przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 22 października 2013 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
„Walka trwa!” – głosi hasło promujące IX edycję Festiwalu Obywatela, który odbył się w Łodzi w dniach 18-20 października. To dobry komentarz do sytuacji, w jakiej funkcjonują dziś przedstawiciele bardzo różnych prospołecznych sił w Polsce. Podziw budzi fakt, że działając zazwyczaj w trudnym – obojętnym czy wręcz wrogim – otoczeniu społecznym, kulturowym i politycznym znajdują siły, narzędzia i motywację do aktywności. I przy swej różnorodności, która stanowi normalny element „żywiołu społecznego” nawet w ułomnych, ale demokratycznych ramach ustrojowych, potrafią korzystać z szans, jakie daje współpraca.
Pozwolę sobie najpierw na przedstawienie subiektywnie widzianego „festiwalowego krajobrazu”, by później przejść do bardziej publicystycznego szkicu. Festiwal Obywatela z roku na rok przyciąga coraz liczniejszych i bardziej zróżnicowanych gości. Strzałem w dziesiątkę okazał się pomysł, by z jednej strony zaprosić „anonimowych bohaterów” Polski prospołecznej, często lokalnej, a z drugiej – osoby szerzej znane z działalności politycznej, naukowej czy publicystycznej. To przełamało pewną barierę; o ile jeszcze w ubiegłym roku znaczna część goszczących na imprezie aktywistów była jedynie odbiorcami przekazywanych treści, o tyle teraz wielu z nich miało także możliwość współtworzyć program wydarzenia.
Warto przypomnieć, kim byli nasi goście, na co dzień działający w swoich lokalnych wspólnotach, środowiskach pracy, grupach (społecznego) interesu. Festiwal otworzyło naprawdę poruszające spotkanie z opiekunami osób niesamodzielnych, Elżbietą Karasińską ze Stowarzyszenia „Mam Przyszłość” i Marzeną Kaczmarek z ruchu Wykluczonych Opiekunów Dorosłych Osób Niepełnosprawnych. To wydarzenie bardzo boleśnie otwierało oczy na jawną niesprawiedliwość naszego państwa wobec najsłabszych, kompletną arogancję władzy wobec ich – skromnych przecież – potrzeb. Pokazywało również heroiczny wymiar osobistego życia ludzi opiekujących się latami niepełnosprawnymi dziećmi bądź schorowanymi, starszymi rodzicami, mierząc się równocześnie i z prywatnymi problemami, i z kłodami rzucanymi pod nogi przez instytucje publiczne.
Z pewnością jednymi z najbardziej wyrazistych gości Festiwalu byli działacze związków zawodowych: Jarosław Przęczek (Związek Zawodowy Meblarzy RP), Piotr Kret (Porozumienie Pracownicze), Michał Kukuła (NSZZ „Solidarność”) oraz Adam Olejnik (Międzyzakładowy Związek Zawodowy „Odkrywka”). Mówili nie tylko o swoich doświadczeniach związanych z obroną interesów pracowniczych w zakładach pracy, sądach i wobec decydentów. Wnieśli także wiele życia w imprezowo-towarzyskie rozmowy, pokazując przy tym znaczną wrażliwość na inne poza związkowymi tematy i sprawy, żywo dyskutując i deklarując (dalszą) współpracę nie tylko ze środowiskiem „Nowego Obywatela”, ale również przedstawicielami innych zaproszonych do Łodzi ruchów społecznych. Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o reprezentantce środowiska pielęgniarek, a równocześnie działaczce Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, Małgorzacie Aulejtner, która z ogromną troską i pasją przedstawiła coraz trudniejszą sytuację „białego personelu” w czasie dyskusji ekspercko-społecznej z udziałem dr. Marka Balickiego. Z kolei lokalne komitety protestacyjne przeciwko szkodliwym inwestycjom reprezentowały na tegorocznym Festiwalu Obywatela trzy panie: Katarzyna Fereniec-Obszańska ze Stowarzyszenia Ochrony i Rozwoju Ziemi Nieborowskiej, Anna Ludwin-Właszczuk ze Stowarzyszenia „Aktywni dla Regionu” oraz Beata Ularowska z Międzygminnego Społecznego Komitetu Ochrony Środowiska”.
Festiwalowa różnorodność dała się zauważyć także w kuluarach, w czasie wieczornych imprez czy wreszcie w trakcie sobotniej wycieczki integracyjnej po Łodzi, którą poprowadził dr Maciej Kronenberg. Spotkali się i rozmawiali ze sobą ludzie różnych środowisk ideowych i politycznych. Wypada zacząć od dwójki najbardziej zasłużonych: jak niemal co roku byli z nami Joanna i Andrzej Gwiazdowie. Była także Jadwiga Chmielowska, niegdyś solidarnościowa działaczka opozycyjna, dziś skarbnik Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W debatach poświęconych sprawom związków zawodowych uczestniczył nasz zeszłoroczny prelegent, Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”. Był z nami Adam Ostolski, szef polskich Zielonych. Był Tomasz Jankowski, rzecznik prasowy Samoobrony, oraz Maciej Łapski i Ewa Zdunek, animujący rodzący się ruch Polska Społeczna. Gościliśmy także przedstawicieli Polskiej Partii Socjalistycznej, na czele z Ewą Miszczuk z Wrocławia. Przyjechał również Cezary Miżejewski, jeden z liderów nieemigracyjnej PPS u progu transformacji ustrojowej, a dzisiaj działacz spółdzielczy.
Byli także publicyści internetowego pisma Nowe Peryferie, m.in. Aleksandra Bilewicz i Marceli Sommer, oraz trzyosobowa reprezentacja periodyku lewicy chrześcijańskiej, magazynu „Kontakt”, na czele z Mateuszem Luftem. Byli także z nami Barbara Bielawska z Partii Kobiet czy Rafał Bakalarczyk, ściśle współpracujący z opiekunami osób niepełnosprawnych felietonista „Nowego Obywatela”. Był Bartłomiej Kozek, publicysta „Zielonych Wiadomości”, jak również Bartosz Pilitowski, który zaprezentował kampanię na rzecz patriotyzmu konsumenckiego „Polski Ślad”.
Jako trzecią grupę gości należy wymienić osoby, które zaprosiliśmy do debat o bardziej eksperckim charakterze. Tutaj znaleźli się po pierwsze specjaliści od spraw związków zawodowych i zagadnień świata pracy, czyli dr Jan Czarzasty i dr Daniel Kiewra. Wprowadzenie do debaty społecznej/społecznikowskiej na temat problemów z tzw. koleją dużych prędkości wygłosił Karol Trammer, szef magazynu branżowego „Z Biegiem Szyn”. Dr hab. Rafał Chwedoruk oraz związani z naszą redakcją dr Jarosław Tomasiewicz i Jarosław Górski wzięli udział w debacie „Kiedy Polacy wyjdą na ulice? Warunki niezbędne dla zaistnienia skutecznego ruchu protestu”.
Na marginesie: tegoroczny Festiwal uświetnił koncert zespołu Hańba. Publiczność bawiła się naprawdę świetnie przy folkowo-punkrockowej muzyce i wyśpiewywanych do jej rytmu tekstach, wśród których nie zabrakło poezji Juliana Tuwima czy Władysława Broniewskiego. Mam nadzieję, że o tej kapeli będzie coraz głośniej, a „Nowy Obywatel” okaże się środowiskiem trendsetterskim nie tylko na gruncie tematyki społecznej.
IX Festiwal Obywatela stanowi zdecydowany dowód na to, jak mało wiemy o sobie nawzajem, jako społeczeństwo. To świat (medialnie) nieopisany, a przynajmniej nie w sposób, który dawałby rzetelną wiedzę o tym fragmencie rzeczywistości. To też utrudnia zrozumienie, co pozwala zwyciężać, a co przyczynia się do porażek w bardzo konkretnych i odmiennych warunkach, w jakich działają małe stowarzyszenia rodziców, bardzo różne od siebie organizacje związkowe, mniejsze partie polityczne czy środowiska „etosowych inteligentów”, na gruncie których być może kiedyś powstaną think tanki inne od tych uzależnionych od wielkiego kapitału i podporządkowanych dogmatom współczesnego kapitalizmu.
