływań na wyobrażenia społeczne funkcjonuje bez zarzutu, jeśli idzie na przykład o wprowadzone przez Sojusz Lewicy Demokratycznej eksmisje na bruk. Policja, urzędnik, właściciel, komornik – instytucje działają efektywnie. Spójrzmy na zdjęcia z eksmisji: młodzi policjanci mają nieobecne twarze, ale są bardzo sprawni w pilnowaniu, by literze prawa stało się zadość.

Podobno w Polsce chroni się życie ludzkie od poczęcia do naturalnej śmierci. Podobno godnością ludzi Polska stoi, tyle tu przecież ulic i rond Jana Pawła II. Podobno wciąż mamy w parlamencie lewicową reprezentację, strzegącą „tradycyjnych wartości lewicy”. Może to wszystko cyniczny żart, w którym się gubię. Nie wiem na przykład, czy wyrzucona z mieszkania milicjantka z objawami starczej demencji, przed dekadami kierująca ruchem samochodowym w Warszawie, pozostawiona przez funkcjonariuszy policji na klatce schodowej z kotem i reklamówką, podpada pod kategorię „żywy człowiek”, którego elementarne prawa wymagają jakiejś ochrony. Chyba nie. I może w tym problem – że mamy w kraju sporą grupę „żywych trupów”, ludzi nikomu do niczego niepotrzebnych, naprawdę zbędnych, których można się pozbyć z „przestrzeni życiowej” należącej do nowych nadludzi. Może ci wszyscy, którzy przegrywają na polskim modelu transformacji, są ludźmi na niby – i właściwie nie żyją. Tak, to chyba kraj ze sporą populacją żywych trupów, który wciąż nie radzi sobie z ich utylizacją. I najprawdopodobniej długo tak pozostanie.

Finansjeryzacja peryferii

Finansjeryzacja peryferii

Co łączy wprowadzenie systemu OFE oraz kupno PKP Energetyka przez fundusz CVC? Oba wydarzenia to najbardziej symboliczne operacje wejścia na nasz rynek międzynarodowych podmiotów finansowych. Z tego punktu widzenia sprzedaż tej energetycznej spółki jest wydarzeniem przełomowym – dokładnie tak samo jak prywatyzacja naszych emerytur pod koniec XX wieku. I równie niebezpiecznym.

Peryferyjność gospodarek naszego regionu ma jedną niezaprzeczalną zaletę – ominęła nas głęboka finansjeryzacja, która rozpoczęła się w gospodarkach Zachodu już w drugiej połowie lat 70., a w latach 80. nabrała znacznego przyspieszenia. Finansjeryzacja z grubsza oznacza postępujące „puchnięcie” sektora finansowego zarówno w stosunku do całej gospodarki, jak i w liczbach bezwzględnych. Sektor finansowy odrywa się wtedy od realnego życia gospodarczego, czyli wyceny aktywów finansowych nie odzwierciedlają wartości, którą rzekomo aktywa te reprezentują w świecie rzeczywistym. Przestaje on wtedy pełnić swą funkcję platformy dostarczającej kapitału podmiotom gospodarczym, a zaczyna być wehikułem, za pomocą którego dysponujące wystarczającą ilością środków i informacji elity finansowe osiągają niebotyczne zyski. W latach 80. udział usług finansowych w PKB USA wynosił ok. 5%, a 20 lat później już ok. 8,5%. Jednak udział zysków instytucji finansowych notowanych w USA w I dekadzie XXI wieku wzrósł od lat 80. dużo bardziej (ponad trzykrotnie) i wynosił ok. 35% wszystkich zysków generowanych przez podmioty gospodarcze. Jak widać, zyski te były zupełnie nieproporcjonalne do wartości dodanej, którą te instytucje dawały gospodarce (35% udziału we wszystkich zyskach przy 8,5% udziału w PKB).

Postępująca od lat 80. liberalizacja sektora finansowego oraz większe otwarcie na przepływy kapitałowe granic większości państw świata spowodowały inflację aktywów finansowych, czyli gwałtowny wzrost ich wartości. Ma to dwie bardzo negatywne konsekwencje – i nie mówię o tym, że umożliwiło absurdalne wręcz bogacenie się dosyć wąskiej grupie osób, które czynią to de facto nie kalając się pracą i nie przynosząc żadnej korzyści społeczeństwu. Można by to jeszcze jakoś przeboleć, chociaż niewątpliwie to bardzo demoralizujące. Przede wszystkim przynosi to jednak negatywne skutki wszystkim pozostałym, którzy chcą się bogacić normalnym wysiłkiem, a nie spekulacją.

Po pierwsze fakt, że sektor finansowy tak wiele „waży” w stosunku do całej gospodarki, znacznie ją destabilizuje. Kapitał pozbawiony barier oraz regulacji jest niezwykle labilny i chimeryczny, a następujące często zmiany kierunku jego strumienia co rusz powodują załamania koniunktury w różnych częściach globu. Cierpią na nich wcale nie ci zarabiający krocie, lecz ta reszta, która wciąż woli parać się konkretnym fachem. Nic więc dziwnego, że od początku lat 80. przez świat przetoczyła się fala kryzysów: od Ameryki Łacińskiej aż po Azję, a zwieńczeniem tej serii jest jak na razie kryzys, który rozpoczął się w USA w 2007 roku.

Po drugie, firmy wykupywane przez sektor finansowy, a działające w jak najbardziej realnej gospodarce, stają się zakładnikami nowych udziałowców. Niespecjalnie interesuje ich działalność w długim terminie, za to oczekują jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Postawione przed takim dictum zarządy, dodatkowo zmotywowane perspektywą udziału w tych zyskach, zaczynają prowadzić politykę ich maksymalizacji w krótkim terminie. Bez oglądania się na to, że cierpi dobro interesariuszy firmy, czyli np. pracowników (cięcia płac, zwolnienia), lokalnych dostawców (dyktowanie niskich cen) czy klientów (zamykanie mniej rentownych gałęzi działalności).

Peryferyjne kraje naszego regionu ominęła inflacja aktywów finansowych, gdyż w czasach epicentrum liberalizacji sektora finansowego (lata 80. i 90.) najpierw były one poza systemem gospodarek rynkowych, a później ich gospodarki rynkowe dopiero raczkowały. Poza tym niewątpliwie dużą zasługę odegrały tutaj wprowadzone w naszym kraju rozsądne regulacje oraz działalność Komisji Nadzoru Finansowego, która poza pewnymi wpadkami (np. Amber Gold) wykonuje swą pracę całkiem nieźle. Dzięki temu mamy jeden z najzdrowszych systemów bankowych w Europie (chociaż w zbyt dużym stopniu zależny od kapitału zagranicznego), a naszą gospodarkę jak na razie ominęła finansjeryzacja. W 2013 roku suma aktywów krajowego sektora finansowego wyniosła 126% PKB i była na poziomie niższym nawet niż w krajach naszego regionu (Czechy 167%, Węgry 136%). W tym samym roku wskaźnik ten w strefie euro wyniósł, bagatela, 481%. Myli się jednak ten, kto by uznał, że międzynarodowe instytucje finansowe odpuściłyby tak łakomy kąsek, jak mające duży potencjał rynki naszego regionu. Metod wejścia na peryferyjne rynki mają one sporo, a jednym z najbardziej popularnych jest prywatyzacja systemów emerytalnych, która miała miejsce głównie na peryferiach gospodarczego centrum, takich jak Boliwia, Argentyna, Chile, Węgry, Czechy czy wreszcie Polska.

