Oni jak my

Wiadomo – bezdomni najgorzej mają zimą. Chleją, zasypiają gdzie bądź, otula ich biały śnieg i bezbarwne zimno. Jeśli nie znajdzie ich patrol policji, Straż Miejska albo poczciwa dusza – zamarzają. To źle, to argument przeciwko każdej ekipie rządzącej – czy to Buzka, czy Millera, czy Kaczyńskiego. Zimą o bezdomnych wspomni TVP, Polsat, TVN. Ekipa telewizyjna zrobi najazd na przytulisko czy noclegownię, pokaże zatłoczoną salę pełną łóżek, materaców, zniszczonych ludzi i parominutowy materiał zakończy bon-motem o wrażliwości społecznej. A później inny temat, inny świat, inne tragedie. Obowiązkowi reagowania na bolączki społeczne uczyniono zadość. Sprawy mogą dalej toczyć się swoim torem – instytucjonalnej rutyny, w której trudno wyliczyć stosunek bezradności do obojętności; pragnienia niesienia pomocy i bezwzględnie cynicznego pasożytowania na cudzym nieszczęściu.

Jak wielką niewiadomą są bezdomni, ujawnia między innymi niepewność statystyki – szacuje się, że w Polsce może żyć od 30 do 300 tysięcy osób dotkniętych bezdomnością (podaję te liczby za aneksem do książki Patrica Declercka „Rozbitkowie. Rzecz o paryskich kloszardach”). Są utrapieniem i hańbą wielkich miast – żyjący na marginesie i na margines spychani, otoczeni opieką, która właściwie nic nie zmienia w ich statusie – „wyjście z bezdomności”, reintegracja społeczna, wejście w krwioobieg normalnego życia, to niemal zawsze piękny sen, bo ciężar patologii ma kamienną naturę – osobowość zniekształcona jest tak bardzo, że życie inne niż wegetacja na marginesie znika z horyzontu widzenia. Stąd niełatwo w kilku słowach odeprzeć twierdzenia tych, którzy przekonują, że bezdomni są sobie winni. Tyle że – i tę odrębność trzeba jasno wykazać – ich odpowiedzialność wobec samych siebie i innych też jest wykoślawiona i niepełna. Bo to, co określamy mianem bezdomności, to wypadkowa zła społecznego i własnej słabości, krzywdy czynionej i doznawanej, obojętności świata i własnego egoizmu.

Zabrzmi to jak banał: bezdomność jest problemem społecznym właśnie dlatego, że jest problemem antropologicznym – dlatego nie rozwiązują go jadłodajnie, noclegownie, przytuliska, plakaty w miejscach publicznych z numerem infolinii dla bezdomnych. Państwo, które i tak ma skłonność traktować obywateli przedmiotowo, z bezdomnymi może sobie poczynać z zupełną dezynwolturą: schorowani, słabi, głupi, bez dochodów, niezdolni do rzeczowego wyartykułowania swoich pragnień (a większości są to i tak pragnienia aspołeczne) – są jak „milczące coś”, tak ciche, że aż nieobecne. Oczywiście – gdy defekują, żebrzą, awanturują się, lub gdy ich po prostu czuć w miejscach publicznych – stanowią zauważalny problem. Z tym jednak można poradzić sobie w sposób czysto mechaniczny – usuwając ich z widoku za pomocą odpowiednich służb. Co jednak zrobić z ich cierpieniem, poczuciem krzywdy, chorobliwym użalaniem się nad sobą, czasem pełną hipokryzji grą z instytucjonalnym światem, tym wszystkim, co składa się na rozpacz duszy? I jeszcze częste choroby psychiczne, mniejsze lub większe upośledzenia, prostytuowanie się; straszne i plugawe wspomnienia z dzieciństwa, straszne i plugawe wspomnienia z lat młodzieńczych, straszne i plugawe wspomnienia ze wczoraj, straszne i plugawe teraz, które jutro się powtórzy (o ile nie przyjdzie śmierć). Zarazem skrzywdzeni i krzywdzący – jak my wszyscy, tyle że niemal bez szans na ekspiację, na ukojenie inne niż narkotyczne czy alkoholowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce mieć ich przy sobie.

Przypomina mi się nieistniejąca już noclegowania na Pawiej, w Krakowie. Stara kamienica, rudera niedaleko dworca PKP, ciemny przedsionek, niechętne spojrzenia mężczyzn, za których trzeźwość nie dałbym sobie ręki uciąć. W pokoju na górze zamknięty od wewnątrz na klucz siedział opiekun. Przytulisko miało zostać zlikwidowane, bo naprzeciwko dumnie zaczął się wznosić gmach „Galerii Krakowskiej”. Wcześniej wyrzucono bezdomnych z dworca – mieli się udać właśnie do noclegowni na Pawiej. Miejsc nie starczało dla wszystkich, opiekun nie miał szans zapanować nad klientelą. Tuż obok, w pustych pomieszczeniach powstała „dzika noclegownia”: smród, którego pochodzenia lepiej sobie nie wyobrażać, bił jak z czeluści. Tam bezdomni mogli pić, czasem przechodzili też do oficjalnie działającej noclegowni, choć opiekun starał się temu zaradzić (bo część bezdomnych pracowała dorywczo, także nad swoją „małą stabilizacją”).

Wiadomo było, że tak czy inaczej bezdomnych trzeba będzie wykwaterować. Fundacja (jak większość w Polsce chlubiąca się patronatem Brata Alberta) była prywatna, więc od miasta nic się jej nie należało. Poza tym – skąd lokal zastępczy z przeznaczeniem na noclegownię? Nikt nie zgodzi się na coś takiego w swojej okolicy. Bezdomnych wykwaterowano na dzień przed otwarciem „Galerii Krakowskiej”, by nic nie psuło humoru wchodzącym do przybytku konsumpcji. Tej konsumpcji, w której wykluczeni uczestniczyć nie mogą, nie mają sił, są zbyt apatyczni, bez motywacji, zbyt mało zaradni. Trzydziestoletni, podejrzliwi starcy, przygłupie nastolatki, którym „przyjaciel” zrobił brzuch, lumpy, którzy w mądre słowa ubierają pożądliwe trzęsienie dłoni na widok alkoholu – oni wszyscy muszą być usunięci z widoku świata, który konsumuje w bardziej wysublimowany, choć często nie mniej egoistyczny sposób. Tak, jakby społeczeństwo bało się swojej parodii, bo jednak wciąż może się w niej domyślać zbyt wielu własnych cech.

