Strefa ciszy

Z reguły są to sprawy określane mianem politycznych, choć często niewiele mają wspólnego z tym szlachetnym słowem. Kwestie społeczne nieodmiennie pozostają na dalszym planie, tak jakby były dodatkiem do życia toczonego na widoku telewizyjnych kamer, jakby znajdowały się na peryferiach świadomości garstki dysponentów masowej wyobraźni. Wizja Polski zawęża się do historii opowiadanych przez kilka konkurujących ze sobą frakcji, decydujących o III Rzeczpospolitej.

Jedni powtarzają lustracyjne zaklęcia, uznając je za przepustkę do krainy sprawiedliwości dziejowej, drudzy załatwiają środowiskowe interesy wycierając sobie gęby demokracją. Na targowisku politycznej próżności dobrze sprzedają się ambicje partyjnych aktywistów, którzy w kraju powszechnego braku równych szans traktują „służbę publiczną” jako trampolinę do dostatniego życia. Judzący dziennikarzy i przez nich podjudzani, dumni z siebie tańczą swój chocholi taniec, przekonując nas, że te śmieszne podrygi wykonują „na większą chwałę ludu”. Tymczasem umykają nam sprawy nie mniej ważne, bezwzględnie odciskające swój wpływ na tym, co stanowi tkankę życia wspólnotowego, co decyduje o relacjach i interakcjach społecznych, co – ostatecznie – nie mniej niż decyzje polityczne zadecyduje o jakości polskiego życia w XXI wieku.

Rośnie liczba dzieci regularnie nadużywających alkoholu. Coraz więcej też pijących matek. Dla nastolatków alkohol przestał być zakazanym owocem, po który sięgano łapczywie, ale bardzo rzadko, a stał się nieodłącznym towarzyszem wszelkich sytuacji towarzyskich. Jest też lekiem na stres, frustrację, samotność, poczucie niedowartościowania, brak miłości, czasu, zainteresowania w rodzinie. Dzieci naśladują dorosłych, ale nie są dorosłe, stąd grozi im, że nigdy nie staną się pełnoprawnymi, odpowiedzialnymi uczestnikami życia społecznego. Czy za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będziemy społeczeństwem pijaków? Przecież już dziś nie wylewamy za kołnierz. Alkoholizm nieletnich to nie medialna ciekawostka, ale sygnał zagrożeń, jakie drzemią w głębi polskiego społeczeństwa, objaw patologii, których diagnozie poświęca się stanowczo zbyt mało miejsca w przestrzeni publicznej. Pijane dziecko to policzek i hańba nie tylko dla jego rodziców. To oskarżenie wobec nas wszystkich, wobec Polski, jaką jest tu i teraz. A to, że problem narasta, każe zastanowić się, co właściwie najważniejsze w życiu społecznym i jak brzmi definicja brzmiącego dziś dość archaicznie terminu „dobro narodowe”. Że nie jest to PKB – chyba nikogo nie trzeba w tym kontekście przekonywać. Kłopot w tym, że ta niewymierzalna wartość dobra i zła jest czymś wstydliwym w świecie omnipotentnych wskaźników i kwantyfikatorów. Ale cóż, wzrasta dobrobyt – ubywa dobra: chciałbym wierzyć, że to przypadłość czasów przejściowych, a nie „żelazna konieczność”.

A zatem – przybywa pijących dzieci, nieletni coraz częściej są bywalcami izb wytrzeźwień, powstają już dla nich osobne sekcje na Oddziałach Intensywnej Terapii Medycznej – bo agresywne, strute alkoholem dzieciaki trzeba izolować od ludzi na krawędzi życia. Coraz częściej też słychać o pijanych matkach pozostawiających w domach swoje latorośle, o zalanych w sztok rodzicielkach, które zapomniały zabrać swoje pociechy z miejsca libacji, o nietrzeźwych kobietach, którym niemowlaki wypadają z wózka. Powie ktoś – takie rzeczy zawsze się zdarzały i będą się zdarzać, ot, niemiła przypadłość ludzkiej natury. Owszem, ale gdy zaznacza się wyraźna tendencja wzrostowa, trudno to uznać za przypadek. Choć alkoholizm jest aberracją, urągającą ludzkiemu rozumowi i godności, to jednak życie społeczne jest racjonalne: działa tu zasada przyczyn i skutków. Trudno też uznać, że alkoholu nadużywają regularnie i coraz to częściej ludzie szczęśliwi, czy – ściśle mówiąc – szczęśliwie dzieci.

Przyczyny trzeba zatem szukać w domu – padnie odpowiedź. Dobrze, ale ten dom nie jest zawieszony w próżni; dom pijanego dziecka stoi przy konkretnej ulicy, w dzielnicy jednorodzinnych domków lub na strzeżonym osiedlu czy na blokowisku. Ten dom znajduje się gdzieś na zabitej dechami wiosce, w prowincjonalnym, zapyziałym miasteczku, gdzie, jak pisał poeta, „sąsiedzi dobrzy tyją i głupieją”, lub w wielkim mieście. Ten dom stoi na naszej ziemi, a jego mieszkańcy tutaj płacą podatki, tutaj chodzą/chadzają do kościoła i tutaj walczą o byt. Choć coraz częściej – i to też jest problem – kogoś w tym domu brakuje: bo wyjechał zagranicę, bo nie podołał obowiązkom rodzicielskim i małżeńskim, bo nie radził sobie z samym sobą.

Czy zatem jesteśmy coraz mniej szczęśliwym społeczeństwem, skoro przybywa nam nieszczęśliwych dzieci? Ale jak to możliwe, skoro żyje się nam coraz dostatniej, skoro kraj się rozwija, ba, skoro mamy niepodległość, niezgorszą sytuację geopolityczną i wzrost gospodarczy? Więc jak to możliwe – proszę wybaczyć quasi-dostojewszczyznę – że coraz częściej dzieci płaczą pijackimi łzami? A może to fałszywa perspektywa, może jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Trudno w to uwierzyć. Między kulturą, ekonomią, społeczeństwem a państwem istnieją nierozerwalne więzi obyczajów, narodowych instynktów, niepisanych praw i zależności, do których analizy trzeba tęższych głów niż moja. To nie metafizyka, ale – mówiąc brzydko, bo banalnie – „prawo naczyń połączonych”. Nie opuszcza mnie jednak intuicja, że nasz świat stoi na głowie, że jest światem na opak – zbyt wiele miejsca poświęcamy rzeczom nieważnym, a umykają nam groźne zjawiska, które domagają się, by codziennie, godzina za godziną bić na alarm.

Tak, serwisy informacyjne nie mniej rzadko niż tak zwanej polityki powinny dotyczyć spraw społecznych; niestety, narzucono nam perspektywę, śmiem twierdzić fałszywą, co do tego, jakie kwestie dotyczą spraw makro, a jakie spraw mikro. Liczne błazeństwa różnej maści decydentów musimy traktować serio, a własne życie, codzienność, powszedniość egzystencji naszych najbliższych, krewnych, znajomych – jako incydent. Pokażą nas najwyżej, gdy przydarzy się coś, co któraś z Wyższych Instancji raczy uznać za wystarczająco bulwersujące lub tragikomiczne, by zawiadamiać o tym publikę. Gdy staniemy się elementem statystyki i zadziała prawo wielkich liczb.

