przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 19 lipca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
O tej porze roku należy się nam właściwie sezon ogórkowy. Szum medialny powinien mieć w sobie coś z beztroskiego szumu fal, obmywających stopy plażowiczów. Powinno być lekko, łatwo i przyjemnie, gdy naciskamy guzik pilota, sięgamy po gazetę, przeglądamy w Internecie serwisy informacyjne, by otrzymać swoją dawkę chleba naszego medialnego. Informacje powinny mieć w sobie coś z niefrasobliwości chmurki, lekko przemykającej na horyzoncie. Nasze rozleniwione, senne zmysły mają prawo do ciszy i ukojenia. Żadnych politycznych awantur, bomb, strajków. Jeśli rozpacz i śmierć – to na drugim końcu świata, a w każdym razie oby jak najdalej od nas. Jeśli nieszczęście bliźnich – to jak najbardziej anonimowe, nieznane, cudze. Jeśli tragedia, to tylko taka, która nie stuka do naszych drzwi. Jeśli powody do zadumy, to jak najbardziej ogórkowe – choćby: „dlaczego ogórek nie śpiewa?”.
Tak, w sezonie ogórkowym mamy do tego wszystkie prawo, jako dobrzy obywatele Rzeczpospolitej Medialnej. Na nieszczęście, wszystko to są pobożne życzenia. Bombarduje nas histeria, ciągłe i nieprzerwane podniecenie, którego chcąc nie chcąc stajemy się uczestnikami. Naszymi myślami chcą zarządzać licencjonowane zrzędy o nazwiskach powszechnie znanych redaktorów i ich pomniejszych pomagierów, co rusz przekonujących, w jak paskudnym świecie przyszło nam żyć.
Owszem, trzeba im oddać sprawiedliwość – tego lata falę upałów poprzedziła polityczno-religijna maligna. Właściwie, publicystom należy się odrobina współczucia – dzień w dzień bili na trwogę, nastawali w porę i nie w porę, stali czujni na warcie, dla dobra społeczeństwa węsząc uszczerbki w demokracji i praworządności, w nieustannych wariacjach ćwiczyli się w tonie Kasandry. I zdać się mogło, że zabraknie im środków ekspresji, gdy okazało się, iż toruński zakonnik nie panuje nad własnym językiem i gdy chwilę później Andrzej Lepper pożegnał się ze stołkiem wicepremiera.
Permanentny kryzys i kompletna degrengolada polityki, obwieszczane co dnia przez licencjonowanych zrzędów, przybrały już wymiar niemal mistyczny. Słowa nie nadążają za tym, co mają opisać, łamią się i gubią pod naporem treści, którą mają dźwignąć, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. W takich chwilach pozostaje już tylko rozpacz albo – u bardziej heroicznych jednostek – prometejska chęć czynu. Najpiękniej wyraziła ją Katarzyna Kolenda-Zaleska na falach TOK FM, mówiąc pewnego ranka: „Rząd kiepski, opozycja kiepska, musimy sami brać się do roboty i wybudować społeczeństwo obywatelskie”. Budowa trwa od lat: na fundamentach słów i obrazów wzniesiono wcale pokaźny gmach zakłamania.
Mówiąc szczerze, ten zrzędliwy język, ton i poza malkontentów towarzyszy dziennikarzom niemal od zawsze. Oczywiście, bywa mniej lub bardziej dawkowany, zniuansowany lub radykalny – ale od lat powtarza się niemal w tych samych kliszach i odsłonach. Rzecz nie w tym, że dziennikarze krytykują, ale w pretensjonalności i zdawkowości wielu zarzutów, w tonie pogardy i napastliwości wobec polityków, instytucji państwowych, przedstawicieli opcji ideologicznych innych niż własna, w masce obiektywizmu, cnoty o proteuszowym obliczu, niezwykle przydatnej dla każdej propagandy. Rządy zrzędów sprawiają, że epitet zastępuje komentarz, złośliwość analizę, tworząc wizję świata politycznego, demonizującą tę przestrzeń. A równocześnie – zniechęcającą doń i oddalającą przeciętnego obywatela od sensownego zainteresowania debatą i aktywnością publiczną.
Kto dziś będzie w stanie ocenić, jak wielkie spustoszenie w głowach Polaków uczyniła tak często powtarzana przez lata myśl, że „polityka jest brudna”? Ten krótki refren powraca echem, jest jak ukryte założenie mnóstwa medialnych przekazów. Role zostały rozdane: źli politycy – dobre media. Tymczasem nie od dziś wiadomo, że Bestia jest jak mucha, którą Piękna łatwo może sprzątnąć, machając gazetą na oślep, albo i z premedytacją. Bestia jest mnie bestialska, a Piękna znacznie szpetniejsza, niż mówi o tym zwierciadło szklanego ekranu. Dlatego jest coś perwersyjnego w nieustannym odmalowywaniu polityki w najczarniejszych barwach i skupianiu się niejednokrotnie na kwestiach trzeciorzędnych, zamiast rzetelnego, systematycznego pokazywania faktycznej pracy polityków i systemowych działań podejmowanych na rzecz społeczeństwa i państwa w ramach jego instytucji. Tak, jakby odbiorca był głupcem, albo dzieckiem, które zasługuje jedynie na bajki o żelaznym wilku albo – dla odmiany – bezy słodkie aż do zemdlenia.
Niedawno spędziłem nieco czasu w ośrodku „Emaus”, skupiającym kilku mężczyzn wychodzących z bezdomności. Wspólnota działa w Nowej Hucie, na pięknym osiedlu Willowym, przy placu im. Piotra Ożańskiego, przodownika pracy, postaci tyleż malowniczej, co tragicznej. Pomysł na ośrodek jest genialny w swej prostocie: bezdomni, których na dno zepchnął zwykle alkohol, przez codzienną, ciężką pracę przywracają godność i sens swojemu życiu. Reperują i odsprzedają darowane im meble, sprzęt AGD, RTV, handlują bibelotami, książkami, używaną odzież. Jednym się udaje, znajdują pracę, wchodzą w stałe związki, na dobre zrywają z dawnym towarzystwem – zwycięża pragnienie życia, lepszego życia. Inni nie wytrzymują, wracają do alkoholu, do przytulisk, na melinę, na działki. Wszyscy oni walczą. Ta ich z trudem wygospodarowana normalność jest nader banalna i skromna: pracą własnych rąk zarabiają na chleb, zmagają z codziennymi kłopotami, klną, palą papierosy i przegadują się między sobą i z klientami. Żadnych aureoli, certyfikatów świętości i widomych oznak heroizmu. Żadnych wielkich słów i patosu, żadnych fajerwerków i oklasków, które konsumentom pop-kultury często kojarzą się ze zwycięstwem dobra nad złem. Banalność, banalność. A choć wspólnota tętni życiem, rubasznym dowcipem, czyjąś sprzeczką, siarczystym przekleństwem i hałasem pracujących urządzeń, znalazłem tam wielką ciszę. Ciszę niepozornego świata kilku ludzi, tak odległego od zrzędów zajmujących się wielkimi sprawami.
Tak, wiem, to świat zbyt drobny, by go porównać inaczej niż przez metaforę z obrazami zajmującymi pierwsze strony gazet. Że zrzędy nie miałyby tu czego szukać, bo gdzie indziej zapadają decyzje dotyczące milionów polskich obywateli, bo nie ma tu wielkich pieniędzy, podnoszących adrenalinę namiętności politycznych, eleganckich zegarków, garniturów i pilnie strzeżonych sekretów.
