przez Krzysztof Wołodźko | środa 25 listopada 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Wtedy widać, co naprawdę ważne. Anteny. Dużo anten i przekaźników. Przekaz treści, (dez)informacji, newsów, rozrywki, światopoglądów, ideologii, wierzeń, symboli i emocji; matryca, która determinuje ludzkie zachowania, postawy i decyzje, nawet jeśli część z nas deklaruje wobec niej obojętność lub niechęć. Potężna, nieusuwalna poza obszar percepcji baza danych: istotnych i błahych, wartościowych i najbzdurniejszych, nieustannie selekcjonowanych, przetwarzanych i przewartościowywanych, reinterpretowanych, podawanych do oglądu i wierzenia. Żyjemy pośród bomb, w świecie, w którym nieustannie wybuchają newsy, a my w najlepszy wypadku dostajemy odłamkami.
Interesujące, że cały ten zgiełk właściwie nie budzi żadnej grozy. Przyjmowany jest jako stan natury, ba, ma nawet lekkie właściwości usypiające, czy wręcz uspokajające. Przyjęcie pewnej dawki trucizny/lekarstwa sprawia, że łatwiej nam oswoić świat, znaleźć punkty odniesienia, bezcenne sugestie „jak żyć”, albo choćby „na co pójść do kina”, albo „co myśleć o wydarzeniu, panu, pani X, Y, Z” (wbrew pozorom, między tymi kwestiami nie zawsze występuje jakościowa różnica).
I oto pewnego ranka, albo w samym środku nocy niezwykłym zrządzeniem losu cała ta infrastruktura, krwiobieg informacji biorą w łeb. Na ekranach telewizorów czarno-białe migotanie, brak dostępu do Sieci, milkną przekaźniki. Nie w skali miasteczka, gminy czy regionu, ale ogólnoświatowej. Plemiona pierwotne i mniej zaawansowane cywilizacyjnie rejony właściwie tego nie odczuwają. Ale poza tym wybucha panika. Oczywiście, przeciętny Kowalski z pozoru ma mniej do stracenia niż wielki magnat prasowy, któremu biznes życia właśnie diabli wzięli. Kowalski wciąż może iść do sklepu po bułki (o ile ktoś te bułki przywiezie, bo nagle robi się w przestrzeni publicznej straszny bałagan), może jechać do pracy (o ile jest drwalem, albo doi krówki, wtedy ma to nawet spory sens). Gorzej, gdy Kowalski robi zakupy w wielkiej sieci handlowej, rzadko porusza się piechota i pracuje w inteligentnym biurowcu, który nagle doszczętnie zgłupiał. Do tego jest w podróży służbowej i siadł mu GPS, a nie wie, gdzie kupić zwykłą mapę. W tym czasie Kowalska nie może obejrzeć dalszych, pasjonujących przygód Niani Frani czy innej Brzyduli, zatwardziały kibic sportowy nic nie wie o rozgrywkach, domowy politykier nie może walczyć na forach internetowych o lepszą Polskę.
Cisza jest ogłuszająca, cisza jest deprymująca. Trzeba wyjść z domu na ulicę. Tam też już są ludzie. Źli, podenerwowani, niepewni. Do kogo pójść? Z kim porozmawiać? Nawet nie można zadzwonić do dobrze poinformowanego kolegi, albo znajomego dziennikarza, który zresztą w tym czasie chleje na umór w newsroomie, bo serwisy agencyjne, z których czerpał wiedzę o świecie, diabli wzięli. Dziennikarze biegają po Sejmie, ale mija dzień, drugi, trzeci, tydzień i okazuje się, że nikomu nie są już specjalnie potrzebni. Zmieniają się kanały informacji, powstają nowe formy jej obiegu. Zmienia się struktura handlu i biznesu, a wraz z nią formy zarobkowania i priorytety życiowe.
