Państwo obywatelskie

Znajomy opowiedział mi ostatnio znamienną, choć zwykłą historię. Po całym tygodniu ciężkiej pracy obudził się w sobotę rano o 2 godziny wcześniej niż zamierzał, bo zza ściany dobiegała bardzo głośna muzyka. Po kilku godzinach cierpliwego znoszenia hałasu wybrał się z wizytą do sąsiedniego mieszkania, które na co dzień stoi puste. Zastał tam grupę nastolatków, ewidentnie pijaną. Na jego prośbę o nieco spokojniejszej i mniej dokuczliwe dla sąsiadów zachowanie, usłyszał, że nie ma przecież ciszy nocnej, a w ogóle to o­ni są u siebie i mogą robić co chcą. Zza zatrzaśniętych mu przed nosem drzwi usłyszał jeszcze, że ma spier…

Po kolejnych kilku godzinach zatelefonował do straży miejskiej, by zapytać, co w takiej sytuacji należy zrobić. Usłyszał, że to sprawa dla policji. Gdy zadzwonił na pobliski komisariat, dowiedział się od dyżurującego pracownika, że zrobić nie można nic. Po prostu nie ma jeszcze ciszy nocnej, a polskie prawo nie przewiduje ponoć interwencji, gdy ktoś hałasuje w biały dzień w swoim prywatnym mieszkaniu, nawet jeśli za cienką ścianą jest inne mieszkanie. Gdy zapytał policjanta, czy w takim razie ma w uciążliwym hałasie czekać aż wybije godzina 22., usłyszał, że niestety właśnie tak to wygląda. Trwająca od 9. rano impreza zakończyła się właśnie o 22. – widocznie jej uczestnicy mieli wprawę w takim folgowaniu swoim zachciankom, aby nie ponieść za to żadnej odpowiedzialności.

W „Gazecie Wyborczej” opublikowano niedawno artykuł o osobnikach, którzy na motocyklach crossowych rozjeżdżają leśne drogi i trasy turystyczne m.in. w Gorcach. Jest to zakazane, ale nikt nic sobie z przepisów nie robi. Zmotoryzowani wandale odstraszają turystów z górskich schronisk i gospodarstw agroturystycznych, płoszą zwierzęta, a niedawno jeden z nich śmiertelnie potrącił wędrującego piechura-miłośnika gór. Co na to policja? Ano nic, tzn. tłumaczy, że nie ma środków, że motocykliści są nieuchwytni, że brakuje przepisów jednoznacznie regulujących te kwestie, a poza tym motory były, są i będą, a ludzie lubią jeździć po bezdrożach, bo to większa frajda niż na „cywilizowanym” torze wyścigowym.

Wedle policji, sprawców wykryć się nie da – albo odkręcają rejestracje, albo gdy ktoś zrobi zdjęcie pędzącemu motocyklowi, jego właściciel tłumaczy później, że pożyczył komuś pojazd, niestety nie pamięta komu. Tymczasem dziennikarz bez trudu dotarł do członków klubu motokrosowego, którzy nie chcieli na potrzeby artykułu podać personaliów, ale w rozmowie przyznali, że owszem, nielegalnie jeżdżą po lasach.

Inna ciekawa kwestia wynikła z badań ankietowych w środowisku lekarskim. Miały o­ne wyjaśnić, jaka jest skala i przyczyny łapówkarstwa w publicznej służbie zdrowia. Wniosek główny z badań brzmiał tak: lekarze biorą łapówki, bo są przekonani, że zarabiają za mało. I co? I nic. Czasem aresztowany zostanie jakiś lekarz, który wziął tzw. kopertę. Mówi się o tym przypadku przez kilka dni, a w tym czasie setki jego kolegów nadal przyjmują łapówki. Państwo znowu jest bezradne. Policja nie wie tego, co wiedzą wszyscy pacjenci (że bez koperty nic nie wskórasz) oraz wszyscy sąsiedzi konowała (że za mizerną pensję nie kupi się luksusowego auta).

Pamiętam jak policja wezwana do nocnej ulicznej awantury, przyjechała po godzinie. Zanim raczyła się zjawić, wybito trzy szyby w oknach, jedną w samochodzie, dotkliwie poturbowano trzech mężczyzn i dwie kobiety, wyrwano ze snu kilkaset osób. Mój sąsiad, który jako pierwszy zadzwonił na komisariat, stwierdził, że następnym razem nie będzie się fatygował, bo nie ma to przecież żadnego sensu… Ale nie myślcie sobie, że stróże prawa tak prostu i ordynarnie nic nie robią. O nie. Ostatnio w mediach było głośno o tym, że policja odwiedza mieszkańców różnych miast i konfiskuje im komputery zawierające pirackie oprogramowanie czy takież filmy lub muzykę. W jednej z gazet pan sierżant tłumaczył, że choć jest to bardzo czasochłonne, to „jego ludzie” śledzą tych, którzy w sieci P2P wymieniają się plikami. Policja ma więc czas i środki, aby ścigać czyny zupełnie nieszkodliwe społecznie oraz pilnować interesów prywatnych koncernów, które nie potrafią stworzyć skutecznych zabezpieczeń swojej własności. Nie ma natomiast woli i możliwości, aby zająć się facetem, który w środku nocy bije żonę i sąsiadów, demoluje wszystko, co jest w zasięgu ręki i wydziera się na całą dzielnicę.

Jasne, można to częściowo wytłumaczyć brakiem środków finansowych – jesteśmy wszak krajem ubogim. Ale główna przyczyna jest inna. Temu państwu, tzn. jego wysokim urzędnikom i podległym im „budżetowcom” po prostu nie chce się załatwiać jakichkolwiek problemów. Oni nie są od tego. I te panienki, które na studiach uczyły się na pamięć, zdawały egzaminy na piątkę, a na drugi dzień nic nie pamiętały, ale dziś są nauczycielkami. I ci lekarze, którzy nie mają czasu na dokształcanie się, za to chętnie podróżują do Egiptu za pieniądze firm farmaceutycznych. I kolejarze, którzy sprawdzając bilety nie potrafią używać słów „dzień dobry” i „dziękuję”. I doktoranci, którzy od bardziej utytułowanych kolegów przepisują bibliografie do swoich rozpraw oraz metodą „kopiuj – wklej” tworzą artykuły do kolejnych prac zbiorowych, by ich pozycja w środowisku wzrosła. I ci policjanci, którzy ważą z setkę, a na służbie przechadzają się leniwym krokiem tam, gdzie przestępstw i wykroczeń jest od lat najmniej. Im wszystkim we własnym mniemaniu należy się umowa na czas nieokreślony, co najmniej 3 tysiące na rękę, miesiąc albo dwa urlopu rocznie, no i oczywiście trzynasta pensja, a najlepiej jeszcze służbowe wdzianko i zwrot kosztów dojazdu do pracy.

Tak, wiem, oczywiście są też dobre nauczycielki, porządni lekarze, uprzejmi kolejarze, doktoranci-pasjonaci i wysportowani policjanci. Znam takie osoby, więc nie chodzi tu o krzywdzące generalizacje. Ale nawet, gdy komuś „chce się chcieć”, to jego zwierzchnicy robią co mogą, aby wybić mu z głowy takie fanaberie. Nic dziwnego, wiadomo przecież, że jeden mały poruszony kamyk może wywołać lawinę. Dlatego równa się w dół, nigdy w górę. Pracują nad tym ministerstwa, ustawodawcy, organa kontrolne i szczebel kierowniczy. W takich np. szkołach ważniejsze jest, czy nauczyciel opanował tworzenie tabelek w Excelu i wypełnianie ich biurokratycznym bełkotem niż to, czy zamiast „Pani Domu” lub „Auto Świata” czytuje z własnej, nieprzymuszonej woli Platona, Kotarbińskiego i Habermasa.

Bynajmniej nie kwestionuję sensu istnienia rozbudowanego sektora publicznego, a bolączek państwowych instytucji nie chciałbym rozwiązać przez zastąpienie ich usługami wolnorynkowymi. Wręcz przeciwnie – uważam, że jednym z głównych zadań państwa i sensem jego istnienia jest oferowanie swoim obywatelom na równych zasadach dostępu do podstawowych usług, szczególnie tam, gdzie podmioty prywatne nie widzą interesu w ich świadczeniu. Tyle tylko, że sektor publiczny, który działa w fatalny sposób, jest najlepszą antyreklamą samego siebie, za to całkiem dobrze zachęca zmęczonych i zdegustowanych obywateli do wychwalania wolnego rynku. Jasne, bylejakość i lenistwo nie są problemem tylko tego sektora. Zdarzają się w prywatnych firmach, a tzw. organizacje pozarządowe są wręcz wylęgarnią cwaniactwa, kumoterstwa i nieróbstwa. Jednak ktoś, kto pracuje źle w prywatnej firmie, szkodzi głównie jej. Leń czy kombinator, zatrudniony przez państwo, uderza natomiast bezpośrednio w jego autorytet.