Ale z perspektywy zwykłych zjadaczy chleba, zamęczanych i molestowanych przez opowieści tysiąca i jednej zrzędy, znacznie lepiej skupić się na niepozornym świecie wokół siebie. Bez pretensji do budowania „społeczeństwa obywatelskiego”. Tym niech zajmie się znana dziennikarka. My, zwykli zjadacze chleba, znajdźmy po prostu trochę czasu na ciszę i rozejrzenie wokół siebie. A przed światem pozornym i jego zrzędzeniem zatrzaśnijmy drzwi. Choćby na czas sezonu ogórkowego. Niech się zmieni w miesiąc miodowy między nami a otaczającą nas rzeczywistością.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 28 czerwca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wiele już widziałem nonsensów na polskiej scenie ideowo-politycznej. Mało co w kraju nad Wisłą może zaskoczyć uważnego jej obserwatora. Polska wybija się na czoło dziwactw nawet w ogólnoświatowym mętliku, gdzie spotykamy takie cuda, jak lewicę wzywającą do bombardowań Belgradu, albo konserwatystów piętnujących przeciwników ślepego postępu technologicznego (choćby modyfikacje genetyczne roślin) jako zacofańców-oszołomów. Pomieszanie z poplątaniem w coraz mniej czytelnym świecie idei i form organizacyjnych zostaje u nas wzmocnione całym bagażem zaszłości historycznych. Dlatego też w Polsce obrzydliwie bogaty i cyniczny Urban, który dwie dekady temu uzasadniał jako rzecznik rządu strzelanie do robotników i morderstwa polityczne opozycji, jest dziś autorytetem lewicy. Natomiast konsekwentny socjaldemokrata i działacz robotniczej opozycji, Ryszard Bugaj, jest atakowany jako rzekomy stronnik konserwatystów i prawicy – tylko dlatego, że ową lewicowość Urbana i jego SLD-owskich kumpli kwestionuje.
Nie zmienia to faktu, że nawet w tym królestwie osobliwości zdarzają się istne cuda, a granica nonsensu jest rozciągana poza swoje, zdawałoby się, absolutne granice wytrzymałości. Właśnie pobity został kolejny rekord – Jacka Żakowskiego namaszczono na lewicowego intelektualistę. Celowo piszę „namaszczono”. Żakowski bowiem na wrażliwego społecznie myśliciela i komentatora wydarzeń pozuje już od kilku lat. Takich facetów jak on cechuje jedna stała cecha: zawsze wiedzą, z której strony wieje wiatr i zawsze potrafią się ustawić tak, aby wiał w ich plecy. Takoż i Żakowski, który od początku lat 90. przez dekadę wspierał neoliberalne reformy, wychwalał „transformację ustrojową” i gromił „postawy roszczeniowe”, od kilku lat głosi coś wręcz przeciwnego. Już neoliberalizm jest be, apoteoza wolnego rynku fe, zaś ich wyznawcy to zakute doktrynerskie łby, do których nic nie dociera.
Doktrynerski łeb Żakowskiego zmienił się w otwarty, subtelny umysł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczywiście nie należy wiązać tej zmiany ani z krachem wiary w liberalizm w Polsce (przypieczętowanej m.in. wyborczym triumfem Samoobrony w wyborach 2001 r.), ani też ze zmianami w światowym obiegu idei, gdzie, mówiąc umownie, Stiglitz rozkłada dziś na łopatki Miltona Friedmana. Żakowski bez wątpienia przejrzał na oczy całkiem przypadkowo, w pełni samodzielnie i szczerze, żaden koniunkturalizm nie wchodzi tu w grę. I od kilku lat, dzięki temu nawróceniu, serwuje nam wywiady z zachodnimi myślicielami lewicowymi (zebrane następnie w książce, której tytuł – „AntyTINA” – kwestionuje liberalny konsensus) oraz liczne teksty i wystąpienia publiczne, w których nie tylko deklaruje się jako lewicowiec, ale i gromi innych – np. obecny rząd – za zbyt małą „prospołeczność”. Zapału w głoszeniu tej dobrej nowiny ma wiele – „neofita, bo polityk”, jak o kniaziu Jaremie śpiewał inny Jacek.
Oczywiście gdyby pies nazwał się kotem, niewiele by z tego wynikło w kwestii jego umiejętności miauczenia. Tak też i Żakowski ze swoimi lewicowymi autodeklaracjami jest groteskowy na tyle, by nie było potrzeby pastwić się nad nim, bo kto ma odrobinę rozumu i dobrą pamięć, ten się na ów spektakl nie nabierze, a temu, kto dał się nabrać – już raczej nic nie pomoże. Jednak cały problem polega na tym, iż Żakowskiego jako lewicowego intelektualistę postrzegają osoby, które podejrzewałem dotychczas o nieco więcej rozsądku. Oto w „Europie”, czyli intelektualnym dodatku do „Dziennika”, określił go w ten sposób Cezary Michalski, rozmawiając z Żakowskim m.in. o tym, jaki neoliberalizm jest zły i podły. Wiceredaktor pisma koncernu Axel Springer był przez lata jednym z moich ulubionych publicystów, zresztą jednym z niewielu polskich prawicowców (w sensie środowiska politycznego), którzy nie zachłysnęli się nabożną wiarą w liberalizm gospodarczy. Mógłbym oczywiście uznać, że tak, jak Żakowski skręcił w lewo, tak Michalski z jakiegoś powodu oszalał i kręci się w kółko, stąd jego opinia o Żakowskim. Ale to nie tak, nikt tu nie stracił rozumu, wszystko jest OK. Żakowski faktycznie jest lewicowym intelektualistą. Z obozu tej lewicy, której lewicowość przybiera postać nic nie kosztującej paplaniny – i niczego więcej.
Jello Biafra, lider punkowego zespołu Dead Kennedys, śpiewał przed laty, że „każdy może być poetą, każdy może być mordercą”. I tak samo każdy może być lewicowcem. Wystarczy poględzić nieco o tym, że globalizacja – ale tylko ta korporacyjno-kapitalistyczna – jest niesprawiedliwa, zacytować Chomsky’ego, potępić homofobię, pomstować na Rydzyka, Giertycha i Strasznych Braci Bliźniaków. I już. Oczywiście należy to czynić w gronie podobnych sobie, czyli na spotkaniu w warszawskiej knajpie, w uniwersyteckiej sali lub w redakcji „Krytyki Politycznej”. Niczego więcej do bycia lewicowcem nie potrzeba. I nic to nie kosztuje. Wręcz przeciwnie, jest dziś w środowisku medialno-salonowych gęgaczy o wiele, wiele bardziej modne i dobrze widziane niż opowiedzenie się za neoliberalizmem czy nie daj Boże „twardym” konserwatyzmem.
Co z takiej lewicowości wynika jednak dla tradycyjnego głównego podmiotu lewicowej refleksji, czyli dla tych, których można określić mianem wyzyskiwanych? Czy wywody Żakowskiego zmieniły coś na lepsze w ich życiu, choćby symbolicznie? Czy otrzymali z jego strony jakieś wsparcie, choćby najdrobniejsze? Czy choćby w niewielkim stopniu poświęcił się on dla ich dobra? Skądże. Żakowski po prostu ględzi – dziś ględzi lewicowo, tak jak wczoraj ględził neoliberalnie. Ględzi w sterylnym, bezpiecznym i komfortowym światku podobnych sobie lewicowców. Okazji do ględzenia ma wiele – przeróżne spotkania tego środowiska organizowane są wręcz taśmowo. Jakże często on i jemu podobni „zmieniają świat na plus” – szkoda tylko, że ów świat tego nie zauważył, oczywiście w przeciwieństwie do salonowego światka.
Na lewicy jest wiele podziałów. Sam często krytykowałem inicjatywy, które cechuje fiksacja „obyczajowa”. Czyli uważają, że w kraju peryferyjnego kapitalizmu, w państwie dosłownie rozjechanym neoliberalnym walcem, kluczowe problemy lewicy to zajmowanie się histerycznymi wywodami gejów i lesbijek, aborcją i parytetem płci. Osobną kategorię inicjatyw, którym dostawało się ode mnie, stanowią różne środowiska nostalgików PRL-u, przekonanych, że lewicowa polityka polega(ła) na wysyłaniu czołgów na strajkujących, wagonów pełnych półdarmowego węgla do ZSRR, a „syjonistów” do Izraela. Trzecia grupa moich „ulubieńców” to ci, którzy wzdychają za Trockim i Leninem, wyciągając z historii wnioski dokładnie odwrotne niż nakazywałby rozsądek.
Jednak przy całym krytycyzmie wobec takich postaw i wyborów, znam wśród ich adeptów sporo osób, które szanuję za autentyczne zaangażowanie. Jestem przeciwko aborcji, PRL-owi i Trockiemu, wielokrotnie zaś ich zwolennicy atakowali mnie bez pardonu – ale mimo tych różnic czy konfliktów potrafię docenić ich zaangażowanie w społeczny „konkret”, nierzadko kosztem sporych poświęceń i osobistych wyrzeczeń. W efekcie ze zwolenniczkami aborcji mogę współpracować w kwestii np. dowartościowania pracy domowej kobiet, z miłośnikami PRL-u w obronie praw pracowników, a z trockistami protestować przeciwko prywatyzacji służby zdrowia. W tym sensie „nie ma wroga na lewicy” – tej, która nie ogranicza swej lewicowości do salonowego ględzenia.