Jednym z głównych warunków redukcji zadłużenia Polski w pierwszych latach transformacji była prywatyzacja systemu emerytalnego, czego dopilnować miał wspierający proces oddłużenia Bank Światowy. Tak więc system OFE de facto został wprost polecony nam przez zagranicznych wierzycieli, którzy wcześniej kredytowali działalność władz PRL. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że gdy odpowiedzialny za reformę emerytalną minister pracy Leszek Miller nie wykazywał wystarczającego entuzjazmu dla proponowanych zmian, został zastąpiony w wykonywaniu tego zadania przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który do prywatyzacji emerytur aż się palił. Inaczej mówiąc, niechętny propozycjom Banku Światowego minister został zastąpiony innym, dużo bardziej przychylnym. Dodatkowo rozpętano wielką akcję medialną, która miała nie tylko skłonić Polaków do korzystania z usług OFE, lecz także zniechęcić ich do publicznego systemu, co do teraz przynosi negatywny skutek w postaci nagminnego omijania płacenia składek przez naszych rodaków. Akcja ta była modelowym przykładem przedmiotowego potraktowania nie tylko instytucji suwerennego państwa, ale też całego społeczeństwa.

Zgodnie z planem, w 1999 roku dokonano w naszym kraju częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego przez oddanie części składki otwartym funduszom emerytalnym. Inaczej mówiąc, przekazaliśmy część publicznych pieniędzy prywatnym funduszom inwestycyjnym, by mogły nimi obracać na rynkach kapitałowych. Były to w zdecydowanej większości podmioty o kapitale zagranicznym – w 2013 r. zagraniczne OFE miały w rękach niemal 80% rynku. Zarządzanie składkami emerytalnymi to wyjątkowo lukratywny biznes – w latach 1999-2013 z tytułu należnych im opłat OFE pobrały sobie 19 mld zł. Niestety dla budżetu państwa i systemu ubezpieczeń społecznych był to silny cios – ilość środków w systemie emerytalnym wyraźnie spadła, a emerytury na starych zasadach wciąż należało wypłacać. W związku z tym w okresie 1999-2012 tylko z powodu wprowadzenia OFE dług publiczny wzrósł o 280 mld zł. Oznacza to, że połowa przyrostu długu publicznego w tym okresie była spowodowana wprowadzeniem nowego systemu. Ogromny wyciek publicznych środków z systemu ubezpieczeń społecznych, jaki zaistniał w związku z wprowadzeniem OFE oraz wcześniejsza akcja obrzydzania ZUS, spowodowały, że powstała wielka dziura w systemie, którą rządzący postanowili załatać podnosząc wiek emerytalny. Rozwiązanie to napotkało wielki opór społeczny i ponad 2 mln obywateli podpisało się pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, został on jednak odrzucony. Inaczej mówiąc, polska władza wolała wyrzucić do kosza podpisy 2 milionów obywateli, niż złamać słowo dane zagranicznym instytucjom finansowym i zlikwidować system OFE, zamiast podnoszenia wieku emerytalnego. Ostatecznie przygnieciony ciężarem długu polski rząd zdecydował się na częściowy demontaż systemu, jednak wciąż pozostawiał do dyspozycji instytucji finansowych 150 mld zł, które powinny być częścią polskich ubezpieczeń społecznych. A 2,5 miliona Polaków nadal przekazuje im część swojej składki.

Pomimo częściowego odwrócenia skutków reformy, „operacja OFE” niewątpliwie okazała się dla międzynarodowych instytucji finansowych udana. Korzyści z niej już teraz można liczyć w dziesiątkach miliardów złotych, tymczasem dla polskich emerytów mogą one okazać się zupełnie iluzoryczne, gdyż wysokość ich emerytury będzie zależna od koniunktury na rynkach kapitałowych w momencie przechodzenia na nią, a ta bywa zupełnie nieprzewidywalna, szczególnie w czasach globalnej finansjeryzacji. Jeśli przez giełdę przetoczy się akurat krach, to feralni emeryci zostaną z niczym. Doskonale obrazuje to przypadek Chile. W ciągu zaledwie jednego kryzysowego roku 2008 ze sprywatyzowanego chilijskiego systemu emerytalnego wyparowało 60% zysków zakumulowanych przez… 26 lat. Perturbacje na rynkach finansowych doprowadziły do tego, że aż 2/3 chilijskich emerytów musiały pobierać świadczenia od państwa, gdyż AFP (tamtejsze OFE) nie zgromadziły dla nich kapitału wystarczającego nawet na emeryturę minimalną. Jak widać, „oszczędności” zgromadzone w OFE, ulokowane w płynnych papierach czasem wartościowych, są dużo bardziej wirtualne niż zapisy księgowe na subkontach w ZUS.

Kolejną udaną próbą posunięcia polskiej finansjeryzacji do przodu jest kupno PKP Energetyki przez fundusz private equity (inwestujący na niepublicznym rynku kapitałowym) CVC. Kontrowersji związanych z prywatyzacją tej spółki jest mnóstwo (sprzedaż naturalnego monopolu podmiotowi z zagranicy, pozbywanie się spółek związanych z koleją w sytuacji wizji pojawienia się dużych funduszy unijnych w tym obszarze), jednak najbardziej interesujące jest co innego. Sprzedaż ważnej spółki Skarbu Państwa nie inwestorowi strategicznemu, który, chcąc zarabiać na jej działalności, dbałby o jej długoterminowy potencjał, lecz instytucji finansowej, która będzie chciała sprzedać ją z zyskiem, oznacza otwarcie naszych strategicznych obszarów gospodarki na spekulację finansową. Sprzedaż spółki dostarczającej energię funduszowi inwestycyjnemu, który nie kupuje jej, by rozwijać jej funkcjonowanie, lecz aby jak najszybciej zarobić na wzroście jej rynkowej wartości, oznacza, że newralgiczne obszary życia naszego społeczeństwa (komunikacja publiczna i energetyka) przestają być zarezerwowane dla realnych działań, które mają na celu polepszenie ich standardu w długim terminie. Od tego momentu stają się również polem generowania zysków nawet za cenę obniżenia potencjału i jakości, gdyż krótkoterminowym udziałowcom zupełnie nie będzie to przeszkadzać. Niewątpliwie bardzo poszerza to pole działania sektora finansowego, który będzie mógł w Polsce być aktywny zarówno w obszarze ubezpieczeń społecznych, jak i usług publicznych. A to wystawia je na te same zagrożenia, co poddany finansjeryzacji sektor wytwórczy na całym świecie – niezważające na konsekwencje (społeczne i gospodarcze) cięcia kosztów, obniżanie potencjału produkcyjno-usługowego poprzez wyprzedaż majątku czy zamykanie mniej rentownych gałęzi działalności. Mówiąc w skrócie, wpuszczenie sektora finansowego do obszaru usług publicznych oznacza, że standard i powszechność tych usług oraz osiąganie celów społecznych złożymy na ołtarzu krótkoterminowych zysków finansjery. Dla niej polska kolej jest czymś zupełnie abstrakcyjnym i mało interesującym, liczą się za to przede wszystkim salda w księgach, bieżący wynik finansowy oraz kursy akcji.

