przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 27 kwietnia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
O żałobie narodowej po tragedii smoleńskiej powiedziano już wiele. Mądrze i głupio, wzniośle i przyziemnie. Patriotycznie, politycznie i cynicznie. O rządach trumien i polskim nierządzie, o medialnych woltach, wierności i pogardzie. Generalnie, całe doświadczenie opisywano w kategoriach przywracania świadomości narodowej, dobra wspólnego, państwowości lub wspomnianej „traumy trumiennej”. Był też dyskurs o modernizacji i tożsamości, o jedności Polaków i jej braku, o tym, komu wolno nazywać się patriotą, a kto się czuje pozbawiony tego prawa. Była dyskusja o pochówku na Wawelu i wspominki szanownego redaktora Stasińskiego o „mrocznych pasjach” prof. Krasnodębskiego i Andrzeja Gwiazdy. Było o Prawie i Sprawiedliwości, Platformie Obywatelskiej, Tusku, Komorowskim i Putinie. Było o teoriach spiskowych i było wezwanie ponadnarodowe: „miłujmy się!”. Było nawet o islandzkim wulkanie i o tym, że Obama gra w golfa. Wszystko było? Prawie wszystko.
Ale coś chyba umknęło. Coś, co zdaje się nieźle opisuje współczesnych Polaków i ich dzisiejsze bolączki. Coś, co można nazwać prawem do smutku i łez, do boleści, do przeżywania tego w sposób mądry, pogłębiony, we wspólnocie. Nie oszukujmy się, kultura masowa jest kulturą niezakorzenienia, kulturą płytką, opisującą świat w sposób trywialny, często niemal fizjologiczny. A z pewnością jest kulturą, która zagadnienia związane ze śmiercią, cierpieniem i krzywdą stara się odgonić jak najdalej od siebie. Przegonić precz, by nawiązać do tytułu znakomitej książki Filipa Aries. Bo zgodnie ze swoim przeznaczeniem służy zabawie, rozrywce, tym błaznom – przeganiaczom nudy. Ból i płacz mają do niej dostęp przede wszystkim w formach perwersyjnych, cynicznych, czyli takich, które stworzą w odbiorcy raczej dystans niż współczucie, raczej zaciekawienie niż żal.
I jeszcze jedno: świat nie nastraja nas do publicznego ukazywania cierpienia i żałoby. To nawet logiczne i konieczne. Ekshibicjonizm, obnoszenie się z bólem, nieustanne ukazywanie bliźnim bolesnej twarzy jest zjawiskiem chorobliwym. Z drugiej jednak strony, obecny stan rzeczy pokazuje, że współczesny Polak jest w swoich problemach osamotniony (rosnąca liczba samobójstw w Polsce, szczególnie wśród mężczyzn!), że nie znajduje oparcia w innych i że poddał się presji milczenia o własnych kłopotach. Bo te są oznaką słabości, bo brak intymnych więzi, bo płytka kultura sprzyja płyciźnie relacji itd., itp. Jednym zdaniem: jeśli cierpisz, cierp samotnie, w czterech ścianach. Bo każdy ma swoje smutki i problemy, więc co kogo obchodzi twój ból. Poza tym, jeśli cierpisz, to może masz poważne problemy i nie nadajesz się do pracy? Może zatruwasz atmosferę? Może powinieneś się leczyć? Może powinieneś usunąć się na margines społeczeństwa? Może nie radzisz sobie w życiu, więc jesteś nieproduktywny i zbędny? A jeśli nikt cię nie potrzebuje i jesteś nieprzydatny ludziom, to po cholerę zawracasz światu głowę swoim istnieniem?
I trudno wyrokować w tym miejscu, ale ta samotność wśród ludzi, gdy każdy gnębiony własnymi strapieniami siedzi milcząco w metrze, tramwaju, autobusie, gdy wybucha nagłym gniewem, stojąc w korku, wydaje się być niezłym, choć prozaicznym podsumowaniem wyobcowania społecznego, atomizacji, braku więzi i możliwości wsparcia ze strony innych. Logika kulturowego indywidualizmu, opakowana w ładną bajeczkę o szczęśliwej samorealizacji i drodze od sukcesu do sukcesu (jakby życie nie kończyło się starością i śmiercią, a starość zawsze wygląda tak ładnie, jak na reklamach Werthers Original czy piguł przeciwbólowych), logika wsparta przez ekonomiczny darwinizm i filozofię „radź sobie sam”, „śmierć frajerom!”, stojąca w sprzeczności z ideą wspólnoty, dobra wspólnego, oto groźby większe niż polityczne szturchańce. Straszniejsze niż świński ryj posła Palikota.
I oto w czasie żałoby narodowej okazało się, podobnie jak przed pięcioma laty, że o cierpieniu nie trzeba wcale mówić po cichu, do ucha, półsłówkami, nadrabiając miną. Że można płakać, smucić się, można głośno i szczerze o tym mówić. Można przeżywać cierpienie w sposób godny, bez histerii, ale i bez cynizmu, że można czuć, doświadczać strachu, boleści, poczucia krzywdy i straty. Że można płakać nad innymi, ale też i nad sobą. Bo żywi, płacząc po zmarłych, boleją także nad własną stratą, nad własnymi biedami. I w tych łzach, goryczy, czasem także gniewie chyba najwięcej było oczyszczenia duszy. Wszak, podobnie jak w greckiej tragedii, i ta smoleńska, chcąc nie chcąc, przynosiła katharsis. Dała możliwość powiedzenia prawdy o sobie i otaczającym świecie. O własnej bezsilności i bezradności. To było widać w tych rozmowach na Krakowskim Przedmieściu, nawet gdy pozornie dotyczyły wyłącznie spraw wielkich i wzniosłych. Ta wspólnota odbudowywała się na łzach i przyznaniu się do ludzkich uczuć, innych niż (błazeński) śmiech, innych niż licytowanie się o prestiż i majątek, innych niż rozrywka. Bo wspólnotę mogą budować jedynie ludzie, nie istoty sprowadzone do swoich społecznych i rynkowych ról. I nagle okazuje się, że ten człowiek stojący obok mnie, w smutku i zatroskaniu, wcale nie jest obcy. Nie jest moim wrogiem, nie czyha na moje mienie, ani ciało, ani życie.
