Wolna Republika – w 95. rocznicę utworzenia

2 marca 2016 r. obchodzimy 95. rocznicę powstania tzw. Republiki Labińskiej (po chorwacku Labinska republika, po włosku La Repubblica di Albona) – strajku górników na Istrii, który przybrał charakter masowego buntu i uważany jest za pierwsze antyfaszystowskie powstanie na świecie.

Półwysep Istria, będący wcześniej częścią Austro-Węgier, po I wojnie światowej został przyłączony do Królestwa Włoch. Nowe władze zaczęły intensywnie eksploatować przyłączone tereny, poddając je również italianizacji. Obszar ten, zróżnicowany etnicznie, zamieszkiwała w przeważającej mierze, obok ludności włoskiej, ludność słowiańska (chorwacka i słoweńska). Nowo powstałemu Królestwu Serbów, Chorwatów i Słoweńców, które następnie przerodziło się w Królestwo Jugosławii, nie udało się objąć władzy nad tymi terenami i Istria stanowiła część państwa włoskiego do końca II wojny światowej, by po jej zakończeniu stać się częścią Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii, a po jej rozpadzie wejść w skład Chorwacji.

Półwysep istryjski, który dziś kojarzy się raczej z popularnym kierunkiem turystycznym i właśnie z turystyki czerpie dziś podstawowe zyski, ma jednak w swej historii znaczący, choć szerzej nieznany okres przemysłowy, związany z istniejącymi tam kopalniami i złożami węgla kamiennego. Węgiel wydobywano we wschodniej Istrii już za czasów Republiki Weneckiej, a przy jego wydobyciu w najlepszym okresie pracowało ponad 10 tysięcy górników. Choć ostatnią kopalnię w miejscowości Tupljak zamknięto w 1999 roku, tradycje górnicze, pamięć o górniczej przeszłości, a także świadomość opisanych wydarzeń mocno tkwią w kulturze i pamięci lokalnej społeczności. Łącznie we wschodniej części półwyspu istniało sześć kopalń w miejscowościach Raša, Strmac, Labin, Potpićan, Ripenda oraz Tupljak. Centralny ośrodek tego obszaru stanowi miejscowość Labin, dlatego opisywany subregion Istrii określa się mianem Ziemi Labińskiej, a powołane państewko – Republiką Labińską.

Do opisywanych wydarzeń przyczyniły się więc zmiany geopolityczne – przejście spod władzy austrowęgierskiej pod władzę włoską. Wyraźnie pogorszyły się warunki pracy i życia, postępowało też znaczne ograniczanie praw niewłoskich narodowości zamieszkujących ten zróżnicowany etnicznie teren. Bezpośrednim zaś impulsem były działania faszystów włoskich, którzy – choć nie rządzili jeszcze całym państwem włoskim – rośli w siłę i pozwalali sobie na coraz śmielsze kroki wobec wszystkich grup, które uważali za wrogie.

1 marca 1921 r. podczas drogi powrotnej z Triestu lider ruchu związkowego i socjalistycznego Ivan Pipan został w miejscowości Pazin napadnięty i pobity przez bojówki faszystowskie. Przybyły przedstawiciel władz faszystów już na miejscu nie zastał, a Pipanowi oznajmiono, żeby więcej nie przyjeżdżał do Pazinu.

Dotarłszy do miejscowości Vinež, o wydarzeniach w Pazinie poinformował on władze swojego związku zawodowego. Wiadomość o pobiciu rozniosła się szybko po całej Ziemi Labińskiej. Oburzone tymi i wcześniejszymi działaniami siłowymi faszystów (w tym samym roku oddziały faszystowskie zajęły siedzibę komitetu robotniczego w Trieście, a także napadły i podpaliły przedstawicieli związku zawodowego z kopalni Raš), związki zawodowe podjęły decyzję o przystąpieniu do strajku protestacyjnego. Rozpoczął się on 2 marca 1921 o godzinie 13.

Strajk wyszedł poza pierwotnie zakładane ramy. Przeobraził się w bunt oraz w ruch o charakterze politycznym, ekonomicznym i rewolucyjnym. Trwał 37 dni i został stłumiony po interwencji wojskowej. Uczestniczyło w nim ponad 2000 osób, przedstawicieli co najmniej siedmiu różnych narodowości.

Z braku innych dokumentów, wszystkie informacje opierają się na oficjalnych państwowych źródłach włoskich oraz relacjach świadków. Wynika z nich, że decyzję o strajku podjęła 2 marca przed południem Federacja Związków Zawodowych. Rozwiązanie takie zasugerował sekretarz federacji Ivan Pipan.

3 marca o godzinie 9 na rynku w miejscowości Vinež odbył się wiec, na który przybyło również wielu mieszkańców okolicznych wsi. Podczas wiecu na znak protestu przeciw narastającemu terrorowi faszystowskiemu potwierdzono uczestnictwo w strajku. Po zakończeniu wiecu miały miejsce incydenty pomiędzy strajkującymi a faszystami, wiele osób zostało rannych.

Narodowe Konsorcjum Spółdzielcze Produkcji Węgla i Jego Pochodnych z Florencji wydało następującą odezwę do górników, zwracając się do nich, by przejęli od obecnych zarządów w swoje ręce kopalnie węgla:

„GÓRNICY!

Na pewno wiecie, że w ostatnim czasie ukonstytuowane zostało Narodowe Spółdzielcze Konsorcjum Produkcji Węgla i Jego Pochodnych, z siedzibą we Florencji. Konsorcjum jest spółdzielczym zrzeszeniem górników.

Jego członkami są wyłącznie górnicy: należy do Generalnej Konferencji Pracy i Narodowego Związku Spółdzielni. Celem Konsorcjum jest to, aby kopalnie były użytkowane w formie spółdzielni, z wykluczeniem biurokracji państwa i kapitalistycznej spekulacji. Naszym programem jest, byśmy bez płacenia odszkodowania przejęli kopalnie, rozszerzając działania również na pozostałe gałęzie przemysłu. Uspołecznienie złóż węgla to ostateczny cel, do którego prowadzi działanie naszego Konsorcjum. ZE WSZYSTKICH KOPALNI TRZEBA USUNĄĆ WŁAŚCICIELI, prywatnych kapitalistów i wyzyskiwaczy pracy robotników!

W każdej kopalni powinna ukonstytuować się jedna spółdzielnia robotnicza – organ Konsorcjum, który powinien przejąć zarządzanie pracą pod swoją kontrolę. WSZYSTKIE KORZYŚCI I ZYSKI Z PRZEMYSŁU POWINNY PRZYPAŚĆ MASOM PRACUJĄCYM!
Konsorcjum dąży do tego, by na terenach górniczych rozpoczęło się nowe życie, nowy początek pracy i by bezpośrednio zrealizować wielkie idee społeczne, które rozwija świat pracy…”.

Odezwa została przesłana przed 2 marca, dlatego przypuszcza się, że pobity działacz związkowy Ivan Pipan pojechał do Triestu, by zająć stanowisko w tej sprawie.
Oprócz ataków faszystów i odezwy Konsorcjum z Florencji, na decyzję o podjęciu strajku wpłynęły ogólne nastroje w kopalniach, niskie płace, złe warunki życiowe oraz wysokie normy, jakie musieli wyrabiać pracujący.

W październiku 1920 roku został podpisany niekorzystny dla górników układ zbiorowy. Zgodnie z jego treścią, za jeden w ciągu miesiąca dzień nieuzasadnionej nieobecności w pracy groziła utrata całego zarobku. Jednocześnie według poprzedniego systemu austriackiego, górnicy mieli zagwarantowane 24 dni wolne od pracy rocznie, a nowy system włoski zapewniał zaledwie 12 dni.

Sam przebieg strajku świadczy o wysokim stopniu samoorganizacji uczestników. Dołączyła do niego również część administracji. Górnicy otrzymali także wsparcie od szlachcica Giovanniego Tonettiego, zwanego czerwonym baronem. Strajkujący przejęli kontrolę nas kopalniami, maszynami, zakładem oczyszczania węgla Štalije, składem materiałów wybuchowych oraz portem Brščica.

Powołano Komitet Górniczy (na czele z Ivanem Pipanem), który zarządzał wszystkimi działaniami. Zorganizowano zbiórkę żywności w okolicznych wioskach. Sformowano Czerwoną Straż (dowodził nią Francesco da Gioz), która miała bronić kopalni. Zaminowano składy węgla, szyby, zakład oczyszczania węgla, by uniemożliwić ewentualny atak. Uzbrojenie, jakim górnicy dysponowali, składało się z dziesięciu strzelb, niewielu granatów i rewolwerów oraz materiałów wybuchowych. W obawie przed łamistrajkami zatrzymano 13 górników z Sycylii, którzy sprzyjali władzom.

Komitet odpowiadał za kwestie polityczne i społeczne, do jego zadań należało utrzymywanie porządku i spokoju, a także rozwiązywanie ewentualnych sporów. Zarządowi kopalni przedstawiono postulaty ekonomiczne, dotyczące m.in. podwyższenia stawki dniówek. W związku z przedłużającymi się negocjacjami, górnicy 21 marca postanowili sami zorganizować produkcję. Zjechali pod ziemię, na kierownika wydobycia powołując technika górniczego Dagoberta Marchiga.

Przejmowanie fabryk pod hasłem Kova je naša (Kopalnia jest nasza), wzniesienie czerwonego sztandaru oraz wznowienie wydobycia były tym, co różni klasyczny strajk od buntu czy też ruchu, jaki zrodził się w Republice Labińskiej. Za strajk uważa się zaprzestanie pracy; w tym przypadku górnicy wrócili do pracy [formuła taka zwana jest strajkiem czynnym i była stosowana przez pracowników w różnych krajach, m.in. w Polsce w strajkującej fabryce żelatyny w Brodnicy pod koniec XX wieku – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. 21 marca rozpoczęło się wydobycie węgla, tym razem już na własny rachunek. 7 kwietnia z portu Štalije wypłynął nawet statek wypełniony węglem, za ładunek jednak nie zapłacono, ponieważ w międzyczasie bunt został stłumiony.