Minęła druga rocznica śmierci Jana Pawła II. Przy tej okazji przypomniał mi się wywiad, jaki przed laty przeprowadziłem dla jezuickiego „Życia Duchowego” z Tomaszem Sadowskim, założycielem „BARKI”, którego poznałem jeszcze jako licealista. Sadowski mówił m.in. o inspiracji nauczaniem papieża, o braku solidaryzmu bogatych z biednymi, o tym, jak transformacja przyczyniła się do pauperyzacji części społeczeństwa, skąd (choć nie jest to absolutna reguła) często już tylko krok do wykluczenia. Chłopakowi przed maturą imponował brodaty facet, który zdecydował się razem z żoną i dziećmi mieszkać pod jednym dachem z ludźmi z marginesu. Nazbyt idealistycznie wierzyłem, że to tak piękne i szlachetne – więc pewnie łatwo przychodzi i wszyscy są mu bardzo wdzięczni. Nieco później przez dwa miesiące pracowałem w przytulisku dla bezdomnych, w Przegalinie, niewielkiej miejscowości koło Gdańska. A jakże – nosiło imię brata Alberta. Tam na własnej skórze przekonałem się, jak wielkiego trudu wymaga bycie z bezdomnymi. Jak wielkiego samozaparcia. I że jest w dużej mierze sztuką radzenia sobie z niepowodzeniem i rozczarowaniem. Tak, sądzę, że bez tego nie istnieje duch społecznictwa, jeśli nie sprowadza się do papierkowej roboty lub cwaniactwa. I jest hojnością dawaną za nic. Ale trzeba mieć co dać.

I właściwie trzeba by zapytać, w imię czego społeczeństwo: normalni, zwykli, przyzwoici, stateczni ludzie mają cokolwiek ofiarować bezdomnym? Czy są im coś winni? Czy mają dług do spłacenia? To jest pytanie o to, dlaczego lepsi, bogatsi, zdolniejsi, szczęśliwsi, mądrzejsi (choćby tylko we własnym mniemaniu) mają zobowiązania wobec gorszych, biedniejszych, nieudaczników, zrozpaczonych i głupich? Zdrowi wobec chorych? Dlaczego mają pamiętać o tych przerażających, strasznych, a czasem i niegodnych ciepłego słowa ludziach? I dlaczego krzywda tej garstki ma rzucać się cieniem na całe społeczeństwo? Bo cóż jestem winny ja, ty, bólowi tych istot? Nic nas nie łączy – poza człowieczeństwem. I nic nie znaczy, że przyszła wiosna, że kwitną kwiaty, że bezdomni nie zamarzają i znikają z pola widzenia. Są o krok, a choć to straszna przepaść, na tamtym brzegu wciąż są ludźmi. O ile to słowo jeszcze coś dla nas znaczy.

Głos „Lódu”

Inwektywy na usługach polityków i publicystów są nieodzowną częścią rytuału, zwanego debatą publiczną. Są wśród nich takie, które budzą natychmiastową reakcję w obozie przeciwników i te, którym towarzyszy jedynie głuche echo. Stanowią dobro narodowe, choć pośledniejszego gatunku. Moherowe berety, łże-elity, wykształciuchy, socjalistyczna hołota – zabawy słowem zasilają wyobraźnię masową, pomagają w zdefiniowaniu wroga politycznego, samoidentyfikacji, nierzadko służą jako narzędzie terapii grupowej. Są wielkim dobrodziejstwem wydrążonej demokracji, pozbawionej jakiejkolwiek szansy na radykalną zmianę społeczną – za sprawą interaktywnych mediów czynią słyszalnym dysortograficzny „Głos Lódu”. Tam, gdzie nie wznosi się barykad i nie świszczą kule, pozostają słowa powtarzane jak różaniec.

Oszczerstwo, obok powietrza, jest dziś jednym z niewielu dóbr, których wespół używają decydenci i masy. Tym pierwszym inwektywa pomaga zrzucić z siebie ciężar wyjaśniania złożoności gier politycznych, w jakich uczestniczą i skomplikowanych procedur rządzenia. Tym drugim pozwala czuć się współuczestnikami wydarzeń politycznych, współobywatelami świata bogów, których siedziba mieści się, hen, w chmurach. Gdy zatem człowiek w podniszczonym płaszczu, stojący w deszczu na przystanku tramwajowym ogłasza wszem i wobec, że polityk X jest głupi, nie tyle wyraża obiektywny sąd o tym panu, co zgłasza swój akces do życia publicznego. Podobnie, gdy ucinam sobie z kioskarzem miłą pogawędkę na tematy, które obaj znamy tylko z mediów, oprócz niewątpliwej przyjemności rozmowy towarzyszy nam poczucie, że chcąc nie chcąc wypełniamy swój obywatelski obowiązek. Ponieważ trudno nam naocznie ocenić partyjne gry, ekonomiczne naciski lobbystów, trudne moralne wybory warszawskich dziennikarzy – z pewną dezynwolturą, ale przecież dla dobra sprawy wydajemy z siebie głos. Tak bardzo ceniony w demokracji Głos Lódu. A że trudno nam obiektywnie ocenić stan rzeczy, posługujemy się sądem wartościującym, który znacznie ułatwia sprawę.

Odnoszę wrażenie, że tylko hipokryci, skrajni naiwniacy lub ludzie bez serca mogą ubolewać, iż jejmościanka inwektywa ma się dziś tak dobrze. Wykształciuchom nie zaszkodzi, jeśli ktoś im przyłoży słowem jak cepem. Także ich przeciwnikom beret z głowy nie spadnie, gdy usłyszą parę cierpkich i niczym nie usprawiedliwionych słów pod swoim adresem. Sceptyk powie, że inwektywa więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Zapewne, ale co z tego, skoro alternatywą jest głucha cisza? Inwektywa jest bliźniaczą siostrą mitów narodowych, a te, mimo wszelkich prób demistyfikacji, mają się dobrze i wciąż podtrzymują wątły szkielet samoświadomości narodowej. Jest w tym jakaś fatalność, że świat społeczny budujemy na uproszczeniach, ale jeśli przyjąć, że wolność to uświadomiona konieczność – nie stać nas na nic więcej, niż ironiczne przyzwolenie: pogodzenie się z rzeczywistością.