Oczywiście można uznać, że intelektualiści są od myślenia, nie zaś od organizowania demonstracji, wzniecania strajków czy tworzenia spółdzielni socjalnych. Co prawda, takim lewicowym intelektualistom, jak Abramowski, Żeromski czy Thugutt korona z głowy nie spadła, gdy oprócz myślenia, mówienia i pisania napracowali się w mniej wdzięczny i bardziej wyczerpujący sposób, pośród tego ludu, którego interesy reprezentowali na płaszczyźnie teoretycznej. Co prawda, także dziś wśród różnych lewicowych grup można spotkać osoby łączące działanie z teoretyzowaniem, często robiące to ostatnie na poziomie znacznie wyższym niż Żakowski, którego teksty to popłuczyny po tej części zachodniej myśli lewicowej, która uwiła sobie wygodne gniazdko w medialnym establishmencie.
Ale przyjmijmy, że wraz z rozwojem podziału pracy myśliciele wyspecjalizowali się w myśleniu i tego od nich oczekujemy. Problem w tym, że Żakowski i jego środowisko zawodzą na całej linii także w tej kwestii. Taki Marks czy choćby Bebel, jako lewicowi myśliciele potrafili bez pardonu naruszać kapitalistyczny konsens, dotkliwie kąsać ówczesne „myśli klasy panującej”, mobilizować swoimi słowami „wyklęty lud ziemi” do walki. Dzisiejsze ględzenie Żakowskiego nie tylko jest całkowicie oderwane od społecznej praktyki, zamknięte w czterech ścianach getta odizolowanego od społeczeństwa. Ono jest także pozbawione jakiegokolwiek ostrza, mdłe i w gruncie rzeczy konformistyczne, bez żadnego trudu przedzierające się w intelektualny krwiobieg liberalnego establishmentu, bo też w niczym nie zagraża jego interesom.
Nie wynika to przy tym wcale z faktu, że dzisiejszy porządek jest tak elastyczny, iż „wchłania” swych wrogów i „roztapia” ich krytykę, asymiluje ją, żywi się buntem. Dzieje się tak bowiem tylko wówczas, gdy istnieje przyzwolenie ze strony adeptów takich postaw. „System” wchłonie wywody Żakowskiego o tym, że neoliberalizm jest „niesprawiedliwy”. Ale zarazem wydali ostry, klasowy głos, wyrażający lewicowe żądania, które określi mianem „populizmu”. „System” wchłonie – choćby w postaci publikacji w „Wyborczej” czy „Przekroju” – bardzo radykalne teoretyczne wywody Naomi Klein. Ale wydali, to znaczy na tych samych łamach potępi, realną i skuteczną politykę antyneoliberalną w wykonaniu Hugo Chaveza. „System” jest otwarty na uniwersyteckie debaty, podczas których jeden z pięciu uczestników-profesorów zakwestionuje sens napaści USA na Irak. Ale jednocześnie z tejże uniwersyteckiej sali wyrzuci przy pomocy policji tych, którzy wprost mówią, kto i dlaczego ma na rękach krew irackich cywilów. „System” zaakceptuje romantyczną legendę Jacka Kuronia, który podobno na łożu śmierci zrozumiał, że rozdawanie bezrobotnym zupy-jałmużny to „nieco” za mało jak na politykę prospołeczną. Ale ten sam „system” skaże na zapomnienie lub opluje lidera lewego skrzydła pierwszej „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdę, który już w roku 1990, a więc kilkanaście lat przed „myślicielem” Kuroniem, wskazywał na łamach niskonakładowego „Poza Układem” niebezpieczeństwa związane z neoliberalizmem i ich przewidywane skutki. „System” da program telewizyjny Sławomirowi Sierakowskiemu, nawet jeśli będzie to telewizja ponoć opanowana przez konserwatystów. A jednocześnie w tej samej publicznej telewizji, nawet gdyby akurat była rządzona przez lewicę, pokażą Piotra Ikonowicza najwyżej przez 10 sekund, oczywiście tak, żeby wyszedł na bezrozumnego, krzykliwego szaleńca. I tak dalej.
Bo „systemowi” jest na rękę taka lewica, jaką prezentuje Żakowski i spółka. Lewica zasymilowana towarzysko i koteryjnie, która nie tylko nie podniesie ręki na swoich kolegów, zajmujących w tymże systemie poczesne miejsca, ale w razie faktycznej rewolty będzie ich broniła jak lew. Lewica związana z nim przepływami gotówki na konto, czyli jak najbardziej interesowna i zadowolona z subtelnego układu zależności z liberałami, a zwłaszcza z ich sponsoringu. Lewica przede wszystkim nieświadoma, o co i jak toczy się gra, bowiem zupełnie oderwana od rzeczywistości. Taka lewica, która poprze bunt uczniów przeciwko prawicowemu ministrowi Giertychowi, ale nie kiwnie palcem w kwestii edukacyjnych szans młodzieży z biednych warstw społecznych. Poprze również protest pielęgniarek, bo odbywa się on przeciwko prawicowemu rządowi, ale jednocześnie nie zauważy, że ów protest idealnie wpisuje się w proponowany przez lobby lekarskie scenariusz prywatyzacji służby zdrowia. Czasem „odkrywczo” oznajmi też, że w Skandynawii jest cudowny socjal i rozwój ekonomiczny zarazem, ale nie zauważy, że nordycki prospołeczny model gospodarki powstał na gruncie silnej kultury wspólnotowej oraz etosu skromności i obowiązków, czyli dokładnie tego, co jest przedmiotem nieustannych ataków ze strony dzisiejszej nowolewicowej klasy próżniaczej, oburzonej na „represyjność” i żądającej wyzwolenia wszystkich ze wszystkiego. Innym razem oburzy się, że Dolina Rospudy ma być przecięta – oczywiście z woli prawicowego rządu – drogą ekspresową, ale nie zaprotestuje przeciwko obłędnej polityce transportowej kolejnych rządów, która polega na wydatkowaniu ogromnych kwot z budżetu na tranzytowe autostrady i jednoczesnym obcinaniu dotacji na regionalne połączenia kolejowe czy remonty dróg lokalnych.
Taka lewica wie, że dzwonią, ale nie ma pojęcia, w którym kościele. Jej aktywność, choćby największa, toczy się bowiem w czterech ścianach kryształowego pałacu, którego izolacja skutkuje nieświadomością medialno-uniwersyteckich „bojowników”. Nie ma potrzeby, aby odmawiać im miana lewicy, na to już zresztą za późno. Należy jednak – dla dobra lewicy, jej ideałów i ich beneficjentów – z hukiem rozwalić ten kryształowy pałac. Dziś w odrodzeniu autentycznej, konsekwentnej lewicy nie przeszkadza wcale dominacja neokonserwatywnej prawicy. Przeszkadza w tym dziele natomiast „upupienie” wizerunku, refleksji ideowej i struktur organizacyjnych środowisk lewicowych przez Żakowskiego i jego koleżków. Dylemat lewicy na najbliższą przyszłość jest taki: kryształowy pałac dla Żakowskiego i spółki czy „szklane domy” dla wszystkich.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 28 czerwca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Tę banalną myśl znacznie piękniej i z patosem wyraził w drugiej połowie XIX wieku rosyjski myśliciel, Konstantin Leontjew. Pisał on: „Czy nie strasznie i obraźliwie byłoby pomyśleć, że Mojżesz wspinał się na Synaj, że Hellenowie wznosili swe potężne akropole, Rzymianie toczyli Wojny Punickie, że genialny młodzieniec Aleksander w hełmie z pióropuszem przekraczał Granik i bił się pod Arbellami, że Apostołowie nauczali, męczennicy cierpieli, poeci wznosili pieśni, rycerze błyszczeli na turniejach tylko po to, żeby francuski, niemiecki czy rosyjski bourgeois, w swej komicznej i brzydkiej odzieży, zażywał błogiego spokoju, »kolektywnie« i »indywidualnie«, na ruinach tej całej dawnej wielkości?… Wstyd byłoby za ludzkość, jeśliby ten podły ideał powszechnej korzyści, drobnej pracy i haniebnej prozaiczności zatriumfował na wieki!”.