Mija rok, drugi, trzeci. Powoli zmienia się wystrój mieszkań i harmonogram życia rodzin. Komputery, telewizory trafiają w kąt. Tylko stół i łóżko nic nie tracą ze swej atrakcyjności. Stół stawia się nawet większy, bo ludzie, wyczerpawszy zapasy dostępnej rozrywki, by nie ulec nudzie i dysponując większym zakresem czasu znów zmuszeni są wzmacniać bezpośrednie relacje. Powoli zanikają symbole globalne, pozbawione swych baśni korporacje tracą władzę nad wyobraźnią konsumentów. Politycy, ludzie mediów popełniają samobójstwa albo uciekają na prowincję, zapuściwszy brody i wąsy. Aktorzy branży mydlanej objeżdżają miasteczka ze spektaklami, tak zarabiając na życie… Ożywają wspólnoty lokalne, co miejscami prowadzi do silnych tendencji separatystycznych. Wojsko odmawia ataku na wolne miasta Kraków, Poznań, Szczecin i Katowice. Ludzie uciekają ze strzeżonych osiedli, bo te okazują się najbardziej niebezpieczne: rozwydrzone bandy dopuszczają się grabieży i morderstw. Lincz staje się prawem powszechnym. Ale też powszechniejsze staje się współczucie i odżywają procesy tożsamościowe. Ludzie częściej myślą i używają wyobraźni. Człowiek masowy, sformatowany odchodzi do lamusa dziejów. Powstaje nowy, znów gorszy świat…
Ale wszystko to przecież taka sobie bajeczka.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Wchodziłem w dojrzałość w czasach, gdy publicystyczną karierę robiły terminy „X Generation” albo „pokolenie nic”. Przeważały opinie, że pokolenie to w zupełności zostanie sformatowane przez media i rynek, że nie będzie czuło potrzeby pamięci i będzie mu z tym nieźle. Miało to być pokolenie bezwzględnych reguł rynku, imprez, gadżetów, otwartości i nijakości. Pokolenie o tyle kosmopolityczne, że bez własnej, narodowej tożsamości, bo ta miała być już zbędna. Pokolenie niczym zbiorowy Zelig, które przystosowuje się do otaczających je realiów, by ukołysane „zbiorową narracją” społeczeństwa konsumpcji mogło odnaleźć jeśli nie sens istnienia, to przynajmniej motywację do obracania się w kieracie III RP.
Lata mijały, pokoleniu przybywało doświadczeń. Z chłopaczków i dziewcząt dzieci z czasów PRL przemieniały się w licealistów, uczniów techników i zawodówek. Nie mieli już tyle szczęścia, co nieco starsi od nich, którzy kończyli studia i zasysał ich rynek spragniony „nowych ludzi”. Byli jeszcze zbyt młodzi. Szli do pracy, na studia, albo jedno i drugie. Dojrzewając, śpiewali „panie Waldku, pan się nie boi…”, wybierali (albo i nie) przyszłość z Aleksandrem Kwaśniewskim, oglądali triumf i upadek AWS, triumf i upadek SLD. Oglądali na własne oczy przaśny kapitalizm początku lat 90., blitzkrieg koncernów na polski rynek. Dojrzewali niejako pod dyktando najbardziej opiniotwórczej gazety w Polsce. Wyjeżdżali z kraju za chlebem, nielegalnie i legalnie. I właściwie mieli święty spokój od Historii, z którą jeszcze za ich dzieciństwa zmagali się starsi. Nic ciekawego, w gruncie rzeczy. Publicystyczna przepowiednia powinna się spełnić w stu procentach. A jednak…
Może to kwestia perspektywy, może środowiska, ale mam całkiem przyjemne wrażenie, że plus-minus trzydziestoletni nie dali dorobić sobie gęby „pokolenia bez tożsamości”. Że jednak w jakiejś mierze zawiedli proroków publicystyki. Trzydziestoletni nie zapomnieli o swoim kraju/państwie, czy też (to już oczywiście kwestia jednostkowa) „wrócili do Polski”. Na różne sposoby. W ideowej, intelektualnej debacie pierwszego dziesięciolecia XXI wieku ich coraz mocniej słyszany i obecny głos nie stroni od spraw ojczyzny. Niezależnie od tego, czy są bardziej z prawa, czy bardziej z lewa, mniej lub bardziej świadomie musieli (a często też chcieli) opowiedzieć się wobec Polski jako swojego kulturowego, historycznego, społecznego dziedzictwa. Bo z horyzontu ich doświadczeń nie dało się jednak wyretuszować ojczyzny, choć jak powiada poeta „gorzki to chleb jest, polskość”. To pokolenie, które kuszono „lepiej i piękniej”, a z pewnością subtelniej niż poprzednie, zaczęło, czasem wręcz natrętnie, interesować się własnymi dziejami, własną tożsamością, tradycjami ideowymi, ustrojowymi, religijnymi. To pokolenie, które miało zająć się po prostu sobą i świetlaną przyszłością, wcale się nie wykorzeniło, nie wyobcowało z polskości.