Chociaż wśród faszystów od początku dominowała chęć zaatakowania zbuntowanych górników, władze nie skłaniały się ku takiemu rozwiązaniu. Liczyły, że strajk nie potrwa długo. Spodziewano się również, że ludność lokalna będzie niechętnie nastawiona do działań górników – mieszkańcy jednak okazali się przychylni strajkującym. Z upływem czasu jednak także wśród władz umacniało się przekonanie o potrzebie siłowego stłumienia buntu. Podejmowano szereg działań mających na celu przerwanie protestu: negocjacje, próby przekupstwa czy różnego rodzaju naciski. Nie osiągnąwszy jednak spodziewanego rezultatu, 7 kwietnia władze wydały rozkaz siłowego zajęcia Ziemi Labińskiej. Do działań zaangażowano około 1000 dobrze uzbrojonych żołnierzy – do portu w Štalije wpłynęły dwa okręty wojenne z żołnierzami.

Podczas rozmów z Pipanem władze zaproponowały górnikom kapitulację, którą przywódca związkowy w imieniu górników odrzucił i zdecydował się podjąć walkę. Akcja wojskowa rozpoczęła się 8 kwietnia w godzinach rannych. Otoczeni górnicy wycofali się na skraj miejscowości Štrmac, gdzie stawili zbrojny opór. Ze względu na słabe uzbrojenie oraz brak doświadczenia zostali szybko zmuszeni do rezygnacji z dalszych działań. Wiadomo, że o godzinie 13 zajęto kopalnię w miejscowości Krapan, a o 13.30 – w miejscowości Vinež. Skład węgla w Štalije przejęli urzędnicy z Puli. Wszelki opór górników ustał w godzinach popołudniowych – Pipan zarządził przerwanie ognia, biorąc pełną odpowiedzialność na siebie.

W wyniku walk zginęło dwóch górników – Maksimilijan Ortar i Adalbert Sykora, wielu zostało rannych. Po stronie wojska ranne były dwie osoby. Aresztowano 40 górników, osadzając ich w więzieniach w Rovinju i Puli. Dwóch kolejnych zmarło w efekcie odniesionych ran i złego traktowania w więzieniu. Śledztwo trwało siedem miesięcy. Główny proces przed Sądem Okręgowym w Puli rozpoczął się 16 listopada i trwał do 3 grudnia 1921. Oskarżono łącznie 52 górników.

Z aktu oskarżenia wynika, że władze postrzegały strajk i wydarzenia na Ziemi Labińskiej jako zaprowadzenie reżimu sowieckiego. Prokurator traktował oskarżonych jako buntowników przeciw władzy państwowej. Obrońcy domagali się z kolei objęcia ich dekretem o amnestii.
Ponieważ dopiero umacniającym się i walczącym o przychylność mieszkańców nowym władzom nie zależało na zaognianiu i tak już napiętych stosunków z ludnością lokalną, ogłoszono wyrok uniewinniający, a aresztowanych wypuszczono na wolność.

Jednak część górników w obawie przed represjami wyemigrowała do Jugosławii (wówczas Królestwo SHS), innych krajów europejskich oraz Ameryki. Mimo likwidacji Komitetu Górniczego, aktywność górników na Ziemi Labińskiej nie została przerwana. Pogarszające się warunki życia doprowadziły w sierpniu 1922 r. do kolejnego strajku, który również zakończył się bez sukcesów – w międzyczasie nowe władze urosły w siłę i w konsekwencji wielu górników zwolniono.

27 kwietnia 1923 r., pół roku po dojściu Mussoliniego do władzy, w ramach italianizacji wydano dekret nakazujący zmianę słowiańskich nazw miejscowości na włoskie, podobną decyzję podjęto w sprawie nazwisk. Nowo powstała Komunistyczna Partia Włoch stała się dla labińskich górników najbardziej sprzyjającym podmiotem politycznym i naturalnym sojusznikiem – do „czerwonej federacji” związkowej, której przewodziła partia komunistyczna, wstąpiło 850 z nich. Raport milicji faszystowskiej z 9 lipca 1925 roku mówił: Miasto Labin, jak wiadomo, jest niezmiennie głównym centrum bolszewizmu w Istrii.

Mimo działań faszystów próbujących uniemożliwić jakąkolwiek aktywność samoorganizacyjną górników, ci w 1925 roku zastrajkowali ponownie. Co więcej, udało im się wywalczyć 25-procetową podwyżkę płac.

Pojawia się pytanie, czy Republikę Labińską charakteryzowały elementy państwowości. Z zeznań świadków i dokumentów nie wynika jednoznacznie, by została powołana w celu ustanowienia państwa, ani żeby była formalnie zorganizowana. Ludzie mówili o „Wolnej Republice”. W prasie włoskiej ruch ten nazywano „La Repubblica Rossa”, „San Marino Comunista” bądź „Comune Parigina Istriana”.

Chociaż formalnie nie została nigdy proklamowana, Republika Labińska pozostawiła trwałe ślady w regionie Labinu, a jej istnienie miało znacznie szerszy oddźwięk. Wydarzenia te należy postrzegać i interpretować w kontekście ówczesnych możliwości, szczególnie na obszarze Półwyspu Apenińskiego i Europy Środkowej. Wielonarodowe, ale wspólne stawianie zbrojnego oporu narastającemu faszyzmowi przetarło drogę antyfaszystowskiemu nastawieniu mieszkańców Istrii. Z drugiej strony syndykalistyczna walka górników, skupiona na tradycyjnej walce o prawa pracownicze, o polepszenie warunków pracy i życia obejmowała również elementy samostanowienia i samorządności z wiarą w to, że można samodzielnie decydować o swoim losie. Powstanie górników istryjskich uważane jest za pierwsze powstanie antyfaszystowskie na świecie. Chociaż faszyści doszli we Włoszech do władzy dopiero w 1922 r., w Istrii terror, represje i italianizacja rozpoczęły się już wcześniej, zaraz po przejęciu władzy przez państwo włoskie w 1918 roku. Osoby rządzące Istrią bardzo aktywnie uczestniczyły we wprowadzaniu faszyzmu we Włoszech. Dlatego też słuszne jest stwierdzenie, że Republika Labińska była pierwszym w skali świata wystąpieniem przeciw faszyzmowi.

Warto dodać, że data 2 marca dla upamiętnienia strajku i Republiki Labińskiej była po II wojnie światowej aż do rozpadu państwa obchodzona w Jugosławii jako Dzień Górnika. Dziś święto to obchodzone jest w Chorwacji, a przede wszystkim na Ziemi Labińskiej.

Sławomir Pruski

Przygotowując tekst korzystałem z następujących źródeł:

http://www.istrapedia.hr/hrv/72/labinska-republika/istra-a-z/
http://www.srp.hr/labinska-republika-2/
https://hr.wikipedia.org/wiki/Labinska_republika
http://www.minher.eu/

Lewica fundamentalistyczna, czyli powrót do korzeni

Lewica fundamentalistyczna, czyli powrót do korzeni

Przyznaję – tytuł tekstu to prowokacja. Przecież każdy szanujący się lewicowiec wie, że fundamentalizm – tak jak populizm czy nacjonalizm – jest z gruntu nielewicowy! Jednak gdy odrzucimy epitety, okaże się, że populizm to w rzeczywistości nic innego jak solidarność z realnym (a nie wyimaginowanym) ludem, zaś nacjonalizm może oznaczać dążenie do upodmiotowienia społeczeństwa (jak w przypadku ruchów narodowowyzwoleńczych), dlatego warto też zdemistyfikować pojęcie fundamentalizmu. Jest to idea powrotu do podstaw (fundamentów) danego systemu wartości, światopoglądu czy doktryny, poprzez odrzucenie późniejszych wypaczeń, a zwłaszcza obcych naleciałości. Idea ta może się odnosić nie tylko do religii, ale też do świeckiej ideologii.

Czy również lewicowej? Gdy w dyskusjach z nowolewicowymi adwersarzami podpierałem swoje kontrowersyjne poglądy przykładami z dziejów ruchu robotniczego i społeczno-wyzwoleńczego, ci na ogół tylko wzruszali ramionami: „może i było tak kiedyś, ale nic nas to nie obchodzi, bo istotą lewicy jest ciągły postęp, rozwój, zmiana”. Przyszło nam jednak żyć w czasach, w których zmiana konfuduje nawet najbardziej zagorzałych lewicowców. Do tej pory niejako konstytutywną cechą lewicowości był historyczny i antropologiczny optymizm (spór między reformistami i rewolucjonistami toczył się jedynie o tempo historycznego postępu) – teraz zaczynają pojawiać się nuty zwątpienia i rozgoryczenia, desperacji, wręcz histerii (ot, choćby tutaj). Niestety, na ogół jest to bezradny lament dziecka, które nagle odkryło, że tak naprawdę za brodą Świętego Mikołaja ukrywa się niemiły pracownik hipermarketu, albo bunt nastolatka rozczarowanego szarą rzeczywistością swej rodziny, nijak nie przypominającą życia w modnych serialach.