Tak, to była żałoba narodowa. Wielki płacz Polaków nad sobą. Czy wysmarkawszy nosy, każdy wróci do siebie?
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 3 kwietnia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Ponieważ trudno omówić w felietonie całość kwestii, skupię się na jednym właściwie wątku: losie Żydów w ZSRS w epoce Stalina. W całej sprawie mamy zwykle do czynienia z dwoma skrajnościami. Wedle jednej z nich, „żydokomuna” to niemal historiozoficzny aksjomat, który często kryje w sobie mniej lub bardziej jawną antysemicką nutę. Druga skrajność każe skrupulatnie przemilczeć jakiekolwiek związki między Żydami a komunizmem, udając, że kwestii nie ma albo jest właśnie antysemicką fobią i wymysłem. Jedni w każdym komuniście widzą Żyda, drudzy twierdzą, że komunizm nie miał narodowości. Owszem, komunizm jej nie miał, ale komuniści jak najbardziej, choć wielu z nich, np. swoją polskość (jak Dzierżyński) czy żydostwo (jak Trocki) porzucili całkowicie na rzecz przekonania o internacjonalizmie sprawy, której służyli. W obu przypadkach nie idzie z zasady o prawdę historyczną, ale o własne antyżydowskie fobie lub dla różnych przyczyn pochowane kroniki rodzinne.
Niedawno starałem się w miarę regularnie czytać dwie książki poświęcone losom Żydów w ZSRS. Pierwsza to „Widziałem Anioła Śmierci. Losy deportowanych Żydów polskich w latach II wojny światowej”. Zawiera „świadectwa zebrane przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji Rządu Polskiego na Uchodźstwie w latach 1942-1943”, a opisuje historie polskich Żydów po przymusowych przesiedleniach więźniów łagrów sowieckich. Jako aneks opublikowano w książce memoriał prof. Wiktora Sukiennickiego, zatytułowany „Sprawa Żydów obywateli polskich w świetle oficjalnych dokumentów oraz praktyki władz radzieckich”. Tu trzeba dodać, że prof. Sukiennicki to wybitny przedwojenny prawnik i sowietolog, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, w czasie wojny aresztowany przez NKWD i więziony w łagrach na terytorium Krasnojarskiej Obłasti, skąd zwolniono go w grudniu 1941 roku. Jego memoriał powstał w Kujbyszewie (gdzie pracował dla Ambasady RP), datowany jest na 11 sierpnia 1942 r.
Autorem drugiej książki jest Arno Lustiger, były więzień obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu i Buchenwaldzie. Jego „Czerwona księga. Stalin i Żydzi. Tragiczna historia Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego i radzieckich Żydów” stanowi swoiste dopełnienie „Czarnej Księgi” Wasilija Grossmana i Ilji Erenburga, publikacji, której niemieckie wydanie przygotował zresztą Lustiger.
Obie publikacje otwierają oczy na rzekomo „przyjazną” czy „naturalną” więź między Żydami a komunizmem/stalinizmem. Lustiger roztacza szeroką panoramę historyczną i biograficzną, wychodząc od losów Żydów w Rosji carskiej, aż po kres sowieckiej Rosji. Zyskujemy obraz przygnębiający, ale charakterystyczny. Od prześladowań ze strony reżimu carskiego, przez pogromy epoki wojennych i rewolucyjnych zawieruch, przez względny rozkwit wolności po rewolucji październikowej, po stalinowski terror i późniejszy oficjalny antysemityzm/antysyjonizm radzieckich władz. Akces do komunizmu – wcale nie tak liczny wśród Żydów, którzy przede wszystkim zasilali sterroryzowany przez Sowietów Bund czy różnorakie partie syjonistyczne, albo nie-komunistyczne partie lewicowe – wielu z nich przypłacało, podobnie jak przedstawiciele innych narodowości, śmiercią i niesławą.
Do tego trzeba dodać ideologiczne aspekty państwa „chłopów i robotników”: przymusowy ateizm, wynaradawianie, instrumentalne rozgrywanie całych narodów i grup społecznych przeciw sobie. Brutalna radziecka „inżynieria społeczna” kierował się także przeciw Żydom. Owszem, próbowano np. tworzyć dla nich autonomiczne obwody, ale w takich warunkach i okolicznościach, że nie mogło się to udać. Dla części komunistów pochodzenia żydowskiego, jak wspomniany już Trocki, ta kwestia była zupełnie obca, a sprawy ich narodu kompletnie nieistotne. Byli to ludzie w najmocniejszym tego słowa znaczeniu wykorzenieni. Tu zresztą warto zaznaczyć, że cały, skrajnie opresyjny wobec narodu żydowskiego system społeczny przedrewolucyjnej Rosji, z którego wywodzili się żydowscy działacze polityczni i inteligencja, sprzyjał, a może wręcz wymuszał taką postawę.