A przecież wiek XIX trudno uznać za nudny. W autobiografii „Rzeczy minione i rozmyślania”, nietuzinkowy Aleksander Hercen wspomina swego rodaka, Michała Bakunina, miłośnika wszelkich rewolucji, jak to w roku 1848, w czasie podróży z Paryża do Drezna rosyjski anarchista wysiadł na jednym z postojów i spostrzegł chłopów, szykujących się akurat do krwawej rozprawy ze swoim panem. Kłopot w tym, że arystokrata zamknął się w swoim zameczku, a prostym ludziom brak było elementarnego, rewolucyjnego i strategicznego „know-how”. Bakunin, nie za bardzo wnikając w istotę sporu, zorganizował chłopstwo, wydał odpowiednie dyspozycje i ruszył dyliżansem w dalszą podróż ku rewolucji. Zamek spłonął. Jest w tej krwawej niefrasobliwości Bakunina coś z atmosfery „Jesieni Średniowiecza”, coś – mimo upływu stuleci – bliskiego słowom Huizingi, że „gdy świat młodszy był jeszcze o pół tysiąclecia, zewnętrzne formy wszystkich przypadków ludzkiego życia rysowały się o wiele ostrzej niż dzisiaj. /…/ Wszystkie przeżycia miały ten stopień żywiołowości i wyłączności, jaki dziś radość i cierpienie osiągają jeszcze tylko w umyśle dziecka”.
XX wiek? Kto, szczególnie po tej stronie niegdysiejszej Żelaznej Kurtyny, mógłby z czystym sumieniem przyznać, że żył w czasach nijakich? Tu historia oddychała pełną piersią i trawiła czas i ludzi z iście gargantuicznym apetytem. A jednak coraz więcej wokół nas nijakości, przybywa jej niespostrzeżenie, lecz nieuchronnie. Ba, zdaje się, że już – tuż, tuż czeka nas skok do królestwa nijakości, krainy Leontjewowskiej „haniebnej prozaiczności”, którą nie sposób uznać za co innego, jak antycypację „Nowego, wspaniałego świata”. I mimo wzniosłych wydarzeń i kalendarium pełnego wielkich dat „tu i teraz” proponuje się nam byle jakie życie, pośród błogiego spokoju wyzutego z treści, której można poświęcić więcej niż miesięczny zarobek. Co zatem sprawia, że zadomowiła się wśród nas nijakość?
Odpowiem przewrotnie (i poniekąd mało oryginalnie). Otóż, przyczyną tego jest zapoznanie sacrum w sferze publicznej. Konsekwentne zastępowanie czytelnego, radykalnego, a czasem i agresywnego języka – dobro-zło, cnota-występek, błogosławieństwo-przekleństwo – nowym językiem, który ma gwarantować pokój społeczny, który ludzkie konflikty, rozterki i waśnie przemienia w okazję do indywidualnej lub zbiorowej terapii, który kamufluje ludzkie fascynacje i wstręt do obcego, a równocześnie staje się coraz bardziej opresywny, autorytarny i de facto roszczeniowy. Ale czy język nowoczesnej kultury, który jest językiem przeciw religii (części składowej każdej cywilizacji), lub który próbuje urabiać ją na swój obraz i podobieństwo, nie staje się w końcu mową o niczym?
Zaiste, miał rację Wolter – gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić. Tak, jeśli nie ma Boga, trzeba Go wymyślić. Czy też, jak stwierdził pewien niby-marksista, Ernst Simon Bloch: „Boga nie ma, ale będzie”. Kłopot w tym, że ta wysterylizowana kultura, gaworząca o „heteronormatywności”, „homofobii”, zamykająca pastorów w więzieniu za cytowanie Apokalipsy wg św. Jana i traktująca religię jako niepoprawnie polityczne monstrum, grożące łagodnemu barankowi ogólnoludzkiego pojednania, nie jest zdolna ani ubóstwić człowieka, ani na serio potraktować sacrum. Ale na miejsce tego nieznośnego, władczego, narzucające ograniczenia i tabu sacrum przychodzi Suweren-Lewiatan, nie mniej nieznośny, z pretensjami do omnipotentnej władzy, narzucający własne ograniczenia i tabu. O ile tamten jednak mógł dać śmiertelnym choćby nikłą obietnicę wieczności i wzniosłości, ten najwyżej oferuje dobre samopoczucie. A i to nie zawsze.
Religia i polityka są nieodłączne, ze względu na ludzką naturę. Zarówno wierzącym, jak niewierzącym, przysługuje w przestrzeni publicznej prawo do wyrażania swoich opinii, prawo do konfliktu i do autonomii. Prawo do jawności przekonań i manifestowania ich w życiu polis. Stąd też i dla lewicy płyną pewne wskazania: lepiej pytać wierzących o ich aktywność w sferze publicznej, kierowanie się nauką społeczną chrześcijaństwa, niźli sarkać na religię w szkołach albo na obecność w parlamencie narodowych katolików. Kto z nich chciałby uczynić wyklętych, sam stałby się inkwizytorem. Nurt nowolewicowy lubuje się w opowieściach o ciemnogrodzie, zaścianku, kołtunerii, rzutując na polską rzeczywistość społeczno-polityczną wzięte skądinąd wzorce i klisze ideologiczne, zamiast pytać o społeczny potencjał chrześcijaństwa i o to, jaki z niego może być pożytek w Polsce czasów transformacji.
To jeszcze jeden z symptomów tej nijakości i jałowości sporów, powodujących, że stajemy się mentalną kolonią Zachodu. Bo ludzie bez cnót, bez dobra i zła (czy też choćby bez możliwości skonfrontowania się z tym światem), zanurzeni w mowie pozornego pojednania i pokoju, w mowie maskującej podział świata na sacrum i profanum, apostołowie świeckiej indoktrynacji mogą w każdej chwili przeistoczyć się w hipokrytów, zachowujących pozory moralności, ale w głębi duszy nienawidzących tak suwerena, jak lud. Mogą wychować jedynie podobnych sobie dewotów świeckiego obrządku, których dulszczyzna jest nie mniej duszna, niż ta klepiąca pacierze. Stąd, może lepiej zrobić krok do tyłu, ku akceptacji sacrum, choćby surowego jak Bóg żądający od Abrahama ofiary z Izaaka, niż wylądować w królestwie nijakości? Bo choć powszechna korzyść, drobna praca i prozaiczność nie są bynajmniej tak straszliwym złem, jak się to roiło Leontjewowi, to nigdy nie wiadomo, kiedy kupczyk przemienia się Wielkiego Inkwizytora.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 8 czerwca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Dotyczy to zarówno tego, co mówi samemu sobie, jak i tego, co opowiada innym. Co zaś inni mówią o nim – na to należy zwykle spuścić zasłonę milczenia. Oczywiście, tak w pierwszym, jak i drugim przypadku zdarzają się wyjątki: spowiedź człowieka nawróconego, rozmowa zakochanych, a bywa, że i wynurzenia dżentelmena zalanego w pestkę. Kiedy zaś można dać wiarę cudzym słowom na nasz temat? Chyba tylko wówczas, gdy zgadza się z nimi nasze sumienie. Tu jednak pojawia się problem: niczemu tak dziś nie należy dowierzać, jak ludzkiej, samokrytycznej świadomości. A jeśli nie ufamy własnej samoświadomości, to dlaczego mielibyśmy zawierzać cudzej? Ostatecznie zapętlamy się w sytuację bez wyjścia: nie możemy wierzyć ani własnym słowom, ani cudzym.
Pewnie są tacy, którzy w takiej sytuacji sięgają po sznur. Ale większość – na szczęście dla rodzaju ludzkiego – znajduje jakąś zasadę, fundament, gwarantujący rękojmię ich własnych sądów. Wybór jest szeroki: od ideologii, szkół propagandy i różnego typu wierzeń, przez powiązane z nimi instytucje i postacie. Równie dobrze może to być partia polityczna, jak AA; dyżurny socjolog, filozof, publicysta, felietonista, wzięty duchowny tej czy innej opcji, znany nonkonformista; wódz, guru, miła pani z telewizji, wróżka, bioenergoterapeuta, kolega/koleżanka z pracy, podręcznik jogi, a nawet książka kucharska itp. dobrze poinformowane, znające się na rzeczy byty umilające nam życie podawaniem recept na temat tegoż życia.