Zróżnicowana formuła ostatniego Festiwalu pozwoliła zidentyfikować zarówno środowiskowe uwarunkowania funkcjonowania wielu grup działających na rzecz sprawiedliwości społecznej, jak i wspólny dla nich kontekst systemowy, związany z praktyką polityczną, tendencjami gospodarczymi oraz cywilizacyjnymi i wynikającymi z nich „trendami myślowymi” itd. Na omawianych przykładach było dobrze widać, jak jałowy jest zdarzający się czasem spór: działać czy myśleć (pisać/mówić)? Te dwa fundamentalne – w wymiarze indywidualnym i społecznym – elementy muszą wzajemnie na siebie oddziaływać w ramach dynamicznej pracy „w czynie i myśli”.
Kilka festiwalowych debat pokazało, że o ile całokształt warunków, w jakich przychodzi działać środowiskom prospołecznym, można nazwać trudnym, o tyle wachlarz (nie)możliwości rozkłada się bardzo szeroko. Spośród wszystkich zaproszonych środowisk to opiekunowie osób niesamodzielnych są grupą najbardziej zmarginalizowaną, wypychaną poza margines jakichkolwiek dyskusji i lekceważoną przez reprezentantów państwa. Ich specyficzne osamotnienie, zależność od urzędniczej i politycznej łaski czy fakt, że jako część elektoratu nie stanowią żadnej grupy nacisku zdecydowanie nie poprawiają ich położenia. Tutaj samopomoc i samoorganizacja stanowią o „być albo nie być” lokalnych grup, próbujących wspólnie przebić się ze swoimi postulatami do mediów i rządzących. Walka czysto lokalna byłaby tu skazana na niepowodzenie, jako niewidzialna dla posłów i ministrów stanowiących i realizujących prawa.
Zupełnie inne problemy mają organizacje takie jak „Rodzice dla Szczecina” (na Festiwalu stowarzyszenie to reprezentowali Dorota Korczyńska i Radosław Majcher). Na ich przykładzie dobrze widać, jak zorganizowana grupa ludzi dysponujących pewnym kapitałem kulturowym (który pewnie pokrywa się z przynajmniej przeciętnym statusem materialnym) jest w stanie wpływać na politykę samorządu lokalnego, np. w sferze edukacji. A jednak nawet oni przyznają, że działalność, którą prowadzą, przypomina bardziej „gaszenie pożarów”, czyli jest formą reakcji na lokalne i systemowe czynniki wymuszające opór społeczny. Zarówno w przypadku stowarzyszeń oświatowych, jak i w sytuacji grup sprzeciwiających się budowie kolei dużych prędkości w swojej okolicy, aktywność obywatelska jest reakcją na doznawane zło. W tym sensie można przyznać rację „ojcom założycielom” klasycznego liberalizmu: wspólne dobro, ale także walka różnych grup interesu, rodzi się wówczas, gdy „suma egoizmów” łączy ludzi w ruchy (lokalnego) sprzeciwu.
Gdzieś na przecięciu „świata lokalnego” i „struktur makro” umiejscowione są terenowe i zakładowe struktury związków zawodowych, a także poszczególne grupy pracowników bardziej wrażliwych na politykę (a)społeczną państwa, jak pielęgniarki. Tutaj częściej istnieje możliwość uzyskania wsparcia, ze strony branżowych instytucji czy wymiaru sprawiedliwości; większe są także możliwości skutecznego wywierania presji za pośrednictwem ogólnokrajowych mediów głównego nurtu, dzięki wyrazistszej w nich obecności. Nie zawsze to działa, ale stwarza aktywności publicznej dodatkowe perspektywy, tym bardziej że nieco liczniejsze grupy zawodowe oraz struktury związkowe wciąż stanowią dla klasy politycznej punkt odniesienia, nawet jeśli ma to charakter koniunkturalny.
Nie da się ukryć, że mniejsze, pozaparlamentarne ugrupowania o różnych odcieniach lewicowości będą zainteresowane bliższym poznaniem środowisk związkowych/pracowniczych i uzyskaniem ich sympatii, szczególnie teraz, po Ogólnopolskich Dniach Protestu. Wielką niewiadomą stanowi jednak to – a przynajmniej trudno było wysnuć jednoznaczne wnioski z festiwalowej debaty eksperckiej – czy same związki są zdolne zarówno do długofalowej współpracy, jak i do rozbudowy zaplecza intelektualnego i medialnego. Tu zresztą warto zauważyć, że dyskusja o służbie zdrowia w pełni potwierdziła podejrzenia, że również w obrębie instytucji publicznych nie prowadzi się żadnej przemyślanej polityki społecznej – chyba że uznać za nią politykę dewastacji państwa przez klasę rządzącą.
W ubiegłym roku po Festiwalu zwracałem uwagę przede wszystkim na jego obywatelski charakter. Tym razem położyłem nacisk na kwestię powiązań między systemowymi a lokalnymi uwarunkowaniami działalności na rzecz bardziej egalitarnego, sprawiedliwego i przyjaznego ludziom społeczeństwa i państwa. Jednak w znacznej mierze tegoroczna myśl przewodnia nawiązuje do ubiegłorocznej, gdy hasłem wywoławczym było „Odzyskajmy demokrację!”. Bo przecież trwa także walka o kształt polskiej demokracji. Nie jako pustego słowa, z którego szydzą zarówno oligarchowie, jak i co bardziej autorytarni prawicowcy. Trwa walka o demokrację, w której będzie liczył się człowiek, jego wspólnota, a także jego sumienie i jego prawo do wolności od wszechwładzy polityków i pieniądza. I nawet jeśli jest to batalia, w której „cel jest niczym, ruch wszystkim”, także ma ona sens. Na Festiwalu Obywatela widziałem ludzi, którzy w to wierzą i dlatego uczestniczą w obywatelskiej „wojnie partyzanckiej”, toczonej zarówno w obrębie systemu III RP, jak i poza nim.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 7 września 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko, kultura zaangażowana
Jego bohaterem jest robotnik stoczniowy o nazwisku Ufnal, „zwykły robol” wedle pewnej nomenklatury. Wegetuje wraz z rodziną, łatwo nim manipulować, gdyż jest podatny na propagandę, myśli i mówi nowomową, którą traktuje jako coś naturalnego, w co się wżył, czego jest poślednią częścią.
O sobie mówi:
Nie mogę narzekać. Zbudowany jestem w wysokim stopniu topornie, jako narzędzie pracy jestem wydajny i mam szerokie zastosowanie. Jako prawdomówca dodaję od razu, że po wypadku, jakim mnie niedobry los pokarał w pierwszych dniach pracy w stoczni sławnej imieniem W. Lenina w charakterze rdzacza, moja prawa strona jest bardziej wydajna niż druga. Co przy porównaniu z pracownikami, których przy tym samym wypadku zwęgliło bez reszty, był czysty śmiech. Owszem, daje znać o sobie rwaniem czy sztywnieniem albo nawet opuchnięciem przetrąconej nogi, tak że muszę dawać jej odsapnąć, ale dzieje się to tylko po jakichś dwudziestu, dwudziestu sześciu godzinach nieprzerwanych prac ukończeniowych. Kiedy to za pośrednictwem czynu rzucamy całemu światu bezlitosne wyzwanie.
Teraz, kiedy już jestem urządzony z rodziną w wozie o byłym zastosowaniu cyrkowym, muszę się zgodzić, że przechodziłem koleje losu. W poprzedniej działalności rolniczo-hodowlanej, jako osoba pozbawiona partyjności, padałem ofiarą nieludzkich stosunków i wyzysku ze strony tłumiciela i dławiciela księgowego, przynależnego z prezesem do kliki zmownej, który do tego drastycznie obchodził się z moją żoną, tak że aż musiała zemrzeć, żeby się od niej odczepił.
Nie będę tu szczegółowo opisywał kolei losu Ufnala, który m.in. staje się mimowolnym kapusiem, gdy obiecują mu mieszkanie w bloku zamiast barakowozu, a później z tym zrywa; grożą mu sankcje, łącznie z utratą pracy. Na utrzymaniu ma dwójkę dzieci i starych rodziców. Jest świadkiem podpisania porozumień sierpniowych. Na koniec relacjonuje:
Okularnica, niedużo widząc przez zalane łzami okulary, ucieszyła się, że jestem, a nawet pocałowała mnie w policzek, tak że aż opuściłem od zadawnionego wstydu głowę. Ale ona mnie tylko pogłaskała ze słowami: – Nic się, synku, nie przejmuj.