Żydowski Komitet Antyfaszystowski powstał w czasie, gdy Stalin ze wszystkich sił, zagrożony totalną klęską, poszukiwał sojuszników tam, gdzie wcześniej widział jedynie śmiertelnych wrogów, odwołując się do uczuć religijnych, narodowych, patriotycznych. ŻKA powstał pod koniec 1941 lub na początku 1942 roku, z inicjatywy Henryka Erlicha i Wiktora Altera. Los tych dwóch, jak i cały późniejszy proces stalinowski działaczy ŻKA, jest jedną z tych odsłon stalinizmu, którą dobrze znamy jako Polacy. Erlich i Adler byli de facto obywatelami polskimi, w wojennej zawierusze dostali się w ręce NKWD, formalnie zwolnieni we wrześniu 1941 r. po „odwilży” sowiecko-polskiej, „zniknęli” w nocy 3 grudnia wezwani do gmachu NKWD. Odnajdują się nieco później: 14 maja 1942 r. Erlich popełnił samobójstwo w celi, zaś 17 lutego 1943 r. Alter został rozstrzelany w Kujbyszewie.
Sam Komitet był dziełem „synów Machabeuszy”, Żydów gotowych do walki na śmierć i życie, a tak często oskarżanych (także po wojnie, przez różnej maści antysemickich nienawistników) o bierność, podległość i niemoc. „Ja, dziecko narodu żydowskiego, przysięgam, że nie zostawię bez pomocy mych walczących braci, póki Hitler ze swymi oprawcami, owi śmiertelni wrogowie wszystkich narodów, owi śmiertelni wrogowie mojego narodu, nie zostaną starci z powierzchni ziemi. Przysięgam zemścić się za moich braci i siostry – męczonych, palonych i grzebanych żywcem we wszystkich niszczonych miastach i wioskach, których sięgnęła ręka wroga. Za śmierć kobiet i dzieci, za mękę i hańbę mojego narodu i narodów bratnich przysięgam zemstę aż do ostatniego tchnienia! Krew za krew! Śmierć za śmierć!” (22 czerwca 1942, z apelu do Żydów świata). Niemniej największym dziełem ŻKA była „Czarna księga”, powstała z inicjatywy Alberta Einsteina, który rzucił pomysł „gromadzenia i publikacji dokumentów dotyczących zagłady Żydów w okupowanych krajach Europy”.
Po wojnie Żydowski Komitet Antyfaszystowski znalazł się jednak na celowniku władz sowieckich. Lustiger przytacza znamienny dokument z marca 1948 r.: „Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego w wyniku przeprowadzonych czekistowskich kroków [sic!] stwierdza, że przywódcy Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, którzy są aktywnymi nacjonalistami i wzorują się na Amerykanach, w istocie prowadzą nacjonalistyczną działalność antyradziecką”. Wszyscy wymienieni z nazwiska i imienia w tym tekście działacze ŻKA zostali oskarżeni i rozstrzelani w procesie tej organizacji, zakończonym latem 1952 roku. „Salwa!… I nie ma grobu nawet” (Józef Keler)… Tak Stalin okazał Żydom swoją wdzięczność.
Tu pewien przeskok. Andrzej Gwiazda w wywiadzie-rzece „Gwiazdozbiór w »Solidarności«” (www.gwiazda.oai.pl) wspomina: „Wiosną 1939 roku rodzice przenieśli się do Pińska. 13 kwietnia 1940 r. zajechała pod dom furmanka z dwoma żołnierzami i polskim Żydem. Powiedzieli – sobirajties. Babcia straciła głowę. Ja zapakowałem zdjęcie ojca, jakieś dokumenty, pluszowego psa, misia, komplet kart do brydża i nie dałem sobie tego odebrać ani skontrolować. Żyd kazał nam załadować maszynę do szycia, maszynkę do mięsa, kołdry, ubrania. Dzięki niemu przeżyliśmy. Sam zapakował sobie dwa worki butów”. Jaki był późniejszy los tego człowieka, który dzięki znajomości sowieckich realiów wskazał, co trzeba zabrać ze sobą w tę złą drogę?
W przedmowie do wspomnianej, wydanej przez Żydowski Instytut Historyczny książki „Widziałem Anioła Śmierci”, Feliks Tych pisze: „Z zawartych świadectw jednoznacznie wynika, że co najmniej jedna trzecia, jeśli nie połowa ludzi, którzy zetknęli się z sowieckim systemem więziennym i obozowym – nie wyszła z tego spotkania żywa. Bywało, że z kilkuosobowej deportowanej rodziny uratowała się tylko jedna osoba. Reszta została zamęczona głodem, chłodem, pracą ponad siły oraz epidemiami wynikłymi z dramatycznych warunków sanitarnych i żywieniowych w czasie długotrwałego transportu oraz w łagrach i specposiołkach. W wielu zeznaniach mówi się też o dotkliwie odczuwanych przez Żydów prześladowaniach religijnych ze stron sowieckich władz obozowych, a także otwarcie antysemickich postawach sowieckiego »naczalstwa« wobec zesłańców żydowskich”. Anioł Śmierci nie miał względu na nikogo…
Ponadto Tych stwierdza: „Przypuszczalnie mało kto z represjonowanych przez władze sowieckie Żydów polskich wyszedłby z tych łagrów i specposiołków żywy, gdyby nie zawarty w Londynie 30 lipca 1941 roku pakt między Rządem Polskim na Uchodźstwie a Rządem ZSRR”. Ci uwolnieni polscy Żydzi walczyli później w Armii Andersa. I tak jak zawsze, w historię relacji polsko-żydowskich w tamtym czasie wpisane są dowody najszczerszej solidarności oraz nikczemnych uprzedzeń narodowych. Ale najbardziej uwagi godna jest ta krótka wzmianka: w przypadku antysemickich zachowań na terenie polskich placówek (sierocińce, domy dziecka, szkoły) „dzieci żydowskie były brane w takich wypadkach pod ochronę przez polski personel wychowawczy i z wdzięcznością jest to kwitowane w relacjach”. Daleko, na rubieżach sowieckiego Imperium, polscy wychowawcy odrabiali lekcję „starego doktora”…
To tylko drobny, ułomny w felietonowym opisie fragment szerokiego zagadnienia, wpisanego we wschodnio-europejską panoramę (nie tylko) XX wieku. Wielkiej opowieści i wielkiej tragedii. Prawdziwszej niż bajania o „żydokomunie” i boleśniejszej niż milczenie o tym, jak faktycznie było.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 10 marca 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Zarzutów, których główną przyczyną jest – zdaniem autora tekstu – pierwotne napięcie między lewicowością a tradycją, jako symbolem i domeną myśli konserwatywnej, nade wszystko o proweniencji katolickiej.