W interesie światowego sektora finansowego oczywiście leży poszerzanie swego pola działania. Dzięki temu znajduje on nowe możliwości generowania zysków, które zbyt często oderwane są od realnej wartości dodanej. Nasz kraj, którego sektor finansowy wciąż jest stosunkowo niedużych rozmiarów, posiada z tej perspektywy ogromny potencjał rozwojowy. Musimy więc być przygotowani na to, że kolejne obszary naszego życia gospodarczego będą poddawane finansjeryzacji. Niewątpliwie energetyka jest takim obszarem. Oprócz sprzedaży PKP Energetyka bardzo istotnym wydarzeniem na tym polu jest stworzenie przez Towarową Giełdę Energii (należącą do GPW) rynku instrumentów finansowych, mającego ruszyć lada moment. Umożliwi on kupowanie energii na rynku spot, czyli bez jej realnej dostawy. Do tej pory TGE umożliwiało spekulację na energii poprzez „transakcje forward”, czyli zaklepanie sobie danego wolumenu energii po konkretnej cenie i w określonym terminie. Zabezpieczało to kupującego energię przed zbyt dużym wzrostem jej wartości, lecz gdy jej wartość w tym czasie spadła, tracił on, gdyż zgodnie z umową musiał ją kupić po ustalonej cenie. Wszystko kończyło się jednak dostawą zamówionego wolumenu energii, a więc ten swoisty zakład był oparty na jakiejś realnej działalności. Jesienią będzie można zakupić prawa do energii bez jej realnej dostawy. Będzie je można sprzedać lub kupić w najbardziej dogodnym momencie i handlować nimi przez lata, nie odbierając nawet jednej kilowatogodziny. To oczywiście umożliwi podmiotom finansowym zarabianie ogromnych kwot na wahaniach cen na rynku energii, a także spekulacyjne działania, takie jak granie na podwyżki cen poprzez ściąganie z rynku dużych wolumenów, a następnie sprzedaż ich z zyskiem.

Nie ma co się oszukiwać – nasza podpięta pod globalną wymianę gospodarka skazana jest na postępująca finansjeryzację. Jednak wiedząc o tym oraz znając jej zagrożenia, możemy się na to przygotować, chroniąc przed jej wpływem najbardziej newralgiczne obszary życia gospodarczego, takie jak chociażby usługi publiczne. Z tego punktu widzenia decyzję o sprzedaży PKP Energetyka funduszowi spekulacyjnemu należy oceniać jak najgorzej. Jednak ochrony przed finansjeryzacją potrzebują także najważniejsze gałęzie produkcji i nasi narodowi czempioni. Warto pamiętać, że strumienie kapitału przychodzą i odchodzą, a prawdziwe bogactwo i powodzenie może przynieść społeczeństwu jedynie realne wytwórstwo.

Jak ogródki piwne pożarły przestrzeń publiczną

Jak ogródki piwne pożarły przestrzeń publiczną

Na początku 1989 roku plac Santa Ana, serce madryckiej dzielnicy Huertas, znajdujący się zaledwie 200 metrów od Puerta del Sol, nie był tym, czym jest obecnie. Mimo że była to strefa bardziej turystyczna od innych części centrum miasta, to auta blokowały ulice, gdzie dziś ograniczony jest ruch samochodowy, handel haszyszem był na porządku dziennym, a modne lokale, bary i restauracje dla turystów znajdowały się wciąż w zdecydowanej mniejszości. W tamtych miesiącach każdego dnia zbieranina rzemieślników oraz weteranów ery hipisowskiej i Movidy ustawiała swoje stoiska, współtworząc popularny targ.

Ale nie mogło to trwać wiecznie. Już wtedy mówiło się, że socjalistyczne władze miasta mają inne plany wobec placu: wydawać masowe pozwolenia na restauracyjne ogródki. Na domiar złego, w czerwcu 1989 roku, po wspartym przez Partię Ludową wotum nieufności dla socjalisty Juana Barranco, burmistrzem został Agustín Rodríguez Sahagún z partii Unión de Centro Democrático. Około 140 rzemieślników miało pozwolenia na pracę, podpisane przez byłego radnego z dzielnicy Centrum Francisco Herrerę, a wydane jeszcze w 1982 r. Jednak Ratusz postanowił działać i rozpoczęło się nękanie handlarzy. Najpierw były to ciągłe wizyty służb mundurowych, następnie sprawa stała się poważniejsza. 14 października 1989 r. policja miejska rozpoczęła eksmisję handlarzy z placu.

Dzień ten był początkiem trwającej kilka miesięcy „bitwy o plac Santa Ana”. Byli liczni ranni, kilka podpaleń i barykady w dzielnicy, a zakończyło się usunięciem rzemieślników z okolicy. W 1996 r. Sąd Najwyższy uznał, że usunięcie ich było nielegalne. Ale kogo to obchodziło po sześciu latach?

Dziś miejsce to ma podstawowe cechy typowego „placu komercji”, jakich wiele w innych większych miastach Hiszpanii: wypełnione jest przynoszącymi zyski ogródkami restauracyjnymi, zajmującym chodniki i środek placu morzem krzeseł, na których można usiąść, jeśli ma się ochotę – i odpowiednią ilość pieniędzy, żeby kupić wcale nie najtańsze piwo. Na placu zostało zaledwie jedno drzewo, nie ma zieleni, którą trzeba byłoby utrzymywać, i przy której można byłoby przeszkadzać turystom podjadając z dziećmi tortillę. Rzuca się w oczy brak ławek, bo przecież nie do pomyślenia jest, żeby jakaś grupka usiadła i rozmawiała niczego nie konsumując. Od tego są ogródki, bo za wypicie piwa poza nimi, zgodnie z miejskim regulaminem, grozi mandat do 600 euro.