/…/ Wolno wylałem się na ulicę przez bramę, koło której kręciła się już regularna straż przemysłowa. Dookoła huczała szczęśliwie ulica, a ja szedłem zatopiony w myślach, aż koło mnie raz i drugi zatrąbił samochód Fiat Polski. Patrzę, a ze środka wychyla się, machając do mnie zaciśniętą chyba na znak solidarności pięścią, Przełożony Wysokiego Towarzysza. /…/
Dalej to już trudno opisać, w każdym razie z naszego odpucowanego i przybranego zieloną trawą na kolor nadziei wozu wysypała się rodzina – trzylatek, pięciolatek, matka, do tego stopnia, że nawet wylazł dziadek i ojciec wychylił się z głową. Matka gotowała rzepę na obiad i żałowała, że nie ustawiła się po chleb, ale i tak ze wzruszenia nikt by na pewno nic nie zjadł. A ja wyciągnąłem się najpierw wygodnie na skrzyni w otoczeniu najbliższych, myśląc że po pierwsze, w szerokim planie nie można całkiem na pewno wykluczyć, że rząd dotrzyma tego, co podpisał, że w tym roku to już na pewno będzie czym w mrozy palić, dostanę nie cztery, nie pięć, ale najmniej siedem drewnianych skrzynek, a w ogóle do zimy jeszcze daleko, zresztą, kto wie, może mieć łagodny przebieg.
Następnie poszedłem na miejsce, gdzie była pochowana kicia, a potem już osobiście na grób półtoraroczniaka, gdzie najpierw pomodliłem się żarliwie, dodając: – Widzisz, synku, teraz to już chyba jakoś pójdzie.
Dziś Ufnal powinien mieć około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat. Nie wiadomo, co działo się z nim w stanie wojennym i później; czy spotykał się w pracy z Okularnicą, która musiała dopracować do emerytury, czy widywał ją później. Czy i jemu po latach, jak jej, brakowało na leki. A może nie wytrzymał, zaczął pić, z barakowozu przeniósł się żebrać na ulicę i zmarł gdzieś tam, na jakimś dworcu kolejowym, we Wrzeszczu może, może w Gdyni lub Gdańsku, albo skończył w przytulisku dla bezdomnych, na przykład w Przegalinie. A może wprost przeciwnie, powodzi mu się teraz całkiem nieźle; może, choć schorowany, z pogodnym sercem prowadzi wnuki na spacery i tęskni za robotą w stoczni, za robotą w charakterze rdzacza. I może nawet, jak mu się zbierze na narzekanie, gada że za komuny było lepiej. Albo zaciął się w sobie, nic już nie mówi, pogrążony w myślach chodzi na groby i starymi palcami, ledwo się schylając w bólu, zapala tanie znicze. Nie wiem też, za kim lub przeciw komu jest i co sądzi o Henryce Krzywonos, a co o Wąsaczu, kryptonim „Bolek”, co o doradcach, o stanie stoczni. Nieważne to zresztą, mało ważne. Kogo obchodzi jakiś tam Ufnal.
Opowiadanie Głowackiego ukazało się w PRL w drugim obiegu. Powstało m.in. na podstawie niezrealizowanej noweli filmowej, którą autor napisał wespół z Michałem Mońko. Przeczytałem je po raz pierwszy – zadziwiony, spod czyjego wyszło pióra – chyba w 1997 r., gdy nakładem „Świata Książki” wydano zbiór opowiadań Głowackiego „Rose Café i inne opowieści”.
Dziś jest świetna okazja, by sobie ten tekst przypomnieć. Na naszym rynku wydawniczym ukazuje się właśnie Kanon Literatury Podziemnej: w 20. rocznicę historycznej daty 1989 Oficyna Wydawnicza Volumen i wydawnictwo Bellona we współpracy z Europejskim Centrum Solidarności, Narodowym Centrum Kultury, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Stowarzyszeniem Pokolenie przedstawiają kolekcję książek nazwaną Kanonem Literatury Podziemnej. Celem przedsięwzięcia jest pokazanie wielkiego wkładu podziemnego ruchu wydawniczego w polską kulturę – utrwalenie w świadomości współczesnego pokolenia obrazu tzw. drugiego obiegu wydawniczego lat 1976-1989 jako przestrzeni, w której działali najlepsi z najlepszych pisarze, poeci, dziennikarze. Lista książek jest tak dobrana, aby obraz ten był obrazem wolnej wspólnoty poszukiwań i sporów, swobodnej umysłowo i zróżnicowanej estetycznie, aby zawierał i reprezentował wszystkie lub prawie wszystkie główne gatunki literackie, aby pokazywał wielkie bogactwo duchowe pozaoficjalnego życia tamtej epoki. Za kryterium formalne wydawcy przyjęli fakt pierwszego wydania dzieła w drugim obiegu; czyli na Kanon składają się książki wybrane spośród tych, które w drugim obiegu miały swoją premierę, które nieprędko ujrzałyby światło dzienne albo i wcale, a być może nie zostałyby napisane, gdyby nie powstała fenomenalna przestrzeń wolnego słowa, jaką stworzył niezależny ruch wydawniczy – zjawisko niespotykane na skalę światową. Komunistyczna reglamentacja obowiązywała nie tylko w sklepach spożywczych, ale i w księgarniach. Niektóre produkty literackie były po prostu nie do kupienia. Dodam, że na publikację książek w tej serii nie zgodzili się wdowa po Zbigniewie Herbercie i Adam Michnik. A cały wykaz publikacji znajdziecie tutaj.
Nie idzie mi jednak przede wszystkim o literaturę. Opowiadanie Głowackiego raz jeszcze pozwala sobie uświadomić, sprzeciwem wobec jakiego syfu była „Solidarność”. Warto, żeby o tym pamiętali i co bardziej naiwni lewacy oraz sympatycy „komunistycznego patrioty”: dlaczego, w czyim imieniu, w reakcji na co ludzie zbuntowali się. Dlaczego wybuchały strajki, rozruchy, dlaczego dochodziło do masowych wystąpień na ulicach. Skąd brały się czołgi i zabici. Skąd pytanie: „za czym kolejka ta stoi?”. Czego chcieli ludzie: poszanowania swojej pracy, uznania godności, normalnych słów, oraz – cóż w tym złego? – poprawy warunków bytu. I chcieli też tego banalnego „lepszego jutra”, jeśli już nie dla siebie, to dla swoich dzieci.
I dlatego jest mi dziś wstyd, gdy obserwuję swary wokół „Solidarności”. Gdy widzę jej ludzi, obrosłych władzą i wpływami, którzy upodobnili się do Przełożonego Wysokiego Towarzysza i mają dziś pięść zaciśniętą (na znak solidarności, oczywiście). I patrząc na Was teraz myślę ze smutkiem, chyba podobnie jak myśleli przed trzydziestu laty moi Rodzice, patrząc na ludzi tamtej władzy: kim Wy właściwie jesteście? Co z Was za ludzie?
Wy jesteście Moc, która znów okrzepła? Co się z Wami stało? Kim Wy jesteście, do cholery?
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 12 sierpnia 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Niezwykłe, że choć tak często porządek świata stoi na przemocy i ucisku, o treści cywilizacji stanowi jednak opór wobec nich, a zwycięstwo dobra rodzi się z „siły bezsilnych”.
Dziś także zacznę garścią cytatów.
