przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 15 maja 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Łopotały biało-czerwone flagi, skwierczały grille, opustoszałymi ulicami rządziła wcale przyjemna cisza.
13 maja dotarł do mnie rachunek za prąd. Data nadania: 5 maja bieżącego roku. Nie wysłano go z drugiego końca Polski, ale z miasta, w którym mieszkam. Jakim cudem trwało to tak długo, to już słodka tajemnica Poczty Polskiej. Tajemnica, która wprawia mnie w bezbrzeżne zdumienie i zmusza do przykrej konstatacji, że coś tu jest cholernie nie tak. Nie jest to zresztą konstatacja dotycząca tylko tej firmy. Powszechnie spotykanym odczuciem, dotykającym wielu znanych mi ludzi jest to, że polskie instytucje robią wszystko, by nas do siebie zniechęcić. O ile mogło to być zrozumiałe w PRL-u, gdzie w zasadzie każde zło można było zrzucić na „onych”, po blisko dwudziestu latach III RP nie pozostaje nic innego, jak uważnie przyjrzeć się samym sobie.
Nie dziwię się zwolennikom teorii liberalnych, postulujących jak najszersze ograniczenie kompetencji państwa i jego biurokratycznej struktury. Ja sam, gdy rok w rok przeżywam takie lub inne perypetie z Urzędem Skarbowym, mam jak najszczerszą chęć, by wszystkich tych urzędników, niesympatycznych albo/i niekompetentnych, traktujących petenta jak intruza, szlag trafił. Albo przynajmniej, żeby ci funkcjonariusze pokracznego Lewiatana dali święty spokój zarówno mi, jak i zarobionym przeze mnie pieniądzom. Ale cóż, zwycięża instynkt samozachowawczy, który podpowiada, że trzeba zgodzić się na istniejące „reguły gry”, by nie wpakować się w jeszcze gorszą kabałę. Bo przeciętny człowiek wobec ludzi reprezentujących Instytucje jest tylko mało znaczącym elementem, dodatkiem do przepisów, okólników, załączników, sterty papierów i masy znacznie ważniejszych obowiązków, jakie spoczywają na barkach (ludzi) Instytucji. Państwo to wciąż Oni – schowani w gmachach i pokojach, do których zwykły śmiertelnik nie ma dojścia. Oni, którzy od lat reformują służbę zdrowia i szkolnictwo, zreformowali system emerytalny i zrobili niemal wszystko, by skutecznie walczyć z reprodukcją. Gdy zatem myślę o Onych, budzi się we mnie czasem nie tylko arcy-liberał, ale i anarchista. Jak najbardziej bakuninowski, odczuwający atawistyczną radość na myśl o zniszczeniu Molocha.
W jednym z felietonów, pomieszczonych w wydanej właśnie przez „Obywatela” książce „Poza układem”, Joanna Gwiazda pisze: „wyhodowaliśmy cud natury – cielę z dwoma głowami: państwo »socjalistyczne« jeśli chodzi o ściąganie haraczu ze społeczeństwa i »liberalne«, jeśli za miarę liberalizmu przyjmiemy brak świadczeń dla społeczeństwa. Ani ono socjalistyczne, ani liberalne, tylko zwyczajnie złodziejskie /…/” („List otwarty do czytelnika prawicowca”, s. 156). Jeśli mierzyć ostatnich 20 lat liczbą afer, gospodarczych przekrętów to faktycznie trudno oprzeć się wrażeniu państwa, które żeruje na dziesięcioleciach ludzkiej pracy. Obywatele nie pozostają dłużni: powszechne praktyki zatrudniania na czarno, emigracja, wykorzystywanie każdej luki prawnej, każdej niekonsekwencji lub niezborności, łapówkarstwo – podjazdowa wojna między Molochem a obywatelami trwa w najlepsze. Parafrazując Sienkiewicza: nieufność i niechęć zatruły krew pobratymczą. O ile bowiem Polak może być dumny (a przynajmniej bywa) ze swego poczucia narodowego, ze swojej historii i tradycji narodowych, o tyle na co dzień własne państwo jest mu obojętne, czy – ściśle mówiąc – zachowuje wobec niego bezpieczny dystans, modląc się, by go przy jakiejś okazji nie dopadło. Ale Moloch dorwie cię nawet na urlopie: gdy, np. przejazd i tak marną, choć jak najbardziej płatną autostradą, przypomina tor z przeszkodami.
Stąd tytułowy, majowy „patriotyzm grilla”, który w gruncie rzeczy polega na tym, by na kilka dni uciec od rzeczywistości i mieć święty spokój, ewentualnie pomachać biało-czerwoną chorągiewką, sycąc duszę podniosłymi hasłami. I bodaj nic tak nie jednoczy Polaków (choć z osobna), jak patriotyzm grilla. Czy to zły patriotyzm? Bynajmniej, w sam raz na dzisiejsze czasy, w sam raz dla ciężko zarobionych ludzi. Najbardziej ludzki, bez przymieszki hipokryzji państwa, które ma jak najmniej racji po temu, by nakłaniać Polaków do bardziej wzniosłych form patriotyzmu. Lepszy dobry piknik niż myśl, że do miłości ojczyzny nakłaniają cię ludzie, którzy niemal nic oprócz pustych obietnic dla ciebie nie mają. Nic oprócz obietnic i często opresywnych, dysfunkcyjnych instytucji i rozwiązań ustrojowych.