Na tym tle rzeczowością i trafnymi obserwacjami wyróżnia się ważki tekst Krzysztofa Posłajki „Rok zapowiedzianej przyszłości”. Warto przeczytać go w całości, tu zacytuję tylko najistotniejszy, moim zdaniem, fragment: „Lewicowy projekt polityczny jest bowiem oparty na pojęciu postępu – a dokładniej na założeniu, że z postępem technologicznym powinien iść w parze postęp społeczno-etyczny. Lecz w sytuacji, gdy sądzimy, że mamy do czynienia z upadkiem cywilizacji, wiara w jakikolwiek postęp społeczny jawi się jako naiwność”.

Posłajko podniósł problem o absolutnie podstawowym znaczeniu, którego waga zdaje się wykraczać poza horyzont większości obserwatorów. Otóż istotą lewicowości od XVIII w. jest połączenie pewnego fundamentalnego systemu wartości (Wolność – Równość – Braterstwo) z ideą Postępu, czyli przekonaniem, że zmiany są nie tylko historycznie zdeterminowane, ale też prowadzą w nieunikniony sposób w pożądanym kierunku. Rzeczywiście, przez dwa stulecia było to prawdą. Każde kolejne pokolenie Europejczyków (na innych kontynentach wskutek kolonializmu było to bardziej powikłane) żyło w większym dobrobycie, doświadczało mniejszych nierówności, miało więcej praw i swobód. Jednak dwieście lat to króciutki wycinek w dziejach ludzkości, a formułowanie na tej podstawie praw historycznych jest dość ryzykowne.

Wątpliwości wobec tej metafizycznej (bo zapożyczonej poprzez Hegla z chrześcijaństwa) idei Postępu wyrażali nie tylko zdeklarowani reakcjoniści, ale też ludzie tacy jak Izajasz Berlin: „Ja nie dostrzegam stopniowego postępu. Oczywiście więcej wiedzy, szczęścia, dobroci, wolności, wydajności oznacza postęp. Niektórych z tych rzeczy mamy teraz więcej niż w innych epokach, innych mniej. Czy w dwudziestym wieku – niewątpliwie jednym z najgorszych w historii rodzaju ludzkiego – ktoś może jeszcze wierzyć w nieprzerwany postęp ludzkości? Albo w postęp w ogóle? Czy można w ogóle mówić o postępie, nie precyzując o jaką dziedzinę chodzi? Można mówić o systemie wartości, który większość ludzi na Zachodzie akceptuje obecnie, a nie akceptowała dwa tysiące lat temu; jest to postęp z punktu widzenia naszych wartości – pod pewnymi względami, a pod innymi nie. Ale ogólny ruch w jakimś określonym kierunku – nie, tego nie dostrzegam”…

Teraz rzeczywistość wdziera się już nawet pod najsilniej zaciśnięte powieki. Schyłek XX wieku przyniósł załamanie się progresywizmu. Vaclav Havel mówił w 1992 r.: „Upadek komunizmu oznacza koniec modernizmu. Tej ery, która zaczęła się w renesansie i rozwijała się przez oświecenie do socjalizmu, od pozytywizmu do scjentyzmu, od rewolucji przemysłowej do rewolucji informatycznej. Oznacza koniec ery, w której człowiek uważał, że może wszystko objaśnić i kontrolować, jest końcem ery ideologii, doktryn, poszukiwań uniwersalnej teorii świata i klucza do dobrobyt”.

Wbrew nadziejom „prawdziwej lewicy” upadek „realnego socjalizmu” nie otworzył drogi dla nowych eksperymentów w poszukiwaniu lepszego świata, ale zepchnął lewicowców do niekończącej się defensywy (pomijam z premedytacją kwestie obyczajowe). Kolejne dekady przynoszą pogłębianie się nierówności, demontaż osłon socjalnych, deregulację, liberalizację itd. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, na całym świecie. W imię czego? W imię nowoczesności, tj. wydajności, konkurencyjności, otwartości, elastyczności, mobilności. Może to być zjawisko trwałe – Ted Kaczynski zauważył, że technologia jest z natury elitarna: im bardziej skomplikowana, tym mniej ludzi jest w stanie ją kontrolować. To dziś jest postęp – ten realny, przez małe „p”.

Już tak bywało w historii. Z górą tysiąc lat temu Słowianie żyli we wspólnotach rodowych – demokratycznych, względnie egalitarnych. Ale nadeszli książęta, możni, misjonarze i ustanowili feudalizm. Wtedy to był postęp. Rozwojowi kapitalizmu w Anglii towarzyszyło rugowanie chłopów z ziemi i pauperyzacja miejskiego proletariatu. Skutki kolonialnego „postępu” w XIX-wiecznych Indiach dobitnie opisał Marks.

Gdy postęp/nowoczesność coraz bardziej rozchodzi się ze sprawiedliwością/równością, lewica pozostaje zdezorientowana niczym żaba z dowcipu („przecież się nie rozdwoję!”). Chciałaby być za, a nawet przeciw. Być za postępem technologicznym – ale przeciw zwalnianiu pracowników, za globalizacją – ale przeciw jej neoliberalnym implikacjom, za uciskanymi mniejszościami – ale przeciw ich partykularyzmowi. Nieodmiennie jednak za postępem, a przeciw konserwatyzmowi (nawet jeśli wymaga to semantycznych i logicznych łamańców).

Dogmat, że zmiany muszą być zawsze dobre, sprawił, iż lewicowcy en masse zaakceptowali wszelkie, nawet najbardziej kontrowersyjne nowinki obyczajowe (w XX w. wcale nie było to oczywiste). Nawyk „stania w awangardzie postępu” przyniósł skutek w postaci upowszechnienia się taktyki nazwanej przez Lenina wdzięcznie „chwostyzmem” (ros. chwost – ogon). Gdy pojawia się jakieś poruszenie – wszystko jedno: na londyńskim rave party czy kairskim placu Tahrir – lewicowcy muszą tam być, choćby wirtualnie. Niestety te jaskółki lewicowej wiosny najczęściej okazują się wybudzonymi nietoperzami partykularnych konfliktów. Przymus „postępowości” prowadzi też do niezliczonych dezercji: kolejni bojownicy lewicy dochodzą do logicznego wniosku, że skoro lewicowość to postęp, a postęp to imperialistyczna globalizacja i neoliberalizm – trzeba to zaakceptować. Wymieniać by tu można i Tony’ego Blaira, i Jose Barroso, i amerykańskich neokonserwatystów, i wschodnioeuropejskich postkomunistów, ale przypadek Syrizy jest chyba najbardziej żałosny.

Wszystko to sprawia, że lewica nie jest w stanie wykorzystać potencjału oporu przeciw zmianom, który przechwytują prawicowe ruchy populistyczne, ksenofobiczne i fundamentalistyczne. I lamentuje, że lud nie dorósł do swej światłej awangardy. Że w Polsce robotnicy wolą głosować na PiS niż na Razem, we Francji wolą Front Narodowy od Nowej Partii Antykapitalistycznej.

„Co robić?”, zapytałby Lenin. Odpowiedź nie jest łatwa, bo i problem jest trudny. Odpowiedzi mogą być dwie, obie bolesne, oznaczające rozdarcie, pożegnanie się z częścią lewicowego dziedzictwa. Odpowiedź pierwsza to Lewica Postępu – lewica płynąca z prądem, akceptująca każdą zmianę, bez względu na wysokość kosztów „postępu”; lewica utożsamiająca się bez zastrzeżeń ze swoją nową mieszczańską bazą społeczną – produktem i beneficjentem przemian. Ale są też na lewicy ludzie, którzy zawsze stają po stronie przegrywających, po stronie rugowanych z ziemi chłopów czy tracących pracę górników, po stronie Indian przeciw kowbojom, choć to ci drudzy nieśli „postęp”. Bracia Strugaccy w opowiadaniu „Las” napisali: „Mam gdzieś fakt, że Kaczonóg [taka wioska – J.T.] to kamyczek w żelaznych żarnach ich postępu. Zrobię wszystko, by na tym kamyczku żarna się zaklinowały”. To odpowiedź druga – Lewica Wartości, broniąca zasad Wolności, Równości i Braterstwa nawet wbrew dominującym trendom, wbrew „postępowi”. Lewica sięgająca do swych korzeni. Lewica fundamentalistyczna.

Posłajko we wspomnianym tekście pisze: „Zadaniem dla lewicy jest zatem teraz stworzenie takiego progresywnego projektu politycznego, który będzie się przedstawiał jako możliwy do realizacji w czasach kryzysu poźnodwudziestowiecznego porządku”. Uznając, w kontekście tego, co napisałem powyżej, słowo „progresywnego” za retoryczny ozdobnik, pozwolę sobie zaproponować swoją wizję takiej lewicy na czas kryzysu. Moim zdaniem w sytuacji, gdy Postęp jest problematyczny, a Wolność niesie zagrożenia, lewicowy projekt adekwatny do ery zamętu musi ogniskować się wokół idei Solidarności (Braterstwa, jak kto woli). To właśnie poszukiwanie bezpieczeństwa, stabilizacji, oparcia w obliczu narastającego chaosu pcha ludzi w objęcia prawicy. Oczywiście solidarne społeczności mogą być rozmaicie zorganizowane – rolą lewicy jest walka, by stosunki międzyludzkie w ramach zbiorowości były oparte na zasadach maksymalnej możliwej równości i wolności.

Otwartym pozostaje pytanie o zasięg tej wspólnoty. Lewicowiec będzie oczywiście zawsze marzył o braterstwie uniwersalnym, wszechludzkim, w którym „już nie ma Greka ani Żyda” (List do Kolosan, 3). Warto jednak odróżnić program minimum od celu ostatecznego. W warunkach rozkładu więzi społecznych, atomizującego hiperindywidualizmu, postępującej anomii należy pielęgnować KAŻDĄ formę międzyludzkiej solidarności, zaczynając na najniższym poziomie, wychodząc od najbardziej elementarnych form: rodziny (niekoniecznie tradycyjnej), wspólnoty sąsiedzkiej. Myśl globalnie, działaj lokalnie! Nie oznacza to idealizowania partykularnych form wspólnotowości, które nader często pozostają ze sobą w konflikcie; zadaniem lewicy byłoby harmonizowanie interesów jak najliczniejszych grup i stopniowe integrowanie ich na coraz szerszej podstawie.