W pierwszym tomie „Rzeczy minionych i rozmyślań” Aleksander Hercen wspomina: Pewien młody oficer opowiadał mi, że wysłano go w 1831 roku, by znalazł i ujął jakiegoś polskiego ziemianina, który ukrywał się w pobliżu swego majątku i był podejrzany o stosunki z emisariuszami. Po zebraniu informacji oficer udał się na miejsce, gdzie ukrywał się ziemianin; zjawił się tam z oddziałem, otoczył dom i wszedł do niego z dwoma żandarmami. Dom był pusty: przeszli przez wszystkie pokoje, poszperali – nie było nigdzie nikogo, a tymczasem niektóre drobiazgi wyraźnie świadczyły o tym, że w domu niedawno znajdowali się mieszkańcy. Pozostawiwszy żandarmów na dole, młody człowiek po raz drugi wszedł na strych; po uważnym obejrzeniu go zauważył niewielkie drzwi, prowadzące do alkierza lub do jakiejś komórki; drzwi były zamknięte od wewnątrz; pchnął je nogą; drzwi się otworzyły i stanęła przed nim piękna, wysoka kobieta; w milczeniu wskazała mu mężczyznę, trzymającego na rękach nieprzytomną dziewczynkę lat około dwunastu. Był to właśnie poszukiwany ziemianin ze swoją rodziną. Oficer się zmieszał. Wysoka kobieta spostrzegła to i zapytała: – „Czy będzie pan tak okrutny i zgubi ich?”. Oficer przepraszał mówiąc zwykłe banały o obowiązku bezwzględnego posłuszeństwa, o powinności i wreszcie zrozpaczony, widząc, że słowa jego absolutnie nie działają, skończył swoją przemowę zapytaniem: – „Więc cóż mam począć?”. Kobieta dumnie spojrzała na niego i rzekła wskazując mu drzwi: – „Zejść na dół i oświadczyć, że tu nikogo nie ma”. – „Jak Boga kocham, nie wiem” – opowiadał oficer – „jak to się stało i co się wówczas ze mną działo, lecz zszedłem ze strychu i kazałem podoficerowi zwołać oddział. Po dwóch godzinach gorliwie szukaliśmy go w innym majątku”.
W swojej „Autobiografii” Gandhi opisuje podróż do Charlestown w Afryce Południowej: …do przedziału wszedł inny pasażer i zaczął mi się bacznie przyglądać. Widział, że jestem „kolorowym”. Najwidoczniej to sąsiedztwo nie odpowiadało mu. Wyszedł z przedziału, by wkrótce wrócić w towarzystwie jednego czy dwóch urzędników kolejowych. Zachowywali się spokojnie, gdy naraz zjawił się jeszcze jeden urzędnik kolejowy i zwrócił się do mnie ze słowami: „Wyjdź stąd, przesiądź się do bagażowego wagonu!”. – „Ależ ja mam bilet pierwszej klasy!” – odpowiedziałem. – „To nie ma znaczenia” – odparł tamten – „powiadam, że masz się przesiąść do bagażowego wagonu!”. – „A ja powiadam, że od Durbanu mam prawo jechać w tym właśnie przedziale i nie mam zamiaru rezygnować z tego prawa!”. – „Nie będziesz jechał w tym przedziale” – obstawał przy swoim urzędnik. – „Masz natychmiast go opuścić, inaczej zawołam policjanta, który cię stąd wyrzuci”. – „Możesz to zrobić, ale dobrowolnie nie wyjdę stąd”. Wkrótce zjawił się policjant. Wziął mnie za rękę i wypchnął z przedziału. Wyrzucono z niego również mój bagaż. Odmówiłem udania się do innego wagonu. Po chwili pociąg ruszył w dalszą drogę. Poszedłem do poczekalni na dworcu, zabierając ze sobą ręczną walizkę i zostawiając bagaż tam, gdzie go rzucono. Władze kolejowe zaopiekowały się nim. Była to zima, a w górzystych prowincjach Południowej Afryki zazwyczaj o tej porze panują dotkliwe mrozy. Maritzburg był położony dość wysoko i mróz był duży. Mój płaszcz znajdował się wśród bagażu, nie miałem jednak odwagi zapytać o niego w obawie, że znów zostanę zelżony – siedziałem więc i dygotałem z zimna. /…/ Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak mam postąpić: walczyć o swoje prawa czy też raczej wrócić do Indii, a może udać się w dalszą podróż do Pretorii, nie robiąc sobie nic z doznanych obelg? /…/ Przykrości jakie na mnie spadły, były czymś ubocznym i świadczyły jedynie o ciężkiej chorobie przesądów rasowych. Moim obowiązkiem – myślałem w duchu – jest starać się w miarę swoich sił wyrwać korzenie tej choroby i ponosić przykre konsekwencje, jakie pociąga za sobą uzdrowienie z niej świata. Trzeba się temu przeciwstawić i jedynie zastanowić nad zakresem, jaki powinna objąć walka o zwalczanie tego przesądu.
1 grudnia 1955 r. Rosa Parks, czarnoskóra krawcowa, która miała wówczas dwadzieścia pięć lat, odmówiła białemu ustąpienia miejsca w autobusie, w Montgomery w stanie Alabama na południu USA. Nazwano ją „matką ruchu walki o prawa obywatelskie”. Martin Luther King rzucił wówczas hasło bojkotu autobusów, będących w posiadaniu tamtej spółki przewozowej. Kilka lat później, opisując ruch protestu 1963 r., pisał w książce „Dlaczego nie możemy czekać”: Dlaczego tysiąc miast zadrżało prawie jednocześnie i dlaczego cały świat – od lśniących stolic po wsie z lepianek – wstrzymał oddech w czasie tych miesięcy? Dlaczego właśnie w tym roku Murzyn amerykański, tak długo ignorowany i skreślany z kart podręczników historii, własnymi stopami wydeptał deklarację wolności na czołówkach gazet, pism i ekranów telewizyjnych? Sarah Turner zamknęła kredens kuchenny i wyszła na ulicę; John Wilkins zamknął windę i zapisał się do armii biernego oporu; Bill Griggs docisnął hamulec ciężarówki i podjechał do krawężnika; ksiądz Artur Jones wyprowadził swoją gromadkę na ulicę i odprawiał nabożeństwo w areszcie. Słowa i czyny parlamentów, mężów stanu, królów i premierów, gwiazd filmowych i atletów zostały zepchnięte z pierwszych stron dzienników, aby zrobić miejsce dla historycznych czynów kierowców, służących, windziarzy i duchownych. Dlaczego w 1963 roku? [pogrubienie – K.W.] /…/ Tradycja religijna Murzyna uczyła go, że bierny opór dawnych chrześcijan stanowił silną broń moralną, która wstrząsnęła imperium rzymskim. Historia Ameryki uczyła go, że bierny opór stosowany w obronie w formie bojkotów i protestów zaszachował monarchię brytyjską i przyczynił się do wyzwolenia kolonii spod niesprawiedliwego panowania. W obecnym stuleciu etyka biernego oporu Mahatmy Gandhiego i jego zwolenników pozwoliła obezwładnić artylerię imperium brytyjskiego w Indii i wyzwolić z kolonializmu ponad trzysta pięćdziesiąt milionów ludzi. Podobnie jak jego poprzednicy, Murzyn gotów był narażać się na ofiary, aby poruszyć sumienie społeczne swojego środowiska i narodu. Zamiast narażać się na ukryte okrucieństwo w tysiącach mrocznych cel i na niezliczonych rogach ciemnych ulic, zmusi swego ciemięzcę do jawnej brutalności – w świetle dnia – na oczach reszty świata. /…/ Nie jest rzeczą prostą przyjąć zasadę, że siła moralna ma taką samą moc i zalety, jak zdolność odparowania ciosu siłą, albo że powstrzymanie się przed odwzajemnieniem ciosu wymaga większej siły woli i odwagi niż automatyczny odruch obronny.
Na kartach „Anny Solidarność” Sławomir Cenckiewicz cytuje wspomnienia Andrzeja Gwiazdy z „Gwiazdozbioru w »Solidarności«”, dotyczące przystąpienia Anny Walentynowicz do Wolnych Związków Zawodowych: Anna Walentynowicz – pracowitość, obowiązkowość, niezłomne zasady. /…/ Ania to była firma – starsza od nas stateczna pani, świetny fachowiec, znana w Stoczni Gdańskiej z wielu poprzednich działań. Pracowała wówczas jako suwnicowa, ale wiele lat była utalentowanym spawaczem. Wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięczała tylko swojej ciężkiej pracy i wytrwałości. Wciąż szukała nowych wyzwań i wiedzieliśmy, że jeśli zaangażuje się w WZZ-y, to zyskamy niezawodnego, kompetentnego działacza.