Tu jednak pojawia się jeszcze jeden kłopot. Bo „Oni” to w gruncie rzeczy my sami, w naszych instytucjonalnych funkcjach. Wielokrotnie miałem okazję spotykać się z ludźmi, którzy jako urzędnicy, działacze polityczni itp. persony reprezentujące Lewiatana z tych lub innych przyczyn utrudniają życie swoim bliźnim i skutecznie zniechęcają Polaków do własnego państwa. Prywatnie bywają mili, uczynni, wyrozumiali; prywatnie sami mają setki i tysiące powodów, by narzekać na absurdy polskiego życia i sytuacje, w których uczestniczą i prawa, które współtworzą. Prywatnie boleją i pomstują na jeszcze innych Onych; prywatnie bezradnie załamują ręce, albo obiecują, że zrobią co się da, „w miarę swoich możliwości”. Prywatnie, w ramach patriotyzmu grilla, obficie polanego alkoholem, są jak do rany przyłóż i skłonni nieba bliźniemu przychylić. Ale cóż, przychodzi chwila, gdy znów muszą przeistoczyć się w Onych. Jest w tym jakiś tragizm, albo i tragikomizm, która sprawia, że cała rzeczywistość społeczno-polityczna nabiera tragikomicznego wymiaru. Szczęściem, Polak potrafi i jakoś żyje, kształci się, a nawet bogaci i wychowuje dzieci z tym garbem na plecach, któremu imię dzisiejsza Polska.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 21 kwietnia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nic też dziwnego, że od kilku lat przez miasto przemaszerowują pod tęczowymi flagami seksualni rewizjoniści i mistrzowie podejrzeń, dekonspiratorzy i demistyfikatorzy pruderii, obłudy i obyczajowego zaścianka. Tak będzie i w tym roku. I właściwie nie chciałoby mi się już o tym mówić ni pisać, bo sprawa z roku na rok budzi we mnie coraz większe znudzenie i obojętność, gdyby nie pewna – skądinąd zabawna – informacja z programu tegorocznych obchodów walki z ciemnotą i kołtunerią w imię wszystkiego, co światłe i postępowe, a przy tym związane – excusez le mot – z poczciwym ciupcianiem. Tak to już bowiem utarło się na nowej lewicy, że walczy z kapitalizmem głównie genitaliami. Brzydko mówiąc: pieprzy kapitalizm z całych sił. Choć mam spore obawy, że – mówiąc obrazowo – cała para idzie w gwizdek.
Zatem w ramach tegorocznego festiwalu seksualnie wyzwolonych „Kultura dla tolerancji” będzie można zobaczyć reklamowaną jako „wydarzenie specjalne” wystawę zdjęć zatytułowaną nowocześnie, bo z angielska: „Cumfaces”. Będzie tam można zobaczyć portrety ludzi przeżywających orgazm. Szczerze mówiąc, oglądanie gęb bliźnich w chwili erotycznego uniesienia wydaje mi się tyleż niesmaczne, co zabawne – to trochę tak jak z Gargantuą i Pantagruelem. No ale widać zaliczam się do strasznych mieszczan, o których zaraz będzie mowa. Otóż ulotka reklamująca to śmiałe wydarzenie artystyczne głosi, iż „efektem [zmagań z płcią i obiektywem] jest cykl prac, które wyciągają seksualność z mieszczańskiej sypialni i śmiało wprowadzają ją w przestrzeń publiczną”.
Tak zatem nowa lewica ożywia stary mit strasznych, purytańskich, pruderyjnych, kołtuńskich mieszczan i przeciwstawia jej świeżość swej ideologii. Co prawda ta świeżość trąci myszką starej, poczciwej dekadencji, no ale umówmy się, że dekadencja zawsze jest cool, a mieszczanie to zacofańcy, egzystujący w strefie mroku zbędnych tabu, intymności i poczucia, że po to wymyślono alkowę, by nie czynić jej rzeczą publiczną. Cyganeria zwyczajowo wie jednak lepiej, czego ludziom do szczęścia potrzeba. Trzeba ich epatować wyzwoloną sztuką, by wreszcie sami doznali wyzwolenia i oczyszczenia. Ku czemu i po co? To właśnie jest dla mnie niejasne.
Rzecz jasna, sztuka współczesna na usługach lewicy jest sztuką społecznie zaangażowaną. Wrażenia estetyczne (choć z zasady nie grzeszy ich nadmiarem) są tu narzędziem i pretekstem dla przekazania ideologii, która nie tylko ma interpretować świat, ale i go zmieniać. Rzecz jasna, na lepsze. Straszni mieszczanie, ze swymi uprzedzeniami i zabobonami, ze swym mniej lub bardziej rozwiniętym systemem moralnym i etycznym, wyniesionym choćby z religii, nadają się jak znalazł na ilustrację z propagandowego opowiadanka: raz jako chłopiec do bicia, dwa (jedno nie przeczy drugiemu) jako przedmiot kaznodziejskich starań i wysiłków nowej lewicy.