Ekskluzywny, nowolewicowy projekt walki z uprzedzeniami, mitami narodowymi itp. przypadłościami „zacofanych społeczeństw”, choć określa się mianem racjonalnego dyskursu i dąży do reedukacji mas w duchu poprawności politycznej, to dla ogółu nie mniejszy bełkot, niż majaczenia wariata. I podobnie izolowany na łamach kilku periodyków. Jego fiasko ujawnia się w chwili, gdy trzeba masom przedstawić swoją opinię i pognębić przeciwnika. Wtedy filozofka, Magdalena Środa, oskarża swych prawicowych oponentów, że w piwnicy malują swastyki na ścianach, na co jej adwersarz, Artur Zawisza, odpowiada, że urządza sabaty czarownic. Kalumnia wraca do łask jako niezbędne narzędzie w politycznym sporze, napięcie rośnie, widownia wydaje nieartykułowane dźwięki a racjonalny dyskurs za pośrednictwem mediów elektronicznych, tej współczesnej wersji agory, odkłada się na później, czyli – mówiąc mniej eufemistycznie – na świętego Nigdy.

Chwalmy potęgę inwektywy, lecz nie traktujmy jej zupełnie serio. Chwalmy spoty z pustymi lodówkami, dziadków w Wehrmachcie, oskarżenia o kaczyzm i klerofaszyzm; chwalmy internetowe blogi, świątynię egalitaryzmu, gdzie zamiast cherubów fruwają czasem myśli wzięte z sufitu, a logikę zastępują sylogizmy. Ceną za to jest zgoda na sporą dawkę prostactwa i banału; zagrożenie manipulacją. Ale – by twórczo rozwinąć myśl klasyka – życie to nie Wersal. Jeśli można pokazać przeciwnikowi zęby, to znak, że jeszcze ich nie wybito. Oczywiście, kto nie chce poprzestać na rzucaniu inwektyw jako formie współuczestnictwa w życiu społecznym, ten może zmieniać kawalątek świata wokół siebie – pracując w hospicjum, pedałując w Masie Krytycznej, organizując sąsiadów do zbierania psich kup ze skwerku, podrzucając płonące żagwie w teatrze ulicznym. Lecz, ostatecznie, w chwili bezradności i tak westchnie: „ale głupi ci ludzie”. A czujne echo chętnie powtórzy i zwielokrotni jego głos. Lepiej być tego świadomym, by później nie popaść w czarnowidztwo. Cała sztuka: zmieścić swój szept gdzieś między Głosem Ludu i Głosem Lódu i nie grymasić, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu.

Niezbyt Wesoła Polana

Mój tekst był zatytułowany „Ostatni taki klin, czyli mieszczuchów walka o ziemię” i dotyczył krakowskiej Wesołej Polany. Jest to stosunkowo niewielki spłacheć ziemi w pobliżu rezerwatu „Panieńskie Skały”, ostatnie niezabudowane otwarcie widokowe na Las Wolski, tradycyjne miejsce rekreacji pokoleń krakowian. Zimą 2004 r. okoliczni mieszkańcy dowiedzieli się, że radni dzielnicy Wola Justowska prawem kaduka zmienili w planach zagospodarowania przeznaczenie części Wesołej Polany z terenu zielonego na budowlany. A deweloper, firma Inwest-Akord, która wykupiła ziemię, zamierza na niej postawić sześć trójkondygnacyjnych domów, tak zwanych „willi miejskich”. Tak zaczęła się walka mieszczuchów o ziemię, którą dziś, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, trzeba uznać za przegraną.

Decyzją osób zaangażowanych w obronę Wesołej Polany, prowadzenie negocjacji z deweloperem wziął na siebie działający od 1981 r. Obywatelski Komitet Ratowania Krakowa. Dzięki środkom przekazu sprawa nabrała rozgłosu. Po długich negocjacjach i zabiegach, w maju 2006 r., OKRK i Inwest-Akord zawarli umowę przedwstępną, zgodnie z którą do końca września 2006 r. Komitet miał zebrać milion sto tysięcy złotych. Drugi milion na wykup ziemi obiecał prezydent Krakowa, Jacek Majchrowski. Za łączną sumę deweloper zgodził się odsprzedać wykupiony grunt. Podał przy tym warunek, zgodnie z którym istotnym argumentem dla dalszych negocjacji miała być liczba prywatnych darczyńców, biorących udział w zbiórce. Inwest-Akord chciał wiedzieć, czy krakowianie przyłączą się do akcji. Bo ostatecznie to właśnie dobro społeczności Krakowa było ważnym argumentem, używanym przez obrońców Wesołej Polany.

Pod koniec lutego 2006 r. Komitet wziął się do zbierania pieniędzy, licząc na to, że jeśli uda się zebrać więcej, to pozostałe środki zostaną wykorzystane na wykup i zagospodarowanie innych działek, na jakie podzielona jest Wesoła Polana. Zawarł też umowę z kilkoma dużymi firmami, że w chwili, gdy dojdzie do podpisywania umowy sprzedaży, przekażą odpowiednie kwoty na wykup spornego gruntu. Przede wszystkim jednak ludzie z OKRK mieli nadzieję, że w zbiórkę zaangażują się liczni krakowianie, nie tylko mieszkańcy dzielnicy. Wydawało się to prawdopodobne, choćby ze względu na zainteresowanie lokalnych mediów i fakt, że początkowo poparcie dla akcji ratowania Wesołej Polany wyraziło kilkaset osób z Woli Justowskiej, uczestniczących zimą 2004 r. w spotkaniu poświęconemu tej sprawie. Ponadto, w tamtym czasie pod petycją przeciw zabudowie zebrano ponad dwa i pół tysiąca podpisów.