Są to opowieści z różnych epok, miejsc, dotyczące przeróżnych ludzi i wydarzeń. Jest jednak kilka rzeczy, ważkich kwestii, które je łączą. Nicią przewodnią jest moralny opór, tematem: bunt wobec opresji – zadekretowanej, strukturalnej, często głęboko zakorzenionej, wspartej fizyczną i symboliczną przemocą. To opór, który słabych czyni silnymi, skazanym na porażkę daje jednak możliwość ocalenia, a nawet zwycięstwa. Jest to opór heroiczny, a jego bohaterstwo rodzi się stąd, że wcielają go w życie ludzie zwykli, właściwie przeciętni, którzy do stracenia mają wszystko, którym silniejsi mogą nie tylko uczynić życie gehenną, ale – ostatecznie – także je odebrać. A przecież odnajdują siłę i szansę, by to niewiele, co mają, postawić na jedną kartę – i wygrać. Czy jest to czarnoskóra, młoda Amerykanka, która ma odwagę nie wstać z miejsca, z którego ją wyrzucają, czy samotna Polka stająca w obronie mężczyzny, wroga caratu, to przecież te kobiety, którym grozi pobicie, pohańbienie, których racja ma charakter jedynie etyczny, bardzo kruchy wobec ludzi, którzy są dla nich zagrożeniem, zwyciężają. I trudno zaprzeczyć, że to zwycięstwo jest największą rzeczą, jaka może się przydarzyć na świecie.
Trudno jednoznacznie ocenić, co jest ostateczną przyczyną, że takie zwycięstwa są możliwe. Nie jest przecież tak, jak niejednokrotnie przekonywano, że świat sam z siebie zmierza ku moralnemu udoskonaleniu. Owszem, zdarzają się epoki, które z perspektywy czasu uznać można za bardziej etyczne, za bardziej prawe; bywa, że mądre rządy, sprzyjające warunki ekonomiczne, powszechny zmysł moralny, kultura społeczna czynią niektóre narody, państwa czy miejsca na świecie lepszymi, czy jak kto chce – sprawiedliwszymi, szczęśliwszymi. Nie jest to jednak dane na zawsze i nie jest powszechne. Nawet jeśli mówić o współczesnej Europie, która wydaje się miejscem spokojnym, to przecież – od handlu ludźmi, prostytucji nieletnich, korupcji władzy i dominacji nad handlem, społeczeństwami i państwami ze strony korporacji, tych współczesnych, utajonych Imperiów, przez niepokoje społeczne, hipertrofię konsumpcjonizmu, rządy mafii, do niedawna jeszcze obecny na Starym Kontynencie terroryzm, aż po wojny na Bałkanach – porządek etyczny jest czymś nader kruchym, a ład kulturowy sprawą niejasną i dyskusyjną, czymś, co ciągle wymaga odbudowywania, co zmusza do zachowania bacznej uwagi i ostrożności. I ostatecznie, znów wraca pytanie o możliwość tego buntu moralnego i o jego treść. W imię czego jest to bunt, co stanowi zło świata tu i teraz? Jak mu się sprzeciwić i jaką cenę można za to zapłacić?
Coraz częściej, jak pewien refren, słychać dziś myśl, że solidarnościowy bunt był sprzeciwem „roboli, którzy potrafili walczyć jedynie o kiełbasę”. I że na kiełbasie, w gruncie rzeczy, kończyły się żądania mas. Jest to pogląd równie pełen ignorancji, co arogancji. Słychać go często z ust ludzi młodych, o których poglądach społeczno-ekonomicznych nie chcę tu teraz pisać. Opinie takie i oni gdzieś zasłyszeli, myślę, że dawni decydenci, pretorianie i pomagierzy reżimu są z takich przekonań bardzo zadowoleni. Podobnie dzisiejsi menadżerowie firm. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie rzecz istotna. Walka o chleb, czy kiełbasę nie jest niczym zdrożnym, tak jak nie było nic „pomniejszego” w oporze czarnoskórej kobiety przeciw roszczeniu białego, by zeszła mu z drogi, ponieważ jest czarna. Bo człowiek jest istotą fizyczną i etyczną zarazem i te dwie rzeczy ściśle się ze sobą przenikają. Ten, kto walczy o chleb, walczy o godność, bo tym chlebem ma nakarmić swoje dzieci, bo godny zarobek pozwala jego rodzinie żyć w godziwych warunkach, bo pieniądze są sprawiedliwym oddaniem mu tego, co poświęcił, pracując. Ci, co walczyli o „kiełbasę”, co strajkowali i za „kiełbasę” byli prześladowani, bici i mordowani, tą kiełbasą karmili swoich bliskich, ten pokarm dawał im siły, by żyć, by mieć odwagę, by się sprzeciwić. Jeśli ktoś uważa, że etyka nie ma nic wspólnego z „kiełbasą”, czyli całą ludzką przyziemnością, z banałem życia, ten albo nigdy nie zaznał głodu i trudu życia, bądź jest zwykłym głupcem.
I zabawne, jak często przeciw „robolom walczącym o kiełbasę” występują ludzie, których aspiracje i spojrzenie na człowieka są czysto materialne, tyle że z wyższej półki. Ci, co prostytuują się mentalnie, wyzyskują swoich pracowników, intrygują w pracy, byle wygryźć z lepszego stanowiska swoich współpracowników, a wszystko to z czystymi rękoma, w białych kołnierzykach – ile w nich pogardy wobec „roboli” i „kiełbachy”. Bo rzeczywiście: oni walczą o lepsze samochody, egzotyczne wakacje, droższe mieszkania, snobistyczne gadżety, a swoje „wyższe potrzeby materialne”, w których grzęzną nieraz jak świnia w pomyjach, uważają za bardziej subtelne i kulturalne, niż „kiełbasa robola”. Takim ludziom kobieta tej miary co Anna Walentynowicz niegdyś stała solą w oku i dziś byłoby podobnie.
Bo i obecnie sprzeciw moralny słabych wobec silnych, prześladowanych wobec prześladowców – ma podstawę i sens. I ta pogardzana „walka o kiełbachę”, o miejsce w autobusie, przedziale pociągu, czy wreszcie w społeczeństwie, które jest czymś więcej niż zbiorowiskiem konsumujących jednostek – walka przeciw wykluczeniu ma sens. Nie zatraciła znaczenia walka o godne życie własne, bliskich, swojej społeczności; walka o miejsce w przestrzeni publicznej, przeciw skundleniu, przeciw przemożnym koniecznościom, jakie często głoszą ci, którzy sami robią wszystko (choćby przyznając sobie wysokie premie), by im nie podlegać. Wciąż jest czas łagodnej rewolucji. To rewolucja uniwersalna. Jej zwycięstwo jest możliwe. A to już bardzo dużo.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 11 lipca 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Może ile zechce pisać o „Polakach”, „wyborcach”, „narodzie” czy „społeczeństwie”: wzniośle lub szyderczo, sceptycznie lub z entuzjazmem. Może też zdobyć się na konstatację, że w granicach danego państwa żyje całkiem spora grupa ludzi, którym duże kwantyfikatory do niczego nie są potrzebne i obywają się bez zbiorowych hipostaz. Nie utożsamiają się na przykład z politykiem tym czy tamtym, „moralną rewolucją”, IV RP; ani z „rządami trumien”, ani z „rządami miłości”. Zaś z faktu, że są Polakami, niewiele dla nich wynika, poza kilkoma mniej lub bardziej uciążliwymi obowiązkami, czy praktycznymi umiejętnościami (zdolność czytania z pewnym zrozumieniem w języku polskim, obsługiwanie polskojęzycznego panelu telefonu komórkowego, iPhone’a, komputera i bankomatu). Może też być tak, że bardziej niż sprawy doniosłe, albo aktualne wydarzenia okołopartyjne, interesuje ich pożycie małżeńskie sąsiadów, kolejny sezon modnego serialu i stan konta. I przede wszystkim to ostatnie różnicuje ich społecznie: co do sposobu spędzania wolnego czasu, mobilności, dostępu do dóbr luksusowych, prywatnej służby zdrowia i znajomości różnych przyjemnych miejsc na świecie i w najbliższej okolicy. W starych powieściach, które niesłusznie zostały zapomniane, gdyż są bardziej trzeźwe niż wiele ze współczesnej, „krytycznej społecznie” czy obrazoburczej literatury, często jednym z istotnych elementów charakterystyki był roczny dochód bohatera czy bohaterki, uciułana sumka, wielkość posagu lub długi, własne lub odziedziczone po lekkomyślnych przodkach. Ba, zaryzykuję stwierdzenie, że jedną z rozsądniejszych scen w polskiej literaturze jest ta, w której Wokulski taksuje okiem kupca ubiór panny Łęckiej.