Zastanawia mnie, jaki zbawienny skutek społeczny ma przynieść tego rodzaju „wydarzenie artystyczne”? I cóż mamy zawdzięczać wywleczeniu seksu z mieszczańskiego łoża na oczy szerszej widowni? Wyzwolenie i szczęście zapewne. Tu jednak zaczyna się pewien kłopot: jakie wyzwolenie, jakie szczęście? Mam przykre wrażenie, że cały ten projekt niewiele różni się od pogadanek seksuologów z pism dla nastolatków i świerszczyków dla pryszczatych młodzieńców: spełnij się, bądź bezpruderyjny itp. Oto wielki, wspaniały projekt społeczny na poziomie snu erotomana. Nikt nie odmawia erotomanom marzeń, ale – bądźmy szczerzy – nie jest to wizja akceptowalna na poziomie ludzkiej wspólnoty. Coraz więcej seksu w przestrzeni publicznej – jeśli to rozumie nowa lewica przez wolność, jaką proponuje ogółowi, to obawiam się, że jej projekt upadnie znacznie szybciej niż ktokolwiek może się tego spodziewać. Stanie się po prostu nudny i jałowy, przestanie szokować i absolutnie nie będzie odpowiadał na jakiekolwiek faktyczne zagrożenia i bolączki społeczne.
No chyba że o czymś nie wiem, że coś pomijam. Może takie „kumfejsy” (że pozwolę sobie ukuć taki termin na potrzeby tego felietonu) mogą realnie przyczynić się do zmniejszenia przypadków pedofilii, molestowania seksualnego (w rodzinach, miejscach pracy, na uczelniach, w polityce)? Może wywierają jakieś dobroczynne skutki w relacjach międzyludzkich? O niczym takim nie wiem, dlatego traktuję je jako stricte ideologiczny projekt formacji idącej na jałowym biegu, której popularność, jak sądzę, wynika przede wszystkim z tego, że znajduje dla siebie grunt i poklask w intelektualnie miałkiej, treściowo nijakiej, jałowej i znudzonej sobą kulturze masowej.
Bo nie oszukujmy się: nowa lewica, z całą swą obsesyjną walką o seksualną emancypację i epatowaniem widza/czytelnika ekscesami, nie jest niczym rewolucyjnym, ni odkrywczym. Bazuje na znudzeniu konsumenta odpowiednio sformatowanego przez współczesne środki prania mózgu, który w przerwach między pracą a snem przerzuca kanały TV, surfuje po Sieci i szuka choćby cienia mocniejszych wrażeń. I to jest właśnie jego wyzwolenie: rozrywka. Tudzież rozrywka bardziej wyrafinowana, z polorem czegoś intelektualnie pogłębionego, zaangażowanego i – rzecz jasna – modnego, a zatem słusznego: „kumfejsy”. Tu dochodzimy do paradoksu: człowiek nie przestaje być strasznym mieszczaninem nawet wtedy, gdy rozprawia publicznie o seksualnej rewolucji. Mało to wokół nas „wyzwolonych” hipokrytów?
Odczuwam jednak pewną obawę, że może po prostu jestem staroświecki i kompletnie nie wyznaję się na nowoczesności i nic a nic nie pojmuję z jej dobrodziejstw. I zamiast krzyczeć: „Pornografowie wszystkich płci, łączcie się!”, wieczorami obłudnie zasłaniam zasłony. I że czuję wstyd. Czy jestem mniej szczęśliwy i mniej wyzwolony od tych, co w parku uchylają poły długich płaszczy? Nie wiem. Ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić społeczeństwo zdominowane przez sympatycznych panów w długich płaszczach. Choćby wychowanych w/na kulturze dla tolerancji.
Krzysztof Wołodźko
P. S. I jeszcze jedno, choć to nie fair, bo to argument ad personam. Zastanawia mnie, ilu z tych piewców „wyzwolenia seksu” zdecydowałoby się na miłość w miejscu publicznym. Może trzeba by na tę okoliczność przepytać organizatorów i czołowe postacie rodzimej nowej lewicy. Można by sprzedawać bilety, a środki z nich uzyskane przeznaczyć na jakiś godny cel…
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 28 marca 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Pomijam tu kwestię formy i treści (dez)informacji podawanych przez te portale. I tak najważniejsze są tam krzykliwe tytuły i obrazki. Zdumiało mnie co innego: poziom chamstwa, agresji i braku jakichkolwiek hamulców etycznych u tzw. komentatorów. O wulgarności i nagminnych problemach z ortografią – nie wspomnę. Tak sobie myślę: gdyby dziś Dante pisał „Boską komedię”, w którym kręgu piekielnym umieściłby internautów? I czy możliwe, byśmy mieli w sobie tak mało kindersztuby i zwykłej przyzwoitości?
Jak wyglądałby Polaków portret własny, któremu jako model służyłby tzw. przeciętny internauta. Byłaby to zapewne postać szpetna i wredna, z mordą swarliwą, ustami wykrzywionymi w butnym albo złośliwym uśmieszku, tępym wzrokiem ignoranta absolutnie przekonanego do swoich racji. Twarz durnia z pięścią zaciśniętą w kułak, gdy akurat nie wystukuje swoich złotych myśli na klawiaturze.