Problem wcale nie polega na tym, że mamy za mało autorytetów, ale na tym, że mamy ich za dużo. Autorytety plenią się jak chwasty, mnożą jak robactwo, wypełzając z każdego kąta przestrzeni społecznej. Gdzie człowiek nie spojrzy – tam autorytet w każdej z dziedzin naszego przebogatego w różnorodność świata. Albo przynajmniej kandydat na autorytet, raczkujący praktykant w tym przemiłym fachu. I tak przybywa nam ludzi, którzy wpływają na naszą krytyczną samoświadomość, z reguły czyniąc ją bezkrytyczną. Kulimy ogon pod siebie, wysłuchując ich sądów, albo pod ich czarownym śpiewem zapadamy w senność i zamykamy się w skorupce własnego „ja”, sycąc niepewność poczucia własnej pewności – „tak, ten ma rację”.
Kto wie, czy jednym z większych nieszczęść świata nie jest spolegliwość – ósmy z grzechów głównych, który umknął przed wiekami prawodawcom naszej cywilizacji (może dlatego, że nie rozróżniali go jeszcze od posłuszeństwa?). Ta nasza spolegliwość, chęć przytakiwania, przyklaśnięcia, wmieszania się w tłum podobnie myślących: by tym sposobem z ziarna piasku przeistoczyć się cudownie w kamień węgielny, by piórka wróbla zamienić na płonącym żarem ogon feniksa, by zyskać pewność fundamentalną, niekwestionowalną, której zbywa tej wątłej, samoświadomej istocie, która naga wyszła z łona matki i naga wróci do ziemi. Szukamy pewności, która często bywa jedynie imitacją sensu i nieświadomym własnej kruchości mniemaniem, tym dalekim, jednym z najdalszych krewnych filozoficznego Logosu, który jest zarazem Słowem/Pojęciem, jak Rozumem. A kto wie, może także pięknem i dobrem.
Co z tym wszystkim wspólnego ma Raskolnikow? I co my mamy wspólnego z byłym studentem Rodionem Romanyczem? Literatura piękna jest jednym z punktów węzłowych kultury – przestrzeni wzajemnego rozumienia, broniącej nas przed tanim moralizatorstwem, albo cynizmem propagandy, bezwzględnością ideologii, nachalnością standardów, norm i konwenansów. Tworzy przestrzeń zaufania – jej postacie, ich losy ukazują nam samych siebie z tą bezinteresownością, z jaką filozofia jest poszukiwaniem mądrości. Odzwierciedla człowieka w sposób o wiele bardziej intymny, niż zwykł on poznawać siebie w dniu powszednim – świat wyobrażony zdziera maski ze świata rzeczywistego; mity literatury kwestionują nasze potoczne zmyślenia i sposoby istnienia, które zwykle nie są niczym innym, jak uniknięciem najboleśniejszych dla nas pytań i odpowiedzi.
Z przyrodzoną łacinie zwięzłością wyrażają to słowa Horacego: Mutato nomine de te fabula narratur – „O tobie ta bajka mówi, choć pod zmienionym imieniem”. To przez udział w tym świetle, które wyostrza kontury rzeczy, zyskujemy miejsce pośród „obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów” – pośród szacownych cieni Gilgamesza, Hektora, Rolanda. Pośród cieni Franza K., Raskolnikowa, Don Kichota, Anny Kareniny, Zaratustry, Pana Cogito, Stawrogina, doktora Żywago. Oni nigdy nie staną się wieczystą marionetką śmiertelników, strząsną z siebie kajdany każdej interpretacji i ideologicznej konwencji, każdego roszczenia i pustego śmiechu. Ale też nigdy nie spróbują nas zniewolić, bo choćby chcieli – są jedynie duchami na polach elizejskich, duchami skupionymi na sobie, wątłymi marami – tak kruchymi jak porcelana, po której w wierszu Miłosza przejechały żelazne gąsienice czołgów. Zawsze możemy się od nich wyzwolić i zawsze oni wyzwalają się od nas. Choć, zdecydowanie, to my tracimy na własnym wyzwoleniu: miarą wolności są konwulsje piskorza, wijącego się pośród bylejakości życia.
Zaiste, wszyscy jesteśmy Raskolnikowami. Nie dlatego, że mamy chęć zabić lichwiarkę, że ulegając żelaznej logice występku mordujemy jej Bogu ducha winną siostrę, Lizawietę. Nie dlatego, że popełniwszy morderstwo usiłujemy oszukać samych siebie, że wszelkie nasze koncepty okazują się niczym wobec gryzącego robaka sumienia, że szukamy zadośćuczynienia za popełnioną zbrodnię. Nie dlatego, że poddani nieprzeniknionej logice ubezwłasnowolniającego procesu wysłuchujemy w świątyni opowieści o odźwiernym i człowieku ze wsi, który „prosi o wstęp do prawa” (wspaniała opowieść!). Nie dlatego, że cierpimy z powodu zakazanej miłości, której spełnienie nie przynosi ulgi, ale coraz to nową boleść. Nie dlatego, że stajemy wobec świata śmieszni lub tragiczni, gotowi się z nim zmierzyć – w konsekwencji stając się tylko jednym z wielu słów, jeśli nie liter, czy znaków zapisanych w dziejach.
A może – kto wie – właśnie dlatego. Tak, wszyscy jesteśmy Raskolnikowami w przejrzystości naszego istnienia. Wszyscy jesteśmy Raskolnikowami – w rażącym oczy blasku pewności, jaką zyskuje życie, gdy odrzeć je z wszelkich pewników tyczących tego, co mówimy o sobie samych, innych i tego, co o nas się powiada.
przez Remigiusz Okraska | piątek 8 czerwca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wciąż głośne są echa nagłośnienia faktu współpracy Ryszarda Kapuścińskiego ze Służbą Bezpieczeństwa. Ja rozczarowany jestem jednak nie tyle przeszłością autora „Cesarza”, ile postawą tych, którzy kreowali go na postać nieskazitelną. Nie jego jednego.
Co kilka miesięcy dowiadujemy się, iż któryś z rzekomych herosów i geniuszy ma w życiorysie wstydliwe karty. A to noblistce ktoś wypomni wiersz na cześć Stalina, a to światowej sławy socjolog zdemaskowany zostanie jako komunistyczny politruk, a to wypłynie zapis sympatycznej pogawędki znanego dysydenta z oficerem dawnego reżimu. Jedni mają wówczas okazję do pomstowania na „fałszywe elity”, inni oburzają się szarganiem narodowych świętości, zawiścią i małostkowością. Jedni uwielbiają się babrać w brudach, inni przekonują nas o nieskazitelnej bieli tego, co oni sami za białe uznali, głównie na podstawie klucza politycznego i/lub towarzyskiego.
Żadnemu człowiekowi i żadnej idei nie udało się dotychczas – mówiąc słowami poety – zjadaczy chleba w aniołów przerobić. Każdy ma na sumieniu jakieś grzeszki, nikt nie jest wolny od głupstw i słabości. A to błędy młodości w postaci wiary w niemodne już ideały, a to konformizm związany z szukaniem dróg na skróty w kwestii kariery, a to kunktatorstwo polityczne skrywane za wzniosłymi hasłami. Tak bywa, zwykła, ludzka rzecz. W istoty pozbawione podobnych wad wierzą tylko durnie oraz czytelnicy „Intelektualistów” Paula Johnsona, który dokonał iście genialnego odkrycia, że ten i ów wielki myśliciel zdradzał żonę, bił syna i plotkował o przyjaciołach.
Zdawałoby się, że nic bardziej oczywistego niż dostrzeżenie faktu niedoskonałości ludzkiej kondycji. Jednak obserwując publiczne roztrząsanie grzeszków różnych osób, nie sposób nie zadumać się nad dziwacznymi meandrami tego problemu. Z jednej bowiem strony w brudach – faktycznych, a równie często urojonych – grzebie się chętnie. Nie ma chyba żadnej postaci publicznej, której jakaś gazeta czy stacja telewizyjna lub radiowa nie wypomniałaby mniejszego lub większego potknięcia. Jednocześnie wszakże ci sami demaskatorzy są święcie oburzeni, jeśli ofiarą podobnych praktyk padnie któryś z ich pupilów. Wróg polityczny czy towarzyski nigdy nie powinien spać spokojnie, bo w dowolnym momencie może mieć wypomniane to czy tamto. Gdy jednak podobne błędy przypomni się komuś „naszemu”, wówczas zgodny chór potępia takie „zapędy inkwizytorskie” czy „grzebanie w życiorysach”.