Oto banalność zła na nowo odczytana – rzadko kogo interesuje proces, prowadzący do jego kumulacji, proces, za sprawą którego zło doprowadza do nieszczęścia rodziny, jak – suma summarum – unieszczęśliwia społeczeństwo, przyczynia się do jego dysfunkcji, paraliżuje jego obywateli. Ciekawa jest dopiero eskalacja zła – małolat na łóżku w izbie wytrzeźwień, kobieta wstydliwie zasłaniająca twarz na posterunku policji, opuszczony, przerażony malec w policyjnej izbie dziecka. Ale wszystko to jakby w próżni, bez związku ze światem ludzkich aspiracji i frustracji, relacjami w domach, szkołach, miejscu pracy, mniej lub bardziej upokarzającą lub satysfakcjonującą walką o każdy grosz. Bez tego sztafażu faktów, jakie codziennie można odczytać na głównej stronie „Obywatela” – są to przecież rzeczy mało istotne, marginalne wobec majestatu „wielkiego świata”. I jeszcze: wszystko to bez pytań o hierarchię wartości, o etykę społeczną, o sens tego, w czym uczestniczymy. Ale to, co dziś przemilczane, co izolowane w strefie ciszy – nie pozostanie bez konsekwencji. Choć, jeśli wszystko pójdzie tym torem, jakim biegnie teraz, pewnie i o nich da się zmilczeć.

Cyklistów dwóch

Happeningi „pedałów” i „homofobów” pokazują, że antagoniści powoli zmierzają ku kulturowej symbiozie. Tegoroczny plakat, zachęcający do udziału w Marszu Tolerancji, przedstawiał dwóch wąsatych cyklistów, pedałujących na tandemie. Możliwie, że istnieje jakaś poprawna wykładnia tego obrazka, ale osobiście jestem przekonany, że rewolucyjnego, a przecież szacownego jednośladu, niczym apokaliptycznego rumaka, wespół dosiadają Gej i Tradycjonalista, pędzący w siną dal, za horyzont chwili obecnej. Pytanie, kto trzyma kierownicę, pozostawiam na razie bez odpowiedzi, choć przyznam, że bezwzględnie może ono obnażyć słabość niniejszej metafory.

Jeśli wierzyć naoczności telewizyjnych przekazów i kategoryczności medialnych wypowiedzi, niewiele jest w Polsce tak ważnych spraw, jak walka o obyczajową i kulturową nowoczesność, o europejskość standardów myślenia i czucia (cokolwiek miałoby to znaczyć), sposób traktowania kilku starannie wyselekcjonowanych mniejszości. Inni powiadają, że stawką (większą niż życie – wszak chodzi o zbawienie) jest tradycja, zachowanie tożsamości narodowej i cywilizacji chrześcijańskiej. Bój toczy się o każdą pędź polskiej ziemi, o każde polskie serce. Kanonady cywilizacyjnej batalii brzmią wielogłosem konferencji naukowych, paneli dyskusyjnych, specjalistycznych szkoleń, obozów, kursów, wydarzeń artystycznych i artystyczno-podobnych, huczą na łamach niskonakładowych czasopism i w obrębie niszowych organizacji; propagandziści obu wizji harcują w najlepsze po Internecie. Ale tych parę razy do roku Tolerancja staje twarzą w twarz z Tradycją i obie patrzą sobie wzajem głęboko w oczy, skandując hasła i wyciągając ku fotoreporterom transparenty z sekciarskim programem zbawienia świata i moralnej sanacji.

Bardzo lubię te krakowskie Marsze Tradycji&Tolerancji; lubię domyślać się, gdzie przebiega granica między naiwnością a cynizmem, kto jest kim w tych pochodach i dlaczego się na nich znalazł. Lubię ten swoisty fluid, jaki wydziela podekscytowany tłum, projektujący na cały świat swoje fantazje, frustracje i roszczenia. Lubię dziennikarzy, starannie selekcjonujących materiały, by osiągnąć ten poziom autentyzmu, jaki zgadza się z linią programową poszczególnego medium. Lubię policyjne kordony, zza których dochodzą wezwania do miłości i lubię tych podpitych i/lub wulgarnych wyrostków w szalikach i kapturach na twarzach, pałających gorącą miłością tradycyjnych wartości. Co prawda nigdy nie wpadłem na pomysł, by któregoś przepytać ze znajomości katechizmu czy dat z historii Polski, ale wierzę na słowo – wszyscy mają piątki z religii, polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie. A z wychowania fizycznego to już na pewno. Jedyne, czego nie lubię, to świstu kamieni i to tylko ze względu na prawa fizyki, biologii i chemii, którym, o ile wiem, podlegamy wszyscy po równo. Bo już w telewizji najbardziej orgiastyczne momenty tego typu imprez wyglądają wcale malowniczo: gdy napięcie sięga zenitu, jedni eksplodują salwą ciśniętych w przeciwnika kamieni, gdy ten przyjmuje je z dziwną, sadomasochistyczną, bliską ekstazy spolegliwością.

Każde pokolenie musi mieć swoje uliczne spektakle, w których przemoc nie może być czysto symboliczna, jeśli ma zagwarantować autentyzm doświadczenia. Ale do tego typu gier i zabaw na świeżym powietrzu potrzebne są dwie strony, czujące wobec siebie awersję, czasem – fizjologiczną złość i nienawiść, irracjonalną potrzebę dominacji, upokorzenia drugiej strony. A nawet potrzebę bycia ofiarą, męczennikiem (choćby w wersji „light”). Media głównego nurtu pomagają wyznaczyć tu role: jedni są inteligentni, nowocześni, życiowo spełnieni – drudzy sfrustrowani, zaściankowi, durnowaci. I to właśnie widać na ekranach: po jednej stronie tęczowe okularnice i metroseksualnych awangardzistów Nowej Lewicy, po drugiej: prymitywnych bojówkarzy-narodowców. I chyba obie strony w ostatecznym rachunku podświadomie przyjmują ten obraz, wchodzą w kostium, jaki im przeznaczono i przedstawienie trwa, musi trwać w takiej formie. A równocześnie obie strony są sobie potrzebne, wzajem się uprawomocniają i znajdują wyjaśnienie dla swojej aktywności. Czują się pożyteczni dla społeczeństwa. Doktor Jekyll i mister Hyde – pedałujący na jednym rowerze w bliżej nieokreślonym kierunku. Co ważniejsze: to widz określa, kto jest kim na tej trasie. I dlatego jedni tłumaczą zachwyconym zagranicznym turystom, że walczą z faszyzmem i nacjonalistycznym rządem, a drudzy znajdują pokrzepienie w słowach przechodnia: „bijcie, kurwa, pedałów!”.

Oczywiście, gdy opadnie marszowy kurz, opadną ku ziemi transparenty przywiędłe jak kwiaty, a manifestanci siądą w knajpach, by w alkoholu utrwalić obrazy walki i męczeństwa, wtedy można zapytać, dlaczego w marszach tolerancji nie widać trwale bezrobotnych, samotnych matek, niedożywionych dzieci z ubogich bądź patologicznych rodzin, niepełnosprawnych – tych wszystkich, wobec których tolerancja, czy też akceptacja i solidaryzm są najwyższymi społecznymi wymogami. Można by też zapytać w takiej chwili, dlaczego marsze tradycji i kultury przyciągają w niemałym stopniu niezbyt wymagającą, a mało kulturalną klientelę, która własną brutalność może wytłumaczyć i uwznioślić argumentem walki o publiczną moralność.

Ale te pytania nie są zbyt interesujące dla żadnej ze stron konfliktu. By ich uniknąć, znów spogląda się na przeciwnika, a w jego szpetnym obrazie odnajduje się na nowo potwierdzenie własnych racji… Gdyby zabrakło jednej ze stron, czy druga nie poczułaby się osamotniona? Gdyby machnąć ręką na ich wzajemne podchody, pochody i waśnie – czy nie zajęliby się czymś pożyteczniejszym, albo przynajmniej stracili na medialnej atrakcyjności? Ale to niemożliwe. W apatycznym społeczeństwie, które z takim trudem buduje przyczółki własnej tożsamości i dowiaduje się z telewizji i gazet, co powinno myśleć o świecie i samym sobie, potrzebne są wielkie iluzje demokracji, figury spraw, dla których warto się poświęcać i o których warto rozmawiać. Społeczeństwo musi wiedzieć, co jest ważne i gdzie przebiegają linie podziałów. I wiedza ta jest mu dostarczana – aktorzy sami pchają się na scenę, bez ładu i składu, byle tylko znaleźć się po tej lub tamtej stronie, którą im przypisano.