O czym przekonuje powyższy akapit? Dla publicysty wiedza ta może być tyle smutna, co pocieszająca: istnieje sporo ludzi, których nic nie interesują duże kwantyfikatory, ani ci, którzy ich używają. Spotkałem całkiem niedawno rodzinę żyjącą całkiem zasobnie, u siebie, a przede wszystkim bez długów (co w dzisiejszych czasach jest i oznaką szczęścia, a też sporej roztropności), w której głowa rodziny i jej szyja nie wiedziały, kto zacz Jan Pospieszalski. No nie wiedziały, i cóż? Ta niewiedza nie czyniła ich nieszczęśliwymi. Podejrzewam, że gdybym dalej drążył pewne zagadnienia z medialnego (pół)światka, ich ignorancja okazałaby się jeszcze większa. Mogłoby wyjść na jaw, że nie wiedzą, kto to Walter, Solorz, Pacewicz, Gugała, Paradowska, Żakowski, Sierakowski; że nie odróżniają Kolendy-Zalewskiej od Kluzik-Rostkowskiej, a nawet nie mają pojęcia o ich istnieniu. Bo te szanowne osoby niewiele wiedziały też o samej polityce, zaś co do Kościoła, którego jesteśmy członkami (spotkanie odbyło się na gruncie „uroczystości religijnej”) miały przynajmniej tę pewność, że Jan Paweł II nie żyje. Natomiast, sądząc z pouczającej rozmowy, są w stanie świetnie ocenić możliwości kredytowe własne i sąsiadów, wiedzą, ile kosztują wakacje w Egipcie i bilet lotniczy na Antypody itp. Ich mądrość życiowa i zaradność, podkreślam, nie jest mała. Rzecz w tym, powtórzę, że są sprawy na ziemi i w niebie, których wartość jest dla nich znikoma. Wartość i skuteczność polityki oceniają zaś na podstawie cech charakterologicznych, sposobu bycia i statusu majątkowego bodaj znajomego wójta, którego mają, owszem, za porządnego człowieka. Choć i on świnia.
Wnioski z tego każdy może wyciągnąć samodzielnie. Mnie takie spotkania uczą pogodnej ironii i pożytecznego dla umysłu i stanu ducha sarkazmu. Nasz nieprawdopodobnie zadufany w sobie, wzdęty histerią czy egzaltacją, pompatycznymi larum i plemiennymi lojalnościami publicystyczny mond uważa, że stanowi pępek świata. Dyskutuje się w nim o Polakach, Polaków bierze pod mędrca szkiełko i oko, znęca się nad nimi, nad społeczeństwem, umęczonym narodem, albo społeczeństwem wyzwolonym. Okłada się tego Polaka wzniosłościami, traktuje narracjami i dyskursami. Od święta pokazuje mu się w telewizji publicznej „Krzyżaków” i „Trylogię”, żeby sobie swoją polskość jakoś lepiej przyswoił. Robi się z niego wspólnotę, wciska mu się misję dziejową, czyni z niego szlachetny lud (albo ciemny motłoch), gdy to z jaką korzyścią dla tej czy innej efektownej tezy lub politycznego interesu. Obiecuje mu się zniżki dla studentów, więcej solidarności bądź wyzwolenie przedsiębiorczości; „normalność” lub „moralną rewolucję”. Przypomina się ludowi, że jest katolicki, albo żeśmy Europejczykami. Ech, ile mądrych rzeczy wiedziałby o sobie ten lud, gdyby więcej czytał! Ale to mu już raczej nie grozi. O to naprawdę nieźle dbają specjaliści od dużego kwantyfikatora.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 15 czerwca 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Na początek garść cytatów.
Andrzej Walicki, „Łagowskiego zmagania z PRL” (2008): „(…) antykomunizm »Solidarności« okazuje się w gruncie rzeczy protestem przeciwko zdradzie komunizmu przez władze państwowe. Tym samym upaść musi mit »Solidarności« jako fundamentu nowej, niekomunistycznej Polski. Robotnicza »Solidarność« (którą odróżnić należy od jej inteligenckich doradców) okazuje się nie początkiem kapitalistycznej Polski, w której żyjemy, lecz raczej tragicznym zakończeniem historii PRL. »Solidarność« należy do tej historii jako klasyczna próba powrotu do źródeł – buntu robotników przeciwko realnie istniejącemu państwu w imię obietnic danych klasie robotniczej w oficjalnej ideologii tegoż państwa”.
Jarosław Kaczyński w rozmowie z Teresą Torańską, z wywiadów zebranych w „My” (1994): „Nawet gdybym nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiałbym tutaj rządzić, to bym z »Solidarnością« jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało. Ponieważ ten monstrualny ruch, ze względu na swój charakter i konstrukcję także organizacyjną, do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu, oraz był z samego założenia, w swoich intencjach, ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nieprzystający do gospodarki wolnorynkowej. (…) Zapewniam cię, że gdyby w 1989 r. »Solidarność« miała siłę z 1981 r. to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”.
Robert Kuraszkiewicz, „Polityka nowoczesnego patriotyzmu” (2010): „Realne uporządkowanie polskiej polityki według osi »Solidarność« – Sojusz Lewicy Demokratycznej sprawiło, że nie wykształciły się silne obozy społeczno-polityczne, które byłyby odzwierciedleniem sympatii ideowych polskiego społeczeństwa. Mimo licznych prób, żadne z ugrupowań prawicowych nie potrafiło zbudować długofalowego programu i zaplecza społecznego dla własnej polityki. W krytycznym momencie jedynym punktem odniesienia dającym nadzieję na wygraną było odwołanie do »Solidarności«. W ten sposób dopracowaliśmy się oryginalnego na skalę światową ugrupowania prawicowego, którego przywódcami de facto byli działacze związkowi. Nie udało się również zbudować żadnego ugrupowania polskiej lewicy, która przecież dysponowała wielkim demokratycznym i patriotycznym dziedzictwem. Dopiero upadek paradygmatu »Solidarności« w wyniku kompromitacji rządów AWS, a następnie radykalne osłabnięcie formacji postkomunistycznej stworzyło przestrzeń dla porządkowania polskiej polityki według podziałów społeczno-ideowych. Nie bez znaczenia był również upływ czasu, który zdezaktualizował wiele niedawno jeszcze gorących sporów. Dzisiaj z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że »Solidarność« nie będzie już w przyszłości wyznacznikiem prawicowości. A prawica będzie musiała odnaleźć nowy sztandar”.
Paweł Rojek, „Semiotyka Solidarności. Analiza dyskursów PZPR i NSZZ Solidarność w 1981 roku” (2009): „Spór o Solidarność ma ogromne konsekwencje polityczne i tożsamościowe. Jeśli ten ruch – jak sugerują zwolennicy »o odzwierciedleniu«– miał rzeczywiście totalitarny charakter, to odwołanie się do niego na scenie politycznej może dziś budzić tylko niepokój, a pamięć o jego bohaterach jest w nowoczesnym społeczeństwie zbędnym balastem. Solidarnościowy »styropian« jest bowiem wart tyle samo, co partyjny »beton«. przekonanie, rozpowszechnione w latach dziewięćdziesiątych wśród elit postkomunistycznych i częściowo postsolidarnościowych, przesądziło przypuszczalnie o tym, że wpływ idei Solidarności na ustrój polityczny III Rzeczypospolitej był znikomy, a za prawdziwy początek nowego porządku uznaje się rok 1989, a nie 1980.(…) [Jeśli jednak] idee ruchu nie są wytworem sowieckiego panowania, myślenia totalitarnego i kolektywizmu, to mogą znaleźć miejsce także w społeczeństwie demokratycznym. Co więcej, wydaje się, że nadają się one do roli fundamentu wspólnoty politycznej o wiele bardziej niż niektóre idee promowane po 1989 roku”.