Oczywiście, przesadzam. Zdaję sobie sprawę, że wśród przeciętnych zjadaczy internetowych wieści są ludzie kulturalni, subtelni, życzliwi światu i bliźnim. Jak zwykle, nikną gdzieś w cieniu, są ledwo słyszalnym kontrapunktem pośród kakofonii sieciowych wrzasków. Chamowi zawsze jest łatwiej: swoją (ir)rację potrafi wyartykułować dosadnie i bez jakichkolwiek skrupułów. Jak powiada młodzież: taki lajf.
Zastanawia mnie najbardziej, skąd w nas tyle złości i agresji. Przecież ci ludzie, których ordynarność drażni mój zmysł estetyczny (i etyczny) w Internecie, są zapewne tymi samymi osobami, które mijam codziennie na ulicy, w tramwaju, w sklepach, na uczelni i w kościele. Tak, anonimowo łatwiej przychodzi wyładować złość, bez jakiegokolwiek skrępowania użyć słów i argumentów, które byłoby wstyd wypowiedzieć w obecności drugiego człowieka. Może więc Internet jest formą terapii (choć nie wiem, czy to dobre słowo), stwarzającą możliwość odreagowania codziennych kłopotów, stresów i zmartwień. Może ów tępy brutal, walący pięścią w stół jak niegdyś tow. Chruszczow w mównicę ONZ, jest małym, zalęknionym człowieczkiem, trzęsącym się ze strachu przed sobie podobnymi istotami. Może ma szefa skurczysyna, może nieprzyjemnego sąsiada, może dzieli łoże z Ksantypą, a jego dzieci są gorsze niż siedem egipskich plag. I gdy siada, biedny, przed komputerem, czuje się nagle jak pan i władca wirtualnej przestrzeni. Wszystko to być może, choć brzydko jest wdawać się w analizę bliźniego swego zapośredniczonego (via internet).
Możliwe, że Sieć ujawnia nasze prawdziwe oblicza, zaś na sądzie ostatecznym będziemy rozliczani z naszych nicków. I okaże się, żeśmy bardziej istnieli na niby, niźli faktycznie. Żeśmy cali byli nickami, słowami, emotikonami, linkami itp., itd. Żeśmy całe życie zmarnotrawili na wirtualną agresję, durnotę i chamstwo. W sumie głupio być sądzonym za wirtualny żywot, rzecz jednak w tym, że prawdziwe są nasze palce i myśli, którymi rzygamy na monitor.
Zresztą, pomijając eschatologię (wersja dla niewierzących): to jednak jakieś dziwne i straszne, marnować tyle czasu na internetowy zgiełk. Przecież można by w tym czasie popatrzeć na drzewo, niebo, na staruszka przechodzącego ulicą. Można by się (jak najbardziej bezproduktywnie) zamyślić, uciąć sobie drzemkę, popatrzeć, czy na półce nie stoi jakaś dawno nie czytana książka, napisać staromodny list do rodziców, wsadzić go do staromodnej koperty i pójść wysłać na równie staromodną (by nie powiedzieć: archaiczną) pocztę. Wszystko to można zrobić, miast sączyć jad bliźniemu swemu i zapluwać się wirtualną śliną.
Cóż, zostawiam drogich czytelników z tymi uwagami, pocieszając się myślą, że korzystający z Internetu czytelnicy „Obywatela” mają w życiu ważniejsze sprawy i większe ambicje, niźli żywot internetowego trolla.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 2 marca 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Rok temu, może nieco później, zrobiono na mojej ulicy nowy chodnik. Położono nową kostkę brukową, podwyższono krawężnik, kanaliki ściekowe zabezpieczono specjalną blachą, która dzięki równomiernie umieszczonym otworom zapobiegała gromadzeniu się wody na powierzchni chodnika. Chodziło się po tym chodniku elegancko i w poczuciu cywilizacyjnego awansu całej okolicy. Choć słowo „chodziło” niezbyt wiernie oddaje sytuację. Częściej się przemykało, i nadal przemyka, bo większość chodnika zwyczajowo zawłaszczają dla siebie kierowcy samochodów, czy to osobowych, czy dostawczych. Tuż obok mnie w ubiegłej kadencji regularnie parkował pewien senator i jego petenci. Bynajmniej, nie poczytuję sobie tego za powód do dumy.
Po jakimś czasie zauważyłem, że w miejscu, gdzie parkują cięższe wozy, chodnik się kruszy, a blaszane zabezpieczenia bądź powypadały i zniknęły, bądź uległy daleko idącym odkształceniom. Z czasem się z tym oswoiłem: śliczny chodnik w szybkim tempie poszarzał i spowszedniał, w czym zapewne pomogły mu mniej lub bardziej „wypasione” dwuślady. Kilka dni temu, wracając do domu spostrzegłem, że blaszane zabezpieczenia zniknęły – na ich miejsce położono rury odpływowe i całość zamurowano. Mniej to estetyczne, ale pewnie bardziej funkcjonalne. Rozwiązanie na miarę Rzeczpospolitej byle jakiej.