W niedawno emitowanym przez TVP2 dokumencie „Fantazmaty Powstania Warszawskiego” Jan Klata wspominał, że gdy spotyka się ze swoimi rówieśnikami z zagranicy, wyrażają zdziwienie, dlaczego on, jako Polak, interesuje się przeszłością swojego narodu. Oni uważają to za brzemię, dyskomfort. Klata konkludował, że z jego perspektywy to im czegoś brak. Banalne, ktoś powie, naiwne. Może nawet, doda inny, fatalne, że jesteśmy jednak wciąż tacy cholernie historyczni, że nie pozwalamy sobie na luksus zapomnienia. I że jesteśmy niepoprawni, bo już następne pokolenie, które dopiero za 10-20 lat w pełni dojdzie do głosu, zabawia się w polskość, gdy tyle ciekawszy rzeczy do zrobienia.
Wierni trzydziestoletni, to brzmi patetycznie, to brzmi pretensjonalnie. Ale rzecz nie w tym, by nadymać się wielkimi słowami. Po prostu widzę wokół siebie ludzi, którzy myślą o Polsce i przez Polskę. Tworzą własne projekty, publikują w prasie wysokonakładowej, piszą powieści, są dziennikarzami, prawnikami, biznesmenami, redaktorami, wykładowcami, kapłanami, reżyserami, widać ich w telewizji, radio, są w Internecie. Mają różne pasje, różne sposoby na życie i zarabianie. Bynajmniej nie są święci, bo nie święci garnki lepią. Ale są wierni, choć kilkanaście lat temu przepowiadano im zgoła inny los. Dlatego nie ufam prorokom. Ani tym, co wybierają przyszłość, ani tym, co z egzaltacją wypłakują swoje jeremiady. Ufam trzydziestoletnim, bo okazali się na tyle krnąbrni, by pozostać Polakami…
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Kiedy myślę o stabilności (europejskich) demokracji, przypominają mi się złudzenia sprzed II wojny światowej, gdy za cenę kolejnych ustępstw na rzecz Adolfa Hitlera „ratowano pokój”. I przypomina mi się ta niefrasobliwa, czasem wręcz fanatyczna miłość zachodnich intelektualistów do Związku Radzieckiego, ojczyzny światowego proletariatu, którego prawdziwym obliczem były już wówczas wielki głód na Ukrainie i rozsiane po Sowietach wyspy gułagów. Dalszy ciąg tej historii znamy nieźle, lekcję odebraliśmy na własnej skórze…
Przedwojenne sprawy nie sprowadzają się jedynie do polityki. Można zaryzykować publicystyczną tezę, że cywilizacja zachodnia (de facto państwa, które nadają jej ton) cierpi na pewien rodzaj ospałości, a może nawet pogrążona jest w drzemce, ukołysana własnym dobrobytem i jego złudzeniami, przekonaniem o własnej wspaniałości i szlachetności. Jaka jest ta szlachetność, Polacy mogli się przekonać już w czasach Wielkiej Emigracji, gdy na życzenie carskich ambasadorów inwigilowano ich, odmawiano bytności na terytorium państw zachodnich, czy tworzono swoiste „kordony sanitarne” jak najdalej od Paryża, pozwalano, by polscy emigranci wegetowali w nędzy. Byli niechcianymi gośćmi, intruzami. Zapatrzony we własne sprawy i interesy Zachód uważał ich za kłopotliwy balast, zarzewie rewolucji, potencjalne źródło niepokojów. I na dobrą sprawę niewiele się z upływem czasu zmieniło: od „dziwnej wojny” po Jałtę okazywaliśmy się sojusznikiem niechcianym i traktowanym po macoszemu. Bo Zachód miał swoje sprawy.
Dziś uważamy się za pełnoprawną część tzw. Europy. Na ile to racja, a na ile wciąż jesteśmy krajem peryferyjnym, to temat na osobną dyskusję. Wydaje się jednak, że swoisty „europocentryzm”, cywilizacyjny egoizm ma się dziś wcale dobrze. Jest w tym pewna dwuznaczność: z jednej strony Zachód opiera się na hasłach tolerancji, multikulturalizmu, swobód obywatelskich, demokracji, czyli wpływu ogółu na formę i treść sprawowanych rządów, z drugiej zaś strony sprawia wrażenie niemal kompletnie wyjałowionego etycznie, tak w sferze biznesu, jak i polityki. Przynosi to konkretne, nader wymierne skutki, nie tylko dla Trzeciego Świata: od rabunkowej gospodarki zasobami, sprowadzenia znacznej części ludzkości do taniej, wręcz niewolniczej siły roboczej, przez polityczne i ekonomiczne manipulacje, po tak „banalne” przykłady jak seks-turystyka, gdy poczciwy europejski mieszczuch zrzuca maskę kulturalnego człowieka i okazuje się zwykłym zboczeńcem, wykorzystującym swoją pozycję i możliwości finansowe do najgorszych bezeceństw. Bo też logika dobrobytu, konsumpcji jako sensu życia nie tyle jednostek, co społeczeństw, ma obok radosnej, a przecież i pożytecznej strony – swój straszny cień. Tę ohydną, nade wszystko właśnie etyczną senność na którą nie ma dziś bodaj skutecznego antidotum.