Koncepcja budowania solidarności „od dołu”, od tego, co bliskie, zrozumiałe, konkretne, może się jawić obrazoburczą. Wszak przeciętnemu lewicowcowi wszelki partykularyzm kojarzy się jak najgorzej – to Kaczyński, Orban, Trump, Państwo Islamskie… Obecnie jednak jedynym REALNYM uniwersalizmem jest uniwersalizm globalnych korporacji. W tych warunkach partykularyzm może stać się bastionem oporu – jak w przypadku Palestyńczyków, zapatystów, Kurdów. Perspektywicznie partykularyzm może być etapem pośrednim w budowie innego uniwersalizmu – szanującego, a nie niwelującego lokalne odrębności, zachowującego autentyczną wielokulturowość.

Przyjęcie takiego programu – powrotu do fundamentalnych wartości, do lewicowości starej, prastarej, archetypicznej – oznaczałoby trudne przewartościowanie, bolesną transformację. Byłaby to inna lewica, lewica pozbawiona złudzeń. Ale byłaby to lewica odpowiadająca na wyzwanie narastającego kryzysu.

Jarosław Tomasiewicz

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska

 

Niedomiejska gawęda o Drugiej Australii

Niedomiejska gawęda o Drugiej Australii

Latem ubiegłego roku pisałem sobie do sztambucha, czyli w mediach społecznościowych, o pewnym niezamierzonym spacerze i poczynionych wówczas obserwacjach: „Do domu ani daleko, ani bardzo blisko, jakieś pięć kilometrów – w sam raz tyle, by pieszo dotrzeć ani wcześniej, ani później niż komunikacją miejską. Bardzo ona tutaj, na południowych obrzeżach Gdańska, niedomaga, bo tkanka miejska spleciona jest nieregularnie. Raz sam beton, gdzie indziej pola, stepy, resztki lasu, staw, strumień. Dość, że poszedłem boczną ulicą, którą rozważałem wcześniej jako skrót w porannym dojeździe do przedszkola. Ulica podmiejska albo małomiejska, domy, podupadły pawilon handlowy, wystawiony na sprzedaż. Chyba od dawna, co dziwi, bo nadawałby się – w mieście bądź co bądź – na eksponat w muzeum nostalgii za PRL. Ktoś łowi ryby. Nie wiem, w jakiej wodzie, bo zasłaniają ją wybujałe trawy i chwasty. A może nie ma tam żadnej wody, a trzymana przez mężczyznę wędka to tylko oznaka jakiejś tęsknoty za wielkim jeziorem, rzeką, morzem. Zbliżając się do wylotu ustronnej ulicy, widziałem zrazu tylko łany zboża, potem jednak panorama otwiera się i spoza zbóż wyłaniają się pomniki niedokończonej nie miejskości nawet, ale niedomiejskości. Widziałem je nieraz z auta, zawsze zastanawiając się, jak to możliwe, że są w takim stanie. Na placu zabaw – już zbudowanym – żaglowiec z drabinkami, masztami i bocianimi gniazdami tonie w zielsku. Wybudowane niedawno bloki straszą pustymi oknami, od których odrywa się folia. Z żółtych tablic informacyjnych odpadają ostatnie strupy żółtej farby. Jest w tej przyszłej ruinie jakaś groźna uroda, podkreślona latem, jego słońcem, zapachami i barwami. Ghost town kredytowej gorączki złota sprzed kilku lat”.

Ostatnio zauważyłem, że na tym opuszczonym osiedlu trwają jakieś gorączkowe prace, krzątają się ludzie, krążą maszyny, wywrotki wywożą coś i przywożą. Mamy zimę bez zimy, dlatego cała robota prowadzona jest w oceanie błota, które wylewa się zewsząd i wszystko pochłania, także odzyskiwane tu właśnie szklane domy na miarę naszych pragnień i możliwości. Ponieważ jestem mądrzejszy o całe pół roku, chciałem tam podejść i powiedzieć krzątającym się, żeby lepiej tu nic nie budowali, że z tego budowania będą tylko same nieszczęścia, chciałem wyjaśnić im, że nie warto. Oczywiście nie podszedłem i nie wyjaśniłem. Wyśmialiby mnie, w końcu taka to już praca, więc budują i nie pytają, po co. Mają własne zmartwienia, a ci, dla których budują, będą mieli swoje. Ale ludzie przecież chcą i muszą gdzieś mieszkać. I zamieszkają w końcu w dzielnicy Gdańsk–Południe, gdzie wielkim wysiłkiem powstaje Druga Australia, odległy i obcy prawdziwym mieszczanom kontynent mieszkaniowy.

Australia, ta prawdziwa, aż do wieku XVIII pozostawała nieznana mieszkańcom Europy. Podobnie z okolicami, które teraz widzę za oknem. Wiedzę o historii Drugiej Australii czerpię z takich źródeł, jakie akurat mogę znaleźć. Najpierw od ciotek mojej żony, które pół wieku temu właśnie tędy jeździły na grzyby pekaesem. Według ich relacji było tu wtedy zupełnie pusto, jechało się pośród wzgórz, łąk i pól. Zresztą duża część terenów uprawnych należała do PGR-u, ten zaś powstał na terenach należących do dworu Zakoniczyn. Nie ma już PGR-u, rozprawili się z nim reformatorzy, chociaż zdaje mi się, że skarlałe krzaczki truskawkowe, jakie widuję w okolicy, to pamiątka po owocowych uprawach. Po dworze też niewiele już zostało. Czworaki wyburzone, stawy zarośnięte i stopniowo zasypywane, brukowana aleja także znika. Stoją tam zaś krzyże, które upamiętniają ostatnich właścicieli, zamordowanych podobno przez czerwonoarmistów. Budynek dworu jeszcze stoi i ktoś w nim mieszka, ale odkąd cały teren i zabudowania przejął – w zamian za obietnicę renowacji – deweloper, wszystko chyli się ku nieuniknionemu. I tak właśnie żelazna ręka wolnorynkowej konieczności dziejowej pogodziła w końcu PGR z dworem i przygotowała teren pod nowoczesne, zdobywcze osadnictwo.

Australię zbudowali osadnicy, rzadko kiedy zresztą dobrowolni. W XVIII i XIX wieku bywali to przeważnie skazańcy, a dla wielu z nich osiedlenie się na końcu świata było jedynym sposobem na uniknięcie stryczka. Tak trafili tam, między innymi, angielscy tkacze. Podstawami ich bytu zachwiał wynalazek optymalizujących zyski mechanicznych krosien, niszczyli więc maszyny i trafiali na zesłanie. Dzisiejszy kapitalizm dba o pozory, więc nikt nikogo nie zsyła pod przymusem. Jednak gdy cena zakupu jest za wysoka, a zdolność kredytowa za niska, trafisz w końcu do Australii. Tutaj też poszukasz mieszkania do wynajęcia, gdy jesteś – cytuję zasłyszane – „gdańskim słoikiem”.

Południe Gdańska jest tanie, a żeby było jeszcze tańsze – buduje się od kilkunastu już lat jak najwięcej. Domy pochłaniają polodowcowe wzgórza, zagajniki, wciskają się pomiędzy stawy i strumienie. Tam, gdzie znika natura nie powstaje jednak z konieczności cywilizacja, a gdzie buduje się domy, tam niekoniecznie jest miejsce dla ludzi. Nikomu rozsądnemu nie trzeba już dziś tłumaczyć, że deweloper nieprzymuszony do zadbania o potrzeby mieszkańców zabuduje każdy centymetr kwadratowy czymś, co może szybko sprzedać i zapomnieć. Ponieważ przymuszany nie był i nadal nie jest, trudno się dziwić, że w Drugiej Australii najwięcej jest domów i parkingów, bardzo dużo sklepów, ale bardzo mało publicznych przedszkoli, szkół i bibliotek. Największymi instytucjami publicznymi w okolicy są, co niezwykle wymowne, komunalny cmentarz oraz miejska spalarnia odpadów.

Na ironię zakrawa, że takie właśnie inwestycje miejskie znalazły się tam, gdzie tak wiele rodzi się i rośnie dzieci. Kiedy schodzę na parter, zawsze muszę przeciskać się korytarzami, bo pełno tu wózków dziecięcych, rowerków albo sanek, hulajnóg i czego tam jeszcze potrzeba maluchom – trudno tu uwierzyć, że w Polsce mamy jakiś demograficzny kryzys. To samo wynika z wiosennych i letnich obserwacji na nielicznych placach zabaw – w Australii brakuje wielu rzeczy, ale dzieci jest wcale niemało. Zwykle zresztą są to mali ludzie, którzy chodzą już lub zaraz pójdą do szkoły.

Do tej grupy zalicza się także nasz młodzieniec. Jeszcze w wakacje myśleliśmy, że lada moment wyślemy go do szkolnej zerówki, bo jest do tego zupełnie gotów. A my – nawiasem mówiąc – całkiem chętnie zdejmiemy z domowego budżetu kwotę kilku tysięcy złotych rocznie, jaką pochłaniało prywatne przedszkole. Upatrzyliśmy sobie nawet publiczną szkołę, do której będzie chodził, bardzo niedaleko – w warunkach australijskich mniej niż dziesięć minut pieszo to po prostu główna wygrana na loterii. Niestety, okazało się, że rejonową szkołą jest nie ta za górką, ale ta o dwa kilometry stąd. W dodatku polska edukacja została w międzyczasie poddana kolejnej „naprawie”, a takie zabiegi w Polsce oraz w Drugiej Australii powodują głęboką niewydolność całego systemu edukacji. Głęboką na tyle, że ktoś o odpowiednio wyczulonym słuchu mógłby usłyszeć, jak właściciele szkół niepublicznych otwierają szampany, bo umordowana chaosem, niepewnością i tłokiem klientela w końcu znajdzie drogę do ich placówek. A placówki te, których i u nas nie brakuje, mogą już wkrótce zaliczać się do największych beneficjentów programu 500+.