W tym miejscu ktoś powie, że dobrze się stało, że to bardziej pragmatyczne i dłużej wytrzyma pod naporem aut. Zgoda. W ogóle uważam, że z estetyką w przestrzeni publicznej nie należy w Polsce przesadzać (i jak się zdaje, większość ma w tej opinii podobne zdanie). Przystanki tramwajowe i autobusowe powinny być wykonane z blachy zbrojonej albo żelbetonu (bo i tak zaraz ktoś je zniszczy); to samo winno dotyczyć środków komunikacji masowej – prosto, solidnie, przaśnie. Bez zbędnych fanaberii dla plebsu, który i tak tego nie doceni. To samo w państwowych urzędach. Ślicznie i higienicznie to może być na strzeżonych osiedlach, w inteligentnych wieżowcach i wnętrzach limuzyn. Chamstwo, niestety (piszę to pół żartem, choć i z gorzkim poczuciem prawdy tych słów) nie zasłużyło na poczucie ładu i piękna wokół siebie. W ogóle, „przestrzeń publiczna” to jak się zdaje dla wielu jakiś przesąd. Ładnie i czysto to może (choć nie musi) być w domu. Na ulicy wolno nam wszystko i za nic nie jesteśmy odpowiedzialni. Ani za swoje psy, które – proszę wybaczyć – srają gdzie popadnie, ani za stosy walających się wokół koszy ulotek reklamowych, ani za butelki przy drogach, ani za wszechobecne pety.
Rzeczpospolita byle jaka to istne terytorium tragikomedii. Bywa komiczna, gdy zalany w sztok pasażer pociągu usiłuje podać konduktorowi bilet, u stóp przetacza mu się butelka wódki (kupiona w tymże dalekobieżnym pociągu), a przedstawiciel instytucji państwowej udaje, że nic nie widzi i nic nie czuje. Jest tragiczna, gdy na warszawskim moście zdarza się tragedia, bo zmotoryzowane święte krowy rozwijały tam prędkość 200 km/h. Skąd się biorą takie święte krowy? To proste: ileż razy oglądaliście w TV rodzime sławy różnego kalibru, opowiadające o tym, jak to przekraczały prędkość w swoich samochodach i zatrzymała je policja… Co było dalej? Wszystko wyjaśnia puszczone do nas z ekranu oko. Rzeczpospolita byle jaka nie szanuje praw. Żadnych. Nie liczy się z ludźmi, chyba że mogą przynieść jej korzyść lub się ich boi, albo dla jakichś przyczyn podziwia. Ale wszystko to ostatecznie gra pozorów, obliczona na krótko.
Dlatego muszą – na nieszczęście wielu – zastępować ją ostatecznie prawa natury. One powodują, że niszczeje niedawno położony chodnik i one sprawiają, że ludzie mają kogo przedwcześnie odwiedzać na cmentarzach. Nie mają względu na nic: ani na tych, co męczą się z rzeczywistością, cierpią lub giną, bo zawinili, ani na tych, co się męczą, cierpią i giną, bo znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie w tym pięknym kraju, nazwanym przeze mnie Rzeczpospolitą byle jaką. Jej barwy to wszechogarniająca szarzyzna, w jej godle zwykły, uliczny brud, a hymnem siarczyste przekleństwa. Rzeczpospolita byle jaka niewiele bowiem odróżnia się od stanu natury, tyle że tej natury zdeprawowanej przez człowieka, w której nie ma już nic z sielskości. Bliżej jej do natury wielkiego śmietniska, na którym najlepiej żyje się szczurom. A kto jest obywatelem Rzeczpospolitej byle jakiej? Zbyt często, niestety, my wszyscy.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 7 lutego 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Mowa tu o Eugenio Pacellim, papieżu Piusie XII, który sprawował swój urząd w latach 1939-1958. Ciążą na nim zarzuty obojętności wobec Holocaustu, losów narodu polskiego pod okupacją i – last but not least – rzekomego sprzyjania Hitlerowi. Nie zamierzam podawać tutaj papieskiej apologii, chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka (zapomnianych) faktów i na ich podstawie wysnuć nieco szerszą refleksję o „niewdzięczności pamięci”. Tego rodzaju namysł wciąż może być dla nas przydatny, bo historia, nie mniej niż niegdyś, choć może w bardziej wyrafinowany sposób, wydaje się być „sędziwą damą” na usługach różnorakich wydziałów propagandy i akwizytorów niezobowiązujących uogólnień.