Miasto na sprzedaż

Tradycyjnie miasto było przestrzenią reprodukcji społecznej, gdzie nawiązywały się relacje, a nie tylko stosunki produkcji. Stoi to w sprzeczności z inną wartością: zmiany opartej na przekonaniu, że miasto jest ostatnią z przestrzeni, z których można wyciągnąć zyski, gdy nie mamy już czego prywatyzować. Wielkie firmy przeniosły swoje fabryki, a machina kapitału musi wciąż działać – w takich realiach przestrzeń miejska staje się kolejnym zasobem do wykorzystania. To opinia José Mansilli z Obserwatorium Antropologii Konfliktu Miejskiego (OACU) i Katalońskiego Instytutu Antropologii (ICA). Według niego, ogródki lokali gastronomicznych są wykorzystywane do zajmowania przestrzeni publicznej w ramach realizacji specyficznego sposobu rozumienia miasta, który wprowadzany jest w życie poprzez plany zagospodarowania miejskiego i rozporządzenia władz. To tak zwany model neoliberalny, według którego miasto jest na sprzedaż, podobnie jak jego przestrzenie i infrastruktura: kupując bilet na spektakl w teatrze Calderona w Madrycie i jadąc metrem, wysiądziesz na stacji Vodafone Sol i wejdziesz do teatru Haagen-Dazs Calderon.

Aspołeczne zachowania

W licznych miastach hiszpańskich proces ten wyglądał podobnie. Oczywistym przykładem jest Barcelona. – W pewnym momencie Ratusz doszedł do wniosku, że mają miejsce „zachowania aspołeczne” – opowiada Mansilla. Stało się to wymówką dla zastosowania czegoś, co określa się środkami urbanistyki prewencyjnej. Tradycyjne ławki są wymieniane na jednoosobowe, oddalone jedne od drugich, tak, że można usiąść na chwilę, ale już nie porozmawiać. Likwiduje się pozostałe – i tak już nieliczne – obszary zielone. Ogradza się je, ustanawia godziny otwarcia, lub zmienia się je w betonowe place, gdzie nie można zatrzymać się i pogadać. Są one urządzane tak, żeby później było dużo łatwiej zamienić ławki, na których się siadało, w bary i ich ogródki. Mimo to „zachowania aspołeczne” nie zostają zwalczone, lecz wynoszą się z centrum, ponieważ władze nie zajmują się przyczynami, a tylko skutkami – tłumaczy Mansilla. W ten sposób centrum miasta zamienia się w przestrzeń pozbawioną konfliktów, skrojoną na potrzeby sektora turystycznego.

Jon Aguirre Such, architekt, urbanista i członek stowarzyszenia zajmującego się miejskimi innowacjami Paisaje Transversal, utrzymuje, że: ogródki mogą być częścią miejskiego życia, ale jeśli żywotność przestrzeni publicznej ogranicza się jedynie do nich, zachodzi prywatyzacja przestrzeni publicznej. Według niego, w hiszpańskich miastach ma miejsce „nadużywanie ogródków”, przy jednoczesnym braku równowagi między rozrywką konsumpcyjną a niekonsumpcyjną.

Nie istnieje również polityka sprzyjająca wykorzystywaniu przestrzeni publicznej jako miejsca relacji, zauważa Aguirre. – Mamy do czynienia z projektami ograniczającymi możliwość spotkań. Wystarczy pomyśleć o placach takich jak Callao, Dali czy Sol, wyłożonych granitem pod pretekstem tego, że łatwiej będzie je utrzymywać w czystości – wyjaśnia. Tym sposobem miasto zmaga się z jednej strony z nadmiernym opanowaniem przestrzeni publicznej przez działalność nastawioną na zysk, a z drugiej ma mnóstwo placów i innych przestrzeni, których rola ogranicza się do przemieszczania.

Liczba ogródków i ich powierzchnia na Starym Mieście w Barcelonie dają wyobrażenie o tym, co ma miejsce także w pozostałych miastach. W 2002 roku istniały 192 ogródki, zajmujące 3494 metry kwadratowe. W 2012 roku było ich już 317, a ich powierzchnia uległa prawie potrojeniu – do 9986 m2, jak wynika z badań Adriana Cordero, zatytułowanych „Przestrzeń publiczna: między dominacją a oporem”. W ciągu siedmiu lat liczba wydanych zezwoleń wzrosła o 39%, a powierzchnia ogródków o 65%. W porównaniu z ławkami publicznymi, stosunek wyniósł 1 do 9. To prawdziwy pogrom ze strony prywatnych krzeseł. Liczba publicznych ławek wręcz spadła: między 2006 a 2012 rokiem w dzielnicy zniknęło ich 39. Dane dotyczące całego miasta przynoszą podobne wyniki: między 2012 a 2014 rokiem liczba pozwoleń na ogródki przy lokalach gastronomicznych wzrosła z 2832 do 4574.

Miejskie laboratorium

Barcelona stała się, jak twierdzi Mansilla, „laboratorium miejskich praktyk”. Miejski regulamin z 2005, skopiowany później przez liczne miasta, skupiał się na dostosowaniu miasta do potrzeb turystów, zostawiając im je na wyłączność: Jeśli chcesz miasta-pocztówki dla turystów, musisz usunąć przeciętnych ludzi. Jesteśmy zbędni. Jeśli obchodzę urodziny córki popijając piwo na ulicy – to brzydkie.

Taki model miasta nabiera kształtów od kilku dekad. Mimo tego wciąż pojawia się opór. Przykładami są Campo de la Cebada czy Esto es una Plaza (dosłownie „To jest Plac”) – samorządne przestrzenie w Madrycie. Na razie są jednak to bardzo ograniczone eksperymenty, jak zauważa Aguirre. Alternatywa zaczyna się w samej koncepcji przestrzeni. Należałoby zainicjować serię ulepszeń na placach, tworząc projekty pozwalające na nawiązywanie relacji między ludźmi, począwszy od ustawiania ławek i sadzenia drzew, przemyśleć jakie są potrzeby w przestrzeni publicznej, ale z udziałem społeczności sąsiedzkiej – twierdzi architekt. I dodaje, że musi to być powiązane ze zmianą w sposobie zarządzania przestrzenią publiczną, dotyczącą zasad związanych z ogródkami lokali gastronomicznych, które powinny ograniczać ilość miejsc, gdzie pożerają one ulice i place.

Aguirre podkreśla także znaczenie idei prawa do infrastruktury: Pracowaliśmy nad polityką i wzorcami działania dotyczącymi przestrzeni publicznych w Donostii i widzieliśmy, że trzeba stworzyć sposoby pozwalające na bardziej wspólnotowe zarządzanie, tak aby każda osoba chcąca zorganizować niewielkie wydarzenie, mogła to łatwo zrobić. Jako Paisaje Transveral wyznają ideę, że każdy dba o to, co uznaje za swoje, więc jeśli nie powstanie identyfikacja z przestrzenią i nie zajdzie społeczne zaakceptowanie placów, zarządzanie przestrzenią będzie bardziej kosztowne. Z tego powodu istnienie przestrzeni publicznych, w których lepiej się żyje, zależeć będzie od stworzenia nowych ram zarządzania i współodpowiedzialności za przestrzeń publiczną. Oraz od tego, czy społeczności sąsiedzkie będą miały na nią wpływ.