Nie sposób odmówić racji opinii, że samo pojęcie tradycji nie należy do kanonu myślenia lewicy. Wynika to z samej genezy tego światopoglądu, myślenia i ruchu, dla którego przeszłość jawiła się zwykle jako czas hańby lub dziecięctwa ludzkości (tu akurat rodzącą się lewicę niewiele różniło od nieco od niej starszych myślicieli liberalnych). O przyczynach tego stanu rzeczy można by mówić wiele, bynajmniej nie sprowadzając rzeczy do Karola Marksa, który wywarł niezaprzeczalny wpływ na lewicowe projekty. Projekty, które nie wiązały się wyłącznie z kwestiami socjalnymi, ekonomicznymi czy emancypacyjnymi, ale wprost z walką ludów o niepodległość, o sprawę narodów trzymanych pod jarzmem „z Bożego nadania” ustanowionych monarchii. Tradycja, zwiędła staruszka, jako symbol tego, co skostniałe, zaprzeszłe i wrogie klasom wyzyskiwanym, jako sojuszniczka „starego świata” jawiła się wprost jako śmiertelny wróg mężnej, hożej niewiasty, która wiodła ludy na barykady i była dla nich jutrzenką.
Tu warto zwrócić uwagę, jak pokazuje Łuczewski, że odniesienie do tradycji (czy też „Tradycji”) nie było sprawą aż tak jednoznaczną, przynajmniej dla polskiej lewicy. Żyjąc w chwili swych narodzin problemem utraty niepodległości – musiała także opowieść o losach Rzeczpospolitej, o niewoli polskiego narodu wpisać w swą tożsamość, w krąg pytań, na które trzeba będzie dać odpowiedź. I już w tym momencie progresywizm lewicowej myśli zakotwiczał się w historii, owszem, historii przeklętej, historii cudzej (pisanej przez warstwy uprzywilejowane, przez kościelnych kronikarzy), ale przecież także własnej historii, choć – z perspektywy choćby Gromad Ludu Polskiego – przemilczanej. Należało zatem odzyskać historię: „dla ludu i przez lud”. A lud utożsamiano z narodem: tak wyzwolenie miało dokonać się i w wymiarze socjalnym, i w narodowym.
Oczywiście, lewica nigdy nie miała, mieć nie może jako doktryna „świecka” raz na zawsze ustanowionych dogmatów i kanonów. Czy jednak nie istnieje czytelny lewicowy paradygmat? Tu publicysta „Christanitas”, spoglądając na lewicę z wysokiego konia, ze szczytów katolickiej ortodoksji, ogłasza: „Kłopot lewicy polega na tym, że przekreślając Transcendencję (albo traktując ją instrumentalnie), z konieczności musi zgubić się w konflikcie sprzecznych narracji. Nie posiada żadnego odpowiednika objawienia, żadnego kanonicznego pisma, żadnej oficjalnej instytucji, która pozwoliłaby w sposób autorytatywny definiować jej ortodoksję. W konsekwencji nie ma żadnej oficjalnej instytucji, która mogłaby rozstrzygnąć spory dotyczące swej własnej natury /…/ Każdy może być lewicowym prorokiem, stąd charakterystyczne dla tej formacji frakcyjne podziały, które przypominają los protestanckich zborów”.
Tu, rzecz jasna, z całą złośliwą premedytacją warto zaznaczyć, że ostatnie zdanie można też zapisać w następujący sposób: „Każdy może być prawicowym prorokiem, stąd charakterystyczne dla tej formacji…”, itd. – i wcale nie straci ono racji bytu. Ba, nabierze jeszcze rumieńców, gdy pomyśleć o partyjnych peregrynacjach prawicowych polityków w ciągu ostatniego dwudziestolecia… A i wcześniej, gdy nie tylko „grunwaldczycy” wchodzili w alianse z Jaruzelskim i jego poprzednikami. Bo kłopot z tekstem Łuczewskiego bierze się stąd, że sprytnie wyrzuca on poza nawias swojego zainteresowania równie labilny polityczny i ideowy wymiar prawicowości, lewicy przeciwstawiając jedynie Tradycję Kościoła rzymskokatolickiego. Cóż, z porównania z tą Instytucją bodaj żadna myśl, żaden ruch, żadna osadzona w zmienności dziejów forma społecznej aktywności nie wyjdzie obronną ręką. Zarówno prawica, która przecież nie zawsze, a wręcz coraz rzadziej nawiązuje w sposób bardziej wiążący do doktryny katolickiej, jak i z reguły agnostyczna lewica. Spór Marka Jurka (zresztą publicysty „Christanitas”) z liderami Prawa i Sprawiedliwości, zakończony w wiadomy sposób, ukazał polityczne zwycięstwo dość „umiarkowanego idealizmu” nad „ideowym radykalizmem”. Bo przy wszystkich swoich wpływach Kościół i doktryna katolicka nie cieszą się bezwarunkowym poparciem (prawicowych) partii politycznych; dochodzi jedynie do mniej lub bardziej wiążących sojuszów między ołtarzem i tronem.