Jedni bronią tradycji, drudzy nowoczesności, ale co jest treścią tych pojęć i skąd bierze się ich rozumienie, w jakiej pozostają do siebie relacji i co stanowi ich specyfikę na gruncie polskim – nikt tam nie dyskutuje. Nowoczesność, tradycja, tolerancja, rodzina, wolność, wartości – terminy, których zrozumienie i opisanie odkłada się na później, albo omawia w zamkniętym gronie „własnych” specjalistów i autorytetów. Na oczach narodowej widowni odgrywa się wielkie przedstawienie o dwóch cyklistach, których połączyła nienawiść i pędzą w siną dal. Tylko naprawdę wciąż nie potrafię określić, kto kieruje tym tandemem. No ale grunt, że bohaterowie spektaklu zgodnie pedałują w walce o lepszą Polskę.

Obóz pięknej Polski?

Rozłam w partii rządzącej można oceniać dwojako: smucić się lub cieszyć. Smucić, gdy oceniamy obecny rząd pozytywnie. Cieszyć, gdy uważamy, że jego główny podmiot ewoluował w złym kierunku.

Pierwsza sprawa nie jest oczywista. Niewiele z poczynań tego rządu postrzegam jako sensowne – o czym za chwilę. Nie zmienia to jednak faktu, że w sferze symbolicznej koalicja Kaczyńskich, Leppera i Giertycha sprawia pewnego rodzaju przyjemność wielu osobom – w tym niżej podpisanemu – które krytycznie oceniały polskie realia po roku 1989. Trudno odpowiedzialnie stwierdzić, że obecna Polska jest całościowo lepsza niż ta sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych. Jest to natomiast na pewno Polska inna. Polska, w której mniej pyszałkowatych gęb Michnika, Geremka, Kwaśniewskiego, mniej zarozumiałych pouczeń autorstwa Olejnik, Lisa czy Żakowskiego, mniej pewnego siebie Jasnogrodu, Salonu i Towarzystwa.

Wyniki wyborów z roku 2005 to triumf „Polski B”, Polski marginalizowanej i lekceważonej, wyśmiewanej i strofowanej, Polski, której nie ma w głównych mediach, Polski, w której realne przeciętne pensje wynoszą tyle, ile kosztuje jednorazowa kreacja paniusi zajętej peanami na cześć postępu, standardów europejskich i społeczeństwa obywatelskiego. Za to właśnie – za całkiem silnego prztyczka w nos aroganckich typów, którzy zawładnęli Polską po roku 1989 – cenię obecny rząd i jego główny podmiot, czyli PiS. I w sytuacji zmasowanych ataków liberalnych funkcjonariuszy oraz ich użytecznych idiotów, deklaruję, jak niegdyś Adam Józef Potocki: „Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”. Jeśli alternatywą dla PiS-u mają być dawni „aferałowie” z PO, „magister” Kwaśniewski i salon Michnika, to serdecznie dziękuję, ale nie skorzystam – oni już pokazali co potrafią, aż zanadto. Gdyby przypadkiem obecne władze cierpiały w dziele likwidacji ancien régime’u na niedobór chętnych do tej niewdzięcznej pracy, to proszę o formularz zgłoszeniowy – oczywiście mam na myśli pracę społeczną. Jak głosiły słowa „Czerwonego Sztandaru”: „Krew naszą długo leją katy, wciąż płyną ludu gorzkie łzy, nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my!” – i nieważne, czy zapłaty dokonamy pod czerwonym, czy pod jakimkolwiek innym sztandarem.

Nie przekreśla to jednak faktu, że PiS zmierza w złym kierunku, a jego rządy oznaczają zawiedzione nadzieje na faktyczną zmianę, na Polskę nie tyle lepszą, lecz po prostu dobrą. Odejście Marka Jurka i jego stronników jest natomiast pewnym – co prawda nikłym, ale jednak – światełkiem w tunelu. Może bowiem być impulsem do powstrzymania ewolucji obozu rządzącego w coraz bardziej absurdalnym kierunku. Już najwyższy czas, by powrócić do ideału „Polski solidarnej” a porzucić fałszywą wizję Polski narodowo-prawicowo-ultrakatolickiej, bo nie na taką Polskę głosowali wyborcy w roku 2005.

Część elektoratu PiS to ludzie o poglądach radykalnie antykomunistycznych, „wojujący” katolicy i równie „wojujący” patrioci. Ale zwycięstwo w wyborach nie jest efektem obiecanek, że rząd czym prędzej zbuduje Świątynię Opatrzności, zmusi zgwałcone lub ciężko chore kobiety do porodów, postawi pomnik Kurasia-„Ognia”, a raz na tydzień kontrolowanym przeciekiem poinformuje nas w atmosferze sensacji, że jakiś podstarzały dziennikarz, aktorka, biskup czy profesor pisali donosy na swoich kolegów po fachu. PiS wygrał, bo obiecywał „Polskę solidarną”, Polskę normalną, Polskę nowoczesną. I nie wykluczało to ani patriotyzmu, ani wartości chrześcijańskich, ani rozliczenia poprzedniego systemu, a wręcz przeciwnie – również one stanowiły ważny rdzeń tej wizji, którą poparli wyborcy. Tyle tylko, że zamiast „Polski solidarnej” otrzymaliśmy niestety Polskę Marka Jurka.

Rząd zajął się wszystkim, tylko nie solidarnością społeczną. Politykę socjalną oparł na jałmużnie zwanej becikowym, nie zaś na jakichkolwiek cywilizowanych i sprawdzonych rozwiązaniach systemowych. Politykę prorodzinną na wydłużeniu urlopów macierzyńskich, bez próby wsparcia matek i rodzin elementarnymi „zdobyczami” w postaci tanich i łatwo dostępnych żłobków, przedszkoli i mieszkań oraz ochroną osób kończących takowe urlopy przed samowolą pracodawcy. Politykę gospodarczą na niezbyt nawet maskowanym zachęcaniu Polaków, by w Londynie myli garnki, Francuzom przepychali kanalizację, a w Norwegii podcierali tyłki emerytom, nie zaś na tworzeniu warunków ku temu, by w kraju płace były wyższe i bardziej egalitarne (nadal dominuje wiara w moc „zagranicznych inwestycji” i prywatyzacji resztek majątku narodowego, a jednocześnie zupełna niemoc w ukróceniu takich choćby patologii, jak ekspansja wielkich sieci handlowych). Politykę oszczędności budżetowych na ograniczaniu tzw. przedwczesnych emerytur, nie zaś na porzuceniu pomysłów likwidacji podatku spadkowego. Rozwój regionalny na budowaniu autostrad (żeby każda polska wieś i miasteczko miały „swój” sznur TIR-ów pod oknami), nie zaś na powstrzymaniu likwidacji lokalnych połączeń kolejowych. Walkę z przestępczością na spektakularnych pokazówkach ABW i CBA, nie zaś na ukróceniu chamstwa i bandytyzmu na osiedlach, drogach i w parkach. Ochronę dziedzictwa narodowego na pompatycznych uroczystościach ku czci i chwale oraz budowaniu obwodnic w rezerwatach przyrody, nie zaś na trosce o wyjątkowo zachowane piękno polskiej ziemi i jej materialnej przeszłości. I tak dalej.