Tuż po wojnie Pius XII powszechnie uznawany był za obrońcę Żydów, jedną z niewzruszonych moralnie postaci czasów II wojny światowej. Człowieka, który całkiem sprawnie radził sobie w niezwykle dramatycznych okolicznościach. Wiele osób – choćby kard. Sapieha – miało dopiero z czasem uświadomić sobie trud i dobrą wolę papieża. Jednak stosunkowo szybko do dzieła przystąpiła sowiecka propaganda, bynajmniej nie bezinteresowna (mówiąc eufemistycznie) w swych ideowo-politycznych relacjach wobec papiestwa. A gdy w latach 40. namiestnik Watykanu zajął własne stanowisko wobec problemów relacji Izraela i Palestyny, uznając, iż konflikt między nimi wymaga poszanowania praw obu stron konfliktu, obróciła się przeciwko niemu także część środowisk żydowskich. Jednak wydarzeniem bodaj najważniejszym – z punktu widzenia światowej opinii publicznej – dla ugruntowania się „czarnej legendy” Piusa XII jest sztuka teatralna „Namiestnik”, napisana przez komunizującego za młodu Rolfa Hochhutha. Jej pierwsze wydanie ukazało się nakładem wydawnictwa, które było ekspozyturą radzieckiego wywiadu, powołaną do życia przez gen. Iwana Agajantsa, specjalisty KGB w dziedzinie dezinformacji. Najprawdopodobniej także dokumenty, na podstawie których powstał „Namiestnik”, zostały spreparowane przez KGB i wywiad rumuński. Papież Rolfa Hochhutha to człowiek sprzyjający Hitlerowi, obojętny, jeśli nie wrogi wobec eksterminowanego narodu żydowskiego i innych nacji niszczonych przez hitleryzm.
Czy rzeczywiście papież, a pośrednio Watykan był jednym z trybów, a przynajmniej bezwolnym pionkiem w hitlerowskim dziele zagłady? Warto przypomnieć – in extenso – fragment opublikowanej także po polsku książki pióra Israela Zolli, wielkiego rabina Rzymu, później nawróconego na katolicyzm. Opisuje on na jej kartach historię, jaka rozegrała się w Wiecznym Mieście we wrześniu 1943 roku: „Wehrmacht bronił się jeszcze, trzymając Rzym przez ponad dziesięć miesięcy. Ataków na Żydów ze strony Niemców nie udało się uniknąć. Gestapo musiało rozumować w ten sposób: ponieważ ciało i krew żydowska są jak najgorszej natury, nadają się jedynie do krematorium, ale ich złoto?! Zgodnie ze starożytną maksymą pecunia non olet następuje rozkaz: oddać pięćdziesiąt kilogramów złota w ciągu doby, w przeciwnym wypadku zabierzemy trzystu zakładników. Odbywa się posiedzenie plenarne rady /…/. Rankiem około siódmej zjawia się u mnie doktor Pierantoni: »Niech Pan idzie do Watykanu i pożyczy piętnaście kilogramów złota«. Zgadzam się. Jest też doktor Fiorentino z samochodem. Jestem nędznie ubrany. »Wejdziemy – mówi Pierantoni – przez bramę pocztową. Watykan jest otoczony przez agentów gestapo. Będzie pana oczekiwać zaufana osoba. Aby uniknąć okazywania dokumentów osobistych z pieczątką rasa żydowska, będzie pan zawsze przedstawiany jako inżynier wezwany w sprawach budowlanych«. /…/ Poszedłem /…/. Niebawem znalazłem się blisko szefa Skarbca, a potem szefa Sekretariatu Stanu. Watykan faktycznie wydał już kilkakrotnie miliony, by umożliwić zbiegłym Żydom dalszą ucieczkę [podkreślenie – K. W.]. Odzywam się zatem w ten sposób: »Widzicie zatem, że Nowy Testament nie zaniedbuje Starego. Wspomóżcie także mnie. Osobiście zaangażuję się w zwracanie długu i chociaż jestem biedny, gwarantuję, że Żydzi z całego świata złożą na moje ręce kontrybucję i dług oddam«. Zarówno szef, jak i kardynał byli wzruszeni. Szef Skarbca wyszedł i wrócił po kilku minutach. Rozmawiał z papieżem. »Niech pan przyjdzie przed pierwszą. Biura będą puste, będzie tylko dwóch lub trzech urzędników. Będą czekać, by wręczyć panu paczuszkę. Należy zostawić pokwitowanie odbioru w formie zwykłego bileciku. Przejdzie pan bez trudności«. »Podziękowanie dla Jego Świątobliwości«” (Israel Zolla, „Byłem rabinem Rzymu”, Kraków 2007, ss. 215-216).
Nie miałoby sensu powracanie do tych przebrzmiałych wydarzeń, gdyby nie smutna lekcja, jakiej wciąż nam udzielają. „Czarna legenda” papiestwa – a pośrednio katolicyzmu – dotycząca czasów II wojny światowej jest dziś przez wiele opiniotwórczych środowisk traktowana jako niepodważalny fakt. Natomiast rzeczywisty obraz zdarzeń, w który wpisuje się przytoczona opowieść Israela Zolli, zdaje się być zamazany, ignorowany, źle widziany. Historia jest zakładniczką zarówno cynizmu propagandy, jak potocznych opinii, które miarodajności nabierają dzięki temu, że są bezkrytycznie powtarzane i propagowane. Starożytni powiadali: nie znać historii to zawsze być dzieckiem. Kim jednak staje się ten, kto zna tylko jej stronniczą, wybrakowaną wersję? I staje się jej bezkrytycznym wyznawcą? W najlepszym razie – ignorantem. W najgorszym – potworem, zdolnym w przyszłości dokonać kolejnych zbrodni i fałszerstw. Pytanie zresztą, czym może skończyć się to przewartościowanie problematyki II wojny światowej, której jesteśmy świadkami, a którego bodaj jedną z pierwszych ofiar padł Pius XII.