W Polsce podstawowym problemem wcale nie są niskie nakłady na „budżetówkę”, lecz korozja etosu służby publicznej. Gdy mowa o finansach, trzeba dodać dwie rzeczy. Owszem, polski nauczyciel czy pielęgniarka zarabiają niewiele. Są to pensje z pogranicza wegetacji, a w wielu profesjach uniemożliwiają o­ne faktyczny rozwój zawodowy (np. zakup książek czy wyjazdy szkoleniowe). Ale na tle ogółu polskich pensji wcale nie jest to grupa jakoś szczególnie pokrzywdzona. Tyle samo zarabiają osoby równie dobrze wykształcone i ciężko pracujące w sektorze prywatnym, a przy tym ich stabilizacja zawodowa jest na ogół znacznie mniejsza, zaś różnorakie przywileje branżowe – żadne. I wszyscy mają tego świadomość. Pracownicy „budżetówki” chętnie narzekają na wysokość zarobków, ale jakoś nie widać, by z tego środowiska rekrutowały się tłumy chętnych do zarabiania – podobno tylko czekających na ich rozliczne talenty i geniusz – kokosów na wolnym rynku. Nie, nie zamierzam wcale kwestionować sensu walki o przyzwoite pensje, ani napuszczać „państwowych” na „prywatnych” – wiem natomiast, że poza budżetówką wcale nie zarabia się wiele, a warunki pracy są tam często znacznie gorsze.

Druga kwestia dotyczy analogii międzynarodowych. Owszem, nauczyciel czy lekarz w krajach Zachodu zarabiają proporcjonalnie więcej niż ich koledzy z Polski, mają wyższą pozycję społeczną i cieszą się prestiżem. Ale jednocześnie wymaga się od nich nie tylko wysokich kwalifikacji i dokształcania się, lecz także entuzjazmu i zapału do pracy. Mój znajomy niemiecki nauczyciel twierdzi, że aktywny udział w zupełnie pozaszkolnym życiu społeczno-kulturalnym swojego miasteczka, choć nie wpisano go w oficjalną umowę o pracę, dla niego i jego zawodowych znajomych jest czymś oczywistym. Gdy natomiast widzę znudzone i pyszałkowate zarazem gęby liderów Związku Nauczycielstwa Polskiego czy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, którzy jak katarynka „grożą eskalacją protestów”, to jedno wiem na pewno: żadne podwyżki nie załatwią problemu, bo do dziurawego dzbanka można wlać choćby i cysternę wody, a o­n i tak pozostanie pusty. Nic nie pomogą „wyższe podatki dla bogaczy” i większe nakłady na sferę budżetową, jeśli nie zmieni się myślenie o dobru wspólnym i interesie społecznym – zamiast polityki lewicowej czy „socjalnej” wyniknie z tego wyłącznie farsa i kompromitacja takich ideałów. Twierdzenia, że lekarze przestaną brać łapówki, gdy im się „godziwie” zapłaci, można włożyć między bajki – co najwyżej kupią sobie lub swoim dzieciom większy dom czy bardziej luksusowy samochód.

Ciśnie się na usta pytanie: jak można szanować to państwo i utożsamiać się z nim? Gdyby o­no, biedne i słabe, sterane przez zabory, wojnę i komunę, nie potrafiło nas obronić np. przed inwazją potężnego imperium, tak jak w 1939 r. uległo hitlerowcom, wybaczyłbym mu bez chwili wahania. Jeśli padłoby ofiarą międzynarodowych spekulantów lub oligarchicznych instytucji pokroju Światowej Organizacji Handlu – uczyniłbym podobnie. Nie mam też do niego żalu, że nie zapewnia nam takiego socjalu jak w Niemczech, czy takiej służby zdrowia jak w Norwegii. Ale ani trochę zrozumienia nie mam dla państwa, które nie potrafi uciszyć gówniarzy zakłócających spokój kilkunastu rodzinom zamieszkującym tę samą klatkę schodową. Państwo, które ustami swego funkcjonariusza, opłacanego z naszych podatków, serwuje obywatelom smętne wymówki i kretyńskie frazesy zamiast sprawnego rozwiązania błahego problemu, nie ma racji bytu.

Zanim zacznie się po raz kolejny pouczać ludzi, że powinni chodzić na wybory, rzetelnie płacić podatki i wracać z Irlandii do ojczyzny, wypadałoby ich przekonać, że ma to jakikolwiek sens. Nie wielkimi hasłami, nie obietnicami kilku milionów mieszkań, nie reklamowymi spotami i billboardami, lecz załatwieniem kilku najprostszych spraw. I proszę mi nie mówić, że to obywatele powinni najpierw „coś z siebie dać”, że nie powinniśmy pytać, co Polska zrobiła dla nas, lecz co my możemy zrobić dla Polski, że ziarnko do ziarnka, i tak dalej. Owszem, dobre społeczeństwo i sensowne państwo należy budować nie tylko od góry, ale także od dołu. Sęk w tym, że dzisiaj takie ideały często oznaczają po prostu marnowanie czyjejś pracy, czasu i nadziei, a społecznikostwo okazuje się frajerstwem i waleniem głową w mur. W takich przypadkach oddolna działalność traci sens – państwo stworzyło dla niej warunki, w których nie przetrwałby nawet kaktus.

Zamiast opowiadać farmazony o społeczeństwie obywatelskim, weźcie, drodzy decydenci, ruszcie głową i tyłkiem, i zróbcie tu najpierw państwo obywatelskie. To znaczy takie, które swoimi obywatelami i ich bolączkami interesuje się nie tylko za pośrednictwem formularza PIT i okienka w ZUS-ie.

Prawda was zniewoli?

A także nad tym, czy ujawnianie faktów, dotyczących współpracy części duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej jest prawdą, która wyzwala, czy sidłami, w które pochwycono tę instytucję.

Kościół rzymskokatolicki jest zbyt ważny dla ogólnospołecznego porządku, by zamieszanie, jakie dotyka go za sprawą coraz skrupulatniejszego badania „białych plam” z najnowszej historii Polski traktować jako dotyczące jedynie zadeklarowanych katolików. Pomijając fakt, że teczki i kwity na ludzi Kościoła znakomicie poprawiają nastrój antyklerykałom, budząc równocześnie rozterki moralne, konflikty i niepokoje wśród samych katolików, trzeba zapytać: co dzieje się z instytucją, z której tradycją i nauczaniem Polacy wydają się być związani na dobre i złe? Co powoduje, że katoliccy, świeccy publicyści, a także część osób duchownych tak radykalnie występują przeciw postawie własnej hierarchii?

Sądzę, że kwestia lustracji jest w ich opisie raczej katalizatorem, niż sednem problemu. Posługując się pewnym uproszczeniem: spór między aktywną na niwie publicznej, społecznie zaangażowaną katolicką inteligencją (za jej przedstawiciela uznaję zarówno ks. Isakowicza-Zaleskiego, jak Piotra Semkę czy Pawła Milcarka, naczelnego pisma „Christianitas”) a kościelnymi urzędnikami jest przykładem konfliktu między tymi, którzy uważają się za obrońców czystości, prostoty, jednoznaczności nauczania zawartego w Ewangelii a tymi, którzy strzegą przede wszystkim kościelnej „racji stanu”, utożsamianej z hierarchią, bronią pozycji, która uległa zakwestionowaniu za sprawą dwuznacznej sytuacji osób wysoko postawionych w polskim Kościele. Gdy jedni mówią o osobistej odpowiedzialności poszczególnych hierarchów i tzw. kościelnych autorytetów za niegdysiejsze uwikłania, drudzy przypominają o procedurach, komisjach, niespiesznym trybie pracy kościelnych instytucji, decyzjach Watykanu i wypowiedziach papieża o „aroganckich sędziach przyszłości”.

Obie strony uważają, że chcą dobrze dla Kościoła i obie swoje racje z tym dobrem utożsamiają. Tym pierwszym o tyle łatwiej przychodzi krytyka, że nie dźwigają na sobie brzemienia tak znacznej władzy, obciążonej mnóstwem czysto ludzkich, prozaicznych zależności. Tym drugim o tyle łatwiej przychodzi ignorować, zbywać i odwlekać odpowiedź na zarzuty, że przyzwyczajeni są do takiego modelu sprawowania funkcji, w którym wysoko postawionym urzędnikom kościelnym okazuje się daleko idącą czołobitność. Długo nie byli oni również wystawiani na bezpośrednie głosy krytyki w takim stopniu, jak świeccy urzędnicy państwowi. Ale rosnąca nieufność i rozgorączkowanie Ludu Bożego kwestionuje ten „bizantyński” sposób sprawowania władzy przez hierarchów, burzy spokojne życie za bramą kurii, biskupich pałaców, zamkniętych dla Ludu Bożego sal konferencyjnych Episkopatu. I nie tyle przeszkadza tu sam sposób sprawowania urzędów, co podejrzenie, że służy on złym celom.

Za sprawą lustracji duchownych hierarchowie Kościoła w Polsce jak nigdy wcześniej przekonują się na własnej skórze, że w demokratycznym państwie nawet obywatele w sutannach i purpurze muszą liczyć się z niepochlebną oceną ze strony innych obywateli, z bezpardonową postawą mediów, z radykalizmem sądów wypowiadanych przez opinię publiczną. Gdy w kościele jedni stoją za ołtarzem, drudzy w ławkach – nie wypada stawiać pewnych zarzutów; świętość miejsca wzmaga poczucie tabu. Ale świecka przestrzeń, choćby medialna, nie stawia już takich symbolicznych barier. Coraz trudniej zatem przychodzi duchownym schować się za instytucjonalnym parawanem, skoro na forum publicznym wypowiadają się wierni, na światło dzienne wyciągając to, co bezpiecznie miało spoczywać w cieniu. Trudno też o stu procentowe posłuszeństwo przełożonym, gdy w stronę księdza lub zakonnika zewsząd wyciągają się mikrofony. W hierarchach musi budzić to nie tylko niepokój, ale i poczucie afrontu.