Przy okazji poszukiwań szkoły dowiedzieliśmy się, że w centrum Gdańska dzieci jest mało, za to miejsc w szkołach całkiem sporo. Rodzice, którzy, jak przystało na mieszkańców niedomieścia, codziennie dojeżdżają do pracy do metropolii, będą więc szukać miejsc jeśli nie w prywatnej szkole, to w publicznej podstawówce. Obydwa rozwiązania będą miały podobny skutek – dodatkowo osłabią społeczne więzi w sąsiedztwie, które sąsiedztwem jest tylko z nazwy. Nie może być inaczej tam, gdzie tyle jest ogrodzeń, a brakuje ławek, tyle jest parkingów, a tak mało placów. Przecież z niedostatku dospołecznej przestrzeni, miejsc spotkań, wynika w dużej części to, że gdańscy Australijczycy pozostają „samotnym tłumem”.

Pisząc to, przypominam sobie pewną szkolną czytankę. Nie pamiętam, do której klasy był to podręcznik, na pewno jednak z takiego samego trzydzieści parę lat temu uczyli się moi rówieśnicy w podstawówce. Tekst opowiadał o tym, jak uczą się dzieci w Australii. Na odległość, drogą radiową lub telewizyjną, nie znając się nawzajem – chodziło zapewne o dzieci z australijskiego interioru. Pamiętam, że nie brakowało w czytance zachwytów nad możliwościami oferowanymi przez nowoczesną, jak na owe czasy, technologię komunikacyjną. Pamiętam i to, że dla PRL-owskiej, znającej się z podwórka, dzieciarni miejskiej były to sprawy wyjątkowo egzotyczne. Dziś obawiam się, że mieszkańcy terenów niedomiejskich zaznają tej egzotyki codziennie. Nasze dzieci nie będą już potrafiły wyobrazić sobie innego świata społecznego niż ten, w którym żyje się osobno, bo tego uczą się od kołyski: w swoich fotelikach samochodowych, w odległych od miejsca zamieszkania przedszkolach, bibliotekach i domach kultury.

Myślę więc, że oprócz – chaotycznie prowadzonej – polityki prorodzinnej potrzeba nam wreszcie polityki prospołecznej. Takiej, gdzie publiczne środki przeznacza się na publiczne inwestycje, pełniące funkcję ośrodków życia społecznego. Taką rolę z istoty swojej pełni szkoła, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – staje się miejscem spotkań, zabawy, uczestnictwa w kulturze. Gdy takiego ośrodka zabraknie, jedynym liczącym się centrum społeczno-kulturalnym pozostaje parafia, a uwagę tę dedykuję wszystkim świeckim wolnomyślicielom, którzy liberalnie nie lubią państwa. Lekcja Radia Maryja nadal nie została przez was odrobiona.

Kiedy więc miałbym już podchodzić do pracujących na opuszczonej budowie robotników, powiedziałbym, że może lepiej budować z głową, to znaczy odpowiedzialnie. Prywatny inwestor nie musi się jednak przejmować takimi rzeczami. Tak pewnie zachowa się i ten, który niedokończone osiedle podnosi z ruiny. Nie zapobiegnie jednak ruinie społecznej kilku domów w szczerym polu. Dlatego troski i odpowiedzialności oczekiwałbym raczej od samorządów, zaś od państwa na szczeblu centralnym – przemyślanej strategii rozwoju dla takich pomników wolnorynkowej anarchii jak nasza Australia.

Myślę też, że jest to jedno z zadań, jakie ma do rozwiązania w Polsce społeczna lewica. Kulturalnie i edukacyjnie wykluczani mieszkańcy podmiejskich osiedli już dziś głosują nogami. Niektórzy dojdą do przekonania, że zbawi ich edukacja prywatna – świecka lub wyznaniowa – bo państwo znowu ich zawiodło. Ci najpewniej będą dla lewicy społecznej straceni, więc najwyższa pora, by pobudzić do życia, choćby i polityczne, ruchy niedomiejskie. A na zakończenie jeszcze jedna uwaga: niezależnie od kwestii politycznych trzeba się liczyć z tym, że Australia (nie tylko ta gdańska), gdy pozostawić ją samą sobie, będzie dryfowała w kierunku gettoizacji. Wtedy, jak w przypadku francuskich banlieus, będzie to już problem nas wszystkich, którzy wybudowaliśmy sobie na północy globalne Południe.

Jak Szwedzi i Norwegowie przełamali władzę 1 procenta

Jak Szwedzi i Norwegowie przełamali władzę 1 procenta

Pracując nad utrwaleniem zdobyczy ruchu Occupy, warto przyjrzeć się innym krajom, w których masom ludowym udało się pokojowo wprowadzić wysoki poziom demokracji i sprawiedliwości ekonomicznej. W latach 30. XX wieku zarówno Szwecja, jak i Norwegia, po długich pokojowych walkach doświadczyły ogromnej zmiany u władzy. Oba kraje „zwolniły” 1% najbogatszych, do tej pory wyznaczający kierunek, w jakim miało podążać społeczeństwo, i położyły fundamenty pod nowe prądy.

Oba kraje mają za sobą historię przerażającej biedy. Kiedy rządził 1%, setki tysięcy ludzi emigrowały, aby uniknąć głodu. Jednak pod presją klasy robotniczej Szwecja i Norwegia zbudowały silne, doskonale funkcjonujące gospodarki, które niemal wyeliminowały ubóstwo, rozszerzyły zasięg bezpłatnego szkolnictwa, zlikwidowały slumsy, zapewniły doskonałą powszechną opiekę zdrowotną i stworzyły system pełnego zatrudnienia. W odróżnieniu od Norwegii, Szwecja nie odkryła złóż ropy, ale to nie powstrzymało jej przez zbudowaniem czegoś, co ostatnia edycja „World Factbook” CIA nazywa „godnym pozazdroszczenia standardem życia”.

Żaden z tych krajów nie jest ideałem, o czym wiedzą czytelniczki i czytelnicy kryminałów Stiega Larssona, serii Mankela o Kurcie Wallanderze oraz Jo Nesbo. Krytyczne lewicowe autorki i autorzy starają się popychać Szwecję i Norwegię do przodu na drodze do bardziej sprawiedliwych społeczeństw. Jako amerykański aktywista, który po raz pierwszy znalazł się w Norwegii w 1959 roku podczas studiów i nauczył trochę jej języka i kultury, zachwyciłem się osiągnięciami tego kraju. Przypominam sobie, jak godzinami jeździłem na rowerze po ulicach małego, przemysłowego miasta, na próżno szukając budynków mieszkalnych w złym stanie. Czasem, opierając się dowodom, które widziałem na własne oczy, wymyślałem sobie historyjki, które „odpowiadały” za to, co widziałem: to przecież „małe państwo”, „homogeniczne społeczeństwo”, które osiągnęło „konsensus w kwestii wartości”. W końcu zrezygnowałem z nakładania własnych ram na te kraje i odkryłem prawdziwe powody: ich własne historie.

Wówczas zacząłem rozumieć, że społeczeństwa Szwecji i Norwegii zapłaciły cenę za taki standard życia. Swego czasu robotnice i robotnicy Skandynawii nie spodziewali się, że polityka parlamentarna może przynieść zmianę, w jaką wierzyli. Zorientowali się, że z 1% u władzy cała „demokracja” parlamentarna była wymierzona przeciwko nim. Tym, co pozwoliło na prawdziwą zmianę układu sił, była pokojowa akcja bezpośrednia.

W obu krajach do obrony interesów 1% wezwano wojsko, zginęli ludzie. Nagradzany szwedzki reżyser, Bo Widerberg, jaskrawo odmalował te wydarzenia w filmie „Ådalen 31”, opowiadającym historię strajkujących robotników i robotnic zamordowanych w 1931 roku oraz o wybuchu strajku generalnego.

Budowa jednolitego ruchu społecznego była trudniejsza w Norwegii, której niewielka populacja – około trzech milionów ludzi – była rozsiana na terytorium wielkości Wielkiej Brytanii, podzielona górami i fiordami, posługująca się regionalnymi dialektami w odosobnionych dolinach. W XIX wieku Norwegią rządziła najpierw Dania, później Szwecja; dla Europy Norweżki i Norwegowie byli „wiejskimi prostakami” bez wpływu na cokolwiek. Dopiero w 1905 roku Norwegia uzyskała niepodległość.

Na początku XX wieku robotnice i robotnicy zrzeszający się w związki zawodowe kierowali się zasadami marksizmu, zmierzając ku rewolucji, jak i doraźnej poprawie życia. Z radością przyjęli obalenie caratu, a Norweska Partia Pracy dołączyła do tworzonej przez Lenina Międzynarodówki Komunistycznej. Nie została tam jednak długo. Główny rozdźwięk pomiędzy norweskim ruchem robotniczym a leninowską strategią dotyczył stosunku do rozwiązań siłowych: Norweżki i Norwegowie chcieli wygrać swoją rewolucję poprzez kolektywną, pokojową walkę, tworzenie spółdzielni i parlamentarną reprezentację polityczną.