Niestety, wciąż uczestniczymy w historycznych kuglarstwach. Zdaje się także, że nawet co do naszych najnowszych dziejów nie ma jednej historii, ale wiele wybiórczych opowieści, czy to na użytek politycznych sekt, czy opiniotwórczych towarzystw wzajemnej adoracji. Czym jest dziś miara rzeczy, czy istnieje szczera chęć uznania przekonań i rozumowań innych niż własne? Myśleniem rządzi wielki kwantyfikator: zły jest Kościół, źli są Żydzi, źli są lewacy, źli są prawicowcy, złe feministki, złe Stany Zjednoczone, zła Rosja. Zaś na co dzień to zupa bywa za słona. Stąd zarówno historia powszechna, jak i powszednia zdane są na pastwę uogólnienia, uproszczenia, łatwych wymówek i sądów używanych dla wyjaśnienia złożonych sytuacji. Czasem dokonuje się to z premedytacją, czasem – bezrefleksyjnie: myśl turkocze radośnie po wyżłobionych w mózgu koleinach.
Los Piusa XII brzmi jak memento: nie wydawajmy łatwych sądów o świecie, tym bardziej nie czyńmy tego ze złej woli, bo i my i nasi idole paść mogą ich ofiarą. A nie tak łatwo obrócić w proch pomniki, bynajmniej nie ze spiżu uczynione.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 15 stycznia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nie będzie to felieton o książce „Strach”. Nie znam jej i prawdopodobnie nie poznam, nie wystarczy mi czasu ni chęci. Zdążyłem jednak zapoznać się już ze sporą liczbą prasowych komentarzy i medialnych doniesień, a także internetowych dyskusji. Przerażająco czarno-białych, ogłupiająco jednowymiarowych, w których przeważającymi uczuciami są albo złośliwa satysfakcja z powodu soli sypanej na polskie rany, albo święte oburzenie, podszyte – przepraszam za mocne słowa – zoologicznym wręcz antysemityzmem, na który nakłada się antykomunistyczny/antylewicowy resentyment. Kolejna z publicznych debat (które dziś coraz częściej i z coraz większą intensywnością znajdują swe miejsce w Internecie) przypomina magiel. Z tą różnicą, że w maglu przynajmniej solidnie zajmowano się odzieżą.
To prawda, nie raz, nie dwa służymy jako Polacy za chłopca do bicia tzw. światowej opinii publicznej w sprawie antysemityzmu. Myślę, że ten przeklęty przez nowożytną historię i przeczołgany przez totalitaryzmy skrawek Europy jest dla Zachodu i części (nie tylko amerykańskich) środowisk żydowskich doskonałym panaceum na własne wyrzuty sumienia i kłopoty z pamięcią historyczną. Nigdy specjalnie nie liczono się z naszymi opiniami, a lata zamknięcia w PRL-u i bynajmniej niełatwy światopoglądowo czas przejścia do III RP, nie ułatwiły nam zadania. Są państwa, instytucje, środowiska, opinie, które uznaje się za miarodajne i są takie, które funkcjonują w drugiej, albo i trzeciej lidze. My z pewnością nie graliśmy (i bodaj wciąż nie gramy) w Lidze Mistrzów. Inni lepiej od nas, za większe pieniądze, z lepszą infrastrukturą i kadrami grają swoimi ideami. Przykre i pewnie niesprawiedliwe, ale sprawiedliwość wbrew pozorom nie jest akurat tą wartością, którą przelicza się międzynarodowe relacje.
Odnoszę jednak przykre wrażenie, że nie ułatwiamy sobie bynajmniej zadania, traktując książkę Grossa z tym histerycznym zacietrzewieniem, bliskim niemal chęci publicznego linczu. Bynajmniej, nie uważam, że Rosjanie, Chorwaci czy Turcy in gremio zareagowaliby z większą klasą na publikacje dotyczące drażliwych zagadnień w ich dziejach. Nie obchodzą mnie nawet reakcje Żydów na ich wewnętrzne czy ogólnoludzkie problemy z historią. Kultura społeczna nie na tym polega, by własne problemy egzorcyzmować, powiadając: „tamci robią jeszcze gorzej”. Interesuje mnie przede wszystkim polskie społeczeństwo i jego dobrostan. I choć z pewnością wielu się z tym nie zgodzi, sądzę, że warunkiem koniecznym dla pogłębienia własnej świadomości narodowej będzie uznanie całej złożoności procesów historycznych, narodowościowych, społecznych, ekonomicznych, politycznych, ideologicznych, które wegetują zapoznane w zaułkach białych plam.