OKRK zorganizował dwie aukcje dzieł sztuki, z których środki przeznaczono na wykup gruntu, ogłaszał zbiórki w prasie, na łamach gazet podawano numer konta. Na Woli Justowskiej rozdawano ulotki z dołączonym przekazem pocztowym – Bank Rzemiosła, gdzie umieszczono środki finansowe, nie pobierał opłat z tytułu wpłaty. Okazało się, że wpłat indywidualnych dokonało niespełna osiemdziesiąt osób; łącznie z darczyńcami i organizatorami aukcji w zbiórkę zaangażowało się czynnie około dwustu. Pieniądze wpłacali też ludzie spoza Krakowa – ze Stalowej Woli, Konstancina. Zebrano około 50 tys. złotych żywą gotówką. Tymczasem minął wrzesień 2006 r., a wraz z nim – termin zbiórki. OKRK nadal prowadził rozmowy z majętnymi firmami, potencjalnymi sponsorami, dotarł też do mieszkającego za granicą Polaka, filantropa, który własnym sumptem ufundował w Krakowie rodzinny dom dziecka. Ale czas płynął, pieniędzy było mało, a krakowianie (w tym większość mieszkańców Woli Justowskiej) nie interesowali się zbytnio losem Wesołej Polany. Indywidualne wpłaty płynęły bardzo wąskim strumyczkiem, który ożywał na chwilę po publikacjach w lokalnej prasie, raz po raz przypominających o całej sprawie.

Pod koniec września 2006 r. OKRK zwróciło się do dewelopera z prośbą o przedłużenie terminu do początku grudnia. Pojawił się problem z milionem od prezydenta Majchrowskiego – pieniądze trzeba było wydać do końca listopada, inaczej groziło, że przejdą jako niewykorzystane do nadwyżki budżetowej. Rzecz cała działa się jeszcze przed wyborami samorządowymi, prezydent Krakowa zaproponował, że dołoży jeszcze pewną sumę, byle tylko zamknąć sprawę. Ale z początkiem listopada właściciel Inwest-Akord przesłał do OKRK pismo, potwierdzone aktem notarialnym, że w związku z niedotrzymaniem terminów jednostronnie zrywa umowę. Nie odbierał telefonów od ludzi z OKRK, za to chętnie rozmawiał z dziennikarzami, że owszem, może sprzedać grunt, lecz po wyższej cenie. Przeszły wybory samorządowe, prezydent Majchrowski załapał się na drugą kadencję. Pod koniec listopada, gdy sytuacja była już podbramkowa, przedstawiciele OKRK udali się z wizytą do Urzędu Miasta. Prezydent obiecał, że pomoże zorganizować spotkanie z deweloperem i przekaże sprawę do Wydziału Skarbu, odpowiedzialnego za wydatki z budżetu miasta. Tu pewien szczegół, ważny dla dalszego ciągu historii: wychodząc z gabinetu Majchrowskiego, rozmówcy minęli się w drzwiach z Marią Witkowicz, dyrektor rzeczonego wydziału.

Minął grudzień, przyszło Boże Narodzenie, wystrzelone korki od szampana obwieściły nadejście Nowego Roku… Do OKRK zadzwoniła dziennikarka z krakowskiego oddziału TVP3, z zapytaniem, co słychać na Wesołej Polanie. Sprawa znów „ruszyła do przodu”. Prezes Komitetu, Mikołaj Kornecki, zadzwonił do Marii Witkowicz, by dowiedzieć się, czy porozumiała się z właścicielem Inwest-Akord. Pani dyrektor odpowiedziała, że o niczym jej nie informowano. Chwilę później oddzwoniła z wiadomością, że rozmawiała właśnie z deweloperem, który skłonny jest odsprzedać teren, ale po wyższej cenie. Z tym, że pieniędzy od miasta OKRK już nie ma. W poświęconym Wesołej Polanie telewizyjnym reportażu, wyemitowanym na początku tego roku w krakowskiej „Trójce”, prezydent Majchrowski stwierdził, że nikt się do niego nie zwrócił o przekazanie środków finansowych na wykup gruntu, stąd sprawa jest już nieaktualna. Po wygranych wyborach samorządowych taka wypowiedź niespecjalnie dziwi.

Z kolei prezes Kornecki twierdzi, że nikt go nie poinformował o konieczności wystąpienia o zabezpieczenie tych pieniędzy. Uważa też, że OKRK nie może liczyć na pomoc miejskich radnych, bo ci w tej chwili zajęci są przepychankami partyjnymi (tzn. budową lub zwalczaniem IV RP w skali miasta) i sprawy „drugorzędne”, jak perspektywiczny wykup gruntów mało ich interesują. Komitet może zbierać środki na wykup Wesołej Polany do końca lutego bieżącego roku. Później będzie musiał zwrócić je darczyńcom, lub – za ich zgodą – przeznaczyć na cele statutowe. Rodak-filantrop z zagranicy stracił już cierpliwość do całej sprawy i się wycofał. Krakowianie, en masse, nie są zainteresowani tematem. Inwest-Akord ma już „wuzetkę” i wystąpił o pozwolenie na budowę. Na sprzedaży mieszkań postawionych na Wesołej Polanie może zarobić, lekko licząc, około 15 milionów złotych. Nic go już nie motywuje, by zrezygnować z solidnego zarobku. Cudu nie było – Goliat wygrał z zostawionym samemu sobie Dawidem.

Jaki komentarzem opatrzyć całą historię? Uderzę się we własne piersi. Owszem, napisałem dla „Obywatela” artykuł na temat Wesołej Polany. Ale później straciłem sprawę z oczu. Nie wpłaciłem też ani grosza na konto, nie zachęciłem do tego nikogo z rodziny, znajomych. Pocieszałem się myślą, że inni na pewno to załatwią i wszystko dobrze się skończy. A wystarczyło kilkanaście złotych, by powiększyć listę darczyńców; by zasilić szereg obywateli, którzy walczą o coś, co uznają za cenne, ważne dla tożsamości ich miasta – by Inwest-Akord wiedział, że Wesoła Polana nie przestała budzić zainteresowania. I myślę sobie, że to jedna z wielu banalnych, niewesołych spraw, jakich w Polsce pełno. Każdy z nas, w swoim miejscu zamieszkania, regionie mógłby opisać ich wiele. Zwykle trudno je w pełni zrozumieć, ogarnąć wszystkie tropy, uchwycić poszczególne nitki – stąd odpuszczamy, pozwalając, by ktoś inny za nie pociągał. I dlatego nie zmniejsza się liczba smutnych historii o niezbyt Wesołych Polanach.