Pablo Rivas
tłum. Jan Świeczkowski
współpraca: Angelina Kussy

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Diagonal Periodico w dniu 22.06.2015 r.

Zeszłoroczne wakacje i tegoroczne niepokoje

Zeszłoroczne wakacje i tegoroczne niepokoje

Krótką, lecz najgłębiej zapadającą w pamięć część zeszłorocznej kanikuły spędziłem, po raz pierwszy od lat, z tatą. Zatrzymaliśmy się w niewielkim hotelu w miasteczku Floss, we wschodniej części Bawarii. Lipiec tamtego roku był, zgodnie ze zwyczajem, upalny. Mieszkańcy położonej w Lesie Czeskim mieścinki również kierują się nakazem dobrego obyczaju, bowiem i siebie nawzajem, i obcych zawsze uprzejmie witają uśmiechem i pozdrawiają grzecznie „Dzień dobry!” lub „Szczęść Boże!”. Dobry społeczny obyczaj zaznacza się i tak, że w niedzielę nie spotka się otwartego sklepu, zaś hotelowa kuchnia wieczorem jest zamknięta, by odpoczywać mogli nie tylko goście. Tak właśnie trafiliśmy z tatą do jedynej otwartej gospody.

Od futbolowego triumfu niemieckiej reprezentacji nie minął wówczas jeszcze tydzień, nic więc dziwnego, że przy jednym ze stolików spowity w narodową flagę mężczyzna co jakiś czas wykrzykiwał „Jesteśmy mistrzami!”. Wszystko jednak w najlepszym patriotyczno-futbolowym guście, z dumą, lecz bez śladu agresji lub nieobyczajnego zachowania. Przy stoliku ze świętującym zasiadali żona i zaprzyjaźnione małżeństwo, które, widząc nieznane twarze, postanowiło zagaić rozmowę. Żałosne podstawy niemczyzny, której nigdy nie zacząłem się porządnie uczyć, oraz inne języki świata pomogły podtrzymać rozmowę. Kolega futbolowego fana okazał się kierowcą autobusów wycieczkowych. Objechał kawał Europy, bardzo podobało mu się w Polsce, szczególnie podczas Euro 2012. Gdy zapytał, czy jesteśmy tu na wakacjach, potwierdziłem. Cóż, nie była to prawda, w każdym razie nie cała. Obawiałem się, że to, co przemilczałem, mogłoby mocno zwarzyć nastrój niezobowiązującej rozmowy, w której wszyscy chcieli być dla wszystkich mili. Myślę, że nasi rozmówcy domyślali się celu naszej wizyty.

Do Floss trafiliśmy z okazji corocznych spotkań byłych więźniów Flossenbürga, na które zapraszane są również rodziny ofiar i ocalonych z całego świata. Nad obozem góruje skaliste wzniesienie z ruinami średniowiecznego zamku, stamtąd także najlepiej widać, że jego część zajęta została przez osiedle domów mieszkalnych. Tym bardziej należy docenić starania na rzecz zachowania historycznego kształtu tego miejsca, jakich dokonały organizacje więźniów, miejscowa ludność oraz badacze. Dziś w obozie funkcjonują muzeum i archiwum historyczne. Wcale nie musiały one powstać i sprawnie udzielać wszelkich dostępnych informacji o losach więźniów. Skoro jednak powstały, stanowią dowód dobrze odrobionej lekcji historii. Nie zmienią tego celowo zatarte anonimową ręką zdania na jednej z tablic informacyjnych przy drodze łączącej obóz z zamkiem.

Wspominam to w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Na Pradze, gdzie mieszkała moja rodzina, trwało ono krótko. Rozkaz powrotu do konspiracji – wobec braku jakichkolwiek szans uzyskania łączności z lewym brzegiem – został wydany już w pierwszych dniach sierpnia. Nikt nie wie, co robił wtedy ojciec mojego taty. Babcia nie chciała o tym opowiadać, wiadomo tylko, że pewnego dnia nie wrócił do domu i tak już zostało na zawsze, a najgorsze obawy potwierdził wkrótce po wojnie Czerwony Krzyż. Jedynymi śladami sierpniowych i posierpniowych losów dziadka Kazimierza pozostały numery obozowe z Auschwitz i Flossenbürga oraz zapisy transferu z obozu do obozu, wreszcie pozycja na liście zgonów podczas jednego z „marszów śmierci” z połowy kwietnia roku 1945. Armie alianckie spóźniały się zawsze nieznacznie, a zajmujący Bawarię i wyzwalający obóz we Flossenbürgu Amerykanie – o zaledwie kilka dni. Dopiero po siedemdziesięciu latach udało się nam postawić znicz na symbolicznej zbiorowej mogile.

Wspomnienia ubiegłorocznej wyprawy i uczestnictwa w obchodach nie dają mi spokoju. Wyznaczony przez organizatorów termin przypadł wszak na 70-lecie nieudanego zamachu na Hitlera. Właśnie we Flossenbürgu więziono, sądzono pod zarzutem udziału w spisku i stracono na początku kwietnia 1945 roku m.in. Wilhelma Canarisa, Hansa Ostera i Dietricha Bonhoeffera. Informuje o tym pamiątkowa tablica wmurowana na terenie obozu, ale w ubiegłym roku wspomnienia poświęcone uczestnikom niemieckiego ruchu oporu akcentowano także wyjątkowo mocno podczas oficjalnych przemówień. Miałem przy tym dojmujące wrażenie, że ich wektor skierowany jest wyraźnie ku takiemu upamiętnieniu przeszłości miejsca, które jednocześnie uwydatni skalę niemieckiego cierpienia i wskaże na przyszłość jako szansę na współżycie nieobciążone winami przodków.

Dążenie do tego, by zamknąć mroczny rozdział narodowej historii Niemiec doskonale rozumiem. Nie dziwi mnie też, że do udziału w uroczystościach zaproszono niemiecką młodzież szkolną, wieloetniczną i wielojęzyczną, wypowiadającą się w duchu pojednania i tolerancji. Bo przecież podobne uroczystości nie są tylko narzędziem prowadzenia polityki historycznej. Są także świadectwem trwającej od dziesięcioleci pracy edukacyjnej. Tym dziwniej czułem się, gdy wobec więźniów, także Żydów, występował młodzieniec owinięty w arafatkę, której symboliczna wymowa, czy choćby odległe sugestie, zanadto odsyłały do teraźniejszości w miejscu naznaczonym taką przeszłością. Był to zaledwie zgrzyt, który umknął prawie niezauważony i nie wywołał żadnej reakcji. Niestety, takie „zgrzyty” są dziś chlebem powszednim w moim kraju.