Tej niemocy, w niektórych kwestiach połączonej z oczywistą głupotą i bezradnością, towarzyszyła natomiast nadaktywność owej części obozu rządzącego, której symbolem jest właśnie Marek Jurek. Choć żali się on na marginalizowanie swoich wpływów w PiS-ie, podając to jako przyczynę rejterady, to jednak właśnie Jurek i jemu podobni są największymi wygranymi ostatnich wyborów. Narzucili bowiem opinii publicznej i decydentom kilka swoich „koników” jako główne problemy rzekomo trapiące Polskę. IV RP okazała się być nękana przede wszystkim przeogromną liczbą aborcji będących efektem choroby czy gwałtu, istną plagą „nienaturalnych” środków antykoncepcyjnych, wszechogarniającą pornografią, rozwiązłością w mediach, tragicznie małą liczbą papiesko-maryjnych patronatów nad miejscami publicznymi, gejami masowo zatrudnianymi w szkołach w celu deprawacji małoletnich, wyrafinowanymi spiskami ekologów itd. Gdyby nie te przypadłości, mielibyśmy tu krainę mlekiem i miodem płynącą. No i oczywiście, gdyby jeszcze oprócz tego z 20 lat non stop ujawniać agenturę, przypominać żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych i prawego skrzydła AK, oddać dworki spadkobiercom przedwojennych ziemian i dokonać intronizacji Chrystusa Króla…

Jestem od lat przeciwnikiem aborcji i dopuszczania jej „na życzenie” czy z tzw. przyczyn materialnych, a w moim środowisku polityczno-towarzyskim wymaga to znacznie większej odwagi niż analogiczna postawa wśród prawicowców-zetchaenowców. Jestem za bezpardonowym ujawnieniem komunistycznej agentury, bo uważam poprzedni system za podły, a samych agentów – za łotrów. Jestem zwolennikiem wartości chrześcijańskich nie tylko jako katolik, ale i jako człowiek o elementarnej wiedzy historyczno-etycznej. Jestem za akcentowaniem patriotyzmu i obroną państwa narodowego, bo to po prostu moja ojczyzna, na dobre i na złe.

Ale żaden Marek Jurek nie przekona mnie, że zgwałcone lub ciężko chore kobiety należy zmuszać do porodów, najlepiej przy pomocy zapisów Konstytucji. Albo że większości aborcji dokonuje się z kaprysu, nie zaś z powodu może nie tyle biedy, co braku perspektyw na sensowne życie – gdy posiadanie dziecka oznacza większą ciasnotę w małych, kupionych na 30-letni kredyt mieszkaniach, groźbę utraty pracy, konieczność dzielenia mizernej pensji na jeszcze mniejsze racje dzienne, a na swoistą osłodę survival podczas podróży z wózkiem przez miasta zupełnie niedostosowane do potrzeb osób z młodym potomstwem. Trzeba być bardzo naiwnym lub – jak zawodowa prawica laptopowo-garniturowa – oderwanym od rzeczywistości, żeby problem aborcji postrzegać przez pryzmat zapisów ustawy zasadniczej. Zabieg przerwania ciąży można w Polsce wykonać bez trudu, za pieniądze nie tak małe, ale też i niewielkie w porównaniu z choćby rocznym kosztem utrzymania dziecka, o innych kłopotach związanych z macierzyństwem nie wspominając. I poza skrajnymi przypadkami, nie dokonują tego kobiety złe, głupie, czy wręcz – jak czasem malują ów obraz moralizatorzy – zbrodnicze. Dokonują takie, które specjaliści od obrony życia poczętego zostawiają samym sobie.

Bo co im proponują? Antykoncepcja – zła. Adopcja – w obecnych realiach kłopotliwa, biurokratyczna, stygmatyzująca społecznie dla „ofiarodawczyni”. Wsparcie finansowe – ochłap w postaci becikowego. Wsparcie instytucjonalne – niemal żadne; spróbujcie w większości małych miejscowości znaleźć żłobek czy przedszkole. Wsparcie symboliczne – zerowe: bardziej poważany jest u nas „zagraniczny inwestor” niż polska matka. To państwo nie robi tak naprawdę nic w dziedzinie faktycznej polityki prorodzinnej, a gdy ktoś nie chce grać tak żenująco rozdanymi kartami, choćby wybierając w zamian skuteczną antykoncepcję, to zaczyna być traktowany jak Wróg Wspólnoty Narodowej. Za zupełnie głupie uważam hasła feministek o „prawie kobiet do własnego brzucha”, a obrona bezbronnej, zalążkowej formy ludzkiego życia to dla mnie jedna z miar człowieczeństwa i empatii (zupełnie zresztą niezależna od standardowych podziałów politycznych i postaw religijnych, bo znam przeciwników aborcji, którzy są skrajnymi lewicowcami, anarchistami czy buddystami). Tyle tylko, że „jurkowcy” są tychże feministek lustrzanym odbiciem, a ich pomysły spod znaku „rodzić i nie dyskutować” w dłuższej perspektywie szkodzą sprawie obrony życia poczętego, bo głupia akcja zrodzi równie głupią reakcję.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że od zasady obrony życia nie może być nawet najmniejszych odstępstw, jak w przypadku choroby czy gwałtu, i że Papież takowych nie przewidział. W nie-utopijnym, realnym czy jak kto woli – grzesznym świecie, odstępstwa są koniecznością, a Papież wzywał nie tylko do ochrony życia poczętego, ale także np. do zaprzestania bombardowań już dawno poczętych irackich czy afgańskich cywilów, czego p. Jurek jakoś nie dostrzegł. Nie przekona mnie również, że życie należy chronić wyłącznie wtedy, gdy jest bezbronne, a bezbronne jest ponoć tylko w formie zarodkowej – równie bezbronni są ludzie wyrzucani z pracy, eksmitowani z mieszkań czy zatruwani spalinami z autostrad itd.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że do największych problemów moralnych tego świata należy stosowanie hormonalnej antykoncepcji czy pornografia – bo choć są to zjawiska dyskusyjne medycznie czy etycznie, to znam wiele gorszych „wynalazków” czy postaw, które moralistom nie spędzają snu z powiek. Wolę skuteczną antykoncepcję niż dzieci wychowywane źle, bez troski i odpowiedzialności rodziców. Wolę miłośników pornografii, którzy oglądają ją w zaciszu swoich domów, niż setki wytworów prymitywnej kultur masowej, które atakują mnie każdego dnia w przestrzeni publicznej, a ich twórcy są do tego wręcz zachęcani przez prawicowych mędrków, jeśli tylko taka działalność podwyższa wskaźniki PKB. Mniej szkodliwy społecznie jest ktoś, kto po kryjomu ogląda gazetki z „gołymi babami” niż ten, kto w zabytkowej części miasta buduje ordynarne centrum handlowe. Ten pierwszy szkodzi bowiem tylko sobie, ten drugi – psuje umysły i wrażliwość setek tysięcy osób oraz dewastuje nasze wspólne dziedzictwo.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że problemem polskiej szkoły są nauczyciele-geje. Bo tym problemem są nauczyciele leniwi, mierni, pozbawieni pasji. No i zbyt wielu spotkałem nauczycieli heteroseksualnych, którzy ślinili się na widok swoich uczennic, bym przejmował się enigmatycznymi belframi-homoseksualistami, którzy być może występują w jednej szkole na sto albo i rzadziej.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że wartości chrześcijańskie polegają na obnoszeniu się z imieniem Papieża czy Maryi na ustach. Bo dla mnie polegają one na trosce o bliźnich i na choćby elementarnej uczciwości – nie na liberalizacji gospodarki, żeby Jaśnie Pan Inwestor mógł jeszcze bardziej pomiatać pracownikami, i nie na zatrudnianiu politycznych kolesiów-miernot na państwowych posadach.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że patriotyzm i „przywracanie pamięci” to tylko pomniki Dmowskiego i „Ognia” oraz kult Powstania Warszawskiego. Znam bowiem także takie postaci, jak Kazimierz Pużak i Adam Ciołkosz, a bardziej niż straceńcze „chodzenie w bój bez broni” imponuje mi np. stworzenie prężnego ruchu spółdzielczego w międzywojniu.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że rozliczenie PRL-u polega na politycznych czystkach i medialnych skandalach przy użyciu niejasnej gry teczkami. Bo dla mnie lustracja ma sens tylko wtedy, gdy rzetelnie i całościowo wyjaśni raz na zawsze esbeckie mechanizmy, wskaże ich wykonawców oraz wpływ na przebieg wydarzeń, a wszystko to bez taryfy ulgowej i tendencyjności wedle polityczno-ideowego klucza. Uznam triumf lustracji wtedy, gdy IPN opisze rzetelnie nie tylko jawnych SB-ków oraz agentów rodem z dzisiejszego Salonu, ale także np. uwikłanie Lecha Wałęsy, kunktatorstwo Kościoła wobec komunistów, rolę opozycyjnych liberałów i „prawdzików” w niszczeniu lewicowo-syndykalistycznej frakcji „Solidarności” itp.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że dekomunizacja polega na niszczeniu pomników Ludwika Waryńskiego i „likwidacji” – jak chciała sojuszniczka Jurka, posłanka Małgorzata Bartyzel – 1-Majowego Święta Pracy. Bo Ludwik Waryński – inaczej niż kilku posłów PiS-u – nigdy nie był członkiem PZPR, a 1 Maja to święto nie komunistów, lecz tych, którzy na długo przed nastaniem PRL-u dopominali się w różnych krajach o godne traktowanie każdego człowieka, a na rodzimym gruncie domagali się właśnie „Polski solidarnej”…