Najpewniej stąd te emocjonalne określenia, które ks. Zaleskiego opisywały jako „nadubowca”, „Gazetę Polską” jako „prawicową gadzinówkę”, a teczki nazwały „mrokami świata”. Prawda, która zdaniem Kościoła wyzwala, chwyciła jego hierarchów mocno w garść, a oni nie wiedzą, jak rozluźnić ten uścisk. Kościelni prominenci nie mają wielu sojuszników – media nie są stałe w uczuciach, co widać wyraźnie po zmienności tonów, jakie pojawiają się w opisie lustracji duchownych. Politycy, publicyści, intelektualiści katoliccy, rzadko związani z nurtem antylustracyjnym, mniej są skłonni wzruszać się niedolą i moralnymi rozterkami byłych agentów w sutannie, niż chcieliby tego hierarchowie. I nie chcą też milczeć o całej sprawie, niecierpliwią się i gniewają. Ten żywioł, „bunt” synów Kościoła wobec własnych pasterzy, oskarżenie o brak moralnego wydoskonalenia i niechęć do pokuty za grzechy, który przybrał kształt sporu o lustrację duchownych, jest wariacją na temat drzemiącego od zawsze w łonie Kościoła konfliktu między świeckimi, czasem też niższymi warstwami kleru a tymi, którzy faktycznie sprawują władzę, nie tylko/nie tyle duchową, co administracyjną.

Trudno dziś oprzeć się wrażeniu, że jako uczestnik „Okrągłego Stołu” hierarchia kościelna odniosła pyrrusowe zwycięstwo. Zagwarantowała sobie znaczny wpływ w życiu społecznym i politycznym (jednym z prezentów, jakie otrzymała od państwa była katecheza w szkołach, dziś traktowana na ogół jako niezbyt udany projekt), a dzięki charyzmatycznej osobie Jana Pawła II zachowywała też „rząd dusz”. Ale zbyt lekko przyszło to zwycięstwo – jeśli III RP była poronionym projektem, to i Kościół swą pozycję zbudował na lotnych piaskach kilku iluzji. Jedna z nich rozwiewa się na naszych oczach: teczki Kościoła, które miały zniknąć w ogniu, z piekła (nie)pamięci wracają na ziemię.

Postsolidarnościowa rewolucja moralna uderza rykoszetem w instytucję, która w mitologii narodowej uchodzi za matecznik „Solidarności”. Kryzys III RP spowodował, że warunki dyktuje nie propagandowa wizja Polski „pojednanej”, jaką wymarzył sobie i konsekwentnie promował Adam Michnik, czyniąc jej zakładnikiem znaczną część inteligencji, wyrosłej jeszcze w Polsce Ludowej – lecz przeciwny jej ruch „przywracania pamięci”. Po stronie tego właśnie ruchu opowiadają się blisko związani z katolicyzmem świeccy publicyści. Muszą jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że ich projekt duchowego samooczyszczenia Kościoła w Polsce, wyznania win i pojednania z Bogiem i wspólnotą – co gorsza wszystko to w tle zajadłej walki politycznej – może nie mieścić się w kalkulacjach hierarchów jako zbyt radykalny, godzący w wypracowany przez Kościół sposób bycia w państwie i pośród społeczeństwa. „Radykałowie” chcą ewangelicznej przejrzystości, wspólnoty wiernych i pasterzy zgodnej z chrystusowym nauczaniem; hierarchom pewnie też na tym zależy, ale nie za cenę zbytnich wstrząsów i naruszania ich pozycji, którą nie bez racji uznają za kluczową dla Kościoła (bo przecież oni są pasterzami, nie ci, którzy ich tak bezpardonowo krytykują).

Nie wiadomo, czy w tej sytuacji dobrze postawione pytania brzmią: czy można zataić niegdysiejszy grzech w imię spokojnej teraźniejszości i lepszej przyszłości? Czy ujawniać zło za wszelką cenę, nawet jeśli grozi to serią skandali, narażających Kościół na kompromitację? Może w ogóle nie ma takiej alternatywy? Bo odpowiedzi można udzielić jedynie wtedy, gdy dany projekt uzna się za większe dobro i zyska dla niego szerszą aprobatę. I właśnie z tym jest dziś największy kłopot. Po ujawnieniu tzw. listy Wildsteina, prymas Glemp twierdził, że ujawnianie zawartości teczek jest rzeczą korzystną dla życia publicznego. Po artykułach „Gazety Polskiej” na temat abp. Stanisława Wielgusa nazwał teczki „mrokami świata”. Nie jest to niestety budujące świadectwo nawet dla kogoś, kto z dystansu patrzy na Kościół. Dopóki lustracyjne potyczki toczyły się w obrębie instytucji państwowych, osób świeckich, prywatnych – był z nich wedle hierarchy pożytek. Gdy problem dotknął ludzi Kościoła – uderzono w patetyczny ton. Ale rzadko który problem znika tylko dlatego, że wyklina się go z kazalnicy. I dlatego sytuacja jest niełatwa dla Kościoła, a pośrednio – dla polskiego społeczeństwa. Bo jeśli prawda jest tak krępująca, czego można spodziewać się po kłamstwie?

Za Gierka było najlepiej

Cały właśnie zakończony rok obfitował w rozważania na ten temat. 50. rocznica Października i „odwilży”, 30-lecie powstania KOR, 30. rocznica wydarzeń radomskich, 25-lecie wprowadzenia stanu wojennego, „zwykłe” kolejne rocznice powstania „Solidarności” i wydarzeń grudniowych na Wybrzeżu, do tego coraz bardziej nabrzmiały spór wokół „polityki historycznej” – to wszystko wywoływało dyskusje i sprawiało, że opinia publiczna była wręcz zanurzona w historii najnowszej. I bardzo dobrze, gdyż takie debaty nie tylko są niezbędne dla tożsamości narodowej, ale i stanowią coś zwykłego w wielu krajach, szczególnie tych o burzliwej niedawnej przeszłości.

Gorzej niestety z jakością tych rozważań, zdominowanych przez mity, osobiste przeżycia i fobie czy doraźne polityczne interesy. W mediach głównego nurtu oraz tych niszowych dominowały oceny skrajne, a często fałszywe, choć ich autorzy oczywiście stroili się w piórka obiektywnych. Ja nie będę udawał obiektywnego, ale spróbuję bez nadmiernych emocji zająć się kilkoma szczególnie często przywoływanymi tematami i argumentami dotyczącymi PRL-u. Gdy realny socjalizm odchodził do lamusa, miałem 13 lat, czyli wystarczająco niewiele, by nie być uwikłanym w osobiste wspominki; moja rodzina ani w PRL-u się nie „ustawiła” jako jego beneficjenci, ani też z nim heroicznie nie walczyła. Rzeczywistość III RP oceniam nader krytycznie, ale znam historię PRL-u na tyle dobrze, by nie postrzegać jej przez różowe okulary i nie twierdzić, że po roku 1989 z jakiegoś raju stoczyliśmy się na dno piekła. Oczywiście w felietonie nie sposób wyczerpać tematu tak obszernego i złożonego, dlatego też zajmę się tylko kilkoma opiniami na temat „minionej epoki” – zarówno powszechnymi, jak i budzącymi mój największy sprzeciw.

Zacznijmy od mitów „prawicowych”. Pierwszy i główny mówi, iż PRL był tworem całkowicie sztucznym, przyniesionym wbrew woli społeczeństwa na sowieckich bagnetach. Oczywiście nie sposób negować radzieckiego zamordyzmu, okrutnej i krwawej rozprawy z jego polskimi przeciwnikami, czy takich posunięć, jak totalne sfałszowanie wyników referendum z 30 czerwca 1946 r. Nie zmienia to faktu, że pod kuratelę Sowietów dostała się Polska wskutek decyzji zachodnich „sojuszników” – tych samych, którzy dzisiaj są ponoć gwarantem naszego bezpieczeństwa. W imię wdzięczności za kilkuletnie wykrwawianie się na wielu polach bitew i pod hitlerowską okupacją, przehandlowali Polaków Stalinowi. Nie zmienia też faktu istnienia po zakończeniu II wojny światowej całkiem sporego entuzjazmu i poparcia dla nowej władzy, które topniało dopiero po podjęciu wielu ideologicznie motywowanych działań, jak „bitwa o handel”, malejący zakres swobód obywatelskich, próby kolektywizacji wsi, cenzura itp. Rządy komunistów nie miałyby żadnych trwałych podstaw, gdyby bazowały tylko na terrorze, w kraju tak „anarchicznym” i zaprawionym w bojach z hitlerowskim okupantem.