Oczywiście, obraz ten jest o wiele bardziej złożony: kwestie ekonomiczne, cywilizacyjne przenikają się z geopolityką. Obawa przed islamizacją Europy czy radykalnym islamem, który – czy do końca słusznie? – jawi się jako świat bezwzględnie przestrzeganych wartości wobec „zgniłego Zachodu”, to jedna ze znanych publicystycznych i literackich klisz. Ale tu, w Polsce, sensowniej jest myśleć o innych zarzewiach potencjalnych kłopotów. Niemiecki rewizjonizm historyczny, dotyczący II wojny światowej, przenikający powoli do kultury masowej („Walkiria” z Tomem Cruisem), silne tendencje szowinistyczne na Ukrainie, bynajmniej niewygasłe ambicje imperialne Rosji, które stanowią jeden z jej czynników państwowotwórczych: wszystko to może kiedyś doprowadzić do nowej katastrofy.
Jednym z europejskich złudzeń, zaznaczmy raz jeszcze, jest to dziwaczne, choć poniekąd zrozumiałe przekonanie, że każdy okres historyczny, przynoszący względne uspokojenie, przyniesie wreszcie „pokój wieczysty”. Zresztą, jest to po części złudzenie stare jak ludzkość. Ulubionym zajęciem fałszywych proroków było utrzymywanie Izraela w przekonaniu, że nie grozi mu żadne poważne zło: wewnętrzne, ni zewnętrzne. Dlatego prorok Jeremiasz wołał: „mówią Pokój, Pokój!, lecz nie ma pokoju!”.
Dziś woła się powszechnie: dobrobyt i postęp, lecz czyj dobrobyt i za jaką cenę, o tym mówi się rzadziej. Utrzymuje się iluzje zjednoczonej Europy i euroatlantyckich „wojen o demokrację”, po tym, jak rozgrywano interesy zainteresowanych państw kosztem tragedii bałkańskiej, a szczytne idee amerykańskich krucjat czuć z daleka pieniędzmi, ropą i/lub polityczną hegemonią mocarstwa. Nie dotyczy to bynajmniej jedynie aktualnych spraw. Wiele lat temu arcybiskup Romero – później zamordowany – pisał do prezydenta Cartera: „Jestem bardzo zaniepokojony wiadomością, że rząd Stanów Zjednoczonych rozpatruje sposoby udzielenia pomocy wojskowej Salwadorowi, uwzględniając wysyłanie sprzętu wojskowego i doradców… Jeśli wiadomość ta jest prawdziwa, to Pański rząd nie przyczynia się do wprowadzenia większej sprawiedliwości i pokoju, lecz, przeciwnie, popiera niesprawiedliwość i represje wobec zorganizowanego ludu, który bardzo często walczy o respektowanie najbardziej elementarnych praw człowieka”.
Bo też na końcu iluzji tego pięknego świata, który jeśli walczy, to walczy o pokój i dobrobyt, zawsze jest człowiek, często najsłabszy i najuboższy, bezsilny wobec możnych tego świata, ekonomicznych i cywilizacyjnych struktur. Zarówno ten, co jest najsłabszy w łonie kobiety, jak ten, co stoi z kijem lub kamieniem wobec uzbrojonych po zęby „stróżów ładu” lub rewolucjonistów, ten, co psychicznie nie wytrzymał wyścigu szczurów i ta kobieta, która w „latających fabrykach” korporacji przez kilkanaście godzin dziennie za grosze przyszywa sympatyczne loga korporacji, które później nosimy na sobie jako obywatele „lepszego świata”. Obywatele syci na ogół, choć wciąż pragnący więcej i więcej, bez pytania o faktyczne koszta życia w złotej klatce.
To wszystko jest nasz świat, nasza cywilizacja: samolubna, egoistyczna, krótkowzroczna. I jakże zawsze zdziwiona, gdy w końcu bomby zaczynają wybuchać pod jej niebem.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Jadąc przez kraj, łatwo można przeanalizować wybory konsumpcyjne Polaków. Nie trzeba nawet zerkać na billboardy, wystarczy zatrzymać się przy drodze. Opróżnione butelki, paczki po papierosach, opakowania po prezerwatywach (rządy miłości znaczy się), wszystko to składa się na krajobraz Polski przydrożnej. Najłatwiej zaobserwować to na prowincji, szczególnie gdy w pobliżu mieści się dyskoteka czy poczciwy GS. Ale z kolei na wielkomiejskich chodnikach nie brak petów, psich odchodów no i ulotek. Bo przynajmniej w Krakowie tyleż stylowe, co mało pojemne kosze na śmieci nie są w stanie przyjąć obfitości ulicznego marketingu.