W latach 20. trwała intensywna walka strajkowa. W mieście Hammerfest w 1921 roku powstała pod przywództwem rad robotniczych lokalna władza robotnicza – komuna, jednak została ona zdławiona interwencją armii. Klasa robotnicza odpowiedziała strajkiem generalnym. Kapitał wspierany przez państwo złamał ten strajk, co z kolei doprowadziło do strajku pracowników przemysłu metalurgicznego w latach 1923-24.

Norweski 1% nie pokładał wszystkich nadziei w armii. W 1926 stworzył ruch nazwany Ligą Patriotyczną, składający się głównie z klasy średniej. W latach 30. Liga liczyła około 100 tysięcy osób – w kraju o populacji zaledwie trzech milionów! – które zajmowały się m.in. zbrojną obroną łamistrajków.

W międzyczasie Partia Pracy otworzyła się na wszystkich, bez względu na członkostwo w związku zawodowym. Osoby podzielające poglądy marksistowskie pochodzące z klasy średniej, reformiści, pracownice i pracownicy sektora rolnego, a także właściciele małych gospodarstw – wszyscy oni dołączyli do partii. Przywództwo partii rozumiało, że w przedłużającej się walce konieczne będzie ciągłe poszerzanie bazy członkowskiej i wciąganie kolejnych warstw społecznych do pokojowej kampanii. Kolejna fala strajków i bojkotów przetoczyła się w roku 1928, w okresie rosnącej polaryzacji.

W 1931 roku uderzył Wielki Kryzys, a bezrobotnych było więcej niż w jakimkolwiek kraju nordyckim. W odróżnieniu od amerykańskich związków zawodowych norweskie syndykaty nie usuwały członkiń i członków, którzy z racji utraty pracy nie mogli płacić składek. Ta decyzja opłaciła się i stała wkrótce fundamentem masowej mobilizacji. Gdy konfederacje przemysłowców dokonywały lokautów, próbując zmusić robotnice i robotników do zaakceptowania obniżki płac, związki odpowiedziały masowymi demonstracjami.

Wiele osób dowiedziało się, że ich kredyty hipoteczne są zagrożone (brzmi znajomo?). Kryzys trwał, rolnicy nie byli w stanie spłacać długów. Niepokoje uderzyły w regiony rolnicze, odbywały się pokojowe protesty przeciw wyrzucaniu rodzin z ich gospodarstw. Partia Chłopska, zrzeszająca większych posiadaczy ziemskich, wcześniej blisko związana z Partią Konserwatywną, zaczęła się dystansować od 1%. Można było zauważyć, że zdolność wąskiej elity do rządzenia masami zaczyna się chwiać.

W 1935 roku Norwegia znalazła się na krawędzi. Konserwatywny rząd codziennie tracił „prawowitość”; 1% był coraz bardziej zdesperowany, a wśród klasy robotniczej i rolników rosły bojowe nastroje. Radykalne skrzydło ruchu robotniczego przewidywało, że do całkowitego obalenia władzy może dojść w ciągu kilku lat. Jednak nędza społeczeństwa stawała się coraz bardziej paląca, a Partia Pracy odczuwała rosnący nacisk swoich członkiń i członków na ulżenie cierpieniom biednych. Mogła to zrobić wyłącznie poprzez objęcie rządów po zawarciu kompromisu ze stroną przeciwną.

Zawarto kompromis, który pozwolił właścicielom zachować i kierować swoimi przedsiębiorstwami. W tym samym roku powstał rząd Partii Pracy i Partii Chłopskiej. Rząd rozwinął gospodarkę poprzez rozpoczęcie robót publicznych wraz z polityką pełnego zatrudnienia, która stała się podstawą norweskiej polityki gospodarczej. Sukcesy Partii Pracy oraz bojowe nastawienie klasy robotniczej umożliwiły stały atak na przywileje 1%, doprowadzając do przejęcia części dużych firm przez państwo.

1% utracił w ten sposób swoją odwieczną dominującą pozycję ekonomiczno-społeczną. Przez następne trzy dekady konserwatyści nie brali udziału w rządach. W międzyczasie zaakceptowali nowe zasady gry: wysoki wskaźnik publicznej własności środków produkcji i sektora publicznego w gospodarce, mocno progresywne opodatkowanie, surowe regulacje rynku i prawie całkowite wyeliminowanie biedy. Gdy w końcu zaczęli mieć wpływ na podejmowanie decyzji, próbowali wykonać zwrot w stronę polityki neoliberalnej – wówczas nastał kryzys, a gospodarka zmierzała ku katastrofie (brzmi znajomo?).

Partia Pracy wkroczyła do akcji, wzięła pod lupę trzy największe banki, zwolniła czołowych menedżerów, zostawiła największych akcjonariuszy samym sobie. Mniejszym bankom odmówiła publicznej pomocy finansowej na kontynuowanie dotychczasowej polityki. Tak oczyszczony sektor finansowy, dokładnie regulowany i kontrolowany w dużej mierze przez państwo, był solidny i oparł się kryzysowi 2008 roku.

Chociaż Norwedzy i Norweżki zapewne nie opowiedzą wam tego przy pierwszym spotkaniu, to fakty pozostają faktami – wysoki poziom wolności i powszechnego dobrobytu zaczął się, gdy klasa robotnicza i rolnicy wraz z sojusznikami z klasy średniej rozpoczęli pokojową walkę, która umożliwiła rządy ludu dla wspólnego dobra.

George Lakey

Tłumaczenie Mateusz Trzeciak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej commondreams.org w styczniu roku 2012.

Globalizacja nocy

Globalizacja nocy

Gdy mowa o produkcji globalnej i migracji zarobkowej, prawdopodobnie wyobrażamy sobie przepływ osób pomiędzy biednymi a bogatymi częściami świata. Globalną siłę roboczą można jednak mobilizować i zatrudniać także w inny sposób – wprawdzie bez przemieszczania się osób, za to z nie mniej dotkliwymi skutkami dla ich życia. Takimi jak te związane z często półlegalnym wykorzystywaniem zagranicznych pracowników na stanowiskach niewymagających wysokich kwalifikacji. Amerykański socjolog A. Aneesh badał funkcjonowanie indyjskich call center, które oferują korporacjom transnarodowym usługi w zakresie telemarketingu oraz windykacji dla klientów z bogatej anglojęzycznej części świata. W ramach swych badań etnograficznych Aneesh zatrudnił się na parę miesięcy w jednym z call center w indyjskim mieście Gurgaon niedaleko New Delhi.

Wyszkoleni do przydatności

Tytuł książki Aneesha „Neutral Accent. How Language, Labor, and Life Become Global” (Neutralny akcent. Jak język, praca i życie stają się globalne, 2015) odnosi się do szkolenia językowego, które przechodzą kandydaci do pracy w call center. Większość z nich – często absolwentów uniwersytetów lub szkół wyższych – bez problemu porozumiewa się w języku angielskim. Muszą oni jednak oduczyć się indyjskiego akcentu i przyswoić akcent „neutralny”. Językoznawca może zaprotestować (tak jak zaprotestował socjolog Aneesh podczas swej pierwszej, nieudanej rozmowy kwalifikacyjnej), twierdząc, że neutralny akcent nie istnieje. Indyjskie call center jednak same go wymyślają, ponieważ potrzebują pracowników przydatnych do obsługi amerykańskich, brytyjskich i australijskich klientów. Gdyby wyszkolić ich w jednej wersji języka angielskiego, ich przydatność byłaby ograniczona. Dodatkowo pracownicy muszą sobie przyswoić realia geograficzne i kulturowe klientów zagranicznych na drugim końcu linii, żeby być dla nich odpowiednimi partnerami do rozmowy. Neutralizacja i naśladownictwo to w tym przypadku dwa podstawowe założenia komunikacji.

Wydawać by się mogło, że nie jest to rozpaczliwie ciężka praca. Dodajmy jednak, że indyjscy pracownicy muszą funkcjonować w strefach czasowych obsługiwanych klientów. Oznacza to, że pracują w nocy i śpią w ciągu dnia. Z powodu braku transportu publicznego do ośmiogodzinnej nocnej zmiany należy doliczyć jeszcze kilkugodzinne podróże do pracy, w większości organizowane przez pracodawcę, który wynajmuje w tym celu kierowców zwożących i rozwożących pracowników. Dochodzi przez to do dramatycznego rozdziału czasu aktywności pracowników z czasem aktywności ich rodzin i przyjaciół. Kontakty międzyludzkie są ponadto bardzo ograniczone także w ramach zespołu pracowniczego. Jak zaznacza Aneesh, oprócz pierwszych tygodni szkolenia językowego i kulturowego, podczas którego grupa kandydatów mogła się zaprzyjaźnić, czas pracy w call center wypełnia stresująca seria setek rozmów telefonicznych każdego dnia – pracownicy rozpoczynają jedną rozmowę za drugą, z klientami, którzy często w ogóle nie chcą z nimi rozmawiać. Wszelkie relacje społeczne w miejscu pracy kurczą się w ten sposób do wspólnego obiadu w stołówce o północy.

Aneesh spotkał w gronie swoich współpracowników także tych, którym takie wyrwanie z rodziny i otaczającego społeczeństwa względnie odpowiadało w ich sytuacji życiowej. O wiele częściej jednak swoją pracę postrzegali jako gwałtowne odseparowanie od siebie ekonomicznego, społecznego i biologicznego wymiaru własnej egzystencji. Takie życie podsumował jeden ze współpracowników Aneesha następująco: Wróci do domu, nie ma żadnego życia towarzyskiego. De facto jest martwym gościem. Swój własny stan podczas badania terenowego w roli pracownika call center autor opisuje jako permanentne uczucie jet lagu, połączenia braku snu i poczucia utraty związku ze światem zewnętrznym. Aneesh przedstawia przekonujący przegląd literatury poświęconej związkowi pomiędzy zdrowiem a chronobiologią człowieka, który dość jasno ukazuje, że nie jest dla nas obojętne to, kiedy śpimy, a kiedy czuwamy. Długotrwałe nocne czuwanie szkodzi ludzkiemu ciału przysposobionemu do trybu dziennego – między innymi podwyższa ryzyka zachorowań na raka, wystąpienia otyłości oraz innych problemów zdrowotnych. Obecnie Międzynarodowa Agencja Badania Raka (IARC) klasyfikuje pracę w godzinach nocnych jako potencjalny czynnik rakotwórczy.