Proroctwa „końca historii” okazują się dziś jedynie pokazem myślenia życzeniowego. Rosyjska napaść na Ukrainę, upokorzenie Grecji i kryzys europejskiego projektu budzą niepokój. Nie tylko jako wyraz rozchwiania równowagi realnego układu sił, ale również jako skutek rozluźniania się więzów, jakie na agresorów sprzed lat nakładały wina i pamięć o popełnionych zbrodniach.

Powinno to budzić w Polsce szczególny niepokój, ale też szczególną, skierowaną do wewnątrz, ostrożność. Tymczasem wydarzenia z ostatnich miesięcy i lat zdają się sugerować, że największym marzeniem Polaków stało się dostarczanie amunicji każdemu, kto w stosownym momencie nasz kraj i nasze społeczeństwo chciałby przedstawić w jak najgorszym świetle.

Świńskie łby pod meczetem oraz inne islamofobiczne ekspresje; małoduszność wobec uchodźców i ich, oparta na religijnym kryterium, selekcja; antysemickie napisy na murach i żenujące werdykty sądów w sprawach o szerzenie nienawiści; antyukraińskie stanowiska dziwnych partyjek – to jedna strona medalu. Jest i druga. Ukazała się w medialnej nagonce na Grecję i Greków, w której uczestniczyły też redakcje i osoby uchodzące za wyjątkowo oświecone. Nawiasem mówiąc, podobnie zdarza się im traktować także rodaków, którzy bywają zanadto „roszczeniowi”. Nic z tego, żaden ksenofobiczny akt i żadne wyparcie się solidarności z będącymi w potrzebie nie zostaną zapomniane, gdy trzeba będzie przeprowadzić kolejną wojnę hybrydową lub inną, choćby prowadzoną orężem ekonomicznym, agresję. Niekoniecznie musi ona nadejść ze wschodu.

Wypada się cieszyć, że obchody rocznicy wybuchu Powstania są dziś w Polsce powszechne do tego stopnia, że 1 sierpnia o 17.00 słyszałem syreny pośrodku lasu nieopodal Wdzydz Tucholskich. Budujący jest też fakt, że pamiętamy już nie tylko o walczących z bronią w ręku, ale także o cywilnej historii Powstania. Jest to dla mnie ważne także z uwagi na małą, rodzinną historię. Ale tym bardziej boję się, byśmy jako zbiorowość nie zapomnieli, by pamięć uparcie konfrontować z tym, co czynimy dzisiaj, gdy licho nie śpi. Nie stać nas dziś na takie wakacje.

Kraj żywych trupów

Lud nam się skruszył

31 października 2005 roku swój urząd złożył premier Marek Belka, stojący na czele ostatniego jak dotąd formalnie lewicowego rządu III Rzeczpospolitej.

Wkrótce minie dekada od tamtego momentu. Z perspektywy długiego trwania to wciąż niewiele. Ale w ludzkim życiu dekada to dość długi okres. W 2005 roku dzisiejsi dwudziestolatkowie byli jeszcze dziećmi, socjalizowanymi do życia w realnym liberalizmie wedle wszelkich jego znanych nam już dobrze kanonów, skupiających się na indywidualnym zapewnieniu sobie sukcesu lub środków do przetrwania. W 2005 roku dzisiejsi trzydziestolatkowie dopiero zaczynali studia, nabywali kompetencji, zawierali i wzmacniali korzystne znajomości, jeśli zapewniały im to odpowiednie uczelnie i koneksje rodzinno-towarzyskie. Ale znaczna część z nich studiowała w Wyższych Szkołach Ulotnej Myśli, Gotowania na Gazie i Wszystkiego Dobrego, domyślając się może, że i tak nie ma większego znaczenia, czego (nie)dowiedzą się na „uczelni”. Bo o ich jednostkowym i zbiorowym losie rozstrzygnie otwarcie zachodnich rynków pracy, względnie ułożenie sobie życia w którejś z lokalnych metropolii.

W 2005 roku dzisiejsi czterdziestolatkowie pocieszali się myślą, że w ciągu kolejnej dekady z pewnością zaczną więcej zarabiać, będą w stanie bez problemów spłacać kredyty (jakże one były wtedy modne!) i zakładać lub powiększać rodziny. Jeszcze starsze pokolenie, które w pierwszych latach III RP dzieliło między sobą schedę po Polsce Ludowej (ach, te wszystkie mniejsze i większe uwłaszczenia i mniej lub bardziej złodziejskie prywatyzacje, o których pamięć stanowi część wstydliwej historii niejednej polskiej rodziny), dekadę temu oswajało się z własnym, na ogół niższym niż wyższym statusem w III RP. I dziwiło się niepomierne, że dzieci tak często zmieniają pracę i coraz rzadziej „łapią etat”, choć umowy śmieciowe nie były wówczas jeszcze tak rozpowszechnione jak dekadę później. A jeszcze starsi często przenosili się na drugą stronę rzeczywistości, co z pewnością napawa ich smutkiem, bo nie doczekali radosnych lat na zielonej wyspie, pełnej szczawiu, mirabelek i unijnych inwestycji, z których część faktycznie się przydaje, a część zostanie jako pomnik megalomanii władz, na ogół samorządowych.

31 października 2005 roku desygnowany na premiera został były członek Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, czyli Kazimierz Marcinkiewicz, o którym wiemy dziś znacznie więcej niż wówczas, a to przede wszystkim dzięki tabloidom śledzącym perypetie uczuciowo-łóżkowe różnego sortu celebrytów. Cała prawoskrętna Polska, którą wkrótce czekał poważny rozłam, nie posiadała się z radości przynajmniej z tego jednego powodu – odsunięto od władzy „komuchów”, którzy wcześniej, niesieni falą społecznego gniewu, znokautowali rząd Jerzego Buzka. Gdy postkomuniści sami znaleźli się w końcu na deskach, wieszczono liberalne reformy gospodarcze i sanację państwa. Głośno mówiono o polskiej korupcji, choć na prawicy zwyczajowo chętniej podkreślano jej postkomunistyczno-okrągłostołowe korzenie, niż fakt, że sprawy zdążyły się przez ostatnich kilkanaście lat skomplikować. I niejeden ważny dawny opozycjonista zamienił ideały Sierpnia na podmiejską willę zdobytą w niezbyt jasnych okolicznościach. Nikt wtedy jeszcze powszechnie nie krytykował panabuzkowej antyreformy systemu emerytalnego ani antyreformy szkolnictwa. Na prawicy radośnie powiewały sztandary prawa, sprawiedliwości i gospodarczego liberalizmu. Jan Maria Rokita jeszcze nie wiedział, że zrzucą go wkrótce z partyjnej furmanki, więc nigdy nie szarpnie za cugle demokracji. Przyjemnie brzmiały opowieści o ciepłej wodzie w kranach, a polski hydraulik wyglądał jak żigolo z mokrego snu naszych prawo-lewych elit – zbędne gęby wreszcie legalnie da się wypchnąć z kraju.