Wracając do powyższego cytatu z tekstu Michała Łuczewskiego. Poprzedza go, zaznaczę, fragment poświęcony katolickiej ortodoksji. Przeciwstawiając jej mankamenty „lewicowej narracji” (niedwuznacznie, przez porównanie z protestantyzmem, wskazując na jej „sekciarskość”) pisze on: „»Każdy może być lewicowym prorokiem«, gdyż lewica nie ma oficjalnych struktur, nie ma kanonów, nie ma objawionej »świętej księgi«”. Cóż, westchnienie ulgi. Tym bardziej, że – o czym zapewne autor artykułu dobrze wie – zbyt długo lewica miała swój „czerwony Watykan” i nie sposób już nawet wyliczyć strat, jakie to przyniosło. Bo to, co Łuczewskiemu przedstawia się jako słabość, jest w gruncie rzeczy – nie tylko pragmatyczną, ale nade wszystko ideową – siłą lewicy. Nie ma żadnych racjonalnych powodów, by istniał „lewicowy Kościół” z własną Inkwizycją czy Indeksem Ksiąg Zakazanych. Z dogmatami i Tradycją. Im mniej takiego „kościoła” będzie, także na polskim podwórku, tym lepiej. A ta ideowa labilność, różnorodność, wielość koncepcji, to (oprócz naturalnego kłopotu z konfliktami nie tylko ideowymi) istne dobrodziejstwo dla lewicy. Oznacza bowiem zdolność do szybszego postrzegania nowych wyzwań i zagrożeń, możliwość wyboru idei zgodnie z własnym sumieniem (co pozwala socjaldemokratom być zarówno agnostykami, jak i katolikami), odrzucenie jakiejkolwiek wizji lewicowości, która chciałaby przedstawić samą siebie jako „jedynie słuszną”. Wszelkie „lewicowe dogmaty” byłby szkodliwe w sytuacji, gdy swój lewicowy światopogląd można budować zarówno w oparciu o teksty Daszyńskiego, Ciołkosza, Jana Józefa Lipskiego, czy też Naomi Klein albo Murraya Bookchina, unikając przy tym modnego bełkotu Žižka i Badiou. A można przecież również dziś być lewicowcem jak Baczyński, nie znając Marksa i żywiąc się płomienną poezją. Ale myślę, że niezależnie od tego, odpowiedzi wielu lewicowców będą w jakiejś mierze zbieżne, odwołujące się do tych samych spraw, co parę lat temu pokazała ankieta w ostatnim numerze „starej” „Frondy” (nr 43, „Chleba naszego powszedniego”).
Lewica nie potrzebuje „Tradycji”, wystarczy jej zmysł historii, tradycja pisana z małej litery. I owszem, ten zmysł historii i taką tradycję lewica w Polsce powoli odzyskuje. Odzyskuje po latach dominacji komunistów, nie znoszących ideowej i politycznej konkurencji. Michał Łuczewskiego ma prawo nie wiedzieć o projektach w rodzaju www.lewicowo.pl, choć w przypadku młodego badacza wydającego osąd na temat polskiej lewicy jest to pewne niedociągnięcie. Inną sprawą, ważniejszą, jest to, że kwestię dzisiejszych zainteresowań lewicy zamyka w kluczu – tak, najlepiej widocznym z perspektywy Warszawy i najwygodniejszym dla przedstawiciela prawicy – mainstreamowej „Krytyki Politycznej”, mniejszości seksualnych i bohemy artystycznej. Łuczewski, zgodnie z prawicowym stereotypem, myśli „KP”, mówi lewica, albo odwrotnie i z satysfakcją przyznaje sobie prawo do jeremiad. A przecież jest to w gruncie rzeczy, wobec wielu ruchów w rodzaju Inicjatywy Pracowniczej, Lewicowej Alternatywy czy Młodych Socjalistów itp., tylko cząstka lewicowej rzeczywistości. „Stara” socjaldemokracja nie umarła. Zaś „nowa lewica” przeminie. Ale proszę nie traktować tego jako dogmatu lewicowej wiary. To zaledwie opinia, którą lewicowcowi podpowiadają ludzkie dzieje…
przez Krzysztof Wołodźko | środa 17 lutego 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Czas jakiś temu w mediach pojawiła się informacja o półtorarocznej dziewczynce, zgwałconej przez chorego psychicznie krewnego matki dziecka, która spała pijana na podłodze, gdy doszło do tragedii. Dziecka nie odebrano jednak matce, gdyż jak stwierdziła odpowiednia instytucja, „między matką a córką istnieją normalne więzi”.
Jak wiadomo, jednym z prawicowych tabu w Polsce jest rodzina. Jest ona wykluczona z jakiegokolwiek krytycznego, normalnego dyskursu, ponieważ „jest święta”. W rodzinie, zgodnie z tą logiką, nie ma przemocy fizycznej ani psychicznej, nie ma molestowania seksualnego, aktów kazirodztwa, alkoholizmu czy narkomanii. Państwo powinno trzymać się od rodziny jak najdalej, akcje „stop bicia dzieci” to głupota, a winna ewentualnemu złu jest co najwyżej szkoła albo „zgnilizna moralna współczesnej kultury”. Że kultura nie spada z nieba, o tym już mówi się rzadziej. Generalnie idzie o to, by utrzymać rodzinne tabu i mit rodziny jako „zdrowej komórki społecznej”. I generalnie nie ma w tym nic złego i nie ma większego sensu czynić z patologii normę, tzn. przekonywać z kolei, że rodzina jest siedliskiem wszelkiego zła – gdyby nie kilka zastrzeżeń, dość poważnej natury.