Prawica nie chce zauważyć jednego znamiennego faktu – stałego przesuwania się „w lewo” nastrojów już od połowy lat 30. Zarówno sanacyjne władze, jak i większość opozycji wobec nich głosili hasła zorientowane coraz bardziej w lewo w sferze gospodarki, bo takie też były oczekiwania społeczne. Kapitalizm w wydaniu leseferystycznym, oparty na wysokim bezrobociu, marginalizacji znacznej części ludności, niestabilności ekonomicznej oraz dominacji wielkiego kapitału zagranicznego, był powszechnie krytykowany. Takie nastroje nasiliły się podczas okupacji, gdyż słabość Polski we wrześniu 1939 r. utożsamiano m.in. z mizerią ekonomiczną i niesprawiedliwością stosunków społecznych. Walkę z hitlerowcami prowadzono nie tylko w imię niepodległości – wolna Polska miała stać się Polską bardziej sprawiedliwą i „socjalną”. O takiej nowej Polsce mówi mnóstwo deklaracji programowych przyjętych za okupacji przez ludowców, socjalistów, a nawet stosunkowo centrowe nurty w AK. Gdy dziś dokonuje się odkłamywania historii sfałszowanej przez komunistów, których wizja wykluczyła np. Narodowe Siły Zbrojne, mamy do czynienia z jej kolejnym zakłamywaniem poprzez rugowanie silnych wątków lewicowych, obecnych w podziemiu antyhitlerowskim i polityce obozu londyńskiego. Nie pasują o­ne bowiem do wizji historii, w której sowieccy namiestnicy wyłącznie za pomocą zamordyzmu zdobyli władzę w Polsce. Owszem, zamordyzm odegrał tu sporą rolę, ale nie mniejsze znaczenie miały nastroje społeczne. Wbrew udokumentowanej zmianie klimatu ideowego w tamtym okresie, prawica wmawia nam dziś, że w roku 1945 nasi rodacy za niczym innym nie tęsknili tak mocno, jak za powrotem szlachty, folwarków, bezrobocia, panoszącego się kapitału zachodniego, i w ogóle za Polską „panów i plebanów”.

Z tego pierwszego mitu wypływa kolejny, też „prawicowy”, ale o dziwo podzielany również przez część osób o poglądach lewicowych. Wedle niego, wszystkie bunty przeciwko PRL-owskiej władzy motywowane były szczerym, głębokim antykomunizmem, dążeniami niepodległościowymi, a nawet chęcią restauracji kapitalizmu. Dzisiejsza historiografia sławi zatem co prawda robotnicze zrywy roku 1956, 1970, 1976 i 1980, ale przedstawia je tak, jakby ich jedynymi postulatami były „górnolotne” kwestie niepodległości, manifestacje postaw religijnych oraz zajadły antykomunizm. Nie mówi się niemal wcale o tym, że większość z nich dotyczyła kwestii socjalnych, że o kapitalizmie nie było tam mowy, że akcentowano kwestie pracy, płacy, warunków zatrudnienia, poziomu konsumpcji oraz czegoś, co dziś jest tematem wyjątkowo niemodnym – samorządności pracowniczej i kontroli robotników nad procesem wytwórczym. W rzeczywistości znaczna część owych buntów miała charakter „antykapitalistyczny” – w tym sensie, w jakim władza „ludowa” była postrzegana jako wyzyskujący społeczeństwo dysponent środków produkcji. Rok 1956 był nie tylko silnym głosem sprzeciwu wobec zamordyzmu stalinowców, ale także erupcją żądań faktycznie socjalistycznych. Powstały wówczas ruch społeczny domagał się tyleż poluzowania cenzury i poszerzenia zakresu swobód obywatelskich, co i faktycznego udziału społeczeństwa w kontroli i zarządzaniu wypracowanym majątkiem – wspólnym, polskim, społecznym. Nie była to tylko nasza specyfika – bunt na Węgrzech również był zarówno antysowiecki, jak i na rzecz sprawiedliwości społecznej, w obu przypadkach, madziarskim i polskim, opartym na radach robotniczych.

Tak samo było w przypadku pierwszej „Solidarności”, tym ogromnym ruchu załóg zakładów pracy domagających się kontroli nad procesem produkcji i wypracowanym majątkiem, a za odrzuceniem uprzywilejowanej roli partyjnej „klasy próżniaczej”. W tym przypadku ów egalitarny głos, dopominający się o demokrację zarówno polityczną, jak i ekonomiczną, jest znakomicie udokumentowany. Sztandarowym jego wyrazem jest przyjęty przez NSZZ „Solidarność” w roku 1981 program „Samorządnej Rzeczpospolitej”, dzisiaj celowo spychany w zapomnienie i przemilczany. Wymowne jest to, że jego zapis nie jest dostępny w żadnej instytucji popularyzującej wiedzę o PRL, „zniknął” także z dokonanej przez IPN elektronicznej edycji archiwum „Tygodnika Solidarność”, nie wspominają o nim dzisiejsze władze tego związku zawodowego, choć chętnie epatują one innymi, znacznie mniej istotnymi dokumentami z przeszłości. Nic dziwnego – program ten zadaje kłam twierdzeniom, jakoby „Solidarność” była tylko ruchem niepodległościowym i prodemokratycznym (o jego prawicowości nie wspominając). Bardzo mocno kontrastuje on też z poczynaniami dawnych liderów Związku po roku 1989, wyraźnie pokazując, że dokonali zwyczajnej zdrady interesów tych, którzy wynieśli ich do władzy i obdarzyli zaufaniem. Współczesny dominujący nurt historiografii celowo zakłamuje obraz „Solidarności”, uwypuklając wątki katolickie, tradycjonalistyczne, prawicowe i liberalne. Oczywiście aspekt niepodległościowy czy chrześcijański tego ruchu społecznego był istotny, ale w sferze etosu i proponowanych rozwiązań gospodarczych bliższy raczej przedwojennej lewicy patriotycznej niż wizji prawicowo-liberalnej. Nie sposób tego bynajmniej wytłumaczyć tylko tym, że w PRL nie było możliwe mówienie o pewnych sprawach wprost i że stąd wziął się ów „socjalistyczny” sztafaż – zarówno charakter owego ruchu (opartego na robotnikach), jego metody działania (obrona tychże robotników i ich praw), jak i główne części składowe (środowisko dawnego KOR i Wolnych Związków Zawodowych), były bez wątpienia lewicowe.

Jeszcze inny prawicowy mit mówi, że gdyby nie nastanie władzy komunistycznej, Polska zamiast państwem zacofanym byłaby krainą płynącą mlekiem i miodem. To jednak kwestia mocno dyskusyjna. Komunizm w sensie etycznym (zamordyzm, brak swobód obywatelskich) oraz gospodarczym (niska wydajność, inwestycje podyktowane ideologią zamiast ekonomią, marnotrawstwo i przestarzałe technologie) zasługuje na raczej negatywną ocenę. Nie zmienia to faktu, że w PRL dokonała się znaczna modernizacja gospodarki i społeczeństwa, tym bardziej godna podziwu, że miała miejsce w kraju po prostu zrujnowanym pod względem infrastruktury i „zasobów ludzkich” przez II wojnę światową. Dziś można wyśmiewać „plany pięcioletnie” i „przodownictwo pracy”, ale niezbitym faktem jest to, że odbudowa kraju z dotkliwych zniszczeń wojennych, rozbudowa przemysłu i infrastruktury dokonały się w szybkim tempie. Być może każda inna rozsądna władza dokonałaby tego samego, ale bardzo wątpliwe jest to, czy podobny rozwój zapewniłby Polsce ustrój oparty na idealizowanym dziś kapitalizmie przedwojennym. Gdy obecnie rozpacza się np. nad likwidacją majątków szlacheckich, to warto dodać, że były o­ne mało wydajne ekonomicznie i oparte na archaicznych wzorcach. Swoją drogą, warto uwzględnić przy ich zwrocie prawowitym posiadaczom nie tylko zapisy przedwojennych aktów własności, ale także ówczesne zadłużenie latyfundiów na rzecz skarbu państwa – jak wracać do realiów II RP, to z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Największym problemem związanym z uczciwą oceną PRL-u jest kwestia globalnego kapitalizmu. Otóż prawica zakłada, że gdyby nie komunizm, Polska rozwijałaby się „tak samo jak na Zachodzie”, a my dzisiaj mielibyśmy tutaj drugie Niemcy, Francję czy Wielką Brytanię. Jest to jednak bardzo wątpliwe. Otóż nasz kraj zaczął od Zachodu odstawać znacznie wcześniej niż w realnym socjalizmie – stało się tak już na etapie rewolucji przemysłowej. Można to tłumaczyć oczywiście dziedzictwem zaborów, ale i dwudziestolecie międzywojenne – mimo ogromnych wysiłków władz państwa – nie przyniosło znaczącego zmniejszenia dystansu wobec Zachodu. Polska w kapitalistycznym systemie globalnym była krajem półperyferyjnym, zorientowanym w swej strukturze przemysłu głównie na dostarczanie krajom centrum surowców, niskoprzetworzonych produktów oraz taniej siły roboczej. Jeśli dziś roimy sobie, że gdyby nie komuna, to mielibyśmy „jak na Zachodzie”, jest to myślenie życzeniowe kiepskiej jakości. Zachód bowiem wcale nie musiałby nas chcieć widzieć w roli równoprawnego partnera, gdyż oznaczałoby to utratę jego różnorakich korzyści. Zapewne w tej kwestii realizowałby o­n naszym kosztem tylko i wyłącznie własne interesy, tak jak uczynił to przehandlowując Polskę w Jałcie. Barierą rozwojową nie był wcale tylko komunizm – taka np. Grecja nigdy nie była w obozie sowieckim, lecz wcale nie jest tam tak, jak w Niemczech, Anglii czy Francji. Paradoksalnie, PRL był szansą na wyrwanie się z globalnego systemu zależności i wypracowanie odrębnej drogi rozwoju, poza niszczącą logiką półkolonialnego kapitalizmu – niestety, trzeba dodać, że szansą zmarnowaną przez ekonomiczne absurdy i popadnięcie w zależność tym razem od hegemona sowieckiego.