Nikt specjalnie nie zaprzątał sobie głowy faktem, że premier Marcinkiewicz, autor książki „Pracowitość i uczciwość w polityce”, jest tym samym człowiekiem, który współtworzył ustawę rozwalającą nasze szkolnictwo zawodowe. Akcja Wyborcza „Solidarność” zlikwidowała 6 tys. szkół zawodowych, pozbawiając w ten sposób pracy 50 tys. nauczycieli: „relacja absolwentów liceów ogólnokształcących do absolwentów szkół zawodowych miała docelowo wynosić 80:20. Liczba uczniów techników i szkół zawodowych miała się zmniejszyć z 62 proc. (w 2000 r.) do docelowych 20 proc.” (cyt. za artykułem Krzysztofa Świątka „Student – absolwent – bezrobotny” opublikowanym ponad dwa lata temu w „Tygodniku Solidarność”). Uznano je za zbędne w kraju, który nie chciał już własnego przemysłu, własnych innowacyjnych technologii, za to gorąco pożądał kolejnych galerii handlowych i kolejnych zagranicznych inwestycji. O patriotyzmie gospodarczym, repolonizacji banków i reindustrializacji rzadko kto wtedy przebąkiwał, nawet na naszej arcypatriotycznej przecież prawicy. To był inny etap: wraz z wejściem do Unii wreszcie miało być już tylko lepiej.

Na kwestie socjalne, na lewicową perspektywę społeczno-gospodarczą nie zwracała wówczas uwagi nawet większość, nadającej ton w przestrzeni publicznej, lewicy, która na ogół śniła o tym, że wreszcie oświeci obyczajowo i kosmopolitycznie lokalny ciemnogród. Po dziesięciu latach można stwierdzić, że po wielkiej misji zostało nie mniejsze zdziwienie, dziś już wprost wyrażane: jak to się stało, że prawica zawłaszczyła politykę historyczną, wyobrażenia społeczne i polskie insurekcje? Chętnie podpowiem odpowiedź: sami wówczas oddaliście te wielkie mity i pasje, utożsamiając patriotyzm z faszyzmem/nacjonalizmem, a pamięć historyczną z prawicową, już wówczas bardzo świadomie formatowaną martyrologią narodową.

A post-PRL-owska lewica? Zachowała parlamentarny byt w ciągu kolejnych kadencji, ale poza tym niewiele interesującego da się o niej powiedzieć. A wkrótce być może odtrąbi sukces, jeśli uda się jej przybrać parlamentarną formę przetrwalnikową. Choć i to nie jest pewne. Patrząc szerzej: mamy dziś dwie „zjednoczone lewice” plus partię Razem – tyle w ramach oferty dla wyborców. Tylko że dekada wystarczyła, by elektorat gdzieś sobie poszedł. A może zniknął, dotknięty przez Ducha Dziejów czarodziejską różdżką transformacji?

Postawmy robocze pytanie: gdzie rozpłynął się lud, w jakiej dziejowej magmie się roztopił? Gdzie polski lud, podobno naturalny sojusznik lewicy, gwarantujący jej polityczne istnienie w ramach parlamentarnych demokracji? To pytanie warto połączyć z inną kwestią. Otóż, pomimo wyraźnego triumfu lumpenliberalnych sloganów w coraz marniejszej jakości debatach publicznych, przynajmniej część przeprowadzanych badań i ankiet wskazuje, że duża część Polaków chce na przykład bardziej sprawiedliwego/progresywnego rozkładu podatków, czyli chociażby dodatkowego progu podatkowego dla najbogatszych. Do tego wciąż znaczna część społeczeństwa uważa, że instytucje publiczne, centralne i samorządowe powinny odpowiadać za szeroko rozumianą sferę zabezpieczeń socjalnych i nie powinno zamykać się kolejnych szkół.

W dodatku gołym okiem da się zauważyć narastający antagonizm wokół tematyki społeczno-gospodarczej. Owszem, przybywa liberalnych radykałów (a może po części ludzi, którym państwo i „wspólnota odpowiedzialności” są kompletnie obce), co istotne – właśnie w młodszych pokoleniach. Z drugiej jednak strony w pokoleniu trzydziesto- i czterdziestolatków często słychać głosy niezadowolenia z realnego liberalizmu i modelu rodzimej transformacji. Zaznacza się też upadek wiary, że mechanizmy rynkowe są jedynym sposobem na organizację życia kilkudziesięciomilionowego społeczeństwa. Dla tych ludzi mankamenty życia w puszczonym na żywioł kapitalizmie nie są już opowiastkami rodem z PRL-owskiej propagandy – za lekcję rzeczywistości płacą stresem, zmęczeniem, poczuciem niestabilności życia, prowizorką międzyludzkich więzi. Ale doświadczenie na własnej skórze tego stanu rzeczy nie czyni jeszcze nikogo wyborcą lewicy. Nierzadko wręcz przeciwnie i powoduje reakcje: państwo to znów okupant, i to dość nieudolny, chcemy więcej gospodarczego liberalizmu. Oparte na tym przekonaniu wyobrażenia społeczne są na tyle silne i tak popularne dzięki swojemu sloganowemu przekazowi, że stanowią nieledwie „mądrość ludową” społeczeństwa, które niespecjalnie ma ochotę pomyśleć, że może brak mu predyspozycji do budowania cywilizowanej „architektury państwowej”.

Ale ludu w klasycznym tego słowa znaczeniu, ważnym dla lewicowej tradycji, już nie ma. Rzecz nie tylko w zaniku wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i słabości rodzimych związków zawodowych. Sedno sprawy w tym, że bardzo nam się przemieszały relacje statusu zawodowego, przynależności klasowej i sytuacji materialnej/społecznej/kulturowej: dziś sztygar z KGHM, facet w średnim wieku, który odchował już dzieci, ma się znacznie lepiej niż spauperyzowany wielkomiejski post-inteligent, który najchętniej zostałby sławnym pisarzem, ale w rzeczywistości żyje z obsługi krótkoterminowych grantów. Który z nich będzie głosował na lewicę? Ktoś powie: oczywiście ten drugi! Ale ten drugi, nazywany dziś modnie prekariuszem, bywa tak „umeblowany” na umyśle, że śni mu się po nocach jeszcze więcej liberalizmu, tyle że w znacznie mniejszej cenie i z ładną melodyjką czasoumilacza w tle – zupełnie gratis. A państwa nie cierpi organicznie, bo państwo to ZUS i kolejki w szpitalach, gdy przecież nasz prekariusz bywa prywatnie u dentysty i tam nie ma kolejek. Podobnie u prywatnego weterynarza, do którego chodzi z pieskiem. A może na lewicę chciałby głosować młody terminujący na śmieciówce dziennikarz z wielkiej redakcji? Owszem, pod warunkiem że ta lewica będzie jadła kiełki, bywała w „Charlotte”, miała zrozumienie dla niskich podatków dla wyższych sfer i przeklnie górników, hutników, pielęgniarki i nauczycieli. Mówiąc w skrócie: nie, prekariat wcale nie jest naturalnym sojusznikiem lewicy politycznej. Bywa nim – tylko i aż tyle.