Wspomnijmy akcję „stop bicia dzieci”. Charakterystyczne było, jak obie strony konfliktu, umownie nazwijmy je lewicą i prawicą, okopały się w swoich racjach i w próżni młóciły te same argumenty. Lewica mówiła, że każdy klaps to przemoc i brak miłości. Prawica powoływała się na tzw. zdrowy rozsądek: „mnie w dzieciństwie ojciec spuszczał lanie i wyrosłem/wyrosłam na normalnego człowieka”. Wychowywałem się na wsi, gdzie użycie siły fizycznej wobec dziecka nie było niczym dziwnym. Sam niejednokrotnie dostałem lanie, ale akurat nie to uważam za największy smutek dzieciństwa. Widziałem jednak, nie tylko na WF, kolegów z sinymi pręgami na plecach, bitych mocno i bezwzględnie. I tu chyba dochodzimy do sedna sprawy.
Pomijając w tej chwili absurd „wychowania bezstresowego”, zwrócę uwagę na to, czego z kolei nie widzą prawicowcy. Że bezmyślne, okrutne, wymierzone nie tyle w ukaranie, co w nasycenie się własną przewagą, a zatem perwersyjne bicie dzieci jest sprawą, nad którą nie da się przejść obojętnie, że to „sprawa rodziny”. Bo nie jest to sprawa rodziny, ale kwestia społeczna. I humanitarna przede wszystkim. Tak samo nie jest „sprawą rodziny” przemoc psychiczna, często nader wyrafinowane znęcanie się nad dziećmi przez ludzi sfrustrowanych i złych lub nieszczęśliwych w swoich związkach. Albo skupiających na słabszych od siebie, jedynych, jakich mają pod swoją władzą, gniew wynikający z ich sytuacji finansowej, społecznej, relacji zawodowych, bądź faktu bezrobocia. Tak, to również jest kwestia społeczna.
Tu dygresja: prawica zresztą ma chyba ogromny problem z przeniesieniem na grunt rodziny kwestii społecznych i ekonomicznych, skoro traktuje ten byt jako coś zupełnie jednostkowego, wyobcowanego z otaczającej rzeczywistości. Jedyne, co ma zwykle do powiedzenia, to: „zostawcie rodzinę w spokoju” i „ręce precz od naszych podatków”.
Tak samo nie jest „sprawą rodziny” to, że lekkomyślni rodzice dają swoim dzieciom samochody w piątkowy wieczór, by mogły jechać na zabawę. A jest to już w zasadzie obyczaj. Jeśli to dziecko-dorosły (ma wszak prawo jazdy) jest odpowiedzialne, jeśli rodzice są odpowiedzialni, to oczywiście, nie ma w tym nic złego. Ale jak często tak jest? Jak często ofiarami pijanych, młodych kierowców padają ich znajomi, osoby postronne? I to także nie jest i nie może być tylko „sprawa rodziny”, tylko dlatego, że wedle logiki pewnej ideologii „jest święta”. Nie, to też jest sprawa społeczeństwa i państwa. Bezpieczeństwa innych obywateli i kosztów, jakie państwo musi ponosić wskutek głupoty jednostek.
I jeszcze raz: półtoraroczna dziewczynka zgwałcona, gdy na podłodze spała jej pijana matka. I później oddana tej matce, ponieważ stwierdzono – zgodnie z owym paradygmatem, że „rodzina jest święta” – iż istnieją między matką córką „normalne więzi”. Wiemy już zatem, co to są „normalne więzi”. Obrzydliwość tej sytuacji kazałaby spuścić zasłonę milczenia. A jednak: NIE! Bo oto z czym mamy do czynienia? Z zakładem: może matka popełniła błąd i się poprawi, i będzie dobrą, odpowiedzialną rodzicielką – owszem, stało się coś złego, ale dajmy jej drugą szansę. Z drugiej strony, nie oszukujmy się, na ile znamy rzeczywistość, jest to bardziej prawdopodobne: to dziecko pozostając w tym „domu” dojrzeje jako ofiara i całe jej życie będzie tym naznaczone. A państwo, a społeczeństwo pozwala sobie na ten zakład w imię największej wartości, na jakiej stoi: godności ludzkiego życia. I jeśli tak określa normy, to normą może stać się w zależności od sytuacji wszystko.
A prawdopodobnie rzecz tylko w jednym – że nikt nie wiedział, co z robić z tym dzieckiem. Dlatego najłatwiej było umyć ręce i oddać je matce. Bo to jest właśnie jedna z cech, ukrytych w logice „świętej rodziny”: że tak naprawdę nic nas nie obchodzi na gruncie społecznym, że liczy się nasz święty spokój i dobre samopoczucie. Że zło to margines społeczny i niech ten margines już tam sobie dogorywa i zdycha, skoro na nic lepszego nie zasługuje. Niech zlituje się nad nim dobry Bóg.
I podobnie jest z kwestią kazirodztwa i gwałtu w rodzinie w wielu innych przypadkach. Pamiętam, że przed kilkoma laty do mojej Matki zadzwonił dyrektor pobliskiej szkoły. Oto w nocy, zimą, pokonując kilka kilometrów przybiegły do niego dwie dziewczynki: ojciec pije i dobiera się do nich. I co zrobić? – nagle staje kwestia. Kwestia, o której wcześniej wszyscy tam wiedzieli, albo przynajmniej domyślali się. Ale była tabu, bo to są „sprawy rodziny”. Gdy prawicowcom wspomnieć o takich rzeczach, wpadają zwykle w histerię, że to szkalowanie, niszczenie ostatnich świętości, albo właśnie patologia (czyli że nic się nie da właśnie zrobić). Alkoholizm w rodzinach to też „sprawa rodzinna”. Przemoc nad kobietami, dziećmi – też „sprawa rodzinna”. I podnosi się krzyk, że statystyki są zakłamane, zawyżone, że to feministki i lewacy niszczą zdrową tkankę społeczeństwa. Tylko czemu przybywa rozwodów? I skąd tyle rosnącej agresji w dzieciakach? I skąd seksting? Bo za dużo telewizji oglądają? A dlaczego? I czemu rodzice nie mają dla nich dość czasu i liczą na to, że ktoś wychowa im dzieci? Szkoła, kościół, podwórko, sąsiedzi. I czemu coraz częściej małoletni piją i palą? Bo jest (im) tak dobrze? Dziwny sposób okazywania radości.