Te same środowiska, które ogłaszają się krytycznymi, wolnomyślicielskimi i przeciwnymi „pomnikowemu” oglądowi ludzi i ich czynów, zostawiają ideały na boku, gdy chodzi o kogoś z własnego grona. Potrafią one uznać co prawda na przykład, iż zbrodnie są zbrodniami, tak samo hitlerowskie, jak i komunistyczne, ale o konkretach nadal nie można mówić zbyt wiele. Heideggerowi flirt z nazizmem jest przy byle okazji wypominany wiele lat po śmierci, ale wzmianka o stalinowskich fascynacjach (a może tylko serwilizmie) Wisławy Szymborskiej to w środowisku „Gazety Wyborczej” coś podobnego do – excusez le mot – głośnego puszczenia bąka na eleganckim raucie.
A przecież w obu tych przypadkach można stwierdzić, że jakkolwiek były to postawy niemądre, to zarówno filozof, jak i poetka całym swoim dorobkiem udowodnili bez wątpienia, że nie da się ich sprowadzić do roli piewców totalitaryzmu brunatnego lub czerwonego. Ich dzieło nie tyle przekreśla, co po prostu odsyła w mroczny, nieistotny kąt tamte błędy. Ktoś, kto Heideggera postrzega jako ex-nazistę, a Szymborską jako autorkę peanów na cześć Stalina, jest być może szczerym antyfaszystą lub antykomunistą. Jest jednak także półgłówkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że konkretne błędy zostały przez te osoby popełnione i nieuczciwe jest udawanie, iż było inaczej.
Tymczasem wiele środowisk nie potrafi pozbyć się ciągot ku temu, aby własne szeregi traktować jako nieskazitelne, zaś każdą próbę przypomnienia, że i ono nie jest wolne od wad, uznawać za zamach na największe świętości. Można powiedzieć, że to całkiem naturalne – wszak prawie każdy wykazuje wobec siebie więcej wyrozumiałości niż oferuje jej innym. Tu jednak postawa taka zostaje doprowadzona do absurdu. „My” nie robiliśmy niczego złego, a jeśli nawet, to winne były okoliczności. Nikt nie ma prawa „nas” osądzać. A gdy to robi, jesteśmy oburzeni i zaskoczeni, że ktoś w ogóle śmiał to zrobić.
Podobnie stało się z Ryszardem Kapuścińskim. Ujawnienie jego kontaktów z PRL-owskimi tajnymi służbami i pisanie dla nich raportów-donosów, środowisko związane z reportażystą potraktowało jako szarganie pamięci o zmarłym i próbę zdezawuowania jego dokonań. Przekonywano, że wielkość autora „Hebanu” jest niejako niezależna od faktu współpracy z esbekami. Jest w tym sporo racji – świetne książki powstałyby zapewne bez takiego uwikłania ich autora. Ale właśnie dlatego kreowanie Kapuścińskiego – tak jak wielu osób wcześniej – na postaci nieskazitelne, nie ma żadnego sensu. W naszej pamięci – i w kulturze narodowej – powinien pozostać doskonały „Szachinszach”, niepotrzebny zaś jest w niej mit o autorze, który rzekomo „kulom się nie kłaniał”. Nie dlatego niepotrzebny, że fałszywy, lecz dlatego, że wartość literacka tej spuścizny broni się sama.
W przypadku Kapuścińskiego pojawia się co prawda argument, którego nie można całkowicie zlekceważyć. Rację mają ci, którzy twierdzą, że współpraca z bezpieką dawała przewagę w postaci choćby paszportu i możliwości wyjazdów zagranicznych. Kto wie zatem, czy jakiś konkurent nie okazałby się jeszcze lepszym autorem reportaży, lecz nie mieliśmy szans przekonać się o tym, gdyż wyrażając désintéressement kontaktami z SB i pisaniem donosów, pozbawił się on „szansy na wielkość”. Argument to niegłupi, lecz nie biorący pod uwagę przede wszystkim faktu, iż literatura nie jest grą o sumie zerowej. Wielkości książek Kapuścińskiego nie przekreśliłoby potencjalne powstanie innych, równie dobrych czy nawet jeszcze lepszych rozpraw. Można również dodać, że to nie autor „Wojny futbolowej” wybrał sobie życie w kraju, który odmawiał swym obywatelom tak elementarnego prawa, jak swobodna podróż zagranicę. Przeciwnie, funkcjonował w realiach, w których prawo to przyznawali smutni umundurowani panowie, uzależniając swą zgodę od współpracy z nimi.
Przede wszystkim jednak takie próby umniejszenia czyjegoś talentu działają tylko w części przypadków. Taki bowiem Zygmunt Bauman, niedawno zdemaskowany jako współpracownik wojskowego komunistycznego wywiadu, już pod takie wątpliwości nie podpada. Wszak światowej sławy socjologiem został nie dzięki choćby największym korzyściom czerpanym ze współpracy z bezpieką, lecz po zaprzestaniu jej – wtedy, gdy opuścił PRL i zaczął z zachodnimi kolegami po fachu konkurować na „naukowym wolnym rynku”. Podobnie z Szymborską – Nobla otrzymała przecież nie od Stalina za wiersz o nim, lecz od szwedzkich jurorów za całokształt twórczości.
Les extremes se touchent, czyli skrajności się stykają – jak mawiają Francuzi. Głupkowate napaści i podważanie czyjegoś dorobku przy pomocy detalu z biografii, to rewers tego samego medalu, którego awers przybiera postać kreowania owych postaci na półbogów, starannego wybielania ich błędów i pomyłek, a także wściekłych ataków na niezainteresowanych udziałem w hagiograficznym, jednobrzmiącym chórze. Gdyby piewcy geniuszu Kapuścińskiego, Baumana czy Szymborskiej zechcieli przyjąć do wiadomości, że ich idole nie są doskonali i że wcale nie muszą takimi być, aby doceniono konkretne dokonania, nie byłoby w ogóle tego problemu. „Lapidarium” byłoby tak samo warte uwagi, gdyby jego autor wyznał w roku 1989 albo i wcześniej, że uległ namowom smutnych panów w mundurach. „Nowoczesność i Zagłada” byłaby genialną analizą hitlerowskiego ludobójstwa także wtedy, gdybyśmy na długo przed jej edycją mieli świadomość, że wyszła spod pióra człowieka, który za młodu uwierzył w konieczność „utrwalania władzy ludowej”. Polacy mogliby tak samo być dumni z poetyckiego Nobla, gdyby jego laureatka przyznała wiele lat temu, że wychwalanie Stalina było zapewne największym głupstwem, jakie w życiu zrobiła.
To wszystko wymagałoby jednak, oprócz uczciwości i odwagi cywilnej, porzucenia pokusy czerpania z dzieł literackich czy naukowych – oraz związanych z nimi sukcesów – legitymizacji do zabierania ex cathedra głosu w sprawach zupełnie niezwiązanych z nagradzaną i docenianą twórczością. Nietrudno zrozumieć kogoś, kto nie ma ochoty po upływie 30 czy 50 lat bić się publicznie w piersi i przyznawać do błędów, szczególnie wtedy, gdy niewiele wniosłoby to dzisiejszych problemów, postaw i biegu wydarzeń. Jednak brak takiego wyznania ma pewien istotny wymiar teraźniejszy i praktyczny. Pozwala z pozycji Doskonałego Autorytetu przekonywać opinię publiczną, że obecne wybory i postawy tychże osób oraz ich politycznych czy towarzyskich sojuszników, są słuszne i właściwe. Paniczne reakcje na ujawnienie wstydliwych faktów z przeszłości nie wynikają wcale – jak chce się to przedstawić – z chęci obrony czyjegoś dobrego imienia oraz wielkości dzieła. Czyni się tak w celu ugruntowania autorytetu, który bywa wykorzystywany do rozgrywania spraw nie mających nic wspólnego z reportażem, socjologią czy poezją.
Przyznanie, że Ryszard Kapuściński popełniał błędy, wcale nie umniejszyłoby jego wielkości jako autora książek. Na pewno jednak nadszarpnęłoby autorytet kogoś, kto przemawiał jednym głosem wraz ze środowiskiem, które teraz go broni. Przemawiał, dodajmy, w sprawach dotyczących nie Afryki, Azji czy Ameryki Południowej, lecz naszych, tutejszych, polskich problemów. I o tym właśnie warto pamiętać w całej tej wrzawie o czyjejś przeszłości i grzebaniu w niej.
przez Remigiusz Okraska | piątek 18 maja 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Nie mogę się oprzeć takiemu wrażeniu, gdy coraz częściej mam do czynienia z medialnymi nagonkami a to na palaczy papierosów, a to na osoby jedzące „niewłaściwe” potrawy, a to na małą aktywność fizyczną. Pouczeniom i zaleceniom nie ma końca, a ilość autorytetów w tych kwestiach stale rośnie.