Gdy Polacy debatują o demokracji, życiu publicznym i sferze społecznej, często myślą o tym, co obejrzeli w telewizji, wyczytali w prasie lub Internecie. I zwyczajowo dotyczy to „onych”: polityków i/lub dziennikarzy. Korupcja, brak troski o dobro wspólne, tumiwisizm, zła wola – wszystko to wciąż „oni”, niemal jak za Polski Ludowej. Gdy już mówią o Polsce, czynią to na tak wysokim diapazonie i dyskutują o sprawach tak abstrakcyjnych, że można odnieść wrażenie, iż wykonują pompatyczny gest Piłata. Prokurator Judei także wypowiadał złote myśli, co w niczym nie zmieniło losów cieśli z Nazaretu. Szczególna cecha występująca wśród Polaków: nieumiejętność logicznego połączenia szacunku dla polskiej ziemi/przyrody, schludności w sferze publicznej z elementarnym patriotyzmem.
Warto wspomnieć, że kwestię polskiego patriotyzmu opisał niegdyś Jerzy Szacki, zauważając, iż najłatwiej przychodzi nam podniosłe świętowanie, apele ku czci, odsłanianie pomników i tablic, nadawanie ulicom nazwisk bohaterów narodowych (różnych w zależności od epoki), ale znacznie gorzej radzimy sobie z kultywowaniem i szacunkiem dla tradycji lokalnych, małych, swojskich. Jakbyśmy lepiej czuli się w stadzie, pod musztrą, ale na co dzień woleli nie wychylać się z inicjatywą. Znamienny materiał w tej kwestii, świadczący jak faktycznie traktujemy swoją kulturę, znalazłem niedawno na stronie internetowej „Obywatela”. Smutna lektura tutaj.
Te dwie kwestie: braku szacunku dla przestrzeni publicznej w jej wymiarze materialnym (choć to ona przesądza, jak wygląda nasze otoczenie) i niemożności zorganizowania przestrzeni kulturowej wokół nas, pokazują całą mizerię współczesnej polskości. Bo co z tego, że będziemy sobie wycierać gęby patriotyzmem, polskością i wieloma innymi szlachetnościami, jeśli równocześnie będziemy ślepi na fakt, że Polska nie fruwa pod obłokami, ale jest zupełnie ziemskim krajem. Że nie kończy się za naszą furtką, posesją, drzwiami samochodu, drzwiami mieszkania itp. Polak w tramwaju, autobusie, choćby pod nogami walała mu się gazeta albo puszka, nie schyli się i jej nie podniesie. Choćby jego pies srał na środku zatłoczonego chodnika, on pójdzie dalej z dumnie podniesioną głową, jakby Pimpek czy Atos właśnie zasadził fiołki na betonie.
Są tacy, co mówią, że zewsząd czyhają na Polaków wrogowie: Żydzi, Niemcy, Rosjanie. Kto wie, może nawet schludni Czesi, ze świetnie zorganizowaną, państwową jak najbardziej infrastrukturą kolejową, z solidnymi, bynajmniej nie prywatnymi autostradami. Zastanawia mnie, czy to Żydzi, Niemcy, Rosjanie nasyłają na Polaków zorganizowane grupy bałaganiarzy, czy – z innej beczki – te opryskliwe panie w urzędach to Żydówki, Niemki, Rosjanki; czy niesolidni fachowcy też są pochodzenia nie-polskiego? I prześladują nas, uciemiężonych Polaków, wszelkimi plagami życia społecznego, niby Amerykanie zrzucający stonkę w czasach słusznie minionych. A może to jednak coś w nas, coś przykrego, jakaś nie-wykorzeniona cecha po zaborach, która wciąż nie pozwala nam pojąć, że Polska, ta zwykła, codzienna, banalna jest „nasza”. Że nie ma już „onych”, ale jesteśmy przede wszystkim „my” i nikt tu za nas, dosłownie i w przenośni, porządku nie zrobi.