Niestety, choć Marek Jurek i jemu podobni nie przekonali mnie, to dokonali tego wobec całego PiS-u To właśnie oni sprawili, że od wyborów roku 2005 partia stale przesuwa się w prawo, a jej pomysły na ład publiczny coraz bardziej przypominają groteskę i skansen. Oczywiście nie twierdzę, że Jurek et consortes to gromadka przebiegłych łotrów, którzy opętali „dobrych ludzi”. Ewolucja PiS-u odzwierciedla problem poważniejszy niż ideologiczny lobbing jakiejś grupy posłów. Jest ona efektem braku pomysłów na rozwiązanie kluczowych problemów, miałkości programowej tego środowiska, a także kwestii prozaicznych, bo generacyjnych – liderzy PiS z racji wieku i spędzenia większości życia w izolowanym systemie komunistycznym są po prostu słabo zorientowani w realiach współczesnego świata, a rzeczywistość postrzegają przez pryzmat problemów, których już dawno nie ma, bądź też mają o wiele mniejszą skalę niż niegdyś. To ostatnie piszę ze smutkiem, bowiem braci Kaczyńskich uważałem przez lata za polityków ze ścisłej polskiej czołówki, jeśli chodzi o horyzonty intelektualne. Niestety, sensownej obronie państwa narodowego, krytyce skutków tzw. decentralizacji (w praktyce: zawłaszczenia wspólnot lokalnych przez różne kliki) czy nazwaniu po imieniu hucpy o nazwie społeczeństwo obywatelskie, towarzyszy u nich zupełny brak zrozumienia problemów globalizacji, jakości życia, ekologii, przeobrażeń cywilizacyjnych itp. Jasne, że łatwiej być mądrym teoretykiem niż choćby przeciętnym praktykiem sprawowania władzy i że wielu obiektywnych uwarunkowań nie „przeskoczy” nawet najlepszy premier i prezydent. Ale gdy słucha się, jak Jarosław Kaczyński opowiada o ekologach blokujących rozwój Polski, bo nie chcą się zgodzić na zalanie betonem przepięknego miejsca po to, żeby niemieckie TIR-y mogły jeździć za półdarmo a spekulanci gruntami – zarobić sporo forsy, to trudno poważnie traktować kogoś takiego jako polityka, myśliciela, a także konserwatystę.

W efekcie wpływów „jurkistów” oraz braku refleksji pozostałych liderów tego środowiska, PiS wybrał najgorszą spośród możliwych dróg. Wyborczy program i hasła, a później sojusz z Samoobroną, świadczyły początkowo, że partia ta ewoluuje od sztampowej i jałowej prawicowości ku nowemu modelowi centrum. Takiemu, które zamiast technokratyzmu, nijakości i „poprawności” centrum standardowego – w Polsce symbolizowanego przez dawną Unię Wolności – wybrałoby umiejętne i twórcze łączenie najcenniejszych wątków lewicowych i prawicowych, a w sferze kulturowej dokonało syntezy tradycji i nowoczesności. Zamiast tego PiS zaczął się licytować w prawicowości, czego jedynymi efektami było zmarginalizowanie własnego sojusznika – LPR-u, a w wymiarze ideowo-kulturowym brak umiejętności odpowiedzi na kluczowe wyzwania, przed jakimi staje Polska. Oczywiście na krótką metę można w ten sposób utrzymać władzę – podkręcając atmosferę tropienia agentów, demaskowania skandali korupcyjnych, walenia jak w bęben w Salon czy „wykształciuchów” – ale długofalowo dla kraju wynikną z tego tylko kolejne zmarnowane lata, bo igrzyskami nie zastąpi się chleba. Rozłam dokonany przez „jurkowców” jest zresztą logiczną konsekwencją takiej durnej polityki. Wydawało się, że tak doświadczeni politycy jak Kaczyńscy rozumieją, iż na każdego radykała znajdzie się prędzej czy później radykał większy, „niezłomny” czy po prostu bardziej krzykliwy.

Odejście frakcji Jurka jest okazją do refleksji, co dalej. Jeśli PiS myśli o Polsce, nie zaś tylko o tej czy kolejnej kadencji, powinien zrobić coś przeciwnego niż do tej pory. Zamiast licytować się w radykalizmie i przekomarzać z Jurkiem czy Giertychem oraz potępiać wszystko to, co nie mieści się w wąskiej wizji prawicowości, powinien poszerzyć swoje spektrum ideowe i dostrzec nowe środowiska, które warto pozyskać do współpracy. Zdegustowanych dotychczasową Polską, czyli III RP, jest bowiem znacznie więcej niż w szeregach radykalnych „obrońców życia” czy przeciwników antykoncepcji. PiS powinien zostawić w spokoju „dusze” wyborców narodowo-katolickich, pozwalając „prawdziwym radykałom” i niezłomnym specjalistom od „wierności wartościom”, bić się o te 3 czy 6 procent głosów.

Zamiast tego Lech i Jarosław Kaczyńscy powinni na serio potraktować wielokrotne własne deklaracje – np. te o etosie żoliborskiej inteligencji i te o szacunku wobec dokonań obozu sanacyjnego. Nie rezygnując z pewnej dozy rozsądnego konserwatyzmu kulturowego i religijnego, warto dostrzec, że w Polsce są jeszcze inne wartościowe i perspektywiczne tradycje, niemal zupełnie nieobecne w postaci reprezentacji politycznych. Nie ma u nas nurtu wyrażającego poglądy „państwowców” (nie lewica, nie prawica, lecz dobro Polski), nie ma reprezentacji lewicy patriotycznej, nie ma środowisk, które dbałyby o interesy prowincji bez wikłania się w klimaty klasowo-zawodowe (tak jakby w małych miastach i wsiach mieszkali tylko rolnicy i „ofiary transformacji”, czyli żelazny elektorat PSL i Samoobrony), są miłośnicy przyrody i krajobrazu, którzy nie chcą być kojarzeni z lobby homo-feministycznym z Zielonych 2004, są patrioci, którym Dmowski śmierdzi naftaliną i absurdalnymi teoriami, są zwolennicy praw kobiet bez popadania w lewackie paranoje, są lokalni liderzy i społecznicy, którzy widzą fałsz odgórnej budowy społeczeństwa obywatelskiego przez Agorę S.A. i Fundację Batorego, są osoby pamiętające pierwszą „Solidarność” jako masowy ruch jednoczący Polaków ponad podziałami religijnymi, obyczajowymi i warstwowymi. Są przede wszystkim zwykli ludzie, którzy nie lubią skrajności aborcyjnych, gejowskich, religijnych itd. – zarówno w wersji „pro”, jak i „anty”. To oni wszyscy są tą „milczącą większością”, która czeka na swoją partię – a przede wszystkim na swoją Polskę, solidarną Polskę, piękną Polskę. Marek Jurek podarował PiS-owi – wbrew pozorom – świetny prezent. Teraz trzeba go rozpakować i umiejętnie wykorzystać.