A sztygar z KGHM? Załóżmy, że w czasach PRL był w „Solidarności”. I nadal w niej jest. Przypuśćmy, że w latach 90. głosował na prawicę, popierał Wałęsę przeciw Kwaśniewskiemu, że poparł parasol ochronny związku nad Akcją Wyborczą „Solidarność”, czyli – oczywiście nie zapominając o ideałach Sierpnia – traktował liberalną politykę prawicy jako słuszną drogę do lepszego bytu polskich rodzin. Później się wkurzył i nie poszedł na wybory, z odrazą patrzył na premiera Millera. A następnie zagłosował, licząc na spokojną koalicję PO i PiS. Potem żył w politycznej rozterce, choć prywatnie całkiem dostatnio. 10 kwietnia 2010 roku szczerze płakał, ale po jakimś czasie uznał, że sentyment to jedno, a ciepła woda w kranach to drugie. Niedawno do cna znienawidził rządy Platformy Obywatelskiej, waha się między antysystemowcami Pawła Kukiza a Prawem i Sprawiedliwością. W drugiej turze wyborów prezydenckich głosował na Andrzeja Dudę. W internecie klnie premier Kopacz, że lekceważy niedożywione polskie dzieci. I narzeka na zniszczenie polskiej gospodarki przez zagraniczny kapitał. Ale już nie pamięta, kto to był Emil Wąsacz ani dlaczego Jan Kulczyk nieźle się dogadywał z ekipą Jerzego Buzka. On z pewnością nie zagłosuje ani na Zjednoczoną Lewicę, ani na jeszcze bardziej Zjednoczoną Lewicę-bis, ani na partię Razem, którą podejrzewa o różne brzydkie rzeczy, bo tak już ma, że nie ufa niczemu, co się rusza i jest lewoskrętne.

Gdzie jest zatem lud, nadzieja lewicy? Aby rzecz skomplikować przypomnę fragment wywiadu, jaki przeprowadziłem dla „Nowego Obywatela” z dr. hab. Rafałem Chwedorukiem. Politolog zapytany, na ile lewicowe jest polskie społeczeństwo i czy możemy wyróżnić warstwy społeczne o naturalnie lewicowych inklinacjach odpowiedział: może zabrzmi to dla wielu lewicowców przykro, ale jeśli przeanalizujemy dokładnie geografię wyborczą i sondaże opinii publicznej, to można wskazać, że najbardziej lewicową grupą wyborczą są byli pracownicy Ministerstwa Obrony Narodowej, w tym żołnierze zawodowi. Tu naukowiec zaśmiał się i dodał: na drugim miejscu musielibyśmy wymienić pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. I być może to właśnie są korodujące już resztki „żelaznego elektoratu” lewicy po-PRL-owskiej: grupa wciąż malejąca, która nawet wzbogacona o mini-elektoraty Zielonych czy Twojego Ruchu nie wystarczy już, by zagwarantować tak zwanej Zjednoczonej Lewicy miejsca w sejmie następnej kadencji.

Warto przy tej okazji poświęcić kilka słów partii Razem. Rzadko kto zwraca uwagę na pewien interesujący wątek. Otóż mamy do czynienia z formacją, która wyłoniła się wprost z bytu, jaki zwiemy społeczeństwem obywatelskim. Określenie to kojarzymy dziś na ogół już niemal wyłącznie ze sprofesjonalizowanym i ugrantowionym Trzecim Sektorem. Ale jeśli dobrze przyjrzeć się Razem (i przeanalizować to, co ta partia mówi o swoich początkach) to zauważymy, że duża część jej członków to często ludzie, którzy postanowili „wziąć sprawy w swoje ręce” i upolitycznić się/upartyjnić, choć wcześniej nie widzieli po temu sensu. Oczywiście osoby nadające ton w Razem to ludzie często już znani z działalności społecznej, obywatelskiej, lewo-publicystycznej, okołopolitycznej. Ale sama partia zawdzięcza większość swych członków (i skromnych wciąż struktur) tzw. zwykłym ludziom. To wcale nie przesądza o ich szansach na sukces, a może rzecz całą czyni trudniejszą. Ale samo w sobie jest interesujące właśnie jako fenomen polityczny, i to zarówno jeśli spojrzeć na prawą, jak i lewą stronę sceny partyjnej, na której rządzą mechanizmy kooptacji do starych struktur i liderów.

W tym sensie Razem może być zaczynem czegoś nowego w dziejach polskiej lewicy politycznej, a może zapowiedzią jej losu w kolejnych latach czy nawet dekadach. Być może czeka nas – odwołując się do skojarzenia historycznego – swoista lewicowa „kółkowszczyzna”, po części politycznie-partyjna, po części – inteligencko-stowarzyszeniowo-towarzysko-środowiskowa, bazująca na tym odłamie prekariackiego żywiołu, który nie da się nabrać na liberalną propagandę. Konieczne będą oczywiście sojusze z lewym skrzydłem rodzimego ruchu związkowego, o ile nie da się on uśpić, nie popadnie w rezygnację i nie rozbije go komercjalizacja służby zdrowia, prywatyzacja szkolnictwa, wyprzedaż i zamknięcie polskich kopalń. Pozytywem może być to, że realia zmuszą lewicę nie tyle do marszu przez instytucje i już posiadane struktury, co do marszu przez społeczeństwo: od dołu, a nie od góry.

Oczywiście są jeszcze pracujący ubodzy, ludzie na samozatrudnieniu, czyli bieda-przedsiębiorcy, outsourcingowane sprzątaczki w wielkich firmach, miesiącami czekające na wypłatę, są bankowi pracownicy niższego szczebla, którzy mają szczerze dość sprzedawania kredytów, gdy nikt już ich nie chce, żyjący za grosze prowincjonalni urzędnicy, są ludzie, którzy chcieliby płatnych urlopów, są społeczności, które boleśnie doświadczają skutków zniszczenia/uwiądu lokalnego przemysłu i transportu publicznego, są ludzie póki co przede wszystkim z gorzką ironią roztrząsający wysokość swoich przyszłych emerytur. Ale ich społeczna i zawodowa fragmentaryzacja, która kulturową wspólnotę odnajduje nierzadko w narodowo-liberalnej mitologii niczego obecnie lewicy społecznej nie ułatwia.

Lud nam się roztopił? Raczej: lud nam się skruszył. I póki znów nie okrzepnie, nie nabierze formy, dopóty lewicy politycznej – niezależnie od jej własnych błędów i wypaczeń – pozostaje trwać i przetrwać. I pytać samej siebie: jaki z nas wszystkich może być pożytek dla ludu? To najważniejsza sprawa, cała reszta to już konsekwencje udzielonej odpowiedzi.