Żeby to zrozumieć, trzeba jednak lat edukacji, edukacji patriotycznej, osadzonej w tożsamości zarówno lokalnych wspólnot, jak szacunku dla polskości jako takiej. Ten model edukacji z powodzeniem wprowadzano w II Rzeczpospolitej. Tak dochowaliśmy się pokolenia Kolumbów. Ale tamto państwo poczuwało się do swoich obowiązków, gdy dzisiejsze stosuje taktykę: „mieć jak najmniej problemów na głowie”, czyli sprywatyzować wszystko. I tu zaczyna się nowy kłopot: dzisiejszy system edukacji, na szczeblu niższym i wyższym, jest zdolny stworzyć co najwyżej klasę technokratów i menedżerów na usługach globalnych korporacji, choć zdaje się, że za punkt honoru stawia sobie wyhodować lumpenproletariusza z ambicjami kulturalnymi na poziomie wypicia kubka lury ze Starbucksa.
A poza tym: żubr występuje przy drodze. I sporo tych żubrów spotkacie w te wakacje na drogach.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Z tamtych czasów pamiętam wiszące w Poznaniu plakaty z Tadeuszem Mazowieckim. I zmęczenie Rodziców ogólnym brakiem wszystkiego, oprócz nadziei na zmianę. Jako dwunastolatek odbywałem wtedy przyspieszony kurs zainteresowania polityką. Ukazujący się wówczas „Świat Młodych” zaczynałem nie od lektury komiksów na ostatniej stronie, lecz od opisów „okrągłego stołu”, na poły propagandowych agitek opisujących jak ładnie i z kulturą oraz w poczuciu odpowiedzialności za kraj dogaduje się władza z opozycją. Także dla mnie, młodego Polaka, w imię lepszej przyszłości. Nie miałem zielonego pojęcia o „zdradzie w Magdalence”, „koncesjonowanej opozycji”, nie miałem pojęcia, że wszystkie te wydarzenia poddane zostaną krytycznemu osądowi. Nie wiem, czy spotkałem się wtedy z hasłem „Gwiazda miałeś rację”. Mój Ojciec radosny szczebiot Joanny Szczepkowskiej, że w Polsce właśnie skończył się komunizm skwitował z sarkazmem, że komunizm w Polsce skończył się w 1956 roku i że właściwie na szczęście nigdy go tu nie było.
Wszystko zmieniało się szybko. W mojej rodzinnej szkole nauczyciele masowo przepisywali się z ZNP do nauczycielskiej „Solidarności”. Znarowiła się tylko moja Matka, zresztą bezpartyjna i jak niemal każdy pro-solidarnościowa, stwierdzając gorzko w domu, że dla lepszych paczek nie będzie się wygłupiać. W rocznicę odzyskania niepodległości na szkolnej gazetce ściennej, oczywiście za zgodą dyrektora, partyjnego aktywisty, który następnie z PZPR przepisał się do PSL, zawiesiła tekst „Pierwszej Brygady”. Zresztą później dyrektor został wójtem, a szkołę, którą wcześniej kierował, zamknął, tłumacząc to koniecznością dopięcia budżetu gminnego. Wielka zmiana na prowincji dokonywała się po cichu, bez fajerwerków.
Polityczne emocje były na dalszym planie, skoro większość czasu i tak trzeba było poświęcać na zmaganiach z realiami gospodarczymi. Owszem, żyło się radośniej i weselej, bo najpierw węższym, później szerszym strumyczkiem napływały dobrodziejstwa zachodniego dolce vita. Dochodziło do takich absurdów, że w GS-ie bez problemu można było kupić Hubę-Bubę, gumę w kształcie papierosów, napój coca-colo podobny w puszkach, ale chleb wciąż był na zapisy, a masło podejrzanie śmierdziało farbą malarską. W 1991 roku dostałem pierwszy paszport z pieczątką „na wsje strany mira”.
Skąd ten mało interesujący dla osób postronnych opis? Zastanawia, na ile Polacy w owym czasie przeżywali wielką zmianę w podobny, nieco dziecinny, a z pewnością prozaiczny sposób. Dla wielu Polaków zmiana nie była wydarzeniem heroicznym, pełnym patosu, ale czymś nader przyziemnym, z konieczną dawką konformizmu, egzystencjalnego banału, z postaciami nie do końca kryształowymi i nie do końca ześwinionymi. W tamtym czasie nie było takie oczywiste, kto gdzie stoi, podział na my/oni w realiach „zwykłej Polski” nie był wcale taki przejrzysty i oczywisty. Rzeczywistość przypominała raczej kopnięte butem mrowisko, w którym każdy, zdezorientowany, targa w swoją stronę słomkę żywota, a co z tego będzie: kto mógł wiedzieć? Nie każdy SB-ek został milionerem, nie każdy solidarnościowiec gołodupcem, choć faktem jest, że ci, co wiedzieli więcej, mogli też więcej. W tym sensie beneficjentami transformacji potencjalnie musieli zostać lepiej poinformowani, ci z lepszymi koneksjami, którzy lepiej się wkomponowali w polityczno-ekonomiczno-towarzyski misz-masz owych czasów. Dlatego Wałęsa ma dziś swój Instytut a Anna Walentynowicz żyje skromnie i zupełnie na uboczu. Dlatego Jerzy Urban jest dziś pełną gębą burżua, a wielu budowniczych Nowej Huty, sentymentalnie i biograficznie związanych z PRL, bynajmniej nie opływa w dostatki. Ba, zdecydowanie lepiej od wielu z nich mają się dziś Mieczysław Gil czy Stanisław Handzlik z pierwszej „Solidarności” ówczesnej Huty im. Lenina, co rzecz jasna można traktować jako objawienie się tzw. sprawiedliwości dziejowej, które to pojęcie, jak wiemy, zaczerpnięto z arsenału terminologicznego marksistów.
