przez Krzysztof Wołodźko | sobota 16 grudnia 2006 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
I niestrudzenie bombarduje hasłem: „Produkty z Biedronki polecają się na Święta”. Ciekawe, co myśli sobie Bożena Łopacka, gdy przypadkiem spojrzy na taką reklamę? Ciekawe, co myślą ci, którzy nie odważyli się, jak Bożena Taurogińska, wystąpić do sądu o należne pieniądze za nadgodziny przepracowane w „Biedronce”? Czy zaciskają pięści w bezsilnej złości? Płaczą? Wzruszają ramionami? Zmieniają kanał? A może wszystko im jedno, kto wciska im pseudo-świąteczny bełkot? Ciekawe też, o jakich to tradycjach myśli reklamodawca, Jeronimo Martins Dystrybucja?
Boże Narodzenie. Śpiewał Jacek Kaczmarski: „Znów się urodzi, umrze w cierpieniu, znowu dopali się świeca. Po ciemku wolność w Jego imieniu jeden drugiemu obieca”. Co prawda jego pieśń nazywa się „Wigilia na Syberii”, ale kto zabroni nucić ją pracownicom i pracownikom „Biedronki”? Oczywiście, po cichu, najlepiej poza czasem pracy. A zanucić warto, tym bardziej, że C. K. Norwid w wierszu „Syberie” taki dał opis: „Pod-biegunowi na dziejów-odłogu, / gdzie całe dnie / Niebo się zdaje przypominać Bogu: / »Zimno i mnie«. / Wrócicież kiedy? – i którzy? – i jacy? – / z śmiertelnych prób, / W drugą Syberię: pieniędzy i pracy, / Gdzie wolnym – grób! / Lub pierw, czy? obie takowe Syberie / Niewoli dwóch, Odepchnie nogą, jak stare liberie,/ Wielki-Pan Duch!”.
Wiem, że niedobrze jest brać dosłownie reklamę. A jeszcze gorzej – traktować serio wielkie słowa. Życie uczy nas sztuki konwenansów i zaleca, byśmy nadto nie obruszali się skrzeczeniem rzeczywistości. Trzeba raczej przygiąć karku i przyuczać się do konformizmu, który – niestety – bywa jedyną kindersztubą współczesnych Polaków. Aksjomat wiedzy o społeczeństwie: wartość człowieka da się wymiernie wyliczyć, np. przeliczyć na zarobki. Błogosławieni, którzy znaczą więcej, wyklęci – którzy znaczą mniej. By nie ciążyło im to zanadto, można powtarzać w kółko kilka sentymentalnych wzniosłości. Nieprzyjemną prawdę kamuflują czułe słówka. Ot, choćby: „Tradycja – rzecz święta”. Ciepło się robi na duszy, błogo, lżej. Świątecznie. Tylko człowiek to wciąż rzecz nie-święta, rzecz do wymiany, gdy zużyta lub niewygodna, gdy przestaje się opłacać. Godność takiego człowieka można mieć za nic, bo wielkie są szanse na to, że on sam się o nią tu, w Polsce, nie upomni.
„I porodziła syna swego pierworodnego, a uwinęła go w pieluszki i położyła go w żłobie, bo nie było im miejsca w gospodzie” (tłumaczenie x. Jakuba Wujka SJ) – opowiada ewangelista Łukasz. Niewierzącemu trudno jest snuć rozważania na ten temat. „Byleby świecy starczyło na noc, długo się czeka na niego, by jak co roku sobie nad ranem życzyć tego samego. Znów się urodzi, umrze w cierpieniu, znowu dopali się świeca. Po ciemku wolność w Jego imieniu jeden drugiemu obieca” – śpiewał Kaczmarski o Wigilii Polaków w niewoli, na Syberii. Przed oczami miał płótno Jacka Malczewskiego. Ja widzę obrazek znacznie szpetniejszy: logo, przedstawiające diablo z siebie zadowolonego owada w czerwonym pancerzyku w czarne kropki. I powtarzam, choć bez wiary, za Norwidem: „obie takowe Syberie / Niewoli dwóch, Odepchnie nogą, jak stare liberie, / Wielki-Pan Duch!”. To są moje życzenia dla „Biedronki”. Choć, kto wie, może to groźba karalna?
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 2 grudnia 2006 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Grozi mu śmieszność, jeśli z ulicy wejdzie do studia, siądzie niezdarnie z przypiętym do swetra bezprzewodowym mikrofonem i zacznie mówić do kamery zdania chropowate jak świat, z którego przyszedł. „Ot, prostaczek” – powie jeden z pobłażliwym uśmiechem. „Cham i prostak” – warknie drugi, chowany na salonach. Trzeci z uciechy zatrze ręce.
„Człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Istniejących, że istnieją, a nieistniejących, że nie istnieją” – miał powiedzieć Protagoras z Abdery, sofista. Co znaczy, że człowiek jest miarą wszelkich bytów, w tym i drugiego człowieka? Znaczy to tyle, że człowiek nie pokazany w mediach nie istnieje, albo istnieje nieznacznie. Pokazany – nabiera treści, zyskuje formę, z abstrakcji zdaje przemieniać się w konkret czy choćby zwykły, poczciwy ogólnik. Z nicości przechodzi do istnienia. Nabiera wartości, staje się istotą godną uwagi, paru słów, a czasem i kilku zdań komentarza, dla których przecież w ogóle warto być dziś człowiekiem.
„Człowiek jest zwierzęciem politycznym” – napisał Arystoteles w swej „Polityce”. Takie określenie brzmi obecnie niejasno. Terminy: „polityk” i „polityka”, „polityczny” stały się w potocznej mowie synonimami wszelkich łajdactw, prywaty i korupcji, triumfu przekłamań i półprawd nad elementarną prawością i uczciwością. Zwierzę polityczne zamieniło się w polityczne monstrum. A to, co monstrualne, co przekracza właściwą miarę, bywa groźne. I śmieszne, bo karykaturalne. Z odejściem zwierzęcia politycznego triumfy święci człowiek nie-polityczny, człowiek-poczwarka, w grubym kokonie kryjący społeczny wymiar swojego istnienia.
Odkąd wiara w Boga i jego ziemskich pośredników przestała być powszechnym aktem, społeczeństwa Zachodu szukają nowych źródeł uprawomocnienia swych wizji rzeczywistości. Miejsce religijnych doktryn zajęły świeckie ideologie. Z reguły nie obiecują zbawienia wiecznego, ale wciąż mają w zanadrzu projekt powszechnej szczęśliwości. Fakt, że żyjemy na gruzach komunistycznej utopii, uodpornieni na jedną z politycznych form ideologii, wcale nie oznacza, że zaszczepiliśmy się przeciw wszystkim jej odmianom. I że sami dla siebie przestaliśmy być groźni jako istoty produkujące idee masowego rażenia. Nie wierzymy już w skrajnie racjonalistyczny mit budowy od podstaw aż po wierzchołek społeczno-politycznego uniwersum. Ale nie jest pewne, czy zrezygnowaliśmy z innych wizji, które myśl chcą oblec ciałem. Ideologie jawnie polityczne zastąpiły projekty kulturowo-ekonomiczne, subtelniejsze w sposobach podporządkowania sobie człowieka i społeczeństw, w których funkcjonuje.
W nieodległym czasie medialną furorę zrobili dwaj ludzie z peryferii, czy też z podziemi, bo tak dosłownie można przetłumaczyć łacińskie słowo suburbium, oznaczające przedmieścia metropolii. Jeden z nich, Krzysztof Kononowicz, kandydat na prezydenta Białegostoku, swą aparycją, naiwnością i nieskładnością wypowiedzi wzbudził ogólne rozbawienie zmieszane z poczuciem wyższości i dezaprobatą. Drugi, Hubert H., 31-letni bezdomny z warszawskiego Dworca Centralnego wsławił się na całą Polskę, gdy po pijanemu, w obecności funkcjonariuszy policji zrugał Lecha Kaczyńskiego i został oskarżony o znieważenie głowy państwa. Pierwszego podjęli w telewizyjnym studio Jacek Żakowski i Piotr Najsztub, drugiego uhonorował podobnym zaszczytem Tomasz Lis. Trudno na dobrą sprawę rozstrzygać, kto w tych spektaklach faktycznie grał błazna, kto kapłana, bo sytuacje tragikomiczne zwykły zapętlać się w węzły nie do rozsupłania. Jedno jest dla mnie pewne. Jeśli Kononowicz i Hubert H. są postaciami godnymi politowania, to o ile bardziej godny politowania jest świat, który się tym karmi i ci, co pokazują ich jak obwoźne dziwowisko, zapewniające chwilę rozrywki dla gawiedzi.