Wiem, nie jest odpowiedzią zabrać dziecko rodzicom, tym bardziej, że instytucje w rodzaju „rodzinnego domu dziecka” to wciąż coś nowego, a tzw. bidule to na ogół dysfunkcjonalne molochy. Wiem, bo jako wolontariusz przyglądałem się przez kilka lat z bliska życiu dwóch takich jednostek. I wiem, że rządzi tam często kastowa niemal przemoc, a dziewczęta traktowane są jako obiekty seksualne – i same siebie tak zaczynają postrzegać. Z drugiej strony, gdy państwo faktycznie chciało temu zapobiec, znalazłoby dość inwencji, środków i możliwości. Ale nie chce/nie potrafi, jak w wielu innych dziedzinach. Dlatego sytuacja jest niestety tragiczna. Ale tu także objawia się podskórnie logika owej ideologii indywidualizmu, kamuflującego egoizm troską o wartości: że niby czemu jako społeczeństwo/państwo mamy się troszczyć o margines? Margines to margines, tak być musi, jest i będzie, bo np. „ubogich zawsze macie u siebie” i możemy wrzucić grosik, albo więcej, ale poza tym czeka nas krucjata z gejostwem, żydostwem i inne ważkie zadania.
Wiem, to już nie felieton, ale paszkwil. Może ktoś poczuł się spoliczkowany. Ale i tak ma szczęście, że nie jest zgwałconą dziewczynką.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 19 stycznia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Mikołaj Bierdiajew, rosyjski myśliciel, którego trudno podejrzewać o sympatie do bolszewików, w swojej „Autobiografii filozoficznej” pisał: „Obcy jest mi punkt widzenia wielu emigrantów, zgodnie z którym rewolucja bolszewicka została dokonana przez jakieś złe moce, garstkę przestępców, natomiast sami emigranci trwają w prawdzie i światłości. Za rewolucję odpowiedzialni są wszyscy, najbardziej reakcyjne siły starego reżymu /…/. Typ »białego emigranta« budził moją niechęć. Był w nim kamienny brak pokuty, brak świadomości swojej winy, pełna pychy świadomość posiadania prawdy. Zrozumiałem, że prawicowa emigracja nie znosi wolności i nienawidzi bolszewików wcale nie za to, że zniszczyli wolność. W środowisku emigracyjnym wolności myśli przyznawano nie więcej niż w Rosji bolszewickiej”.
W „Na nieludzkiej ziemi” Józef Czapski opowiada o polskich wojskowych, odgrażających się, że jak tylko „to wszystko się skończy”, to już oni pokażą chamom, chłopom, „Iwanom”, gdzie ich miejsce. Pokazuje ludzi śniących, że wrócą do swych majątków i że „wszystko będzie tak samo”. I Czapski, który widział wszystkie zło, jakie dotknęło wtedy Polaków, jego towarzyszy broni, widzi, słyszy i zapisuje tę bezdenną głupotę. Zapisuje, co mówi do niego szeregowy Eugeniusz Lubomirski o niektórych oficerach: „Na gwałt chcą wywołać uczucia bolszewickie w wojsku, na każdym kroku wyróżniają się od żołnierzy (chociażby w przydziale wódki), stwarzają sobie na gwałt na nowo przywileje, wyżsi oficerowie mają kochanki, które się szarogęszą w sztabie, dowództwo nasze jest zbyt miękkie wobec oficerów”. I dalej sam Czapski pisze: „Porucznik N., iluż takich! Był w Workucie, wieziony tymi barkami śmierci po Peczorze, a teraz blagierowaty i dobroduszny zresztą kresowiec, urżnięty na Wilię »trzyma mowę«, jak to będziemy zarzynali dzieci i kobiety niemieckie (wszystko w pysku, bo w praktyce ani jednej kobiety i dziecka nie skrzywdzi) i robi ordynarne antysemickie aluzje w odpowiedzi na szlachetne przemówienie pułkownika, z pochodzenia Żyda”.
Nietrudno jest znaleźć trop, łączący te dwie opowieści, Bierdiajewa i Czapskiego. W obu pada słowo: „bolszewicy”, obie naznaczone są piętnem tych samych wydarzeń historycznych. Obie wydarzyły się w horyzoncie, ku któremu wciąż możemy zwrócić pamięć, jeszcze obecną w nieodległych wspomnieniach naszych krewnych, pisarzy, świadków epoki. I wciąż możemy wyciągnąć lekcję: głupcy, którzy użyźnili krwią historię, nie przestają być głupcami. Współodpowiedzialni za zło i bezprawie, za okrucieństwo reżimu i beznadziejność sytuacji społecznej mas nie stają się niewinni tylko dlatego, że dali głowę. Najstraszliwsze lekcje nie przydają mądrości, o czym powyżej zaświadcza Bierdiajew. Cierpienie nie uszlachetnia, pokazuje Czapski.