Oni jak my

Wiadomo – bezdomni najgorzej mają zimą. Chleją, zasypiają gdzie bądź, otula ich biały śnieg i bezbarwne zimno. Jeśli nie znajdzie ich patrol policji, Straż Miejska albo poczciwa dusza – zamarzają. To źle, to argument przeciwko każdej ekipie rządzącej – czy to Buzka, czy Millera, czy Kaczyńskiego. Zimą o bezdomnych wspomni TVP, Polsat, TVN. Ekipa telewizyjna zrobi najazd na przytulisko czy noclegownię, pokaże zatłoczoną salę pełną łóżek, materaców, zniszczonych ludzi i parominutowy materiał zakończy bon-motem o wrażliwości społecznej. A później inny temat, inny świat, inne tragedie. Obowiązkowi reagowania na bolączki społeczne uczyniono zadość. Sprawy mogą dalej toczyć się swoim torem – instytucjonalnej rutyny, w której trudno wyliczyć stosunek bezradności do obojętności; pragnienia niesienia pomocy i bezwzględnie cynicznego pasożytowania na cudzym nieszczęściu.

Jak wielką niewiadomą są bezdomni, ujawnia między innymi niepewność statystyki – szacuje się, że w Polsce może żyć od 30 do 300 tysięcy osób dotkniętych bezdomnością (podaję te liczby za aneksem do książki Patrica Declercka „Rozbitkowie. Rzecz o paryskich kloszardach”). Są utrapieniem i hańbą wielkich miast – żyjący na marginesie i na margines spychani, otoczeni opieką, która właściwie nic nie zmienia w ich statusie – „wyjście z bezdomności”, reintegracja społeczna, wejście w krwioobieg normalnego życia, to niemal zawsze piękny sen, bo ciężar patologii ma kamienną naturę – osobowość zniekształcona jest tak bardzo, że życie inne niż wegetacja na marginesie znika z horyzontu widzenia. Stąd niełatwo w kilku słowach odeprzeć twierdzenia tych, którzy przekonują, że bezdomni są sobie winni. Tyle że – i tę odrębność trzeba jasno wykazać – ich odpowiedzialność wobec samych siebie i innych też jest wykoślawiona i niepełna. Bo to, co określamy mianem bezdomności, to wypadkowa zła społecznego i własnej słabości, krzywdy czynionej i doznawanej, obojętności świata i własnego egoizmu.

Zabrzmi to jak banał: bezdomność jest problemem społecznym właśnie dlatego, że jest problemem antropologicznym – dlatego nie rozwiązują go jadłodajnie, noclegownie, przytuliska, plakaty w miejscach publicznych z numerem infolinii dla bezdomnych. Państwo, które i tak ma skłonność traktować obywateli przedmiotowo, z bezdomnymi może sobie poczynać z zupełną dezynwolturą: schorowani, słabi, głupi, bez dochodów, niezdolni do rzeczowego wyartykułowania swoich pragnień (a większości są to i tak pragnienia aspołeczne) – są jak „milczące coś”, tak ciche, że aż nieobecne. Oczywiście – gdy defekują, żebrzą, awanturują się, lub gdy ich po prostu czuć w miejscach publicznych – stanowią zauważalny problem. Z tym jednak można poradzić sobie w sposób czysto mechaniczny – usuwając ich z widoku za pomocą odpowiednich służb. Co jednak zrobić z ich cierpieniem, poczuciem krzywdy, chorobliwym użalaniem się nad sobą, czasem pełną hipokryzji grą z instytucjonalnym światem, tym wszystkim, co składa się na rozpacz duszy? I jeszcze częste choroby psychiczne, mniejsze lub większe upośledzenia, prostytuowanie się; straszne i plugawe wspomnienia z dzieciństwa, straszne i plugawe wspomnienia z lat młodzieńczych, straszne i plugawe wspomnienia ze wczoraj, straszne i plugawe teraz, które jutro się powtórzy (o ile nie przyjdzie śmierć). Zarazem skrzywdzeni i krzywdzący – jak my wszyscy, tyle że niemal bez szans na ekspiację, na ukojenie inne niż narkotyczne czy alkoholowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce mieć ich przy sobie.

Przypomina mi się nieistniejąca już noclegowania na Pawiej, w Krakowie. Stara kamienica, rudera niedaleko dworca PKP, ciemny przedsionek, niechętne spojrzenia mężczyzn, za których trzeźwość nie dałbym sobie ręki uciąć. W pokoju na górze zamknięty od wewnątrz na klucz siedział opiekun. Przytulisko miało zostać zlikwidowane, bo naprzeciwko dumnie zaczął się wznosić gmach „Galerii Krakowskiej”. Wcześniej wyrzucono bezdomnych z dworca – mieli się udać właśnie do noclegowni na Pawiej. Miejsc nie starczało dla wszystkich, opiekun nie miał szans zapanować nad klientelą. Tuż obok, w pustych pomieszczeniach powstała „dzika noclegownia”: smród, którego pochodzenia lepiej sobie nie wyobrażać, bił jak z czeluści. Tam bezdomni mogli pić, czasem przechodzili też do oficjalnie działającej noclegowni, choć opiekun starał się temu zaradzić (bo część bezdomnych pracowała dorywczo, także nad swoją „małą stabilizacją”).

Wiadomo było, że tak czy inaczej bezdomnych trzeba będzie wykwaterować. Fundacja (jak większość w Polsce chlubiąca się patronatem Brata Alberta) była prywatna, więc od miasta nic się jej nie należało. Poza tym – skąd lokal zastępczy z przeznaczeniem na noclegownię? Nikt nie zgodzi się na coś takiego w swojej okolicy. Bezdomnych wykwaterowano na dzień przed otwarciem „Galerii Krakowskiej”, by nic nie psuło humoru wchodzącym do przybytku konsumpcji. Tej konsumpcji, w której wykluczeni uczestniczyć nie mogą, nie mają sił, są zbyt apatyczni, bez motywacji, zbyt mało zaradni. Trzydziestoletni, podejrzliwi starcy, przygłupie nastolatki, którym „przyjaciel” zrobił brzuch, lumpy, którzy w mądre słowa ubierają pożądliwe trzęsienie dłoni na widok alkoholu – oni wszyscy muszą być usunięci z widoku świata, który konsumuje w bardziej wysublimowany, choć często nie mniej egoistyczny sposób. Tak, jakby społeczeństwo bało się swojej parodii, bo jednak wciąż może się w niej domyślać zbyt wielu własnych cech.

Minęła druga rocznica śmierci Jana Pawła II. Przy tej okazji przypomniał mi się wywiad, jaki przed laty przeprowadziłem dla jezuickiego „Życia Duchowego” z Tomaszem Sadowskim, założycielem „BARKI”, którego poznałem jeszcze jako licealista. Sadowski mówił m.in. o inspiracji nauczaniem papieża, o braku solidaryzmu bogatych z biednymi, o tym, jak transformacja przyczyniła się do pauperyzacji części społeczeństwa, skąd (choć nie jest to absolutna reguła) często już tylko krok do wykluczenia. Chłopakowi przed maturą imponował brodaty facet, który zdecydował się razem z żoną i dziećmi mieszkać pod jednym dachem z ludźmi z marginesu. Nazbyt idealistycznie wierzyłem, że to tak piękne i szlachetne – więc pewnie łatwo przychodzi i wszyscy są mu bardzo wdzięczni. Nieco później przez dwa miesiące pracowałem w przytulisku dla bezdomnych, w Przegalinie, niewielkiej miejscowości koło Gdańska. A jakże – nosiło imię brata Alberta. Tam na własnej skórze przekonałem się, jak wielkiego trudu wymaga bycie z bezdomnymi. Jak wielkiego samozaparcia. I że jest w dużej mierze sztuką radzenia sobie z niepowodzeniem i rozczarowaniem. Tak, sądzę, że bez tego nie istnieje duch społecznictwa, jeśli nie sprowadza się do papierkowej roboty lub cwaniactwa. I jest hojnością dawaną za nic. Ale trzeba mieć co dać.