Architektura algorytmu

Autor przypomina w tym kontekście historyczną walkę o ośmiogodzinny dzień pracy i pyta, dlaczego dzisiaj nie istnieje podobna mobilizacja proletariuszy przeciwko pracy w godzinach nocnych. Ekonomiczny, społeczny i biologiczny wymiar naszego życia uległy tak dalekiemu rozszczepieniu, że nie istnieje żadne wspólne pojęcie „dobrego życia”, żaden uniwersalny punkt, w imię którego można by taką walkę rozpocząć. Przeciwnie, od trzydziestu lat regulacje dotyczące pracy nocnej w skali całego globu ulegają rozluźnieniu.

Praca w godzinach nocnych i problemy ze snem na skutek stresu zawodowego nie dotyczą dziś wyłącznie obywateli tzw. Trzeciego Świata. Dwudziestoczterogodzinna gospodarka globalna ingeruje w rytmy biologiczne pracowników na całej kuli ziemskiej. Negatywnych skutków nie rozwiązuje się poprzez zmianę warunków pracy, lecz farmakologicznie – za pomocą środków nasennych (w Stanach Zjednoczonych w 2005 r. wypisano 43 miliony recept na tego typu leki) oraz przez opracowanie procedur czyniących pracę nocną bardziej efektywną (np. podawanie regularnych dawek kofeiny albo stosowanie mocnego, bezpośredniego oświetlenia). Krytyczne ustalenia chronobiologii są najczęściej wykorzystywane na rzecz kapitalizmu, a nie w ramach oporu przeciwko niemu.

Aneesh koncentruje się jednak nie tylko na pracownikach call center, ale również na adresatach na drugim końcu linii. Kluczową rolę w telemarketingu odgrywają bowiem algorytmy, które wybierają „odpowiednie” numery telefoniczne na podstawie dostępnej bazy danych. Autor poświęca cały rozdział opisowi „algorytmokracji” (algocracy) czy też „władzy algorytmicznej”, która jego zdaniem w coraz bardziej zasadniczy sposób panuje nad naszym życiem. W odróżnieniu od biurokracji, kontrolującej zachowania poprzez socjalizację, wpajanie zasad i karanie za ich przekraczanie, algorytmokracja kształtuje środowisko, w którym zachowujemy się zgodnie z zaprowadzonymi normami, a nawet nie musimy ich znać. Przede wszystkim zaś nie możemy ich przekroczyć. Zostały one wprogramowane bezpośrednio w architekturę naszego świata lub, inaczej mówiąc, świat został wprogramowany w nie same. Możemy wprawdzie próbować dbać o swoje facebookowe, kredytowe i inne tożsamości nieustannie przeliczane przez algorytmy, zapewniając sobie przyszłość w systemie zer i jedynek. Jak jednak ostrzega John Naughton, algorytmy są dla większości z nas black boxami, czarnymi skrzynkami, o których nie wiemy, jak funkcjonują – i za które często nikt nie jest odpowiedzialny.

Niezbyt obszerna książka amerykańskiego etnografa płynnie łączy historie konkretnych osób, w tym samego Aneesha, z diagnozami z obszaru nauk społecznych i przyrodniczych. Oferuje niezwykłe spojrzenie ze stołówki indyjskiego call center na szybko globalizujący się świat. Autor przedstawia krytyczną analizę neutralności rozumianej jako obojętność wobec różnic stref czasowych, dnia i nocy, językowej specyfiki i sposobów życia. Co do płaszczyzny wspólnego oporu przeciwko dyktatowi korporacyjnej nocy, pozostaje jednak sceptyczny.

Tereza Stöckelová

Przekład: Krzysztof Kołek

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie A2larm.cz – czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”. Przedruk za zgodą autorki.

Ślepa uliczka tyranii większości

Konflikt pomiędzy różnymi obliczami demokracji przebiega nie tyle pomiędzy liberalnymi i nieliberalnymi wersjami tego ustroju, co wzdłuż dwóch odmian stylu rządzenia: monopolistycznego oraz opartego na porozumieniu. Historia najnowsza naszego regionu pokazuje, że modele zbudowane na dominacji jednej grupy przynoszą per saldo więcej strat niż zysków.

W sporze zwolenników oraz przeciwników zmian w funkcjonowaniu głównych instytucji państwa, wprowadzanych przez rząd wyłoniony po ostatnich wyborach parlamentarnych, część publicystów i komentatorów twierdzi, że panująca w Polsce od prawie ćwierćwiecza epoka demokracji liberalnej ma się ku końcowi. Tego rodzaju opinie podzielają zarówno ci pozytywnie nastawieni do lansowanej przez PiS idei „dobrej zmiany”, jak i jej gorący przeciwnicy. Obydwie grupy mają istotną trudność w zdefiniowaniu terminu, którym z taką chęcią się posługują. Stronnicy sejmowej większości z pewną, mało skrywaną, satysfakcją nadają pojęciu „liberalna demokracja” cechy pejoratywne, a szeroko pojęta opozycja widzi w nim bezdyskusyjny „wzorzec z Sèvres”.

Gorąca dyskusja na temat pożądanego przez polskie społeczeństwo modelu ustrojowego, tocząca się na przełomie 2015 i 2016 roku, wydaje się więc tyleż emocjonalna, co intuicyjna.

Zaczął Orbán czy Žižek?

Sympatycy „dobrej zmiany” z dużą dozą sympatii patrzą na politykę sprawującego władzę już drugą kadencję (a trzecią w całym swoim politycznym życiorysie) premiera Węgier Viktora Orbána. Wielu obserwatorów europejskiej i globalnej polityki stawia naddunajski kraj za przykład „demokracji nieliberalnej”. Utwierdzają w tym słowa samego lidera FIDESZ-u, który przy wielu okazjach zwracał uwagę, że liberalna demokracja nie jest jedyną odmianą ustroju, jaki zgodnie z greckim źródłosłowem oznacza władzę ludu. Warto zwrócić uwagę, że przy okazji ilustrowania swojej tezy konkretnymi przykładami Orbán wspomina takie kraje, jak Rosja, Chiny, Singapur, Brazylia, Japonia czy Indie. Formalnie rzeczywiście łączą je konstytucyjne zapisy stwierdzające demokratyczną formułę sprawowanych tam rządów. Niemniej, zupełnie inne ramy funkcjonowania ustrojowego mają zróżnicowane etnicznie, religijnie i społecznie Indie oraz Brazylia, zachowujące (mimo licznych problemów) instytucjonalnie bliską cywilizacji zachodniej formę rządów. Jeszcze inną – Japonia i Singapur (nazywane czasem „demokracjami dyscypliny i porządku”), a zupełnie odmienną – autorytarna Rosja i monopartyjne Chiny.

Lepiej od Orbána próbują definiować demokrację nieliberalną inni politycy węgierscy. Minister gospodarki Mihály Varga stwierdził, że demokracja liberalna to przede wszystkim rządy dominacji globalnego kapitału, drenujące małe kraje i przekształcające je w neokolonialne peryferia. Przeciwstawienie się takiemu ustrojowi należałoby jego zdaniem oprzeć na kombinacji keynesowskiej polityki pełnego zatrudnienia oraz „narodowego kapitalizmu”, zakładającego akumulację miejscowego kapitału i pobudzenie innowacyjności krajowej gospodarki. W takim ujęciu mamy do czynienia z utożsamieniem demokracji liberalnej z neoliberalnym modelem ekonomiczno-społecznym, masowo przyjętym po zakończeniu zimnowojennego podziału świata przez wiele krajów Europy Środkowej, Ameryki Łacińskiej i Azji. Jego wcieleniem jest tzw. konsensus waszyngtoński, opierający się na szerokim otwarciu rynków krajowych dla międzynarodowych inwestorów, prywatyzacji państwowej własności i deregulacji, skutkującej wycofywaniem się państwa z aktywnej roli w gospodarce, oraz na likwidacji protekcjonizmu i barier w handlu zagranicznym.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, Węgrzy nie są w Europie Środkowej pionierami w krytyce liberalnej demokracji. Znany filozof Slavoj Žižek już w 2001 roku w książce „On belief” (wydanej po polsku siedem lat później pod tytułem „O wierze”) ocenił, że współczesna demokracja liberalna to w istocie anemiczna ideologia polityczna pławiąca się w teoretycznych konstruktach w rodzaju „wolności” lub „praw człowieka”, wszystkich służących do maskowania kontroli, którą system ten osiągnął nad własnymi apologetami, powodując ich coraz głębsze zniewolenie. Opinia myśliciela rozumiana wulgarnie może stanowić element politycznego credo zarówno prawicowego, jak i lewicowego radykała, widzących w libertyńskim lub drobnomieszczańskim humanizmie i politycznie poprawnym koncyliaryzmie demokracji zachodniej dowód zepsucia współczesnej cywilizacji.