Kolejny mit, tym razem podzielany głównie przez lewicę, i to nie tylko post-PZPR-owską, mówi, że PRL był wspaniałym ucieleśnieniem ideałów lewicowych. Praca dla wszystkich, wysokie świadczenia socjalne, miliony tanich mieszkań, „dzieci robotników i chłopów” na wyższych uczelniach, darmowe żłobki i przedszkola, wczasy i kolonie. Oczywiście realny socjalizm dokonał wielu posunięć „socjalnych” – tyle tylko, że nie odbiegały o­ne znacząco od polityki prowadzonej w tym samym okresie przez w zasadzie wszystkie jako tako rozwinięte kraje. Na Zachodzie niejednokrotnie musiano o nie walczyć, a ruch robotniczy był często represjonowany – to prawda, że władza strzelała do robotników nie tylko w kopalni „Wujek”, ale także np. we włoskich miastach przemysłowych. Problem w tym, że w PRL-u również musiano walczyć o zdobycze socjalne. Większość protestów społecznych wybuchała w obliczu drastycznych podwyżek cen żywności, a zdarzało się, że i ze zwykłego głodu. Za walkę o najzwyklejsze prawa pracowników, jak przestrzeganie zasad BHP, represjonowano nie tylko w III RP, ale także w PRL-u. Istniały też wówczas enklawy biedy – np. ze wspomnień działaczy KOR wynika, że gdy jeździli pomagać rodzinom radomskich robotników, to byli zszokowani nędznymi warunkami ich egzystencji. Sam z dzieciństwa pamiętam nieremontowane od lat, walące się budynki czy wręcz całe dzielnice w moim robotniczym mieście. Do dziś w „proletariackiej” i hołubionej przez władze PRL Łodzi można zobaczyć całe kwartały ulic, które ostatnie remonty pamiętają sprzed wojny, zaś 45 lat „państwa socjalnego” nie przyniosło ich mieszkańcom nawet takich „luksusów”, jak toaleta w każdym z mieszkań.

Gdy kilka linijek wyżej wspominałem, że mało realne było sprawienie, iż w Polsce mielibyśmy „jak na Zachodzie” w sensie poziomu życia i zamożności, nie zmienia to faktu, że przynajmniej częściowo ów Zachód naśladowalibyśmy w zgodzie z ogólnie przyjętymi regułami ekonomii i rozwoju społecznego, niezależnie od tego, kto po roku 1945 sprawowałby u nas władzę. Reformy rolne, masowe tanie budownictwo mieszkaniowe, bezpłatna oświata i służba zdrowia, awans społeczny, niwelowanie regionalnego zróżnicowania ekonomicznego – czyli ogólnie mówiąc polityka egalitarna – miały miejsce w każdym kraju europejskim. Opowieści o tym, że gdyby nie PRL, to w Polsce mielibyśmy powszechny analfabetyzm, wszawicę, kurne chaty, naftowe lampy, ogromne posiadłości jaśnie panów i czworaki ich poddanych, można włożyć między bajki, jako zupełnie nie uwzględniające ani realiów procesów modernizacyjnych na przestrzeni półwiecza, ani zasad zdemokratyzowanego kapitalizmu, który zatriumfował po II wojnie światowej. Oczywiście Polski nie byłoby stać na taki socjal, jak w Niemczech, ani na taki rozwój techniczny i przemysłowy, jak USA, ale wystarczy znów przywołać Grecję – o błyskawicznym rozwoju od zacofania i biedy do bogactwa państw skandynawskich nie wspominając – by ujrzeć problem w bardziej realnych kształtach.

Tu dochodzimy do mitu kolejnego. Otóż obrońcy PRL-u twierdzą, że cały ów postęp społeczny i egalitaryzm powojennego kapitalizmu zachodniego dokonał się wyłącznie „dzięki nam”, tzn. wskutek istnienia konkurencyjnego bloku wschodniego, służąc neutralizacji prosocjalistycznych oczekiwań rozbudzonych wśród zachodnich niższych warstw społecznych przez zdobycze sowieckiego ludu pracującego miast i wsi. Jest to wizja tyleż życzeniowa, co bardzo odległa od rzeczywistości. Owszem, samo powstanie ZSRR po rewolucji październikowej sprawiło, że Zachód zyskał konkurencję, a tamtejsze masy ludowe – nadzieję, podobnie stało się po stworzeniu całego bloku wschodniego. Jednak zmiany, jakie zaszły w łonie kapitalizmu po II wojnie światowej tylko w niewielkim stopniu wynikały z przejęcia się ex Oriente lux. Po pierwsze, w zasadzie już na początku lat 60. powszechnie zdawano sobie na Zachodzie sprawę, że system sowiecki nie zapewnia swoim obywatelom żadnych cudów nieznanych mieszkańcom krajów kapitalistycznych. Docierające wieści zza żelaznej kurtyny nie zawierały żadnego realnego przedmiotu godnego zazdrości. Nic dziwnego, skoro sowiecka cenzura zablokowała np. edycję „Gron gniewu”, gdyż opisana przez Steinbecka nędza amerykańskich biedaków zawierała m.in. opisy posiadania przez nich dóbr, o jakich radzieccy proletariusze mogli tylko pomarzyć. Po drugie, Zachód wiedział, że w konfrontacji z Sowietami dobrobyt własnych obywateli będzie znacznie mniej ważny niż potencjał militarny, jakim dysponują obaj gracze zimnej wojny. I to właśnie wyścig zbrojeń, nie zaś wyścig socjalu stał się ich głównym przedmiotem troski. USA wygrało z ZSRR nie zasiłkami socjalnymi – bo te Reagan likwidował zamiast przyznawać – lecz Pershingami, „gwiezdnymi wojnami” i wspieraniem przeróżnych contras jak świat długi i szeroki.

Zachodni powojenny kapitalizm egalitarny wziął się z czegoś zupełnie innego niż rywalizacja z blokiem wschodnim. Powstał m.in. w efekcie silnej presji na władze i kapitalistów ze strony zorganizowanej klasy robotniczej, także tej pozostającej poza jakimikolwiek wpływami i inspiracjami ze strony partii komunistycznych (główne masowe partie socjalistyczne Zachodu oraz spora część tamtejszej radykalnej lewicy były wręcz antysowieckie). Jednak główną rolę odegrały dwa inne zjawiska, z których decydenci musieli wyciągnąć wnioski. Były to wielki kryzys gospodarczy lat 30. oraz II wojna światowa. To właśnie o­ne uświadomiły wszystkim – rządzącym i społeczeństwom – że „dziki” kapitalizm nie działa dobrze, jest niestabilny, bezsilny wobec wyzwań, a także nie zapewnia optymalnego możliwego rozwoju. Wielki kryzys pokazał, że niekontrolowany kapitalizm nie jest sprawny i może powodować olbrzymie problemy społeczne – zrozumiała to także znaczna część samych kapitalistów, którzy mogą chcieć maksymalizować zyski, ale jednocześnie wiedzą, że tymże zyskom szkodzi na dłuższą metę brak stabilizacji. Już wówczas władze wielu państw zaczęły prowadzić politykę poskromienia wielkiego biznesu i wkomponowania go w całokształt stosunków społecznych. Amerykański New Deal oraz europejskie programy interwencjonizmu państwowego i systemów zabezpieczeń socjalnych są dowodem na to, że Zachód nie potrzebował sowieckiej presji, by dokonać znaczących korekt w swojej polityce społecznej i gospodarczej. Te tendencje znacznie wzmocniła wojna – unaoczniła o­na, że państwa oparte na daleko posuniętym wolnym rynku są po prostu bezradne i niedostosowane do wymogów sytuacji wyjątkowych. Nie dysponują bowiem ani kontrolą nad sferą produkcji, ani też nie wytwarzają mechanizmów, które spajałyby społeczeństwo. Stąd wzięły się daleko posunięte reformy społeczne. Na przykład w Anglii szeroko zakrojony program na rzecz zmniejszania problemów społecznych (dążenie do pełnego zatrudnienia, powszechnej bezpłatnej opieki zdrowotnej, masowego taniego budownictwa) stworzył i zaczął wcielać w życie William Henry Beveridge w roku 1942, a więc wtedy, gdy ZSRR był w głębokiej defensywie i nikt nie myślał nie tylko o powstaniu w połowie Europy państw socjalistycznych, ale i o tym, że samo „pierwsze państwo robotników i chłopów” przetrwa hitlerowski podbój. Gdy tylko wojna minęła, a blok sowiecki dopiero się kształtował i losy wielu jego części nie były pewne, wszystkie państwa zachodnie wprowadziły wiele programów socjalnych, zmieniły system podatkowy na bardziej obciążający zamożne warstwy społeczeństwa, dokonały nacjonalizacji kluczowych dziedzin przemysłu itp. Kolejne kilkadziesiąt lat funkcjonowania „społeczeństw dobrobytu” było efektem tychże zdarzeń i decyzji, nie zaś urojonego wpływu ZSRR.

Na koniec zostawiłem sobie mit najbardziej smakowity, bo najgłupszy. Wedle jego wyznawców, w Polsce kapitalizm został wprowadzony w efekcie sprytnej, trwającej 10 lat polityki „Solidarności”, którą próbowali powstrzymać dzielni i szlachetni PZPR-owscy obrońcy socjalizmu, z generałem Jaruzelskim na czele. Taki „argument” można obalić już wtedy, gdy wspomnimy, że w większość demoludów nie było odpowiednika „Solidarności”, a kapitalizm wprowadzono tam równie sprawnie. Zrobiono to w podobny sposób, w niemal identycznym momencie, a za całym procesem stali czołowi przywódcy partii komunistycznych.