Powyższe wypowiedzi ukazują wieloaspektowość i niejednoznaczność bilansu „Solidarności”. Andrzej Walicki, konserwatysta, liberał, źle jednak widziany przez wiele środowisk prawicy, jest obok Bronisława Łagowskiego reprezentantem chyba najbardziej krytycznego sposobu oceny tego ruchu. „Komunizm »Solidarności«” to właściwie obelga w ustach autora „Marksizmu i skoku do królestwa wolności”. Bardziej frapująca wydaje się być opinia Jarosława Kaczyńskiego. Mocna teza, przedstawiona w rozmowie z Teresą Torańską u zarania III RP pokazuje, jak szybko część postsolidarnościowych elit potraktowało „Solidarność” jako rzecz zaprzeszłą. Kaczyński stwierdza bez ogródek: „Solidarność” była niepluralistyczna (mocno kontrowersyjna teza), a w wymiarze gospodarczym antywolnościowa, czyli z perspektywy konserwatywno-liberalnej nieetyczna. Ten pogląd też jest zresztą dyskusyjny. Można jednak przyjąć, że – tak różni od siebie – Walicki i Kaczyński przedstawili w swoich wypowiedziach pewien obiegowy, nieźle zakorzeniony pogląd na ruch, który stał się zarzewiem zmiany systemowej i źródłem etosu sporej części współczesnych polskich elit.
Jednak najbardziej interesujące wydaje się zrozumienie i ewentualne sfalsyfikowanie tezy Roberta Kuraszkiewicza. Oto potrzebny jest nowy paradygmat polityczny, gdyż wyczerpał się ten ufundowany na sporze postsolidarność-postkomunizm. Jest to, zdaniem autora „Polityki…” spór, który wyczerpał swoją żywotność, konflikt w dzisiejszych realiach nieefektywny i anachroniczny. Dlaczego? Ponieważ nie przynosi żadnej realnej wizji nowoczesnej polskiej polityki, nie można na nim zbudować odpowiedniej dla współczesnej Polski bazy, odzwierciedlającej faktyczne problemy ekonomiczne, ustrojowe. Polityczny koniec AWS , kompromitacja i wycieńczenie SLD, obecna hegemonia PO i PiS miałyby zamknąć „postsolidarnościowy” rozdział w dziejach III RP. Kres „Solidarności”, przynajmniej w jej wymiarze najbardziej pragmatycznym, powiązanym z historią zmierzchu PRL i nastania III RP, ma stać się szansą dla nowego opisu, bardziej przystającego do realiów i funkcjonowania podmiotów politycznych na arenie państwa. „Solidarność” jest passé. Więcej: solidarnościowy paradygmat jest szkodliwy, ponieważ uniemożliwia wyjście poza dyktaturę post-polityki, mediokracji, sporów, którym kształt nadają sztaby specjalistów od marketingu politycznego, które same w sobie nie służą rozwiązywaniu rodzimych bolączek, a jedynie ich maskowaniu.
Istnieje jednak pewien szkopuł co do możliwości zdetronizowania owego paradygmatu. Wiąże się on zarówno z kwestią post-polityki, jak i z pytaniem o dziedzictwo „Solidarności”, które w opinii najmłodszego z cytowanych tu autorów, Pawła Rojka, redaktora krakowskich, konserwatywnych „Pressji”, ma w sobie wciąż niezbadany i niezaktualizowany potencjał. I jeszcze jedno: Robert Kuraszkiewicz pisał swoją książkę jesienią 2009 r., nie mógł zatem wiedzieć o tym, co stanie się 10 kwietnia 2010 r. Nie mógł także wiedzieć, że po tej dacie powstanie film, który na nowo, z całą świadomością rzeczy nawiąże do mitu „Solidarności”. I bynajmniej nie tylko w warstwie etycznej, ideowej, tożsamościowej, ale w powiązaniu z nimi stanie się narzędziem politycznym. Już nie AWS Krzaklewskiego, ale „Solidarni 2010” i mowa Janusza Śniadka w katedrze na Wawelu pozwolą wrócić do łask słowu „Solidarność”. Bo jego wymiar utylitarny jest nikły, ale symboliczny – przeogromny. Zwekslowana politycznie „Solidarność” kompromitowała się w historii III RP niejednokrotnie. Zdaniem niektórych, stało się to już w momencie podjęcia rozmów przy Okrągłym Stole. Ale jako mit pozostaje nienaruszalna i uniwersalna, a także, w jakiejś mierze, amorficzna, gotowa przyjąć niemal każdą treść, która da się zinterpretować w jej kluczu.
Ale i tu pojawia się kłopot. Mit „Solidarności” jest właściwie bezbronny: ten, kto uzna się za jego depozytariusza, może próbować go sobie przywłaszczyć. Film „Solidarni 2010”, niezależnie od jego oceny, stał się okazją do jego przejęcia. Z jednej strony buduje wrażenie dzieła opowiadającego o „przebudzeniu narodu”, z drugiej – został szybko wykorzystany na potrzeby bieżącego sporu politycznego i toczącej się kampanii wyborczej. Z jednej strony jest dokumentem, z drugiej sztandarem, na którym przyszyto logo Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego istnieje obawa, że poza politycznym odcięciem kuponów z mitu „Solidarności” znów nic trwałego (poza samym mitem) nie pozostanie. Z prostej przyczyny: w wymiarze społecznym myśl „Solidarności” może być poddana dowolnym interpretacjom. Nic też dziwnego, że zapytany o „Polskę Solidarną” Jarosław Kaczyński odpowiedział m.in.: „To, co w ostatnich tygodniach zobaczyliśmy na ulicach Warszawy i innych polskich miast to jest powrót do tego nastroju, jaki ja i moje pokolenie pamiętamy sprzed trzydziestu lat, z czasów Sierpnia ’80. Nastroju, który pozwalał na połączenie rzeczy wydawałoby się niepołączalnych. My dzisiaj często o tym zapominamy. Patrzymy na tamte wydarzenia przez perspektywę stanu wojennego i 13 grudnia. Proszę pamiętać, że ruch Solidarności był ruchem bardzo wielu ludzi. Było tam milion członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Kiedy razem z Janem Olszewskim zakładaliśmy punkt konsultacyjny na ulicy Bednarskiej w Warszawie, to bardzo duża część tego tłumu, który zaczął tam wtedy walić, to byli członkowie PZPR. A tam się działy rzeczy, które wydawały się wcześniej niesłychanie trudne. Ja KOR-owiec, Jan Olszewski ze starej opozycji, a tam były grupy, które przyjeżdżały z jakiejś fabryki i mówiły: my wszyscy jesteśmy z PZPR!”. Warto zwrócić uwagę, że w 1994 r. Jarosław Kaczyński opisywał „Solidarność” jako „źle tolerującą jakikolwiek pluralizm”, zaś po katastrofie smoleńskiej koncyliacyjnie wspomniał o niej jako o ruchu łączącym bardzo różnych ludzi! Ale właściwie czym jest dla niego „Polska Solidarna”, w wymiarze społeczno-gospodarczym? Na to odpowiedź nie pada. Czy zatem „Solidarność” znaczy to, co o niej mówią, nie zaś to, czym była? Możliwe. O treści współdecydują interpretatorzy, jedyne, co można zrobić, to oddzielać opisy prawdopodobne od fałszywych.
Czy zatem mit „Solidarności” jest skończony? Czy, jak chciałby tego Kuraszkiewicz, da się zbudować nowy paradygmat polityczny „poza »Solidarnością«”? Zresztą, jak się zdaje, dla niego samego, uczestnika Ruchu Młodej Polski, jak zapewne i dla wielu dzisiejszych „młodocianych dinozaurów” opozycji z Konfederacji Polski Niepodległej, „Wolności i Pokoju”, Solidarności Walczącej itp. inicjatyw ta głównonurtowa „Solidarność” była raczej macochą, niż matką. Dlatego spór o rolę i miejsce „Solidarności” jest wciąż sporem tożsamościowym. Bądź co bądź nie tylko dla części konserwatywnych liberałów „Solidarność” jest czymś biograficznie i mentalnie obcym, traktowanym przynajmniej z dezynwolturą, jeśli nie z resentymentem. Ale i najzagorzalsi piewcy wolnego rynku są czasem zmuszeni, jak było widać po 10 kwietnia, oddać jej (zdawkowy) hołd i przypomnieć sobie nawet to, że obok terminu „wolny rynek” istnieje choćby słowo „państwo”. Nie brzmiało to w ich ustach wiarygodnie, ale cóż – hipokryzja też bywa hołdem, jaki neoliberalizm oddaje idei solidaryzmu i państwowości.
Dla wielu mit „Solidarności” wiąże się z poczuciem jego wyczerpania i kompromitacji. Znamienny jest sposób, w jaki „solidarną Polskę” Akcji Wyborczej „Solidarność” w ubiegłym roku opisywał Remigiusz Okraska w felietonie „Co się stało z waszą klasą”: „[Pamiętam] tych cynicznych łotrów [z AWS], którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. (…) Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…”.