Spod warstwy ostrych słów przebija jednak inna intencja autora, którą jest nie tyle promowanie rozwiązań autorytarnych czy nawet totalitarnych (intuicyjnie wydających się znajdować na przeciwnym biegunie niż demokracja liberalna), co próba udowodnienia, że złudzeniem jest, promowana po 1989 roku, wizja liberalnego „końca historii” wraz z towarzyszącą mu depolityzacją życia publicznego. W eseju „Witajcie na pustyni rzeczywistości” Słoweniec stwierdził, że główna linia podziału we współczesnym świecie przebiega pomiędzy nowoczesną post-polityką i ekstremistyczną, prawicową repolityzacją. Przy użyciu przewrotnej argumentacji Žižek wydaje się bronić niestroniącej co prawda od konfliktów, ale potrafiącej dbać o dobro wspólne oświeconej demokracji, opartej na debacie i niełatwym kompromisie. Demokracji wcielanej w życie chociażby za czasów „wielkiego powojennego konsensusu” (great post-war consensus) w Wielkiej Brytanii, datującej się od czasów rządów gabinetu Clementa Attlee (1945-51), aż po premierostwo Jamesa Callaghana (1976-79), rządów IV i V Republiki we Francji aż do końca lat 80., modelu socjalnej gospodarki rynkowej w RFN czy w końcu demokracji włoskiej aż do czasów pojawienia się Silvio Berlusconiego.

Žižek w heglowskim stylu chce przezwyciężyć liberalną demokrację, aby ją ponownie zrozumieć i ochronić jej podstawową substancję. Słabością tego ustroju nie są dla niego zbytnia proceduralność lub konsensualizm, ale ukryta przemoc i dominacja, kryjące się za liberalną narracją pozornej zgody wszystkich ze wszystkimi. Całkiem otwarta przemoc towarzyszy (bo nie musi się już przecież ukrywać za parawanem liberalnych formuł) narracji autorytarnej. Liberalna demokracja ukrywająca konflikty i różne formy autorytaryzmu są więc w istocie dwiema stronami tego samego medalu. Analogicznie rzecz ujmując, dyktatorzy głoszący swoją niezależność od zglobalizowanego świata i hegemonii Zachodu, stanowią krzywe, a niekiedy tragikomiczne odbicie agresywnych międzynarodowych korporacji i imperialistycznej dominacji.

Lijphart i lekcja słowacko-chorwacka

Dość swobodne intuicje Žižka w nieoczekiwany, choć nad wyraz empiryczny sposób potwierdził wybitny holenderski politolog i badacz systemów partyjnych Arend Lijphart. W klasyfikacji systemów demokratycznych narodzonych w Europie Środkowo-Wschodniej po 1989 roku wyróżnił cztery zasadnicze modele: demokrację formalną, elitarną, autokratycznej większości (tyrannnical majorities) oraz demokrację upartyjnioną.

W przypadku demokracji formalnej mamy do czynienia z ustrojem sprowadzonym do fasadowych rytuałów i martwych zapisów prawnych. Nie istnieje w nim konkurencja wolnych sił (Rosja putinowska). Demokracja elitarna to rządy konkurujących ze sobą grup oligarchicznych, monopolizujących politykę, stanowienie prawa i gospodarkę (Ukraina w czasach prezydentury Leonida Kuczmy, większa część krajów poradzieckich, Serbia w epoce Miloševića). Demokracja autokratycznej większości to z kolei dość rozpowszechniony przypadek. Ma on zarówno swoje warianty łagodne, charakteryzujące się brakiem skłonności rządzącej większości do konsensusu politycznego z opozycją i niechęcią wobec ponadpartyjnego ustalenia racji stanu danego państwa. Jednak istnieją także przykłady bardziej drastyczne, gdy rządzący z góry odrzucają wszelki kompromis z politycznymi przeciwnikami, odmawiają im partycypacji w mechanizmach kontroli władzy, dyskryminują w dostępie do mediów publicznych oraz przedstawiają jako siły szkodliwe dla sformułowanej przez grupę rządzącą racji stanu. Z tego typu działaniami mieliśmy do czynienia za czasów rządów Vladimira Mečiara na Słowacji (1994-98) oraz w Chorwacji w latach prezydentury Franjo Tudjmana (1990-1999).

W pierwszym z tych krajów nowa rządząca większość na pierwszym posiedzeniu parlamentu, podczas trwającej całą noc sesji, wymieniła ponad 40 osób stojących na czele różnych instytucji państwowych, m.in. szefa Najwyższej Izby Kontroli, prokuratora generalnego, kierownictwo państwowego radia i telewizji wraz z członkami rad nadzorczych, i nie pozwoliła, żeby jakikolwiek z posłów opozycji stanął na czele komisji parlamentarnych. Przez cały okres sprawowania władzy przez koalicję przewodzonej przez Mečiara, rząd pozostawał w ostrym konflikcie z prezydentem Mihalem Kováčem oraz prezesem Trybunału Konstytucyjnego, kwestionując niemal wszystkie posunięcia polityczne ówczesnej głowy państwa oraz usiłując wpływać na najwyższy urząd orzekający o zgodności ustaw z konstytucją, aby ten ograniczał i tak wątłe prawa opozycji parlamentarnej.

Z kolei w Chorwacji rządząca partia, z której wywodził się prezydent, usiłowała metodami administracyjnymi hamować aktywność opozycji w strukturach samorządowych oraz mediach publicznych. Sam Tudjman używał, szczególnie w ostatnich latach swoich rządów, dość ostrego języka pod adresem opozycyjnych stronnictw, twierdząc, że podobnie jak w XIX wieku, są one klientami Budapesztu, Wiednia i Stambułu i wszystkich wielkich tego świata, którym nie podoba się niepodległa Chorwacja. (za: I. Radoś, Tudjman izbliza, Zagreb 2005).

W obydwu przypadkach Bratysława i Zagrzeb znalazły się w połowie lat 90. na peryferiach polityki globalnej, a elity zarządzające nimi w sposób zbliżony do autorytarnego musiały oddać władzę ugrupowaniom odwołującym się w swojej praktyce politycznej do bardziej demokratycznych i otwartych na porozumienie strategii sprawowania władzy.

Typowy dla młodych demokracji pozostaje ostatni w tej klasyfikacji model demokracji upartyjnionej. Scenę polityczną cechuje spore rozdrobnienie i konieczność zawierania nietrwałych porozumień koalicyjnych, skutkujących przewlekłymi tarciami oraz częstą zmianą rządów. Ten stan panował na początku transformacji na Węgrzech, w Polsce (czasowo powracając w latach 2006-2007 podczas rządów trójkoalicji PiS-Samoobrona-LPR), krajach nadbałtyckich, Słowenii, Czechach, Rumunii, Albanii oraz Serbii i Chorwacji po 2000 roku.

Klątwa tyranii większości

Z klasyfikacji Lijpharta widać jasno, że poważnymi zagrożeniami dla młodych demokracji są monopolistyczne modele elitarnej i autokratycznej większości. Polska również nie jest wolna od tego zagrożenia, choć przejawia się ono w sposób dużo bardziej subtelny niż w Słowacji i Chorwacji w latach 90. Dotyczy ono przede wszystkim zamkniętej formuły rządzenia państwem i awansu społecznego w jego ramach. Przez wiele lat ograniczała się ona do elit wchodzących do polityki przy Okrągłym Stole oraz do ich spadkobierców. Podczas dwóch kadencji rządów koalicji PO-PSL miał miejsce proces marginalizowania opozycji oraz lekceważenia pozaparlamentarnych inicjatyw społecznych (osobny problem to pytanie, na ile stanowił on efekt słabości organizacyjnej i merytorycznej ówczesnych adwersarzy rządu). Prowadziło to w znacznym stopniu do odczuwalnego osłabienia poziomu debaty i kultury politycznej, faktycznego braku obiektywnej dyskusji o poważnych problemach związanych z przyszłością i modernizacją kraju (kwestie demograficzne, reformy emerytalnej, OFE, górnictwa i energetyki, zagadnienia polityki międzynarodowej i roli Polski w strukturach międzynarodowych). Rządzący oskarżali opozycję o działania niekonstruktywne, a opozycja rządzących – o zawłaszczanie państwa i naginanie prawa. Tego rodzaju „klątwa” w sposób zwielokrotniony przeszła na nowe władze wyłonione w wyborach powszechnych w ubiegłym roku decyzją większości głosujących. Przesadna polaryzacja promowana przez wielu polityków PiS i sprzyjających im ludzi mediów, sugerująca, że popieranie tej partii jest wyborem aksjologicznym i patriotycznym, prezentowanie drugiej strony (lub stron) konfliktu jako ogłupionych „lemingów” bez tożsamości i korzeni, powtarzające się wykorzystywanie i interpretowanie prawa zgodnie z interesem grupy znajdującej się aktualnie u władzy, nietypowy, „nocny” styl stanowienia i wykonywania prawa, lekceważenie konstytucyjnych organów państwa itp. wskazują, że polskie elity, niezależnie od politycznych barw, wciąż nie są w stanie wyzbyć się ciągot do tworzenia rządów autorytarnej większości.

Historia dojrzałych demokracji zachodnich oraz dzieje regionu wskazują, że zmienne preferencje elektoratu nie dają mandatu do budowy państwa konfrontacyjnego, niechętnego dialogowi społecznemu, wyśmiewającego głos opozycji i odrzucającego mozolne rozwiązywanie problemów przekraczających granice partyjne. Państwo autokratycznej większości, podobnie jak oparta na fałszywej zgodzie, niewłaściwie rozumiana liberalna demokracja, to dwie strony tej samej fałszywej monety. Zamiast walczyć z „komunistami i złodziejami” oraz „rodzącą się nową dyktaturą”, rządzący i opozycja powinni w zdrowych ramach politycznego sporu współtworzyć kulturę służącą rozwojowi społeczeństwa w złożonych warunkach ponowoczesności.