W Polsce to właśnie generał Jaruzelski jest twórcą kapitalizmu. Z tymi, którzy zafundowali nam ekonomiczne realia III RP, postanowił o­n podzielić się władzą – nie jest przypadkiem, że po okrągłym stole budowano kapitalizm w „dzikiej” wersji, a na niemalże czołowych działaczy opozycji antykomunistycznej namaszczono Leszka Balcerowicza, Waldemara Kuczyńskiego i Donalda Tuska, nie zaś Ryszarda Bugaja, Zbigniewa Romaszewskiego czy Andrzeja Gwiazdę. Z tymi ostatnimi generałowi Jaruzelskiemu mogłoby nie udać się bowiem kontynuowanie budowy grabieżczego kapitalizmu. Tak, kontynuowanie, gdyż ów system gospodarczy zaczęto tworzyć już około roku 1986, mocno przyspieszając za kadencji PRL-owskiego premiera (został nim na prośbę Jaruzelskiego) Mieczysława Rakowskiego i towarzyszącego mu jako minister przemysłu Mieczysława Wilczka (laureata Nagrody Kisiela dla wybitnych wolnorynkowców), autorów daleko posuniętej reformy gospodarczej. Do dziś wielu liberałów z łezką w oku wspomina, że takiego wspaniałego wolnego rynku jak wówczas, nie było już nigdy później. No i można wtedy było ukraść te pierwsze miliony, które po dziś dzień określają stratyfikację społeczną w naszym kraju. Oczywiście głównym problemem polskiego kapitalizmu nie jest jego „nomenklaturowe” oblicze, lecz sama natura współczesnej gospodarki rynkowej. To jednak, że Polska dołączyła do globalnego systemu i wprowadzono u nas neoliberalne zasady, jest efektem wspólnej pracy Balcerowicza i Jaruzelskiego. Obaj bardzo się starali, żeby w Polsce nie było żadnej „trzeciej drogi” czy choćby próby naśladowania doświadczeń skandynawskiego modelu socjalnego.

O lewicowym obliczu „Solidarności” już wspominałem. Nie był to u zarania ruch prokapitalistyczny i mało komu śniło się, że mógłby takim być. Liberalne wywody garstki opozycjonistów w rodzaju Kisiela były traktowane niczym kuriozum, a o­n sam oceniał „Solidarność” jako ruch głęboko socjalistyczny, niechętny prorynkowym zmianom (nawiasem mówiąc, to ówcześni opozycyjni liberałowie oczekiwali zmian na rzecz kapitalizmu w połowie lat 80. nie po „Solidarności”, lecz od Jaruzelskiego, składając mu propozycje, by w Polsce zrealizował to, co później wprowadzono w Chinach, czyli zachowanie monopolu partii w polityce przy jednoczesnych zmianach rynkowych w gospodarce). W łonie Związku rej wodzili tacy ekonomiści, jak Tadeusz Kowalik czy Ryszard Bugaj, których o miłość do liberalizmu trudno podejrzewać. Zupełnie nierynkowe były też oczekiwania milionów ludzi, którzy ten ruch współtworzyli. Stan wojenny pozwolił natomiast rozbić pierwszą „Solidarność” – zniszczył masowy, prosocjalny, egalitarny ruch społeczny oraz zmarginalizował tych działaczy Związku, którzy byli wierni pierwotnym ideałom. Wyizolowana elita podziemnej „Solidarności” nie tylko przestała być kontrolowana przez robotnicze masy. Stała się także obiektem wsparcia ze strony USA, które bynajmniej nie pomagały bezinteresownie. Od roku 1984 datuje się inwazja propagandy neoliberalnej w łonie opozycji antykomunistycznej – coraz więcej było tam pochwał Reagana i Thatcher, coraz więcej zachwytów wywodami Hayeka i Friedmana, a coraz mniej troski o prawa robotników, samorządność pracowniczą i socjalny model gospodarki.

Oczywiście liderzy „Solidarności” idealizowali zachodnie realia, choćby dlatego, że nie znali ich zbyt dobrze. Ale czynienie im zarzutu z tego, że „nie wiedzieli” o neoliberalizmie, jest cokolwiek absurdalne. Nie wiedzieli o nim bowiem w roku 1980 czy 1981 także ci krytyczni geniusze, którzy po upływie ćwierci wieku wiedzą wszystko na ten temat. Tak się bowiem składa, że neoliberalizm na początku lat 80. dopiero na Zachodzie raczkował. Jako trend intelektualny istniał na szerszą skalę od początku lat 70., zyskując popularność pod koniec tej dekady, a na początku następnej ani jeszcze nie zatriumfował, ani nikt nie znał jego pełnego oblicza. Gdy Thatcher próbowała w roku 1981 „zreformować” górnictwo brytyjskie poprzez zwolnienie 25 tys. pracowników, dostała takie baty, że jej rząd o mało nie upadł – jej zamiary powiodły się dopiero 4 lata później. Inny z czołowych twórców neoliberalizmu, Ronald Reagan, został prezydentem w roku 1980, a szczyt jego liberalnej polityki ekonomicznej przypada dopiero na połowę tej dekady. Doprawdy, twórcy „Solidarności” musieliby być jasnowidzami, żeby powołując się w roku 1980 na wzorce zachodnie nie mieć na myśli 35 lat praktyki spod znaku welfare state, lecz majaczący dopiero na horyzoncie kapitalizm w wersji drapieżnej.

A co z przywołanym w tytule Gierkiem? Nie wiem, czy Polska mogła w ogóle uniknąć realnego socjalizmu pod sowiecką kuratelą. Mimo iż bardzo krytycznie oceniam III RP, to daleki jestem od myślenia, że za PRL było lepiej. I dlatego, że obecne realia nie są aż tak straszne, jak odmalowują je „lewicowcy”, i dlatego, że PRL nie był taki fajny, jak usiłują nam o­ni wmówić. Przede wszystkim jednak dlatego, że ideały lewicowe to nie tylko pełna micha i reformy socjalne, ale także swobody obywatelskie – i są to kwestie nierozdzielne (w przeciwnym razie za ludzi lewicy należałoby uznać Hitlera czy Salazara). Oceniając PRL i mając na uwadze wszystkie wyżej opisane niuanse, uważam, że z tamtej epoki najlepsze dla Polski były rządy nie Gomułki czy Jaruzelskiego (za którego Bierut i inni poprzednicy wykonali mokrą robotę i tylko dlatego wymordował o­n mniej ludzi niż Pinochet), lecz Edwarda Gierka. Jego władza była bowiem wśród wszystkich PRL-owskich włodarzy najbliższa ideałom lewicowym i zdrowemu rozsądkowi. Poluzowano cenzurę i prześladowania inicjatyw opozycyjnych. Podobnie było w sferze kultury. Polityka masowego budownictwa mieszkaniowego oraz całkiem nowoczesnych jak na tamte lata inwestycji przemysłowych oznaczały duży skok modernizacyjny i zmniejszenie wielu barier rozwojowych, a zwykłym ludziom po prostu znacznie się polepszyło. I choć tamte czasy nie były wolne od różnych patologii i negatywnych zjawisk (od zadłużenia, przez przemysłową gigantomanię, po radomskie „ścieżki zdrowia”), to spośród całego PRL-u lata rządów Gierka można uznać za najbardziej udane.

Wigilia na Syberii

I niestrudzenie bombarduje hasłem: „Produkty z Biedronki polecają się na Święta”. Ciekawe, co myśli sobie Bożena Łopacka, gdy przypadkiem spojrzy na taką reklamę? Ciekawe, co myślą ci, którzy nie odważyli się, jak Bożena Taurogińska, wystąpić do sądu o należne pieniądze za nadgodziny przepracowane w „Biedronce”? Czy zaciskają pięści w bezsilnej złości? Płaczą? Wzruszają ramionami? Zmieniają kanał? A może wszystko im jedno, kto wciska im pseudo-świąteczny bełkot? Ciekawe też, o jakich to tradycjach myśli reklamodawca, Jeronimo Martins Dystrybucja?

Boże Narodzenie. Śpiewał Jacek Kaczmarski: „Znów się urodzi, umrze w cierpieniu, znowu dopali się świeca. Po ciemku wolność w Jego imieniu jeden drugiemu obieca”. Co prawda jego pieśń nazywa się „Wigilia na Syberii”, ale kto zabroni nucić ją pracownicom i pracownikom „Biedronki”? Oczywiście, po cichu, najlepiej poza czasem pracy. A zanucić warto, tym bardziej, że C. K. Norwid w wierszu „Syberie” taki dał opis: „Pod-biegunowi na dziejów-odłogu, / gdzie całe dnie / Niebo się zdaje przypominać Bogu: / »Zimno i mnie«. / Wrócicież kiedy? – i którzy? – i jacy? – / z śmiertelnych prób, / W drugą Syberię: pieniędzy i pracy, / Gdzie wolnym – grób! / Lub pierw, czy? obie takowe Syberie / Niewoli dwóch, Odepchnie nogą, jak stare liberie,/ Wielki-Pan Duch!”.