Książka Grossa jest stronnicza. Owszem. Kłopot w tym, że nawet w dziedzinie czysto naukowej nie ma książek stuprocentowo obiektywnych. Jedynym bytem obiektywnym w sposób zupełny jest – z definicji – Absolut. On jednak, o ile mi wiadomo, nie wydaje książek ani w ZNAK-u, ani w żadnej z narodowo-katolickich oficyn. Skazując nas tym samym na lekturę książek spłodzonych przez byty nie mniej od nas ułomne, choć często nieporównywalnie inteligentniejsze i bardziej pracowite. Książka Grossa jest celowo stronnicza – doda ktoś. I owszem, także tego nie można wykluczyć, choć dociekanie ludzkich intencji bez znajomości osoby zawsze jest jedynie hipotezą.
Rzecz jednak w tym, że nawet jeśli książka Grossa jest stronnicza i pisana ze złą wolą, albo w imię czyjegoś interesu, to i tak, chcąc nie chcąc, stanowi jeszcze jeden wektor, jeszcze jedną płaszczyznę i punkt odniesienia w tym – ostatecznie wcale niezgorszym – porządku rzeczy, określanym mianem pluralistycznego. Umożliwia dyskusję. Ale kłopot w tym, że debaty nie ma. Istnieje – póki co – ciąg zniechęcających monologów, prowadzonych przez środowiska i osoby absolutnie wzajem impregnowane na argumenty adwersarzy, pilnie strzegące wyznaczonych linii demarkacyjnych, broniące ustanowionego przez się status quo niczym świętej relikwii własnych koncepcji. Szczęściem dla każdego z nas dostęp do wszystkich tych opinii jest dziś powszechnie dostępny.
Jedno jest dla mnie pewne. Polacy mordowali i wydawali Niemcom Żydów. Niemcy mordowali wszystkie nacje, skupiając się ze szczególnym okrucieństwem na tych, które z racji rasistowskich założeń uznali za „rasy niższe”. Żydzi wydawali Niemcom i Żydów i Polaków, a pewnie też przedstawicieli innych narodów. Liczba motywów dla tych obrzydliwych czynów była niezmierna i tak niezgłębiona, jak niezgłębiony może być człowiek, szczególnie w czasach pogardy i wszechogarniających ideologii. Nie jestem historykiem, nie będę na udowodnienie powyższych tez przytaczał fakty garściami. Każdy czytelnik przy odrobinie wysiłku może do nich dotrzeć. Mam jednak na udowodnienie swej tezy argument podstawowy, z niedoskonałości natury ludzkiej, która tyleż jest metafizyczna, co empiryczna, bo potwierdza ją codzienne doświadczenie każdego z nas. Owa niedoskonałość, zło, niegodziwość, zdolność do występku, są jednymi z nielicznych, przyznaję ze smutkiem, uniwersalnych doświadczeń ludzkości. Chcąc nie chcąc, nie mogę zatem wykluczyć, że i w książce Jana Tomasza Grossa zawarte jest przykre, jątrzące ziarno prawdy na temat mojego narodu. Ot, strachy na Lachy: nieco z bujdy i mitu, nieco z rzeczywistego lęku, przyczajonego na skraju świadomości.
Niestety, dla powyżej wyłożonych skrótowo przyczyn obawiam się, że Jan Tomasz Gross zwyciężył, zwyciężył nad naszym zdrowym rozsądkiem, a pośrednio – poczuciem przyzwoitości. Czy zrobił to w sposób nieprzyzwoity i krzywdzący? Nie byłoby w tym nic nowego pod słońcem: jedno zło świetnie współgra z innym. Z pewnością jednak dał jeszcze jeden argument przeciwko tym z nas, którzy zrobią wszystko, by wybielić obraz własnego narodu i wszelką odpowiedzialność zepchnąć na innych: Żydów, komunistów, Niemców czy po prostu nie-Polaków. Ostatecznie, i on i my przyczyniamy się do kolejnego zwycięstwa historycznego zła. I nie ma dla tego żadnego dobrego usprawiedliwienia, nie znajdzie go nawet najbardziej dyspozycyjna wobec naszej świadomości społecznej i aparatu państwa prokuratura.
Pozwolę sobie na górnolotność: być może ten rodzaj zła wyrzuca się jedynie modlitwą i postem. Ale – jak wiadomo – żaden „prawdziwy Polak” na to nie pójdzie. Nawet gdyby faktycznie pewien rodzaj szczerego i odważnego uznania własnego współuczestnictwa w zbrodni miałby być faktycznym świadectwem naszej wielkości. Nie myślę tu bynajmniej o manierze politycznie poprawnego przepraszania wszystkich za wszystko przy nadarzającej się okazji. Raczej – paradoksalnie – o dumnym uznaniu tak wielkości, jak i słabości własnej historii: przede wszystkim ze względu na dobro własnej kultury narodowej.
Krzysztof Wołodźko
P. S. Rozumiem, że jest wielu ludzi, którzy z przyczyn biograficznych czy rodzinnych nie mogą przemóc w sobie np. antyżydowskich resentymentów. Nie mnie to oceniać. Ale nie mam żadnego zrozumienia dla dwudziesto-, trzydziestoletnich „prawdziwych Polaków”, którzy z radykalnej, rzekomo iście narodowej „polityki historycznej” uczynili treść swego światopoglądu. Są równie przydatni dla Polski, co Jan Tomasz Gross.