Zresztą, niewiele się zmieniło. Majątki nadal zdobywa się przede wszystkim oszustwem i wyzyskiem. Aferzyści mieszkają w willach, ludzie uczciwi w M-3. Historia III RP daje w tym względzie wymowną lekcję. Gdyby się za lat sto, za lat dwieście w Polsce zdarzyła rewolucja socjalna, co by z niej zrozumiano? Prawnukom dzisiejszych specjalistów od „pierwotnej akumulacji kapitału”, prawnukom współczesnych nam nowobogackich i dorobkiewiczów, nowozaciężnej elity „Zbychów i Mirów” trudno będzie zrozumieć, że płacą jakąś niepojętą dla nich cenę: przecież żyją uczciwie, przecież to ich własność i dziedzictwo, przecież to im się należy… bo też w patynie pięknych mebli, pieszczotliwym blasku srebrnej łyżeczki, przytulnym cieple domowego ogniska nie czuć dawno przebrzmiałej krzywdy, płaczu oszukanych, gniewu wyzyskiwanych. Dla tych, co piszą historię, a dyktują ją zwycięzcy, zawsze na ogół liczy się ta zbrodnia, która dokonuje się na nich, na ich klasie, na im podobnym. Dlatego w opisach rewolucji przeważa groza nad jej brutalnością i terrorem, nad niesprawiedliwością, która dotyka posiadaczy. Rzadziej dziś myśli się o tym, co działo się wcześniej, o bezprawiu możnych. O wojsku, policjach, agencjach ochroniarskich na ich usługach. O krzywdzie kobiet spędzających Wigilię w fabrycznych halach, by wymusić na pracodawcy należną wypłatę.
Bo po stronie krzywdy i krzywdzonych jest milczenie, albo „dobre słowo” i „pocieszenie”, ale gdy ta obłudna cisza się kończy, wtedy hałas jest już nie do zniesienia. Moralni esteci tego nie lubią, moralni esteci są zdegustowani. Przecież urządzano bale charytatywne… Piewcy wyższych wartości mają okazję, by się oburzać. Bo nawet jeśli lubią wolność, jak konserwatywni liberałowie, to jedynie taką, której oni wyznaczą treść i zasięg. Zwykle określa ją pieniądz i religia, którą chcą sobie przywłaszczyć. Ale wolność płata im podobnym figla i wtedy czasem kończą na latarniach…
Żałować głupców?
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 21 grudnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Glany miały metkę i można się było w nich przeglądać. Cieszyłem się jak dziecko. Pastowałem je, chuchałem i dmuchałem, żeby pomimo upływu czasu wyglądały jak najlepiej. Niestety, skóra dość szybko popękała, podeszwy też niezbyt dobrze znosiły kontakt z ziemią naszą ojczystą. Trzeba było się z nimi z żalem pożegnać.
Później nie było mnie stać na Martensy, a że glany jako takie są jak mercedes wśród butów, to poszedłem na nowohucki TOMEX, gdzie za znacznie niższą cenę kupiłem parę. Sprzedawczyni zapewniała, że z pewnością długo w nich pochodzę. „Gadaj zdrowa, już ja swoje wiem – pomyślałem. – Skoro Martensy rozłaziłem w półtora roku, to tym bardziej te nieboraki”. To było siedem, może osiem lat temu.
18 grudnia 2009 roku, gdy temperatura w Krakowie spadła poniżej minus 10 stopni Celsjusza, wciągnąłem stare glany i ruszyłem na miasto, po wyboistych chodnikach, piachu, śnieżku i lodzie (jaka pyszna sanna, pada, pada śnieg, a zima zaskoczyła drogowców i chodnikowców). Szedłem pewnie w moich starych, wysłużonych, rzadko pastowanych glanach, z jednym czubkiem lekko zdartym na kamieniach, ale twardą, wytrzymałą podeszwą. Tu wyznanie intymne: lubię swoje stare glany i cieszy mnie fakt, że choć z TOMEX-u, nieometkowane, czyli bez rodowodu jak kundel-znajda, to służą mi dobrze. Wygodne i przyjazne stopom utrzymującym 90 kilogramów żywej wagi.
Bo co tu dużo mówić: te glany niejedno wraz ze mną przeszły, a bywało, że same prowadziły, gdy nadużyłem… I jeśli są takie rzeczy, które można traktować jak starych domowników, to te glany z pewnością do nich należą.
Skąd te glany za temat felietonu, gdy tyle ważnych, ogólnoświatowych, a przynajmniej ogólnopolskich zagadnień? Skąd buciory jako temat, gdy Święta, Sylwester, Nowy, jeszcze wspanialszy Rok w III Rzeczpospolitej? Co to za muza dziwaczna, dwa stare buty?
Chyba właśnie z przekory. Że Nowy Rok, że wszystko musi być nowe, że chorujemy na kult nowości, nowych, jeszcze lepszych formuł proszków do prania i papieru do… owijania*. No i rzecz jasna newsów. Nowi i młodzi, czyli kobiety bez zmarszczek, metroseksualni mężczyźni, pospołu drżący przed siwym włosem na skroni. Nowe, lepsze rzeczy nie tylko jako oznaka statusu czy prestiżu, ale miernik ludzkiej wartości. Starość i staroć, czyli wstyd i obciach. Młodzi, młodziutcy, głupiutcy, z buźkami, jakby wszystkie rozumy pojedli. I dorośli ludzie, podlizujący się tym młokosom. Medialny kult nowinek. Nowinkarstwo jako szacowna szkoła myślenia. Szybciej, więcej, głupiej. To się z pewnością sprzeda. A jak coś zostanie, to niepotrzebne gadżety przerobi się na złom i szybko przetworzy w coś nowego. Najnowszego. Jeszcze szybciej, jak się da jeszcze więcej, niewykluczone, że znacznie głupiej.
Cóż, jak powiada poeta, nieżyjący, więc gorzej niż stary, a do tego – co jeszcze gorsza – niemodny: „Temu światu ja się nie poddam, temu światu ja krzyknę: nie!”. Stąd ten felieton o starych glanach pisany w starych kapciach, choć na stosunkowo nowym sprzęcie…
* Papier do owijania (w bawełnę) to oczywiście poczciwa, wielkonakładowa gazeta.