Wiem, że niedobrze jest brać dosłownie reklamę. A jeszcze gorzej – traktować serio wielkie słowa. Życie uczy nas sztuki konwenansów i zaleca, byśmy nadto nie obruszali się skrzeczeniem rzeczywistości. Trzeba raczej przygiąć karku i przyuczać się do konformizmu, który – niestety – bywa jedyną kindersztubą współczesnych Polaków. Aksjomat wiedzy o społeczeństwie: wartość człowieka da się wymiernie wyliczyć, np. przeliczyć na zarobki. Błogosławieni, którzy znaczą więcej, wyklęci – którzy znaczą mniej. By nie ciążyło im to zanadto, można powtarzać w kółko kilka sentymentalnych wzniosłości. Nieprzyjemną prawdę kamuflują czułe słówka. Ot, choćby: „Tradycja – rzecz święta”. Ciepło się robi na duszy, błogo, lżej. Świątecznie. Tylko człowiek to wciąż rzecz nie-święta, rzecz do wymiany, gdy zużyta lub niewygodna, gdy przestaje się opłacać. Godność takiego człowieka można mieć za nic, bo wielkie są szanse na to, że on sam się o nią tu, w Polsce, nie upomni.

„I porodziła syna swego pierworodnego, a uwinęła go w pieluszki i położyła go w żłobie, bo nie było im miejsca w gospodzie” (tłumaczenie x. Jakuba Wujka SJ) – opowiada ewangelista Łukasz. Niewierzącemu trudno jest snuć rozważania na ten temat. „Byleby świecy starczyło na noc, długo się czeka na niego, by jak co roku sobie nad ranem życzyć tego samego. Znów się urodzi, umrze w cierpieniu, znowu dopali się świeca. Po ciemku wolność w Jego imieniu jeden drugiemu obieca” – śpiewał Kaczmarski o Wigilii Polaków w niewoli, na Syberii. Przed oczami miał płótno Jacka Malczewskiego. Ja widzę obrazek znacznie szpetniejszy: logo, przedstawiające diablo z siebie zadowolonego owada w czerwonym pancerzyku w czarne kropki. I powtarzam, choć bez wiary, za Norwidem: „obie takowe Syberie / Niewoli dwóch, Odepchnie nogą, jak stare liberie, / Wielki-Pan Duch!”. To są moje życzenia dla „Biedronki”. Choć, kto wie, może to groźba karalna?

Cała Polska kocha górników

Żałoba narodowa, specjalne dodatki gazet, wystąpienia polityków, pierwsze miejsce w radiowych i telewizyjnych „njusach”, błyskawiczne uruchomienie dodatkowych funduszy dla wdów i sierot po zmarłych, czarne tło witryn największych portali internetowych – takie były reakcje na tragiczną śmierć 23 górników w kopalni „Halemba” w Rudzie Śląskiej.

To wszystko, po pierwsze, może wywoływać niesmak, tak sztuczne i pełne hipokryzji są postawy wielu aktorów wydarzenia. Te same gazety, które nie raz i nie dwa szczuły społeczeństwo na górników jako „uprzywilejowanych, roszczeniowych nierobów”, dziś użalają się nad ciężką górniczą dolą. Ci sami „eksperci”, którzy wielokrotnie wzywali do przywrócenia kopalniom rentowności – oczywiście kosztem likwidacji „przywilejów” zwykłych górników, nie zaś przy pomocy rozpędzenia węglowej mafii ze spółek, zarządów, firm pośredniczących itd. – dziś mają gęby pełne frazesów, że na ludzkim życiu nie można oszczędzać. Ci sami politycy, których czołowe hasła wyborcze postulowały tzw. obniżkę kosztów pracy, dziś mają w oczach łzy, bo z powodu praktycznej realizacji tej chorej ideologii zginęły 23 osoby.

Nagle wszyscy doznali olśnienia. Decydenci dostrzegli, że szwankuje system przestrzegania zasad BHP i jego kontrola przez instytucje powołane w tym celu. Tak jakby wcześniej nie było to oczywiste. Jakby nie ginęli ludzie na budowach czy w halach fabrycznych. Jakby dużej skali patologii nie odnotowały już dawno nawet raporty tak skostniałej instytucji jak Państwowa Inspekcja Pracy. Jakby nie pisały o tym niektóre odważniejsze gazety i ich autorzy nie przekupieni jeszcze przez sektor public relations na usługach firm czy całych branż. Jakby statystyki kopalniane nie odnotowały rosnącej wypadkowości w górnictwie. Ocknęli się też związkowcy – właściwie każda z central zaczęła przekonywać, że już dawno alarmowała w sprawie lekceważenia zasad bezpieczeństwa w kopalniach i szafowania ludzkim życiem. Każda z nich posiada – mówili liderzy – stosy pism, które pozostały bez odpowiedzi. Być może to prawda. Prawdą jest też, że te same związki potrafiły robić zadymy dlatego, że nie podobał im się wiceminister gospodarki, lecz w analogiczny ostry sposób nie nagłośniły, iż w każdej chwili mogą zginąć ludzie, ich koledzy.

Po drugie, tragedia taka jak ta w „Halembie” skłania do szerszej refleksji i pytania zarazem. Czy w Polsce musi dojść do wielkiego nieszczęścia, żeby dostrzeżono oczywiste problemy? Czy musi się zawalić dach hali targowej i żywcem zmiażdżyć wielu ludzi, żeby zwrócono uwagę na oszczędności, brakoróbstwo i korupcję w budownictwie oraz na lekceważenie elementarnych norm w kwestii dbałości o stan techniczny takich obiektów? Czy uczennica molestowana w szkole na oczach całej klasy musi popełnić samobójstwo, żeby do decydentów – i samych rodziców – dotarło wreszcie, że w polskiej oświacie źle się dzieje? Czy musi zginąć 23 górników, żeby zwrócić uwagę na splot patologii w górnictwie? Wiem, że łatwiej wzywać do rozwiązania problemów niż uczynić to w praktyce, ale niżej podpisany – inaczej niż całe rzesze państwowych biurokratów i zawodowych ekspertów – nie bierze za to sporych pensji.

W tym wszystkim tkwi jednak ziarno nadziei. Śmierć górników i reakcje na nią pokazały, że nie jest z nami jeszcze tak źle. Okazało się, że po kilkunastu latach neoliberalnej propagandy, która przekonywała wielokrotnie o tym, jak to górnicy mają dobrze, społeczeństwo jednak nie zgłupiało i zdaje sobie sprawę, że praca w kopalni to nie tylko pensja wyższa od przeciętnej, ale także większy wysiłek i większe ryzyko. Ludzie mogą nie mieć dobrego zdania o górnictwie jako takim, ale też – poza niewielkim odsetkiem półgłówków – większość z nich ani myśli obwiniać o to zwykłych, dołowych górników. Mimo zmasowanych wysiłków, nie do końca udało się stosowanie zasady „dziel i rządź”, czyli napuszczanie pielęgniarek na górników, górników na hutników, hutników na nauczycieli, nauczycieli na kolejarzy, itd.

Ofiara „chopów z »Halymby«” poskutkowała jednak czymś jeszcze, dużo ważniejszym. Przywróciła do obiegu publicznego „ludzi pracy”. Tych wszystkich, którzy zarabiają na życie wysiłkiem własnych rąk. Tych, którzy zaprzeczają reklamowym wizjom, jakoby chleb brał się z Tesco, pieniądze z PKO BP, śruby z Castoramy, a ciepło i energia z Vantefalla czy innego STOEN-u. Przywróciła tych, bez których tego wszystkiego po prostu nie byłoby – bo taka jest prawda, niezależnie co roją salonowi panicze i ci, którzy pozwolili im wyprać sobie mózgi.

Oczywiście wiem, że „klasa robotnicza” nie jest taka jak dawniej. Że dziś równie często jak umorusany kombinezon robociarza ma ona śnieżnobiałą koszulę pracownika hurtowni. Ale ona jest. Jest na przekór liberalnym gogusiom, którzy uważają, że poza branżą reklamową, medialną i ubezpieczeniową nic nie jest nam potrzebne, bo wszystko taniej sprowadzimy z Chin. Jest na przekór tej lewicy, która w stołecznych kawiarniach debatuje za pieniądze od Michnika, jakie cierpienia przeżywa w ciemnogrodzkiej Polsce afroamerykański gej i jak się świetnie odnaleźli w nowej rzeczywistości Frasyniuk z Bujakiem, nie to co jakiś „frustrat” czy „nieudacznik” Andrzej Gwiazda. Jest też na przekór tej prawicy, która potrzebowała robotników do walki z komuną i potrzebuje ich dzisiaj do „sierpniowych” i „solidarnych” wyborczych wideoklipów, ale w swej głupocie chce np. zlikwidować pierwszomajowe Święto Pracy, bo jej się „źle kojarzy” – a kojarzy oczywiście z „komuną”, nie zaś z ponad stuletnią tradycją walk ruchu robotniczego o to, by takie sytuacje jak ta z „Halemby” się nie zdarzały.

Tragicznie zmarłym górnikom nic nie przywróci życia. Ważne jednak, żeby ich śmierć nie poszła na marne – żeby poprawiła dolę tych, którzy wciąż żyją i pracują, nie tylko we kopalniach. To zapewne będzie dla de facto zamordowanych robotników lepszym zadośćuczynieniem niż medialne i polityczne pustosłowie.