Stąd też, obserwując dziś spory o wydarzenia około-czerwcowe i ich konsekwencje ma się wrażenie, że w znacznej mierze debatują spóźnieni prorocy, prorocy po fakcie. Wynika z tego pewnego rodzaju iluzoryczność wszystkich tych fet i potępieńczych swarów, ich zmistyfikowanie na potrzeby (anty)mitu założycielskiego. Zresztą na tym polega dwuznaczna potęga (anty)mitów, że to, co jest tylko perspektywą, przedstawiają jako żelazne fakty. 4 czerwca dla większości Polaków był tylko preludium zmian, albo jednym z wielu wydarzeń w ciągu zachodzących przemian, gdy w rzeczywistości faktycznym (anty)świętem powinien być np. dzień, w którym zadekretowano lub zaczęto wcielać w życie reformy Balcerowicza, bo to one w większym stopniu niż wydarzenia stricte polityczne przesądziły o późniejszych losach obywateli naszego państwa, nierzadko o ich „być albo nie być”. I o tym, jak być, czyli, bardzo często, ile mieć. Ile mieć dla siebie z tamtych dni i lat. A komu i jak wychodzi bilans, to już chyba temat na osobną historię…
przez Krzysztof Wołodźko | środa 20 maja 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Transformacja ustrojowa dała wielu Polakom poczucie, że teraz wszystko będzie już dobrze. Rządzić będą nasi, polityka nie będzie sztuką samą dla siebie na usługach sprawujących władzę, wolne/niezależne media zagwarantują jawność i powszechną dostępność do życia publicznego, instytucje państwowe będą przyjazne obywatelom, a rynek, uwolniony od absurdów tzw. realnego socjalizmu, da możliwość wolnej konkurencji, podniesie jakość usług, towarów, pracy i płacy. Jednym słowem: powróci normalność.
Oczywiście, co to jest tzw. normalność, to już temat na osobną dyskusję między różnymi opcjami ideowo-polityczno-ekonomicznymi. W każdym razie, o czym Polaków zapewniano, wreszcie będą mogli dyskutować o tym wszystkim otwarcie, publicznie i bez skrępowania. Oczywiście, byli i tacy, którzy twierdzili, że to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe i że coś tu skrzeczy, ale tych, niezależnie, czy byli z prawa, czy z lewa, sprawnie spacyfikowano, etykietkując jako oszołomów i mniej lub bardziej grzecznie wypraszając poza nawias tzw. opinii publicznej.
Gdy dziś mówimy o III RP, tego entuzjazmu jest już jakby mniej. Cenzurę PZPR-owską zastąpiły różne formy cenzur środowiskowych. Każdy mainstreamowy, opiniotwórczy tytuł i medium elektroniczne mają własną ulicę Mysią. Cenzorów zastąpili reklamodawcy, presja towarzyska, zależności polityczne, czasem tępy duch sekciarstwa. Bo cenzura nie polega jedynie na tym, że przemilcza się rzeczy niewygodne, ale i na tym, by odpowiednio zinterpretować fakty, aby nie sprawiały niepotrzebnych kłopotów. A że ludzie lubią być oszukiwani i lubią mieć słuszne poglądy na wszystko, to każdy znajdzie tu coś dla siebie, co utwierdzi go w jego racjach. Jednym zdaniem: oto Hyde Park w krzywym zwierciadle.