I właściwie trzeba by zapytać, w imię czego społeczeństwo: normalni, zwykli, przyzwoici, stateczni ludzie mają cokolwiek ofiarować bezdomnym? Czy są im coś winni? Czy mają dług do spłacenia? To jest pytanie o to, dlaczego lepsi, bogatsi, zdolniejsi, szczęśliwsi, mądrzejsi (choćby tylko we własnym mniemaniu) mają zobowiązania wobec gorszych, biedniejszych, nieudaczników, zrozpaczonych i głupich? Zdrowi wobec chorych? Dlaczego mają pamiętać o tych przerażających, strasznych, a czasem i niegodnych ciepłego słowa ludziach? I dlaczego krzywda tej garstki ma rzucać się cieniem na całe społeczeństwo? Bo cóż jestem winny ja, ty, bólowi tych istot? Nic nas nie łączy – poza człowieczeństwem. I nic nie znaczy, że przyszła wiosna, że kwitną kwiaty, że bezdomni nie zamarzają i znikają z pola widzenia. Są o krok, a choć to straszna przepaść, na tamtym brzegu wciąż są ludźmi. O ile to słowo jeszcze coś dla nas znaczy.

Miłość i rewolucja

Miłość i polityka to chyba „naturalna” para przeciwieństw. Nawet odruchowo czujemy, że coś tu nie gra, tak mocno wdrukowany jest ten wzorzec w ludzką świadomość. Miłość w perspektywie politycznej kojarzyć się może na pozór tylko z ni to dobroduszną, ni to głupkowatą paplaniną miłośników Tołstoja, Gandhiego czy Dalaj Lamy. Całe zastępy takich rozmemłanych kolesiów nawiedzają wszelakie inicjatywy zwane „alternatywnymi”, przyciągając ich niczym magnes. Nie wiadomo zresztą, czym bardziej – podatnością tamtejszej publiki na górnolotne banały, czy może raczej tym, że typowa dla nich „leworęczność” uniemożliwia zaistnienie w jakiejś bardziej konkretnej i wymagającej rzeczywistości. Ci „miłośnicy soków owocowych”, jak z pogardą nazywał ich George Orwell, o miłości rozprawiają chętnie i często, ale w sposób, który każe podejrzewać, iż jest to uczucie cokolwiek bezpłodne. Z kolei dla adeptów polityki „oficjalnej”, czyli rozsądnej i wyważonej, miłość to coś z zupełnie innego świata, ze sfery prywatnej, nie pasującego do kluczowego w partyjno-personalnych rozgrywkach schematu „kto kogo”. Miłość i polityka? – wolne żarty, powiedzą nam oni.

A jednak w miłości tkwi potencjał polityczny. Raoul Vaneigem, jeden z czołowych „ideologów” francuskiego Maja ’68, pisał w „Rewolucji życia codziennego”: „Wszyscy ci, którzy mówią o rewolucji i walce klasowej, nie odwołując się bezpośrednio do życia codziennego, nie dostrzegając tego, co jest wywrotowe w miłości i pozytywne w odrzucaniu przymusów, ci wszyscy mają w ustach trupa”. Miłość jest czymś, czego nie da się wtłoczyć w z góry ustalone ramy, zarządzać i sterować nią. Miłość jest dzika. Można nakłonić reklamami do kupowania tego czy owego szmelcu. Można billboardami przekonać do głosowania na któregoś z polityków. Można podsycać histerię i kreować wrogów politycznych, napuszczając telewizyjno-tabloidowy tłum na niepokornych. Ale nikt nigdy, żadnymi środkami i sposobami, nie sprawił, by ktoś kogoś naprawdę pokochał. Ten specyficzny stan wykracza bowiem zupełnie – i znacznie bardziej niż np. nienawiść – poza logikę przewidywalnych reakcji.

Miłość bazuje na totalnej, nieokiełznanej bezinteresowności, a jednocześnie na poczuciu odpowiedzialności, na trosce. Właśnie stąd wynika jej rewolucyjny potencjał – cała bowiem kapitalistyczna ekonomia i towarzysząca jej polityka, cały zdehumanizowany świat współczesny, oparte są na czymś zgoła przeciwnym. W nich wszystko dokonuje się „po coś”, w konkretnym celu, racjonalizując i planując zachowania zbiorowości, instytucji i innych podmiotów życia społecznego. W nich nie ma miejsca na faktyczną odpowiedzialność, wykraczającą poza krótkoterminowy rachunek strat w stosunku do zysków. Słabość większości kontr-projektów wynika z faktu, że nie przekraczają takiej logiki – np. marksowski socjalizm nigdy na dłuższą metę nie wygra z kapitalizmem, ponieważ naśladuje go u fundamentalnych założeń. Kapitalizm już realnie istnieje, a w przekształcaniu świata w Weberowską „żelazną klatkę” celowości i racjonalności – nie ma sobie równych.

Edward Abramowski koncepcję alternatyw wobec kapitalizmu oparł na „Związkach Przyjaźni”, w których kluczowe było kształtowanie etyki nie tyle antykapitalistycznej, co wykraczającej poza logikę kapitalizmu. Gdy Piotr Kropotkin z pasją krytykował darwinizm i jego polityczne mutacje, czynił to z pozycji właśnie „społecznej miłości”, wskazując – inaczej niż marksiści – że alternatywą nie są jeszcze bardziej racjonalne, odgórne, zaaranżowane projekty, lecz dobrowolna, nierzadko spontaniczna współpraca. „Planowanie – pisał Vaneigem – jest tylko antytezą wolnego rynku”, uwikłaną w dokładnie te same ograniczenia mentalne. „Prawdziwie nowa rzeczywistość powinna się opierać na zasadzie daru. W historycznych doświadczeniach rad robotniczych (1917, 1921, 1934, 1956), pomimo cechujących je błędów i ograniczeń, oraz we wzniosłym poszukiwaniu przyjaźni i miłości widzę jeden i ten sam ożywczy argument, chroniący przed pogrążeniem się w rozpaczy”.

Rewolucyjne nie jest centralne planowanie i odgórne zniesienie mechanizmów rynkowych, lecz potlacz – ceremonia indiańska, polegająca na ofiarowywaniu innym swoich dóbr materialnych lub publicznym niszczeniu ich. Rewolucyjne nie jest argumentowanie, że za pracę domową kobiet-matek należy płacić z budżetu, gdyż opieka nad dziećmi i domem zapewnia stabilizację społeczeństwa, a zatem dobrze służy gospodarce. Rewolucyjne jest stwierdzenie, że matki i dzieci są piękne i dobre, a statystyki PKB – ohydne. Rewolucyjne nie jest żądanie, by wszyscy mieli wszystkiego wedle potrzeb, np. ogromne plazmowe telewizory w każdym domu. Rewolucyjny jest postulat, żeby te telewizory wyrzucić przez okno i przestać tkwić w sztucznej magmie zapośredniczonych relacji ze światem.

Ernst Jünger pisał w „Marmurowych skałach”, że „przecież wszystko, co cenne, otrzymujemy tylko dzięki przypadkowi. To, co najlepsze, jest zawsze za darmo”. Antoine de Saint-Exupéry w „Twierdzy” zaś tak: „Jeżeli umierasz z głodu, a przyjaciel otwiera przed tobą drzwi i prowadzi do stołu, i napełnia dla ciebie dzbanek mlekiem, i łamie chleb, to uśmiech pijesz przede wszystkim, ponieważ taki posiłek ma charakter ceremonii. Rzeczywiście nasyciłeś głód, ale czujesz także wdzięczność na myśl o ludzkiej dobroci”. To, wbrew pozorom, są deklaracje polityczne, nie w sensie takiego czy innego projektu i strategii działania, lecz jako odwrócenie logiki, na której bazuje obecny porządek. Dla niego najbardziej niebezpieczne nie są wcale strajki, protesty, powstania czy spiski, te bowiem doskonale wpisują się w schemat zachowań, które bez trudu można zneutralizować i wtłoczyć w nieuchronny proces staczania się ku „błędom i wypaczeniom”. Miłość jest polityką, a raczej – zasady miłości przeniesione na grunt postaw publicznych stają się prawdziwą, twórczą rewolucją.