Remigiusz Okraska

P. S. Przy okazji polecam dwa teksty Aleksandra Boronia o patologiach w górnictwie:

Czarna rozpacz, czyli reformowanie górnictwa po polsku

Zmowa milczenia

 

Być człowiekiem

Grozi mu śmieszność, jeśli z ulicy wejdzie do studia, siądzie niezdarnie z przypiętym do swetra bezprzewodowym mikrofonem i zacznie mówić do kamery zdania chropowate jak świat, z którego przyszedł. „Ot, prostaczek” – powie jeden z pobłażliwym uśmiechem. „Cham i prostak” – warknie drugi, chowany na salonach. Trzeci z uciechy zatrze ręce.

„Człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Istniejących, że istnieją, a nieistniejących, że nie istnieją” – miał powiedzieć Protagoras z Abdery, sofista. Co znaczy, że człowiek jest miarą wszelkich bytów, w tym i drugiego człowieka? Znaczy to tyle, że człowiek nie pokazany w mediach nie istnieje, albo istnieje nieznacznie. Pokazany – nabiera treści, zyskuje formę, z abstrakcji zdaje przemieniać się w konkret czy choćby zwykły, poczciwy ogólnik. Z nicości przechodzi do istnienia. Nabiera wartości, staje się istotą godną uwagi, paru słów, a czasem i kilku zdań komentarza, dla których przecież w ogóle warto być dziś człowiekiem.

„Człowiek jest zwierzęciem politycznym” – napisał Arystoteles w swej „Polityce”. Takie określenie brzmi obecnie niejasno. Terminy: „polityk” i „polityka”, „polityczny” stały się w potocznej mowie synonimami wszelkich łajdactw, prywaty i korupcji, triumfu przekłamań i półprawd nad elementarną prawością i uczciwością. Zwierzę polityczne zamieniło się w polityczne monstrum. A to, co monstrualne, co przekracza właściwą miarę, bywa groźne. I śmieszne, bo karykaturalne. Z odejściem zwierzęcia politycznego triumfy święci człowiek nie-polityczny, człowiek-poczwarka, w grubym kokonie kryjący społeczny wymiar swojego istnienia.

Odkąd wiara w Boga i jego ziemskich pośredników przestała być powszechnym aktem, społeczeństwa Zachodu szukają nowych źródeł uprawomocnienia swych wizji rzeczywistości. Miejsce religijnych doktryn zajęły świeckie ideologie. Z reguły nie obiecują zbawienia wiecznego, ale wciąż mają w zanadrzu projekt powszechnej szczęśliwości. Fakt, że żyjemy na gruzach komunistycznej utopii, uodpornieni na jedną z politycznych form ideologii, wcale nie oznacza, że zaszczepiliśmy się przeciw wszystkim jej odmianom. I że sami dla siebie przestaliśmy być groźni jako istoty produkujące idee masowego rażenia. Nie wierzymy już w skrajnie racjonalistyczny mit budowy od podstaw aż po wierzchołek społeczno-politycznego uniwersum. Ale nie jest pewne, czy zrezygnowaliśmy z innych wizji, które myśl chcą oblec ciałem. Ideologie jawnie polityczne zastąpiły projekty kulturowo-ekonomiczne, subtelniejsze w sposobach podporządkowania sobie człowieka i społeczeństw, w których funkcjonuje.

W nieodległym czasie medialną furorę zrobili dwaj ludzie z peryferii, czy też z podziemi, bo tak dosłownie można przetłumaczyć łacińskie słowo suburbium, oznaczające przedmieścia metropolii. Jeden z nich, Krzysztof Kononowicz, kandydat na prezydenta Białegostoku, swą aparycją, naiwnością i nieskładnością wypowiedzi wzbudził ogólne rozbawienie zmieszane z poczuciem wyższości i dezaprobatą. Drugi, Hubert H., 31-letni bezdomny z warszawskiego Dworca Centralnego wsławił się na całą Polskę, gdy po pijanemu, w obecności funkcjonariuszy policji zrugał Lecha Kaczyńskiego i został oskarżony o znieważenie głowy państwa. Pierwszego podjęli w telewizyjnym studio Jacek Żakowski i Piotr Najsztub, drugiego uhonorował podobnym zaszczytem Tomasz Lis. Trudno na dobrą sprawę rozstrzygać, kto w tych spektaklach faktycznie grał błazna, kto kapłana, bo sytuacje tragikomiczne zwykły zapętlać się w węzły nie do rozsupłania. Jedno jest dla mnie pewne. Jeśli Kononowicz i Hubert H. są postaciami godnymi politowania, to o ile bardziej godny politowania jest świat, który się tym karmi i ci, co pokazują ich jak obwoźne dziwowisko, zapewniające chwilę rozrywki dla gawiedzi.

Tomasz Lis nie wykorzystał czasu antenowego, by Huberta H. zapytać o los bezdomnych i przyczyny ich wegetacji na marginesie społeczeństwa. Nie zaprosił do studia specjalistów, którzy mogliby dać analizę społecznych, środowiskowych, psychologicznych przyczyn i konsekwencji bezdomności. Byłoby to zbyt ambitne i nie pasujące do formuły programu pod patetyczną nazwą „Co z tą Polską?”. Zresztą, Hubert H. mógłby nazywać się zupełnie inaczej, inaczej wyglądać, itp. – ważne, że spełnił swoją rolę. Potrzebna była maska, a kto ją nosi – to już inna rzecz. Niewykluczone, że i Tomasz Lis mógłby nazywać się zupełnie inaczej i inaczej wyglądać, bo i on pełni jedynie swoją rolę w teatrze cieni, w którym prawda miesza się z fałszem, rzeczywistość z iluzją i szacunek dla prawdy z kuglarstwem. Na miejsce Lisa przyszedłby zaraz inny szczwany lis. Godne odnotowania, że ważny program publicystyczny ogranicza politykę do powtarzających się gadających głów partyjniaków i publicystów, a sytuację, którą można wykorzystać dla poważnej dyskusji o kondycji współczesnej Polski, zmienia w kiepski kabaret z podśmiechującym się głupkowato dla dodania sobie animuszu „bohaterem” quasi-politycznego skandalu.

Piotr Najsztub i Jacek Żakowski również postąpili zgodnie z regułami tej sztuki, która każe niżej postawionych od siebie potraktować jak głupców zapewniających chwilę odprężenia. Żakowski już wcześniej, na falach radia TOK FM, nie ukrywał swej opinii wobec Kononowicza. Miłośnikowi Jacka Kuronia, jak najbardziej społecznie wrażliwemu publicyście, w głowie nie mogło się pomieścić, jak ktoś taki ma czelność zawracać ludziom w głowie. W jednym Żakowski ma rację: Kononowicz nie jest materiałem na prezydenta Białegostoku, ani w ogóle na polityka. Tyle że nie w tym rzecz. Kononowicz był podczas przedwyborczej kampanii samorządowej jedną z nielicznych – słyszanych przez ogół – osób reprezentujących tzw. prowincję. Tymczasem oglądając telewizję, można było odnieść wrażenie, że wybory samorządowe odbywają się nie „w terenie”, a w stolicy, gdzie oswojeni przez media politycy wyższego szczebla opowiadali dziennikarzom, jak bardzo zależy im na „małych ojczyznach” i sprawach „zwykłych ludzi”. Ale – gwoli prawdy – człowiek z peryferii mógł przebić się do tego uładzonego, na poły spreparowanego świata i zostać tam chwilę dłużej jedynie jako maskotka, albo szturchany palcem wiejski głupek, któremu żartownisie dali do ręki drewniany miecz i założyli na głowę koronę z kartonu obłożonego pozłotą. Czy skończył się czas trybunów ludowych, skoro można pokazywać jedynie ich karykatury?

Człowiek, jakim znamy go z naszego podwórka, przestał być – en masse – zwierzęciem politycznym, także dlatego, że nie ma kto już uczyć go tej trudnej sztuki. Co prawda Arystoteles twierdził, że jest to cecha rodzajowi ludzkiemu przyrodzona, ale dobrze wiemy, że drugą naturą jest przyzwyczajenie, to zaś kształtuje kultura. Od niej zaś, tu i teraz, nie możemy zbyt wiele oczekiwać. Ani kultura polityczna, ani medialna nie wdrażają człowieka do życia politycznego w klasycznym tego terminu znaczeniu – brak im zaplecza w kulturze jako takiej. Żyjący w XVII w. Tomasz Hobbes, traktowany jako jeden z prekursorów nowoczesnego myślenia o państwie, uważał że naturalnym stanem człowieka jest „wojna wszystkich ze wszystkimi” – permanentny konflikt, gdzie naczelną relacją jest droga od i ku zniewoleniu jednych przez drugich. Opis ten nieźle oddaje kondycję nowoczesnych społeczeństw, m.in. ze względu na aberracyjny charakter narastającej konkurencji (hobbesowski fizjologiczny egoizm) i rozbicie wspólnoty, co prowadzi do zamknięcia poszczególnych, drobnych grup w izolowane kasty, wzajem się pożerające i dążące do absolutnej dominacji jedna nad drugą.

Proces ten utrudnia powstanie szerokiego, społecznego konsensusu, bo wspólne dobro zamienia się w abstrakcję albo iluzję, którą łatwo, zbyt łatwo można manipulować. A wtedy dynamiczne życie społeczne przemienia się w fikcję, imitują je wyspecjalizowane w tym instytucje. Co możemy przeciwstawić iluzji i jej funkcjonariuszom? Człowieka nie nazbyt poddanego retuszom. Choć i tak pozostaje obawa, że i on nie sprosta zadaniu i nie uda mu się być człowiekiem.