Co do polityki, to i owszem, kto chce i lubi może brać udział w wyborach, referendach. I są to wydarzenia niepomiernie bardziej demokratyczne niż „wybory” i „referenda” czasów PRL. Ale i tu wskazać można na liczne mankamenty: sposób finansowania partii, który kilku najważniejszym ugrupowaniom daje szansę na największy udział w politycznym marketingu (nazywanym czasem dla niepoznaki „debatą publiczną”), koteryjność ugrupowań partyjnych, nawet tych największych, medialno-polityczne zblatowanie. Tu dodam, że osobiście jestem zwolennikiem takiej sytuacji, sięgającej korzeniami XIX wieku, w której każde ugrupowanie miałoby własny, utrzymywany ze swoich środków, jawnie określający się tytuł prasowy. PO mogłoby wydawać „Biuletyn Obywatelski”, PiS „Gazetę Prawych”, a SLD i PSL zwyczajowo „Trybunę” i „Zielony Sztandar”. Dziś jest zaś tak, że poważne pisma i media elektroniczne udają bezstronność i obiektywizm, choć kładę dolary przeciw orzechom, że same w tę iluzję nie wierzą.
Zresztą, owa bezstronność i niezależność instytucji publicznych w Polsce to istne targowisko hipokryzji: od KRRiTV po spółki skarbu państwa. Po każdych wyborach słyszymy te same śpiewki o przywracaniu właściwych proporcji, bezpartyjnych fachowcach czy – jak ostatnio – dożynaniu watah. A to przecież jedne wilki w owczej skórze zastępują inne, im podobne niewiniątka. I zawsze niezależni publicyści (tyle że różnych opcji) podnoszą rejwach i krzyk, że znów psują nam państwo. Ale czy można zepsuć coś, co już nie działa? Oczywiście, stuprocentowa apolityczność instytucji państwowych i jej biurokracji to utopia. Ale po co łgać ludziom w żywe oczy, że np. w IPN nie mają swoich sympatii politycznych, albo że sympatia „GW” czy PO wobec Wałęsy motywowana jest olbrzymim szacunkiem dla tej persony? Myślałby kto, że obiektywizm i niezależność sądów to jakiś polski fetysz, ba, naczelna wartość narodowa, gdy jest to po prostu listek figowy chorego na trąd nepotyzmu, układzików, korupcji, kolesiostwa i stadnego myślenia człowieka.
Dlaczego o tym piszę? Bo zastanawia mnie, czy przy okazji budowania III RP nie stracono z oczu człowieka. I nie chodzi o to, żeby dać mu za darmo kiełbasę i co tydzień wysyłać z Belwederu lub URM-u umyślnego z pytaniem, czy aby mu czego nie brak. Ani żeby robić za „gęby za lud krzyczące”. Jak lud chce, niech sam krzyczy, także na ulicach. Nawet lepiej, gdyby krzyczał sam, niż mieliby to robić w jego imieniu różni „zawodowi rewolucjoniści”.
Zastanawia mnie natomiast, czy dzisiejszą Polskę zbudowano dla ludzi, czy znów dla tzw. elit: politycznych, biznesowych, medialnych, a także kościelnych. Oczywiście są to już elity znacznie bardziej cywilizowane i humanitarne, często z solidarnościowym rodowodem, z pięknymi kartami w życiorysach. Te elity, mówiąc w dużym skrócie, pod sejm kontraktowy podjeżdżały trabantami, w wyciągniętych swetrach, w niemodnych, rogowych oprawkach okularów, a odjeżdżały porządnymi samochodami, w dobrych garniturach, „obznajomione” z meandrami polityki. I już mniej czułe na los tych na dole, na których plecach, często też sinych od milicyjnych pał, wybiły się na dobrobyt, po drodze często-gęsto przepijając bruderszafty ze swoimi dawnymi przeciwnikami. I tak już zostało. Dziś już nieliczni ludzie z tamtej epoki, jak Zbigniew Romaszewski, mają odwagę i chęć, ale też moralne prawo, by mówić językiem „ideałów Sierpnia”, językiem wspólnych wartości. Językiem, w którym czuć coś więcej, niż obecność pieniądza.
Elity zawsze wiedzą lepiej. Trywialnym, ale nigdy nie dość wartym przypominania przykładem jest fakt, że żaden z projektów Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej (i tak potraktowanej po macoszemu przez ustawodawców) nie został ani w większym stopniu nagłośniony przez media, ani nie znalazł uznania w oczach większości parlamentarnej kilku kadencji. Nie dość zatem, że współczesny Polak jest dość leniwy na niwie publicznej i swoje pasje obywatelskie ogranicza co najwyżej do niezobowiązującej paplaniny/stukaniny. Nie dość, że traktowany jak mięso wyborcze i konsument marketingu politycznego, któremu przed wyborami do europarlamentu zamiast rzeczowej dyskusji podrzuca się durne filmiki, to non stop odbiera od własnego państwa ten jeden podstawowy komunikat: obywatelu, stulcie lepiej gębę! Ale koniecznie idźcie na wybory…