Choroba świętych krów

Było to z dobre dwa lata temu, a człowiekiem, za sprawą którego „medialne Madonny” płci obojga (m.in. Jacek Żakowski, Monika Olejnik, Mariusz Ziomecki, Jolanta Pieńkowska) pochyliły się nad losem ubogich krewnych z prowincji, był Andrzej Marek z „Wieści Polickich”. Okrzyknięty męczennikiem, gdy sąd skazał go na pół roku więzienia za prasowe enuncjacje. Chwilę później okazało się, że Marek dopuścił się pomówień wobec lokalnego urzędnika. Warszawskie tygrysy okazały się zupełnie pozbawione smaku i węchu, rzucając się na byle ochłap. Nic w tym dziwnego – klatka była wypożyczona z warszawskiego ZOO, co metaforze przydaje pikanterii. Zwierzaki chowane na wybiegu, choćby najbardziej luksusowym, zatracają pierwotny instynkt. Poza tym, istnieje podejrzenie, że były to święte krowy, którym roi się żywot tygrysów.

Przypomniałem sobie niniejszą historię po usłyszeniu informacji, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zastanawia się nad ograniczeniem dostępu do tego zawodu. Wedle SDP, dziennikarz musiałby otrzymać odpowiedni certyfikat, który w praktyce równałby się zezwoleniu na wykonywanie profesji. Wśród kryteriów, jakie proponuje SDP, są m.in. kierunkowe wykształcenie oraz/lub poświadczony dorobek dziennikarski. Ponadto, zdaniem części przedstawicieli Stowarzyszenia, dziennikarze powinni stworzyć instytucję na wzór korporacji, która strzegłaby środowiskowych interesów. Propozycje niniejsze mają zostać przedstawione sejmowej komisji kultury i środków przekazu, z myślą o ich wykorzystaniu w pracy nad nowym prawem prasowym (obecne, choć poddane modyfikacjom, obowiązuje od 1984 r.).

By wykazać, że pomysł jest chybiony, wystarczy odwołać się do Konstytucji, gwarantującej wolność wykonywania zawodu. Ale przestrzeganie konstytucyjnych zapisów nigdy nie było najsilniejszą stroną rządzonego oligarchicznie państwa, zwanego III Rzeczypospolitą. Znacznie ciekawsze wydają się społeczne konsekwencje tego typu reglamentacji, o ile weszłyby one w życie. Z pewnością, większość dziennikarzy mediów głównego nurtu nie miałaby problemów z otrzymaniem rzeczonego certyfikatu. Święte krowy, udające tygrysy, mają na tyle ugruntowaną pozycję środowiskową i znaczny dorobek, że świstek papieru mogłyby spokojnie schować na dnie szuflady. I dalej robić swoje, od czasu do czasu urządzając happeningi w obronie najdroższej im wolności słowa, przekonując, że największym dla niej zagrożeniem są politycy i im podobne indywidua z politycznego (pół)światka. Że wolności słowa szkodzi nade wszystko koncentracja kapitału i przekazu medialnego, oraz zupełne stłamszenie lokalnych mediów, przypominających zwykle gazetki ścienne dla miejscowych bonzów, a także niesamowita wręcz ciasnota światopoglądowa w mediach głównego nurtu – na to święte krowy nie wpadną nigdy. Samoświadomość tej grupy służy nie tyle ujawnianiu pełnego obrazu rzeczywistości, co maskowaniu tych jej aspektów, które zagrażają ich własnym interesom. Na tym właśnie polega choroba świętych krów, wykazująca przy tym niezwykłe symptomy: im gorszy stan osobnika, tym lepsze ma on samopoczucie.

Uważny czytelnik tytułów niszowych, konsument mediów elektronicznych, blogów internetowych i tym podobnych wynalazków naszej epoki, zdaje sobie sprawę, że duża część tworzących je autorów mogłaby mieć problem z uzyskaniem odpowiedniego certyfikatu od instytucji stojącej na straży jedynie słusznego, biurokratycznie opieczętowanego dziennikarstwa. Sprowadzając rzecz do absurdu, by ostrzej zarysować problem: duża część autorów i redakcji musiałaby zejść do podziemia, a poza oficjalnym obiegiem powstałby – jak za czasów nieboszczki Ludowej – drugi obieg. Dla przykładu: internetową witrynę „Obywatela” trzeba by było przenieść na amerykańskie serwery, a redakcja – zaopatrzona w powielacz, zdobyty od starszych kolegów – musiałaby schować się w jednej z nieczynnych łódzkich fabryk. I stamtąd szerzyć na kraj (i emigrację) swoje nieprawomyślne, pozbawione certyfikatu poglądy. W końcu wszyscy wylądowalibyśmy w Rawiczu, Wronkach czy innym miejscu odosobnienia.

Podobny los spotkałby wiele innych tytułów; jeszcze inni (np. przedstawiciele mediów lokalnych) wręczaliby łapówki odpowiednim instytucjom w terenie, by otrzymać stosowne zezwolenie na działalność medianą. I gdy jedni toczyliby nierówną walkę z Lewiatanem, dziennikarze tabloidów z niczym niezmąconym dobrym samopoczuciem mogliby nadal „informować” rzesze czytelników o tym, że w Kociej Wólce, na polu sołtysa, na oczach zdumionych wiejskich bab wylądowało UFO. Albo że krwawymi łzami zapłakał obrazek Najświętszej Panienki w domu mieszkającej w Pcimiu emerytki, Jadwigi K. A koncerny medialne bez przeszkód mogłyby dalej wygrywać swoje polityczne i ekonomiczne interesy, przekonując nas za pośrednictwem kukiełek i nazwisk migających z ekranu o swym dobroczynnym wpływie na życie społeczno-polityczne w Polsce. Bo przecież rację miał Mikołaj Gogol: głupstwo i łajdactwo cieszące się urzędniczym przyzwoleniem znacznie nabierają na wartości.

Politycy, którym przyjdzie zająć się tą sprawą, będą mieli ciężki orzech do zgryzienia. Jeśli skwapliwie i bezrefleksyjnie skorzystają z pomysłów SDP (jest to prawdopodobne, sądząc po relacjach między mediami głównego nurtu a obecnie rządzącymi), wówczas ani nie uczynią rodzimego dziennikarstwa lepszym, ani nie rozszerzą granic debaty publicznej. Mediom potrzeba rzetelności, wieloaspektowości przekazu, niezależności, ale o tym w niewielkim tylko stopniu zdecydują czysto formalne obostrzenia, które, jak wiadomo z praktyki, stają się okazją do jeszcze większych nadużyć i pogłębienia już istniejących patologii. Jeśli by zatem certyfikat miał się okazać wymówką dla mainstreamu, albo nic nie znaczącym świstkiem, to z pewnością nie przysłużyłby się polskiemu dziennikarstwu. Okazałby się natomiast jeszcze jednym użytecznym narzędziem w rękach oligarchii, służącym dla zawłaszczenia następnego fragmentu społeczno-politycznej rzeczywistości. A tej przestrzeni jest już tak mało, zbyt mało, bo święte krowy, choć chore, mają się wciąż coraz lepiej. I lepiej, żeby weterynarz okazał się od nich mądrzejszy.

Byt określa nieświadomość

Opublikowane w nim zdjęcia dokumentują czas i miejsca, do których nieliczni mogą powrócić pamięcią. Większość musi zdać się na cudze wspomnienia, którym może zaufać, odrzucić lub zignorować.

Budowa Nowej Huty była nagłym a nieodwracalnym wydarzeniem, które zastaną, oswojoną rzeczywistość zmieniło w raz na zawsze zakończoną historię. Można to potraktować jako triumf materii nad duchem: ciężki sprzęt budowlany, tony cegieł, zaprawy murarskiej i metalowych konstrukcji zrównały z ziemią, wgniotły w glebę nie tylko wiejskie chaty, zabudowania gospodarcze, żyzne zagony, polne drogi, po których chłopi szli z procesjami – ale i właściwą im kulturę.

Gdy już powstały wielopiętrowe, wcale wygodne i komfortowe jak na tamte czasy domy, gdy hutnicze kominy przesyciły powietrze dymem i pyłem, gdy po chodnikach wielkiego miasta zaczęły maszerować ludzkie tłumy dopiero co przemianowane na proletariuszy (bo większość nowohucian w pierwszym pokoleniu wywodziło się z małych miasteczek i wsi niedawno powstałej Polski Ludowej) – tamto, minione, zepchnięto głęboko w niepamięć. Byt określił granice tego, czego warto było być świadomym i tego, o czym nie należało już wspominać (bo i po co?). Tak też byt określił nieświadomość. Proletariuszom potrzebny był kombinat hutniczo-metalurgiczny, kombinatowi – proletariusze. Młodym ludziom i społecznościom często wydaje się, że nie wiele im potrzeba do szczęścia.

Cały ten proces, w wyniku którego powstała Nowa Huta, można tłumaczyć sobie politycznie, jak się to zwykle czyni. Chciałbym go jednak potraktować w kategoriach modernizacji, owszem, motywowanej z pozycji ideologicznych, ale przecież – modernizacji. Modernizacja zaś równa się Postępowi, fetyszowi nowożytnej Europy. Spotkanie z Postępem nie należy do szczęśliwych dla tych, którym nie jest dane stać się jego beneficjentami. Jedni są zbyt krnąbrni, inni zbyt słabi czy po prostu zbędni, by móc cokolwiek zaoferować w zamian za dobrodziejstwa Postępu. Tu krótka dygresja: spytajcie pogrobowców po PGR-ach, dlaczego zajmują teraz takie a nie inne miejsce w hierarchii społecznej – odpowiedzą, że czują się niepotrzebni. Spytajcie ludzi, którym nie wypłaca się i tak nędznej pensji w terminie – odpowiedzą, że nie mają siły i możliwości się przeciwstawić. A Postęp chcąc nie chcąc przytaknie, tłumacząc obłudnie, że przecież mogli się przekwalifikować, wyjechać, wykazać się większą przedsiębiorczością i przebojowością. Ale widać są zbyt leniwi, by to uczynić. Zbyt roszczeniowi. I że nie ma szans na ich reedukację…

Gdy zatem u zarania Polski Ludowej komuniści, wierzący w swoją dziejową misję doprowadzenia Postępu do bezpiecznej przystani Końca Historii, podjęli się wybudowania Nowej Huty, nie czynili tego tylko po to, by pognębić politycznie nie lubiany przez siebie, inteligencki i reakcyjny Kraków. Oni naprawdę wierzyli, że idą ręka w rękę z naukową i jedynie słuszną doktryną marksizmu-leninizmu, która da odpowiedź na wszystkie bolączki ludzkości (tym się różnili od większości znanych nam przedstawicieli nomenklatury Polski Ludowej, których historycy IPN-u z perwersyjnym upodobaniem określają mianem „komunistów”). Dlatego też te masy z czarną ziemią za paznokciami, wyśpiewujące przy drodze litanie do figur Chrystusa, Maryi i wszystkich świętych, w pocie czoła pracujące na roli lub w małych, prywatnych warsztatach pracy, trzeba było przerobić na przodującą klasę robotniczą (a jak się nie da: to zetrzeć w proch). Nie dla hecy Tadeusz Kroński pisał do Czesława Miłosza zimą 1948 roku: „sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji”.

Gdy oglądam album „Czas Zatrzymany”, myślę nie tylko o ludziach pokazanych na zdjęciach. Mimowolnie wspominam tych, którzy „tu i teraz” stają się ofiarami Postępu i Modernizacji: koniecznymi, wliczonymi w koszta. W zafundowanym nam stosunkowo niedawno porządku społeczno-politycznym o Postępie nie opowiada się z tym gniewnym patosem, z jakim czynili to marksiści. Postęp a la kapitalizm potrafi śmiać się sam z siebie, ale to nie on, lecz my pękniemy z rozpuku od tego chichotu, Postęp a la kapitalizm w szatkach III Rzeczypospolitej nie kusi człowieka mianem przodownika pracy, budowniczego Polski Ludowej, wczasami w Bułgarii, talonem na malucha, nie czyni tego lub owego tajnym współpracownikiem, pracownikiem Służby Bezpieczeństwa, aparatczykiem, ale rzadko też stwarza okazję, by wykazać się przed bliźnimi heroizmem cnót. Nie budzi w narodzie tego ducha oporu, jaki natchnął działaczy „Solidarności”, krytycznie spoglądających na stetryczały, zamieniony we własną karykaturę Postęp schyłkowego PRL-u.

Ale nadal skutecznie rozbija rodziny, gnoi ludzi, oddala od siebie najbliższych, całe społeczności wysyła na śmietnik historii (może mniej śmierdzący, ale równie beznadziejny), wciąż straszy, tumani, przestrasza. I niespecjalnie wiadomo, co zrobić z tym fantem, że ludzie uzależniają się od używek, a społeczeństwa – od Postępu. A jeśli który naród w ogóle ma słabą głowę wskutek nadmiaru dziejowych zawirowań – w tym gorsze może wpaść tarapaty.

Czy jednak ktoś, kto opowiada się po stronie lewicy, może tak gwałtownie kontestować Postęp? Tak – bo jeśli lewicowość zakłada sceptycyzm wobec wszelkich dogmatów, to także wobec tych, które produkuje nowoczesność. Poza tym: postęp rozumiany jako bezustanny ruch do przodu, ciągła, bezrefleksyjna modernizacja w imię zbyt wąsko pojętego dobrobytu, nie jest wartością bezwzględną. Kultura i modernizacja/postęp to nie są pojęcia tożsame, równoznaczne, widzimy to na własne oczy. Dlatego pamięć o cudzym, innym od naszego a przecież nie mniej szczęśliwym życiu może być skuteczną odtrutką na iluzje Postępu.

Poza tym pamięć o innym od naszego świecie, który jednak ludzie dla nas ważni uznawali za cenny, ratuje przed krótkowzrocznością i skupieniem na sobie. Bo coraz częściej byt określa naszą nieświadomość: jest coraz więcej rzeczy, których nie wiemy, nie pojmujemy, które nam umykają, gdy poddajemy się perswazji środków masowego przekazu. Kto zatem nie chce wpaść w sidła ignorancji i arogancji, wiernych sług Postępu, niech ogląda stare zdjęcia i czyta książki o ludziach, kulturach, epokach innych od naszej.

Prawda was zniewoli?

A także nad tym, czy ujawnianie faktów, dotyczących współpracy części duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej jest prawdą, która wyzwala, czy sidłami, w które pochwycono tę instytucję.

Kościół rzymskokatolicki jest zbyt ważny dla ogólnospołecznego porządku, by zamieszanie, jakie dotyka go za sprawą coraz skrupulatniejszego badania „białych plam” z najnowszej historii Polski traktować jako dotyczące jedynie zadeklarowanych katolików. Pomijając fakt, że teczki i kwity na ludzi Kościoła znakomicie poprawiają nastrój antyklerykałom, budząc równocześnie rozterki moralne, konflikty i niepokoje wśród samych katolików, trzeba zapytać: co dzieje się z instytucją, z której tradycją i nauczaniem Polacy wydają się być związani na dobre i złe? Co powoduje, że katoliccy, świeccy publicyści, a także część osób duchownych tak radykalnie występują przeciw postawie własnej hierarchii?

Sądzę, że kwestia lustracji jest w ich opisie raczej katalizatorem, niż sednem problemu. Posługując się pewnym uproszczeniem: spór między aktywną na niwie publicznej, społecznie zaangażowaną katolicką inteligencją (za jej przedstawiciela uznaję zarówno ks. Isakowicza-Zaleskiego, jak Piotra Semkę czy Pawła Milcarka, naczelnego pisma „Christianitas”) a kościelnymi urzędnikami jest przykładem konfliktu między tymi, którzy uważają się za obrońców czystości, prostoty, jednoznaczności nauczania zawartego w Ewangelii a tymi, którzy strzegą przede wszystkim kościelnej „racji stanu”, utożsamianej z hierarchią, bronią pozycji, która uległa zakwestionowaniu za sprawą dwuznacznej sytuacji osób wysoko postawionych w polskim Kościele. Gdy jedni mówią o osobistej odpowiedzialności poszczególnych hierarchów i tzw. kościelnych autorytetów za niegdysiejsze uwikłania, drudzy przypominają o procedurach, komisjach, niespiesznym trybie pracy kościelnych instytucji, decyzjach Watykanu i wypowiedziach papieża o „aroganckich sędziach przyszłości”.

Obie strony uważają, że chcą dobrze dla Kościoła i obie swoje racje z tym dobrem utożsamiają. Tym pierwszym o tyle łatwiej przychodzi krytyka, że nie dźwigają na sobie brzemienia tak znacznej władzy, obciążonej mnóstwem czysto ludzkich, prozaicznych zależności. Tym drugim o tyle łatwiej przychodzi ignorować, zbywać i odwlekać odpowiedź na zarzuty, że przyzwyczajeni są do takiego modelu sprawowania funkcji, w którym wysoko postawionym urzędnikom kościelnym okazuje się daleko idącą czołobitność. Długo nie byli oni również wystawiani na bezpośrednie głosy krytyki w takim stopniu, jak świeccy urzędnicy państwowi. Ale rosnąca nieufność i rozgorączkowanie Ludu Bożego kwestionuje ten „bizantyński” sposób sprawowania władzy przez hierarchów, burzy spokojne życie za bramą kurii, biskupich pałaców, zamkniętych dla Ludu Bożego sal konferencyjnych Episkopatu. I nie tyle przeszkadza tu sam sposób sprawowania urzędów, co podejrzenie, że służy on złym celom.

Za sprawą lustracji duchownych hierarchowie Kościoła w Polsce jak nigdy wcześniej przekonują się na własnej skórze, że w demokratycznym państwie nawet obywatele w sutannach i purpurze muszą liczyć się z niepochlebną oceną ze strony innych obywateli, z bezpardonową postawą mediów, z radykalizmem sądów wypowiadanych przez opinię publiczną. Gdy w kościele jedni stoją za ołtarzem, drudzy w ławkach – nie wypada stawiać pewnych zarzutów; świętość miejsca wzmaga poczucie tabu. Ale świecka przestrzeń, choćby medialna, nie stawia już takich symbolicznych barier. Coraz trudniej zatem przychodzi duchownym schować się za instytucjonalnym parawanem, skoro na forum publicznym wypowiadają się wierni, na światło dzienne wyciągając to, co bezpiecznie miało spoczywać w cieniu. Trudno też o stu procentowe posłuszeństwo przełożonym, gdy w stronę księdza lub zakonnika zewsząd wyciągają się mikrofony. W hierarchach musi budzić to nie tylko niepokój, ale i poczucie afrontu.

Najpewniej stąd te emocjonalne określenia, które ks. Zaleskiego opisywały jako „nadubowca”, „Gazetę Polską” jako „prawicową gadzinówkę”, a teczki nazwały „mrokami świata”. Prawda, która zdaniem Kościoła wyzwala, chwyciła jego hierarchów mocno w garść, a oni nie wiedzą, jak rozluźnić ten uścisk. Kościelni prominenci nie mają wielu sojuszników – media nie są stałe w uczuciach, co widać wyraźnie po zmienności tonów, jakie pojawiają się w opisie lustracji duchownych. Politycy, publicyści, intelektualiści katoliccy, rzadko związani z nurtem antylustracyjnym, mniej są skłonni wzruszać się niedolą i moralnymi rozterkami byłych agentów w sutannie, niż chcieliby tego hierarchowie. I nie chcą też milczeć o całej sprawie, niecierpliwią się i gniewają. Ten żywioł, „bunt” synów Kościoła wobec własnych pasterzy, oskarżenie o brak moralnego wydoskonalenia i niechęć do pokuty za grzechy, który przybrał kształt sporu o lustrację duchownych, jest wariacją na temat drzemiącego od zawsze w łonie Kościoła konfliktu między świeckimi, czasem też niższymi warstwami kleru a tymi, którzy faktycznie sprawują władzę, nie tylko/nie tyle duchową, co administracyjną.

Trudno dziś oprzeć się wrażeniu, że jako uczestnik „Okrągłego Stołu” hierarchia kościelna odniosła pyrrusowe zwycięstwo. Zagwarantowała sobie znaczny wpływ w życiu społecznym i politycznym (jednym z prezentów, jakie otrzymała od państwa była katecheza w szkołach, dziś traktowana na ogół jako niezbyt udany projekt), a dzięki charyzmatycznej osobie Jana Pawła II zachowywała też „rząd dusz”. Ale zbyt lekko przyszło to zwycięstwo – jeśli III RP była poronionym projektem, to i Kościół swą pozycję zbudował na lotnych piaskach kilku iluzji. Jedna z nich rozwiewa się na naszych oczach: teczki Kościoła, które miały zniknąć w ogniu, z piekła (nie)pamięci wracają na ziemię.

Postsolidarnościowa rewolucja moralna uderza rykoszetem w instytucję, która w mitologii narodowej uchodzi za matecznik „Solidarności”. Kryzys III RP spowodował, że warunki dyktuje nie propagandowa wizja Polski „pojednanej”, jaką wymarzył sobie i konsekwentnie promował Adam Michnik, czyniąc jej zakładnikiem znaczną część inteligencji, wyrosłej jeszcze w Polsce Ludowej – lecz przeciwny jej ruch „przywracania pamięci”. Po stronie tego właśnie ruchu opowiadają się blisko związani z katolicyzmem świeccy publicyści. Muszą jednak zdawać sobie sprawę z faktu, że ich projekt duchowego samooczyszczenia Kościoła w Polsce, wyznania win i pojednania z Bogiem i wspólnotą – co gorsza wszystko to w tle zajadłej walki politycznej – może nie mieścić się w kalkulacjach hierarchów jako zbyt radykalny, godzący w wypracowany przez Kościół sposób bycia w państwie i pośród społeczeństwa. „Radykałowie” chcą ewangelicznej przejrzystości, wspólnoty wiernych i pasterzy zgodnej z chrystusowym nauczaniem; hierarchom pewnie też na tym zależy, ale nie za cenę zbytnich wstrząsów i naruszania ich pozycji, którą nie bez racji uznają za kluczową dla Kościoła (bo przecież oni są pasterzami, nie ci, którzy ich tak bezpardonowo krytykują).

Nie wiadomo, czy w tej sytuacji dobrze postawione pytania brzmią: czy można zataić niegdysiejszy grzech w imię spokojnej teraźniejszości i lepszej przyszłości? Czy ujawniać zło za wszelką cenę, nawet jeśli grozi to serią skandali, narażających Kościół na kompromitację? Może w ogóle nie ma takiej alternatywy? Bo odpowiedzi można udzielić jedynie wtedy, gdy dany projekt uzna się za większe dobro i zyska dla niego szerszą aprobatę. I właśnie z tym jest dziś największy kłopot. Po ujawnieniu tzw. listy Wildsteina, prymas Glemp twierdził, że ujawnianie zawartości teczek jest rzeczą korzystną dla życia publicznego. Po artykułach „Gazety Polskiej” na temat abp. Stanisława Wielgusa nazwał teczki „mrokami świata”. Nie jest to niestety budujące świadectwo nawet dla kogoś, kto z dystansu patrzy na Kościół. Dopóki lustracyjne potyczki toczyły się w obrębie instytucji państwowych, osób świeckich, prywatnych – był z nich wedle hierarchy pożytek. Gdy problem dotknął ludzi Kościoła – uderzono w patetyczny ton. Ale rzadko który problem znika tylko dlatego, że wyklina się go z kazalnicy. I dlatego sytuacja jest niełatwa dla Kościoła, a pośrednio – dla polskiego społeczeństwa. Bo jeśli prawda jest tak krępująca, czego można spodziewać się po kłamstwie?