Tomasz Lis nie wykorzystał czasu antenowego, by Huberta H. zapytać o los bezdomnych i przyczyny ich wegetacji na marginesie społeczeństwa. Nie zaprosił do studia specjalistów, którzy mogliby dać analizę społecznych, środowiskowych, psychologicznych przyczyn i konsekwencji bezdomności. Byłoby to zbyt ambitne i nie pasujące do formuły programu pod patetyczną nazwą „Co z tą Polską?”. Zresztą, Hubert H. mógłby nazywać się zupełnie inaczej, inaczej wyglądać, itp. – ważne, że spełnił swoją rolę. Potrzebna była maska, a kto ją nosi – to już inna rzecz. Niewykluczone, że i Tomasz Lis mógłby nazywać się zupełnie inaczej i inaczej wyglądać, bo i on pełni jedynie swoją rolę w teatrze cieni, w którym prawda miesza się z fałszem, rzeczywistość z iluzją i szacunek dla prawdy z kuglarstwem. Na miejsce Lisa przyszedłby zaraz inny szczwany lis. Godne odnotowania, że ważny program publicystyczny ogranicza politykę do powtarzających się gadających głów partyjniaków i publicystów, a sytuację, którą można wykorzystać dla poważnej dyskusji o kondycji współczesnej Polski, zmienia w kiepski kabaret z podśmiechującym się głupkowato dla dodania sobie animuszu „bohaterem” quasi-politycznego skandalu.
Piotr Najsztub i Jacek Żakowski również postąpili zgodnie z regułami tej sztuki, która każe niżej postawionych od siebie potraktować jak głupców zapewniających chwilę odprężenia. Żakowski już wcześniej, na falach radia TOK FM, nie ukrywał swej opinii wobec Kononowicza. Miłośnikowi Jacka Kuronia, jak najbardziej społecznie wrażliwemu publicyście, w głowie nie mogło się pomieścić, jak ktoś taki ma czelność zawracać ludziom w głowie. W jednym Żakowski ma rację: Kononowicz nie jest materiałem na prezydenta Białegostoku, ani w ogóle na polityka. Tyle że nie w tym rzecz. Kononowicz był podczas przedwyborczej kampanii samorządowej jedną z nielicznych – słyszanych przez ogół – osób reprezentujących tzw. prowincję. Tymczasem oglądając telewizję, można było odnieść wrażenie, że wybory samorządowe odbywają się nie „w terenie”, a w stolicy, gdzie oswojeni przez media politycy wyższego szczebla opowiadali dziennikarzom, jak bardzo zależy im na „małych ojczyznach” i sprawach „zwykłych ludzi”. Ale – gwoli prawdy – człowiek z peryferii mógł przebić się do tego uładzonego, na poły spreparowanego świata i zostać tam chwilę dłużej jedynie jako maskotka, albo szturchany palcem wiejski głupek, któremu żartownisie dali do ręki drewniany miecz i założyli na głowę koronę z kartonu obłożonego pozłotą. Czy skończył się czas trybunów ludowych, skoro można pokazywać jedynie ich karykatury?
Człowiek, jakim znamy go z naszego podwórka, przestał być – en masse – zwierzęciem politycznym, także dlatego, że nie ma kto już uczyć go tej trudnej sztuki. Co prawda Arystoteles twierdził, że jest to cecha rodzajowi ludzkiemu przyrodzona, ale dobrze wiemy, że drugą naturą jest przyzwyczajenie, to zaś kształtuje kultura. Od niej zaś, tu i teraz, nie możemy zbyt wiele oczekiwać. Ani kultura polityczna, ani medialna nie wdrażają człowieka do życia politycznego w klasycznym tego terminu znaczeniu – brak im zaplecza w kulturze jako takiej. Żyjący w XVII w. Tomasz Hobbes, traktowany jako jeden z prekursorów nowoczesnego myślenia o państwie, uważał że naturalnym stanem człowieka jest „wojna wszystkich ze wszystkimi” – permanentny konflikt, gdzie naczelną relacją jest droga od i ku zniewoleniu jednych przez drugich. Opis ten nieźle oddaje kondycję nowoczesnych społeczeństw, m.in. ze względu na aberracyjny charakter narastającej konkurencji (hobbesowski fizjologiczny egoizm) i rozbicie wspólnoty, co prowadzi do zamknięcia poszczególnych, drobnych grup w izolowane kasty, wzajem się pożerające i dążące do absolutnej dominacji jedna nad drugą.
Proces ten utrudnia powstanie szerokiego, społecznego konsensusu, bo wspólne dobro zamienia się w abstrakcję albo iluzję, którą łatwo, zbyt łatwo można manipulować. A wtedy dynamiczne życie społeczne przemienia się w fikcję, imitują je wyspecjalizowane w tym instytucje. Co możemy przeciwstawić iluzji i jej funkcjonariuszom? Człowieka nie nazbyt poddanego retuszom. Choć i tak pozostaje obawa, że i on nie sprosta zadaniu i nie uda mu się być człowiekiem.