Kolejne kraje wprowadzają zakazy palenia tytoniu w instytucjach publicznych – co jeszcze można zrozumieć – ale nie tylko w nich. W Irlandii i Szkocji obowiązuje całkowity zakaz palenia w miejscach publicznych, łącznie z takimi, które odwiedza się dobrowolnie i gdzie nikt chodzić nie musi, jeśli tylko dym papierosowy mu przeszkadza. Na korytarzu urzędu lub przystanku autobusowym musimy bywać, więc tam palący mogą przeszkadzać niepalącym. Ale już zakaz palenia w pubach, gdzie nikt bywać nie musi lub może wybrać taki lokal, którego właściciel chce zarabiać na klienteli niepalącej, uważam za stanowczo zbyt dużą ingerencję w ludzkie życie. Nad wprowadzeniem podobnych restrykcji zastanawia się Unia Europejska, ale i bez tego poszczególne kraje zamierzają wkrótce wprowadzić podobne regulacje prawne.
Wszystko jest na pozór logiczne. Papierosy szkodzą zdrowiu, w dodatku nie tylko ich miłośników, lecz również „biernych palaczy”. Liczba zgonów i chorób z tego powodu jest dość znaczna. Nie są też zbyt miłe dla otoczenia – przebywanie przez kilka godzin np. w mocno zadymionej knajpie nie należy do przyjemności, a ubrania po takiej wizycie nadają się wyłącznie do prania. Nie da się również ukryć, że koncerny tytoniowe posługują się wieloma wyrachowanymi sztuczkami, by zachęcić do palenia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że temu nałogowi towarzyszy przesadne zainteresowanie ze strony różnorakich moralistów i „regulatorów” życia społecznego. A papierosy, obok kilku innych używek czy sposobów spędzania czasu, stały się dyżurnym chłopcem do bicia, odwracając uwagę „świętoszków” od wielu, nierzadko bardziej dokuczliwych, zjawisk.
Jakoś mało kto martwi się o osoby, które każdego dnia w każdym mieście wdychają spaliny samochodowe i muszą przebywać w hałasie powodowanym przez setki aut. Miliony ludzi mieszkają tuż obok ruchliwych dróg, każdy skrawek miejskiej przestrzeni jest zajęty samochodami, na ich potrzeby wszędzie wylewa się beton i asfalt. Władze lokalne i państwowe oraz medialni eksperci przekonują nas, że synonimem rozwoju jest budowa nowych dróg i rosnąca sprzedaż samochodów. I jakoś nie przeszkadza im, że mnóstwo osób cierpi w efekcie rozwoju tego scenariusza – ginie w wypadkach, choruje wdychając spaliny, znosi hałas itd. I w dodatku prawie nigdy nie ma wyboru w tej kwestii. Mogę unikać zadymionych miejsc, lecz nie mam wpływu na to, że pod moim oknem przejeżdżają każdego dnia tysiące samochodów. Nie uniknę ich w niemal żadnym miejscu, które odwiedzę, a w większości z nich ruch motoryzacyjny wzmaga się z roku na rok. Polska jest krajem, gdzie coraz większym ostrzeżeniom na paczkach papierosów i planowanym zakazom wzorowanym na innych państwach, towarzyszy nie tylko obojętność na spaliny, ale wręcz zachęcanie do ich emisji. Ba, znam takie kuriozum, że w Gliwicach niemal pod oknami kliniki onkologicznej zamierza się wybudować trasę szybkiego ruchu. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której władze jakiegoś miasta np. zakazują ruchu samochodów, a za to oferują całkowicie darmową – za pieniądze zaoszczędzone na ciągłym budowaniu i remontowaniu dróg i parkingów, leczeniu ofiar wypadków itp. – komunikację miejską. Taki pomysł okrzyknięto by zamordyzmem i populizmem zarazem. Jednocześnie zaś wprowadza się zakazy palenia papierosów, a miliardy złotych wydaje lekką rączką na infrastrukturę drogową. I nie jest to ani zamordyzm, ani populizm…
Takie tendencje przybierają postać coraz bardziej paranoiczną. W Anglii szefostwo publicznej służby zdrowia w hrabstwach Norfolk i Staffordshire ogłosiło, że pacjenci-palacze będą usuwani z list osób oczekujących na zabiegi chirurgiczne do czasu aż porzucą ten nałóg. Ten – nie waham się go tak nazwać – „zdrowotny faszyzm” próbuje się tłumaczyć wyższymi kosztami leczenia palaczy w porównaniu z niepalącymi. Można jednak zapytać równie dobrze o to, dlaczego w ogóle ze wspólnej kasy płacić za leczenie osób, które doznały urazów zajmując się niekoniecznymi (jak jazda na nartach) czy kretyńskimi (jak skoki na bungee) rozrywkami. Oczywiście, że palacze są grupą podwyższonego ryzyka w kwestii kilku schorzeń i jako tacy są bardziej „kosztowni” z punktu widzenia opieki medycznej. Ale jednocześnie istnieje przecież mnóstwo zachowań i postaw, które narażają na podobne ryzyko, jeśli chodzi o inne choroby czy urazy. Ciekawe kiedy „oszczędni” szefowie angielskiej służby zdrowia zaczną odmawiać leczenia osobom obciążonym genetycznie różnymi czynnikami zwiększającymi ryzyko zachorowalności – wszak tacy „podludzie” też generują wyższe koszty opieki medycznej niż zdrowa, jędrna i udana „rasa panów”…
Mniejsza o papierosy i samochody. Rozumiem, że te pierwsze szkodzą postronnym osobom i warto obronić „biernych palaczy” przed czymś, czego nie lubią. Choć naprawdę nie wiem, czy miejsca odwiedzane w pełni dobrowolnie, jak np. lokale gastronomiczne, powinny być traktowane w tej kwestii identycznie co te, w których bywa się z konieczności. Zamiast tego można by wymóc wyraźne oznakowanie restauracji, barów i pubów, w których się pali i nakazać tym „papierosowym” zainstalowanie porządnego systemu wentylacyjnego. Z kolei auta mają liczne zalety i daleki jestem od dziecinno-fanatycznej postawy części moich znajomych, którzy traktują samochody jako najgorsze nieszczęście trapiące ludzkość. Za samochodami – podobnie jak papierosami – nie przepadam, ale istnieje wystarczająco wiele zalet motoryzacji indywidualnej oraz wad innych rodzajów transportu, by sporą część postulatów ekologiczno-antysamochodowych traktować z dystansem.
Jednak „ideologia zakazowa” zaczyna obejmować także takie postawy, w których nie ma mowy o szkodzeniu innym, lecz wyłącznie sobie. O ile „biernych palaczy” faktycznie należy chronić przed przymusem wdychania dymu tytoniowego, a nas wszystkich przed spalinami, o tyle zupełnie irracjonalna wydaje się nagonka na niektóre inne sfery życia. Na przykład w Nowym Jorku burmistrz wydał zakaz stosowania przez restauracje i producentów żywności na lokalny rynek (np. piekarnie) tzw. tłuszczów trans, jako niezdrowych. Zwracam uwagę, że nie chodzi tu o zakaz wydany przez instytucję dbającą o jakość produktów i zdrowie konsumentów (jak nasz sanepid czy któraś z państwowych agend określających, które składniki są bezpieczne), lecz o decyzję lokalnych władz. Wydaje się, że jest ona zwieńczeniem innej obsesji, tym razem na punkcie „niezdrowego” odżywiania się. Od kilku lat stale jesteśmy bombardowani apelami, wywodami, wezwaniami i pouczeniami dotyczącymi tego, że żywność „szybka”, tania i masowa, jest niezdrowa. Rak, choroby serca, otyłość – tak, znamy to wszystko już na pamięć. Strach się bać.