Przypominam to z okazji Wielkiej Nocy, czyli upamiętnienia Zmartwychwstania Chrystusa. Tego największego z rewolucjonistów – i nie mam tu bynajmniej na myśli odczytania chrześcijaństwa w kontekście prób pogodzenia go czy wpisania w doktryny „sprawiedliwości społecznej”, jak choćby teologia wyzwolenia. Chrześcijaństwo było bowiem inną rewolucją – z wezwaniem do „miłowania nieprzyjaciół waszych” i nadstawiania drugiego policzka nie stanowiło przecież projektu społecznego jakichś pięknoduchów, marzących o idealnym świecie. Było rewolucyjnym zanegowaniem dotychczasowej etyki opartej na racjach rozumu, instynktach zwierzęcej biologii i real-polityce. Było radykalnym przekroczeniem dusznych, przewidywalnych i jałowych schematów pogańskiej kultury.

Nikos Kazantzakis w „Greku Zorbie” pisał: „Gdyby powiedzieć: »Dzisiaj rodzi się światło« – słowa te nie poruszyłyby serc człowieczych. Nie stałyby się początkiem legendy, idea ta nie objęłaby całego świata. Byłoby to tylko stwierdzenie zwykłego fizycznego zjawiska nie pobudzającego naszej wyobraźni. Ale niegdyś światło zrodzone w środku zimy objawiło się jako Dzieciątko, a Dzieciątko stało się Bogiem”. Jeśli chcemy mieć inny, lepszy świat, osiągniemy to nie poprzez nienawistne boksowanie się ze światem obecnym, na zasadach, jakie on ustalił. Musimy go pokonać bronią zupełnie nową, na którą nie będzie odporny, której nie potrafi pojąć i przejąć.

Głos „Lódu”

Inwektywy na usługach polityków i publicystów są nieodzowną częścią rytuału, zwanego debatą publiczną. Są wśród nich takie, które budzą natychmiastową reakcję w obozie przeciwników i te, którym towarzyszy jedynie głuche echo. Stanowią dobro narodowe, choć pośledniejszego gatunku. Moherowe berety, łże-elity, wykształciuchy, socjalistyczna hołota – zabawy słowem zasilają wyobraźnię masową, pomagają w zdefiniowaniu wroga politycznego, samoidentyfikacji, nierzadko służą jako narzędzie terapii grupowej. Są wielkim dobrodziejstwem wydrążonej demokracji, pozbawionej jakiejkolwiek szansy na radykalną zmianę społeczną – za sprawą interaktywnych mediów czynią słyszalnym dysortograficzny „Głos Lódu”. Tam, gdzie nie wznosi się barykad i nie świszczą kule, pozostają słowa powtarzane jak różaniec.

Oszczerstwo, obok powietrza, jest dziś jednym z niewielu dóbr, których wespół używają decydenci i masy. Tym pierwszym inwektywa pomaga zrzucić z siebie ciężar wyjaśniania złożoności gier politycznych, w jakich uczestniczą i skomplikowanych procedur rządzenia. Tym drugim pozwala czuć się współuczestnikami wydarzeń politycznych, współobywatelami świata bogów, których siedziba mieści się, hen, w chmurach. Gdy zatem człowiek w podniszczonym płaszczu, stojący w deszczu na przystanku tramwajowym ogłasza wszem i wobec, że polityk X jest głupi, nie tyle wyraża obiektywny sąd o tym panu, co zgłasza swój akces do życia publicznego. Podobnie, gdy ucinam sobie z kioskarzem miłą pogawędkę na tematy, które obaj znamy tylko z mediów, oprócz niewątpliwej przyjemności rozmowy towarzyszy nam poczucie, że chcąc nie chcąc wypełniamy swój obywatelski obowiązek. Ponieważ trudno nam naocznie ocenić partyjne gry, ekonomiczne naciski lobbystów, trudne moralne wybory warszawskich dziennikarzy – z pewną dezynwolturą, ale przecież dla dobra sprawy wydajemy z siebie głos. Tak bardzo ceniony w demokracji Głos Lódu. A że trudno nam obiektywnie ocenić stan rzeczy, posługujemy się sądem wartościującym, który znacznie ułatwia sprawę.

Odnoszę wrażenie, że tylko hipokryci, skrajni naiwniacy lub ludzie bez serca mogą ubolewać, iż jejmościanka inwektywa ma się dziś tak dobrze. Wykształciuchom nie zaszkodzi, jeśli ktoś im przyłoży słowem jak cepem. Także ich przeciwnikom beret z głowy nie spadnie, gdy usłyszą parę cierpkich i niczym nie usprawiedliwionych słów pod swoim adresem. Sceptyk powie, że inwektywa więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Zapewne, ale co z tego, skoro alternatywą jest głucha cisza? Inwektywa jest bliźniaczą siostrą mitów narodowych, a te, mimo wszelkich prób demistyfikacji, mają się dobrze i wciąż podtrzymują wątły szkielet samoświadomości narodowej. Jest w tym jakaś fatalność, że świat społeczny budujemy na uproszczeniach, ale jeśli przyjąć, że wolność to uświadomiona konieczność – nie stać nas na nic więcej, niż ironiczne przyzwolenie: pogodzenie się z rzeczywistością.

Ekskluzywny, nowolewicowy projekt walki z uprzedzeniami, mitami narodowymi itp. przypadłościami „zacofanych społeczeństw”, choć określa się mianem racjonalnego dyskursu i dąży do reedukacji mas w duchu poprawności politycznej, to dla ogółu nie mniejszy bełkot, niż majaczenia wariata. I podobnie izolowany na łamach kilku periodyków. Jego fiasko ujawnia się w chwili, gdy trzeba masom przedstawić swoją opinię i pognębić przeciwnika. Wtedy filozofka, Magdalena Środa, oskarża swych prawicowych oponentów, że w piwnicy malują swastyki na ścianach, na co jej adwersarz, Artur Zawisza, odpowiada, że urządza sabaty czarownic. Kalumnia wraca do łask jako niezbędne narzędzie w politycznym sporze, napięcie rośnie, widownia wydaje nieartykułowane dźwięki a racjonalny dyskurs za pośrednictwem mediów elektronicznych, tej współczesnej wersji agory, odkłada się na później, czyli – mówiąc mniej eufemistycznie – na świętego Nigdy.

Chwalmy potęgę inwektywy, lecz nie traktujmy jej zupełnie serio. Chwalmy spoty z pustymi lodówkami, dziadków w Wehrmachcie, oskarżenia o kaczyzm i klerofaszyzm; chwalmy internetowe blogi, świątynię egalitaryzmu, gdzie zamiast cherubów fruwają czasem myśli wzięte z sufitu, a logikę zastępują sylogizmy. Ceną za to jest zgoda na sporą dawkę prostactwa i banału; zagrożenie manipulacją. Ale – by twórczo rozwinąć myśl klasyka – życie to nie Wersal. Jeśli można pokazać przeciwnikowi zęby, to znak, że jeszcze ich nie wybito. Oczywiście, kto nie chce poprzestać na rzucaniu inwektyw jako formie współuczestnictwa w życiu społecznym, ten może zmieniać kawalątek świata wokół siebie – pracując w hospicjum, pedałując w Masie Krytycznej, organizując sąsiadów do zbierania psich kup ze skwerku, podrzucając płonące żagwie w teatrze ulicznym. Lecz, ostatecznie, w chwili bezradności i tak westchnie: „ale głupi ci ludzie”. A czujne echo chętnie powtórzy i zwielokrotni jego głos. Lepiej być tego świadomym, by później nie popaść w czarnowidztwo. Cała sztuka: zmieścić swój szept gdzieś między Głosem Ludu i Głosem Lódu i nie grymasić, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu.