przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Niezależnie od tego, jak bardzo religijnym społeczeństwem są Polacy, trudno nie spostrzec, że porządkiem świętowania zawładnął biznes. W biznesie zaś chodzi o pieniądz, nie o sacrum, więc około-świąteczne formy oddziaływań na potencjalnych klientów są przyjemnie trywialne i absolutnie niezobowiązujące. W tym kluczu Boże Narodzenie to okazja do chwili dobrego samopoczucia, (iluzji) finansowej beztroski, nieco bardziej kosztownej konsumpcji, nie zaś do – brzydko mówiąc – głębszych refleksji. Okolicznościowy święty Mikołaj, a także jego renifery, to funkcjonariusze reklamy, którzy z chrześcijaństwem mają tyle wspólnego, co diabeł ze święconą wodą.
Co prawda „altruizm” i „empatia” oraz tym podobne pozytywy, podtrzymujące tkankę społeczną i przypominające nam, żeśmy ludźmi, wciąż są na tyle niezbędne, że trzeba dla nich wygospodarować nieco miejsca, dlatego jak co roku o tej porze można tu i ówdzie spotkać odzianych w czerwień osobników ze sztucznymi brodami, jak czają się w miejscach publicznych na bliźnich, szczególnie na dzieci i ładne dziewczęta, by wręczyć im świątecznego cukierka. Taka okolicznościowa ciągutka ma nam, zaganianym i troszku poirytowanym przedświąteczną atmosferą, zapewnić chwilę wiary w ludzkość: że jesteśmy dla siebie dobrzy, że się przynajmniej lubimy, jeśli nawet nie kochamy, że w ogóle miło jest być człowiekiem i cieszyć się nadchodzącą Wigilią. I w ogóle: ho, ho, ho! – jak powiada poczciwy Santa Claus, figura radosnego konsumpcjonizmu, która w wolnej Polsce przyjęła się znacznie lepiej, niźli w zniewolonej Died Maroz.
Właściwie, jeśli o mnie chodzi, to chromolę takie święta. Ludzie w tramwajach nerwowi, na chodnikach nerwowi, w miejscach użyteczności publicznej – także nerwowi. Nie mówiąc o tłoku na pocztach i wyciągających się zewsząd puszkach na datki. Wszyscy chcą, żebym był dla nich dobry i szczodry, a tego nawet moje lewackie serce długo nie zniesie. Nie mówiąc o portfelu. W telewizji przybywa filmów na wszelkie możliwe sposoby poniewierających świętym Mikołajem i „Opowieścią wigilijną” Dickensa. Jak wiadomo, nadmiar wszelkich wartości prowadzi do ich inflacji – czyli w pewien sposób – braku. To może paradoks, a może nawet czysty absurd: ale im bardziej się robi wokół świątecznie, tym mniej jest świątecznie. By zacytować zdanie z powieści pewnego geja (w ramach nigdy nieustającej walki z homofobią): „jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?”. No właśnie. Nie zachwyca. Mierzi. Żenuje. Irytuje.
I jeszcze te świąteczne kartki, smsy, maile i mmsy. To już nawet nie święty Mikołaj, ale roznegliżowana panienka, (teraz dzieci zamykają oczy) goła dupa z wielkim biustem uśmiechająca się kusząco, z nieodmiennym napisem: „Wesołych Świąt”. No a co to są te Wesołe Święta? Niemal dokładne przeciwieństwo wszystkiego, czym się nas kusi w ramach przedświątecznej oferty. No ale może to przesada? W końcu robimy co możemy, by dać znać bliźnim, że o nich pamiętamy, formy są nam po części narzucone – jesteśmy w swojej masie zakładnikami tej ufundowanej na marketingu kultury, o którą ponoć walczyły pokolenia Polaków, pragnących wybić się na niepodległość. A że to PRL-owski ustrój miał nas niegdyś wyzwolić od dominacji pieniądza, to i nie dziwota, że mamona i wszystkie rzeczy, które jej są, teraz biorą odwet za dziesięciolecia utajonego, prowadzonego w pohańbieniu żywota. Ho, ho, ho! – przytaknie gruby amerykański imperialista, co zamiast cygara we wrednym pysku ma stuletni zarost i minę zażywnego staruszka, który żywot spędził w dobrobycie, a przy okazji jest koroną wszelkich cnót. Co najwyżej ogląda świerszczyki w toalecie. Albo podgląda renifery w stajni. Tfu, chciałem rzec, dogląda reniferów w stajni.
“So this is a Christmas” – jak śpiewał John Lennon – “War is over, Hare Rama if you want it”, i tak dalej, i tym podobne. Chyba za dużo tego Kristmasa wokół nas. Poprzedzone Adwentem Boże Narodzenie, jak się zdaje, prowadzi żywot utajony, w podziemiu. Kościoły, w których odprawia się roraty, znów są po części katakumbami. Tam słowa i rzeczy, biblijne opowieści o oczekiwaniu na nadejście Boga i człowieka, mają swój prawdziwy sens. Można by rzec żargonem nieco filozoficznym: stamtąd można się jeszcze wydobyć z platońskiej jaskini świata, niczym wąskim, wąziutkim przejściem ku prawdziwej jasności. Zaczerpnąć odrobinę dobra, która przywraca sprawom właściwy sens. Ocala piękno, ale i nie skrywa szpetoty, naszej, ludzkiej szpetoty, którą tak umiejętnie maskujemy w dzień powszedni.
W nielubianej przez pogromców religijnej ciemnoty kruchcie, święty Mikołaj jest świętym, Boże Narodzenie jest narodzeniem Boga i człowieka, zawołanie „Wesołych Świąt” rzeczywiście oznacza radość. Tam człowiek odzyskuje swoją historię, która okazuje się być czymś więcej niż pochodem nie napawających bynajmniej większym optymizmem stuleci i tysiącleci. Tam wreszcie człowiek, chcąc nie chcąc, odzyskuje jako taki kontakt z pięknem polskiej mowy i jej tradycjami. Ba, staje się istotą ponadczasową, powtarza słowa, które niegdyś wypowiadali biblijni prorocy: „Spuście nam na ziemskie niwy, Zbawcę z niebios, obłoki”.
Nadchodzące Święta mają dwa przepiękne momenty: łamanie się opłatkiem i puste nakrycie przy wigilijnym stole. Wszyscyśmy z tym oswojeni i bodaj nikt nie może nam tego zabrać. Nawet Santa Claus, gdyby podniósł rękę na te znaki, ryzykowałby jej odrąbaniem, że twórczo nawiążę do klasyka polskiej myśli i praktyki politycznej. Stare, uświęcone zwyczajem pokoleń znaki, których nie trzeba reklamować, które nie są na sprzedaż, które nie przestaną być modne w następnym sezonie. Przeżywaliśmy je jako dzieci, uczestniczyliśmy w nich jako ludzi młodzi i oby towarzyszyły nam też na starość. To są znaki naszego człowieczeństwa, skądinąd trudne znaki – oznaczają otwartość, ufność, gościnę, nawet odwagę, jeśli serio potraktować puste talerze. Santa Claus któregoś dnia zaczopuje się w kominie i kopnie w kalendarz, renifery zwieją do tajgi lub trafią do rzeźni; kto wie, może nawet prawa rynku przestaną znaczyć, ile znaczą i zastąpią je inne formy ideologii – my pozostaniemy z opłatkiem i oczekiwaniem na (nie)spodziewanego gościa. Oby nigdy zamiast pustego miejsca nie towarzyszyła nam w ten czas pustka – czego sobie i Drogim Czytelnikom życzę.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 29 listopada 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Kontekst historyczny znany, postać również, takoż zarzuty wobec niej; kariera polityczna w III RP nie mniej oczywista dla każdego średnio zorientowanego Polaka. Lech Wałęsa budzi, budził i będzie budzić emocje swoich rodaków. Stał się marką. Dobrze sprzedającą się marką. Dziennikarze, którzy z nim rozmawiają, w swoich słowach i gestach mieszają zachwyt z mniej lub jawną ironią, jeśli nie szyderstwem. Trudno powiedzieć, czy do Wałęsy to dociera, bo sprawia wrażenie mocno w sobie rozkochanego. No ale ma prawo do tej miłości: mógł być dziś dożywającym swoich dni, schorowanym emerytem czy rencistą, stojącym w długich kolejkach do lekarzy, smętnie spoglądającym na odcinek renty/emerytury, patrzącym z rezygnacją w ekran telewizora w swoim skromnie urządzonym M-2 lub M-3, a jest historycznym Lechem Wałęsą. I niech mu wyjdzie na zdrowie.
Lech Wałęsa za spore pieniądze postanowił uświetnić obchody dziesięciolecia francuskiego hipermarketu Carrefour w Polsce. Jak wiadomo, hipermarkety to koła zamachowe polskiej gospodarki i wzór cnót wszelkich w relacjach pracownik (szczególnie ten najniższego szczebla) – pracodawca, o wysokich zarobkach nie wspominając. Nie mówiąc już o niezwykłej wprost łatwości założenia związku zawodowego w hipermarkecie. Carrefour nie pozostaje tutaj w tyle. O taką Polskę walczył Lech Wałęsa, więc nic też dziwnego, że dobrze się czuje w otoczeniu ludzi, którzy ją tak urządzają. Tym bardziej, że obiecano mu wynagrodzenie. Jak sam przyznał „Życiu Warszawy”: „Oczywiście, że mi zapłacili. Za taki występ dostaję od dziesięciu do stu tysięcy euro. Ja zarabiam po parę milionów w ten sposób. Myśli pani, że za trzy tysiące złotych ja bym był w stanie żyć?”.
Lech Wałęsa żyć musi (godnie!), dlatego na dziesięciolecie Carrefoura palnął mówkę na temat „Odpowiedzialności w biznesie”. Temat jak znalazł między wódkę i zakąskę, czy jak się zwie tego typu konsumpcja w wyższych sferach. W zasadzie nie ma powodów do zdziwień i zaskoczeń. Oburzać też się szczególnie nie warto, bo nawet jeśli człowiek się irytuje, to dla zdrowia lepiej sprawę rozbroić sarkazmem. Przecież nikt tak wiele od Wałęsy nie wymaga: prosta, czysta, mówiona robota. Ponoć nawet twórcza, bo Wałęsa mógł powiedzieć co chce, w czym, jak wiadomo, celuje od lat. A przecież gotówkodawcy mogli sobie zażyczyć skakania przez mur, podawania nogi, wspólnego śpiewania z Jean-Michel Jarrem, czy nawet, kto wie, rajdu motorówką. Albo i picia wódki z ludźmi honoru.
Ale nic z tych rzeczy: chodziło tylko, by swą osobą usankcjonować praktyki pewnej szacownej firmy, która tak wiele dobrego zrobiła dla Polaków i pewnie, jeśli jej tylko pozwolić, zrobi jeszcze więcej. A Lech Wałęsa, cóż, w klapie obok Matki Boskiej znajdzie się pewnie jeszcze miejsce dla logo francuskiego hipermarketu. To by nawet do siebie w tym kontekście pasowało, wszak, co powtarzam nie od dziś, żyjemy w państwie godnym kaplic w hipermarketach.
Właściwie to zastanawia mnie tylko jedno. W naszym pięknym kraju nie brak autorytetów, dookreślanych epitetem „moralne”. Autorytety te nie szczędzą rąk i atramentu oraz papieru, gdy tylko komu w Polsce dzieje się krzywda, gdy zostanie popełniona gruba, polityczna niestosowność, czy wręcz – jak to miało miejsce ostatnimi laty – gdy narodowi zajrzał w oczy kaczofaszyzm. Autorytety moralne piszą i gardłują w zaciszu gabinetów oraz w salonach mediów czy jakichkolwiek innych placówek, na jakie zostały pchnięte. Z oczu wyziera im smutek i zgorszenie, pałają świętym (albo świeckim) oburzeniem i w ogóle spalają się w imię słusznych racji. Serca im biją jak dzwony i cały naród wie, że nie musi pytać, komu te dzwony tak biją, bo przecież właśnie jemu: czy to na trwogę, czy na zwycięstwo, czy na ochotę. Wówczas opinia publiczna popada w ekstazę, damy mdleją nad bezami i w ogóle wszystkim jest dobrze, a najlepiej tym, którzy żyją z tego bicia serc (bo przecież nie piany).
Co mnie zatem zastanawia? I nawet trochę smuci, bo pomimo złośliwości żal mi czasem tych naszych autorytetów moralnych i nawet tęsknię za takimi, których na kilometr nie czuć układzikami. Ano, myślę o tym, czemu nikt na poważnie nie podniósł kwestii, czy Wałęsie wypada pojawiać się w pewnych miejscach, fetować z niektórymi osobami, swoją obecnością uspokajać sumienia ludzi, którzy na to nie zasłużyli. Powiem więcej: czy wolno mu się sprzedawać za pieniądze, robić z siebie małpę w cyrku, dawać się wreszcie ośmieszać i wykorzystywać ludziom, którzy w dupie mają odpowiedzialność w biznesie, za to świetnie wiedzą co to public relations i ile zarobili, np. na głodowych pensjach swoich polskich pracownic i pracowników. Czy Lechowi Wałęsie, jeśli traktować jego mit serio (a przecież właśnie do tego przekonują nas autorytety), wolno było pojawić się w takim towarzystwie? I co się stało z etosem „Solidarności”, co się stało z tą demokratyczną ponoć, niepodległą Polską, co się stało z jej elitami, że nie ma komu wstawić się za rzeszą pracowników wszystkich hipermarketów, w których ostatecznie ugodziło zachowanie Wałęsy?
Przestrzeń publiczna potrzebuje symboli, czytelnych symboli, jasnej wizji tego, co dobre, co złe, co wypada, a czego czynić nie należy, jeśli się jest choćby kimś takim jak Lech Wałęsa, jeśli walczyło się kiedyś w imię klasy robotniczej, jeśli się z niej czerpało siły i od niej zyskiwało polityczny, społeczny mandat. I także ci wszyscy, którzy dziś, w 2007 roku, mogą czerpać korzyści z pracy pracowników najemnych, z fizycznej lub umysłowej słabo opłacanej pracy swoich podwładnych, by budować fortuny własne, swoich firm, instytucji i korporacji, którzy wreszcie mogą publicznie zabierać głos i robić za recenzentów rzeczywistości – niech pamiętają, że zawdzięczają to nie tylko swoim zdolnościom, ale czasom tamtej Solidarności i tym ludzkim masom, którym ona niegdyś dawała nadzieję.
Gdy zatem Lech Wałęsa na imprezie Carrefoura za grube pieniądze fraternizuje się z wyzyskiwaczami – to czy nie powinien zabrzmieć dzwon na trwogę? Może powinien. Tylko że dawno pękło w nim serce.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 8 listopada 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Jedną z ulubionych książek rodzimych antykomunistów, „Opium intelektualistów” Raymonda Arona, otwierają dwa cytaty. Karol Marks: „Religia jest westchnieniem istoty przygniecionej nieszczęściem, duszą świata bez serca, tak jak jest duchem epoki bez ducha. Jest opium dla ludu”. Simone Weil: „Marksizm nie jest niczym innym niż religią, w najbardziej nieczystym sensie tego słowa. Ma on w szczególności tę cechę wspólną z wszelkimi niższymi formami życia religijnego, że używa go stale, według jakże słusznego wyrażenia Marksa, jako opium dla ludu”.
Ideologia jest perwersyjną wersją religii. W porządku ziemskim obiecuje to wszystko, co judaistyczna/chrześcijańska ortodoksja zastrzega dla rzeczywistości nadprzyrodzonej. Unicestwienie zła, jego ostateczne odrzucenie i zapomnienie przez rodzaj ludzki – oto pilnie strzeżona tajemnica, którą komunizm zamierzał wydrzeć religii. I tu objawia się potęga złudzenia, której zwykle nie jest w stanie sprostać nawet potęga smaku: człowiek poddany rygorom ideologii traktuje rzeczywistość jako niemal doskonale modalną. Jeśli teraźniejszość nie może sprostać przyjętym kryteriom, to przyszłość jawi się jako ich niekwestionowalne spełnienie. Wyznawca jest przekonany (choć przekonanie to przynależy bardziej do porządku wiary, niż tego, co określamy mianem „naukowej pewności”), że świat, jaki postrzega, zło jakie się w nim dokonuje, niewspółmierność tego, co głosi z tym, co istnieje – może już tu znaleźć ostateczne wytłumaczenie. Słowo może stać się ciałem, choć ciało doznaje straszliwych katuszy; katuszy, które potrafi wymienić dziś każdy sztubak.
Złudzenie jest także kategorią historyczną. Bodaj jedną z najpoważniejszych. Stąd dziejowa amnezja tych, którzy – opisując komunizm w perspektywie mitologii narodowej – zatrzymują się na pejoratywnych opisach, zamykających akces doń w określeniach „zdrada”, „podłość” czy „głupota”. Te epitety są jednak w większości przypadków rzutowaniem w przeszłość własnych namiętności ideowych/politycznych. Bynajmniej, nie znaczy to, że są one gorsze (czy lepsze) od namiętności tych, którzy przed dziesięcioleciami opowiedzieli się za (sowieckim) komunizmem. Są jednak znacznie bardziej nudne, konformistyczne, bezpieczne, lecz mają tę wzniosłą legitymację moralną, która ich zwolennikom pozwala stawiać się w jednym szeregu z Kardynałem Stefanem Wyszyńskim i księdzem Jerzym Popiełuszko.
Oczywiście, trudno za pomocą stricte racjonalnych argumentów pojąć, z jakich przyczyn dla wcale znacznej części wschodnich Europejczyków (Polaków, Niemców, Żydów, Rosjan) wcielany w życie komunizm okazał się tak atrakcyjną propozycją. Bodaj każdy z tych piewców sowieckiej rzeczywistości mógł przy odrobinie intelektualnego wysiłku dowiedzieć się z pewnych źródeł, co dzieje się w „ojczyźnie światowego proletariatu”. Zaś ci, co byli najbliżej, którzy w sercu i pamięci mieli smak Rosji, okrutnej, a przecież o wiele łagodniejszej niż sowiecka, mieli pewność zupełną co do wydarzeń rozgrywających się za wschodnią granicą. A mimo to wszyscy oni mieli nadzieję. Mieli wiarę. Mieli miłość. Z tych trzech największa była wiara: w wypełnienie dziejowej sprawiedliwości, w historiozoficzne usprawiedliwienie świata, który oczom niewtajemniczonych wydawał się okrutny i bezrozumny. Ale czy to, co uchodzi za głupstwo dla świata, nie jest mądrością w oczach Historii?
Nazwijmy to raz jeszcze potęgą złudzenia, któremu siły przydawał katastroficzny nastrój epoki. I ogromne wyczucie krzywdy ludzkiej, straszliwej dysproporcji między światem i warunkami życia bogatych i biednych, nędzy, która dziś jest już dla nas niepojęta jako powszedni sposób życia całych społeczności. I niechęć do sanacyjnej Polski, jej instytucji i praw, jej niczym nie usprawiedliwionego triumfalizmu wobec rozszalałych żywiołów. Akces wielu młodych inteligentów był odruchem moralnego sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości, sprzeciwu opartego na ideologii, której dobrodziejstwa miały się okazać wysoce problematyczne i tragiczne. Był też oznaką, o czym mówią wprost świadkowie epoki, wykorzenienia albo wyobcowania z poczucia lojalności narodowej, kulturowego braku utożsamienia z Polską oficerów, kleru i mieszczan. Czekali zatem na dzień gniewu, który musiał nadejść i tak czy inaczej stać się zaczątkiem nowego świata. Ale gdy mit przestaje być możliwością i przepoczwarza się w realną politykę, wówczas poddani potędze złudzenia chcąc nie chcąc stają się odpowiedzialni za swoje wybory. A ubóstwiona Historia nie wstawia się za swoimi wyznawcami – roztapia się w banalności zła i dobra.
Dlaczego felieton na tak oklepany temat? Komunizm, antykomunizm, opowieści starszych państwa i młodych narwańców na usługach polityki historycznej – to wszystko już znamy, jesteśmy za lub przeciw. Ale co zrozumieliśmy z potęgi złudzenia? Ono jest treścią każdej ideologii, jest także treścią demokratycznej polityki, przyczyną sprawczą wydarzeń, moralnym usprawiedliwieniem działań, a także warunkiem sine qua non tego, co zwie się pragmatyzmem. Dlaczego tak jest? Bo polityka, jaką znamy, choć wydaje się tylko cieniem minionych potęg, jest świetnie zamaskowanym dziełem propagandy, mitem o jedności, pokoju i dobrobycie. Owszem, ma swoich kontestatorów i zaprzańców, ale także oni są skazani na własne złudzenia. A rzeczywistość? Powstaje jako starcie wielu iluzji, nieustający, wciąż korygowany kompromis między zakładnikami złudzeń.
Oczywiście, bardzo nieprzyjemna jest ta myśl, żeśmy tylko narzędziami fantasmagorii. I dość nieprawdopodobna wobec gęstej sieci wydarzeń, instytucji, ludzkich zachowań, zwanych rzeczywistością. Trudna do przyjęcia ze względu na ludzką wolność, godność, odpowiedzialność za własne czyny. I może to jest najdziwniejsze i najstraszliwsze na tym świecie, który św. Augustyn określał mianem „krainy, gdzie wszystko jest inaczej”: ponosimy odpowiedzialność za własne i cudze złudzenia, niczym za zerwanie owocu z drzewa poznania dobrego i złego. Lecz kto nie pozna złudzeń, zawsze będzie dzieckiem.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 17 października 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Stare wykształciuchy schodzą ze sceny, by ustąpić miejsca japiszonom idei i propagandy. Wykształciuch jest karykaturą inteligenta. Stworzeniem moralnie i politycznie podejrzanym, rodzajem pasożyta wegetującego w trzewiach organizmu państwowego kosztem jego zdrowia. Istotą wyobcowaną z ducha narodowego, niechętną prawdzie, kultywującą jedynie interesy i język własnej koterii, zatruwającą ojczysty krwioobieg swoim jadem. Jest wynikiem nieudanego eksperymentu społeczno-politycznego, który zaczął się hen, przed dziesięcioleciami, a po transformacji ustrojowej przeszedł lekką mutację, by dostosować się do rzeczywistości. Taki właśnie jest wykształciuch w oczach swoich przeciwników: typ niesympatyczny, podejrzany i godny pogardy.
Skazą na definicji wykształciucha jest jednak to, że od początku nosiła na sobie brzemię upolitycznienia. Nie był to termin „bezinteresowny poznawczo”, ale taktyczny zwrot, dystynkcja wyróżniająca jeszcze jednego zbiorowego przeciwnika IV RP. Co prawda sympatyzujący z moralną rewolucją myśliciele próbowali nieco zobiektywizować, unaukowić wykształciucha, osadzić go w historyczno-kulturowym kontekście, nawiązać do Sołżenicyna, ale bez większych skutków. „Wykształciuch” nie po to był potrzebny, by go nadto sublimować i dookreślać na gruncie historii idei. Zaczął więc żyć własnym, pogmatwanym i niejasnym życiem, wyskakując tu i ówdzie jak diabeł z pudełka, by śmieszyć, tumanić, przestraszać.
Wykształciucha szybko polubili i przekuli na własną broń przeciwnicy rządzącej jeszcze partii. Obelgę zamienili w dumny sztandar ludzi niepokornych wobec kaczystowskiego reżimu. Wypowiadając to słówko, mrugają znacząco okiem: „wiemy, żeś inteligent pełną gębą, ale przyjmij na siebie tę nazwę jako znak ideowo-politycznego namaszczenia i wtajemniczenia, wspólnoty interesów”. I błyskawicznie przybyło osobników ostentacyjnie obnoszących się z mianem wykształciucha – kalumnia zamieniła się w komplement, środowiskowy znak rozpoznawczy, określający choćby miłośników życia i twórczości Adama Michnika. Inni zaś, choć nie tak jasno zdeklarowani światopoglądowo, czy nawet pogubieni w meandrach historii, polubili „wykształciucha” z przekory, albo pod wpływem poczucia fatalizmu i rezygnacji, przyzwyczajeni do dyshonorów ze strony władzy i społeczeństwa, wcale częstych pod tą szerokością geograficzną.
Taka sytuacja jeszcze bardziej rozjuszyła politycznych/ideowych japiszonów, często młodych, dwudziesto-, trzydziestokilkuletnich Don Kichotów moralnej rewolucji. Oni to bowiem, po części w ramach pokoleniowego buntu, współ-wyznaczają i rozpowszechniają standardy myślenia o swoich starszych kolegach, zramolałych w służbie PRL-owi i III RP inteligento-wykształciuchach. Oni to uważają się za depozytariuszy świadomości niczym nie sfałszowanej, arcypatriotycznej i suwerennej, tyleż spragnieni prawdy, co władzy, jej profitów i dobrobytu zasłużonego w ramach nienazwanego wprost aktu „sprawiedliwości dziejowej”. Inteligent-wykształciuch, który inaczej definiuje własną samoświadomość i poczucie lojalności, to w świetle ich założeń postać umysłowo nieuczciwa, tożsamościowo podejrzana, której miejsce jest na śmietniku historii.
I gdzie tu prawda? Między bezkrytycznym samouwielbieniem i apoteozą wykształciucha a jego całkowitym potępieniem leży szerokie pole dla interpretacji. Przede wszystkim problem polega na tym, że krytycy wykształciuchów, definiując ich jako sieroty po Polsce Ludowej albo współpracowników i współuczestników elit zawłaszczających III RP, nie zauważają, że byli/są oni (o ile nie należeli do wąskiej grupy pierwszoplanowych beneficjentów transformacji) takimi samymi ofiarami przemian ustrojowych, jak tzw. zwykli ludzie, za którymi chętnie wstawiają się obecni prominenci. Nie widzą także, iż środowiska inteligenckie, wychowywane/edukowane jeszcze w PRL-u, przy całej złożoności swoich biografii i różnorodności życiowych wyborów nie były w swej masie demiurgami, ale zakładnikami historii, z całym brzemieniem obiektywnie istniejących uwarunkowań i możliwości.
Dziś polityczne japiszony, wzajem sobie potakując, ciesząc się poparciem i protekcją swoich starszych kolegów, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za ponoszone słowa i nie muszą obawiać się niczego z tego, co ongiś było udziałem wykształciuchów. Dana im jest łaska późnego urodzenia i korzystając z tego przywileju wyciągają swoje małoduszne wnioski wobec wykształciucha jako podmiotu zbiorowego. Nie budzi ich współczucia ta rzesza rodaków, częstokroć oszukiwana w nie mniejszym stopniu, niźli „zwykli ludzie”, poddawana manipulacjom i praniu mózgu, ratująca się – często bezwiednie – przed duchowym, tożsamościowym kryzysem w grupach wzajemnej adoracji. Nie budzi ich współczucia ani głębszej refleksji ta małomiasteczkowa albo wiejska inteligencja, która swój awans społeczny zawdzięcza Polsce Ludowej, bo akurat w innej żyć nie mogła, a pozwoliła sobie na luksus posiadania życiowych ambicji.
Owszem, ta inteligencja zwróciła się na początku lat 90. ku Unii Wolności – ale jaki promil tych ludzi mógł znać wszystkie niuanse politycznych kompromisów, planów transformacji, podejmowanych decyzji i poglądów faktycznie głoszonych przez „wierchuszkę”? Zresztą, i tak dość szybko zdała sobie sprawę, że jest samotna. A małomiasteczkowy wykształciuch, choćby wiele rozmyślał o tolerancji, zachodnich standardach demokracji itp. głoszonych wszem i wobec dobrodziejstwach, a przy tym pomstował na rodzimy ciemnogród, to i tak ciężko pracował za grosze w swojej szkole, obserwując z przerażeniem, że ubywa mu z roku na rok resztek szacunku, jaki mniej lub bardziej sztucznie podtrzymywano w PRL.
Dziś, rozważając kwestie czysto formalne, wynikające ze zmiany ustrojowej, o wiele łatwiej jest być inteligentem. Ale szczerze mówiąc, nie widać wielu kandydatów do tej grupy: ani w centrum, ani po lewej, ani po prawej stronie. Dziś w modzie jest ideowo-polityczny japiszon, albo japiszon pragmatyczny, spec od manipulacji wyobraźnią, pragnieniami i przekonaniami. Taki japiszon może nosić za politykami teczkę, albo udzielać się w mediach. Może być młodym pracownikiem IPN-u albo doradcą wysokiego urzędnika państwowego. Od wykształciuchów różni go to, że jest jeszcze za młody, by przeżyć jakikolwiek głębszy ideowy, duchowy kryzys, nie ma też żadnych wątpliwości co do swojej misji. Nie żywi złudzeń, że służy jedynej prawdzie. Jest w fazie wschodzącej: dopiero za 30-40 lat usłyszy podobne zarzuty, jakie dziś stawia tym, których za swoimi mentorami określa mianem wykształciuchów. Pewnie będzie zaskoczony, o ile wcześniej nie spocznie w trumnie.
Nie ma sensu przystawać do towarzystwa tych, którzy z premedytacją wykorzystują wykształciuchów do własnych celów, na siłę poprawiając im samopoczucie i zbiorowo rozgrzeszają każde ich głupstwo i przewinę. Z drugiej jednak strony: ideowo-polityczne japiszony ze swymi niewinnymi buźkami i wcale pokaźnym arsenałem polityczno-koteryjnych psikusów i słownych manipulacji również nie zasługują na większe zaufanie. Kto czyni się zakładnikiem jakiejkolwiek ideologii, ten choćby miał buzię cherubinka, musi budzić nieufność, tym bardziej, gdy kroczy w triumfalnej pozie. Zwycięzcy są zawsze bardziej niebezpieczni niż przegrani. Przynajmniej do czasu, gdy historia nie pobruździ im twarzy zmarszczkami i nie przygnie sumień do ziemi. Wtedy jednak ktoś inny krzyknie im w twarz: wykształciuchy!
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 2 października 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Rozmyślając nad treścią tego felietonu, stawiałem sobie zadanie ambitne: naszkicować koncepcję „melancholii politycznej” jako doświadczenia trapiącego od lat, nas Polaków, ludzi niezakorzenionych w sferze publicznej i zatopionych w polityczno-historycznej apatii, obywatelskim smutku i niemożności. Chciałem też zadać pytanie, jak kształtują się relacje między polityczną melancholią a demagogią. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że nawet formuła felietonu nie pozwala na tak daleko idącą spekulację. Bo to, że doskwiera mi melancholia polityczna, nie znaczy, że ogół współobywateli odczuwa to samo. Wszak machają do mnie z telewizora bliźni strojni w polityczne barwy, którzy – jak sądzę – wprost tryskają energią polityczną w drodze ku lepszej, jak zwykle, przyszłości.
Ograniczę zatem studium politycznej melancholii do introspekcji, co najwyżej pozwalając sobie tu i ówdzie na niewinne uogólnienia. Zacznę od tego, że kampanii wyborczej oczekiwałem z jako takim zainteresowaniem i pewnym ożywieniem intelektualnym. Że pójdę do wyborów – nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości: wszak ojczyzna to nasz wspólny, zbiorowy obowiązek. Zawczasu, niejako intuicyjnie, określiłem, które partie nie wchodzą w zakres mego zainteresowania, po czym cierpliwie oczekiwałem jakimi propozycjami programowymi, jako potencjalnego wyborcę, zaszczycą mnie pozostałe ugrupowania. Jako niepoprawny i zdeklarowany mięsożerca uwielbiam bowiem kiełbasę wyborczą.
Pewnego deszczowego dnia, tuż po wyjściu z tramwaju, ochlapał mnie samochód, przejeżdżający z nadmierną prędkością uliczką pełną dziur w asfalcie. Zezłoszczony, pomyślałem cokolwiek demagogicznie, że ktokolwiek wygra te i następne wybory, to i tak te cholerne samochody będą wciąż na mnie chlapać, wjeżdżając pełną parą w dziury w połatanym niechlujnie asfalcie. Przypomniałem sobie równocześnie, że przy pięciokilometrowym odcinku drogi nieopodal mojej rodzinnej miejscowości stoją trzy skromne krzyże, każdy oznaczający śmiertelne ofiary. Trzy trupy na pięć kilometrów wąskiego paska zdeformowanego przez koleiny asfaltu, po którym od dobrych kilkunastu lat pędzą TiR-y – oto arytmetyka postępu. Myśli te, choć z czasem odpłynęły, to jednak zatruły mi smak kampanii wyborczej i – niczym kamyczek w bucie lekkomyślnego piechura – zaczęły jątrzyć się melancholią. Bynajmniej, nie znaczy to, że przyjąłem za swój argument Donalda Tuska o 13 tysiącach upolitycznionych ofiar wypadków drogowych w ciągu ostatnich dwóch lat. Zacząłem raczej rozmyślać, czy aby jedyny pożytek, jaki obywatele czerpią z rodzimych karteli partyjnych, to pląsający w telewizji poseł. Oczywiście, szybko zdałem sobie sprawę, że to także jest myśl demagogiczna.
Czas płynął, w polityce wrzało jak w kotle trzech wiedźm i z przerażeniem spostrzegłem, że przybywa we mnie myśli demagogicznych, a ja sam pogrążam się w melancholii. Ubywało mi entuzjazmu, decyzja wyborcza nie zyskiwała na klarowności, myśli rozpraszały się w nieokreślonym smutku i byle jakich, niedoprecyzowanych sądach. Poczęła mnie dręczyć jakaś nieokreślona tęsknota, która – jak to w przypadku melancholii bywa – nie ma jasno określonego celu, przez co nie wiadomo, czy tęskni się za czymś, co było, czy za tym, co ma nadejść. Tęskni się i pogrąża w cichej desperacji niejako bezinteresownie, dla samej tęsknoty i smutku.
I oto na moich oczach PiS toczył oligarchomachię w dekoracjach wyborczych spotów. Aleksander Kwaśniewski zatoczył się w czasoprzestrzeni od Kijowa od Charkowa. Na moich oczach „Samoobrona” z sobie tylko przyrodzoną zdolnością ujęła w klamrę ideową różnorodność polskiej lewicy. Jan Maria Rokita pod osłoną małżonki wykonał zgrabny taktyczny manewr na z góry upatrzone pozycje. A ja, mimo tego bogactwa zdarzeń i ferii ideowych potyczek pogrążałem się w melancholii, nie mogąc w tym wszystkim znaleźć miejsca dla siebie. Jakby odebrana mi była zdolność utożsamienia się z tym światem, w którym uczestnictwo jest przecież znakiem mej obywatelskiej podmiotowości, znakiem możności wyboru i współodpowiedzialności za ojczyznę. A przynajmniej jako taki zwykł się przedstawiać – i w tym względzie dopadły mnie myśli demagogiczne i przykre.
Na dodatek, w pewien melancholijny wieczór sięgnąłem po „Złą godzinę” Marqueza i tam na własne nieszczęście trafiłem na zdanie: „zmienił się rząd, obiecywał spokój i bezpieczeństwo i z początku wszyscy w to wierzyli. Ale urzędnicy nadal są ci sami”. Słowa te również odczytałem nader demagogicznie, myśląc o tych wszystkich sympatycznych i kompetentnych oraz absolutnie nieskorumpowanych urzędnikach niższego, średniego, wyższego szczebla, którzy odporni są na zmiany władzy, ewentualnie ulegają lekkim przepoczwarzeniom kadrowym, by od lat sprawnie zarządzać publicznym dobrem. Są to czasem ludzie, z którymi spotkanie nie wiedzieć czemu przyprawia o ból głowy zwykłych zjadaczy chleba.
Właściwie nie jestem pewien, czy jest dla mnie jeszcze nadzieja przed najbliższymi wyborami, by wyrwać się z melancholii. Werble partyjne grają do boju, elektoraty się mobilizują, w powietrzu aż świszczy od walki o lepszą Polskę, a ja melancholijnie patrzę na pacjentów wywożonych z likwidowanego częstochowskiego szpitala i czekam debaty między Kaczyńskim a Kwaśniewskim. Melancholijnie i jak najbardziej demagogicznie myśląc, że nic to, k…, nie zmieni.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 10 września 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Hasło „rewolucji moralnej”, z którym zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska, szły do ostatnich wyborów, było jedynym w historii III Rzeczpospolitej liczącym się projektem politycznym, alternatywnym wobec zastanej rzeczywistości. Wizja uzdrowienia polskiej sfery publicznej i przewartościowania priorytetów społeczno-politycznych okazała się na tyle nośna, że stała się bezdyskusyjnym punktem odniesienia w debacie medialnej i chętnie używanym argumentem zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników. W wyobraźni protagonistów nieistniejącej IV RP rewolucja moralna zawisła jak miecz Damoklesa nad wszechobecnym Układem. Z kolei sceptycy i zdeklarowani przeciwnicy traktowali ją jako dopust Boży, polityczne monstrum puszczone przez radykałów na żywioł bez kagańca. Dwa ostatnie lata dały tym ostatnim sporo okazji do szyderstw, przynoszących tym większą satysfakcję, że pozwalały zapomnieć o licznych „dobrodziejstwach” III RP, które zgotowali swoim rodakom.
Dziś odtrąbiono już zmierzch rewolucji moralnej i rychły powrót do demokratycznej świetności minionych czasów. Do jej przyzwoitości i wysokich standardów, do tych chwalebnych dni, gdy społeczeństwo obywatelskie rozkwitało w pełnej krasie po miastach, wsiach i miasteczkach. Tak, to była piękna epoka, przerwana raptem przez populistów i klerofaszystów. A jeśli były błędy i wypaczenia? Fraszka wobec zbrodni dwóch ostatnich lat!
Oczywiście, powyższy opis jest przerysowany. Także dlatego, że na dobrą sprawę rewolucji moralnej nie było. Ten projekt, zarysowany w sumie dość pobieżnie, przygotowany naprędce po podsycanej przez media kompromitacji rządu Millera, scalający kilka koncepcji z dziedziny politologii, filozofii polityki i socjologii, oparty na doświadczeniu politycznym kilku postsolidarnościowych polityków, miał wszystkie wady i zalety raczkującej wizji. Tylko propagandziści partyjni PiS mogli wierzyć, lub podawać do wierzenia, że ich projekt jest zapięty na ostatni guzik i nie ma możliwości jakiejkolwiek pomyłki, że będą działać ze sprawnością automatów, bezbłędnie rozpoznając, gdzie dobro i zło i niczym najsprawniejszy chirurg dokonywać operacji na żywej tkance polskiej państwowości, by przywrócić organizm do pełnej sprawności. Szybko jednak się okazało, że pacjent wierzga i – mówiąc obrazowo – nie wszystkim jego członkom odpowiada zafundowana terapia. I że rewolucja moralna nie odbywa się w sterylnych warunkach. Zaś politycy Prawa i Sprawiedliwości niedwuznacznie zaczęli dawać do zrozumienia, iż nie do końca odpowiadają im pomocnicy w podjętym przez siebie dziele: nie dość czyści jak na wymarzoną IV RP.
To, co było chwalebnym wyzwaniem rewolucji moralnej, rzuconym zastanej rzeczywistości, miało się też okazać jej piętą achillesową. Jasno zadeklarowana konieczność prowadzenia integralnej, etycznej polityki w służbie państwa/społeczeństwa, przeciwstawionej zepsuciu III RP, była przecież swoistym novum. Jednak bezpośrednie odwołanie do kategorii dobra i zła w programie partii niesie ze sobą ryzyko ich upolitycznienia, instrumentalizacji; wtedy też łatwo o utożsamienie dobra z własną opcją ideowo-polityczną i zepchnięcie przeciwnika w otchłań zła. Tu już nie ma miejsc na dialog, każdy kompromis określa się mianem „zgniłego”. Sytuacja zyskuje z pozoru na klarowności, czy jednak różni się od tej wersji polityki, w której o wszystkim przesądza interes własnej koterii? Dobro na usługach polityki traci swoją bezinteresowność, przestaje służyć ogółowi, by zamienić się w wygodny pretekst dla mniej lub bardziej jasnych poczynań. A przeciwnik wcale sprawnie potrafi to wykorzystać. I on posługuje się orężem obiektywizmu i słusznej racji.
Co jednak ciekawe, bezpośrednim przeciwnikiem na niwie publicznej dla partii koalicyjnych (czy też samego PiS) nie były bynajmniej ugrupowania opozycyjne. Platforma, sfrustrowana niespodziewaną porażką, miotała się bezsilnie między werbalną agresją (by odróżnić się od PiS) a ugodowością (by odróżnić się od SLD), zaś po-PRL-owska lewica musiała szukać wytchnienia i uprawomocnienia dla dalszej egzystencji w ramionach największego Narcyza polskiej sceny politycznej: środowiska Unii Wolności. Wyobraźnia społeczna pozostałaby pod kontrolą piewców rewolucji moralnej, gdyby nie skonfliktowana z nimi część mediów. One to de facto przez ostatnie dwa lata pełniły rolę skutecznej opozycji. Wałęsa, Tusk, Frasyniuk, Olejniczak, Geremek, Osiatyński, a później także Kwaśniewski – plejada gwiazd przygasłych lub niedoszłych znalazła schronienie za medialną barykadą, zbyt słaba, by samodzielnie przeciwstawić się triumfującym rewolucjonistom. Którzy przecież, prawdę mówiąc, kuleli od początku, rozdzierani koniecznością niechcianej koalicji, co rusz wieszcząc przedterminowe wybory. A jednak – byli konsekwentni. Rewolucja moralna stała u bram. Ba, zajrzała nawet za wrota III RP, choć pewnie nie z tym wdziękiem, jaki wymarzyli sobie jej miłośnicy. To, co było, wystarczyło jednak, by w mediach ukazać ją Polsce i światu jako ni to groźnego, ni to strasznego potworka.
Nie ma się co łudzić – jesteśmy zakładnikami własnej historii, nasza klasa polityczna nie zstąpiła tutaj z nieba. Idee w zderzeniu z ziemią odkształcają się, poddane tutejszym prawom. Oczywiście, inną rzeczą jest ocenić, co zrobiono, co można było zrobić i co warte było, jest i będzie zmiany. Nawet jeśli wstęp do rewolucji moralnej w wykonaniu PiS to krok raczkującego dziecka, to przecież nie da się już twierdzić, wbrew oczywistym faktom, że możliwy jest tylko jeden model transformacji, zaaplikowany Polsce po 1989 roku. Powstał rzeczywisty punkt odniesienia, nośna idea, polityczna perspektywa, która przecież dopiero co zaczyna swój żywot. Oczywiście, nie brak takich, którzy z chęcią by o niej zapomnieli, bo dobrze wiedzą, że nie przyniesie im nic dobrego. I zrobią wiele, by potraktować ją jako rzecz chybioną i zaprzeszłą. Dlatego nie mamy właściwie zbyt dużego pola wyboru: za albo przeciw, mimo wszystkich niuansów i zastrzeżeń.
Dziś jednak – i to chyba jest największym niepowodzeniem wstępu do moralnej rewolucji – jej kontury zatarły się za sprawą niejasności politycznych sporów i decyzji podejmowanych przez rządzących. Także dzięki mrówczej pracy tych, którzy od początku grali na ośmieszenie całego projektu. Jasne kryteria etycznej polityki rozmyły się na oczach widowni i pozostało to wrażenie, które Polacy dobrze już poznali: partyjnych gierek, korzystania z aparatu państwa do własnych potrzeb, triumfalizmu nieudaczników i totumfackich władzy. Nawet jeśli jest to obraz nie do końca prawdziwy, to jednak ma swoją siłę oddziaływania i trzeba się z nim liczyć. A sceptycyzm, najzdrowsza postawa wobec świata, który często znamy z trzeciej ręki, nie pozwala bezkrytycznie ufać moralnym rewolucjonistom oraz ich zaciężnym kadrom różnych szczebli. Widać jednak, że III RP, jaką ją znamy i doświadczamy, ciągle budzi nieprzyjemne skojarzenia i nieufność sporej części elektoratu. A IV RP nie jest jedynie projektem garstki polityków, jako tako realizowanym przez ostatnie lata, ale czymś oczekiwanym przez wcale liczną rzeszę Polaków. Na naszych oczach kończy się najprawdopodobniej pierwsza próba, z której trzeba wyciągnąć wnioski. Wstęp do rewolucji jest być może w pośpiechu zabazgraną notatką, wsuniętą w karty polskiej historii. Co nie znaczy, że nie stanie się kiedyś osobnym rozdziałem. Ale co do tego nie ma żadnej pewności. Choć lepsza taka niepewność, niż poddanie się myśli, że najlepiej nam było za Geremka.