Znów mam z tym problem. Bo z jednej strony wady „śmieciarskiego żarcia” są oczywiste. I te zdrowotne, i te dla szeroko pojętej „estetyki” życia, i te społeczne, i ekonomiczne, i ekologiczne. Ale jednocześnie nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nagonka na fast foody czy ogólnie na niezdrowe, tłuste, słone czy słodkie potrawy, to kolejna wersja tej samej paranoi, co przy papierosach. Bo przecież dziś większość produktów spożywczych, także tych rzekomo zdrowych, jak owoce czy warzywa, jest „sztuczna”, coraz bardziej pozbawiona smaku, zapachu i wartości odżywczych, a wszystko to w świetle prawa czy wręcz za zachętą ze strony władz publicznych. Często jest tak, że te same instytucje, które krytykują np. McDonald’sa za tłuste hamburgery, jednocześnie swoimi nakazami i zakazami wykańczają resztki tradycyjnych firm produkujących żywność na małą skalę, wysokiej jakości, tradycyjnymi metodami, bez nadmiaru chemii.
Jednak nawet nie o to chodzi. Jeszcze bardziej absurdalne wydaje mi się, że jakiś urzędnik ma prawo odmawiać dorosłym ludziom robienia ze swoim życiem – w tym przypadku z żołądkiem – tego, na co mają ochotę w tak elementarnej sferze jak odżywanie. Owszem, słuszne są takie ograniczenia, jak choćby zakaz reklamy skierowanej do dzieci, gdyż one nie muszą być świadome tego, że namawiane są na produkty mało wartościowe. Owszem, być może tak samo powinno być z „regulowaniem” oferty sklepików szkolnych. Być może w ogóle reklamy fast foodów powinny być obwarowane różnymi zasadami – jak np. zakaz prezentowania tej żywności jako w pełni wartościowej czy wręcz idealnej. Być może państwo powinno w ramach profilaktyki promować zdrowe i rozsądne odżywanie. Ale, do jasnej cholery, wolność człowieka to także wolność popełniania błędów i robienia głupstw, gdy nie szkodzą one innym. Jeśli ktoś lubi chipsy, colę, hamburgery i pizzę, to jego dobrym prawem jest obżerać się nimi choćby codziennie i mieć 30 kg nadwagi. Mamy prawo zarówno do dobrej, wysokojakościowej żywności i ochrony przed nieuczciwymi jej producentami, jak i do tego, by nie być na każdym kroku pouczanymi przez różnych mędrków, którzy ponoć wiedzą lepiej, jak powinniśmy żyć.
Cały ten problem ma bowiem jeszcze inny interesujący mnie wymiar. Jest nim swoista przemoc symboliczna i związane z nią panowanie nad zwykłymi ludźmi. Nietrudno zauważyć, że większość tych zakazowo-zdrowotnych poglądów jest dziełem elit – to one pouczają nas jak mamy żyć, co jest dobre a co złe, to im przeszkadzają papierosy i hamburgery, to one zalecają jogging i płatki śniadaniowe, liczą nam kalorie i przestrzegają przed takim strasznym przestępstwem, jak warstwa tłuszczu na brzuchu czy pośladkach. To wedle nich mamy być idealni – ludzie, którzy sami nurzają się w nieumiarkowanej, hedonistycznej konsumpcji, ciągle chcą nam czegoś zakazywać. Czyżby „rasę panów” drażnił niedoskonały wygląd i zachowanie „podludzi”? Nie chodzi tu o dezawuowanie wszystkiego, co robią i wymyślają elity, ani o zachwycanie się każdym elementem stylu życia „prostego ludu”, bo elitom zdarza się proponować coś mądrego, a zwykłym ludziom robić głupstwa. Dobrze by jednak było, gdybyśmy mogli błądzić na własny rachunek – zwłaszcza w świecie, w którym owe elity coraz częściej, mówiąc wprost, wypinają się na resztę społeczeństwa, a swój rosnący egoizm maskują moralizatorskim ględzeniem i pouczaniem. Im mniej państwo faktycznie o nas dba i im bardziej ogranicza zakres i jakość usług publicznych, które oferuje swoim obywatelom, tym bardziej elity zajęte są tłumaczeniem, co jest „właściwe” a co karygodne…
Barbara Ehrenreich w książce „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć” bardzo trafnie pokazała, że dla członków niższych warstw społeczeństwa, poddanych przymusowi neoliberalnej pracy za niskie stawki i w atmosferze korporacyjnego terroru, takie czynności jak palenie papierosów są wyrazem symbolicznego oporu i jednym z niewielu dostępnych sposobów manifestowania swojej wolności czy po prostu robienia na złość tym przemądrzalcom „na górze” drabiny hierarchii społecznej. Oczywiście świat, w którym owe postawy muszą przybierać taką postać, jest absurdalny sam w sobie – jednak to nie likwidacja ostatnich enklaw swobody jest sposobem na polepszenie egzystencji i nadanie jej bardziej humanistycznego wymiaru.
Jeszcze trafniej niż Ehrenreich opisuje tę kwestię Jens Jessen w „Die Zeit”, w artykule pt. „Świat zakazów”. Zacytuję spory fragment tekstu, gdyż nie ma potrzeby udawać, że sam napisałbym to lepiej: „/…/ na liście »najbardziej niebezpiecznych« dla człowieka znalazły się alkohol, tytoń, psy, samochody, samoloty, gry komputerowe, telewizja i fast foody. Co ciekawe, »używki« te są rzekomo typowe dla konkretnych klas, grup społecznych, środowisk i grup wiekowych, co automatycznie czyni je groźnymi. Są to grupy społeczne, do których nie przemawia mieszczańska logika i które nie stosują przykazań zielonych, by zachowywać się tak, by nie szkodzić środowisku naturalnemu. Właśnie ten klasowy charakter zagrożeń najbardziej śmieszy. Wszystkie wyżej wymienione rozkosze czasu wolnego, których rzekoma szkodliwość, zarówno w sensie medycznym, jak i ekologicznym, nie budzi wątpliwości prawodawców, odwołują się do stereotypowej wiedzy o życiu proletariusza. Opilstwo i kłęby dymu to codzienny obrazek z knajpy dla robotników. Psy i szybkie samochody to hobby klasy robotniczej. Loty na Majorkę, to wakacyjne rozkosze z życia proletariatu. Telewizja, gry wideo i fast foody – ogłupiają, powodują nadwagę i wywołują agresję. Jest jednak jedna kwestia, której politycy, działający – ma się rozumieć – dla dobra narodu, unikają jak ognia. Warto więc zapytać, czy nie jest to aby logiczny wybór ludzi, których pozbawiono szans zawodowego rozwoju i odebrano radość usprawiedliwionych ambicji. /…/ Reformy socjalne ostatnich lat i zmiany na rynku pracy systematycznie odbierały tym ludziom wszelką nadzieję: nadzieję na zatrudnienie, otrzymanie zasiłków, awans społeczny, wreszcie na uznanie i szacunek społeczeństwa. I co teraz? Mielibyśmy im odebrać te drobne przyjemności, które są jeszcze w zasięgu ich finansowych możliwości i niewątpliwie należą do zwyczajów ich grupy społecznej? /…/ sporo przemawia za tym, że elity nie chcą dopuścić do świata małych przyjemności starych lub nowych członków tych upośledzonych grup, które poprzez drobne przyjemności kompensują sobie swe żałosne położenie. Tak naprawdę chodzi tu o zupełnie inną kompensację, a mianowicie bezradność polityków wobec zjawiska globalizacji, ponieważ bezrobocie i społeczna marginalizacja są rezultatem właśnie globalnej konkurencji w gospodarce. Tymczasem politycy, działający w ramach jednej wspólnoty narodowej nie są w stanie ani jej kontrolować, ani jakkolwiek na nią wpływać. Oni nie potrafią nawet zamortyzować negatywnych skutków globalizacji poprzez skuteczną politykę społeczną. Jedyną dziedziną, w której polityk może jeszcze udowodnić swoje umiejętności, jest wydawanie rozporządzeń w duchu pedagogiki społecznej. W tej dziedzinie niebezpieczeństwo wystraszenia płochliwych dysponentów kapitału jest niewielkie, a szansa na przekonanie klasy średniej, że »coś jednak robimy« spora”.
A zatem, palacze, pożeracze hamburgerów oraz inni niesubordynowani rebelianci przeciwko zdrowemu, idealnemu i sterylnemu światu „rasy panów”, łączcie się! Ta trawestacja słów „Manifestu komunistycznego” jest oczywiście nieco ironiczna. Ale kto wie, czy „zdrowotny terror” nie rozkręci się na taką skalę, iż stanie się ona całkiem uprawniona i równie wywrotowa, jak półtora wieku temu były oryginalne słowa Marksa i Engelsa.