Takie opisy jak powyższy każą się zastanowić, czy faktycznie nie byłoby lepiej, gdyby nasza klasa polityczna, na czele z jej postsolidarnościową, prawicową wierchuszką, zapomniała słowo „Solidarność” i przestała udawać kogoś, kim dawno nie jest. Uderzający w tej materii jest brak złudzeń Ryszarda Bugaja, który w rozmowie z redaktorami „Europy” i Ludwikiem Dornem na temat Lecha Kaczyńskiego przypomina przekonania tragicznie zmarłego Prezydenta: „To były poglądy próbujące jakoś przezwyciężać sprzeczność pomiędzy polityczną prawicą i społeczną lewicą. Tak jak to przezwyciężała pierwsza »Solidarność«. To była niechęć do wielkich nierówności i odrzucenie reguł społecznych akceptujących »wyścig szczurów«. To było przekonanie, że społeczna solidarność może być urzeczywistniona i da się wpisać w program modernizacji kraju. Czy pójdziemy w kierunku takiej interpretacji? Są poważne powody, by sądzić, że nie. Spuścizna po Lechu Kaczyńskim będzie bowiem definiowana przez najbliższe wybory. Zostanie zinterpretowana przez Jarosława Kaczyńskiego. A myślę, że Jarosław wszedł w takie polityczne buty, że on już na serio do solidarystycznego przesłania Lecha Kaczyńskiego powrócić nie może, nie może wyjść z interpretacji bardziej dostosowanej do społecznej i ideowej tożsamości tej polskiej prawicy, którą on dziś reprezentuje. Ubolewam, ale jestem przekonany, że PiS poważnie do projektu Polski Solidarnej nie powróci”. Jeśli Bugaj ma rację, tym mniej przyjemny będzie dzień wyborów prezydenckich dla tych ludzi lewicy, którzy zdecydują się oddać głos na Jarosława Kaczyńskiego. Ale już teraz lepiej pozbyć się złudzeń, że w drugiej turze będzie się ewentualnie wybierać coś więcej, niż „mniejsze zło”. Bo szorstka jest przyjaźń społecznej lewicy z „solidarnymi kołnierzykami 2010”…
U kresu tej historii kryje się ni to radosna, ni smutna konstatacja, że właściwie „paradygmat Solidarności” w tej odsłonie, jaką znamy, a którego dobrodziejstw zakosztowało wielu Polaków np. w czasach AWS, faktycznie mógłby się skończyć. Jednak, jeśli przyjąć za dobrą monetę tezy Pawła Rojka z „Semiotyki Solidarności”, jej rola się nie skończyła. Etos „Solidarności” jest wciąż etosem antysystemowym, etycznym, egalitarnym, pluralistycznym, wspólnotowym, ale i wolnościowym. Nie można go wykorzenić z polskiej tożsamości i samowiedzy. Wyczerpuje się jedynie jego polityczny, z reguły cynicznie i krótkowzrocznie wykorzystywany aspekt; pozostaje wciąż treść, choć maski i przebrania polityczne nadają się już jedynie do lamusa. Im mniej różnej maści konserwatywni liberałowie, pobożni czy bezbożni, bogoojczyźniani czy korporacyjni będą dziś mówić o „Solidarności”, tym dla niej lepiej. Historia jest cierpliwa, idee mają czas.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 17 maja 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Media nie lubią nudy. I nazbyt wielu mądrych słów, poważanych treści. Zakładają – raczej słusznie – że odbiorcy są one niepotrzebne i mogą go znużyć. Media lubią newsa, a news musi być mięsisty. Lubią postacie wyraziste, szokujące. Lubią skandalistów. Media filtrują przekaz, dyskutowany następnie przez tzw. opinię publiczną. Filtrują przekaz i przez sito swoich preferencji przepuszczają postacie, które za tym przekazem stoją.
Polityka, jeśli brać ją serio, musi być cokolwiek nudna. Nudna, bo merytoryczna. Bądź co bądź, aby opowiadać o zagadnieniach życia społecznego, problemach państwa, kwestiach ekonomicznych – potrzeba i czasu, i skupienia, i pewnego zasobu trudnych słów. A konsument niejednokrotnie nie ma ani czasu, ani zdolności skupienia, a i nie każdy ma słowniki pod ręką.
Biorąc pod uwagę polskie wskaźniki czytelnictwa i dobór oraz jakość słownictwa konsumentów pop-medialnego przekazu, konsument unika nie tylko słowników, a pod ręką ma często albo pilota, albo laptopa. I to wystarcza. Czasem, by dać widzowi odczuć, że jest on traktowany poważnie, pokazuje się mu gadającą głowę, która na oczach potakującego i zafrasowanego funkcjonariusza mediów biada nad upadkiem debaty publicznej i nad marną jakością polityki. Po tym rytuale można już spokojnie powrócić do zwyczajowych praktyk: szybko, szybciej, łatwiej, głupiej.
Janusz Palikot jako produkt medialny okazał się strzałem w dziesiątkę. Widz, przyzwyczajony do głupich teleturniejów i skrótowego, uproszczonego przekazu informacji, do wielorybów w Wiśle, wróżek i opowiastek z życia celebrytów rodem z kolorowej prasy „dla kobiet”, szybko polubił pana Janusza. Seks, skandal, obscena: i zobaczył widz, że to jest dobre. Świński ryj, „małpeczki”, akcesoria z sex-shopu, dotąd oglądane na pornosach: świat się śmieje, publika się bawi. Ponoć prezydent jest alkoholikiem! Nie, nie tamten, ten śmieszny, Kaczor. Ktoś się oburza, irytuje, wścieka. Jest pan Janusz, jest impreza. Jest oglądalność, skandal, zaprośmy do studia pana Janusza!
Nic dziwnego. Drenaż umysłów robi swoje. Zresztą, proszę nie sądzić, że pod pręgierzem postawione tu zostają media. Stare przysłowie mówi, że jeśli Pan Bóg chce kogo ukarać, to mu najpierw rozum odbiera. Ale nie trzeba mieszać w to Najwyższego, którego i tak Polacy in gremio traktują trochę jak kogoś od załatwiania ich własnych spraw, z jakimi nie radzą sobie samodzielnie. Można raczej uznać, że postanowiliśmy ukarać się sami. Nie wiem za co, ale jak martyrologia, to martyrologia, na co dzień i od święta. Głupota procentuje: po dwudziestu latach III RP, może z lenistwa, może ze zmęczenia, może z bezradności, może z poczucia, że coraz mniej od nas zależy, a państwo wciąż jest wrogiem i nie stara się przestać nim być, dorobiliśmy się Janusza Palikota. Dorobili się go wyborcy Platformy, ale – co by dużo mówić – jest to przecież towar na eksport, „wunderwaffe” wytworzona na potrzeby pogłębianego przez lata, coraz ostrzejszego, oklepanego sporu między PO a PiS.
Janusz Palikot umarł 10 kwietnia 2010 roku. I jak powiedział, zmartwychwstał kilka dni temu. Nowego człowieczeństwa Janusz, by sparafrazować poetkę. Nowego stylu w polityce? Nowych form komunikacji? Nowych treści? Cóż. Może nastał czas subtelniejszych form szyderstwa, wojen w białych rękawiczkach. Już nie będzie walenia antagonistów w pysk, na odlew, przy wszystkich? Ale czy ludziom się to nie znudzi? Kto przyzwyczaił się do zapachu krwi, ten chyba już nigdy nie będzie wegetarianinem. Kto polubił padlinę, nie pożywi się owocami. Na kogo będą oburzać się wyborcy PiS, kogo z czystym sumieniem przeklinać? Komu dawać odpór? Dziś mają pana Janusza, a ten na ich nieszczęście właśnie został myślicielem. A przecież tylko ostatni cham będzie bluzgał myśliciela…
Ale jest nadzieja. Póki Wisłą pływać będą wieloryby, póki politycy będą nas traktować jako plebs wyborczy, a brukowa prasa i publicystyka wyznaczać standardy myślenia, jest szansa, że wszystko wróci do normy. I będzie jeszcze okazja, by się pośmiać. I oburzać… Z kogo? Na kogo? Pytajcie Horodniczego…